Reblog: Hrabina Mavrodaki

Eat, pray, love? Gdzie tam! Jedz i kłóć się.
Fragment książki od pokoleń czytanej w naszej rodzinie ,
o chłopcu, który ma mniej więcej 10 lat;
książka dzieje się na Korfu, pojawiający się w niej brat Larry
to słynny pisarz Laurence Durrell;
jest nieokreślony rok pomiędzy 1934 a 1939.
Były i są powody, dla których przygotowałam ten wpis,
ale to już każdy czytelnik musi sam odkryć (albo nie).

 

Gerrald (Gerry) Durrell
Moje ptaki, zwierzaki i krewni

Sowy i arystokracja

Na początku zimy otrzymałem list:

W. Pan Gerald Durrell

Drogi Geraldzie,
dowiedziałam się od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Teodora Stephanidesa, że jesteś zapalonym przyrodnikiem i masz wiele oswojonych zwierząt. Chciałabym więc wiedzieć, czy miałbyś ochotę na białą sowę, którą robotnicy znaleźli u mnie przy rozbieraniu starej stodoły. Niestety, sowa złamała skrzydło, ale poza tym cieszy się dobrym zdrowiem i doskonałym apetytem.
Jeśli chcesz mieć tę sowę, to proponuję, żebyś przyszedł do mnie na lunch w piątek i zabrał ją wracając do domu. Proszę o łaskawą odpowiedź. Najwygodniejsza dla mnie byłaby pora między za piętnaście pierwsza a pierwszą.
Z poważaniem hrabina Mavrodaki

Ogromnie mnie ucieszył ten list, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, zawsze marzyłem o płomykówce, bo o takim ptaku zapewne była mowa, a po drugie, tutejsze towarzystwo od lat próbowało bezskutecznie nawiązać stosunki towarzyskie z hrabiną. Była odludkiem w całym tego słowa znaczeniu. Nieopisanie bogata, mieszkała w olbrzymiej, bezplanowo zbudowanej willi weneckiej na szczerej wsi i nie przyjmowała ani nie widywała nikogo z wyjątkiem ludzi pracujących w jej wielkim majątku. Znajomość z Teodorem wynikała z faktu, że był jej lekarzem domowym. Fama głosiła, że hrabina miała ogromną i cenną bibliotekę i z tego powodu Larry gorąco pragnął otrzymać zaproszenie do willi, ale daremnie.
– Wielki Boże – powiedział gorzko, kiedy mu pokazałem zaproszenie. – To ja od miesięcy staram się nakłonić tę starą jędzę, żeby mi pozwoliła obejrzeć swoje zbiory biblioteczne, a ona ciebie zaprasza na lunch. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Powiedziałem, że może mógłbym poprosić po tym lunchu, żeby hrabina pokazała mu swoje książki.
– Nie przypuszczam, żeby po lunchu z tobą miała ochotę pokazać mi choćby starą gazetę, nie mówiąc już o bibliotece – uciął Larry.
Pomimo niepochlebnej opinii Larry’ego o moich talentach towarzyskich, postanowiłem jednak powiedzieć za nim słowo, jeśli się nadarzy odpowiednia sposobność. Była to, w moim przekonaniu, ważna, a nawet uroczysta okazja, ubrałem się więc starannie. Koszulę i krótkie spodnie miałem świeżo uprane, namówiłem też matkę, żeby mi kupiła nowe sandały i słomkowy kapelusz. Jechałem na Sally, która miała na grzbiecie nową derkę sprawioną na cześć hrabiny – ponieważ willa leżała dość daleko od nas.
Dzień był ponury, a ziemia pod nogami rozmiękła. Zanosiło się na burzę, miałem jednak nadzieję, że nie zacznie padać, nim dojadę do willi, deszcz bowiem położyłby kres śnieżnej sztywności mojej koszuli. Kiedy wolnym truchtem posuwaliśmy się pośród oliwek dostrzegając od czasu do czasu szybującą wśród mirtów słonkę, zaczęło mnie ogarniać zdenerwowanie.
Stwierdziłem, że nie jestem odpowiednio przygotowany na tę uroczystość. Przede wszystkim zapomniałem zabrać ze sobą mojego czworonożnego kurczęcia w spirytusie. Przekonany byłem, że hrabina z przyjemnością by je obejrzała, a zresztą, tak czy inaczej, miałbym przynajmniej na początek jakiś temat do rozmowy, jakieś wsparcie w niezręcznych pierwszych chwilach spotkania. Po wtóre, zapomniałem się kogoś poradzić, jak należy się zwracać do hrabiny. „Wasza wysokość” to z pewnością zbyt oficjalne, zwłaszcza że ona przecież daje mi w prezencie sowę. Może „pani hrabino” byłoby lepiej, a może po prostu „proszę pani”. Łamałem sobie głowę nad zawiłościami protokołu, pozwalając Sally samej wybierać drogę, a ona natychmiast zapadła w oślą drzemkę. Ze wszystkich zwierząt pociągowych jedynie osły potrafią poruszać się śpiąc. Skutek był taki, że idąc tuż przy rowie na poboczu drogi potknęła się nagle i zakołysała, a ja, pogrążony w zamyśleniu, zleciałem z jej grzbietu prosto w głębokie błoto i wodę. Sally wpatrywała się we mnie z wyrazem oskarżycielskiego zdumienia, który przybierała zawsze, kiedy zdawała sobie sprawę, że coś zbroiła. Byłem taki wściekły, że mógłbym ją udusić. Moje nowe sandały ociekały szlamem, a koszula – taka przed chwilą sztywna, czyściutka, prawdziwa koszula dobrze wychowanego chłopca – teraz upaprana była błotem i szczątkami zgniłych wodorostów. Byłem bliski łez z wściekłości i rozpaczy, przemoczony i nieszczęśliwy. Za daleko odjechaliśmy od domu, by wracać i zmieniać ubranie, nie pozostawało nic innego, jak jechać dalej. Teraz już wszystko jedno, jak będę się zwracał do hrabiny. Na pewno rzuci tylko na mnie okiem, zobaczy, że jestem brudny jak Cygan i każe mi wracać do domu. Nie dość, że stracę wspaniałego ptaka, ale i szansę wprowadzenia do jej domu Larry’ego, żeby obejrzał bibliotekę. Idiota jestem, powtarzałem sobie z goryczą. Trzeba było iść piechotą, a nie zawierzać temu głupiemu stworzeniu, które teraz kłusowało rączo, nastawiwszy uszy jak dwie kudłate kalie.
Wreszcie dotarliśmy do willi, leżącej głęboko w gaju oliwnym. Dojeżdżało się do niej aleją wysadzaną wysokimi eukaliptusami o zielonoróżowych pniach. Wjazdu do alei strzegły stojące na dwóch kolumnach białoskrzydłe lwy, które patrzały z pogardą na Sally i na mnie. Dom był ogromny, zbudowany w czworobok. Musiał mieć kiedyś barwę pięknej głębokiej weneckiej czerwieni, która teraz spłowiała niemal do różowości, a tynk w licznych miejscach odpryskiwał i pękał, zauważyłem też, że w dachu brak wielu brązowych dachówek. Pod okapem wisiała masa jaskółczych gniazd – pustych teraz niby małe, zapomniane, brązowe piece – nigdy ich tylu razem nie widziałem.
Przywiązałem Sally do drzewa i ruszyłem do sklepionej bramy. Przy bramie wisiał zardzewiały łańcuch, a kiedy go pociągnąłem, doleciał mnie z głębi domu słaby odgłos dzwonka. Czekałem jakiś czas cierpliwie i już miałem ponownie pociągnąć za łańcuch, kiedy otworzyły się masywne drewniane drzwi. W progu stał mężczyzna, który odpowiadał dokładnie mojemu wyobrażeniu bandyty. Był wielki i potężny, z ogromnym orlim nosem, gęstymi, sumiastymi siwymi wąsiskami i grzywą wijących się siwych włosów. Ubrany był w szkarłatny tarbusz, luźną koszulę cudownie haftowaną szkarłatną i złotą nicią, luźne, bufiaste, plisowane pantalony, a na stopach miał charukias z zadartymi nosami, zdobne w ogromne czerwono-białe pompony. Szeroka gęba rozdziawiła się w uśmiechu i zobaczyłem, że wszystkie zęby ma złote. Zupełnie jakby człowiek zaglądał do mennicy.
– Kyrie Durrell? – zapytał. – Witamy.
Szedłem za nim do domu przez patio porośnięte drzewami magnolii, pełne zapuszczonych zimowych rabat kwiatowych. Prowadził mnie długim korytarzem wykładanym niebieską i szkarłatną terakotą, otworzył szeroko drzwi i weszliśmy do wielkiego, ponurego pokoju o ścianach od podłogi do sufitu zasłoniętych półkami pełnymi książek. W głębi znajdował się wielki kominek, na którym skakały, syczały i trzaskały płomienie. Nad kominkiem wisiało przeogromne lustro w złotej ramie, poczerniałe ze starości. Przy ogniu, zakutana w kolorowe szale, niemal niewidoczna wśród poduszek, siedziała na długiej kanapce hrabina.
Była zupełnie inna, niż sobie wyobrażałem. Myślałem, że będzie wysoka, chuda i raczej odpychająca, ale kiedy wstała i zaczęła płynąć ku mnie przez pokój, zobaczyłem, że jest malutka, bardzo tłusta, różowa jak pączek róży i ma pełno dołeczków na policzkach. Włosy barwy miodu upinała wysoko na głowie w stylu pompadour, a oczy pod ustawicznie podniesionymi zdumionymi brwiami miała zielone i błyszczące jak niedojrzałe oliwki. Chwyciła moją dłoń w obie ciepłe pulchne rączki i przycisnęła do obfitej piersi.
– Jak to miło, jak to miło z twojej strony, że przyszedłeś! – pokrzykiwała melodyjnym głosem małej dziewczynki, rozsiewając wokół oszałamiający zapach fiołków parmeńskich i brandy w równych proporcjach. – Strasznie, strasznie miło. Czy mogę mówić do ciebie Gerry? Oczywiście, że mogę. Przyjaciele nazywają mnie Matylda… to nie jest moje prawdziwe imię, rzecz jasna. Naprawdę mam na imię Stefania Cynia… ale to takie prostackie… przypomina nazwę jakiegoś specyfiku lekarskiego. O wiele bardziej podoba mi się Matylda, a tobie?
Powiedziałem ostrożnie, że Matylda to bardzo ładne imię.
– Tak, takie godne, staroświeckie imię. Imiona są bardzo ważne, nie sądzisz? Na przykład ten tutaj – tu wskazała człowieka, który mnie wprowadził – on mówi o sobie Demetrios. Ja go nazywam Mustafa.
Obrzuciła mężczyznę krótkim, pełnym złośliwości spojrzeniem, potem nachyliła się niemal dusząc mnie zapachem brandy i fiołków parmeńskich i syknęła znienacka po grecku:
– To Turek z nieprawego łoża.
Twarz jegomościa poczerwieniała, a wąsy się zjeżyły nadając mu jeszcze bardziej bandycki wygląd.
– Nie jestem Turkiem – warknął. – Pani kłamie!
– Nie kłamię.
– Kłamie pani!
– Nie kłamię!
– Owszem, kłamie pani.
– Nie kłamię.
– Pani jest stara, wstrętna kłamczucha.
– Stara! – pisnęła zaczerwieniona. – Ośmielasz się nazywać mnie starą?… Ty… ty, Turku… ty…
– Pani jest stara i tłusta – oznajmił zimno Demetrios-Mustafa.
– Tego już za wiele – wrzasnęła. – Stara… tłusta… tego za wiele! Jesteś zwolniony! Otrzymujesz miesięczne wymówienie. Nie! Wynoś się natychmiast! Ty synu nieprawego Turka!
Demetrios-Mustafa wypiął godnie pierś.
– Doskonale – oświadczył. – Czy życzy sobie pani, żebym podał drinki i lunch przed odejściem?
– Oczywiście.
Przeszedł w milczeniu przez pokój i wyjął butelkę szampana z wiaderka z lodem, stojącego za kanapką. Otworzył ją, po czym nalał trzy wielkie kieliszki szampana pół na pół z brandy. Wręczył nam po kieliszku, a trzeci wzniósł sam.
– Wznoszę toast – oznajmił uroczyście. – Wypijemy zdrowie starej, tłustej pani.
Znalazłem się w poważnym kłopocie. Jeśli wypiję, to tak, jakbym podzielał jego zdanie o hrabinie, co nie byłoby bardzo grzeczne, z drugiej zaś strony, jeśli nie wypiję, to ten człowiek może mi zrobić coś złego, wydawał się do tego zdolny. Kiedy tak się wahałem, hrabina, ku mojemu zdumieniu, wybuchnęła zadowolonym chichotem. Jej gładkie policzki pokryły się mnóstwem dołeczków.
– Nie dokuczaj naszemu gościowi, Mustafa. Ale przyznaję, że pomysł z toastem był dobry – tu pociągnęła z kieliszka.
Demetrios-Mustafa wyszczerzył ku mnie zęby, które lśniły i migotały w świetle ognia.
– Pij, kyrie – powiedział.– Nie zwracaj na nas uwagi. Ona żyje po to, by jeść, pić i kłócić się, a moim zadaniem jest umożliwiać jej to wszystko.
– To bzdura – hrabina ujęła mnie za rękę i poprowadziła na kanapkę, a ja czułem się tak, jakbym był przywiązany do różowej pulchnej chmurki. – Bzdura. Żyję po to, żeby robić wiele innych rzeczy. Nie stój tutaj, ty pijanico, i zostaw w spokoju moje alkohole. Idź i dopilnuj jedzenia.
Demetrios-Mustafa dopił drinka i wyszedł z pokoju, hrabina zaś rozsiadła się na kanapce, wciąż ściskając moją dłoń i uśmiechając się do mnie promiennie.
– Jak miło – szczebiotała. – Tylko ty i ja. Powiedz, czy zawsze nosisz zabłocone ubrania?
Opowiedziałem jej spiesznie, bardzo zakłopotany, o przygodzie z Sally.
– Ach, więc przyjechałeś na ośle? – z jej tonu można by sądzić, że to najbardziej egzotyczny sposób podróżowania. – Jak rozsądnie! Ja osobiście nie ufam samochodom, są takie hałaśliwe i nigdy nie wiadomo, co zrobią. Nie można na nich polegać.
Pamiętam, mieliśmy samochód za życia mego męża. Żółty, wielki. Ale, mój drogi, cóż to był za potwór! Robił wszystko, co mu kazał mój mąż, a mnie w ogóle nie słuchał. Pewnego dnia rozmyślnie wjechał tyłem w wielki stragan z owocami i jarzynami, mimo wszystkich moich wysiłków, by go zatrzymać, a potem zjechał ze skraju molo i wpadł do morza. Kiedy wyszłam ze szpitala, powiedziałam do męża: „Henri” – powiedziałam, bo tak miał na imię, miłe, mieszczańskie imię, nie uważasz? O czym to ja? Aha. No więc: „Henri – powiadam – ten samochód jest złośliwy. Chyba go zły duch opętał. Musisz go sprzedać”. I sprzedał.
Brandy z szampanem na pusty żołądek zjednoczyły się z ogniem na kominku, by mi rozkosznie zakręcić w głowie. Potakiwałem, uśmiechałem się, a hrabina szczebiotała dalej.
– Mój mąż był bardzo kulturalnym człowiekiem, bardzo kulturalnym człowiekiem, naprawdę. Kolekcjonował książki, rozumiesz. Książki, obrazy, znaczki, kapsle od piwa, ciekawiło go wszystko, co kulturalne. Demetrios-Mustafa wszedł do pokoju, napełnił nam znowu kieliszki i oznajmił:
– Lunch podany – oznajmił.
Hrabina, wciąż szczebiocząc, wyprowadziła mnie za rękę z pokoju. Poszliśmy wykładanym terakotą korytarzem, po skrzypiących drewnianych schodach do olbrzymiej kuchni w piwnicy. Kuchnia w naszej willi była ogromna, ale przy tej wydawała się lilipucia. Tu podłoga pokryta była kamiennymi płytami, a w przeciwległym końcu żarzyła się i migotała cała bateria palenisk na węgiel drzewny, na których stały bulgocące garnki. Na ścianach wisiały przeróżnego rodzaju miedziane rondle, kociołki, tace, dzbanki do kawy, ogromne półmiski i wazy do zup. W blasku rzucanym przez ogień wszystkie lśniły czerwonozłoto, migocząc i łyskając niby skrzydła chrząszcza. Pośrodku podłogi stał długi na dwanaście stóp stół z cudownego politurowanego orzecha. Był starannie nakryty na dwie osoby, ze śnieżnobiałymi serwetkami i lśniącym srebrem stołowym. Pośrodku stołu stały dwa olbrzymie srebrne świeczniki, a w każdym z nich las płonących świeczek. Dziwne było to połączenie kuchni i wytwornej jadalni. Panowało tu gorąco i rozchodziły się zapachy tak rozkoszne, że niemal tłumiły zapachy hrabiny.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko jedzeniu w kuchni? – zapytała hrabina takim tonem, jakby jedzenie w podobnie skromnych warunkach było czymś upokarzającym.
Odpowiedziałem, że uważam jedzenie w kuchni za pomysł niezwykle rozsądny, zwłaszcza w zimie, kiedy w kuchni jest cieplej.
– Bardzo słusznie – zgodziła się hrabina sadowiąc się w krześle, które przysunął jej Demetrios-Mustafa. – I, widzisz, jak jemy na górze, to ten stary Turek skarży się, że musi daleko chodzić.
– Nie skarżę się na odległość, tylko na ciężar półmisków – stwierdził Demetrios-Mustafa nalewając nam do kieliszków blade, zielonozłote wino. – Gdyby pani jadała trochę mniej, to nie byłoby tak ciężko.
– Och, przestań narzekać i zaczynaj podawać – powiedziała płaczliwie hrabina zatykając starannie serwetkę pod zdobnym w dołeczek podbródkiem.
Po ogromnych ilościach szampana z brandy byłem teraz całkiem pijany i nieludzko głodny.
Z pewnym przerażeniem patrzyłem na sztućce obrzeżające mój talerz, bo nie miałem pojęcia, w jakiej je brać kolejności. Przypomniałem sobie pouczenia matki, która mówiła, że zaczyna się od tych zewnętrznych i posuwa ku środkowi, ale wciąż miałem wątpliwości. Postanowiłem zaczekać, zobaczyć, od czego zacznie hrabina, i robić to, co ona. Nie była to rozsądna decyzja, szybko bowiem stwierdziłem, że brała każdy nóż, łyżkę czy widelec, jaki jej się nawinął pod rękę, bez najmniejszych skłonności do dyskryminacji, toteż po pewnym czasie tak się we wszystkim zaplątałem, że zacząłem robić to samo.
Pierwszym daniem, jakie nam podał Demetrios-Mustafa, był cudowny rosół usiany cekinami malutkich złotych banieczek tłuszczu i grzankami wielkości paznokcia pływającymi niby chrupkie malutkie tratwy na bursztynowym oceanie. Smakował naprawdę znakomicie i hrabina dolewała sobie dwa razy i chrupała grzanki, z chrzęstem, jakby ktoś chodził po uschniętych liściach. Demetrios-Mustafa napełnił nam ponownie kieliszki bladym winem o zapachu piżma i postawił przed nami półmisek malutkich młodych rybek, smażonych na złotobrązowy kolor. Towarzyszyły temu ćwiartki zielonożółtych cytryn w wielkiej salaterce i pełna sosjerka jakiegoś nieznanego mi, egzotycznego sosu. Hrabina nałożyła sobie kopiasty talerz rybek, oblała potokami sosu, a potem skropiła szczodrze cytryną rybki, stół i siebie. Uśmiechnęła się do mnie promiennie, twarz miała teraz jasnoróżową, a na czole drobne kropelki potu. Fantastyczny apetyt jakoś nie umniejszał jej talentów konwersacyjnych, mówiła bowiem bez przerwy.
– Lubisz takie małe rybki? Boskie! Szkoda, że musiały tak młodo umierać, ale tak już jest na świecie. Jak to przyjemnie, że można je w całości zjadać i nie przejmować się ośćmi. Co za ulga!
Henri, wiesz, mój mąż zaczął kiedyś kolekcjonować szkielety. Boże wielki, dom wyglądał i pachniał jak kostnica. „Henri – powiedziałam. – Henri, to się musi skończyć. Nabrałeś jakichś niezdrowych, chorobliwych upodobań. Musisz iść i poradzić się psychiatry”.
Demetrios-Mustafa usunął puste talerze, nalał nam czerwone wino, ciemne jak serce smoka, a potem ustawił przed nami kolejny półmisek, na którym leżały bekasy o tak wykręconych łebkach, że mogły się same nadziać na swe długie dzioby. Puste oczodoły spoglądały na nas oskarżycielsko. Ptaki były pulchne i brązowe po upieczeniu, a każdy leżał na swojej własnej kwadratowej grzance. Otaczały je cieniutkie płatki smażonych kartofli niby spędzone tu wiatrem jesienne liście, jasne, zielonobiałe świece szparagów i zielony groszek.
– Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy są wegetarianami – oznajmiła hrabina waląc zamaszyście widelcem w czaszkę bekasa, by się dobrać do mózgu. – Henri próbował kiedyś być wegetarianinem. Uwierzyłbyś? Ale nie mogłam tego wytrzymać. „Henri – powiedziałam – to się musi skończyć. Mamy w spiżarni tyle jedzenia, że moglibyśmy wykarmić armię, a ja nie umiem jeść w pojedynkę. – Wyobraź sobie, mój drogi, akurat zamówi łam dwa tuziny zajęcy. – Henri – powiedziałam – musisz dać spokój temu idiotycznemu kaprysowi”.
Pomyślałem sobie, że Henri, choć niewątpliwie dosyć kłopotliwy jako mąż, musiał jednak doświadczyć w życiu wielu rozczarowań.
– Demetrios-Mustafa usunął szczątki bekasów i dolał wina. Zaczynałem już odczuwać wzdęcie i miałem nadzieję, że niewiele mnie jeszcze czeka. Przy talerzu jednak pozostała mi cała armia nie używanych sztućców, toteż z przerażeniem spoglądałem na Demetriosa-Mustafę zbliżającego się ku nam przez ciemnawą kuchnię z ogromnym półmiskiem, Ach! – zawołała zachwycona hrabina unosząc w podnieceniu do góry pulchne rączki. – Główne danie. Co to będzie, Mustafa, co to będzie?
– Dzik, którego nam przysłał Maroyannis – odparł Demetrios-Mustafa.
– Och, dzik, dzik! – piszczała hrabina obejmując dłońmi tłuste policzki. – Och, cudownie! Zupełnie o nim zapomniałam! Mam nadzieję, że lubisz mięso dzika?
Odparłem, zgodnie z prawdą, że to jedna z moich najulubieńszych potraw, ale czy mógłbym prosić tylko o mały kawałeczek?
– Oczywiście – odparła pochylając się nad ogromną, brązową, lśniącą od tłuszczu szynką i zaczęła kroić grube różowe płaty. Ułożyła mi trzy na talerzu, sądząc najwyraźniej według swoich standardów, że jest to bardzo skromna porcyjka, a potem zaczęła garnirować mięso dodatkami. A więc stosy drobnych ślicznych złotych grzybków chanlerelles o delikatnym, niemal winnym smaku, malutkie dynie nadziewane śmietaną z kaparami, kartofle pieczone w skórkach, zręcznie rozszczepione i nasycone masłem, marchewki czerwone jak mroźne słońce zimowe i wielkie drzewiaste pnie białych porów duszonych w śmietanie. Przyjrzałem się temu talerzowi jedzenia i ukradkiem odpiąłem trzy górne guziki w spodenkach.
– Tak często jadaliśmy dziczyznę za życia mojego Henriego. On jeździł do Albanii na polowania, rozumiesz. Ale teraz rzadko jadamy mięso dzika. Cóż za uczta! Może jeszcze troszkę grzybków? Nie? Takie apetyczne. Po tym daniu zrobimy, myślę, przerwę? – Przerwa jest bardzo istotna, moim zdaniem, dla dobrego trawienia – a potem dodała naiwnie – i pozwala człowiekowi jeszcze tyle zjeść!
Pieczeń z dzika była wonna i soczysta, jako że zamarynowano ją uprzednio w winie i ziołach i naszpikowano ząbkami czosnku, ale mimo to ledwo jej podołałem. Hrabina wzięła sobie dwie dokładki, za każdym razem równie obfite, po czym odchyliła się w krześle z twarzą ściemniałą, niemal przechodzącą w fiolet, i otarła zroszone potem czoło malutką koronkową chusteczką.
– Teraz przerwa, co? – zagadnęła ochryple, lecz z uśmiechem. – Przerwa, by obliczyć nasze możliwości.
Czułem, że nie mam już żadnych możliwości do obliczania, ale nie chciałem się do tego przyznać. Kiwałem głową, uśmiechałem się i rozpiąłem pozostałe guziki.
Podczas owej przerwy hrabina paliła długie cienkie cygaro i pogryzała solone orzeszki, rozprawiając bezustannie o swoim mężu. Przerwa dobrze mi zrobiła. Poczułem się nieco mniej sztywny i ociężały. Kiedy hrabina doszła do wniosku, że daliśmy już dostateczny wypoczynek naszym organom wewnętrznym, kazała podać następne danie. Demetrios-Mustafa wniósł dwa, szczęściem małe, omlety, chrupkie i brązowe na zewnątrz, a płynne i soczyste wewnątrz, nadziane malutkimi różowymi krewetkami.
– Co nam dasz na deser? – zapytała hrabina z ustami pełny mi omletu.
– Nie przygotowałem deseru – oznajmił Demetrios-Mustafa.
Oczy hrabiny zrobiły się okrągłe i nieruchome.
– Nie zrobiłeś deseru? – zapytała tonem takiego przerażenia, jakby jej się zwierzył z jakiejś ohydnej zbrodni.
– Nie miałem czasu – oświadczył Demetrios-Mustafa. – Nie może się pani spodziewać, że będę tyle gotował i jeszcze miał całe sprzątanie na głowie.
– Ale bez deseru? – mówiła z rozpaczą hrabina. – Przecież lunch nie może być bez deseru.
– Kupiłem bezy – powiedział Mustafa. – Muszą pani wystarczyć.
– Och, świetnie – hrabina rozpromieniła się natychmiast i pojaśniała. – Tego nam właśnie było trzeba!
Tego mi właśnie na pewno nie było trzeba. Bezy były wielkie, białe, kruche jak koral i obficie wypełnione kremem. Trzeba mi było, myślałem, zabrać Rogera, mógłby siedzieć pod stołem i zjeść połowę tego co ja, hrabina bowiem była zbyt pochłonięta swym talerzem i wspomnieniami, by skupić na mnie uwagę.
– No – powiedziała połykając ostatnie kawałki bezy i ocierając z podbródka białe okruchy. – Czy jesteś syty? Czy może miałbyś ochotę na coś jeszcze? Może jakieś owoce? Niestety, nie ma ich wiele o tej porze roku.
Odpowiedziałem, że nie, dziękuję bardzo, jestem bardzo najedzony.
Hrabina westchnęła i spojrzała na mnie serdecznie. Sądzę, że nic nie sprawiłoby jej większej przyjemności niż wepchnąć we mnie jeszcze kilka dań.
– Za mało jesz – oświadczyła. – Taki dorastający chłopiec po winien więcej jadać. Jesteś za chudy na swój wiek. Czy matka karmi cię jak należy?
Wyobraziłem sobie oburzenie matki, gdyby usłyszała tę insynuację. Powiedziałem, że moja matka jest znakomitą kucharką i że jadamy po królewsku.
– Cieszę się – powiedziała hrabina. – Ale mimo to wyglądasz mi trochę mizernie.
Nie mogłem się do tego przyznać, ale rzeczywiście pobladłem, ponieważ napór jedzenia na mój żołądek zaczynał już być wyczuwalny. Powiedziałem najuprzejmiej, jak potrafiłem, że chyba powinienem już wracać do domu.
– Ależ oczywista, kochanie – przyznała hrabina. – Boże wielki, już kwadrans po czwartej. Jak ten czas szybko leci!
Westchnęła na tę myśl, potem wyraźnie poweselała.
– Wiesz, prawie już pora na herbatę. Czy na pewno nie miał byś ochoty zostać i coś przekąsić?
Powiedziałem, że nie mogę, bo mama zacznie się niepokoić.
– A teraz pomyślmy – zastanowiła się hrabina. – Po co tu przyjechałeś? Ach, po sowę. Mustafa, przynieś sowę chłopcu, a mnie kawę i trochę tego cudownego rachatłukum, jest na górze na kanapce.
Mustafa przyniósł zawiązane sznurkiem kartonowe pudło i wręczył mi mówiąc: – Nie radzę otwierać przed powrotem do domu. To dzikie stworzenie.
Świdrowała mi w głowie straszliwa myśl, że jeśli nie przyśpieszę odejścia, to hrabina zaprosi mnie jeszcze na rachatłukum. Podziękowałem więc obydwojgu serdecznie za sowę i ruszyłem do wyjścia.
– Strasznie było miło cię poznać – mówiła hrabina. – Okropnie miło. Musisz jeszcze kiedyś przyjść. Musisz przyjść wiosną albo latem, kiedy jest większy wybór owoców i jarzyn. Mustafa umie tak przyrządzić ośmiornicę, że się rozpływa w ustach.
Powiedziałem, że bardzo chętnie przyjdę jeszcze raz, a w duszy przysiągłem sobie, że jeśli przyjdę, to będę uprzednio pościł przez trzy dni.
– Masz – powiedziała hrabina wciskając mi pomarańczę do kieszeni. – Możesz poczuć głód w drodze do domu.
Wsiadłem na Sally i ruszyłem, a hrabina wołała za nami:
– Jedź ostrożnie!
Siedziałem z ponurą twarzą przyciskając sowę do piersi, dopóki nie znaleźliśmy się za bramą posiadłości hrabiny. Tam okazało się, że trucht oślicy jest ostatnią kroplą dopełniającą miary. Zsiadłem, poszedłem za drzewo oliwki i zwymiotowałem rozkosznie i bez ograniczeń.

Po przyjeździe do domu zaniosłem sowę do mojego pokoju, rozwiązałem sznurek i wyjąłem szamoczącego się, wojowniczego ptaka na podłogę. Psy, które otoczyły nas kołem, by obejrzeć nowy nabytek, cofnęły się spiesznie. Wiedziały, do czego jest zdolny mój puszczyk Ulisses, kiedy wpadnie w zły humor, a ta płomykówka trzykrotnie go przerastała. W moim przekonaniu była jednym z najpiękniejszych ptaków, jakie widziałem w życiu. Pióra na skrzydłach i grzbiecie miały barwę złotego plastra miodu z jasnopopielatymi plamami, pierś kremowobiałą, a wokół ciemnych, dziwnie orientalnych oczu nosiła okrągłą maseczkę z białych piór, która sprawiała wrażenie tak sztywnej i wykrochmalonej jak elżbietańska kreza.
Ze skrzydłem nie było tak źle, jak się obawiałem. Złamanie było proste i po półgodzinnej szarpaninie, podczas której ptak kilkakrotnie utoczył ze mnie krwi, udało mi się złożyć kość przyzwoicie. Sowa, którą postanowiłem nazwać Lampedusą, po prostu dlatego, że mi się to imię spodobało, okazywała wojowniczy strach wobec psów i nie miała najmniejszej ochoty na przyjaźń z Ulissesem. Doszedłem do wniosku, że będzie jej lepiej w jakimś ciemnym, odludnym miejscu, dopóki się nie przyzwyczai, wobec tego zaniosłem ją na strych. Jeden z pokoików na poddaszu był bardzo malutki, oświetlony tylko przez małe okienko, tak zasnute kurzem i pajęczynami, że niewiele światła przenikało do wnętrza. Było tu spokojnie i mroczno jak w jaskini, sądziłem więc, że tu Lampedusa będzie się czuła najlepiej w okresie rekonwalescencji. Postawiłem ją na podłodze, przy niej wielki spodek pełen siekanego mięsa i dobrze zamknąłem drzwi, żeby jej nikt nie przeszkadzał. Poszedłem do niej wieczorem i przyniosłem w prezencie zdechłą mysz. Wyglądała o wiele lepiej. Zjadła prawie całe mięso, a teraz syczała na mnie, kłapała dziobem i z rozłożonymi skrzydłami i płonącym wzrokiem sunęła po podłodze. Zadowolony z widocznej poprawy zdrowia sowy zostawiłem jej mysz i poszedłem spać.
W kilka godzin później obudziły mnie jakieś głosy w pokoju matki. Wylazłem z łóżka zastanawiając się sennie, co też moja rodzina może robić o tej porze, i wystawiwszy głowę za próg nasłuchiwałem.
– Powiadam ci – mówił Larry – że to jakiś piekielny ogromny Poltergeist.
– To nie może być poltergeist – tłumaczyła matka. – One rzucają przedmiotami.
– Wszystko jedno, co to jest, w każdym razie jest i dzwoni łańcuchami – mówił Larry. –
Więc trzeba odprawić egzorcyzmy. Podobno ty i Margo jesteście specjalistkami w sprawach przyszłego życia, więc idźcie i zróbcie, co trzeba.
– Ja nie pójdę na górę – odparła drżącym głosem Margo. – To może być nie wiadomo co. Może jakiś złośliwy duch.
– Pewno, że cholernie złośliwy – mówił Larry. – Od godziny nie daje mi spać.
– A jesteś pewny, że to nie wiatr ani nic takiego? – pytała matka.
– Wiem, jaka jest różnica między wiatrem i jakimś cholernym duchem, który dzwoni łańcuchami – upierał się Larry.
– A może to włamywacze – podsunęła Margo chcąc zapewne dodać sobie odwagi. – Może to włamywacze i należałoby zbudzić Lesliego.
Byłem straszliwie zaspany i wciąż jeszcze odurzony wypitym tego dnia alkoholem, toteż w żaden sposób nie mogłem pojąć, o czym mówi moja rodzina. Wyglądało to równie interesująco jak wszystkie inne hece w naszym domu, które zdarzały się o najbardziej niespodziewanych porach dnia i nocy, poszedłem więc do pokoju matki i zajrzałem przez drzwi. Larry chodził tam i z powrotem, zamiatając w rozmachu szlafrokiem.
– Trzeba coś zrobić – oświadczył. – Nie mogę spać, kiedy mi nad głową dzwonią łańcuchy, a jak jestem niewyspany, to nie mogę pisać.
– Nie bardzo wiem, czego po nas oczekujesz, kochanie – perswadowała mu matka. – Jestem pewna, że to wiatr.
– Tak, nie możesz przecież żądać, żebyśmy poszły na górę – przytaknęła Margo. – Ty jesteś mężczyzną. Ty idź.
Słuchaj – warczał Larry. – To ty wróciłaś z Londynu gadając bez ustanku o duchach i nieskończoności. Pewnie jakiś diabelski stwór zaklinany przez ciebie na tych twoich seansach przyleciał tutaj za tobą. Ty go oswoiłaś, więc jazda zaraz na górę i zrób coś z nim!
Słowo „oswoiłaś” jakoś do mnie dotarło, mimo otępienia. To chyba nie może być Lampedusa? Jak wszystkie sowy, płomykówka ma skrzydła miękkie i ciche niby puch mlecza. Przecież nie może robić hałasów, które przypominają szczękanie łańcuchami.
Wszedłem do pokoju i zapytałem, o co chodzi.
– To tylko duch – uspokajała mnie matka. – Larry znalazł ducha.
– Jest na strychu – tłumaczyła Margo z podnieceniem. – Larry przypuszcza, że przyleciał za mną z Anglii.
– Wszystko mi jedno, kto to taki – wściekał się Larry. – Chcę tylko, żeby go stąd usunięto.
Powiedziałem, że istnieje pewna minimalna możliwość, że to się okaże Lampedusa.
– A cóż to takiego? – spytała matka.
Wyjaśniłem, że jest to sowa, którą otrzymałem od hrabiny.
– Powinienem był wiedzieć! – krzyknął Larry. – Powinienem był od razu wiedzieć! Nie mam pojęcia, czemu mi to natychmiast nie przyszło do głowy?
– Uspokój się, kochanie, uspokój – łagodziła matka. – To tylko sowa.
– Tylko sowa. Wydaje takie odgłosy jak batalion jadących czołgów. Każ mu ją zabrać ze strychu!
Powiedziałem, że nie mogę pojąć, jak Lampedusa może hałasować, gdyż sowy to najcichsze stworzenia… Powiedziałem, że szybują nocą na skrzydłach bezgłośnych jak puch mlecza…
– Ta nie ma bezgłośnych skrzydeł – wrzasnął Larry. – Wydaje odgłosy jak jedna wielka sowia orkiestra jazzowa! Zabieraj ją stamtąd!
Wziąłem lampę i spiesznie ruszyłem na górę. Otworzywszy drzwi zorientowałem się od razu w czym rzecz. Lampedusa pożarła mysz, a potem stwierdziła, że na talerzyku ma jeszcze spory strzęp mięsa. Niestety, mięso zaschło i przykleiło się do spodka. Sowa w przekonaniu, że ten strzęp mięsa posłuży jej za przekąskę i pozwoli przebidować do rana, próbowała zdziobać je z talerzyka. Zakrzywiony, bursztynowy dziób przebił mięso, ale mięso nie chciało się odkleić od talerzyka, no i nieszczęsny ptak, jak w pułapce, trzepotał się bezradnie po podłodze waląc i łomocząc spodkiem o drewniane deski, żeby wyswobodzić dziób. Uwolniłem ją więc i zaniosłem na dół do mego pokoju, gdzie zamknąłem ją na wszelki wypadek w kartonowym pudle.

Ulisses Don Kichot Hamlet Szwejk

Dziś miały być wybory, a sposób w jaki je władza najpierw zamierzała przeprowadzić, a potem zadecydowała, że jednak ich nie będzie, przypomina zamach stanu. Dlatego pozwoliłam tu sobie zamieścić znaleziony na FB obraz Agnieszki Kann, zatytułowany Wybory. Ależ im się ta pandemia przydała.

A teraz w tył zwrot, do starej publicystyki ze “starych, dobrych czasów PRL”:

Andrzej Kijowski, zbiór felietonów publikowanych w Tygodniku Powszechnym w latach 1970-1971, książka wydana w roku 1988 (wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, Poznań). Tekst sprzed pół wieku, ale niczego mu nie brakuje, jest współczesny, jakby go autor dziś napisał.

Nasza Wojna Trojańska

10 maja 1970

Dziś przed dziewiątą pobudzili nas ślepcy muzyką skrzypiec i harmonii. Drżący tenor odśpiewał Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, Ten pierwszy marsz, Oto dziś dzień krwi. Słońce świeciło. Wyszliśmy na balkony w piżamach, w gatkach, w nocnych koszulach i rzucając monety niewidomym czciliśmy ćwierć wieku życia. Ćwierć wieku temu, chory na anginę, w gorączce, stałem kocem owinięty w oknie, patrząc poprzez gałęzie rozkwitających kasztanów na wojsko idące do rynku. Na karabinach kiście bzu. Płakać mi się chciało, że mnie tam w rynku nie będzie z wojskiem, z tłumem, gdy grają muzyki, dzwony biją. Wiosna beze mnie, pokój beze mnie, dzwony i trąby beze mnie. Wiła wianki i rzucała — śpiewali żołnierze. A ślepcy: Czy widzisz te gruzy na szczycie. Gardło boli.

Nasza wojna trojańska. Kto był jej żołnierzem, kto nią kierował, kto był więźniem, kto się przez nią tułał, kto jej się tylko przyglądał z ukrycia, komu wzięła dzieciństwo, komu je tylko zatruwają cudze wspomnienia o niej, wszyscyśmy coraz bardziej wobec niej równi, bo nas jednako od niej oddala czas, nikogo z nas wszakże nie uwalniając od zależności, jaką nałożyła naszym duszom. W całej Europie od Pirenejów po Władywostok nie ma człowieka, który by z nią, przez nią, lub przeciw niej nie myślał o świecie, o losie; żyjemy, oczywiście, nowymi problemami, ale zważcie, że wszystkie poważne między nami konflikty wzbudzają echa tej wojny już dawno minionej, jakbyśmy z niej, niby z ukrytej siłowni, wciąż pobierali prądy, wstrząsy, bodźce. Nie tylko o międzynarodowych konfliktach myślę, które wynikają z nie załatwionych do końca spraw politycznych, lecz także o konfliktach powstających z przeciwstawienia zasadniczych postaw wobec życia społecznego, wobec życia w ogóle. „Patriotyzm” i „kosmopolityzm”, „indyferentyzm” i „zaangażowanie”, „konsumpcjonizm” i jego — nie wiem jak je nazwać — przeciwieństwo, walczą z sobą w skali społeczeństw, i w skali rodzin. Gdy młodzież powstaje przeciw władzom, jak dwa lata temu we Francji i w innych krajach, albo gdy syn kłóci się z ojcem, co może zdarzyć się przy każdej kolacji, konflikt taki, jeśli nabierze rozpędu, powagi, zawsze, jakoś, którędyś, pokręconym swoim odgałęzieniem połączy się z tym, co się ćwierć wieku temu zakończyło.

„I poszli szaleni uparci” — śpiewają ślepcy, lecą monety w papierkach, dzieci je podnoszą i wtykają muzykantom w kieszenie. Ta wojna wydusiła z ludzkości (w Europie) maksimum cierpienia, wysiłku i dzielności, stając się miarą wszystkiego, co człowiek może. Z upływem czasu, gdy zaczynają siwieć najmłodsi jej żołnierze, miara staje się coraz bardziej mityczna, a więc tym bardziej absolutna. Podzieliła nas ta wojna na dobrych i złych, jakby była generalną próbą Sądu Ostatecznego, a zakończyła się przykładnym tryumfem Dobra nad Złem. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Jak prosto było wtedy wybrać słuszną sprawę, i jak łatwo wierzyć w jej wygraną. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Od trudności współczesnych uciekamy w mityczny czas wojny, jak w archaiczną, dziecinną epokę, aby w niej szukać wzorów dobra i męstwa. Cofamy się do niej jako do początku historii, jak do Troi cofali się Grecy, i jak każdy człowiek, przywołuje dziecinne, dawne swoje fantazmaty na pomoc, gdy mu ciężko podołać problemom dojrzałego życia.

Wieczorem w telewizji film Bułata Okudżawy (kto nie widział, niech żałuje) o żołnierzu Małyszkinie. Pośmiewisko kolegów, utrapienie oficerów, nie może poradzić sobie z bronią ani z maszynerią katiuszy, ani z musztrą, choruje na czyraki, upija się jednym łykiem spirytusu, do dziewczyn zbliża się z lękiem i czcią, jak paź, i z tak wielkim pragnieniem miłości, że go od siebie pędzą z litością i śmiechem. Szwejk–poeta, Szwejk–Hamlet, Hamlet–Don Kichot, chudy, o wielkich, smutnych oczach, a z komiczną twarzą, skulony w kącie ziemianki lub ciężarówki, która go wiezie przez rosyjskie bezdroża, z szyją owiniętą brudnym bandażem, snuje sam sobie opowieść o swojej własnej, niepodobnej do prawdy wojnie bohaterskiej, o swojej miłości i o śmierci. Zmyśla sobie pechowe przygody, które kończą się zawsze szczęśliwie, gdyż ów Szwejk–Hamlet–Don Kichot–Bezuchow jest jednocześnie Ulyssesem — bohaterem wszystkich powieści, które przeczytał i które opowiada żołnierzom; jest dzieckiem 19-letnim, które z wojną razem poznaje świat, miłość, siebie. Może to była ostatnia wojna w Europie, może ostatnia, z której dało się wyjść z życiem. Do niedawna literatura o niej opowiadała. Kto ją przeżył, układa w literackie formy swoje względem niej kompleksy. Ale niedługo przeżycia oraz ich brak spadną na dno pamięci, którą zastąpi historia coraz obfitsza i coraz dokładniejsza. Wojna zstąpi w podświadomość poetów, którzy będą na jej temat coraz więcej i coraz śmielej fantazjować. Objawi nam się ona w nowych postaciach, rozpoznamy ją w różnych symbolach i alegoriach, i coraz cudowniejsze jej wersje będziemy czytać w powieściach i poematach. Literatura stworzy z niej jeden z tych wielkich mitów historycznych, które na wieki całe służą wyobraźni poetów za pole formowania się opowieści o człowieku próbującym swych sił w zetknięciu z nieprzyjaznym światem.

W filmie Okudżawy biegną żołnierze śnieżną równiną, krzycząc Urra–Urra, jak do szturmu, jak tyle razy w batalistycznych filmach. Podnoszą w górę pepesze, u ramion im powiewają pałatki — biegną wielkim mrowiem czarne sylwetki, jak uskrzydlone. Przed nimi morze — biegną do morza, jak Grecy na Anabasis. Aby się wykąpać!

„Z trzynastu cegieł, z cegieł trzynastu, zbuduję domek wielki jak miasto” — zaśpiewali ślepcy na zakończenie, po czym przysiedli na murku okalającym przedszkolny ogródek, aby przeliczyć dochód. Przebierali monety w palcach z głowami uniesionymi ku młodemu słońcu.

Reblog na Dzień Zwycięstwa

…żeby przypomnieć, że było niekiedy przerażające i że długo jeszcze trwało, zanim się na dobre zorganizowało i zawładnęło życiem (za onet.pl)

Aleksandra Czajkowska

Piekło na wodzie. Jak alianci zbombardowali ocalałych więźniów obozów koncentracyjnych.

Nigdy nie lubił rozmawiać o wojnie. Był zamknięty w sobie, ale nie wynikało to z charakteru. Michał Lech przeżył tortury w więzieniu gestapo i pobyt w dwóch obozach zagłady, jednak najbliżej śmierci był, gdy wojenny koszmar chylił się ku końcowi. 75 lat temu samoloty aliantów zbombardowały okręt “Arcona”, przewożący więźniów nazistowskich obozów. Spośród pięciu tysięcy pasażerów ocalało jedynie 350 osób.

Urodził się 31 sierpnia 1917 roku w Pełkiniach pod Jarosławiem. Zajmował się uprawą roli razem z rodzicami, siostrą i bratem. Był spokojnym, młodym chłopakiem. Kiedy wybuchła wojna miał 22 lata, ale dla niego rozpoczęła się ona rok później. Przez donos jednego z miejscowych kolaborantów Michał Lech został aresztowany 3 maja 1940 roku.

Początkowo więziony był w Jarosławiu. Tam brutalnie katowany przez Franza Schmidta, słynnego’’kata jarosławskiego’’, przetrwał sześć miesięcy. Na jego plecach zamiast skóry były widoczne kości. Dziury bez mięśni. Rozmaite tortury były specjalnością zastępcy szefa Gestapo w Jarosławiu. Okaleczanie, bicie, kopanie, wyrywanie paznokci to tylko niektóre metody stosowane przez niego przy przesłuchaniach więźniów. Schmidt był osobiście odpowiedzialny za śmierć kilkuset osób i skazanie kolejnych kilkunastu tysięcy.

3 listopada 1940 r. Michał został przewieziony razem z innymi więźniami do Tarnowa. Po 17 dniach, 20 listopada przyjechał do więzienia Montelupich w Krakowie, skąd 4 grudnia trafił do Auschwitz jednym z pierwszych transportów. Odtąd przestał być człowiekiem. Stał się więźniem politycznym nr 6 797.

Pierwszy dzień wiosny 1943 r. był ostatnim jego dniem w Auschwitz. Został przeniesiony do obozu Neuengamme niedaleko Hamburga, gdzie doczekał wyzwolenia. Nie wiedział jednak, że będzie musiał jeszcze raz walczyć o życie. W ostatnich tygodniach wojny Niemcy rozpoczęli likwidację obozu i ewakuację więźniów do portu w Lubece.

Pierwszy transport dotarł na miejsce 19 kwietnia 1945 r. Ostatni więźniowie trafili tam 1 maja. Do tego czasu czekali, nie wiedząc, w jakim celu zostali przewiezieni na statki i co ich spotka. W porcie były zakotwiczone trzy okręty: “Athen”, “Thielbeck” i transatlantyk “Cap Arcona”. Ostatni, największy zakotwiczony był pięć kilometrów od brzegu. Aby dostać się na pokład “Arcony” trzeba było przypłynąć tam za pomocą “Athen”. Załoga cywilna statków nie chciała wykonywać rozkazów SS, jednak została do tego zmuszona.

Na “Cap Arconie” znajdowało się pięć tys. więźniów, na “Thielbecku” trzy tys., a na pokładzie “Athen” dwa tys. Michał Lech znalazł się na pokładzie największego liniowca. Okręt nie przypominał luksusowej jednostki, za jaką uchodził przed wojną. Na statkach panowała ciasnota, w dwuosobowych kajutach tłoczyło się po dwudziestu kilku więźniów. W zaduchu, w oparach własnych fekaliów, przebywali tam przez kilka dni.

Piekło na wodzie

II wojna światowa zbliżała się do końca. 2 maja alianci zakomunikowali wszystkim jednostkom, że nazajutrz po godz. 14 rozpoczną bombardowanie statków. Nakłaniali do wycofania się Niemców, lecz nie wiedzieli, że na okrętach zamiast gotowych do bitwy żołnierzy przebywają wycieńczeni z głodu i chorzy więźniowie obozu. Wbrew rozkazom przebywającego na pokładzie dowódcy SS, kapitan statku “Athen” 15 minut przed rozpoczęciem ostrzału wywiesił białą flagę i zawinął do portu. Marynarz uratował życie dwóch tysięcy więźniów, ale pasażerowie pozostałych dwóch statków nie mieli tyle szczęścia.

SS-mani nie chcieli wywiesić białych flag ani oznaczeń czerwonego krzyża, które powstrzymałyby atak aliantów. 3 maja 1945 r. po godzinie 14 rozpoczęło się bombardowanie frachtowców. Samoloty wystrzeliły ok. 60 rakiet w kierunku “Cap Arcony” i “Thielbecka” oraz serie z karabinów maszynowych.

Michał Lech, ocalały ze statku “Cap Arcona”

Takiego wyzwolenia nikt z nich się nie spodziewał. Pierwszy zatonął “Thielbec”, a kiedy był już prawie zanurzony pod wodą, rozpoczął się ostrzał “Cap Arcony”. Przestraszeni i wycieńczeni więźniowie biegali po pokładach, Niemcy nie mieli nad nimi żadnej kontroli. Zaczęła się rozpaczliwa walka o życie. Wcześniejszy ostrzał spowodował pożar okrętu. Wokół leżeli zakrwawieni lub poparzeni więźniowie, martwi lub wyjący z bólu.

Kilkanaście minut trwało, zanim Michał Lech, stojący na płonącej części statku, zanurzył się w wodzie. Nie mógł wypłynąć na powierzchnię, ponieważ zimno sparaliżowało jego ciało. W końcu złapał oddech. Na “Cap Arconie” było więcej szalup ratunkowych niż na”Thielbecku”, ale nie były dostępne dla więźniów. Niemcy pospiesznie opuszczali szalupy płonącego już i w połowie zatopionego statku.

Kiedy uderzały z dużą prędkością o wodę, hitlerowcy wypadali z nich. To była jedyna szansa dla więźniów. Część z nich razem z Michałem przejęła jedną szalupę i walcząc o życie, jak najszybciej odpływała od reszty, która usilnie chciała dostać się na pokład łodzi. Znajdowali się 5 km od brzegu.

Więźniowie po pokonaniu kilku kilometrów w wodzie pod ostrzałem dopłynęli do brzegu, gdzie czekali na nich Niemcy, którzy dobijali ocalałych. Kiedy alianci zorientowali się, że zbombardowali statki z więźniami, natychmiast ruszyli na pomoc. Dopuszczający się zbrodni żołnierze niemieccy uciekli lub zostali aresztowani, pozostawiając przy życiu garstkę ocalałych.

Drugie życie w nowej Polsce

Z około 9 tysięcy 400 więźniów przebywających na trzech statkach przeżyło 2 tysięcy 400. Większość ocalałych znajdowała się na pokładzie nienaruszonego “Athen”. Z “Cap Arcony”, liczącej około pięciu tysięcy więźniów przeżyło 350, a z “Thielbeck”, na którym było około trzy tysięcy jedynie 50 osób.

To był koniec wojny, obozów i walki o życie. Alianci zapewnili leczenie najpierw na miejscu, a później w Szwecji. Michał został tam kilka lat, pracował w fabryce żarówek “Osram”. Po pięciu latach wysłał stamtąd pierwszą wiadomość do domu. Jego wojna trwała dokładnie pięć lat, od aresztowania 3 maja 1940 roku do wyzwolenia 3 maja 1945 roku.

Postanowił przyjechać do Polski, do mamy. Na promie został okradziony z dokumentów. Brak paszportu spowodował, że w Szczecinie został uznany za szpiega i aresztowany. Dopiero po interwencji Szwecji został wypuszczony, ale bez dokumentów nie mógł już wyjechać z Polski. Wrócił do Pełkiń, ożenił się, miał dwie córki. Jedna z nich to moja mama. Tak, to historia mojego dziadka, którego nigdy nie poznałam. Dziadek do końca życia miał ogromne problemy zdrowotne. Zmarł 9 listopada 1989 roku.

#Listy_do_Tymoteusza (Reblog)

Radek Wiśniewski

#Kroniki_Nadziei_2020

Jesce som wirusy, synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to “cy wsyscy umarnom” , i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Ci koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Nawet za dobrze nie wiem co potem i co przedtem. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego co się mówi, wymyśla na jego temat. A nie chcę ci opowiadać pierdół o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik-nie-z-tego-świata stał się figurką jak słonik na szczęście. To opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy.

Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach kiedy już, zdaje się, Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Mimo, że w nim fizycznie nie mieszkam. Było ciężko. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: “co poszło nie tak?” No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na te ostatnią przy niskich stanach rzeki kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc czy coś. Rozmawialiśmy o Bogu.

Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręku drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. To jest po prostu miłe, daje poczucie ulgi, wspólnoty, niewymienialnej na żadne skarby tego świata. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny.

Na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem – puzzle z jednego pudełka żeśmy układali. I chyba Krzywy powiedział pierwszy coś takiego:

– Stary, a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota?
– Noooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to…
– O to, że mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, wokół ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi.
– Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli…
– Pamiętasz, co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy…
– Co jedzą same kiełbasy…
– Taaaak, kiełbasy – tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę.
– Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś?
– Funkcja, nie istota!
– Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca
– Ty jesteś Posłańcem…
– Nie, Ty!
– Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni chuj, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się na anioła uczył, okazuje się być ostatnim chujem, bo nie podjął roli, ale rola musi byc wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy
– Aha, a Duch wieje, kędy chce…

Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle, stanęliśmy jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym, co robił, zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku.

Kiedy go minęliśmy i był już daleko, obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada Cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Na przykład paradygmatu poznawczego. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy.

Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i “cy wsyscy umarnom”. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach – zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz.

Zadziwiająco.

Stay at home, make art

Ewa Maria Slaska

Kochani, dziwne te święta, chociażby dlatego, że nawet my, single, święta jednak spędzaliśmy z kimś, z rodziną, z przyjaciółmi. Ci co mieszkają rodzinnie, w związkach, we wspólnych mieszkaniach, nie mają problemu, ktoś będzie koło nich. Ale my, single?

Taki więc mi przyszedł pomysł, ukradziony, przyznaję, ze strony bored panda, strona z kolei podłapała wyzwanie rzucone wirtualnym zwiedzającym przez Getty Museum, które to muzeum zainspirowało się amsterdamskim pomysłem Tussen Kunst en Quarantaine (aka Between Art and Quarantine). Nie szukam dalej, bo może cofniemy się w czasie do jaskiń Altamiry. Starczy tyle genealogii, ile jej podaje znudzona panda. Wyzwanie było proste, zrób swoje ulubione dzieło sztuki z tego, co masz pod ręką, z tym, kto jest w domu,

Tu podaję tylko jeden przykład, ale za to z mojego ukochanego dzieła. Myślę, że kochałam je już zanim je kiedykolwiek zobaczyłam na reprodukcji. Opowiadała mi o nim mama, gdy po raz pierwszy wyjechała do Londynu, i naprawdę wiele lat minęło od tego czasu do dnia, kiedy i ja tam dotarłam, weszłam po schodach do National Gallery i popędziłam do sali van Eycka, żeby zobaczyć śliczną średniowieczną kobietę w ciąży, w sypialni, w prywatnej, intymnej sytuacji, i jej młodego męża. I pantofelki pod łóżkiem, i pieska, a przede wszystkim to niezwykłe lustro w głębi, w którym widać czworo gości weselnych, malarza, potretującego małżonków Arnolfini, i ich plecy, a w 12 kołach wmotowanych w ramę lustra malarz namalował jeszcze 12 scen z życia Jezusa. Obraz Małżeństwo Arnolfini został namalowany na desce w roku 1434.

No to teraz wyzwanie świąteczne. Umieściłam je na Facebooku 31 marca. Zaapelowałam: Kochani moi Czytelnicy i (nie)Czytelnicy, ukradłam pomysł na przednią zabawę podczas kwarantanny. Moje wyzwanie brzmi: Zróbcie obraz, który Waszym zdaniem oddaje atmosferę świąt Wielkiej Nocy. Zróbcie i przyślijcie do mnie lub umieście na FB pod moim wpisem lub od dziś, tu, w komentarzu pod wpisem. Po świętach pokażę na blogu wszystkie prace, zrobimy głosowanie i wybrane przez nas DZIEŁO zostanie nagrodzone 🙂

Tu na zachętę Dzieło wykonane przeze mnie czyli Adminkę 31 marca 2020 roku, w dniu, gdy przygotowywałam ten wpis. Nie zastanawiałam się długo, postanowiłam, że powtórzę Jacka Malczewskiego z pisanką. Ciekawe jednak, że miałam w pamięci zupełnie inny obraz niż ten, który znalazłam w sieci. Trudno, słowo się rzekło, nawet jeśli tylko mnie samej…

Kobieta zamiast mężczyzny, niebieska ściana i granatowy szal zamiast nieba. No i na dodatek nie umiem robić selfików. Trudno, tak krawiec kraje, jak mu materii staje. No, a Malczewski, jak zawsze, podobny do Don Kichota (więc może ten krajobraz za nim, to polska La Mancha. Nota bene, ja nie wiedziałam i nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby to sprawdzić, czy wiecie zatem, że Mancha to po hiszpańsku plama? Wiadomo Kto mi to powiedział. Dziękuję.)

Iwona Dadej zamieściła u siebie na FB dzieło i jego imitację bardzo pasujące do świątbo obraz można potraktować jako porządki świąteczne, naprawdę nazywa się W bibliotece lub Dziewczyna czytająca w bibliotece i został namalowany przez Edouarda (Johna) Mentha, szwajcarskiego malarza, żyjącego w latach 1858-1915. Naśladownictwo jest dziełem Darii Gerasimov. Autorka komentuje, że każda próba zrobienia porządku w bibliotece tak właśnie się kończy.

W międzyczasie akcja (nie moja, muzealna) objęła już chyba cały świat, a ogłaszają ją przede wszystkim muzea, np. Muzeum Narodowe w Warszawie. Warszawa zaproponowała odtworzenie kilkunastu obrazów polskich malarzy (w tym również Malczewskiego), ja wybrałam, żeby ją tu zaprezentować, Pomarańczarkę Gierymskiego. No bo pomarańcze to w Polsce zawsze przecież bardzo świąteczny akcent. Było sporo różnych wersji starej sprzedawczyni, oto jedna z nich:

Arkadiusz Łuba przysłał dożę Loredana, szykującego się do święta Paschy (Giovanni Bellini).

A tu kolejne propozycje z sieci, które można podzielić na porządki świąteczne i przygotowania oraz same święta. Jak dotąd nie znalazłam propozycji odnoszących sią do Pisma świętego i liturgii, a więc biczowania, ukrzyżowania, złożenia do grobu i zmartwychwstania…

Przygotowania:

I święta

I jeszcze dwie wersje Ostatniej Wieczerzy mistrza Leonarda, wykonana przez wnuka wersja damsko-męska z kotem w pozycji centralnej i moja wersja z apostołkami, ale postacią centralną jest, jak w Seksmisji, mężczyzna, którego jednak podrzucił wnuk. Ja chciałam umieścić syrenę.

Barataria czyli święto początku lata

Piotr Czerniawski

ze strony Polska w Dużych Dawkach (Facebook)

A za 💯 lat….(albo dłużej)

Panie profesorze, proszę opowiedzieć nam o dzisiejszym święcie początku lata.

Tradycja święta nawiązuje do wydarzeń z odległego roku 2020, kiedy świat nawiedziła zaraza koronowirusa, tego samego, który dziś stał się zwykłą chorobą sezonową. W tamtych czasach nie istniały leki przeciwwirusowe, nie było także szczepionki. Choroba zaczęła się w Chinach, następnie trafiła do Włoch. Z uwagi na brak wiedzy, niski poziom higieny ówczesnych społeczeństw, brak zrozumienia mechanizmów zakażeń, choroba rozprzestrzeniła się w Europie i na Świecie.

Dziś świętujemy idąc do parków z naręczami papieru toaletowego, którym obrzucamy się i przyozdabiamy drzewa. Dlaczego papier toaletowy?

Źródła archeologiczne wskazują, że ludność gromadziła wówczas olbrzymie ilości tego produktu…

Ale dlaczego?

Historycy nie są zgodni w tej kwestii. Przeważa opinia o magicznym charakterze rolek. Ich duża ilość miała chronić domostwo przed atakiem zarazy, był to więc rodzaj amuletu.

Trudno w to uwierzyć.

Proszę pamiętać, że były to czasy obskurantyzmu i ciemnoty, ludzie ufali najróżniejszym szarlatanom, w wielu krajach rządzili populiści, wiedzę czerpano z tak zwanych mediów społecznościowych. Nierzadka była wiara w płaską Ziemię, lub szkodliwość szczepionek. Na tym tle wiara w magiczną moc papieru toaletowego nie wydaje się tak dziwna.

No dobrze, a co z tradycją obdarowywania dzieci figurkami psów? Czy to także wiąże się z epidemią?

Jak najbardziej. Jak już mówiłem, nie istniały wtedy skuteczne leki ani szczepionki. Jedyną metodą walki z zarazą była ścisła izolacja społeczna. Ludzie spędzili całą wiosnę i początek lata w domach. Wyjścia były reglamentowane, możliwe wyłącznie w określonych wypadkach. Jednym z nich było wyprowadzanie psów na spacer. Nie wiadomo, gdzie dokładnie pojawiła się idea wypożyczania czworonogów za drobną opłatą, prawdopodobnie we Włoszech lub Hiszpanii, jednak szybko rozprzestrzeniła się na całym kontynencie. Psy przekazywano sobie z mieszkania do mieszkania. Pamięć o tamtych praktykach przetrwała w postaci sympatycznego zwyczaju dawania dzieciom figurek psów i czekoladowych zwierzątek.

Święto początku lata, to oprócz wyjść do parku i spacerów, także niezwykła tradycja kulinarna. Chyba wszyscy jako dzieci pamiętamy straszny…

… okropny makaron polany oliwą lub olejem. Trzeba pamiętać, że kwarantanna trwała wiele miesięcy. Zapasy stopniowo topniały, kończyły się warzywa i owoce. Na koniec ludność jadła kasze, ryż i makarony zgormadzone jeszcze w początkach epidemii. W czerwcu został tylko olej kujawski i makaron penne, stąd to niezwykłe danie, tak nielubiane przez dzieci. Na Kurpiach, skąd pochodzę, tradycja mówi, że makaron może być gotowany tylko z trzema ziarnkami soli. Sól także była niedostępna…

Okropność!

Ten rytuał prawdopodobnie dość wiernie odzwierciedla sytuację ludności z ostatnich tygodni kwarantanny. Spiżarnie były puste.

Z wyjątkiem papieru toaletowego.

(śmiech) Tak, tego mieli pod dostatkiem.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

PS od Adminki: niemiecki urząd statystyczny podał 25 marca 2020 roku, że  popyt na papier toaletowy wzrósł 800 razy!!!

Wenus z Catalhüyuk (Reblog +)

Niedawno świat (w każdym razie ten złapany w sieć) obiegło zdjęcie “nowej Wenus” neolitycznej, Wenus z Catalhüyuk. To niewielka miejscowość w Turcji.

Wykopaliska w tureckiej miejscowości Catalhüyuk zaczęto prowadzić 50 lat temu, jak jeszcze byłam studentką archeologii. Była to osada neolityczna, udowadniająca zaskakującą (wówczas) tezę, że rolnictwo nie narodziło się w żyznych, mlekiem i miodem płynących dolinach słynnych rzek starożytnych – Eufratu, Tygrysu, Nilu, lecz na górzystych terenach wysoko nad rzekami. Autor strony wykopalisk informuje, że Catalhüyuk jest jednym z najbardziej imponujących stanowisk archeologicznych na świecie.

Figurynka wykonana została z surowego marmuru i waży około kilograma. Została okrzyknięta sensacyjnym znaleziskiem, choć po prawdzie nie ma w niej nic sensacyjnego. Znalezisko nie otwiera nowej perspektywy badawczej, lecz potwierdza dawną, że mianowicie przedstawiciele kultur neolitycznych (młodszej epoki kamienia) na całym świecie tworzyli figurki kobiet o obfitych kształtach, symbolizujące rodzącą boginię matkę. Nazywa się je “Wenus”, a najsłynniejsza jest oczywiście Wenus z Willendorfu, co sprawia, że człowiek myśli, że jest jedyna. Tymczasem jest ich dużo.

W samym Catalhüyuk znaleziono już bardzo podobną kobiecą postać, siedzącą na tronie lwów, datowaną na okres 6 – 5,5 tysiąca lat przed naszą erą, co zresztą widać na załączonym wyżej obrazku.

Neolityczne kobiety…

Utopia i alternatywa

Składam życzenia koleżance. Kończy 76 lat, życzę jej samopoczucia, jakby miała lat 40. Solenizantka dziękuje za życzenia, ale podkreśla, że młodość nie była utopią. Myślę sobie: “no, kochana, nawet jeśli świat, jak miałyśmy lat 40, nie był optymalny, to jednak byłyśmy młode, mogłyśmy bez trudu włożyć rajstopy, zapiąć sukienkę na plecach, wyjść z wanny, otworzyć słoik, chodzić do pracy w butach na obcasie i przetańczyć całą noc”.  Sprawność fizyczna nie jest utopią. Ale utopia, jak rozumiem, przestała być miejscem bez lokalizacji, a stała się synonimem czegoś idealnego.

Kilka dni później w lokalnej lewicowej gazecie taz znajduję artykuł-pytanie – co nam zostało z “alternatywy”? Kontekst jest oczywisty – tryumfalny pochód AfD czyli nacjonalistycznej i ksenofobicznej partii Alternative für Deutschland, której siłę mogą wzmóc kolejne fale uchodźców na granicy Europy. Założyciele partii użyli słowa alternatywa jako innej opcji czy innego rozwiązania, tymczasem niemiecka lewica odczytała to słowo tak jak sama go używała przed pół wiekiem. Lewica przypomniała sobie swą młodzieńczą filozofię i poczuła się okradziona. Dzisiejsza lewica niemiecka wyrosła przecież w atmosferze protestów politycznych i społecznych podczas i po rozruchach studenckich w roku 1968. Ich owocem była zarówno kultura alternatywna, jak i sama partia, która nazwała się wówczas Lista Alternatywna (LA). Potem berlińska LA połączyła się z zachodnioniemieckiem ruchem Zielonych, powstała partia Zielonych, a potem jej ideały zmieszczaniały, a partia doszła do władzy. Lub może było na odwrót – partia doszła do władzy, a jej ideały zmieszczaniały. Z alternatywnej koncepcji życia pozostało müsli na śniadanie. A teraz taz pyta o to, czyją własnością jest słowo “alternatywa” i nie ma na myśli innej opcji, tylko swoje własne korzenie.

Dwa słowa, które zmieniły znaczenie. Oba związane z ideałami społecznymi mojej młodości, czasu gdy miałam lat 30, 35, 40…

Na pytanie, do kogo należy “Alternatywa” odpowiedziało kilka osób. Oto pierwsza z odpowiedzi, którą pozwoliłam sobie przetłumaczyć, wydała mi się ciekawa, bo dotyczy alternatywy, utopii, lewicy i jeszcze na dodatek literatury, co, jako żywo, składa się na baratarystykę. Wyślę linka do tego wpisu do autora, mam nadzieję, że będzie zadowolony. Zresztą, czy ma alternatywę?

Enno Stahl

Utopijne projekty społeczne

Czy Literatura jest z natury rzeczy czymś Innym? Tym, co się, pozytywnie lub negatywnie, odróżnia od Normy? Bo jeśli tak, to właśnie Literatura byłaby Alternatywą – nie służy bowiem pragmatycznym celom. Jednak raczej tak nie jest, tak tylko może być. Prawo bycia Alternatywą trzeba sobie wypracować. Również Literatura musi na to miano zasłużyć, uwolnić się od towarowości, która jej niemal nieustannie towarzyszy, nawet jeśli towarem ma być tylko uwaga czytelników.

Stosunek Literatury i Alternatywy może przyjąć dwojaką formę. Literatura może bezpośrednio kształtować Alternatywę, tworząc utopijne projekty społeczne. Może też sama w sobie – w treści i formie – stać się Alternatywą do literackiego (a przeto i spoiłecznego) mainstreamu. Utopia literacka należy do klasyki, Thomas Morus, Tommaso Campanella, Francis Bacon. Ex negativo klasyką będzie też literacka dystopia, ukazująca Alternatywę społeczną, po to by przestrzec społeczeństwa przed konsekwencjami ich decyzji –  np 1984 Orwella czy Nowy Wspaniały Świat Huxleya.

Jeśli Literatura chce być sama w sobie Alternatywą, musi zrezygnować z tematów i form powszechnie akceptowanych przez Rynek. Język, narracja, przedstawione osobowości muszą być inne niż to, co jest, eksperymentalne. Trzeba sięgnąć do alienacji, zwiększyć stopień trudności odbioru, stworzyć dzieło hermetyczne lub przeciwnie akrobatyczne. Można użyć treści subwersywnych politycznie, lub naukowo analitycznych. Tylko tak może się jeszcze zdarzyć, że Literatura dołoży swoją cegiełkę do procesu zmian cywilizacyjnych – nawet jeśli będzie wkład minimalny.

Obawiam się, że Redakcja taza obcięła autorowi dalszą część wywodu. Zastanawiam się, co pan Stahl chciał nam w tym tekście jeszcze powiedzieć. A zatem pytam, czy pan Stahl jest baratarystą czy też nie jest?

Barataria w wersji Cervantesa była wg klasyfikacji autora utopijnym projektem społecznym, ale była też okrutną dystopią. Gdy Don Kichot uczy giermka, jak ma postępować, żeby być dobrym gubernatorem, widzi wyspę Sancho Pansy jak państwo idealne, samego zaś poczciwego wieśniaka plasuje w roli idealnego władcy. Gdy jednak okazuje się, że wyspa Barataria nie jest wyspą, doradcy szkodzą władcy, nikogo nie obchodzi los poddanych, a właściciele miasteczka okrutnie sobie ze wszystkich kpią – idealne państwo przestaje być utopią i staje się dystopią. Nie wierz bogatym, przestrzega autor, bo zawsze cię wystrychną na dudka. Jeśli coś dadzą, to zrobi ci to krzywdę, jeśli coś miałeś, to ci to odbiorą, i nawet jeśliś mądry i przebiegły, to na nic ci się to nie przyda. Jak w filmie Parasite – bogaci i biedni żyją na dwóch odrębnych planetach, nigdy się nawzajem nie zrozumieją i nigdy nie dojdzie między nimi do porozumienia. Bogaci wykorzystują biednych, żyją ich kosztem i bawią się ich kosztem. Biedni oszukują bogatych, ale też oszukują siebie nawzajem. Nawet śmierć, morderstwo, przelana krew niczego tu nie zmienią. Co najwyżej możesz dołożyć wszystkich starań, żeby przestać być biednym i stać się bogatym. Przegrasz i tak, a rzadko kto ma tyle mądrości, by, jak Sancho Pansa, dobrowolnie z tego bogactwa zrezygnować.

Sanczo padł na kolana przed Księciem i Księżną, i rzekł:
– Obdarzyliście mnie, wasze wyniosłości, tym urzędem, którego w głupocie swojej
pragnąłem, ale już nie pragnę i nie zapragnę. Jak rządziłem, doniosą wam inni; choćby mylili się lub łgali, ich sąd o mnie będzie bardziej się liczył niźli mój własny. Co na wyspie zostanie po moich rządach, okaże się później; mnie nie zostało nic; goły do Baratarii przybyłem i goły powracam; trochę nawet straciłem na ciele dzięki medykowi przybocznemu i innym; tego sobie już nie odbiorę, niech będzie moja strata; zresztą źle mówię, bo jest i coś, co zyskałem – to przekonanie, że nie zależy mi na rządzeniu ani wyspą, ani królestwem, ani całym światem.
Dziękuję tedy waszym podniosłościom za wszystkie dobrodziejstwa, jakimi mnie obsypali, całuję wasze ręce i stopy, i jak dzieci, gdy się bawią w komórki do wynajęcia, opuszczam tę komórkę, niech w nią wskoczy kto inny, a ja wskakuję w moją starą komórkę, czyli przechodzę na giermkowanie panu mojemu, Don Kichotowi z La Manczy, zwanemu też Rycerzem Lwów, za którym strasznie się stęskniłem, nie mówiąc o tym, że, jak mi szepnął, oczka mu puściły na zielonej pończosze i nie miał ich kto załapać, ale zdaje się, że za długo już przemawiam, więc na tym kończę.

Na tym i ja zakończę dzisiejszy wpis, pokażę jedynie znaleziony ostatnio w sieci kolejny autoportret Jacka Malczewskiego, tym razem w jakuckiej czapce. Pisałam już o autoportretach tego artysty, bo często wyglądał na nich jak Don Kichot, ale tego akurat wtedy nie pokazałam.

Eutanazja i jak dalej?

Niemcy za eutanazją

Niemiecki Trybunał Konstytucyjny ogłosił w środę, 26 lutego: „Istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci”.

Tekst za audycją radia Deutsche Welle z własnymi uzupełnieniami.

Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe orzekł, że wprowadzony w 2015 roku w Niemczech zakaz komercyjnego udzielania pomocy w samobójstwie jest niezgodny z niemiecką ustawą zasadniczą. Paragraf 217 Kodeksu Karnego został w roku 2015 przyjęty i natychmiast zaskarżony przez osoby oczekujące pomocy w dobrowolnej śmierci, organizacje zajmujące się umożliwianiem samobójstwa, a także lekarzy. Ci zwracali uwagę, że mogą zostać uznani za przestępców prowadząc niektóre postępowania w medycynie paliatywnej wobec nieuleczalnie chorych. Część z nich domagała się też prawa do udostępnienia chorym, w ściśle określonych przypadkach, preparatów powodujących śmierć.

Trzy dni temu sąd przyznał im rację:

Przewodniczący Trybunału, prof. Andreas Vosskuhle, argumentował, że istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci. Obejmuje to także wolność wyboru co do odebrania sobie życia i skorzystania przy tym z pomocy innych. Paragraf 217 w dużej mierze to uniemożliwiał.

Uściślijmy – samobójstwo jako takie nie jest w Niemczech karalne, karze podlegała pomoc ze strony osób trzecich, lekarzy, instytucji niosących pomoc. Karze nie podlegała jedynie najbliższa rodzina ciężko chorych, która udzieliłaby takiej pomocy. Wspomaganie samobójstwa noszące znamiona działalności gospodarczej zagrożone jest w Niemczech karą grzywny albo pozbawienia wolności do 3 lat.

W Niemczech zakazana pozostaje aktywna pomoc w samobójstwie – na przykład zaaplikowanie nieuleczalnie chorej osobie zabójczej substancji. Traktowane jest to jak zabójstwo na żądanie. Osoba, która chce skończyć z własnym życiem, musi przyjąć substancję samodzielnie. Tym niemniej, zdaniem sędziów, i państwo, i społeczeństwo muszą zaakceptować indywidualną decyzję człowieka, który nie chce już żyć.

Przypomnijmy dla jasności, że już teraz, jeśli istniało podpisane i prawomocne oświadczenie woli pacjenta, lekarze mogli zrezygnować z dalszego leczenia osób śmiertelnie chorych, poprzestając tylko na stosowaniu medycyny paliatywnej.

Wyrok Trybunału w Karlsruhe ostro skrytykowały Kościoły katolicki i ewangelicki, co jest oczywiście zrozumiałe i zgodne z ich instytucjonalnym sumieniem. Podobnie jak w sprawie aborcji czy małżeństw nieheteronormatywnych Kościoły mają prawo, a nawet obowiązek protestowania w sprawach całkowicie niezgodnych z ich kodeksem. Tak dzieje się na całym świecie, również w Niemczech i w Polsce. Różnica pomiędzy oboma krajami jest TYLKO taka, że w Polsce protest Kościoła stanowi prawo świeckie, a w Niemczech nie. Tyle i TYLKO tyle. 

Badania wykazują, że większość Niemców popiera eutanazję w uzasadnionych wypadkach. Cztery z pięciu ankietowanych osób (81 procent) jest za tym, by pozwolić lekarzom na pomoc przy samobójstwie ciężko chorych osób. Oczywiście nadal podejmowanie decyzji wyrażającej zgodę na śmierć innej osoby pozostaje bardzo trudnym dylematem, z którym przychodzi się zetknąć nie tylko rodzinom osób chorych, starych i niedołężnych, ale i prawodawcy. Gdy pięć lat temu parlament niemiecki dyskutował na temat wprowadzenia paragrafu 2017 do Kodeksu Karnego, posłowie zwolnieni zostali z obowiązku głosowania zgodnie z interesem partii, którą reprezentują – mogli zatem głosować w zgodzie z własnym sumieniem. I zagłosowali w obronie życia za wszelką cenę. Teraz TK zadecydował za nich, stawiając indywidualne prawo człowieka do decydowania o swoim życiu PONAD przekonaniami ogółu.

Oczywiście nie oznacza to, że od teraz społeczeństwo niemieckie będzie zmuszało ludzi do samobójstwa, a jak sądzę tak właśnie zostanie to prawo zinterpretowane w Polsce. Podobnie jak prawo do aborcji nie zmusza kobiet do usuwania ciąży, ani nie zachęca instytucji państwowych i społecznych, by ją promowały, a wychowanie seksualne dzieci nie skłania ani tym bardziej nie zmusza do uprawiania seksu, tak prawo do udzielania pomocy w popełnieniu samobójstwa nie oznacza, że za chwilę będziemy mogli umierać na własne życzenie, kupując ampułkę z trucizną w kiosku na rogu.

Oznacza to jednak, że działające w Niemczech organizacje pomocy nieuleczalnie chorym będą działały legalnie, tak jak to ma miejsce w Szwajcarii. Przypuszcza się też, że podobnie jak w przypadku aborcji, przepisy wykonawcze zażądają przymusowego poradnictwa medycznego i psychologicznego. Ale nie wolno już nikomu zakazać udzielania choremu pomocy.

Prezydent Trybunału wyraził to jasno. “Gdy chory podejmuje decyzję, że chce umrzeć, możemy próbować go przekonać, ale ostatecznie musimy uznać jego wolne prawo do decydowania o sobie.”

Fantastyczna decyzja. Dzięki TK!


Dodam jeszcze, że w sprawie prawa do samobójstwa wykazuję zdumiewającą wręcz stałość poglądów. Pamiętam, że w X klasie liceum, gdy przerabialiśmy Martina Edena, nasza wspaniała polonistka, Halinka Mierzwińska, podzieliła klasę na pół i kazała nam dyskutować za i przeciw samobójstwu. Gdyby się okazało, w co oczywiście nie wierzę, że nie pamiętacie o co chodzi, przypomnę, że Martin Eden jest alter ego autora i przechodzi podobną drogę jak London, z biedy do zaszczytów zdobytych dzięki pisaniu. Z tą jednak różnicą, że Martin Eden popełnia samobójstwo, podczas gdy London żyje nadal i jeszcze przez siedem lat beztrosko zapija się na śmierć. Umiera w wieku lat 40, przy czym nie jest do końca jasne, czy tym razem faktycznie popełnił samobójstwo, czy umarł na uremię, której nabawił się pijąc na umór. Na umór czyli na śmierć.

Ciekawe, że Halinka podzieliła nas niejako automatycznie, ci od okna byli przeciw samobójstwu, ci od ściany – za. Każda grupa wybrała swojego speakera. Ci od okna wybrali Władka Jagielskiego, ci od ściany – mnie. I starliśmy się jak dwa na dwóch planetach władające bogi, na śmierć i życie. On przeciw prawu do jakiegokolwiek ingerowania człowieka w boski plan, ja za absolutną wolnością decyzji każdego z nas. 

Minęło ponad pół wieku. Ja nie zmieniłam poglądów. A Władek?