Z wolnej stopy 33

Zbigniew Milewicz

Wiluś i Jorg na cenzurowanym

Reguły językowe różnią się od politycznych jak jeż od szczotki, choć na pierwszy rzut oka wyglądają podobnie. W polityce przegrany teoretycznie odchodzi z dalszej gry o tron, w praktyce wraca za pięć minut na plan, tylko pod innym sztandarem. Tych ci u nas dostatek. Aby uporać się z przeciwnikami, dobra zmiana wywalczyła w kwietniu 2016 r. ustawę dekomunizacyjną, według której nazwy ulic, pomniki i różne inne miejsca pamięci, dedykowane ludziom starego reżimu, podlegają kasacji. Językoznawcy rozprawiają się z komunizacją krótko i zwięźle – za pomocą przedrostka „de“, politykom PiS nie idzie tak łatwo. Napotykają sprzeciw opozycji i społeczny opór. Przykładem próba odebrania katowiczanom ich miejsc pamięci o Wilhelmie Szewczyku i Jerzym Ziętku, o których wspominałem w poprzednim wpisie.

Pierwszy z wymienionych był jednym z najważniejszych, śląskich intelektualistów XX wieku i miał plac swojego imienia w centrum Katowic, przy dworcu kolejowym. Zakwalifikowany przez IPN do grona komunistów, stracił go, wbrew woli gospodarzy miasta i znacznej części opinii publicznej, czemu towarzyszył medialny zgiełk. Władze regionu, z wojewodą Jarosławem Wieczorkiem na czele były za zmianą nazwy, prezydent Katowic, Marcin Krupa – przeciwko. Wojna papierowa pomiędzy obydwoma trwała długo, oparła się też o sądy.

„Wojewoda Wieczorek – pisze red. Marcin Zasada w Dzienniku Zachodnim z 12 października 2020 r. – zdekomunizował plac Szewczyka w Katowicach 13 grudnia 2017 roku. Opierając się na opinii Instytutu Pamięci Narodowej, który uznał, że Wilhelm Szewczyk, śląski działacz, pisarz i publicysta, symbolizuje ustrój totalitarny. 3 lata temu o wydaniu zarządzenia zastępczego w tej sprawie Wieczorek nie odważył się poinformować dziennikarzy, choć zrobił to równolegle z dekomunizacją ronda Gierka w Sosnowcu. Sprawa placu Szewczyka przez kolejne 1,5 roku była przedmiotem sporu przed sądami administracyjnymi. W maju 2018 roku WSA w Gliwicach przyznał rację Katowicom, uznając, że Szewczyk nie był symbolem komunizmu. Ale wojewoda zaskarżył to orzeczenie do NSA w Warszawie, który 10 miesięcy później podtrzymał zdekomunizowanie Szewczyka i zmianę nazwy placu na Marii i Lecha Kaczyńskich.”

Wiluś za życia nie był człowiekiem mściwym i miał poczucie humoru, więc myślę, że jakoś zniesie tę stratę przy niebiańskiej golonce i kuflu żywieckiego, na które regularnie zachodzi do swojego ulubionego świętego Jana. Sztachnie się swoim złocistym cygarem i powie: a niech im tam… Sprawa pomnika generała Jerzego Ziętka w centralnym, katowickim Parku Powstańców Śląskich ma dużo cięższy wymiar. Jorg był jeszcze grubszy od Szewczyka i już za życia otaczała go na Śląsku legenda. Przez jednych gloryfikowany, przez drugich znienawidzony (jednym z jego głównych wrogów był cysorz, Zdzisław Grudzień, kierujący wojewódzką nomenklaturą partyjną), miał za sobą udział w III Powstaniu Śląskim, służbę w sanacyjnej administracji (m.in. na stanowisku naczelnika Radzionkowa), ciekawy rozdział radziecki w II wojnie światowej i faktyczne zasługi polityczne w budowie komunizmu w powojennej Polsce, choć w okresie stalinowskim znajdował się na liście osób wykluczonych z partii, za reakcyjną przeszłość. Nie mógł być apolityczny, jeżeli chciał rządzić Śląskiem i Zagłębiem, takie były czasy – mówią jego obrońcy, dodając, jak dobrze gospodarzył województwem i ile po sobie zostawił ludziom. Chociażby lecznicę w Reptach, Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku w Chorzowie, katowicki Spodek, Uniwersytet Śląski, uzdrowisko w Ustroniu, te wszystkie nowe osiedla mieszkaniowe – wyliczają – i nie wstydził się również swojej śląskiej gwary, mówił nią na co dzień. To jest dla nich ważki argument. A że lubił dobrze zjeść i umiał wypić, mój Boże, przecież to nie jest grzech, usprawiedliwiają.

Foto: Bogdan Kułakowski

W myśl ustawy dekomunizacyjnej, do końca marca 2018 r. z ulic i placów miast miały zniknąć pomniki upamiętniające ustrój komunistyczny. Wyjątek stanowiły obiekty „wystawione na widok publiczny w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, kolekcjonerskiej, naukowej lub o podobnym charakterze, w celu innym niż propagowanie ustroju totalitarnego”. I z tego skorzystały Katowice, przekazując działkę, na której stoi pomnik, Muzeum Historii Katowic. I nadal mają swojego Jorga. Kiedyś złomiarze ukradli mu jego słynną krykę, ale po grzecznym apelu władz miasta o zwrot eksponatu, wróciła na swoje miejsce. Zachowało się też rondo Jerzego Ziętka i nikt nie wyobraża sobie, by mogło być inaczej. Podobnie jest w Tarnowskich Górach-Reptach, gdzie stworzył Górnośląskie Centrum Rehabilitacji. W Bytomiu spore osiedle mieszkaniowe nadal nosi jego imię, Piekary Śląskie mają ulicę generała, Orzesze również (witam Cię, Asiu). Tylko w Gliwicach, gdzie urodził się Jerzy Ziętek, z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 10 zniknęła tablica upamiętniająca fakt, że był on jej wychowankiem – to pani dyrektor chciała pokazać, że jest sumienną osobą i szanuje obowiązujące prawo.

Foto: Bogdan Kułakowski

Pierwszym stróżem dobrego imienia generała jest jego najmłodszy wnuk, który oddziedziczył po dziadku imię – polski polityk, lekarz i samorządowiec, poseł na Sejm VI i VII kadencji, Jerzy Marek Ziętek*. Osobiście zawdzięczam jego przodkowi spore przyspieszenie w czekaniu na pierwsze, spółdzielcze M-3 w latach siedemdziesiątych, bo faworyzował dziennikarzy. Byłem więc winien Jorgowi ten subiektywny wpis. Specjaliści w zakresie konstrukcji skomplikowanych fajerwerków wiedzą, jak długi musi być lont, żeby odpalić racę dopiero po kilkudziesięciu latach.

* Jest autorem wpisu o swoim dziadku w Wikipedii, po niemiecku: TU

Odcinek 10

Mieczysław Bonisławski

Naciska inny klawisz i podnosi głowę znad obudowy.
– …kto?
– Matka. To oczywiste.
– Podła co? – jeszcze bardziej natarczywie.
– Co co? – mężczyzna niemal „gotuje się”.
– Chcę się dowiedzieć, czego nie dopowiedziałeś na nagraniu? Zacząłeś mówić, że zabrała ci chłopca. Co wtedy do niej czułeś? Okazała się podła jak co? – łagodnie tłumaczy.
Mężczyzna zanurza się w jakiejś malignie. Zaczyna ekstatycznie gestykulować, kręcić głową. Kłóci się, ale z jego głosu można wyczytać, że czyni to na jakimś zupełnie innym poziomie świadomości. Olek jest tutaj nieobecny, gdy wypowiada kolejne zdania.
– Nie, bo matka nie może być podła. Czasem ma problemy, i to takie, które ją przerastają, ale matka nigdy nie jest podła. I nigdy wobec własnego syna.
– Może podła suka? O tym pomyślałeś? Przecież zacząłeś to mówić – porwała Januszka, podła… – próbuje podpowiadać prowadząca.
– Suka, to suka. I jak tak można! A matka, to matka! I nie można tak porównywać, a nawet tak myśleć…
– Dobrze. Posłuchaj dalej… – Psycholog zapisuje wnioski w notesie i zniecierpliwiona włącza magnetofon:

W moich rękach chłopak wyrósł by na prawdziwego mężczyznę. Mogłem mu zapewnić to, czego nie mogła jego Matka. Tak to już jest, przychodzi taki czas, że chłopakowi trzeba ręki mężczyzny. Nie każdy ojciec, to mężczyzna. Szczególnie w tych czasach. Są ojcowie niedojdy, miernoty, niegodni tego miana.

– …nawet wojskowi i mundurowi? – znowu, po wciśnięciu klawisza zatrzymującego taśmę, spogląda z ciekawością i jakąś nieskrywaną nadzieją przez biurko.
– Bo, bo w obecnych czasach wiele osób w mundurach polskich służb to już nie są ludzie, na których można polegać. I którym można by ufać. A zresztą ojciec Januszka nie jest ani wojskowym, ani nie służy w mundurze.
– Ale należy do służb.
Olek znowu ulatuje w dalekie od otaczającej ich rzeczywistości obszary swojej wyobraźni. Znowu jest zapalczywy, mocno klepie oboma rękami w blat biurka.
– Służb, to ty proszę, się nie czepiaj, drogi człowieku! A on służy, tak jak potrafi, służy. Ale jest wojownikiem. I zachowuje do końca bojową postawę i jest czujny! A zresztą to nie jest jego wina. Bo to Irena, ta reporterka, bo to ona wszystko niszczy. To nie jest dobry człowiek, to bardzo zła kobieta. A Ojciec Januszka poznał się na niej od razu. I wiesz jak ją nazywa w domu, w rozmowach z Matką – „Gryzaczek” albo „Krzywousta”.
– Jak? Powiedz jeszcze raz, ha, ha, ha…– zaskoczona Psycholog nie jest w stanie się opanować.
– Czy przyszedł ten czas, kiedy to pani się teraz śmieje? A czy na pewno jest ku temu właściwy powód?
– Ha, ha… Tak? No to posłuchaj, jak ty sam ją któregoś dnia przedstawiałeś… Niech tylko to znajdę… Pozwól, przewinę jeszcze kawałek szpulę…
Znowu ten głos tak podobny do głosu Olka na żywo. Nieco sztuczny, ale wyraźny:

„Zołza. W ogóle nie rozumiała ludzi. „Czy ty rozmawiasz jeszcze z ludźmi?” – sączyła swój jad. „Spotykamy się” – broniła się Matka. „Z kim, ja mówię o ludziach!” „Przychodzą przecież Wytrykus, Mamak, Ryndak, Demianiuk, „Duch””… „Wytrykus utopił by Mamaka w łyżce wody, twój stary aranżuje te spotkania, bo lubi patrzeć, jak oni sobie skaczą do oczu. Zresztą Bolek przychodzi, bo ma na ciebie chrapkę, a to co innego” „Nigdy do niczego nie doszło…” „Bo jesteś ślepa. Najistotniejsze jest to, czego oni nie mówią, czego nie robią. Bo to wisi jak siekiera nad głową. A Ryndak, Demnianiuk, to miernoty, intryganci” „Sama chwaliłaś Ryndaka” „A co ty tam wiesz! Ten twój stary, steruje tobą jak marionetką. Gdyby było inaczej, dawno by zastrzelił sekretarza w zalotach ze swojego pistoletu. Poplotkowała byś chociaż z jakimiś babami. Ale ty co, za wysoko jesteś, nie?” „Jak możesz…?!” Zołza i ja to zobaczyłem. Nawet ta psycholog, pani koleżanka pewnie, Ber, rozmawiała z Januszkiem, pytała, notowała, patrzyła na Matkę jak go przyprowadzała i co? I nic!”

– Ty go pokochałeś? – kobieta mówi to z łagodnym uśmiechem, który nagle rozjaśnia jej, dosyć zaciętą dotąd, twarz – Tak jak kocha matka?
Psycholog znajduje w końcu słowa właściwe do sformułowania nurtującego ją pytania. Słowa jak impuls i słowa, które impulsem goszczą w jej głowie. To jest jak olśnienie.
Przestaje być taka spięta, teraz to ona czuje się swobodna. Wygodniej rozsiada się na krześle. Gotowa na coś, czego nie potrafi wprawdzie, akurat w tej chwili, nazwać, ale coś – jak to czuje – na co czekała od samego początku. Nawet wtedy, gdy o tym nie wiedziała.
– Co takiego!? Ja, kogo? – mężczyzna warczy na nią jednak z oburzeniem.
– Ty po prostu potrzebujesz miłości. Chcesz komuś dawać miłość. To nie zbrodnia, to szczęście… Szczęście tego chcieć i kogoś takiego znaleźć…
– Bzdury mówisz, drogi człowieku. Komu, poza Ojczyzną, poza Narodem, ja miałbym jeszcze oddawać swoje przywiązanie, swoją miłość? Dla kogo niby mam tak rozpraszać się w swoim obowiązku wierności i pełnej gotowości?!
– Dla Januszka. Chyba, że tylko zwyczajnie, jak zwierzę, pożądasz go? Co do niego czujesz, prostacką chuć? Czego pragniesz, gdy go tylko widzisz, choćby z daleka – kobieta stara się nie dostrzegać drażliwej reakcji Olka.
– Co to za głupoty pani wygaduje?! – Olek nakręca się i nie folguje ani sobie, ani jej.
Kobieta nie ustępuje. Drąży jeszcze głębiej.
– A jak jest zupełnie blisko ciebie? Jak ćwiczycie? Nie wstydź się. Milczysz? No to posłuchaj trzech fragmentów, tego co mi odpowiadałeś gdy cię naprowadzałam w trakcie hipnozy. Zmontowałam je razem…
I znów Olek słyszy swój, odtworzony z taśmy głos, wydobywający się gdzieś spod cycków tej kobiety. Patrzy i słucha, aczkolwiek akurat ta ostatnia okoliczność w ogóle nie zaprząta mu głowy. Mruży oczy i coś zza tych przymkniętych powiek sobie układa w myślach. Analizuje, co plastycznie odwzorowuje się w zmieniającym się wyrazie jego twarzy.

– „Ja nie obraziłem Twojej koleżanki, ani psychologów w ogóle. Musisz sama przyznać co do tej Ber i Januszka…. Dlaczego zatem ty mnie…”
„Zresztą. Na początku go tylko polubiłem. A potem…. Samo tak wyszło, że…”
„W Biblii Jezus opowiada taką historię, o tym, jak dwóch ludzi przekazuje trzeciemu dary. Bogaty daje taki sobie podarunek, a biedny coś zupełnie symbolicznego. Nie liczy się bowiem wartość rynkowa, wielkość mierzona obiektywną skalą miar i wag, ale to jak cenny jest dar dla tego, który daje. Ważna jest głębia poświęcenia się darczyńcy na rzecz tego drugiego człowieka. Różni ludzie różnie oceniają moje posłannictwo i moją wiarę w uratowanie człowieka. Są nawet tacy głupcy, którzy wprost mnie wyśmiewają od debili i idioty. Ja na nich nie patrzę, nie słucham ich. Ale przez nich, to jak przedtem podchodziłem do mojego Przewodnika, może się wielu wydawać nic nie warte. A jednak ja właśnie to, to co dla mnie było najważniejsze, oddałem temu chłopcu.”

Kobieta zatrzymuje na chwilę kasetę.
– Uważasz się za postać z przypowieści Jezusa Chrystusa? Masz niby być jak ten bohater z Biblii? Poczekaj, jeszcze ostatni fragment… – pyta nieco zdziwiona i nie czekając na odpowiedź, na powrót uruchamia odtwarzanie:

„Robotnicy czują się wolni, gdy chodzą swoimi ścieżkami. Gdyby skorzystali z wygodnych autobusów, jakie uruchomiła im władza, poddali by się tej władzy. Ja czuję się Przechodniem i dlatego widzę więcej, rozumiem głębiej. Czuję to czego nie czują inni. Polubiłem tego chłopca. Nie mogłem się pogodzić z rolą wykonawcy złych rozkazów Redaktora. Nie mogłem go skrzywdzić. Zbuntowałem się tak samo, jak ci robotnicy chodzący torowiskiem, po którym tak naprawdę, to chodzić nie wolno, bo tam jeszcze jeżdżą pociągi. Oni tym swoim wyborem łamią po prostu prawo tego miasta, ustanowione przez te władze. A ja złamałem prawo Wszechrzeczy, poświęciłem to co najcenniejsze…”

– Czy zrozumiała pani chociaż cokolwiek, z tej prawdy, którą chciałem pani przez to co powiedziałem przekazać? – pyta z nieoczekiwanie przytomną troską w głosie. Nagle jest tu znowu. Z powrotem. I dostrzega tę czyjąś obecność przed sobą. I w końcu patrzy w oczy tej kobiety.
Czeka na jakieś słowa od niej, takie na które właśnie czeka. A ona:
– Właśnie matka poświęca to, co najcenniejsze…

Poniedziałek, 20 grudnia
godz. 9:30
Psycholog od samego początku jest wyjątkowo podekscytowana. Już przyszła taka inna, niż zawsze. Od początku promienieje niespotykanym dotąd zadowoleniem.
Śledcza i Prokurator, spoglądają po sobie, wzruszają znacząco ramionami, ale się nie odzywają. Każda z nich, przygotowywała się długo i szczegółowo, ale z osobna, do kolejnej tury postępowania, zaplanowanej na ten dzień. Nie są nastawione na żadne, niespodziewane wydarzenia. Z ich twarzy bije rutyna, pewne znudzenie sprawą, która powinna się była zakończyć już dawno temu.
Podejrzany za to jest jakby przyczajony. Bardziej niż zwykle zamknięty w sobie, tak jakby dał już z siebie  wszystko, jakby wyzbył się czegokolwiek do obrony i zrezygnowany czeka tylko na to, co złego mu los przyniesie. Jest apatyczny, przyjmuje postawę pasywną, wyczekującą. Zasiał już to, co miał do posiania i w poczuciu braku wpływu na to, co wzejdzie i na przebieg samego procesu wzrostu, dojrzewania i zbiorów, czeka na jakikolwiek plon. Wszystko zależy już tylko i wyłącznie od tych trzech kobiet, nic od niego. Czy na pewno rozumieją go właściwie? Czy on sam przekazał im to wszystko, tak jak należało?
Szykuje się, gdzieś tam w głębi, do wsparcia swojego punktu widzenia, układa w myślach riposty, cały układ tego swoistego fechtunku na słowa i idee, którego się spodziewa. Przygnębia go jedynie ta niepocieszająca sytuacja, że żadna z tych kobiet nie zechce już z nim w ogóle więcej rozmawiać, ani pytać w przypadku niezrozumienia czegokolwiek z tego co im przedstawił, ani próbować wyjaśniać, w przypadku wystąpienia wątpliwości. Wtedy wszystko co zrobił i co jeszcze sobie zaplanował, okaże się na nic, ale na to już zupełnie nie ma wpływu, nawet najmniejszego…
Milczy zatem od początku tego dnia, z nisko opuszczoną głową, nieobecnym wzrokiem. Od czasu do czasu błąka mu się po twarzy bezmyślny, obrażający otoczenie uśmiech idioty.
Tak też, całkowicie błędnie, podchodzi do tego Prokurator:
– Śmiejemy się? – wyskakuje do niego z wyrzutem – Podejrzanego znudziło postępowanie. I z tych nudów, możemy się pośmiać z Prokuratora, z oficera śledczego, z wysiłków Psychologa, tak? No to ja zapewniam, że ten uśmieszek zniknie. Już niedługo nikomu nie będzie tutaj do śmiechu.
Psycholog wyczuwa moment, w którym winna błyskawicznie i zdecydowanie zareagować, aby ratować sytuację:
– Postanowiłam przyspieszyć dochodzenie i by ułatwić prawidłowe wnioskowanie, bez niepotrzebnych powtórzeń, jakichś dywagacji na temat niezrozumiałych lub źle zapamiętanych wypowiedzi podejrzanego, spisałam wszystko i powieliłam tekst.
– A nasz biegły, to jakaś epidemia? – Prokurator reaguje w końcu i na niecodzienny nastrój Psycholog – Dostaniemy racjonalne wyjaśnienie tych radości i zadowolenia z siebie? W sytuacji gdy postępowanie tak się przedłuża, chyba nie ma ku temu specjalnie powodów?
Śledcza chichocze na boku, choć stara się zachować nad tym kontrolę. Prokurator gromi ją wzrokiem. Olek podnosi głowę i rozgląda się po twarzach kobiet. Uśmiecha się do nich w sposób bardziej opanowany i wyrazisty i natychmiast pochmurnieje. Ale nie opuszcza już głowy.
– Usiadłam przy maszynie i spisałam w takiej ujednoliconej, zbeletryzowanej formie wypowiedzi uzyskane od podejrzanego w stanie hipnozy. Siedziałam nad tym całą wolną sobotę i niedzielę – z głosu Psycholog przebija duma.
Śledcza nie podziela tego odczucia, wręcz odwrotnie:
– Niedzielę, po co? Warte to chociaż…? Czekaj! Czy ja dobrze usłyszałam: zbeletryzowana forma? Powieść napisałaś? To raczej niekończąca się nowela…
– Zbeletryzowana forma… Mam tu na myśli… No, po prostu nie wpisywałam treści moich pytań, ani zupełnie pobocznych, nie mających wpływu na sens, czy przebieg fabuły opowieści hipnotycznej, odpowiedzi podejrzanego, w sytuacjach gdy tylko miało by to przybierać tryb doraźnego dialogu ze mną, pozostającego bez znaczenia dla całości.
Zupełnie wyeliminowałam mowę niezależną, która po prostu poszarpałaby tok osnowy opowiadanej historii. Usunęłam wszelkie moje sugestie, teksty techniczne, operacyjne, naprowadzające. Pozbyłam się ewidentnie fałszywych tropów, dokonałam selekcji jednoznacznie niedorzecznych wątków.
Zostawiłam tylko opowieści podejrzanego, jedną po drugiej, w kolejności adekwatnej do jego mowy wewnętrznej. I chociaż podejrzany bardzo często łamie rzeczywiste następstwo czasu, ta jego mowa ciągła, ułożyła się po moich zabiegach tak, że łatwo to teraz przeczytać, przebrnąć przez wszystkie liczne myśli i motywy…
Aha, no i usunęłam wszelkie natręctwa, jakieś pokraczne naleciałości i osobliwe gramatyczne indywidualizmy, częściowo natomiast zostawiłam specyficzną leksykę, o ile tylko nie przeszkadzała…
Znacznie łatwiej i prościej teraz będzie wyłapać sens z całości, logikę zawiłych, wielopiętrowych ciągów przyczynowo-skutkowych. Wreszcie, oceniać na podstawie materiału kompletnego a nie traktowanego, z powodu skomplikowanej struktury, tylko cząstkowo. Wnioskować perspektywicznie ale nie w sposób rozmyty.
– Manipulujesz nami! Znalazł się, językoznawca od siedmiu boleści…! – burzy się Porucznik – To ma być wiarygodne? Powinnyśmy dostać pełny materiał, bez ingerencji. Każda z nas samodzielnie… A ty co, ni stąd, ni zowąd odkryłaś w sobie nowe powołanie filologiczne? – kończy drwiąco, maskując szyderstwem swoją wściekłość i bezsilność.
– Ostatecznie, może, jestem specjalistką? Zatem należy ufać mojej wiedzy i metodom. Moja ingerencja… A jeśli zabezpieczyłabym i zapewniła wam warunki do tego, abyście przeprowadziły obiektywną analizę i w pełni samodzielne wnioskowanie?
– Rzeczywiście. Właściwe podejście – po głębokim zastanowieniu popiera ją Prokurator. – Są trzy egzemplarze?
– Nie, proszę, cztery… – jąka się trochę skonfundowana Psycholog, pokazując palcami na siebie, Śledczą, Prokurator i – z pewnym zawahaniem – na Olka.
Prokurator ignoruje to zmieszanie biegłej:
– Wobec tego rozdajemy wszystkim egzemplarze, do zapoznania się.
– Czwarty egzemplarz jest trochę słabiej odbity… Jednak pisałam od razu z użyciem trzech kalek, a moja maszyna jest już nieco zużyta i nie przebija tak dobrze jak niegdyś. Ale inaczej, musiałabym to przepisywać aż dwa razy i nie wiem, czy bym na dzisiaj zdążyła….
– Powiedzmy – odbiera swój egzemplarz Prokurator – Dochodzeniówka, ma? I na koniec jeszcze podejrzanemu.
– Czy mogłabym liczyć na to, że dalibyście radę to przeczytać przez dwa, trzy dni?
– Trzy dni. Macie zrobić dokładną analizę. Ale trzy i ani dnia dłużej. Spotykamy się w piątek, na podsumowaniu. To będą ostatnie pytania i wyjaśnienia.
Chcę to mieć za sobą jeszcze przed Wigilią. Na Boże Narodzenie zaplanowałam sobie święty spokój od tej sprawy. To postępowanie absorbuje nas wszystkich zdecydowanie zbyt długo. Dlatego wtorek, środa, czwartek mają wystarczyć.
Rozchodzimy się teraz i do roboty, nie marnować mi czasu. Od jutra lektura, a dzisiaj…
Ja na przykład, mam jeszcze dwie inne sprawy do zrobienia… Jedna to jakaś… Nie wiem jeszcze dokładnie jaka… Taka znana chyba wszystkim tu obecnym, afera z zaopatrzeniem sklepów rybnych…
Czy wy też załapałyście się na te nieszczęsne karpie, robicie przecież zakupy do domu przed świętami…?

Z wolnej stopy 32

Zbigniew Milewicz

Salomon Morel, kat Zgody

Zima 1945 roku była mroźna, na Śląsku temperatury schodziły poniżej minus dwudziestu stopni, więc najważniejszy był dach nad głową i opał. Kiedy front wojenny się przewalił przez Katowice i przyszła nowa fala wielkiej wędrówki ludów, do mieszkań opuszczonych przez Niemców zaczęli wprowadzać się przybysze ze zrujnowanych terenów centralnej Polski, repatrianci zza Buga i osobnicy niewiadomego pochodzenia, którzy na tym exodusie robili złote interesy – szabrownicy, którzy zwykle pierwsi pojawiali się w bezpańskim lokalu i wynosili stamtąd wszystko, co tylko mieściło się w drzwiach. Poźniej te sprzęty można było kupić na bazarze i zdarzało się, że wracały pod stary adres z nowymi lokatorami. Wychodząc z mieszkania, człowiek zamykał drzwi na kłódkę, oklejał je papierem, na którym pisał, że to jego własność, a po powrocie często zastawał tam już inną rodzinę. Musiał więc sobie szukać nowego locum, a jak miał pecha, to kolejnego. Na szczęście pustostanów było wtedy sporo.

Węgiel na opał ludzie trzymali w piwnicach, ale nie było kłódki, która nie dałaby się wyłamać, gdy doskwierał mróz. Do pieca szły więc zastępczo meble, klepki z parkietu, książki, wiem to z opowieści familijnych. Moi rodzice po ślubie zamieszkali w Katowicach; mieszkanie na Starowiejskiej, pod piątką, w którym się urodziłem, było chyba trzecim z kolei, które udało im się wreszcie zatrzymać na dłużej. Wojna minęła, komunistyczny system kneblował ludziom usta, ale komu Urząd Bezpieczeństwa Publicznego nie miał, póki co, niczego do zarzucenia, ten był wolny, mógł żyć z kim chciał, gdzie mu się podobało, albo gdzie znalazł pracę, z czego ludzie – zwłaszcza młodzi – skwapliwie korzystali.

We Wspomnieniach śląskiego pisarza i poety Wilhelma Szewczyka czytamy, że w pierwszych dniach po wyzwoleniu Katowic całe życie koncentrowało się w Urzędzie Wojewódzkim. „Gdy wszedłem tam po raz pierwszy – pisze – ujrzałem jedno wielkie koczowisko. Przenikliwe zimno wiało przez korytarze. W pokojach urzędowali ludzie w paltach, przy elektrycznych piecykach”. Mówiło się, że wycofujący się Niemcy mogli zaminować gmach (w czasie wojny urzędowały tu władze Reichsgau Oberschlesien), ale skoro pułkownik Ziętek wciąż tkwił na swoim posterunku, nie mogło być aż tak źle. Pułkownik był jednym z wicewojewodów, drugim mianowano Stefana Wengierowa, a całością dowodził generał dywizji Aleksander Zawadzki. Struktury nowej władzy administracyjnej w Polsce tworzyły tzw. grupy operacyjne, które szły bezpośrednio za frontem i to ich członkowie stali na czele grupy “Śląsk”.

Pułkownik Jerzy Ziętek, Ślązak z krwi i kości, miał za sobą sanacyjną przeszłość, ale jako wychowanek szkoły oficerów polityczno-wychowawczych w Riazaniu, był dla radzieckiej komendantury “swoim człowiekiem”. Obdarzony organizacyjnym i gospodarskim talentem, umiał pokierować życiem Śląska i Zagłębia, region szybko stawał na nogi. Na przykład w Katowicach: dzięki temu, że pracowała elektrownia, część miasta miała prąd. Od 1 lutego działały wodociągi. Dwa dni później wznowiono ruch kolejowy z Katowic do Siemianowic i Ligoty. Kursowały po trzy pociągi dziennie, bo z taboru zostało tylko 55 wagonów. Pierwsze szkoły powszechne otwarto 11 lutego. Zasługą wicewojewody było również powołanie latem 1945 komisji, która sporządziła spis górników przymusowo wywiezionych do ZSRR, po zajęciu Górnego Śląska przez Armię Czerwoną. Zawierał on 9877 nazwisk. Podjęto działania zmierzające do zwolnienia deportowanych i ich powrotu do domu.

Generał Zawadzki był z kolei jeszcze przedwojennym komunistą i pochodził z Zagłębia. W akcję zwolnienia deportowanych ludzi angażował się z wielkim poświęceniem i emocjonalnie. Na posiedzeniu Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej w maju 1945 roku mówił: “Komitet Centralny winien zająć stanowisko wobec wywózek. Stanowisko to winno dojść do świadomości Związku Radzieckiego i Armii Czerwonej. Ludność na Śląsku była entuzjastycznie nastawiona wobec Związku Radzieckiego, dziś ludność ta jest zdecydowanie nieprzychylnie nastawiona, klnie. (…) Musi ustać wywózka”. Niestety starania o powrót wywiezionych nie dały spodziewanych rezultatów. Skuteczniejsze okazały się prośby o przerwanie wywózki. Po spotkaniu wojewody Zawadzkiego z marszałkiem Konstantym Rokossowskim zwolniono do domów ponad 600 internowanych osób, ale nadal wystarczyło jedno fałszywe słowo sąsiada, albo rzekomego przyjaciela, aby najpierw trafić do lochu UB, a później znaleźć się za drutami kolczastymi obozu pracy w świętochłowickiej Zgodzie.

W tej dawnej filii KL Auschwitz, obok członków organizacji nazistowskich, siedzieli podejrzani o kontakty z SS, SA, albo Gestapo, ludzie, których jedynym przestępstwem było podpisanie niemieckiej Volkslisty, żołnierze Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych oraz obywatele niechętni komunistycznej władzy. Powtórzę – wystarczyło domniemanie winy, lub donos, żeby się tam znaleźć.

Komendantem obozu był słynący z okrucieństwa Salomon Morel, który osobiście uczestniczył w przyjęciach nowych więźniów (dostarczanych także przez milicję i NKWD ) i ich przesłuchaniach. Na wstępie zawsze się im przedstawiał, że jest Żydem z Auschwitz, który stracił całą rodzinę w obozie, tylko on ocalał i teraz jego największym pragnieniem jest zemścić się na Niemcach. Kłamał z tym Oświęcimiem; do 1942 roku przeżył wojnę w ukryciu, w gospodarstwie Józefa Tkaczyka w Garbowie na Lubelszczyźnie (później uhonorowanego za to medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata), skąd pochodził. Kiedy granatowa policja zaaresztowała, a później zastrzeliła jego rodziców, jednego z braci i bratową, zorganizował z drugim bratem, Ickiem, przestępczą grupę, która rabowała mienie mieszkańców wsi w Lubelskiem i na Mazowszu. Wytropiła ich Gwardia Ludowa, uniknął egzekucji, zwalając wszystkie winy na brata, a w 1944 r. przyszła Armia Czerwona. Wtedy wstąpił do służby więziennej, podległej Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, odbył staż w katowni w osławionym lubelskim Zamku i wraz z sowietami znalazł się na Śląsku. Obóz, którym kierował, działał od lutego do listopada 1945 roku, więziono w nim co najmniej 5764 osób, z których niemal 1/3 nie przeżyła pobytu. To jest ta wspomniana już przeze mnie w poprzednim wpisie liczba udokumentowanych 1855 ofiar, których według IPN mogło być nawet 2,5 tysiąca.

Wśród osadzonych przeważali Niemcy i Polacy, ale byli również Ukraińcy, Austriacy, Rumuni a nawet Żydzi. Więźniowie umierali zakatowani w czasie przesłuchań, z wycieńczenia niskimi racjami żywnościowymi (strażnicy nagminnie kradli paczki żywnościowe, przysyłane przez rodziny) i pracą w okolicznych kopalniach i hutach, od kul konwoju w czasie próby ucieczki, na drutach kolczastych ogrodzenia baraków, przez które płynął prąd i w pętli na szyi. Wielu nie wytrzymywało psychicznie warunków obozowych. Inni umierali na czerwonkę, albo tyfus – wszystko było jak w hitlerowskim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau.

Tylko komór gazowych i krematoriów jeszcze brakowało. Może pomysłowy Salomon Morel i z tym poradziłby sobie, gdyby nie tyfus, który w lipcu 1945 r. rozprzestrzenił się na cały obóz. Dowiedziała się o tym Warszawa, przyjechali oficjele i specjaliści, i w atmosferze skandalu podjęto różne radykalne środki zaradcze, a jesienią zlikwidowano obóz. Trzyosobowa komisja z prokuratorem Jerzym Rybakiewiczem na czele przeprowadziła w nim kontrolę, przejrzała akta, przesłuchała więźniów, po czym zwolniła prawie wszystkich do domu. Przedtem musieli oni tylko podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia nie będą z nikim rozmawiać o tym, co się tutaj działo. Wywiązali się z tego zobowiązania, bo kto z nas wiedział o Zgodzie?

A podporucznik Morel, jako dobry fachowiec ds. więziennictwa został przeniesiony na stanowisko komendanta do innego obozu i za swoje zasługi otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Karierę zawodową w PRL-u zrobił bogatą, same wzloty, żadnych upadków. Ukończył ją w 1968 roku, jako naczelnik Wojewódzkiego Aresztu Śledczego w Katowicach w stopniu pułkownika służby więziennej, obwieszony wszystkimi możliwymi odznaczeniami państwowymi i zawodowymi, z tytułem magistra prawa Uniwersytetu Warszawskiego (praca magisterska nosiła tytuł „Praca więźniów i jej znaczenie“) i dobrą emeryturą. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych Główna Komisja Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu zainteresowała się tematem obozu pracy w Zgodzie, został przesłuchany w roli świadka. A kiedy rozpoczęto oficjalne śledztwo w tej sprawie, wyjechał do Izraela.

Prokuratura Wojewódzka w Katowicach postawiła Morelowi dziewięć zarzutów, w tym ludobójstwa. Oskarżony był m.in. o stosowanie wyszukanej metody tortur, tzw. „piramidy” (na polecenie komendanta strażnicy mieli rzucać więźniów jednego na drugiego, tworząc pięć, sześć warstw złożonych z ludzi). Zarzuty wobec Morela oparto przede wszystkim na zeznaniach ponad 100 świadków, spośród których pięćdziesięciu ośmiu było więźniami obozu w Świętochłowicach-Zgodzie. W pismach procesowych oskarżony swoje zachowanie uzasadniał wcześniejszymi przeżyciami z obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie miał przebywać jako więzień, co jednak nie znajdowało oparcia w faktach. 19 grudnia 2003 roku Sąd Rejonowy w Katowicach wydał w sprawie Morela postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, zażądano jego ekstradycji, ale Izrael odmówił wydania oskarżonego polskim władzom. Morel zmarł w 2007 r., śmiercią naturalną w wieku 88 lat, w Tel Avivie; do końca pobierał apanaże z Biura Emerytalnego Służby Więziennej. Jak mówią Rosjanie: wojna wojnoj, a obied po rozpisanji…

Salomon Morel nie był jedynym Żydem w stalinowskim aparacie bezpieczeństwa. Perfidia systemu polegała na tym, że dając praktycznie nieograniczoną władzę ludziom, których życie w czasie hitlerowskiej okupacji ważyło mniej od puchu, zyskiwano ich bezgraniczną wierność i posłuszeństwo. Nikt nie rodzi się kanalią, zostaje się nią w sprzyjających warunkach, a powojenny komunizm je tworzył. Oczywiście nie każdy nadawał się na ubeka, do tej służby trzeba było mieć odpowiednie predyspozycje. Włodek Paźniewski, mój sarkastyczny druch z Dziennika Zachodniego, ilustrował je słowami: gdyby ci kazali nazajutrz zabić swojego ojca, to powinieneś stanąć na baczność i zapytać, czy można przyspieszyć wykonanie rozkazu… Salomon Morel już nie miał ojca, czy było mu łatwiej mordować innych?

P.S. Rokrocznie, w dniu 27 stycznia, Ruch Autonomii Śląska, dla upamiętnienia Tragedii Górnośląskiej odbywa dziesięciokilometrowy marsz z Katowic pod bramę dawnego obozu pracy w Świętochłowicach-Zgodzie. W tym roku, z powodu covidowych obostrzeń sanitarnych, marsz się nie odbył, ale ku czci ofiar pod bramą złożono jak zawsze kwiaty i wieńce (Zdjęcie w winiecie).

Odcinek 9

Mieczysław Bonisławski

Poniedziałek, 13 grudnia
Godz. 8:30
VIII SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

„W końcu przełamanie – P. dopuszcza do siebie wspomnienie o kluczowych zdarzeniach z ofiarą. Zdarzeniach ze sobą w roli głównej.
Walczy jednak dalej. Kreuje tajemniczą i fantastyczną scenerię. Z kim walczy: z samym sobą? ze mną?
NADAL NIE MOGĘ TEGO ROZGRYŹĆ. Przed kim ucieka od świata?
CHOLERA, TO JEST ZASADNICZA SPRAWA. CZY P. JEST SCHIZOFRENIKIEM? CZY OGARNĘŁA GO PARANOJA? CZY MA PO PROSTU ZBOCZONĄ, PATALOGICZNĄ SEKSULANOŚĆ – HOMOSEKSUALISTA, DO TEGO O SKŁONNOŚCI PEDOFILSKIEJ?
CO TU JEST PRZYCZYNĄ, CO SKUTKIEM? A CO ILUZJĄ, BŁĘDEM OBSERWACJI?
P. wpisuje swoje zachowania w scenariusz złego świata, paskudnego otoczenia, wstrętnej rzeczywistości. ALE TO JUŻ PRZERABIALIŚMY.
Dalej miota się między rolą Wojownika i outsidera.
O, I TO JEST ZNACZNIE CIEKAWSZE. DOTRZEĆ TUTAJ DO GŁĘBI… TO BĘDZIE COŚ! I NAGŁE PRZYSPIESZENIE.
Nie wiadomo dokładnie, czemu przypisać, jaką nadać rolę bardzo realistycznym wspomnieniom z miasta, ze szkoły, z autobusu? Czy to są przebitki z życia samego P., z przeszłości? Z teraźniejszości? I co miały by oznaczać? czy brać je dosłownie, czy symbolicznie?
O BOŻE! A JAK TO JEST FAKTYCZNIE ZAPIS TEJ ZBRODNI, KTÓRA ZDARZYŁA SIĘ NAPRAWDĘ? JEŻELI OKOLICZNOŚCI ZAMKNĘŁY TO, CO P. ZOBACZYŁ PRZED NIM SAMYM? I DOPIERO HIPNOZA POZWALA MU Z POWROTEM OTWORZYĆ TE WSPOMNIENIA PRZEDE MNĄ I PRZED SAMYM SOBĄ?
I CO WTEDY!?
NIE MOŻEMY TEGO POMINĄĆ!!
A może to są faktyczne obserwacje P., który od dawna bardzo dokładnie obserwuje swoją ofiarę?
ALE TO BY PRAKTYCZNIE PRZESĄDZAŁO CAŁĄ SPRAWĘ. TERAZ TRZEBA BY BYŁO TYLKO WZMOCNIĆ PROCES TAK, BY P. POCZYNIŁ OSTATNI KROK – ABY SIĘ PRZYZNAŁ.
Ewidentnie P. rozwija jeszcze jeden aspekt. Ten chłopiec, domniemana ofiara… Mężczyzna jest dla niego tym ratującym go Wojownikiem.
Ale czy można wywodzić z tego, że właściwą jest ocena samego P. jako tego, który odegrał jednak ostatecznie pozytywną rolę wobec ofiary, że oprócz czynów zbrodniczych, okazał chłopcu też tak potrzebne wsparcie, jakiego ofiara nie otrzymała od rodziny, szkoły i zawodowego psychologa?
P. opowiada tak, jakby te dwie postawy były nierozerwalnie ze sobą powiązane. Jakby jedno nie mogło zaistnieć bez drugiego.
Na studiach opowiadaliśmy sobie taki dowcip:
Czym się różni pedofil od nauczyciela? Pedofil naprawdę kocha dzieci!”

Środa, 15 grudnia
Godz. 8:30
IX SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM
„Znowu całkowita zmiana kierunku. Zupełnie inny temat, problematyka, pytania i osoby. Który to już raz? Co on jeszcze ma w swoim repertuarze? Co jeszcze wymyśli…?
Bardzo długa sekwencja wspomnień, opartych o postać Matki.
Mamy różne wariacje postaci Matki, wysnuwane na kanwie kolejnych zdarzeń, związanych ze sobą przyczynowo-skutkowo, w których Matka w zależności od wariacji (wersji) zachowuje się raz tak, a raz zupełnie inaczej.
Chyba nie należy tego interpretować całkiem realistycznie, ale jak?
Czy to są reminiscencje nawiązujące do zachowań i sytuacji Matki P.?
Czy to próba wytłumaczenia jej nagannej, patologicznej wobec niego postawy? Czy też P. jest próbuje rozliczyć się ze swoim nieudanym, nieszczęśliwym dzieciństwem?
Apogeum wspomnień związanych z Matką. CHOLERA, A TO CO?! – kuriozalna próba nadania sobie samemu roli Matki ofiary…. To już można interpretować naprawdę bardzo wielorako, z interpretacjami skrajnie przeciwstawnymi włącznie. Nawet nie wiem, jaką szkołę, jaką technikę interpretacji w ogóle zastosować…?
A już myślałam, że go mam. Wydawało mi się, że jestem o krok od zakończenia, od celu. To wyglądało tak, że jeszcze trochę go pocisnę i on się przyzna. Wszystko się wyjaśni.
A jesteśmy chyba znowu w punkcie wyjścia. Teorie o kompleksie matki, jakieś paranoje, deficyt miłości otrzymanej i tej, którą można oddać dalej, drugiej osobie.
I tylko żadnego punktu zaczepienia dla ewentualnych czynów zabronionych. Jak mam im z tego wywieść działania przestępcze, do cholery? Dwie marzycielki!
Niech się same męczą…
A P. znowu zasypuje mnie tymi szczegółami, mnóstwem danych. Skąd on to bierze? Dlaczego to jest takie realistyczne, wiarygodne, jakby to się rzeczywiście zdarzyło, a on przy tym był!?
Takie pospolite fakty, zwyczajne gesty, ruchy, rzeczy, które mogą się naprawdę każdemu przytrafić. Totalna przeciętność.
Fantazje bym rozgryzła, przypisała do jakiejś fobii, mechanizmu ucieczkowego, do jakiegoś patologicznego stanu, czy zachowania. Ale to? Tę zwyczajność, pospolitość? Przy takiej dokładności, szczegółowości, beznamiętności, jakby księgowy w zarękawkach wyliczał swoje słupki …
I znowu ta dwoistość, schizofreniczne światy wielokrotne. Kto tu jest Matką, a kto zagrażającym chłopcu złoczyńcą? Kto kogo i przed kim broni i tłumaczy?
Nie, mam tego dosyć!
Chyba już nic więcej z nim nie wskóram. To co mogłam zrobić, zrobiłam. Już się dalej nie da.
Może niech ktoś inny teraz spróbuje. Na podstawie tych materiałów, ze świeżym spojrzeniem… Z nowymi metodami i pomysłami na znalezienie prawdy, na rozwiązanie…?
Tak, ja już na tym zakończę.”

– Pięć… trzy… Obudziłeś się…
– Tak, widzę cię i słyszę. Czuję się świetnie. Tak świeżo. Jakbym przerzucił furmankę węgla.
– Proszę, co takiego?!
– Niewinna metafora. Przenośnia. Czy pani będzie teraz oburzać się na takie rzeczy? W takim razie zapytam tylko o to, czy moje sny wypadły należycie?
– Odpowiedź może brzmieć tak jak zwykle. Gdy tylko uda mi się opracować, będę mogła próbować oceniać…
– Czy może pani powiedzieć, że zbliżamy się do chwili, kiedy podda nas pani konfrontacji?
– Do czego, proszę?!
– Przecież to się nagrywa… Prokuratora zleciła… Czeka na to też milicja…
– Tak, faktycznie. Może czeka, rzeczywiście.
– To kiedy się z nimi spotkamy? Bo to jeszcze nie koniec, prawda?
– Może postarałabym się na te wszystkie twoje pytania odpowiedzieć pojutrze. Na dziś jednak wystarczy, wracasz na Łużycką, do celi.
– Drogi człowieku, ja czuję, że we mnie tkwi jeszcze wiele istotnych faktów do wyciągnięcia na światło dzienne. Jeszcze chcę to wydobywać i wam dawać. A musimy zdążyć przed spotkaniem z nimi. Rozumiesz mnie? Czy zgadzasz się ze mną?
– Przecież rozumiemy to! Nie martwmy się takimi rzeczami. Nie mamy o co!
– Nie będziemy musieli się o takie rzeczy martwić? Czy na pewno, drogi człowieku?
– Proszę, może czekają na ciebie? Zatem… zobaczylibyśmy się w piątek.

Piątek, 17 grudnia
zapowiada się mroźny, za to widny, słoneczny dzień
Niejako dla odprężenia, trochę sobie teraz poplotkujmy…
Piątek, na tydzień przed Wigilią wydaje się zupełnie zwyczajnym dniem. Za tydzień odpakujecie paczki spod choinki. Zastanawiacie się pewnie, czy najbliżsi rzeczywiście was znają, rozumieją wasze pragnienia? Co teraz kupują dla was, to co sprawi wam radość, da jakąś satysfakcję? Czy jak często to bywa, myślą bardziej o sobie i pakują właśnie to, o czym oni sami marzą od dzieciństwa, a czego dotąd nikt dla nich nie poświęcił, nie kupił, nie podarował?
Zatem dzień, jak co dzień. Może podczas tego zwyczajnego dnia, w niezwyczajnym okresie, porzucacie na moment swoje obowiązki i oddajecie się takiej właśnie, krótkotrwałej refleksji… Co jest w tej paczce przeznaczonej dla mnie, którą on / ona gdzieś dzisiaj owija arkuszem papieru? I nie starcza wam już czasu na zastanowienie się nad tym, o czym, równocześnie marzy dla samej siebie z kolei ta właśnie, najbliższa wam osoba. Bo akurat wzywa was praca. Wracacie więc z tej krótkiej podróży w głąb siebie, znowu odkładając na później odpowiedź na pytanie, o czym przez cały rok, bo od poprzedniej choinki marzy matka, mąż, wujek Kazik, córka (ta starsza, Tosia, która zaczyna właśnie swoje własne życie).
Matka. Córka. Syn…? Ale dość o tym, ja też wracam do pracy. Do mojej pracy. A żebym był wobec was tak zupełnie w porządku, to moja opowieść musi być ścisła i kompletna (wtedy dopiero wykonam swoją pracę rzetelnie). Dlatego, zanim dam wam jeszcze posłuchać, na powrót, naszej Psycholog i jej pana Olka, wpierw muszę opowiedzieć i o kilku, zupełnie innych wydarzeniach, o których wiem, a które miały miejsce w tym właśnie, kończącym się, tygodniu.
Od kilku dni zamknięta jest mała, prywatna pasmanteria w tym poniemieckim domku naprzeciwko bloku naftowców. Na rogu ulicy Gwardii Ludowej i Wiśniowej.
Właścicielka sklepiku przesiaduje całe dnie w holu gmachu przy Partyzantów. Nie może dostać się do pani prokurator, prowadzącej sprawę jej syna, Olka Chrenowicza. Musi z nią porozmawiać, chce ją osobiście przekonać, że matka powinna mieć w okresie świątecznym widzenie ze swoim, osadzonym w śledztwie, synem.
Jest prostą kobietą. Nie rozumie tego, że prokurator, choć też kobieta, też matka, to jednak nie może i nie przyjmie jej. Podpisana przez panią prokurator znacznie wcześniej decyzja, na którą czeka matka Olka, jest negatywna. Ta odpowiedź na kolejną, błagalną prośbę stroskanej kobiety, napisana na opieczętowanej kartce i umieszczona w niebieskiej kopercie, jest już w drodze do niej. Listonosz ma ją już od kilku godzin w torbie na listy. I innej odpowiedzi nie będzie. Zresztą pod egzemplarzem jednej z kopii tej decyzji, rzuconym niedbale na jedno z wielu biurek, jakie są w gmachu przy ulicy Partyzantów, leży jeszcze drugi dokument. Inny, ale powiązany, o przedłużeniu aresztu tymczasowego o kolejny miesiąc. Pod kilkoma liniami maszynopisu widnieje krótki, „zgrabny i zwarty” odręczny podpis tejże samej pani prokurator.
Prosta kobieta, prowadząca mały jednobranżowy sklepik nie jest w stanie zrozumieć, że o takie postanowienie, po raz kolejny osobiście poprosił panią prokurator sam Pułkownik, tutejszy zastępca komendanta do spraw Służby Bezpieczeństwa. Tym bardziej nie zrozumie, dlaczego Pułkownikowi zasugerował tę prośbę major Makarewicz, w ogóle nie związany z postępowaniem prokuratorskim przeciwko Olkowi. Powiedzmy sobie przy tym szczerze, że Major od dekady działa pod przykrywką na mieście i nie zajmuje się końcowymi etapami śledztw, poprzedzającymi już samo wydanie aktu oskarżenia. A jako człowiek, prywatnie, jest ojcem trojga drobiazgu, Januszka, Zbyszka i Tosi. Dlaczego więc ten rodzic występuje przeciwko drugiemu rodzicowi, choć jak się wydaje nie ma ku temu żadnych powodów?
Właścicielka pasmanterii, nieskuteczna w swej troskliwości Matka, wymienia też jeszcze kilka zdań z innym ojcem. Wojskowym, z którym przed laty połączyła ją typowo człowiecza namiętność. Ten niegdyś drogi jej człowiek, zanim cokolwiek wymyśli lub doradzi niknie, ucieka. Niestety połączenia telefoniczne mamy takie, jakie mamy, a Sulęcin, niewielkie garnizonowe miasteczko pośrodku lubuskich lasów, to nie Warszawa. Na międzymiastową z Sulęcinem czeka się czasem i pół dnia, a i nie zawsze z pożądanym skutkiem. Tym razem jest tak samo. Przerwanego połączenia już się nie da uzyskać. Problem z Olkiem nie zostaje do końca przekazany jego ojcu. I na razie nie wiadomo, czy on coś pomoże w tej sprawie?
Środa, 15 grudnia, to z kolei dzień urodzin zmarłej tragicznie we wrześniu wychowawczyni ze szkoły Januszka Makarewicza. Wyobraźcie sobie ten mroźny, środowy poranek na małym, zielonogórskim cmentarzu w podmiejskiej dzielnicy Jędrzychów. Nad świeżym jeszcze, żółtym od piachu pagórkiem kwatery Barczyńskiej stoi major Makarewicz, jego berliński kolega – filatelista, oficer STASI i przyjaciel majora z Warszawy, poruszający się po kraju czarną wołgą starego typu. Jego wóz parkuje nieopodal, w miejscu gdzie dawniej stały zabudowania stacyjne przystanku kolejowego Jędrzychów. Obok – szary wartburg na niemieckich numerach.
Makarewicz stoi naprzeciwko tych dwóch. Nogę opiera o piaszczystą mogiłę. Mówi ze spuszczoną głową, patrząc gdzieś w ziemię. Niemiec, ze wzrokiem nabożnie utkwionym w człowieku z Warszawy, tylko kiwa głową i potakuje. Z rzadka coś dodaje od siebie. „Duch”, trzeci z nich, rozmawia z majorem, kładzie na grobie wiązankę różowych goździków, rozmawia z Niemcem, odbiera od niego duży znicz. Zapala. Kładzie obok kwiatów.
Nazwisko Barczyńskiej pada bodaj trzy razy. Imię Olka tylko dwa razy. W międzyczasie rozmawiają o niedawnej katastrofie lotniczej pod Goleniowem, o zakończeniu operacji specjalnej, w której zginął szef polskiej bezpieki. Niemiec gratuluje „Duchowi” wylansowania plotek o tym, że Ociepka nie był lubiany w resorcie i jako człowiek z zewnątrz, i jako wtyczka Kani i krajan Gierka… Major zwraca uwagę na to, że „Pierwszy” wziął na to miejsce kolejnego człowieka z zewnątrz. „Duch” uspakaja, mówi że sytuacja jest pod kontrolą. Pyta Niemca, czy szczeciński odcinek granicy po ich stronie, ten na który nie dotarł wtedy zabity, jest już wyczyszczony? I żartując, żałuje straconego wówczas bankietu w „Kaskadzie”… Major smutno przyznaje, iż nieżyjący dygnitarz zaskarbił sobie ludzką wdzięczność wyłącznie tym, że ściągnął na trenera piłkarskiej kadry Górskiego… Niemiec nie rozumie o co Makarewiczowi chodzi. Wyciąga z teczki i wręcza „Duchowi” plik starych pocztówek z lat trzydziestych. Wymienia nazwy miejscowości „Schwiebus”, „Sorau”, „Sagan”, „Sprottau”… Pokazuje pisane drobnym maczkiem zdania na ich odwrocie, czyta po niemiecku, bardziej pikantne jego zdaniem fragmenty tych tekstów, z których zaraz obaj się śmieją. Makarewicz boczy się trochę na Niemca, bo chciałby znaczki a nie pocztówki. „Duch” ucisza go rubasznym, żołnierskich żartem.
Spotkanie nad grobem Barczyńskiej dobiega końca. Odchodzą w kierunku dawnej stacji kolejki szprotawskiej, ku swoim samochodom.
Niemiec po drodze dopytuje się jeszcze o Olka. Nie bardzo kojarzy to imię, dziwi się skąd się wzięło w tej sprawie, dla której tu się spotykają. Jednocześnie chwali wybór miejsca spotkania, mały, dawny cmentarzyk wiejski, niemal pośrodku lasu, mroźnym, oszronionym porankiem… Napomyka coś o tym, że tutaj odnajduje ducha dawnego miasta Grünberg, dusze swoich przodków, o których kazano mu zapomnieć. Zarzeka się przy tym od razu, że nie ma w tym ani śladu rewizjonizmu. Gdzieżby znowu! Ale teraz, po polskiej ekshumacji wszystkich Niemców z dawnego miejskiego cmentarza Zielonego Krzyża w centrum Zielonej Góry na tę podmiejską nekropolię, myśli, że im się tu leży dużo spokojniej. Te oszronione świerki zimą i zapach faulujących na wietrze pól i łąk wiosną… Wyobraża sobie jak w sierpniową niedzielę wstaje cały tłum duchów dawnych mieszkańców miasta Grünberg i w milczeniu, w lepkim od zapachu dojrzałych malin i borówek słońcu, przemieszcza się te kilkadziesiąt metrów z cmentarza, na miejsce dawnego przystanku kolejki szprotawskiej Heinersdorf. I jak korowód tych upiorów, wsiada jeden za drugim do widma trzech niedużych wagonów osobowych z otwartymi pomostami na obu końcach każdego z nich i ze świetlikami na dachu, ciągniętych przez widmo małego parowozu na trzech osiach i z trzema kominami. I ta mara pociągu wiezie ich znowu, po latach na jagody do Brunzelwaldauer Forst…
Jakby zupełnie zapominając o swoim poprzednim pytaniu, rozmarza się i nie pytany przez nikogo, przyznaje się do tego, że pamięta z dzieciństwa te wyprawy kleinbahnem na jagody z wujostwem i dziadkami, gdy przyjeżdżał, jako uczniak, do Grünberg na wakacje. Jak ganiał bo pagórkach Lasu Broniszowskiego w mundurku Deutsches Jungvolk (oczywiście zaciągnięty tam siłą, a do dziadków uciekał z obowiązkowych zajęć swojego szczepu…).
I tylko major wraca do pytania o Olka, gubiąc się jednak w wyjaśnieniach. „Duch” szybko ucina temat. Znowu pada przy tym po dwakroć imię Chrenowicza i ze trzy razy nazwisko miejscowego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Wytrykusa. Olkiem nikz już się więcej nie interesuje. Jest nic nie znaczącym pionkiem, przypadkowo zaplątanym w te historie. Ma do odegrania jakąś mało znaczącą, trzecioplanową rolę, jego obecność stanowi tylko tło dla innej, ważniejszej osobistości. Tło o tyle istotne, że niezbędne, aby tamten „ważny” ukazał się w całym swym blasku, aby uwypuklić w nim to, co ci trzej planują. Tłem jednak nikt się nie interesuje. Nikt, poza może niektórymi malarzami, abstrakcjonistami. Ale nawet im nie przychodzi do głowy, aby posądzać tło o jakąś psychologiczną głębię, jakiekolwiek ego. Te przymioty nawet malarz rezerwuje wyłącznie dla postaci pierwszoplanowych na obrazie. Tym bardziej przeżyć i przyszłości Olka, bezosobowego elementu tła nawet nie dostrzegają (nie mówiąc o ich roztrząsaniu) bohaterowie reprezentujący tu służby specjalne…
Nie pogubiliście się jeszcze w tym wszystkim? Bo, mówiąc szczerze, zrobiło się nieco chaotycznie. No, ale tym bardziej wracajmy na nasze miejsca na widowni. Zapytacie, czy ten tydzień przynosi jeszcze coś istotnego dla sprawy, której rozwój oglądamy i śledzimy? Odpowiedź brzmi: chyba już nie. Natomiast jak sami widzicie, Olek pozostaje ze swoimi problemami, póki co, sam. Zobaczcie zatem jak próbuje sobie z nimi radzić…

Piątek, nadal
godz. 9:30
Mężczyzna nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak komicznie wygląda, gdy wchodzi do tego ciepłego, urządzonego ze smakiem pomieszczenia i w tym swoim więziennym sfatygowanym drelichu, długimi krokami, sztywnym chodem przecinając na skos wolną przestrzeń, prosto od drzwi idzie w bok i siada na wyściełanym kolorowym fotelu. Mebel obszyty jest miękkim, mechacącym się materiałem w żywych barwach. Kształty ma opływowe, zachęca do przytulania się, do snucia ciepłych wspomnień lub dawania obietnic. Zaprasza do łagodnego zapadania się, a nie rzucania się niczym furman, mierzący workiem kartofli w okienko od piwnicy.
Kobieta w jaskrawoczerwonym golfie, ozdobionym grubymi warkoczami, z rozpuszczonymi na ramiona blond włosami patrzy na niego z nietajoną dezaprobatą. Dopiero teraz uświadamia sobie, co nie daje jej spokoju od wielu dni. Ten dysonans między jej wyobrażeniami a rzeczywistym obrazem mężczyzny.
Ma na sobie ten czerwony sweter i czarne dzwony z miękkiego sztruksu. Siada za biurkem.
– Dzisiaj nie będę cię usypiać. Najlepiej jeśli zakończylibyśmy już te nasze sesje.
– Czy sugerujesz, że nie osiągniemy postawionych nam celów? Naprawdę jestem przekonany…
Mężczyzna z wielkim poczuciem swobody wypełnia całym sobą wnętrze fotelowego siedziska. W charakterystyczny sposób rozciąga słowa, mówiąc z tą swoją manierą osoby pewnej swego, a znudzoną wątpliwościami rozmówcy. Człowieka, dla której wszelka dyskusja, to strata czasu, ale reaguje na nią nie agresją tylko lekceważeniem. Nie spogląda na kobietę, rozparty, z głową podniesioną, ze wzrokiem skierowanym gdzieś w sufit. Można odnieść wrażenie, że nie przywiązuje najmniejszej wagi do wypowiadanych przez nich oboje zdań, że całą uwagę skupia na delektowaniu się tym wygodnym rozwalaniem się w fotelu.
– Nie, nie, uspokój się. Uspokój. Nie mamy żadnych powodów do obaw, co do naszych spotkań.
– Czy dobrze rozumiem: to ja nie mam żadnych powodów do obaw?
Postawa mężczyzny zaczyna być irytująca.
A kobietę też stać na jadowitość i zgryźliwość:
– Powiedziałam, żadnych…? No, jednak… Zatem przynajmniej w kwestii naszych seansów hipnotycznych. Są tak doskonałe! I dlatego uważam, że już je zakończymy. Wystarczy… – kończy, jednoznacznym gestem ręki każe mężczyźnie opuścić fotel i usiąść na krześle przy biurku.
– … wystarczy? Co według pani wystarczy? I czego ma nam wystarczyć? – mężczyzna nie rusza się ze swojego miejsca. Opuszcza tylko głowę. Nie spogląda już tępo w sufit, a ich oczy spotykają się.
– Ha, ha, ha, wystarczy tego co sobie przypomniałeś. Tego, co wydobyłeś na zewnątrz. Wystarczy twoich opowieści – ponawia swój gest, a wyraz jej twarzy powoduje, iż mężczyzna w końcu przestaje się zachowywać protekcjonalnie. Obraca się w jej stronę.
Kobieta milczy. Ponagla go do przejścia na krzesło. On ociąga się, ale ona jest nieprzejednana. I ta nieugiętość, nawet bez słów, a może właśnie szczególnie nieugiętość bez słów, powoduje, że mężczyzna energicznie, ze złością, wręcz impertynencko wstaje, wykonuje jeden sus i z rumorem zajmuje wskazane mu przez kobietę miejsce.
– Do czego pani wystarczy? – rzuca nieprzyjaźnie.
– I po co ten sarkazm? – w nagrodę za to, że był posłuszny, znowu się do niego odzywa.
Teraz siedzą naprzeciwko siebie, zupełnie blisko. Mogą zacząć przerzucać się słowami ponad blatem biurka.
– Nie rozumie pani, po co?
– Nie, sam sarkazm, chyba rozumiem. Chcę powiedzieć, że nikomu nie jest on tu potrzebny.
– Tu? Nikomu, czyli pani i mnie?
– Tak. Nam.
– Skoro nie planuje już pani więcej hipnozy, to co my tu sami będziemy robić? Czy nasze zadanie nie zostało już wykonane?
– Pozwól, że skończę… Pytasz, do czego mają wystarczyć twoje opowieści ze snów? A przecież chyba znasz swoją sytuację? Wiesz z kim się tu spotykasz? Tłumaczyłam ci już potrzebę tej hipnozy, sam wymyśliłeś, aby powtarzać ten pierwszy seans kolejne razy. Myślałam przez te wszystkie dni, że zrozumiałeś…?
– Tak, to prawda, pozwoliłem. Teraz powinniśmy jednak pójść dalej. Przecież są kolejne etapy, o których pani doskonale wie. Przygotowali panią do tego. A pani wpasowała się w ten ich system.
– Co ty chciałbyś przez to powiedzieć? – kobieta jest wyraźnie poruszona. Nie oczekuje jednak odpowiedzi, ani tym bardziej tego, aby mężczyzna jej się tłumaczył. Wysyła mu tylko czytelny sygnał, że przekracza granice. Jest opanowana, realizuje obowiązki.
– Uważam, że hipnozy już nic nowego nie wniosą, ale chcę znaleźć jeszcze odpowiedź na jedno, ważne pytanie. Ono mi się nasunęło po tej opowieści Matki…
– Matki? – mężczyzna śmieje się.
– Ach, śmiejesz się? Ze mnie, czy z Matki?
– Czy pokłonił się pani sam Freud, drogi człowieku?
– Ach, to stąd ten kpiący uśmieszek… Myśl co chcesz…
– Dobrze, myślę co chcę. – krótko ucina mężczyzna.
– …a ja ci puszczę nagrane fragmenty tego, co wczoraj powiedziałeś i …
On znowu jej przerywa, w przykry i sarkastyczny sposób.
– Czyli posłucham sobie tego, jak opowiadam kobietom różne historie przez sen…?
– Niezupełnie. Jednak sesja hipnotyczna to coś innego, niż zwyczajny sen… – odruchowo oponuje Psycholog, ale w mig się orientuje, że to nie ten czas i nie to audytorium, zarówno na jej naiwną sympatię jak i fachowe rozstrzygnięcia. – W każdym razie – puszczam nagranie – i szybko dodaje widząc grymas na jego twarzy – Zwróć uwagę: ja, pytam a ty próbujesz odpowiedzieć. Uwaga, zaczynam…
Olek Chrenowicz dopiero teraz zauważa na biurku mały magneton. Gdyby miał głębiej rozbudowany i bardziej intuicyjny stosunek do kobiet, zwróciłby zapewne uwagę na to, jak ten niewielki aparat wcina się w pękatą, czerwoną objętość jej piersi, przytłoczony wypukłością wełnianego swetra. Tej intuicji w swoim czasie nie zabrakło pewnemu Holendrowi, z tamtej strony żelaznej kurtyny podczas jej zagranicznej praktyki, na którą wysłali ją odpowiedni ludzie, powiązani z organami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
To wtedy i właśnie od niego dostała w prezencie to nieosiągalne jeszcze w Polsce urządzenie. Podarunek przyjęła tylko dlatego, że od razu, gdy tylko zobaczyła je na wystawie, wiedziała już, w jaki sposób ten magnetofon usprawni jej pracę, jaką sobie wybrała po studiach. Żaden szpital, czy oddział zamknięty, ale resort spraw wewnętrznych i wprawdzie nowatorskie, dopiero raczkujące w resorcie, ale tak ekscytujące, pobudzające krew w żyłach śledztwa, szukanie dowodów w meandrach osobowości zwyrodniałych zbrodniarzy. Grzebanie w otchłaniach morderczych umysłów, nagrywanie, a potem odtwarzanie nagranych wyznań. I długie, niekończące się analizy, profilowanie, odkrywanie równoległych światów w chorych psychikach. I wyciągane na światło dzienne – jako efekt prowadzonych badań i dokonanych odkryć – sensacyjne, niewiarygodne na pierwszy rzut oka, ciągi przyczyno-skutkowe, wielopiętrowe struktury motywacji i ulegania. Przedkładanie egzaltacji i doznań, namiętności i lęków ponad narzucane z zewnątrz, przez społeczeństwo i prawo, normy postępowania. Przekraczanie granic człowieczeństwa. Przesuwanie tych granic…

„Zabrała mi tę widokówkę, podła kobieta. Jedyny ślad łączący mnie z Reinhardem. Zabrała, niemal porwała z moich ramion Januszka, podła…”

Ciąg dalszy za tydzień

Odcinek 8

Mieczysław Bonisławski

Środa, 01 grudnia
Godz. 10:30
III SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

– Tak, jak mówiłam wczoraj… Jestem już po rozmowie z przedstawicielem prokuratury. Zapadła decyzja o kontynuowaniu naszych seansów. Może jednak zrobimy ich jeszcze kilka. Ale wymagam ścisłej współpracy. I może żadnych kombinacji.
Cisza.
– Słyszysz? Żadnych kombinacji.
Co mam przez to rozumieć, drogi człowieku? Czy to jest taka niedobra zapowiedź…
– Już ty wiesz, proszę… I spotykamy się z samego rana i pracujemy do obiadu.
Czy będziemy to robić w areszcie? To nie będzie dobre miejsce na…
– Dlaczego? Skądże znowu!
Z kolei oni mnie nie puszczą tak co dzień poza mury i do tego na całą dniówkę…
– Może nie tak codziennie, trzy razy na tydzień. I jednak oni nie mają tu nic do zgadzania się, puszczania lub nie. Może tam u was nie ma warunków na takie diagnozowanie. Proszę, hipnoza w celi, czy u naczelnika, to nie do pomyślenia!
U nas? Czy to żart? Czy pani będzie tak jeszcze żartować więcej, drogi człowieku?
– Nie utożsamiasz się z tym miejscem, jak rozumiem.
Czy ktoś taki jak ja, by się utożsamiał? Jeszcze chyba mnie nie znasz…?
– Właśnie, może nie znam cię. Jeszcze. A chcę cię poznać. Dlatego nie traćmy czasu. Przejdź… Tam… Tak, gotowy?
Psycholog włącza magnetofon. Rozsiada się, zakłada nogę na nogę. Na kolanie w ciemnej pończosze rozkłada swój nieodłączny notatnik i po chwili zaczyna notować kolejne uwagi:
„Zaciekawił mnie ostatnio ten Ojciec. Kim jest – czy chodzi o rodzica pacjenta? Czy to faktycznie osoba związana z tym chłopcem, chyba ofiarą podejrzanego (to znaczy, domniemaną ofiarą)? Pytam o ojca P. Kim jest? Czy ciągnie się za nim jakaś wina, czy zrobił coś złego?
Dziwne. Podświadomość P. cofa się do czasów wojny. A przecież P. nie może mieć takich wspomnień. Za młody.
Co to za wojna, nie, dobrze, to konkretnie lata po wyzwoleniu, koniec lat 40.
To są wojenne wspomnienia samego Ojca.
Ale jakieś takie dziwne. Co to za skojarzenia?
Przestępstwa, pościgi, przebieranki, widzowie niczym na scenie w teatrze.
Czy to może być przebitka z naszej rozmowy o tym, jak traktują P. w areszcie? Czyżby traktowali go tak źle, że kojarzy mu się to z tragedią, z warunkami wojny?
Muszę go o to spytać następnym razem.
Teraz, nagle, dziwne, bardzo dziwne przejście.
Ojciec. Poprzez postać Ojca wszystko przeobraża się w wizję rozwoju chłopca w pedofila, ale – o dziwo – heteroseksualnego! Czy to jakieś przebłyski własnego „ja” osoby podejrzewanej o takie właśnie przestępstwo? Próba wytłumaczenia się, poszukiwanie usprawiedliwienia w Ojcu, a wojna to jednak wyobrażenie złej sytuacji w domu dzieciństwa?
Jakie znaczenie ma zamiana zainteresowań homoseksualnych (które chyba są oczywiste w przypadku P.) na heteroseksualne z jego opowieści? Nie uznaje złych konotacji w kontaktach z dziećmi w ogóle, a widzi je dopiero wtedy, gdy dochodzi do sytuacji o charakterze homoseksualnym? Czyli, że mężczyznę napastującego małe dziewczynki można wytłumaczyć, ale jeżeli myśli on o chłopcach, to już nie…? Bzdura, przecież Ojciec z podświadomości P. nie usprawiedliwienia swego syna, tylko dlatego, że ten z dziewczynkami… P. rozumie te konteksty, doskonale rozumie, tak samo, jak my wszyscy… A zatem…?
A jeżeli to ma być taka pokrętna forma przyznania się – nie przyznania (jednocześnie)? Nie, raczej wewnętrznego (a zatem bezpiecznego z punktu widzenia zbiorowej odpowiedzialności) pogodzenia się ze straszną prawdą o sobie. Na razie tylko spostrzeżenie dla samego siebie, na zewnątrz natomiast – w zaparte… Stąd te pokrętne zamiany… Ale to może być dobre i skuteczne wprowadzenie do etapu samouświadomienia a następnie – właśnie, w tej naturalnej kolejności – wyznania winy, przyznania się…
Ale to za szybko, to niemożliwe, za łatwo…
Nie, poruszamy się na razie wokół jakiejś głębokiej traumy, związanej z ojcem P., a może nawet z jego własnym brakiem spełnienia się w ojcostwie. Ile on już może mieć lat? A co z jego sytuacją osobistą, jest chyba sam, żadnej kobiety, żadnej nadziei na spełnienie się w roli ojca rodziny, męża?
TRZEBA GO O TO POPYTAĆ. NO, NIESTETY, STARY MISTRZU, NIE OBEJDZIE SIĘ BEZ ‘TYCH’ SPRAW. A TAK NIE LUBIĘ ZAGŁĘBIAĆ SIĘ W SFERY EROTYKI…”

Piątek, 03 grudnia
Godz. 8:30
IV SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

– Porozmawiajmy dzisiaj chwilę przed seansem.
Czyli tak na jawie?
– Dokładnie.
A co by miało być tematem naszej rozmowy na jawie?
– Zatem… Widzisz. Jak cię tam traktują, w tym areszcie?
Normalnie, jak w areszcie.
– A jak to jest „normalnie” w areszcie?
Musieli się na mnie poznać, bo mam pojedynczą celę. I ciągle przychodzą, sprawdzają czy wszystko mam, czy mi czegoś nie brakuje? Liczą się ze mną.
– A nie jest to związane z tym, o co cię podejrzewa prokuratura?
Czy jest w tym coś dziwnego, że mnie podejrzewa prokuratura? Każdego, kto przebywa w areszcie śledczym prokuratura podejrzewa. Właśnie z takiego powodu siedzi się tutaj…
– Proszę, nie chodzi o to, że cię podejrzewa, ale o to – o co cię podejrzewa.
A o cóż takiego wyjątkowego mnie podejrzewa? Co w moim podejrzeniu jest innego, niż u pozostałych osadzonych w śledztwie, aby przywiązywać do tego jakąś większą wagę?
– Naprawdę nie zdajesz sobie z tego sprawy…? Zatem kim ty jesteś dla służby więziennej, dla innych pozbawionych wolności?
Czy ty nie wiesz, czy tylko udajesz?
Nie wiem…
– Przestań tak ze mną pogrywać, bo skończymy to całe badanie. Nie zgodzę się na kolejne hipnozy i co wtedy?
Dobrze, masz rację. Ale jak to się stało, że oni się na tobie poznali?
– Nie wiem dokładnie. Chyba ktoś ich ostrzegł. I dlatego boją się mnie zlekceważyć, zranić. Wiedzą, co mnie czeka… I co ich czeka ode mnie, jak już się to stanie.
Możesz bardziej konkretnie?
– Nie, nie chcę. I jak mam się zgodzić na dalsze hipnozy, to już zaczynajmy. Bo jak nie…
Tak. Już. Zaczynajmy.
„Próbuję naprowadzić P. z powrotem na niego samego. Bez skutku. Wyrywa mi się, ucieka.
Znowu uciekł mi do postaci Ojca. Chowa się za nim, w jego cieniu.
To jest właściwie analiza osobowości Ojca i to jak on sam tłumaczy swój stosunek do swojego syna.
Co to ma wspólnego z samym P. i jego samoświadomością? Tyle co nic?
Ojciec jest ubekiem pod przykrywką, niszczy ludzi. Żadnego kamuflażu, jednoznaczne postawienie sprawy. P. nie owija w bawełnę.
Cała paleta zniszczonych ludzi. Czy oni coś uosabiają, jakieś konkretne traumy osoby podejrzewanej?
Z opowiadania cały świat jawi się jako jedno, wielkie bagno, nie ma żadnych pozytywnych postaci ani postaw.
A to wszystko jeszcze na tle świata zabawek, świata dziecka!
O NIE, TYLKO TAKICH SKOJARZEŃ MI JESZCZE BYŁO POTRZEBA! SAMA ZARAZ ZWARIUJĘ…
Pojawiają się złowrogie postacie Ducha’, Redaktora i Trenera. Pojawia się też dziewczynka z domu dziecka.
Czy to są strachy, uosabiające konkretne lęki osoby podejrzewanej?
Czy dziewczynka może mieć związek z pobytem lub zagrożeniem pobytem P. w domu dziecka?
CHOLERA, PRZECIEŻ NIC O CZYMŚ TAKIM NIE WIEM.
CHOLERA, TRZEBA SIĘ W KOŃCU DOWIEDZIEĆ CZEGOŚ BARDZIEJ KONKRETNEGO O P., O JEGO SYTUACJI PRYWATNEJ, RODZINIE, POCHODZENIU!
CHOLERA, CZEMU NIE MA TEGO WSZYSTKIEGO W AKTACH SPRAWY?!
CHOLERA I JESZCZE RAZ TO SAMO – CZEMU JA NIC O TYM NIE WIEM, CZEMU OD TEGO NIE ZACZĘŁAM, NIE ZAŻĄDAŁAM…?
PRZECIEŻ JA NAJNORMALNIEJ W ŚWIECIE ZROBIŁAM WSZYSTKO, DOKŁADNIE ODWROTNIE NIŻ NAKAZYWAŁA MI METODYKA, NIŻ POWINNAM ZROBIĆ.
NO EWIDETNIE, DAŁAM SIĘ PODPROWADZIĆ PIONOWI ŚLEDCZEMU Z PROKURATURĄ NA CZELE, POSZŁAM JAK PO SZNURKU WEDŁUG ICH JAKIEGOŚ ZAŁOŻONEGO Z GÓRY WYNIKU, CELU… JAK JAKAŚ PIERWSZA NAIWNA, JAKAŚ GŁUPIA, BEZ DOŚWIADCZENIA…

Poniedziałek, 06 grudnia
Godz. 12:00
V SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

– Już sądziłem, że mnie więcej nie wywołają. Czy dzieje się coś złego? Naczelnik zabrania…
Cóż takiego ma się dziać? Nie rozumiem – kobieta wyraźnie bawi się niepokojem mężczyzny. W jej głosie brzmi żartobliwy ton, udaje, w widoczny sposób udaje zdziwienie.
Jak to! Jest południe i ja od czterech i pół godziny czekam na wezwanie do bramy. I tak siedzę tu i myślę, że już dzisiaj więźniarka nie powiezie mnie z Łużyckiej przez miasto… I wyobrażam sobie, że już więcej nie pojadę do pani.
Dlaczego miałoby się tak stać, proszę?
Bo przecież ustalone jest, że spotykamy się wcześnie rano. I przed ósmą mam wsiadać do ciężarówki i wyjeżdżać na ulicę tuż po szczycie dojazdów ludzi do pracy i takimi na wpół pustymi ulicami przemierzać Zieloną Górę na drugi koniec miasta…
I to, może, wszystko widać z wnętrza więźniarki? Do dzisiaj myślałam, że to jest bardzo ponura buda, bez widoków…
Coś niecoś widać. Zależy kto patrzy i co chce zobaczyć…
A ty co chcesz zobaczyć? Swojego ojca?
– Co ty kobieto!
Jak byłeś wtedy u niego, to jechałeś przez Krosno, czy przez Świebodzin, pamiętasz to?
– Co to za pytania, obywatelko psycholog…?
– Lubisz chodzić w mundurze?
– Tak, bardzo.
Dlaczego?
– Bo prawdziwy mężczyzna musi być wojownikiem. A mężczyznę, który jest wojownikiem poznać po mundurze. Bo mundur jest najlepszy i w terenie i do walki…
A nie masz tego po prostu po ojcu?
– Czy istnieje tu jakiś związek?
Twój Ojciec jest wojskowym.
Nagła cisza.
Ma dowódcze stanowisko w garnizonie sulęcińskim…
– Nie ma takiego garnizonu.
A jaki jest?
– Garnizon Wędrzyn…
– Jest szefem WuKaeRu…
Milczenie.
A matka… Twoja matka…
– A Matkę zostaw w spokoju, suko!
Konsternacja.
Kobieta wzdryga się. Mężczyzna naprawdę ją przeraża w tej chwili. I to porządnie.
Zaraz też próbuje się wycofać z tej sytuacji.
Zatem… Jak to jest zatem z tym, że chcieli cię odebrać… Zabrać do domu dziecka?
To nie dom dziecka, tylko takie wariatkowo dla dzieci.
I co, ojciec nie dopuścił do tego?
Nie, to matka mnie wybroniła. Bo tylko matka mnie broni! Tylko i zawsze matka!
I to dzięki niej mieszkasz cały czas w tym małym, poniemieckim domku nad sklepem w piwnicy, a nie gdzieś w bidulu…?
– Bo Matka sprzedaje tam guziki i tasiemki. I staniki, i kobiece majtki.
Masz kobietę?
– Czy… Jaką kobietę?
Czyli nie masz żony… Ani dziewczyny…
Milczenie.
Ojciec mieszka daleko stąd…
Cisza. Coraz bardziej złowroga cisza.
Czy to nie przez ten wypadek na polowaniu ta cała akcja z zabraniem cię do tego domu dla chorych dzieci?
A Ojciec nie ma w tym żadnej winy. I to nic a nic! Nie Ojciec!
Wiem, to sekretarz, ten Wytrykus cię wtedy nie dopilnował, nie zauważył kilkunastoletniego, pałętającego się chłopaka i… Stało się. Pamiętasz?
– Był wypadek. Straszny wypadek.
Tak? – w głosie kobiety pojawia się nadzieja. Ale mężczyzna ją szybko gasi.
Bo to była zbrodnia. I na kobiecie.
Czy Ojciec zrobił coś twojej Matce?
Zabili nauczycielkę.
Kto?
Nie Ojciec! I nie Wytrykus! Bo oni też tam byli wtedy, na tamtym polowaniu. Bo to jest taka jedna zorganizowana grupa. I oni są tak zorganizowani! I zaraz opanują cały świat i całą gospodarkę, wojsko. I zdobędą władzę nad nami. A wy im nic nie zrobicie! Nic!
Co mielibyśmy im zrobić? Kto miałby robić?
A ja! Ja! I tylko ja. Wojownik, „Czarny koń”, jest już przysłany po mnie Posłaniec. Bo nadszedł właśnie czas wszystkich obudzić i ratować. Wszystko ratować. I to szybko…
Co szybko? Co mam robić?
– Uśpij mnie. I to już, zaraz, bo dopóki to jeszcze jest. Szybko, bo zaraz to minie i nigdy się nie dowiesz. I nikt się nie dowie, a oni zabiją cały świat, wszystkich… Szybko, chcę spać, chcę mówić przez sen… I objawię to właśnie teraz, dzisiaj, zaraz… I tylko szybko… A nie spóźnij się tak, jak rano… Bo to już południe… Południe! A tajemnica miała się objawić rano…
Kobieta podprowadza mężczyznę do fotela. W milczeniu, trochę zaskoczona, zszokowana sadza go tak jak zwykle, tak jak to robią od ponad tygodnia.
– Pusta, pusta, pusta więźniarka, bo wyjeżdża bez wybranego Przechodnia. I puste ulice i pusta ciężarówka… I żadnych ludzi, ani tutejszych, ani przechodniów… Bo co to będzie?! A dlaczego wszędzie tak pusto?
Mocno zaniepokojona, usadawia się naprzeciwko, próbuje go uspokoić łagodnym, ciepłym głosem:
Już, tak, teraz. Uśniesz i będziesz spał. Usłyszysz mnie we śnie. Ja będę ciebie pytała, a ty mi odpowiesz.
Puste miasto. Czy wszyscy są już umarli, czy wybrany Przechodzień nie zdążył? Czy Posłaniec go nie odnalazł na czas? I zabili wszystkich… Bo za późno… A nauczycielka zginęła na torach. I jak mam teraz bronić przed nią małego chłopca…? jak bronić przed trupem, przed nieżywym trupem…
Posłuchaj… Będę liczyć… Jeden, dwa… Czujesz… Pięć, śpisz.
Po czym zaczyna, tak jak co dzień, notować, nie zapominając też oczywiście i o włączeniu magnetofonu i uruchomieniu nagrywania.

„Precyzyjny opis zbrodni. Krok po kroku, chwila po chwili.
Od dobrze i precyzyjnie zorganizowanych przygotowań, przez dokładne wykonanie, po doskonały kamuflaż i dezorientację milicji i opinii publicznej.
Skąd on to wszystko wie? Wymyślił to, to wytwór jego wyobraźni i dlatego…
A jeśli nie? To takie realistyczne…
Czy to jest prawdziwa zbrodnia, która niegdyś się wydarzyła i miała nieodwołalny, znaczący, przemożny wpływ na obecny stan psychiki P.?
Czy może jest to obraz przetransponowanych przez umysł dziecka przyczyn tego, na jakiego człowieka to dziecko wyrosło? Jakim człowiekiem stał się sam P.?
Dziecka z niepełnej, odrzuconej na margines, poza nawias społeczeństwa, lekceważonej i pomiatanej rodziny. Matka, prosta, prymitywna kobieta, porzucona po zajściu w ciążę przez wysoko postawionego kochanka, który „po wszystkim”, zaspokojony seksualnie ogier, wraca do swojej „prawdziwej”, zaakceptowanej przez otoczenie komórki społecznej.
Dziecka z trudnego domu, dziecka o niedobrym dzieciństwie.
A może to sam P. jest ofiarą zbrodni, ale jeszcze zupełnie innej, niż ta, którą on śni. Tyle tylko, że jest ona dla niego tak przerażająca, tak traumatyczna, że cały czas wypiera jej prawdziwy obraz. I śni sobie jej urojony wizerunek, jako dalekie odbicie przeszłości, od której nie może się uwolnić?
Co tam się wtedy stało naprawdę w tych Jarogniewicach w 1965 roku? Było polowanie, był wypadek z udziałem dojrzewającego, prawie pełnoletniego młodego człowieka, który jeszcze dzisiaj, po tylu latach, nie jest wolny od jego skutków.

A może nie było żadnej zbrodni. Może porzucony w dzieciństwie przez ojca,
mały chłopczyk,
nastolatek pozbawiony męskiego autorytetu,
młody mężczyzna rzucony na głęboką wodę bez wsparcia rodziny,
wychowywany przez bardzo prostą,
zapracowaną,
skupioną z czasem na ciułaniu i nic nie widzącą poza drobnym interesem matkę,
który teraz, jako dorosły ma problemy z ułożeniem sobie życia, założeniem własnej rodziny, poznaniem i zatrzymaniem przy sobie kobiety…

Może ten opis morderstwa, to lustrzane odbicie, kwintesencja, rodzaj przepuszczonej i odrealnionej przez jego mózg prawdy o tym jego cholernym życiu? Może całe dzieciństwo opisuje hasłowo, jako przewinienie, któremu sam dodaje tak naprawdę nieistniejącego okrucieństwa, bestialstwa, i to takiego, że aż występne niegodziwości jakie go spotkały jawią mu się jako zbrodnia? Ucieka w to wyimaginowane zabójstwo jak do kokonu, chroniącego go przed prawdą o nim samym? To rodzaj przeciwwagi, którą uruchamia w momentach, gdy ta prawda tak nieopatrznie i nachalnie dotyka tych najbardziej wrażliwych strun…? Ucieka od traumatycznych wspomnień do coraz to na nowo wymyślanej zbrodni, która jest jeszcze gorsza od jego prawdziwych wspomnień i dlatego pozwala skupić na sobie moją i jego uwagę, zamiast na dzieciństwie?

Jak go spytać o to, czy ta zbrodnia zdarzyła się naprawdę? Jak go takim pytaniem, nie spłoszyć?

Z drugiej strony, to chyba sukces. Wreszcie skończył skupiać się na Ojcu. Przełom! P. zagłębia się w końcu w sobie samym. O to mi chodziło!
Zaczyna roić jakieś niestworzone wizje, ale to idzie przecież wreszcie w pożądanym kierunku. Widzę światło w tunelu, czy na końcu może być wyjaśnienie relacji P. z jego ofiarą, tym cały czas przewijającym się przez jego wspomnienia chłopcem?
ŻEBY TYLKO GO TERAZ NIE SPŁOSZYĆ.
TO JEST ZADANIE NA POJUTRZE!”

Środa, 08 grudnia
Godz. 8:30
VI SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

„Zbrodnia pojawia się na nowo, w postaci prasowego artykułu.
Jest to kalka z opisu zdarzenia wydobytego ze wspomnień w poniedziałek.
O co tu chodzi, co to oznacza? Gdyby poprzednio miała to być jedynie ucieczka, rodzaj neurastenii, stan chwilowej metafizyki albo psychozy, to przy kolejnym powrocie do tej historii nie ma prawa zgadzać się aż tyle szczegółów, powtarzać tyle (UWAGA – większość!!) konkretów.
Chyba, że histeria i wywoływane nią fantazje zajmują na stałe wspomnienia oparte na rzeczywistych przeżyciach. Ale po dwóch dniach?!
W przerwie między jednym zagłębieniem się w pamięci podświadomej a drugim? To tak się nie dzieje…
Chyba, że P. w tej swojej pojedynczej celi, przez te dwa dni o niczym innym nie myślał, a tylko wyłącznie o tym.
KONIECZNIE SPYTAĆ GO O SYTUACJĘ W CELI. O CODZIENNOŚĆ W WIĘZIENIU. CO I JAK PRZEŻYWA? CO ROBI? O CZYM MYŚLI?
P. przechodzi do opisu swojej domniemanej zbrodni. Kluczy.
A jednak! Tak myślałam, tego się spodziewałam. Nowe obszary wizji i metafizyki. Takie rozwijanie obszaru wyobrażeń, wreszcie wydaje się normalne. Co ja plotę – nienormalne, czyli zgodne z teorią. Kluczy, kluczy, gubi się – i tak powinno być!
P. fantazjuje o jakimś nadprzyrodzonym powołaniu. Roi raz o tym, że jest Wojownikiem mającym uratować świat, do którego zesłano mu Przewodnika, innym razem, że jest jego (tego Posłańca / Przewodnika) ofiarą. Wymyśla postać symboliczną Przechodnia.
Miesza czas i miejsca spotkań z domniemaną ofiarą. Krąży wokoło, nie może zdecydować się na wejście w te obszary pamięci, które bezpośrednio dotyczą jego zbrodniczego kontaktu z ofiarą.
Przebitki prawdopodobnie z nieudanego rzeczywistego, dorosłego życia P.: praca zawodowa, z której go wyrzucono, poczucie osamotnienia i braku jakiejkolwiek wartości (w nim samym / czy w otoczeniu, na świecie), odrzucenia przez społeczeństwo.
Ten Posłaniec to standardowa fobia, figura metafizyczna. Klasyczna obsesja, męcząca wielu od wieków, w każdej epoce. Ale ta postać Przechodnia jest bardzo ciekawa. To jest dosyć odkrywcze. Gdzie on się z tym spotkał? Ja nie słyszałam, żeby ktoś o tym tak pisał. Muszę poszperać. Jak trafię na źródła jego inspiracji, co czyta, czyją filozofią się pasjonuje… To może być klucz do jego osobowości i prawdy o nim samym. I o tym, co chciał zrobić, a co zrobił lub czego nie zrobił? I dlaczego?
A co jeśli ten Przechodzień to jego własne, niejako „autorskie” odbicie rzeczywistości? To zupełnie zmienia obraz tego człowieka. Taką metaforę może wykreować tylko wybitna jednostka. Jaka głębia, jaka – cholera – dokładność w odwzorowaniach zachowań, w detalach możliwych motywacji.
To by było możliwe… Ale nie u takiego prymitywa, znaczy się, pospolicie upośledzonego, z prostym, prymitywnym by rzec, niedorozwojem.
Tak, to jest możliwe. W jednym przypadku. Schizofrenii.
Ale w tym przypadku? Nic na to do tej pory nie wskazywało. To by była sensacja! Taka katastrofalna pomyłka we wstępnej diagnozie…
A to by zdziwiła się ta nadęta dochodzeniówka…
A prokurator? Zabiłabym ją śmiechem…
Ale to niemożliwe. Niemożliwe!”

Piątek, 10 grudnia
Godz. 8:30
VII SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

„P. cały czas kluczy, nie chce dopuścić do siebie wspomnienia samego kontaktu z ofiarą. W tym celu ‘podróżuje’ ze mną po całym mieście, ściąga mnie w różne, znaczące dla konkretnych kontekstów miejsca, jednakże bardzo odległe (w sensie fizycznym i duchowym) od miejsc związanych bezpośrednio z przestępstwem, o które go podejrzewamy. Są to konkretne, identyfikowalne rejony i obszary funkcjonalne Zielonej Góry – boisko sportowe, winiarnia, zaniedbany park, szkoła. To jest niezwykle prawdziwe, stąd nie sposób odseparować prawdy od zmyślenia. I taką właśnie taktykę stosuje P. Kogo chce omamić, zwieść – siebie, czy mnie? Siebie, czy organy ścigające zbrodnię i jej sprawcę?
W co on sam wierzy, a co jest fałszywym obrazem, świadomie wykreowanym dla obrony własnej niezależności?
Wymyśla nowe postacie, która miałyby być znaczące / inspirujące do zbrodniczego kontaktu (Redaktor, Nauczycielka). Wszystko po to, aby odsunąć siebie jak najbardziej w cień, jak najdalej od sceny dramatu, od dokonującego się zła. Najpierw za wszystkie sznurki pociąga wszechwładny i wszechwiedzący Redaktor. Kreator wszystkiego, co wokoło. Nic nie może się wydarzyć, o ile nie jest zaplanowane przez Redaktora i nie służy jego celom. Potem pojawia się jego ofiara, Nauczycielka, która niczym sterowana marionetka pośredniczy między kreującym różne rzeczywistości Redaktorem a ślepym, bezwolnym Przechodniem, uosobieniem P.
On sam nie jest ani dobry, ani zły. Czyni to niemal jako widz, zza szyby…
Potem opisuje otaczający świat, rzeczywistość jako plugawą i nikczemną, bez wartości, zbrodniczą.
Przechodzą z Redaktorem przez zaniedbany park, a w szkole dają się mijać dzieciarni przyprowadzonej przez Nauczycielkę. I tu i tam nikt nie myśli indywidualnie, to ktoś inny nadaje im wszystkim pęd, owczy pęd bez możliwości wyboru i bez własnych intencji. Jednocześnie wszyscy są źli lub są wytworem zła. Zło jest wszechogarniające. Lepkie, zaraźliwe. On, P., nie jest inny od reszty. Jest wytworem świata. Po prostu. Dlatego nie może odpowiadać za swoje czyny, jeżeli są złe lub kogoś krzywdzą.
Tak, chce w ten sposób, kreując taki – jako jedyny możliwy – obraz otoczenia, usprawiedliwiać swoje postępowanie, że to niby jest wyłącznie jego odpowiedź na to powszechne zło. Nie, nawet nie odpowiedź. On nie odpowiada, on godzi się z koniecznością.
Nie dopuszcza na razie do siebie wspomnień związanych z jego inicjatywami, z jego własnymi inspiracjami wiążącymi go w jakikolwiek sposób z ofiarą.
SŁOWEM BRNIEMY W CZARNĄ DUPĘ! CZY ISTNIEJE JESZCZE DLA NAS JAKIEŚ WYJŚCIE Z TEJ DUPY?
Cholera, jestem na dnie labiryntu. Muszę nas stąd w jakikolwiek możliwy sposób wyplątać. I to szybko, jak najszybciej. Każda kolejna chwila w tym trzęsawisku i ugrzęźniemy tu na zawsze, bez nadziei wyjścia!
Czy on to robi specjalnie? Czy też sam jest aż tak bardzo zaplątany? TO CIEKAWY MOTYW!
Gdy tylko uda mi się na to odpowiedzieć, mam w ręku klucz do jego osobowości, do wszystkich tajemnic, odpowiedzi na pytania. WIEM O NIM WSZYSTKO!!
Ale jak to zrobić? CZY TO JEST W OGÓLE TERAZ WYKONALNE?
Oby tylko nie okazało się, że rzeczywiście znajdujemy się W PRAWDZIWEJ CZARNEJ DUPIE! Bo to by oznaczało, że jest niebezpiecznie. PACJENT MOŻE Z TEGO W OGÓLE NIE WYJŚĆ. NIE TO, ŻE JA GO STRACĘ, ON PO PROSTU MOŻE ULEC SAMODEGRADACJI. TAK ‘POKRĘCONA’ PODŚWIADOMOŚĆ MOŻE MU UNIEMOŻLIWIĆ POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI.
Słucham go. Mój Boże, on się coraz bardziej nakręca, wyraźnie czuje się tu coraz lepiej. Ten mrok, te katakumby. Ta ucieczka od światła słonecznego, od ludzi, przed ludźmi. Ta cała historia stworzona dla utwierdzenia się w wyborze ucieczki, jako postawy pożądanej i skutecznej w działaniu prowadzącym do wybranego celu. Ta humanistyczna otoczka, ta historia, kultura, religia w tym wszystkim, tylko po to, aby nabrało to uniwersalnych wartości. Dzięki którym da się z tym żyć, da się tu żyć z samym sobą, z własnymi wyborami.
A te cienie i mroki skutecznie ukryją ohydę, którą widać tylko w świetle, na powierzchni. Tutaj można nie pamiętać, nie wiedzieć, nie czuć do siebie wstrętu. Chociaż, co się stało, to się nie odstanie… Tylko, że tutaj to wszystko już nie ma znaczenia. Tu się da z tym żyć… Nikt nie rzuci oskarżenia w twarz, nikt się nie odsunie, nie zabierze ręki, nie odwróci oczu. Tak, tu po prostu da się z tym żyć… Jeszcze chwila i nie będzie chciał wracać. CHOLERA, JA GO WPĘDZAM W SCHIZOFRENIĘ…
Szybko, akcja ratunkowa. Wyjść, wyjść z tego już, teraz, jak najszybciej… Ani chwili, ani kroku dalej…”
Pięć, cztery… Panie Olku… Słyszy mnie pan?! Trzy, dwa… Budzimy się, zabieram pana z powrotem do realnego świata. Jeden! Jeden! Już pan nie śpi. Widzi mnie pan? Jaki dzisiaj mamy dzień? Halo, co za dzień dzisiaj?
Potrząsa nim. Staje nad nim, pochyla się. Aż do skutku, do chwili, gdy się ocknie i jej odpowie. Jest przerażona.
– Co? Co jest? Piątek… Tak, piątek. Chyba trzynastego? Tak, trzynasty…
Rzeczywiście. Cholera, piątek, trzynastego…
Mężczyzna śmieje się jakby nigdy nic. Rzuca kobiecie niby to z troską, ale tak naprawdę, to zaczepnie, szyderczo:
– Obywatelka psycholog jest przesądna?
Co, ja…?
Cieszy się, widząc ją taką zaskoczoną, skonfundowaną.
– To może ja jednak obudzę się jutro? To będzie sobota i już czternasty…
Kobieta w końcu otrząsa się. Poważnieje.
Co to za żarty, panie Olku! Dzisiaj jest dopiero dziesiąty. Trzynasty będzie w poniedziałek.

Odcinek 7

Mieczysław Bonisławski

ZNOWU NIEMAL MIESIĄC PRZERWY. PRZEŁOM LISTOPADA I GRUDNIA
Poniedziałek dla jednych tuż przed, dla drugich tuż po Andrzejkach.
Chwila po godz. 10:30 rano.

Uff, poniedziałek, początek tygodnia, tak zaraz po niedzieli. Do tego ten ostatni listopada. U was już po Andrzejkach, czy impreza będzie dopiero wieczorem…? Ja wiem, w taki dzień trudno się skupić. Ale mus, to mus. Opowieść toczy się dalej, ekipa kobiet zbliża się do ostatecznych ustaleń. One pracują, świątek, piątek…
No, dobrze, stańcie sobie tak, o tutaj, w rogu pokoju. Na boku nie będziecie się rzucać w oczy, nikt was nawet nie zauważy. I na początek posłuchajcie pewnej rozmowy. Zobaczycie później, że było warto!
One, są już wszystkie trzy. Prokurator wpada, nieco speszona, na ostatnią chwilę. Właściwie, to dwie pozostałe siedzą na swoich miejscach już od dobrych paru minut i czekają tylko na nią. Jakieś palto i służbowa kurtka na wieszaku zdążyły nawet obeschnąć z porannej mżawki, przemieszanej z mokrym śniegiem.
Psycholog jest w spodniach z gładkiego bistoru i w takiej niewyraźnej, mleczno – cytrynowej bluzce polo. Na nią ma zarzuconą dżinsową bluzę z długim rękawem.
Porucznik, tak jak zawsze, siedzi w tym swoim milicyjnym mundurze. Lubi go, nawet w pewien sposób szczyci się nim. Będąc w mundurze czuje się jakaś taka bardziej wszystkim potrzebna. Wie, że odnalazła swoje ważne miejsce w społeczeństwie. Pamięta przy tym, ile wyrzeczeń kosztowało ją zdobycie prawa do jego noszenia. Na jakie wybory musiała się decydować, z czego rezygnować, aby dojść do miejsca, w którym się teraz znajduje. Tylko poranny ziąb potrafi, nadal, jak przed laty, zakłócić jej ten porządek rzeczy. Dlatego na nogach, pod spódnicą, ma grube, nieprzezroczyste rajtuzy, a pod bluzką ciepłą podkoszulkę. Czuje jakby profanowała tym swój mundur, swój oficerski honor, ale przynajmniej nie marznie…
Na to, aby przyjrzeć się garderobie Prokurator, nie starczy już wam czasu. Bo ta wpada niczym burza, pospiesznie zrzuca z siebie płaszcz i niezwykle dynamicznie zaczyna, nadrabiając stracony czas:
O: – Dzień dobry. Spóźniłam się trochę. Służba nie uwalnia nas od bycia kobietą i matką, niestety.
Ś: [z nie udawanym zdziwieniem]
– Urząd prokuratorski i ogonki w sklepie?
O: – Ponosimy konsekwencje wychowywania syna poprzez poszerzanie mu horyzontów. Nasz początkujący modelarz zaczyna właśnie budować makietę kolejki elektrycznej. A dzisiaj do „Składnicy harcerskiej”, tej na Jedności, miały przyjść wagoniki, semafory…
B: [nie odrywając wzroku od rozłożonych przed nią papierów; bez głębszego zainteresowania, znudzonym tonem, tylko dla podtrzymania tematu]
– Na Mikołaja, czy już pod choinkę?
O: [wyrównawszy w końcu oddech i łapiąc aluzję Psycholog]
– Dobrze, dość o tym! Przepraszam Was. Nie wracajmy do tego. Pracujmy.
Ś: [energicznie, z zapałem]
– Właśnie, dotychczasowe metody nic nie dały! Chciałabym…
O: [przerywa bezceremonialnie; rzuca rutynowo znudzonym tonem]
– Nasza psychologia? Coś mamy na ten zarzut?
B: [zapalczywie, podnosząc wzrok na Porucznik i patrząc jej zapamiętale w oczy]
– Nie zgadzam się. Moje sesje doprowadziły mnie już prawie do przełamania oporów. Jestem bliska pełnego wejścia do wnętrza osoby i bardzo proszę, bez takich…
O: – Powiedzmy, że kontynuujemy tę metodę. Ile nam to jeszcze zajmie?
Ś: [ironicznie]
– Właśnie, tygodnie, czy miesiące?!
B: [oschle]
– Może, jednak, nie tym tonem? Nie jestem przyzwyczajona do takiego traktowania! Zatem, póki co, nie siedzę jeszcze po drugiej stronie waszego stołu przesłuchań poruczniku, abym tu musiała… Prawda?
O: [znudzona; rutynowo]
– Rzeczywiście. Wnioski dochodzeniówki? Tylko dajemy konkrety. I przytaczamy argumenty, nie przytyki.
Ś: – Jestem za przesłuchaniami pod aplikacją środków psychoaktywnych.
B: [spokojnie, cedzi słowa]
– To jest po prostu oburzające, proszę…
Ś: [szyderczo]
– Jakie opory! A jakbym zaproponowała hipnozę czy innego czorta, to było etycznie?
O: [interweniuje w końcu, przywołując do porządku je obie]
– Poruczniku…! Psycholog, jak rokuje taka hipnoza?
B: – Programowanie neurolingwistyczne służy leczeniu, a nie ograbianiu człowieka z jego tajemnic, czy wspomnień. Jednak każda osoba ma prawo…
Ś: – Bez przesady. Hipnoza w kryminalistyce postawiła przed sądem tysiące przestępców.
B: [lekceważąco]
– Ale, proszę, w naszym przypadku nie ma potrzeby sięgania po takie dwuznaczne etycznie metody. Może ja jednak nawiązałam wystarczający kontakt… Zatem dajcie mi może tylko kontynuować to, co zaczęłam.
O: – Dochodzeniówka! Podajemy uargumentowane wnioski.
Ś: [pojednawczo; widząc swoją słabnącą pozycję, próbuje szukać kompromisu to patrząc w oczy Prokurator, to Psycholog, starając się przy tym udobruchać tę ostatnią]
– To chociaż na próbę. Sprawdzimy różnice. I ocenimy to co uzyskamy. Czy jest warte balansu na skraju etyki? Tego, co tak szokuje naszą „psychologię”.
B: [wzburzona]
– Spróbować? Proszę, i co jeszcze…?! Nie, nie mamy ani powodu, ani prawa do takiego eksperymentowania na człowieku.
O: [ucina dyskusję, tonem nie znoszącym sprzeciwu, paternalistyczne]
– Moja decyzja: jeden raz. Psycholog przerywa, gdy tylko uzna, że idziemy za daleko.
B: – …?
O: – Dochodzeniówka…
Ś: [służalczo, ale ze skrywanym zadowoleniem]
– Tak, słucham?
O: – Kiedy będziecie gotowi?
Ś: [zmobilizowana]
– Potrzebuję niewiele czasu…
O: [apodyktycznie; ze zniecierpliwieniem połączonym z nie udawanym zaciekawieniem]
– Wobec tego, zaczynajmy.

Poniedziałek, 29 listopada, nadal
Godz. 11:30
I sesja hipnotyczna z podejrzanym

– Zatem, znowu mieliśmy przerwę…
Kobieta zachęca intonacją głosu do głębszej reakcji, może nawet do zwierzeń. Takich bardziej ludzkich, życiowych, nie związanych z tematem, ze sprawą, która jest powodem ich rozmów, tego, że się w ogóle spotykają w tym mieście i w tym czasie. Mężczyzna nie podejmuje jednak tej konwencji, nie chce wchodzić w sferę prywatną. Dalej traktuje kobietę tylko służbowo, a dzisiaj polega to na braku odpowiedzi, na zachowaniu milczenia. Podnosi wzrok, spogląda na nią dając do zrozumienia, że słyszy, ale nie odwzajemnia jej potrzeby poszerzenia łączącej ich relacji.
Ona śmieje się i próbując kolejnej techniki zaczyna grzebać w torebce. Takiej typowej, kobiecej torebce, z której wyjmuje jakieś nic nie znaczące, osobiste przedmioty i przez chwilę nimi manewruje przed sobą i przed mężczyzną, na jego oczach.
– Dzisiaj znowu sami, tylko we dwoje. Wracamy do początku…
Nic. Żadnej reakcji, ani słowa komentarza, zrozumienia, sprzeciwu.
Kobieta wzdycha.
– No proszę, nie interesuje cię, co się stało z naszymi dwoma towarzyszkami? Dlaczego wycofały się…?
Milczenie tamtego zaczyna ją irytować, choć zdaje sobie sprawę z tego, jakie to jest nieprofesjonalne.
– Zatem, dobrze…
W tych dwóch słowach, w sposobie w jakim je wypowiada, w tonie głosu, zawiera całą gorycz swojej porażki, ostateczne pogodzenie się z tym, że to nie ona jednak ma rację, ale ta, tak nic czasami nierozumiejąca Śledcza, wielki porucznik milicji!
– Nasze ostanie, w ogóle, wszystkie nasze sesje, nie idą w dobrym kierunku. Prokuratura i prowadzący śledztwo z ramienia milicji, wyrażają głębokie zaniepokojenie. Może ja zresztą też… Odnoszę wrażenie, szczególnie teraz, przy końcu, że jednak przestajemy się rozumieć…
– A czy my mamy się rozumieć? Czy takie było polecenie?
– …może to zabrzmi mało profesjonalnie i nie powinnam tego mówić, ale…
– Czy spotykamy się po to, aby się rozumieć? Ja i obywatelka psycholog? I czy takie jest zadanie postawione przez obywatelkę prokurator…
– …ja sama zaczynam tracić rozeznanie w tym, co mówisz. To przestaje trzymać się kupy, gubi sens. Do tego nie da się stosować żadnej, opisanej techniki interpretacji.
– …czy tego chce władza: abyśmy się nawzajem rozumieli?
– Zatem, sam widzisz. Gadasz coś od rzeczy. Ja swoje, ty swoje…
Popatrują na siebie. Ich spojrzenia nawet spotykają się wprost, oko w oko. Ale zaraz po tym oboje zaciskają jeszcze bardziej usta i szybko uciekają wzrokiem od siebie.
Nie, nie tak ma wyglądać przełom, o którym myślą Prokurator i Śledcza. Nie tak to ma zakończyć Psycholog, która z kolei rozumuje zupełnie po swojemu. Jeszcze całkiem inaczej od swoich współpracowniczek.
– Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że nie ułatwiasz. Nie będziesz już teraz ze mną szczery? Szczery, tak jak dotąd?
Milczenie w odpowiedzi. Uporczywe, irytujące milczenie.
– Zatem dobrze, sam tego chcesz. Mam polecenie, ale inne niż myślisz. Polecono mi zmienić metodę. Mam cię teraz poddać transowi hipnotycznemu.
Kobieta mówi to bardzo prowokacyjnym tonem, ale i tym razem nie potrafi zmusić mężczyzny do jakiejkolwiek reakcji. Powtarza więc, mocno akcentując wagę wypowiadanych słów:
– Słyszysz? Mam cię poddać hipnozie!
Nic.
– Możesz się nie zgodzić. Masz prawo…
– Zgadzam się, drogi człowieku.
Mężczyzna uśmiecha się od ucha do ucha. Może to być zarówno szczery uśmiech, taki od serca, wywołany pozytywnym przeżyciem, jakby spadł mu jakiś kamień z serca. Może to być jednakże równie dobrze uśmiech nic nie rozumiejącego z tego co się wokół dzieje idioty.
– Wyrażasz zgodę?! No, proszę…
Psycholog waha się. Jeszcze chwilę czeka…
Bez skutku.
– Zatem, zatem musisz mi podpisać zgodę.
– Gdzie, drogi człowieku?
– O, tu – podtyka mu papiery i coś do pisania.
– O, pióro – cieszy się.
– Tak, pamiętam, żeby nie długopis…
Mężczyzna najpierw bardzo wnikliwie czyta całą wydrukowaną treść. Potem wpisuje słowa w puste, wykropkowane miejsca. I przez chwilę skrobie swój podpis. W końcu odsuwa papiery od siebie. Prostuje się, spogląda wyczekująco na kobietę.
Ta rzuca okiem na dokument i starannie, nieco sztucznie przedłużając te czynność, składa go i chowa do teczki z kartonu.
– Chodź, usiądziesz na tym fotelu… Wygodnie ci?
Sama wysuwa krzesło zza biurka i stawia je z boku, na wprost mężczyzny.
– Teraz będę liczyć. Od jednego do pięciu. Poczujesz… Jeden, dwa, trzy…
Oddycha głęboko. Wyjmuje notatki.
– Teraz czujesz… Zapytam cię o coś…
Włącza magnetofon. Jednocześnie, na boku, zaczyna sobie na bieżąco notować:
„Pytania związane z wykonywanym przez podejrzanego zawodem. Potem o satysfakcję z pracy, o jego osobistą sytuację w zakładzie.
P. opowiada o sobie, o tym, że czuje się samotny. Uosobieniem ludzkiego zła, które skazuje go na tę samotność, są dla niego łobuzujący na torach kolejowych chłopcy. Ściga ich i aresztuje, jako strażnik kolejowy.
Traci tę pracę. Jako ratunek przed światem, który tak go traktuje, czyni sobie ucieczkę na odludne torowisko.
UWAGA – wchodzi w sferę fobii – szczęście kojarzy zapachowo, z wonią podkładów kolejowych.
KOLEJNA FOBIA (można luźno kojarzyć z autodepresyjnymi przebłyskami uświadamiania sobie własnej pedofilii) – swoją samotność utożsamia z oblepieniem błotem, pod którym nikt go nie rozpoznaje.
Jego fobia przybiera obraz tłumu ludzi, rozmazanego w ciemnościach, rozpraszanego jedynie daleką poświatą ulicy (CZYŻBY BLASK POSZUKIWANEJ PRZEZ P. NADZIEI?)
DALEJ – NIE WIEM O CO CHODZI / TRZEBA TO ROZWINĄĆ JESZCZE. ZATEM, JEDNAK W KOLEJNEJ HIPNOZIE?!!
Z głębi podświadomości wyciągam teraz od P. motyw zbrodni. On, jako odrzucony przez ludzi – uczestników zdarzeń obserwator jest / był świadkiem morderstwa lub musi mieć skądś informacje o morderstwie jakiejś nauczycielki. Chyba domyśla się motywu? Ten motyw to intymny stosunek nauczycielki i sekretarza. I na to pojawia się jeszcze mały chłopiec, który broni sekretarza.
CO TO JEST DO CHOLERY!!! Czyżbyśmy przeskoczyli etap uświadamiania (tej pieprzonej pedofilii) i przeszli już do procesu wyparcia? Połączonego z nieświadomym przerzuceniem winy na symboliczną osobę, uosabiającą samą winę? Ale tak szybko?! To niemożliwe!
KOŃCZĘ TO, BO NIE WIEM CO SIĘ DZIEJE!”
– Pięć, cztery, trzy…
Wzdycha ciężko. Jest spięta i zdenerwowana.
Mężczyzna, w przeciwieństwie do kobiety czuje się rozluźniony, sprawia wrażenie zrelaksowanego.
– I co, jak wyszło? Dobrze wypadłem?
– Proszę cię, jutro odpowiem – syczy Psycholog i w mig się reflektuje – No, jednak, może muszę to dopiero opracować…

Wtorek, 30 listopada
Godz. 13:30
II sesja hipnotyczna z podejrzanym

Dzisiaj mężczyzna jest mocno pobudzony, co przekłada się na wzmożoną aktywność.
Kobieta zachowuje się zdecydowanie bardziej wstrzemięźliwie. Wypowiada się jakby pod przymusem, długo się namyśla, nie jest do końca pewna swoich opinii. Możliwe, że to tylko jej gra wobec mężczyzny. Swoiście rozumiany rewanż za to, że wczoraj nie podjął on proponowanej przez kobietę konwencji, że zbywał jej wysiłki po prostu milczeniem?
– Czy udała się ta hipnoza…?
– Ciężko o jednoznaczny wynik tak po jednym razie.
– Czy to co wczoraj powiedziałem, wypadło lepiej? Czy zbuduje pani coś na tym…?
– Ledwo rozpoczęliśmy, nie zakończyliśmy nawet jednego wątku…
– Czy nic obywatelka psycholog nie będzie mogła konkretnie powiedzieć władzy i milicji?
– Ach, no proszę. To o nie ci chodzi…?
– Czy to nie władza i milicja była niezadowolona? Czy nie tak mówiła wczoraj obywatelka psycholog?
– Tak. Dokładnie tak powiedziałam.
– A zatem…
– Zatem muszę się zastanowić… Tak, metoda hipnozy, może i daje nam pewne efekty, posuwamy się trochę… Tak mi się przynajmniej wydaje…
– Czy będziemy wchodzić dzisiaj w następny sen?
– O nie, nie ma tak dobrze. To Prokurator zmusiła mnie do tego eksperymentu… To miał być tylko ten jeden raz… Jednak najpierw muszę im przekazać wnioski… Potem to omówimy… Ja jednak jestem generalnie przeciwna…
– Dlaczego? Ja z kolei mam wrażenie, że teraz bardziej się otwieram i że to mi będzie pasować lepiej, od tego co robiliśmy poprzednio.
– Ty, tobie, ja cię proszę… A od kiedy to pacjent ocenia takie rzeczy?
– Bo zdanie pacjenta się nie liczy…? Czy nie będzie pani w ogóle o tym ze mną rozmawiać?
– Przy doborze metody? No, niby można pacjentowi przedstawiać różne warianty pracy, brać pod uwagę jego odczucia, sugestie… Zatem, rozumiem, że ty chciałbyś może ciągnąć to dalej? Czyli, że jesteś gotów może już dzisiaj, tak…?
– Całkowicie, drogi człowieku!
– Dobrze, zatem, jeszcze raz… Ale tylko ten jeden raz… I to jednak tylko dlatego, że nurtuje mnie pewien wątek, którego wczoraj… Tak, nie ukrywam, chciałabym go dzisiaj… Liczę na to, że… Ale nie łudź się – decyzja była tylko na wczoraj. Zgodę na kolejne seanse musi wydać Prokurator, po konsultacji ze mną i ze Śledczą. A ja będę przeciwna, zarekomenduję przerwanie hipnozy, ograniczenie jej tylko do tego pierwszego razu. Nie licz zatem na wiele…
Siadaj tam gdzie wczoraj. Czekaj, przysunę się…
Jeden…
Czujesz…
Uruchamia szpulę z taśmą, naciskając palcem klawisz. Po czym rozkłada notatnik i zaczyna równoległe notować pojawiające na gorąco uwagi i spostrzeżenia:
„Pytania o nauczycielkę i sekretarza, powiązane właśnie z nimi. Czy ta para, to są rzeczywiste osoby? Czy ich coś naprawdę łączy ze sobą? Skąd się wzięli? Co to za chłopiec? I jak się znalazł między tą nauczycielką a sekretarzem?
BARDZO ZNAMIENNY POCZĄTEK – zaczyna jako ten chłopiec. Zupełna zamiana ról. Według teorii to oczywisty dowód na… Nie, może nie taki oczywisty, ale jednak…
BARDZO DZIWNE – chłopiec broni sekretarza.
P. wraca do czasów dzieciństwa. Opowiada o Matce i Ojcu (SWOIM? WYIDEALIZOWANYM czy PODDANYM TRANSFORMACJI? / CO MU TAK, AŻ TAK PRZESZKADZA W PRAWDZIWYM OJCU?)
Podsuwa (MNIE czy SOBIE) jako uosobienie zła tajemniczego „Ducha”.
NIE ROZUMIEM – „Duch” ma przejąć winę na siebie, ale za kogo? Sekretarza? Ojca?Samego chłopca?
Zmiana kontekstu. Wina jest nie wobec nauczycielki, ale wobec Ojca.
CHOLERA, CORAZ TO NOWE WĄTKI, WCHODZIMY W NOWE OBSZARY.
Tego się nie da tak łatwo zinterpretować, wyjaśnić.”
– Pięć… trzy…
„Jeden. Niestety, na ciebie już pora.”
– Tak? Jakoś dzisiaj nic nie pamiętam…
– Weszliśmy trochę głębiej. To normalne, nie masz się czym przejmować. Powinieneś czuć się dobrze, tak?
– Tak. Nic mi nie jest. Tylko czuję taką pustkę, jakby dziurę w czasie…
– Szkoda, że dzisiaj tak krótko…. Zaczyna być ciekawie, ale ten czas, proszę… Wiesz, jeżeli Prokurator jednak nakaże kolejne sesje, to musimy spotykać się wcześniej, zupełnie rano i te seanse muszą być dłuższe.
„Znacznie dłuższe.”

Środa, 01 grudnia
Godz. 8:30

Znowu macie przed sobą trzy nasze bohaterki. No, tym razem mniejsza z tym, jak są ubrane. Dość już tej rewii mody, w końcu nie o modzie jest ta historia. Przed trzema kobietami staje zasadniczy dylemat. Jak dalej postąpić z przesłuchiwanym mężczyzną?
Pewnie już zauważyliście, że każda z nich ma tu do odegrania całkowicie inną rolę? I to zarówno oficjalnie, niejako formalnie, ale też tak Psycholog, Porucznik jak i Prokurator kierują się również własnymi instynktami. Nie są wolne od słabości. Ba, wręcz im ulegają.
Wszystkie trzy chcą sprawiać wrażenie odpornych na ludzkie emocje i towarzyszące im odruchy. I żadnej się to nie udaje. Odgrywają te swoje role i przynależne im służbowo przymioty charakteru przed przesłuchiwanym i przed samymi sobą, chociaż… Chociaż, szczególnie to drugie, jak się w końcu przekonacie, jest osobliwie niepotrzebne, śmieszne i pokraczne…
Powoli, powoli, z każdym kolejnym dniem postępowania te kobiety, zaplątane w naszą opowieść, odkrywają się przed wami i odsłaniają cele, które stają się dla nich coraz ważniejsze. Ważniejsze od pełnionych ról społecznych i poleceń przełożonych. Z każdym dniem, który przynosi kolejne emocje, rozczarowania i sukcesy są w coraz mniejszym stopniu maszynką do mielenia człowieczego losu w tej polityczno-urzędniczej ludzkiej pralni…
Zobaczcie sami, jak to i owo wymyka się im spod kontroli, jak zrzucają maski, ulegając samym sobie. Temu co jest w nich a co godzi się i buntuje na przemian.

B: [nie czeka na to, aż pozostałe ulokują się, gotowe do podjęcia rozmowy, chce jakby wziąć je z zaskoczenia]
– Chciałabym jak najszybciej zdać relację…
O: [spokojnie; prześlizguje się spojrzeniem wyzbytym wszelkiego podniecenia po obu pozostałych]
– Z naszej strony jesteśmy gotowi. Dochodzeniówka, wnioskujcie, co tam od was?
Ś: [zadowolona z siebie; kończy z wyczuwalną zadziornością, chce zaniepokoić Psycholog]
– Pion śledczy gotów. Pytania będę miała. Po zapoznaniu się z materiałami…
O: [energicznie]
– To niech nasza psychologia nie czeka. Zaczynajmy!
B: [tracąc spokój i dystans; skupiona wyłącznie na reakcji na sugestię Śledczej]
– …proszę, materiałów na razie to żadnych jeszcze nie ma. Teraz przekażę tylko konkluzje z eksperymentalnego seansu. I sugestie…
Ś: [z wyraźnie kontrolowanym (udawanym?) wzburzeniem]
– Miałybyśmy wnioskować bez zapoznania się z materiałem dowodowym?!
B: [daje się wciągnąć w grę Śledczej; tłumaczy się]
– Chodzi mi tylko o kwestie organizacyjne. Wybór dalszej metody, o zamknięcie eksperymentu… Zatem, może nie co do samych wyników śledztwa, tak?
O: [znużona]
– Prokuratura też tak to rozumie. Dochodzeniówka, nie komplikujcie, wszyscy widzimy, że to jest oczywiste. Psycholog, zaczynajmy w końcu!
B: [pewna siebie; rozkręca się]
– Zatem, zrobiłam dłuższy seans, z przerwą na wybudzenie. Pacjent wszedł na kilka poziomów, w tym również bardzo głęboki… Musiałam tak postąpić…
O: [tonem pełnym rutyny]
– Nie wchodzimy w takie szczegóły, nie macie przed sobą grona specjalistów psychiatrów, a to nie jest jakieś sympozjum!
B: [podekscytowana; pozytywnie zmobilizowana]
– Tak, zatem, podejrzany zapytany o kwestie…
…..
…co należy uznać za bardzo standardowe zachowanie w takiej sytuacji, w jakiej znajduje się podejrzany. Według literatury jest to w pełni symptomatyczne i wskazuje…
…..
…to jest wręcz objawowe…
…..
…jednak wobec moich poprzednich wyników, uważam, że coś tu jest nie w porządku!
Ś: [tym razem nie udaje wzburzenia]
– Co takiego? Teraz, kiedy wreszcie jest wynik…!
O: [z poczuciem pełnej kontroli i odpowiedzialności za przebieg całości; wpierw do jednej kobiety, potem do drugiej]
– Poruczniku, więcej powagi. Więcej powagi w obecności urzędu prokuratorskiego! Czego dotyczą te wasze wątpliwości?
B: [zapalczywie; z entuzjazmem odkrywcy]
– Zatem. Wyniki są zbyt wyraziste. Proszę, nie po pierwszym seansie! Mogą być takie, jednak po dłuższym procesie… Zatem, albo ta metoda okazała się zbyt inwazyjna, po prostu za agresywna, albo…
Ś: [ironicznie]
– Albo co…?
B: [kontynuuje; nie zwraca uwagi na szyderstwa Śledczej]
– …albo podejrzany przejrzał prowadzącego i manipuluje całym procesem.
O: [zaskoczona]
– Żartujecie…?
Ś: [zdziwiona; bardzo autentycznie]
– To naprawdę jest możliwe? Takie cuda…?
B: [zupełnie spokojnie]
– Niestety. Jest możliwe. I pewne zachowania podejrzanego, przed, a szczególnie po seansie, nie wykluczają takiej alternatywy.
Ś: [znowu się nakręca]
– Nie wykluczają, to bardzo łagodne określenie… Jak znam naszego Psychologa, to należało by powiedzieć – jednoznacznie na to wskazują! Prawda?
O: [z pozycji osoby kierującej pozostałymi]
– Poruczniku! Co ten pedofil konkretnie powiedział albo zrobił po seansie?
B: [gwałtownie oponuje; całą sobą]
– To jeszcze nie jest pedofil! Na razie, to podejrzany.
Ś: [lekceważąco; dla wzmocnienia dodaje gest pogardliwie machnąwszy ręką]
– Jak zwał, tak zwał…
O: [zniecierpliwiona]
– Dajmy spokój. Dochodzeniówka! Psychologia! A konkretnie, ale – konkretnie to on, co…
B: [z powrotem opanowana; w pełni profesjonalnie, niczym na wykładzie; bez zająknięć; bez tych swoich naleciałości językowych]
– A zatem…
…..
…widzicie, i tak to jest.
Przy zastosowaniu mojej metody, kontrolowałam jego możliwości i ewentualne zapędy w tym zakresie. Przy hipnozie nie jest to już możliwe. Wynik może być zupełnie wypaczony.
Ś: [narasta w niej bunt; wyraźnie wybija się brak zgody na to, co przeczuwa, że za chwilę nastąpi]
– Sugerujesz, aby to przerwać? Chcesz wracać do twojego cackania się!
B: [spokojnie; z poczuciem obiektywnej przewagi profesjonalisty]
– Chcę tylko powiedzieć, że podejrzany jest w stanie nami manipulować. Nasze osądy przestaną być niezależne i nie będą odzwierciedlać obiektywnej prawdy.
O: [daje wyraz swojemu niepocieszeniu]
– Powiedzmy, że wracamy do punktu wyjścia! I według naszej psychologii nie ma innej drogi.
B: [nie zmienia tonu, ale już powoli wchodzi w emocje; słychać w jej głosie, że za chwilę będzie mówić o czymś, na czym jej osobiście może zależeć ]
– Hipnoza może być tą drogą, ale nie rozwiązuje naszego problemu z brakiem czasu, z tym pośpiechem.
O: [z wyraźnym niezadowoleniem]
– Czy w końcu zaczniemy się dogadywać z naszą psychologią w sposób prosty i zrozumiały?!
B: [wraca (zdziwiona) do mentorskiego tonu; bez niepokoju: ugodowo]
– Hipnoza byłaby dla nas wartościowa, gdybym miała czas na przygotowanie pacjenta, gdybym zdążyła go normalnie wprowadzić w proces, a potem ten proces w normalnym tempie zrealizowała…
O: [nadal zniechęcona]
– Dobrze, wystarczy. Wnioski. Dochodzeniówka.
Ś: [pełne energii; pobudzona koniecznością pozostawania w opozycji, podjęcia i kontynuowania walki o swoje (słuszne / zagrożone) racje]
– Nie muszę czekać na szczegółowe materiały. Ten pierwszy sen podejrzanego naprowadził nas od razu na to co on zrobił i na jego strach przed odpowiedzialnością. Kolejny sen da nam odpowiedzi co do motywów, a w jeszcze następnym – pacjent się przyzna.
O: [pobudzona]
– To prawda, Psycholog?
B: [tonem mentorskim; pozostaje w odpowiadającej jej najbardziej roli specjalisty, przeprowadzającego jakiś naukowy wywód (dowód założonej tezy)]
– Niezupełnie. Przyznać się nie musi, ale prawdopodobnie uzyskamy więcej możliwości do sprofilowania. Dotrzemy do szerszego materiału, na podstawie którego będę mogła powiedzieć dużo więcej o systemie motywacyjnym podejrzanego. Połączyć jego aktualnie dominujące cechy osobowości z ewentualnymi ich źródłami, tkwiącymi w przeszłości oraz – to już zupełnie hipotetycznie – z jego patologiczną seksualnością, czyli pedofilią i homoseksualizmem, o ile tylko mamy z nimi faktycznie do czynienia.
Ś: [pozytywnie zaskoczona; z nieukrywanym triumfem]
– To są argumenty za kontynuacją tej metody!
B: [powściągliwie; racjonalizuje sytuację; uspakaja emocje takim roztropnym tonem]
– Przyjęliśmy ją tylko na zasadzie jednorazowego eksperymentu.
Ś: [nie ulega tej roztropności; nie ma zamiaru schładzać gorączki działania]
– Przecież możemy teraz, tutaj, ustalić, że nie przerywamy go, ale kontynuujemy…
O: [utrzymuje (odświeża?) to swoje przywództwo; tonem głosu nakazuje powściągnięcie emocjonalnego rozgorączkowania i powrót do chłodnego rozsądku]
– Jeszcze raz. Psycholog, czy są na tę chwilę jakieś prerogatywy za takim rozwiązaniem?
B: [akcentując swoje niezdecydowanie; tonem głosu daje do zrozumienia, że nie warto tego robić; niewerbalnie przeczy rozumianej wprost wymowie przekazywanego komunikatu słownego]
– Muszę szczerze przyznać, że są, ale obarczone głębokimi obostrzeniami…
Ś: [pełna buntu i sprzeciwu]
– Uzyskaniem zgody badanego…?
B: [wyraźnie zmartwiona, ale szczerze]
– Nie, podejrzany podchodzi do hipnozy entuzjastycznie. Przecież mówiłam.
Ś: [triumfuje]
– Właśnie! Nad czym my się zastanawiamy?!
B: [wyjaśniająco; oczekuje poparcia]
– …mówiłam, jakie mam z tym związane podejrzenia…
O: [zamyślona]
– Tak. Wiemy. Jakie są warunki kontynuacji od strony psychologicznej?
B: [plącze się; kluczy; konkretna odpowiedź, uruchamiająca przedmiotowe działanie wyraźnie nie jest jej na rękę – ale nie powie tego wprost]
– Jeżeli już, ale to tak zupełnie w ostateczności, miała bym się poddać i kontynuować…
Ś: [z politowaniem]
– Przestań…
O: [chyba jednak nieco rozbawiona, a nie zagniewana]
– Zespół się uspokoi! Pamiętamy o należnym urzędowi prokuratorskiemu szacunku…
B: [wylicza; jest bardzo niepocieszona, że musi to zrobić, ale lojalna]
– To, po pierwsze – dłuższe sesje. Co najmniej muszę go mieć do dyspozycji na cztery – pięć godzin dziennie. Bez przerw.
O: [nonszalancko]
– Załatwimy, aby go dowozili z aresztu zaraz po dziewiątej i nie zabierali go z powrotem wcześniej niż po czternastej. Co jeszcze?
B: [pogodzona już z koniecznością negocjacji warunków, na których spełnienie nie ma żadnej ochoty; do końca zachowując profesjonalny sznyt i drobiazgowość]
– I po drugie, sesje nie mogą być częściej niż co 72 godziny, najlepiej jedna w tygodniu… Tak, rozumiem, mogę zgodzić się na dwie w tygodniu. I to jest ostateczne, dopuszczalne maksimum.
O: [rzeczowo]
– Dużo tych seansów jeszcze potrzebujecie?
B: [poddaje się temu rzeczowemu stylowi]
– Co najmniej z dziesięć…
Ś: [emocjonalnie; nastawiona negatywnie; z tajonym sprzeciwem]
– To zajmie ponad miesiąc! Mamy przerwę na święta…
O: [racjonalnie; rzeczowo; ale na koniec już nieco rozbawiona]
– Nie, Psycholog, dochodzeniówka ma rację. Nie możemy tego przedłużać do końca stycznia! Trzy spotkania w tygodniu i kończymy na tydzień przed Wigilią. Nie, nie, nasza psychologia nie protestuje. Tak, oczywiście, to prokuraturze i dochodzeniówce zależy na tych seansach. Tak, hipnoza to nie postulat biegłego, wy jesteście przeciw. Tak, wy w ogóle możecie jej nie prowadzić i tak by było najlepiej. I właśnie dlatego takie jest moje postanowienie, a decyzja prokuratury – to dla was rzecz święta. Wykonać! Odmaszerować…

Z wolnej stopy 29

Zbigniew Milewicz

Dudek, czyli sposób na życie

Dzisiaj mija 56 lat od pierwszego, premierowego spektaklu kabaretu „Dudek“ w stołecznej kawiarni „Nowy Świat“, o którym mawiano, że był najlepszym przedwojennym kabaretem w powojennej Polsce. Miał on charakter literacko-aktorsko-satyryczny. W ciągu 10 lat działalności dał około 1000 przedstawień, na które złożyło się blisko 200 skeczy, monologów i piosenek kilkudziesięciu kompozytorów i autorów. W pamięci jego sympatyków, w tym także i mojej, żyje nadal, w słowach ze skeczy i piosenek, głosach wykonawców i obrazach, na szczęście uwiecznionych w zapisach fonograficznych oraz filmowych. Pewnie najsłynniejszy jest Sęk, ale wybór jest ogromny. Dudek kształtował gusta intelektualne całkiem sporej rzeszy rodaków w PRL-u i pochodził w prostej linii od Edwarda Dziewońskiego, który „był klasycznym przykładem artysty – przedwojennego warszawskiego inteligenta. I dlatego nie wyobrażał sobie życia bez towarzyskich spotkań, bez wymiany myśli, dowcipów, bon motów. Jego sposobem na życie towarzyskie stał się kabaret Dudek, gdzie umiał otoczyć się najwspanialszymi aktorkami i aktorami, (…) niekiedy bardzo zajętymi. Poza tym, że był doskonałym aktorem i reżyserem, (…) był niezrównanym animatorem kabaretowego życia. Przez te dziesięć lat, trzy razy w tygodniu, dobrze po godzinie 22, spotykali się ludzie w „Nowym Świecie”, żeby oklaskiwać swoich ulubieńców. Mimo że za szybami tej kawiarni panował socjalizm, było szaro, ponuro i nudno, Dziewoński przeciwstawiał się temu, kreując świat barwny i interesujący. Umiał doskonale ‘obchodzić’ cenzurę, wykłócał się z cenzorami, żeby przepuszczali co odważniejsze teksty. Pod koniec życia był już oczywiście panem leciwym i niedołężnym, ale zapamiętam go jako człowieka niesłychanie aktywnego, pełnego dynamiki – takiego, jakim był w Dudku.”

Tak wspominał go Wojciech Młynarski, który jako autor tekstów współpracował Dudkiem-Dziewońskim od początku istnienia kabaretu. Dudek to był pseudonim artysty, nad sceną kawiarni widniała łacińska nazwa tego pstro upierzonego ptaka: upupa epops. Poza Młynarskim stałym tekściarzem kabaretu był Stanisław Tym, pisywali dla Dudka Agnieszka Osiecka, Andrzej Jarecki, Jerzy Jurandot, Jonasz Kofta, Sławomir Mrożek, Jaremi Przybora i wielu innych, znanych twórców. Na scenie Dudka występowali regularnie Irena Kwiatkowska, Wiesław Gołas, Jan Kobuszewski, Wiesław Michnikowski i oczywiście sam jego założyciel.

Życiorys artystyczny Edwarda Dziewońskiego jest barwny, jak upierzenie dudka. Urodził się 16 grudnia 1916 roku w Moskwie, w rodzinie ze scenicznymi tradycjami. Ojciec, Janusz Dziewoński był znanym i dobrym aktorem, dziadek Romuald Wasilewski – basem, a także dyrektorem Opery Moskiewskiej. Potomek poszedł ich śladem. Po maturze zdanej w Berlinie i rozpoczęciu studiów aktorskich, postanowił kontynuować je w Warszawie. Tuż przed II wojną światową ukończył Wydział Aktorski w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej, ale dyplom odebrał dopiero w 1945 roku. W tymże roku zadebiutował na deskach łódzkiego teatru Syrena, a dwa lata później na wielkim ekranie – w roli gestapowca w Zakazanych piosenkach, którą mu zapewniła biegła znajomość niemieckiego. Potem był Ostatni etap Wandy Jakubowskiej, po czym przyszły role w innych filmach, m.in. w Ulicy Granicznej i Przygodzie na Mariensztacie. Prawdziwym sukcesem aktorskim okazał się jednak jego Dzidziuś Górkiewicz w Eroice Andrzeja Munka z 1957 roku.


Jako Dzidziuś Górkiewicz w Eroice

W audycji radiowej Anny Napiórkowskiej * poświęconej historii Dudka i jego twórcy, Stanisław Tym tak mówi o tej roli: zagrał w tym filmie wymyślonego antybohatera Powstania Warszawskiego, który robił wszystko co możliwe, aby uniknąć narażania życia i uciec z ogarniętej rewoltą Warszawy, paradoksalnie przyczyniając się do zwiększenia szans walczących powstańców. Ten niezwykle przewrotny film był polemiką z bogoojczyźnianą wizją historii najnowszej, a postać Dzidziusia, między innymi dzięki znakomitej kreacji Dziewońskiego, stała się tej polemiki symbolem.

Po czterech latach spędzonych w Łodzi, Dziewoński przeniósł się do Warszawy, do Teatru Narodowego. Później było Ateneum, Kabaret Wagabunda, Teatr Współczesny, Ludowy i Komedia. Z jego aktorskim i reżyserskim udziałem powstało około 74 spektakli. Jak głosi plotka, zaangażowano go w teatrze, bo miał … tupet. Dziewoński stanął przed dyrektorem teatru i oznajmił, że słyszał, iż ten poszukuje zdolnego aktora.
– Ma go pan przed sobą – dodał.
Dyrektor nie miał innego wyjścia, jak zatrudnić pewnego siebie młodzieńca.

Anegdot o nim opowiadało się wiele. Przytoczę jeszcze jedną, którą wspominałem już we wpisie Moja Kalina, ale to było tak dawno temu, że ją odświeżę. Wtedy zdarzenie wspominał Andrzej Łapicki, dziś mówi Gustaw Holoubek, a więc trochę się będą różnić te wersje od siebie:

W jednym z teatrów na próbie Kalina Jędrusik zapaliła papierosa. Na scenie nie wolno palić papierosów. Zbliżył się strażak i powiedział: “Proszę zgasić papierosa, bo tu nie wolno palić”. A Kalina jak Kalina – z wdziękiem odparła: “Odpie… się, strażaku”. I on strasznie się zamyślił, poszedł za kulisy i tam trwał jakiś czas. Potem nabrał powietrza, wrócił na scenę, ale tam już nie było Kaliny, tylko Basia Rylska. On jednak tego nie zauważył, bo oczy zaszły mu bielmem z wściekłości, i krzyknął do Rylskiej: “Ja też potrafię przeklinać, ty ku… stara!”. Kompletnie zdumiona Basia pobiegła do Edwarda Dziewońskiego, który był reżyserem spektaklu, i powiedziała mu, że strażak zwariował, bo ją zwyzywał bez żadnego powodu. Dziewoński strasznie się zezłościł, poszedł do strażaka i powiedział: “A pan jest ch….!” Przy czym strażak był inny.

– Jesteśmy na Ziemi, żeby się pośmiać. Nie będziemy mogli ani w czyśćcu, ani w piekle. A w niebie nie będzie wypadało – wygłosił Dziewoński w pierwszym programie swojego kabaretu na Nowym Świecie i od tamtej pory nieustannie bawił Polaków, żartując sobie ze wszystkiego i wszystkich.

Tak go zapamiętałem, razem pewnie z większością fanów – jako wybornego komedianta, choć sam całe życie bronił się przed szufladkowaniem. Wielomilionowej widowni telewizyjnej znany był przede wszystkim z Kabaretu Starszych Panów, z postaci Dosmucacza, operatywnego Kuszelasa czy frywolnego sędziego Kocia. Erwin Axer, współtwórca Teatru Współczesnego w Warszawie, wybitny reżyser teatralny tak wspominał Edwarda Dziewońskiego: był aktorem sceny i kabaretu, reżyserem, konferansjerem, recytatorem; bywał szefem teatrów i pamiętnikarzem. Wyróżniał się i zabłysnął we wszystkich tych dziedzinach. To zdarza się nieczęsto, ale się zdarza. Stworzył jednak coś jeszcze, co zdarza się znacznie rzadziej. Wykreował sam siebie: niepowtarzalną postać znaną wszystkim, co się z nim w życiu prywatnym i publicznym zetknęli. Postaci tej zapomnieć niepodobna, opisać ją bardzo trudno.

“Dudek” kochał kobiety i trzykrotnie stawał na ślubnym kobiercu. Pierwsza z jego wybranek była o 14 lat starsza od niego a ostatnia – młodsza o 20. W rozmowach z przyjaciółmi żartował, że teściowa jest od niego starsza tylko o cztery lata. Z drugiego małżeństwa z tancerką baletową, Janiną Smoszewską miał syna Romana.

Na zdjęciu z Ireną Małcużyńską

– Rodzice rozstali się trzy lata po ślubie i ojca jako takiego w domu nie pamiętam – wspominał w rozmowie z Tele Tygodniem Roman Dziewoński. – Mama nigdy nie powiedziała o nim złego słowa. Powtarzała, że jest genialnym aktorem i powinien mieć swój teatr.

W późniejszych latach kontakty ojca z synem przybrały charakter głównie zawodowy. Ich wspólną fascynacją był teatr. – Odwiedzałem ojca w kabarecie Dudek – opowiadał Dziewoński. Ostatecznie wybrał reżyserię, kończąc wcześniej architekturę. – Potem tak się potoczyło moje życie, że zostałem sam z pięcioletnim synem Piotrem i to był najwspanialszy okres mojego życia – dodał.

Swoje zaległości rodzinne dziadek nadrabiał z wnukiem. – Uwielbiali się. To taka przewrotka życiowa, z której bardzo się cieszę – zdradził Roman Dziewoński. Piotrek odziedziczył po mieczu talenty i zainteresowania. Skończył teatrologię i zajmuje się m.in. reklamą, pisaniem książek, scenariuszy oraz muzyką. Swoje relacje z dziadkiem opisał w ostatnim rozdziale książki Dożylnie o Dudku.

Choć Dudek nie wyobrażał sobie życia bez spotkań i wymiany myśli – mawiał wszak z upodobaniem, że jedyne życie, które ma sens to życie towarzyskie – nigdy nie przeszkadzała mu samotność. W dzieciństwie nie miał zbyt wielu kolegów, a w dorosłym życiu otaczał się tzw. przyzwoitymi ludźmi. Zaledwie do kilku osób miał zaufanie absolutne. W jego najbliższym kręgu do końca pozostały aktorki: Gabriela Kownacka, Ewa Wiśniewska, Magdalena Zawadzka, Agnieszka Kotulanka i Grażyna Barszczewska. – Dudek miał też inną twarz, smutną – wspominała Magda Zawadzka.** – Często ludzie, którzy proponują nam komedię, radość, wcale nie są w życiu tak zabawni. On był znakomitym przyjacielem, ale bardzo często miał smutną twarz, podejrzewam, że będąc sam ze sobą, wieloma rzeczami się martwił i przejmował – mówiła.

Wycofanie się Dudka z życia zawodowego było związane z usunięciem go w 1982 roku z Teatru Kwadrat, który założył po zamknięciu kabaretu na Nowym Świecie. Był jego głównym animatorem i kierownikiem artystycznym, bardzo więc przeżył swoją dymisję, co się odbiło na zdrowiu. Pod koniec życia największą radość sprawiały mu wizyty wnuka. Z zapartym tchem słuchał jego opowieści o tym, jak zmienił się świat i ludzie. Ostatni film, w którym zagrał, to Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza, w reżyserii Kazimierza Kutza, z roku 1993. Przedstawiał on dalsze dzieje głównego bohatera noweli Scherzo alla polacca z filmu Eroica. Górkiewicza ponownie zagrał Edward Dziewoński. Oba filmy powstały na podstawie scenariuszy Jerzego Stefana Stawińskiego. Artysta zmarł 17 sierpnia 2002 roku, w wieku 86 lat, w Warszawie.


Autor wyszukał dla Państwa materiał radiowy, który pozwoliłam sobie nazwać po prostu:

Dudek

* Historia kabaretu w rozmowie Anny Napiórkowskiej z Edwardem Dziewońskim w audycji z cyklu Sekrety, konkrety

* Rozmowa z Romanem Dziewońskim

*Edward “Dudek” Dziewoński we wspomnieniach. Audycja Natalii Grzeszczyk z cyklu Powtórki z rozrywki

No, a tu najsłynniejszy skecz Dudka, czyli Sęk (kolejne znajdą się same, jak się wejdzie na youtube’a):

Odcinek 6

Mieczysław Bonisławski

– Ja nie rozumiem, mówię dokładnie to, co wtedy słyszałem. Czy nie takie było dla mnie polecenie? Czy nie właśnie to, będziecie chciały towarzyszki uzyskać ode mnie?
Przestańmy sobie wmawiać, że dziesięciolatek mamrotał grzebiąc w piaskownicy, używając takich złożonych wypowiedzi. Takich długich fraz myślowych!
Mężczyzna powoli dochodzi do siebie. Popatrując na nią spode łba, zaczyna coś sobie układać w głowie. Z jego zmieniającej się miny, widać, że dochodzi w końcu do czegoś, co według niego pozwoli mu osiągnąć założony cel.
– Czy ja dobrze rozumiem towarzyszkę, towarzyszka mi nie…
– Skończmy z tym, zanim na dobre zaczniecie. – Pozwala sobie tylko na takie żachnięcie się. Przesłuchiwany nie może być dla niej towarzyszem, to nie ten sort człowieka. To ją obraża. Towarzyszem jest tylko ktoś równy jej pozycji, z którym ma jakieś wspólne cele. A jeżeli nie wspólne, to chociaż jej własne. Drobne żachnięcie się i szybki powrót do przyjętej postawy – Przytaczajcie tylko to, co rzeczywiście usłyszeliście. Dokładnie, bez waszej interpretacji. A jeżeli nie pamiętacie, to przestańmy marnować nasz czas. Takie mamienie funkcjonariuszy, nic nie pomoże w waszej sytuacji.
– A przecież ja… Drodzy ludzie…
Tak to wszystko oceniacie? W taki prosty sposób? – decyduje się wtrącić ze swojego odosobnienia Psycholog.
– …Bo przecież… – próbuje w końcu coś przekazać od siebie mężczyzna, ale tym razem przerywa mu Śledcza. Odpowiada niejako obojgu. A nie proszona – również reprezentując to, co ma na myśli Prokurator:
– To psychologicznie niemożliwe. Dzieciak powtarzałby to, co zapamiętał z rozmów dorosłych, ale nie tak głową, rozumowo, ale emocjami. To co w nim utkwiło, ale przecież w dużych nerwach. Bo chłopiec był zdenerwowany. To wynika z zeznań, z całości relacji… Dlatego to mogłyby być tylko hasła, symbole. W postaci krótkich, znaczących tylko dla niego samego komunikatów.
– A my tu mamy samodzielną, złożoną kreację myśli, poglądów, konstruowanie złożonych relacji słownych, no proszę…
– ironizuje Psycholog – Chłopiec, zatem, to nie mały człowieczek, tylko jakaś małpka i musi jak małpka…. Ja jednak mam tego po dziurki w nosie.
– …no i ja… Czy niby co? Bo to ja sobie wymyśliłem?! A może to chłopiec ma bujną wyobraźnię? – mężczyzna już wraca do pełnej kontroli swoich wypowiedzi i rozpoczyna regularny spór ze Śledczą. Ta podejmuje rzucona jej rękawicę:
– Musiałby być małym geniuszem.
– Albo dzieckiem po przejściach…
Szybko ucina to jednak Prokurator:
– Racja! To nie mogą być tyrady, one są zupełnie niewiarygodne. Przestajemy konfabulować! Mówimy dokładnie to co usłyszeliśmy i zapamiętaliśmy. A jak nie, to wracajcie do celi!
– Robicie błąd, obie panie. To tkwi w tym chłopcu. To czego nie szukacie, nie dostrzegacie nawet… – nie poddaje się mężczyzna. – I jak wy, drodzy ludzie, tak dojdziecie do czegoś…?

Cała trójka powoli, krok za krokiem odchodzi w trakcie tej rozmowy od piaszczystej wsypy demiurga w stronę jasnej plamy wyjścia spod betonowego sklepienia. W stronę Psycholog, ale ta nadal ich unika. Im oni krok bliżej niej, tym ona krok od nich.
Nikt już nie patrzy na patyki, na samochodziki. Leżą porozrzucane na piasku, nikomu niepotrzebne, zapomniane.
Stalowoszary mundur Porucznik niemal dotyka teraz popielatego żakietu Prokurator. Kobiety idą, przystają, znowu przemieszczają się o krok, czy dwa, prawie twarzą w twarz. Oddziela je tylko odległość obficie napiętych pod materią obu strojów czterech piersi. Sterczącego spiczasto biustu jednej i nieco bardziej okrągłego, trochę już opadającego – drugiej.
Anemicznie gestykulują rękoma. Można chwilami odnieść wrażenie, że jedna powstrzymuje ręce drugiej, że dłońmi odpychają się od siebie, ale to tylko wrażenie.
Ale rzeczywiście są zaabsorbowane tylko sobą. Przestały dostrzegać mężczyznę, który wlecze się za nimi. Pozostaje jednak niejako na uboczu toczącej się rozmowy. Wygląda to tak, jakby on nachalnie następował krok w krok za nimi, ignorowany i niedostrzegany. Jakby kobiety chciały się pozbyć natręta.
– On nic nie pamięta, albo nawet nic nie słyszał, bo po prostu nic takiego nie było. On nas zwodzi. Czy naprawdę warto to ciągnąć dalej? – piekli się Śledcza.
– Czy chcecie usłyszeć prawdę, czy tylko to, co pasuje towarzyszce porucznik? Proszę bardzo, już opowiadam tak jak się należy. Nie, nie przerywajcie tego! Dajcie mi szansę, drodzy ludzie! – zawodzi z boku mężczyzna.
– Nie czas jeszcze na analizy! Teraz róbmy to, po co się tu znaleźliśmy. Trzeba wykorzystywać każdą możliwość, nawet taką… – odgania się przed napastliwością Śledczej Prokurator, a po chwili całkowicie zmienia ton: – No nie powiemy przecież że przyjeżdżałam tutaj na darmo… Słuchajcie no, to już nie jest etap wstępny!. Ja chyba nie rozumiem naszej dochodzeniówki… Przyznajcie się, cała dokumentacja zebrana dotąd, to stek bzdur! Nie potrafiliście wyciągnąć żadnych wniosków z sensem! – zawahała się, ale zakończyła nieskrywaną wcale groźbą – Odpowiadajcie, po co mnie tu dzisiaj ściągnięto i niech to będzie uzasadniony powód!
– Bardzo, bardzo pani dziękuję… Ta towarzyszka, to…
Prokurator odruchowo spogląda w stronę tego głosu. I bez przekonania rzuca w kierunku mężczyzny:
– Tylko nie błaznujemy. Konkretnie, zwięźle, tak jak było.
– Wyjął z tornistra mały czerwony samochodzik. Postawił na drodze. To był duży Fiat, 125 p.
Śledcza staje między nim a Prokurator. Wyraźnie chce przerwać, wchodzi mężczyźnie w słowo, zagłusza go:
– W tej sytuacji, to ja poproszę prokuraturę o przerwę. Potrzebuję coś sprawdzić. Parę szczegółów.
– Też taki plastikowy modelik z kiosku „Ruchu” – przebija się mężczyzna.
Prokurator nie reaguje. Spogląda teraz w twarz Śledczej.
– Gdzie, tutaj?
– Nie, muszę wrócić na komendę. I chciałabym też zabrać jego
– wskazuje na przesłuchiwanego – coś mu pokazać. Jeszcze raz przepytać na pewne okoliczności.
– Wolałbym… – próbuje zaoponować mężczyzna, ale nikt go nie słucha. Obie kobiety stoją już na zewnątrz budowli, Śledcza gotowa do wyjazdu. On, stojący z tyłu, za ich plecami, jakby przestał dla nich istnieć. Na chwilę, kiedy kończą ten wątek rozmowy.
– Dobrze. Godzina musi wystarczyć.
– Wolałabym trochę więcej czasu. Czy mogę prosić, może tak do wpół do pierwszej…?

Wtorek, w dalszym ciągu. Po przerwie.
Godz. 13:30

Co może zmienić taka przerwa? Dużo.
Jakie zmiany wprowadzą do życia czterech osób dwie i pół godziny? Zaledwie dwie i pół godziny.
Znaczące.
Śledcza jest mocno niepocieszona. I wcale tego nie kryje. Powrót z komendy okazuje się jej porażką. Prokurator po wysłuchaniu relacji z czynności, jakie wykonali razem z przesłuchiwanym przez te – ostatecznie – prawie sto pięćdziesiąt minut, ma teraz twarz jeszcze bardziej zamarłą niż podczas tej burzliwej wymiany zdań przed przerwą.
To co tężeje w wyrazie jej oczu, w zaciśnięciu ust, w podkuleniu do siebie warg, znów ktoś kto jej nie zna, mógłby mylnie przyjąć za nowy grymas zawodu, całkowitej dezaprobaty, poczucia porażki i poddania się jej.
Czy dałby się zwieść? Ta kobieta całe życie pracuje nad tym, aby jej twarz niczego wobec nikogo nie wyrażała. Nawet wbrew mimowolnym, niekontrolowanym dąsom…
I właśnie tę, pozornie nic nie wyrażającą twarz odwraca teraz od Śledczej. Porucznik już wie, że ją rozczarowała i że najgorsze co ją obecnie czeka, to lekceważący stosunek Prokurator do jej tez i wniosków. A przecież jest tak pewna swoich przemyśleń. Czuje, że toczy się tu jakaś gra. I jest niemal przekonana, że te niebezpieczne dla całego postępowania machinacje są sprawką właśnie tego mężczyzny. Nikt inny jej do tego nie pasuje. I dlatego potrzebuje wsparcia Prokurator dla uratowania tego śledztwa! Tak bardzo potrzebuje…
Prokurator odwraca jednak głowę od Porucznik i widzi przed sobą Psycholog. Też w zupełnie innym nastroju niż przed przerwą.

Kobieta w brązowej sukience, z równie zamarłą twarzą, asystuje szykującemu się do dalszej rekonstrukcji mężczyźnie. Pod maską obojętności kryje się zadowolenie. Psycholog, gdy jest w dobrym nastroju, potrafi go ukrywać po to, aby wykorzystać nieświadomość swoich oponentów. Przed przerwą, w tym odosobnieniu na granicy hali, na pewno jej twarz nie była taka spokojna… Tym odejściem na parę kroków od pozostałych maskowała wszystko, co wtedy można by było wyczytać z jej niezwykle ekspresywnej mimiki osoby, która zupełnie się emocjonalnie posypała. Teraz sytuacja się zmieniła. Zadowolona, w pełni panuje nad sobą.

W oku Prokurator przez krótki, nieuchwytny moment iskrzy diabelski błysk. Wie, że Śledcza, do której odwróciła się przecież plecami, nie może tego widzieć. Czy to szalbierstwo jest skierowane przeciwko niej? Czyżby porażka Porucznik i sprowadzenie śledztwa na manowce, były na rękę Prokurator?
Wszyscy czekają na jej decyzję o dalszym przebiegu tej wizji lokalnej. Każde z nich ze swoim własnym niepokojem.
Kobieta w garsonce wygląda teraz, jakby nie szukała już nowych rozwiązań. Podda się obowiązującej procedurze, aby jak najsprawniej zakończyć to, co zostało rozpoczęte. Najsprawniej, niekoniecznie modelowo czy nienagannie. Za to do samego końca. Na analizy przyjdzie czas. Później. Teraz niech mężczyzna mówi, mówi i przede wszystkim – kończy. Niech mówi, tak jak uważa i to, co uważa. One są na tyle doświadczone, aby sobie poradzić z tym, co od niego otrzymają. Poradzą sobie, tak jak wymagają od nich tego ich przełożeni i ogólna sytuacja. Tak, ważne aby dopowiedział i pokazał wszystko, wreszcie, do końca i potwierdził, że to rzeczywiście jest już całość, że to jest faktycznie ów koniec. A one z tym sobie poradzą, niezależnie od tego, co usłyszą. Ważny jest jego podpis na zakończenie, dowód, że już nic więcej nie może się pojawić nowego, niespodziewanego, a to co on powie… Ma małe znaczenie. W zasadzie nie ma znaczenia.

Zatem czeka na nie jego świat. Wykreowany podobno przez małego chłopca, a który on podejrzał. Nowe sceny, nowe dialogi
Mężczyzna znowu staje wyprostowany nad piaskownicą tego jakiegoś demiurga (co to za stwór? Czyj to wymysł?) Rozsstawia nogi, pochyla się nad rozłożonymi zabawkami. Klęka na piasku i mówi:

– Wyjął z tornistra dwa, czy trzy małe samochodziki i porozstawiał w piaskownicy na ulicy. To były takie plastikowe modele z kiosku „Ruchu”. Duży czerwony Fiat 125p i niebieski pick-up Syrena z białą plandeką, i czerwony Żuk, też z plandeką.
Głosy wokół Fiata:
– „Dobry zryw. Musieliście go robić, panie magister… /Jedźmy już, panowie, późno się zrobiło. /O, i o takich właśnie sprawach powinieneś pisać, Demianiuk. A wy robicie z siebie wielkiego redaktorka… /A macie jakiś cynk, panie Pułkownik? A może dostanę coś z odcinka sportu dzieci i młodzieży, moi drodzy panowie? /A żeby pan wiedział, redaktorze. Usłyszałem ostatnio parę ciekawych rzeczy, od moich chłopaków. Więźniowie zaczynają pracę na budowie osiedla rano i o dziesiątej mają drugie śniadanie. I potem, już po piętnastej, chłopcy z osiedla, na takiej pustej budowie, zbierają po nich butelki i sprzedają w skupie… Jakie to ma znaczenie w którym? Ale dobrze, w skupie, przy SAM-ie na Zubrzyckiego…”
Autko zatrzymuje się, przepuszcza jadącego główną ulicą Żuka. Potem z piskiem opon przyspiesza i wyprzedza furgon.
Głosy z Fiata:
– „Całe osiedle areszt zbudowawszy, he, he…. To nie są tematy dla mnie. Przekażę Ryndakowi, jak go znowu spotkam. /A dlaczego miały by nie być? Chłopcy znajdują różne rzeczy. /Tak w ich kieszeniach? Czyli co, grzebawszy w porciętach i gatkach, aż wygrzebawszy…. Ciekawość, cóż ta takie może być z tych gatek, he, he, he… /Chłopcy penetrują popołudniami nie pilnowane i nie domknięte baraki. Te, gdzie więźniowie się przebierają, jedzą. /I co tam znajdują, trenerze? /Najczęściej martwe myszy w butelkach po mleku. Robotnicy robią sobie w nich pułapki na te dokuczliwe gryzonie. Zdarzają się zakrwawione pakuły, obtłuczone szyjki po piwie. /Ty, magisterek, „tulipany” to dla kryminalnego. Jak znalazł dla redaktora. A właśnie, ty, redaktorek, gdzie uciekasz…? Do pióra… /Stare szpargały po Niemcach… /No, no! Przeglądał to trener, było coś faktycznie istotnego? Zaraz, zaraz… A czemu to my nic o tym nie wiemy? Ukrywasz takie informacje, ty magisterek? Chodźże no tu… /Skądże, szefie! Nie ukrywam – to tylko stare szpargały. Takie tam, sprzed trzydziestu lat…”
Fiat zwalnia, człapie za pick-upem.
– Moja siostra! Stanę tu na chwilę. Pozwolicie panowie…? – wykrzykuje mężczyzna imitując głos Trenera-Magistra.
Autko zamiera, przytrzymane jego dłonią.
Wstaje z klęczek. Otrzepuje spodnie z piachu. Zaczyna zbierać porozrzucane patyki. Odchodzi kawałek w stronę filaru. Zatrzymuje się tak, że dotyka go wyciągniętą przez siebie ręką.
Chwilę stoi sztywno, w milczeniu. Buduje napięcie.
I z nagła strzela całymi seriami słów, które mkną z szybkością i intensywnością pocisków uwolnionych przez erkaemistę z lufy szybkostrzelnego karabinu. Czyni to po mistrzowsku, sprawnie łącząc zmiany modulacji głosu z animacjami patyczków. Tak jak przed przerwą.
Tym razem kobiety jednak nie szukają w tym błędnych intencji i sprzecznych okoliczności. Dają się ponieść fascynacji tym osobliwym wyrazem artystycznym i mistrzostwem animatora.

Patyk numer 2: „Teresa!”
Patyk numer 5: „Cześć. A… Dzień dobry, redaktorze.”
Patyk numer 1: „Pozwólcie mi, panie Pułkownik. A oto i ona, pani Teresa Barczyńska. Ona uczywszy w tej nowej szkole, przy Gwardii Ludowej. Prywatnie, siostra magistra.”
Patyk numer 3: „A, miło poznać przedstawicielkę takiego odpowiedzialnego zawodu… A siostrę znakomitego trenera – tym bardziej…”
P5: „Pułkownik? To pan wojskowy?”
P1: „Uważajcie, panie Pułkownik. Siostra Sosińskiego wyjątkowo nie znosiwszy komuny.”
P3: „Dlaczego?”
P5: „Tylko ubecji. Za życie.”
P3: „Nauczycielka? Pani, zapewne, po studiach?”
P5: „A pan też, że jak po studiach, to z władzą było tylko po drodze?”
P3: „Uproszczenie?”
P5: „Zdecydowanie”
P3: „Mówi pani, zdecydowanie?”
P5: „A żeby pan wiedział, pułkowniku. Tak właśnie! Głupi, bardzo głupi stereotyp. Docent, profesor, prokurator – tacy na pewno na coś poszli, ale zwykła nauczycielka… Co wy wszyscy chcecie od nas, nauczycieli? Po swoich się porozglądajcie. Po urzędach, katedrach. Sądach. Kancelariach. A od szkoły, to proszę – wara! Wara wam wszystkim…”

Za filarem Śledcza otwiera teczkę i pokazuje Psycholog wyjęte z niej papiery. Pochylają się teraz nam nimi obie, zgodnie niczym duet łyżwiarek czy tancerek. O Barczyńskiej jest w nich tylko tyle, że uczy fizyki oraz informacja o tym, gdzie ukończyła uczelnię, gdzie należała. Trochę materiałów operacyjnych, o córeczce, o separacji z mężem przemocowcem i alkoholikiem.
Skąd u niej bierze się ta zadziorność? Tego próbuje dociekać Śledcza. Psycholog coś jej tłumaczy… Może działa w związku nauczycielstwa? Może w komisji socjalnej? Nie, to nie to…
Rozpatrują możliwości wynikające z jej osobowości, przeszłości… Podobnie jak kukiełki – gałązki, ożywiane przez mężczyznę:

P3: „No, to jak tam u was, wśród nauczycieli po studiach na komunistycznej uczelni jest z tą komuną?”
P5: „Naprawdę niewiele było trzeba, aby ubecja mi brata zabiła.”
P2: „Teresa, daj spokój!”
P5: „A dlaczego mam milczeć? To twoi znajomi przecież. Jak wojskowy, to niech wojsko też wie. Może na coś się przyda… Całe lata zmarnowałeś, gdy cię zesłali na tę wieś… A co zrobili z twoim najlepszym przyjacielem…?”
P2: „Teresa była narzeczoną Ostrowskiego. Gdy go wtedy skazali… Tak, tego samego, od sprawy wiaduktu na kolei szprotawskiej. Wiaduktu, dobre sobie…! Ruiny przy Krakusa, które sami niedawno zburzyliście, przy budowie tej nowej trasy, Wojska Polskiego…! Teresa długo była potem sama…”

Śledcza kiwa ręką na Prokurator. Ta niechętnie odrywa wzrok od animacji, podchodzi do porucznik. Chwilę szepczą. Prokurator przecząco kręci głową. Nie, nie zgadza się. Sprawa tego jakiegoś Ostrowskiego to już dawno zamknięty rozdział. Jakieś lata pięćdziesiąte, stalinowskie wypaczenia. Nie ma znaczenia to, do czego nawiązuje ta Barczyńska i jej brat, Trener-Magister. Sprawa nie będzie rozszerzana o te wątki. Prokuratura się nie zgadza. Koniec, kropka. Po temacie.
A matka chłopca? Córka tego wojskowego prokuratora… To jest przecież jakaś nić. Prokurator patrzy na Śledczą wzrokiem bazyliszka. Jakby chciała ją tu, na miejscu położyć trupem…
Jak to się skończy? Nijak. Nie skończy się. W ich konflikt wchodzi Psycholog i obie je ucisza, zwracając jednocześnie ich uwagę na kolejną sekwencję scenek. Kluczowych dla sprawy, jak podkreśla, po czym całkiem zgrabnie, a przede wszystkim skutecznie skupia całą ich uwagę na tej rozmowie Redaktora z Nauczycielką:

P1: „Poproszę na słówko, moja pani profesor… Odejdźmy. Tu, na bok… A oni wyjaśnią sobie, co mają wyjaśnić…”
P5: „Nawet dobrze się składa… Redaktorze… Ten chłopiec, który ma być z mojej klasy… Czy to Januszek? Oni sprowadzili się ostatnio na Waszkiewicza?”
P1: „Tak, to ten.”
P5: „To na pewno wnuk tego stalinowskiego prokuratora? On i sprawa… mojego…”
P1: „Ostrowskiego. Tak, to jest pewna informacja. Przecież pokazywałem tę starą gazetę, pani profesor… Tę z pięćdziesiątego…”
P5: „Ten artykuł…”
P1: „Spóźnione skrupuły, pani porfesorko?”
P5: „Żadnych! Jeśli to ubeckie szczenię, to wyrośnie z niego taki sam bandyta. To trzeba plenić do któregoś pokolenia… Dostanie to co mu się należy.”
P1: „Są i inni nauczyciele. Pomogą? Przeszkodzą? To są jednak ostateczne nauczyciele?”
P5: „Ja też jestem nauczycielką… Coś panu w tym nie pasuje, Redaktorze? Ja przecież też nią jestem.”
P1: „Nawet wychowawczynią tego Januszka. Zapamiętałem i trafiłem w sedno.”
P5: „Co proszę…? Ach tak… Wszyscy jesteśmy nauczycielami, wychowawcami, mamy swoją misję. Mamy własne posłannictwo wobec historii, wobec rodziny… To są moi koledzy, którzy tu żyją i widzą.”
P1: „Opowiadacie sobie takie rzeczy? Co takiego opowiedziała im pani, pani profesor? To były zwierzenia o sobie, o bracie, o tamtej historii? A o mnie, o mnie cokolwiek im pani powiedziała, moja droga Tereso?”
P5: „Skądże! Jak nauczyciel, to od razu musi być głupi? Iść na postronku, ześwinić się władzy…? Moi koledzy z pracy mają własne oczy. Nie ulegają propagandzie jak inne grupy… A co do szczeniaka, jest w mojej klasie. Komu uwierzą jak nie wychowawczyni klasy ”
P1: „Komu pomogą, pani, pani wychowawczyni klasy?”
P5: „Nie potrzeba. Klasa go zeżre.”
P1: „Czyli, o ile dobrze rozumiem, zaplanowała pani samosąd? A dobrze pani sobie wszystko rozważyła, moja droga Tereso? Tak? No, dobrze, ostatecznie to twoi wychowankowie, ty ich uczysz różnych rzeczy… Niech go pobiją. Masz odpowiednich łobuzów w swojej klasie, pani profesorko?”
P5: „Słucham?”
P1: „Stawiam jeden warunek. Chcę przy tym być!”
P5: „Nie rozumiem, redaktorze…!”
P1: „To jest oczywiste, ale wyjaśniam. To ja powiem kiedy i gdzie dojdzie do pobicia. To będzie temat dla mnie! Przemoc w szkole, pani profesor.”
P5: „Nie myślałam, że to tak. Chciałam sama… za swoje krzywdy… Ale skoro tak musi być – to niech i będzie!”

Wtorek, tuż przed końcem. Pierwszy zmierzch.

Zmęczenie…
Zapadał mglisty, listopadowy wieczór. Taki co to może przenosić między ludzi wszystkie ich wyobraźnie.
Zniechęcenie…
W gęstej mgle zawarczał silnik i z tej mgły ruszył Fiat.
– Brryy, brryy… Wziuuuu…!
To był na pewno tamten Fiat.
Wziął ostro zakręt. O mało nie wypadł z drogi. Ni stąd, ni zowąd niebieski Jelcz podniósł się z torów pod wiaduktem i wyskoczył na ulicę, którą właśnie szarżował plastikowy fiacik. Na skrzyżowaniu, z boku wyjechał pick-up. Nie wyhamował i uderzył w autobus. Jelczem obróciło, pękatym nosem zaczepił o Żuka.
W to wszystko wyrżnął z impetem czerwony Fiat. Aż go uniosło. Dachował.

Przed stojącymi obok kobietami nie było już mężczyzny w więziennym drelichu. Poniosła je ta ekspresja i osnowa jego wizji. Przed ich oczami był dziesięcioletni uczeń klasy 4c szkoły podstawowej przy Gwardii Ludowej. Widziały, że chłopcu nie wystarczyło to, co zrobił (stało się?) przed chwilą. Widziały jak znowu podniósł mały model i Fiat ponownie spadł z wysoka. Gruchnął głośno. I jeszcze raz, pośród krzyków miażdżonych pasażerów zarył głęboko w piasku, wyżłobił krater. Huk, zgrzyt, wycie syreny pogotowia ratunkowego, tumany piachu – szarpane małymi dłońmi – podnosiły się i opadały niczym podczas pustynnej burzy. Leciały na autko, zasypywały go.

I naraz znowu cisza.
Cisza.
Teraz chłopiec szybko, nerwowymi ruchami spakował wszystko do tornistra i wybiegł na budowę, pomiędzy sterty płyt stropowych a cielsko dźwigu „Marian”. Przebiegł przez szeroko rozstawione szyny, w kierunku bloku stojącego po drugiej stronie rozgrzebanej osiedlowej ulicy. Ulicy Generała Waszkiewicza.
Biegł z powrotem do domu.
Po szkole.
Na obiad?
Do piwnicy?

Mgła opadła na miasto. I pogrążyła je w letargu zapomnienia…

Odcinek 5

Mieczysław Bonisławski

Czwartek, dłuższa chwila po przerwie na obiad

– …Posłuchaj mnie teraz, proszę, uważnie. Przeczytałam to podczas obiadu i potem jeszcze raz, i nic mi się tu nie zgadza.
– Czy nie podoba się…?
Nie, to nie to… – kobieta z zastanowieniem w głosie urywa wypowiadane zdanie. By niemal w tej samej chwili niespodziewanie zacząć, jakiś zupełnie inny, nowy wątek – A, wiesz ty jednak co? Ale to już tak zupełnie na marginesieOd jakiegoś czasu rozmawiasz ze mną wreszcie normalnie. Bez tego napięcia. Też to widzisz?
– Czy co widzę? – mężczyzna po raz drugi w krótkim czasie daje się jej zaskoczyć.
To, że nie jesteś już spięty podczas naszej rozmowy. Staranniej niż jeszcze przed miesiącem budujesz zdania, ograniczasz te swoje natręctwa.
– Pani też teraz mówi do mnie inaczej. – zdezorientowany szuka sposobu sparowania tego, domniemanego przez niego, ciosu od kobiety.
Jak to inaczej?
– Inaczej niż na początku. Może to stąd? Czy nie sądzi pani? – z nieukrywaną satysfakcją znajduje ripostę.
Ja… zatem… Wiesz co myślę? Tak nie planuje dnia dziesięciolatek. To jednak musi być ktoś dorosły. Kto tak naprawdę budzi się rano w tej opowieści?
– Januszek.
Nie, proszę….
– Tak!
Ja jednak znam profesora Pasternaka. To jest stateczny, wręcz majestatyczny mężczyzna.
– Jaki?
Majestatyczny…?
– Ha, ha, ha…
Zatem, dobrze, nie musi być majestatyczny. Ale znam go osobiście, faktycznie mieszka w takim punktowcu, ale on nie naprawiałby samochodu przed blokiem i nie popijałby wódki w piwnicy… I nie prowadziłby takiej filozoficznej dyskusji na ławce, z przypadkowymi ludźmi.
– Akurat wtedy, w tej piwnicy, to było wino, a nie wódka.
Nie, po prostu wymyślasz to wszystko sobie i oszukujesz mnie.
– Nie. Jednak nie.
Tak. Pomyśl czemu to robisz, czemu musisz to robić i zrób z tym coś tak, abym ci uwierzyła. Musisz być wiarygodny dla mnie i dla siebie samego. Musisz zrozumieć do czego potrzebne ci są te kłamstwa? Masz czas do jutra. Inaczej… – kobieta zawiesza głos. Nie chce powiedzieć czegoś oczywistego w tej sytuacji. Czegoś, co pragnie, aby zostało niewypowiedziane. To coś, jeżeli nie przejdzie jej przez usta, może właśnie dzięki temu się nie stanie? Nie ziści?
– Czy co inaczej…?
Musisz być wiarygodny – powtarza się, jakby w tym jednym właśnie tkwiło coś ważnego, coś najważniejszego. – I nie chodzi już nawet o mnie. Mów prawdę, wtedy one tu nie przyjdą i nie dokończą sprawy po swojemu…
Składa w zamyśleniu papiery, chowa je do torby, wstaje i podchodzi do drzwi. Wskazuje je mężczyźnie jednoznacznym skinieniem głowy.
– Kończymy? Nie wiem, czy tego chcę…? – on próbuje oponować. Ale tak zupełnie bez przekonania. Jakby nie wierzył jeszcze w to, co się dzieje. W to, co ona mu robi.
Tym razem ja tego chcę! – rzuca mu sucho, beznamiętnie. Nie wiedzieć czy dla samej siebie, tak aby utwierdzić się w już podjętej decyzji, czy bardziej jeszcze dla niego, aby go otrzeźwić. – Potrzebuję prawdy. Jeżeli zechcesz, możesz przyjść, ale dopiero jutro rano… Z prawdą.
– To wszystko prawda…! – mężczyzna w końcu zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Zdeterminowany próbuje jakiejś ostatniej deski ratunku.
Do jutra. Oddziel kłamstwa.
– Kiedy to jest prawda… Co mam zrobić? – z jego głosu bije bezsilność, poczucie klęski, a co najgorsze, poczucie braku wpływu na bieg zdarzeń. Jakby rzeczywiście wszystko całkowicie wymykało mu się spod kontroli.

Piątek, godz. 8:30 rano

Przemyślałeś?
– Tak, drogi człowieku.
Nie jestem wcale drogim człowiekiem. Ani dobrym. Chcesz opowiedzieć dalej?
– Tak, bo wszystko to prawda. I jak pani da sobie z nią radę? Bo pani nie wierzy?
Nie wierzę. A ty znowu zaczynasz te swoje natręctwa.
– Czy co ja zaczynam? I jak uda się pani uwierzyć? Bo zacznie pani w końcu wierzyć!
Mów normalnie! Potrafisz rozwijać piękne zdania, gdy wyłazi z ciebie czaruś. Bo spotkamy się w pełnym gronie. Wiesz co to znaczy… – w powietrzu czuć ukrytą, niewypowiedzianą do końca groźbę. Groźbę czegoś, czego tak naprawdę żadne z nich nie chce, aby się ziściło.

Wtorek w następnym tygodniu
Godz. 9:00 rano

On jest jak zwykle w swoim beżowym, więziennym drelichu. Nadal, konsekwentnie nie chce korzystać z prawa osadzonego do prywatnego ubrania. Nawet sam Naczelnik tego nie rozumie. Dlaczego odmawia tego, o co dla niego, tak zapalczywie, walczyli ci profesorowie, zajmujący się etyką i wolnością? O co sami więźniowie jeszcze niedawno wznosili bunty?

Ona ma dzisiaj o wiele bardziej niż ostatnio stonowaną kreację: prostą ciemnobrązową rozkloszowaną sukienkę maxi, z rękawami niemal na całe ręce. Na nogach – ciemne kozaczki.
Prokurator zjawia się na tym pierwszym spotkaniu w popielatej garsonce. Żakiet prosty, lekko rozszerzający się u dołu, tylko poły fantazyjne, półokrągłe. Spódnica do połowy łydki. Nylonowe, popielate rajstopy.
Śledcza jakby nie pamięta o tym, że ma to być spotkanie kobiet, zaangażowanych do sprawy: ma na sobie po prostu swój mundur porucznika MO.

Mamy być pewni, że tak właśnie jest dobrze! Popatrzmy tutaj…!
– Czy jestem…? O, doskonale pewny. Do – sko – na – le, drogi człowieku. – mężczyzna nie widzi kobiet schowanych w cieniu surowej, XX-wiecznej „arkady” z betonu, epoki „wielkiej płyty”. Ale kieruje swoje wypowiedzi w kierunku, gdzie je zapamiętał. Zakłada, niemal z niepodważalną pewnością, że jego słowa docierają tam gdzie trzeba i tak jak trzeba.
Tylko bez eufemizmów. Stajecie, tam gdzie wtedy. – Prokurator wychodzi z cienia. Botki, mimo, że na niskim obcasie, nieco grzęzną, gdy podchodzi do łachy żółtego piachu i próbuje stanąć tak by mieć ją całą w zasięgu… ręki.
– Tu. Stałem tu, za tym filarem. – teraz on przechodzi dokładnie w odwrotnym kierunku i niknie nieco w cieniu – On bawił się w piasku. Na ułożonych torach, tak jak mówiłem poprzednio… A czy tak pani będzie to sobie wyobrażać?
Były ułożone tak jak teraz? – Śledcza próbuje przyśpieszyć akcję, nie bardzo zresztą wiedząc, o co dokładnie chodzi Prokurator. Czuje tylko, że musi coś zrobić, zaznaczyć swoją obecność.
– To był naprawdę bardzo pomysłowy chłopiec… – mężczyznę chyba bawi cała sytuacja. Odwraca wzrok od mundurowej, jakby jej tu w ogóle nie było i o nic go nie pytała.
Czy tak to wyglądało, człowieku!?! – porucznik daje się wyprowadzić z równowagi.
– Bo wiecie… – a on przerywa w końcu ten swój słowotok i udając troskę, pośpiesznie kończy – A tak, wiem, drogi człowieku… I będziesz chcieć usłyszeć, że dobrze wam to ułożyli.
Może jednak wszyscy podejdźmy. I proszę, wszystko odtwarzamy bardzo dokładnie. Po kolei, zdanie po zdaniu, już dobrze? A wy skończcie z tymi swoimi natręctwami!

Mężczyzna spogląda z tłumionym politowaniem na Psycholog. Ale powstrzymuje się przed kolejnym zagraniem przeciwko nim. Bierze w ręce porozrzucane po piasku patyczki. Zaczyna nimi manewrować ponad żółtą łachą, jednocześnie opowiadając:

– No więc bawił się takim małym modelem autobusu… – rozgląda się i nie znajdując na razie wokół siebie tej zabawki, próbuje ją opisywać – Niebieski „jelcz”, taki jaki można kupić w kiosku „Ruchu”…
Zanim go wyjął z tornistra i postawił na drodze nieopodal wiaduktu… – kopie lekko butem w niewielki pagórek z piasku, wznoszący się nad „torami” – Była rozmowa. Nie wiem gdzie, może w mieszkaniu, przed wyjściem z domu? A może już na przystanku autobusowym?
Ta większa postać mówiła głośno… – potrząsa patykiem – Ale takim wysokim, dźwięcznym głosem. To musiała być kobieta. A ten mniejszy patyczek mniejsza osoba… – druga ręka – To było jakieś dziecko, drodzy ludzie.
I patyczki zaczynają mówić do siebie. Jego głosem:
– „Pokaż jak wyglądasz? No i jak się ubrałeś! Przecież idziemy do pani psycholog…” – gderliwie pokrzykiwała kobieta.
Dziecko: „Nie chcę tam chodzić, nie chcę!”
Kobieta: „Nie mamy o czym rozmawiać. W nowej szkole miało być inaczej, i co? Sam tego chciałeś…”
Dziecko: „Nie chciałem!”
Kobieta: „Pamiętasz, jak pani psycholog się nazywa? Pani doktor Ber, powtórz… Gdzie ta przychodnia jest? Pamiętasz przy jakiej szkole?”
Dziecko: „Nic nie pamiętam!”
Kobieta: „To jest szkoła sportowa, numer dziesięć. Wysiądziemy na przystanku przy szpitalu, tam zaraz za parkiem. Pamiętasz co jest przed szkołą? Taki betonowy ptak w fontannie…”
Teraz do patyczków dobiera jeszcze małe, plastikowe zabawki a opowiadanie nabiera przez to nie tylko większej ekspresyjności, ale staje się też niezwykle dynamiczne. Mężczyzna dodaje też różne dźwięki, odgłosy, zwielokrotnione dialogi.
Autobus – zabawka, którą właśnie znalazł, postawiony jest już na ulicy, czyli na rozgarniętym bokiem buta śladzie na piasku. Popchnięty dłonią „podjeżdża” na przystanek. Długo „prycha” jego silnikiem, że niby, na wolnych obrotach, bo ludzi chcących jechać jest bardzo dużo i tłoczą się przy wsiadaniu.
– Pyr, pyr, pyr. Psik. Wry, wry, wrrrrrrrrryyy!
Imituje trzask zamykanych drzwi automatycznych. Wziuuu… Trach! I znowu, te głosy niby z autobusu:
– „Aua! Jezu, aaa…! /Boże, coś się stało! /Ludzie, spokojnie… /Panie kierowco! Zabiło człowieka. /Nie, przytrzasnęło w drzwiach. Ma złamaną rękę. /Panie kierowco, drzwi! Otworzyć drzwi. /Kierowco! Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.”
– Pyr, pyr, i – iiiich!
Autobus – zabawka stoi teraz już na wiadukcie, nad torami dawnej kolejki szprotawskiej.
Kierowca a potem inne głosy z wnętrza:
– „Co tam? /Drzwi przytrzasły rękę. /Otwieram! /I co? /Żyje, ale cała łapa we krwi. Mdleje, trza mu na pogotowie. /Mam kurs. Przed dworcem skręcę na pogotowie. Wytrzymasz pan?”
Plastikowy, niebieski jelcz znowu jest w ruchu.
– Pry, pyr, wryyyyyy. I – iiiich…. Wry, wry, wrrrrrryyy!
Hamuje na zakręcie, skręca w inną ulicę, potem na skrzyżowaniu znowu. Staje na przystanku, rusza. Hamuje, skręca w jeszcze innym kierunku. Raz, drugi, przyspiesza. Z wewnątrz dochodzą rozmowy:
– „Była już pani w nowym domu towarowym? Jeszcze nie… Ja byłam. /A, dzień dobry. Warto tam zajrzeć? Sklepów dużo, towary takie lepsze, ale drogo. /Może w Poznaniu to „Centrum” ma ludzi, ale nie u nas… /Poukładane tak, że wszystko widać. Przestronnie jest, oświetlone. Wybór, luksusy. Gdzie nam do nich… /I co, pójdzie pani? Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent kupię. /Ja pójdę, popatrzę. Wezmę coś małego, na pamiątkę. /Słyszałam, że telewizory kolorowe mają. Bez zapisów. Córka dostała mieszkanie. Kupiłabym jej…”
Autobusik znowu skręca, przystaje. Głos w środku:
– „No, idź pan na to pogotowie. Co on taki miękki, nie zemdlej mi tu pan! Może ktoś z nim pójdzie? Weźmie go pan? Ja nie mogę czekać, mam kurs. Dobrze, ale pięć minut i jadę.”
Zabawka kierowana pewną ręką jedzie dalej. Niedaleko, ledwie do parku, za którym, za zakrętem – według informacji matki chłopca – jest ten, jakiś tam, szpital. I nagle, w jakimś nieokiełznanym zrywie, autobus skręca w dokładnie przeciwnym kierunku, wjeżdża na wiadukt wznoszący się naprzeciwko parku, przerywa barierki, a prowadząca go dotąd tak pewnie po ulicach ręka, rzuca nim w dół. Tak że spada ze środka wiaduktu na jadący pod nim pociąg. Wybuchy, wrzaski ludzi, zgrzyt deformowanych blach, zawodzenie rannych. Samochodzik podrzucany trzy, cztery razy przez mężczyznę wylatuje w górę i opada bokiem na piasek.

Cisza.

Nadal wtorek
Kilka minut po godz. 10:00, bez przerwy

– Niezła bomba. O, przepraszam… Naprawdę, ja tak niechcący. – miarkuje się poniewczasie Śledcza, ale Prokurator nie zwraca na nią uwagi.
– No widzicie… I taka szokująca historia… – próbuje wzbudzić w nich przychylne politowanie Psycholog. Z równie miernym skutkiem.
– Rozumiem, że to wszystko nagrywamy! To teraz to, co było dalej! Opowiadamy po kolei.

Mężczyzna przełyka ślinę, aż mu chodzi grdyka. Prokurator sprawia jednak na nim silne wrażenie. Traci nawet chęć na te swoje gierki, których tak chętnie próbuje na Śledczej i Psycholog. Posłusznie wykonuje polecenie:

– Odszedł. I zostawił zabawkę na tym pobojowisku i odszedł tam w kąt, o tam. – przechodzi, pokazuje – I stanął tutaj przy filarze, a z czasem uklęknął w piasku. Bo przez ten czas rozmawiali ze sobą trzej mężczyźni. A przy tym pod koniec, doszedł tutaj jeszcze i czwarty.
Jacy znowu oni? Co znaczy to tutaj! Czyli gdzie konkretnie? – piekli się mundurowa, podejrzewając kolejny podstęp z jego strony – Co to za mężczyźni, skąd się wzięli? Jakieś nazwiska. Po co i do kogo przyszli?
Spokojnie, spokojnie… Jednak może posłuchajmy tego… – uspakaja ją Psycholog, dając do zrozumienia, iż wie znacznie więcej od nich, że ma już tę historię przepracowaną z pacjentem podczas ich spotkań. I że na pewno wniesie ona dużo do postępowania, które razem prowadzą.

Uzyskuje przynajmniej tyle, że Prokurator w milczeniu kiwa potakująco głową. I znaczącym spojrzeniem ponagla mężczyznę.

I on znowu łapie za porozrzucane na piasku patyki. A te, tak jak kobiety widziały to już poprzednio, przed godziną dziesiątą, ponownie nabierają życia. I gadają jego głosem:
Patyk numer 1: „Jak tam idą treningi, panie magister?”
Patyk numer 2: „Nie gorzej niż panu zbieranie nowin, redaktorze.”
P1: „Ale tak robiwszy w piłce ręcznej…? To ja by rozumiał, gdyby w footballu, w żużelu, no, w podrzucaniu gały do kosza, ostatecznie…”
P2: „Zobaczy pan po Olimpiadzie. Niechby tylko nasi zdobyli jakiś medal, to całkowicie zmieni się postrzeganie dyscypliny…”
P1: „No bo i co to za wyczynowce? Gałą rzuciwszy przed siebie… Bez pożytku. Ta, gdybyż to jeszcze była granata…”
P2: „O piłce ręcznej pisze się, że rozwija człowieka. Na świecie…”
Patyk numer 3: „A, tak swoją drogą, to sukcesy magistra wydają się zrozumiałe. Chodzi po tych wszystkich szkołach. Namawia na te pierwsze treningi całe klasy. To i ma pod sobą wszystkich chłopców. Niczym jakiś Sztamm czy Łasak. No, i widać co osiągnął. Matki chłopców szyją i farbują mu potem te koszulki, numerki naszywają… No, no, masz, Sosiński, potem z czego wybierać. A ty, redaktorek, jak wyglądasz na tle trenera? Tobie został chyba tylko układ z samym diabłem? I co wykorzystujesz siły pozamaterialne, Demianiuk? Bo z tego co melduje nam komendant miejski, to tylko tak można cię tłumaczyć, redaktorku.
P1: „Dlaczego, tam gdzie nie potrzeba, doszukujecie się sił nieczystych, mój drogi panie Pułkownik?”
P3: „Zawsze jak ktoś kogoś ma pobić albo się gdzieś włamać, ty, Demianiuk, jesteś z magnetofonem i fotoaparatem przed milicją. Komendant miejski raportuje nam do Wydziału, że odnosi czasem wrażenie, że nawet przed sprawcami. Jak ma być jakiś wypadek na drodze, czy w zakładzie, to ty Demianiuk, jesteś ustawiony już jakby wcześniej – jak, nie przymierzając, takie Wajdy, czy inne Petelskie do nagrania. I jak to wytłumaczysz? Ty, redaktorek, albo z diabłem, albo z przestępcami trzymasz. Co i tak na jedno wychodzi…”

Mężczyzna wydaje się być w swej szczytowej formie. Odchodzi, podchodzi, pochyla się cały ku powierzchni piasku, prostuje. Operuje to jedną ręką, to drugą, to oboma naraz. Gestykuluje szeroko, to znowu dyskretnie, ale znacząco. Jakby każde drgnienie mięśnia, pojedynczego palca, delikatna zmiana ułożenia dłoni przekazywały inną, nową treść. Pełną ukrytych znaczeń, symboli i istoty jakiejś konkretnej sprawy, czy zdarzenia, które widz ma właśnie odczytać.
Moduluje głos. Animuje kukiełki – patyczki, niczym mistrz lalkarstwa. I chociaż lalkarz w więziennym drelichu wygląda trochę nierealnie, wręcz sarkastycznie, Psycholog przychodzi do głowy, aby porównać go do jakiegoś aktora ze Sceny Lalkowej, jaka prężnie działa w Zielonej Górze przy Teatrze Lubuskim lub do pełnego elegancji ruchu mima. Ale Prokurator samym swoim spojrzeniem, w reakcji na tę, niewypowiedzianą nawet przecież na głos, uwagę wybija jej to z głowy.

Śledcza zastanawia się nad tym, kim mogą być, ten tajemniczy Trener, ten dziwny Redaktor? Gdy pada nazwisko tego ostatniego, kręci tylko z niedowierzaniem głową. To miałby być akurat TEN dziennikarz? Tworząca się właśnie legenda miejscowej gazety wojewódzkiej i może nawet przyszła gwiazda krajowego reportażu? A Trener? Mamy takiego w Zielonej Górze, którego można porównywać ze Stammem, Łasakiem?
A Pułkownik? Czy to może jakiś wojskowy? Kto to może być? Znacząca postać w miejscowym środowisku, to rzecz oczywista. Ale kto? Z WuKaeR-u? Ze sztabu wojewódzkiego? Z prokuratury wojskowej? I dlaczego w momencie pojawienia się tej postaci Prokurator zareagowała tak, jakby ją rozbolał ząb…?
Czy ona wie? Przeraża ją jego pojawienie się w tej scenerii, wśród TYCH ludzi, w takiej sytuacji…?

Psycholog gestem, półsłówkiem nie wypowiedzianym głośno, a tylko takim, które można zaledwie spijać z jej warg, uspakaja ją. Bez słów, w jakimś telepatycznym kontakcie. Niech okaże jeszcze trochę cierpliwości. Jeszcze chwila i wszystko się wyjaśni. Również i ta wątpliwość.

W taki oto właśnie sposób:
P2: „Ja tak myślę, panie Pułkowniku, że jak już bezpieka takich rzeczy nie wie, to ten kraj musi upaść.”
P3: „A ty co Sosiński, redaktorka bronisz? Za mało wam jeszcze dosrał?”
P1: „A skąd takie słowo wziął pan Pułkownik? Skąd to de…? Jaki diabeł? Co za przestępcy? Mam szczęście, że jestem zawsze na czas…”
P3: „A co, Demianiuk nie dosrał wam wtedy w Broniszowie? Nie ciekawe, skąd wiedział, ty magisterek?”
P2: „Na dobre mi to wyszło. Ta afera była jak trampolina, dzięki redaktorowi wyrwałem się z tej zapadłej wsi i wróciłem do Zielonej Góry. Przecież pan Pułkownik wie…”
P3: „A wiemy, wiemy… My wszystko wiemy. I to jakimi to było nićmi szyte, też. Komu ty mydlisz oczy, Sosiński? Chcesz powiedzieć, że samym talentem, pracą doszedłeś do czegoś? Zaraz tu z ambicją wyjedziesz, tak? Ech, ty, magisterek, gdybyś nie był przydatny dla nas, to byś dalej macał kury, albo bujał jajca bykom, gdzieś w jakimś PeGeeRze. To nie przypadek, taki awans z wiejskiego gryzipiórka na pana profesorka od wuefu w liceum!”
P2: „Ja nikogo, tam w Broniszowie, nie miałem wystawiać ani redaktorowi, ani milicji… To nie było tak ułożone…”
P1: „A oto i mistrz Ryndak, panie Pułkownik. Witam, Zbyszek. Jego proszę pytać o drobnomiasteczkowe źródła. O to jak pozyskiwać sygnały po wsi?”

Kobiety powoli zaczynają okazywać pierwsze oznaki znużenia. Śledcza z zazdrością spogląda na mały, zgrabny magnetofonik Psycholog. Sama musiała zostawić swojego MAK-a na komendzie. Raz, że nie sposób jest tachać się tutaj z takim gratem, dwa – jak go podłączyć na tej budowie do prądu…? Niby na tranzystorach, a jednak…
Prokurator skubie nerwowo poły żakietu. Gdy Śledcza zaciekawiona chętnie podpytała by dokładniej o istotę relacji Trenera z Pułkownikiem, ona odciąga Psycholog gdzieś na bok. Coś jej szepcze, peroruje, pochylona ku niej. Denerwuje się. Dwa, trzy gesty, które o tym świadczą, zmiana pozycji i ustawienia się obu kobiet względem siebie, pełne napięcia i aż buchające jakimś narastającym konfliktem, nagle nikną, tracą na znaczeniu.
Prokurator ze zdziwieniem konstatuje nazwisko znanego pisarza, które jak grom z jasnego nieba pada nagle w potoku wypowiadanych niesfornie i niedbale zdań. ON w tym gronie? Z niedowierzaniem kręci głową. Tak, teraz już nic nie pasuje do siebie, staje się niewiarygodne. Jak długo jeszcze to wytrzyma, kiedy przerwie to przedstawienie?
Mężczyzna nie obserwuje ich, do końca zaabsorbowany swoim występem. Nie śledzi zmian, jakie zachodzą w kobietach. Ich rozterki, emocje, nastawienia żyją bowiem swoim własnym życiem, wyłącznie w ich myślach, gestach, grymasach. To tylko gra ciała i do tego trudna do zauważenia, bo hamowana i skrywana, słabo dostrzegalna pod tym starannym kamuflażem.
Ani jednym słowem żadna z nich nie wychodzi ze swojej roli, poza służbową obojętność wobec treści przekazywanych w tak ekspresyjny sposób przez mężczyznę. Tak naprawdę przecież cały czas milczą, słuchają z raz mniej, raz bardziej udawanym skupieniem i zainteresowaniem, notują coś w swoich kajetach, nie mogą okazywać i nie okazują żadnego własnego nastawienia. To jest rekonstrukcja w miejscu zdarzenia, a nie spotkanie w kawiarni „Niger”, przy kremie sułtańskim kolorowo wypełniającym pucharki, ustawione na blacie wysokiego baru. A one nie siedzą na strzelistych taboretach i nie machają gołymi nogami, wyłaniającymi się miękkością ud z kusych spódnic, ze stopami nie sięgającymi podłogi. I nikt ich nie podgląda zza wielkiej szyby, z perspektywy szachownicy czarnych i białych płyt zielonogórskiego deptaka. Stoją w półmroku parteru rozpoczętej budowy, pomiędzy filarami dużej hali, pod sklepieniem, niosącym na sobie masywne piętro. Stoją na kupie żółtego, budowlanego piachu. I dlatego żaden gest, grymas nie może wyjść poza pewne granice nieczytelności…

Tylko mężczyzna może sobie folgować i wznosić się na coraz to wyższe poziomy ekspresji. I robi to.
P3: „To już mistrzami przychodzi ci strzelać, redaktorku… No, no… Dzień dobry, panie Ryndak.”
Patyk numer 4: „A w jakiż to spór wchodzę?”
P3: „A tak zastanawiamy się kto informuje naszego redaktora od nowinek, o tym, kto za chwilę włamie się, po pijaku da drugiemu obywatelowi po twarzy albo zajedzie drogę i zrobi czołówkę? Komendant MO żali się, że gdzie by nie zajechali na interwencję, to pierwsze kogo widzą, to naszego speca, który właśnie… odjeżdża z miejsca z gotowym nagraniem i aparatem pełnym zdjęć.”
P4: „Może to nie dziennikarz jest za szybki, ale milicjanci zbyt powolni?”
P3: „Doprawdy pan tak sądzi, panie Ryndak?”
P4: „Nie znam prawdy. Może mój kolega ma po prostu szczęście. Wszakże nie tylko ma nos do sensacji, ale i aspiruje w konkursach na najlepsze reportaże. Może jeszcze bez sukcesu, ale już blisko, blisko… Ja zbierałem materiały u siebie, tam gdzie mieszkałem, w Sulęcinie. Też sensacyjki, ale takie bardziej obyczajowe. A jedyne co osiągnąłem, to to, że potem, jak ludzie przeczytali moją książkę, nie mogłem się pokazać w miasteczku. Chociaż ostatecznie do postaci literackich wykorzystałem tylko obserwacje z życia różnych ludzi, każdy z bohaterów miał przemieszane cechy wielu pierwowzorów, to konkretni mieszkańcy Sulęcina zaczęli brać to zbyt osobiście… A to aptekarzowa obraziła się, że opisałem jej wielki biust. A to sędzia Jarosz i dyrektor szpitala Łukoszek – za sugestie o sutych, zakrapianych kolacyjkach i lewych sprawkach, na przykład skrobankach. A to Paprzycki… I tak dalej, nie miałem już tam życia.”
P3: „Ale nagródka wpadła, panie Ryndak.”
P1: „Jakie wpadła? Nie wpadła, ale należała się. W Zielonej Górze jesteśmy dobrzy w swoim fachu. Stąd sukcesy. Żadnych diabelskich sztuczek, panie Pułkownik.”

Psycholog zwiesza ze smutkiem głowę. Widzi jak Prokurator już się cała gotuje. Poły żakietu ma porządnie pomięte. Dłonie co rusz bądź to zaciskają się na ich brzegu, bądź suną,
jakby bezwiednie, wzdłuż ich krawędzi.
Nie ma potrzeby, aby wywoływany przez kukiełkę Pułkownika diabeł musiał się tu pojawić osobiście. Słoneczny blask piasku z wyspy demiurga pobladł. Mrok wokół jest jeszcze bardziej mroczny. A piekielna awantura wisi w gęstniejącym powietrzu, wypełniającym tę i tak duszną niszę.
Psycholog wie, że nic na to nie poradzi. Na pytanie o to, jak długo jeszcze wytrzyma Prokurator, ma w końcu jasną odpowiedź – niedługo! Zaraz, zaraz przerwie przedstawienie… Kobieta odsuwa się od reszty. Podchodzi do najbliższego filaru. Chowa się za nim. Stoi tu chwilę, ale to nie wystarcza. Wycofuje się jeszcze dalej, sunąc niczym zjawa w powłóczystej szacie ku wyjściu na zewnątrz, szukając bladego słonecznego światła. I rześkiego, listopadowego powietrza, które by ją orzeźwiło. Pozwoliło znowu myśleć w zdecydowany sposób. Jej długa i wąska, ciemnobrązowa suknia, oglądana teraz ze środka hali, pod to blade, późnojesienne słońce, zasłania niemal połowę jasnego tła – widoku na zewnątrz i zaczyna błyszczeć. Staje się jasna, nie jest już brązowa, ale złocista, przechodzi w żółcienie…
Prokurator odruchowo odwraca głowę i spogląda za odchodzącą kobietą. Patrzy przez chwilę, poddaje się temu optycznemu złudzeniu. I nagle nerwowo, bardzo nerwowo przeciera sobie dłonią oczy. Jej twarz wykrzywia coś, co ktoś nie znający jej, mógłby fałszywie wziąć za zapowiedź grymasu irytacji. Mieniąca się nierzeczywistą feerią barw postać Psycholog doprowadza ją do furii. Prokurator nie cierpi złudzeń, wszelkiej fatamorgany, szczególnie gdy sama staje się ich ofiarą. Rzeczowość i konkret! To jest jej domena. Z nimi czuje się najlepiej. Wyłącznie z nimi nie czuje się źle, nie odczuwa żadnego dyskomfortu.
Zachowując pełną kontrolę nad sobą, jednym susem doskakuje do mężczyzny. Nie musi się hamować, zawsze największą satysfakcję sprawia jej zachowanie powściągliwości. To przestępcy mają ulegać emocjom i robić głupie błędy. I w takim stanie odkrywać przed nią swoje słabości.
Nie wyrywa patyków z rąk rozgadanego mężczyzny, choć z jego reakcji można wnioskować iż przez moment przeraża go taka perspektywa. Cofa się przed nią odruchowo, jakby chcąc uniknąć fizycznej agresji z jej strony. Również Psycholog i Śledcza jakby na chwilę zamierają. Ale chyba bardziej ze zdziwienia, niż ze strachu, bo przecież znają Prokurator zbyt dobrze, aby podejrzewać ją o to, przed czym uchyla się mężczyzna.
Prokurator nie wyrywa patyków mężczyźnie, ale z marsową miną podnosi te, porozrzucane na piasku. Schyla się, bierze je w palce, prostuje plecy i wyciąga dłonie z patykami w jego stronę.

Skończmy już z tym teatrem, który tu odgrywacie! – rzuca oskarżycielskim tonem. – Dosyć tych jakichś wydumanych historii...

Odcinek 3

Mieczysław Bonisławski

MINĘŁY PRAWIE DWA MIESIĄCE. MAMY JUŻ LISTOPAD.

Środa po Wszystkich Świętych, od samego rana.

I jak tam na grobach? Zimny, cholera, ten listopad. I ten tłok, drożyzna… Za gałązkę choinki… doniczkę chryzantem… A tu, w mojej opowieści sytuacja się rozwija. Sami wiecie, że wrzesień to ledwo początek. Czas leci, święto nie święto, kobieta ciągle wyjaśnia z Olkiem sprawę tego chłopca. I, powiem wam, mamy duże zmiany. Zresztą, sami popatrzcie, oceńcie…

– Witam, usiądźmy. – Gospodyni zaczyna spotkanie zachęcającym uśmiechem, promieniującym wszystkimi jej gestami, samą postawą, grą całego ciała.
Bez pośpiechu siadają naprzeciw siebie. Chwilę moszczą się na swych miejscach. On ubrany jest oczywiście w te drelichowe spodnie i taką samą jak spodnie, beżową bluzę. Ona dziś ma granatową sukienkę za kolana, z ciężkiego, lekko sztywnego materiału, z plisowanym dołem. Gdy zakłada nogę na nogę, ukazuje łydki w takich śliwkowych, nylonowych pończochach. I gwałtownie musi przykryć rąbkiem tej sukienki kolano, które nie powinno jej tak wystawać.
– Chcę, abyś wrócił, proszę, do tego dnia, kiedy Januszek uciekł ze szkoły przed lekcją wychowania fizycznego. Wolisz to opisać, czy będziesz nam o tym mówić?
– Czy coś będzie bardziej preferowane?
Kobieta nie odpowiada od razu. Chwilę milczy, zastanawia się. Mężczyzna rozumie ją jednak bez słów. W lot odczytuje to wszystko, czego mu potrzeba, z jej mimiki, spojrzenia, gestów.
– Czy będę mógł prosić o coś do pisania?
– Tu są, proszę, kartki…
– …ale
– O, a tu leżą długopisy, weź może jeden.
– Długopisy… Nie! Tylko nie to! Czy nie będzie pani w stanie znaleźć nie-długopisów?!
Kobieta łapie się na jakimś wspomnieniu… I właśnie w tej chwili kojarzy nagłą zmianę na jego twarzy z posiadaną wiedzą o tym, czym może skończyć się taka trauma: przerażeniem, wycofaniem się. Stara się reagować profesjonalnie:
– Ach, dobrze, już dobrze. Zatem, zobacz, wyciągam z tego etui, powoli wyciągam, wieczne pióro. Proszę, weź je.
– O, pióro, wieczne pióro… drogi człowieku… Wychodzi z pani taki dobry człowiek…
– Tak, tylko jednak, nie zniszcz. Pamiątka, bardzo ważna dla mnie, pamiętasz?

Mężczyzna sięga po pióro. W zupełnej ciszy waży je chwilę w dłoni. „Mój drogi” – tak chciałby zacząć. Ale szybko skreśla te słowa. – Chłopcze. – i znów skreślenie. Postanawia początek dopisać na końcu. A na razie zacznie nie zwracając się wprost do niego, nie zwracając się do nikogo – W drugim pokoju dzwoni budzik. To na Ojca, który musi teraz wstać i iść otworzyć ten swój kiosk z gazetami i papierosami. Na razie słychać jednak tylko Matkę, która wstaje pierwsza, aby zrobić wszystkim kanapki.

Zza zasłony przebija się na poduszkę ostre światło słońca. Przez otwarte okno wpada lekki wiatr, porusza zasłoną, światło faluje, wdziera się pod zamknięte powieki. Raz masz żółto w oczach, raz odbierasz cień i tak w kółko, w zależności od tego jak zawieje wiatr, jak ułoży się, zafaluje zasłonka. Nie da się już spać, tak to denerwuje, że lepiej odrzucić kołdrę i wstawać.

Dzień zapowiada się pogodny, w słońcu będzie bardzo gorąco. Ten lekki wiatr powinien przynosić chwilami jakąś ochłodę. Jest połowa czerwca, jeszcze półtora tygodnia szkoły i zaczną się wakacje. Świadectwo będzie słabe, ale w mig zapomni się tę czwartą klasę. Nikt nie zostaje na drugi rok, wszyscy idą do piątej… Wszyscy, jaka szkoda…

Trzeba się szybko umyć, zjeść śniadanie i udając wyjście do szkoły zejść do piwnicy, sprawdzić szafkę z trofeami. Jak to dobrze, że Ojciec zaraz poleci do tej swojej nowej pracy, a Matka zadowala się małymi kłamstewkami, nie dociekając skrywanych tajemnic. Wystarczy wziąć tornister i cokolwiek powiedzieć jej o szkole. Nie dopyta dokładnie o ten prawdziwy plan lekcji, nie sprawdzi godziny wyjścia, ani powrotu. Dzięki temu można czmychnąć do labiryntu piwnic i gubiąc tych paru, zaglądających tam w godzinach pracy sąsiadów, oglądać w podniecającym chłodzie lochów trofea. Matka nic nie wie, nie domyśla się, a przez to i nie przeszkadza. W domu nie ma niebezpieczeństwa, że wejdą ci w paradę, wszystko odbiorą, lub każą oddawać… A tam, na dole, ten dreszcz czuwania, to nasłuchiwanie czy gdzieś nie trzasną drzwi, czy nie nadchodzi gospodarz domu lub jakiś pracownik spółdzielni mieszkaniowej, aby zajrzeć do szafki elektrycznej lub węzła cieplnego, ktoś kto mógłby cię złapać na gorącym uczynku, z trofeami w rękach… To takie wspaniałe, gdy czujesz, że wszystkich ograłeś, że wszyscy z tobą przegrywają. Jesteś od nich lepszy, bardziej cwany. Nikt cię nie złapie, bo będziesz szybszy, gdyż dalej od nich widzisz w mroku, dokładniej od nich słyszysz w odbijającym echa pogłosów labiryncie piwnic. To ty tu jesteś panem, w tych chłodnych ciemnościach masz swoją tajemnicę i ukryty skarb. Oni nawet się nie domyślają. Dla nich to tylko zwykłe piwnice z szafkami elektrycznymi, węzłami cieplnymi, zaworami wody i gazu. A przecież prawda jest zupełnie inna. To jest miejsce ukrycia zdobytych trofeów, gdzie ty sam wprowadziłeś drugie, zupełnie inne życie. TAKĄ tajemnicę!

Zupełnie drugi, równoległy, ukryty piwniczny świat. I on jest twój, tylko twój. Ty nim rządzisz, ustalasz wszystko co i jak. I potrafisz go chronić przed wrogami, czyli wszystkimi ludźmi wokół – matką, nauczycielami, klasą, pracownikami spółdzielni. Dla tego świata jesteś jego bohaterem, zdobywcą, opiekunem, ale jednocześnie sam czujesz się tu bezpiecznie, bo dopóki okrywa go tajemnica, nikt ci tutaj nie będzie narzucał reguł innych od tych, niż te które ty sam ustaliłeś i teraz tylko je uznajesz, chcesz aby były właśnie takie a nie inne. Rozglądasz się, nasłuchujesz. Skradasz się, gotów czmychnąć na każdy zbyt bliski odgłos lub gdybyś niespodziewanie zza węgła wpadł na jakiegoś człowieka. I jest, zwyczajna, wisząca na ścianie szafka elektryczna. Metalowe drzwiczki zamknięte są zakręconym drutem, który nauczyłeś się błyskawicznie rozsupływać lub – jak trzeba – „zasznurować”, czyli zrobić odpowiedni węzeł, tak aby nikt nie poznał, że przed chwilą ktoś niepowołany (jakiś dziesięcioletni dzieciak) otwierał szafkę, że tu był, że myszkował w jej wnętrzu.

W środku, po otwarciu drzwiczek ukazuje się wewnętrzna ścianka z blachy. Wystają z niej pokrętła, odcinające prąd od konkretnych pionów i korytarzy w bloku. Ścianka i plastikowe uchwyty są blisko, masz je przy samej twarzy. Skonstruowano je tak, że cały uruchamiany nimi mechanizm znajduje się w przestrzeni ukrytej bardziej w głębi szafki, pomiędzy tą przednią ścianką z pokrętłami a tylną ścianą metalowego pudła, dotykającego muru piwnicy, do którego jest ono przymocowane. W środkowej części tej wewnętrznej ścianki, obok pokręteł zieje duży, prostokątny otwór. Gdyby stanąć na palcach i wsadzić do niego rękę, tak aż za łokieć, można końcówkami palców dotknąć od tyłu tych mechanizmów. Ale one zajmują tylko małą część tamtej zamkniętej przestrzeni. Jej reszta nadaje się doskonale do tego, aby cokolwiek w niej ukryć. To skrytka jak marzenie, drut odkręca się tylko wtedy, gdy ktoś chce włączyć lub odłączyć prąd w piwnicy, na klatce schodowej lub w którymś z pionów mieszkań. A i tak, jak już ktoś otworzy z drutu te drzwiczki, to przecież ludzie dotykają tylko pokręteł, nikt nie grzebie dalej, choćby w samym otworze, a tym bardziej za ścianką, w głębi szafki. Bo i po cóż miałby to robić? To nielogiczne i bez celu, a dorośli w ten sposób nie postępują, a przynajmniej tak się zarzekają. Jeżeli zatem ktoś włożyłby przez ten otwór pewne przedmioty do środka, leżałyby one tam latami niezauważone przez nikogo postronnego.
I leżą. Uwierz mi, że naprawdę leżą.
Wyjmowane rankiem, przed wyjściem do szkoły. Nie codziennie, ale i niezbyt rzadko. I czasem też po południu, po powrocie, z reguły wtedy, kiedy lekcji jest tylko cztery albo pięć, a zatem jeszcze przed obiadem. Późniejszym popołudniem i wieczorem prawie wcale, bo sąsiedzi po godzinach pracy po prostu kręcą się po piwnicach niemal cały czas. Praktycznie niemożliwe jest wtedy upolować chwilę sam na sam z szafką energetyczną.
Wyjmowane z pietyzmem. Brane z miłością do rąk. Dotykane, muskane, oglądane po stokroć. Wzbudzające dumę. Dające przyjemność i satysfakcję z odczuwanego przez ich poprzednich właścicieli żalu, przykrości i kłopotów, a co ci w takich chwilach podsuwa wyobraźnia. Właścicieli, czyli tych, którym są one potrzebne, niezbędne przy tej najbardziej normalnej, przyziemnej, choć drobnej – ba, co by nie było to jednak po prostu – codziennej, życiowej wręcz czynności na każdej z kilku lekcji w szkole. Ileż to się oni tego naszukają, ileż napłaczą z powodu zauważonego w najmniej odpowiedniej chwili braku. A potem działając w malignie, roztargnieni starają się wyjść z trudnej, kłopotliwej sytuacji, jaką jest ta strata. Czasem skutecznie, a czasem bez sukcesu, co tylko potęguje ich nerwowość, nieskoordynowane, bezmyślne miotanie się, zagubienie. Odchodzi ich spokój i pewność siebie. Zapominają, co wiedzieli, to, czego się przedtem długo uczyli, tylko po to, aby właśnie w tej chwili zabłysnąć, wykazać się, odnieść sukces. I dzięki temu tracą nie tylko rzecz – to co chowasz w szafce jako trofeum, ale tracą też swój dobry wizerunek w oczach ludzi, na ocenie których im zależy, a przynajmniej – na tym etapie funkcjonowania – powinno zależeć. Wyrwani do odpowiedzi nie potrafią powiedzieć tego, co normalnie by im przyszło bez trudu i wyrecytowaliby z pamięci. Gubią wątek pisząc, licząc, rysując, wychodzą im złe wyniki, konstruują nieskładne zdania, mylą fakty i logiczne następstwa zdarzeń.
W skrzyni leżą długopisy czwartoklasistów. Dziesiątki długopisów…

– Tego dnia dyżur w klasie powinna mieć Beata Dunaj i jej najbliższa przyjaciółka, mieszkająca w bloku przy Waszkiewicza, na parterze…
Mężczyzna przerywa. Jest spokojny, tylko nerwowo porusza obsadką ponad blatem. Chociaż ma lekko podniesioną głowę, a wzrok utkwiony gdzieś w górze i nie patrzy na swoje, obracające pióro palce, kobieta odbiera całą sytuację w bardzo ograniczony, nieubłaganie ściśle zorientowany sposób:
– Co się stało? Pióro jest zepsute! – z jej głosu przebija strach o wartościowy dla niej przedmiot. I rozczarowanie, bo przecież zawierzyła mężczyźnie. Wbrew wszelkim regulaminom. A tu zamiast zrozumienia, współdziałania spotyka ją taki brak ostrożności i zupełne zlekceważenie…
Mężczyzna spogląda na nią z politowaniem. Ale bez krzty współczucia. I korzysta z osiągniętej przewagi, aby dostać to czego potrzebuje. Pomrukuje niewyraźnie:
– Mhm, u – u…
– Jesteś zmęczony? Chcesz przerwać?
Kobieta od pewnego już czasu nie jest sobą. Zrobiła fałszywy krok. I zaczyna ponosić tego konsekwencje. Los obchodzi się z nią w bezlitosny i okrutny sposób. Nie wybacza najmniejszego błędu, jakiekolwiek chwili słabości.

Czwartek, godzina 9:00

– Odpocząłeś od wczoraj? Możesz kontynuować?
Spogląda mu prosto w oczy. On nie odwzajemnia spojrzenia, ucieka gdzieś wzrokiem.
Co ona sobie myśli, gdy z jeszcze większą troską w głosie zadaje kolejne pytanie?
– Tam w ogóle można odpocząć? Wyszedł mi chyba jakiś oksymoron, przepraszam… Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym… Jak cię traktują… Możesz o tym mówić?
Widzi jego spuszczony wzrok, utkwiony w blacie. Słyszy niewyraźne mamrotanie, coś jakby:
– Czy traktują…? Co, mówić…?
– No tak, rozumiem. – odwraca ze wstydem głowę i rozkłada na stole zapisane arkusze kratkowanego papieru – Te wczorajsze zapiski już przeczytałam. Od deski do deski. Zatem, kontynuuj może, od dziewczyn dyżurnych tego dnia. Beata Dunaj i Mirella Grüner.
– Tak, to niezwykle ważne – mężczyzna doznaje nagłej przemiany. Dzisiaj, teraz jest już spokojny i pewny siebie – Akurat te dwie dyżurne zawsze na początku każdej przerwy, czy jest taka potrzeba, czy nie, lecą namoczyć pod kranem w ubikacji gąbkę do tablicy. I aby się nagadać ze sobą, zostają tam zawsze dłużej niż inne. Wracają obie gdzieś dopiero w połowie przerwy. W pogodny dzień klasa dzięki temu przez kilka minut jest zupełnie pusta…
– Skąd masz o tym takie informacje? – i nagle tknięta jakimś impulsem, rzuca jakby od niechcenia: – Wiesz co, opowiedz mi teraz, proszę, o Piotrku Pasternaku.
On, w końcu, patrzy prosto na nią. Jest zdziwiony, jednak daje się jej zaskoczyć. A ona uśmiecha się zadowolona.
– Spytaj swojej koleżanki, Wiolety, droga kobieto – mężczyzna ratuje się opryskliwym tonem.
– Pytam ciebie.
– Ale czy to nie ona skończyła to Studium Nauczycielskie!
– Jak wiele innych… Minęło dwadzieścia lat, teraz ty...
– Ja?
– Tak, ty, drogi człowieczku. Koniecznie ty.
– Niewielu z czwartej „c” mieszka na osiedlu Łużyckim, przy Waszkiewicza. Bo większość jest z tych punktowców poniżej szkoły, przy Kaczym Dole i z tego mrówkowca i z tych już gotowych wieżowców przy Jóźwiaka. I jeszcze z tego wieżowca blisko rogu Zubrzyckiego i Zawadzkiego. A Kotlarski mieszka przy Jóźwiaka, w wieżowcu. A Pasternak w punktowcu, poniżej. I Mariusz Sieja, też w wieżowcu, razem z Kotlarskim. A Kotlarski i Sieja ganiają przez Sawickiej i Findera, koło SAM-u „Monika” na tory dawnej kolei szprotawskiej i podkładają złotówki pod parowozy… Bo to, łobuzeria jest taka… A Pasternak bardziej czyta książki, przysłuchuje się ojcu, nie łobuzuje. I interesuje go psychologia.
– Jedenastolatka? Jesteś tego pewien?
– Czy ja jestem? A oczywiście! Bo niech pani tylko posłucha jak rozmawiają sobie z tą Dunajówną…
– Opowiedz mi, o tym, jak rozmawiają.
– Bo w bloku mieszkają różni ludzie. A stary Pasternak, co go zna pani koleżanka, Wioletta, jest na ten przykład profesorem w szkole pedagogicznej. I chyba zajmuje się książkami i pisarzami, ale interesuje go też psychologia. A w klatce są też tacy różni: dziennikarz z gazety, urzędnik, milicjant, czy żołnierz, księgowy. I spotykamy się przed blokiem, pogadamy o samochodach. A i zejdziemy się z raz w tygodniu w piwnicy i przepijemy do siebie. Bo ktoś komuś pomoże przy meblach, kto inny uszczelni drugiemu kran. Bo sąsiad sąsiadowi lepiej i prędzej pomoże niż ci, pożal się Boże, fachowcy ze spółdzielni.
– Przecież ty tam nie mieszkasz…?
– A, ale zachodzę często do takiego staruszka… Bo on też był SOKistą i teraz poszedł na emeryturę. A mnie wyrzucili… I przedtem… Bo jak obaj jeszcze byliśmy Strażnikami to on się mną niby opiekował, tak służbowo. I ja zacząłem do niego chodzić, do mieszkania. A on mieszka pod tym Pasternakiem… Profesorem. I jego synem, Piotrkiem, z tej właśnie czwartej klasy. Czwartej „c”.

Czwartek, godzina 9:20
Opowieść o lokatorach punktowca, sąsiadach prof. Pasternaka
Ojca Piotrka z IV klasy „c” szkoły podstawowej nr 1 (przy ul. Gwardii Ludowej)

To było tak.
Okienko od piwnicy miało całkowicie opuszczoną ramę. Na zewnątrz, tylnymi kołami na trawniku stał „maluch” z odchyloną klapą silnika, otwartymi drzwiami od strony kierowcy i podniesioną do góry maską. Ze ścianki działowej bagażnika wystawały kable, połączone w powietrzu klamrami z końcówkami przedłużacza, który napięty do granic znikał w piwnicznej czeluści.
– Dobra, mam! Już podłączone! – dobiegł stamtąd piskliwy jak na mężczyznę w sile wieku głos zefamowskiego elektryka spod dziesiątki na drugim piętrze.
Niewysoki, grubawy buchalter spółdzielni ogrodniczej, ten z parteru, otarł chusteczką pot z czoła i zanurzył się prawie cały we wnętrzu bagażnika fiata. Duża, okrągła głowa znikła zupełnie, tak samo wystające z podwiniętych rękawów koszuli, tłuste i krótkie ręce. Aż dziw jak to wszystko się tam zmieściło?
– Sąsiad, no może sąsiad już próbować zapalać – wydostał się miły, ciepły, choć silny głos
W maluchu na przednim siedzeniu po lewej, przed kierownicą siedział dosyć wysoki, ale przeciętnej postury mężczyzna w średnim wieku, o trójkątnej, podłużnej twarzy, z wysokim czołem i głęboko osadzonymi oczami. Spodnie od garnituru, biała koszula rozpięta pod szyją, gładko ogolona broda i policzki. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił, poniżej kierownicy nacisnął na pedał gazu.
Samochód nie zareagował.
– Nie, nie tak, panie Profesorze! – zaoponował stojący przy otwartych drzwiach były strażnik kolejowy. Ten znajomy SOKisty, tego spod czwórki, ostatnio, odkąd zwolnili go ze Służby, przychodził tu na całe dnie. W sumie, nawet specjalnie nie było wiadomo po co, bo przecież już nie gadał, tak jak dawniej, ani ze starym ani z jego żoną. Za to najczęściej przesiadywał samotnie, godzinami, na ławce przy placu zabaw, po drugiej stronie osiedlowej zatoczki.
– Sąsiad, spokojnie, powolutku – wyprostował się buchalter, wyjrzał z tej swojej dziury i zrobił dwa kroki ku siedzącemu za kierownicą – Tak jak powiedziałem, sąsiad, próbuj zrobić to dokładnie. Wpierw sprzęgło – dodał łagodnie i szybko wrócił na swe stanowisko.
Twarz profesora przybrała zawzięty wyraz. Układ ust, jaki przybrał, wskazywał na wielką determinację. Mars pokrywał czoło. Ale polski fiat 126p to nie kolejna historia z pogranicza literaturoznawstwa i meandrów biografii właściwego wieszcza, czy klasyka. On się tak łatwo nie chciał poddać. Zacharczał, zacharczał – i znowu nic.
– Jak to nie akumulator, to do wymiany są szczotki, to pewne, identiko – pojawił się niczym spod ziemi właściciel piskliwego głosu.
Profesor z zatroskaną miną wygramolił się z auta.
Mikry, niski i chudziutki elektryk zielonogórskich zakładów meblarskich, który wyszedł w międzyczasie z piwnicy, pozostawiając tam całą swoją maszynerię złożoną z kabli, stanął nad otwartym bagażnikiem. Z drugiej strony, naprzeciwko ciągle schowanego w nim do połowy buchaltera.
Specjalista od rachunkowości, okrąglutki mieszkaniec parteru, zwany był w bloku „złotą rączką”. Z racji tego, że pomagał wszystkim we wszystkim. A potrafił doprowadzić każdą rzecz, za którą tylko się zabrał, do końca, czy to był mechanizm, czy elektryka, czy cieknąca rura. Wtedy też było wiadomo, że nie odpuści, nigdy nie odpuszczał, aż doszedł przyczyny awarii i ją usunął.
– To chyba gaźnik – wszedł w słowo elektrykowi – Chcę go próbować sąsiadowi czyścić…
Chudzinka spod dziesiątki obruszył się.
– A skąd znowu! To identiko sprawa elektryki. U nas na zakładzie było tak, że przyjechał nie dalej jak w zeszłym tygodniu, z Nowego Miasteczka, z podzakładu, ichni kierownik, do naszego działu wzornictwa… Starą „warszawą”. I ta też mu tak zgasła, identiko. Nie mógł zapalić, tak jak i tu, dokładniuśko. I to była prądnica. Ha, i zrobiłem mu ją, na cacy, a jakże…
– Drogi człowieku, czy prądnica w tym maluchu…? – zaczął z wyrzutem strażnik bez etatu.

– Sąsiedzi! – w oknie piwnicy pojawiła się rumiana, nieco nalana twarz tego milicjanta z czwartego piętra – Należy się, należy nam krótka przerwa. Ja odpalam nową butlę i właśnie…
– Ale co, na tym miłym słoneczku, czy musowo idziemy w lochy? – podjął temat elektryk.
– Drodzy ludzie, nie, wejdźmy do środka. Nie wypada, panowie, tak w ciągu dnia pić alkohol na oczach dzieciaczków – były strażnik wskazał ręką na piaskownicę, huśtawkę między słupami i huśtawkę – równoważnię z konikami, oblepione najmłodszymi mieszkańcami czterech okolicznych punktowców.
– No, to idziemy już, idziemy. Ja mam tu trzy składane krzesełka – zachęcał milicjant.
Ruszyli całą czwórką, profesor nawet nie zamykał samochodu, zostawił tak otwarty i z tyłu, i z przodu, tylko drzwiczki przy kierowcy klapnęły zatrzaśnięte, ale nie na klucz.
Przeszli po trawniku, potem chodnikiem przed drzwi wejściowe do budynku a dalej – już w środku – czekały ich kolejne, wewnętrzne drzwi i za nimi schody w dół.
W tych drugich drzwiach, za którymi było zejście do piwnic, natknęli się na konduktorkę z miejskich autobusów, mieszkającą pod dwójką z prawie dorosłą córką. Profesor wytwornie przepuścił ją przed wszystkimi, przytrzymał drzwi, aby swobodnie przeszła. Jako że niosła w obu rękach siatki z pustymi wekami, w jej oczach pojawiła się niema, ale głęboka wdzięczność.
Zeszli wszyscy dziewięć schodków w dół wąskim i niskim korytarzem. W niszy na dole rozgałęział się on na dwa kolejne, w ogóle stawało się bardziej przestronnie. Piwnice milicjanta, elektryka i konduktorki były na lewo. Po chwili doszli do kolejnego rozgałęzienia, a w zasadzie przecięcia się dwóch korytarzy na krzyż. Znowu skręcili w lewo gdzie w korytarzyku odchodzącym prostopadle od głównego ciągu była piwnica milicjanta i „złotej rączki”. Gdyby w tym miejscu skręcili w prawo, trafili by do piwnicy konduktorki.

Na wprost, za tym skrzyżowaniem, na ścianie wisiała duża skrzynia energetyczna a dalej obok niej wiodło główne przejście do kolejnych rozgałęzień. Wzdłuż tego głównego ciągu nie było bezpośrednio wejść do piwnic. Drzwi do piwnic konkretnych lokatorów ulokowane były w tych bocznych, prostopadłych korytarzykach. Były one krótkie, mieściła się wzdłuż nich zaledwie para piwnicznych drzwi po każdej stronie, a kończyły się oknem, jedynym źródłem naturalnego światła.
Tu też właśnie, przy skrzynce, spotkali pielęgniarkę z trzeciego piętra.
– A co to, znowu ma pan te problemy z maluchem, panie profesorze? – wskazała na zwisające kable, idące po posadzce w stronę otwartego okna. – Czy dzieciaki coś nabroiły?
Nad tym kablem milicjant rozstawił już trzy składane krzesełka turystyczne. Obite kolorowym materiałem, ułożonym w pasiasty deseń żywych barw – na przemian czerwony, zielony i żółty – drewniane stelaże wyróżniały się w jednolitej szarości piwnic.
– Co to się tam dzisiaj rano stało na trasie? – pielęgniarka szturchnęła w ramię konduktorkę. U nóg tej pierwszej stała kobiałka z ziemniakami. Widocznie kobieta zeszła do piwnicy po kartofle, które miała gotować na obiad dla męża, redaktora gazety i obojga drobiazgu, 9-letniej Eli i o trzy lata młodszego Czarka. Chwilę przedtem przymknęła kolanem drewniane drzwi swojego segmentu, włożyła kabłąk kłódki w metalowy skobel i przekręciła kluczyk. Zrobiła kilka kroków w stronę wyjścia, ale przystanęła w rozwidleniu, zaciekawiona tym całym pochodem. Mężczyźni ominęli ją w milczeniu, być może nawet nie zdając sobie w pełni sprawy z tego że ona tu jest. A ona sama nie ośmieliła się do nich pierwsza odezwać. Może gdyby byli pojedynczo, no we dwóch, albo gdyby, jakoś tak na nią akurat wypadło… – ale tak, starczyło jej odwagi tylko na tyle, aby zagaić profesora i kobietę, która z nimi zeszła.
Wszelako konduktorka tylko wzruszyła ramionami.
– A gdzie, niby?
– Chyba gdzieś na trasie „siódemki”. Z rana, przed wpół do ósmej… Jak dzieciaki do szkoły…
– Kochana, nie wiem! My już teraz na wozach nie jeździmy.
Milicjant wystawił tymczasem ze swojej klitki pękaty gąsior. Wyjął z zakorkowanego otworu wlewu rurkę fermentacyjną i zamienił ją na cienki wężyk. Pochylił się nad baniakiem, wziął w usta końcówkę węża i zassał. Jak tylko w rurce pojawił się ciemnoczerwony płyn, szybko wypluł wężyk i zanurzył go w szklance musztardówce. Ta powoli napełniała się…
– Łapiemy się, łapiemy za stołeczki. Każdy bierze swój i można siadać.
Mężczyźni wzięli w ręce po krzesełku i „każdy” lekko przestawił swoje, według jakiegoś, znanego tylko jemu schematu.
Profesor statecznie, z dozą majestatu. Oszczędne ruchy, bez poszarpywania – postawił swoje siedzisko przy przeciwnej ścianie niż gąsior i pozostałe krzesełka.
Buchalter, „złota rączka”, swoje podniósł niemal do niskiego, jak to w piwnicy, sufitu, wyprostował ręce i w takiej pozycji przeniósł je parę kroków, aż w końcu postawił na początku bocznego korytarzyka, przed jego skrzyżowaniem z ciągiem głównym. Za głową miał skrzynkę energetyczną i opierającą się o nią pielęgniarkę.
Elektryk tylko szurnął swoim po betonie, aż całość się zatrzęsła. Klepnął silnie dłonią w materiał, nerwowo, jakby trzepał dywan i zasiadł zamaszyście niemal przy samym gąsiorku, vis a vis profesora, a obok buchaltera (patrząc od strony najistotniejszego w tej sytuacji i scenerii gąsiorka – to de facto przed buchalterem).
Tylko były strażnik kolejowy, gość w bloku, a nie lokator, dla którego zabrakło krzesełka, po prostu odsunął się tak jakoś w kierunku „złotej rączki” i stanął wygodnie oparty o ścianę, przed skrzyżowaniem korytarzy, naprzeciw buchaltera, a obok obu kobiet. Mógł teraz jednako brać udział, tak w dyspucie mężczyzn, jak i przysłuchiwać się rozmowie pań.
Dopełniał tego wszystkiego milicjant, stojący okrakiem ponad gąsiorem, tak już bardziej za nim, a przed zamykającym przestrzeń oknem, z którego zwisały te przeciągnięte wcześniej przez elektryka od skrzynki do „malucha” profesora kable.
Wężyk przeszedł już przez wszystkie pięć musztardówek.
Każdy przechylił swoją szklankę, upił nieco płynu. Dały się słyszeć parsknięcia, pokasływanie, także takie pomruki: „yaa… a-a!”
– Mocne!
– Co tam sąsiad dolał, khe – khe…?!
– Czujemy co, czujemy? – milicjant dumnym głosem jednoznacznie zasugerował potwierdzenie przypuszczeń pozostałych.
– Czysty spirytus spróbował sąsiad? – podpytał buchalter.
– Czyściutki. Najprawdziwszy – delektował się własnym sukcesem gospodarz.
– Przy której próbie tak to wyszło sąsiadowi? – dociekał buchalter.
– A, ja nie mogę, nie mogę… – zawiesił głos milicjant – tajemnica zakładu, tajemnica!
Kobiety były na razie myślami daleko od degustacji.
– Przed ósmą, przywieźli nam autobusem na pogotowie rannego. Właśnie z linii „siódemki”. Pomyślałam sobie, że może pani będzie coś o tym wiedzieć? Nie miała dziś pani służby?
– Nie kochaniutka, od tego roku to my tylko sprawdzamy bilety. I to też tak, wiesz, jak… Wsiadamy do wozu na przystanku, sprawdzamy wszystkich pasażerów jak leci i na następnym przystanku wysiadamy i czekamy na nowy wóz. Chyba, że ludzi jest tyle, że musimy jechać dwa albo i trzy przystanki…
– Czy ludzie będą teraz wyłudzać przejazdy bez biletu? – zdziwił się strażnik.
– A będą, żebyś pan wiedział! – zapalczywie zgodziła się kobieta – I my teraz jesteśmy od tego, aby łapać takich gapowiczów. I dajemy im mandaty.
– Czy dobrze widziałem, pani konduktorko? Czy wasze siedziska, z których sprzedawaliście i kasowaliście wchodzącym pasażerom bilety, są nadal? W każdym autobusie, przy drzwiach…
– A są jeszcze. Przecież to ledwo co na wiosnę rozwiązali nas, czyli „żywych” konduktorów. Wtedy to powkładali te automatyczne kasowniki, samoobsługa! Marka „Krak”, kochaniutki!
– To skąd, droga pani, podróżni mają teraz brać same bilety…?
– A do kiosku „Ruchu”, kochany, to pójść nie łaska…?
– Tak, potwierdzamy to, potwierdzamy. Moja żona też tak kupuje, w kiosku… – wtrącił spod okna milicjant, dołączając do rozmowy.
Niepocieszona brakiem interesujących ją informacji, pielęgniarka sięgnęła po kobiałkę, gotowa pójść w końcu do mieszkania, pichcić ten obiad.
Ale ni stąd ni z owąd wspomógł ją elektryk.
– A kto to był, co go tak raniło w tym autobusie? Wypadek jakiś? Czy jak?
– Z tego co pacjent mówił, to wsiadał do „siódemki” na przystanku na Łużyckiej, ale nie na naszym. Na tym kolejnym, za wiaduktem. Za więzieniem. Jak to po siódmej, był tłok. Szofer ruszył zbyt szybko i zatrzasnął drzwi, gdy nasz pacjent jeszcze wsiadał. I nie zdążył schować ręki i przytrzasnął palce. Boże, nawet nie myślę, jakby trafił na dziecko, w drodze do szkoły!
– Mus to był San. W Sanie automatyczne drzwi tak dobijają, całą siłą do ramy wozu. – wtrąciła konduktorka – W Jelczu drzwi przymykają leciutko do środka, skrzydła tak ku sobie.
– W tych autobusach nie patrzą na ludzi! A kierowcy, to wcale! – ostro skrytykował elektryk, ale w obronie kierowców, w równie zapalczywym tonie, stanął strażnik:
– Nie wiadomo, jak to było drogi człowieku! Bo najczęściej jest tak, że to gówniarze z osiedli wskakują na ostatnią chwilę, gdy już drzwi się zamykają, a wóz rusza… Bo zabawę z tego sobie robią i chcą w ten sposób pojechać bez biletu w na pół otwartych drzwiach…
– …i jak ten robotnik zaczął krwawić i mdleć, to inni zaczęli krzyczeć. Aż szofer się zorientował i pojechał, prosto do nas, na pogotowie. Ale wiecie państwo, tak ze wszystkimi ludźmi – cicho dokończyła pielęgniarka – A ja jakbym już widziała wśród nich moją Elę.
– To widzimy to, widzimy, że daleko z trasy nie zjechał – trzeźwo zauważył milicjant – Tyle co z Westerplatte, zamiast w lewo na dworzec, skręcił w prawo… Ciekawi to, ciekawi pewnie wszystkich, czy wrócił potem jeszcze z powrotem, czy też minął przystanek przy „Lumelu”?
– Tak, tam można pojechać prosto Wyspiańskiego, identiko. Między parkiem a tym nowym wiaduktem nad torami. Tym przy dworcu PKP – to powiedział elektryk.
– No właśnie, sama byłam ciekawa, jak to dokładnie od początku było? I jak się potem skończyło dla szofera? Dlatego pani spytałam, sąsiadko…
– A poszkodowany? Jaki stan zdrowia? – dopytywał się, zaciekawiony, profesor.
Pielęgniarka niewiele jednak wiedziała.
– To był robotnik, bodaj z „Lumelu”. I jechał, tą „siódemką”, akurat do pracy. Chyba go tylko zszyli, bo rentgen nic nie wykazywał. I po zabiegu normalnie poszedł do roboty, blisko miał. Ja sama już byłam po nocce, szłam do domu, do dzieci. Tak to tylko podglądałam z daleka, na odchodnym, przez ramię… I wyślij tu dziecko autobusem do szkoły – zakończyła smutno.
Milicjant wziął w dłonie wężyk…
– No, sąsiedzi, jak smakuje, to komu smakuje – ja proponuję – na drugą nóżkę…!
Posmakowali znowu. Tym razem było słychać tylko cmoknięcia i odgłos głośnego przełykania. Przepędzone kilka razy domowej roboty wino, czyli de facto własny winiak, dodatkowo wzmocniony spirytusem, naprawdę wszystkim dogodził.