Łucja, żaden autorytet (9)

Łucja Fice

W moim śnie

Widzę w lustrze spirytualną niebieską barwę swego odbicia. Stoję w zewnętrznym kręgu słonecznej żółci. Kręgi rzucają cień na niebieski diadem w kształcie motyla, który otacza mi głowę. Jakaś plama wzbija się ponad. Czuję się rozżarzonym jądrem. Kolory ocierają się o siebie. Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice myślenia, tam gdzie kończą i załamują fale. Staję się wolną od myślenia przestrzenią i z ssącym wirowaniem czuję, że jestem tylko świetlną mgiełką. Mam wrażenie zamknięcia w wieczności, a jakieś wiry wsysają tę mgłę. Miriady mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku. Ból. Aby go uśmierzyć pomyślałam o Bogu i skupiłam się na diademie motyla. Wtedy ognista materia zamieniła się w jezioro błyszczącej magmy i rozlała po całym lustrze. Nie chciałam oślepnąć od światła. Oddychałam. Wprowadziłam do umysłu kalkulacje. Mój ciężko dyszący mózg zaczął lodowacieć, a ja zrozumiałam bez zdziwienia i wątpliwości, że jestem z kimś połączona, że nie jestem materią w postaci zmęczonego człowieka. Jestem przestrzenią w przestrzeni. Myślenie jest przestrzenią, a przestrzeń jest myślą. W moim myśleniu zaczęło coś żarzyć, a pod wpływem ciepła tego żaru ponownie poczułam ból i wydawało się, że zaczynam ślepnąć, bo nie widziałam już lustra z taką wyrazistością jak poprzednio. Strach. Nagle ujrzałam w sposób materialny zamiast diademu motyla mój własny mózg i wtedy nad ramą lustra spojrzało na mnie duże czerwone oko.

I znów jestem na jawie, z powrotem we własnej cielesnej powłoce. Nie mam diademu motyla na głowie, a światło lampki się żarzy. Czy żyję naprawdę? – oto moje pierwsze pytanie, które mi nie wystarcza. Może sen to powołanie do życia w materii, do życia przez kilkanaście godzin, by potem znów przenieść się w sen, co też jawą w innym wymiarze. A może co dzień rano wpadam do materii jak kamyk do rzeki? A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś dawno zmarłego, który wrzawą dnia puka do mojego mózgu: żyjesz?

Poszukiwanie

Od dawna, choć nie pamiętam od kiedy, stanęłam na drodze poszukiwania czegoś, czego nie mogłam zdefiniować. Ta tęsknota nie była niczym określona ani z niczym zidentyfikowana. Szukałam czegoś nieuchwytnego, nienazwanego. Wiem, że szukałam NOWEGO, jakiegoś EDENU. Dziś wiem, że to było pragnienie PRZEBUDZENIA. Trwał ten stan lat „dzieści” lat, właściwie od momentu śmierci mojej mamy. Od tego czasu miewam dziwne sny, które skierowały mnie na duchowa ścieżkę. Zaczęłam odkrywać samą siebie i ten wewnętrzny świat, który istnieje, ten Spirytus Mundi. Zaczęłam być bardziej świadoma treści przekazywanych z tej innej rzeczywistości, czyli własnego ducha. Ten świat jest tak samo realny jak nasz materialny. Podążanie tą ścieżką teraz kojarzę z intuicyjnym podążaniem za wolnością, za miłością, za boską miłością. Nie jestem bez wad, bo początek zawsze jest trudny, ale nie zbaczając z raz obranej ścieżki, wiem, że osiągnę sukces i nie będzie to sukces z tego świata. To co robię i jak obecnie żyję, to staranie się o pozytywne myślenie, to nie tylko moja zasługa, ale całego ludzkiego kolektywu. Potrzebne było tylko zrozumienie tego procesu, który ogarnia całą Ziemię za pomocą boskiej energii. Bez emocjonalnych składników tego procesu nie da się przeprowadzić oczyszczania. Odbieram coś na wzór ewolucji ludzkości, która powoli następuje i ważne są tu nasze myśli i pragnienia. Obecnie ludzie są zdominowani przez EGO, karmią się nienawiścią i zazdrością, ale jak w piosence Czesława Niemena wiem, że „ludzi dobrej woli jest więcej” i to oni będą przewodnikami na drodze ODNOWY rasy ludzkiej. My sami musimy zrozumieć, że MY, to nie MY i że nie pochodzimy z tego świata. Tak powiedział Jezus – „Mój dom nie jest z tego świata”. Więc KIM JESTEŚMY? Te pytania powinnyśmy zadawać sobie na tyle często, by uzmysłowić sobie, że życie nie jest wieczne, że kiedyś każdy z nas wróci do DOMU, z którego przybył tu na wakacje, może do szkoły, a może za karę, by ją odbyć na tej karnej kolonii?

Wspomnienia o Maryli (22)

Magdalena Ciechomska

Cisza zapada w przyrodzie jesienią. Odleciały ptaki, ucichły owady. Na to miejsce pojawiają się dwa rodzaje dźwięku, które słyszymy do wiosny: szum wiatru i szmer jesiennego deszczu. To pora, kiedy myślimy częściej o naszych zmarłych bliskich. Pamięć przechowuje pojedyncze obrazy, urywki wspomnień, jakieś kadry zatrzymane w czasie, fragmenty rozmów.

Patrząc w okna pokoju Maryli, przypominam sobie, że nie znosiła krat w oknach. Został jej uraz z czasu internowania. Wiem, że potem, gdy odzyskała wolność, prowadziła bardzo intensywne życie towarzyskie. Wtedy też zaczęła jeździć z Uniwersyteckim Klubem Turystycznym UNIKAT. Na imprezach klubowych panowała atmosfera zabawy i beztroski, na przekór otaczającej nas szarej, ponurej rzeczywistości. To była nasza rzeczywistość alternatywna, częściowo odkryta, częściowo wykreowana. Szukaliśmy niezwykłości, egzotyki. To UNIKAT eksplorował i właściwie odkrył północno-wschodnią Polskę z jej wielokulturowym bogactwem: polskich Tatarów, prawosławnych , Litwinów. Oczywiście, klub miał już wtedy wieloletnią tradycję, był jednym z najstarszych klubów studenckich. Marylę zapamiętano w klubie przede wszystkim jako osobę radosną, lubiącą dobrą zabawę. Trzymała się blisko tych osób, które miały poczucie humoru i chęć do wygłupów. Ale nawet w tym czasie nie zrezygnowała z działalności opozycyjnej. Gdy pierwszy raz przyszłam do domu Ciechomskich, zobaczyłam na biurku Maryli dużą, elektryczną maszynę do pisania. Taka maszyna wskazywała jednoznacznie na rodzaj prowadzonej działalności, mogła być jedynie wypożyczona z podziemnej Solidarności. Zobaczyłam ją przez uchylone drzwi, oczywiście solennie przyrzekłam, że zachowam absolutną dyskrecję.

Początki mojej znajomości z Marylą to właśnie kilka takich obrazów: sylwestrowa impreza UNIKAT-u , wieczorne ognisko na rajdzie Orient w okolicy Kruszynian, spotkanie w Riwierze na projekcji Blaszanego bębenka, seminarium profesor Marii Janion, no i ta maszyna do pisania. Jakby znak firmowy Maryli. Bo potem już zawsze widziałam ją piszącą. Zawsze aktywną, zaangażowaną. I taka była do końca. Do czasu, gdy w berlińskim szpitalu, leząc w łóżku kończyła tłumaczenie na niemiecki filmu Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego pt. Siłaczki.

Z wolnej stopy 55

Zbigniew Milewicz

Październikowo

Październik, obraz Jamesa Tissot

Do tego wpisu zainspirowała mnie Teresa Rudolf swoją poezją. Jej nastrojowe Tęsknoty jesienne wyzwoliły mi z szuflady pamięci październikowe wypady w Tatry, kiedy jeszcze rok akademicki i nasi profesorowie wspaniałomyślnie udawali, że nie widzą tych paru pustych miejsc w auli. Mieniącą się wszystkimi kolorami złota Dolinę Roztoki, kochane schronisko w Pięciu Stawach, w którym sypialiśmy pokotem na podłodze, jak był komplet gości, najlepszą herbatę na świecie z kotła, którą częstowali Dominikanie u Matki Boskiej Jaworzyńskiej i zachód słońca na Głodówce, kiedy wracałem z gór do Bukowiny. Czasami na tle płomiennego kręgu, jak w kiczowatym oleodruku, pojawiało się stadko jeleni, które przez chwilę pozwalały się podziwiać w bezruchu, zanim zniknęły w lesie. W takich chwilach Darwin zdecydowanie przegrywał z Panem Bogiem.

Moja babcia po kądzieli, Jadzia, z domu Hampel, około 1913 r.

Kiedy mieszkałem w Chorzowie, w domu dziadków na Wesołej, zawsze w październiku się świętowało. Babcia Jadzia, rocznik 1895, miała 11 października urodziny, a cztery dni później imieniny. Imienin na Śląsku się generalnie nie obchodziło, ale święta Jadwiga, śląska patronka rządziła się innymi prawami i jak u Jadwiżki, czyli w naszej starej parafii był odpust, to każdy świętował. Na łobiod musiała być wtedy rolada z modrom kapustom i kluskami, a wcześniej rosół, do kawy był kołocz.

Odpustowe maszkety, fot. AnnaLerch-Wójcik.

Po mszy odpustowej szło się całymi rodzinami na stragany jeszcze przedwojennego kramarza Widery, ustawione przy kościele, wszyscy ładnie ubrani, kto miał w domu paradny, śląski strój, to go zakładał; dorośli kupowali sobie i dzieciom roztomaite geschenki, ja musiałem mieć swoje korki do pistoletu i kapiszony, czyli placpatrony, mama – ulubione makrony, a ciocia Irka – kanoldy, których osobiście nie cierpiałem, bo kleiły się do zębów. Kramy sięgały od ulicy Wolności, czyli Wolki, aż po wejście na cmentarz przy Drzymały, z przydrożnych kasztanowców opadały już liście, więc szeleściły pod stopami, kiedy szliśmy zapalić świeczkę na grobach cioci Milki i ujka Willika. Nad cmentarną bramą widniał napis: Sit janua coeli, co dopiero po latach sobie przetłumaczyłem na polski. Niech to będzie bramą nieba, życzy łacińska sentencja żywym, z czego wniosek, że wejście w zaświaty jest wspólne, dopiero później drogi się rozchodzą. Tak to przynajmniej rozumiem.

“Łodpust na Górnioku”, aut. Brygida Simka, akwarela, 2011 r.

Ciekawą alegorię października stworzył w 1877 roku francuski malarz neoklasycystyczny, James Tissot (obraz w winiecie). Przedstawia ona urodziwą, dojrzałą kobietę na tle złocistego listowia, ale nie dajmy się jej zwieść. Historia dowodzi, że w miesiącu tym dochodzi często do dramatycznych wydarzeń, czego przykładem chociażby wybuch Rewolucji Październikowej. Według kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w Rosji w czasach carskich, miał on miejsce 25. X. 1917 r. (7 listopada w późniejszej konwencji gregoriańskiej).

Dzisiaj 12 października. W tym dniu w 1435 roku żona dziedzica księstwa Bawarii – Monachium, Albrechta, piękna i mądra Agnes Bernauer, została utopiona w Dunaju na rozkaz swego teścia, księcia Ernesta. Straszne. Ciąg dalszy kalendarium z 12 października jest mniej kryminalny, przynajmniej chwilowo, ale nadal głównymi bohaterkami wydarzeń są kobiety. 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb – niekwestionowany samiec alfa – dopłynął do archipelagu Bahamów i jest to oficjalna data odkrycia Ameryki, która ma… płeć żeńską. Dzisiaj panie pretendują do najwyższych stanowisk politycznych w świecie, a 12 października 1681 roku jedna z mieszkanek Londynu została publicznie wychłostana za zaangażowanie się w politykę. Jak ten świat się jednak zmienia. 118 lat później Francuzka Jeanne-Geneviève Garnerin, jako pierwsza kobieta w historii, wykonała udany skok ze spadochronem z balonu lecącego na wysokości 900 metrów i jeżeli doliczy się do tej daty jeszcze lat jedenaście, to będzie wiadomo, kiedy książę Ludwik I Wittelsbach poślubił księżniczkę Teresę von Sachsen-Hildburghausen. Wtedy bowiem bawarska para królewska zaprosiła mieszkańców Monachium do wspólnego świętowania godów weselnych i to był pierwszy w historii Oktoberfest.

Niestety, również dzisiaj mija 106 lat od dnia śmierci brytyjskiej pielęgniarki Edyty Luizy Cavell, rozstrzelanej przez niemiecki pluton egzekucyjny za pomoc udzieloną żołnierzom alianckim w ich ucieczce z Belgii. Jej bohaterska postawa i tragiczna śmierć dały ofierze miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dokładnie 80 lat temu natomiast, w ukraińskim Dniepropietrowsku, Niemcy rozpoczęli masowe mordy miejscowych Żydów. Spośród około 11 tysięcy ofiar okupację przeżyło jedynie 15 z nich. To są niedobre, niemieckie akcenty, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. Stonuję je wobec tego butem Nikity Chruszczowa, który 12 października 1960 roku był głównym bohaterem pewnych obrad w auli ONZ. Przywódca ZSRR, zdegustowany krytyką Kremla za politykę wobec krajów Europy Wschodniej, oponował, tłukąc swoim obcasem w pulpit mównicy. Dzisiaj taki but na giełdzie byłby pewnie sporo wart.

Łucja, żaden autorytet (8)

Łucja Fice

Intuicja

Wciąż nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czym jest intuicja. Ale już próbuje się ją badać. Joel Pearson, australijski profesor psychologii, prowadził doświadczenia, które udowodniły, że intuicja pomaga podejmować szybsze, pewniejsze i bardziej trafne decyzje. Intuicją zajmują się też nauki ścisłe, m.in. fizyka, która bada przestrzeń wielowymiarową. Naukowcy mówią, że intuicja, to rodzaj wewnętrznego przewodnictwa, nasza zdolność do uzyskiwania wiedzy na jakiś temat bez logicznego rozumowania. Moim zdaniem, to pewna subtelna więź, która łączy naszą świadomość z większą  całością, z jakąś głębszą, uniwersalną mądrością.

Są ludzie, którzy potrafią przeczuć wiele rzeczy i nie znaczy to, że oni intuicję mają, a inni są jej pozbawieni.

Myślę, że intuicja dostępna jest wszystkim, nie tylko ludziom, ale także zwierzętom, że mają ją wszystkie istoty czujące. Pisze o tym przekonująco Peter Wohlleben w książce Duchowe życie zwierząt. Kto ma do czynienia ze zwierzętami, ten wie, jak szybko wyczuwają zamierzenia ludzi. Psy np. intuicyjnie odczytują nasz nastrój, choć nikt ich tego nie uczył. Także dzieci mają  z intuicją wyjątkowy kontakt – zanim zaczną używać rozumu, działają intuicyjnie. W dorosłym życiu ważne jest, czy i jak intuicji słuchamy i jaki z niej użytek zrobimy.

Pewnie to zaskakujące, ale w szczególny sposób intuicję potrafią wykorzystywać przestępcy. Złodziej ma intuicję, kogo okraść. To często wynika z życiowej traumy. Ten człowiek zapewne znalazł się kiedyś w traumatycznej sytuacji i nauczył się słuchać przeczuć, żeby przeżyć. Dalej jest przekonany, że musi walczyć o życie, robi to, zagarniając dla siebie, niszcząc innych. Intuicja, której warto słuchać, nie niszczy, ale integruje z naszym  światem, i tym zewnętrznym, i wewnętrznym.

Intuicja kobieca

Mężczyźni nam jej zazdroszczą…

– Moim zdaniem, intuicja nie ma płci, ale kobietom łatwiej ją usłyszeć. To wynika z kultury i z ról, które społeczeństwo nam przypisało. Od mężczyzn oczekuje się  analitycznego myślenia i twardego stąpania po ziemi. Kobiety są bardziej nastawione na odczytywanie emocji, m.in. dlatego, że częściej zajmują się dziećmi. Mają też przyzwolenie na to, by słuchać przeczuć i czasem zachowywać się nieprzewidywalnie. A osoby, które słuchają intuicji, bywają nieprzewidywalne, nie trzymają się schematów.

Mam zatem jako kobieta łatwiejszy dostęp  do tej wewnętrznej mądrości.

Od kobiet dużo częściej słyszę, że mają przeczucia, choć nie wiedzą skąd. Ale wiele z nich to ukrywa. Boją się zderzenia z tzw. zdrowym rozsądkiem i zarzutu: “coś sobie wymyślasz, coś ci się przywidziało”. Szkoda, bo intuicja to nasza siła, wykorzystujmy ją i wzmacniajmy, zamiast ją zagłuszać.

W intuicji nie ma drogi na skróty ani gotowych rozwiązań, które moglibyśmy dostać na kursie. Trzeba zacząć od uporządkowania swojego realnego życia. Jeśli tego nie zrobimy, intuicję zagłuszą problemy, kłopoty w pracy, konflikt z partnerem, jakieś doświadczenia z przeszłości, które nie chcą puścić. Zacząć warto od porządków na najbardziej podstawowym, materialnym poziomie, np. wyrzucić dziurawe skarpetki z szuflady.

– To pierwszy etap: zadbać o to, co na zewnątrz. Kolejny, to poznać siebie, bo intuicja wiąże się ściśle z samoświadomością. Oczywiście, nie da się tego zrobić ot tak, często to praca na całe życie. Ale warto ją zacząć. Zatrzymać się i pobyć ze sobą. Uświadomić sobie emocje w ciele.  Czujemy je podobnie, ale nie jednakowo. Złość może być odczuwana jako fala gorąca, strach jako drżenie lub napięcie mięśni, np. na karku. Kiedy mamy świadomość siebie i typowych reakcji naszego organizmu i schematów myślowych, w które wpadamy, łatwiej nam zrozumieć to, co płynie z intuicji.

Pamiętajmy o tym.

OWEN – Niemcy, 1 grudnia 2019

Wspomnienia o Maryli (21)

Magdalena Ciechomska

Jesień w pełni, teraz bardzo piękna, kolorowa i słoneczna. Złota polska. Taką jesień lubię najbardziej. Robi się coraz chłodniej, naturalną koleją rzeczy. W sklepach pojawia się coraz więcej zniczy, sztucznych kwiatów na nagrobne wiązanki, na straganach królują wrzosy, suszki, coraz więcej chryzantem. Za niecały miesiąc Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, te nasze polskie Dziady, najważniejsze, po Bożym Narodzeniu święto w całym roku. Ponieważ wszyscy mamy coraz więcej mogił do odwiedzenia, uporządkowania, przystrojenia, już powoli zaczyna się wędrówka po cmentarzach, również do tych miejsc położonych w odległych zakątkach kraju. Jesień w naturalny sposób przywołuje temat przemijania i śmierci. To pora roku gdy najbardziej odczuwam obecność archetypów. Czas uświadamiania sobie istnienia granic, schyłku, przesilenia, zamknięcia. Czas zwrócenia się ku eschatologii. Dla mnie jest to jednocześnie pora obfitująca w doznania zmysłowe. Bogactwo kolorów, mocnych, nasyconych, intensywne zapachy, ostre, korzenne, jakby płynące z samego wnętrza ziemi, powiedziałabym – chtoniczne. Jesienne warzywa i owoce mają też inny smak niż letnie.

Nasz stary, mokotowski ogród pachniał jesienią liśćmi drzew orzecha włoskiego. Orzechy spadały na ziemię i trzeba było systematycznie je zbierać, żeby zdążyć, zanim zostaną przykryte kolejną warstwą liści. Te liście grabiliśmy i początkowo paliliśmy w ogrodzie, wtedy jeszcze w mieście wolno było to robić. Charakterystyczny był ten zapach jesiennych ognisk, unoszących się ze wszystkich ogrodów. Później, gdy w zamieszkały u nas jeże, zostawialiśmy pryzmy liści i gałęzi dla nich na zimę. Przez wiele lat ogrzewaliśmy dom za pomocą starego, jeszcze przedwojennego pieca koksowego. Był to niewątpliwie zabytek techniki, wyglądem przypominał mały parowozik, wmurowany był w podłogę piwnicy, w wydzielonej kotłowni, obok której znajdowało się pomieszczenie na opał. I działał jeszcze dobre dziesięć lat. Codziennie rano musieliśmy w nim rozpalać. Rozgrzewał się powoli i trzeba było poczekać z godzinę, zanim gorąca woda zacznie krążyć w kaloryferach. Zapach dymu węglowego każdego rana wypełniał kuchnię, z której schodziło się do piwnicy, żeby dorzucić do pieca. Jesienne chłody zawsze były utrapieniem Maryli, z trudem je znosiła. Często się przeziębiała. Narzekała na jesień i zimę w Berlinie, bardziej deszczowe i wilgotne niż w Polsce. Otulała się w wełniane, luźne swetry, pod które mogła założyć kilka warstw, „na cebulkę”. Pamiętam czasy, gdy sama dziergała na drutach te swoje swetry, chusty, szale. Potem zrezygnowała, gdyż intensywna praca przy komputerze zbytnio męczyła jej wzrok. Za to nieraz szyła coś na starym Singerze, do którego domontowano elektryczny silnik. Przeważnie były to przeróbki zasłon lub poszewki na poduszki. Jesienią Maryla odkładała do szafy krótkie spódniczki, które tak chętnie nosiła latem. Przez cała zimę chodziła wyłącznie w spodniach, wtedy nie marzła. Do tego zakładała długie płaszcze lub kurtki sięgające przynajmniej za kolana. Przez pewien czas miała długie, prawie do kostek, sztuczne futro . Zwykle dużo wcześniej niż ja zakładała czapkę lub beret i wełniane rękawiczki.

W domu po wstaniu rano z łózka otulała się w długi, ciepły szlafrok, na nogi naciągała wełniane getry i ciepłe skarpety. W tym stroju i z kubkiem gorącej herbaty w ręku zasiadała do pisania. Początkowo przy maszynie, później przy komputerze. Było to zawsze miejsce, w którym spędzała najwięcej czasu. Z jej pokoju dobiegał stukot klawiatury, a gdy nie pracowała, grające radio lub jakaś muzyka. Tak było również w nowym domu, gdy przyjeżdżała z Berlina. Te dźwięki oznaczały, że Maryla jest w domu. Zawsze miała jakąś pracę do wykonania. Po jej śmierci, wchodząc na górę do jej mieszkania, długo odczuwałam przede wszystkim dojmującą ciszę.

Jesienna kabała

Teresa Rudolf

Liść jesienny

Czytam z niego
jak z mojej ręki,
wiatr go przyniósł
i gdzieś zagoni.

Linia życia.. 
jakaś taka dziwna,
porozrywana,
co z Tobą listku?

A liść  patrzy 
rdzawo na mnie,
gotowy do odlotu,  
wiatr nim kręci.

I oto odleciał,
patrzę na swą
rękę, linia życia
pozrywana jakaś,

…eeee tam,
nie znam się
przecież
ani na rękach…

…ani na liściach

Czarny sen o przyszłości

Patrz, patrz, patrz,
ale czy widzisz?
Słuchaj, słuchaj,
ale czy słyszysz?

To ta autostrada 
głośniejsza od szumu
wiatru, śpiewu ptaków,
tu w środku lasu.

Jakaś mieszanka
tego, co chcesz,
z tym, co musisz,
i z tym, co jest.

Zamknij oczy, 
zamknij uszy,
usłysz znowu
świergot ptaków,

zdrowych drzew
zieleń zobacz, 
zapach tego mchu
poczuj, odpręż się.

Otwórz oczy, 
znów autostrada,
zapach smogu rani
ogołocony las… 

…za ile to już lat? 

Tęsknoty jesienne

Teresa Rudolf

Tęsknota

W głowie obrazy,
zapachy, smaki,
wspomnienia,

pora roku uwodzi
na spacer tam,
lub tam, albo tam,

w sercu ciepło, 
oczekiwanie ponad  
miejscem i czasem

w całym ciele,
niepewność jakaś 
drży, co się spełni…

znów ten zapach
wraca, ten obraz, 
i to wspomnienie…

w głowie stary  film, 
a nowy smutek
w sercu…

że jeśli nawet…
to może być coś
“nie tak”.

Jesienne słońce

Jesień znów,
lato zabrało już
prawie wszystkie
“szmatki i lalki”

i “poszło się bawić
na inne podwórko”,
pozostawiając złote
słońca  resztki…

A ono, jak złocista
lampa na niebie, 
raz zapala się,
a raz gaśnie,

…jak i we mnie,
raz zapala się,
a raz gaśnie…

…tak, tak
we mnie też
już jesień…

Z wolnej stopy (54)

Zbigniew Milewicz

Seksturystki

Myślę, że nieprzypadkowo filmik ten chodził po mediach społecznościowych akurat przed wyborami do Bundestagu. Okoliczności przyrody wskazywały na to, że nakręcono go w Dominikanie, albo w Kenii, gdzie niemieckie turystki chętnie spędzają urlop. Młody, szczupły tubylec z jedną z nich wynurza się z oceanu, trzyma ją za rękę, wychodzą na brzeg i to wszystko. Gdyby nie fakt, że kąpali się nago, to w ogóle nie byłoby wiadomo, po co nakręcono ten skądinąd banalny obrazek. Brak konfekcji pozwala zauważyć, że pani panu bardzo się podoba, mimo, iż wiekowo mogłaby być jego mamą. Spieszno mu znaleźć się z nią na plaży, bo trochę ciągnie ją za rękę, a ona jakby się jeszcze trochę wahała, ale przecież skwapliwie podąża naprzód. Na pytanie, po co nakręcono (pewnie telefonem komórkowym) ten clip, odpowiada jego tytuł : Jak zdobyć niemieckie obywatelstwo. Złożony cyrylicą, po rosyjsku.

Nie pokażę go, bo sam nie jestem naturystą; zainteresowani bez problemów znajdą go w internecie. Ciekawi mnie natomiast, kto za tym filmikiem stoi? Przypadkowy podglądacz, czy któraś z partii, konkurujących z CDU? W końcu jeszcze nie wiadomo, kto w przyszłości będzie tutaj gospodarzem i problem migrantów jest najbardziej drażliwy, najmocniej polaryzuje społeczeństwo. Najmniej prawdopodobne, że nakręciły go rosyjskie służby, n.p. w rewanżu za udaną hospitalizację opozycjonisty Nawalnego, ale przecież można spróbować im go przypisać.

Komu się zaś nie podoba, że Niemki, sfrustrowane nudą w swojej sypialni, wyjeżdżają na balety do ciepłych krajów, a później czasami nawet poślubiają swoich beachboys, niech pocieszy się tym, że z takich związków pochodzą często śliczne dzieci.

Oczywiście na seks-wakacje wyjeżdżają nie tylko Niemki, są Brytyjki, Rosjanki, Polki, Amerykanki, Kanadyjki, panie innych narodowości, zwykle dobrze sytuowane. Dla mediów jest to wdzięczny temat, można go zrobić dla gawiedzi, żądnej taniej sensacji, ale da się też go zgłębić. W Die Welt* dziennikarz zadał sobie ten trud; artykuł został napisany jedenaście lat temu, przez mężczyznę. Wtedy zjawisko damskiej seksturystyki było jeszcze w miarę nowe, nie tak rozpowszechnione jak dzisiaj i autor starał się dociec jego przyczyny. Niemieckojęzyczna lektura, ale można przeczytać choćby z pomocą translatora i warto. Zaledwie dwa lata później Der Spiegel** doniósł, że w samej tylko Tajlandii, uważanej tradycyjnie za światowe centrum męskiej seksturystyki, pracuje ponad 30.000 żigolaków, wyspecjalizowanych wyłącznie w usługach dla pań, co pokazywało, jak wielki już był na to popyt. Również załączam odnośny artykuł.

Jak się ma ten temat mniej więcej współcześnie, informuje Focus, w polskim wydaniu z 2 lipca 2019 r.:

Choć seksbiznes kojarzy się przede wszystkim z wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn, także współczesne kobiety korzystają z możliwości kupienia sobie paru chwil przyjemności w ramionach egzotycznego i młodego kochanka. Na co dzień to przykładne żony i matki, ale na wyjazdach potrafią iść na całość, bo na urlopie nie obowiązują te same zasady, co w domu – tu dozwolone jest niemal wszystko. Dla Europejek, także Polek, jednym z najpopularniejszych celów obok Tunezji jest Egipt. Na forach internetowych panie polecają sobie konkretne hotele, konkretnych barmanów. Na kolejne wyjazdy namawiają przyjaciółki.

Tu rozpasanie kwitnie w najlepsze, a miejscowi mężczyźni wyspecjalizowali się wręcz w naciąganiu bogatych i spragnionych wrażeń kobiet. Choć islamskie prawo zabrania kontaktów pozamałżeńskich – jest w nim pewna luka. To kontrakt małżeński nazywany urfi. Choć jest zawierany przed notariuszem, do niczego mężczyzny nie zobowiązuje – właściwie jego jedynym celem jest „legalny” seks. Aby rozwiązać kontrakt – wystarczy podrzeć papier. Pół biedy, jeśli kobieta przyjmuje ten układ i wie, że wyznania miłosne śniadego kochanka nic nie znaczą. Gorzej, jeśli zakocha się i uwierzy w płomienne słowa i wartość takiego związku.

Kilka lat temu głośna była strona założona przez Rosjanki, na której kobiety poszukiwały konkretnych mężczyzn z egipskich kurortów, którzy złamali im serca. Na stronie są setki ogłoszeń. Wiele kobiet omamionych urokiem żigolaków pożyczyło im spore sumy pieniędzy.

Przytoczony tekst nie jest najwyższych lotów, uważam, że za dużo w nim taniego moralizatorstwa, ale z jego przesłaniem się zgadzam: trzeba uważać na naciągaczy. Ponieważ sezon urlopowy nad egzotycznymi morzami trwa przez okrągły rok, autor życzy Czytelniczkom, ich znajomym oraz znajomym znajomych, żeby przede wszystkim dobrze się nad nimi bawiły i na nic nie dały się nabrać, na co nie mają ochoty.

* Reife Frauen auf einem erotischen Trip – WELT https://www.welt.de › Lifestyle

  ** Weiblicher Sextourismus: Immer mehr Frauen reisen nach … https://www.spiegel.de › panorama

Wspomnienia o Maryli (20)

Tadeusz Ciechomski

Boże Narodzenie 1981 roku Maryla spędziła wraz z innymi kobietami podziemia antykomunistycznego w celi aresztu śledczego w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Przebywały tam około trzech tygodni. Chyba w styczniu 1982 roku zostały wywiezione do miejsca internowania , Ośrodka Wypoczynkowego Pracowników Radia i Telewizji w Gołdapi. Maryla opowiadała, że podczas podróży traktowano je po ludzku, co jakiś czas autokar zajeżdżał pod najbliższą komendę MO, żeby umożliwić im skorzystanie z toalety. Przeżyły jednakowoż chwile grozy, gdy po dłuższym czasie podróży zorientowały się , że jadą w kierunku północnego wschodu. W głowach wszystkich pojawił się stary, koszmarny archetyp: SYBIR! Jedna ze strażniczek, widząc ich zdenerwowanie, po cichu wyjawiła prawdziwy cel podróży, co zostało przyjęte z ulgą.

W listach, które Maryla pisała do rodziny, nazywała ośrodek odosobnienia „złota klatką’. Warunki lokalowe były bardzo dobre, tyle że nie wolno było opuścić budynku. Po raz pierwszy Tadeusz z mamą odwiedzili ją w marcu 1982. Tadeusz wspomina, że kiedy dochodzili do ośrodka, usłyszeli z daleka śpiew. To był dzień odwiedzin, wszystkie kobiety stały na balkonach i na powitanie śpiewały „Niech się junta wystrzela, trafi szlag Jaruzela…” Później kilka razy przyjeżdżał tam także ojciec. Wspominał, że w latach 50 odbywał zasadniczą służbę wojskową właśnie w Gołdapi. Z lasu otaczającego ośrodek przywiózł dwie pamiątki. Raz wykopał mały świerk , który zasadził w ogrodzie. Innym razem uciął dwa patyki, zrobił z nich krzyż, a na nim przypiął znaczek z herbem Gołdapi, kupiony w kiosku znajdującym się w ośrodku. Ten krzyż wisiał później w pokoju Maryli nad drzwiami (teraz znajduje się, wraz z całym Archiwum Maryli, w Archiwum Forschungsstelle Osteuropa Uniwersytetu w Bremie).

W kiosku w ośrodku można było zaopatrzyć się m.in. w widokówki. Największym powodzeniem cieszyły się te przedstawiające sam ośrodek, położony malowniczo w głębi lasu. Każda z internowanych chciała wysłać taka kartkę rodzinie… Prawie jak z wakacji…

Kobiety miały przemyconą gitarę i magnetofon kasetowy. Wspólny śpiew, a także tworzenie i nagrywanie piosenek było ważnym czynnikiem integrującym wspólnotę internowanych i namiastką życia kulturalnego. Bardzo dokuczała im nuda. Życie w ośrodku cechowała monotonia, kobiety szukały więc różnych aktywności, które mogły ją przerwać. Regularnie odprawiane były msze święte , na które chodziły wszystkie, zarówno wierzące jak i niewierzące. Korzystały ze znajdującej się w ośrodku biblioteki. Całe godziny spędzały na robótkach ręcznych, dziergały swetry, a także długie węże z kolorowych resztek wełny. Na piękny las otaczający ośrodek mogły tylko popatrzeć przez okna. Maryla opowiadała, jak obserwowały biegające po konarach drzew wiewiórki, kiedyś widziała mamę-wiewiórkę przenoszącą w pyszczku swoje młode…

Internowanych pilnowali milicjanci, z reguły zachowujący się przyzwoicie. Wartę na zewnątrz pełnili młodzi żołnierze, z którymi, jak twierdziła Maryla, relacje były pozytywne. W zimowe, mroźne noce kobiety robiły im kawę, którą następnie w słoikach uwiązanych na sznurkach spuszczały przez okno.

Gdy Maryla i jeszcze jedna z kobiet zachorowały, zezwolono im na pobyt w pobliskim szpitalu, na czas potrzebny do wyleczenia. Tu, w szpitalu nie pilnowali ich strażnicy, można było nawet na krótki czas wyjść na zewnątrz.

30 czerwca 1982 roku Maryla otrzymała miesięczną przepustkę z internowania. Maryla nie wróciła już do ośrodka odosobnienia, ponieważ generał Jaruzelski wydał decyzję o zwolnieniu z internowania wszystkich kobiet z dniem 22 lipca. Było to wówczas święto o nazwie „Odrodzenia Polski”, symboliczna data przejęcia władzy przez komunistów w 1944 roku.

Listopad 1982 roku był miesiącem szczególnym. Dziesiątego tego miesiąca zmarł Leonid Breżniew. W tym dniu przypadała rocznica rejestracji NSZZ Solidarność, planowana była manifestacja. Zapewne dlatego o śmierci Breżniewa oficjalnie poinformowano dopiero następnego dnia. Maryla w tym czasie znów przebywała w szpitalu z powodu planowanej wcześniej operacji laryngologicznej. Termin wybrała chyba też dlatego, że obawiała się ewentualnych prewencyjnych aresztowań związanych z rocznicą.

Łucja, jedna z 800 tysięcy (1)

Łucja Fice

18 lat na saksach

2004 rok to rok nowej emigracji z przyczyn ekonomicznych. Problemy z nią związane przerosły i oczekiwania samych emigrantów, i możliwości ich rozwiązania przez polskie władze. Sama jako kobieta w wieku 52 lat, bez pracy i możliwości jej otrzymania, mimo usilnych zabiegów i dobrego wykształcenia, zmuszona zostałam do wyjazdów z kraju na wiele lat. Osiemnaście lat spędziłam po części w Walii, Anglii i Niemczech. W roku 2016 pracowałam jako opiekunka w Passau, w Niemczech, gdy nagle umarł mój mąż. Do jego śmierci nie zdawałam sobie sprawy z psychologicznych konsekwencji mojej decyzji. A przecież, jak wszyscy „późni” emigranci, stanęłam przed koniecznością budowania nowej tożsamości kulturowej. Mieliśmy ustabilizowane życie w Polsce, nie byliśmy już bardzo młodzi, opuściliśmy kraj w poszukiwaniu pracy, a często możliwości leczenia dla nas samych – w Polsce brakuje pieniędzy na leki, na leczenie ‘”twardych chorób”. Liczą się też potrzeby rodziny, auto, mieszkanie, kształcenie dzieci lub, i to już jest wystarczający powód wyjazdu – chęć zapewnienia rodzinie w Polsce godnego utrzymania.

Jestem kobietą, żoną, matką, babcią, na dobre i złe w przyzwyczajeniach i zachowaniach ukształtowaną przez Polskę. Nagle zmieniły się realia, znalazłam się w nowej rzeczywistości kulturowej, zmuszona do asymilacji z obcym środowiskiem. Emigracja czy saksy, nieważne, mają swoje blaski i cienie. Jak wszystko na tym świecie, bo nic nie jest białe i nic nie jest czarne. W Niemczech czuję się jak w szkole, w której uczą mnie na nowo prasować, układać, sprzątać, czyścić, gotować – ale po niemiecku. W wieku emerytalnym ma się już całkowicie sprecyzowany sposób postrzegania świata rzeczywistości, dlatego proces przystosowywania się nie jest bezbolesny, ta cała koherentność z rodziną, do której się trafia.
Byłam jedną z wielu Polek w tym zimnym świecie bezwzględnego dobrobytu. Zależało nam, by postrzegano nas jak osoby równe, które mają, tak samo jak gospodarze, jednakową wartość i są równe wobec prawa. Nie chcemy jednak udawać Walijek, Angielek czy Niemek. Nie chcemy kreować fałszywego obrazu Polki, nie chcemy wyrzekać się własnej tożsamości. Świadomość korzeni, to wartość największa i nic nie może jej stać na przeszkodzie. My, Polki, na szczęście, mamy poczucie własnych korzeni, własnej wartości, umiemy zachować równowagę pomiędzy własną tożsamością z całym polskim bagażem tradycji, a koniecznością dopasowania się do nowej kultury. Polak musi umieć wszystko. I to jest PRAWDA.
Ale są jeszcze „oni”.

W wielu domach czułam się cieniem, zaledwie mijanym przez rodzinę.

Praca, jak praca, ale zmuszanie nas na siłę do przyjmowania obcych tradycji, zwyczajów, obyczajów i ceremoniałów panujących w domach podopiecznych, pomimo wspólnych europejskich tradycji, często przerasta siły opiekunów. Bez zdolności kognitywnych, kompatybilnych nie byłybyśmy w stanie wykonywać tej pracy.

Ale była i inna strona tej pracy – empatyczna. Te wyjazdy nauczyły mnie szacunku do życia, bo były bramą do nowego świata, świata cierpienia i ludzkiej egzystencji.

Te doświadczenia prowadzą do rozchwiania osobowości, wywołują poczucie zagubienia, wyobcowania, bezdomności. I w Anglii, i w Niemczech można spotkać tę ksenofobię, myślenie antyhumanitarne. Widziałam sytuacje wyrzucanie opiekunek za drzwi. Nasze życie było niepewne, a nierzadko też biedne. Bywało, że mieszkałam w bezgranicznie nędznych warunkach. Pracowałam nawet po 300 godzin miesięcznie. Doświadczałam dyskryminacji, odczuwałam na własnej skórze fakt, że postrzega się nas Polaków jako nędzarzy.

Czy to śmieszne, taki brytyjski żart?

– Dlaczego z Wysp Brytyjskich zniknęły łabędzie?
– Polacy je zjedli.

Wykonujemy tę pracę, bo wśród miejscowych nie ma chętnych do tej pracy, jak zresztą do każdej innej ciężkiej pracy. ”Niech pracują emigranci, my wolimy korzystać z socjalu”, tak mówią.
Opiekunka-niewolnica, maszyna do pracy.

Dlaczego? Dlaczego tak musi być?
– Bo Polska to macocha, jak powiedziała mi matka czworga dzieci, tak jak ja wracająca z Niemiec do domu.
Opiekunki wyjeżdżają za pośrednictwem polskich agencji, ale agencje te tylko pośredniczą na rynku pracy i wysyłają Polki nie przygotowane, często nawet bez znajomości języka. Kobiety wyjeżdżają bez żadnego przeszkolenia, nie mając pojęcia o pracy z ciężko chorymi seniorami. Często się zdarza, że jesteśmy dyskryminowane i poniżane, przez nich i przez ich rodziny. Często zadaję sobie pytanie – czy to nowy „rasizm”?
Kim jesteśmy my Polki, opiekunki w Niemczech?

Nie wszyscy znają „nędze” życia opiekunek. Widzą tylko „blaski”: pieniądze. No cóż! Powiedziałabym raczej, to nie „blaski”, to błysk zaledwie. Ta radość z możliwości zarabiania pieniędzy, jedyny powód do zadowolenia. Wspomaganie finansowo rodziny. Ale i to świat zewnętrzny usiłuje nam obrzydzić. W Polsce spotyka nas zawiść, na obczyźnie – pogarda. Nieudacznicy, żebracy. Nasłuchałam się o „biednych Poloczkach” przyjeżdżających do Niemiec po kasę. Tak, musimy przyjeżdżać po kasę, ale nie – nie jesteśmy nieudacznikami.

Po 18 latach pracy mogę powiedzieć, że na szczęście w naszej doli nastąpiła jednak pewna poprawa. Trochę lepsza jest integracja pracowników z Polski, trochę lepiej niż kiedyś informuje się nas, w jakie warunki jedziemy, do jakiego domu, do jakiego kraju, w jakim społeczeństwie się znajdziemy. Gdy wyjeżdżałam 18 lat temu, nie miałam o tym zielonego pojęcia.

Mój apel do wszystkich instancji administracji państwowej, samorządowej w Polsce.
– Nie wysyłajcie kobiet, matek żon, babć, żeby na obczyźnie dorabiały do głodowych emerytur, nie skazujcie „starych drzew”, tych, których się już nie przesadza, na wyobcowanie. Nigdy my nie staniemy się nimi. Chcemy pracować u siebie. Jesteśmy mocne, ale obczyzna niszczy. Nie wyganiajmy kobiet z domów. Chrońmy kobiety, które już tyle lat przepracowały w Polsce. Trzeba tworzyć nowe miejsca pracy, tak, by młodzi mogli wracać. Sama mam dwie córki, które kształciły się na już na zachodnich uniwersytetach i nie myślą wracać.”Do czego?”- mówią. Ich praca wspomaga teraz tamtejszy budżet. I tak myślą cztery miliony młodych Polaków, którzy urządzają sobie życie w Europie i na świecie.

Myślę o integracji, o równym traktowaniu, o tym, że tak bym chciała, aby Unia Europejska stała się naprawdę naszym wspólnym Domem.

Obraz emigracji i saksów w Niemczech przedstawiłam w moich powieściach.

Łucja Fice, jedna z ośmiuset tysięcy opiekunek