Mit Corona im Kopf

Autorin wohnt in der berühmten Berliner Regenbogenfabrik, wo sie z.Z. das Kulturprogramm verantwortet. Aber zu Regenbogenfabrik gehört so viel – Wohnhaus (vor 40 Jahren ein bestztes Haus), Hostel, Kantine, Kita, Fahrradwerkstatt, Tischlerei, Kino, Kiezcafè, Austellungen, Lesungen, Konzerte... Wie oft haben wir vom WIR e.V., aber auch von Städtepartner Stettin e.V. in der Fabrik Veranstaltungen und Workshops organisiert, Filme gezeigt, unsere Gäste übernachten lassen.

Christine Ziegler

Liebe Ewa

Es ist erst eine woche her, dass ich begriffen habe, wie sehr dieses virus in mein leben eingreift. Meine letzte renitenz ist die fahrt zur steglitzer arbeitsstelle mit dem rad, die mir persönlich vergnügen und viel nachdenklichkeit beschert hat.

Die entscheidungen, die jeden tag in neuem gewand auf einen zukommen, sind nicht immer einfach. Auf der hygienischen und medizinischen seite hab ich schon viel gelernt und für mich persönlich bin ich auch wenig ängstlich. In der gesamtverantwortung ist es dann schon anders. Und die spaltet sich dann auch auf in die verschiedenen teile. Schutz von menschen, die ein höheres risiko haben als ich, aber auch den zusammenhalt der menschen nicht endlos unterminieren. Und wir als regenbogenfamily sind sowieso nicht in den „little boxes on the hillside“ verpackt und unsere grenzen sind sehr fluid. Dazu kommt dann auch noch das tiefe finanzielle loch, dass sich nun schon wieder und in bisher nie gekanntem ausmaß auftut, nachdem alle gäste storniert und alle vier kitas, die von der kantine bekocht werden, nun kein mittagessen mehr brauchen. Und soll die kultur als lebensmittel und stimmungsaufheller aufhören, wenn bei uns sowieso in der regel weniger als 50 menschen kommen? aber wollen wir wirklich mit anwesenheitsliste dastehen und alle erfassen? Aber die künstlerinnen, die bei uns auftreten, leben ja auch oft von der hand in den mund, wie sollen die jetzt satt werden? Aber wer kommt überhaupt, wenn wir die tür auflassen?

Nun denn, das haben so viele andere auch, so wird es auch was gemeinsam rettendes geben.

Die morgendliche fahrt mit dem rad zur arbeit nach steglitz war dann ganz wunderbar. Es ist ein genuss, bei diesem schönen wetter durch die stadt zu fahren und alles ist so entspannt, denn das motorisierte verkehrsaufkommen ist unvergleichlich viel kleiner als sonst und da hat die rücksichtnahme deutlich mehr chancen.

Dabei gab es für mich noch einen erinnerungsflash: als das akw in tschernobyl hochging, da war die sonne auch so brilliant und wir standen auch einer ganz und gar unsichtbaren gefahr gegenüber. Und als wir sie langsam kapierten, da war es erst auch eine gefahr, „weit weg“ und „nur dort“ ganz akut tödlich. Hatte das wirklich was mit uns zu tun? Dies mal ist china viel weiter weg, doch ist heut alles noch viel näher. Der große unterschied: Wir werden in den heutigen zeiten so viel besser informiert, da haben wir einen echten fortschritt erlebt. Der sich aber manchmal auch in sein gegenteil verkehren kann, wenn ungesicherte fakten und undgebremste meinungen aufeinanderprallen.

Und ich denke viel darüber nach, was wir hoffentlich gelernt haben werden, wenn die krise vorbei ist. es sind die kleinen risse und feinheiten. Wenn sie erst die kitas ganz zumachen und dann merken, dass die „systemrelevanten“ menschen nun noch weniger arbeitsfähig sind, weil die kinder versorgt werden müssen. Da könnte dann für die zeit danach die liste der systemrelevanten berufe ein guter katalog sein, wenn es um die nächsten tarifverhandlungen geht. In der liste stehen einige berufe, die verdammt schlecht bezahlt werden. So hoffe ich, dass die welle der dankbarkeit, die sich zurzeit und erfreulicherweise in den sozialen medien breitmacht, dann später in konkrete solidarität umgemünzt wird. Und das muss ja mehr sein, als die unterstützung von beschäftigten und ihren gewerkschaften, da muss auch die politik umsteuern und dieses billig, billig nicht mehr unterstützen. In der taz gab es heute auch die erinnerung, wer alles dafür sorgt, dass informationen auch zirkulieren und das sind eben nicht nur die journalist*innen, sondern auch die zeitungsausträger*innen und systemadmins etc.

Und studien wie die von bertelsmann im letzten jahr, mit dem tenor, dass wir uns die hälfte der krankenhäuser sparen können, werden hoffentlich auch so schnell nicht wieder geschrieben.

Und vielleicht steigt auch die einsicht, dass privatisierung in der daseinsvorsorge nichts zu suchen hat.

Ja, das waren so meine gedanken auf dem weg von kreuzberg nach steglitz. Normalerweise mache ich nicht viel in den sozialen medien, doch diese gedanken will ich noch mal unterbringen. Die situation der geflüchten und die fragen zu rassismus habe ich da noch gar nicht mit ins spiel bringen können. Der rest der sorgen macht ja nicht halt, auch wenn nix anderes als corona mehr in der zeitung steht.“

Inzwischen haben wir in der regenbogenfabrik alle veranstaltungen bis zum 30.4. abgesagt, der betrieb in den anderen bereichen ist auf ein minimun reduziert und es gibt auch keine besucher*innen mehr. wir wenden uns nach innen und betreiben krisenmanagement. Und halten auf abstand, was sich komisch anfühlt, aber ohne abstand würde sich auch komisch anfühlen.

Liebe grüße

Christine

Tibor, Marek, Ewa

Poeta pamięta

Tibor Jagielski

barbarzyńcy na lesbos

kije bejsbolowe
wchodzą do ogrodu poezji

harfa gra wrzask nędzników
miotanych w te i we wte
koncertem fal epoki plastyku

nie
nie dopadną sapho
nie poruszą nawet
niewdzialnego dla nich świata
tak zadecydowali bogowie

06/03/20

Ewa Maria Slaska

Dobrze, że poeta pamięta. Bo my zapomnieliśmy.

Wirus sprawił, że zapomnieliśmy o pożarach w Australii, więc informuję: skończyły się, za to są powodzie, które rozwlekły szlam ze spalenizną na tereny, które pożar łaskawie ominął. Na szczęście rośliny odrastają. Miliard spalonych zwierząt nie wstanie jednak z martwych.

Zapomnieliśmy o troskach o klimat i zrównoważoną gospodarkę, że nie wspomnę o zrównoważonym odżywianiu. Tłum w Polsce i w Niemczech wykupuje mąkę, makaron i ryż, a im bardziej wykupuje, tym bardziej my, ci, którzy nie wykupują, pytamy sami siebie, czy nie powinniśmy jednak czegoś kupić, bo albo nie będziemy mieli co jeść, albo, gdy w sklepach zabraknie jedzenia, okaże się, że w sklepikach i na straganach możemy jednak kupić to samo, tylko 5 albo 10 razy drożej. Na razie uciekamy się do jakichś drobnych zakupów, typu dwa kilo mąki więcej. Myślę, że wstydzilibyśmy się, gdybyśmy kupili 50 kilo na raz. Zastanawiam się, czy jesteśmy idiotami, czy zakłamani, a może jesteśmy zakłamanymi idiotami. No, ale może jesteśmy jedynymi rozumnymi ludźmi i do nas będzie należało zrównoważone królestwo niebieskie.

Zapomnieliśmy też o tym, co się dzieje na Lesbos. Pamiętają tylko poeci i aktywiści. Tibor już dziesięć dni temu przysłał wiersz, Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, bierze udział w organizacji Walk of Shame.

Tabor Regresywny (czyli Marek)

Wszyscy myślą tylko, jak się uchronić przed wirusem, albo jak nad nim zapanować. Jako baratarysta sprobuję postawić inne pytanie. Czy ten wirus atakuje ludzi, a narastające problemy gospodarki są skutkiem ubocznym, czy odwrotnie? A może wirus atakuje gospodarkę, a ludzie są tylko narzędziem? Nie było by to głupie z jego strony, biorąc pod uwagę problemy z klimatem i ciągle nie rozwiązany problem śmieci. Załóżmy baratarystycznie, że tak jest. Co w tej sytuacji robić? Może spróbować wirusów, wyjść naprzeciw i przestawić się na gospodarkę regresywną? Może wtedy odpuści, wiedząc, że my to zrobimy rozsądniej. Może to nie jest taki głupi wirus, na jakiego wyglada?

EMS

Myślę, że dawno przestaliśmy być tym, co się w prasie szumnie nazywa Twierdzą Europa, i, wręcz przeciwnie, jesteśmy Oblężonym Miastem Europa, którego nie da się ocalić. Od Zachodu odgryzł nam spory kęs terytorium biały, paskudny, ujadający piesek, poszczuty przez rudego kundla. Hapnęli i nazwali to Brexit. Od Wschodu zimny drań, który fantastycznie gra w szachy, rozgrywa swoją partię biednym polskim staruszkiem-pionkiem w kapciach i jego dwoma srebrnymi wieżami, a z Chin nadciągnął ukoronowany wirus. Król Korona. Od Południa kolejny zimny drań spotęgował wirusa falą nieszczęsnych uchodźców napędzonych przez szmuglerów ludzi. Przywozi ich atobusami na granicę z Europą i im więcej wśród nich przerażonych dzieci i zgwałconych kobiet, tym dla niego lepiej. W obozach uchodźców wirus zapewne już zbiera śmiertelne żniwo, tylko nikt nie chce tego widzieć, bo jak zobaczy, to musiałby zareagować. To straszne ludzkie nieszczęście to broń Czarnego Króla, młot na Królową, jedyną, jaką jeszcze mamy.

TR

Przedstawiłaś wiele problemów do pilnego rozwiazania. Proponuję podejście baratarystyczne. Nie rozwiązywać. Spróbować je połączyć. Może zaczną się same rozwiązywać.
EMS

To nie jest lista problemów do rozwiązania. To ocena sytuacji.
TR
Fritjof Capra w ksiazce Punkt zwrotny opisuje praktyki pewnych plemion w sytuacji, gdy ktoś zachoruje. Nikt nie przejmuje sie chorym, natomiast plemię zbiera się i zaczyna dyskutować, co złego zdarzyło się w naszej społeczności, że pojawiła się choroba. Choroba jest traktowana jako symbol (ja bym powiedział: jako komunikat) jakiegoś zła czy naruszenia ładu kosmicznego.

EMS

Tak, na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny.

TR

Odoradzałbym wejscia na drogę zrównoważonego rozwoju. Z dwojga złego lepszy jest ten niepohamowany. Mówię to w związku z eksperymentem z żabami. Żaby wrzucone do gorącej wody, natychmiast wyskakują, żaby wrzucone do chłodnej, którą następnie powoli się podgrzewać, dają się ugotować. Chrześcijaństwo nie do tego zostało powołane, byśmy kroczyli drogą zrównoważonego rozwoju. Zostało powołane po to, byśmy zaczęli wyskakiwać w związku z gwałtownym wzrostem temperatury.

EMS

Będę się upierała – na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny i póki go nie przywrócimy, świat się nam będzie rozpadał w strzępy.

 

Wenus z Catalhüyuk (Reblog +)

Niedawno świat (w każdym razie ten złapany w sieć) obiegło zdjęcie “nowej Wenus” neolitycznej, Wenus z Catalhüyuk. To niewielka miejscowość w Turcji.

Wykopaliska w tureckiej miejscowości Catalhüyuk zaczęto prowadzić 50 lat temu, jak jeszcze byłam studentką archeologii. Była to osada neolityczna, udowadniająca zaskakującą (wówczas) tezę, że rolnictwo nie narodziło się w żyznych, mlekiem i miodem płynących dolinach słynnych rzek starożytnych – Eufratu, Tygrysu, Nilu, lecz na górzystych terenach wysoko nad rzekami. Autor strony wykopalisk informuje, że Catalhüyuk jest jednym z najbardziej imponujących stanowisk archeologicznych na świecie.

Figurynka wykonana została z surowego marmuru i waży około kilograma. Została okrzyknięta sensacyjnym znaleziskiem, choć po prawdzie nie ma w niej nic sensacyjnego. Znalezisko nie otwiera nowej perspektywy badawczej, lecz potwierdza dawną, że mianowicie przedstawiciele kultur neolitycznych (młodszej epoki kamienia) na całym świecie tworzyli figurki kobiet o obfitych kształtach, symbolizujące rodzącą boginię matkę. Nazywa się je “Wenus”, a najsłynniejsza jest oczywiście Wenus z Willendorfu, co sprawia, że człowiek myśli, że jest jedyna. Tymczasem jest ich dużo.

W samym Catalhüyuk znaleziono już bardzo podobną kobiecą postać, siedzącą na tronie lwów, datowaną na okres 6 – 5,5 tysiąca lat przed naszą erą, co zresztą widać na załączonym wyżej obrazku.

Neolityczne kobiety…

List do EMS

Teresa Rudolf
Ewuniu, po głowie mi chodzi ten Twój wpis pt. “Dwie siostry“…
Z jednej strony dlatego że ma w sobie tyle ciekawych informacji “historyczno-estetycznych”:
piękne rzeźby, ładne zdjęcia, przemijanie zamknięte w twórczości artystów tamtych epok, w fotografiach dzisiejszych, a z drugiej strony też z tego powodu, że na  początku napisałaś o zniknięciu  miliardów blogów.  Tu  przypomniała mi się też Twoja kuzynka z Kanady i uratowany przez Ciebie jej wpis o Żebraku…
A wiesz, co mi przyszlo JESZCZE  dziś do głowy?
To, że to, co my robimy, na Twoim blogu, to są rysunki na piasku, czasem zatrzymają się przy nich przypadkowi przechodnie,
czasem nawet ktoś dopisze tam jakąś uwagę, ktoś obcy, ktoś znajomy…
no i ktoregoś dnia przyjdzie silniejszy wiatr i wszystko to zdmuchnie.
Gdy sobie to wyobrażałam, zakradły mi się dwa uczucia:
– niesamowita lekkość i przyjemność rysowania na piasku,

– a z drugiej strony trochę też smutek przemijania wszystkiego.

I niestety przyszło mi do głowy coś całkiem jeszcze innego, naprawdę przerażającego:
w Australii “przeminęły z ogniem”, w męczarniach miliardy zwierząt i wiatr rozwiewa ich popioły po świecie.

Jak rysunki dziecinne na piasku…
Jakże względne jest więc to przemijanie i jego sens lub bezsens?…
Przeminęło tyle bardzo ważnych i mniej ważnych ludzi, zjawisk, tyle dookoła bezsensownych ofiar  spowodowanych przez innych.
Oni nie rysowali i nie rysują na piasku, lecz ryją w kamieniu…
I na nich nie wystarczy wiatr, wicher, lecz huragan, który i tak  nie da odfrunąć ich czynom, gdyż nie są niewinne jak rysunki na piasku….


Przemijanie z wiatrem

Te dawne, takie różne
rysuneczki na piasku,
piaskowe zameczki,
ulatujące z wiatrem.

I te piaskowo-miłosne
ze strzałami Amora,
ulatujące z podmuchem
nieobliczalnych wicherków.

Rysunki na  piasku życia
rozwiewający ciągle wiatr,
frunące myśli, uczucia ulotne,
wspomnienia i na zegarze czas…

Na ziarnach piasku mego życia,
rysuję dziś tutaj mój smutek,
bezbrzeżny płacz, nad popiołami
kangurów i misiów koala.

Uwaga adminki: wstawiłam ten wpis na bloga w niedzielę 9 lutego, wieczorem, nadchodziła noc Oskarów i niezwykłej śnieżnej pełni księżyca, a przez Niemcy leciał dziki gon, nazwany przez meteorologów huraganem Sabina.

Dzień babci

To tekst sprzed miesiąca. Ale to bez znaczenia. Czytam to i szlag mnie trafia

Szlag mnie trafia, bo jasne – w Polsce były i są watahy moherowych beretów, ale, OMG, każdy z Was, młodych przemądrzalców, spotkał na swojej drodze niejedną kobietę – babcię, w wieku babci, w funkcji babci, która jest inna – której życia nie określają tylko wnuki, weki i leki, która wyrosła w czasach hippisów i Solidarności, która ma nowoczesne poglądy, słucha Janis Joplin i Nicka Cave’a, jest pacyfistką, nie je mięsa i lubi (a nie tylko toleruje) gejów i przyjaźni się z nimi od czasów, kiedy Wy, smarkacze, jeszcze pieluchy w zębach nosiliście. Ale nie, Wy… Wy wiecie lepiej, bo jakżeby inaczej – świat się zaczął od Was i Waszego aktywizmu, Wy, niedorobione kalki Grety, w większości i tak przecież sporo od niej starsze (zyg zyg marchewka)…

Już o tym pisałam… TU. I naprawdę chyba mam dość Waszego łaskawego protekcjonizmu!

Wszystkiego Najlepszego z okazji Dnia Babci. I uważajcie na doniczki, które zawsze przecież mogą Wam spaść na głowę z jakiegoś balkonu…

PS. Niektóre z nas mniemają, że w Niemczech jest lepiej, mimo że chyba nie obchodzi się Dnia Babci, ale za to szanuje grupę nieformalną Omas gegen Rechts (Babcie przeciwko prawicowcom). Ale i w tym kraju wszechobowiązującej uprzejmości pojawił się pod koniec ubiegłego roku pewien kawałek chóralno-popularny śpiewany przez gromadką przesłodkich dzieci, pod batutą jakiegoś kapelmajstra. To taka tradycyjna piosneczka (tu w tym tradycyjnym wydaniu), która opowiada o różnych przygodach babci, co w zamierzeniu jest śmieszne, bo łączy ową babcię z czynnościami nietypowymi dla jej wieku, a charakterystycznymi tylko dla młodych. Babcia jeździ na motorze, rozrabia, jest bezczelna. Wszystkie zwrotki zaczynają się od słów Meine Oma – moja babcia, a kończą wyrazami uznania: Meine Oma ist ‘ne ganz patente Frau (babcia jest fajowa). Całość przypomina polską zabawę z piosneczką Przepijemy naszej babci domek mały...

Takie rymowanki przy każdej okazji można łatwo zaktualizować. I otóż w trosce o zmiany klimatyczne dziatki zaśpiewały ostatnio teksty takie: „Meine Oma fährt im Hühnerstall Motorrad. Das sind tausend Liter Super jeden Monat. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Albo: „Meine Oma brät sich jeden Tag ein Kotelett, ein Kotelett, ein Kotelett. Weil Discounter-Fleisch so gut wie gar nix kostet. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Czyli babcia jeździ na motorze i truje benzyną, bo jest starą klimatyczną świnią. Albo: babcia zjada masę kotletów, a kupuje je taniej niż wino, bo jest starą klimatyczną świnią…

Wam, drodzy obrońcy środowiska w Niemczech też radzę, żebyście uważali – tu również może Wam spaść doniczka na głowę.

Dom (apel o wsparcie)

Publikowałam już na blogu apel o wsparcie dla projektu wydania książki młodo zmarłego poety, Juliusza Gabryela, i o pomoc dla filmu Andrzeja Titkowa o żydowskich mieszkańcach Lublina, dziś następna prośba, tym razem w sprawie książki o opiekunkach. Temat jest bardzo ważny i może ktoś wpadnie na pomysł, jak pomóc autorce. Bo jedyny sposób, jaki ona może tu zastosować, to oczywiście po prostu znowu pojechać do pracy jako opiekunka!

Uwaga: tłumaczenie na niemiecki jest gotowe, potrzebne są pieniądze na druk i rozpowszechnianie.

Łucja Fice

Z zawodu jestem chemiczką. Obecnie na emeryturze. Moją pasją całe życie była literatura. Wiersze pisałam już jako dziewczynka w szkole podstawowej, a w Technikum miałam na koncie dojrzałe teksty. Od roku 1996 należę do literackiego Stowarzyszenia RSTK i w tym samym roku debiutuję na łamach czasopisma literackiego Własnym Głosem. Od tamtej pory „zainfekowana” literackim bakcylem już na poważnie, puszczam się w wir pisania. Co roku uczestniczę w warsztatach literackich, czego efektem są tomiki poezji, nagrody na ogólnopolskich konkursach literackich. W pewnym momencie życia zmuszona zostałam do wyemigrowania z kraju na Wyspy Brytyjskie, gdzie podjęłam pracę jako opiekunka w Care Home w Walii. Po kilkuletnim pobycie na Wyspach podejmuję ryzyko pracy jako opiekunka seniorów w Niemczech. Emigracja i saksy zaowocowały powieściami PRZEZNACZENIE, WYSPA STARCÓW, OPIEKUNKA, DRUGA STRONA GRZECHU, ale najważniejsza jest dla mnie powieść ZA KRYSZTAŁOWYM LUSTREM – wspomnienia opiekunki. Po drodze były promocje, wywiady, publikacje, recenzje w wielu czasopismach (Polityka, Gazeta Wyborcza, Wysokie Obcasy, czasopisma lokalne). Redaktor naczelny czasopisma Akant, prof. Pastuszewski napisał pracę naukową Portret psychiczny emigrantki zarobkowej po roku 2004 na podstawie moich powieści. W 2016 roku zostałam przez MKiDZN nagrodzona odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej.
W powieściach mówię wprost, chcę zachować szczerość. Przedstawiam świat opiekunki jako rzeczywistość i dostrzegam wynikające z tego dramaty. Starałam się przedstawić ten wybrakowany świat trochę inaczej, więc połączyłam go ze snami, ze wszystkim, co dobre w tej pracy, a więc duchowy rozwój, przystanek i zastanowienie się nad sobą samą.
Świat wewnętrzny Gabrysi, głównej bohaterki powieści Za kryształowym lustrem, jest bardzo bogaty, jest w nim poza realistycznym opisem ciąńkiej pracy, również drugi wątek, metafizyczny, filozoficzny,. Rozmyślania Gabrysi dotyczą sensu egzystencji, co chyba czyni książkę ciekawszą.
Jestem pewna, że powieść warta jest wydania w Niemczech, o co zabiegam. Otrzymałam już zgodę wraz z umową od Redakcji FRANKFURTER VERLAGSGRUPPE GmbH na jej niemieckie wydanie. Jednak koszty edycji książki (7000 lub 12000 euro) nie pozwolą mi na jej wydanie bez finansowego wsparcia. Jestem przekonana, że powieść zdobyłaby uznanie czytelników na księgarskim rynku w Niemczech i krajach niemieckojęzycznych, pozwoliłaby na przybliżenie tematu niemieckim czytelnikom. Powieść ma zwrócić uwagę niemieckiego czytelnika na to, co ważne jest w życiu, na aspekty moralne jego decyzji, gdy decyduje się wynająć opiekunkę z Polski do opieki nas  niepełnosprawnym członkiem rodziny.
W takiej sytuacji zmuszona jestem do szukania innych źródeł finansowania. Proszę tych, którzy zechcieli by mnie wesprzeć w tym projekcie i pomóc, by ta empatyczna powieść mogła się w Niemczech ukazać. Sponsorów na pewno zareklamuję nie tylko w książce, ale również we wszelkich wywiadach czy spotkaniach.
Wierzę w ludzi i ich pomoc w pokonaniu barier, jakimi są pieniądze, bo przecież Unia Europejska jest naszym wspólny DOMEM.

Fragment powieści:

Miedziane słońce wpadało do pokoju przez wszystkie okna. Stałam chwilę przy otwartym oknie, jak zamurowana, sztywna, z uczuciem jakiejś bolesnej rozkoszy. Miło było położyć się do wygodnego łóżka. Nagle zerwałam się. Wydawało mi się, że podopieczny mnie wołał przez aparat babyfon. Włożyłam szlafrok i zeszłam do pacjenta.

Otworzyłam kluczem główne drzwi, weszłam do pokoju chorego, ale nic nie słyszałam oprócz ciszy. Heinz smacznie spał. Chciałam wracać, ale moją uwagę przyciągnęło światło z kuchni. Strugi perłowego światła, które wyglądało jak koraliki zawieszone na niewidocznych sznurkach. Przesunęłam ręką po oczach, czy aby nie śpię. Nie! Byłam zupełnie świadoma. Po przetarciu oczu zauważyłam, że kuchnia tętni życiem.

– Gdzie jest Helga?
– Helga śpi.

Nie wiedziałam, od której osoby pochodził głos. To była odpowiedź, którą najprawdopodobniej słyszałam tylko w mojej głowie, kiedy zaczęłam tę sytuację analizować. I wtedy, właśnie wtedy zauważyłam na dwóch stołach rozciągających się na całej długości kuchni zielony, żywy dywan sadzonek. W tym momencie mnogość obcych mi ludzi w kuchni zafascynowała mnie po raz drugi.

– Kim oni są, co tu robią?

Nagle ze świecą w ręku podeszła Irena. Wtedy pomyślałam, że śpię, ale wcale nie mam zamiaru się obudzić.

– Nie śpisz! – Irena uśmiechała się i podała mi dużą świecę, która płonęła jakoś inaczej. To światło nie przypominało blasku świecy czy refl eksu lampy. Nie miało złocistych odcieni. Było przezroczyste, ale migotało i błyszczało.
– Co ja tu robię? Irciu! Ty nie żyjesz! Irciu! To tylko sen!
– „Mój świat jest tak blisko ciebie, jak twoja koszula przy ciele”. Nagle obraz znikł, a ja znalazłam się w kuchni, którą opuściłam wieczorem.

Znowu sen na jawie – pomyślałam i zamknęłam drzwi na klucz.
Mignęło jeszcze wspomnienie snu i wyszłam na zewnątrz. W pełnym milczeniu nocy posuwałam się w wilgotnej ciemni schodów. Spojrzałam na niebo, na którym (tak mi się zdawało) zabłysła i zaraz zgasła gwiazda.
Chociaż żadnej gwiazdy nie było, to zapamiętałam ją sobie i jakbym ścisnęła ją w dłoni, żeby zrobić miejsce w umyśle dla czegoś, co mogłoby się wydarzyć. Doszłam do metalowych schodów, które prowadziły do mieszkania Klaudii i Martina, gdzie na drugim piętrze był mój pokój. Przeszłam przez duże oszklone drzwi i byłam w pierwszym pomieszczeniu. Spojrzałam jeszcze na szklaną, oświetloną szkatułę, w której znajdowała się rzeźba rumaka i… nagle coś mi się przestało zgadzać.

– Przecież jestem na jawie, jestem tego świadoma.
Wtedy dźgnął mnie strach. Wytężyłam słuch i próbowałam oswoić się z myślą, że słyszę czyjeś głosy. Kiedy próbowałam okiełznać lęk i już myślałam, że jestem nadzwyczaj spokojna, strach powrócił rykoszetem.

Na sofie siedziały dwie młode kobiety, których nigdy nie widziałam. Obie na dużych tamborkach wyszywały kolorowe makaty i rozmawiały.
Na podłodze leżały trzy dywaniki. Były magicznie kolorowe.
Wiedziałam, że są już gotowe. Kobiety nie zwróciły na mnie uwagi, jakbym była przeźroczysta.

– Boże! Co tu się dzieje? To sen! To sen! To tylko sen! Chcę się obudzić! Chcę się obudzić! Chcę się obudzić!
Stałam przy oknie z przyklejonym do szyby nosem, w niemym osłupieniu.
Dotarło do mojej świadomości, że nie obudziłam się w łóżku.
Od kiedy tak stałam? A może jeszcze się nie obudziłam? Moje ruchy zdawały się być osowiałe jak po męczącym dniu. Spoglądałam milcząco na poranny ogród, na te rozlewające się słoneczne plamy. Zdawałam sobie sprawę z własnej obecności TU I TERAZ, choć już nie miałam stuprocentowej pewności. Ten sen był tak fascynujący, że chciałabym jeszcze raz do niego powrócić. Czułam w nim „coś” nie z tego świata, a teraz to „coś” odchodziło, jakbym straciła świadomość własnych myśli, choć moja percepcja była trzeźwa. Trudno mi było wrócić do rzeczywistości, bo w dalszym ciągu czułam, się tak, jakbym znalazła się na przecięciu światów, jak przed zaśnięciem, kiedy wchodzę w stan marzeń. Te wszystkie obrazy, które przepływały przez mój umysł, myśli i głos Ireny podczas tego snu, odbierałam przecież bardzo realnie. Zawsze uwielbiałam spokojną tonację jej głosu, który działał na mnie jak dźwiękowe valium.
A może wcale mnie tu nie ma, może to tylko odbicie mnie samej w szybie, w KRYSZTAŁOWYM LUSTRZE, odbicie mnie w sobie? – pomyślałam. Może potrzebowałam tego snu, by móc zrozumieć coś innego? Muszę go zinterpretować z innej strony. Może jestem w stanie sama zmieniać swoje życie? Może coś wyłapuje moje myśli, które są z tym„czymś” w rezonansie?! Może te sny to jakaś siła przyciągania, o której nie mam pojęcia i mogłabym wszystko do siebie przyciągnąć, o czym tylko pomarzę? Może są połączeniem pomiędzy moimi marzeniami, lękami, a fi zyczną rzeczywistością? Chyba tak! To moje myśli sprowadzają mnie na saksy. Miałam wówczas zbyt dużo mentalnego chaosu w głowie, bym mogła dostrzec spokój.

Ile razy już tak bywało? Czy inni też mają takie stany ducha, jakby byli pogrążeni w półśnie, we mgle? Co u diaska się ze mną dzieje?
Poczułam, jakby granica między snem a jawą zupełnie się zacierała, zaczęłam wątpić, czy w ogóle żyję. Tak bywało w dzieciństwie, a teraz znów wszystko powraca. Z kim mogę o tym porozmawiać? Z kim się tym podzielić? Nie chcę więcej śnić!
To co? Mam się nie kłaść spać? – prowadziłam w myślach dialog ze sobą, jakby były mnie dwie. Przecież te sny to nie sploty luźno poukładanych zdarzeń, to logiczne, sensowne obrazy. Jeszcze raz zdałam sobie sprawę, że byłam z czymś w rezonansie. No właśnie, z czym? Może to był jakiś bank Wszechświata i stamtąd, jak z komputera dostałam tę wiadomość. Przecież prośby o sen z Ireną się spełniły, a w moim mózgu jest rodzaj kryształowego lustra, przez które przepływa jakaś nieznana energia zawierająca informacje. Może miałam w tym śnie dostęp do jakiejś hiperkomunikacji?

Po przeanalizowaniu snu, centymetr po centymetrze, odkryłam:
Zielone sadzonki – wzrastanie we mnie mądrości o mnie samej.
Światło zapalonych świec – wewnętrzny blask, o którym mówił nie tylko Jezus, ale inni prorocy. To przekaz, który ma mnie wprowadzić na następny etap rozwoju, żebym przestała pytać, KIM JESTEM, a zaczęła pytać, KIM lub CZYM mogę się stać. Nastąpiło skojarzenie ze słowami matki ze starego snu: „Dostrzeżesz kim jesteś. Rezultaty już istnieją”. Czyżby życie przynosiło to, co zostało zamówione? Może to przekaz, że muszę zaakceptować, iż jestem procesem, a nie tylko osobą, istotą. Haft owane ręcznie artystyczne dywaniki – to ten fundament pod zrozumienie, to tkanie mądrości, przecież widziałam wzory, które mój umysł rozpoznawał, które oparte na wiedzy i doświadczeniu mogą mi się przydać, tylko muszę z nich skorzystać.

A może ten sen był odpowiedzią na moje wielkie współczucie, na moją pozytywną emocję, jaką obdarzyłam Heinza, uczucie, z którego zdałam sobie sprawę, że płynęło głęboko z mojego serca. Boże! Teraz rozumiem, dlaczego tak rzadko miewam tak piękne sny. No tak! Następna PRAWDA – bo tak rzadko jestem prawdziwie dobra. Nie jestem doskonała. To we mnie tkwi DOBRO I ZŁO. BIAŁE I CZARNE.

Jestem dualna. Choć o tym wiedziałam, jakby od zawsze, dając innym rady, to dopiero TERAZ sama to poczułam. To Irena, moja przyjaciółka, pomogła mi uświadomić sobie, KIM JESTEM. Odeszła, bo bała się, a świat zrobił za nią resztę, zarażając nieuleczalną bakterią.
Zrozumiałam i urodziły się nowe pytania: jak być tylko dobrą?
Czy jest taki świat, nad którym sprawuję władzę? Jak pozbyć się złych myśli, emocji? To są najważniejsze dla mnie, jako dla człowieka w dzisiejszych czasach, pytania.

Przy śniadaniu opowiedziłam sen.
– Gabi! To są wspaniale symbole, spróbuj je rozszyfrować. Może w tych snach widzisz przyszłość?
Nie powiedziałam, że już to zrobiłam.
Zawsze widziałam przyszłość, od dziecka, ale problem w tym, że widziałam ją we fragmentach, jak w okruchu rozbitego lustra. Ilona nie miała racji, mówiąc, że przyszłość jest już zapisana.

***

Dni mijały w spokoju, umilane relaksującą muzyką sączącą się od samego rana z radia lub z płyt CD. Dom pachniał miłością, dobrą kuchnią i kwiatami. Po pięciu latach na saksach zostałam obdarzona szacunkiem i szczerą miłością obcych mi ludzi. Już nie czułam się jak wierny pies, który nie może opuszczać swojego pana, lub pokutująca dusza, która czeka na powrót do DOMU. Wracam do DOMU, w którym czas ma inne znaczenie, jest bardziej realny, nieodbarwiony. Mój DOM w Polsce to świat, z którego pochodzę, ale jestem szczęśliwa, że byłam w domu, w którym zrozumiałam swoje sny. Tam, w cieniu drzew w ogrodzie znalazłam spokój, jakbym urodziła się na nowo. Po szczegółowym rozważeniu planu naprawy siebie samej, zrozumiałam, że droga, którą podążałam, była nie tylko celem dla zdobycia pieniędzy, bo pracując z chorymi i umierającymi, stawiałam siebie na ich miejscu i zrozumiałam, czym jest życie. Wszystko, co mi się przydarzyło, widzę teraz jako doświadczenie. Wszystko, co musiało się wydarzyć, abym mogła uregulować rachunek sumienia. Kocham cię życie ponad życie.

Znalezione na FB: Polański

Jacek Dehnel

Sprawa Polańskiego ze względu na kwestie ugody, osobistych ambicji sędziego i prokuratora, samej ucieczki itd. jest powikłana, ale nie można pisać, że odsiedział już swój wyrok, skoro uciekł przed jego ogłoszeniem. Można pisać, że “swoje odpokutował”, w sensie wielu lat dobrowolnej banicji, ale była to jednak banicja w warunkach luksusowych, to jest międzynarodowej kariery i wygodnego, dostatniego życia na świeczniku. Nie mówiąc o tym, że częścią pokuty jest wyznanie win, o czym dalej.

Dla mnie Polański jest wybitnym artystą, którego ogromnie lubię i cenię za jego osiągnięcia, więc tym bardziej rozumiem, że dla ludzi, którzy oprócz tego znają go osobiście, sprawa gwałtu jest szczególnie przykra. Nie chce się słuchać takich rzeczy o kolegach. Podobnie jak oskarżenia wobec Billa Cosby’ego były przykre dla tych wszystkich, którzy wychowali się na jego programach, a zwłaszcza dla tych, dla których był on symbolem emancypacji czarnych z klasy średniej. Ważne jest też decorum: każdy z nas ma jakieś życie seksualne i, nawet jeśli w przypadku większości z nas nie łączy się ono z żadnym przestępstwem, to wystawianie go na widok publiczny byłoby przykre nie tylko dla nas, ale i dla naszych bliskich (wiąże się to właśnie z poczuciem prywatności, tabu, itd.). Do tego Polański ma za sobą bardzo – po ludzku – ciężką biografię, która może stanowić pewne usprawiedliwienie i okoliczność łagodzącą (acz nie uniewinniającą) dla rozmaitych czynów, w tym przestępstw.

To, co jest problemem, to brak skruchy. Permanentny, oparty na poparciu establiszmentu brak skruchy, właściwy ludziom takim, jak Polański, Weinstein, Bill Cosby, czy kardynałowie i biskupi. Więcej, wyzwanie – to Paetz idący na mszę mimo zakazu, Jankowski pytający „Co, fiuta chcesz pokazać?” i otaczający się ostentacyjnie nadobnymi ministrantami. Cały film o Dreyfusie jest przecież takim wyzwaniem – strojenie się w piórka niewinnie oskarżanego, choć przecież różnica między Dreyfusem a Polańskim jest zasadnicza: Dreyfus nie szpiegował, Polański zgwałcił. Dreyfusa establiszment zwalczał, Polańskiego – chronił. To właśnie ta symboliczna bezczelność sprawiła, że ujawniła się najnowsza z oskarżających go o gwałt kobiet.

Myślę, że jego biografia obfituje w procesy, które innym przydarzają się raz w życiu, jeśli w ogóle – ileś razy był częścią czegoś większego: dzieckiem Holokaustu, imigrantem zza żelaznej kurtyny, wreszcie ofiarą (trafioną rykoszetem tragedii) bandy Mansona. I, bez względu na to, jakie straszliwe rany i blizny zostawiło to w Polańskim, było również po części – obok niekwestionowanego wybitnego talentu – tworzywem jego sukcesu, falą wypychającą go do góry. Tu jest odwrotnie: to on był krzywdzącym, a fala spycha go na dół. Spycha go, bo przyszło #metoo, bo kobiety się wyemancypowały, bo stosunki w kinie z alfa-maczo-ruchaczem na szczycie i wszystkimi poniżej się skończyły (a przynajmniej się kruszą). Spycha go, bo coś się zmieniło w urządzeniu społeczeństwa, biskupi są odwoływani, księża a nawet purpuraci trafiają do więzień, Cosby podobnie, Weinstein stoi przed sądem, inni potracili swoje kariery i miliony w ugodach. Ale właśnie dlatego, że wielu z nas chce widzieć w więzieniu biskupów, winnych chronienia pedofilów i ułatwiania im zdobywania kolejnych ofiar, Polański musi zatonąć z tym okrętem. Godzi się na wywiad – ale jest to wywiad z dwoma facetami, samcami alfa, z Michnikiem i Kurskim, naczelnym i zastępcą naczelnego, kolegami z establiszmentu. Załatwią to w swoim gronie, bez kobiet, będą tylko mówili o kobietach. W wywiadzie zapewnia: „wiele razy za to przepraszałem” (może, ja pamiętam tylko raz), ale głównie przedstawia się jako niewinnie ściganego i oskarżanego bez pokrycia. Po ucieczce ze stanów mówił w wywiadzie Amisowi: „Gdybym, rozumiesz, kogoś zabił, prasa by się tym tak nie interesowała. Ale ruchanie, rozumiesz, i to młodych dziewczyn. Sędziowie chcą ruchać młode dziewczyny. Jurorzy chcą ruchać młode dziewczyny. Wszyscy chcą ruchać młode dziewczyny”. Otóż: nie. Nie wszyscy dorośli chcą ruchać trzynastolatki (czy trzynastolatków). Serio.

Żyjemy w społeczeństwie i poza samym prawem są społeczne obrzędy – w tym obrzęd publicznego przyznania się do winy. Polański odmawia dokonania tego rytuału, stawiając się ponad innymi. Robi z siebie ofiarę, użala się nad sobą, zasłania się dziećmi, żoną, nawet śmiercią Sharon Tate. Ta odmowa ukorzenia to jest hybris i w tej kwestii od czasów antycznej Grecji niewiele się zmieniło: to za hybris, nie nawet za sam gwałt (też przecież z hybris po części wynikający), spotyka go teraz upadek. Jako reżyser powinien wiedzieć, że z sądem może wygrać, ale z eumenidami – nie.

Er fehlt

Zu Erinnerung an Witold Kamiński
27.11.1947 – 17.10.2019

Liebe Kolleginnen und Kollegen, liebe Freunde,

wir alle hatten das große Glück Witold Kaminski kennenlernen zu dürfen.

Heute sind wir zusammengekommen, da wir Abschied nehmen müssen. Am 17. Oktober ist Witold unerwartet verstorben und die Trauer und der Schmerz sind erdrückend. Er fehlt.

Wir sind zusammengekommen um gemeinsam zu trauern, aber auch um uns an einen außergewöhnlichen Menschen zu erinnern.

Ohne ihn würden wir wohl nicht hier stehen. Dieses Haus gehört auch zu seinem Lebenswerk. Als Mitbegründer und langjähriges Vorstandmitglied des Polnischen Sozialrates und des Migrationsrates Berlin gehört er zu den Menschen, die die Ora34, das Nachbarschaftshaus für interkulturelle Begegnung, geprägt haben.

Witold Kaminski war eine der herausragenden Persönlichkeiten des polnischen Berlins. Seit den 80er Jahren hat er unzähligen Migrant*innen geholfen, unter erschwerten Umständen ein neues Leben in Deutschland aufzubauen. Er hat sich mit Kulturprojekten und politischen Initiativen für den deutsch-polnischen Austausch eingesetzt und geholfen, Vorurteile und Ressentiments abzubauen.

Doch sein Engagement war nie auf die polnische Community beschränkt – er hat Vielfalt immer als Stärke gesehen und stellte sich entschlossen gegen einen einseitigen, Einbahnstraße-artigen Integrationsbegriff. Vielmehr sprach er von Teilhabe und Partizipation aller Menschen in unserer Einwanderungsgesellschaft und lebte die Empowerment-Idee, bevor dies zum Modewort wurde. Dabei fand er Verbündete unter Migrantenvertretern der unterschiedlichen Communities und arbeitete unter anderem mit der türkischen, russischen und afrikanischen Gemeinde eng zusammen. Auch in der Politik fand er Freunde und Mitstreiterinnen, er etablierte sich als gefragter Experte und arbeitete aktiv mit in zahlreichen Ausschüssen, Arbeitsgruppen und Beiräten, sowohl auf Landes- als auch auf Bundesebene.

Die junge Generation der „neuen Deutschen“, wir, die sich selbstbewusst in mehreren Kulturen zu Hause fühlen, profitieren heute von der Arbeit von Vordenkern und Aktivisten wie Witold, die den Diskurs um nationale Identitäten nachhaltig beeinflusst und Glasdecken für uns zerschmettert haben.

Für seine Verdienste wurde Witold Kaminski mit zahlreichen Auszeichnungen geehrt, unter anderem mit dem Bundesverdienstkreuz und dem polnischen Kavalierskreuz. Doch darüber sprach er eigentlich nie. Vielmehr als für Auszeichnungen interessiert er sich für Menschen.

Wie oft haben wir ihn sagen hören: „Es kommen keine Facharbeiter und Migranten, es kommen Menschen, mit ihren Potentialen und Problemen.“ Dabei hatte er ein erstaunliches Talent Potentiale zu erkennen und zu fördern. Das haben viele in diesem Raum selbst erfahren dürfen – vielleicht nicht immer ganz freiwillig. Ich erinnere mich an meinen ersten Monat im Polnischen Sozialrat, als er mir auf dem Weg zu einer Veranstaltung erzählte, er habe mich bereits als Moderatorin angemeldet. Er war ein fantastischer Mentor und durch sein Vertrauen sind Kolleginnen und Kollegen an seiner Seite gewachsen.

Witolds Erfahrungsschatz und sein politischer Instinkt machten ihn zu einer wichtigen kritischen Stimme, die die Migrations- und Integrationsdebatten der letzten drei Jahrzehnte mitgeprägt hat. Und wie wir wissen, konnte diese Stimme laut und deutlich werden – er nahm kein Blatt vor den Mund, folgte seiner Überzeugung und ließ sich nicht beirren.

Bei allem was er tat, war er mit dem Herzen dabei und schonte sich nie. Sein Engagement war stets persönlich und er hatte die Gabe andere mit seinem Enthusiasmus anzustecken und mitzunehmen. Man konnte nicht gleichgültig an ihm vorbeigehen. Seine offene und gleichzeitig direkte Berliner-Art machten ihn auch zu einer Kiezikone – es war fast unmöglich die Oranienstraße mit ihm runterzulaufen, ohne dass er angesprochen wurde.

Witold war seiner Zeit oft voraus, er war ein Visionär, Philosoph und vor allem immer auch Sozialarbeiter, der sich für diejenigen einsetze, die marginalisiert oder vergessen werden – zuletzt besonders in der Obdachlosen- und Geflüchtetenhilfe.

Doch Witek war auch Familienmensch, Ehemann und Vater. Erfolgreicher Trickfilmzeichner, leidenschaftlicher Hobbytaucher und stets rasender Fahrradfahrer.

Er war unser Freund. Er bleibt mein Vorbild. Wir werden ihn nie vergessen.

Dr. Marta Neüff
Vorsitzende des Polnischen Sozialrates e.V.
21.11.2019

Zum Welttag der Armen: Gemeinschaft mit Bedürftigen

Verwöhnt zu werden, das erleben Arme selten. Ehrenamtliche Malteser und Gemeindemitglieder von St. Matthias teilten am Sonntag, 10. November, Gemeinschaft mit Bedürftigen.

Die 58-jährige Lilly strahlt. Als Mutter von sechs Kindern wird sie selten verwöhnt. Im Gegenteil. Sie lebt von staatlicher Hilfe, das reicht gerade zum Leben. Für sie ist der Wohlfühltag für Stadtarme und Obdachlose, den die Malteser zusammen mit der Gemeinde Sankt Matthias in Berlin-Schöneberg am Sonntag, 10. November, organisiert haben, ein Festtag. Das mehrgängige Menü ist auf feine bordeauxrote Karten gedruckt. Kürbissuppe, Piroggen, Bigos, Putengeschnetzeltes, Gurkensalat und Dessert – alles wird serviert von Frauen, Männern, Jugendlichen und Kindern, die sich ehrenamtlich im Mensaraum der benachbarten Katholischen Schule St. Franziskus eingefunden haben. Der Polnische Rat Berlin hat die Nationalgerichte seines Landes gespendet.

Es geht um die Begegnung

„Es geht heute vor allem um die persönliche Begegnung mit Menschen, denen es nicht so gut geht im Leben – die Mangel leiden, sei es an Essen oder Zuwendung,“ sagt Carmen Rippoll, Diözesanoberin der Berliner Malteser. Der sogenannte „Wohlfühltag“ findet mit Blick auf den 3. Welttag der Armen statt, den Papst Franziskus für den 17. November ausgerufen hat. Im Vordergrund steht die Begegnung mit bedürftigen Menschen. Auch an diesem Sonntag in der Mensa der Sankt Franziskus Schule. Hier steht das gemeinsame Miteinander im Vordergrund. Die ehrenamtlichen Helfer und Helferinnen sitzen mit den Gästen an den Tischen. Es wird fröhlich geplaudert, gegessen und miteinander gelacht. Auch die 13-jährigen Schüler Hannah und Liam sind dabei. Sie spülen, servieren und mischen sich unter die Gäste. „Es macht einfach Spaß, Menschen, die arm sind, zu helfen. Man sieht, dass sie sich freuen – da freut man sich selbst auch,“ sagt Liam, der seit einem Jahr als Malteser-Schulsanitäter und Schulklimapate an der katholischen Schule Sankt Franziskus engagiert.

Musik und Zauberei

Der Tag geht zu Ende mit Musik, Zauberei, Massagen und Geschenketüten – liebevoll bemalt und verpackt von Schülern und Schülerinnen aus dem Malteser Schulprojekt an der Sankt Franziskusschule. Helmut, 77, aus Friedrichshain geht glücklich heim. Er lebt allein, bekommt monatlich 760 Euro Rente. 450 Euro verschlingt die Miete. Das lange Gespräch mit Ralph, einem von 22 ehrenamtlichen Maltesern, die beim Wohlfühltag helfen, hat ihm gut getan – das schmackhafte, liebevoll servierte Essen sowieso.

Ewa Maria Slaska

An dem Tag beteiligten sich auch Polen: Jacek Manowski und Magdalena Kotala

Sie organisierten Spenden aus dem Polnischem Lebensmittelladen “U Zosi” und von der Familie Domaradzki in Lübars (im Text spricht man vom Polnischen Rat, dessen Vorsitzende Ferdynand Domaradzki ist, aber es ist in der Tat eine Spende seiner Familie gewesen).

Auch die Polnische Botschaft in Berlin war dabei. Ein Auto brachte Mützen, Schals und Handschuhe für Bedürftige (leider hat man sich für fingerlose Handschuhe entschieden, die eh Mode-Accesoires sind als für Warmhalten an kalten Tagen taugen).

Unter den Verwöhnten, Obdachlosen und Armen aus der Stadt, gab es überwiegend Polen. Klar, es gab auch anderen, es waren Deutsche, Moldaven, Ukrainer da, aber Unsereine sind in der Überzahl.

Immer wieder stellen wir uns die Frage: Wieso? Wieso gibt es soviele aus Polen in Berlin, die auf der Strasse wohnen? Und die Antwort ist leider klar: Weil sie hier viel besser leben können, weil es hier mehr Obdachlosenheime und Obdachlosenhilfe gibt. Weil, wenn die ersten Frostnächte kommen, gab es aus Polen sofort erste Meldungen, die dann den ganzen Winter immer wieder zu lesen sind. Es starben zwei Menschen, es starben zwanzig Menschen… In Deutschland sterben sie auf den Strassen nicht.

Anm. von EMS: Alle Fotos in meinem Teil des Berichts von Jacek Manowski; auf dem oberen Foto Magdalena Kotala

Od 15 lat jestem opiekunką (reblog)

Edyta Brzozowska (onet) rozmawia z Łucją Fice

  • Od 15 lat jestem opiekunką starszych i chorych ludzi. Jednak najgorsze jest to, że takich kobiet jak ja, Polek – są tysiące. Emerytek, które zatrudniają się u innych emerytów. Tych bogatych, z Zachodu – mówi Łucja Fice, 68-letnia emerytka
  • Wśród dorabiających do emerytury tak, jak ona, pani Łucji najbardziej zapadła w pamięć 83-letnia Polka, dużo starsza od swojej podopiecznej. I inna, chora na raka, z workiem stomijnym, którą NFZ-u uznał za zdrową i nie przyznał jej renty
  • Wszystkie boją się utraty zatrudnienia w niemieckich domach. Więc robią dużo więcej, niż zakłada kontrakt: odkurzają, gotują, myją okna i plewią ogrody. I strasznie tęsknią za własną rodziną. Tak jak wiele innych Polek również Łucja była wykorzystywana do pracy, której umowa nie przewidywała.

– Życie tak mi się ułożyło, że musiałam szukać pracy poza granicami własnego kraju, gdzie od kilkunastu lat opiekuję się starszymi ludźmi – zaczyna swoją opowieść Łucja Fice z Gorzowa. – Choć ciężko Polsce pracowałam, to kiedy osiągnęłam wiek emerytalny, dowiedziałam się, że przysługuje mi tylko 800 złotych. Przeżyłam szok, kiedy dowiedziałam się, że świadczenie jest tak niskie, bo nie zachowały się dokumenty sprzed czasów transformacji. Poczułam upokorzenie.

Pani Fice z zawodu jest chemiczką. Pracowała głównie w państwowych zakładach, a ostatni etat straciła, kiedy w jej zakładzie pracy przeprowadzono redukcję zatrudnienia. Nowego zajęcia szukała przez dwa lata, bezskutecznie. Podjęła decyzję o rozpoczęciu własnej działalności gospodarczej.

– W centrum Gorzowa otworzyłam sklep z odzieżą używaną – wspomina. – Interes szedł świetnie, ale tylko do momentu, kiedy na obrzeżach miast powstało ogromne centrum handlowe. Zbankrutowałam.

Opowiada, że to był dla niej trudny czas: razem z mężem musiała spłacać kredyty i chciała pomagać córkom: tej studiującej za granicą i młodszej, tuż przed maturą, która także marzyła o studiach. Z jednej pensji było to mało realne.

– Ukończyłam specjalne kursy i zgłosiłam się do agencji pracy za granicą. I tak w 2004 roku zostałam opiekunką seniorów. Najpierw w Wielkiej Brytanii, a przez ostatnie dziewięć lat w Niemczech – opowiada.

Pani Łucja, od kiedy została opiekunką w zagranicznych domach opieki oraz u rodzin, przekonała się, że inne Polki w jej wieku znalazły się w podobnym położeniu.

– Takich kobiet jak ja są tysiące. Emerytek, którym nie starcza na godne życie we własnym kraju. Emerytów z Zachodu stać na to, aby zapewnić sobie tanią opiekę z Polski. I mogą sobie pozwolić na coś więcej, niż chleb ze smalcem czy cienką zupę na co dzień.

W piwnicy z robakami

Właśnie w Wielkiej Brytanii pani Łucja po raz pierwszy zetknęła się ze starością i cierpieniem. Dosłownie, namacalnie i na własne oczy przekonała się, jak wyglądają ostatnie dni wiekowych ludzi: chorych na Alzheimera, z demencją, otępiałych i bez kontaktu z rzeczywistością. Niezdolnych do samodzielnego życia, na wózkach, leżących.

– Dom opieki w miasteczku nad Kanałem Bristolskim był duży, elegancki i świetnie wyposażony – opowiada. – Wyspy Brytyjskie słyną z troski o swoich seniorów. Nawet niewielkie miasto z kilkoma tysiącami mieszkańców ma takie domy. Często niemalże luksusowe. Lecz my, zatrudnione w nich Polki, mieszkałyśmy w innych warunkach: w wilgotnych piwnicach, gdzie robaki chodziły po ścianach i w ciasnych klitkach. Poznałam tam wiele rodaczek w starszym wieku, które dorabiały do głodowej emerytury. Jako jedna z nielicznych byłam w tej dobrej sytuacji, bo znałam angielski. Ale od kiedy zaczęłam pracować w Niemczech, języka niemieckiego musiałam się dopiero nauczyć.

83-letnia Polka dorabia w Niemczech

Z poznanych za granicą opiekunek pani Łucji najbardziej zapadła w pamięć 83-letnia Polka, dużo starsza od swojej podopiecznej. Ale też inna, chora na raka, z workiem stomijnym, którą NFZ uznał za zdrową i nie przyznał renty.

– Ta kobieta pytała: „Za co mam żyć, za co się leczyć? Za co prywatnie iść do lekarza? W Polsce nikt mnie do pracy nie przyjmie” – wspomina pani Łucja. – Pamiętam też tłumaczkę przysięgłą, której mąż uzależniony od hazardu przegrał w kasynie wszystkie oszczędności i sprzedał samochód. Zostawił rodzinę z niespłaconym kredytem za mieszkanie. Poznałam opiekunkę chorą na padaczkę i inną, 75-letnią, ze spuchniętymi nogami, która dźwigała swojego podopiecznego, myła, karmiła, woziła na spacery.

Wszystkie te kobiety łączy jedno: boją się utraty zatrudnienia w niemieckich domach. Więc robią dużo więcej, niż zakłada kontrakt: odkurzają, gotują, myją okna i plewią ogródki. I strasznie tęsknią za własną rodziną.

Nigdy nie było perfekcyjnie

Łucja Fice niektóre z pań opisała w swojej trylogii opowiadającej o opiekunkach pracujących na Zachodzie. Książki Przeznaczenie, Wyspa starców i Za kryształowym lustrem pokazują ciężką pracę przy schorowanych seniorach. Łucja pisze także o własnych doświadczeniach.

– Dla mnie najbardziej traumatyczna była opieka nad chorą na raka Ritą, Niemką po zabiegu mastektomii. Musiałam się na nowo nauczyć prasować, układać, sprzątać, czyścić, gotować, bo dla gospodyni nigdy nic nie było perfekcyjnie. Niemieckiego jeszcze wtedy dobrze nie znałam, z czego moja chlebodawczyni czerpała wielką satysfakcję. Byłam dla niej obiektem drwin. Z czasem nauczyłam się jej języka i rozumiałam co do mnie gderała: „Za siedzenie nie płacimy”, „Przyjechałaś tu do sanatorium, a może na urlop?” Złośliwie skąpiła mi jedzenia i karmiła suchymi bułkami, choć wyżywienie miałam zapisane w kontrakcie.

Jednak pani Łucja nie protestowała, bo bała się, że straci pracę. Tak jak wiele innych Polek, była wykorzystywana do pracy, której umowa nie przewidywała.

– Wyprowadzałam psy, sprzątałam, zdezelowanym rowerem jeździłam na zakupy, chodziłam na pocztę oddaloną o kilka kilometrów – wylicza. – Miarka się przebrała, kiedy podczas burzy i wielkiej ulewy Rita kazała mi wykonywać ciężkie prace ogrodowe, bo „z cukru nie jestem”.

Wszystko we mnie krzyczało: „Czy muszę to wszystko znosić tylko dlatego, że jestem kimś bez pracy w kraju?” Już nie chciałam dłużej słuchać tłumaczeń męża Rity, że ona jest umierająca, że cierpi. A bywa obcesowa, bo wie, że odchodzi. Spakowałam walizkę i wyjechałam bez słowa.

W mundurze oficera SS

Łucja wspomina też inną podopieczną, Niemkę, 92-letnią Elizę z Berlina.

– Często mówiła, że musi iść do fryzjera, bo lada dzień wróci jej mąż Martin, choć mężczyzna od dawna nie żył. Miała demencję. W gorsze dni rozbierała się do naga i powtarzała mi: „Zabiję cię, zabiję”.

Któregoś razu starsza pani zaprowadziła Łucję do szafy i kazała wyjąć mężowskie ubranie.

– Zobaczyłam mundur żołnierza SS i zamarłam. Nigdy nie zapomnę znaku trupiej czaszki na czapce i swastyki na przepasce – wspomina.

Kiedyś staruszka wymknęła się z domu. Pani Łucja wpadła w panikę, ale na szczęście odnalazła ją na pobliskim przystanku autobusowym.

– Była bosa, ale ubrała się w wojskowy mundur męża – opisuje. – Zbyt długie nogawki podwinęła, przepasała się grubym pasem, a rękawy obcięła nożyczkami. Dopiero od córki Elizy dowiedziałam się potem, że jej męża rozstrzelano w czasie wojny za pomaganie Polakom i Żydom.

Następnego dnia po ucieczce z domu Eliza dostała udaru i zmarła.

Królowa Lodu

Na rękach pani Łucji zmarła też inna podopieczna, Rose, rocznik 1918.

– Była bardzo bogata – opisuje kobietę. – Bizneswoman, do której należało kilkanaście marketów w okolicy Köln, a jej rodzina dorobiła się ogromnego majątku. Ale była tak skąpa, że żądała, abym robiła wielkie zakupy na cały tydzień za 2-3 euro, które mi wręczała. Sama ubierała się w zniszczone rzeczy sprzed kilkudziesięciu lat.

Pani Łucja wiedziała, że kilkanaście polskich opiekunek, które pracowały u Rose, były w jej pojęciu złodziejkami: żadna nie wytrzymała tam dłużej niż tydzień. Niemka miała przydomek „Królowa Lodu”.

Pani Łucja mówi o sobie, że jest z natury pogodna. Więc często podśpiewywała pod nosem.

– Wtedy Rose na mnie krzyczała: „Zamknij się! Po obiedzie czyszczenie lamp i abażurów!” A kiedy protestowałam, bo w ciągu dnia przysługiwała mi dwugodzinna przerwa, babcia łapała za laskę i próbowała mnie bić. Krzyczała: „Ja ci dam przerwę, leniuchu! Przyjechałaś tu do pracy, a nie na wakacje” – opowiada.

Ale Polce żal było kobiety, której dziecko zginęło przed laty w tragicznym wypadku.

– Dlatego nie rozstawała się z lalką, która zastępowała jej córkę – tłumaczy. – I do ostatnich chwil tuliła ją do siebie w przekonaniu, że trzyma własną, żywą córeczkę.

Nadal chce wyjeżdżać

Pani Łucja mówi, że nie wszystkie chwile na zagranicznych kontraktach były przykre.

– W niektórych niemieckich rodzinach czułam się naprawdę doceniona, wręcz rozpieszczana. I nie tylko ja, bo moje koleżanki, które opiekują się potrzebującymi ludźmi poza granicami naszego kraju, często nazywane są „perłami”. Ludzie, którzy korzystali z naszej pomocy, powtarzali, że bez nas nie poradziliby sobie. I tak naprawdę bardzo się cieszę, że Polki mają taką możliwość, aby wyjechać i dorobić do skromnych emerytur.

Niestety, kiedy pani Łucja opiekowała się jednym z ostatnich podopiecznych, musiała się zmierzyć z rodzinną tragedią.

– Trzy lata temu któregoś dnia, w Niemczech, odebrałam od córki telefon. Powiedziała: „Mamuś, nasz tato nie żyje”.

Był to dla niej cios. I choć od tej pory pobiera mężowską emeryturę – większą, niż ta, której wyliczył jej ZUS – nadal chce wyjeżdżać jako opiekunka.

– Ale teraz jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę negocjować stawkę – podkreśla pani Łucja – I nie pracuję z mniej niż dwa tysiące euro.

Apel do polityków

Fice zaznacza, że niektóre koleżanki z Gorzowa zazdrościły jej „zarabiania kasiory”.

– Radziłam im wtedy, żeby same zostały opiekunkami i przekonały się, jak to jest. Tęsknić za swoim domem, spaniem we własnym łóżku. Nie wszystkie to wytrzymują. Niektóre piją, ale dyskretnie, wieczorami, żeby nikt nie widział. Ile zarobią? To zależy od agencji. Przeciętnie 1200 euro na miesiąc. Za dzień i noc ciężkiej, fizycznej pracy, która wypala także psychikę – podkreśla. I dodaje: – Moje powieści to krzyk dojrzałych kobiet: Polek, matek, żon i babć, które marzą o pracy we własnym kraju. I bardzo bym chciała, żeby moje książki o emigracji zarobkowej emerytek przeczytali politycy. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie o takiej starości marzyłyśmy.

*

Książka Za kryształowym lustrem wzbudziła w Niemczech duże zainteresowanie. Autorka wzięła udział w filmie dokumentalnym realizowanym przez telewizyjną stację RTL o polskich opiekunkach pracujących w Niemczech. Obecnie powieść została przetłumaczona na język niemiecki. W maju 2019 roku ukazała się nowa powieść autorki pt. Druga strona grzechu, która także dotyczy emigracji zarobkowej kobiet, ale jest też próbą podsumowania osobistej filozofii autorki.