Kot, kobiety i książki

Ewa Maria Slaska

Dwie moje koleżanki, Maryna i Danusia, co i rusz albo mi podsyłają jakieś koty w sztuce, albo je po prostu umieszczają na ścianie na FB. A ja co pewien czas umieszczam je na blogu. Było ich już tak dużo, że pewna dziennikarka, z którą znamy się niewiele lepiej niż z widzenia, na pytanie wspólnej znajomej, czy czytała coś tam u mnie na blogu, miała odrzec, ach nie, nie czytam, ta Slaska to tylko o kotach. No cóż, nie zawsze można o nieśmiertelności duszy, czasem trzeba coś jeszcze bardziej niezwykłego i tajemniczego, i wtedy przychodzi taki słodki czwartek, kiedy chce się napisać coś o kotach, a i tak pisze się (samo) o kobietach i książkach. I przede wszystkim – o malarstwie.


Pierwszorzędny manieryzm. Ambrosius Benson, Kobieta z kotem.

Urodził się w roku 1495 we Włoszech, zmarł w roku 1550 w Flandrii. Mimo iż był Włochem, uważa się go za przedstawiciela północnego renesansu, mieszkał w Brugii, stolicy Flandrii, gdzie przeniósł się w wieku 20 lat. Cieszył się wielką popularności, jego obrazy dotarły nawet do Hiszpanii (ponieważ nie podpisywał swoich obrazów, przez wiele lat uważano go za Hiszpana, tzw. malarza z Segovii), malował sceny religijne i portrety. Prawdopodobnie pod wpływem Rogiera van der Weydena namalował portret czytającej Marii Magdaleny, i odtąd już bardzo często sięgał po ten motyw, dlatego uważa się go za pierwszego malarza, który wprowadził na stałe do kanonu malarstwa renesansowego, motyw kobiety z książką, co ciekawe również w ołtarzach umieszczał kobiety, które czytają.

Czytająca Maria Magdalena jest, przyznaję, że nie wiem dlaczego, dość częstym motywem w malarstwie późnośredniowiecznym i renesansowym. Z tych trzech poniżej środkową namalował Rogier van der Weyden, tę po prawej Ambrosius Benson – autor pierwszej jest nieznany.

Jeśli się zastanowić, dlaczego tak jest, trzeba odpowiedzieć, że nie wiadomo. Była towarzyszką Jezusa i apostołów, być może pochodziła z zamożnej rodziny i wspierała gromadkę finansowo. Od dawna podejrzewano, że była piękna i że mogła mieć romans z Jezusem, a nawet – że być może była jego żoną. Od VII wieku przyjęło się uważać, że była nawróconą prostytutką, a poza tym od dawna myli się ją z pustelnicą Marią Egipską, która miała ciało porośnięte włosami. Jednak żadna z przypisywanych Marii Magdalenie ról nie predestynowała jej do czytania książek. O Matce Boskiej przynajmniej (podobno) wiadomo, że chodziła do szkoły i umiała czytaś i pisać, a o Marii Magdalenie nawet tego nie wiemy.

Sporej ilości czytających Madonn dostarcza renesans włoski. Oto Rafael Santi:

Pinturicchio:

Carpaccio:

Wydaje mi się zastanawiające, że obrazy przedstawiające kobiety z książkami na dobre pojawiły się w malarstwie dopiero w renesansie, bo tak naprawdę czytające kobiety wielką rolę odegrały w średniowieczu. W rodzinach szlacheckich chłopców zatrzymywano w domu, gdzie pod okiem ojca i jego rycerzy, dworzan i wykwalifikowanych specjalistów, kształcili się w sztuce walki, polowania, wojny i, ewentualnie, ale rzadko – zarządzania majątkiem. Na rachunki, pisanie i czytanie nie było czasu. Natomiast dziewczynki często oddawano do klasztorów, gdzie uczyły się prac domowych, ale też czytać i pisać. Taka dziewczyna po szkole klasztornej była wysoko ceniona jako żona. W powszechnym wyobrażeniu widzimy średniowiecze jako epokę, w której pisać i czytać umieją tylko mnisi i księża. Tymczasem to przede wszystkim kobiety na dworach i w zamkach zajmowały się pisaniem (a zatem i czytaniem). Tym niemniej na średniowiecznych obrazach kobiety z książką, zakonnice lub święte, trzymają się z reguły na uboczu. Z jednym wyjątkiem, o którym za chwilę.

Wyjątkiem od reguły, że kobieta z książką trzyma się na uboczu, jest Matka Boska jeszcze jako panna. Przybywa do niej Archanioł Gabriel, żeby ją powiadomić o czekającym ją szczęściu i zastaje ją czytającą samotnie w komnacie. Między Maryśką a Archaniołem stoi zazwyczaj dzban z liliami, symbol dziewictwa. Dodajmy, że scena zwiastowania przedstawia sytuację niemal nie spotykaną, ani w starożyttnej Palestynie, ani w średniowieczu, ani w rensesansie. Po pierwsze rzadko kto miewał własny pokój, w którym mógł przebywać samotnie – poza tym nawet dziewczętom z arystokratycznych rodów nie wolno było się lenić. Jeśli próbujemy się domyślać, że Maria czyta, bo jest jeszcze bardzo młoda i ciągle jeszcze się uczy, to jest to domniemanie błędne, bo nikt nie uczył się sam. A jeśli Maria się nie uczyła, to mogłaby ewentualnie coś pisać, czy zapisywać np. historię rodziny albo metody leczenia, ale czytać, ot, tak sobie, raczej nie mogła. A już na pewno nie miałaby na własność żadnej książki. Ale widocznie odbiorca czy nabywca chętnie patrzył na obraz, na którym była młoda, piękna, samotna kobieta, a od czasu książki i filmu Dziewczyna z perłą wiemy, że tak było i że patrzącemu się to “kojarzyło” (lub mogło “kojarzyć”).

Od lewej: Cosimo Tura, autor nieznany, Robert Campin, Fra Angelico

Jednak nic nie może się równać z pysznym średniowiecznym obrazem, na którym Matka Boska właśnie skończyła karmić dziecko, jeszcze nie sięgnęła z powrotem po książkę, po prostu odpoczywa, a może marzy.


Robert Campin, 1440

Ciekawe, co ona czyta? Pewnie Biblię, ale kto wie. Może dzieje pięknej Meluzyny?

Starość

Ewa Maria Slaska

Miłość, erotyka, seks

O starości pisałam wprawdzie bardzo dużo, ze dwadzieścia lat temu prowadziłam nawet jakiś czas bloga na ten temat, ale nigdy nie rozmawiałam, nie pisałam, nawet chyba nie myślałam o seksie, miłości czy erotyce starych ludzi. Teraz jednak ten temat wydał mi się ważny, a dlaczego – okaże się na końcu tego wpisu. Poczułam, że muszę go napisać, bo się rozzłościłam. Tym niemniej zabierałam się do pisania jak pies do jeża. Pocieszało mnie tylko, że z plotek, filmów i literatury pamiętałam jakieś wzmianki i napomknienia na ten temat.

Były więc oczywiście Golden girls, słynny serial amerykański o flirtach i erotycznych znajomościach trzech starszych kobiet, mieszkających wspólnie z kobietą jeszcze starszą, matką jednej z nich, która pełni rolę mentorki i komentatorki. Było to zabawne, ale nie miało nic wspólnego z prawdziwym życiem. Wszyscy wiedzieli, że producenci ubrań, kosmetyków i gadżetów odkryli właśnie starych ludzi, głównie zresztą kobiety, jako nowy target, a serial miał na stałe zapewniać grupę docelową, że warto się starać, bo za każdym zakrętem czeka kolejny wielbiciel.

We wspaniałej powieści Edgara Hilsenratha Fryzjer i nazista jest epizod, jak uciekający z obozu główny bohater znajduje schronienie u starej kobiety, która oczekuje w zamian życia seksualnego.
– Ale ja nie sypiam z kobietami po siedemdziesiątce – mówi mężczyzna.
– Aby na pewno? – pyta kobieta. I oczywiście, ponieważ to ona jemu ratuje życie, on z nią jednak sypia.

Na pewno widziałam kiedyś jakiś film o życiu starych ludzi w domu opieki. Odwiedzające starą matkę dzieci z zaskoczeniem odkrywają przed jej łóżkiem dwie pary pantofli, jej własne oraz przydeptane męskie laczki.

Ale gdy to piszę, jak błyskawice przelatują mi przez myśl dwie historie prawdziwe.

Mam spotkanie autorskie w domu seniora i przy okazji poznaję pewną bardzo starą autorkę (jej samej nie znam, czytałam kiedyś jej książkę) – siedzi przy stoliku tuż obok bardzo starego pana, który ją serdecznie przytula. “To Franz”, mówi mi pani po spotkaniu, “poznaliśmy się tu i tu będziemy ze sobą aż nas śmierć nie rozłączy.”

Bardzo wiekowa ciotka (chyba nawet cioteczna babka) wyszła za mąż za bardzo wiekowego pana. Cała rodzina uważa, że to rozsądne. Mają dwie emerytury, a będą płacić za jedno mieszkanie, wynajmować jedną sprzątaczkę, no i będą mieli towarzystwo. Córka tej pani, nocując kiedyś u mamy i ojczyma, weszła rano do sypialni starszych państwa, bo chciała coś wyjąć z szafy. Weszła bez pukania i wycofała się z okrzykiem zażenowanego zdumienia, bo starsi państwo (w interesujący sposób) uprawiali seks. Mama tłumaczyła potem córce, popijając kawę, że “ona wprawdzie nie musi, ale on jest taki, no wiesz…”

I nagle przypomina mi się cała masa książek, w których pojawiają się starzy ludzie, uprawiający seks. I nie są to “stare, dobre małżeństwa”, tylko historie o nowych znajomościach, zawartych w podeszłym wieku.

Myślenie życzeniowe, można by pomyśleć. Starsi ludzie chcieliby, żeby tak było, bo wciąż marzą o romantycznej miłości, a młodsi chcieliby, żeby tak było, bo dobrze jest pomyśleć, że stary rodzic jest na stare lata szczęśliwy.

Zresztą może to być też myślenie pragmatyczne, nie tylko z uwagi na podwójną emeryturę i mniejsze wydatki mieszkaniowe. Stary mężczyzna chętnie by się znowu ożenił, bo zapewni sobie tym samym opiekunkę, kucharkę, pomoc domową, damę do towarzystwa i jeszcze na dodatek, jeśli się będzie miało ochotę, towarzystwo do łóżka.

Jest też oczywiście “klasyka”, czyli historie o starych bogatych ludziach, znacznie częściej mężczyznach niż kobietach, którzy “kupują sobie” młodą (a w każdym razie młodszą) osobę jako żonę czy męża, ale “klasyka” mnie nie obchodzi. Tak jak nie interesuje mnie tu płatny seks i w ogóle żadne mniej lub bardziej ukryte intencje. Interesuje mnie MiSEr – Miłość, Seks, Erotyka starych ludzi – w odbiorze społecznym.

Ponieważ jestem Polką i mieszkam w Niemczech, widzę dwa odmienne podejścia: w Niemczech ocenia się, że potrzeby ludzi w starszym wieku istnieją i są być może nawet bardziej szalone u tych, którzy pokończyli już 50, 60 czy 70+ lat, niż u trzydziestolatków, bo ci się “muszą” dorabiać i ustawiać w życiu. Ale też dlatego, że tak po prostu jest: je toller, desto oller, mówi niemieckie przysłowie, im człowiek starszy, tym bardziej hula. W Polsce generalnie się zakłada, że starzy ludzie nie mają libida, czyli są z racji wieku aseksualni. A to z kolei z góry ma wykluczać i erotykę, i miłość.

Ryszard Przybylski w eseju o starości pisze o poetach. Michał Anioł (już go tu cytowałam), Iwaszkiewicz i Różewicz gdy piszą o starości, są starzy, Thomas Stearns Eliot, czwarty poeta Przybylskiego, jest jednak młody, ma 32 lata. Nie pisze więc o tym, co przeżywa, lecz o tym, co sobie wyobraża na temat starości. Gerontion, Stary Człowiek, pisze Przybylski, tracąc na starość wrażliwość zmysłów, traci jednocześnie chęć kochania.
Straciłem wzrok i dotyk, słuch, smak, powonienie.
Jakże więc mam ich użyć do zbliżenia z tobą.
Zanim Stary Człowiek umrze zdrętwienie zmysłów odbirze mu możność kochanoa: pozbawi go dobra, które odsłania ludziom piękno świata, radość istnienia, sens bytowania. Eliot był przekonany, że istnieją trzy stopnie wtajemniczenia w poznanie własnego losu: seksualność, która rozpoczyna ten niełatwy proces; Eros, który rozświetla drogę zbawienia i Boska Miłość, zespolenie z którą stanowi cel wszystkiego, ponieważ to ona stworzyła świat i ciągle nim rządzi jako Dantejska Miłość, “co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”.

Tak właśnie myślą młodzi ludzie. Gdy jesteśmy starzy nie kochamy, nie marzymy, nie pożądamy. Starzy ludzie też zresztą nie będą się do tych marzeń przyznawać, a jeżeli to nie publicznie, żartem, mimochodem. “Zakochałabym się”, mówi moja rówieśnica, a ja odruchowo pytam: “Ale po co?”

Pewnego dnia kilka lat temu brałam udział jako tłumaczka w spotkaniu grupy rencistek niemieckich i polskich. Niemki mówiły o podróżach, odkrytym zainteresowaniu uprawianiem sztuki (niech żyje malarstwo na jedwabiu!) i zaangażowaniu społecznym. Polki – o wnukach, chorobach i ogródkach. O miłości nie mówiły ani Polki, ani Niemki. To jednak wciąż tabu, mimo że nawet w Polsce coś się powoli zmienia. Podobno był w polskiej telewizji jakiś program o seniorach, który poruszał takie tematy. Zresztą seks i erotyka to nie wszystko, nawet zaangażowanie polityczne starych kobiet było przez młode kobiety krytycznie oceniane. Jeszcze kilka lat temu obecność starej kobiety na demonstracji antypisowskiej była odczytywana albo jako wsparcie dla wnuczek, albo jako mieszanie się w nieswoje sprawy (np. TU – mój własny wpis sprzed czterech lat). Dziś na demonstracjach pojawiły się Polskie Babcie i nikogo to już nie dziwi, a raczej wszyscy są dumni.

Drogie Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, jeśli doczytaliście aż dotąd, to znaczy, że temat Was też interesuje. Być może pomyśleliście sobie w międzyczasie, że ta Slaska to ma dobrze, bo starość jej nie przeszkadza. Może macie rację, ale miałam pecha i postanowiłam przypomnieć sobie, co o tym naszym wieku napisała moja ulubiona autorka, Simone de Beauvoir w klasycznym dziele o kobietach, czyli Drugiej płci. A ponieważ w Czarnej Owcy ukazało się właśnie II wydanie, zakupiłam je byłam czym prędzej i… zdębiałam. Ale po kolei. We Francji książka ukazała się w roku 1949, a autorka (1908-1986) pisząc ją miała 40-41 lat. Wikipedia przypomina, że jest to jedno z jej najsłynniejszych i najbardziej kontrowersyjnych dzieł, które zdobyło jej miano “duchowej matki” drugiej fali feminizmu. Książka zyskała nieprawdopodobną wręcz popularność. W ciągu pierwszego tygodnia po wydaniu sprzedano ponad 20 tysięcy egzemplarzy.
Najsłynniejszy cytat brzmi: Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi.

Druga płeć została zaliczona do stu najsłynniejszych książek XX wieku wg czasopisma Le Monde.

Przeczytałam tę książkę po niemiecku, nawet nie pamiętam kiedy, pewnie w czasach, kiedy czytałam wszystko na temat feminizmu, czyli w latach 80 i 90. Książka ukazała się w Niemczech w dwa lata po wydaniu francuskim, czyli umówmy się – była tu zawsze.  Pierwsze wydanie po polsku przegapiłam, wzięłam do ręki dopiero drugie, no i właśnie… zdębiałam.

Bo może było tak, że wtedy byłam za młoda, żeby uważnie przeczytać to, co teraz interesuje mnie najbardziej. Byłam w wieku autorki, wtedy, gdy to pisała, i automatycznie przyjmowałam jej punkt widzenia. A może w ogóle to, co teraz interesuje mnie najbardziej, wtedy nie interesowało mnie w ogóle. Może w ogóle tego nie przeczytałam. A może po niemiecku czytałam to jednak inaczej niż po polsku. Nie wiem, ale teraz prawie się popłakałam ze złości. Na nią, panią o wcale niepięknym spojrzeniu, a może na siebie tamtą, młodą i obojętną, a może na to, że dożyłam wieku, kiedy mnie to złości.

Zaczęłam lekturę od rozdziału o starości (tom II, część II, rozdz. 9) i chyba na razie na nim zakończę. Uwaga, to co poniżej, to cytaty, ale ponieważ je mocno poskarcałam, oszczędzę Wam i sobie ciągłego używania znaku skrótu: (…).

Wszystkie etapy życia kobiet są równe i monotonne, ale przejście z jednego do drugiego cechuje groźna brutalność; z każdym związany jest przełom: pokwitanie, wtajemniczenie seksualne, klimakterium. Mężczyzna starzeje się stopniowo, kobieta zostaje nagle odarta z kobiecości; w młodym stosunkowo wieku traci urok erotyczny i płodność. A przecież ma wtedy jeszcze przed sobą, bez żadnych widoków na przyszłość, mniej więcej połowę dorosłego życia. Klimakterium przecina życie kobiety na pół. Na długo przed zniedołężnieniem kobietę zaczyna prześladować strach przed starością. Przypatruje się bezsilnie upadkowi cielesnego obiektu, z którym stanowi jedność. Zaczyna walczyć, lecz farbowanie włosów i zabiegi kosmetyczne mogą tylko przedłużyć konającą młodość. Może szachrować z lustrem, może kokietować i udawać, że wciąż jest jeszcze młoda, ale czuje, że musnęło ją skrzydło śmierci.

Staje bezbronna twarzą w twarz ze sobą. Przypomina sobie, czym mogło i czym miało być jej życie, ale nie było. Wie, że nie jest już obiektem erotycznym, nie tylko dlatego że utraciła powaby, lecz również dlatego że dzięki doświadczeniu stała się indywidualnością, a to odstrasza mężczyzn. Szuka kochanków, chce jeszcze urodzić dziecko, uczy się tańców, czy podróżuje. Zaczyna znów uprawiać onanizm, zaniechany od czasów dzieciństwa, dopuszcza tendencje homoseksualne. Szuka przygód. Kocha się potajemnie we wszystkich mężczyznach, ma obsesje kazirodcze, marzy o gwałcie i prostytucji, staje się erotomanką. Doznaje schizofrenicznego rozszczepienia na tę, która wciąż jest młoda i tę, która jeszcze nigdy nie była taka stara.

Gdy nie może zrealizować seksu, erotyki i miłości, zaczyna ją pociągać dewocyjna pobożność. Spowiednik zyska nad nią potężną władzę, ale może też popaść w sekciarstwo, ezoteryzm, poszukiwanie prawdy ostatecznej. Krzewią się objawienia, posłannictwa i znaki.

Przekracza granice rzeczywistości, zatraca krytycyzm i kontakt ze światem, umiera i zmartwychwstaje, ale ziemia się nie zmieniła, szczyty są nadal niezdobyte, posłannictwo nie daje się odcyfrować, przed lustrem pozostaje kobieta postarzała od wczoraj o jeden dzień. Niepokój chwyta za gardło, życie się skończyło, a do śmierci daleko. Odarta z uroku przez przyzwyczajenie i czas, nie ma już szans na obudzenie mężowskich zapałów… Poluje na mężczyzn, przytłacza ich, w najgorszym wypadku – płaci im. Ale nawet, gdy nie robi tego bezpośrednio, lecz utrzymuje pozory tajemniczej hojności, jest narażona na okrutną klęskę.

Wreszcie poddaje się, przestaje walczyć. Uznaje, że jest stara. Klimakterium się skończyło. Kiedy zrezygnowała z walki z fatalnością czasu, zaczyna walczyć o miejsce na ziemi. Uwolniona od fryzjerek, krawcowych, gorseciarek, folgując łakomstwu, staje się wolna, ale nie ma gdzie tej wolności zrealizować…

I tak dalej.

Autorka z zimnym turpistycznym okrucieństwem analizuje kolejne pięcioletnie etapy starzenia się. Nigdy jednak nie spojrzy na opisywane przez siebie obiekty chociażby obiektywnie, nie mówiąc już o okazaniu im choćby cienia sympatii, chociaż odrobiny współczucia, a przynajmniej przeczucia wspólnego losu. Odziera z godności każdy postępek i każdą decyzję, już sam dobór słów przekreśla wszelkie nadzieje, że można być na starość kobietą mądrą, albo miłą, serdeczną, czy lubianą, pomocną lub szlachetną, że ktoś może do nas żywić sympatię. Każdy gest i każdy krok są tylko oznaką fałszu, nic nie jest prawdziwe, niczemu nie pozostał nawet cień wartości. Po analizie filozoficznej, dokonanej w końcu przez kobietę, pozostajemy jak stare puste łachmany na jałowym pobojowisku.

Myślę, że nawet mężczyźni nigdy okrutniej nas nie opisali, niż zrobiła to ta czterdziestoletnia kobieta, którą czciłyśmy jak bóstwo. Dobrze, że czasy się zmieniły.

Do widzenia piękna, zimna pani. Może kiedyś jeszcze do ciebie wrócę, ale na pewno nie teraz.

Rozmowy a nauka (rozmowy z Konradem)

Ewa Maria Slaska, Konrad oraz (z książek) Dariusz Bogucki, Jack Halberstam

Kasi i Konradowi z podziękowaniem za tysiące inspiracji

Dla wyjaśnienia, dla tych, którzy może tego nie wiedzą. Konrad wiosną zdał maturę w Gdańsku, ma 20 lat i od września studiuje filozofię na jednym z uniwersytetów w Anglii. Komunikujemy się głównie za pomocą WhatsAppa. Przysłał mi (na moje własne życzenie) skrin z prezentacji na temat kradzieży, omawianej podczas wykładów z etyki. Siedem sposobów okradzenia torebki pani Jessop. Chociaż moim zdaniem to nie są sposoby, tylko motywacje, powody albo przyczyny. Ale nie bądźmy drobiazgowi.

Ewa: Przeczytałam, ale jakoś nie poruszyło mnie to wyliczenie
Konrad: Mało co Cię porusza z moich zajęć 🙂. Już się przyzwyczaiłem
Ewa: Naprawdę? Ojej, przepraszam
Konrad: Za co? Tak reagujesz. Jest ok. Może po prostu to nie jest Twoja działka i to Cię zwyczajnie nie interesuje.
Ewa: Nie, nie o to mi chodzi. Mnie interesują różne rzeczy, to nie jest więc pytanie, czy to moja działka, czy nie. Kradzież jest zresztą fascynującym tematem literackim, socjologicznym, politycznym. Oczywiście również filozoficznym. Moim ulubionym bogiem greckim jest Hermes, czyli, wiadomo, bóg kupców i złodziei. Ma skrzydła u stóp. Ale te rzeczy, które mi przysyłasz, są bez polotu i ciężko obarczone nudną powagą. Bardzo nie angielską.
Konrad: Hmmm. No taka jest filozofia 🙂. Szalone pogadanki w środku nocy na balkonie zamieniają się w naukę.

Hmmm, no cóż, ponad wszystko uwielbiam pogawędki na balkonie, a rozmowę uważam za najwspanialsze osiągnięcie ludzkości 🙂

Dariusz Bogucki
z książki Śladami życia

Ciocia Marysia (…) zaproponowała, bym (…) stanął do egzaminu na kurs wstępny na Politechnikę Gdańską. Bo akurat taki się organizuje dla tych wszystkich, którzy nie mieli matury, a chcieli studiować. Bedziesz tam miał to swoje budowanie okrętów, powiedziała, i to od razu na poważnie, na przyszłość.
Plan był prosty: jeśli zdam, a następnie ukończę kurs, po roku będę studentem. Mieszkać zaś mogę u wujostwa, a nie w płatnym internacie.
Zamilkłem z wrażenia. Moje wyśnione morze było na wyciągnięcie ręki, ale decyzję, jakże ważką i „dorosłą”, musiałem podjąć samodzielnie, bez odwoływania się do starszych. No, i nie był to wcale prosty plan. Intuicyjnie czułem jednak, że choć to, co zamierzyłem, jest potwornie trudne, to jest to dla mnie wielka szansa.
(…)
Egzamin na poziomie maturalnym, dopuszczający na kurs wstępny, miał się odbyć na początku września. Wróciłem zatem do Gniezna i zabrałem się ostro do pracy. Powtórzyła się sytuacja sprzed paru miesięcy. Czekał mnie egzamin, do którego brakowało mi dwóch lat regularnej nauki, tyle że o poziom wyżej, bo nie gimnazjalnej, tylko licealnej. Do tego teraz byłem zdany wyłącznie na siebie, gdyż nie było tu pani Lody, która mi wtedy tak bardzo pomogła. Nie miałem też książek, z których mógłbym się uczyć. Skromna biblioteka pani doktor, u której mieszkała moja mama, była czysto medyczna, a w mieście na żadną bibliotekę nie natrafiłem. Gniezno bowiem w czasie wojny zostało włączone do Reichu, a to oznaczało, że działania okupantów miały na celu całkowite zniemczenie wszystkich podległych im grup etnicznych i kulturowych. Stąd niemal zupełny brak polskiego dziedzictwa w tym, co odzyskaliśmy tutaj po wojnie.
Nie mając wyboru, zmieniłem taktykę i zamiast z książek, uczyłem się przez rozmowy z mamą, z panią doktor, i w ogóle z każdym, kto pojawił się na horyzoncie naszego życia. Tak przygotowany, a właściwie nieprzygotowany, z początkiem września pojechałem do Gdańska. (…) Bez większej nadziei, ale zdeterminowany, zasiadłem do egzaminu. Tym razem nie były to zadania, tylko ogromny zestaw pytań w postaci testu z całej wiedzy, jaką przystępujący do matury licealista powinien rozporządzać. Na połowę pytań odpowiedziałem zaraz przy pierwszym czytaniu, na pozostałe, wprawdzie już z namysłem i niezbyt pewny swego, zdążyłem odpowiedzieć, mieszcząc się w czasie.
Następnego dnia okazało się, że dałem prawidłowe odpowiedzi na niemal wszystkie pytania. Egzamin ustny, ku mojemu pełnemu zaskoczeniu, poszedł równie gładko. Tym sposobem, wczesną jesienią 1945 roku, zostałem studentem kursu wstępnego Politechniki Gdańskiej.

Jack Halberstam, Przedziwna sztuka porażki
Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2018

* Jack Halberstam (urodzony jako Judith Halberstam) – amerykański kulturoznawca, badający kulturę wizualną, media, sztukę queer i subkultury. Profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. Opublikował m.in. Female Masculinity oraz Gaga Feminism. * Przedziwna sztuka porażki to manifest kluczenia, improwizacji, mylenia się, kręcenia się w kółko, w których znaleźć możemy jednak zupełnie nieoczywisty nowy cel. Mając za przewodników SpongeBoba Kanciastoportego i rybkę Nemo wyruszmy w rejs, w którym „zamiast opierać się kresom i ograniczeniom, pozostańmy radośnie wierni wszystkim naszym nieuniknionym fantastycznym porażkom”.

Dziękuję mojej siostrze, która podarowała mi tę pozycję bez żadnej okazji (ale nie bez żadnego trybu), tylko dlatego że uznała, iż Marylin Monroe z wąsami na okładce publikacji o porażce to na pewno książka, którą będę zachwycona. I tak właśnie jest! Patronami wydania są portale Chujowa pani domu, czyli, jak twierdzi jej autorka, Magdalena Kostyszyn, strona przekłuwająca bańkę perfekcjonizmu, oraz Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty. Michał Michalski, założyciel strony, mówi, że Coaching i rozwój osobisty to taki ruch antyszczepionkowy sfery mentalnej. Cóż za znakomity patronat! jestem pod wrażeniem.

A tu garść cytatów z podziękowań i wstępu, bo już w podziękowaniach objawiają się fantastyczne propozycje:
alternatywne formy produkcji wiedzy (o tak!)
alternatywne pedagogie
dążenie do niewiedzy
które są (jak rozumiem) odszczepieńczą, subwersywną i wywrotową formą uprawiania intelektu poza campusem.

Nie sortuję tych cytatów, nie zaznaczam cudzysłowami, nie wstawiam nawiasów z kropkami. Niekiedy je uzupełniam, najczęściej skracam. Tym niemniej wszystko, co poniżej, to cytaty. Chyba, że coś jest zaznaczone na zielono – bo wtedy to ja.

Zacznijmy od najważniejszego: Rozmowa zamiast praktykowania mistrzostwa faktycznie wydaje się naprawdę konkretnym sposobem bycia w relacji do nabywania wiedzy u mistrza (wykładowcy, profesora, nauczyciela) na uczelni, sposobem wolnym od obowiązku mierzenia się na punkty czy na publikacje (publish-or-perish).

Wszyscy przywykliśmy do tego, iż nasze marzenia idą w rozsypkę, nadzieje zostają rozwiane, iluzje roztrzaskane. Wiemy, wszyscy to wiemy. Co jednak zajmuje miejsce nadziei, gdy jej już nie ma?
Co? Poszukiwanie mądrości i nowego, porowatego jak gąbka stosunku do życia, kultury, wiedzy i przyjemności, sformułowanie alternatywnej wizji życia, miłości i pracy oraz przełożenie tej wizji na praktykę. Radykalni utopiści szukają sposobów na bycie w świecie, innych niż te, które zaleca konsumencki liberalizm.
Ta książka, badając te sposoby w kulturze masowej, porusza się na stałe w obszarze teorii niskiej, starając się zidentyfikować wszystkie miejsca “pomiędzy”, dzięki którym nie ulegamy pokusom konsumpcyjnym, ani nie nadziewamy się na haczyki hegemonii.
Oczywiście liczymy się z tym, że alternatywy zamieszkują w mętnych wodach bezgranicznie mrocznego królestwa krytyki i odmowy.
Autor, tłumaczony czasem jako kobieta (bym chybiała celniej), a czasem jako mężczyzna (Jack Halberstam na okładce), zastanawia się nad sposobami bycia i posiadania wiedzy, które plasują się poza konwencjonalnymi wyobrażeniami o sukcesie, bo sukces w społeczeństwie heteronormatywnego kapitalizmu jest w gruncie rzeczy utożsamiany z dwiema tylko cechami: dojrzałością reproduktywną i gromadzeniem bogactwa. A już nawet ekonomista, a nie tylko antropolog kultury widzi gołym okiem, że obie normy w XXI wieku przestały cokolwiek znaczyć.

Wiek XX zakończył się plajtą myślenia pozytywnego (“sukces jest moim dziełem, porażkę uczynili mi inni”). Sukces to “zbiorowe urojenie”, a bankructwo wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu, oznacza szansę dla odmieńców, bo niepowodzenie to coś, co odmieńcom (queers) zawsze wychodziło wyjątkowo dobrze. Niekiedy niepowodzenie, przegrywanie, niedawanie rady, nieposiadanie wiedzy mogą przynosić twórcze wspólnotowe i zrównoważone rozwiązania. Hasłem takich wspólnot jest zdanie: Nikt nie zostanie na lodzie lub (jak podczas wiosennej pandemii korony lub w listopadzie 2020 roku w Polsce podczas strajków pod hasłem “wypierdalać”) Nigdy nie będziesz szła sama /You will never walk alone.

Być może porażka to najwłaściwszy sposób bycia, pozwala ujść karzącym normom narzucanym nam przez społeczeństwo i pozwala uniknąć iluzji optymizmu. Pozytywne myślenie nie uleczy raka, a fakt, że zachorowaliśmy na raka nie uczynił z nas lepszych ludzi. Optymizm pozytywnego myślenia napędza tryby istniejącego porządku społecznego. Porady typu “bądź sobą” i “podążaj za marzeniami”, jeszcze niedawno najpiękniejsze hasło, jakie można było dać na drogę młodemu człowiekowi, wkraczającemu w życie, okazały się egoistyczną mazią, smarującą tryby korporacji, globalizmu i zniszczenia świata.

Nasz świat nie powinien zostać wydany na pastwę ludziom sukcesu, musi w nim być miejsce na coraz więcej odmieńców. Nauki ścisłe, szczególnie fizyka i matematyka, znają wiele przypadków niesfornych intelektualistów, ludzi błądzących po nieodkrytych terytoriach, don Kichotów nauki. Wprawdzie sam Don Kichot nigdzie w książce nie został wymieniony, jest ona jednak wręcz entuzjastyczną pochwałą donkichoterii i przydaje jej głębokiego sensu społecznego. Ci niesforni intelektualiści unikają konwencjonalnych metod produkcji wiedzy i wydeptanych szlaków, również dlatego że prawidła dyscyplin stoją na przeszkodzie poszukiwań, bo dają gotowe mapy myślowe tam, gdzie intuicja i błądzenie po omacku może przynieść lepsze rezultaty. Wąsko wyspecjalizowane dziedziny nauk, które się wyłoniły się ponad 100 lat temu w odpowiedzi na zapotrzebowanie nowej gospodarki rynkowej, tracą obecnie znaczenie. A to dobry czas, żeby ustalić nowe zasady. Możemy skorzystać z tego czasu, żeby wymyślić od nowa projekt myślenia i uczenia.

Oczywiście teraz, gdy to piszę, pandemia wymusiła na nas nowe techniki uczenia i uczenia się, a my myśleliśmy, że wymusi też na nas nowe myślenie o świecie i naszym w nim miejscu, ale na razie oprócz strachu, co będzie, jak system się zawali, nie widać, żebyśmy się przygotowywali do nowych zadań. Oczywiście najsłabsze ogniwa w łańcuchu sukcesu już czują ciężar spowodowanego koroną kryzysu – młody filozof pisze właśnie w Süddeutsche Zeitung, że jego koleżanki i koledzy nie znajdują teraz typowych prac studenckich, jak praca w knajpach czy babysitting, pracują w fabrykach lub zatrudniają się przy zbiorze jarzyn i owoców. Za każdą linijką tego artykułu czai się strach. Nie jest to oczywiście strach egzystencjalny, nikt z nas jeszcze nie przypuszcza, że będziemy umierać na ulicach i nie będziemy mieli co jeść, ale strach o to, co będzie i jak sobie poradzimy, towarzyszy wszystkim. Mieszkam w Niemczech, państwie opieki społecznej, gdzie każdy, kto nie zarabia sam, może liczyć na urzędową pomoc, ale oczywiście pobieranie zasiłku jest zgodą na to, że urząd pozbawi człowieka części jego praw obywatelskich. Czy dałoby się to rozwiązać inaczej? Przyznając wszystkim wynagrodzenie podstawowe? Wprowadzając zasadę solidarnego podziału tego, co zarabiamy? Opodatkowując bogatych? Robiąc fantastyczny indiański potlacz?

Niewątpliwie potrzebujemy nowych wizji społecznych, politycznych, nowej nauki, nowego systemu nauczania, nowego systemu własności. Bo siedem powodów okradzenia torebki pani Jessop to stosunkowo błahe powody.


– chcemy mieć coś, czego nie mamy (i bez czego świetnie możemy się obejść)
– kradniemy, bo jesteśmy biedni
– kradniemy dla zabawy
– ktoś nas zmusił (dwie opcje)
– jesteśmy kleptomanami (dwie opcje)

Tylko bieda jest w tym przykładzie prawdziwym dylematem. Autor tej listy z typową (chyba) obojętnością angielskiej klasy średniej pomija cały szereg innych powodów (a i obiektów) kradzieży. Bez drążenia tematu, wymienię tu jeszcze kilka problemów:
1. Do kradzieży z torebki (kradzież a sprawa polska)

A. Kradzież, bo się nadarzyła okazja

B. Kradzież, bo nigdzie nie można kupić
C. Bo to państwowe, czyli wspólne, czyli niczyje
D. W stylu Janosika – odebrać bogatym, dać biednym
E. Konspiracyjna (np Piłsudski)
Wersja a: osłabić okupanta
Wersja b: zdobyć środki na dywersję

2. Kradzież dla wyższych celów

A. Sokrates (kradzież duszy ucznia)

B. Prometeusz (kradzież ognia dla dobra ludzkości)
C. Plagiat (kradzież czyjejś własności intelektualnej)
D. Odebranie monopolu
E. Każda własność prywatna jest kradzieżą, a zatem kradzież nie jest niczym nagannym. Więcej nawet: kradzież można potraktować jako wyrównywanie niesprawiedliwego podziału dóbr

Halberstam podsuwa jeszcze jedną opcję dozwolonej kradzieży: kradzież z uniwersytetu (oczywiście nie chodzi o kradzież materialną), chodzi o to, żeby kraść oświecenie dla innych, stworzyć podwspólność uniwersytetów, co równa się deprofesjonalizacji nauki. Uwolnienie procesu zdobywania i tworzenia wiedzy od systemu egzaminowania i zbierania punktów. Nauka w okowach systemów uniwersyteckich równa jest więzieniu. Nie tyle idzie o zniesienie więzień, ile o zniesienie społeczeństwa, w którym możliwe są więzienie, niewolnictwo, płaca.

Czytelność, minimalizm, uporządkowanie są elementami opresji społecznej, bo ich prawdziwym sensem jest uproszczenie, ułatwiające zdyscyplinowanie chaosu. Idei pustego białego pokoju w kanciastym betonowym domu przeciwstawić musimy różnorodność, niezdyscyplinowanie, wzajemność, kolektywność, plastyczność i adaptacyjność. Małe różnorodne ośrodki zamiast ujednolicającej wszystko globalizacji.

Foucault wzywa studentów, by opierali się “globalnym i wszechogarniającym teoriom” i zwracali się ku wiedzy podbitej (ujarzmionej, a przez to porzuconej), czyli tym formom produkcji wiedzy, które zostały przysypane, odepchnięte, zlekceważone, a nawet zakazane. Nowy człowiek nauki powinien zwrócić uwagę na wiedzę naiwną, niską, nienaukową. Ale, tam gdzie to będzie potrzebne, ma bez lęku “okraść uniwersytet”. Okraść i wyjść poza porośnięte bluszczem ściany campusu, wybrać nieważnych, od których będziemy się uczyć, a stawić opór mistrzowi. To właśnie tu pojawia się rozmowa jako forma stawiania oporu mistrzowi.

I to by było na tyle, zatoczyliśmy koło, możemy wrócić na balkon i porozmawiać.

Gromiwoja, czyli wielkie WYPIERDALAĆ!

Dziękuję mojej siostrze, Kasi, za całościowy koncept tego wpisu od pierwszej linijki do ostatniej, zdjęcie Kasia B.

Rzecz się dzieje podczas wojny peloponeskiej. Trwała ona tak długo, że kobiety się zbuntowały, stanęły do walki i wygrały!

Gromiwoja (Lizystrata)

Tekst: Arystofanes 411 p.n.e
Komentarz (fragmenty przedmowy): tłumacz Edmund Cięglewicz (ur. 1862, zm. 1928)
Przypisy i uwagi: Ewa Maria Slaska 2020

Jest rok 411 p.n.e. Trwa druga wojna peloponeska. Otóż na wiosnę tego roku (…) gdy nieszczęsne Ateny zaledwie łzy osuszyły po klęsce sycylijskiej, wśród powszechnego przesilenia ekonomicznego, niesłychanej drożyzny, wywołanej przeludnieniem i przymusowym, już od lat dwu, zaniechaniem uprawy roli w znacznej części ziemi attyckiej, wystawia poeta (Arystofanes), w lutym, podczas świąt Lenajskich, Lysistratę-Gromiwoję, komedię, w której szalony, śmiechem i dowcipem pieniący się pomysł idzie o lepsze z głębią myśli polityczno-społecznej. (…) Mądra, wyższa, patriotyczna kobieta postanowiła zmusić Hellenów do zawarcia pokoju. Gromiwoja obmyśliła sposób, aby pogromić wojujące strony: widząc, że zwykłymi środkami nie zaradzi się temu, już dwadzieścia lat trwającemu obłędowi, użyła sposobu wyjątkowego, na który mamy dziś wyraz zanadto dobrze znany, aby go nie użyć: białogłowski strajk.

GROMIWOJA (do Starucha)

Słuchaj jeno
Czasu wojny długotrwałej
Myśmy siła
złego… siła,
Od was, mężczyzn, znieść musiały,
A cierpliwość… z nami była!
Nie lza było słówkiem pisnąć,
Choć burzyła się krew na was.
Więc śledziłyśmy was ładnie
I, bywało, siedząc w domu,
Słyszym nieraz, jak zapadnie
Straszny wyrok złej uchwały
W sprawie ważnej!

Poeta wyprowadza na scenę niewiasty, walczące doskonale tą bronią, jaką im dała natura, a celem tej walki jest powszechny pokój. Pomysł poety świadczy, że kobieta w Atenach miała swoje aspiracje, dążące do emancypacji; dążenia te, nawet dziś tu i owdzie ironicznie pojmowane, niekiedy namiętnie zwalczane, przedstawia poeta w sposób, zapewne, wielce komiczny, lecz niezmiernie sympatyczny: jego Gromiwoja nie jest śmieszną, lecz owszem dzielną i wielką obywatelką, której się słusznie wszystkie należą prawa.

Jak wykonał poeta ten pomysł?

„W naszym ręku leży zbawienie Hellady”, woła bohaterka komedii, piękna i mądra Gromiwoja, do zwołanych z całej Grecji przedstawicielek płci pięknej. (…) “Zmusimy ich zaprzestać tej obmierzłej wojny, jeżeli zgodzimy się na jedno… Od dziś kwita z wszelkich czułości”. (…)

Na zamku, w obronnym grodzie, pod opieką dziewiczej Pallas Ateny, strajkowiczki przebywają tak długo, aż wreszcie mężowie, zrazu oburzeni, potem „prywacją kobiet” (…) srodze znękani, składają broń przed tym pospolitym kobiet ruszeniem, zawierając pokój panhelleński (…).

Ale Lizystrata to nie tylko historia kobiecego strajku. To również apel o demokrację. Oto, co mówi dalej Gromiwoja do Senatora, przyrównując obywateli i politykę do wełny

Naprzód tedy, jak się z brudu
Myje wełnę na potoku,
Tak kołtuństwo trzeba z ludu
Zmyć i z miasta, jako wióry
Gnać, a kłęby powikłane
Polujących na godności
I na tłuste synekury
Zgrzebłem międlić bez litości —
I urywać łby skalane!
Potem czesać czystą wełnę,
W jeden kosz swobody wspólnej
Wszystkich kładąc: więc wmieszkanych
Pobratymców i związkowych
Nawet i dłużników owych,
Co stracili prawa ludzkie,
Trzeba mieszać w ten kosz wspólny.
Przebóg, wszystkie miasta one,
Zakładane, jak osady
Naszej macierzystej ziemi,
Wiedz, że jako rozrzucone
Pasma leżą, zatem słabe.
Więc te pasma
Zebrać wszystkie w ten kosz pełny,
Potem zbić na jeden wełny
Zwał, chociażby nie bez trudu
I tkać nowy płaszcz dla ludu!

Tą odezwą wystawił sobie Arystofanes największy pomnik, jako myśliciel, jako polityk, jako obywatel. Tak, obywatel, bo ta wełna w koszu, to wszak “wspólność praw obywatelskich”. Ale niestety głos natchnionego wieszcza był głosem wołającego na puszczy; przezornej myśli, najdonioślejszej, jaką kiedykolwiek wypowiedział Ateńczyk, którą należało przyjąć jako program dyplomatyczny, współczesność nie zrozumiała, a gdy zrozumiała, było już… za późno. Nie przyznano metojkom praw obywatelskich, nie zrównano ludzi wobec prawa. To zrobił dopiero Rzym.

Wróćmy jednak do naszych bojownic. Ich cel bardzo przypomina to, o co teraz pod wodzą kobiet walczy cała Polska: o wielkie WYPIERDALAĆ! skierowane do, ujmijmy to skrótowo, dziadersów wszelkiej maści.

Rzekłby kto, no ale jednak pardon fi donc, nieprzyzwoite to słowa. A tu tymczasem:

Śmiałym słowem przemawia Grek w życiu i na scenie; wyobrażenia helleńskie o przyzwoitości, zwłaszcza scenicznej, różnią się od dzisiejszych, o zewnętrzną tylko przyzwoitość dbających. Nasza scena przemyca częstokroć prawdziwą i potworną zgniliznę, ale ten jeden warunek musi być zachowany: o wszystkim wolno mówić, byle parafrazą, przyzwoicie i mniejsza o to, że pod tą osłoną wypranych, wyprasowanych i ublanszowanych Tłumacz, chcący oddać poetę, jakim był, nie może trzymać się tej recepty: zbyt wielki to umysł, aby go przykrawać do pojęć cnotliwego emeryta lub zwagneryzowanego pajaca. Niech więc nikogo
…nie razi, że tu greckie panie
Mówią dość śmiałą mową, a panienki,
Niepowstrzymane swym greckim sumieniem,
Zwą często rzeczy… właściwym imieniem.

Takim na przykład:
Haj, na dwa bożyca, dyć
goła hipkam i piętą w rzyć biję!

Z jednej strony gromada dorodnych erotycznie rozbuchanych rokoszanek, z drugiej (nie do wiary!): na scenę wkracza powoli zadyszany chór Starców siwobrodych, złożony z 12 choreutów (…) Dziady owe dźwigają pęki chrustu, wleką polana i konary; dwaj dzierżą sagan miedziany z żarzącym węglem i dmuchają, raz po raz kaszląc od gryzącego dymu. (…) Na końcu wlecze się przodownik chóru, koryfajos, imieniem Strymodoros; stary wyga, nie dźwiga nic, tylko dowodzi. (…) stają, krztusząc się, kaszląc i ocierając pot.

Strymodoros! Ten ze sceny wypisz, wymaluj jak ten nasz!

Ale choć główną bronią ma być odmowa chędożenia się, dziewczyny i dziady naparzają się też bezpośrednio. Mają nie tylko normalną broń. Starcy walczą ogniem, rokoszanki, jak je nazywa tłumacz, wodą. Kobiety zwyciężają. Główny Staruch bardzo nad tym ubolewa. Gromiwoja odpowiada mu beztrosko:

Azaś ty myślał, że baby nie… biją,
Że my niewolne? Że może kobiety
Nie mają ducha? (…)
Więc my tedy obwołały
Sejm niewieści, by Helladę
Wyrwać z toni wspólną mocą.
Czekać jeszcze? Na co, po co?
Więc gdy zbawczą kobiet radę
Przyjąć chcecie sercem wdzięcznym,
I, jak my wpierw, milczeć, luby,
Ocalimy was od zguby!
(…)
CHÓR BIAŁOGŁÓW

Ninie zbliż się który do mnie, a wybiję zęby!
Czosnku ten nie będzie gryźć,
Grochu, bobu, ni ziarenka:
Jednym słówkiem spróbuj lżyć,
Wściekła jestem, będę bić,
Że polecą z was otręby,
I wspomnisz bajkę, jak żuk orła nęka!
(…)
Nie dbam o was, póki żyje
Ma Lampito, wierna straż,
I tebańska krasawica,
Ismenija — zaszczyt nasz!
Wy bezsilni, nie pomoże
Na to nawet uchwał sto,
Zwłaszcza, że wam wszyscy wkoło
Źli sąsiedzi zemstą klną.

Niezaspokojeni seksualnie wojownicy ze Sparty i Aten, wspierani przez pokonanych starców, podejmują decyzję o zawarciu przymierza, które zakończy wojnę.

Nie trudna to rzecz, kiedy obie strony
Bez fałszu zadmą już w jednakie tony
A zatem: ***** ***

Kochani i jeszcze opis do zdjęcia: zostało zrobione 3 listopada podczas demonstracji w Gdańsku w obronie wolnych mediów. Pochód formował się we Wrzeszczu na ulicy Grunwaldzkiej, pod pięknym pałacykiem czyli siedzibą radia Gdańsk (to było kiedyś fantastyczne radio), a potem szedł do Gdańska, pod siedzibę ***. Poszłyśmy z koleżanką. Miałyśmy mnóstwo rzeczy do obgadania, a na trasie nikt nic nie skandował, to, zatopione w rozmowie, szłyśmy coraz wolniej. Nagle okazało się, że idziemy jako ostatnie i chyba byśmy tego nawet nie zauważyły, gdyby nie pogoniły nas buczkiem zamykające pochód auta policyjne. Upozowałam się na ich tle, a koleżanka zrobiła zdjęcie. A dopiero dziś zrozumiałam, że wystylizowałam pozę na zdjęciu na Gromiwoję. Trudno się zresztą dziwić, pisałam o niej przecież przez cały dzień.

Rozmowy z Konradem: kraina czarów

Ewa Maria Slaska

Co Alicja zobaczyła po drugiej stronie ekranu?

Czatujemy.
Ciekawe, że już się wreszcie przyzwyczaiłam do tego słowa, bo jeszcze niedawno wzdragałam się przed używaniem go, gdyż czatowanie oznaczało przecież siedzenie w kryjówce i czekanie na zwierzynę lub wroga, a nie rozmowę. Podbnie jest zresztą ze słowem tuszowanie, które oznaczało ukrywanie wad, a nie malowanie oczu tuszem. A gumkowania nie było w ogóle
.
Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352

Z reguły dobrze nam się podczas tych czatów dochodzi do jakichś wspólnych ustaleń, a czasem nawet  żartów. To sztuka, bo czatowanie wcale nie jest łatwe, a z żartami to już w ogóle nie ma żartów. Piszę więc na czacie do Konrada, że to nawet nieco dziwne, bo jeśli chodzi o żarty, sarkazm i ironię, to są ludzie, z którymi rozumiemy się tylko, jeśli rozmawiamy osobiście, natomiast telefon, maile, smsy i czaty to jedna wielka katastrofa.

Porada mądrego młodego człowieka brzmi:

– Dlatego raczej należy unikać takich rzeczy przy czatowaniu… Lub garściami używać emoji.
Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352

Babcia Konrada choruje i czasem, jak czatujemy, stan zdrowia babci pojawia się w postaci krótkiego pytanka.

– Jak się czuje babcia?

– Lepiej!!! Ale jeszcze jest chora.

Pleading Face on Google Android 11.0
Pojawia się ładna emojka, nie znam jej jeszcze, pytam, co znaczy i dowiaduję się, że:

na pewno ma wiele znaczeń, jak większość… Można jej używać jako “ale słodkie!” Albo jako “mogę? proooszę, zgódź się!”
To taka mina, jaką robimy, widząc słodkiego kotka. Bardzo młode osoby często robią taką minę, jak o coś proszą. Wszystko się zgadza.

Odpowiadam, że to dobrze, że babcia czuje się lepiej i wysyłam taki obrazek:

Sweat Droplets on WhatsApp 2.19.352

– A czemu woda?

– Żeby babcia cały czas dużo jej piła i żeby jej wieszać w pokoju mokre ręczniki. Próbuję zastosować się do Twojej porady, że w czatach trzeba stosować dużo emojek.

Ale głupio się zastosowałam do tej porady, bo oto…

– Aha. Wodnych emojek najczęściej używa się chyba z seksualnym podtekstem. Myślę, że częściej niż do określenia samej wody.

Omg.

– To ciekawe, jak one potrafią przybierać znaczenie, którego autorzy by się nie spodziewali. Tak widzę po internetach.

– Że zacytuję słynnego polskiego filozofa: tak źle i tak niedobrze, wszystko niedobrze (Miałam na myśli Kołakowskiego i jego Klucz niebieski)

Droplet on WhatsApp 2.19.352– Ta emodża oznacza kroplę wody i jest jak najbardziej neutralna wg mnie.

Natomiast ta Sweat Droplets on WhatsApp 2.19.352 często służy do przedstawienia potu lub innych płynów ustrojowych. Myślę że jej użycie nie będzie dziwne, jeśli kontekst będzie jasny. Np. “och, jaki cudny deszcz pada w Bydgoszczy”.
Ale tak bez słów, to ta emodża sama w sobie kojarzy się z seksem, przynajmniej młodemu pokoleniu.

W internecie odpowiedź jest jeszcze wyrazistsza. Te trzy krople potu oznaczają orgazm.

– Oczywiście. Po to wymyślono pismo. Bo obrazki można było różnie interpretować. Ale z drugiej strony… ja już chyba wyrosłam z wieku, w którym kobiety używają seksualnych aluzji i przecież to wiesz. Kobiety, bo pewien rodzaj facetów nigdy z tego wieku nie wyrasta.

– No tak, ale ja po prostu widząc wodę, nie potrafiłem zobaczyć wody. Tak bardzo znaczenie tej emodży jest przez nas młodych wypaczone. Przez ludzi poniżej czterdziestki albo trzydziestki, tak myślę.

– Cały czas nie mogę się otrząsnąć z wrażenia, że krople wody to podteksty seksualne. Już nawet pomijam fakt, że były to moje emojki w sprawie twojej babci, czyli no way. Ale te krople są śliczne i ja ich czasem używałam, no i… co teraz? Więcej nie będę, jasne, ale po pierwsze żal, a po drugie, ciekawe, komu to wysłałam i czy ten ktoś to odczytał tak czy owak?

Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352– O nie, ale narobiłem. Przepraszam. Nie, nie sądzę żeby ktoś to źle odebrał. Jeśli kontekst jest jasny, to nie ma problemu. Nadal używa sie tej emoji do normalnych zastosowań. Sprawdziłem w sieci, jak używają jej ludzie (na Twitterze) i faktycznie chyba większość miała podtekst, ale niemało też było właśnie np. o deszczu.

– No, miejmy nadzieję

– Nie martw się, Ewo. Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352

Dobrze, przeleciałam ostatnie kontakty na WhatsAppie. Niedawno użyłam tej ikonki w czacie z koleżanką nt rachunku za wodę. Uffg

Bardzo często rozmawiając z Konradem, który jest młodszy ode mnie o 51 lat, czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. W świecie, w którym mieszka on, jego koleżanki i jego koledzy, aż się roi od dziwnych zjawisk. Pisałam tu już kiedyś o haulu (to informacje o dokonanych zakupach), o włosingu (pielęgnacja włosów), o stylingu i szafiarkach; to chyba był jedyny termin, który znaliśmy oboje, on i ja – znałam go, bo kiedyś Kasia Tusk udzielała porad, jak stylizować swoje outfity, miała miliony tzw. followersów, a interesowała nas, bo była córką Tuska, oczywiście.

Reszta tego młodego internetowego świata jest dla nas niepojęta. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że istnieją emoji (emodże, emotki, a ja sama najbardziej lubię wymyślone przeze mnie słowo – emojki), używamy dość swobodnie 🙂 i :-(, niektórzy z nas potrafią jeszcze wyprodukować ;-), „ale to by było na tyle”.

Slightly Smiling Face on WhatsApp 2.19.352Slightly Frowning Face on WhatsApp 2.19.352Winking Face on Facebook 4.0

To był kiedyś, wieki temu, podstawowy repertuar emojek. Kiedy się one tak nagle rozmnożyły? Czy mój ulubiony pingwinek, którego nawet sama umiem zbudować, to już emojka, czy jeszcze stary poczciwy gif w jakiejś nowej odmianie? Uwaga, pingwinek świetnie buduje się na facebooku, natomiast w WhatsAppie nie. <(”)
Penguin on Samsung One UI 2.5

Zasugerowawszy się, że nieostrożne używanie emojek może przekazać whatsappowemu bądź facebookowemu rozmówcy wcale niechciane przez nas emocje, ba, niedwuznaczne propozycje, postanowiłam się jednak trochę douczyć na własną rękę. Weszłam na stronę pt. Czy wiesz co znaczą te emojki? Chodziło o bezpośredni bądź zawoalowany podtekst seksualny. Poległam na wszystkich pytaniach, tak jest, na wszystkich :-). Dopiero na ostatnie pytanie pytanie udało mi się udzielić prawidłowej odpowiedzi („tak, zróbmy to doggy style”), ale nie dlatego, że coś wiem, tylko, że już zrozumiałam, jakie intencje miała osoba układająca quiz i wiedziałam, którą z proponowanych odpowiedzi wybrać.
Dog Face on WhatsApp 2.19.352Smiling Face with Sunglasses on Google Android 11.0

A więc seks w Alicji w Krainie Czarów. Nie kłóci się. To książka pełna seksu. Ta szalona królowa i kichająca kucharka, posypującą pieprzem dziecko-prosiaka. W pojęciu wielu pokoleń ta scena pełna była seksualnych aluzji (wywołanych świadomie przez autora) i skojarzeń (czyli nie zaplanowanych przez autora). Zresztą cała ta książka, choć niewątpliwie mnóstwo z zaludniających ją istot przeniosło się na stałe do naszej zbiorowej wyobraźni, wywołuje jedno wielkie nieprzyjemne skojarzenie seksualne, przypominając, że faceci bardzo lubili w przeszłości, i lubiliby teraz i w przyszłości legalnie żenić się z dwunastolatkami.

Bo to przecież jeszcze całkiem niedawno było jak najbardziej legalne, a parę setek kilometrów od Europy nadal jest legalne.

Przepisy prawa kanonicznego w średniowieczu określały wiek zawierania małżeństw na 12 lat dla dziewczynek i 14 lat dla chłopców. Prawna zgoda na taki związek małżeński utrzymała się we Francji do rewolucji (1789 rok), kiedy te granice zmieniono na 13 i 15, by za czasów Napoleona podnieść wiek zdolności małżeńskiej na 15 lat dla dziewcząt i 18 dla chłopców. Od połowy XIX wieku wiek dziewczyny został jeszcze podniesiony o rok i taka norma (16 / 18) utrzymała się aż do XX wieku. W okresie napoleońskim przepisy francuskie zaczęły powoli obowiązywać w całej Europie i na świecie, jeśli podlegał on wpływom europejskim. Czyli 200 lat temu małżeństwo z dwunastolatką było absolutnie normalne, nawet jeśli, co wykazują statystyki, dość rzadkie.

Rodzina Kapulettich wydaje Julię za mąż, gdy ta kończy lat 14. Kandydat na męża, piękny hrabia Parys, ma pewnie lat 30, a więc dla Julii to dwa razy starszy od niej starzec.

Gdy pracowałam jako opiekunka uchodźców zetknęłam się kiedyś z 15-letnią dziewczyną, która miała już troje dzieci – starszą, trzyletnią dziewczynkę i dwóch chłopców bliźniaków, którzy mieli roczek.

A Księżna Marta Bibesco (ur. w 1890 r.), autorka książki Na balu z Proustem, żona rumuńskiego dyplomaty, która spędziła wiele lat w Paryżu, pisała po francusku i wydała kilka książek, przeważnie opartych na wspomnieniach ze swego życia (była sławną rumuńsko-francuską pisarką, ikoną mody i polityczką), urodziła córkę w roku 1903, czyli mając lat 13 i, jak sama napisała, we Francji było to zdrożnością. “Nawet chłopki we Francji rodziły dzieci później, niż ja urodziłam moją córkę”.

Cat on Samsung One UI 2.5Smiling Cat with Heart-Eyes on Facebook 4.0Grinning Cat on Samsung One UI 2.5Penguin on Samsung One UI 2.5Owl on Facebook 4.0
Od czasu przygody z kroplami potu wróciłam do dawnego przyzwyczajenia, żeby bardzo powściągliwie używać emodżi. Do trzech klasycznych buziek i pingwinka, dodałam jeszcze sowę na dobranoc, kota, uśmiechnięty pyszczek kotka i kotka z oczami w kształcie serca, ale jak ognia wystrzegałam się wszelkich aluzji do wody. Zdziwiło mnie więc, jak nagle Konrad użył ikonki roześmianej gęby z kroplą potu na czole.

Grinning Face with Sweat on WhatsApp 2.19.352 – Czy domyślasz się, co to znaczy?, zapytał.

Nie odpowiedziałam, bo i co mogłam odpowiedzieć, że może ta emojka znaczy, iż śmiejemy się tak, bo seks był dobry i się spociliśmy? A tu tymczasem…

– My używamy tego w znaczeniu: zakłopotanie lub lekkie zawstydzenie. W żartobliwym sensie często. Ta kropla oznacza pot na czole.

– Jesteście w pocie czoła zawstydzeni? Biją na Was siódme poty z zażenowania? Czy to przesada, która tak naprawdę pozwala wcale a wcale się nie wstydzić?

– Och. Fajnie to napisałaś. To przesada, która dzięki przesadzie pozwala się nie wstydzić. Tak to odbieram. Ale wydaje mi się, że to pochodzi z anime. Anime ma specyficzne sposoby zaznaczania emocji bohaterów. Jedną z nich jest właśnie kropla na czole. Ale ta kropla nie spływa, tylko tak wisi jak w tej emotce. Jako znak kropli, nie sama kropla. To ciekawe. Ktoś o tym pisał. Najpierw jest rzecz, potem symbol, który ją oznacza. A potem symbol odnosi się do koncepcji, ale już nie symbolu. Nie umiem tego opisać właściwie.

– Czy emojki są pochodną anime?

– Emoji powstały w Japonii. Więc bardzo możliwe, że inspirowały się anime. Czy mangą.

– I nadal są japońskie, czy już się uniezależniły?

– O mam, książka “Simulacra and Simulation” delineates the sign-order into four stages:

The first stage is a faithful image/copy, where we believe, and it may even be correct, that a sign is a “reflection of a profound reality” (pg 6), this is a good appearance, in what Baudrillard called “the sacramental order”.

The second stage is perversion of reality, this is where we come to believe the sign to be an unfaithful copy, which “masks and denatures” reality as an “evil appearance—it is of the order of maleficence”. Here, signs and images do not faithfully reveal reality to us, but can hint at the existence of an obscure reality which the sign itself is incapable of encapsulating.


The third stage masks the absence of a profound reality, where the sign pretends to be a faithful copy, but it is a copy with no original. Signs and images claim to represent something real, but no representation is taking place and arbitrary images are merely suggested as things which they have no relationship to. Baudrillard calls this the “order of sorcery”, a regime of semantic algebra where all human meaning is conjured artificially to appear as a reference to the (increasingly) hermetic truth.


The fourth stage is pure simulacrum, in which the simulacrum has no relationship to any reality whatsoever. Here, signs merely reflect other signs and any claim to reality on the part of images or signs is only of the order of other such claims. This is a regime of total equivalency, where cultural products need no longer even pretend to be real in a naïve sense, because the experiences of consumers’ lives are so predominantly artificial that even claims to reality are expected to be phrased in artificial, “hyperreal” terms. Any naïve pretension to reality as such is perceived as bereft of critical self-awareness, and thus as oversentimental.

Kiedyś emoji należały do jednej firmy, pewnego operatora komórek w Japonii. Wtedy powstała nazwa “emoji”. Ale te emoji, których my używamy, są ustalane przez Unicode, czyli tę samą organizację, która odpowiada za standaryzację innych znaków używanych na komputerze i sprawia, że między różnymi urządzeniami znak “=” jest rozumiany jako “=”. Ten znak ma numer przypisany przez Unicode i dzięki temu można go przesłać z Windowsa na Maca. Tak więc te nasze emoji to nie są oryginalne japońskie ikonki. Musieliśmy je stworzyć na nowo. Bo tamte należały do prywatnej firmy. Ale ona pierwsza (lub jako jedna z pierwszych) wymyśliła, że emotki mogą być kolorowymi grafikami, a nie tylko czymś takim : ).

PS 1.

Wszystkie wpisy w tym tygodniu pozostają pod znakiem coronawirusa, sprawdzam więc, czy są emojki o koronie. Oczywiście są: masa.

Spread of the Coronavirus Emoji

PS 2. Gdy już napisałam ten wpis, Konrad przysłał informację:

– Uwielbiam emojki na Skypie. Są po prostu najcudowniejsze. Słodkie, fajne, animowane.

Nie używam, nie będę więc o nich pisać, ale rzeczywiście są słodkie, fajne, animowane. Zobaczcie. Ale nie otwierajcie jakichś animowanych emojek na FB, bo to podobno jakieś zaraźliwe badziewie. Noście maski, wietrzcie mieszkania, bądźcie zdrowi.

Kamienica w lesie, czyli dom w mieście

Nie zapomnijcie maseczek / Masken nicht vergessen!

Monika Szymanik i jej pasje, stare domy, zdjęcia, poznawanie ludzi, wydawanie książek… O Szczecinie, spacerach i książkach będziemy dziś rozmawiać z Moniką w Sprachcafé Polnisch

Monika zaczęła opowiadać o “stareńkich” (“stareńki” to jej ulubione słowo) detalach szczecińskich kamienic na Instagramie i to oczywiście widać w tym, co pisze. Wczoraj na przykład zamieściła na Instagramie powyższe zdjęcie i taki oto opis:

Dzisiaj jeszcze raz kamieniczne mieszkanie, pokój od frontu, który przeszyła podczas wojny bomba. Przepiękny parkiet został uratowany i cieszy oczy. Sztukaterie, które były w tym pokoju również, uległy niestety uszkodzeniom. Ale i tak pokój zachwyca, także dzięki poszanowaniu zastanego przez wspaniałych właścicieli. Światło wpada do tych wnętrz z dwóch stron świata.
#kamienica #kamienice #kochamkamienice #kamienica_w_lesie #altbauliebe #altbau #altbauliebe #mieszkaniewkamienicy #szczecin #stettin #kochamszczecin #loveszczecin #mojemiasto #igers_szczecin #igerspoland #visitszczecin #visitpoland #zachodniopomorskie #pocztowkazpolski #magicznapolska #oldinterior #altbauwohnung #olddetails

My, ludzie Facebooka w znacznie mniejszym stopniu używamy hasztagów, ale co tam, skoro będę prezentowała dziś (po niemiecku) autorkę z Instagramu, to poszaleję i ja. Zaczynam:
#Monika Szymanik #Sprachcafé Polnisch #Czwartek #Donnerstag #Treffen #Spotkanie

Niestety, nic się, jak widać, nie wydarzyło, informacje, których chciałam Wam udzielić, nie zlinkowały się w magiczny sposób, czyli jednak oprzeć się muszę na tradycyjnej metodzie pisania wszystkiego, co musicie wiedzieć, żeby przyjść dziś na spotkanie z Moniką Szymanik:

10.09.2020 / 19:00
Zapraszam do polskiej Kafejki Językowej / Ich lade zu Sprachcafé Polnisch ein
Schulzestr. 1 13187 Berlin-Pankow
na spotkanie z Moniką Szymanik, szczecinianką, która po polsku i po niemiecku wydała książkę o starych szczecińskich kamienicach i tajemnicach…

Altbauliebe einer Stettinerin – Begegnung mit der Autorin

Ein Abend mit Monika Szymanik, Buchautorin: „Altbauliebe einer Stettinerin“. Beginn: 19 Uhr, SprachCafé Polnisch – mit Streaming.

Eine Einladung zu einer Reise durch Stettin, bei der die Wegweiser Intuition und künstlerische Sensibilität sind. Zusammen mit Monika Szymanik entdecken Sie alte magische Straßen und Gassen, historische Gebäude mit ihren Fassaden. Alles, was sichtbar und verborgen ist. Alles in einem Fotoalbum und vor allem in einem bezaubernden Gespräch.

Monika Szymanik ist Stettinerin, die eines Tages ihre Wohnung verließ, um einen Spaziergang zu machen. Dieser erwies sich dann als erster aus einer ganzen Reihe von Foto-Spaziergängen. So begann Monika Szymanik aus Eintönigkeit des Daseins der Architektur und ihrer Natur mit ihrem Smartphone Augenblicke einzufangen. Aber diese Eintönigkeit war lediglich eine scheinbare. Die von Monika Szymanik festgehaltenen Bilder erzählen Geschichten. Welche Geschichten? Darüber erzählt die Buchautorin selbst.
Herzlich willkommen!

Wir bitten um Anmeldungen: kontakt@sprachcafe-polnisch.org
Die Anzahl der Plätze vorort ist beschränkt.

Die Veranstaltung ist kostenlos.
Wir bedanken uns für die Unterstützung des Bezirksamtes Pankow im Rahmen des Projektes „Menschen schaffen Orte“ sowie der Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Wohnen im Rahmen des Projektes FEIN  SprachCafé 2.0.

Schirrmherr der Veranstaltung ist Städtepartner Stettin e.V.

Seid dabei! Zapraszamy!


Da Treffen war gestreamt (), jeder kann uns hören und sehen, wie wir uns lebendig und fröhlich über die Leidenschaften von Monika Szymanek unterhalten. / Spotkanie było streamowane, każdy może nas obejrzeć i posłuchać jak żywo i radośnie rozmawiamy o licznych pasjach naszej referentki. Tu tylko kilka migawek, okiem Eli Kargol:

 

“To ja wymyśliłem nowoczesność”

Ewa Maria Slaska

Tesla, nieoczywista ikona popkultury

Sformułowanie “nieoczywista ikona” zaczerpnęłam z artykułu Jakuba Demiańczuka, opublikowanego tydzień temu w Polityce (niestety poza poniższym cytatem przeczytać go mogą tylko ci, którzy wykupili prenumeratę).

Genialny serbski wynalazca, przez lata zapomniany, stał się dziś nieoczywistą ikoną kultury popularnej. Gdyby ktoś pokusił się o napisanie biografii Nikoli Tesli opartej wyłącznie na powieściach fantastycznych, komiksach, filmach i grach wideo, okazałoby się, że Serb był nie tylko błyskotliwym wynalazcą. Na zlecenie cara badał tajemnicę meteorytu tunguskiego. Wraz z Marią Curie, Zygmuntem Freudem i Karolem Darwinem tworzył grupę naukowców superbohaterów walczących ze złem. Konstruował roboty i był członkiem tajnych stowarzyszeń. Walczył ze złem u boku Sherlocka Holmesa i Supermana. Poleciał nawet na Marsa w towarzystwie Marka Twaina i słynnego iluzjonisty Harry’ego Houdiniego.

W dalszej części tekstu pojawi się termin “teslomania”. Tym samym dowiedziałam się, że moje zainteresowanie Teslą wcale nie jest moje, a Tesla nie jest osobą, a częścią popkultury. Zobaczyłam też, że właśnie wszedł na ekrany film pt. Tesla. Zaprawdę, powiadam wam, nie ma się co silić na oryginalność.

Nie wiem, może mi się wydaje, ale pierwszy raz świadomie przeczytałam o Tesli w powieści Dukaja, Lód. Był rok 2007. To niezwykła książka, być może najlepsza nowoczesna powieść polska, nie skoncentrowana na cierpiącym polskim Ja i nieszczęsnym bolesnym kompleksie polskim. Ta powieść powinna była zmienić Polskę, a udało jej się zmienić tylko mnie, moje animozje i upodobania. Prawdziwą bohaterką powieści jest bowiem Syberia, kraina, która wcześniej budziła we mnie niechęć, zwykłam nawet byłam mówić, że po co my, Polacy, mamy jeździć na Syberię za własne pieniądze, skoro prędzej czy później Rosjanie i tak nas wszystkich tam wyślą za darmo. Od czasu lektury Lodu Syberia stała się jednak moją skrytą tęsknotą. Marzyło mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska. Nic zresztą nie robiłam w tym kierunku, nie ruszyłam się z miejsca, tylko czas posunął się do przodu i już nikt nie przyjmie mnie do pracy, nie tylko w Omsku czy Irkucku. W międzyczasie zresztą Syberia się ogrzała i spłonęła, i już nic nie pozostało z zimnego kraju, dokąd zesłano mojego wujecznego pradziadka, Feliksa, w którym z lodu Dukaja wstają potworne lute, a ludzie jak Aleister Crowley potrafią poruszać się pod ziemią, wędrując przez wieczną zmarzlinę.

No, ale Tesla, Tesla… Co ja na miłość boską wiedziałam o nim przed Dukajem? Elektryczność, prąd zmienny, emigrant. Fantastyczny facet. Prawdziwy nowoczesny człowiek. A co wiem teraz, zanim jeszcze pójdę do kina? Przeczytałam jeden artykuł, obejrzałam jeden film dokumentalny i wiem, że jego postać wchłonął i pożarł Elon Musk, który założył fantastyczną firmę PayPal (korzystam z niej bez przerwy), chce zrealizować Kroniki marsjańskie Raya Bradbury’ego i buduje w Brandenburgii gigafabrykę, jakiej jeszcze świat nie widział (a na pewno Brandenburgia nie widziała), a i tak go nie lubię. Nie lubię go za wiele rzeczy, ale najbardziej chyba za to, że wyciera sobie pysk Teslą, jakby to była ściereczka irchowa.

Występują: Ethan Hawke, Kyle Maclachlan, Eve Hewson
Reżyseria: Michael Almereyda

***
Film jest marny i kręci się w kółko wokół tezy, że Tesla jest genialny, czego jednak nie udaje się pokazać, trzeba po prostu wierzyć w to, co słyszymy. Ethan Hawke gra jak kij od miotły i ma tylko dwie miny do dyspozycji, smutną i bardzo smutną. Gdy gra młodego Teslę, jest już zawczasu stary i pofałdowany, jak ma być naprawdę stary, to, wciąż pofałdowany, wygląda jeszcze dość młodo. W pewnym momencie, nie wiadomo dlaczego, wszyscy jeżdżą na wrotkach. Piękna Eve Hewson, która gra zakochaną w Tesli córkę J. P. Morgana, miliardera z brzydkim nosem, odkochuje się nie wiadomo dlaczego, może z zazdrości o Sarę Bernhardt, ale nie jest to jasne. Tesla jest wizjonerem i robi wynalazki, ale właściwie wcale nie wiadomo jakie, a im bliżej końca filmu, tym bardziej jego opowieści o wynalazkach przypominają majaczenie wariata. I z takim uczuciem wychodzimy z kina – Tesla to był szurnięty maniak, który na pustyni przy pomocy złotej kuli zdołał wyprodukować błyskawice.
A więc, jeśli chcecie dowiedziec się czegoś o Tesli, to obejrzyjcie na youtubie ten film i nie  zawracajcie sobie głowy kinem.

Ludzie nocy

W najbliższy piątek, 21 sierpnia minie 25 lat od jej śmierci.
Mama.

Ewa Maria Slaska

Dzieci chcą, żeby rodzice byli tacy jak rodzice innych dzieci. Mnie się nie podobało, że Mama nie wysiaduje z innymi mamami na ławeczce za domem. Mój syn uważał, że mama sąsiada znacznie lepiej gotuje niż ja. Na pewno jest tak, że nawet gdy społeczny konwenans akurat wspiera oryginalną indywidualność, to i tak dzieci będą wymagały od rodziców, by byli oni indywidualni dokładnie tak samo jak rodzice kolegów i koleżanek.
“Wszyscy jesteście indywidualistami”, woła Brian z Życia Briana. “Wszyscy jesteśmy indywidualistami”, odkrzykuje tłum. I tylko jeden człowieczek odważa się podnieść palec, jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi, i zapiszczeć, że nie, on nie.
Wszystko odróżniało Mamę od innych matek. Była dziwna. Była artystką, ubierała się na czarno, miała brudne ręce, gotowała dziwne rzeczy albo nie gotowała wcale, przyjaźniła się z dziwnymi ludźmi, słuchała dziwnej muzyki, jakiej nikt nie słuchał. Spała do trzeciej po południu. Pracowała w nocy. To o niej ta piosenka, idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd

 

Jako młoda osoba nie znałam nikogo, kto by tak jak ona zamienił noc w dzień, aż los rzucił mnie do miasta, którego cała egzystencja oparta jest o tę zamianę. Berlin to miasto sów. Tu wszystko odbywa się nocą, a życie towarzyskie zaczyna się wtedy, gdy skowroneczki takie jak ja już dawno śpią. To dla berlińczyków wymyślono długie noce muzeów, opery, teatru i nauki. Długie noce w ogrodzie botanicznym, nocne pchle targi, pokazy mody o północy, przedstawienia po zmroku na cmentarzach, nocne kina na otwartym powietrzu i noce zakupów w wielkich domach towarowych lub na słynnych ulicach handlowych. Knajpy, w których przez cały dzień można zamówić śniadanie są lewą stroną tej samej rękawiczki.

Oczywiście, wszyscy wiemy, że bezsenność jest konsekwencją życia w wielkim mieście, i że nie przez przypadek tabletkę nasenną i żarówkę wymyślono mniej więcej w tym samym czasie. Miasto generuje ludzi nocy i jednocześnie ich przyciąga, a im jest ich więcej, tym będzie ich jeszcze więcej.
Sympatyczny opis tego, co może w życiu zrobić człowiek, gdy nie może nocą spać znalazłam w powieści kryminalnej Gianrico Carofiglio pt. “Ragionevoli dubbi” (“Ponad wszelką wątpliwość”). Rozdział 18.

O tej porze, była jedenasta wieczorem, było tylko jedno miejsce, w którym mogłem kupić książkę i w dodatku porozmawiać. ‘Osteria del caffelatte’, która niezależnie od nazwy, jest księgarnią. Otwiera się o dziesiątej wieczorem, zamyka o szóstej rano. Księgarz Ottavo był kiedyś profesorem w liceum, cierpiał na chroniczną bezsenność. Serdecznie nienawidził swojej pracy w szkole przez te wszystkie lata, przez które był zmuszony ją wykonywać. Potem pewna stara bezdzietna ciotka, która nie miała innych krewnych, zostawiła mu pieniądze i malutką kamienicę w centrum. Parter i dwa mieszkania na pierwszym i drugim piętrze. Jego życiowa szansa, wykorzystana bez wahania. Wprowadził się na drugie piętro. Na parterze i na pierwszym piętrze otworzył księgarnię. Ponieważ nie mógł spać w nocy, wymyślił takie godziny otwarcia. Absurd, mówiło wiele osób, a tymczasem jakoś mu się wiodło.

Do ‘Osterii del caffelatte’ ludzie przychodzą o każdej porze. Niewielu, ale o każdej porze. Dziwne typy, rzecz jasna, ale przede wszystkim normalni ludzie. Którzy zresztą muszą być najdziwniejsi ze wszystkich, jeżeli kupują książki o czwartej nad ranem.

Stoją tam trzy stoliki i mały barek. Jeśli chcesz, możesz coś wypić albo zjeść kawałek ciasta, które Ottavio piecze po południu, przed otwarciem. Wczesnym rankiem można zjeść na śniadanie to samo ciasto, popijając kawą z mlekiem. Jeśli jesteś w księgarni w chwili zamknięcia, Ottavio daje ci to, co zostało z ciasta, mówi do jutra, zamyka i potem przed wejściem wypala jedynego papierosa tego dnia. Potem spaceruje po budzącym się mieście i kiedy inni zaczynają pracę, on idzie spać. Bo w ciągu dnia udaje mu się zasnąć.

Tłumaczyła z włoskiego Joanna Wachowiak-Finlaison.

Continue reading “Ludzie nocy”

Miłość i nauka

Miguel de Cervantes i Rob Davis (ilustrator) wydali w roku 2013 po angielsku powieść graficzną zatytułowaną Don Quixote. W roku 2015 Miguel de Cervantes, Rob Davis i Jan Dinter (tłumacz) wydali ją w Edition Egmont po niemiecku.

Piszę tak, bo tak się ją wszędzie zapisuje. Jakby Rob Davis ściśle współpracował z autorem przy tworzeniu Dzieła, a nie jakby wziął stary tekst i przerobił go po 400 latach na komiks.

O tym nowym Don Kichocie można by powiedzieć, że to ilustrowany bryk, mający ułatwić dziatwie kontakt z czymś, co w wersji oryginalnej jest już niestrawne. I tak też pisało o tym przed kilku laty wielu recenzentów niemieckiej wersji.
Z góry się więc założyło, iż tego dzieła nikt już w dzisiejszych czasach nie będzie czytał bez wsparcia ze strony rysownika, tłumacza czy tekściarza. Sama za nim jako młoda panna nie przepadałam. Ale ponieważ nie lubię komiksu (podobnie jak groteski i karykatury), opracowanie w postaci bryku graficznego też nie wzbudziło mojego zachwytu. Czytałam i się nudziłam. Wydawało mi się, że dostałam do ręki to samo, co u Cervantesa. To samo i tak samo. Nic nowego.

Ciekawe jednak, że recenzenci nie mieli racji, bo wersja Davisa jest jednak tu i ówdzie uwspółcześniona i przekazuje idee, o których się Cervantesowi nie śniło.

Nośnikiem  nowych koncepcji są u Davisa kobiety.

Na stronie 54 pojawia się pasterka kóz Marcela, współczesna… feministka. “Jeżeli mój adorator umarł z miłości do mnie, bo go nie chciałam”, mówi Marcela, “to nie jest to moja wina. To jego wina, to on chciał ode mnie tego, czego mu nie mogłam dać. To nie moja piękność go zabiła, lecz jego pożądliwość. Was też to czeka, bo wcale nie kochacie, tylko chcecie dostać na zawsze moje piękno. Nie chcę was i musicie respektować moje życzenie. Chcę być wolna!” Marcela wydaje mi się tu nowym wcieleniem homerowej Kirke, która, żeby czarować, wcale nie potrzebuje czarodziejskiej rośliny mola. Zamieniłam twoich towarzyszy w świnie? mówi feministyczna Kirke do Odyseusza. Ależ skąd, to oni sami chcieli tylko najeść się i dostać tyle seksu, ile się go uda wydębić od moich dziewek służebnych, sami siebie zamienili w świnie. Ta sama sytuacja powtórzy się w Mistrzu i Małgorzacie, kiedy Małgorzata i jej służąca odlatują na bal, lubieżny sąsiad sam zmienia się w wieprzka…

Kolejną współczesną kobietą jest w tej komiksowej opowieści Altisidora: “Myślałeś, że cię kocham?”, mówi na stronie 280. “Uważałeś, że to możliwe? Nic nie rozumiesz. Jesteś starym, durnym osłem, który nie rozpozna prawdy, nawet jeśli ma ją przed samym nosem. / Nie umarłam. Nikt nie wstaje z grobu! Nic tu nie jest rzeczywiste. Wszystko co się tu, w zamku Księcia i Księżnej, wydarzyło, jest ich małą podłą intrygą. Nie widzisz tego? Niczego się nie nauczyłeś?”

Każdy stary biały mężczyzna wierzy, że młoda piękna kobieta go kocha. Odyseusz też myślał, że Nauzykaa może go pokochać. I od tego czasu nic się nie zmieniło.

Miłość, główny temat opowieści rycerskich, pojawia się też w opowiastce o Kamili. Jej mąż Anzelmo po trzykroć wystawia na próbę miłość żony i wierność przyjaciela, dwa razy na próżno, za trzecim razem… no cóż, cosi fan tutte, wszyscy tak czynią i jest to ta sama opowieść. Jak przystało na renesansową historię, gdy rzecz cała się wydaje, zrozpaczony kochanek popełnia samobójstwo od razu, jego ukochana, niewierna Kamila, idzie najpierw do klasztoru (jak Ofelia – kolejne odniesienie do kolejnego wielkiego dzieła), gdzie i ona się zabije. Anzelmo, który na skutek podejrzeń stracił żonę i przyjaciela, umiera z powodu podwójnie złamanego serca, co współczesny autor skwituje komentarzem: Próbował uczynić z miłości naukę i to go zabiło. “No cóż”, komentuje Dorota, “jest w tym wiele prawdy”.

Bo nauka, pisałam już o tym jakiś czas temu, jest wielka, jeśli jest wizjonerska i kieruje nią miłość do Nieznanego, ale staje się domeną oschłych bakałarzy, gdy drobiazgowo udowadnia coś, czego udowadniać wcale nie trzeba. Umysł wolny myśl wolną ubezpieczający polata nad wodami i trudno mu ograniczyć swe wizje pytaniem: a na której to stronie było to, co sobie jak Homer pomyślałaś? Na 129 odpowiadam i już nie chce mi się myśleć. Jest 6 rano. Dobranoc.

A to zdjęcie robota, wykonane przez dzieci z pewnego berlińskiego przedszkola. Wydaje mi się, że ten robot bardzo by przypominał Rycerza o Smętnym Obliczu, gdyby tylko miał oblicze.

Was von uns übrig bleibt?

Langweiliges aber nichts desto trotzt fantastisches Buch. Es gibt solche und sie sind das Beste, das es unter den Büchern gibt. Monatelang ein Bestseller, verfilmt und “vertheatert”.

Judith Schalansky

Der Hals der Giraffe. Bildungsroman.

Suhrkamp Verlag, Berlin 2011
ISBN 978-3-518-42177-2

…diese Stadt hier würde sich von der Populationsschwankung nicht mehr erholen. (…) Eine Stadt im vorpommerschen Hinterland (…). Am schmalen Fluß ein Hafen für Schrott und Schuttgüter, eine Zuckerfabrik und ein Museum. Der Markt ein Parkplatz. Ein, zwei historische Straßenzeilen. Die turmlose Kirche ein riesiges Rudiment der Backsteingotik. Das Zentrum selbst voller Neubauten, WBS-Siebzig, einfachste Ausführung, ohne Spaltklinker oder Kieselsteine im Waschbeton. Erst waren sie saniert worden. Jetzt standen sie zum größten Teil leer. Die neue Autobahn vor der Tür, nur eine halbe Stunde weit weg. Dreißig Kilometer entfernt machte sie einen scharfen Knick nach Westen. Aber wenigstens wuchs hier was: Ein Bataillon Stiefmütterchen vor der Einkaufspassage. Veilchenfußvolk, neueste Aufhübschungsmaßnahme der Beschäftigungstherapierten. Gemeiner Efeu, der sich an den Balkonen der aufgetakelten Neubaufassaden verfing. Und es gab eine Unmenge von Pflanzen, die ihren Weg ohne menschliches Zutun in diese Siedlung gefunden hatten. Sie gediehen prächtig und beinahe unbemerkt: das einjährige Rispengras, das mit flachen Wurzeln jeden unbebauten Quadratzentimeter Boden besetzte. Das alte Ackerkraut, das sich von den Feldrändern vorgearbeitet hatte bis hierher, auf den Marktplatz, ins Zentrum der Stadt. Aus Pflasterritzen quoll der knechtische Vogelknöterich. Ganz zu schweigen vom Gemeinen Löwenzahn, der Allerweltsblume, die mit strotzender Potenz jede Straßenecke markierte. Die wilde Vegetation war überall. Die filzigen, weißen Blätter des gemeinen Beifußes. Der Krauttepich der Vogelmiere. Der unausrottbare Gänsefuß. Ein erstaunlicher Artenreichtum. Vor allem in der Steinstraße, wo sich Bauruinen mit leergezogenen Altbauten abwechselten. Häuser in ganz unterschiedlichen Stadien des Verfalls. Halt. Hatte die Bernburg hier nicht mal gewohnt? Die Klingel war rausgerissen, die Schilder nicht zu entziffern. Die Tür offen. Aus dem Keller drang kühle Luft. m Hofblühte sogar eine Sandstrohblume. Hoch aufgeschossene Schafgarbe an einer Halde mit Bauschutt. Die falschen Ähren der Mäusegerste mit langen Grannen. Unkraut verging nicht.
Hier überlebte nur, was wucherte. Fern von den gepflegten Zierbeeten, gehätschelten Kleingärten und anderen mühsam eingerichteten Sekundärbiotopen. Die strahlenlose Kamille, das trittfeste Mastkraut, die hinterlistige Quecke, das herzergreifende Hirtentäschel – hartnäckiges Wildkraut, störrischer Wuchs. Es war die Fortpflanzung, die das Bestehen sicherte. Komplizierte Bestäubungsaktionen hatten hier keinen Erfolg. Es musste schnell gehen. Noch ehe Schadstoffe hm etwas anhaben konnten, hatte sich das Unkraut schon vermehrt. Die klebrigen Samen des zähblättrigen Breitwegerichs hefteten sich an jede Sohle. Der Wurmfarn schleuderte seine winzigen Sporen hinaus. Die Pusteblume ließ Fallschirme segeln. Vom Wind weggetragene Samen. Das Hirtentäschel konnte sich im Notfall sogar selbst bestäuben. Ortswechsel waren bei den Pflanzen selbst allerdings nicht vorgesehen. Es blieb ihnen gar nichts anderes übrig, als hierzubleiben. Und sie machten das Beste daraus. Unterwanderten frei gewordene Flächen, besetzten ungenutzte Zwischenräume, keimten in den Ritzen der Gehwegplatten, in den Rissen der Gemäuer, wurzelten in der schmutzigen Erde der Schutthalden gruben sich in die verschütteten Reste früherer Bebauung. Lehm, Zement, Mörtel. Das machte ihnen nichts aus. Im Gegenteil. Selbst die trockenste, kalkreiche Erde war Nährboden genug für die hartgesottenen Vertreter der grünen Front.

Die Sprosspflanzen wurden einfach unterschätzt. Während ihrer Studienzeit hatte sie sich auch nicht für das Grünzeug erwärmen können. Servile Werktätige der Photosynthese-Fabrik. In unzähligen Übungen zu bestimmen. Immer ging es ums Zählen. Wie viel Blätter sie hatten, wie viel Staubgefäße, Nacktsprosser und Schachtelhalme, Bärlappe und Farne, Nackt- und Bedecktsamer, Zweikeimblättrige und Einkeimblättrige, Schmetterlingsblüten und Kreuzblüten, Lippenblüten und Korbblüten. Wechselständig und grundständig, kreuzgegenständig. Frucht. Futter, Heilmittel, Zier. Die einzelnen Organe der Photosynthese. Zufuhr des großen Kreislaufs, Motor des Stoffwechsels. Pflanzen verwandelten energiearme Stoffe n energiereiche. Bei den Tieren war es andersrum. Wir waren einfach nicht autotroph. In jedem kleinen Blatt, in jedem winzigen Chloroplast passierte Tag für Tag das Wunder, das uns alle am Leben hielt. Epidermis, Cuticula, Palisadengewebe. Wäre man grün, bräuchte man nicht mehr zu essen, nicht mehr einzukaufen, nicht mehr zu arbeiten. Man bräuchte überhaupt gar nichts mehr tun. Es genügte, sich ein wenig in die Sonne zu legen, Wasser zu trinken, Kohlenstoffdioxid aufzunehmen, und alles, aber auch alles, wäre geregelt. Chloroplasten unter der Haut. Es wäre wunderbar!
Die stumme, geduldige Vegetation. Alle Achtung. Sie konnten ohne Sprache kommunizieren und waren ohne Nervensystem schmerzempfindlich. Angeblich hatten sie sogar Gefühle. Das wäre allerdings kein Fortschritt. Vielleicht waren sie uns ja gerade deswegen überlegen, weil sie ohne Gefühle auskamen. Einige Pflanzen hatten mehr Gene als der Mensch. Die vielversprechendste Strategie, an die Macht zu kommen, war immer noch, unterschätzt zu werden. Um dann, im richtigen Moment, zuzuschlagen. Es war nicht zu übersehen, dass die Flora auf der Lauer lag. In Gräben, Gärten und Gewächskasernen warteten sie auf ihren Einsatz. Schon bald würden sie sich alles zurückholen. Die missbrauchten Territorien mit sauerstoffproduzierenden Fangarmen wieder in Besitz nehmen, der Witterung trotzen, mit ihren Wurzeln Asphalt und Beton sprengen. Die Überreste der vergangenen Zivilisation unter einer geschlossenen Krautdecke begraben. Die Rückgabe an die Alt-Eigentümer war nur eine Frage der Zeit.
Stickstoffhungrige Brennnesseln, die sich an der grusigen Erde labten, wo schon bald die verholzten Triebe der Waldrebe ein undurchdringliches Dickicht bilden würden. Der Boden vom Farn bedeckt. Mit gespreizten Blättern. Halb frisch, halb verfault. Pilze, Flechten und Moose, die selbst auf Asphalt gediehen. Gespornt für die Ewigkeit. Ein Mantel des Schweigens. Alles trug schon den Samen zukünftiger Natur in sich, zukünftiger Landschaft, zukünftigen Walds. Angelegte Grünflächen? Mühsames Aufforsten? Hier war eine größere Mach Macht am Werk! Niemand konnte sie aufhalten. Irgendwann, schon in ein paar Jahrhunderten, würde hier ein stattlicher Mischwald stehen. Und von allen Gebäuden würde höchstens die Kirche übrig sein, ausgehöhlt, ein Gerippe aus Backstein, eine Ruine im Wald, wie auf einem Gemälde. Herrlich. Man mußte größer, weiter denken. über das mickrige menschliche Maß hinaus. Was war schon Zeit? Die Pest, der Dreißigjährige Krieg, die Menschwerdung, das erste Feuer n den Höhlen der Hominiden? All das lag doch nur einen Wimpernschlag zurück. Der Mensch war ein flüchtiges Vorkommnis auf Proteinbasis. Ein zugegeben recht erstaunliches Tier, das diesen Planeten für kurze Zeit befallen hatte und schließlich genau wie ein paar andere wundersame Wesen, wieder verschwinden würde. Von Würmern, Pilzen und Mikroben zersetzt. Oder unter einer dicken Sedimentschicht begraben. Ein lustiges Fossil. Von niemandem mehr ausgegraben. Die Pflanzen aber blieben. Sie waren vor uns da, und sie würden uns überleben. Noch war dieser Ort nur eine schrumpfende Stadt, die Produktion längst eingestellt, aber die wahren Produzenten waren schon am Werk. Nicht der Verfall würde diesen Ort heimsuchen, sondern die totale Verwilderung. Eine wuchernde Eingemeidung, eine friedliche Revolution. Blühende Landschaften.

Seiten 64 – 71