Myślę, że nieprzypadkowo filmik ten chodził po mediach społecznościowych akurat przed wyborami do Bundestagu. Okoliczności przyrody wskazywały na to, że nakręcono go w Dominikanie, albo w Kenii, gdzie niemieckie turystki chętnie spędzają urlop. Młody, szczupły tubylec z jedną z nich wynurza się z oceanu, trzyma ją za rękę, wychodzą na brzeg i to wszystko. Gdyby nie fakt, że kąpali się nago, to w ogóle nie byłoby wiadomo, po co nakręcono ten skądinąd banalny obrazek. Brak konfekcji pozwala zauważyć, że pani panu bardzo się podoba, mimo, iż wiekowo mogłaby być jego mamą. Spieszno mu znaleźć się z nią na plaży, bo trochę ciągnie ją za rękę, a ona jakby się jeszcze trochę wahała, ale przecież skwapliwie podąża naprzód. Na pytanie, po co nakręcono (pewnie telefonem komórkowym) ten clip, odpowiada jego tytuł : Jak zdobyć niemieckie obywatelstwo. Złożony cyrylicą, po rosyjsku.
Nie pokażę go, bo sam nie jestem naturystą; zainteresowani bez problemów znajdą go w internecie. Ciekawi mnie natomiast, kto za tym filmikiem stoi? Przypadkowy podglądacz, czy któraś z partii, konkurujących z CDU? W końcu jeszcze nie wiadomo, kto w przyszłości będzie tutaj gospodarzem i problem migrantów jest najbardziej drażliwy, najmocniej polaryzuje społeczeństwo. Najmniej prawdopodobne, że nakręciły go rosyjskie służby, n.p. w rewanżu za udaną hospitalizację opozycjonisty Nawalnego, ale przecież można spróbować im go przypisać.
Komu się zaś nie podoba, że Niemki, sfrustrowane nudą w swojej sypialni, wyjeżdżają na balety do ciepłych krajów, a później czasami nawet poślubiają swoich beachboys, niech pocieszy się tym, że z takich związków pochodzą często śliczne dzieci.
Oczywiście na seks-wakacje wyjeżdżają nie tylko Niemki, są Brytyjki, Rosjanki, Polki, Amerykanki, Kanadyjki, panie innych narodowości, zwykle dobrze sytuowane. Dla mediów jest to wdzięczny temat, można go zrobić dla gawiedzi, żądnej taniej sensacji, ale da się też go zgłębić. W Die Welt* dziennikarz zadał sobie ten trud; artykuł został napisany jedenaście lat temu, przez mężczyznę. Wtedy zjawisko damskiej seksturystyki było jeszcze w miarę nowe, nie tak rozpowszechnione jak dzisiaj i autor starał się dociec jego przyczyny. Niemieckojęzyczna lektura, ale można przeczytać choćby z pomocą translatora i warto. Zaledwie dwa lata później Der Spiegel** doniósł, że w samej tylko Tajlandii, uważanej tradycyjnie za światowe centrum męskiej seksturystyki, pracuje ponad 30.000 żigolaków, wyspecjalizowanych wyłącznie w usługach dla pań, co pokazywało, jak wielki już był na to popyt. Również załączam odnośny artykuł.
Jak się ma ten temat mniej więcej współcześnie, informuje Focus, w polskim wydaniu z 2 lipca 2019 r.:
Choć seksbiznes kojarzy się przede wszystkim z wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn, także współczesne kobiety korzystają z możliwości kupienia sobie paru chwil przyjemności w ramionach egzotycznego i młodego kochanka. Na co dzień to przykładne żony i matki, ale na wyjazdach potrafią iść na całość, bo na urlopie nie obowiązują te same zasady, co w domu – tu dozwolone jest niemal wszystko. Dla Europejek, także Polek, jednym z najpopularniejszych celów obok Tunezji jest Egipt. Na forach internetowych panie polecają sobie konkretne hotele, konkretnych barmanów. Na kolejne wyjazdy namawiają przyjaciółki.
Tu rozpasanie kwitnie w najlepsze, a miejscowi mężczyźni wyspecjalizowali się wręcz w naciąganiu bogatych i spragnionych wrażeń kobiet. Choć islamskie prawo zabrania kontaktów pozamałżeńskich – jest w nim pewna luka. To kontrakt małżeński nazywany urfi. Choć jest zawierany przed notariuszem, do niczego mężczyzny nie zobowiązuje – właściwie jego jedynym celem jest „legalny” seks. Aby rozwiązać kontrakt – wystarczy podrzeć papier. Pół biedy, jeśli kobieta przyjmuje ten układ i wie, że wyznania miłosne śniadego kochanka nic nie znaczą. Gorzej, jeśli zakocha się i uwierzy w płomienne słowa i wartość takiego związku.
Kilka lat temu głośna była strona założona przez Rosjanki, na której kobiety poszukiwały konkretnych mężczyzn z egipskich kurortów, którzy złamali im serca. Na stronie są setki ogłoszeń. Wiele kobiet omamionych urokiem żigolaków pożyczyło im spore sumy pieniędzy.
Przytoczony tekst nie jest najwyższych lotów, uważam, że za dużo w nim taniego moralizatorstwa, ale z jego przesłaniem się zgadzam: trzeba uważać na naciągaczy. Ponieważ sezon urlopowy nad egzotycznymi morzami trwa przez okrągły rok, autor życzy Czytelniczkom, ich znajomym oraz znajomym znajomych, żeby przede wszystkim dobrze się nad nimi bawiły i na nic nie dały się nabrać, na co nie mają ochoty.
Boże Narodzenie 1981 roku Maryla spędziła wraz z innymi kobietami podziemia antykomunistycznego w celi aresztu śledczego w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Przebywały tam około trzech tygodni. Chyba w styczniu 1982 roku zostały wywiezione do miejsca internowania , Ośrodka Wypoczynkowego Pracowników Radia i Telewizji w Gołdapi. Maryla opowiadała, że podczas podróży traktowano je po ludzku, co jakiś czas autokar zajeżdżał pod najbliższą komendę MO, żeby umożliwić im skorzystanie z toalety. Przeżyły jednakowoż chwile grozy, gdy po dłuższym czasie podróży zorientowały się , że jadą w kierunku północnego wschodu. W głowach wszystkich pojawił się stary, koszmarny archetyp: SYBIR! Jedna ze strażniczek, widząc ich zdenerwowanie, po cichu wyjawiła prawdziwy cel podróży, co zostało przyjęte z ulgą.
W listach, które Maryla pisała do rodziny, nazywała ośrodek odosobnienia „złota klatką’. Warunki lokalowe były bardzo dobre, tyle że nie wolno było opuścić budynku. Po raz pierwszy Tadeusz z mamą odwiedzili ją w marcu 1982. Tadeusz wspomina, że kiedy dochodzili do ośrodka, usłyszeli z daleka śpiew. To był dzień odwiedzin, wszystkie kobiety stały na balkonach i na powitanie śpiewały „Niech się junta wystrzela, trafi szlag Jaruzela…” Później kilka razy przyjeżdżał tam także ojciec. Wspominał, że w latach 50 odbywał zasadniczą służbę wojskową właśnie w Gołdapi. Z lasu otaczającego ośrodek przywiózł dwie pamiątki. Raz wykopał mały świerk , który zasadził w ogrodzie. Innym razem uciął dwa patyki, zrobił z nich krzyż, a na nim przypiął znaczek z herbem Gołdapi, kupiony w kiosku znajdującym się w ośrodku. Ten krzyż wisiał później w pokoju Maryli nad drzwiami (teraz znajduje się, wraz z całym Archiwum Maryli, w Archiwum Forschungsstelle Osteuropa Uniwersytetu w Bremie).
W kiosku w ośrodku można było zaopatrzyć się m.in. w widokówki. Największym powodzeniem cieszyły się te przedstawiające sam ośrodek, położony malowniczo w głębi lasu. Każda z internowanych chciała wysłać taka kartkę rodzinie… Prawie jak z wakacji…
Kobiety miały przemyconą gitarę i magnetofon kasetowy. Wspólny śpiew, a także tworzenie i nagrywanie piosenek było ważnym czynnikiem integrującym wspólnotę internowanych i namiastką życia kulturalnego. Bardzo dokuczała im nuda. Życie w ośrodku cechowała monotonia, kobiety szukały więc różnych aktywności, które mogły ją przerwać. Regularnie odprawiane były msze święte , na które chodziły wszystkie, zarówno wierzące jak i niewierzące. Korzystały ze znajdującej się w ośrodku biblioteki. Całe godziny spędzały na robótkach ręcznych, dziergały swetry, a także długie węże z kolorowych resztek wełny. Na piękny las otaczający ośrodek mogły tylko popatrzeć przez okna. Maryla opowiadała, jak obserwowały biegające po konarach drzew wiewiórki, kiedyś widziała mamę-wiewiórkę przenoszącą w pyszczku swoje młode…
Internowanych pilnowali milicjanci, z reguły zachowujący się przyzwoicie. Wartę na zewnątrz pełnili młodzi żołnierze, z którymi, jak twierdziła Maryla, relacje były pozytywne. W zimowe, mroźne noce kobiety robiły im kawę, którą następnie w słoikach uwiązanych na sznurkach spuszczały przez okno.
Gdy Maryla i jeszcze jedna z kobiet zachorowały, zezwolono im na pobyt w pobliskim szpitalu, na czas potrzebny do wyleczenia. Tu, w szpitalu nie pilnowali ich strażnicy, można było nawet na krótki czas wyjść na zewnątrz.
30 czerwca 1982 roku Maryla otrzymała miesięczną przepustkę z internowania. Maryla nie wróciła już do ośrodka odosobnienia, ponieważ generał Jaruzelski wydał decyzję o zwolnieniu z internowania wszystkich kobiet z dniem 22 lipca. Było to wówczas święto o nazwie „Odrodzenia Polski”, symboliczna data przejęcia władzy przez komunistów w 1944 roku.
Listopad 1982 roku był miesiącem szczególnym. Dziesiątego tego miesiąca zmarł Leonid Breżniew. W tym dniu przypadała rocznica rejestracji NSZZ Solidarność, planowana była manifestacja. Zapewne dlatego o śmierci Breżniewa oficjalnie poinformowano dopiero następnego dnia. Maryla w tym czasie znów przebywała w szpitalu z powodu planowanej wcześniej operacji laryngologicznej. Termin wybrała chyba też dlatego, że obawiała się ewentualnych prewencyjnych aresztowań związanych z rocznicą.
2004 rok to rok nowej emigracji z przyczyn ekonomicznych. Problemy z nią związane przerosły i oczekiwania samych emigrantów, i możliwości ich rozwiązania przez polskie władze. Sama jako kobieta w wieku 52 lat, bez pracy i możliwości jej otrzymania, mimo usilnych zabiegów i dobrego wykształcenia, zmuszona zostałam do wyjazdów z kraju na wiele lat. Osiemnaście lat spędziłam po części w Walii, Anglii i Niemczech. W roku 2016 pracowałam jako opiekunka w Passau, w Niemczech, gdy nagle umarł mój mąż. Do jego śmierci nie zdawałam sobie sprawy z psychologicznych konsekwencji mojej decyzji. A przecież, jak wszyscy „późni” emigranci, stanęłam przed koniecznością budowania nowej tożsamości kulturowej. Mieliśmy ustabilizowane życie w Polsce, nie byliśmy już bardzo młodzi, opuściliśmy kraj w poszukiwaniu pracy, a często możliwości leczenia dla nas samych – w Polsce brakuje pieniędzy na leki, na leczenie ‘”twardych chorób”. Liczą się też potrzeby rodziny, auto, mieszkanie, kształcenie dzieci lub, i to już jest wystarczający powód wyjazdu – chęć zapewnienia rodzinie w Polsce godnego utrzymania.
Jestem kobietą, żoną, matką, babcią, na dobre i złe w przyzwyczajeniach i zachowaniach ukształtowaną przez Polskę. Nagle zmieniły się realia, znalazłam się w nowej rzeczywistości kulturowej, zmuszona do asymilacji z obcym środowiskiem. Emigracja czy saksy, nieważne, mają swoje blaski i cienie. Jak wszystko na tym świecie, bo nic nie jest białe i nic nie jest czarne. W Niemczech czuję się jak w szkole, w której uczą mnie na nowo prasować, układać, sprzątać, czyścić, gotować – ale po niemiecku. W wieku emerytalnym ma się już całkowicie sprecyzowany sposób postrzegania świata rzeczywistości, dlatego proces przystosowywania się nie jest bezbolesny, ta cała koherentność z rodziną, do której się trafia. Byłam jedną z wielu Polek w tym zimnym świecie bezwzględnego dobrobytu. Zależało nam, by postrzegano nas jak osoby równe, które mają, tak samo jak gospodarze, jednakową wartość i są równe wobec prawa. Nie chcemy jednak udawać Walijek, Angielek czy Niemek. Nie chcemy kreować fałszywego obrazu Polki, nie chcemy wyrzekać się własnej tożsamości. Świadomość korzeni, to wartość największa i nic nie może jej stać na przeszkodzie. My, Polki, na szczęście, mamy poczucie własnych korzeni, własnej wartości, umiemy zachować równowagę pomiędzy własną tożsamością z całym polskim bagażem tradycji, a koniecznością dopasowania się do nowej kultury. Polak musi umieć wszystko. I to jest PRAWDA. Ale są jeszcze „oni”.
W wielu domach czułam się cieniem, zaledwie mijanym przez rodzinę.
Praca, jak praca, ale zmuszanie nas na siłę do przyjmowania obcych tradycji, zwyczajów, obyczajów i ceremoniałów panujących w domach podopiecznych, pomimo wspólnych europejskich tradycji, często przerasta siły opiekunów. Bez zdolności kognitywnych, kompatybilnych nie byłybyśmy w stanie wykonywać tej pracy.
Ale była i inna strona tej pracy – empatyczna. Te wyjazdy nauczyły mnie szacunku do życia, bo były bramą do nowego świata, świata cierpienia i ludzkiej egzystencji.
Te doświadczenia prowadzą do rozchwiania osobowości, wywołują poczucie zagubienia, wyobcowania, bezdomności. I w Anglii, i w Niemczech można spotkać tę ksenofobię, myślenie antyhumanitarne. Widziałam sytuacje wyrzucanie opiekunek za drzwi. Nasze życie było niepewne, a nierzadko też biedne. Bywało, że mieszkałam w bezgranicznie nędznych warunkach. Pracowałam nawet po 300 godzin miesięcznie. Doświadczałam dyskryminacji, odczuwałam na własnej skórze fakt, że postrzega się nas Polaków jako nędzarzy.
Czy to śmieszne, taki brytyjski żart?
– Dlaczego z Wysp Brytyjskich zniknęły łabędzie? – Polacy je zjedli.
Wykonujemy tę pracę, bo wśród miejscowych nie ma chętnych do tej pracy, jak zresztą do każdej innej ciężkiej pracy. ”Niech pracują emigranci, my wolimy korzystać z socjalu”, tak mówią. Opiekunka-niewolnica, maszyna do pracy.
Dlaczego? Dlaczego tak musi być? – Bo Polska to macocha, jak powiedziała mi matka czworga dzieci, tak jak ja wracająca z Niemiec do domu. Opiekunki wyjeżdżają za pośrednictwem polskich agencji, ale agencje te tylko pośredniczą na rynku pracy i wysyłają Polki nie przygotowane, często nawet bez znajomości języka. Kobiety wyjeżdżają bez żadnego przeszkolenia, nie mając pojęcia o pracy z ciężko chorymi seniorami. Często się zdarza, że jesteśmy dyskryminowane i poniżane, przez nich i przez ich rodziny. Często zadaję sobie pytanie – czy to nowy „rasizm”? Kim jesteśmy my Polki, opiekunki w Niemczech?
Nie wszyscy znają „nędze” życia opiekunek. Widzą tylko „blaski”: pieniądze. No cóż! Powiedziałabym raczej, to nie „blaski”, to błysk zaledwie. Ta radość z możliwości zarabiania pieniędzy, jedyny powód do zadowolenia. Wspomaganie finansowo rodziny. Ale i to świat zewnętrzny usiłuje nam obrzydzić. W Polsce spotyka nas zawiść, na obczyźnie – pogarda. Nieudacznicy, żebracy. Nasłuchałam się o „biednych Poloczkach” przyjeżdżających do Niemiec po kasę. Tak, musimy przyjeżdżać po kasę, ale nie – nie jesteśmy nieudacznikami.
Po 18 latach pracy mogę powiedzieć, że na szczęście w naszej doli nastąpiła jednak pewna poprawa. Trochę lepsza jest integracja pracowników z Polski, trochę lepiej niż kiedyś informuje się nas, w jakie warunki jedziemy, do jakiego domu, do jakiego kraju, w jakim społeczeństwie się znajdziemy. Gdy wyjeżdżałam 18 lat temu, nie miałam o tym zielonego pojęcia.
Mój apel do wszystkich instancji administracji państwowej, samorządowej w Polsce. – Nie wysyłajcie kobiet, matek żon, babć, żeby na obczyźnie dorabiały do głodowych emerytur, nie skazujcie „starych drzew”, tych, których się już nie przesadza, na wyobcowanie. Nigdy my nie staniemy się nimi. Chcemy pracować u siebie. Jesteśmy mocne, ale obczyzna niszczy. Nie wyganiajmy kobiet z domów. Chrońmy kobiety, które już tyle lat przepracowały w Polsce. Trzeba tworzyć nowe miejsca pracy, tak, by młodzi mogli wracać. Sama mam dwie córki, które kształciły się na już na zachodnich uniwersytetach i nie myślą wracać.”Do czego?”- mówią. Ich praca wspomaga teraz tamtejszy budżet. I tak myślą cztery miliony młodych Polaków, którzy urządzają sobie życie w Europie i na świecie.
Myślę o integracji, o równym traktowaniu, o tym, że tak bym chciała, aby Unia Europejska stała się naprawdę naszym wspólnym Domem.
Obraz emigracji i saksów w Niemczech przedstawiłam w moich powieściach.
Jest początek września, kończą się wakacje, zaczyna rok szkolny. Jestem nauczycielką, więc ten czas ma dla mnie znaczenie cezury. Schyłek lata to moja ulubiona pora roku. Nie ma to związku z powrotem do pracy w szkole ale z tym, co dzieje się w naturze. Lubię ten czas nazywany „porą zasypiania”, gdy ociężała od owoców przyroda powoli przechyla się ku jesieni. Pojawia się coraz więcej kolorów, innych niż letnie jaskrawości, głębszych, bardziej nasyconych. Przede wszystkim – fiolety, barwa dojrzałych śliwek i winogron, które zbieraliśmy zawsze pod koniec września. Obrastały splątanym gąszczem mur okalający ganek i schody prowadzące do naszego mokotowskiego domu. Dziś tworzą pergolę ocieniającą taras domu na Bemowie, pną się do góry, oplatają balustradę balkonu mieszkania Maryli. Ich owoce mają ciemnofioletową skórkę i smak, który łączy słodycz , cierpkość i lekką goryczkę z niezwykłym aromatem. W mokotowskim ogrodzie rosły drzewa owocowe, wśród nich szczególne miejsce zajmowała stara śliwa, chyba jakaś odmiana węgierki. Jej owoce były duże, słodkie, trzeba było szybko je zbierać zanim dobrały się do nich robaki. Obok niej rosła grusza. Było też kilka jabłoni. W rogu ogrodu, wciśnięta między garaż i komórkę stara kosztela, której jabłka Maryla lubiła najbardziej. W ogóle bardzo lubiła jabłka. Z owoców zebranych w ogrodzie robiła dżemy. Wkładała do brytfanny razem jabłka, gruszki, śliwki, zsypywała cukrem i wstawiała do piekarnika. Potem gorący dżem przekładała do słoików. Kilka zabierała zawsze do Berlina. Po owoce jeździło się też na działkę cioci Oleńki, do Mogielnicy. Tam też rosły stare jabłonie i grusze. Pamiętam taki jeden nasz wspólny wypad na działkę, pod koniec sierpnia, razem z ciocią, Marylą, ja i Tadeusz z Jankiem. Był ciepły, słoneczny dzień, upiekłam kotlety i ziemniaki na grillu, Maryla mieszała sałatę, jedliśmy siedząc przy stole pod drzewami. Innym znakiem jesieni były w mokotowskim ogrodzie dojrzewające orzechy włoskie. Rosło tam z siedem drzew orzechowych, wysokich, starych, kilku różnych odmian. Był czas, że teściowie część z nich sprzedawali do pobliskiego warzywniaka. Potem zbieraliśmy je już tylko na własny użytek. Przez całą zimę na stole w kuchni stał koszyczek orzechów, a każdemu posiłkowi towarzyszył dźwięk rozłupywanych skorupek. Były obowiązkowym dodatkiem do ciast, Maryla miała też przepis na ciasteczka, które robiło się mieszając kakao, mleko w proszku, płatki owsiane i dużo orzechów. We wrześniu ogród zasypany był złotymi, orzechowymi liśćmi. Maryla wyjechała do Berlina na rok przed upadkiem muru. Ja pojechałam późną jesienią, już po tym wydarzeniu. We wrześniu 1993 roku urodziłam syna. A we wrześniu 2001 roku, gdy Janek szedł do pierwszej klasy, umarła moja teściowa. Niecały tydzień po jej pogrzebie patrzyliśmy oniemiali w ekrany telewizorów, na których samoloty wbijały się w gmachy WTC. Jesienią odeszły też obie ciocie, siostry mojej teściowej. Jedna we wrześniu, druga w listopadzie. Dla Maryli początek jesieni oznaczał nadejście chłodu. Nie lubiła marznąć, często się przeziębiała. W starym domu długo nie mieliśmy gazowego pieca centralnego ogrzewania, stary koksownik z trudem radził sobie, zwłaszcza podczas zimowych mrozów. Trzeba było do niego dokładać, nawet w nocy. Maryla, zaraz po wstaniu z łóżka, zakładała na siebie wełniane swetry, część z nich sama wydziergała na drutach. Będąc już w Berlinie, narzekała, gdy nadchodziła „berlińska zima, wyjątkowo paskudna, zimna i wilgotna.” Maryla zachorowała na wiosnę, operację przeszła pod koniec lata. Jesienią czuła się dobrze, do świąt Bożego Narodzenia byliśmy wszyscy pełni optymizmu. Chyba jednak zimowe chłody niekorzystnie podziałały na jej osłabiony organizm. Zachorowała na zapalenie płuc, w lutym leżała w szpitalu. Myślę, że jednak musiała się przeziębić. Umarła pod koniec marca, miesiąca, którego boją się chorzy i starcy.
Im August dieses Jahres sind 61 Jahre vergangen seitdem man die Berliner Mauer errichtet hat. 28 Jahre später, am 9. November fiel sie.
Polinnen über die Berliner Mauer
Im Dezember 2020 haben Freunde von polnischer Aktivistin und Autorin, Joanna Trümner (1958-2020) beschlossen, ihr Andenken mit der Herausgabe eines Buches mit ihren Texten über die Berliner Mauer zu ehren.
Elżbieta Kargol und Joanna Trümner, zwei Autorinnen, die schon lange für diesen Blog (ewamaria.blog) schrieben, beschlossen schon 2019, mehrere Texte unter dem Titel »Vor 30 Jahren fiel die Mauer« zum Blog zu bringen.
Sie bereiteten diese Beiträge seit Mitte 2019 vor als ihr gemeinsames Werk, obwohl zuerst war es öfter so, dass Joanna Texte schrieb und Ela Fotos machte. Als Joanna erkrankte, übernahm sie das Schreiben der weiteren Texte. Kurz vor der Fertigstellung des Buches vervollständigte die Publikation Krystyna Koziewicz.
Die Texte und somit das Buch sind (eigentlich selbstverständlich) auf Polnisch entstanden – es waren doch alle Polinnen, diese Frauen, die sich das ganze ausgedacht und beschrieben haben. Auch die Gruppe, die sich zusammen getan hat, um das Buch herauszugeben, war lediglich weiblich.
Im Januar 2020, als das Buch auf Polnisch fertig war, organisierte Ewa Maria Slaska, eine polnische Bloggerin und Redakteurin des Buches, eine Spendenaktion über die Plattform GoFundMe. Die Ergebnisse dieser Aktion übertrafen alle Erwartungen. Es hat sich soviel Geld angesammelt, dass man Entscheidung getroffen hat, all die Texte ins Deutsche übersetzen zu lassen, um das Buch auch auf Deutsch herauszugeben. Die Übersetzung übernahmen zwei weitere Polinnen – Dorota Cygan und Elżbieta Jagiełło. Diese einmalige Frauenriege wurde erst an der Finale durch einen Mann noch, einen Dichter und Grafiker, K. Łamarz unterstützt, der den Satz und Layout vorbereitet und diesen wunderbaren Umschlag entworfen hat, mit dem Bild von Rainer Fetting, »Van Gogh und Mauer« (1978, Akryl auf Leinen, mit freundlicher Erlaubnis des Künstlers).
Wir laden ein! Zapraszamy!
PS. 1. Zbigniew Milewicz und ich (Ewa Maria Slaska) haben an diesem Abend auch Texte über New York gelesen, Fragmente eines anderen Buchprojekts.
PS. 2 Auf dem Bild: Rainer Fetting, »Van Gogh und Mauer« (1978, Akryl auf Leinen, mit freundlicher Erlaubnis des Künstlers)
Obserwując Marylę, wtedy gdy przebywała z nami, zauważyłam, że zawsze była bardzo aktywna. Nie lubiła bezczynności. Zdecydowanie preferowała te prace i zajęcia, w których widziała jakiś cel i sens. Gdy po ślubie z Tadeuszem zamieszkaliśmy razem, pracowała dla podziemnej Solidarności Regionu Mazowsze. W jej pokoju stała duża, elektryczna maszyna do pisania. W tamtych latach nikt prywatnie nie mógł posiadać takiego sprzętu, jego obecność w domu była dowodem, że należy się do antykomunistycznego podziemia. Nasz mokotowski dom, wolnostojący, w dużym ogrodzie był dość bezpiecznym miejscem. Otaczające go drzewa skutecznie tłumiły charakterystyczny, dość głośny warkot maszyny. Oczywiście, trzeba było uważać na osoby, które nas odwiedzały, żeby nikt niepowołany tej maszyny nie zobaczył. W tym czasie Maryla zajmowała się również tłumaczeniem list dialogowych do filmów niemieckojęzycznych. Współpracowała z Romanem Gutkiem. Jednocześnie aktywnie angażowała się w działalność powstającego wówczas w Polsce ruchu feministycznego.
Coraz bardziej rozczarowana życiem w kraju, nawet po przełomie roku 1989, coraz częściej mówiła o tym, że chciałaby wyjechać za granicę. Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Berlina Zachodniego, przyjęła ją z jednej strony z radością, z drugiej – dużo mniejszy entuzjazm okazywała wobec perspektywy czekającej tam pracy w tzw. „sprzątalnictwie”. To akurat nie było jej ulubione zajęcie. Twierdziła, że demotywuje ją konieczność ciągłego powtarzania czynności porządkowych: odkurzania, zamiatania, zmywania. Wszak wszystko ciągle na nowo się brudzi i całą pracę trzeba zaczynać od początku. Musiała jednak pójść w tym przypadku sama ze sobą na kompromis, na starcie w Berlinie praca sprzątaczki była dla Polek bez wątpienia jedną z najbardziej atrakcyjnych. Maryla traktowała ją jako nielubianą, ale konieczną, jednocześnie uparcie dążyła do realizacji swoich ambicji zawodowych oraz ustabilizowania się w nowym kraju, w którym postanowiła zostać.
W latach 90 rozpoczęła studia na wydziale nauk politycznych na berlińskim Uniwersytecie Technicznym, jednocześnie pisała książkę Od matriarchatu do feminizmu, wydaną w Polsce w 1996 roku. Żeby się utrzymać, przez jakieś dziesięć lat od przybycia do Berlina pracowała fizycznie jako sprzątaczka, dopiero po tym czasie znalazła pracę w kartotece szpitala neurologicznego. Zdobyła uprawnienia tłumacza przysięgłego na terenie Niemiec. A w międzyczasie były jeszcze konferencje feministyczne organizowane w Polsce i w Berlinie. No i oczywiście praca we Fraueninitiatiwe Berlin -Warschau.
Gdy przyjeżdżała do Warszawy, zawsze przywoziła ze sobą jakieś teksty do tłumaczenia. Komputer stale był włączony. Jeśli akurat nie wybierała się na spotkanie ze znajomymi ani nie jechała do cioci , do Grójca, pracowała nad zleconym tekstem. Schodziła do nas na dół, żeby porozmawiać, gdy siedzieliśmy w kuchni, przy śniadaniu lub kolacji, przysiadała na chwilę, czasem wpadała z czymś zabawnym, co koniecznie musiała nam opowiedzieć i zaraz biegła do swoich zajęć, rzucając na odchodnym: „później pogadamy”…
Jakby się bała, że zabraknie jej czasu. Latem przyjeżdżała jako pilot wycieczek, z którymi zwiedzała Polskę. Mieszkała wówczas ze swoją grupą w hotelu na Powiślu, a do domu zaglądała w przelocie. Jeśli pobyt w warszawskim domu był nieco dłuższy, zawsze uzupełniała coś w urządzeniu mieszkania. Jej ostatni pobyt, to był grudzień 2018 roku. Przyjechała dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Oprócz przygotowań do świąt, co było żelaznym punktem programu, zaplanowała wyjazd do Grójca, by odwiedzić kilka starszych pań, znajomych cioci zmarłej przed rokiem. Zawiozła im w prezencie świąteczne słodycze. A potem umówiła się z naszym znajomym, żeby zamontował dwie nowe lampy w jej łazience. I upiekła ciasta na święta.
Wspomnieniem z tamtego czasu jest też wspólny wieczór w Klubokawiarni Życie Jest Fajne, miejscu pracy dorosłych osób z autyzmem, gdzie pracował nasz syn. Było to przedświąteczne, opłatkowe spotkanie ekipy kawiarnianej, rodziców i znajomych. Przyszło mnóstwo ludzi, każdy przyniósł jakieś bożonarodzeniowe smakołyki. W kawiarni tłum, stoły pełne smacznego jedzenia. I dużo bardzo pozytywnej energii. Maryla zadowolona próbowała wszystkiego. Była już po operacji, nie mogła zjeść wiele na raz, ale zabrała sobie do domu kilka porcji łakoci. Siedzieliśmy w kącie razem z Marylą, jej przyjaciółką Ewą Karbowską i mężem Ewy, Maciejem. Panował nastrój radości i optymizmu. Patrzyłam na Marylę i cieszyłam się, widząc, że mimo choroby jest tak pełna energii. I pamiętam, jak dzieliliśmy się opłatkiem, już w domu, podczas Wigilii.
I ostatni raz, gdy Maryla, wychodząc na pociąg, w drzwiach rzuciła mi, jak zwykle: „To na razie…”
Świat, w którym słychać sprzeciw wobec wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy na nowo odkryć Maryję.
Zespół taneczny Badatea w bazylice św. Mikołaja w Bari. Włochy, 7 maja 2021 r. DAVIDE PISCHETTOLA / NURPHOTO / AFP / EAST NEWS
Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w kazaniach na uroczystość Wniebowzięcia usłyszymy słowo „niewiasta” odmieniane przez wszystkie przypadki i tylko mała część wystąpień będzie egzegezą pierwszego czytania z Apokalipsy i postaci „Niewiasty obleczonej w słońce”. Możliwe, że część kaznodziejów świadomie nawiąże do „cnót niewieścich” – pojęcia, które zrobiło furorę po wypowiedzi Pawła Skrzydlewskiego, doradcy ministra edukacji, a później samego ministra Przemysława Czarnka. Nawet tam, gdzie nawiązania nie pojawią się w słowach z ambony, będą obecne w głowach wielu słuchaczek i słuchaczy.
Czy postać Maryi może wesprzeć promocję „cnót niewieścich” wśród dziewcząt i kobiet? A może odniesienia do owych cnót – skojarzone z konkretnym obozem politycznym i jego agendą w edukacji – to niedźwiedzia przysługa względem Matki Jezusa? Możliwe, że dla części słuchaczek i słuchaczy „niewiasta” zabrzmi w tym roku jeszcze bardziej obco i dziwnie niż do tej pory. W ostatnich kilkunastu miesiącach wiele kościelnych słów i gestów zyskało nowe konteksty, tak w wyniku pandemii, jak i ujawniania coraz większej skali przemocy seksualnej ukrywanej w Kościele, oraz coraz wyraźniejszych głosów wskazujących na nierówność kobiet i mężczyzn w naszym społeczeństwie. Czy 15 sierpnia 2021 roku Niewiasta zyska nowe znaczenia?
Kobieta i jej cnoty
Czy ma sens włączanie w wielkie tematy teologiczne bieżących wydarzeń, słów dwóch urzędników związanych z jednym resortem w nie tak wielkim w skali świata kraju, wypowiedzianych w konkretnym miejscu i czasie? Prawdopodobnie sama jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałabym, że nie. Interesowałaby mnie tylko „obiektywna prawda o Maryi” i jeśli już nawiązywałabym do bieżącego kontekstu, to tylko po to, by wykazać, jak nie wolno nam mieszać świętej teologii z przemijającą polityką. Dzisiaj jednak myślę podobnie jak Stephen B. Bevans, jeden z klasyków teologii kontekstualnej, który zmianę optyki w swoim życiu przyrównywał do tego, co spotkało Szawła pod Damaszkiem. Bevans stwierdza: „Uprawiać teologię dzisiaj, w perspektywie globalnej, oznacza, o ironio!, zwracać się ku temu, co lokalne”.
Nasza lokalna perspektywa to nie tylko panowie z ministerstwa edukacji, ale także samo posługiwanie się archaicznym terminem „niewiasta” w odniesieniu do Maryi. Zaczyna się to od przekładów czy to słów Jezusa do Maryi w Kanie (J 2, 4), czy wspomnianej już Apokalipsy (Ap 12). Dlaczego nie „kobieta”? Język liturgiczny ma nie tylko u nas skłonność do przechowywania reliktów językowych. Ten anachronizm jest jednak szczególnie ciekawy. W życiu codziennym ze świecą szukać kogoś, kto uznawałby słowo „kobieta” za wulgarne – jednakże pierwotnie (mniej więcej do czasów Naruszewicza) było ono jednoznacznie pejoratywne. Osoba płci żeńskiej nazwana „kobietą” była sprowadzona do obiektu – służebnego i/lub seksualnego – oczywiście w ustach tych, którzy ją tak nazywali, owo sprowadzenie było nie ich dziełem, ale opisem jej obrzydliwej natury. Z czasem „kobieta” zaczęła być używana także jako nośnik innych cech („nikczemna, plugawa, wszeteczna” – jak podaje za autorami XVI- i XVII-wiecznymi „Etymologiczny słownik języka polskiego” Bańkowskiego). Od jakich słów pochodzi „kobieta” – wolę na łamach szacownego „Tygodnika” nie pisać.
Chociaż od XIX w. słowo „kobieta” stało się neutralne, to w mowie kościelnej ciągle unikano go w odniesieniu do Maryi. Była zbyt wyjątkowa, by nazywać ją tak, jak inne osoby płci żeńskiej? Swoją drogą także imię Maryja to wyjątek, jaki ostał się po wielkiej reformie ortograficznej z 1936 r. Wszelkie inne Marie należało od tamtej pory pisać przez „i”.
Słysząc o „cnotach niewieścich”, niezależnie od tego, czy cieszy nas, czy złości pomysł gruntowania ich u uczennic, wyczuwamy, że mowa o czymś innym niż „dzielności kobiece”, choć można by je uznać za synonimiczne.
Między Akatystem a porno
Wiele razy słyszałam, że „niewiasta” to ta, która „nie wie”; tymczasem zarówno protoplasta polskiej etymologii, Brückner, jak i młodszy o kilka pokoleń Bańkowski rekonstruują ten termin jako „nieznana” lub „obca”. Brückner dodaje do tej obcości ważne uwagi: „los jej bywał bardzo ciężki (prześladowano ją w zawody), póki porodzeniem syna (nie córki!) nie dowiodła, że wstąpiły w nią, poznały i uznały ją duchy przodków nowego ogniska”; wówczas z nieznanej stawała się pełnoprawną członkinią rodziny i wówczas nazywano ją już „snechą”, a nie „niewiastą”.
Bańkowski z kolei, znany ze swoich często bezkompromisowych ocen, w przypadku „niewiasty” zaznacza ostrożnie, że „nie przekonuje do końca żadna z 10 różnych prób objaśnienia”. Idąc drogą Brücknera, dodaje do aspektu bycia nieznaną także aspekt polityki plemiennej; według niego „niewiasta” może również oznaczać „nieradna”, to znaczy bez prawa głosu w radzie rodowej czy wiecu. Niewiasta byłaby zatem w słowiańskiej tradycji tą, która nie ma prawa głosu.
W haśle „niewiasta” wśród źródeł Bańkowski przywołuje dwa teksty kultury. Po pierwsze Akatyst i zawarte w nim główne wezwanie: cerkiewno-słowiańskie „radujsja, nevěsto nenevěstnaja”. W polskim tłumaczeniu główne pozdrowienie Maryi brzmi nie: „Niewiasto nieniewieścia”, ale „Oblubienico dziewicza”, co także wyraża pewien paradoks, ale natychmiast kieruje uwagę na konkretny aspekt maryjnej kobiecości, związany z jej relacją do mężczyzny i seksualności.
Zaraz po Akatyście Bańkowski przywołuje „Żywoty filozofów” (1535) autorstwa, jak to określa, „pierwszego polskiego pornografa (sensu stricto)” Marcina Bielskiego: „Niewiasta jest męskie zhańbienie, nienasycone źwierzę, ustawiczna praca, ustawiczna wojna, każdego dnia szkoda, dom kłopotu, zrządzenie psoty, młodzieńców zbłaźnienie, bestyja nigdy niestroczona, brzemię nieznoszone, jad niewyleczony, ludzkie zagubienie”. Ta antylitania także wiąże niewiastę z jej relacją do mężczyzny i do seksualności.
To nie incydentalne jedynie zestawienie tekstów: istota żeńska jest uosobieniem cnót albo „męskim zhańbieniem”. W najpoważniejszym i najbardziej poruszającym ze znanych mi stand-upów („Nanette”) podsumowuje to Hannah Gadsby, australijska komediantka, z wykształcenia historyczka sztuki: „Historia sztuki nauczyła mnie, że zawsze istnieją tylko dwa typy kobiet. Dziewica albo dziwka. Dla małej dziewczynki są tylko dwie opcje, kim może być, gdy dorośnie. (…) Gdy pójdziecie do galerii starych obrazów, znajdziecie mnóstwo dowodów, że kobiety istnieją od bardzo dawna. Dłużej niż ubrania”. Gadsby opowiada o zachodniej sztuce, w której mężczyźni przedstawiają kobiety jako „zrobione z ciała wazony” na swoje falliczne kwiaty, i zbiera owację.
Jeżeli osoba płci żeńskiej nie jest Madonną, to co jej pozostaje? I czy nie odnajdując się w tym, jak przez wieki przedstawiali ją mężczyźni, jest w ogóle kobietą? Gadsby mówi o wycieczce po galeriach sztuki i przedstawianych tam paniach: „Przyglądam się tym kobietom i nie wydaje mi się, byśmy należały do tego samego gatunku. (…) Nawet biologicznie nie należymy do tego samego gatunku. Po pierwsze, posiadam funkcjonujący szkielet. W galeriach zobaczycie, że jeśli tylko kobieta nie jest przyodziana w gorset i/lub błonę dziewiczą, całkowicie traci strukturę. Przelewa się z miejsca na miejsce, jakby mówiła: »Meble, do czego to?«. Pozycja na łyżeczkę. Rozpostarta z cyckami na wierzchu. (…) Nie jestem damą także dlatego, że codziennie udaje mi się dokończyć proces ubierania się. Codziennie. Wszystkie guziki, aż do samej góry. A jestem dość roztrzepana… Przychodzi mi to jednak całkiem łatwo. Zwłaszcza jeżeli wychodzę z domu po to, by namalowano mój portret”.
Amerykański franciszkanin Richard Rohr pisze w swojej (niestety niewydanej jeszcze po polsku) książce „The Universal Christ”: „Im bardziej maczystowska i patriarchalna dana kultura, tym większa w niej pobożność maryjna” i podpiera to twierdzenie wieloletnim doświadczeniem pracy z grupami mężczyzn. Rohr stara się znaleźć pozytywną interpretację tego fenomenu, ukazując ją jako nieświadomą i niekoniecznie skuteczną próbę zbalansowania tej kultury przez element żeński.
Tymczasem ks. Andrzej Stefański, który odpowiedział na zadane przeze mnie w różnych katolickich grupach w mediach społecznościowych pytanie o naśladowanie Maryi i jej cechy, pokazuje mniej optymistyczny obraz: „Maryja bywa w Kościele wykorzystywana jako wygodne alibi wobec kościelnych feministek: Co? W Kościele ktoś dyskryminuje kobiety? Ależ skąd, przecież to właśnie Kobietę Kościół wyniósł do najwyższych godności. Żeby wszyscy szanowali kobiety tak, jak my szanujemy! Po co nam dyskusja o kapłaństwie kobiet? Przecież Maryja była Matką samego Boga, a nie dopominała się kapłaństwa. Czy księża bywają mizoginami? Skądże znowu, przecież kapłan musi być maryjny, Maryja jest Matką Kapłanów! Nie jest możliwe, by jakikolwiek ksiądz patrzył z góry na kobiety, skoro ma przed oczyma, dzień i noc, model Tej Jedynej Kobiety”.
Czy odarta z realności, przybrana w wota i „ciężkie złote korony” (Małgorzata Cywińska, „List do Matki Bożej”) Maryja może być punktem odniesienia dla jakiejkolwiek dziewczyny czy kobiety?
Podobny wątek znajduję w artykule Zuzanny Radzik na Wniebowzięcie („Nasza siostra”, TP nr 34/2012), który rozpoczyna się następująco: „Najpierw trzeba zdjąć z niej te wszystkie zdobne, lecz pancerne koszulki i wota. Zapomnieć o pastelowych portretach dziewczyny o nieskalanej cerze, łagodnym spojrzeniu i delikatnym uśmiechu. Wśród chmur, aniołów, róż. Świetliście nieprawdziwej, aż nieludzkiej. Skromnej, smukłej, w niczym nieprzypominającej matczynych kształtów bogiń płodności. Wąska w biodrach, blada, o nieśmiałych, beznamiętnych ustach. Nowa Ewa, niemająca nic wspólnego z przywarami zwykłych kobiet. Dziewicza i czysta. Jak zdjąć z niej to wszystko i znaleźć coś krwistego?”
A jednak wszechobecnie bliska
Maryja, Matka Jezusa, pojawia się na kartach Nowego Testamentu kilkakrotnie, w tym w momentach kluczowych dla misji swojego Syna. Ale przyłożenie do tych fragmentów narzędzi współczesnej biblistyki nie pozostawia wiele złudzeń: nie dowiemy się, jaka z całą pewnością była. Jej postać występuje przede wszystkim w tych fragmentach Ewangelii, w których historia rozumiana jako wierne przedstawienie faktów ustępuje miejsca teologicznej historii zbawienia, bliższej symbolom, analogiom, dialogowi między Biblią hebrajską a doświadczeniami i wiarą pierwszych chrześcijan. W moich ustach teolożki to nie zarzut. Kocham teologię Łukasza, w której Maryja zostaje powołana podobnie jak Mojżesz czy prorocy; w której wyśpiewuje hymn o zbawieniu, jak jej imienniczka Miriam, siostra Mojżesza, po przejściu przez Morze Czerwone.
Wiele spośród pytanych przeze mnie o cechy Maryi osób podkreśla jako szczególnie istotną jej towarzyszenie Jezusowi i kontemplowanie zbawczych wydarzeń Jego historii, cierpliwość, uważność. To z pewnością postawa, która czyni Maryję wzorcem uczennicy, ale i ucznia Jezusa, przykładem dla każdej osoby chcącej podążać chrześcijańską drogą – niezależnie od płci. Nie dziwi fakt, że te aspekty są wydobywane w bardzo teologicznej Ewangelii dzieciństwa zawartej u Łukasza. Podobnie nie dziwi to, że Maryja na kartach teologicznego traktatu, jakim jest Ewangelia Jana, pojawia się zarówno u zarania ziemskiej misji Jezusa – w Kanie, jak i u jej kresu – pod krzyżem.
O macierzyńskim obliczu Maryi i o znaczeniu jej cierpienia, zwłaszcza z powodu męki i śmierci Jezusa, wspominają moje respondentki, często odwołując się do własnych przeżyć związanych z ciążą lub macierzyństwem i relacją z dzieckiem. Pieta jest niemal tak często obecna w sztuce sakralnej, jak Matka karmiąca Jezusa albo ukazująca Go światu. Co więcej, wątek matki cierpiącej z powodu śmierci syna przewija się także poza kontekstem chrześcijańskim czy w ogóle religijnym. Od razu myślę o trzech dziełach, coraz dalszych od naszego polskiego i katolickiego kontekstu: III symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego (1976), berlińskiej rzeźbie „Nigdy więcej wojny” Käthe Kollwitz (1937) czy powieści amerykańsko-kanadyjskiej pisarki japońskiego pochodzenia Ruth Ozeki „W poszukiwaniu istoty czasu” (2013). W powieści tej pojawia się wątek bardzo starej zakonnicy buddyjskiej, w młodości anarchistki, feministki i pisarki, która wstąpiła do klasztoru zen po śmierci syna – pilota kamikaze. Jej misją staje się modlitwa za świat, w którym nikt nikogo nie będzie nienawidził, modlitwa o pokój. Nie wiem, czy napotkałam w XXI-wiecznej literaturze bardziej „maryjną” postać.
A co z naszą katolicką, kościelną rzeczywistością? W dziejach teologii, a zwłaszcza nauczania ze strony Magisterium Kościoła, papieże i biskupi ogłaszali różne twierdzenia, w których pojawiała się Maryja. W rozwoju dogmatów „maryjnych” widzę dwa zjawiska. Pierwsze to budowa solidnych podstaw teologii dotyczącej Chrystusa i Kościoła. Podstawowym celem dogmatów maryjnych z punktu widzenia teologii i doktryny kościelnej jest przekaz czy obrona pewnych twierdzeń dotyczących Jezusa. Elżbieta Adamiak wyjaśnia to w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi” („Maryja jest jedną z nas”, nr 50/2018), odnosząc się do dogmatu o Niepokalanym Poczęciu: „To rozumowanie jest potrzebne, by zabezpieczyć bezgrzeszność Jezusa. W kategoriach teologii św. Pawła Jezus jest bez grzechu nie ot tak, tylko po to, by jako bezgrzeszny mógł dokonać naszego zbawienia. Gdyby On sam był grzeszny, nie mógłby nas zbawić”.
Podobnie znacznie starszy dogmat o Bożej Rodzicielce (Theotokos) został ustanowiony przeciw nestorianom, którzy rozdzielali natury Boską i ludzką w Chrystusie. Mówiąc o Maryi jako Bożej Rodzicielce, tak naprawdę mówimy o tym, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg, i głosimy zjednoczenie natur Boskiej i ludzkiej w jednej osobie.
Główne dogmaty maryjne są zatem dogmatami… chrystologicznymi. „Niewiasta” zyskuje miejsce przy wspólnym ognisku, gdyż urodziła syna, jest już swoja, a nie obca.
To jednak niecała historia. Dogmaty maryjne nie wynikają tylko ze sporów o Chrystusa, ale również – i to drugie istotne zjawisko – z tego, jak chrześcijanie rozumieli postać i znaczenie Maryi. Według Johna Henry’ego Newmana było tak już przy dogmacie o Theotokos. Wyraźnie widać to było także w XX w. Przed ogłoszeniem najnowszego (1950 r.) dogmatu – o Wniebowzięciu Maryi, Pius XII skierował pytanie do wszystkich biskupów, a za ich pośrednictwem do duchowieństwa i ludu, o to, czy życzą sobie takiego dogmatu. Zaśnięcie (pojęcie bardziej obecne we wschodnim chrześcijaństwie) lub Wniebowzięcie Maryi pojawiało się bowiem w liturgii i pobożności ludowej już od późnej starożytności.
Adamiak mówi także o „mariologii przywilejów, w której chodziło o to, by znajdować jak najwięcej powodów, by Ją czcić”. Teolożki i teolodzy akademiccy zwykli, zwłaszcza po II Soborze Watykańskim, dystansować się od nurtów szukających poparcia dla kolejnych orzeczeń dogmatycznych, np. o Maryi jako Współodkupicielce. Podkreślają, że „Maryja jest jedną z nas”. Dlaczego zatem w duchowości wielu katoliczek i katolików oraz w różnych przejawach nie tylko ludowej pobożności Maryja zajmuje ciągle tak wiele miejsca – nie tylko jako jedna z nas, ale jako obiekt religijnej czci?
Podwójnie nieznana
Podobne pytanie stawia Richard Rohr, który zastanawia się: „Dlaczego pierwsze czternaście wieków chrześcijaństwa [Rohr widzi istotną cezurę w reformacji], w Kościołach Wschodu i Zachodu, było po uszy zakochane w tej, zdawałoby się, całkiem zwyczajnej kobiecie?” Przywoławszy liczne tytuły i wezwania kościołów i sanktuariów maryjnych w Europie stwierdza: „Zdecydowanie mamy tu do czynienia nie z pojedynczą kobietą, ale z symbolem założycielskim – czy, zapożyczając terminologię od Carla Junga, »archetypem« – obrazem gromadzącym w sobie cały ogrom znaczeń, których nie da się logicznie zakomunikować. Nic nie może pojawiać się tak powszechnie i przez tak długi czas, jeśli nie jest w jakiś sposób ugruntowane w naszej kolektywnej ludzkiej nieświadomości”.
Rohr nie twierdzi, że Maryja jest Matką Ziemią czy Pierwszym Wcieleniem (wątek pierwszego Wcielenia w stworzeniu to jeden z kluczowych wątków „The Universal Christ”), ale wskazuje, że – zwłaszcza w sztuce – postać Maryi stała się ich symbolem. Co więcej, „Maryja jest głównym żeńskim archetypem misterium Chrystusa. Ten archetyp ukazał się wcześniej jako Sofia czy Święta Mądrość (zob. Prz 8, 1nn; Mdr 7, 7nn), a następnie w Apokalipsie (12, 1-7) w kosmicznym symbolu Niewiasty obleczonej w słońce i stojącej na księżycu. Ani Sofia, ani Niewiasta z Apokalipsy nie są dokładnie Maryją z Nazaretu, jednak na wiele sposobów obie są i każda z nich poszerza nasze rozumienie Boskiej Kobiecości”.
Szczególnie dogmat o Wniebowzięciu zdaje się przekraczać ramy teologii służebnej względem chrystologii. Mówi o Maryi owszem jako tej, która została do nieba wzięta (a nie wstąpiła sama), ale nie wydaje się nijak konieczny do wzmocnienia gmachu innych twierdzeń. Rohr podaje, że Carl Jung uznał ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu za „najbardziej znaczący rozwój teologiczny w XX w.”, ponieważ ogłoszono, że w wieczności istnieje na zawsze ciało – ciało kobiety! Dla autora „The Universal Christ” Maryja – archetyp relacji świata z Bogiem, relacji człowieka z Bogiem – jest także symbolem niedwoistości. Zbliża do siebie dwa rozłączne światy: „materii i ducha, żeńskiej matki i męskiego dziecka, ziemi i nieba”.
Myślę o tej podwójnie nieznanej Maryi: nieznanej, bo jest niewiastą, i nieznanej, bo jest nieniewieścia. Wykracza poza to, co znamy z codzienności, jako ta, której ludzkie ciało i ludzkie życie pozwoliło na narodzenie się Chrystusa. Jestem przekonana, że świat, w którym coraz częściej słychać głos sprzeciwu względem wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy dać więcej miejsca i więcej głosu tej Nieznanej. Niewieście. I jeśli stanie się dla kogoś wzorem cnót, to nie będzie to wpisany w podstawę programową punkt kształcenia dziewcząt, ale inspiracja dla osób dowolnej płci. Nie przeciwwaga dla kobiet rozumianych jako źródło męskiego grzechu. Nie próba załatania braku kobiet na kościelnych urzędach.
Myślę, że odbieram jakieś fale – może są to fale mózgowe, może myślowe, może świetlne, które nie giną, a są nagrywane przez środowisko. Ja żyję na własnej linii dźwięku i światła – to mój indywidualny ślad, moja tożsamość. Może odbieram fale z przyszłości i mój mózg przetwarza to na senne obrazy. Zresztą sama nie wiem. Może wszystko co mi się przydarza, widzę jako doświadczenie, zwyczajne to, co musi się w przyszłości wydarzyć. Może mam się nauczyć i zebrać informacje, a kolektywna świadomość potrzebuje tego, bym je zebrała? Jestem niespokojna, rozgorączkowana, nieprzerwanie poszukuję przygód, często weryfikuję swoje poglądy. Idę z duchem czasu, nie oglądając się wstecz. Obecna chwila jest najważniejsza. Widzę jasno swoją przyszłość i jestem gotowa na nowe wyzwania, doświadczenia, ryzyko. Witalna i zwinna, oto cechy jakich potrzebuję. Myślę, że posiadam. Wszystkie.
List do córki, która śmieje się z mamy i jej znikomej wiedzy
Mam dużo czasu i myślę, myślę. Wpadłam na genialny pomysł, żeby opisać CZAS. Czy można go wytłumaczyć z punktu widzenia fizyki? Zwracam się do Ciebie, jako wykształconego fizyka z dyplomem angielskiej uczelni. Posłuchaj! Nie wiem, czy mam rację. Starzejemy się szybciej, jeśli czas biegnie powoli (nuda, oczekiwanie na coś), a jeśli zatrzymujemy chwilę intensywną pracą, to zatrzymujemy w miejscu również czas i wówczas się nie starzejemy. Pytanie – o ile? Nieważne, że np. o milisekundy, ale to zawsze coś. CZAS mnie kręci, bo śnią sny, w których nie mam uczucia upływu czasu liniowego, tam w ogóle nie ma czasu. Dobra! Obliczę to w następnym życiu, a może kiedyś podpowiem Ci STAMTĄD, CZYM JEST CZAS i dam CI znać. Przecież znajduję się w jakimś czasie, w jakiejś przestrzeni ale… w takim razie, w czym znajduje się przestrzeń? Kiedy mnie ktoś o to pyta, to w przestrzeni mego wnętrza WIEM, czym jest CZAS, jakbym w czasie zadawania pytania wiedziała, ale po sekundzie zapominam. Wymyśliłam, że CZAS zależy od wagi (ciężaru.) Ktoś ciężki, kto waży np. 100 kilo, będzie żył krócej niż chudy o wadze np. 60 kilo. Ale o ile krócej? W dzisiejszym śnie miałam wykład o CZASIE. Boże! Chcę pamiętać, co mówiłam. TO było ważne, a ja nie pamiętam.
Twoja mama Łucja, żaden autorytet
Odpowiedź
Mamuś, nie wiem i nikt nie wie. Żaden z naukowców do tej pory nie podał definicji CZASU. Dla mnie po prostu jest, bo… mam zegarek, a spóźniłam się dziś do pracy.
Przywołując w pamięci moje rozmowy z Marylą uświadamiam sobie, że większość z nich pozostała niedokończona. Pewnie dlatego, że choć miałyśmy w pewnych sprawach podobne poglądy, to nie zawsze się zgadzałyśmy. Czasami miałam wrażenie, jakby Maryla była tym zaskoczona. Dotyczyło to zwłaszcza tematów kobiecych i feministycznych. Powracał w naszych rozmowach problem aborcji, najtrudniejszy pod względem etycznym. Zasadniczo obie byłyśmy za prawem do wyboru. Jednak, gdy temat zaczynałyśmy – mówiąc językiem młodzieży – rozkminiać, ujawniały się różnice w poglądach. Pamiętam, że jeszcze przed narodzeniem Jaśka, w czasach, gdy pod wpływem Maryli analizowałam z feministycznego punktu widzenia literacki wizerunek kobiety i matki w polskiej literaturze, zwróciłam uwagę na motywy łączące stale macierzyństwo z cierpieniem. Czułam wówczas głęboki sprzeciw wobec takiego wzorca kulturowego, wiedząc oczywiście o tym, w jaki sposób jego geneza wiąże się z tematem martyrologii i mesjanizmu narodowego. Później, gdy ujawniła się niepełnosprawność naszego syna (a stało się to między trzecim a piątym rokiem jego życia), temat, który traktowałam w kategoriach czysto symbolicznych, wrócił do mnie w wymiarze realnego, życiowego doświadczenia, pozbawionego wszelkich kontekstów historycznych i kulturowych. Bo oczywiście fakt, że moje dziecko jest niepełnosprawne stanowi rodzaj cierpienia. Jednak nie przekreśla ono ani miłości macierzyńskiej (rodzicielskiej), ani nie unieszczęśliwia. Jak powiedziała Iwona Hartwich, przywódczyni protestu rodziców i opiekunów niepełnosprawnych dzieci: „Nasze dzieci nie są dla nas problemem…”
Wciąż niepokoi mnie pytanie, czy w związku z prawem kobiety do wyboru, prawo do życia osoby z niepełnosprawnością nie staje się ambiwalentne? Ten rodzaj pytań stawiałam Maryli, która miała tu od razu obraz naszego syna a swojego bratanka. I nie znajdowała, bo nie mogła znaleźć, gotowych odpowiedzi. Np. kiedy zapytałam ją, co sądzi o postawach, jakie pojawiły się we Francji, gdy niektóre media pokazywały uśmiechnięte, szczęśliwe dzieci z zespołem Downa i ich szczęśliwych rodziców. To wywołało sprzeciw działaczy „pro choice”, bo, rzekomo, mogło wzbudzać poczucie winy u kobiet, które zdecydowały się na aborcję. Maryla, po namyśle, zgodziła się ze mną, że było to ze strony organizacji „pro choice” zdecydowanie zbyt daleko posunięte działanie propagandowe.
Gdy się ma w rodzinie niepełnosprawne dziecko, zwłaszcza, gdy się jest jego rodzicem, ale także wtedy, gdy po prostu obserwuje się z bliska jego rozwój, jasne staje się pytanie o zależność między wolnością a powinnością. Pojawia się cały szereg pytań, na które nie zawsze wystarcza odpowiedź z perspektywy rodzicielskiej, matczynej miłości. Maryla mogła oglądać nas, rodziców w różnych sytuacjach. Wtedy, gdy dawaliśmy sobie radę i wówczas, gdy doświadczaliśmy całkowitej bezradności. Także wtedy, gdy popełnialiśmy błędy, gdy traciliśmy siły i cierpliwość. Gdy doświadczaliśmy bycia rodzicami niedoskonałymi. Jestem głęboko przekonana o tym, że te doświadczenia były bardzo ważne dla niej, właśnie jako feministki.
Maryla lubiła też przywoływać postać włoskiej lekarki, Gianny Beretty Molla, świętej kościoła katolickiego. Była ona dla niej przykładem wolnego, w pełni świadomego wyboru, wynikającego nie tylko z wiary, ale też popartego wiedzą medyczną. Zgadzałyśmy się w jednym: że był to wybór heroiczny, który musi być dokonany w wolności i nie może być wymuszony przez prawo. Nasze poglądy różniły się tym, że Maryla popierała nieograniczone prawo do aborcji, ja natomiast byłam i jestem zwolenniczką prawnego kompromisu.
Kiedy w Sejmie RP przegłosowano ustawę zaostrzającą prawo aborcyjne, opowiedziałam się po stronie protestujących kobiet. Oczywiście wiem, że Maryla też stanęłaby po tej stronie. Ale też jakoś nie potrafię utożsamić się z postawą Kai Godek, pomimo, że jest ona matką niepełnosprawnego dziecka. Nawet jeśli rozumiem jej argumenty, to w kontekście całej działalności organizacji Ordo Iuris, którą reprezentuje, brzmią one dla mnie fałszywie. Nie można bowiem bronić dzieci, będąc wrogiem ich matek.
* Gianna Beretta Molla (1922-1962) – włoska lekarka, matka trojga dzieci, która zdecydowała się urodzić czwarte dziecko, mimo iż lekarze poinformowali ją, że donoszenie ciąży będzie dla niej oznaczało śmierć z powodu włókniaka macicy; święta Kościoła katolickiego.