Przez okno autobusu

Ewa Maria Slaska

Jaczo, Jaczko, Laco,Jacko, Jako, Jakso, Jaksa…

no… no tak, dobrze, jasne, Jaksa z Kopanicy, ten który bił pierwszą monetę, już chciałoby się powiedzieć, że polską, ale nie polską tylko słowiańską. Po niemiecku nazywa się go Jacza, Jaczo albo Jaczko i ma swoją ulicę, Jaczo-Straße, w berlińskiej dzielnicy Spandau, co się na słowiański wykłada Szpandawa. Na brakteacie nazywa się go Iacza de Copnic. Pieniążek jest słynny, znało go w Polsce każde dziecko szkolne, a pojawił się też u Nienackiego w Panu samochodziku i zagadkach Fromborka i w jednej z powieści Chmielewskiej, ale nie pamiętam, której.

Jaksa był ponoć wielkim władcą, ale właściwie nic o nim nie wiadomo na pewno. Może ożenił się z możną panną, siostrą Piotra Własta, a może córką, może mieszkał we Wrocławiu, może w Krakowie, w Miechowie, w Szpandawie, w Kopanicy, może ufundował klasztory, może pielgrzymował do Ziemi Świętej. Nic się z niczym nie zgadza, nic nie wiadomo, może po prostu było trzech Jaksów, jeden pielgrzymował, jeden się żenił, a jeden wzniecił powstanie przeciw Niemcom. Tak naprawdę to dla Polaków ważne jest tylko, że bił monetę, a dla Niemców, że się bił… W polskiej Wikipedii nie ma mowy o żadnym biciu się. Mieszkam jednak w Berlinie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż Jaksa walczył z Albrechtem Niedźwiedziem, a tego zbója  każde polskie dziecko zna może nawet lepiej niż Jaksę.  Ważyły się losy, czy Brandenburgia będzie germańska czy słowiańska, a w terminologii tamtych czasów czyli XII wieku – czy będzie chrześcijańska czy pogańska. Jacza przegrał…

jaczoturmWracam autobusem z Gatow, gdzie zbierałam materiały do artykułu o uciekinierach, do centrum miasta. Nagle przez okno widzę strzałkę: Jaczoturm. Jaczo, Jaksa, wieża Jaksy… Lubię takie niespodzianki. Wysiadam na najbliższym przystanku i wracam pod napis. Trochę się kręcę bezradnie, ale dość szybko znajduję w przydrożnym lasku niepozorny murowany budyneczek. Po bokach jakieś reliefy i zatarty napis, przede mną leśny dukt. Za lasem już brzegi Haweli, która jest tu szeroka na dobre pół kilometra.

Nic nie rozumiem. Dlaczego ktoś wybudował taką wieżyczkę i dlaczego poświęcił ją Jaksie? Jaksa przegrał… I tyle. Tymczasem na tablicy informacyjnej naprzeciwko wieży znajduję dwie opowieści, zatytułowane Mit i Prawda. Obie fascynujące. I obie całkowicie (mi) nieznane.

Prawda jest jak jeden z odcinków Gry o tron. W roku 1150 umarł bezpotomnie słowiański władca Brandenburga i Brandenburgii, Przybysław, wujek Jaksy. Jego żona Petrissa zamiast przekazać włości męża bratankowi, podarowała je Albrechtowi Niedźwiedziowi. Jaksa się wściekł, ale umiał pohamować gniew, przyczaić się i doczekać sposobności, by odebrać to, co zgodnie z prawem dziedziczenia uważał za swoje. Sposobność nadarzyła się w kilka lat później, kiedy znaczne siły jego przeciwnika zostały związane na terenie Polski. Jaksa zdobył gród, ale Niedźwiedź odzyskał go 11 czerwca 1157 roku. Ten dzień uważa się za historyczny początek Marchii Brandenburskiej.

Legenda natomiast głosi, że Jaksa uciekł z Brandenburga a Niedźwiedź go gonił. Gdy dotarli do brzegów Haweli, Jaksa zostawił na drzewie ciężką tarczę i róg, i rzucił się wpław do rzeki, ale fala zaczęła go zalewać. Tonący książę wezwał na pomoc słowiańskiego boga Trigława, który mu jednak nie pomógł, i wtedy Jaksa miał zawołać do Boga chrześcijan, że da się ochrzcić, jeśli ten go uratuje. I proszę, bez trudu udało mu się przepłynąć na drugi brzeg. Miejsce, gdzie Jaksa odłożył tarczę i róg, nazywa się Schildhorn czyli dokładnie tak – Tarczaróg. I to właśnie zdarzenie upamiętnia wybudowana przed stu laty wieża Jaksy. Zresztą może to też legenda, bo są tacy, co twierdzą, że stała już ona w tym miejscu w latach 80 XIX wieku.

To zresztą wcale nie jest taka błahostka, przepłynąć na koniu przez rzekę. W 30 lat później w rzece Saleh w Anatolii utopi się wracający z krucjaty Fryderyk Barbarossa. Książę Józef Poniatowski też skoczył do rzeki i utonął.

PS. Napis na wieży Jaksy głosi:

Has per fauces, Jaczo, princeps slavorum,
ab Alberto Ursu pulsus, ad habelam evasit.
Anno Domini MCLVII.
Co oznacza:
Przez ten wąwóz Albrecht Niedźwiedź
ścigał słowiańskiego księcia Jaksę i wpędził go do Haweli.
Stało się to w Roku Pańskim1157.

Wąwóz? Nie nazwałabym tej ścieżki wąwozem. Ale cóż, może przed 800 laty była głębsza. W każdym razie na mapie zaznaczona jest jako Wąwóz Jaksy.

Koniec wycieczki do historii zaoczonej z okna autobusu. Wracam na przystanek i do rzeczywistości. Po pół godzinie jestem w centrum miasta i stoję przed domem, w którym w wczoraj zostało zorganizowane kolejne schronisko dla uciekinierów. Zamieszka w nim 200 Syryjczyków, którzy uciekali, niektórzy może wpław przez morze.

Die kleine große Welt (17)

Monika Wrzosek-Müller

Warszawa – Warschau, Impressionen

Sie war in die Stadt ihrer Jugend gereist, mit Freunden und Sohn; ohne bestimmte Absichten, ohne Hintergedanken. Das erste Mal seit langem, oder war das überhaupt das erste Mal, als Touristin, ohne an tausende Sachen, die es erledigen gab, denken zu müssen, ohne sich mit den „daheim Gebliebenen“ beschäftigen zu müssen. Nicht einmal ihre Warschauer Freunde hatte sie benachrichtigt, sie wollte sich die Zeit für sich selbst und ihre Mitreisenden nehmen. Es waren auch nur drei Tage, die sie zur Verfügung hatten.

Ihre Stadt erlebte sie diesmal aus einer ganz anderen Perspektive und war sichtlich erstaunt, wie lebendig, gewachsen, sauber und menschenfreundlich sie geworden war. Abgesehen von den tropischen Temperaturen und einer Trockenheit, die die halbe Weichsel hatte verschwinden lassen, aber doch ein stetes Bemühen sichtbar machte, die Parks und Grünanlagen im Schuss zu halten, abgesehen auch von der gesperrten Brücke der Łazienki-Trasse, wegen der der Verkehr auf die andere Seite der Weichsel lahm gelegt war, war die sommerliche Zeit wunderbar, um die Stadt zu durchwandern und zu besichtigen. Die Warschauer selbst waren eher in Ferien, die große Sommerpause lag ausgebreitet über der Stadt, es gab weniger Verkehr, in den Parks sah man fast nur ältere Leute, kaum Studenten auf den Hauptstraßen Krakauer Vorstadt und Neue Welt; doch sicher viele Touristen, Unmengen von jungen Leuten in heiterer Sommerstimmung, die den Darbietungen verschiedener Akrobaten, Musiker und Theatergruppen aufmerksam folgten, auch viele Gruppen von Ausflüglern aus Israel, Deutschland, Italien und anderswoher. Man hörte vor allem Englisch aus allen Richtungen, in allen Varianten, Niveaus und mit unterschiedlichsten Akzenten und doch natürlich Polnisch, und sie hörte ab und zu ihren Sohn ihre Sprache sprechen und war sehr davon berührt.

Sie wohnten im Mittelpunkt der Bewegung der Menschenmassen, nämlich in der Altstadt. Nie hätte sie gedacht, dass sie da mal wohnen würde, dass man da überhaupt wohnen kann; doch im dritten Stock, in dem schönen, geräumigen und gut eingerichteten Appartement, war es erstaunlich ruhig. Sie durchstreiften die Stadt vor allem zu Fuß und dank der hervorragenden Lage ihres Domizils, konnten sie überall schnell hinkommen, manchmal nahmen sie auch eine Tram und einmal erlebten sie dort eine der zwei Warschauer Fixierungen, der zwei kleinen, ungefährlichen Manien, wie sie sie für sich so nannte und die ihr während des kurzen Aufenthalts aufgefallen waren. Im letzten Moment, als die Tram schon am Fahren war, sprangen vier jugendliche Musiker auf, die im Stil der Warschauer Aufständischen von 1944 angezogen waren, mit weiß-roten Armbinden, Hosenträgern, Schiebermützen und übergroßen, alten Klamotten, und die Lieder aus der Zeit sangen. Es waren sehr einfache, im Marschtempo gesungene Lieder, die damals zur Erheiterung und zum Ansporn, große Taten zu vollbringen, oder auch am Leben zu erhalten, was es zu erhalten gab, gesungen wurden. Wenn die jungen Aufständischen oft in ausweglosen Situation waren, halfen ihnen die Lieder, einen Faden des Optimismus zu spinnen. Sie kannte sie alle von ihrem Vater und konnte sie mitsingen; er hatte sie sein Leben lang, auch in schwierigen Situationen, immer wieder gesungen: „Pałacyk Michla“ [Das Schlösschen von Michler], „Serce w plecaku“ [Das Herz im Rucksack], „Rozszumiały się wierzby płaczące“ [Es rauschten die Trauerweiden] „Hej chłopcy bagnet na broń“ [Also Jungs, Bajonett präsentieren], „Pieśń szarych szeregów“ [Der Song der Grauen Reihen] und viele andere mehr. Mit manchen verband sie die Erinnerung an sie als kleines Kind während der Ausflüge in den Wald, ans Meer oder in die Berge, wo sie diese Lieder alle zusammen marschierend gesungen haben; eine Nostalgie und Melancholie bemächtigte sich ihrer; sie sang: „Ein Soldat marschierte seinen Weg, hat sich eines Herzchens angenommen, er steckte es in den Rucksack und marschierte weiter.“ oder „ Das Schlösschen von Michler, Zytnia, Wola, das alles verteidigen die Jungs von ‘Parasol’ [Schirm], obwohl sie nur Pistolen gegen den Tiger haben – das sind doch Warschauer Jungs…“ ganz im Marschtempo, mit dem großen Optimismus, den man sich einreden musste, sollte und wollte. Eine ältere Frau wandte sich an sie; so toll würden die jungen Leute heutzutage singen, bravo, bravissimo, besser als die herumlaufenden Zigeuner, noch mehr: sie hatte Tränen in den Augen. Die Gruppe bekam gutes Geld und stieg zufrieden mit Schwung aus dem Straßenbahnwagen aus. Noch eine ähnliche Gruppe und noch eine andere haben sie dann auf ihrem Weg zur Altstadt an diesem einen Tag auf diese Art spielen und singen gehört. Überhaupt war der Warschauer Aufstand in der Stadt omnipräsent, abgesehen von dem schönen, umstrittenen Museum des Warschauer Aufstandes, in dessen Archiv ihr Vater seine Erinnerungen deponiert hat, an den vielen Denkmälern und Erinnerungstafeln stolperte man auch in Warschau über die Stolpersteine; natürlich dachte sie, das historische Ereignis wurde so lange verschwiegen, also musste jetzt umso heftiger daran erinnert werden. Doch manchmal hatte sie so ihre Zweifel, wem und wozu das alles diente und diese Überpräsenz der Erinnerungsorte machte sie unsicher. Doch sie freute sich immer, dass ihr Vater noch zu Lebzeiten endlich Anerkennung und Beachtung für sein leidvolles Leben gefunden hatte.

Die zweite Manie betraf Chopin. Sie gingen ganz bewusst zum sonntäglichen Konzert an seinem Denkmal in Łazienki-Park; das ist eine sehr schöne, alte Warschauer Tradition. Es spielten meistens die Teilnehmer des Chopinwettbewerbes. Jung und Alt, hunderte von Menschen hörten sich Jahr für Jahr diese Musik an, die älteren saßen auf den Stühlen und Bänken, die jüngeren lagen im Grass, wie es sich gehört. Wir mussten leider zu den jüngeren zählen, denn es gab keine Sitzplätze mehr. Trotzdem war das Hören dieser sehr polnischen Musik in der besonderen Umgebung ein großes Erlebnis und alle vier waren wir sehr davon berührt und angetan. Sie beobachtete das Publikum; es gab junge Frauen mit kleinen Kindern, die ganz still auf dem Boden lagen, auch junge Väter mit Kindern, die sich meistens weniger ruhig verhielten, weniger präsent waren ganze Familien; die jungen Leute waren alle sehr lässig, eher sportlich angezogen. Es gab aber ältere Damen, sehr aufgemacht; in Hüten, in Sonnenhüten mit Blumen und Kokarden und ohne, mit bunten Tüchern, über die Schulter oder am Hals, mit kleinen Sonnenschirmen, mit kleinen Täschchen oder größeren Körben, weniger Herren in heller Sommerkleidung. Das gefiel ihr ausgesprochen gut; ins Staunen geriet sie aber erst später, auf der Krakauer Vorstadt, wo sich eine Frau auf eine der schönen Bänke setzte und, siehe da, Chopin-Musik erklang, und es stellte sich heraus, dass aus allen diesen schönen Bänken Chopin erklang, sobald man sich glücklich oder unglücklich hinsetzte. Sie war mit Chopin aufgewachsen, die Mutter zwang sie immer wieder zum Chopinwettbewerb zu gehen oder die Vorausscheidungen im Fernsehen oder Radio zu verfolgen. Sie selbst hatte unzählige CDs mit seiner Musik und hörte sie sehr oft und gerne, aber wurde die Musik des Künstlers nicht überstrapaziert mit dieser Omnipräsenz, einer nicht immer gewollten? Es hingen auch überall Erinnerungstafeln, wie lange und wo sich Chopin aufgehalten hatte. Angesichts der Tatsache, dass er eigentlich schon mit 21 Jahren, nach dem Novemberaufstand von 1831, ins Ausland gegangen war und fast sein ganzes erwachsenes Leben in Frankreich verbracht hatte, schien ihr diese Überpräsenz in Warschau etwas lächerlich und künstlich, aber auch rührend.

Des Weiteren besichtigten sie alle möglichen Museen und Gebäude, Galerien und Parks und auch natürlich; was für sie vor 20 Jahren noch gar nicht so natürlich gewesen wäre, den 31. Stock im Kulturpalast von Warschau – demselben ungeheuerlichen Palast, den sie früher immer gemieden, ausgelacht und manchmal auch gehasst hatte, als Symbol der fremden Macht, die sich ihrer Stadt, ihres Landes bemächtigt hatte – wo man das alles noch mal von oben sehen konnte, wo sie unten gewesen waren und staunten über die solide Inneneinrichtung des Palastes, die der vergangenen Zeit trotzte und glänzte und doch irgendwie imponierte.

Reblog: Oliwa

Julita Bielak

OLIWA DLA EWY MARII

Wybiegłam dzisiaj “po sprawach”, Kattinka na pewno uśmiechnie się wyrozumiale.

W Starej Oliwie załatwić można niewiele, tylko zwiedzać, spacerować, siedzieć na ławce w parku, przyglądać się turystom. Zjeść pizzę. I pokolorowaną cukrową watę. Gołębi karmić nie wolno. Z plikiem papierów czy dokumentów należy udać się do Olivia Gate. Po drodze minąć Kościół świętego Jakuba, stoi w najwyższym punkcie starej Oliwy, u zbiegu ulic Opackiej i Cystersów. A przy nim – kamień z charakterystyczną muszlą, spójrz, proszę, Ewo Mario. Powstaje projekt lub już istnieje przywrócenia Pomorskiego szlaku św. Jakuba. Sięgał kiedyś od Królewca przez Gdańsk i Szczecin do Rostoku. Celem projektu jest odtworzenie tego szczególnego szlaku i połączenie istniejącego dziedzictwa z szerszą siecią europejska – czytam na stronie Archikatedry Oliwskiej.

I do kościoła zwanego Jakubkiem, i do kamienia wrócę na pewno nie raz. I dalej, noga za nogą, do katedry, do parku, do Pałacu Opatów. W parku stoi altana.

Padał deszcz, niewielki, ale jednak deszcz. Specjaliści od robót na wysokościach myli okna, faceci.

***
Komentarze

kattinka33: Takie miejsca jak Oliwa budują w nas poczucie trwania. Idąc przez park, zawsze myślę: pamiętam…

juliczka: Choć opadły z tej pięknej, starej wiśni przed Pałacem Opatów kwiaty.

ewamaria030: Och, Juliczko, jak ślicznie. Znam już kilka punktów na kaszubskiej trasie do Santiago de Compostela, m.in. Łebę i Sopot. Oraz, oczywiście, Szczecin. W zeszłym roku widziałam muszle św. Jakuba w Olsztynie. Miejmy nadzieję, że wracamy do średniowiecza i średniowiecznej jedności Europy. Była zapewne równie żywa jak ta dzisiejsza, tylko, może, trochę mniej biurokratyczna. I mniej podlegająca kontroli. Gdzieś czytałam, że gdyby człowiek średniowieczny zobaczył – i pojął! – system kontroli, jakimu podlegamy zawsze i wszędzie, zapłakałby nad naszym losem, bo uznał by, że jesteśmy niewolnikami.

Cudny wpis, Juliczko!

ewamaria030: Oj, narobiłam byków w poprzednim komentarzu. Literówki mi wybaczcie, a jednego byka już tu natychmiast poprawiam. Szczecin jest oczywiście na trasie pomorskiej a nie kaszubskiej. Za to na kaszubskiej powstała fundacja świętego Jakuba, organizująca kaszubskie pielgrzymki.

juliczka: Na stronie internetowej http://www.archikatedraoliwa.pl w zakładce zabytki jest historia kościoła św. Jakuba, bardzo ciekawa. Jest też przedstawiony projekt Pomorskiej drogi św. Jakuba. I wirtualny spacer po katedrze.

Często przebiegam obok żółtego kamienia, zawsze, ale to zawsze przystaję na moment i kieruję myśli w Twoją stronę, Ewo Mario.

ewamaria030 (dialog jednoosobowy):

Juliczko, zrebloguję to u siebie, dobrze?
Dobrze, Ewo Mario.
No to dziękuję, Juliczko.

***

I wakacyjne przypomnienie z Jeleniej Góry. Szlak Jakubowy, który tam przeszłam wiódł z Zapory na Bobrze w Pilchowicach… Dokąd? No do Santiago, oczywiście. Ale ja przeszłam tylko kilka kilometrów dzikim jarem.

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – część IV

Andrzej Rejman

ExLibris_Julii_Hrebnickiej…tym razem kilka wierszy i autentycznych wspomnień, krótkich zapisów, notatek, które znalazłem w archiwach rodzinnych.

Nie publikowany nigdy wiersz Julii Doktorowicz-Hrebnickiej dla “Klary” – Stanisława Wierzyńskiego.
Stanisław Wierzyński (ur. 10 lutego 1910 we Lwowie, zm. 7 września 1988 w Warszawie) – oficer rezerwy piechoty WP, podchorąży (1934), podporucznik (15 sierpnia 1942), porucznik (wrzesień 1944), kapitan (1986). Syn Hieronima Wierzyńskiego, ojciec Macieja Wierzyńskiego i Anny Wierzyńskiej

Julia Hrebnicka
“Klarze”

Kiedyś wyruszał na los nieznany
Dała Ci babcia siwa,
Srebrny, w Jeruzalem poświęcony,
Chrystusa obrazek rzewliwy.

Misterny był to medalion,
Pamiątka rodzinna z przed laty
W szlachetnym metalu rzeźbiony
Boskich rysów ornament bogaty

Gdy błogosławieństw zaklęcia
Staruszka siwa szeptała,
Skacząca jak wróbelek,
Wbiegła córeczka mała.

Kukiełka jasnowłosa
Wspinała się na paluszki
Aż jej z wielkiego wzruszenia
zaczerwieniły się uszki.

I z zaciśniętej piąstki
Podała Ci blaszkę cienką
Odpustowy, biedny medalik
Z Przenajświętszą Panienką
“Tatusiu… powracaj prędko!”

Pewnego wieczoru
Gdy się zdawało, że świat się wali
Te dwa swe klejnoty mi pokazałeś,
I palce Ci drżały…

Umilkliśmy…
I cicho patrzyliśmy daleko.
Miast gruzów spopielałych
Przez zamkniętą powiekę
Wisienkę ujrzałam młodą
Kwieciem okrytą białem…

***
wiersze Julii Hrebnickiej przepisane z rękopisów datowanych ok. 1945-48

Warszawa

Wyrastasz piękne i złote,
Otwierasz martwe powieki…
Choć wróg Cię bił pięścią w oczy,
Choć chciał Cię powalić na wieki

Warszawo – Miasto Niezłomne,
Miasto – tułaczej wiary…
Do życia wstajesz nowego
Blaskiem Virtuti Militari

1944
***
sierpień 1944 na Starym Mieście

Krzywonosa Latarnia
Na niebieskiej ulicy
Broniła dzikim Niemcom
wejścia do piwnicy

A słonecznik,
co na działkach rósł cienki
Chronił przed pociskami
Chłopców i Panienki

W cień, jak w zbroję sprężystą,
Odział się bojaźliwy
I w śmierć własną nie wierząc
Poległ – bardzo szczęśliwy

Wiatr pożary poskramiał
Sen odganiał granaty,
Obłok rany otulał –
Obłok – biały, jak z waty…

Krzyczała i płakała
Oślepła piosenka –
..że: Zwycięstwo, Zwycięstwo!
I, że nikt się nie lęka…

***
Po czem Cię poznam domu rozbity?
Jakże Cię znajdę? Skorupę zamarłą
W rozkwicie cegieł tkwisz,
Groźny spaloną barwą.

Z lękiem do Ciebie się zbliżam –
Wspomnienie bije jak grom –
Macam wokoło jak ślepiec:
Nie boję się już – to nasz dom.

Darował ktoś pomoc przyjazną
I podał ręce ofiarne – lecz
Z kamiennej lawiny ja sama
Twe drżące serce odgarnę!

***
Podróż z Zameczka do Opoczna

Wysoko ze słomy gniazdko się kołysze,
Ciepłem mnie darzy opiekuńcze ramię.
Wokół stawy zastygłę przedwiośnianą ciszą.
Wóz nasz płynie i płyną wciąż chmury nad nami.

Spokój światów uśpionych.
Zda się tu od wieków.
Nigdy nic się nie działo.
Rozpacz ptaka, zwierzęcia, człowieka.

Znikła w krzyku ostatnim? Może nie istniała?
Milcząca maska ziemi cierpienie ukryła.
Swym hełmów szeregiem ponad krwawą treścią.
Pręży grzbiet swój mogiła

Zemsty dumna sytością
Choć próchna krzywiznę
i nędzę i nagość
Starannie tak kryje.

Wybiegły nam na spotkanie
domki Opoczna małe
Kościół we wróblim świergocie;
Kolory czerwono-białe.

Przed wzruszeń zawieruchą
Ramię przyjazne mnie broni
I złe spojrzenia oddala
Ta najtroskliwsza z dłoni…

marzec 1945

***
Autor nieznany – rękopis znaleziony w ruinach Warszawy
(maszynopis przekazany przez Salinę Baniewicz Małgorzacie Hrebnickiej wraz z innymi wierszami)

Długo na mapach krwawą plamą
urągać będzie światu miasto,
w którym dziś giną szepcąc: mamo…
nie ukończywszy lat szesnastu.

Dziecięce palce zamiast piłki, –
na tej tragicznej szkolnej pauzie –
zza barykady filipinki
ciskają w czołgi. Sten, lub mauzer,
w kieszeni jeszcze pięć nabojów –
– oto twe “zbrojne ramię”, Polsko!

Kiedy po latach, w czas pokoju
będzie wam deptać sen to wojsko,
co nie zaznało ust dziewczyny, –
zadrżyjcie syci “krwi i chwały”,

niech wami wstrząśnie ciężar winy,
żeście wynieśli głowy cało, –
dziś medalami wspomnień dzwoniąc –
w rocznicy naszej hekatomby…

A teraz miasto niechaj płonie,
niech ze sztukasów lecą bomby!

sierpień 1944

***
Julia Hrebnicka
(przepisane z rękopisu – odnaleziono tylko fragmenty tekstu)

…lecz skąd się wzięła pośrodku ogródka – wyrwa, wokół której marszczy się wał, świeżej, wilgotnej ziemi?
Od strony ruin zbliżyła się jakaś pani.
Obeszła ogródek. Postała na niewygodnej kupce kamieni.
Czekałam.

“Przepraszam” – spytała – “Czy była pani przy ekshumacji?”
Przy ekshumacji?

Teraz zobaczyłam na bruku ulicy Sapieżyńskiej kilka drewnianych, długich skrzynek, obok wielkiej ciężarówki. Nie było przy nich na razie nikogo.

Ludzie mrowili sie dopiero nieco dalej, wokoło jedynej, ocalałej tutaj kamienicy.
Całkowicie przejęci codzinnymi sprawami ludzi żywych – rozwieszali upraną dopiero co bieliznę,
strofowali dzieci, kłócili się w bramie, naprawiali zepsute krany.
Są dzielni i sprawni.
Na gruzach potrafili wyhodować piękne kartofle.
Słyszy pani – posadzili kartofle! –
deptali po szczątkach męczeńskich bohaterów…

(strona następna)

…a kiedy dobiegłyśmy do gorących gruzów kościoła św. Jacka – była tam już wielka cisza…
Nie, nie będę słuchała zrozpaczonego głosu dr Przemysławy – głosu, który odżywa we mnie jak echo, ilekroć ktoś wypowiada tragiczne słowa – “Kościół Św. Jacka”…
Nie było w ludzkich rękach dość mocy, aby wyszarpać z pod kamiennej lawiny tysiące ciał.

Teraz wejście do kościoła zamknięte deskami, jak miłosierną kurtyną.
A tuż zaraz rozsiadł się jakiś sprzedawca – spokojnie zasłaniający siebie i swój towar wielkim parasolem w pasy.
Nad nimi, z głębokiej wnęki patrzą kamienne twarze Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
Smutne milczenie rysów z szarego piaskowca, jest jednocześnie twarde: Tak być musiało…

Ulicą maszeruje kilka harcerzy. Śpiewają.
Pod podeszwami ich mocnych, podkutych butów chrzęszczą i przewalają się cegły.
Są tacy jak tamci, może ci sami…

Wiatr zagrał nagle na żelaznych strunach wywróconych rynien i zerwanych balkonów.
Przypełznął zapach cierpkiej spalenizny.

Tkwiłam nieruchomo wśród cegieł ulicy Świętojerskiej – aż jakaś starowina wysunęła się nie wiadomo skąd i spytała czego szukam…

Warszawa
ok. 1946

Szczecin – pływające ogrody

Ewa Maria Slaska

Michał Rembas jest przewodnikiem po Szczecinie i okolicach (czasem mu te okolice sięgają aż do Berlina!), autorem kilku znakomitych książek o Pomorzu Zachodnim, wojującym racjonalistą, a przy okazji kronikarzem życia swego miasta. Ostatnio dokumentuje na Facebooku, jak w rzeczywistości wygląda reklamowe hasło Szczecina:

Dla tych, co nie znają angielskiego (ani Szczecina) małe wyjaśnienie: tak promuje się miasto Szczecin. W roku 2050 ma to być miasto pływających ogrodów, co w niewypowiedzianych sugestiach oznacza, że każdy jego mieszkaniec będzie miał jacht i dom lub mieszkanie nad wodą, a na wodzie będą kwitły rajskie kwiaty. Jestem wiceprzewodniczącą stowarzyszenia Partnerstwa Miast ze Szczecinem. Od wielu lat podczas wszystkich oficjalnych uroczystości w Szczecinie oglądamy te promocyjne wizje na ekranach. Czasem próbujemy zadać pytanie. Na przykład, jakie będzie uczestnictwo obywatelskie w tym raju na wodzie? Albo: co normalny człowiek będzie z tego miał, że powstanie tu miasto dla bogaczy? Na razie odpowiedzi udziela nam Michał Rembas. Oto tytułowe Pływające Ogrody:

plywajaceogrody2 plywajaceogrodyTo zaś piękny Szczecin:

pieknyszczecin4 pieknyszczecin3 pieknyszczecin2 koloszczparkunaukowo-technologJest też dziwny Szczecin. Stół do ping-ponga w lapidarium, gdzie zbiera się kamienie nagrobne.

nacmentarzuA tu na zakończenie i pociechę naprawdę piękny Szczecin, gdyby tylko usunąć reklamy! To zresztą westchnienie, które ciśnie się na usta w każdym polskim mieście i miasteczku – gdyby tylko usunąć reklamy, budy i śmieci! Jaka piękna by była nasza Polska cała.

gdybyniereklamy

Lusatia alias Vita 13

Tomasz Fetzki

Reportaż poetyzujący

Z Bogatyni ruszamy śladem Gwiazdy Polarnej. Z dwóch przyczyn nasza droga biegnie szlakiem południków. Po pierwsze: tak jest najwygodniej, bo tak to urządziła przyroda. Tutaj wszystkie rzeki i potoki płyną bardzo konsekwentnie z południa (biorąc swój początek gdzieś w Górach Łużyckich albo Izerskich) na północ, mijając po drodze wielkie leśne kompleksy. Dostosowując się do owego układu, ludzie budowali swe drogi – te bite i te żelazne – też w tym samym kierunku. Po drugie zaś: musimy tak się poruszać, jeśli nie chcemy opuścić Łużyc. Tydzień temu, przekraczając definitywnie Nysę Łużycką (bo incydentalnie forsowaliśmy ją kilkukrotnie, w obu zresztą kierunkach, odwiedzając Zhorjelc), podróżujemy znów po polskiej części Łużyc. A ta część ma kształt wąskiego i długiego pasa, ograniczonego na zachodzie Nysą, zaś na wschodzie Kwisą. Kwisa od wieków bowiem uznawana była za wschodnią granicę Lusatii.

Jeden z grodów wzniesionych nad tą rzeką zwie się Lubań. Choć leży na obu jej brzegach, jest miastem zdecydowanie łużyckim: przez ponad czterysta pięćdziesiąt lat należał do górnołużyckiego Związku Sześciu Miast (Zwjazk šěsćiměstow), o którym opowiadał Viator podczas wizyty w Budziszynie i w Zgorzelcu. Docieramy oto w naszej podróży do Lubania. Pozostajemy na lewym, a więc bez wątpienia łużyckim, brzegu Kwisy. Czemu więc na stacji kolejowej wita nas napis Lubań Śl.? Jaki śląski, skoro łużycki? Żeby jeszcze bardziej skomplikować sytuację dodajmy, że ten przydomek znajdziemy wyłącznie na tablicach dworcowych – gdzie indziej miasto jest po prostu Lubaniem.

To wszystko ślady burzliwych i pogmatwanych dziejów Łužicy. Wspominał już wielokrotnie Viator, iż nieszczęsna ta kraina, nigdy nie wybiwszy się na suwerenność, bez pardonu i całkiem arbitralnie była krojona kordonami granicznymi przez kolejnych zdobywców. W roku 1815 konkwistadorem były Prusy, którym Kongres Wiedeński przyznał dużą część Saksonii, ukaranej w ten sposób za sojusz z korsykańskim uzurpatorem. Część swej zdobyczy włączyli Prusacy do prowincji Brandenburgia (tak stało się choćby z Żarami, skąd wyruszyliśmy i dokąd zmierzamy), ale większość, wraz ze Zgorzelcem i Lubaniem, wcielono do Śląska. Stąd tablica Lubań Śl., stąd Schlesisches Museum (Muzeum Śląskie) w łużyckim Görlitz – wyraz nostalgii za utraconą krainą: wszak Görlitz to ostatni skrawek Śląska, który pozostał w granicach Niemiec (zanim wyśmiejemy ową tęsknotę, przypomnijmy sobie chociażby anachroniczny przecież twór, jakim była Archidiecezja Lubaczowska – jedyny skrawek Metropolii Lwowskiej, jaki pozostał przy Polsce; może wtedy nieco się wstrzymamy z szyderstwem?) Stąd twór o przedziwnej nazwie Niederschlesischer Oberlausitzkreis (Powiat Dolnośląsko-Górnołużycki), istniejący na lewym brzegu Nysy Łużyckiej do 2008 roku. No i stąd Bory Dolnośląskie, rozciągające się na obu brzegach Kwisy.

Bory Dolnośląskie… Kilometry, dziesiątki kilometrów lasu. I rozsiane dość rzadko osady i wioski, których powstanie zwykle związane było z jakimś aspektem leśnej gospodarki. Ot, choćby Jagodzin – piętnastowieczna osada pieców hutniczych i kuźni, opalanych drewnem, którego było w puszczy pod dostatkiem. Niewiele materialnych śladów kilkusetletniej historii możemy w wiosce zobaczyć. Jednak warto się tu, z pewnego względu, zatrzymać na chwilę.

1 JagodzinBudynek w Jagodzinie. Architektonicznie banalny. Ale… Tu kwaterował w kwietniu 1945 roku sztab II Armii Wojska Polskiego. Po tym budynku przetaczał się zamroczony alkoholem generał Walter, gdy jego żołnierze setkami i tysiącami ginęli pod Budziszynem oraz Dreznem (o czym TUTAJ Viator opowiadał).

W Jagodzinie opuszczamy szosę, którą się dotąd z południa na północ poruszaliśmy. Dalej będziemy podążać przez Bory Dolnośląskie wraz z nurtem Czernej Małej – faktycznie małej rzeczki, wciśniętej między Nysę Łużycką a Kwisę i, tak jak one, płynącej z południa ku północy.

Po kilkunastu zaledwie kilometrach tej wędrówki kolejna śródleśna osada. Ta jednak miała nieco więcej szczęścia niż maleńki Jagodzin i z biegiem lat stała się siedzibą rodów hrabiowskich, panujących nad okolicą. Było tych rodów kolejno kilka (nie ma potrzeby prezentować ich dokładnie). I każdy z nich stopniowo rozbudowywał pałac. Jesteśmy w Iłowej. Mógłby się Viator skupić na opisie tego pałacu, ale po co? Jest tu coś znacznie ciekawszego.

Czy zauważył Czytelnik, że podczas naszej podróży po Łużycach co jakiś czas natrafialiśmy na niezwykłe parki i ogrody? Zaiste, Łużyce to kraina ogrodami kwitnąca! Najważniejszym z nich jest oczywiście Park Mużakowski. Ale przecież odwiedziliśmy także Ostdeutschen Rosengarten i Branitzer Park, Rhododendronpark Kromlau oraz Lausitzer Findlingspark Nochten . Każdy z nich piękny i każdy jedyny w swoim rodzaju. Wypada przeto naszą wędrówkę zakończyć wizytą w jeszcze jednym unikalnym parku.

Tuż obok pałacu w Iłowej nurt Czernej Małej rozpada się na kilka mniejszych potoków. Wśród nich posadzono drzewa oraz liczne krzewy azalii.

SAMSUNG DIGITAL CAMERARomantyczny most nad jedną z odnóg Czernej Małej w parku pałacowym.
Starodrzew i krzewy rododendronów – fakt, że słabo widoczne, bo jesienią Viator wykonał to zdjęcie.

Ale nie drzewa tworzą wyjątkowy charakter tego miejsca – w Mużakowie jest ich więcej, a przy tym znacznie ciekawszych. Nie jest to też zasługą rododendronów – park w Kromlau jest pod tym względem absolutnie bezkonkurencyjny.

Cóż więc znajdziemy niezwykłego w tutejszym Parku Dworskim? Pasję. I umiłowanie egzotycznego piękna. Hrabia Fryderyk Maksymilian von Hochberg, właściciel Iłowej, a przy tym ambasador Niemiec w Japonii, był znawcą i miłośnikiem dalekowschodniej sztuki ogrodowej. Na tyle żarliwym, że postanowił przenieść choćby cząstkę azjatyckiego piękna na Łużyce. I uczynił to skutecznie w dwóch pierwszych dekadach XX wieku.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOgród Chiński w Iłowej. Po renowacji prezentuje się naprawdę imponująco.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy ta brama, zwana Bramą Księżyca, ma jakieś symboliczne znaczenie? Tego Viator nie wie. Ale gdy się przez nią przejdzie, można dotrzeć do widocznej w głębi…

SAMSUNG DIGITAL CAMERA…chińskiej pagody. Nie powstała ona wyłącznie z fascynacji Dalekim Wschodem, ale także z przyczyny zgoła prozaicznej: konfliktu między hrabią a jego sąsiadami.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASpór dotyczył prawa do korzystania z drogi. Łaski bez – robicie problemy, to ja zbuduję sobie wiadukt, w kształcie pagody. Powstał z kłótni. Ale jego dzisiejsza nazwa to Mostek Miłości. Ot, taki paradoks. Lusatia alias Vita

Pięknie tu. Ale czas ruszać dalej! Wciąż na północ. Tym razem drogą żelazną. To najstarsza na terenie współczesnej Polski linia kolejowa. Zbudowano ją w roku 1843, a połączyła (poprzez Gubin, Lubsko, Żary, Iłowę i Węgliniec) Berlin z Wrocławiem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERALinia używana jest do dziś. A wiadukt na zdjęciu znajduje się już właściwie w granicach administracyjnych Żar.

Zaczęliśmy naszą łużycką podróż w Żarach, i tutaj ją skończymy. Viator zaprasza na rynek miejski. Można tu usiąść na ławeczce Georga Philippa Telemanna i posłuchać wspaniałej, barokowej muzyki. Telemann był naprawdę zdolnym kompozytorem. Tylko miał pecha: po nim nastał Bach. A kto mógłby się mierzyć z Bachem?

8 TelemannOn natchniony i młody był… bo liczył zaledwie 23 wiosny, gdy przybył do Żar, aby pełnić funkcję nadwornego kapelmistrza hrabiego von Promnitz. Pozostał tutaj cztery lata, z przerwami na wizyty w Pszczynie, drugiej z hrabiowskich siedzib. Tam zetknął się z polską muzyką. Efekt? Koncert polski G-dur. Czytelniku, zmień się na chwilę w Słuchacza.

Można tak słuchać całą noc, wraz z Kaczarką – Łużyczanką, która żegnała nas, gdy wyruszaliśmy w drogę. Ona tu ciągle stoi. Nigdzie się nie spieszy. Nie spieszmy się i my. Smakujmy Łużyce. Smakujmy Życie…

9 Kaczarka w nocy

In Archiven und Museen (2)

Dorota Cygan

Marbach. Mal schnell in die Stadt und schon zurück im Archiv

 marbach5
In diesem Turm wohnte kein Dichter, der wahnsinnig geworden ist (in welchem denn und wo dann?), die Leser dürfen ohne andächtiges Schweigen den Anblick genießen.

(Erklärung: die Autorin meinte den Dichter Friedrich Hörderlin, geb. 1770, gest. 1843, der wahnsinnig geworden ist und 35 Jahre in einem Turm in Tübingen verbrachte.)

Und drunter: Vielleicht klärt mich jemand auf, ob es der schwäbische Pragmatismus ist, Mauern in die Häuser zu integrieren – oder vielleicht eine weit verbreitete historische Baupraxis?

 marbach7

Und schon wieder im Literaturarchiv.

Ich nehme an, dass diese Plastik darunter jedem sehr nahe steht, der schon mal mehrere Stunden und Tage hintereinander hier las und glaubte, die Augen würden ihm bald herausfallen. Dabei war es nur die Brille, die sich auf einmal verselbständigte und tanzte.

marbach8

marbach9

Wahrscheinlich lag dem ein demokratisches Prinzip zugrunde: Jeder Mitarbeiter des Archivs sollte gleich viel Licht in seinem Büro haben und ins Grüne hinaus gucken. Wir Benutzer haben freilich immer das Gefühl, ALLE sehen uns, wenn wir wieder einmal zu spät ins Archiv kommen.

marbachnoca

LiMoLiteraturmuseum der Moderne im geheimnisvollen Nachtgewand. Würde man es jetzt indiskret lüpfen, wäre man Zeuge der höchst privaten, epochenübergreifenden Kontakte zwischen Schriftstellern, Kritikern, Objekten und allerlei „Ismen“. Das nenne ich eine Party!

marbachsordek2

Oben und unten. Exklusive Fotos nur für Euch: Lesesaal von außen – das Fotoverbot (von innen) wird selbstverständlich eingehalten. Leser erzählen sich Anekdoten, wer alles schon beinahe eingeschlossen worden ist, weil er sich zwischen den Buchregalen festgelesen hatte und im letzten Augenblick bemerkt worden ist.

marbachsordek1

marbachsordek3So nüchtern wie dieser Eingang wirkt auch der Handschriftenbereich (Tiefgeschoss). Damit ist sichergestellt, dass die Schönheit des Raumes (also die Form) nicht die Schönheit der Archivalien (also den Inhalt) überdeckt.

lesesaalmarbach

Sancta sanctorum – Handschriftenlesesaal
Ich weiß selber nicht, warum ich mich in dem Fall der Wahrheit verpflichtet fühle und Euch das echte Foto vom Handschriftenlesesaal zeige. Ich könnte doch viel besser fabulieren: Den Handschriftenlesesaal erfüllt der Schein alter Möbel und alter Gegenstände, durch alte Fenster schimmert in der Sonne der alte Staub und die alten Archivare gehen am Stock und können sich noch detailliert an ihr letztes Gespräch mit Thomas Mann, nein, mit Franz Kafka erinnern… Nö. Warum sollt Ihr eigentlich die Sache weniger nüchtern sehen als ich? Das wäre ungerecht.

skarpetkischilleraUnd dort. Ja! Zum Beispiel Schillers Socken!
In der Kunstbibliothek in Berlin darf man viele alte Bücher nur mit weißen Handschuhen anfassen. In Schwaben gönnt man das eigentlich nur Schillers Socken. Gut so. Allerdings wäre der Anblick interessant: Benutzer tippen in weißen Handschuhen Briefe und Handschriften ab. Tradition und Modernität. Soll ich das vielleicht anregen?

marbachsordek4

Hier wohnen wir alle – Schnüffler, Buchfetischisten und manische Literaturdeuter. Eingeschlossen in den Mönchszellen. Ihre schlichte, aber interessante Innenarchitektur folgt dem demokratischen Prinzip – auch übrigens die Platzierung der Gäste. Ich durfte vier Wochen lang meinen Lärm einem hochverdienten älteren Professor zumuten.

marbachsordek5

Lemberger oder Trollinger – wenn es der Wein von hier sein sollte. Die Marbacher selbst trinken eher den edlen Italiener oder reden sich aus.

Prost!

San Michele

Ewa Maria Slaska

Dwaj poeci, muzyk i tancerz

W Wenecji popłynęłam na cmentarz czyli na wyspę San Michele. Była piękna pogoda, miałam czas, mogłam chodzić po cmentarzu jak mi się długo podobało, a najważniejsze – nie byłam całkiem sama, bo to by napawało chyba lekkim strachem, ale nie, tu i ówdzie widać było jakiegoś odwiedzającego, jednak nie trzeba się też było przepychać w tłumie turystów. Jeśli docierasz do San Michele, to znaczy, że musiało ci na tym zależeć.

sanMichele2014 (3)Mnie zależało. Właściwie głównie z uwagi na Ezrę Pounda. Zawsze robi mi się paskudnie, jak o nim myślę. Bo z jednej strony niezwykły poeta i nadzwyczajny przyjaciel poetów i pisarzy, Eliota, Tagorego, Joyce’a, Hemingwaya, wspaniały niezależny duch, wolny człowiek, wyprostowany, by użyć faustowskiego pojęcia.

Był jednym z najważniejszych poetów światowej Moderny.

Esra PoundZ drugiej zaś strony to co wszyscy wiemy – świadomy, lojalny i wierny aż po koniec wojny wielbiciel Mussoliniego i włoskiego faszyzmu. Możemy go za to krytykować, ale piszę to w Berlinie, w Niemczech, gdzie przecież latami wielbiono po wojnie twórców wspierających i wspieranych przez Hitlera – Herberta von Karajana, Gustafa Gründgensa, Arno Brekera, Leni Rifenstahl. Przeszli gładko jak po ubitym trakcie od wyznawania nazistowskiego reżimu do Republiki Niemieckiej i nikt ich za to nie oskarżył, nie skazał na śmierć, nie zapędził w chorobę psychiczną, nie wsadził do klatki i nie wystawił na ludzką nienawiść i pogardę. A Pounda trzymano w klatce. 6 tygodni w klatce.

Był wrogiem. Można zrozumieć. Nienawidził Amerykanów, za to, że się bez reszty oddali kapitalistom i zaprzedali bankom, a to było, miało być wyjaśnieniem jego antysemityzmu. Bo był antyimperialistą, antykapitalistą, antysemitą! Był.

Ale do klatki!

Kochał literaturę europejską i w ogóle europejskie dziedzictwo kulturalne. Kochał Wenecję. Gdy dotarł tu po raz pierwszy w roku 1908, przypłynął na Gibraltar na pokładzie statku przewożącego bydło, a potem dostał się psim swędem na stronę europejską, pokonał większość drogi na piechotę, by wreszcie wyczerpany i głodny dotrzeć do Serenissimy. Tu też w trzy miesiące po przybyciu wydał własnym sumptem swój pierwszy tom wierszy.

Po dwunastu latach w psychuszce został w roku 1958 wypuszczony, państwo amerykańskie zakończyło proces przeciw Poundowi, dano mu paszport i pozwolono wyjechać. Pojechał do Wenecji i tu umarł 1 listopada 1972 roku.

Ezra Pound – Pakt

Zawieram z tobą układ, Walcie Whitmanie,
Dość długo już nie mogłem cię znosić
Przychodzę do ciebie jak wyrostek
Który miał upartego ojca
Jestem już w tym wieku, że mogę zaprzyjaźnić się
Tyś pierwszy ściął pień drzewa
Teraz jest czas rzeźbienia w nim.
Z tej samej my tkanki, z tych samych korzeni
Niech będzie więc pakt między nami.

Tłumaczył Leszek Elektorowicz

brodsky2 (1) 2Leży w tym samym kwartale co Pound. Josif Brodski (1940-1996), rosyjski poeta-dysydent, więzień reżimu, laureat nagrody Nobla, słynny autor słynnego W półtora pokoju. Umarł w Stanach Zjednoczonych, pochowano go w Wenecji.

Przy wejściu na cmentarz dostałam w portierni kartkę z planem nekropolii, na którym zaznaczono, gdzie znajdują się groby znanych osobistości. Po drodze odwiedzającego prowadzą też strzałki, Brodski i Pound, Strawiński i Diagilew, ale gdy dojdzie się do wyznaczonego kwartału, nic już poza wytrwałością nie doprowadzi człowieka do poszukiwanego grobu. W kwartale ewangelickim, gdzie leżą Pound i Brodski znajduję mały drewniany domek na nóżce prawie kurzej. Nic nie tłumaczy, co to za domek, otwieram, znajduję oprawioną w gruby plastik kartkę z historią cmentarza i poskładane, zniszczone świstki. To listy, które odwiedzający położyli na grobie Brodskiego.

brodsky3Здравствуйте Иосиф Александрович.

Rozumiem: można kochać pełniej, mocniej,
nieskazitelniej. Można, tak jak syn Kybele,
wtopić się w mrok i pod postacią nocy
wkraść się w twoje obszary. Można jeszcze wiele:
na przykład twoje rysy z molekuł i drobin
odtwarzać mozolnymi stalówki ruchami.
Albo, wbijając w lustro wzrok, tłumaczyć sobie,
że ty – to ja; bo kogóż właściwie kochamy,
jeśli nie siebie? Ale losowi zapiszmy
punkt: w naszym jutrze – choćby zwlekały zegarki –
już wybuchała ta bomba, która wszystko niszczy,
pozostawiając tylko meble albo garnki.
Nieważne, kto tu zbiegiem, kto przed kim ucieka:
nas ani przestrzeń, ani czas nie swata
i do tego, jakimi będziemy na wieki,
lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata.

Tłumaczył Stanisław Barańczak

Zanim znalazłam grób poety, odczytuję napis sugerujący polskość. Ale może to jednak Rosjanka. Nadia Ianewicz-Janiewski (oba nazwiska przez “w”), 27.02.1833 – 28.03.1860. Miała 27 lat. Czy to jedna z tych nieszczęsnych zakochanych, wywiezionych przez rodzinę daleko od kochanka, która zmarła w Wenecji z miłości i zgryzoty. Nie mam nadziei, że znajdę ją w internecie, pytam jednak. Nie ma jej, bo niby dlaczego miałaby być?

Na innym grobie napis La via, la verita, la vita – Droga, prawda, życie.

Dwaj następni artyści znajdują się tuż obok, w tzw. kwartale greckim.

diagilew (1)-3xdiagilew

Sergiej Diagilew, a przy sąsiedniej ścianie Igor Strawiński i jego druga żona Vera de Bosset, tancerka.

strawinski (1)-2strawinski (4)-3x Tancerzowi kładą na grobie baletki, pisarzowi listy, wiersze, czasem książki, co można by położyć na grobie muzyka? Widać nie ja jedna nie wiem, na grobie Strawińskiego nic nie ma.

Bardzo sztywno to wygląda na tym nagrobku, a tymczasem – w roku 1956 koło szkoły San Fantin ktoś mu zrobił takie zdjęcie:

strawinski i koty w Wenecji

Metro, dentysta, serwetka

Ewa Maria Slaska

Ani z podziękowaniem za serwetkę

Musiałam wysiąść z autobusu przy stacji metra Oberkampf. Mieszkam w Niemczech, mój umysł przez dłuższą chwilę nie zarejestrował więc, że coś się tu nie zgadza. Oberkampf (czyli coś w rodzaju walki na górze) w każdym mieście niemieckim wpasuje się bez problemu jako nazwa ulicy czy stacji metra. Ale jestem w Paryżu. Mruczę pod nosem oberkampf, oberkampf i postanawiam przy okazji sprawdzić w internecie, skąd się wziął Oberkampf (oberkampf?) w Paryżu. I zapominam. Absorbuje mnie ruchome święto, wiosna, która w Paryżu jest już w lutym, kwiaty, wędrówka po cmentarzach…

W miesiąc później siedzę w poczekalni u dentysty w Szczecinie i czytam gazetkę. Gazetki u mojego dentysty są wszystkie mniej lub bardziej nowocześnie głupawe (jeśli rozumiesz, co mam na myśli, Prosiaczku?), ale podobnie jak nie jest wykluczone, że w sklepie z tandetą znajdziesz cacko, tak nie jest wykluczone, że głupawa gazetka… W gazetce króciutka notatka. Christophe-Phillippe Oberkampf – pochodzący z Niemiec żydowski fabrykant tkanin, który zasłynął jako wynalazca cienkich płócien i tkanin bawełnianych, zdobionych jednobarwnymi, czerwonymi lub niebieskimi, scenkami rodzajowymi z czasów napoleońskich, wciąż jednak jeszcze w stylu Marii Antoniny. Dziewczęta w krynolinach na huśtawce, elegenccy dandysi grający w serso, panie przytulające owieczki, tańce na trawie, fajerwerki, muzyka na wodzie, uczty, przyjęcia, zamiatanie salonu i gotowanie karczochów… Każdy temat i każda codzienna sytuacja mogły dać asumpt do stworzenia nowej scenki. Manufaktura Oberkampfa wypuściła w świat 150 a może 1500 wzorów takich tkanin (nie pamiętam) z obrazkami, które projektowali niekiedy słynni malarze jak Bouchet.

Postanawiam, że jak wrócę do domu, to uzupełnię wiedzę, poszeperam w internecie, ale zapominam. Mija kolejny miesiąc. Jest maj. Dostaję od mojej synowej Ani puszkę z obrazkiem kotów. W środku serwetka z niebieską scenką rodzajową. Zdobycze z niedzielnego spaceru na pchli targ. Patrzę i oczom nie wierzę. Toż to przecież Oberkampf. Nie oryginał, rzecz jasna, lecz naśladownictwo, ale bezwzględnie Oberkampf.

Nie mam wyjścia. Nie można zapomnieć o Oberkampfie, który pojawia się w tym roku dosłownie co miesiąc, najwyraźniej domagając się wpisu… zaglądam do Wikipedii – są artykuły tylko w czterech językach, po niemiecku,  angielsku, francusku i… polsku. We wszystkich jest to samo, Oberkampf (1738-1835), nowoczesny fabrykant tkanin drukowanych. Założył fabrykę w Jouy-en-Josas. W każdym wpisie są też dwa jego portrety, w żadnym nie ma reprodukcji jego tkanin. Podobnie jest zresztą, jeśli się wpisze w google’a hasło Oberkampf i poprosi o wyszukanie obrazów. Jak TU. Pojawi się metro, mapa, ulica, ale nie ma tkanin Oberkampfa. Jouy-en-JosasGłupia gazetka okazała się ciekawsza od zbiorów google’a, a są to wszak zasoby światowe,  i Wikipedii, tworzonej przez mądrali (jeśli rozumiesz, Prosiaczku, co mam na myśli?)

Dopiero we wpisie o Jouy-en-Josas pojawi się dodatkowa informacja o tkaninach Oberkampfa, ale nadal bez obrazków: Toile-de-Jouy (płócienko z Jouy) oznacza  tkaninę bawełnianą z nadrukami. Klikam na tego linka i dopiero tu znajduję to, co widziałam już przecież w gazetce, wiem więc czego szukam. Obok płócienko Oberkampfa. Poniżej moja serwetka od Ani, a pod spodem nadesłana dwa dni później fota “Oberkampfa” od Powsinogi.

serwetkapowsinogaoberkampf