Co jedli on i ona, czyli jak…

…przegotowałyśmy nasz los

Ewa Maria Slaska

Prawie 10 lat temu napisałam (jeszcze na owym do znudzenia wspominanym, a już nieistniejącym blogu Jak udusić kurę…) o tym, co jedzą kobiety, a co mężczyźni.

Zacznijmy od zadania. Ona i on idą do restauracji. Ona zamawia golonkę i piwo, on pstrąga duszonego w maśle, szparagi i białe wino. Dania przynosi inny kelner, nie ten, który odbierał zamówienie. Gdzie stawia szparagi? A przed kim golonkę?

Gdy wykonamy to zadanie, to nagle uświadamiamy sobie, że istnieją kolosalne różnice pomiędzy tym, co jedzą mężczyźni, a tym, co jedzą kobiety. I że wszyscy to wiedzą, my też i zawsze to wiedzieliśmy, tylko nie budziło to naszego głębszego zastanowienia. Każdy kelner to wie i każdy sprzedawca, każda gospodyni domowa i każdy marketingowiec. Kobiety jedzą jarzyny, owoce i słodycze, mężczyźni mięso.

Georges Perec, francuski pisarz pochodzący z rodziny polskich Żydów, w książce Życie. Instrukcja obsługi. zamieścił między innymi na ośmiu stronach maczkiem, drobiazgową listę tego, co jadł przez cały rok. Ta powieść została napisana, a właściwie skonstruowana według specjalnej listy, nad którą autor pracował dwa lata, i składa się z setek spisów. Sam indeks końcowy zawiera 5000 pozycji. Powieść czyta się jako najważniejsze dzieło eksperymentalne w historii człowieka, rzadko przywiązując wagę do faktu, że Perec w swych powieściach żywił się przede wszystkim własnym życiem i że lista tego, co pewien młody mężczyzna jadł we Francji (zauważmy – we Francji!) jest skrupulatnym i prawdziwym zapisem jego jadłospisu. Na liście znalazły się trzy razy ślimaki, raz jeż morski, 56 razy Armagnac, 8 razy Calvados, 36 kieliszków wódki, jeden (słownie: jeden) talerz owoców, dwa razy truskawki, raz czarne porzeczki i jedna pomarańcza.

Perec zmarł w wieku 46 lat.

Niestety to nie ja jestem autorką tego genialnego i jak wszystkie genialne myśli banalnie prostego spostrzeżenia. Mężczyźni jedzą co innego. Kobiety też. Zrobili to Eva Gritzmann & Denis Scheck w książce “SIE & ER” (ONA & ON) – Der kleine Unterschied beim Essen und Trinken. Niewielka różnica w jedzeniu i piciu. Tytuł odwołuje się do kultowej książki czołowej niemieckiej feministki Alice Schwarzer z roku 1975: Der kleine Unterschied und seine großen Folgen. Tytułowa mała różnica dotyczyła… ach zresztą. Właśnie stwierdziłam, że w polskiej Wikipedii jest o Alice Schwarzer zaledwie jeden mały akapit o niczym, może zachęcona powodzeniem ulokowania u Cioci W. wpisu o Kaminskim, porwę się na dalsze zadania i rozszerzę wpis o Alice. No, w każdym razie tak czy owak chodzi o tę pozornie nieistotną, małą różnicę między mężczyzną a kobietą i jej niewiarygodne konsekwencje społeczne.

Człowiek jest jedyną istotą na świecie, która uczyniła z jedzenia zajęcie społeczne. Najważniejszą cechą odróżniającą człowieka od reszty świata jest umiejętność zdobywania pożywienia na później (nie chodzi o zapasy na zimę, tylko w ogóle o fakt, że przynosimy upolowane kuropatwy przytroczone do pasa i zbieramy jagody do wiaderka). Kobieta i mężczyzna połączyli się w pary, żeby… pilnować jedzenia. Seks jest pochodną ochrony żywności. Miłość pochodną wspólnego spożywania posiłków. Inteligencja ludzka rozwinęła się dzięki jedzeniu – to gotowanie potraw ułatwiło trawienie mięsa, zwolniło człowieka z konieczności leżenia godzinami po posiłku, dało mu czas i energię, by zacząć opanowywać świat. To gotowanie było motorem ewolucji! Gotowanie uczyniło z australopiteka homo sapiens. Mężczyźni przynosili mięso, ale to kobiety je gotowały! (Uwaga tu będzie komentarz – czytaj niżej) I zdarzyło się to kilka milionów lat temu!

Autorka jest lekarką, autor – pisarzem. Razem stworzyli fascynującą książkę, skrobiącą tak długo po powierzchni każdego naszego przekonania, aż się okaże, że nie mamy racji i jest zupełnie inaczej. Bawią się odkrywaniem różnych niewiarygodnych prawd. A ich potwierdzenia szukają wszędzie – w bajkach, w komiksach, filmach, powieściach. Cytują Prousta, Kafkę, Joyce’a, Pereca i Szekspira. Dzwonią do wielkich sieci handlowych i do słynnych kucharzy. Pytają, pytają, pytają. Skaczą od kwestii obrazoburczych do prościutkich pytań: są fryzjerzy damscy i męscy, są łaźnie i sauny dla pań i panów, baseny, godziny gimnastyki, krawcy i kosmetyczki. Konfekcja, torebki, buty. Wszystko ma płeć, prawdziwą albo gender, ale ma. A jedzenie nie.
Dlaczego nie ma zwyczaju, żeby gotować osobno dla kobiet i dla mężczyzn? Dlaczego nie ma restauracji dla pań i panów? Albo przynajmniej odrębnych jadłospisów. To zresztą ryzykowne pytanie. Kiedyś bowiem faktycznie były w restauracjach takie jadłospisy – w wersji żeńskiej potrawy… nie miały cen.

Kucharze uczyli się sztuki gotowania na zachciankach możnowładców. Kucharki na potrzebach swoich bliskich.

Lektura JEJ & JEGO przypomniała mi słynną książkę o bieganiu: Christopher McDougall Urodzeni biegacze. Jej autor twierdził – zupełnie od niechcenia i na marginesie głównego tematu – że nieprawdą jest, iż kobiety w epoce kamienia nie mogły polować, bo polowano biegając, a one były wiecznie w ciąży lub karmiły niemowlęta i biegać nie mogły. Otóż doświadczenia biegaczek na bardzo długich dystansach (takich, dla których 42 kilometry klasycznego maratonu to dopiero rozgrzewka) wykazują, że na tych bardzo długich dystansach kobiety spisują się równie dobrze jak mężczyźni, a może nawet lepiej, i że spokojnie mogą biegać, a w przerwach karmić dzieci.

Teraz zatem, po lekturze obu tych książek, możemy powiedzieć, że kobiety zbierały owoce i jarzyny, bo te im bardziej smakowały! Cóż za rewolucyjna teza! No, ale potem wymyśliły gotowanie i tak to przegotowały swoją wolność.

Zapiski na mankietach 2

Tibor Jagielski

Geriatric Clinic of Doctor Klaus von Strohsack, Black Forest, Germany

A young reporter of NYT hear that in a famous Geriatric Clinic of Doctor Klaus von Strohsack, Black Forest, Germany, live more then one over hundred years and sexually active men.
She takes the plane and fly to Europe to make a good story.
At the place, wonderful, old castle in the mountains, she meet a group of old men
they work or walk in pretty, full of flowers and fruit trees, garden.
She go to the man looking very old and ask:
– Hello, can you say me how old you are?
– I’m 103 years old, my child
– Great! And can I ask you something very private?
– No matter, try…
– How long you are sexually active?
– 99
– Wow! Congratulations! And what is a secret of so successfully way of life?
– I try all the time gymnastics and drank only yoghurt.
– Thank you very much!, she leave the old man and go to the next
– Hello, can you say me how old you are?
– I’m 105 years old, drank yoghurt and try gymnastic.…
– And can I…
– 100!
– Marvellous!, she shakes the micro and went to the next one
– I’m 98, active till 96, gymnastic and yoghurt
– Very good!, she says and turns to the one, which looks much older, than the others and ask
– And how long stay you active, dear mister?
– I’m into.
– Amazing! And what is your secret?
– All the time beer.
– ???!!! And… how old are you, great master?
– 36.

Ten rysunek, dzieło Autora, został podpisany Haus Abo-Moen. A te na końcu wpisu: Krab i Rapperswill.

Sałatka wodnika

1 miska młodych wodorostów
1 bukiecik drobno pokrojonego koperku
do tego
4 dorodne pomidory, pokroić w dzwonka
2 cukinie pokrojone w plastry,
które przysmażyć na patelni z oliwą, tymiankiem, gałązką rozmarynu i szałwią
i odstawić na moment w ciepłe miejsce (przy ognisku – w popiele)
do miski wrzucić pomidory, posiekany koperek i sos:
2 ząbki czosnku rozdusić i wymieszać
z 4 łyżkami oliwy
dodać
2 łyżki stołowe ostrej musztardy
i wymieszać
1 cytryna (sok)
cukier, sól do smaku

wszystkim ostrożnie wstrząsnąć
i posypać przysmażoną cukinią

podawać najlepiej z prażonym nad ogniem pumperniklem
tudzież dobrze zmrożonym aquavitem i pinot noir najlepiej z alzacji

smacznego!

a na deser krokusy i przebiśniegi w sosie poziomkowym
(asti spumante, sambucca i espresso)

PS. zamiast wodorostów można użyc queller (solirody)
https://de.wikipedia.org/wiki/Queller
(w Anglii i Holandii do nabycia w supermarketach, właśnie zaczął się sezon)

Akurat niedawno pisał o tym faz:
https://www.faz.net/aktuell/rhein-main/region-und-hessen/kochen-mit-queller-gemuese-von-der-salzwiese-17292764.html

***
Autor sam mnie sprowokował do wtrącania mu się we wpis, bo przysłał mi kartkę z wiatrakiem. Dodaję więc dwa inne wiatraki znalezione w Berlinie oraz niebieską kartkę (z Dulcyneą?), którą przysłały Joanna i Tania, nasze blogowe autorki-podróżniczki. I informuję, że w mojej ulubionej książce kucharsko-literackiej Yummy books mówi się o pewnym (nieznanym mi zresztą) bohaterze literackim (Sprzysiężenie osłów Johna Kennedy’ego Toola), że był skrzyżowaniem szalonego Olivera Hardy, Don Kichota i Tomasza z Akwinu. I opychał się donatami.

Lucy Wielka Mistrzyni 1

Tibor Jagielski

lucy – przepis na zupę z kaczki

pewnego pięknego, słonecznego poranka stanęła lucy na progu swojego domostwa,
spojrzała na baraszkujące w sadzawce kaczki i poczuła ogromną ochotę na kaczą zupę;
ponieważ żadna z kaczek, mimo wielkiego szacunku jakim darzyły  mistrzynię, nie dała się
namówić na to, aby skończyć życie w wiszącym nad paleniskiem kociołku,
postanowiła lucy zrobić kaczą zupę bez kaczki:
do gotującej się wody wrzuciła pokrojone warzywa i zioła, następnie skrzydelka,
udka i nóżki nieistniejącej kaczki, a na koniec sporo nieistniejącego smalcu
z nieistniejacej kaczki, ciągle i dokładnie mieszając
i po niedługim czasie zupa była gotowa;
lucy spróbowała ostrożnie i powiedziała
– ho, ho, tak dobrej zupy już dawno nie jadłam
i nalała ją także swoim kaczkom do korytka;
na ptactwo nie trzeba było długo czekać
i wkrótce wszyscy zajadali się ze smakiem,
podczas gdy słońce wzosiło się powoli na niebo.

lucy i  koty

raz jeden z okolicznych kotów wbiegł do chatki mistrzyni i położył się spać akurat na poduszce,
na której zwykła siadywać lucy.
– czy mam go wyrzucić? – zapytał jeden z uczniów.
– jak wpadłeś na ten pomysł? – rzekła lucy – czyżbyś nie znał moich nauk?
– ale jaki z tego pożytek, że traktujesz tego kota po królewsku? – odparł uczeń.
a lucy na to
– co to byłby za pożytek, gdybym dzieliła się z innymi
tylko tym co bezwartościowe, albo bez znaczenia?
nie słyszysz jak mruczy? to ta muzyka jest mi zapłatą.

lucy na polowaniu

pracującej w ogrodzie lucy przeleciał raz przed samym nosem bażant
i zatrzymał się nieopodal
ach, wspaniale – pomyślała – dawno nie wylądował w moim garnku – i
mimo że była w trakcie w pielenia grządek, narzuciła sukienkę,
chwyciła procę i ruszyła za ptakiem…
jednakże bażant okazał się niełatwym kąskiem i ledwo lucy zbliżała się na odleglość rzutu,
on jakby tknięty przeczuciem odfruwał…
nie spostrzegła się lucy, a czas mijał, jak wylądowała w sadzie kasztanowców pobliskiego pgr-u
i tam też wreszcie znalazła właściwą do miotu pozycję, lecz zamiast rzucić kamieniem,
rzuciła najpierw okiem i spostrzegła w cieniu liścia cykadę,
a na samym liściu dokładnie obserwującą ją modliszkę,
a znowu modliszce przypatrywal się intensywnie bażant,
którego miała dotychczas w oku lucy
i zdumiona takim obrazem znieruchomiała na moment…
wtem rozległ się hałas i z pobliskich krzaków wybiegli chlopi z kijami,
myśląc, że mają do czynienia ze złodziejem i nieźle by się lucy oberwało,
gdyby im szybko nie wytłumaczyła, dlaczego zabłądziła do ich ogrodu…
wracając do domu była bardzo markotna;
– co się stało? – zapytała jedna z uczennic
– ach, wskoczyłam do brudnego potoku i zapomniałam o moim czystym jeziorze –
westchnęła lucy i wróciła do pielenia.

lucy umiera

gdy lucy umierała, zebrały się w jej domku uczennice i uczniowie
i radzili jaki jej urządzić pochówek i jakie drogocenności włożyć do grobu…
stara mistrzyni przerwała im:
– nie troszczcie się o to; moją trumną i zarazem grobem jest niebo i ziemia,
a słońce, księżyc i gwiazdy to moje klejnoty, a pożegna mnie cała natura.
– ale co będzie gdy przylecą sępy i wrony? – zatrwożyli się uczniowie.
– nad ziemią zjedzą mnie sępy, a pod ziemią mrówki,
wolicie mrówki?

Kartofle – Erdäpfel – Potatos

W Niemczech zaczynają się właśnie wakacje jesienne, niekiedy zwane Kartoffelferien – wakacje ziemniaczane; nazwa pochodzi z czasów, gdy uczniowie pomagali dorosłym na roli. Po wprowadzeniu obowiązku szkolnego praca odbywała się przed szkołą i po lekcjach, ale w takie dni, kiedy miały miejsce wykopki, rodzice po prostu nie posyłali dzieci w ogóle do szkoły. Nie mogąc temu zapobiec, władze szkolne po prostu wprowadziły wakacje szkolne na okres zbiorów ziemniaków.

Kartofle to w sztuce piękny temat.

Pablo Neruda

Oda do frytek

We wrzącej
oliwie
pryska
radość
świata,
ziemniaczane
strugi
wędrują
na patelnię
jak śnieżnobiałe
pióra
porannych
łabędzi,
a wyskakują
na wpół złote od
płynnego bursztynu oliwek.

Czosnek
dodaj do tego
jego ziemisty zapach,
pieprz
przywiany znad zrębu gór
i tak
modnie ubrane
w kostiumy koloru kości słoniowej
lądują na  talerzu
zawsze powracająca pełnia

i wyborna prostota ziemi.

Tłumaczył Tibor Jagielski

De aardappeleters, schilderij van Vincent van Gogh, gemaakt in 1885 in Nuenen (Museum Otterlo)

Seamus Heaney
He received the Nobel Prize for Literature in 1995. 2011 he died in age of 74. I published already that poem, but it was so many years ago…

Digging

Between my finger and my thumb
The squat pen rests; snug as a gun.

Under my window, a clean rasping sound
When the spade sinks into gravelly ground:
My father, digging. I look down

Till his straining rump among the flowerbeds
Bends low, comes up twenty years away
Stooping in rhythm through potato drills
Where he was digging.

The coarse boot nestled on the lug, the shaft
Against the inside knee was levered firmly.
He rooted out tall tops, buried the bright edge deep
To scatter new potatoes that we picked,
Loving their cool hardness in our hands.

By God, the old man could handle a spade.
Just like his old man.

My grandfather cut more turf in a day
Than any other man on Toner’s bog.
Once I carried him milk in a bottle
Corked sloppily with paper. He straightened up
To drink it, then fell to right away
Nicking and slicing neatly, heaving sods
Over his shoulder, going down and down
For the good turf. Digging.

The cold smell of potato mould, the squelch and slap
Of soggy peat, the curt cuts of an edge
Through living roots awaken in my head.
But I’ve no spade to follow men like them.

Between my finger and my thumb
The squat pen rests.
I’ll dig with it.

Übersetzung ins Deutsche & Tłumaczenie na polski: HIER / TU

Jean-Francois Millet, La Récolte des pommes de terre, 1855 (Museum Baltimore)
 
O ziemniakach było już u mnie na blogu kilka wpisów, nie tylko cytowany powyżej wiersz Heaneya. Joanna Trümner, opowiadając o podróży do Peru, pisała w jednym z wpisów o ziemniakach. Pokazywałam w zeszłym roku choinki z ziemniaków. Publikowałam tekst o wielkiej innowacji agrarnej, jaką była uprawa ziemniaków, zainicjowana i wspierana na wielką skalę przez króla Prus, Fryderyka Wielkiego. Był opis wojennej wyprawy po ziemniaki autorstwa mojej ciotecznej babki. Napisałam też kiedyś wpis o Mamie i ziemniakach, a właściwie o obieraniu ziemniaków. Danusia czyli Danuta Starzyńska-Rosiecka podawała kilkakrotnie przepisy na ziemniaki (tu sałatka), a poza tym, tak jak ja, hodowała ziemniaka na balkonie (ja miałam w tym roku dwa). Ale chyba najdziwniejszym wpisem o ziemniakach jest historia o ziemniaku jako… pieniądzu. Czy muszę dodawać, że przygotowując ten wpis, obierałam jednocześnie ziemniaki, gotowałam je, kroiłam na plasterki i ubijałam jajka na hiszpański omlet z ziemniakami, zwany tortillą? Mniam…

***
Jaka smutna wiadomość. Wczoraj wieczorem umarła Joanna Trümner, tłumaczka i autorka, o której tu właśnie piszę, dosłownie w poprzednim akapicie.

Pisała dla nas o podróżach, do Peru, do Australii, pisały z Elą Kargol o Murze Berlińskim, ale na pewno wielu z nas zapamiętało ją przede wszystkim jako autorkę Stuarta, długiej opowieści o losach pewnego angielskiego nieudacznika, któremu się tak nie wiodło z kobietami i który wciąż nie mógł się zdecydować, czy woli bezpieczne i nudne życie nauczyciela matematyki, czy niepewne peregrynacje jako muzyk po trzeciorzędnych klubach i scenach muzycznych Australii. Opowieści Joanny o Stuarcie bardzo nas wszystkich zajmowały, a ponieważ historia posuwała się naprzód powoli, jako administratorka cieszyłam się na wiele lat opowieści i zawsze mówiłam, że Stuart to tacy moi Matysiakowie. W pewnym momencie przed kilku laty, niemal z dnia na dzień, Joanna przestała pisać o Stuarcie. Męczyłam ją, bo twierdziłam, że Czytelnicy (i ja) chcą się jednak dowiedzieć, co było dalej? Po jakimś czasie i z pewnymi oporami Joanna przyznała, że jej też brakuje tego Smutnego Pana. Była już chora, ale obie liczyłyśmy na to, że za chwilę podejmie przerwany wątek.
Niestety, nigdy już nie dowiemy się, co było dalej.

Żegnaj, Joasiu!

Eine Kulturgeschichte der Kartoffel (Reblog)

spektrum.de 
Daniel Meßner und Richard Hemmer

Kleine Geschichte der Kartoffel – oder: Warum heutzutage alles anders ist
Wäre die Kartoffel nie nach Europa gelangt, würde die Welt heute ganz anders aussehen.

© AKG Images (Ausschnitt)

Wer einen Abstecher ins Europa des 15. Jahrhunderts machen könnte, würde wohl auf dem Speiseplan der Menschen die Kartoffel vermissen. Die Pflanze ist heute so allgegenwärtig, dass es schwerfällt, sich ein Leben ohne sie vorzustellen. Dabei war sie zu jener Zeit in anderen Teilen der Welt schon ein weit verbreitetes Nahrungsmittel: An den ersten Kartoffelknollen taten sich Menschen in Peru wahrscheinlich schon vor 5000 Jahren gütlich.

Dass die Kartoffel schließlich nach Europa kam, ist vermutlich den Spaniern zu verdanken. Im Jahr 1565 wurde eine Kiste der Knollen an den spanischen König Phillip II. geschickt, der einige davon dem Papst in Rom weitergab. Der war so angetan, dass er einem niederländischen Kardinal ein paar Kartoffeln zukommen ließ. Schließlich gelangten diese Knollen zu jenem Mann, der sie als Erster in seinem Werk »Rariorum Plantarum Historia« beschreiben sollte: dem niederländischen Botaniker Carolus Clusius.

Die Spanier waren’s – oder die Engländer!
Auch den Engländern wird nachgesagt, sie hätten die Kartoffel aus der Neuen Welt mitgebracht. Richtig beweisen lässt sich aber weder die eine noch die andere Theorie. Tatsache ist, dass die Kartoffel gegen Mitte des 17. Jahrhunderts in Europa bekannt war und auch angepflanzt wurde, anfangs allerdings in erster Linie als Zierpflanze.

Vor allem in Deutschland verlief die Verbreitung der Kartoffel eher schleppend. In England wurde der Anbau bereits um 1660 empfohlen. In Deutschland gab es zu dieser Zeit Missernten – die verbreitete Art Andigena war nämlich für das nordeuropäische Klima nicht wirklich geeignet. Erst mit der Solanum tuberosum, die aus Chile importiert wurde, gelang der Anbau in nördlicheren Gebieten.
Nicht ganz unwesentlich für die stockende Verbreitung war der anfängliche Glaube, dass die Kartoffel giftig sei. Das ist nicht ganz von der Hand zu weisen, da nur der Genuss der Knolle unbedenklich ist. Doch nicht nur das: In Frankreich beispielsweise hielt sich hartnäckig der Mythos, die Kartoffel würde Lepra auslösen.

Schließlich gab es auch noch einen agrarpolitischen Grund: den Flurzwang. Durch Vorschriften von Gemeinde und Obrigkeit hatte die Landbevölkerung meist keine freie Wahl, welche Frucht sie auf ihren Feldern anpflanzen konnte.
Es ergeht: der Kartoffelbefehl!
Dass die Kartoffel schließlich doch ihren Siegeszug begann, ist in weiten Teilen wohl einem Monarchen geschuldet: Friedrich II. von Preußen (1712-1786). Schon sein Vater, Friedrich Wilhelm I., hatte dasselbe versucht, allerdings mit nur mäßigem Erfolg.

© AKG Images (Ausschnitt)

Die Kartoffel von 1588 | Dieses Aquarell von Philippe de Sivry ist die erste europäische Zeichnung der Kartoffel. Das Bild erschien in Carolus Clusius’ Werk »Rariorum Plantarum Historia«.

Friedrich der Große beschloss die Sache offiziell zu machen und erließ ab 1746 nicht nur ein, sondern gleich drei Kartoffel-Edikte. In allen drei Edikten wurde verlautbart, dass die Kartoffel nun, wo auch immer möglich, anzupflanzen sei. Zusätzlich wurden Instruktionen zum Anbau gedruckt und unter der Bevölkerung verteilt. Friedrich und seinen Beratern war aufgefallen, dass die Bevölkerung noch sehr wenig über die Kultivierung der Pflanze wusste.

Wer sich fragt, warum Friedrich solch ein Interesse daran hatte, den Kartoffelanbau in seinem Reich zu forcieren, muss sich nur die Auswirkungen diverser Kriege jener Zeit ansehen. Schon im Dreißigjährigen Krieg, aber auch zur Regierungszeit Friedrichs, als mehrere Kriege gegen das Habsburgerreich geführt wurden, waren die Folgen für die Landbevölkerung katastrophal. Es wurden Felder zerstört, und marodierende Heere plünderten die Getreidereserven. Die Kartoffel brachte da gleich zwei Vorteile mit: Die Knolle ist deutlich kalorienreicher als Getreide und lässt sich besser und länger lagern.

Selbst nach Friedrichs Kartoffel-Edikten dauerte es aber noch einige Jahre, bis die »Tartuffel«, wie sie unter anderem genannt wurde, tatsächlich weit verbreitet war. Doch Hungersnöte wie die von 1770 bis 1772 und 1774 überzeugten die Landbevölkerung dann von den Vorzügen des Kartoffelanbaus.

Eine folgenreiche Entwicklung
Die Auswirkung der schließlich großen Verbreitung der Kartoffel ist laut Historiker William McNeill kaum zu überschätzen: Mehr Kalorien und weniger Arbeit beim Getreideanbau setzten ein Bevölkerungswachstum in Gang, aus dem sich auf lange Sicht nicht nur die Industrialisierung, sondern auch die großen europäischen Armeen speisten. Im Grunde dürfte auch die neuzeitliche Kolonialisierung auf die Kartoffel zurückgehen. Freilich nicht nur – diese Erklärung allein wäre zu simpel.

Doch nicht immer brachte die Kartoffel Vorteile. Das wird im Fall der großen Hungerkatastrophe im Irland des 19. Jahrhunderts sichtbar: Eine durch Kartoffelfäule ausgelöste Hungersnot kostete mehr als einer Million Menschen das Leben, zwei weitere Millionen waren gezwungen, das Land zu verlassen, um vor allem in der Neuen Welt ihr Glück zu suchen.
Wie auch immer – die Kartoffel hat Europa nachhaltig verändert. Denken Sie daran, wenn Sie das nächste Mal Pommes essen!

Die beiden Historiker Richard Hemmer und Daniel Meßner bringen jede Woche eine Geschichte aus der Geschichte auf ihrem Podcast »Zeitsprung«. Auch auf »Spektrum.de« blicken sie in die Vergangenheit und erhellen, warum die Dinge heute so sind, wie sie sind.

 


PS: Für diejenige, die Kartoffel, Holz und Bäume mögen und faszinierende Familien-Geschichten gern lesen, ist an dieser Stelle dieser Roman sehr herzlich zu empfehlen. Eine Geschichte über einen Kartoffelbauern.

Aus der Buchbeschreibung des Buchhandels:

Auf einem entlegenen Bergbauernhof im norwegischen Gudbrandstal wächst Edvard mit seinem wortkargen Großvater Sverre auf. An seine Mutter hat er nur eine vage Erinnerung – an einen Duft, ein Gefühl von Wärme, einen blauen Rock. Lars Mytting erzählt die Geschichte einer verzweifelten Suche nach der Mutter, dem Vater, den eigenen Wurzeln – und einer Reise, die Edvard durch fremde Länder führt und dessen Familiengeschichte ein ganzes Jahrhundert umfasst: das Jahrhundert der großen Tragödien.Edvards Eltern sind ums Leben gekommen, als er drei Jahre alt war. Um ihren Tod wird ein Geheimnis gemacht, und auch um den Ort, an dem sie starben. Zu diesem Geheimnis gehört auch das Schicksal Einars, des Bruders des Großvaters. Edvard weiß nur, dass er ein Meistertischler war und als junger Mann zur Ausbildung nach Paris ging. Dass er seine Werkstatt mitsamt dem Wald von Flammenbirken zurückließ. Dass für den Großvater ein Sarg geliefert wurde, lange vor dessen Tod – ein Stück Kunsttischlerei, wie es noch nie jemand gesehen hat -, und dass Einar womöglich gar nicht tot ist, wie es der Großvater behauptete …

Kulinarisches Krakau

Seit Jahrhunderten wird Krakau für ihre Küche geschätzt und ist dieses Jahr die Europäische Hauptstadt der gastronomischen Kultur (http://culinary.krakow.pl/). In der ehemaligen Haupt- und Königstadt von Polen kann man exzellente polnische Küche genießen. Arkadiusz Łuba ist auf einer Recherchereise in Krakau gewesen und hat dortige Restaurants, Bars und Cafés unter die Lupe genommen. Und natürlich auch die polnische Küche Krakaus getestet.

Arkadiusz Łuba

Unterwegs in der Europäischen Hauptstadt der gastronomischen Kultur 2019

Der Krakauer Drachen und das Schwefel-Schaf (Bild im Restaurant „Wierzynek“), fot. © Arkadiusz Łuba
Der Krakauer Drachen und das Schwefel-Schaf (Bild im Restaurant „Wierzynek“), fot. © Arkadiusz Łuba

Krakau war schon seit dem Mittelalter für seine kulinarischen Besonderheiten bekannt. Der Legende nach, wohnte einst in der Höhle unter dem Wawel, der ehemaligen Residenz der polnischen Könige, an den Ufern der Weichsel, ein Drache. Er tötete die Bürger, steckte ihre Heime in Brand und verschlang ihr Vieh. Kein Ritter konnte ihn besiegen. Bis der schlaue Schusterlehrling namens Dratewka ihn zum Frühstück mit einem mit Schwefel gefüllten Schaf fütterte. Der Monster musste wegen des im Magen brennenden Schafs so viel trinken, bis er endlich platzte. Kein Drachen wohnt seitdem in der Höhle. Der Ort wird heutzutage nur noch reichlich von jungen Touristen besucht.

Ein Denkmal erinnert an den Krakauer Drachen, fot. © Arkadiusz Łuba
Ein Denkmal erinnert an den Krakauer Drachen, fot. © Arkadiusz Łuba

Heutzutage frühstückt man ruhiger, aber gar nicht bescheidener. Die Marke „Handelek“ bietet seit genau zwei Jahren Schnitten, Wein und Bier zum Frühstück – ganz nach der Krakauer Frühstückstradition des 19. Jahrhunderts. Vor mehr als hundert Jahren wurden neben Delikatessengeschäften die „Handelki“ gegründet, also lebhafte Frühstückslokale, in denen man von morgens bis Mitternacht speisen und Bier trinken konnte. Auf der Speisekarte standen Innereien und riesige, viel schichtige Sandwiches mit Schafskäse, Paprika, Lachs, Kaviar und Schweizer Käse.

Frühstück bei Handelek, fot. © Arkadiusz Łuba
Frühstück bei Handelek, fot. © Arkadiusz Łuba

Das heutige „Handelek“ der Inhaberin Katarzyna Młynarczyk ist ein geräumiges Frühstücksrestaurant in der Nähe des berühmten Lebensmittelmarktes Stary Kleparz. Auf die belegten Brote kommt Wurst lokaler Metzgerein, Butter und Käse aus der Molkerei in nahe liegenden Skała und die Forelle aus Ojców, auch unweit von Krakau. „Unser Geheimnis liegt in dem Sauerteigbrot aus unserer eigenen Bäckerei“, sagt Katarzyna Młynarczyk: „Es ist eine Mischung, mit nur 10% Weizenmehl. Wir benutzen uralte, leckere und gesündere Getreidesorten. Das ist die Basis, wozu verschiedene Pasten hinzukommen, wie zum Beispiel Ente mit Brandy. Wir haben nur Premiumprodukte mit Brombeer-Streusel oder saisonalem Obst oben drauf. Sehr beliebt ist auch das Kalbshirn, ganz nach Rezepten aus dem 19. Jahrhundert“.

Die Kundin Dorota ist mit ihrem Mann nach Krakau gekommen, eine Geschäftsreise. Sie ist begeistert: „Während mein Mann an vielen Sitzungen teilnimmt, gehe ich in Cafés. Das Café hier ist sehr gut. Ich genieße den Kaffee. Und die belegten Brote sind sehr lecker und gesund“.

Der Krakauer Hauptmarkt in der Altstadt mit Blick auf die Marienkirche und die Sukiennice, fot. ©Arkadiusz Łuba
Der Krakauer Hauptmarkt in der Altstadt mit Blick auf die Marienkirche und die Sukiennice, fot. ©Arkadiusz Łuba

Krakau war eine wichtige Handelsstadt. Kaufleute aus ganz Europa kamen hierher und schließen Geschäftsverträge ab. Der Krakauer Handel fand auf dem Markt statt. Hier versorgten sich nicht nur Kaufleute, sondern auch Bürger. Diese Handelstradition blieb bis heute bestehen. In der ganzen Stadt sind einige Dutzend kleinere und größere Marktplätze zu finden. Damit hängt die Tradition des Straßenessens zusammen. Am häufigsten wird der sogenannte „runde König von Krakau“ – der Obwarzanek – also der Brotringel verspeist. „Bevor der Brotringel im Ofen landet, wird er kurzgekocht, damit der Aufgehenprozess gestoppt wird. So bleibt der Brotringel drinnen weich und wird zugleich außen knusprig“, sagt Marta Krzyżek-Siudak vom Museum des Brotringels.

Krakauer Obwarzanek
Krakauer Obwarzanek

Der Krakauer Obwarzanek hat weltweit seine Cousins: den türkischen Simit, den südgermanischen Brezel, oder den jüdischen Bagel. Doch der Obwarzanek wird aus zwei – und nicht aus einer – daumendicken Teigrollen geformt. Nur acht zertifizierte Bäckereien in Krakau dürfen ihn nach einer 600 Jahre alten Rezeptur backen. Jeden Tag werden
150 Tausend Stück produziert und gegessen.

Krakauer Wagenfahrer, fot. © Arkadiusz Łuba
Krakauer Wagenfahrer, fot. © Arkadiusz Łuba

An der Ecke der Straßen Grodzka und Poselska wurde wahrscheinlich die beste Maczanka serviert. Diese besonders mit Krakau verbundene Spezialität sollte am Ende des 17. Jahrhunderts als ein schneller Imbiss für Krakauer Wagenfahrer entstehen. Bereits im April gewann Maczanka des Restaurants „Baroque“ im Wettbewerb zum Krakauer Stadtmenü. Der Chefkoch Ryszard Warnke: „In diesem Menü haben wir typische Krakauer Gerichte. Ein leckeres Mischmasch, das aus all den verschiedenen Einflüssen entstanden ist, die sich hier einst getroffen haben. Krakau war ja doch ein wichtiger Knoten auf internationalen Handelswegen. Bis heute erinnern sich die ältesten Einheimischen an verschiedene Speisen. Zu der Maczanka haben wir beispielsweise in uralten Büchern nach Rezepten gesucht. Etwa sechs, sieben Versuche haben wir gewagt, bis unser Experte es als das akzeptierte, was er aus seiner Kindheit kannte. Also ein lang gebratener Schweinekamm mit Kümmel und Zwiebel in dicker Soße, in die eine Wassersemmel getaucht wurde. Etwa wie Pulled Pork“

Maczanka im Restaurant „Baroque“
Maczanka im Restaurant „Baroque“

Ein paar Schritte weiter, am Hauptplatz der Altstadt, befindet sich das Restaurant „Wierzynek“. Wierzynek stammt aus dem Mittelalter. Es ist berühmt für die große Hochzeitsfeier von 1364, als die Prinzessin Elisabeth von Pommern – die Enkelin des Königs Kasimir den III. – Karl den IV., den Heiligen Römischen Kaiser, geheiratet hatte. Die Feier wurde von zahlreichen europäischen Monarchen und dem Adel besucht. Der Legende nach, erhielten die Gäste Gold- und Silbergeschirr zum Andenken.

Rehrücken mit Topinambur, Thymian Eclair, Moosbeeren und karamellisiertem Fenchel in„Wierzynek“
Rehrücken mit Topinambur, Thymian Eclair, Moosbeeren und karamellisiertem Fenchel in „Wierzynek“

In bester Tradition einer polnischen Hofküche serviere „Wierzynek“ heute vor allem Wildfleisch, sagt der Chefkoch, Michał Hajdus: „In unserem Menü stehen Rebhuhn, Perlhuhn und Fasan. Wir basieren auf Reh, Hirsch und Wildschwein. Dazu kommen verschiedene klare Sude und Bouillons sowie rote Soßen. Alle Produkte kommen aus der Region, aus dem Njepolomitz-Urwald oder anderen Ecken Kleinpolens in der Nähe von Krakau. Wir versuchen bei den alten Rezepten neue Technologien und Serviermethoden anzuwenden, wie Vakuumgaren oder Confit, wodurch die Nährwerte beibehalten und Haltbarkeiten verlängert werden. Dazu bleiben die Gerichte saftig und verlieren nicht ihre Aromen“. Am Servicepersonal werde es nicht gespart, so Hajdus weiter. Gleichzeitig könnten zehn bis zwölf Gäste synchron bedient werden. Früher gab es bei Wierzynek sogar bis zu 25 Kellner pro Schicht.

Reporter Arkadiusz Łuba und Restaurantinhaber Jerzy Łodziński bei den hausgemachten Marinaden in Pod Aniołami, fot. © Arkadiusz Łuba
Reporter Arkadiusz Łuba und Restaurantinhaber Jerzy Łodziński bei den hausgemachten Marinaden in “Pod Aniołami”, fot. © Arkadiusz Łuba

Die Küche des Goldenen Krakau ist doch am meisten in „Pod Aniołami“, also „Zu den Engeln“, sichtbar. Das uralte, gotische Mietshaus aus dem 13. Jahrhundert, in dem sich das Restaurant befindet, ist wie ein Geschmackssinn-Museum. Hier kreisten einst Domherren, Gesandten, Senatoren und Ritter. Hier wird es immer noch adelig auf Dukaten gekocht, Fleisch und Lebkuchen werden vergoldet. Hausgemachte Marinade-Rezepten lassen sich auf die alten Chroniken zurückführen. Im Ofen brennt das Buchenholz, das vergessene Aromen des mittelalterlichen Polens hervorbringt. Dazu serviert der 78-jährige Restaurantinhaber, Jerzy Łodziński, persönlich selbstgemachte Liköre. Er ist der Erbe eines 126-jährigen Geschäfts seiner Großmutter. „Zu den Engeln“ ist für ihn ein Zufluchtsort mit einer besonderen Philosophie: „Zwischen diesen mittelalterlichen Wänden fühle ich die alte Kultur. Die Leute hatten damals friedlich miteinander gelebt. Man hat das Recht respektiert. Gemeinsames Essen hat etwas von dem Frieden, ist weit entfernt von dieser bösen Welt, weit weg von der Politik. Das Essen lässt uns edler werden. Es bringt uns auf ein anderes Lebensniveau von einst. Schade, dass dies vorbei ist. Daher möchte ich die vergangene Stimmung des alten Krakau hier wieder reinbringen. Ich möchte die Nächstenliebe am gemeinsamen Tisch hier wieder erleben“.

Hausgemachte Marinaden in Pod Aniołami, fot. © Arkadiusz Łuba
Hausgemachte Marinaden in “Pod Aniołami”, fot. © Arkadiusz Łuba

Krakau ist heute genau wie vor Jahrhunderten offen für alle Geschmäcker. Hier kann man verschiedene Küchen mit Gerichten aus der ganzen Welt probieren. Wie die Auszeichnungen und Preise sowie der diesjährige Titel der Europäischen Hauptstadt der gastronomischen Kultur wohl versprechen, muss all das sicher ziemlich schmackhaft sein. Das ist es! Und bis zum Ende des Jahres können die Krakauer Stadtmenüs noch verkostet werden.

W Jerozolimie (Reblog)

Jacek Pałasiński

Tę kulinarną przygodę, to już na pewno opisałem w „Najpiękniejszych słowach”! Ale… Kto czytał odświeży, kto nie czytał – może się zdecyduje?

W 2002 r. byłem za JPII w Jerozolimie. Pobyt w tym mieście zawsze jest magiczny, więc i tym razem, mimo nawału pracy, chodziłem trochę w różowej chmurze, na granicy jawy i urojenia. Obserwowałem błyskawiczną przemianę jednego z polskich dziennikarzy, wówczas mojego redakcyjnego kolegi: z racjonalnego stał się osobnikiem opętanym religijnie i nie przypadkiem stoi dziś na czele organizacji o szlachetnej nazwie, przemienionej w odrażającą szczujnię.

Rozmawiałem – i rozmowy te zapadły mi głęboko w duszę – z Żydami i Arabami; jedni i drudzy obywatele Izraela, tłumaczyli mi dlaczego żyją w apartheidzie i dlaczego poprawne stosunki w pracy nigdy nie mogą przekuć się w stosunki koleżeńskie…

Niejaki R., dziennikarz włoski którego życie toczyło się wyłącznie wokół religii i dlatego przeniósł się na stałe do Jerozolimy, dołączył do naszego międzynarodowego grona watykanistów, pracujących na stałe w Sala Stampa Vaticana. Uważał nas – jak wielu jemu podobnych na całym świecie – za grupę szczególnie uprzywilejowanych wybrańców, dostępujących na co dzień zaszczytu obcowania ze Świętą Stolicą i świętymi purpuratami ją zaludniającymi. On też nie wiedział, że nasze rozmowy będą dla niego szokujące i rozczarowujące.

Ale R. był wprowadzony we wszystkie tajniki Jerozolimy i namówił nas – bez większego trudu zresztą – na wizytę w wyjątkowej restauracji. Prowadził ją irański Żyd, lata po alii, też opętany religijnie.
To była wyjątkowa restauracja, ponieważ działała tylko przez pół roku i na posiłki czekało się bardzo długo, zważywszy, że przygotowywał je i podawał sam właściciel. Wszystko dlatego, że serwowano tam wyłącznie dania wspomniane w Biblii oraz w Misznie i Gemarze. Dlatego przez pół roku Irańczyk chodził po pustyni i po górach, szukając odpowiednich ziół i roślin i trzymał restaurację otwartą do wyczerpania ich zapasów.

Dostać się tam nie było proste, bo oczekiwanie na miejsce przy stoliku trwało miesiące. Ale zrobił wyjątek dla nas z poczucia gościnności wobec „świty papieża”. Poszliśmy tam wieczorem, po pracy, przejęci i podnieceni: cóż to będzie za przygoda, co za wyróżnienie! Zasiedliśmy, a na stół, jedna po drugiej, wjeżdżały dostojnie kolejne miseczki z biblijnymi daniami. Mieliśmy poczucie obcowania z transcendentalnym, atmosfera była uroczysta, że bardziej się nie da.

Nigdy nie zapomnę tej jerozolimskiej kolacji. Również dlatego, że nigdy przedtem, ani nigdy potem niczego równie niesmacznego nie miałem w ustach! Dominowała przykra gorycz i smaki tyleż egzotyczne, co powszechnie uważane za nie nadające się do spożycia.

Potem wielokrotnie wracałem do Jerozolimy i szukałem tego miejsca, chcąc odtworzyć tamten moment. Ale w miejscu, w którym wtedy byliśmy nie było śladu po restauracji, i przechodnie i pracujący opodal urzędnicy pamiętali ją, ale nie wiedzieli, co się z nią stało: czy została zamknięta, czy też może właściciel, religijny Irański Żyd umarł i nikt już nie robi potraw na podstawie Świętej Księgi i przypisów do niej.

Barataria-Kulinaria ciąg dalszy

czyli Tortilla u Sancho Pansy

o dwa dni później, bo w poniedziałek Barataria ustąpiła miejsca apelowi o usunięcie niejakiego Ujazdowskiego z list wyborczych opozycji w okręgu numer 44 w Warszawie (tu głosują wszyscy Polacy mieszkający za granicą). Myślę, że Sancho Pansa nie takie rzeczy widział w swoim mądrym życiu i wie, że w takiej sytuacji trzeba było ustąpić, a w międzyczasie po prostu się dobrze posilić.

Wydawnictwo Watra, wydanie I, Warszawa 1977
– piękna podróż – nie tylko do Hiszpanii, ale i w przaśne czasy komuny;
ciekawe, iż autorzy uważają Don Kichota za książkę już zapomnianą

LA MANCZA

Czy pamiętacie początek księgi, ongiś tak słynnej, a dziś poza Hiszpanią prawie już zapomnianej? Powieści o szalonym, romantycznym rycerzu, walczącym z wiatrakami, oraz o jego grubym, roztropnym giermku?
„W pewnej miejscowości Manczy, której nazwy nie mam ochoty sobie przypominać, żył niedawno temu pewien szlachcic z tych, co to mają kopię w tulei, starodawną tarczę, chudą szkapę i gończego charta. Garnek bigosu, w którym więcej było chabliny niż barana, sałatka mięsna prawie co wieczora, w sobotę „żałosne szczątki”, soczewica w piątek, a w niedzielę gołąbek jakiś na dodatek – pochłaniały trzy czwarte jego mienia”

Nie musiało być wiele tego mienia, skoro szło ono na strawę najprostszą. Bigosem nazywa tłumacz narodową potrawę hiszpańską olla podrida, co dosłownie znaczy — zgniły garnek, i składa się z co dzień odgrzewanych resztek. „Żałosne szczątki” to nic innego, jak gotowane podroby owiec rozszarpanych przez wilki lub spadłych ze skał.
W krainie Don Kichota i Sancho Pansy, gdzie — w myśl ludowego porzekadła — zima trwa dziewięć miesięcy, a później następują trzy miesiące piekła, pożywienie odgrywało jeszcze ważniejszą rolę niż w innych prowincjach. Klimat niezbyt sprzyja tu uprawom, zwłaszcza że odziedziczoną po Maurach wysoką kulturę rolną zniszczyła w XVII w. mesta – zbrojna organizacja hodowców owiec eksportujących wełnę do manufaktur Flandrii i podporządkowujących wszystko potrzebom ogromnych stad wędrujących po kraju w poszukiwaniu pastwisk, tratujących pola, rozdeptujących drogi, kanały, całe wsie i miasteczka. Z takim właśnie stadem walczy rycerz w powieści Cervantesa, a w obłę­dzie na współczesne tło nakładają mu się wspomnienia niedalekiej przeszłości. La Mancza bowiem, bezkresna, sucha wyżyna zamknięta pasmami Gór Toledańskich, Serrania de Cuenca, Sierra de la Alcarria i Sierra Morena była przez wieki ogromnym polem bitew między chrześcijańską Północą i muzułmańskim
Południem. Niewiele wcześniej przed czasami Don Kichota, rycerz i jego sługa nie musieli długo szukać wrogów, mieli ich
dosłownie za progiem. Dziś możemy odbyć wspaniałą wycieczkę przez „kraj Don Kichota”. Od wsi Puerto Lśpice przy szosie z Madrytu do Andaluzji, przez „serce Manczy” — białe miasteczko Alcazar de San Juan, otoczone przysadzistymi wiatrakami na wzgórzach (w jednym z nich mieści się kapituła „Bractwo Sancho Pansy”) do El Toboso, rodzinnej wsi ukochanej błędnego rycerza, pięknej Dulcynei.
Wędrówka jest tym przyjemniejsza, że często przerywamy ją, by wstąpić na małą ucztę. Nie można ominąć gospody „Venta del Ouijote” w Puerto Lapice, ponoć tej samej, gdzie tak okrutnie potraktowano rycerza czuwającego całą noc przy starym studziennym żurawiu. Takie gospody miały od dawna swe miejsce w literaturze, ale nie było ono zbyt zaszczytne. „Gospoda hiszpań­ska” – określenie przysłowiowe – oznaczało kiedyś cuchnące wnętrze, twarde łoże pełne robactwa i posiłki przyrządzane z własnych wiktuałów, bowiem ze względu na gorący klimat nie wolno było oberżystom (aż do końca XIX w.) robić zapasów
produktów ulegających zepsuciu, przede wszystkim mięs i świeżej ryby. Podróżny zdany był na własną zapobiegliwość i chyba z tych czasów wywodzi się popularność tortilli.
Jeszcze dziś szybkość hiszpańskich kolei — poza luksusowymi ekspresami — bywa przedmiotem zjadliwych dowcipów. A odleg­łości są ogromne… Można więc sobie wyobrazić, jak podróżowano sto czy dwieście lat temu. Wybierający się w podróż musieli zabierać niemal wszystkie wiktuały potrzebne im w drodze. Jajka, które nie psują się tak szybko, odgrywały w kuchni rolę zasadniczą. Stąd może ponad 500 przepisów na omlety-tortille. Stąd też w hiszpańskiej kuchni tyle potraw z ryżu, grochu, suszonych ryb i wędzonej szynki, którą można przechowywać latami.
Kuchnia w La Manczy jest na wskroś chłopska i gospody wiernie tę tradycję pielęgnują. Dają jeść prosto, solidnie, bez zbędnego wyrafinowania. Na talerzach znajdziemy baraninę i dziczyznę, polane tojunto — ostrym sosem, pachnącym silnie szafranem. Jeśli to sezon polowań, podadzą nam z pewnością gazpacho manchego, które nie ma nic wspólnego z andaluzyjskim. Jest to potrawka z duszonych kuropatw i królika, o bardzo pikantnym smaku. Wina z Valdepeńas złagodzą żar przypraw. Najbardziej znane gatunki to: Campo de Criptana, Campo de Calatrava i Alcazar de San Juan. Nie żałujmy ich sobie, bo nie znoszą transportu i mogą być próbowane tylko na miejscu! Warte uwagi są również wina Casas Ibanez, a wino z Manzanares w prowincji Ciudad Real konkuruje z Rioją — jako wino stołowe. Właśnie z Ciudad Real pochodzili owi wujowie Sancho Pansy, słynni kiperzy. „Dano im raz obydwom skosztować wino z pewnej beczki, pytając jakie jest ich mniemanie o jego wieku, wartości, czy też brakach. Jeden spróbował końcem języka, drugi powąchał ino. Pierwszy rzekł, że wino czuć żelazem, drugi, że raczej kordubanem. Właściciel mówił, że beczka była czysta i że wino nie miało żadnej domieszki, od której mogłoby przejąć smak żelaza czy skóry. Mimo to, obaj słynni smakosze upierali się przy swoim zdaniu. Czas upłynął, wino sprzedano i przy czyszczeniu beczki znaleziono maleńki kluczyk zawieszony na rzemyku z kordubanu”.
I choć na winach znać się — wielka sztuka, zawsze warto podjąć próbę jej opanowania. Zwłaszcza, jeżeli trafi się verbena, a tych naprawdę w Hiszpanii nie brakuje. Sezon zaczyna się 15 maja, na świętego Izydora Oracza, a kończy w połowie października na Świętą Dziewicę del Pilar, patronkę Hiszpanii… Święci patroni
verben (ludowych świąt) są tylko pretekstem do wielkiego, radosnego „ruchomego święta”, będącego połączeniem jarmarku i odpustu, z obowiązkowym wesołym miasteczkiem, a często i wystawą rolniczą. Blisko karuzeli na parkiecie z desek młodzi gną się w najmodniejszych tańcach, a tuż obok starsi wybijają rękami skomplikowany rytm seguidilli. Najsłynniejsze piwnice zapraszają na szklaneczkę wina, obok sprzedaje się Coca-Colę i dmuchaną kukurydzę. Wspaniałe langusty sąsiadują na straganie z kurczakiem za grosze, obok – salon gier zręcznościowych, konkurs tańca, strzelnica… Do białego świtu mistrzowie celnych strzałów włóczą się z nagrodami — ohydnymi lalkami pod pachą lub z szklanymi pucharkami, mającymi imitować kryształ. Ludzie przychodzą, odchodzą, znów powracają, najczęściej całymi rodzinami, z przyjaciółmi, sąsiadami. Tak jak za czasów swojej młodości, tak jak za czasów swych ojców, dziadków, tak jak zawsze…

Po opisie prowincji hiszpańskich autorzy proponują przepisy, zaczynając od krótkiego przeglądu tortilli. Jest to, jak sami twierdzą, danie herbowe tej książki. Postanowiliśmy zaprezentować po jednym przepisie z każdej prowincji – jest ich wg obecnego podziału admi nistracyjnego 17. Jest to zatem błyskawiczna “Tour d’Espagne”, lecz nie na latającym dywanie, lecz na omlecie.

Prezentację rozpoczyna tortilla z bobem (Tortilla de habas) z la Manczy (uwaga w wydaniu I nie ma tylu przepisów na tortille, ile jest ich w wydaniu III; m.in. nie ma tej właśnie).

6 jajek
1kg łuskanego bobu
2 średnie cebule
rosół
masło, oliwa, słonina
sól

Rozgrzać na patelni łyżkę stołową oliwy i łyżkę stołową masła, usmażyć na szklisto drobno posiekaną cebulę. Dodać młody, delikatny bób, smażyć mieszając, dodając po łyżce gorącego rosołu (może być bulion z kostki). Trzeba bardzo uważać, żeby bób się nie przypalił, bo będzie twardy.

Kiedy bób będzie niemal gotowy, na drugiej patelni posmarowanej oliwą usmażyć omlet z dokładnie ubitych jajek – powinien mieć ok. 1 cm. grubości. Przez cały czas smażenia trzeba potrząsać patelnią, aby omlet się nie przypalił. W momencie gdy masa jajeczna zacznie krzepnąć, położyć na nią bób i lekko docisnąć widelcem. Kiedy jajka będą całkowicie ścięte, wykładamy omlet na talerz trzymany w drugiej ręce, po czym znów zsuwamy go na patelnię i przysmażamy z drugiej strony, nadal lekko potrząsając. Tortilla powinna być z wierzchu sucha, a wewnątrz soczysta.

Ilustracja: Elżbieta Zubowska.
Wszystkie cytaty za: Miguel de Cervantes Saavedra, Don Kichote. Tłum. Anna Ludwika Czerny i Ludwik Zygmunt Czerny, PIW 1957

Barataria-Kulinaria

czyli Tortilla u Sancho Pansy

Wydawnictwo Watra, wydanie III, Warszawa 1988
– piękna podróż – nie tylko do Hiszpanii, ale i w przaśne czasy komuny
(wydanie I ukazało się w roku 1977)

Od Autorów

Kończyła się kolacja. Georges, nasz przyjaciel z Montpellier, nalał czerwonego wina, potem rozsiadł się wygodnie, popatrzył na nas i westchnął: “A więc to wasz ostatni porządny posiłek, jutro już będziecie u ces gens-là, u tych tam… Uważajcie, oni jedzą jak…” To machnął ręką wymownie i dolał Châteauneuf-du-Pape. “W razie czego zamawiajcie tortillę, tym się przynajmniej nie można otruć” – dodał bez przekonania.

Rano pełni emocji wsiedliśmy do ekspresu Marsylia-Barcelona, by po dwu godzinach w Cerbère przekroczyć granicę kraju, o którym marzyliśmy długie lata. Ponure przepowiednie Georgesa, którego typowo francuski szowinizm gastronomiczny zdążyliśmy poznać już przedtem, nie mogły nam oczywiście zatruć pierwszego haustu Hiszpanii. Ta kulinarna przestroga była ostatnią, jakiej nam przed wyjazdem udzielił. Barcelona powitała nas również gastronomiczną niespodzianką. Ledwo ulokowawszy rzeczy w przydworcowym “hostelu”, biegliśmy na stare miasto szukając, gdzie by tu coś zjeść, piekielnie głodni po wielogodzinnej podróży. I pierwsza notatka, jaką przywieźliśmy z pierwszego pobytu w Hiszpanii, brzmiała następująco:

El Bodegón El Raim, Calle Pescaderia 6, czwarta kategoria. Stara ciemna sala, zawieszona sieciami, szklanymi kulami i innymi akcesoriami rybackimi. Ciemne drewniane stoły i ławy. Pod sufitem wielkie szynki – ‘jamón serrano’. ‘Zarzuela de peix’ – rodzaj gulaszu rybnego w bardzo ostrym sosie (40 peset) z winem białym, łagodnym San Sandurini de Noya (25 peset za butelkę), na deser pomarańcze (5 peset). Kelner grzecznie odmówił napiwku…”

Od tej pory było kilka innych Hiszpanii. Kilka podróży, reportaże, jeden przewodnik, drugi… Z każdego pobytu, prócz zdjęć, pamiątek i notatek ze spotkań z ludźmi, przywoziliśmy także wspomnienia kulinarne, jakże barwne i wyraziste. Ta książeczka to właśnie owe wspomnienia. Nie piszemy w niej o zabytkach, geografii i historii i tym wszystkim, czym zwykle wypełnia się przewodniki. Będzie ro po prostu Hiszpania od kuchni. Takie książki wydawane są na całym świecie i często mają postać wykwintnych albumów, dorównyjących ksiągom przedstawiającym najsławniejsze galerie sztuki. Nie o to nam chodzi. Nasza kuchnia jest kuchnią zwykłych hiszpańskich domów i skromnych gospód, gdzie karmią dobrze i tanio. Skąd jej tytuą?

“Tortilla” – bo to chłopskie, najtańsze, najpopularniejsze, najbardziej hiszpańskie danie.
“Z Sancho Pansy” – bo ten znał sią na kuchni lepiej niż jego pan, rycerz Don Kichote.

Zebrane tu receptury staraliśmy się dostosować do polskich warunków i zaopatrzenia sklepów. Może wzbogacą nasze jadłosżisy? Kuchnia, która zna 500 sposobów przyrządzania omletów, 365 potraw z dorsza i kilkadziesiąt sposobów podania kury, wydaje się nie najgorzej przystosowana do potrzeb dzisiejszych czasów.

Oddając książkę w rące polskich czytelników, winni im jesteśmy jedno wyjaśnienie. Całkowicie świadomie podajemy przepisy, w których pewne składniki, np. szafran czy homary, są niedostępne na naszym rynku. Ale coraz częściej i coraz dalej podróżujemy. Wóród przywożonych pamiątek mogą się więc znaleźć egzotyczne przyprawy i niedostępne w sklepach wiktuały. W przepisach staraliśmy się proponować możliwie dużo polskich odpowiedników. Nie wahaliśmy się również przed proponowaniem potraw drogich, choć z pewnością nie będą one przygotowywane często. Warto chyba jednak popróbować tych receptur przy szczególnych okazjach czy po prostu dla zabawy. Mistrzowie kuchni twierdzą, że gotowanie nie może być śmiertelnie poważnym zajęciem dla ponurych skrupulantów, na aptekarskich wagach odmierzających składniki. Raczej – wesołą improwizacją, oczywiście improwizacją w rozsądnych granicach. Boć przecież żaden twóra potrawy nie przewidzi, jak słodka będzie cebula czy marchew, albo jaki zapach bądzie miała oliwa lub jak długo będzie się gotował ryż sprzedawany w danym kraju.

Najsłynniejszy dziś kuchmistrz francuski Paul Bocuse we wstępie do swej książki kucharskiej twierdzi, że należy ją czytać jak powieść, zaczynając od początku. Wtedy dopiero stanie się pasjonującą lekturą. Każdy przepis pobudza wyobraźnię; on sam czytając książki kucharskie przed snem, robi się tak głodny, że musi koniecznie coś zjeść. Jeżeli książka nie wywołuje takich reakcji – jest chybiona. Nie musimy chyba przekonywać
Czytelników, jak bardzo bylibyśmy szczęśliwi, gdyby poczuli głód czytając „Tortillę u Sancho Pansy”. A głód trzeba koniecznie zaspokoić, bo – jak twierdzi patron naszej książeczki – „ Wszystkie nasze szaleństwa pochodzą stąd, że żołądki mamy puste, a mózgi pełne powietrza”.

Zapraszamy więc – na tortillę u Sancho Pansy.

Ilustracja: Elżbieta Zubowska

Cd za tydzień