Wielcy pisarze i kobiety

Ewa Maria Slaska

Baśce O.

Harper Lee, Umberto Eco, Romain Rolland, Gabriel Garcia Marquez, Thomas Mann, Hermann Hesse, Julio Cortazar

Umarli kilka dni temu, albo nie żyją od wielu lat… Obchodzimy właśnie rocznice ich urodzin lub śmierci, albo zostali zapomniani na zawsze. Wielcy pisarze, którzy ukształtowali moje życie. Gdy piszę pierwsze zdania tego tekstu, wciąż dodaję w tytule kolejne nazwiska, patrzę na tę listę i cały czas wiem, że brakuje jej dwóch postaci – Homer i Marcel Proust. Ale ci dwaj są z jakiejś innej półki, znacznie wyższej niż reszta, nie mogę ich dodać do listy moich wielkich pisarzy, bo są ponad wszelkimi listami i kategoriami. Natomiast świadomie nie wpisałam na listę moich pisarzy kilku innych, podobno nawet ważniejszych – James Joyce, Lew Tołstoj, Fiodor Dostojewski, Gustave Flaubert

Czytałam ich, oczywiście, byli wielcy, ale nie byli “moi”… Wielcy pisarze dużo pisali, ale ci moi są dla mnie najczęściej autorami jednej książki. Mojej książki. Colas Breugnon, Zabić drozda, Sto lat samotności, Imię róży, Gra w klasy… kultowa książka mojego pokolenia w Polsce. Oczywiście W poszukiwaniu… i oczywiście Odyseja.

To moja klasyfikacja, moi najważniejsi pisarze. Dlatego jest tu Harper Lee, a nie ma Faulknera i Hemingwaya.

I wśród nich tylko jedna kobieta, właśnie Harper Lee! Dlaczego tylko jedna!? Pytam nie bez powodu, ale o tym za chwilę…

Potem, gdy pojawiają się pisarze ważni, i sławni, i wielcy, ale już nie AŻ TAK ważni, i sławni, i wielcy, Pruszyński, Paustowski, Galsworthy, Gołubiew, Grass, Fitzgerald, Hrabal, Steinbeck, Tolkien, Kerouac, Nooteboom, Calvino, Buzatti… pojawi się też dużo kobiet. Margaret Mitchell, Margerite Duras, Françoise Sagan, Lucy Maud Montgomery, Carson McCullers, Simone de Beauvoir, Ursula K. le Guin, Selma Lagerlöf, Sigrid Undset, Karin Blixen, Pearls Buck, Astrid Lindgren, Gertrud von Le Fort, Agata Christie, ulubiona, bo to na jej książkach i na Kubusiu Puchatku uczyłam się angielskiego… I Francis Yates, autorka książki Sztuka pamięci, która na lata stała się dla mnie wzorem inteligentnej kobiety. To taki najdawniejszy mój własny kanon czytelniczy, który przez lata będzie się rozrastał, odmładzał, feminizował, pojawią się w nim przede wszystkim amerykańskie pisarki postetniczne, Alice Walker, Luise Erdrich, Amy Tan…, Siri Huvsted jako osobna pozycja, i wreszcie feministki.

Feministki to już oczywiście odkrycie po wyjeździe do Niemiec. Jechałam do kraju Manna i Hessego, a przyjechałam do świata, gdzie czytało się Mary Daly, Julię Kristevę i Susan Sonntag. Oraz, oczywiście, Alice Schwarzer, choć dziś chyba już nie chciałabym jej czytać, bo jest wcale nie mała różnica finansowa i etyczna między Alice Schwarzer z lat 80 a teraz.

Feministki objawiły się właściwie już w Polsce, w okresie Solidarności, bo w końcu i one przyjeżdżały do kraju, w którym coś się działo, zakładając, zresztą słusznie, że jak będzie się działo dużo, to będzie się dział również feminizm. Ale podczas jednego czy drugiego spotkania w Polsce nie wiedziałam jeszcze, że można by z tymi kobietami porozmawiać o literaturze feministycznej i chyba nie przychodziło mi do głowy, że mogłaby taka być.

Wiedziałam natomiast, że jest literatura pisana przez mężczyzn, której kobiety nie trawią, i literatura pisana przez kobiety, która może nie zawsze odpowiada temu, czego kobiety chciałaby od literatury, ale przynajmniej taka, którą będą mogły uczuciowo zrozumieć.

To, że jako kobieta nie jestem w stanie z przyjemnością czytać literatury napisanej przez mężczyzn, było moim własnym odkryciem i to z młodego wieku, skoro napisałam o tym jako osiemnastolatka na egzaminie wstępnym na polonistykę. Nawet nie pamiętam dokładnie, jak był sformułowany temat, sądzę, że nie miał prowadzić do wniosków feministycznych, lecz raczej chodziło o wzory powieściowe lub coś w tym rodzaju. Napisałam, że Faulkner i Hemingway to nie jest “moja” literatura, że wojna, polowanie… zresztą nie wiem, co dokładnie, ale na pewno, że nie… NIE!

To wypracowanie wpłynęło na moje życie i to całkiem bezpośrednio. Bo po południu po egzaminie pisemnym poszłyśmy z Baśką O. na spacer i ustaliłyśmy, że… wcale nie chcemy studiować polonistyki, a może w ogóle nie chcemy studiować, a na pewno mamy w nosie egzaminy i że nie będziemy już niczego zdawać, tylko idziemy jutro na plażę.

Poszłyśmy. Gdy wróciłam do domu, opalona, opiaszczona, potargana, tam już była groza. Mama tłukła talerze, a Ojciec nie pytając o nic, wziął mnie za rękę i zaprowadził… na egzamin! Nie było daleko. Egzaminy już się skończyły, cała komisja czekała tylko na mnie. Nic nie rozumiałam, przecież nikt nigdy nikogo nie zmusza do egzaminu na studia, a egzaminy są przecież anonimowe. Więc dlaczego? Weszłam, wepchnięta przez Ojca, i przypomniało mi się, nie wiedzieć czemu, jak kiedyś późną nocą Ojciec odwiózł nas obie na kolonie, jechałyśmy z kimś samochodem, ale nie pamiętam z kim. Było ciemno, wszyscy spali, Ojciec się dobijał do drzwi, w końcu otworzyła jakaś zaspana kucharka, zaprowadziła nas do kierowniczki, a potem do jakiejś ciemnej sypialni. Obudziliśmy wychowawczynię i Ojciec powiedział: … Pani, dzieci przywiozłem. Może to było Dzień dobry Pani, albo Proszę Pani, ale może rzeczywiście tak powiedział, jakoś zbyt prosto i niezbyt uprzejmie. I wepchnął nas przez drzwi.

Wydaje mi się, że nie zdawałam tego egzaminu, że wystarczyło, że się pojawiłam. Chociaż może było jakieś pytanie pro forma, typu – kiedy była bitwa pod Grunwaldem? Nic nie pamiętam. Dopiero po kilku dniach, gdy już wiadomo było, że zdałam i zostałam przyjęta, rodzice powiedzieli mi, że moje wypracowanie egzaminacyjne było tak dobre i oryginalne, iż gdy się nie pojawiłam na egzaminie, komisja zadzwoniła do rodziców i zapytała, co się stało, czy może jestem chora…

Tak to Baśka nie dostała się na studia, a ja owszem… Ale niewiele to pomogło, bo i tak nie chciałam studiować polonistyki… W następnym roku rozpoczęłam studia etnologiczne, a w rok później zaczęłam studiować archeologię…

Ktoś mi kiedyś powiedział, że to wypracowanie pokazywano następnym pokoleniom studentów. Kiedyś chciałam je przeczytać, ale oczywiście nikt nic nie wiedział i nic nie pamiętał, i nie umiał mi odpowiedzieć na pytanie, czy może gdzieś jest. Może zniknęło, może jest w Archiwum Akt Nowych w Gdyni.

Potem były jeszcze dwa znaczące spotkania z książkami pisanymi przez kobiety.

polskieksiazkiPierwsze w Polsce w latach 70. Chcałam zostać dziennikarką, taką lepszej klasy, i obsyłałam różne konkursy. Głupi był to pomysł i nie przyniósł żadnych widomych efektów, ale wtedy tego nie mogłam wiedzieć. Wysłałam więc recenzję na jakiś konkurs zorganizowany przez Kobietę i życie. To informacja bez znaczenia, ale ponieważ pamiętam, to napiszę, że była to autobiografia Stanisława Makowieckiego Mamałyga czyli słońce na stole. Dostałam wyróżnienie i przysłano mi jako nagrodę kilkanaście książek. Dopiero po jakimś czasie odkryłam, że wszystkie były napisane przez kobiety. Przyznaję, że do dziś myślę z uznaniem o tej peerelowskiej redakcji.

niemieckieksiazkiGdy przyjechałam do Berlina przez kilka miesięcy sprzątałam, nie dlatego, żebym specjalnie lubiła sprzątanie, ale dlatego, że to w latach 80 robiły tu wszystkie Polki. W domu profesorostwa G. na Frohnau odkryłam, że na stoliku nocnym pana profesora leżą eseje filozoficzne i polityka, a u pani profesorowej książki napisane przez kobiety.

Odeszli

Katarzyna Krenz

Styczniowy deszcz

Wspomnienie o Romanie Cielątkowskiej (29.08.1959–22.01.2016)

Motto:

Patrzymy, dotykamy, pamiętamy, staramy się
zrozumieć – aż wreszcie nadchodzi moment
aktywności. Chcemy coś zrobić.

R. Cielątkowska, Translocatio. Gdańsk 2014

Roma fot do bloga Ewy

Życie z perspektywy życia widzimy inaczej niż z perspektywy śmierci. Wszystko jest jeszcze otwarte, możliwe, jeszcze się dzieje, i tyle planów przed nami. Gdy przeminie, gdy nagle zostanie przerwane – tragicznie czy jak w przypadku profesor Romy po krótkiej przegranej walce z chorobą – stajemy wówczas bezradni i zagubieni. Oszołomieni stratą. Niezdolni do podjęcia wędrówki na niespodziewanie opustoszałej drodze.

W biegu

Ze Lwowa przyszedł list od głównego konserwatora miasta. W imieniu ukraińskich przyjacół Lilija Onyszczenko pisała: Roma zawsze pogodna, uśmiechnięta, towarzyska, ciekawa poznania nowych ludzi, osoba, z którą nigdy nie było nudno, pełna mądrych myśli i ciekawych pomysłów. Profesor, co nie gardził żadną pracą, potrafiła zrozumieć każdego. Dwa zdania, którymi się najcześciej posługiwała w naszej wspólnej pracy: Zrób to pilnie! Potrzebuję szybko! Spieszyła się żyć, jakby czuła, że droga nie będzie długa.

Taką Ją zapamiętamy: w biegu. Wiecznie gdzieś się spieszyła. Szybko jadła, jeszcze szybciej mówiła, a nawet tak się śmiała: spontanicznie i serdecznie, ale krótko. Jej współpracownicy opowiadają, że nieraz nie potrafili się zorientować, o którym z projektów akurat mówi, bo mówiła jednocześnie o wszystkich, które aktualnie realizowała. Warsztaty studenckie, inwentaryzacja zniszczonego obiektu, nowy dach na kościele w Mariance, narada z cieślami przed wyprawą w Bieszczady czy na Ukrainę. A w międzyczasie wyjazd studialny na Syberię albo do Mongolii i organizacja międzynarodowej konferencji – w Pasłęku, a może już kolejnej, w Gdańsku. Kto, co, kiedy i z kim? Dla kogo? Najlepiej wszyscy razem i natychmiast. Delegowała zadania, a jej własne życie przypominało maraton, bieg z przeszkodami i sprint jednocześnie. Pracowała nieprzerwanie, była architektem, nauczycielem akademickim na kilku uczelniach, promotorką prac dyplomowych i doktoratów, najmłodszym profesorem na Wydziale Architektury Gdańskiej Politechniki. Autorką 6 książek i ponad 60 artykułów. Doradcą w komisjach naukowych, ministerialnych oraz UNESCO.

Sztuka dawania

Zawsze w pośpiechu między kolejnymi podróżami, często dary dla ludzi w potrzebie, przyjaciół i ich dzieci wysyłała pocztą. Gdy kogoś z nas nie zastała w domu, wieszała torbę na klamce lub płocie. Jabłka z jej ogrodu, jajka od gospodarzy ze wsi, chleb bezglutenowy z piekarni w Starogardzie, ciepły sweter z Irlandii „specjalnie dla ciebie, z prawdziwej wełny”. Zielona herbata z Japonii. Książka, którą „musisz koniecznie przeczytać, podkreśliłam kilka ważnych zdań, pogadamy, jak wrócę”.

„Tylko nie pisz o Romie za słodko”, radzi znajoma. „Ona nie dawała się głaskać i szanowała wyrazistość innych”. Ratowała, pomagała, obdarowywała. A jeśli sama nie mogła, zostawiała instrukcje, adresy, numery telefonów. Wyślij! Oddaj, przekaż, zawieź. To dobrzy ludzie, spodobają ci się.

I zawsze córka na pierwszym planie.

Powrót do źródeł

Poszłam naostrzyć ołówki do kuchni. To nagłe zamarcie ciszy w domy przypomina mi letnisko po sierpniowych wakacjach. Półmrok zasuniętych zasłon, wymyte, pachnące mydłem podłogi, puste łóżka […], ganek mokry – rozmyta zieleń w przedziwnym kolorze. Jeszcze wibruje w powietrzu obecność; hałas, ruch, szuranie, dym papierosów i przekleństwa, które stały się codziennością – ale cisza jak mgła zaściela pomieszczenia. Nawet pies zastygł w bezruchu. (RC, fragment dziennika, Jazłowczyk 2011/2012 )

Ekspert Międzynarodowego Komitetu Naukowego Wspólnego Dziedzictwa ICOMOS i profesor nadzwyczajna, na miejsce rekonstrukcji kolejnego obiektu jechała z własną siekierą. Mieszkała bez udogodnień, czasem ze studentami i cieślami w baraku lub namiocie; nie wygoda była jej potrzebna do szczęścia. W trasę wyruszała zwykle nocą, samotnie, zapakowaną po dach, wysłużoną terenową Ładą. Bo wtedy drogi puste, można spokojnie przemyśleć, co jest do zrobienia. Bo […] najbardziej dotykalne krajobrazowo są podróże samochodem, gdzie w każdym momencie możemy zatrzymać czas.

Habilitowała się z modernizmu lwowskiego, ale tak naprawdę kochała dotyk surowego drewna, żelazo wykute u kowala, dzieło rąk przodków: stare cerkwie, stare domy, stare ikony. Zachowanie wspólnego dziedzictwa materialnego uważała za swój moralny obowiązek. W dzikim krajobrazie, którego człowiek nie zdołał jeszcze zniszczyć – odnajdywała siebie. Może dlatego tak blisko jej było do ludzi głębokiej wiary. To dla nich ratowała zapadnięte w ziemię prawosławne czasownie i maleńkie cerkiewki. Dla nich zgłębiła tajniki pisania ikon. W swojej ostatniej książce pt. „Translocatio. Przeniesienie drewnianych świątyń trzech obrządków” pisała: Bycie z ikoną to także w sensie filozoficznym poszukiwanie wolności, o którą każdy z nas nieustannie zabiega.

Stwierdzenie, że zajmowała się ocalaniem zabytków kresowych sakralnej architektury drewnianej, mówi o celach, ale nie oddaje żarliwej pasji i szaleńczej wręcz odwagi, z jaką o nie walczyła. Szła od zadania do zadania. Rosja: przeniesienie „czasowni” z Pasynkowa do Kiriłło-Biełozerskiego muzeum w Cypinie; rekonstrukcja kaplicy Michała Archanioła ze wsi Lelikoziero na wyspie Kiży, na jeziorze Onega w Karelii, w północnej Rosji. Polska: odtworzenie z nielicznych ocalałych belek i desek XVIII-wiecznej cerkiewki z podkarpackiej wsi Kupna w Godkowie koło Pasłęka. Ukraina: przeniesienie modernistycznego kościoła drewnianego ze wsi Jazłowczyk koło Brodów do Muzeum Budownictwa Ludowego we Lwowie. Lista jest znacznie dłuższa.

Nigdy nie pracowała sama. Nie tylko dlatego, że rekonstrukcja wymaga współpracy konserwatorów, cieśli i stolarzy, kowali i szklarzy, kolegów z uczelni i studentów. Także dlatego, że wierzyła w naukę, jaka z tej pracy płynie. Dla niej świątynia to nie był obiekt architektoniczny, lecz ponadczasowe miejsce jedności z Bogiem. Takim miejscom, gdzie czas się zatrzymał – ginącym w łopianach, przerośniętym chwastami, zapadniętym w ziemię – ofiarowywała nowe życie, by mogły trwać dalej.

Pożegnanie

30 stycznia 2016 w Starogardzie Gdańskim, na ceremonii pożegnalnej odprawionej w rytach rzymsko- i grekokatolickim zebraliśmy się z poczuciem, że jesteśmy tam dla Niej, ale i dzięki Niej. Dokładnie o tej samej porze we Lwowie, po mszy odprawionej w drewnianej cerkwi, przyjaciele przeszli do kościółka z Jazłowczyka – Jej kościółka – by na pożegnanie zaśpiewać Jej Wiecznaja pamiat.

W starogardzkim kościele św. Mateusza panował przenikliwy chłód, mimo że na zewnątrz padał niemal wiosenny deszcz. We Lwowie było podobno ładnie i słonecznie. Wieczorem odebrałam mail od Liliji: Postanowiliśmy umieścić tablice pamiątkowe na kościele tu we Lwowie i w Rozłuczu.

ROMA DSC09005

Dwa dni później.

Po drodze do miasta mijam Jej ulubioną księgarnię, wchodzę, nie, właściciel jeszcze nie wiedział. Zaglądam do „Herbapolu”, jaka szkoda, jaki żal, mówi starsza kobieta za ladą, znałyśmy się tyle lat. Idę dalej, pamiętam, opowiadała mi o „swojej” aptece na rogu i o „swoim” fryzjerze gdzieś przy ul. Sobótki. Trzeba by też zawiadomić dr Kamilę z Pogotowia Stomatologicznego przy ul. Miszewskiego; nieraz ratowała Ją późną nocą, w ostatniej chwili przed kolejną wyprawą do Archangielska, Lwowa czy Irkucka.

***

Prof. dr hab. inż. arch. Romana Cielątkowska (1959-2016) profesor tytularny na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej, w latach 2006-2009 kierownik Katedry Historii, Teorii Architektury i Konserwacji Zabytków, a od 2009 r. kierownik Katedry Projektowania Środowiskowego. W latach 2001-2003 kierownik Zakładu Urbanistyki i Architektury Wydziału Nauk Technicznych Uniwersytetu Warmińsko -Mazurskiego w Olsztynie, w latach 2006-2014 profesor w Wyższej Szkoły Zarządzania Środowiskiem w Tucholi. Autorka licznych publikacji naukowych i 6 książek, m.in.: „Architektura i urbanistyka Lwowa II Rzeczypospolitej” (1998), „Detal architektury mieszkaniowej Lwowa XIX i XX wieku” (współautor: Lilia Onyszczenko-Szwec, 2006) „Translocatio. Przeniesienie drewnianych świątyń trzech obrządków” (2014). Ekspert i członek Zarządu Polskiego Komitetu ICOMOS, Komitetu Architektury i Urbanistyki PAN (sekcja Historii i Konserwacji Zabytków), ekspert w dziedzinie ochrony dziedzictwa architektonicznego w dyspozycji UNESCO na kraje Europy Środkowo-Wschodniej oraz Rady Ochrony Zabytków przy Ministrze Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP.

(wersja skrócona tego tekstu ukaże się na łamach Gazety Wyborczej)

zdjęcia z archiwum J.K. Krenzów

Reblog: Nieubłagany koniec epoki


Wojtek Drozdek

Między Łodzią, Berlinem a Wenecją… / Zwischen Lodz, Berlin und Venedig…   

Montag, 26. Oktober 2015

ZDZINIO

(Zdzisław Jaskuła 1951 – 2015)

Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,/ lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej…
Mascha Kaléko, Memento. Przekład: I. Kuran-Bogucka

Trudno wspominać o kimś z perspektywy trzydziestu lat spędzonych poza Łodzią, krótkich w niej pobytów, przelotnych wizyt. Obrazy rwą się coraz bardziej, zacierają granice między rzeczywistością a wyobraźnią. Pozostaje jedynie świadomość nieubłagalnego końca epoki, której schyłek znaczą jak zwykle odejścia… Byli więc Jacek Bierezin i Witek Sułkowski, Andzia i Zbyszek Dominiakowie, Ewa Bierezin-Sułkowska… a teraz Zdzinio…

Kiedy i gdzie się poznaliśmy? Na początku lat 70, prawdopodobnie w BULe, może na dole w zadymionym “Piekiełku”, albo na którymś z wykładów prof. Skwarczyńskiej.

Obraz pierwszy to nieregularne popołudniowe “tajne komplety” ze skrzynką piwa przy piaskownicy w najciemniejszym zaułku parku Matejki. Było więc o polityce, literaturze, o wydaniach paryskiej Kultury, tych które miały nadejść zza kordonu i o tych, które zabrała ubecja. Zajęcia prowadził Witek, spotkać można było przedstawicieli łódzkiej opozycji, także tych których po Marcu nie wygnano – czasami wpadł zabłąkany student. Zdzinio dołączył do grupy jako jeden z ostatnich “kursantów”, wnosząc nie tylko wiedzę, humor, ale i cynizm. I coś jeszcze – kindersztubę godną późniejszych opozycyjnych salonów. Niemal zawsze spierał sie z Bierezinem o “treść i formę” – alpinistyki raczej nie uprawiali.

Obraz drugi to “bankiety” na Popowskiego, w mieszkaniu – a raczej jedynce i pół – Zbyszka. Tam też założyliśmy na Zdzinia i Sławę Lisiecką (wówczas jeszcze lektorkę niemieckiego) Wielkiego Haka. Postanowiliśmy zrobić z nich parę zapominając, że wyświadczamy Sławie niedźwiedzią przysługę. Za Jaskułą węszyła już milicja. Dyskusja na balkonie toczyła się już od dłuższego czasu wokół tematu “co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Zdzinio zegarka nie złapał, wylądował dziesięć pięter niżej. Sława więc wygrała, a małżeństwo przetrwało do końca. Podobno w prezencie ślubnym otrzymał od żony nowy czasomierz.

Obraz trzeci – mniej dynamiczny, bo to Jaskuła na niebieskim szezlongu w naszej bibliotece na południu Zachodniego Berlina. No właśnie. Nie Mur, nie muzea, nie Ku-Damm – taka nasza Piotrkowska – lecz biblioteka. Czternaście dni na kanapie spędził nasz Gość czytając bibułę. Także londyńskie reprinty Pulsu, który przyszło mu w Łodzi współredagować… Dwa tygodnie wśród książek podczas gdy za oknem szalała zimna wojna…

Ze Sławą stanowili doskonały team, z którego doświadczeń i wiedzy także i ja skorzystałem. Pod pseudonimem Mira i Grzegorz Landmannowie przetłumaczyli powieść Stefana Heyma – Collin (wyd. Veto, Zachodni Berlin, 1985). Łódzkie spotkania po 89 roku były mniej barwne, bardziej krótkie, gdzieś w łódzkich knajpach, później Domu Literatury, miedzy spektaklami a wieczorami autorskimi.

Obiecywaliśmy sobie, że następne będą inne…

Książka gości na Grunwaldzkiej

Ewa Maria Slaska

Oczywiście książka gości na ulicy Grunwaldzkiej wcale nie wyglądała tak, jak zazwyczaj wyglądają takie wolumina, i właściwie wcale nie była książką gości. To moja siostra Kasia zebrała kiedyś latające luzem kartki z adresami ludzi, którzy czasem dodawali do tego jakiś rysunek lub tekścik. Kasia oprawiła te kartki w jedwab z podszewki naciągnięty na tekturę, nadając chaosowi typowy dla Boguckich pozór ładu.

ksiazka gosciRzecz się przyjęła na tyle, że Mama potem latami dokładała tam, co jej w rękę wpadło. Jak zwykle z wdziękiem, ale nadal bez ładu i składu. Z ogromnej masy kart, kartek i karteluszków wybieram kilka, takie które mają dla mnie specjalne znaczenie.

aramrybickiMaciek Grzywaczewski, Aram Rybicki i Anna Walentynowicz. Aram i Ania nie żyją. Zginęli w samolocie, który leciał do Smoleńska. Oboje zostali pochowani na “naszym” cmentarzu na Srebrzysku.

AnnaWalentynowicz***
Były i inne kartki niewątpliwie polityczne. Wizyta trzech Chińczykow w roku 1958. Przy podpisie jednego z nich Mama dodała, że był pracownikiem biura współpracy. Pamiętam bardzo dobrze ich wizytę. Przynieśli w prezencie niezwykłe wycinanki chińskie delikatne jak jedwab, były w domu jeszcze całe lata. Na odwrocie kartki z podpisami szkic Mamy, jeśli to jeden z tych Chińczyków, to przystojny był facet…

chinskiepodpisychinczyknaodwrocie***
Najbardziej przejmujący jest jednak wpis o tzw. “Chilijcach” czyli zespole Cuncumen, którym kierowała Margot Loyola. Byli w Gdańsku w czerwcu 1961 roku, występowali w legendarnej Hali Stoczni Gdańskiej. Rodzice i cała ich banda, zapaleni miłośnicy muzyki hiszpańskiej i latynoskiej, kupili bilety w pierwszych rzędach. Zgromadzili niezły tłum i w przypływie do dziś niezrozumiałej dla mnie fantazji, bo z reguły nie dane nam było uczestniczyć w ich życiu towarzysko-kulturalnym, zabrali mnie na występ. Byłam chyba za mała, żeby to docenić, raczej trochę się ich wstydziłam, po podczas wystepów szaleli na sali, wykrzykiwali jakieś olé, klaskali, tupali. Reszta widzów siedziała jak przykuta do krzeseł, takie były czasy, 61 rok!, a moi rodzice i ich przyjaciele zrobili z tego występu jakąś  fiestę latynoamerykańską. Po czym… no naprawdę niezwykłe! poszli za kulisy, zaprosili zespół do domu i cały wielki tłum pojechał tramwajem do Wrzeszcza.

Dalej pewnie i Kasia może opowiedzieć, jak było, bo oczywiście obudziła się, i też brała udział w tym festynie. Nie wiem, co rodzice dali tym ludziom do jedzenia, nie wiem, co do picia, ale pamiętam tę gromadę ludzi siedzących na podłodze w pracowni Mamy, muzykę, na żywo i z magnetofonu, Mamę, która szkicowała.

chilijcy
Wszyscy się zapisali na kartce, Viktor Jara, muzyk i reżyser występu, napisał, że pracuje w Instytucie Teatralnym i dodał numer piętra… I podpis obok.

viktojarajara-podpisA potem… A potem nastąpił przewrót w Chile i Viktor Jara… Nie chcę o tym pisać, bo płaczę, nawet po tylu latach. To co poniżej to Wikipedia, ja nie mogę…

Víctor Jara (1932-1973) – chilijski piosenkarz, gitarzysta, bard, autor tekstów, poeta, pedagog, reżyser teatralny, aktywista polityczny, członek Komunistycznej Partii Chile. Víctor Jara cieszył się w swojej ojczyźnie popularnością, jako autor piosenek o charakterze rewolucyjnym i ostro krytykujących ustrój rządzący. Był bohaterem filmu Deana Reeda pt. El Cantor. Został aresztowany, a następnie zamordowany w czasie puczu 11 września 1973, kiedy władze w kraju objął gen. Augusto Pinochet. Jara był torturowany, obcięto mu między innymi palce u dłoni, aby nie mógł grać na gitarze. Został zabity na stadionie Estadio Chile (obecna nazwa stadionu to Estadio Víctor Jara). Ciało muzyka podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Trafiło ono potem do kostnicy, gdzie zostało rozpoznane przez jednego z pracowników, który zawiadomił żonę zamordowanego, Angielkę Joan. Wraz z dwoma przyjaciółmi umieściła ona po kryjomu ciało muzyka w niszy na cmentarzu.
5 grudnia 2009 Víctor Jara został uroczyście pochowany na Cmentarzu Generalnym w Santiago. W trwających dwa dni uroczystościach wzięły udział dziesiątki tysięcy Chilijczyków, artyści estrady i teatru.

Po śmierci gen. Augusto Pinocheta 10 grudnia 2006, w całym kraju ludzie spontanicznie śpiewali piosenki Víctora Jary.

***
Maria Hiszpańska-Neumann czyli Mysz, o której niedawno pisał u nas jej syn. Jej wpisów w książce było więcej. W jednym skarży się, że nie chce się wpisywać do książki gości, bo przecież jest myszą a nie gościem.

mysz-w-ksiazce-gosci mysz-w-ksiazce-gosci (2)Zofia Radwańska-Paryska. Wraz z mężem Witoldem pisali książki o Tatrach. Poznałam ich dzięki Karusi podczas wspólnych wakacji w Tatrach. Nawet nie pamiętałam, że Zofia z jakąś inną osobą odwiedziła nas w Gdańsku.

radwanskaparyskaPoniżej kartka o naszzm ślubie (Marka i moim), śmieszna, bo…

slubEwaMarekSylwester przebierańców, też śmieszny…

sylwester1978sasiedzi-bal-przebierancowI ja przebrana za Hinduskę z dzbankiem, którego nie było (rysunek Mamy)

ja-balprzebierancow

Dziewczyna z cmentarza w Łodzi

Tomasz Fetzki

Człowiek uzależniony powinien unikać niebezpiecznych okazji, to oczywiste. Jeśli nie posłucha i wpakuje się w kłopoty, może mieć żal tylko do siebie. Toteż i Viator nie wini nikogo. Ostatecznie sam, własnowolnie przeczytał TU i TU teksty o pannie Biełousow. I dopuścił do tego, że ukryty w nim niespełniony literat, obolały i zgorzkniały, ale przecież już nieco podleczony oraz pogrążony w krzepiącej drzemce, znów się obudził, żądny czynu!

Trudno, stało się. Wędrowiec wyrusza w kolejną podróż. Poniekąd w krainę wspomnień, bo ostatni raz opisywane miejsca odwiedził cieleśnie ponad dziesięć lat temu. Wtedy nie miał ze sobą aparatu fotograficznego, teraz nie ma możności ruszyć się ze swych łużyckich lasów i błot. Dlatego, pod względem ikonografii, zmuszony jest skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci. Dwa kluczowe dla sprawy zdjęcia zawdzięcza internaucie ukrywającemu się pod nickiem wojci52 i dziękuje mu za nie. To wszakże nie koniec podziękowań.

Wyprawia się Pielgrzym w regiony eschatologiczne. Obszar to tajemniczy i respekt budzący: zaświaty w ogóle to kraina nieznana, a cóż dopiero mówić o zaświatach żydowskich! Dobrze mieć w takiej podróży towarzysza. Dantego prowadziła trójka opiekunów. Viator to, rzecz jasna, nie Alighieri, ale Przewodników też miał troje: panią Annę Przybyszewską-Drozd i Zofię Borzymińską oraz pana Marcina Urynowicza. Bez nich zaginąłby niechybnie Wędrowiec w krainie cieni i tekst, który ma przed oczyma Czytelnik, by nie powstał. Chwała Przewodnikom!

A wszystko, co zebrał, przetopił Viator w swym tygielku grafomana. Jesteście ciekawi efektów? Czytajcie!

HaAlma HaAdina

Miało być o młodej dziewczynie. I będzie. Ale zacząć musimy od mężczyzny. Nie dlatego, jakoby Viator przejawiał patriarchalne inklinacje. Po prostu: tak każe logika wywodu.

Prawo Mojżeszowe od początku zakazywało surowo sporządzania podobizn postaci ludzkich, zwłaszcza ich twarzy. Wszak, gdy na górze Synaj Sebbaoth, pośród obłoku i przy dźwięku szofaru, dawał Synom Jisraela Dziesięć Przykazań, zazdrośnie ogłosił: Nie wolno ci zrobić sobie figury ani żadnego obrazu tego, co jest w niebie na górze, ani tego, co jest na ziemi na dole, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią.

Z czasem, na ścianach synagog i w iluminacjach świętych ksiąg, zaczęto umieszczać wizerunki zwierząt: lwów, pawi czy gazeli, ale nigdy ludzi. Niekiedy postacie ludzkie pojawiły w sztuce świeckiej, lecz nie na bejt-olam, czyli domu wieczności, czyli cmentarzu. Do czasu… Bo nadszedł czas haskali, asymilacji, nowinek i bezbożnictwa. Tu i ówdzie, coraz częściej, zwłaszcza w drugiej i trzeciej dekadzie XX wieku, także na cmentarzach zaczęto wznosić nagrobki, które ortodoksi uznawali za bluźnierstwo, protestowali, gotowi byli do czynnego dewastowania tych dzieł sztuki. Bo to były prawdziwe perełki artyzmu, wykonane przez wybitnych rzeźbiarzy, wśród których największą i w pełni zasłużoną sławą cieszył się Abraham Ostrzega. Zanim jego bystre oczy, silne ramiona i zręczne dłonie obróciły się w proch w krematoriach Treblinki, zdążył wykuć liczne pomniki ku czci umarłych. Był, jako się rzekło, artystą, wykonane przez niego postacie ludzi i człekokształtnych aniołów są delikatne, chciałoby się powiedzieć: impresjonistycznie rozmyte. Po prostu – piękne. I nigdy, przenigdy nie widać ich twarzy. Ale dla haredim to i tak było zdecydowanie zbyt wiele.

Większość dzieł Ostrzegi znajduje się na cmentarzu przy ulicy Okopowej. Wiadomo: stolica, duże miasto, przeto o maskilów, liberałów, socjalistów i innych burzycieli odwiecznego porządku tutaj najłatwiej. Jest tych rzeźb na tyle dużo, że nie wiadomo, czy rzeczywiście wszystkie można atrybuować mistrzowi Abrahamowi. Niewykluczone, że niektóre z nich przypisuje mu się siłą inercji: jeśli postać ludzka, to na pewno robota Ostrzegi! Co zresztą także, choć pośrednio, świadczy o jego renomie…

1-2-3-PochylonyAniolZakutyTrzy spośród warszawskich nagrobków, których autorem z pewnością jest Abraham Ostrzega. Podziwiajmy pomysłowość rzeźbiarza w sposobach ukrywania oblicza przedstawionych postaci!
Zdjęcie po lewej dzięki życzliwości dr hab. Rafała Żebrowskiego

Poza Warszawą Ostrzega tworzył rzadko, mimo że skupisk ludności żydowskiej w ówczesnej Polsce nie brakowało. Choćby taka Łódź, wspólnota liczna i znacząca. Cmentarz warszawski kryje największą ilość grobów, ale łódzki jest najrozleglejszy. I zawiera największe w kraju, o ile nie na całym świecie, żydowskie mauzoleum – pseudomauretański ohel-gigant, czyli grobowiec rodu Poznańskich.

Jednak na bejt-olam przy ulicy Brackiej nowinkarstwa sepulkralnego brak. Dlaczego? Nie z przyczyn finansowych: w gminie łódzkiej osób majętnych nie brakowało, poza mauzoleum Poznańskich świadczą o tym choćby hellenistyczne świątyńki nad grobami Silbersteinów czy Jarocińskich. A skoro byli łodzianie Żydami bogatymi, to niejednokrotnie także nowoczesnymi i w świecie bywałymi. Na smaku artystycznym również im nie zbywało: jego wyrazem są liczne macewy zdobione wizerunkami połamanych drzew, gryfów, jelonków, dzbanów lewickich i szaf bibliotecznych czy też groby w kształcie starożytnych sarkofagów (ściśle – pseudosarkofagów, bo przecież micwa nakazuje pochować ciało bezpośrednio w ziemi). Więc dlaczego nie ma tu przedstawień figuralnych? Skąd ten konserwatyzm? Trudno powiedzieć, ale w rzeczonych okolicznościach tym bardziej przykuwają uwagę oraz intrygują nagrobki, które taki motyw zawierają. Dokładnie – dwa nagrobki.

Chronologicznie pierwszy z nich to macewa Stanisława Heymana, zmarłego w 1928 roku. Dzieło, jakże by inaczej, Abrahama Ostrzegi, który tym razem objawił się jako poeta rzeźby: Anioł zbierający kwiaty to nie tyle postać, ile jej zarys, zapowiedź, sugestia, metafora…

4- nagrobek-stanislawa-heymanaImpresja na temat anioła, czyli nagrobek Stanisława Heymana, łódzkiego prawnika i działacza społecznego

Teraz trzeba przejść do sektora W, na lewo od głównej alei, blisko bramy wejściowej. Tam znajdziemy drugi nagrobek. Ale jaki! Unikalny nie tyko w skali łódzkiej nekropolii, lecz także w zestawieniu z Aniołem na grobie Heymana. Mało by o nim rzec – nieortodoksyjny. Bluźnierczy! A że bluźnierstwo może przybrać formę arcydzieła? Dzieje ludzkości znają takie przypadki. Nic dziwnego, że od ponad dziesięciu lat tkwi ta niezwykła macewa w pamięci Viatora. Teraz wspomnienie ożyło, budząc jednocześnie, jako się rzekło, uśpionego grafomana.

ruta2Niektórzy widzą w tej macewie płaczącą twarz: głowy postaci tworzą oczy, zaś ich szaty spływają w dół na podobieństwo łez, pień palmy to nos, jej liście – brwi, a skrzydła anioła wieńczącego kompozycję (bardzo ostrzegowatego w charakterze) to włosy. Zaś tablica z napisem wyobraża usta wygięte w podkówkę z wielkiej żałości. Kto wie, może rację mają ci niektórzy…

 Nagrobek jest pełen symboli, kryje też kilka zagadek (niektóre łatwe do odszyfrowania) oraz jedną wielką tajemnicę. Płaczący żałobnicy – wiadomo. Palma – jasna sprawa, rzekł przecież Psalmista:

Sprawiedliwy wyrośnie jak palma / Rozrośnie się jak cedr Libanu / Zasadzeni w domu Pańskim / Wyrastają w dziedzińcach Boga naszego. Ale co znaczy hebrajska inskrypcja:

Malachej Szalom Mar Iwikajun
Po nikwara
HaAlma HaAdina
HaJeszara veRabot HaChen
Bat Szaaszuim veAchot Nechmada
Rachel Bas r(eb) Avrohom Icchok N’J Akabia
Niktefa Keeva BeSznat HaKaf”A LeChaja
BeJom Rewii Dchu’’ham [5]690 – TNCWE

W mowie mieszkańców kraju Polin zabrzmiałoby to mniej więcej tak:

Wysłańcy Pokoju Gorzko Zapłakali
Tu spoczywa
Panna Delikatna
Bogobojna i licznymi zaletami obdarzona
Radująca innych i siostra przyjemna
Rachela Akawie, córka pana Awrahama Jicchaka
Rozkwitający pąk, ścięty w 21 roku życia
W dniu czwartym chol hamoed
Święta Pesach 5690 – Niech Jej Dusza Będzie Wpleciona w Węzeł Życia

Zaś poniżej, językiem polskim i alfabetem łacińskim zapisano zdanie, które każdy może przeczytać i każdy winien odczuć lekkie ukłucie w sercu: RUTA AKAWIE ZGASŁA w 22ej WIOŚNIE ŻYCIA.

Jakie zagadki i jaką tajemnicę ukrywa ten niezwykły nagrobek?

Pierwsza z nich jest dość prosta: rozbieżność w wieku Ruty-Racheli podanym po hebrajsku i po polsku. Jeden z nich to ukończona ilość lat, drugi – rozpoczęty rok życia.

Kolejna zagadka była nieco trudniejsza, ale i ją udało się Viatorowi, dzięki pomocy nieocenionych Przewodników, rozwiązać. Publikacje dotyczące łódzkiego cmentarza zwykle informują, że Panna Delikatna Ruta Akawie zmarła w 1910 roku kalendarza gregoriańskiego, czyli w roku 5670 według rachuby żydowskiej. Tymczasem dostępne dokumenty wyraźnie wskazują na datę 1930! Skąd się wzięła ta rozbieżność? Ano, z podobieństwa kształtu literek-cyferek. Rzeźbiarz wykuł tam znak tsadik, na tyle jednak niewyraźnie, że przypomina dość podobną literę ayjin. Jeżeli jednak przyjrzymy się dokładnie, okaże się, że wszystko pasuje: mamy rok 5690 od stworzenia świata. Ani nagrobek nie kłamie, ani dokumenty. Zaś szanowni Czytelnicy dowiadują się o rozwikłaniu tej zagadki jako pierwsi!

I kolejna zagadka wydaje się być dzięki temu odgadnięta. O ile bowiem w przypadku macewy Stanisława Heymana autorstwo Abrahama Ostrzegi nie budzi raczej wątpliwości, o tyle nagrobkowi Racheli taka pewność dotąd nie towarzyszyła. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodziłby rok 1910 – rzeźbiarz był wtedy jeszcze młodym i nikomu nieznanym studentem. No, ale jeżeli rzecz miała miejsce dwadzieścia lat później, to całkowicie zmienia jej postać! Ostrzega jak najbardziej mógł wykuć grupę żałobników płaczących w cieniu palmy: klasa dzieła dodatkowo uprawdopodabnia takie przypuszczenie. Lecz całkowitej pewności nie mamy. Może to i lepiej. Mgiełka niejasności tworzy wszak doskonały entourage dla romantycznych rozmyślań.

To wszystko jednak drobiazgi. Naprawdę liczy się tylko jedna, największa tajemnica: DLACZEGO? Dlaczego reb Awraham Jicchak zdecydował się na tak kontrowersyjny sposób uczczenia pamięci córki? To, że jako człowiek bogaty, właściciel hurtowego składu papieru, miał środki na opłacenie wybitnego rzeźbiarza, tłumaczy jedynie metodę jego działań, ale nie motywy. Skąd wziął natchnienie i co mu dało odwagę, by tak radykalnie wyłamać się z konserwatywnej społeczności łódzkich Żydów? Fakt, że był w pewnym stopniu asymilowany (o czym świadczy polska fraza na nagrobku) i prawdopodobnie wyznawał poglądy syjonistyczne (na co wskazuje, stylizowana bo stylizowana, ale jednak gwiazda Dawida na szczycie palmy)? Trop raczej fałszywy: cmentarz przy Brackiej pełen jest macew z polskimi napisami i z gwiazdami Dawida. Więc dlaczego?

Viator ma swoją teorię na ten temat. Rozpacz. Rozpacz i bunt przeciw Najwyższemu powodowały Awrahamem Jicchakiem. Wcześniej stracił już żonę, a mała, ośmioletnia zaledwie Ruta, matkę. Frajndla Laia odeszła po piętnastu latach małżeństwa, w czterdziestej piątej wiośnie życia. Dziś powiedzielibyśmy: zmarła młodo. Ale i wtedy nie był to bynajmniej wiek podeszły, powołajmy się raz jeszcze na Psalmistę, który mówi: Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt / A gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt. Frajndli Lai sił zabrakło. A Ruta-Rachela miała ich jeszcze mniej. Nie zdążył się Awraham Jicchak nacieszyć żadną z nich. Spoczęły obie w kwaterze W, na lewo od głównej alei. Zaś oszalały z rozpaczy mąż i ojciec, zamiast poddać się woli bożej i recytować pokornie Szema Jisrael, pogroził Niebiosom pięścią, wołając jak prorok Jirmijahu: Ilekroć przemawiam, muszę krzyczeć i wołać: Gwałt i zniszczenie! I tak słowo Pana stało mi się hańbą i pośmiewiskiem na co dzień. A gdy pomyślałem: Nie wspomnę o nim i już nie przemówię w jego imieniu, to stało się to w moim sercu jak ogień płonący, zamknięty w moich kościach. Ogień rozpaczy trawił kości Awrahama Jicchaka, a on wyzywał Pana na pojedynek. Nagrobek ocierający się o bluźnierstwo był li i jedynie prowokacją, mającą skłonić Najwyższego do udzielenia odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi.

Tak to sobie wyobraża Viator, ale jak było rzeczywiście? Salomon Akawie, brat Ruty-Racheli przeżył Wojnę. Może jego potomkowie do dziś mieszkają nad brzegami Jordanu lub gdzieś za wielką wodą? Może oni znają prawdę? A może nie poznamy jej nigdy? Czy musimy? Czy warto? Jeszcze jedno pytanie, na które nie ma odpowiedzi?

6 FryzAniołowie, Wysłańcy Pokoju Gorzko Zapłakali nad grobem Racheli, siostry przyjemnej. Naszej siostry w człowieczeństwie.
Zapłaczmy i my.

Przyjdzie na pewno

Wiersze o śmierci i umarłych

W ciągu prawie dwóch lat istnienia tego blogu pojawiło się tu sporo wierszy o śmierci. Oczywiście – groby i śmierć to tematy, które bardzo mnie interesują, ale przede wszystkim to sami poeci nigdy daleko nie odchodzą od tego tematu. Przejrzałam blog pod tym kątem i wybrałam kilka najbardziej przejmujących wierszy o śmierci.

Krzysztof Paczuski
Nad ranem. Kołysanka

Nie bój się miła, śmierć przyjdzie na pewno,
by opiekuńczym otoczyć ramieniem
wszystkie złe myśli: śmiech, płacz i znużenie
i świt złowrogi, i żelazną ciemność.

Nie bój się. Mówisz, że dni wolno biegną,
że czas bezczasem upił się i drzemie.
Z drzew już wyczesał wiatru mokry grzebień
Ostatnie liście. Śmierć przyjdzie na pewno.

Śpij, miła, we śnie upadną reżimy,
a wolność rosą zabłyśnie na łąkach.
Z banicji wrócą zapomniane rymy,
by zdradę z kłamstwem postawić do kąta.

Tymczasem uśnij. Śmierć przyjdzie tej zimy.
Spójrz, oto ona z ganku biała stąpa.

Po Krzysztofa śmierć już przyszła. Umarł 10 lat temu. Oczywiście Stary Poeta Katarzyny Krenz też już stoi na krawędzi śmierci, ale jeszcze nie umarł, jeszcze patrzy na życie i ocenia, kto oszuka, a komu pomóc. Odszedł natomiast Ezekiel w ósmym wierszu z cyklu Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci.

Katarzyna Krenz
Ezequiel, brat Snu

W głębi korytarza nareszcie po dniach
cierpienia zapadła cisza – to nasz brat
odszedł tej nocy do Pana. Requiescat in pace.

Przyczyna zgonu: serce. Nie pękło
z porywu żalu czy rozpaczy – zgasło
od podmuchu wieczornego wiatru.
Ramus Interventricularis Paraconalis
odmówił dalszej służby. R.I.P. Właściwości
izometryczne życia i snu wiecznego
ograniczyły pierwsze, by drugie
stało się faktem dokonanym, Amen.

Łagodny uśmiech na twarzy Ezequiela
wyraża zrozumienie: tak, czekał na
życie po życiu, każdy z nas czeka,
nawet jeśli o tym nie pamięta. Słyszał też,
że łąki w raju nie są tak kolorowe
jak te nasze w Alentejo. Nie szkodzi,
on przyjmuje to z pokorą i wybacza.
Raj nie musi być piękny, żeby być rajem.

Szelest płótna zgniata ciszę jak papier i
zapach lizolu dociera aż tutaj z końca
korytarza, gdzie przez pół wieku mieszkał
nasz brat. Opuszczoną celę trzeba będzie
wywietrzyć i pobielić. W sieni czeka już
młody nowicjusz, Dómine, exáudi
oratiónem meam. Mimo wszystko śmierć
ma swoje dobre strony: wyzwala od bólu,

który każe krzyczeć długo i przeciągle.
Clamor meus ad te véniat, Dómine.

Magdalena Parys

jeszcze parę słów o zosi

poetki cierpią inaczej
i inaczej się je kocha
katastrofy sypią się im na głowy,
a one piją alkohole
i palą cienkie cygarteki-śmieszki,
umierają młodo
albo rodzą dużo dzieci
i wtedy nikt się nie dowie
że ta zocha spod czwórki,
co ma męża pijaka
pisała kiedyś wiersze
zresztą kogo to obchodzi
bo to nie ma wcale być o zosi.
te co nie umarły i nie rodzą
mają kocie głosy i maniery
chce im się ciągle pić
i rwą włosy jak papier.

***
10 listopada 2013 roku obchodziliśmy 75 rocznicę pogromu ludności żydowskiej zwanego Nocą Kryształową. Dlatego opublikowałam na blogu słynną piosenkę Dona Dona, o cielaczku, który nie mógł być jaskółką. Podobnie jak Dance me to the end of love i Fuga śmierci Paula Celana również i ta piosenka była lamentem na śmierć milionów ofiar Shoah. Cielaczek, który nie ma skrzydeł i nie może cieszyć się wolnością jak jaskółka, to symbol żydowskiego losu. Piosenka powstała w czasie wojny, śpiewano ją w musicalu Esterka, jej autorem był Aaron Zeitlin, muzykę skomponował Shalom Secunda. Dona Dona to inwokacja do Boga. We wpisie opublikowałam tekst tej piosenki po żydowsku, hebrajsku, niemiecku i angielsku. Dziś polski tekst. Piosenkę śpiewała (między innymi) Edyta Geppert:

Jedzie Mojszele furką Mojszele
Dzisiaj w mieście jest wielki targ
Wietrzyk w górze gra
Dróżka w dole gna
Do cielaczka on mówi tak
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być cielakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Mądry Mojszele
Sprytny Mojszele
Myśli cielak schylając łeb
Gdyby stał się cud gdyby mówić mógł
Tak Żydkowi by odparł wnet
Biednym figa z makiem
A bogatym świat
Kto ci kazał być biedakiem
Teraz marsz na targ

Dona Dona…

Zagłada to temat, który wciąż na tym blogu powraca.

Katarzyna Krenz

Theresienstadt
Inwokacja

Ja jestem Miasto Upokorzone
któremu zmieniono kod genetyczny

by zamiast domu stało się trumną
a zamiast schronienia, by dało
pozór życia, prawdę śmierci
a smak ciepłej strawy zastąpiło
pustym garnkiem i garścią zimnego
popiołu.

Nie wierzcie mi, gdy ofiarowuję wam
dach nad głowami.

Odkąd mężczyźni w czarnych płaszczach
nauczyli mnie zdrady zimnego serca

nie ufam nikomu.

Mascha Kaléko, Kadisz

Krwawy krzyk wznoszą maki nad Polski zielony step
W czerni leśnych ostępów Polski czai się śmierć.
Pożółkłe stogi gniją,
Ci, co je siali, nie żyją,
Bledną matki tułacze,
Dzieci wołają z płaczem
O chleb

Ze swych gniazd wygnane ptaki umilkły, żaden nie śpiewa.
Wznosząc w górę gałęzie lamentują drzewa,
A gdy ku Wiśle się chylą z szeptem i szelestem
Na wschód wicher unosi ich rozpaczliwą pieśń,
Z brodatych Żydów modlitewnym gestem.
Drżą rozległe, krwią nasiąkłe ziemie,
Płaczą kamienie.

Kto w tym roku dąć będzie w szofar, jak każe prawo,
Zamilkłym błagalnikom, pod zwiędłą murawą,
Setkom tysięcy, co imion nie mają na grobie,
A tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie.
Siadłszy na sądzie, trwa z niezłomną mocą,
Aby każdego z Księgi Życia skreślić.
Panie, niech drzew wołanie do ciebie doleci.
Ostatnie światło zapalmy dziś nocą.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

***
Gdy w roku 2013 organizowałam w Berlinie i w Szczecinie wystawę o cmentarzach i grobach, zatytułowałam ją
Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Była to pierwsza linijka z wiersza Michała Anioła.

Michelangelo Buonarroti  (1475-1564)

wiersz XVI z cyklu „Na śmierć Cecchina Bracci”

Qui vuol mie sorte c’anzi tempo i’ dorma:
Nè son già morto: e ben c’ albergo cangi,
resto in te vivo, c’ or mi vedi e piangi;
se l’un nell’ altro amante si trasforma.

Qui son morto creduto; e per conforto
del mondo vissi, e con mille alme in seno
di veri amanti: adunche, a venir meno,
per tormen’ una sola non son morto.

Federico García Lorca
Lament na śmierć Ignacia Sanchez Meijas

Utwór uważany za najwybitniejsze dzieło poety, a może nawet za jeden z najważniejszych wierszy współczesnych w ogóle. Ignacio Sanchez Meijas – słynny torero rodem z Sewilli zginął na arenie w Manzanares w sierpniu 1934.

1. Cios i śmierć

O piątej po południu.
Była dokładnie piąta po południu.
Niósł mały chłopiec białe prześcieradło
o piątej po południu.
A reszta była śmiercią, tylko śmiercią
o piątej po południu.

Wicher unosił kłęby białej waty
o piątej po południu.
Tlen zgasił połysk niklu i kryształu
o piątej po południu.
Synogarlica już walczy z lampartem
o piątej po południu.
Żałobnym tonem zadźwięczały dzwony
o piątej po południu.
Dzwonił arszenik i dymy dzwoniły
o piątej po południu.
Stali w milczeniu ludzie na ulicach
o piątej po południu.
W sercu byk tylko miał triumf i radość!
o piątej po południu.
Kiedy pot w zimny chłód śniegu zastygał,
o piątej po południu.
Kiedy arena jodem się okryła,
o piątej po południu.
Śmierć zniosła jajka wprost w otwartą ranę
o piątej po południu.
O piątej po południu.
Równo
o piątej po południu.

W trumnę na kołach przemienia się łoże
o piątej po południu.
W uszach mu dźwięczą flety i piszczele
o piątej po południu.
Byk już zaryczał wewnątrz jego czoła
o piątej po południu.
Pokój się mienił tęczami agonii
o piątej po południu.
Z niezmiernej dali już idzie gangrena
o piątej po południu.
W zieleni pachwin ostre trąby lilii
o piątej po południu.
Rany płonęły jak ogromne słońca
o piątej po południu.
Szyby pękały pod naporem tłumów
o piątej po południu.
Ach, jak straszliwa piąta po południu!
Wybiła piąta na wszystkich zegarach.
Wybiła czarna godzina piąta.

Tłumaczyła Irena Kuran-Bogucka

I na zakończenie ostatni wiersz napisany przez niezwykłą poetkę argentyńską. Alfonsina Storni wysłała go do redakcji czasopisma, z którym współpracowała. Tego dnia, gdy wiersz się ukazał, Alfonsina popełniła samobójstwo wchodząc lub skacząc do morza w Mar de la Plata.

Voy a dormir

Dientes de flores, cofia de rocío,
manos de hierbas, tú, nodriza fina,
tenme prestas las sábanas terrosas
y el edredón de musgos escardados.

Voy a dormir, nodriza mía, acuéstame.
Ponme una lámpara a la cabecera,
una constelación, la que te guste,
todas son buenas, bájala un poquito.

Déjame sola: oyes romper los brotes.
Te acuna un pie celeste desde arriba
y un pájaro te traza unos compases

para que olvides. Gracias… Ah, un encargo:
si él llama nuevamente por teléfono
le dices que no insista, que he salido.

Jeśli zadzwoni, powiedzcie mu, że wyszłam…

Serendipity i kairos…

Ewa Maria Slaska

Dziś Dziady
jutro Wszystkich Świętych
pojutrze Zaduszki

27 października umarła nasza koleżanka Anette Schill

Für Anette anette

Serendipity. Wydaje mi się, że nigdy przedtem nie słyszałam tego wyrazu! A to już coś, co potwierdzą ci, którzy mnie znają i którzy wiedzą, że lubię słowa i lubię znać ich pochodzenie. Marta użyła tego słowa pisząc do mnie maila o antykwariatach w Londynie.
Serendipity – angielski termin stosowany na oznaczenie sytuacji, w której przypadkowo dokonuje się szczęśliwego odkrycia, zwłaszcza wtedy, gdy szuka się czegoś zupełnie innego; szczęśliwy dar dokonywania przypadkowych odkryć.
Słowo pochodzi od dawnej arabskiej nazwy Sri Lanki – Serendip. Zostało użyte po raz pierwszy 28 stycznia 1754 roku przez hrabiego Horacego Walpole’a w liście do przyjaciela Horacego Manna. Po przeczytaniu starej perskiej bajki (The Three Princes of Serendip) hrabia Walpole postanowił, by jej wątek przewodni – przypadki prowadzące do szczęścia nieposzukiwanego – nazwać właśnie serendipity.(Zaczerpnięte z Wikipedii)

To już drugie słowo, które dostałam od Marty, a oba są podobne i dotyczą szczęścia oraz przypadku. Pierwsze brzmiało kairos. Samo słowo Kairos znałam, tak nazywał się pies przyjaciół, a myślałam, że jego imię pochodzi od miasta. Tymczasem od Marty dowiedziałam się, że jest to imię najmłodszego syna Zeusa, boga szczęśliwego zbiegu okoliczności, bożka szczęśliwego trafu. Szerzej: kairos to właściwy, dogodny moment.

Kairos z Sykionu, marmurowa rzeźba Lizypa.
Muzeum antyku w Turynie. Open source.
Zauważmy zwiniętą w lok grzywkę. Tylko za ten lok można uchwycić szczęście.

Wszyscy to wiemy – rzeczywiście tak czasem bywa, że wszystko pięknie ze sobą synchronizuje. Dzwoni teściowa i opowiada o moim przyjacielu, Krzysiu, który sto lat temu wyemigrował do Kanady. Tego samego dnia, kilka godzin później, spotykam jego siostrę na ulicy. Mieszkamy w innych miastach, nigdy się nie widujemy, lubię ją jednak bardzo, myślę więc, że to kairos. Wracam do domu, gdzie czeka paczuszka od kolegi wydawcy z Gdańska: Cezary Wodziński Kairos. Wydawałoby się, że jest to ukoronowanie szczęśliwych zbieżności, jakie się przydarzyły tego dnia. Ale nie. Jest wręcz przeciwnie… Marta nie wiedziała, albo nie chciała wiedzieć, że Kairos jest w równym stopniu bożkiem szczęśliwego trafu, co straconej szansy i przemijającej sposobności. Kairosowi zawsze się spieszy, może trzeba wręcz powiedzieć – Kairos zawsze ucieka. Dlatego ma skrzydełka u stóp jak jego przyrodni brat – Hermes. Biegnie po kuli i nigdy się nie zatrzyma, bo jakby się zatrzymał, to by spadł.

Kairos Wodzińskiego to nie jest rozprawa o greckim chłopcu z bardzo dobrej rodziny (bo jak się jest synem boga, to jest się chyba chłopcem z dobrej rodziny?), lecz rozważania o języku niemieckim i o niemieckiej ojczyźnie. Na okładce jest imię bożka, ale jego samego nie ma, jest tylko kamienna kula, po której biegnie. Kula z kamienia, która może też być kulą armatnią. Może zabić.

Pretekstem opowieści jest słynne spotkanie Paula Celana z Martinem Heideggerem. 25 lipca 1967 roku poeta przybył odwiedzić filozofa w jego samotni na górze wśród bagien w Szwarcwaldzie.  W książce poeta i myśliciel nie rozmawiają ze sobą. Bo o czym ma rozmawiać poeta, ofiara nazizmu z funkcjonariuszem reżimu? Ale jednak tu przybył, czegoś się po tym spotkaniu spodziewał. Czego? Zapewne przyznania się do współwiny w Wielkiej Winie Niemiec. Ale Filozof milczy. Poeta też milczy. Milczą więc. Obaj usiłowali dochować wierności przesłaniu Hölderlina, pisze Wodziński, który zapowiadał, że o ile jesteśmy rozmową, o tyle jesteśmy także – w tym samym okamgnieniu – milczeniem.

Kairos przynosi szczęście tylko temu, kto na to zasłużył. Dlatego ma w ręku wagę, podobnie jak Temida. I jest surowy, stąd brzytwa w dłoni. Poeta i filozof nie zasłużyli na szczęście jakim jest rozmowa z drugim człowiekiem, nie uchwycili właściwego momentu, musieli milczeć, bo nie mogli rozmawiać. Jak mówi Eklezjasta, jest czas milczenia i czas mówienia. Jeden z recenzentów napisał, że nie mogli rozmawiać, bo prześladowca nie porozumie się z prześladowanym. Poezja milczy, twierdzi krytyk, bo nie można już pisać wierszy po Auschwitz.

Ale to nieprawda. Nasłynniejszy wiersz Celana i jeden z najważniejszych wierszy
europejskich XX wieku to Fuga śmierci. Wiersz o Auschwitz, napisany po Auschwitz.

W Todtnaubergu, co angielski tłumacz wykłada jako Górę Śmierci, Paul Celan zostawił wpis i wiersz w książce gości. Pisze o dziwnych ziołach, o drodze po bagnach wykładanej okrąglakami i o pompie przy chałupie Heideggera, ozdobionej symbolem gwiazdy z poobcinanymi szpicami, co jemu kojarzy się, musi się kojarzyć, z symboliczną swastyką.

celanwierszTłumaczenie na angielski Robert R. Sullivan

Dziś Dziady, wypominki, czas przywoływania duchów, żeby nam nie zrobiły krzywdy, albo, może, żebyśmy my, żywi, im pomogli. Niech to będzie dla nas wszystkich dzień szczęśliwego spotkania z Naszymi Bliskimi, którzy odeszli wcześniej niż my. Jeśli mieliśmy do nich urazy, wybaczmy im, a może Kairos przebiegający obok skrzydlatą stopą muśnie nasz Los i podaruje nam szczęśliwy moment, którego nie szukaliśmy. Serendipity.

Śmierć i wielka jasność

Bronisława Raszkiewicz

Śmierć, powrót i śmierć Ludwika

W 1929 roku Ludwik zapadł w śpiączkę, która trwała trzy dni. Rodzina była pewna, że umarł, nawet lekarz potwierdził zgon. Nie uwierzył w jego śmierć jedynie jego brat Feliks Tomkiewicz. Już pierwszego dnia, kiedy rozpoczęły się przygotowania do pogrzebu, zauważył jak nad lewym okiem brata drży nerw. Feliks odebrał to jako znak od brata i czuwał przy nim dwa dni i dwie noce. Na trzeci dzień nie miał wątpliwości – Ludwik żyje i jest w letargu! Wówczas poprosił Antosię, aby wstrzymała się z pochówkiem męża na trzeci dzień, zgodnie z obrzędem pogrzebowym. Powiedział jej, że chce pobyć z bratem o jeden dzień dłużej. Antosia zgodziła się i Feliks czuwał przy bracie, leżącym już w trumnie, następną noc. Przez cały czas mówił do niego o domu, o rodzinie, że jest potrzebny, że wszyscy go kochają. Trzeciego dnia późnym wieczorem Ludwik zaczął dawać znaki życia, powoli budził się z głębokiego snu. Otworzył oczy i zamknął, znowu otworzył. Po chwili spróbował wstać, ale nie miał siły. Feliks wzruszony pomógł usiąść bratu, delikatnie go podtrzymując. Po kilkunastu minutach Ludwikowi wróciła świadomość. Rozejrzał się wokół i spojrzał na brata. Feliks uśmiechnął się do niego i pomógł mu wyjść z trumny. Posadził go przy stole i wszystko opowiedział, a później zawołał Antosię i resztę rodziny. Zapanowała wielka radość, zaraz też wyniesiono trumnę i pogaszono świece. Antosia szybko zastawiła stół do wspólnej kolacji – tym razem bardzo odświętnej, wszak stał się cud, jak wszyscy myśleli i patrzyli na Ludwika z niedowierzaniem. Ludwik przyglądał się wszystkiemu jak człowiek, który dopiero się obudził i jeszcze ma przed oczami senne obrazy. Nie czuł głodu, jedynie ogromne pragnienie. Zaraz też Antosia podała mu szklankę wody prosto ze studni.

Ludwik opowiedział o tym, co działo się z nim przez te trzy dni i noce. Była to niezwykła opowieść.

Wyszedłem z ciała i uleciałem w górę, przeszedłem przez sufit i popłynąłem w nocne niebo, usłane gwiazdami. Poruszałem się coraz szybciej i szybciej, aż ujrzałem przed sobą wąską wiązkę jasnego światła, która jakby rozcinała przestrzeń i otwierała ją. Ta jasność była bardziej olśniewająca niż zwykłe światło, a jednak mogłem się w nią wpatrywać bez mrużenia oczu. Była biała, jej widoku nie mogę porównać do jakiegokolwiek znanego mi światła. Im bliżej byłem, tym większa stawała się owa świetlista szpara w przestrzeni, a kiedy już znalazłem się na jej skraju, wówczas wessała mnie w głąb. Nie potrafię opisać jakie to było uczucie, po prostu czułem się bosko. Udało się, znalazłem się tam, gdzie być chciałem – pomyślałem. Zostałem otoczony ciepłem i po chwili dostrzegłem, że ktoś mi towarzyszy. Była to przepiękna, jasna postać, od której emanowała dobroć i miłość. Usłyszałem: – Nie bój się, moja obecność nie służy niczemu złemu. Możesz ze mną rozmawiać.

Zacząłem więc rozmowę ze zjawą , ale nie była to zwykła rozmowa, lecz przekaz myśli. Jak na spowiedzi ujawniałem sekrety swojego życia – i te dobre i te złe.

– Nie martw się – usłyszałem. – Najważniejsze są wartości, jakie nosisz w sercu. Po chwili dopowiedziane zostały słowa: – Synu! Za swoje grzechy będziesz nosił na plecach przez dziesięć lat worki piasku.

Na moment zapadła cisza i znowu usłyszałem słowa bez głosu: – W twoim życiu dużo się zmieni. Będziesz miał gromadkę dzieci, więc zamiast tych worków z piaskiem, przez piętnaście lat będziesz nosił po dwa wiadra wody każdego dnia. A teraz posłuchaj mnie – dalej iść nie powinieneś. Wracaj do żywych.

Nie dowiedziałem się dlaczego nie mogę iść dalej, ale posłusznie zawróciłem i skierowałem się ku domowi. Wracałem przez nocne niebo, spłynąłem przez dach i wszedłem w swoje ciało, leżące nieruchomo w trumnie, tak jak wychodziłem – przez czubek głowy. Moje ciało od razu zareagowało i poczułem ciepło i zobaczyłem ciebie, Feliksie.

Ludwik skończył swoją opowieść i zamyślił się.

broniasmiercludwikaOd tej pory Ludwik już nigdy nie bał się śmierci. Pokutę od tajemniczej istoty skojarzył sobie ze swoją datą śmierci. Te piętnaście lat, w czasie których codziennie nosił dwa wiadra wody ze studni, uznał za czas swojego życia, ofiarowany mu przez samego Boga. Był święcie przekonany, że pierwszego stycznia 1945 roku umrze. Nie wiedział tylko, o której godzinie to nastąpi.

Oswojony z myślą o śmierci zastanawiał się przez te wszystkie lata nad życiem i jego sensem. Dziękował Panu Bogu modlitwą za każdy przeżyty dzień. Wciąż też szukał swojego miejsca na ziemi i instynktownie wiedział, że to miejsce, to ta przestrzeń jasna, która prowadzi do Boga.

Kiedy zdarzało się, że zachorował, prosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i Komunii Świętej mógł zjawić się lekarz. Nigdy nie było odwrotnie.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia w 1944 roku. W domu czyniono przygotowania do wigilii. To miała być wyjątkowa wigilia w życiu Ludwika, jego żony Antosi i ich dzieci

Tego dnia na stole pojawiły się potrawy typowe dla Kresów. Wigilia rozpoczynała się kiszonym białym barszczem z kluskami. Później była ryba gotowana, kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami oraz ryby smażone – płocie, okonie, szczupaki i inne. Na końcu – kutia i kisiel z żurawin. Kisiel uważano za danie gospodarza, zaś kutię za specjalność gospodyni. Ta potrawa miała na Kresach wielowiekową tradycję i na stole wigilijnym nigdy nie mogło jej zabraknąć. Bardzo ważne były jej podstawowe składniki – mak jako symbol snu i łączności z innym światem oraz miód oznaczający szczęście i powodzenie w życiu. Starzy ludzie wierzyli, że w wigilijny wieczór woda w źródłach zamienia się na chwilę w miód, wino, a nawet złoto. Zobaczyć to mogły jedynie istoty niewinne i szczęśliwe. W niektórych rejonach wiejskich wierzono też, że o północy otwiera się niebo i wypowiedziane wówczas życzenia spełniają się.

Tego wigilijnego wieczoru Ludwik jak zwykle wziął do ręki opłatek i powiedział:

– Kochani moi! Ten wieczór jest szczególny i bardzo uroczysty. Chciałbym powiedzieć wam kilka słów. Uważam, że przełamując się opłatkiem, pragniemy wyrazić szczerze to, co podpowiada serce. Zauważyliście zapewne, że tę wigilię przygotowałem sam. Ucierałem mak, gotowałem kisiel, smażyłem rybę, a nawet zrobiłem kutię, którą zawsze ty Antosiu przygotowywałaś. Dzisiaj pragnę wam powiedzieć, że robiłem to wszystko z wielką przyjemnością i radością , ponieważ czyniłem to dla was. Ta wigilia i święta są ostatnie w moim życiu – zamilkł na chwilę. – Muszę od was odejść do innego świata, tam gdzie jest już wasza siostra, a nasza córka Joasia. Kiedyś na pewno znowu się spotkamy wszyscy. Mój czas zbliża się szybkim krokiem. W tę podróż nie mogę was zabrać ze sobą. Wiem, że zabolały was moje słowa, ale nie może być inaczej. W nadchodzącym 1945 roku nie będzie mnie już pośród żywych. Odejdę, ale cały czas będę tęsknił za wami i czekał na tę chwilę, kiedy znów będziemy razem. A teraz, bardzo proszę, podzielmy się opłatkiem – mówiąc to przełamał opłatek na pół.

Dom rybą pachni
Przy oknie jodełka
Stół nakryty
Pod obrusem siano
Pachnie barszcz z kluskami
Talerz czeka na spóźnionego gościa
Pierwsza gwiazdka
Ojciec opłatek łamie
Życzenia ponad stołem płyną
Za oknem kolędnicy
Idą
Hej kolęda
Kolęda

Po świętach, w wigilię nowego 1945 roku, Ludwik poprosił Antosię, aby przywiozła księdza. Po spowiedzi i ostatnim namaszczeniu o godzinie piętnastej trzydzieści 31 grudnia 1944 roku zwołał całą rodzinę. Przerażona Antosia tuląc dzieci stanęła przy łóżku męża, nie pytając, po co ani dlaczego? Ludwik przez kilka minut zbierał myśli, wreszcie powiedział:

– Poprosiłem mojego brata Feliksa, aby zechciał przyjechać do was i zająć moje miejsce. On jest wdowcem, nie ma dzieci, więc nic nie stoi na przeszkodzie, aby zamieszkał z wami.

Spojrzał na Antosię, oczekując od niej akceptacji, a kiedy kiwnęła głową, na jego twarzy pojawił się spokój, a w oczach zabłysła radość. Po kolei przytulał dzieci i błogosławił je. Najdłużej trzymał w swoich dłoniach rączkę Ani.

Antosia patrzyła na męża i coraz bardziej rozumiała to, o czym on mówił przez ostatnie piętnaście lat. To nie była zmyślona przez niego bajeczka, ani żaden zabobon, to była żywa prawda. On dobrze wiedział, że umrze. Kiedy wybiła północ 31 grudnia 1944 roku Ludwik trzykrotnie westchnął głęboko i zakończył swoją ziemską wędrówkę.

– Zawsze wyjątkowo czuły dla najbliższych, niezastąpiony ojciec, mąż i przyjaciel. Dla mnie pozostał wciąż piękny i młody. Ile razy o nim myślę, cofam się w czasie i znów staję się szczęśliwa w jego ramionach – często powtarzała Antosia. – Dzieci były jego spadkobiercami, ja jego miłością. Pozostał dla mnie postacią niezwykłą, wręcz legendarną – dodawała ze wzruszeniem.

W mroźny styczniowy poranek 1945 roku Ludwik został pochowany na cmentarzu w Bajarelach, obok grobu córki Joanny.

Piaszczysta droga
Dwie ściany lasu
Wieś Bajareli
Rodzinne historie
Las krzyży
Stary cmentarz
Drogowskaz czasu

Jimmy

Okazuje się, że Facebook nie bez powodu połączył mnie z Aleksandrą. Niewątpliwie podzielamy zamiłowanie do chodzenia po cmentarzach, a tę wędrówkę, jak się okazuje, każda z nas odbywa za każdą wizytą w Paryżu.

czarna kotkaAleksandra Hołownia

Ilekroć jestem w Paryżu wędruję po ulubionym „chińskim” Belleville. Uwielbiam włóczyć się po ulicach tej dzielnicy, ale najbardziej lubię cmentarz Père Lachaise. Grób Jima Morrisona odkryłam przypadkiem. Pewnego deszczowego, jesiennego dnia 2012 roku zamiast na targi sztuki FIAC poszłam na Père Lachaise. Szłam bez celu, podziwiając piękną architekturę grobowców. Usiadłam na ławce nieopodal miejsca, gdzie spoczywał Balzac. Wtedy właśnie zaczęła się do mnie łasić czarna kotka. Wcale się nie bała. Była bardzo podobna do mojej kotki Susi, która zdechła pół roku temu. Pomyślałam sobie, że pewnie musi być głodna. Opuściłam cmentarz i w pobliskim sklepie mięsnym kupiłam dla niej kurzą wątróbkę, a w markecie suche żarcie. Gdy po pół godzinie dotarłam w to samo miejsce, zwierzątka już nie było. Rozrzuciłam pokarm dokoła ławki. Niestety siedzące na drzewach kruki widziały wszystko. Dwa ptaszyska sfrunęły na ziemię i ukradły wątróbkę przeznaczoną dla „wcielenia Susi”, zabierając ją na drzewo.

kruk2 Czekałam długo, ale już się nie pojawiła. Poszłam dalej przyłączając do grupy Amerykanów. W ten sposób trafiłam do grobu Jima Morrisona. Dookoła stało pełno ludzi. Wszyscy robili zdjęcia. Jakiś chudy Fancuz o wyglądzie hipisa uczył chińskie turystki piosenki: „Come on Baby light my fire …” Ekstrawagancka blondynka z bukietem kwiatów przeskoczyła barierkę otaczającą mocno zdewastowany grobowiec. Rzuciła kwiaty i czerwonymi od szminki ustami całowała resztki tablicy z nazwiskiem idola. Fani Morrisona latami nie tylko upamiętniali swoje imiona, upiększając bazgrołami i graffiti stojące obok drzewa, ale także konsekwentnie odłupywali granitową płytę. Zaintrygowała mnie ilość wykonywanych przy grobie zdjęć. Samo miejsce podobnie jak spoczywający w nim piosenkarz stało się magnesem publiczności. Postanowiłam utrwalić tę niezwykłą atmosferę na wideo.

kalkowaniekalkowanie2
Ewa Maria Slaska

Kiedyś na tym grobie było popiersie. Widziałam je na własne oczy, jak po raz pierwszy pojechałam do Paryża pod koniec lat 80. Wtedy szło się od głównej bramy za strzałkami pokazującymi drogę do grobu.


Potem przez wiele lat jeździłam gdzie indziej i jak przyjechałam do Paryża w tym roku, popiersia nie było.
  Nie było też strzałek, ale, przyznaję, wchodziliśmy innym wejściem. Zapytałam Aleksandrę o popiersie.

Aleksandra

NIE, na grobie nie było żadnego popiersia. Fani wszystko rozkradli, a z resztek  płyty grobowej odłupywano kamienie na pamiątkę . Jak mi się skończył akumulator i już nie mogłam nagrywać, to przyszła dziewczyna, która rzuciła się na grób i całowała kamienie. Ale to byl rok 2012, bo w tym roku wiosną grób był jakby odnowiony, lecz nadal bez popiersia.

morrisson-dalsze (1)Ewa Maria

Znalazłam jednak informację o grobie w sieci:

Morrison is buried in the Pere Lachaise Cemetery in Paris, one of the city’s most visited tourist attractions. The grave had no official marker until French officials placed a shield over it, which was stolen in 1973. In 1981, Croatian sculptor Mladen Mikulin placed a bust of Morrison and the new gravestone with Morrison’s name at the grave to commemorate the 10th anniversary of his death; the bust was defaced through the years by cemetery vandals and later stolen in 1988.  In the 1990s Morrison’s father, George Stephen Morrison, placed a flat stone on the grave with the Greek inscription: ΚΑΤΑ ΤΟΝ ΔΑΙΜΟΝΑ ΕΑΥΤΟΥ, literally meaning “according to his own daemon” and usually interpreted as “true to his own spirit”. Mikulin later made two more Morrison portraits in bronze but is awaiting the license to place a new sculpture on the tomb.

morrisson-dalszemorrisson-dalsze (4)Aleksandra

Dzięki wpisom Aleksandry i o Aleksandrze w tym blogu, zainteresowała się nią nasza autorka, Johanna Rubinroth, która nakręciła o niej film, wyemitowany 1 lutego 2015 roku w audycji Kowalski & Schmidt.