Zima naszych pandemii

Teresa Rudolf

Normalnie

Powolnym krokiem  
wślizguje się zima,
w nowych, białych, 
leciutkich butach.

Zza okien, zza 
firanek domów,
dzieci ciekawskie,
smutne oczy. 

Dzwony kościelne
w samo południe,
obwieszczają znów
swą niezmienność,

odmierzają święta, 
pogrzeby, procesje,  
stabilnie wydzwaniając
ciągły upływ czasu.

Kot czarny przelatuje
drogę, to Gaweł,
a ten biały na balkonie
z kolei, to Paweł.

Niby wszystko tak
normalnie, jakby 
zupełnie normalnie, 
całkowicie normalnie…

… tak?…

Nie dziwi nic

A Panią, proszę Pani 
znam tylko z oczu,
powiedział mężczyzna
bez ust.

A Panią poznaję, z tych
czarnych, proszę Pani
masek, powiedział 
ten sam głos.

A Pani, to nigdy nic
nie mówi, a czemu? 
Pierwszy raz było to…
rok temu?

A Panią to nie dziwi,
że znów te maski?
Nie znam Pani inaczej.
Nie dziwi nic?

Nie dziwi, proszę Pana,
przed dwoma laty 
zdumiewało, przed rokiem
dziwiło dość jeszcze.

A  teraz, 
proszę Pana, 
nie dziwi
już nic.

Z wolnej stopy 61

Zbigniew Milewicz

Quo vadis…

W końskiej albo krowiej kupie siedzą robaczki, mama, tata, dzieci. Synek pyta ojca:
– Tato, a jak jest w jabłuszku?
– Rozkosznie mój kochany, świeżutko, pachnąco, żyć nie umierać.
– A w śliweczce?
– Soczyście, przytulnie…
Dociekliwy syn nie daje ojcu spokoju i wypytuje go kolejno o wszystkie znane rodzaje owoców. Wszędzie odpowiedź brzmi podobnie, jest w nich, jak w raju.
– To dlaczego my mieszkamy w gównie? – pyta płaczliwie dzieciak.
– Bo istnieje synu takie pojęcie, jak rodzina – odpowiada godnie ojciec.

Dowcip ten opowiedziano mi kiedyś w Rosji, nie pamiętam dokładnie kiedy, pewnie już po pierestrojce, ale kojarzył mi się jednoznacznie z komuną Kiedy czterdzieści lat temu wprowadzono w Polsce stan wojenny, co odważniejsze robaczki wywędrowały na Zachód, gdzie miał być ów wyśniony raj, ja też to zrobiłem. Z ociąganiem wprawdzie, bo dopiero w osiemdziesiątym ósmym roku, ale przez swoją ślamazarność dość wcześnie przekonałem się, że w moim Reichu (podoba mi się ta gra słów) nie ma niczego za darmo. Pierwszy Weihnachtsgeld, który wspaniałomyślnie dostałem od niemieckiego socjalu (och, jacy ludzcy byli ci urzędnicy!), musiałem oddać co do pfeniga, kiedy przyznano mi zasiłek dla bezrobotnych, ale to takie odległe dzieje, że prawie o nich zapomniałem. Niemieckie urzędy nigdy natomiast nie zapominają o swoich obywatelach, bo kiedy na skutek swojej błędnej decyzji wypłacą im nienależne świadczenia, to zawsze wiedzą, jak je później w całości wyegzekwować od dłużników. Kiedy zaś obywatel nie ma z czego oddać długu, to siedzi na powrót w tej samej kupce końskiego, albo krowiego gnoju, w której tkwił ileś tam lat temu, tylko że głębiej.

Na dobrą jednak sprawę, to wszyscy – niezależnie od strefy geopolitycznej i zasobności portfeli – jedziemy tym samym szambowozem. Covid 19 nie pozwala się z niego wychylić, prawa obywatelskie stały się czczym pojęciem, o mieszkaniu w pachnącym jabłuszku albo soczystej śliweczce można zaledwie pomarzyć. Tylko pytanie: dokąd ten pojazd zmierza?

Mury

Kobiecy stan wojenny – praca Anny Krenz i Antona Lee Slaskiego

Dzisiaj rocznica wprowadzenia stanu wojennego, z tej okazji Mury, być może najsłynniejsza piosenka tamtych czasów i jej rodowód.

Lluis Llach, zwolennik i piewca autonomii w czasach reżimu generała Franco, stworzył w roku 1968 piosenkę l’Estaca, która szybko stała się hymnem ruchu niepodległościowego Katalonii. W dekadę później, przetłumaczona, czy raczej zinterpretowana przez Jacka Kaczmarskiego piosenka pod tytułem Mury, stała się hymnem Solidarności. Jednak obie piosenki różnią się znacznie od siebie.

Po pierwsze, Mury zmieniają metaforę użytą do przestawienia zniewolenia – Llach śpiewał o owcach przywiązanych do pala, u Kaczmarskiego rosną mury, bliższe nam kulturowo za sprawą murów warszawskiej cytadeli, jak i nieodległego muru berlińskiego.

Po drugie, Kaczmarski rozwinął historię przedstawioną w utworze, dopisując do niej pesymistyczną pointę. W katalońskim oryginale rewolucja nie wybucha – w ostatniej zwrotce śpiewający pieśń starzec odchodzi, pieśń natomiast trwa, podchwycona przez podmiot mówiący. U Kaczmarskiego doczekujemy rewolucji, i orientujemy się z rozczarowaniem, że nie rozwiązała ona problemów które rozwiązać miała: mury rosną, rosną, rosną, łańcuch kołysze się u nóg.

On natchniony i młody był
Ich nie policzył by nikt
On dodawał pieśnią sił
Śpiewał, że blisko już świt

Świec tysiące palili mu
Znad głów unosił się dym
Śpiewał że czas by runął mur
Oni śpiewali wraz z nim
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Wkrótce na pamięć znali pieśń
I sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść
Dreszcze na wskroś serc i głów

Śpiewali więc, klaskali w rytm
Jak wystrzał, poklask ich brzmiał
I ciążył łańcuch, zwlekał świt
On wciąż śpiewał i grał
Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat
Aż zobaczyli ilu ich
Poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt
Szli ulicami miast

Zwalali pomniki i rwali bruk
“Ten z nami, ten przeciw nam!”
“Kto sam ten nasz najgorszy wróg!”
A śpiewak także był sam
Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg

Patrzy na równy tłumów marsz
Milczy wsłuchany w kroków huk
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg

Po trzecie wreszcie, Kaczmarski, zmieniając postać starca na natchnionego śpiewaka który po wybuchu rewolucji pozostaje sam, uczynił z piosenki utwór autotematyczny, pieśń opisującą losy… pieśni, podchwyconej przez ruch masowy, jakim były ruch walki o niepodległość Katalonii jak i polska Solidarność. Autotematyczny charakter piosenki podkreślał jej wczesny tytuł – Ballada o pieśni.

Kaczmarski wiele lat później powróci do wątku utraty kontroli nad pieśnią przez autora, pisząc: zostały jeszcze pieśni, one – czy chcę, czy nie chcę – nie są moje.

***

Za ciekawe i częściowo nieznane mi informacje dziękuję autorowi poniższej strony:

Irysy

Wpis z inspiracji Danuty Starzyńskiej-Rosieckiej. Dziękuję.

Edgar Maxence (1871–1954) francuski malarz symboliczny, Portret dziewczyny z irysami (1948 )
Kazimierz Sichulski, Irys, 1911, Muzeum Narodowe w Krakowie
Maria Wiik, (1853-1928) malarka fińska, Irysy

Julian Tuwim
Irysy

Ciem­nych iry­sów do­sta­łem pęk,
Nie wiem od kogo.
Ser­ce me drżą­cy ogar­nął lęk,
Ciem­nych iry­sów do­sta­łem pęk
I pa­trzę na nie z dzie­cin­ną trwo­gą:
“Co też te kwia­ty mi przy­nieść mogą?”
— Lęk.

I list do­sta­łem. Sło­wa: “Bez słów”
Jeno w nim były.
…Jak tchnie­nie daw­nych naj­droż­szych bzów,
Żal mi przy­nio­sły sło­wa: “Bez słów”…
Śród wspo­mnie­nia słod­kiej bez­si­ły
Znów mi się oczy two­je przy­śni­ły,
Znów…

***

Na obrazie poniżej Irysy nad morzem, obraz namalowany w roku 1993 przez Jamie Wyetha, syna słynnego Andrew Wyetha, przedstawiający latarnię morską na Southern Island w stanie Maine. Andrew i Jamie Wyethowie byli właścicielami latarni od roku 1978 i być może to oni właśnie posadzili wokół latarni błękitne irysy.

***
Iris, 1945; Roswell Museum and Art Center, Roswell, New Mexico, United States of America © photo Roswell Museum and Art Center

Autorką tych irysów jest Henriette, siostra Andrew, jeszcze jedna malująca osoba z tej wielce utalentowanej rodziny. Zasłynęła głównie z portretów i martwych natur. Uczyła się u swego słynnego taty, od kiedy ukończyła 11 lat, a potem studiowała malarstwo. W dzieciństwie chorowała na paraliż dziecięcy (choroba Heinego-Medina) i była częściowo sparaliżowana. Malowała prawą ręką, a rysowała lewą.

***
Irysy to moje ulubione kwiaty. Najpiękniejsze są ciemnoniebieskie. Zimne. Tak jak je przedstawiła Vicky Oldfield, współczesna graficzka brytyjska.

Wspomnienia o Maryli 30

Magdalena Ciechomska

Adwent oznacza oczekiwanie. W pierwszej kolejności – na święta Bożego Narodzenia. To jest to radosne oczekiwanie, którego klimat przejęła komercja, to świąteczne, gwarne jarmarki, gdzie popija się grzane wino, to wszechobecne „Mikołaje” w czerwonych kapotach i czapkach, Last Christmas i Jingle Bells. Nasz polski Adwent, ten prawdziwy, który pamiętam z dzieciństwa, jest zupełnie inny. Jego rozpoczęcie poprzedza czytanie liturgiczne fragmentów Apokalipsy św. Jana, przywołujące motyw końca świata. Potem robi się coraz zimniej i coraz ciemniej, coraz wcześniej zapada noc. Adwentowa liturgia katolicka podkreśla oczekiwanie na przyjście Pana – Maranatha. Chodzi o Paruzję, powtórne przyjście przy końcu czasów. Grudzień to także koniec kalendarza, zamknięcie, podsumowanie, uświadomienie sobie, że znów minął rok, koło czasu się obróciło. Nasz Adwent jest w istocie apokaliptyczny, jest uświadamianiem sobie nieuchronności końca ziemskiego życia, otwiera się na wieczność. Nadchodzące święta z całą swoja magią, ciepłem i słodyczą zdają się jakąś obroną, schronieniem przed grozą przemijania. Zapalamy gwiazdę betlejemską i lampki na choince, jakbyśmy chcieli zapomnieć, że czarne niebo nad nami to w rzeczywistości bezlitosna otchłań Wszechświata. Wolimy wypełnić ją postaciami aniołów śpiewających „Gloria”. A przecież natura sama w tych ostatnich miesiącach roku przypomina o śmierci. Od Zaduszek przechodzimy ku Bożemu Narodzeniu, żeby w Wigilię patrzeć na puste miejsca przy stole. Z roku na rok coraz bardziej te święta narodzin Boga dla nas stają się świętami nieobecnych. I te życzenia powtarzane przy łamaniu opłatkiem: „żebyśmy się znów za rok spotkali wszyscy przy tym stole”. Pamiętam wyraz twarzy Maryli i jej znaczące spojrzenie, kiwnięcie głową, gdy w ostatnią, spędzoną z nią Wigilię wypowiedzieliśmy te słowa. W tym momencie poczuliśmy ich wagę i znaczenie. Nie wiedzieliśmy, że za rok nie będzie już z nami Maryli, ale świadomość jej choroby sprawiła, że zabrzmiały jak zaklęcie, jak modlitwa.

Wciąż mamy nadzieję, że cykliczność czasu świętego pozwoli nam za rok wrócić w to samo miejsce. Ale i tak będziemy myśleć o naszych zmarłych. O tym, że z czymś nie zdążyliśmy, czegoś nie udało się dopilnować. Że odeszli za wcześnie, nie w porę, niepotrzebnie. Jakby to od nas, od naszej czujności zależało ich trwanie, jakbyśmy usiłowali w magiczny sposób zatrzymać ich przy sobie. Dlatego nasz prawdziwy Adwent podszyty jest niepokojem, obawą, co przyniosą kolejne, zimowe miesiące. Zanim z nadzieją powitamy Nowy Rok, spoglądamy za siebie, w ten, który właśnie przemija. W ciemności Adwentu błądzą duchy naszych zmarłych. A my czekamy na powrót światła z nadzieją, że tym razem przetrwamy wszyscy.

Czułość systemu zdrowotnego

Krystyna Koziewicz

Nasze życie to ciągła walka między zdrowiem i chorobą. Żadna choroba nie jest dobra dla organizmu, w którym następują zaburzenia funkcjonowania. Choroba to stan, który wcześniej czy później dotyka każdego człowieka i nie da się uniknąć wizyt lekarskich, choćby dla zapewnienia sobie własnej kontroli nad organizmem. Trzeba chodzić na badania i już! Moje dotychczasowe wizyty w gabinetach lekarskich miały różne zabarwienia emocjonalne, najczęściej jednak lekarze traktowali mnie z atencją, jako pacjenta. W gruncie rzeczy ważne jest, by w relacjach pomiędzy lekarzem a pacjentem była dobra komunikacja, oparta na zaufaniu, empatii, wzajemnym słuchaniu i adekwatnym reagowaniu. Tylko wtedy można mówić o jakości tej relacji, stworzonej przez lekarza, nie pacjenta.

Mnie jakoś w większości przypadków zawsze udawało się trafić na wyjątkowych lekarzy, którzy z powagą i empatycznie podchodzili do moich problemów zdrowotnych. Nie wszyscy jednak, dlatego po przykrych doświadczeniach nauczyłam się, że trzeba być niezwykle ostrożną i czujną. Regularne kontrole u lekarzy nie zapewniają wcale życia w błogim spokoju. Życie pokazało, że moja skłonność do systematycznych badań nie zawsze jest nagrodzona, wręcz odwrotnie, sama u siebie wykryłam objawy chorobowe, który zaprowadziły mnie na stół operacyjny. Na końcu tej drogi trzeba było przejść uciążliwą terapię, która de facto zrujnowała cały system odpornościowy. Podobnie było i teraz. Wydawało mi się, że mam niepokojące symptomy. Lekarz zlekceważył to, wychodząc z założenia, że skoro mammografia nic nie wykazała, to nie ma powodu do robienia paniki. Miałam spać spokojnie i przyjść dopiero za rok na kontrolę. No tak, tylko dlaczego krew wciąż wyciekała z piersi? Intuicja podpowiadała mi całkiem inną reakcję, dlatego zgłosiłam się po poradę do specjalisty.

Uważam, że pierwszym lekarzem zawsze jesteś ty sam, sama dla siebie. Ty i ja! To my sami musimy z czułością obserwować swoje ciało, reagować choćby na najmniejszą zmianę, która powinna być wyjaśniona, badaniami. Tu była potrzebna analiza histopatologicznym. Po prostu, nie można postawić diagnozy, bez dokładnego zbadania przyczyn. Zawsze najważniejsza jest i będzie diagnostyka, jedne są trafne i właściwe, inne błędne i nieoprawne. Wiadomo, w końcu nikt nie jest nieomylny, a lekarz lekarzowi nie równy. Trzeba o tym pamiętać samemu!

Tak się złożyło, że zachorowałam w okresie szalejącej pandemii. W Niemczech to jeszcze nie jest dramat i jak na razie żaden wielki problem, operacje się odbywają w przyspieszonym tempie, lekarze też się spieszą z przeprowadzeniem badań diagnostycznych.

Jak to było w moim przypadku?

Otóż, około dwa miesiące temu na prawej piersi pojawiły się symptomy, które mnie zaniepokoiły do tego stopnia, że już następnego dnia udałam się do lekarza, pracującego we wspólnym gabinecie z kilkoma innymi. Wiedziałam, że muszę natychmiast ten przypadek wyjaśnić, bo krwawy wyciek z jakiegokolwiek organu to zły znak. Mojego lekarza akurat tego dnia nie było w pracy. Ponieważ żaden inny lekarz nie zaproponował mi badania, poprosiłam o skierowanie do specjalisty. Otrzymałam bez problemu, w ciągu pół godziny znalazłam się u mojego dawnego lekarza, który mnie przed 22 laty operował i opiekował się mną przez ponad trzy lata. Z dobrym skutkiem. Lekarz, o dziwo, mnie zapamiętał, od razu zostałam dokładnie zbadana. Na monitorze nie było widać nic podejrzanego, wiemy jednak, że istnieją niewidoczne choroby, które są niebezpieczne dla zdrowia i życia. Lekarz zlecił zatem dalsze badania i wręczył mi skierowanie z dopiskiem „pilne”. Od razu poszłam zarejestrować się do gabinetu radiologicznego po drugiej stronie ulicy. W gabinecie natychmiast dokonano mammografii. Na ekranie, zdaniem radiologa, widać było ewidentne zagęszczenie tkanek, co oznaczało, że coś się tam jednak zaczyna patologicznie rozwijać. Uspokoiłam się, bo wyglądało to niegroźnie, co też lekarz potwierdził. Wynik był pomyślny dla mnie, zatem szybko pobiegłam do lekarza z radosną nowiną, że nie jest tak źle.

– To się dopiero okaże po dokonaniu biopsji, usłyszałam od specjalisty.

A jednak, nie było dla mnie dobrej wiadomości. W ciągu zaledwie dwóch dni dowiedziałam się, że wynik biopsji wskazuje, iż w piersi pojawiły się złośliwe komórki rakowe. Wyrok zapadł. Trzeba pierś operować! Koniec. Kropka.

Termin operacji został wyznaczony w następnym tygodniu. Od tego momentu w przyspieszonym tempie ruszyła machina urzędnicza, już wcześniej dostałam pakiet dokładnych instrukcji, co mnie czeka, gdzie, kiedy, o której godzinie?

Do szpitala zgłosiłam się dzień przed operacją, by dokonać wszelkich formalności papierkowych. Było tego całkiem sporo, mnóstwo pytań, informacji o przebytych chorobach. Zajęło mi to dobre dwie godziny, a i to tylko dlatego, że koleżanka czytała i od razu zaznaczała właściwą odpowiedź, sama nie miałabym głowy czytać długich objaśnień. Dodam jeszcze, że moja przyjaciółka Ewa zadeklarowała wszechstronną pomoc w dniu, kiedy miałam pójść do szpitala i w czasie mojego pobytu. Byłam wdzięczna losowi, że na swojej drodze spotkałam człowieka, który zasługuje na szacunek za swoje czyny. Człowiek to brzmi dumnie. Ona zawsze wie, kiedy trzeba pomóc, a kiedy nie trzeba się pchać. Nigdy wcześniej nie doznałam aż tylu dowodów człowieczeństwa. Jeszcze o tym będzie mowa!

Dzień operacji zaczął się bardzo wcześnie bo już o godzinie 5.30, odebrała mnie z domu Ewa i ku memu wielkiemu zaskoczeniu przyszła też druga przyjaciółka, Ela, która przyjechała z dalekiej dzielnicy. Dla wyjaśnienia dodam, że od dłuższego czasu tworzymy zgrane trio, nazywając się MY TRZY. W trójkę poruszamy świat z przeszłości w jego różnych aspektach, spotykamy się, jeśli któraś z nas ma coś ciekawego do pokazania, co pozwala nam interesująco spędzać wspólny czas.

– Nigdy nie będziesz szła sama! – usłyszałam dwugłos Ewy i Eli, kiedy otworzyłam drzwi wczesnym rankiem. Mojemu wzruszeniu nie było końca, była to chwila niezwykłych emocji oraz wyrazu wdzięczności, że dane mi było spotkać na swej drodze osoby o wielkim sercu. Okazuje się, że czas weryfikuje prawdziwych przyjaciół, jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwa, że wokół siebie mam osoby, na które zawsze można liczyć.

– Dziewczyny, jesteście wielkie! Kocham Was!

Na oddziale czekały mnie szpitalne procedury, specjalna bielizna i łóżko gotowe do odjazdu punkt o godzinie 7. 15. Operacja była wyznaczona na godzinę 8.00, zatem skoro świt zostałam zawieziona na szpitalnym łóżku w długą drogę z szóstego piętra na oddział operacyjny na pierwszym piętrze. Takich jeżdżących pojazdów łóżkowych było więcej w tym dniu. Stałam jako czwarta w kolejce do różnych pomieszczeń, zmieniano mi legowisko na takie, przypominające stół, okrywano ciepłymi kołdrami, zakładano czepki, ustawiano pozycję ciała, mierzono temperaturę, ciśnienie. Po czym wreszcie nastąpiła iniekcja narkozy, podczas której siostra trzymała mnie czule za ręce. Rozmawiała ze mną o podróży do egzotycznego kraju, czułam się błogo w tym pięknym przekazie, aż do momentu kiedy zasnęłam.

Z narkozy wybudziłam się szybko, niemal zaraz, jak powiedziała siostra.

Przez pierwsze dwa dni leżałam „plackiem” w łóżku, bez ruchu, poza zmianą pozycji leżącej. To taki moment, w którym personel medyczny determinuje życie pacjenta. Nie musiałam nic robić, co chwilę byłam kontrolowana z wielką estymą. Ku memu zaskoczeniu dwukrotnie odwiedził mnie mój lekarz, ten, który mnie operował. Opatrywał ranę i nie pozwolił siostrom tego robić. Specjalny bonus? Ależ skąd, tak funkcjonuje system zdrowia w Niemczech. Miałam dobrą opiekę pomimo tego, że przy licznych pacjentach pielęgniarki miały pełne ręce roboty. Uwijały się w pocie czoła i…z uśmiechem na twarzy. Najbardziej cieszył mnie fakt, że trafiłam na lekarza, który o swoich pacjentów dbał nawet w niedzielę. Miałam też dużo szczęścia, trafiając na kompetentne pielęgniarki i lekarzy, którzy nie tylko leczą chorobę, ale też wpływają pozytywnie na samopoczucie pacjenta. Czy to było szczęście, czy normalność? Sama nie wiem? Inni pacjenci nie narzekali, okazywali wdzięczność.

Chyba jest tak, jak powinno być – dzisiaj człowiek jest dla medyków całością, leczą chore ciało, ale uwzględnia też psychikę pacjenta. To taki wyższy wymiar ludzkiej natury. Ojciec medycyny Hipokrates – lekarz Ciała i Duszy wiedział najlepiej, czego potrzebuje pacjent? Pielęgniarki i lekarze – to specyficzny zawód, ich zadaniem jest opieka i dbałość o komfort powierzonego im pacjenta. Ich reakcje i działania wpisane są w kod zawodu, którego podstawowym przesłaniem jest idea Hipokratesa – lekarz zobowiązuje się świadczyć pomoc, starając się pomagać i nigdy szkodzić pacjentom.

W systemie zdrowotnym w Niemczech wrażliwość na potrzeby chorego człowieka odczuwało się na każdym kroku!

Tańcząc w Operze z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Będzie i dobrze, i marudnie

Zacznę od dobrze. Poszłam do opery na balet Don Kichot i było bardzo, bardzo, bardzo dobrze. Idźcie koniecznie. Do Wigilii włącznie jest masa przedstawień. Muzyka jest piękna, tancerze doskonali, kostiumy cudowne.

Wprawdzie historyjka opowiedziana jest słabiutka i z samym panem Kichotem nie ma niemal nic wspólnego, ale to już nie jest wina twórców przedstawienia. Taka już uroda tego baletu sprzed 150 lat, że wspaniale opowiada słabą historyjkę.

Przedstawienie było więc cudownie piękne, a wokół nagromadziło się trochę spraw, które wydały mi się dziwne, a nawet… dziwaczne. Teraz więc trochę pomarudzę, a przede wszystkim okażę zdziwienie.

Don Kichot (Don Quixote) w tej inscenizacji miał premierę 16 lutego 2018 roku; widziałam spektakl przedwczoraj, czyli od premiery minęły prawie trzy lata, i był to dopiero trzynasty spektakl. Dlaczego tak niewiele razy wystawiono tego Don Kichota? Jest przecież świetny, ma wspaniałe recenzje, publiczność jest zachwycona, o czym świadczy sala tak pełna, jak tylko podczas pandemii może być pełna sala dużej instytucji kulturalnej.

Dziwne.

Ludzie przed przedstawieniem i po przerwach gromadzą się przy kanale dla orkiestry, żeby patrzeć jak tam, w głębi muzycy stroją instrumenty. Gdy gaśnie światło, siadają, ale gdy słychać kroki nadchodzącego dyrygenta, klaszczą.

Dziwne.

Głowa dyrygenta wystaje nieco ponad balustradę kanału dla orkiestry. Siedziałam prawie naprzeciwko i gdy głowa się czasem obracała, jej oczy patrzyły prosto na mnie.

Czułam się dziwnie.

Balet jest złożony z etiud. Po każdej publiczność klaszcze jak oszalała, a tancerze się kłaniają i dziękują. Tak się zachowują widzowie w teatrzykach wodewilowych albo w cyrku, ale też występy są tam tak właśnie koncypowane. W “prawdziwym” teatrze czy “prawdziwej” operze nikt dawniej nie odważyłby się przerwać toku przedstawienia oklaskami. Niekiedy przed rozpoczęciem ktoś w imieniu twórców prosił, żeby, Boże uchowaj, nie klaskać w trakcie, podobnie zresztą jak proszono o to, żeby wyłączyć komórki i nie kasłać w przerwach między jednym a drugim fragmentem spektaklu. Przedwczoraj nikt nie kasłał, ale wszyscy klaskali.

Dziwne. Dlaczego ludzie klaskali jak dzieci w cyrku? Grotowski podobno był wręcz urażony, jeśli ktoś klaskał PO spektaklu, bo jego zdaniem znaczyło to, że sztuka, którą obejrzał, nie powaliła go. Gdyby ktoś klaskał w czasie spektaklu, to mistrza by chyba apopleksja zabiła.

W przerwie przeczytałam opis wystawy pt. Caretaker’s Lounge, berlińskiej rzeźbiarki, Iny Weber. Była pokazywana w holu gmachu Opery (Deutsche Oper) we wrześniu. Już jej nie ma, ale nie szkodzi. Pozostał opis i kolejny powód do zdziwienia. Artystka pisze, iż swoją wystawą w Operze chce złożyć hołd tym, którzy troszczą się o ten budynek, przyklejają naderwane listwy, wymieniają żarówki, polerują klamki, myją podłogi, trzepią dywany. Piękne przesłanie. Po przerwie wracam na salę. W przejściu po lewej widzę podest z oderwanym dużym kawałem okleiny, spod której wystaje jakiś drut. To nie jest zniszczenie ukryte w jakimś kącie, nie, ono się naprawdę rzuca w oczy.

Mam wrażenie, że artystka wie, o czym mówi, jest bowiem rzeźbiarką, a rzeźbienie to ciężka, żmudna i brudna praca. Trzeba więc sprzątać. Ale oprócz Ingi Weber wystawę przygotowało co najmniej trzech mężczyzn, kuratorów, wyjaśniaczy, dyrektorów. Zapewne dobrze zarabiają i może nigdy nie musieli pastować podłóg, wbijać gwoździ i smołować dachu. Możliwe również, że, podobnie jak przywódczyni polskiego Strajku Kobiet (niestety), nie wiedzą, co to znaczy, kiedy ktoś zniszczy twoją właśnie ukończoną (ciężką!) pracę. Myślę, że żaden z tych dobrze ustawionych w życiu mężczyzn nigdy naprawdę nie rzucił okiem na świat, który ich teoretycznym zdaniem wymaga ustawicznej troski, bo zawsze o ten świat troszczył się ktoś inny, ktoś, komu płacimy znacznie gorzej, niż sami zarabiamy i kto przeto być może nie czuje już, że trzeba by naprawdę okazywać troskę, a wykonuje tylko to, co mu zlecił przełożony, albo co zostało ujęte w regulaminie. Sądzę, że czasy prawdziwej troski o człowieka, mebel czy budynek w miejscu publicznym dawno minęły. Ale i tak wydaje mi się dziwne, że w tym samym miejscu można mieć gęby pełne frazesów o niezauważanej przez nikogo pracy i nie zauważyć, że ten, kto ją tu i teraz wykonuje, jest zapewne źle płatnym robotem, który nie wie nawet, co to jest taka troska, bo i o niego nikt się nie troszczy.

Tak zatem dziwnie i dziwacznie ma się teoria sztuki do rzeczywistości. Podobnie zresztą jak się dziwnie i dziwacznie mają sprawy kobiece do sprzątania. Tak się mają, że w spolaryzowanym świecie, jeśli jesteś przeciwko PiS-owi, to nie masz prawa skrytykować Marty Lempart za jej stosunek do sprzątaczki w incydencie z czerwoną farbą. A co ja poradzę, że jestem za tym, żeby nawet w takiej gorącej sytuacji Marta Lempart i Sprzątaczka się porozumiały, a nie żeby ta “lepsza” była “lepsza” od tej “gorszej” i “niżej stojącej”? Nawet jeśli pojawienie się sprzątaczki przed siedzibą PiS-u było prowokacją.

Rzeczywistość skrzeczy.

Na niebiańskich łąkach

Ewa Maria Slaska

Pisałam już tu o pewnej kobiecie, która po śmierci chętnie udałaby się na łąkę, czy nawet tylko łączkę. Zaintrygowała mnie ta myśl. Sama zamierzam się dostać do miejsca, gdzie żyją dusze, które osiągnęły nirwanę, wciąż jednak pamiętam, że w Grecji jest to nazwa firmy produkującej lody, czego się dowiedziałam, gdy na promie z Aten na wyspę Kos obudził mnie w środku nocy wrzask niezadowolonego dziecka, ja chcę nirwanę, ja chcę nirwanę, dlaczego nie ma nirwany?

Co do możliwości uzyskania nirwany buddyjskiej, założyłam, że wystarczy nauczyć się od tego dziecka tego jednego zdania i przez cały czas pośmiertnej wędrówki, która trwać będzie 40 dni, powtarzać je z uporem godnym najlepszej sprawy. Zdanie to brzmi oczywiście “chcę”, ale poprzedza je długa lista tego, czego nie chcę – nie chcę wracać na ziemię, nie chcę nowej mamy i taty, nie chcę czekolady, lizaka ani jakichś tam byle jakich lodów, ja chcę nirwany. Jeśli uda nam się uniknąć pułapek chcenia czegokolwiek innego i potrafimy stawić czoła demonom, które będą nas straszyć, jak im się nie uda zaprosić nas na lody po dobroci, jak zatem przetrwamy 40 dni uporczywie powtarzając “nie chcę”, wylądujemy w nirwanie i będziemy mieli z głowy. Pamiętajcie – “ja chcę nirwanę!” Nauczyłam się tego 50 lat temu temu, czytając Bardo Thodol, tybetańską księgę śmierci, i jeśli ktoś wyniósł z tej lektury inne nauki, to proszę bardzo – ja od pół wieku trenuję się tylko w tej jednej umiejętności – “ja chcę nirwanę!” – i liczę na to, że mi się uda. Jak tam, w tych nirwańskich zaświatach będzie – nie mam pojęcia. Może to będzie łąka.

Tylko, że moi drodzy Czytelnicy (i Czytelniczki rzecz jasna też) ta łą(cz)ka to wcale niełatwa sprawa, przynajmniej w moim przypadku. Na prawdziwej łące są kwiaty, ale są też kamienie, komary, mrówki, krowie placki i krecie dołki. Moje doświadczenie mi mówi, że na łąkę lepiej patrzeć niż na niej być. Pozostały mi w pamięci trzy znamienne łąki. Były na nich owady i krowy i nie chciałabym, żeby były też w zaświatach.

Pierwsza była dawno temu. Miałam może 10 lat, może 11. Pojechałyśmy na wycieczkę z moją cioteczną babką, Karusią. Miałyśmy do przejścia wielką łąkę. Nota bene była to łąka, na której zobaczyłam pierwszą w życiu rosiczką – roślinkę, która pożera muchy. Ta łąka to był to mój ulubiony krajobraz – wielka pusta przestrzeń pod wielkim sklepieniem niebieskim. W oddali widać było pojedyncze krowy. Biegłam sobie po łące, podskakując i zrywając kwiatki. Aż wpadłam prawą stopą w dołek, lewa natomiast dalej sobie biegła, co sprawiło że prawa się zwichnęła. Krowy, które przedtem pasły się daleko, teraz zaczęły się zbliżać, a ja uciekałam przed nimi kuśtykając.

Byłyśmy na tej łące same we dwie – jedenastoletnia dziewczynka i sześćdziesięcioletnia kobieta. Samochód stał daleko na szosie, kierowca pewnie oparł głowę o kierownicę i drzemał. Nie wiem, co zrobiła Karusia i jak nas obie zabrała z tej wielkiej pustej łąki, jak wróciłyśmy od krów do cywilizacji.

Łucja Prus i jej autor, Marek Jackowski nie mieli racji, gdy ułożyli piosenkę o tym, że nic dwa razy się nie zdarza. Nieprawda. Wszystko zdarza się co najmniej dwa razy. Na drugiej łące mojego życia też były krowy. TU to opisałam. Za to na trzeciej były, tak jak na pierwszej – owady.

Pojechałam do Dobroszyna nad Wartą, czyli dawnego niemieckiego pałacu w Tamsel, na mszę polsko-niemiecką. Była to wzruszająca uroczystość, ale przyjechałam po nieprzespanej nocy i przez całą mszę patrzyłam tęsknie za okno na śliczną gładką zieloną trawę w cieniu wielkich dębów i myślałam o tym, jak cudownie byłoby się tam położyć i zasnąć. Jak tylko msza się skończyła, popędziłam na łąkę. Zasnęłam natychmiast i obudziłam się po 15 minutach niemiłosiernie pocięta przez meszki, te straszne, małe krwiożercze komarki, które są w stanie zagryźć krowę.

Ale dość już opowieści o moich łąkach pełnych krów i much. Na pewno są i inne łąki. Sięgam po powieść Johna Steinbecka, świetnego pisarza amerykańskiego, ongiś bardzo sławnego (w roku 1962 dostał Nobla), a dziś sama nie wiem – Pastwiska niebieskie (The Pastures of Heaven). Te Pastwiska Niebieskie to miejsce, gdzie w XVIII wieku hiszpański kapral dowodzący pogonią za zbiegłymi Indianami odkrył taki widok:
… u jego stóp leżała długa dolina wyścielona zielonym pastwiskiem, na którym stadko saren spokojnie skubało trawę. Wspaniałe dęby wyrastały prosto w niebo z jej pięknych łąk, ze wszystkich stron otulały ją wzgórza, kryjąc zazdrośnie i chroniąc przed mgłą i deszczem. Srogi, służbisty kapral poczuł się mały i słaby wobec tak niepokalanego piękna.
– Matko Najświętsza! – wyszeptał. – Toż to Pastwiska Niebieskie, do których nas wiedzie nasz Pan!

Z czasem na Pastwiskach Niebieskich osiedliło się kilka rodzin. Ludzie żyli tu w pokoju i zamożności. Ziemia była bogata, łatwa do uprawy, owoce z ich sadów najlepsze spośród wszystkich, jakie dojrzewały w centralnej Kalifornii. Ale i tu, tak jak na moich łąkach, to co z zewnątrz wydaje się sielanką, od środka pełne jest konfliktów, zła i cierpienia. Bo zaprawdę jest tak jak mówi w Biblii Prorok Jeremiasz (9.9): Podnieście płacz i narzekanie na górach, a na niwach stepu pieśń żałobną, gdyż są wypalone tak, iż nikt tamtędy nie przechodzi i nie słychać tam porykiwania stad, nie ma ptactwa niebieskiego ani bydła, uciekły, zbiegły!

Nota bene w Biblii nie ma w ogóle tych obiecanych pastwisk niebieskich (po angielsku też ich nie ma), w obu językach są jedynie zielone pastwiska, zielone łąki lub zielone niwy w (moim ulubionym psalmie) 23.

Tak śpiewają ten psalm młodociani przestępcy w filmie Jana Komasy Boże Ciało (tylko pamiętajcie, żeby tu wrócić, jak skończy się trailer):

https://www.facebook.com/bozecialofilm/videos/466863190571713/

A tak młodzi ufni ludzie, którym się w życiu powiodło:

Wspomnienia o Maryli 29

Magdalena Ciechomska

Początek Adwentu to czas przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Już od października ustalaliśmy z Marylą, jakie prezenty kupimy każdemu z członków rodziny. Musiały to być rzeczy potrzebne danej osobie, czasem bardzo, ale to bardzo praktyczne. Ktoś potrzebował nowego parasola, cioci przydałyby się ciepłe skarpety i bielizna. Maryla lubiła takie prezenty. Raz zamówiła sobie na Gwiazdkę drewnianą stolnicę, innym razem dostała nową wycieraczkę pod drzwi. Co roku prosiła o kalendarz katolicki z zaznaczonymi wszystkimi świętami kościelnymi. Oczywiście, do tych praktycznych prezentów dodawaliśmy każdemu jakieś sympatyczne drobiazgi w charakterze niespodzianki. Były to przeważnie słodycze, kosmetyki. Ja często kupowałam Maryli kolczyki. Oprócz prezentów uzgadniałyśmy plany kulinarne. Prowadziłyśmy konsultacje telefoniczne na temat zakupów i ustalenia, kto co ugotuje bądź upiecze. Oczywiście był stały zestaw dań oraz ciast, ale Maryla co roku znajdowała jakiś nowy przepis na ciasto, często egzotyczny. Robiłyśmy listę zakupów, zapisywałam, co muszę kupić ja, co Maryla kupi w Berlinie.

Zwykle Maryla przyjeżdżała na jakiś tydzień wcześniej, bo jeszcze musiała pojechać do Grójca po ciocię, a poza tym chciała choć raz pójść na Roraty. W naszej warszawskiej parafii te uroczyste msze adwentowe poświęcone Maryi odbywają się zawsze tradycyjnie o 6 rano. Trzeba wstać przed piątą, z domu wychodzi się w ciemność. Maryla zawsze zabierała lampion z zapaloną wewnątrz świeczką. Jeśli udało się wstać i wyjść odpowiednio wcześniej, do kościoła szło się piechotą, w sumie niedaleko, jakieś 20 minut. Gdy zamarudziło się dłużej, albo gdy padał deszcz, trzeba było podjechać autobusem, a lampion zapalało się później. Im bliżej kościoła, tym więcej widziałyśmy podobnych postaci z migocącymi w ciemności lampkami. Koniecznie trzeba było być wcześniej, przynajmniej dziesięć minut przed rozpoczęciem mszy, żeby wejść z mroku nocy w mrok nieoświetlonego kościoła, rozpraszany tylko niewielkimi płomykami lampionów. Ta chwila i potem śpiew Rorate coeli, były dla Maryli znakiem wejścia w czas świąteczny.

Po powrocie do domu, po ogrzaniu się i śniadaniu, zabierała się do prac kuchennych. Wstawiała ciasto do piekarnika, a potem robiła porządki. Bardzo lubiła dekorować swoje mieszkanie na piętrze. Choinkę wysoką do sufitu, kupowaliśmy kilka dni przed Wigilią, ustawialiśmy u nas, na dole. Ubierana była w Wigilię, od rana. U siebie Maryla umieszczała w różnych miejscach stroiki, bukiety gałęzi świerkowych, na których zawieszała najmniejsze bombki, jakiś niewielki sznur lampek choinkowych, gwiazdę jako abażur lampy pod sufitem. Krzątała się tak przez cały dzień, z przerwami na posiłki, jednocześnie słuchając muzyki z radia lub z płyt. Ja robiłam swoje na dole, ona – na górze. Od czasu do czasu przemieszczałyśmy się z góry na dół w poszukiwaniu jakiejś łyżki, miski, blachy do ciasta, przyprawy… Wieczorem obie padałyśmy ze zmęczenia. Maryla, która jako feministka zasadniczo sprzeciwiała się zamykaniu kobiet w kręgu prac domowych, tę przedświąteczną harówkę traktowała jak rytuał, twierdziła, że jest to dla niej integralna część samych świąt, że w ten sposób wchodzi w czas i klimat Bożego Narodzenia. Walcząca feministka w tym czasie przyjmowała rolę tradycyjnej pani domu i sprawiało jej to niewątpliwie wielką przyjemność.

Pamiętam jedną z naszych rozmów, na temat pracy kobiet prowadzących dom w dziewiętnastym wieku. Maryla mówiła wtedy, że praca tych gospodyń domowych była w istocie bardzo kreatywna. Nie ułatwiała jej znana nam dziś automatyzacja, nie było półproduktów upraszczających przygotowanie posiłków. Kobiety nie tylko samodzielnie smażyły konfitury, kandyzowały owoce, robiły marynaty , gotowały i piekły. Często były też wytwórczyniami płótna, przypraw, chemicznych środków czystości. Prace domowe mogły dawać im więcej satysfakcji i poczucia sprawstwa niż współczesnym kobietom, często znajdującym się pod presją reklam i czysto konsumpcyjnych oczekiwań. Myślę, że w wirze tych przedświątecznych przygotowań obie realizowałyśmy się w takiej kobiecej kreatywności.

Dzieci

Mieczysław Węglewicz

Wyrok

Dziecko było chore, osłabione. Miało gorączkę.
Przestało ssać.
Wioskowy szaman powiedział, że nic nie pomoże.
– ktoś rzuca urok, cały czas.
Tak mówił
– ale kto, Boże, kto? – jęczała załamana matka.
Szaman nachylił się i szepnął jej do ucha.
Chłopiec, może pięciolatek, usłyszał to.
Miała dwoje dzieci, chłopców
Młodsze umierało.
Spojrzała badawczo na starszego syna.
Kiedy ich oczy się spotkały, chłopczyk spuścił wzrok na podłogę i odwrócił się.
Był zawstydzony, zmieszany.
Z błaganiem w oczach spojrzała na szamana – patrzył na nią przez chwilę,
potem przymknął powieki i potakująco kiwał głową.

Oskarżają dzieci o czary

15 sierpnia. Wniebowstąpienie

Najpierw był huk potem chmura pyłu i ogień. Dom zniknął. Powietrze gorące sierpniem i pożarem było brudne. Miało smak cegieł i wapiennej zaprawy. Kobieta z dziewczynką wyszły z piwnicy. Płakały. Dziewczynka podbiegła do figurki. Jej wsuwane trepki klaskały w pięty. Klęknęła, złożyła ręce. Cały czas płakała. Spojrzała przez chwilę w górę. Niebo przysłaniała mgła, pył, który drażnił oczy. I znowu był huk i ogień i pył. I krzyki z niewidocznych ust. ,,Marysiu, Marysiu”. Dziewczynka odchodziła w ciszy. Była szara od pyłu, bosa, z otwartymi oczami.

Miłość

Chłopczyk  był z mamą na przedstawieniu pod tytułem Królewna Śnieżka w teatrze lalkowym.
– Podobało ci się?, spytała w drodze do domu mama.
– Bardzo, odpowiedział chłopiec,
a mama usłyszała w jego głosie, że jest szczęśliwy.
– A co najbardziej?, dopytywała się.
– Królewna, odpowiedział chłopiec.
Minęły dwa, może trzy dnia. Chłopiec poprosił
– Mamo, chcę  jeszcze raz do teatru
– pójdziemy?, zapytał z nadzieją.
– Raz wystarczy, odparła mama i dalej obierała ziemniaki.
– Mamo, proszę…
powtarzał, przeciągając słowa,
– błagam…
Mama pozostawała jednak przy swoim.
Kiedy wieczorem odwiedziła ich babcia,chłopiec pod nieobecność mamy poprosił babcię.
Zgodziła się.
– Tylko nic nie mów mamie.
– To będzie nasza tajemnica, poprosił chłopczyk.
Po dwóch dniach babcia oświadczyła, że zabiera wnuka na spacer.
Poszli do teatru  lalkowego. Tak, babcie na całym świecie rozpieszczają wnuki.
Po przedstawieniu byli jeszcze na lodach. Chłopiec po powrocie  do domu był jak nieobecny, rozkojarzony.
Nie słyszał, co się do niego mówi. Mama zmierzyła mu temperaturę i dała herbatkę z  syropem malinowym. Rano było lepiej, ale nie poszedł do przedszkola. Kolejnego dnia znowu chciał do teatru.
Mama podśmiewała się, że chyba zakochał się w królewnie. Ostatecznie zgodziła się.
W czasie przedstawienia chłopiec cieszył się, uśmiechał, najbardziej, gdy występowała królewna Śnieżka. Wtedy bił długo i głośno brawo. 
Po spektaklu, gdy już wszyscy wychodzili z teatru,
chłopczyk puścił rękę mamy i radośnie pobiegł za kotarę.
– Tam nie wolno, krzyknęła pani bileterka. 
To trwało krótko. Może po minucie chłopiec wyszedł. Zanosił się  płaczem. Mama objęła go i przytuliła. On łkał i szlochał. Nie można było zrozumieć, co mówi. Ktoś Cię skrzywdził?
Co się stało?
Chłopiec połykał łzy i wycierał ręką policzki i nos. Cały się trząsł. Podeszła pani bileterka.
– Może się przestraszył, powiedziała do mamy.
– Chodźmy zobaczyć, co takiego cię przestraszyło, zwróciła się pojednawczo do chłopca.
Chłopiec nie chciał tam iść.
Wobec tego pani bileterka sama weszła za kotarę i trochę  ją odsunęła.
– Nic tu nie ma, powiedziała,
– lalki leżą na stole. Lalki, jak lalki, drewniane, ubrane… królewna, krasnoludki.
– Nic tu nie ma, powtórzyła wychodząc i zasunęła  kotarę.
Chłopczyk rozszlochał się jeszcze bardziej.