Spotkania z Księciem Ciemności 6

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Albo Czarnuszek. Lub też Sierściuch, Bambusik, Dzwoneczek Leśny, Murzynek, Księciunio, Drań… Określenie kocurka zależy od aktualnych okoliczności lub nastroju dwójki starych dziwaków (czyli Żony i mnie), a te bywają przeróżne. Czasem natomiast zwiemy go Maciej Kot. Młodzież zapewne natychmiast rzecz skojarzy z utytułowanym polskim skoczkiem narciarskim.

Ale my, starzy, mamy na szczęście bogatszy repertuar asocjacji. Kto z nas nie pamięta ciepłej i miękkiej ballady, wykonywanej po mistrzowsku przez Hannę Banaszak?!

Przedstawię ci Macieja kota;
Fascynujący z niego facet.
Całymi dniami tkwi w fotelu
I lekceważy każdą pracę.

Lecz niewątpliwą ma zaletę:
Gdy spływa wieczór granatowy
On słodko mruczy wprost do ucha
Najbardziej senne bossa novy.

Wszystko się zgadza; i to lekceważenie, i ten granatowy wieczór. I, oczywiście, nastrojowy koncert.

Skądinąd, był to jeden z tych przymiotów, którymi Książę ujął nas od samego początku. Wtedy, gdy przynosiłem małą, wystraszoną, czarną kuleczkę, by się nawzajem z Kropką oswoili, a on większość czasu spędzał wówczas na moich rękach. I mruczał. Ale jak mruczał! Słodko. Głęboko. Najpierw lekko się stroszył, po czym wprowadzał całe ciało w drgania. Mruczał, można powiedzieć, całym sobą. Dźwięk wydobywał się ze wszystkich zakamarków jego futerka. A to było zaledwie basso continuo. Dopiero na jego tle Sierściuszek produkował melodie „otworem paszczowym”.
I tak zostało po dziś dzień. Maciej Kot mruczy. Brzozowe polana w kominku płoną i strzelają iskrami. Spokój. Półmrok, w którym unoszą się fluidy kociego uroku i psiej wierności. Magia.

Jeśli życie, to tylko takie.

Spotkania z Księciem Ciemności 5

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Książę zachowuje się jak… Książę. Przychodzi kiedy chce: czasem dołącza do mnie i do Kropki na podwórku podczas spaceru, innym razem czeka na korytarzu. Zostaje, jak długo ma ochotę: nieraz zaledwie parę minut, kiedy indziej kilka godzin; zdarzyło mu się już nawet, raz czy drugi, spędzić u nas noc. Wychodzi, gdy uzna to za stosowne: dumnie kroczy wtedy w kierunku drzwi, dając wyraźnie do zrozumienia, że wizyta skończona.

Robi, co chce. To pobawi się z Kropką, to znów pomizia z moją Żoną.

Jednego dnia rozrabia, próbując na przykład usilnie ściągnąć ze stołu obrus: najlepiej ze wszystkim, co na nim leży. Kiedy indziej refleksyjnie układa się pod tymże stołem. Lub na fotelu. Albo na wypranych ubraniach, które właśnie ściągnąłem z suszarki i na chwilę zostawiłem w kącie, przed ułożeniem ich w szafie.

Całe mieszkanie traktuje jako swe książęce włości. Wszędzie czuje się u siebie. I w prawie.

 

Generalnie: czuje się świetnie.

I, trzeba to uczciwie przyznać, świetnie też wygląda.

Od ponad dwóch lat, na mocy świadomej i wspólnej – żoninej i mojej – decyzji, nie mamy w mieszkaniu telewizora. Po każdej z wielkoksiążęcych wizyt upewniam się w słuszności takiego wyboru. Telewizor? A po co? Oto lepsze theatrum. Czyż nie?

Warto jakoś utrwalić te chwile, bo niewątpliwie są tego warte. Takie chwile bowiem stanowią o smaku życia. Uważność na to, co ważne (ładnie mi się powiedziało) powoduje, iż to życie nie przecieka między palcami. Telewizja? A idźcież z nią do cholery! Co innego literatura. No, powiedzmy: wprawki literackie. Wprawki do czegoś, co skądinąd nigdy nie powstanie. Wprawki na własny użytek, bo i tak nie dorównam Mistrzom. Do pisania o Księciuniu zainspirowała mnie niedawno wydana książka, autorstwa Tadeusza Konwickiego (ściśle rzecz biorąc, to kompilacja Jego tekstów z różnych dzieł): Iwan Konwicki, z domu Iwaszkiewicz. Iwan jest chyba najsłynniejszym kotem polskiej literatury. Książę Ciemności mu nie dorówna, jak i moje wprawki nie dorównają frazom Wielkiego Wilnianina. Ale, jako się rzekło, na własny użytek, by wzmóc doznawanie codzienności i utrwalić jej ulotne smaki – wystarczy.

Marzy mi się jeszcze jedna rzecz. Coś, co by sprawiło, iż moja satysfakcja byłaby pełna. Książkę Tadeusza Konwickiego zilustrowała pięknie jego córka Maria. Ja nie mam córki, a za rysowanie sam się na pewno nie zabiorę: są przecież jakieś granice żenady; wystarczy, iż piszę. Ale gdyby któryś/któraś z Szanownych Czytelników/Czytelniczek obdarzonych plastycznie (lub mających tak obdarzonych Przyjaciół) chciałby/chciałaby się tego podjąć… Nieprzypadkowo tak bogato wyposażyłem dzisiejszy tekst w fotografie: może okażą się inspiracją? Poza dozgonną wdzięcznością i uściskiem spracowanej ręki Autora stawiam wystawny (znów ładnie mi się powiedziało) obiad – w Berlinie lub gdziekolwiek indziej –
i dorzucam własne przy nim towarzystwo! Technika, konwencja, styl nieważne. Warunek jest jeden. Poza Księciem na ilustracjach musi pojawić się też Kropka. Bez niej wizyty Czarnucha nie mają bowiem sensu.


Od Adminki: okładka i wpis o książce o Iwanie TU

Spotkania z Księciem Ciemności 4

Ksawery Kopański

Ktoś zauważy: to nepotyzm. Odpowiadam: oczywiście. Inny zarzuci: kolesiostwo! Replikuję: jak najbardziej. Świadome. Z premedytacją.

Dzisiejsza opowieść skupi się na mojej ukochanej Suni. Ją dzisiaj docenię, Ją będę bezwstydnie publicznie promował i Jej przymioty pod niebiosa wynosił. Nie może być inaczej, bo bez Niej nie zaczęłaby się cała historia z Księciem Ciemności w roli głównej. Zaś bez Jej uroku nie byłaby ta klechda taką, jaka jest.

Bez samotności Kropki nie istniałaby bowiem potrzeba przyniesienia do domu na próbę małej, czarnej, futrzanej kuleczki: a nuż się polubią, zaprzyjaźnią? Zresztą i sama Kropka trafiła do nas krótko po swym urodzeniu, sześć i pół roku temu, jako osłoda i podpora starości Łatki. Łatka nie miała własnych dzieci, więc Kropkę potraktowała jak córkę. Przyjęła i wychowała. Były nierozłączne. A że istniało między nimi pewne podobieństwo, zwłaszcza dotyczące umaszczenia (przy tym Łatka była nieco większa) naprawdę wyglądały jak mama z córeczką. Cztery lata to trwało, aż Łatka – do dziś gardło i serce się ściskają, gdy sobie przypominam – krótko przed siedemnastymi urodzinami pobiegła niechętnie, wciąż oglądając się za nami, po tęczowym moście…

I tak Kropka została sama na długie dwa lata. Oczywiście: byliśmy Żona i ja, ale to przecież nie to samo.

Gdy więc koło domu zaczął się kręcić Czarnuszek, wpadłem na pomysł powtórzenia sprawdzonych rozwiązań. Do pewnego stopnia przynajmniej: jak wspominałem, nie było możliwości wzięcia Sierściuszka na stałe. Ale „na przychodne”? Czemu nie. I, jak również już pisałem, udało się. Przyjaźń kwitnie.

Właśnie… Czy słowo „przyjaźń” to dobre określenie na związek łączący Kropkę i Księcia? Jest w nim bliskość, jest czułość. Ale da się też zauważyć coś innego: Kropka okazuje wobec kotka dużą opiekuńczość. Zwłaszcza, jak zauważyłem dwa tygodnie temu, przy korytku. Pozwala mu się najeść, dba wręcz, by mógł to zrobić spokojnie.

Z jednej strony jest serdeczna, z drugiej jednak uczy nieraz moresu czarnego ancymonka i łobuza! Gdy skurkowaniec na przykład nadmiernie intensywnie tuli się do mojej Żony (a ukochanej Pani Kropki), albo gdy w zabawie staje się zbyt rozbrykany i niedelikatny, Kropka pokazuje ząbki i warczeniem przywołuje go do porządku. A on co prawda rezygnuje, odskakuje na kilkanaście centymetrów, uspokaja się. Ale żeby się szczególnie przejął, tym bardziej obraził? Skądże!

Gdybym chciał precyzyjnie określić charakter łączącej ich relacji, musiałbym chyba uznać, że to przyjaźń, ale szczególnego rodzaju, z domieszką czegoś więcej: Kropka do pewnego stopnia zachowuje się wobec Księcia jak mamusia. Lub raczej starsza siostra: kochająca, ale i wymagająca. I tak jest dobrze!

Wspomniałem, że Książę lubi się tulić do mojej Żony i z nią się miziać. A ze mną? Ze mną nie. Mnie traktuje, co ponoć dla kotów typowe, jako narzędzie do otwierania puszek i wykładania jedzonka do miseczki. Przyjąłem te warunki, kontentując się możliwością obserwowania kwitnącej kocio-psiej przyjaźni, jak i po prostu piękna czarnego futra oraz zielonych oczu.

Przyszło mi to tym łatwiej, że mam wsparcie w Kropce. Bo ona, jak to dla psów typowe, kocha głęboko, bezwarunkowo i czule. Zaś swe uczucia dzieli sprawiedliwie między Żoną a mną… i jeszcze dla kotka wystarcza.

Nie będę nawet próbował sportretować naszej wzajemnej miłości. Brak mi warsztatu, nie staje polotu. Uchwycić zachowania i wybryki kocurka to insza inszość – nie jest zbyt trudne. Ale opisać psie uczucia? To potrafiłby tylko mistrz. Mnie by wyszedł nieznośny banał. Powiem tylko, że jeśli chcecie coś z tego zrozumieć, szukajcie w oczach Kropki: tam wszystko jest. Tylko trzeba umieć patrzeć.

Zacząłem kilka tygodni temu swą opowieść deklaracją, iż jestem zaprzysięgłym psiarzem. Podtrzymuję.

KIG

Już rok temu, w rocznicę urodzin KIGa, autor przysłał mi wiersz. W tym roku wiersz (w nowej wersji) powrócił, a z nim opis urodzin w leśniczówce

Mieczysław Węglewicz

Urodziny poety

Jakie tajemne znaki
zwiastowały Polakom
dzielnym
że się narodzi Konstanty
poeta niebagatelny?
jak poznał lud i socjeta
że przyszedł na świat
poeta?
Nie anonse o niemowlętach
nie literackie gazety
nie blask
gwiazd
nie komety
to Wisła miała kolor zielony
pawie w królewskich
Łazienkach
rozkładały zielone ogony
to zorza była zielona
i atrament zielony podrożał
PS
Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się w W-wie 23 01 1905 roku

Program imprezy urodzinowej
1. uwielbiać KIGa i czcić
2. opiewać gęś zieloną
3. śpiewać pieśni i wino pić
4. delektować się gęsią pieczoną

Leśniczówka z czerwonej cegły, porośnięta dzikim winem robiła wrażenie tajemniczej świątyni. Wejścia przed furtką strzegła drewniana gęś. Za furtką, druga gęś, zielona z brązu, na wysokim postumencie, witała przybyłych, szeroko rozpościerając skrzydlate ramiona. Pokornie weszliśmy na podwórze, z szacunkiem dla odchodzącego dnia. Wokół była cisza, chłód i szarość bezśnieżnej zimy. Zapadał zmierzch.
Na ławce przed drewnianym gankiem zjawił się po cichu jak leśny duch wielki, kudłaty kocur main coon.
Próbowaliśmy łasić się do niego, ale pozostawał obojetny na pieszczoty.
Uchyliły się drzwi i na ganek wyszedł wyrośniety czterdziestolatek w zimowej kurtce. Zaprosił przybyłych do leśniczówki. Na parterze w otwartym kantorku z biletami, książkami i pamiątkami, wsród kilku osób jest także pani Grażynka, zawsze uprzejma i pomocna. Droga wiodła po drewnianych schodach, które słyszą i czują każdy krok. Czasem nawet coś mówią skrzypiącym głosem.

Weszliśmy jako pierwsi do dużej izby na poddaszu z kaplicznymi rzędami krzeseł.

Przed pierwszym rzędem jak na ołtarzu stały dwie figury zielonych gęsi – duża i mała. Gęś i gąska. Mama i dziecko.

Z każdą minutą więcej i głośniej skrzypiały schody. Przybywało gości. Krzesła zostały zajęte. Niektórzy stali przy schodach. Wreszcie schody zamilkły. Natężała się cisza, niekiedy zakłócana powściągliwymi chrząknięciami.
I kiedy już wszyscy jakoś dojrzeliśmy do słuchania, poeta i dyrektor Wojciech Kass, podzielił się swoja dumą i pochwałami, że heroicznie przybywamy od sześciu lat na urodziny KIGa w Praniu.

Czysta przyjemność po naszej stronie, panie Wojciechu!

Gość honorowy 115 urodzin KIGa, pan prof. Piotr Mitzner (zdjęcie po prawej stronie), snuł ciekawą opowieść o życiu i twórczości ś.p. Jubilata, a my po cichu na huśtawce marzycieli sięgaliśmy w wyobraźni po tort urodzinowy, po herbatę i grzane wino, podane wkrótce podczas wspólnego ogniska.

Na koniec nad ognisko zleciałały się kiełbasy, które co raz to unosiły się dostojnie nad ogniem, to opadały bliżej żaru. Widowisko to obserwowali zgromadzeni wokól ogniska ludzie. Niektórzy wyglądali tak jakby kierowali ruchem kiełbas wzrokiem, u innych zaś widać było czarodziejskie różdżki.
Nocne powietrze, wilgotne i chłodne, nasycone było żywicznym kadzidłem.
Trwały czary…


Nasza autorka, Ela Kargol, pojechała na urodziny poety do Szczecina – zob. TU

Spotkania z Księciem Ciemności 3

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Księciu, jako kotu par excellence, kotu wypełnionemu po brzegi pękatego ciałka kocistością (kociowatością?), wypada być dostojnym, wyniosłym i zdystansowanym. I nawet się Sierściuszek stara: gdy wróciwszy z pracy wysiadam z samochodu i zmierzam przez podwórko ku domowi, materializuje się przy mych nogach niemal bezgłośnie – niemal, bo jego nadejście zwiastuje cichy głos dzwoneczka – i kroczy wraz ze mną, jako się rzekło: dostojnie, wyniośle, z dystansem. I oczywiście z dumnie uniesionym ogonem.

Przynajmniej do momentu, gdy znów się puści w komiczny truchcik: musi być przy drzwiach pierwszy! Żeby mi przypadkiem nie przyszło do głowy zostawić go na zewnątrz. Oczywiście, coś takiego by mi na myśl nie wpadło. Ale on tego nie wie.

I tak cała wyniosłość „się traci”. Tym bardziej trudno o jej zachowanie, że Książę, jako tłuścioszek, ma, póki co, aparycję raczej uroczego bufonka, niż zimnego gentelmana. Ale jak nie być grubaskiem, skoro kilkoro sąsiadów (rzecz jasna: też w tym uczestniczymy), w ramach rywalizacji o względy panicza, oferuje jedzonko. A on bez skrupułów korzysta i futruje na kilku frontach…

A poza tym, pamiętajcie, że ja jestem ciągle małym kotkiem! Nie skończyłem jeszcze roku! I chcę się bawić!

Choinka to pokusa nie do przeoczenia i nie do pokonania: kolory, refleksy świetlne, błysk, ruch. Mały kotek zastyga przed nią w zachwycie.

Ile radości! Ile zabawy! Ile możliwości! W zapamiętaniu, w zachwycie!

Oho! Ktoś na mnie patrzy. Że co? Że to zabawne? W życiu! Spójrz tylko: powaga i dostojeństwo. Jam jest Książę Ciemności!

Kocim krokiem z nowym rokiem

Zebrałam obrazy kotów, które nadesłała mi ostatnio

Danuta Starzyńska-Rosiecka

Tytus Czyżewski (1880–1945)
„Akt z kotem”
1920
olej na płótnie
Muzeum Narodowe w Warszawie

Jane Crowther
Contemporary Artist and designer living in Nottingham, UK

Felix Vallotton
(Swiss, 1865–1925). Laziness (La Paresse), 1896. Woodcut. © Musée cantonal des Beaux-Arts de Lausanne.

In 1891 Félix Vallotton began making woodcuts, a practice that brought him recognition and a steady income throughout the decade. Inspired by Japanese ukiyo-e woodblock prints, which were popular in Paris at the time, Vallotton’s prints captured the many facets of city living.⁣

Franz Marc – Cats on a Red Cloth, 1910

Ernst Kreidolf (Swiss, 1863-1956)
Morgenidyll, 1893

Le chat aux poissons rouges – Henri Matisse

Spotkania z Księciem Ciemności 2

Ksawery Kopański

Jam jest Książę Ciemności! Miękko ale dostojnie, z dumnie uniesionym ogonem, sierściuch przekracza próg mieszkania, jakby wchodził do siebie. Czekał już pod drzwiami – nie śpi u nas, wszak to nie nasz kot – i teraz korzysta z momentu, gdy one się otwarły. Wciąż majestatyczny, powoli mija w przedpokoju Kropkę, która właśnie wychodzi ze mną na pierwszy poranny spacer… po czym komicznym truchcikiem pędzi do pokoju, wyzyskać tych kilka chwil, kiedy nas nie będzie. Wykorzystać je na to, by wskoczyć na łóżko i pomiziać się trochę z moją Żoną: przytulić, poocierać o żonine plecy, polizać ją w twarz albo w rękę. Tak sumiennie pracuje tym swoim jęzorkiem-tarką, że na skórze, w zgięciu łokcia, pozostawia ślad przypominający malinkę.

Wie, że Kropka by go do swojej ukochanej Pani tak łatwo nie dopuściła: istnieją w końcu jakieś granice gościnności! Jedzenie? Czemu nie: gdy wracamy ze spaceru i gdy napełnię miseczkę jadłem, Książę pierwszy z zapałem zaczyna jeść. A Kropka się temu nie sprzeciwia. Spokojnie, nawet z pewną tkliwą wyrozumiałością, stoi z boku i czeka na swoją kolej. Nie została zdominowana – co to, to nie! Jeśli chce (o czym jeszcze zapewne nie raz opowiem), potrafi użyć ząbków, aby przywołać Księciunia do porządku. Po prostu: to jej nie przeszkadza. No, ale jedzenie jedzeniem. Pani – to inna sprawa. Panią Kropka nie jest już tak skłonna się dzielić. Dlatego Czarniawy musi wykorzystać moment jej spaceru, jeśli chce zażyć pieszczoty: bo też Żona bardzo lubi te wspólne miziania i odwzajemnia je. To się nazywa, że kotek zapracowuje swoje śniadanie!

Najedzone zwierzątka zaczynają zabawę. Książę bezpazurzastymi (bo nie wysunął pazurków) łapkami trąca tu i ówdzie Kropkę, a ona bezzębną (bo nie angażuje uzębienia) mordką sprowadza go do parteru i zabawnie podgryza. Radochy przy tym co nie miara: nie tylko dla nich, ale i dla nas – dwójki starych dziwaków.

Po zabawie czas na odpoczynek. Oczywiście, fotel należy zagospodarować tak, żeby nikt się już na nim, broń boże, nie zmieścił.

Szczęśliwie, nie przeszkadza mi to, bo właśnie przygotowuję się na wyjście do pracy. A kiedy już jestem gotowy, Książę zazwyczaj wyczuwa moment i dumnie podchodzi do drzwi. Niekiedy jednak udaje, że jego sprawa nie dotyczy: leży jakby nigdy nic! Wzięty na ręce miauczy z wyraźnym niezadowoleniem, protestuje przeciw wygnaniu go na zimno i samotność. Trudno: tak czy inaczej, na własnych lub na moich nogach, musi opuścić lokal.

Fartowny poranek to fundament udanego dnia!

Spotkania z Księciem Ciemności 1

Ksawery Kopański

Historyjka, którą chcę wam przedstawić, opiera się – jakby na parze filarów – na dwóch paradoksach. A wiadomo, że żaden stół ani żadne krzesło na dwóch nogach w pionie się nie utrzyma. Dlatego nie dziwcie się, jeśli moja gawęda co i rusz fiknie na ryj. Rzecz jasna: są i tacy, którzy stoją pewnie na dwóch nogach. Ale nasza klechda dotyczy akurat czworonogów, więc to żaden argument.
Paradoks pierwszy: diablę, o którym opowiem, choć z piekła rodem, przynosi ze sobą samo najlepsze. Jak to robi? Nie mam pojęcia.
Paradoks drugi: właściwie to ja jestem od dziecka zaprzysięgłym psiarzem. Koty lubię, szanuję, podziwiam i tak dalej; świadczy o tym zresztą choćby niniejsza opowiastka. Ale gdyby postawiono mnie przed twardym, bezalternatywnym wyborem, bez wahania wybrałbym psa. Tym razem – szczęśliwie – nie muszę wybierać.

*****

Książę Ciemności nie był nim od początku. Gdy pojawił się jakiś czas temu w mojej okolicy, wyglądał jak wypłosz: drobny, zagubiony i przerażony. Na małym ciałku Kreator osadził wielką głowę, z której spoglądały jeszcze większe, intensywnie zielone, trochę smutne, a trochę zaciekawione, oczyska. Typowe kilkumiesięczne kocię. Tyle, że uroczo intensywnie czarne. Na boku blizna po sporej ranie: już wygojonej i po części obrośniętej futerkiem.
Skąd się wziął? Co dotąd przeżył? Nie wiadomo. Dlaczego wybrał naszą posesję? To akurat oczywiste. Dom zamieszkany jest przez osiem rodzin, więc szansa, iż ktoś pomoże, spora. Niby miasto, ale okolica o wiejskim charakterze: przy domu cała masa komórek, bud, szopek. Łatwo znaleźć jakiś ciepły i bezpieczny kąt. Wypłosz nie zawiódł się w swych rachubach. Raz ten, raz inny mieszkaniec dom rzucał mu coś do jedzenia, brał na ręce, pogłaskał. A menda jedna potrafiła się przymilić, oj potrafiła!
Przez chwilę zagościła w mojej głowie myśl, aby go po prostu wziąć do siebie. Niestety: mam już sześcioletnią sunię, która w młodości cięta była na koty, że hej. Trochę się tego bałem. Poza tym tryb życia, obowiązki zawodowe – cała ta dolegliwa proza życia – wykluczały możliwość zaopiekowania się znajdką.
Głównymi opiekunami stało się przeto jedno z małżeństw moich sąsiadów. Nie przepadamy za sobą nawzajem, nawet się do siebie nie odzywamy (stara historia; ech, szkoda gadać…), ale lojalnie muszę przyznać, iż wobec czarnego wypłosza zachowali się bardzo ładnie. Regularnie go karmili, a on nocował głównie w ich komórce.
Kropka, nasza ukochana sunia, jest trochę samotna. Ma co prawda dwoje zakochanych w niej starych dziwaków, czyli moją Żonę i mnie, ale to jednak nie wszystko, co małemu pieskowi do szczęścia potrzebne. Łatka (nie była jej biologiczną matką, ale ją wychowała i wychuchała) z którą Kropka była mocno zżyta, dwa lata temu, po siedemnastoletnim pobycie na tym łez padole, przebiegła po tęczowym moście…
Od tego czasu Kropka jest samotna, choć, jak wspomniałem, ma nas. Kropka jest samotna, a czarnuch – uroczy. A może zaryzykować? Jeśli nie domownik, to chociaż kolega do zabawy „na przychodne”?
Pierwsze wizyty kiciuś spędził wyłącznie w moich ramionach, sycząc na Kropkę, która z kolei intensywnie go obszczekiwała: nie ze złości, lecz z dezorientacji. Ale potem, stopniowo, było coraz lepiej. Po jakimś czasie oba zwierzątka radośnie bawiły się, z zapałem turlając razem już to po łóżku, już po podłodze. W tym czasie mały kiciuś wyrósł na pięknego, dużego kota. Czarnego z zielonymi oczyma – o takim zawsze marzyłem. Zaczął też przybierać na wadze. Ale w taki sposób, iż przez chwilę myśleliśmy z Żoną, iż chyba jednak jest kotką, która, jak to się mówi, zaciążyła.
Co teraz? Kto się zajmie tą sprawą? Czy sąsiedzi staną na wysokości zadania?
I wtedy zdarzyło się nieszczęście. Kot(ka) zniknął(ęła). Jeden dzień, drugi… Rozpacz w całym domu, bo wszyscy już zdążyli go (ją) autentycznie polubić. Po czterech dniach sąsiadka – ta, z którą od kilku lat nie rozmawiam – z radością oznajmiła mi na korytarzu, że jest, wrócił! Murzyn jeden! Ciąża? Nie, to kot; przytył po prostu.
Od tego czasu piekielny osobnik ma wolny wstęp do naszego mieszkania. Zazwyczaj podczas spaceru, jaki odbywam z Kropką, przyłącza się do nas i wchodzi z nami „na pokoje”. Nie pyta o pozwolenie. Wchodzi jak na swoje. Z uniesionym dumnie ogonem.
Cała jego czarna sylwetka woła: „Jam jest Książę Ciemności”! Zostaje u nas, ile chce.
Siada, gdzie mu się podoba. Bawi się z Kropką. A potem odchodzi do swych kocich spraw. Drań wie doskonale, co mu wolno i dlaczego. Zna swą wartość.


Ale, formalnie rzecz ujmując, to jednak nie nasz kot, tylko sąsiadów, którzy nazywają go Murzynkiem lub Bambusikiem, a po wspomnianym czterodniowym gigancie wyposażyli go w czerwoną obróżkę z dzwoneczkiem. Czerwień – owszem – dobrze się komponuje z czernią futerka w infernalną, czarcią całość. Ale ten dzwoneczek? Tragedia! Nie zdejmiemy go jednak, bo przecież ostatecznie – to nie nasz kot.

Ale taki układ nam odpowiada. Maksimum przyjemności z wizyt Księcia Ciemności i minimum zobowiązań. Wyjada co prawda cały pokarm Kropce (sąsiedzi, rzecz jasna, też go karmią) – przy całkowitej skądinąd akceptacji zacnej suni – ale to nie problem, stać nas na dodatkową puszkę.
Tyle tylko, że trzeba zachowywać zasady ścisłej konspiracji. Wolę, żeby sąsiedzi nie wiedzieli o jego odwiedzinach, bo trudno przewidzieć, jak by zareagowali. Nikt go co prawda do niczego nie zmusza – przychodzi kiedy chce i wychodzi, gdy ma ochotę – ale jednak lepiej nie ryzykować. Dlatego, choć pięknie tam wygląda, staram się, żeby nie przesiadywał na parapecie okiennym. Przynajmniej dopóki jest jasno.


Ufff… Mamy załatwione to, co niezbędne. Ekspozycja wykonana, akcja opowieści zawiązana. Czekajcie więc, jeśli taka Wasza wola, na kolejne odcinki opowieści o moim życiu z Księciem Ciemności.

Sąsiedzi 4

Teresa Rudolf

Sąsiadeczki

Pani Klara i Filomena spotkały się znów na parterze budynku przed windą.
Jedna czekała na tę drugą, która to wcisnie guzik ściagający windę w dół, zachowując się jednak tak, jak gdyby tej drugiej tu w ogóle nie było.
Do budynku wszedł równocześnie pan Lesio i  znów jak zwykle zapachniało jego  przeobłędnymi perfumami.
Kiedy zobaczył dwie sasiadki z drugiego piętra, szybko przemknął schodami do góry, nie oszczedzając sobie jednak mruknięcia pod nosem:
“znowu te dwie wariatki razem”…
I pobiegł truchcikiem na górę.

Panie uslyszały jednak to”drobne co nie co” i ze zdumieniem spojrzały nagle na siebie.
– No, wie pani, nigdy nie pomyślałabym, że to taki straszny cham, a niby taki elegancik-francik, powiedziała pani Klara do Filomeny.
– No właśnie, też by mi to do głowy nie przyszło, potwierdziła wielce rozczarowana Filomena.
Ich ręce spotkały się równocześnie na guziku windy, obie się głośno roześmiały, tak  komiczne było to wspólne działanie.
– Czy sasiądka nie wypiłaby kawy ze mną, dla lepszego poznania się?, zaproponowała pani Klara.
– Właściwie czemuż by nie, nie mam dziś akurat nic specjalnego do roboty, odpowiedziała Filomena.
Była godzina 21.00.
Pani Klara otworzyła drzwi mieszkania, puszczając przodem Filomenę.
– Proszę wybaczyć, zostawiłam troszeczkę bałaganu, śpiesząc się, mówiła pani Klara.
Filomena rozejrzała się ze zdumieniem po sterylnie posprzątanym mieszkaniu, mówiąc:
– Ależ nie szkodzi, każdemu się zdarza, choć muszę powiedzieć, nie wiem co pani akurat miała ma myśli, mówiąc tu o bałaganie.
Ponieważ nie doszło do żadnego wyjaśnienia, konwersacja chwilowo urwała się.
– Zrobię nam pysznej kawusi, ale bez kofeiny, bo wie pani, ja po normalnej to spać nie mogę, to niezdrowo z kofeiną na noc – kontynuowała gospodyni i poszła do kuchni.
Filomena rozglądała się po dużym pokoju, zarejestrowała solidne, błyszczące brązem meble sąsiadki.
Na ścianach wisiały obrazy z kwiatami, szczególnie z makami, pejzażami, niektóre z nich były akwarelkami, inne delikatnie malowane olejnymi farbami.
– Aaaaa, pani patrzy na te obrazki, to malował kiedyś mój mąż, zginął przed 20 laty, przechodząc późnym wieczorem przez jezdnię i to na pasach, szkoda mówić, co to już wtedy za czasy były, a dzisiaj, to już w ogóle… – machnęła ręką gospodyni, nalewając kawę do ładnych, stylowych porcelanowych filiżaneczek, również w makach.
Panie zadumały się w ciszy nad tymi niebezpiecznymi już wtedy, a dziś jeszcze bardziej, czasami. Bo pomyśleć chociażby, co się tam w tych Chinach wyprawia. I to dlaczego, bo ktoś zjadł jakiegoś nietoperza.
Filomena po chwilce powiedziała:
– Właściwie to człowiek nie wie dziś, z kim rozmawia, weźmy na przykład tego naszego  sąsiada, Lesia, niby taki grzeczny, elegancki, a tu proszę, co też z niego wyszło, taki fałszywy drań. Ohoooooo, pani ma kotka, wyszedł do nas, a jak się nazywa?
– Salcia, o to jest mądralińska, mówię pani, chodź do nas Salciu, no chodź, chodź, słoneczko, no znów się schowała, boi się obcych… Mówię pani, zna się na zegarze, więc nie bardzo mi wybacza, gdy spóźniam się na przykład z posiłkiem.
– Wygląda zupełnie jak ten kot z Whiskasa, przerwała zachwycona Filomena. – Kiedyś taką ogromną paczkę niósł również ten Lesio, właśnie z tym zdjęciem kota, mówił, że takiego też ma, tak samo wygląda i nazywa się Salomon, aha, no i również zna się na zegarze, myślałam, że mi kit wciska, ale jak pani Salcia też… a  może to rodzeństwo?
– No proszę, coś takiego, mimo tego, nie lubię go już, jest taki falszywy, strach pomyśleć,  co ma o nas w głowie, kiedy człowiek nie widzi go i nie słyszy, nawijała pani Klara.
– Wie pani, ja to boję się  już chodzić wieczorami, bo niektórzy to wyglądają na zbirów, a inni są nimi po prostu, choć wcale nie wyglądają. Aaach, zasiedziałam się, powiedziała nagle zestresowana Filomena i wstała do wyjścia.
– Muszę nakarmić papugę, dodała, żeby pani wiedziała, jak ona strasznie klnie, powiem szczerze, że też i na panią, nie wiem skąd to ma, naprawdę…
– Na mnie? Papuga, a co takiego?, zdziwiła się nieźle gospodyni domu.
– Ona krzyczy: “ta wiedźma spod dwunastki”, czasem pół dnia w kółko to samo.
Zrobiła się nagle niebezpieczna cisza. Filomena zaczęła się ubierać, chcąc nagle zapaść się pod ziemię, po tym co powiedziała.
– Wie pani, a gdyby Salcia potrafiła mówić, to co pani usłyszałaby o sobie, wycedziła pani Klara i zaczęła się głośno śmiać.
– No, a co?, Filomena była strasznie ciekawa, dołączając do śmiechu sąsiadki.
– Nooooo, krzyczy: “ta ruda lafirynda spod piętnastki”.
Obie nie mogły opanować już  śmiechu.
– Ale mamy podłe te nasze zwierzątka, chichotała Filomena.
– Skąd one to mają?, dodała śmiejąc się histerycznie Pani Klara.
– Ale wie pani, strach pomyśleć, co mówiłby Salomon pana Lesia, ten przecież taki cichociemny, forsy ma jak lodu, te perfumy, hmmmm, nie wiadomo właściwie, co on tak naprawdę robi, a może to jakiś polski mafioso, mówiła dalej, coraz mniej i mniej śmiejąc się Filomena.
– No, chyba zacznę się go już bać, ma pani chyba rację, zadumała się nagle poważnie pani Klara.
Zawiało nieprzyjemną grozą.
– Myśli pani?…, zapytała już w drzwiach Filomena, z takim to nigdy nie wiadomo. Dziękuję Pani za wspaniały wieczór, dobranoc, następnym razem kawka u mnie, zapraszam już dziś.

Pani Klara zamknęła za nią drzwi, siadła na kanapie, spod której wyszła Salcia i wskoczyła jej na kolana.

Salomon na trzecim piętrze już dawno okupował kolana pana Lesia.

Sąsiedzi 3

Teresa Rudolf

Pan Lesio

Pan Lesio wysiadł z windy i otworzył kluczem bordowe mahoniowe drzwi. Robiły  szczególne wrażenie wśród innych standardowych, czyli, jak mawiał Pan Lesio, “sraczkowatych” drzwi.
Ogólnie mówiąc, sam pan Lesio też odróżniał się znacznie od wszystkich innych mieszkańców kamienicy.
Na przyklad nikt nie mógł rozszyfrować, skąd pochodzą jego perfumy, których zapach był pięknie przeobłędny, a on nigdy nie zdradził ich nazwy i pochodzenia.
Podobnie jak i jego sąsiadki z drugiego piętra, panie Klara i Filomena, z kolei nigdy nie podawały swego wieku.
On oceniał panią Klarę na około 75 lat, a Filomenę bliżej jego pięćdziesiątki, której na ogół nie ukrywał, gdyż uwielbiał, gdy kobiety piszczały z zachwytem:
– Niemożliwe, ależ, ależ, ależ… Pan wygląda taaaaaak młodo!
Wszedł do mieszkania, ściągnął zimowy płaszcz i buty, powinien teraz jak zwykle przywitać się ze swym przemądrzałym, jak mawiał, kotem Salomonem.
Salomon naprawdę był mądry. Znał się na przykład dobrze na zegarze i karał Lesia, gdy ten spóźniał się z zaspokojaniem jego podstawowych potrzeb.
No, a teraz była już 18.30…
Kot jadał zawsze punktualnie o godzinie 18.00. “Oj, oj  dzisiaj będzie kiepściutko”, pomyślał pan Lesio.
Salomon podchodził powoli tygrysim krokiem,  z ogonem sztywno podniesionym do góry,  przyglądając się panu Lesiowi zielonymi, zmrużonymi oczyma.
Lesio kurczył się cały w sobie, “oj, oj , będzie kiepściutko”, powtórzył w myślach.
Kot wbił się pazurami w łydkę Lesia, zawisnął na nogawkach nowych, wysokogatunkowych spodni.
“Muszę z nim iść znowu do wenerytarza, pazury już  za długie”, pomyślał.
Kot wiercił i wiercił w nodze pana Lesia, aż znudzony, odpadł wreszcie na dywan.
Lesio blyskawicznie przyrządzał kocią potrawę zwaną “Gourmet Gold/Lachs” i wzrokiem błagał o przebaczenie.
Kot przyglądał się wszystkiemu swym salomonowym spojrzeniem, po czym spróbował, co mu pan Lesio podał i zdegustowany natychmiast wypluł.
W ten sposób potraktował parę nastepnych puszek Gourmet (wołowina, cielęcina, kurczak), po czym obrażony oddalił się na swoje posłanie.
Pan Lesio zrozpaczony, obawiał się cichych dni, które znał aż za dobrze.
Salomon wtedy nie mruczy,  nie kładzie się w nocy przy jego głowie, nie je i kompletnie go ignoruje.
Pan Lesio czuł się bardzo winny i ze zdziwieniem pomyślał:
“Żadna kobieta nie dała mi rady, a ten robi ze mną chce, kiedyś, ach kiedyś, to byłem lwem, tygrysem dyskotek i prywatek, to były czasy…”, rozmarzył się.
Poczuł, że kot próbuje mu pokazać, kto teraz jest lwem i tygrysem, i wbija mu się znów pazurami w łydķę…
– Salomoooooon, dość już, wygryzłeś mi z życia wszystkie moje kobiety, a teraz wyrywasz mi dziurę w nodze, doooośććć!!!, krzyknął. Po czym pomyślał, że jeśli chodzi o niektóre z tych kobiet, to nie należało mieć pretensji do Salomona, wręcz przeciwnie.
Salomon popatrzył na niego ze zdziwieniem i zrozumieniem, przytulił się do jego wysokogatunkowej nogawki, po czym skierował po kociemu do kolejnej miski Gourmet Gold…
“Noooo”, ze zdziwieniem pomyślał pan Lesio, “wystarczyło, że wykazałem dziś asertywność, jak to bywało kiedyś, i nawet  Salomon mnie nie pobił”.
Usiadł wreszcie na kanapie, wyprostował nogi, a na kolana wskoczył mu mrucząc, przemądrzały jak zwykle Salomon.