Z domowego aresztu (5)

Zbigniew Milewicz

Sprawa Cywińskiego

W czasach mojej wczesnej młodości, w tak zwanym porządnym, śląskim domu za niewinne słowo pierona, można było dostać w pysk. Dzisiaj szkrab jeszcze nie chodzi, ale słownictwo ma już takie, że nawet szewcowi więdną uszy. Nie ma się co dziwić, klną na potęgę rodzice, ludzie z pierwszych stron gazet, internauci, nie tylko lumpy, i nikt ich za to pod żadnym publicznym pręgierzem nie stawia, a jak już trafi się czasem jakiś językowy lub moralny kaznodzieja, to go w społecznościowych mediach wyśmieją. Schamieliśmy jako naród, elity nam w czasie wojny wyrżnięto, z ocalałymi rozprawił się stalinizm, nie było od kogo uczyć się dobrych manier. Oczywiście upraszczam i narażam się na zarzut efekciarstwa, ale właśnie od niego zaczyna się ta historia, o której kiedyś opowiedział mi Tadzio Dyniewski, mój starszy kolega po piórze z katowickiego Wieczoru.

Ustawa o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, rzetelnie opisana również w Wikipedii, weszła w życie dnia 7 kwietnia 1938 roku. Miała zapobiegać naruszaniu czci zmarłego Marszałka i Naczelnika Państwa i była przejawem jego kultu w obozie rządzącym. Za uchybienie tej literze prawa groziła kara więzienia do lat pięciu. U podstaw obowiązującej ustawy leżała tak zwana sprawa Cywińskiego. Historyk literatury i docent Uniwersytetu im. Stefana Batorego, a zarazem dziennikarz, Stanisław Cywiński w recenzji propagandowej książki Melchiora Wańkowicza COP – ognisko siły*, opublikowanej 30 stycznia 1938 roku w endeckim Dzienniku Wileńskim, zawarł m.in. takie sformułowanie:

Wańkowicz /…/ daje szereg żywych obrazków tego, co widział, no i czego nie widział, ale co ma podobno powstać w czasie najbliższym, w tym sercu Polski, zadając kłam słowom pewnego kabotyna, który mawiał o Polsce, że jest jak obwarzanek: tylko to coś warte, co jest po brzegach, a w środku pustka.

Rzekomym kabotynem, czyli efekciarzem, liczącym na tani poklask, był ś.p. Pierwszy Marszałek II RP, tutaj nawet nie wymieniony z imienia i nazwiska. Wileńska cenzura dopuściła recenzję do druku i dopiero anonimowy autor, w artykule p.t. Plugastwo słowa, opublikowanym 13 lutego 1938 roku, w dwutygodniku Naród i Państwo, wskazał, że recenzent obraził Józefa Piłsudskiego. Kiedy tekst dotarł do inspektora polskiej armii w Wilnie, gen. Stefana Dąb-Biernackiego, ten wiedział, co należy do jego obowiązków. 14 lutego wieczorem grupa podkomendnych generała, w stopniach majorów i pułkowników złożyła wizytę w mieszkaniach Stanisława Cywińskiego oraz Aleksandra Zwierzyńskiego, naczelnego redaktora Dziennika Wileńskiego i Zygmunta Fedorowicza, jego zastępcy. Cała trójka została brutalnie pobita i skopana. Zwierzyńskiego i Fedorowicza nie było w domach, dostali swoje w redakcji, przy okazji ucierpieli też inni pracownicy gazety. Pomieszczenia redakcji zostały zajęte przez policję, a wszystkich trzech aresztowano, z oskarżenia o zelżenie Narodu Polskiego poprzez użycie obelżywego epitetu pod adresem jego Marszałka.

W Wilnie, w obronie aresztowanych, wyszła na ulice młodzież, a cała sprawa szybko trafiła pod obrady sejmu. Już 17 lutego jedna z posłanek z okręgu wileńskiego wystosowała interpelację do rządu, w której potępiła protesty młodzieży i zapytała, co władze mają zamiar uczynić z tą obrazą majestatu. W podobnym tonie zareagował Senat, senator Władysław Malski stwierdził:

[…] Honor służby nakazuje nam reagować bez względu na to, kto, gdzie i jak uwłacza imieniu Komendanta. Nie jest istotą czy mniej bili czy dużo bili […] reagować będziemy bez względu na to czy wymiar sprawiedliwości będzie działał sprawnie, czy mniej sprawnie. Serca nasze i honor żołnierski każą nam reagować natychmiast.

Rząd zajął się tematem może nie tak szybko, jak pułkownicy generała Biernackiego, ale już 15 marca przedłożył sejmowi projekt ustawy o ochronie imienia wybitnego wilnianina, która została przyjęta w trybie natychmiastowym i jednogłośnie. Kilka dni później przegłosował ją senat. Weszła w życie, lecz wobec Stanisława Cywińskiego nie mogła być zastosowana, zgodnie z zasadą, że prawo nie działa wstecz. Mógł być osądzony jedynie na podstawie przepisów obowiązujących w chwili rzekomego popełnienia czynu, czyli za przestępstwo publicznego zelżenia bądź wyszydzenia Narodu lub Państwa Polskiego, za które paradoksalnie groziła niższa, niż w przypadku ustawy, kara więzienia do lat trzech. Otrzymał najwyższy wyrok, ale Sąd Apelacyjny zmniejszył go do 18 miesięcy pozbawienia wolności, z czego szczęśliwie odsiedział tylko pięć.

Tadziu Dyniewski pisał w tygodniku Tak i Nie o archiwalnej sprawie Józefa Mrukwy ze wsi Studzionka, koło Pszczyny, który podpadł pod ustawę. Aresztowano go za opowiedzenie dowcipu o Piłsudskim i żartobliwe porównanie polskiego i niemieckiego potencjału militarnego, ale był to już marzec 1939 roku. W maju sprawa została skierowana do Sądu Okręgowego w Katowicach, Mrukwa miał odpowiedzieć za uwłaczanie czci Józefa Piłsudskiego i rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, mogących osłabić ducha obronnego społeczeństwa. Mrukwa był prawdopodobnie jednym z niewielu Polaków, którzy powitali wybuch wojny z radością, bo do skazania już nie doszło. Poza jego sprawą ustawa została uruchomiona jeszcze tylko raz na przestrzeni ponad 30 lat jej istnienia. Tym razem zapadł prawomocny, skazujący wyrok; przed Sądem Okręgowym w Toruniu stali Zygmunt Felczak, redaktor Obrony Ludu i Kazimierz Klimczak, rysownik pisma, oskarżeni o obraźliwy artykuł i grafikę pod adresem Marszałka i prezydenta Ignacego Mościckiego, dokładnie w rocznicę jego prezydentury. Redaktor otrzymał karę 18 miesięcy pozbawienia wolności, rysownik sześciu. Czy wybuch wojny wpłynął na skrócenie ich odsiadki, tego nie wiem.


Sprawcy pobicia dziennikarzy byli w pełnym, oficerskim umundurowaniu i pod bronią, bili swoje ofiary po głowach kolbami pistoletów i kopali leżących butami, do nieprzytomności. Nigdy za to nie ponieśli konsekwencji, ponad rok po zdarzeniu ich zleceniodawca, gen. Dąb-Biernacki otrzymał order Legii Honorowej.

Po wojnie nastał u nas nowy, polityczny ład i ustawa nie była już stosowana, choć prawnie dalej obowiązywała, do archiwum zawędrowała dopiero w 1969 roku, wraz z innymi, przedwojennymi przepisami Kodeksu Karnego. Po 1989 roku nie została przywrócona, czego dzisiaj pewnie wielu polityków żałuje, bo można byłoby ją na bieżąco nowelizować i poszerzać o liczące się nazwiska (niepotrzebne by się skreślało), a jakie, to już pozostawiam czytelnikom do wyboru.


*Centralny Okręg Przemysłowy – okręg przemysłowy przemysłu ciężkiego o powierzchni 60 000 km² i zamieszkany przez 6 mln ludzi, budowany w 1936–1939 w południowo-centralnych dzielnicach Polski. Był jednym z największych przedsięwzięć ekonomicznych II Rzeczypospolitej.

Mój znajomy, Don Kichot

Było ich już kilku, dziś kolejny…

Roman Brodowski

Drodzy rodacy, opozycyjni przyjaciele i szanowni adwersarze,

kiedy w latach osiemdziesiątych pisałem paszkwile przeciwko ówczesnej, komunistycznej władzy, kiedy udawało nam się (mi i moim przyjaciołom) mimo strachu rozwiesić na ścianach kopalń czy obiektów publicznych napawające otuchą nasz naród, patriotyczne (dla władz antypaństwowe) wiersze, byłem szczęśliwy. Wówczas wiedziałem, że to ma sens. Nawet wtedy, gdy musiałem w 1987 roku uciec przed organami SB z kraju, nie wątpiłem, że warto było walczyć słowem poezji, gdyż naród był jednością, był jedną wielką doświadczaną przez tragiczny los rodziną.

Gdy w 1989 roku nad naszym krajem zaczęło powoli świecić słońce suwerenności, kiedy zapachniało wolnością słowa, poglądów, przekonań, kiedy ludzie bez względu na swoje orientacje, wyznanie etc. zaczęli się do siebie zbliżać, by wspólnie budować lepszą przyszłość dla siebie i swoich dzieci, płakałem i dziękowałem za łaskę nieznanej mi dotąd siły.
Czułem się, jak wielu moich rodaków, spełnionym, wolnym i dumnym członkiem naszej wspólnoty, wspólnoty, która nazywa się Polska.

Zza “miedzy” obserwowałem rozwój naszej ojczyzny, odzianej w nową rzeczywistość. Cieszyłem się, gdy Polska na arenie światowej powoli, krok za krokiem zaczynała nabierać zarówno politycznego jak i gospodarczego znaczenia. Łzy cisnęły się do oczu, gdy kraj nasz wstępował do NATO , do Unii Europejskiej, do strefy Schengen.
Szlag mnie (za przeproszeniem) trafiał, gdy rząd nasz podejmował błędne decyzje, gdy pojawiały się afery, gdy władza dbała bardziej o interesy własne, aniżeli narodu.
Mówiąc językiem sportowym, kibicowałem raz jednym, raz drugim. Kiedy trzeba było, stałem po stronie rządu, a kiedy rząd nie miał w czymś racji, wspierałem opozycję.
Oczywiście moje zdanie nie miało ni znaczenia, ni wpływu na to co się w kraju dzieje. I słusznie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Dopiero rok 2005 i przejęcie w Polsce władzy przez PiS wywołał we mnie jakiś nieznany, obcy mi niepokój. Obserwując polityczne poczynania tego ugrupowania, sztucznie tworzone afery, podsłuchy, brutalne eliminowanie politycznych przeciwników z gry, próby gloryfikowania jednostki, początki tworzenia policyjnego reżimu etc., zauważałem wiele analogii do opisu początkowej fazy powstawania niemieckiego faszyzmu.
Niektóre decyzje ówczesnego rządu, a przede wszystkim jego premiera, porównywałem do tego, co przeczytałem w książce “Mein Kampf” i do rozważań filozoficznych, zawartych w dziele Machiavellego “Książę”.
Już wówczas niektórzy politycy, tacy jak np. pan A. Leper przestrzegali naród przed kaczystami.

Niestety nasz naród wolał siedzieć cicho .
Co prawda po skróconych wyborach nie dał pisowskiej partii kolejnego mandatu, ale jednocześnie nie wyciągnął wniosków z okresu rządzenia PiSu w latach 2005 – 2007.

Kolejny rząd, rząd PO, także nie wyciągnął konsekwencji w stosunku do politycznych przestępców, poprzedniego rządu. Mało tego, pozwolił pisowskim satelitom wślizgnąć się w struktury koalicji i powoli organizować tzw. afery jak np Amber Gold, spółki finansowanej przez pisowskie SKOK-i, czy też sprzedaż stoczni, sprzedanej przez PiS pod egidą PO.
Tych afer było więcej, to prawda. Ale mimo to, właściwie prawie wszystko, co dzisiaj posiadamy, powstało właśnie za czasów PO.
Kiedy zadaję ludziom pytanie, co zrobił PiS dla Polski, w odpowiedzi słyszę, że dał 500+, trzynastkę dla rencistów, rozliczył z afer PO-wską bandę i zabezpieczył kraj przed ewentualną agresją Rosji, sprowadzając na stałe NATOwskie wojsko do kraju.
Natomiast kiedy pytam inaczej, prosząc o konkrety, jak np. ile przedszkoli powstało za rządów PiS, ile kilometrów autostrad, ile boisk, placów zabaw? w odpowiedzi zapada cisza.
Kiedy pytam ile znaczących inwestycji powstało w Polsce za rządu PiS? Cisza.
Ilu przestępców PO-wskich afer siedzi w więzieniach? Cisza.

Moim zdaniem rozdawać pieniądze nie inwestując, jest najłatwiej, zwłaszcza, gdy czyni się to, zadłużając kraj na konto przyszłych pokoleń…, zwłaszcza, gdy czyni się to z pobudek ideologicznych, a taką bez wątpienia pobudką jest kupowanie narodu dla utrzymania się przy władzy.
Kwestie ściągania obcych wojsk w celach zabezpieczenia się przed (moim zdaniem wyimaginowanym) wrogiem Polska już przerabiała i to dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do kraju i po raz drugi, gdy Targowiczanie poprosili Carycę Katarzynę o pomoc i wojska. Czym się to skończyło?
I teraz nie będzie inaczej. Tym razem jednak, przy ogólnej radości Amerykanów, którym to wreszcie ktoś płaci za bazę, a nie odwrotnie, i śmiechu międzynarodowej opinii…, z tego samego powodu.
Widząc, w jakim kierunku zmierza obecny rząd Kaczyńskiego, jakie niebezpieczeństwo grozi naszej tak ciężko zdobytej demokracji, i ja postanowiłem włączyć się w nurt walki po stronie opozycji. Po raz kolejny moja romantyczna dusza zabrała się za krytykę tego, co PiS czyni z naszym krajem.
Miałem nadzieję, że naród nasz, zwłaszcza opozycja, zjednoczy się i tworząc wspólny program, wspólny konstruktywny front przeciwko bezprawiu, łamaniu przez kaczystów naszej konstytucji, tworzeniu państwa policyjnego, kontrolowanego w każdej sferze przez narodowo-katolicke struktury dyktatorskiego reżimu PiS.

Niestety po pięciu latach doszedłem do wniosku, że w naszym państwie rządzi nie tylko PiS, ale rządzi się własnymi prawami polityczna walka wewnątrz opozycji, walka każdego z każdym.

Dzisiaj Ojczyzna przypomina mi biblijną Chrystusową szatę, rwaną na kawałki, o którą grano w kości.
Tak, wydaje mi się, że dzisiaj nikomu chyba nie zależy na przyszłości naszego kraju. Rząd, opozycja i skłócony polski lud powoli staczają po równi pochyłej naszą Ojczyznę w przepaść i to zarówno gospodarczą jak i kulturową.

Dlatego, dopóki w naszym kraju, naród nie będzie walczył o jedność, nie zrozumie, że dobro narodu, tworzy nasze dobro, dopóki nie zacznie walczyć o Ojczyznę, a nie tylko o zaspokojenie swoich potrzeb, i dopóki naród będzie za cenę własnej historycznej i rodowej tożsamość kupował swoje pięć sytych minut od pozbawionych skrupułów despotów, dopóty nie zrobię już nic.

Tak, przestałem widzieć sens w mojej patriotycznie, opozycyjnej znaczonej piórem donkichoterii.
To przykre, ale brak mi już sił. Życzę moim rodakom, aby zbudowali lepszą przyszłość swoim dzieciom, przyszłość w narodowej, tolerancyjnej, praworządnej i jednoczącej Polsce.

Berlin 20.04.2020

Sen?

Ten czas powoli umiera
Mój świat, moje wczoraj
Moja prawda przebytej drogi
Zasypia zmęczona w śmietniku

Na nagrobkach pamięci
Ktoś napisał nową historię
Zgniłym, brunatnym tekstem
Zamazał przeszłość narodu

A nad ojczyźnianym “Jestem ”
Krąży niby sęp widmo “byłem”
Czekając chwili swojej chwały
Lepszego przymierza z ludem

Gdzie jest mój kraj, moje gniazdo
Obraz romantycznej przygody?
Tonie w krwi sprawiedliwej przodków
W boleści historycznej prawdy

Modlitwa zamieniona w pustosłów
Śpiewana przy każdej okazji
Straciła moc uzdrawiania dusz
Zagubionych w gąszczu bezprawia.

Naród ulepił sobie nowego pana
Cielec rozdaje mamonę wiernym
Za jeden jedyny pokłon wiary
A oni nie widzą w nim szyderstwa

Kolejny już zmierzch wolności
W rytmie faszystowskiej pogardy
Spokojnie tuli się w objęciach
Dyktatorskiej władzy szaleńca

Jak dobrze, że to tylko sen

Berlin, 16.04.2020

 

Budapeszt, fryzjer, węgierski chłopiec i korona (2)

Ela Kargol

Dzień drugi naszego trzydniowego pobytu w Budapeszcie był dniem deszczowym, niezorganizowanym, gubiliśmy się w mieście, pływaliśmy po Dunaju promem komunikacji miejskiej, od brzegu do brzegu, próbowaliśmy wejść do parlamentu, ale nam się nie chciało albo nie udało. Potężny Gyula Andrássy (https://pl.wikipedia.org/wiki/Gyula_Andrassy) na koniu i cokole, były premier królestwa Węgier i uczestnik powstania w latach 1848-1849, strzegł go dzielnie.

Stacje metra były na mapie, ale w rzeczywistości ich nie było. Wszystkiemu winna była palinka, wypita poprzedniego dnia w urodziny Kingi, Ludwika i Tomka. Palinka przypomina naszą rodzimą przepalankę,(https://pl.wikipedia.org/wiki/Palinka), a kuchnia węgierska bez palinki jest po prostu niestrawna. Trzeciego dnia Helcia i ja myślałyśmy już o pójściu do McDonalda, całe szczęście znaleźliśmy restaurację belgijską. I właśnie w ten deszczowy dzień rodzina zdecydowała za mnie: „Jedziemy na Csepel do Węgierskiego Chłopca”. Dokładny adres znalazłam na węgierskiej stronie internetowej, przekazałam Helci i jazda, dość długa, tramwajem, metrem i kolejką podmiejską skończyła się sukcesem. Była już późna godzina popołudniowa i krajobrazy mijanych pól, nieużytków i pozostawionych domostw z tektury, trochę niepokoiły. Wreszcie dojechaliśmy. Przystanek i Plac noszą nazwę świętego Emeryka, syna i następcy świętego Stefana, równolatka Bolesława Chrobrego, u którego w Gnieźnie Emeryk jakiś czas gościł. Na środku placu jest kościół rzymskokatolicki pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, wokół jest park z alejkami, którymi mieszkańcy skracają sobie drogi w różnych kierunkach. I wreszcie jest. On. Chłopiec z Pesztu, po węgiersku „Pesti srác”, choć brzmi to dość śmiesznie dla polskiego ucha. Niewielki postument chłopca z karabinem, taki sam, który w Szczecinie stoi na Jasnych Błoniach stanął w 2016 roku na placu Szent Imre w Csepel, dzielnicy robotniczej o tradycjach stoczniowo-portowych jak w Szczecinie. Csepel jest częścią wyspy o tej samej nazwie. Dzielnica, która mocno ucierpiała jesienią 1956 roku, dzielnica, dokąd mieszkańcy Szczecina wysyłali krew, lekarstwa, żywność, ubrania, a nawet zabawki. Cała historia tego zaangażowania szczecinian i pomocy mieszkańcom Csepla jest opisana na tablicach informacyjnych stojących na brzegu placu. Plac jest monitorowany, o czym mogliśmy się po kilku minutach pobytu na nim przekonać. Pomnika dotykałam i obchodziłam go z każdej strony, ustawiałam się do zdjęcia. Byłam szczęśliwa, że mój budapesztański plan się spełnia. Stan szczęścia przerwała głośna syrena i głos mówiący przez megafon po węgiersku, lecz dopiero, gdy ochroniarz ruszył w naszym kierunku, zorientowaliśmy się, że to wszystko nas dotyczy. Pędził prosto na nas, wymachując rękoma krzyczał: „Kamera!, Kamera!, Kamera!” Zorientowałam się od razu, pochodzę z czasów, kiedy nie należało deptać trawników, a „Pesti srác” stał na trawniku. Nie pomogły zapewnienia, że jesteśmy from Poland, ja nawet byłam na tę chwilę from Szczecin. Od pomnika musieliśmy odstąpić i podziwiać z należytej odległości, tak jak wszystkie pomniki na tym placu, pomnik Nepomucena, Emeryka, rewolucji węgierskiej i inne. Jedynie tablicom ze szczegółowym opisem pomocy szczecinian mieszkańcom Csepla mogliśmy przyjrzeć się dokładniej. Jestem pod wrażeniem. Co tam Jadwiga, co tam Jagiełło, Bem, Kinga! Bratanki nie muszą być królami, ani wodzami, ani świętymi. To zwykli ludzie, do szabli, szklanki, pomocy, przyjaźni.

Wracając do naszej dzielnicy na nocleg byliśmy świadkami tzw. „wystawki”, czyli wyprzątania mieszkań i piwnic z rzeczy niepotrzebnych niektórym, a poptrzebnych innym. Jak widać Marie Kondo wszędzie ma swoich sympatyków. Zapytany chłopak, szperający w kartonie z książkami opowiadał, że taka akcja przeprowadzana jest raz do roku na koszt miasta. Każdy przy tym znajdzie coś dla siebie, ludność biedniejsza zaopatruje się w ten sposób w meble, sprzęty gospodarstwa domowego, niektórzy biorą inne niepotrzebne rzeczy, by je na drugi rok znowu wystawić. Większość zostaje na ulicach do następnego ranka, kiedy wszystko zostaje posprzątane przez tutejsze firmy trudniące się wywozem śmieci. My również nie mogliśmy się oprzeć zabraniu kilku książek, które, wyjeżdżając, z ciężkim sercem zostawiliśmy w w naszym wynajmowanym mieszkaniu. Nikt z nas nie zna węgierskiego, nie przeczytałby więc „Zbrodni i kary” a tym bardziej „Fausta” Goethego w tym języku. Perłą wśród znalezionych książek okazał się prawie stuletni FOHASZ, modlitewnik dla żydowskich kobiet.

Im mniejsze państwo, tym większe pomniki, tak powtarzał często węgierski kolega Tomka. Gdy dojechaliśmy zabytkowym metrem do Placu Bohaterów, mogliśmy sami się o tym przekonać. Na środku wznosi się kolumna archanioła Gabriela, który według legendy podarował koronę pierwszemu kólowi Węgier, Stefanowi. Stał tu też pomnik Stalina, zniszczony podczas rewolucji w 1956 roku, a po nim Lenina. Archanioła Gabriela otacza półkolista kolumnada podzielona na pół, a w niej wszyscy ważni Węgrzy. Habsburgów po II wojnie światowej nie odrestaurowano, zastąpiono Węgrami, jednym wśród nich jest polski król Ludwik Węgierski.

Księżyc był prawie w pełni, a za placem, który nas przytłoczył swoją wielkością i monumentalnością połyskiwał w poświacie księżyca i reflektrów kolejny potężny zamek, który okazał się zabytkowym „Disneylandem” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_Vajdahunyad). Zespół historycznych budynków, wybudowany ponad 100 lat temu w różnych stylach z różnych epok, jest konglomerat kopii znanych nie tylko węgierskich budowli, począwszy od średniowiecza, a skończywszy na baroku. Spacer prawie romantyczny przerwała wygrywana na skrzypcach melodia dość dobrze mi znanej „dzieweczki, co do laseczka szła”. Podeszliśmy bliżej, ja zaczęłam podśpiewywać, a skrzypek grał i grał. Potem koniecznie chciał nauczyć naszą córkę trudnej sztuki gry na skrzypcach. Mówił, że nie każdy urodził się Paganinim, ale bez pracy nie ma kołaczy.

Po chwili padły słowa, na które cały czas czekałam, o bratankach tych do szabli i do szklanki. Helci musieliśmy wytłumaczyć, że ten pan nie ma w Polsce bratanków, chociaż właściwie ma, tak samo jak my ich mamy na Węgrzech.

8 marca wracaliśmy do Berlina, po trzech dniach budapesztańskiej przygody. Zmierzono nam już na lotnisku temperaturę, odebrano słoiczek z ostrą papryką, a stewardesy przywitały nas w maskach.

Koronowanych głów niestety przybywało.

Nie znałam larendogry, ale nawet wikipedia poświęca jej krótką wzmiankę (https://pl.wikipedia.org/wiki/Larendogra), a inne strony piszą o niej jeszcze obszerniej. Larendogra, woda królowej węgierskiej, matki króla Węgier i Polski Ludwika Węgierskiego, nie tylko odmładza i jest kosmetykiem, jest również lekiem na całe zło, a więc lekiem, którego w dzisiejszych czasach należy spróbować:

Woda ta (a raczej nalewka) jest godna podziwu przeciw wszystkim przeziębieniom i powodowanym wilgocią chorobom głowy, apopleksji, epilepsji, zawrotom głowy, letargowi, paraliżowi, chorobom nerwów, reumatyzmowi, skazom, skurczom konwulsjom. Utracie pamięci, tępocie, śpiączce, senności, głuchocie, szumom w uszach, zaburzeniom widzenia, koagulacji krwi, bólom głowy powodowanym flegmą i humorami. Pokonuje bóle zębów, bóle i słabości żołądka, zapalenie opłucnej, brak apetytu i złe trawienie, obstrukcje wątroby, śledziony, jelit i macicy. Przyjmuje i konserwuje naturalne ciepło. Odnawia zdolności i funkcje ciała, nawet w starości (tak mówią). Niewiele jest remediów dających tak wiele dobrych efektów. Podawać wewnętrznie w winie lub wódce, przemywać nią skronie, wdychać nozdrzami.

(https://www.hajduczeknaturalnie.pl/tonik-larendogra-naturalny-specyfik/)

1269 (4)

Mieczysław Bonisławski

VI.

Zgodnie z tradycją sięgającą jeszcze walk z Kazimierzem, księciem kujawskim w wojnie o kasztelanię lędzką, Bolesław noc po bitwie wieńczącej wyprawę, spędzał pośród swoich wojsk. Niejednemu z Bolesławowego rycerstwa noce takie wydawały się później najważniejszymi w życiu, gdyż książę zwykł wówczas osobiście pasować tych, co znamienitszymi czynami się wsławili, na rycerzy, panów obdarowywać nowymi nadaniami, a na końcu dzielić miedzy wszystkich wojenne łupy.

Trwające przy ogniskach do rana bachanalia zwycięzców, rozładowywały narosłe waśnie, łagodziły ból ran, a często, jako że Bolesław sam rzadko napadał na sąsiadów, i żal po stratach z początku kampanii. Książęce podarki ułatwiały również pohamowanie powstałej u rycerzy i pospólstwa żądzy odwetu na pobitych i bezbronnych brańcach, których pobożny Bolesław, w duchu chrześcijańskiego miłosierdzia, często odstawiał pod strażą do granic ziem przeciwnika.

Tym razem było jednak inaczej…
– Sam książę mówił, co zbrodniarzy głową będziem karać…! – nie wytrzymywał powątpiewającego tonu towarzyszy Gniewomir.
– Tak, ale to o nas chodziło, że barbarzyństwo wobec tego tam… – rycerz Szczerzyk pokazał ręką w stronę dopalających się zgliszcz zamku i splunął przed siebie w ogień – wilczego pomiotu…
Siedzieli w czterech ze swoją służbą wokół ogniska: Gniewomir, który niedawno został zaszczycony przypasaniem rycerskiego miecza, po kądzieli spokrewniony z Nałęczami; Tomisław z Szamotuł i Sędziwój, obaj Nałęczowie w pierwszej linii; i bohater dopiero co zakończonego szturmu, Szczerzyk, wsławiony własnoręcznym pojmaniem Sabela.
– Braciszkowie wybronią Sasów, obaczycie panowie… – judził wychyliwszy puchar z miodem Tomisław. – A to tobie, panie – zwrócił się do Szczerzyka – ten psi syn, Sabel, się należy. Jeno twoje to prawo wolnością go obdarować…

Przy ogniskach strugami lał się miód i piwo. Rozochoceni panowie śpiewali, sulęcińskie dziewki i inne, przybyłe jak to zwykle za wojskiem, bachantki piszczały obściskiwane po ich niewieścich wypukłościach. Znaleźli się nawet przywleczeni siłą z miasta na Gołębią Górę grajkowie. Zachęcani rubasznymi kułakami pijanych ciurów, nie kryli przerażenia, ale spełniali swoje posłannictwo, ku zadowoleniu rozbawionej gawiedzi.
– Nieźli to nawet są rycerze, a i pochwalić się ich godzi, że za margrabią, przeciw naszemu księciu nie obstawali – bronił templariuszy Sędziwój. – Ale co prawda, to prawda – za brańcami nie powinni się wstawiać, nie ich to rzecz.
– Może o swoich ludzi się jeno dopominają? – powątpiewał Szczerzyk.
Tomisław już pijany, zatoczył się wstając i krzyknął:
– A ja wam mówię kamraci, co morderców bronią! Niewinnych niewiast i dziatek międzyrzeckich pomścić nam nie dają!
– Idźże panie Szczerzyku do namiotu księcia – namawiał Gniewomir – Idźże o Sabela się dopomnij. Prawo masz do niego!
– Tak, tak! – rozochocił się właściciel Szamotuł. – Hej ciuro, a wartko miodu nalewaj panu Szczerzykowi… No, napijmy się przed tą wyprawą – przypił do kamrata, tamten jednak miał dalej wątpliwości:
– Jakże mi tak do namiotu księcia? Wam Nałęczom, to co innego, blisko żeście przy Bolesławie…
– A tak! – nie krył ukontentowania Tomisław – Tam przecie i dziś, Szymon Nałęcz, co to kasztel międzyrzecką w dożywocie trzyma, o brańcach z innymi radzi. Idźże, idźże mości Szczerzyku i na nas, Tomisława z Szamotuł i pana Sędziwoja się powołuj. Ty smyku za małoś jeszcze znaczny – machnął pojednawczo ręką w kierunku Gniewomira i wychylił kolejny puchar miodu.
– Co racja, to racja. Furda!, wszystkim należy nam iść – zawyrokował Sędziwój i wstając, ponaglił pozostałych – A ni chwili tu nie mitrężmy…!

Przedłużająca się niepewność co do wyników negocjacji księcia z templariuszami przywiodła pod jedyny w całym obozowisku na Gołębiej Górze namiot nie tylko zawsze skorych do buntów Nałęczów. Mnóstwo rycerstwa otoczyło obszytą baranimi futrami konstrukcję. To że w środku są zakonnicy i chcą zebranych na zewnątrz pozbawić przynależnego im słusznego prawa do zadośćuczynienia sprawiedliwości – tego byli pewni wszyscy; o czym konkretnie rozmawiał książę – tego znakomita większość jednak nawet się nie domyślała.

– Rycerstwo przed wejściem się zbiera. Gniewni srodze – poinformował zebranych wokół stołu kasztelan Szymon wycofawszy się spod wejścia do namiotu.
– Popili się jeno – próbował bagatelizować sprawę brat Egon – do rana wywietrzeje im wszystko z rozgrzanych łbów.
– Daj im tylko bracie jeszcze tyle miodu, by nie zdążyli przed zaśnięciem roznieść was na mieczach po uwolnieniu Sasów… – dobrodusznie doradził wojewoda Przedpełek i zupełnie innym tonem zwrócił się do Bolesława – Sprawa wydaje się poważna książę, nie należy głosu rycerstwa teraz lekceważyć.
– Chyba nie ośmielą się żadnego rokoszu tu podnosić? – zaniepokoił się prepozyt Pakosław.
– Żołnierz to dobry, bitny. Szkoda by jakimś nierozważnym czynem, którykolwiek z nich, honor swój pokalał. I to przez kogo? – przez pobitego już wroga… – Bolesław skinął na dziekana gnieźnieńskiego – Księże Falenty, waszej rozwadze oddaję zaprowadzenie tam spokoju.
– Potrafimy zginąć jak rycerze – rzekł hardo brat Gwidon mierząc wzrokiem wojewodę. – Nie po to jednak tu nas posłano, a i rycerstwo, jako i my, chrześcijańskie nas otacza. Sługi boże mogą się zatem tu chyba czuć bezpiecznie…?

Nastała chwila milczenia. Wojewoda zagryzł wargi, rękę oparł na pochwie miecza, nie chciał jednak jakąś gwałtowną reakcją powodować niesnasek, jako że książę z zainteresowaniem odniósł się, jak na razie, do posłów.
Bolesław spojrzał spode łba na de Molaya, uważając, że to on powinien pohamować swych ludzi. Burgundczyk, który chciał coś w pierwszej chwili powiedzieć, zamilkł jednak również, z jego twarzy zniknęła maska sympatii, ustępując miejsca determinacji.
Na szczęście poły namiotu rozchyliły się i do środka wszedł rycerz Nasław z Rudy.
– Jestem panie – rzekł i nie strzepując nawet z kaptura śniegu począł meldować – Jak żescie kazali panie, udałem się do miasta. Przy pogorzelisku karczmy nie było nikogo i dopiero z pomocą miejskich drabów odnalazłem Żyda Szymona na południowym przedmieściu – oto i on!

Przed siedzących wyszedł zza Nasława przygarbiony człowieczek. Był to mężczyzna około sześćdziesięcioletni, ubrany w długi i gruby płaszcz skracający jeszcze bardziej jego sylwetkę. Po bokach twarzy zwisały mu siwe pejsy, wydłużoną czaszkę przykrywała płytka mycka. W nikłym świetle pochodni, rysowała się czarną, skupioną w sobie plamą na tle jasnych skór poszycia namiotu.
– Podejdźże tutaj człowieku i opowiadaj, co wiesz! – przynaglił go wojewoda Przedpełek.
– Wybaczcie wielcy panowie mizernemu Żydowi to, co przez jego nic nie warte usta, przeszło w nic nie znaczącym gniewie. Co ja mówię, gniewie? Czy ja powiedziałem: nic nie znaczącym? To ja powiedziałem mało – to nie był gniew, moje usta się w ogóle nie rozwarły. Ot – psyt! – i nikt nic nie słyszał, i wielcy panowie już nie muszą się o nic gniewać na najmarniejszego z marnych Żyda. A najlepiej, jeśli oni zapomną że taki Szymon, karczmarz z miasta Sulęcina istnieje, ba, że w ogóle, kiedykolwiek istniał…!
– O czym on gada, co? – książę nie przerywając potoku słów Szymona spojrzał zaskoczony na wojewodę. Karczmarz w lot skomentował tę uwagę:
– To panów nie interesuje? No tak, bo i kogóż miałoby interesować, że jakiś tam karczmarz kupił za wszystkie swoje pieniądze, i swojej rodziny pieniądze, lichą gospodę i dom, i że to wszystko szybko szlag trafił! Wielka polityka, choć robiona dla ludzi, jest wysoko ponad małym człowiekiem. Cyt! – a może niech już lepiej, książę to czy margrabia, nie zauważa robaka Żyda, gdy pali ten swój świat? Ale i niech nie słyszy, gdy już spali temu Żydowi dom i zabije całą jego rodzinę, jak ten robak na niego klnie. Niech ten Żyd chodzi dalej po tej ziemi, skoro Bóg tak go doświadczył, czyli miał ku temu powód; niech cierpi żyjąc, bo to jest większe cierpienie, niżby miał zginąć z ręki kata za obrazę majestatu…
– Zamilcz Żydzie! – ryknął Przedpełek i nie dając staremu ochłonąć, rozkazywał dalej – Gadaj co wiesz o rycerzu Sunnenwaldzie. Popił on ponoć ostro w twej karczmie przed księcia i naszym nadejściem – gdzież on teraz?!
– Posłuchaj Szymonie – niespodziewanie odezwał się łagodnie Bolesław – rozumiem, żeś wszystko dziś stracił? Rodziny, którą Bóg powołał do siebie, ci nie zwrócę, ale gdy to, co powiesz, będzie dla nas przydatne, sowicie cię wynagrodzę. Postawisz sobie nową karczmę i kamienicę w rynku, co…?
– Rycerz Sunnenwald? – zastanowił się karczmarz, skubnął nerwowo pejsa i powtórzył – Panowie mówią rycerz Sunnenwald…? – głos jego nagle zmiękł, Żyd zachwiał się – Niech będzie przeklęty dzień, w którym ja usłyszałem o mieście Sulęcin, jeśli to wtedy ktoś tam na górze postanowił, iż na koniec spotkam tego właśnie rycerza…
Prepozyt Piotr zwinnie doskoczył do słaniającego się Szymona i podtrzymał go, ratując przed upadkiem. Pociągnął go do stołu i usadowił na wolnym miejscu.
– Niby to Żyd, ale posiada widać jakieś chrześcijańskie uczcucia – zwierzył się szeptem Pakosławowi międzyrzeckiemu.
Szymon gestem podziękował za ten ludzki gest i okazaną ze strony majestatu łaskę i nieco uspokojony jął opowiadać:
– Moi przodkowie stanowią stateczny i zacny żydowski ród konstantynopolski. Rabbi Abram przybył tam jeszcze przed 650 rokiem. Ja wywodzę się z gałęzi od zawsze zajmującej się kupiectwem. Na moje nieszczęście nie poszedłem śladem mych braci i chciałem handlować z Arabami. Zostałem oszukany i oskarżony o przemyt broni musiałem uciekać z miasta. Miałem na szczęście przyjaciela, kupca, zacnego al-Sahina, Araba, na stałe osiadłego w strefie chrześcijańskiej. Często podróżował on po całej Europie i miał zaufanie zarówno krzyżowców jak i swoich. On to pomógł mi opuścić Konstantynopol, zmylić mych prześladowców i zamieszkać w wybranym przez niego miejscu, w Montcroix we Francji.

Usłyszawszy w ustach Szymona nazwę templariuszowskiego zamku, de Molay zaczął zwracać większą uwagę na jego słowa.

– Był rok 1233, gdy zacny al-Sahin przekazał mi przez zaprzyjaźnionego brata Huberta z zamku Die, pewną wiadomość. Śląski książę, zaprzyjaźniony z mym przyjacielem, zakładał nowe miasto i ściągał do niego kupców. To mógł być dobry interes!
Gdy przybyłem na miejsce, ktoś mi podszepnął, bym kupił karczmę, ale miejscowy karczmarz nie zamierzał jej sprzedawać. Niestety Bóg sprawił, że przygniotło go drzewo w lesie. Zapłaciłem więc wdowie korzystną cenę i zacząłem robić interesy. Że też ja wtedy nie pomyślałem, że z tym drzewem, to był niedobry znak…!

Bernard de Molay podekscytowany nie mógł spokojnie usiedzieć. Myślał tylko o tym, jak wyciągnąć z namiotu karczmarza, aby porozumieć się z nim na osobności. Na razie jednak musiał uważać, by nie zdradzić przed Polakami zainteresowaniem Żydem. Pochylił się więc nad ławą i bawiąc się złotym medalionem, który miał zawieszony na piersiach, udawał w ogóle nie zainteresowanego długim i nie na temat opowiadaniem starego.
Żyd tymczasem szybko przeskoczył najbardziej ciekawy dla Burgundczyka okres:

– Wreszcie Bóg pozwolił mi i mojej rodzinie zaznać trochę spokoju. Nowe miasto rozwijało się, przybywało ludzi, to i interes szedł coraz lepiej. Gdy 20 kwietnia 1249 roku arcybiskup Magdeburga sam sobie spłacił Ziemią Lubuską dług księcia śląskiego, miasto było już własnością zakonu. Mógł sobie Bolesław Srogi bić się z kim chciał, mogli książęta poznańscy walczyć z margrabiami – po Sulęcin nikt prócz Pana nie miał prawa ręki wyciągnąć, a On nie był do tego skory, zresztą czemu miałby to robić? Przecież nie po to, by psuć interes jakiemuś tam Żydowi, oskarżonemu o przemyt broni?!

Do namiotu wrócił wzburzony dziekan Falenty. Spojrzał pytająco na księcia, gdyż nie chciał przerywać mówiącemu, lecz książę dał mu znak, by powiedział co ma do powiedzenia.
– Rycerstwo srodze niekontente, mości książę…
Bolesław zniecierpliwił się:
– Nie po to cię posyłałem księże dziekanie…! Zawodzisz mnie w takiej chwili? Któż zatem sobie poradzi, gdy ty nie możesz, co? – zwrócił się do otaczających mężczyzn.
Falenty szybko sprostował:
– Twoi ludzie wierzą ci panie, każdą twą decyzję uznają za słuszną, jeno…
– Jeno co? – mruknął niezadowolony Piastowicz.
– Chcą byś panie przy nich, publicznie sądził dzisiejszej nocy dowódcę zamku.
– I morderców z Międzyrzecza zapewne, co? – wtrącił twardo wojewoda poznański.
– To zrozumiałe – odparł swobodnie dziekan.
– A z tym, to będzie gorzej – ciągnął ze smutkiem Bolesław – Ale Sabela osądzimy. Niechaj rycerstwo widzi, że nie mamy w tym względzie tajemnic – nie zrażało go rozczarowanie malujące się na twarzach templariuszy, wręcz pod ich adresem dalej wyjaśniał – A prawo osądu przy tym, kto wroga pojmał – Sabelowy zamek rycerstwo zdobyło, niechaj cieszy się swą przewagą… Nasław! Wypoczętyś już, idźże przyprowadź tu nam Sabela. Bacz jeno, by cały tu przybył… Co jeszcze? – dorzucił w stronę wyczekującego dziekana.
– Delegacja Rady, chcę podziękować za ocalenie miasta.
– Później! – machnął ręką Bolesław – A ty – zwrócił się do Szymona – mów o co cię pytają, czasu szkoda.

– Był Sunnenwald w karczmie przed zajęciem przez nasze wojska miasta, czy tez nie był? – przejął przesłuchanie w swoje ręce wojewoda Przedpełek.
– Czemu miał nie być? Wino u mnie dobre i pod dostatkiem go, a rycerz Sunnenwald miał po wizycie w Międzyrzeczu o czym zapominać…
– Mówił on co?
– A o czym on by rozmawiał z Żydem? Gdy zaś już był mocno pijany, pewnie te niewinne dusze mu się zwidywały, bo niczym szaleniec po karczmie się miotał.
– Ale wnuczki waszej to nie przeraziło, co? – bezlitośnie dręczył karczmarza Przedpełek. O, Panie, wybacz małej Racheli, to za mój grzech, sprowadziła ona na siebie i na całą rodzinę zgubę…
– Gadasz wreszcie do rzeczy, czy mam kazać cię wychłostać?! – wrzasnął poirytowany Przedpełek.
– O, wielcy panowie, nie potępiajcie zbyt srogo młodej dziewczyny, skoro i ja już jej wybaczyłem…
– Mów prędzej – ponaglił Bolesław.
– Rycerz Sunnenwald niedawno duże łupy przywiózł ze sobą, jako że wrócił po wielu zwycięskich bitwach wreszcie do domu. Ma on tu swa posiadłość, Lubniewicami ją zwą.
Ostatnio jednak coraz częściej ogarniał go dziwny obłęd, a ukojenie znajdował jeno u mnie, w karczmie. Ach, i czemuż ty nieszczęsny Żydzie od razu nie odgadł, że to nie o wino chodziło, ale o Rachelę…?
Młody arabski kupiec, jadący z Poznania do Niemiec, jednego razu opowiedział w mojej karczmie o pięknym amulecie, należącym do sławnego rabina, a który, po uprzednim zabiciu tegoż rabina, brat pani chorążyny międzyrzeckiej, przywiózł jej w prezencie z wyprawy krzyżowej.
Głupia Rachela, pomyślała, że mogłaby mieć ten żydowski skarb. I już nie podobał jej się żaden podarek rycerza Sunnenwalda, ani z Pomorza, ani z Prus, ani znikąd. Wielkie łupy stały się niczym w niewieścim sercu.
Myślał rycerz jak zdobyć amulet, ale on był po drugiej stronie granicy. I na moje nieszczęście, margrabia Otto zaczął zamek w Sulęcinie budować. Dlaczego tutaj?, na zakonnej ziemi? Wiadomo, że jak zamek, to i wojna, rycerz Sunnenwald już wiedział, jak zdobędzie wyśniony przez kochankę amulet…
Niemądra Rachela, gdybyż dobry Pan ją na czas oświecił. Ale to nie na rozum niewiasty, i ona czekała na powrót rycerza z Międzyrzecza z kolejnym podarkiem. Któraż jednak kobieta odda dobrowolnie jaki świecący przedmiot? Ręka, która zerwała pani chorążynie z szyi amulet, zerwała go już z szyi trupa…
A potem rycerz przyszedł i powiedział, że nadciąga Bolesław, że zamek mało obronny, i że Polacy zabijają miejscowych Żydów. Dlaczego Żydów? – ja się pytam – A może tylko morderców? Ale Rachela popatrzyła na swój skarb i po raz pierwszy w swym życiu coś zrozumiała. Ona dobrze wszystko zrozumiała. Ona zrozumiała aż za dobrze. Załadował Sunnenwald na wóz swe łupy, a wśród nich Rachelę i moją rodzinę, i sobie odjechał.
Czyż oni myśleli, że ujdą swemu przeznaczeniu? Czyż sądzili w swej głupocie, w swej bezgranicznej głupiej głupocie, że tam, dokąd jadą, czekają na biednych Żydów z otwartymi rękami?
A dziś wrócili do swych domów ludzie, którzy też uciekali nad Odrę. I oni widzieli trupa Racheli i trupy pozostałych moich dzieci i wnucząt, i rozbity wóz z łupami rycerza Sunnenwalda. Te łupy dzielili między siebie lędzcy kmiecie z kmieciami szamotulskimi…
– A sam Sunnenwald, co z nim? – wyrwał się kasztelan międzyrzecki.
Karczmarz opanowując z trudem szloch pokręcił przecząco głową.
– Ale gdzie to chociaż było?
– Niedaleko Górzycy Pan raczył powołać do siebie moje dzieci i wnuki, całą moją nadzieję. Bo i dla kogóż ja mam teraz pracować?, kogo oglądać w marzeniach, jak przejmuje mój interes?
Bolesław gestem nakazał wyprowadzić starego. Pochylił przy tym głowę ku kasztelanowi Jankowi i szeptem polecił:
– A wypłaćże mu tam jak obiecałem…

Podniósł się i de Molay, zmierzając ku wyjściu.
– Hej bracie – powstrzymał go Bolesław – Wychodzisz? A tu już chyba nam sprowadzono Sabela? Jakże to, nie ciekawyś?
Burgundczyk zatrzymał się niezadowolony. Nie siadał jednak, tylko poważnym głosem, stojąc, poprosił księcia:
– Panie, noc już, a myśmy nic jeszcze nie uradzili. Nie potrzeba nam Sabela, byś mógł ocenić naszą propozycję. Raczysz nas zatem teraz wysłuchać?
Książę skinął twierdząco.
– Dobrze – i gestem odsyłając wartownika dodał – Sabel może zaczekać.

W międzyczasie de Molay nachylił się do ucha brata Egona.
– Idź i znajdź mi karczmarza. Pilnuj go aż będę mógł przyjść – prawie bezgłośnie wyszeptał.
Egon wstał i przepuszczony przez Bernarda opuścił namiot. Burgundczyk dopiero teraz usiadł. Nie kazał długo czekać zebranym.

– Sprowadziła mnie tutaj misja niezwykłej wagi dla chrześcijaństwa i Europy. Długo nasz wielki mistrz szukał tego, do którego mógłby się w tej sprawie zwrócić, aż wybór padł na ciebie mości książę. To co powiem musi zostać jednak w tajemnicy a i nikt, kto nie musi, niechaj nie słucha, wszak każdego z nas Bóg obdarzył jakąś ludzką słabością, nie wspomagajmy więc czyhających pokus…
Towarzyszący księciu Polacy wstali. Bolesław ruchem ręki zatrzymał ich.
– Panie wojewodo poznański i panie kasztelanie kaliski, ostańcie, proszę, z nami. A i wy, księże dziekanie… też…
Reszta, pokłoniwszy się księciu i de Molayowi, wyszła. Piastowicz odczekał chwilę i zachęcił zakonnika:
– No mów panie de Molay.
– Zwracam się do ciebie panie, jako do syna księcia Władysława Odonica, wielkiego dobroczyńcy kościoła na terenie Wielkopolski. Wszyscy również wysoko sobie cenimy, to że wraz ze swym bratem Przemysławem, nie bacząc na zły przykład płynący z innych dzielnic, a i na niechęć własnego rycerstwa, potwierdziłeś wszystkie nadane ku chwale Pańskiej przez ojca twego przywileje, nawet nowe dodając. Mniemam zatem, że to co powiem nie winno być ci niemiłe.
Wiedz panie, że zdradzam ci teraz najskrytsze tajemnice zakonu i to niech będzie oznaką, jakim wielkim darzymy cię szacunkiem, ale zarazem, proszę cię książę, abyś nie zapominał o cnocie dochowania powierzonej tajemnicy.
Jak wiecie panowie po utracie Jerozolimy lud chrześcijański z bólem musiał oddać Saracenom prawie całą ziemię świętą, a zakony rycerskie, pozostając na tak okrojonym obszarze, utraciły możliwość pełnienia swej służby całą siłą. Wielki to sprowadziło smutek na naszego mistrza, ale jeszcze raz okazało się, że dobry Bóg nie opuszcza swych sług. Dotarły do nas wieści o ludzie pogańskim, strasznie dręczącym wyznawców prawdziwej wiary. Książę mazowiecki Konrad, korzysta już z pomocy rycerzy-zakonników, ale i my chcielibyśmy przyczynić się do nawrócenia cierpiących w bałwochwalstwie Prusów. Gotowi jesteśmy w każdej chwili porzucić nasze zamki we Francji i przybyć w te dzikie bory i trzęsawiska, skoro tylko Pan tego od nas zażąda.
Chcemy tu przybyć jednak nie symbolicznie tak, jak nasi poprzednicy, ale pełną siłą, aby czym prędzej ład zaprowadzić i ludowi przez szatana mamionemu dopomóc. Nie pójdzie to jednak tak prędko jak byśmy chcieli, poganie wspomagani siłą nieczystą już blisko dziesięć lat niszczą zamki zakonu Najświętszej Marii Panny… Prawie całą Pomezanię, Sambię i Dolne Prusy na powrót Bogu odebrali… Dlatego wielki mistrz powziął zamiar przeniesienia naszej stolicy bliżej terenu nowej misji.
Posłuchaj teraz uważnie książę, abyś mnie dobrze zrozumiał. Jak sam panie wiesz, od wielu już lat ziemia na której teraz jesteśmy, Ziemia Lubuska, pije przelewaną zgoła niepotrzebnie chrześcijańską krew. Jest przyczyna poczynań, które wręcz nie przystoją chrześcijańskim władcom! Ciągłe wojny czynią z tej krainy teren wymarły, co raz niszczony, nie dający nikomu korzyści. I to w czasie, gdy tuż tuż wznosi zbrojną dłoń szatan grożący zalewem pogaństwa! Czyż nie godzi się posłać tych wojsk raczej na Prusów?!
Stąd też płynie nasz projekt. Jako że zakon ma tu już sporo nadań, chcemy prosić o oddanie nam całej Ziemi Lubuskiej, abyśmy mogli tu założyć nową stolicę i zaprowadzić pokój w tej nieszczęsnej krainie. Nie uszczupli to niczyich dochodów, gdyż teraz ani książęta wielkopolscy, ani śląscy, ani panowie marchijscy nie mogą korzystać w pełni z bogactw tego rejonu, a tak zyska na tym chwała Pańska, a czyn taki, w imię Boga przedsięwzięty może, jak Opatrzność pozwoli, i zgodę między zwaśnione strony przyniesie?
– Rozmawiałeś już o tym z margrabią? – spytał Przedpełek.
– Margrabia nie będzie przeciwny, gdy książę polski się zgodzi, też pragnie pokoju na swym pograniczu… – na twarzach Wielkopolan pojawił się pobłażliwy uśmieszek – A my chcemy ponadto pomóc przywrócić rozdartym dzielnicom koronę, jako, że tylko silne państwo polskie stworzy skuteczną zaporę przed napływem pogan. Wszakże tu nie tylko o Prusów, ale i o Mongołów, przeciw którym nasi rycerze, jako jedyni, wsparli nieszczęsnego księcia polskiego pod Legnicą, chodzi…
Mądry i sprawiedliwy książę kaliski tę koronę może i, co jako rycerze i słudzy Boży, chętnie przed papieżem poświadczymy, winien, otrzymać.

Pakosław i Piotr ze Skórzewa wraz z kasztelanem Szymonem po wyjściu z książęcego namiotu postanowili porozmawiać z Sabelem. Inni rozsiedli się blisko namiotu, czekając na wezwanie księcia, a Nasław miał w razie potrzeby powiadomić o tym od razu trójkę przebywającą w więzieniu z Sabelem.
Odsyłając żądne świeżych informacji rycerstwo do tych, co pozostawali, obaj prepozyci i kasztelan zniknęli w mroku. Więzienie było blisko, niemal na środku obozu. Była to taka sama jama, jak wszystkie pozostałe, pilnowana jednak przez kilku wartowników. Kilkunastu uratowanych z pożaru jeńców dowódca straży kazał nawet na noc rozwiązać, by leżąc czy siedząc bez ruchu, nie zamarzli. Wśród nich był też i Sabel.
Szymon zameldował przełożonemu warty przybycie dostojników i poprosił o sprowadzenie do sąsiedniej kwatery, okupowanej przez odpoczywająca zmianę strażników, saskiego dowódcy. Prośba została spełniona.

Barataria. Reblog. Rittertum.

Don Kichot gilt als letzter Beweis, dass das Rittertum Mal von Bedeutung war. Jetzt sagen die Wissenschaftler, dass es vom Anfang an eine Illusion war, ein Image-Konstrukt, geschaffen am Hof und nicht auf dem Schlachtfeld. Die Bücher, die Don Kichote so gern gelesen hat, waren eben Teil dieses künstlich geschafenes Trugbildes. Dies bedeutet also, dass Don Kichote nicht DER Letzte war, der daran glaubte, edle Ritter durchwanderten Europas Landschaften, um den Bösen zu besiegen und den Unschuldigen zu helfen, sondern vielmehr er DER Einzige war, der dies für die Wahrheit hielt. Der ganze Stand, dem er so gern angehört hätte, war eine gesellschaftliche Barataria.

spektrum.de 

Klaus-Dieter Linsmeier

Mittelalter: Der Mythos vom edlen Ritter

In unserer Vorstellung gehören die gepanzerten Reiter zum Mittelalter, als Streiter für Witwen und Waisen, als die schlagkräftigste Waffen­gattung ihrer Zeit. Doch nun erklären Forscher dieses Bild zur Fiktion.

© inakiantonana / Getty Images / iStock (Ausschnitt)

Historiker nennen Kaiser Maximilian I. (1493–1519) den »letzten Ritter«. Denn als sich das Mittelalter bereits dem Ende zuneigte, ließ der Habsburger in Porträts und Heldenliedern die Ideale des Ritterstands noch einmal aufleben, inszenierte sich als edlen Helden, der um Ehre und Gerechtigkeit willen den Kampf sucht, Mann gegen Mann oder Mann gegen Ungeheuer. Dabei war eine solche Selbstinszenierung schon damals ein Anachronismus, der Historiker verwundert.

Denn Maximilian wusste als erfolgreicher Kriegsherr sehr wohl um die militärische Wirklichkeit seiner Zeit. Offene Feldschlachten, in denen gepanzerte Reiterkrieger hätten brillieren können, bildeten die Ausnahme. Wer Krieg führte, belagerte meist gut verteidigte Städte. Kanonen zertrümmerten ihre Mauern, die Söldner zu erstürmen versuchten. Diese waren als Berufssoldaten einfacher zu rekrutieren als adlige Ritter, die auf Grund von komplizierten Eiden und Dienstverpflichtungen für einen Fürsten in den Krieg zogen. Auch in der Bewaffnung waren Söldner flexibler: Bogen und Armbrust etwa galten einem Edlen lediglich als Jagdwaffe. Der Trend ging daher zu hochmobilen, nichtberittenen Kampfeinheiten.

Der christliche Ritter, der mal für die gute Sache kämpft, mal Minnelieder vorträgt, erweist sich nach Ansicht der Freiburger Mittelalterhistoriker um Jürgen Dendorfer als reines Idealbild, als in jener Epoche übliche Schablone für die Heroisierung. Damit betreten die Forscher Neuland, denn bislang galt das Interesse ihrer Zunft eher dem Entstehen des Ritterstands oder seiner Kultur, nicht der militärischen Praxis. Unter anderem aus der höfischen Literatur extrahieren Historiker seit dem 19. Jahrhundert meist ein Rittertum, das mit der Wirklichkeit wohl wenig gemein hat.

© Alamy / World History Archive (Ausschnitt)
Schlacht von Crécy | Die Schlacht von Crécy 1346 während des Hundert­jährigen Kriegs wurde nicht von Rittern, sondern von englischen Langbogenschützen entschieden, die beim Adel schlecht angesehen waren.

Das zeigte sich schon lange vor Maximilian I., etwa im anglo-französischen Hundertjährigen Krieg: In den Schlachten von Crécy (1346), Poitiers (1356) und Azincourt (1415) starben französische Ritter im Pfeilhagel englischer Langbogenschützen. Bis zu zwölf Pfeile pro Minute, dazu eine hohe Durchschlagskraft selbst auf große Distanz – dagegen kannten gepanzerte Reiter zunächst kein Mittel. Zudem mangelte es ihnen an Wendigkeit, wie auch der Sieg Schweizer Bauern über habsburgische Ritter bei Sempach 1386 offenbarte. Die Adligen passten sich zwar an, verstärkten ihre Rüstungen und formierten sich mit einer Gruppe Fußkämpfer zu kleineren Kampfeinheiten. Doch wenn es gegen eine Stadt ging, konnten sie ihre Stärke nur im Umland wirklich ausspielen und – wenig heldenhaft – den gegnerischen Nachschub abschneiden sowie Schrecken verbreiten.
Falsche Vorstellungen vom Ritter
Die überraschende Diskrepanz zwischen der militärischen Wirklichkeit und unserer Vorstellung vom Rittertum lässt sich Dendorfer zufolge sogar bis zu seinen Anfängen im 11. und 12. Jahrhundert zurückverfolgen. Aus vormals unfreien »Ministerialen«, wie man im frühen Mittelalter Kämpfer und Verwalter der Könige und des hohen Adels nannte, entwickelte sich durch den Kriegsdienst ein Stand des niederen Adels. Der legitimierte sich nicht zuletzt durch die Kreuzzüge ins Heilige Land – wer im Namen Gottes gegen die Heiden kämpfte, dem konnte die Kirche das Ausüben von Gewalt nicht absprechen.

Zudem entwickelte der Ritterstand einen Ehrenkodex, der Willkür oder ungezügelte Brutalität ausschloss, insbesondere gegen einen bereits unterlegenen Gegner. Überdies gebot er dem Recken, hilfsbedürftige Frauen, Witwen und Waisen zu schützen. Auf dieser Grundlage entwickelte sich eine höfische Kultur, zu der Tischsitten ebenso gehörten wie das Minnelied, außerdem spezifische Rituale wie die Schwertleite beziehungsweise später der Ritterschlag und Turniere mit ihren Gruppenkämpfen. Dieses Rittertum prägte das Selbstverständnis aller Adelsschichten bis hin zu den Monarchen.
Dass man die militärische Praxis davon unterscheiden muss, illustriert William Marshall, Earl of Pembroke, eine Ikone der Formationszeit. Als zweiter Sohn eines eher unbedeutenden Adligen war er ohne jede Aussicht auf Land und Titel geboren worden, dennoch errang William einen der höchsten Adelstitel Englands. Das ist umso erstaunlicher, als er nur selten auf einem Schlachtfeld zu finden war. Eine bald nach seinem Tod 1219 in Versen verfasste Biografie verrät aber: William bewährte sich im Dienst diverser Herren und siegte in Zweikämpfen wie in zahllosen Turnieren. Als Belohnung für diese Heldentaten gab ein Earl ihm eine Tochter zur Frau. Für den Biografen, so meinen die Freiburger, zeichnete dieser Lebensweg Marshall sogar aus: Statt sich mit Blut zu besudeln wie ein gemeiner Söldner, praktizierte er die Ideale des Rittertums. Ein weiterer Beleg für die These, dieses habe keinen maßgeblichen Anteil am militärischen Alltag gehabt.

Die Nagelprobe bildet das Studium eines Kriegsberichts: In den »Gesta Friderici Imperatoris«, den »Taten Kaiser Friedrichs«, behandeln Bischof Otto von Freising und später sein Kaplan Rahewin die ersten beiden Italienfeldzüge Friedrich Barbarossas (König 1152–1190). Dendorfer und sein Team prüfen, ob von Freising und Rahewin bei ihren Schilderungen ritterlichen Qualitäten Gewicht beimessen.

© Alamy / Historic Images (Ausschnitt)
Bild aus einem ritterlichen Turnierbuch | Um sich als Ritter zu inszenieren, war eine Teilnahme an Kriegen nicht erforderlich. Wichtiger war es, die Rituale des Rittertums zu pflegen. Dazu gehörten vor ­allem Turniere.

Nicht jeder adelige Reiter war auch ein Ritter

Mit dem Anspruch, auch oberster Richter zu sein, hatte Barbarossa ab 1154 in Konflikte zwischen italienischen Städten eingegriffen. Unter anderem nahm er, von zahlreichen Kommunen unterstützt, Partei gegen Mailand. Im Mittelpunkt vieler Episoden der »Gesta« stehen mit Helm, Harnisch, Lanze und Schwert ausgestattete und als »milites« bezeichnete adelige Reiterkrieger. Waren das also Ritter? Zwar gewinnen die »milites« Zweikämpfe und vollbringen Heldentaten, doch dergleichen berichteten die beiden Geistlichen auch von Ingenieuren und Fußknechten, wenngleich seltener. Spezifische ritterliche Tugenden oder Umgangsformen erwähnen sie keine, dafür zeitlose Heldenmerkmale wie Tapferkeit, Kühnheit und Todesmut.

Den »Gesta« zufolge hatten die gepanzerten Reiter schon zu Barbarossas Zeit Konkurrenz: Über Seiten hinweg schrieb der Bischof von Belagerungstürmen, Rammböcken, beweglichen Schutzdächern und Wurfmaschinen, Werken der kaiserlichen Ingenieure. Bezeichnend ist auch Rahewins Beschreibung der Marschfolge beim Zug gegen Mailand: Den Anfang machten »milites« und Spezialisten für die Beseitigung von Hindernissen und für den Wiederaufbau vom Feind zerstörter Brücken. Möglicherweise dienten ihnen die »milites« als Aufklärer und Geleitschutz. Es folgten die Knechte der Ritter und Fußsoldaten. Sodann marschierten diejenigen, die laut den »Gesta« beispielsweise »Maschinen zum Erobern der Stadt und andere Wurfgeräte« transportierten. Den Abschluss des Heerzugs formte die Masse der Söldner.

Dass die »milites« an der Spitze ritten, unterstreicht zwar ihren Rang, doch die Eroberung Mailands war eine Aufgabe für viele. Mehr noch, die geistlichen Autoren bewerteten die berichteten Handlungen nach ihrer militärischen Effizienz. Und da konnten Kühnheit und Wagemut – ritterliche Ideale – fehl am Platz sein, wenn sie eine Operation gefährdeten. Geriet eine Gruppe von Adligen durch unüberlegtes Vorpreschen in einen Hinterhalt, wurden die Überlebenden sogar von Barbarossa persönlich getadelt.

Aber deutet nicht die häufigere Erwähnung der von Adligen vollbrachten Heldentaten durchaus auf eine militärische Schlüsselrolle dieser Kämpfer hin – womit man wieder bei der Identifikation mit Rittern wäre? Die Freiburger Historiker winken ab. Vermutlich entstand das Werk auf Anregung und im Austausch mit dem Hof, das Publikum waren die Angehörigen der Führungsschicht. Was den beiden Geistlichen als berichtenswert erschien, war somit gesellschaftlich motiviert. Ihr Werk sollte die Feldzüge nicht dokumentieren, sondern diente einer höfischen Elite dazu, ihr Weltbild zu bestätigen. Und das verlangte nun einmal eine Heroisierung der Taten von Männern ihres Standes, mochten auch Söldner und Ingenieure die Löwenarbeit geleistet haben. Ob Lanzelot oder Prinz Eisenherz – das Rittertum war wohl von Anfang an eine gesellschaftliche Utopie. Oder wie Dendorfer es formuliert: »Schon der erste Ritter war bereits der letzte.«


Aber… und so beginnt das Nachwort von der Blogadministratorin, aber je weniger man an die Ritter glaubt, desto mehr Ritter brauchen wir. Schaut euch nur das an:

Eine Kulturgeschichte der Kartoffel (Reblog)

spektrum.de 
Daniel Meßner und Richard Hemmer

Kleine Geschichte der Kartoffel – oder: Warum heutzutage alles anders ist
Wäre die Kartoffel nie nach Europa gelangt, würde die Welt heute ganz anders aussehen.

© AKG Images (Ausschnitt)

Wer einen Abstecher ins Europa des 15. Jahrhunderts machen könnte, würde wohl auf dem Speiseplan der Menschen die Kartoffel vermissen. Die Pflanze ist heute so allgegenwärtig, dass es schwerfällt, sich ein Leben ohne sie vorzustellen. Dabei war sie zu jener Zeit in anderen Teilen der Welt schon ein weit verbreitetes Nahrungsmittel: An den ersten Kartoffelknollen taten sich Menschen in Peru wahrscheinlich schon vor 5000 Jahren gütlich.

Dass die Kartoffel schließlich nach Europa kam, ist vermutlich den Spaniern zu verdanken. Im Jahr 1565 wurde eine Kiste der Knollen an den spanischen König Phillip II. geschickt, der einige davon dem Papst in Rom weitergab. Der war so angetan, dass er einem niederländischen Kardinal ein paar Kartoffeln zukommen ließ. Schließlich gelangten diese Knollen zu jenem Mann, der sie als Erster in seinem Werk »Rariorum Plantarum Historia« beschreiben sollte: dem niederländischen Botaniker Carolus Clusius.

Die Spanier waren’s – oder die Engländer!
Auch den Engländern wird nachgesagt, sie hätten die Kartoffel aus der Neuen Welt mitgebracht. Richtig beweisen lässt sich aber weder die eine noch die andere Theorie. Tatsache ist, dass die Kartoffel gegen Mitte des 17. Jahrhunderts in Europa bekannt war und auch angepflanzt wurde, anfangs allerdings in erster Linie als Zierpflanze.

Vor allem in Deutschland verlief die Verbreitung der Kartoffel eher schleppend. In England wurde der Anbau bereits um 1660 empfohlen. In Deutschland gab es zu dieser Zeit Missernten – die verbreitete Art Andigena war nämlich für das nordeuropäische Klima nicht wirklich geeignet. Erst mit der Solanum tuberosum, die aus Chile importiert wurde, gelang der Anbau in nördlicheren Gebieten.
Nicht ganz unwesentlich für die stockende Verbreitung war der anfängliche Glaube, dass die Kartoffel giftig sei. Das ist nicht ganz von der Hand zu weisen, da nur der Genuss der Knolle unbedenklich ist. Doch nicht nur das: In Frankreich beispielsweise hielt sich hartnäckig der Mythos, die Kartoffel würde Lepra auslösen.

Schließlich gab es auch noch einen agrarpolitischen Grund: den Flurzwang. Durch Vorschriften von Gemeinde und Obrigkeit hatte die Landbevölkerung meist keine freie Wahl, welche Frucht sie auf ihren Feldern anpflanzen konnte.
Es ergeht: der Kartoffelbefehl!
Dass die Kartoffel schließlich doch ihren Siegeszug begann, ist in weiten Teilen wohl einem Monarchen geschuldet: Friedrich II. von Preußen (1712-1786). Schon sein Vater, Friedrich Wilhelm I., hatte dasselbe versucht, allerdings mit nur mäßigem Erfolg.

© AKG Images (Ausschnitt)

Die Kartoffel von 1588 | Dieses Aquarell von Philippe de Sivry ist die erste europäische Zeichnung der Kartoffel. Das Bild erschien in Carolus Clusius’ Werk »Rariorum Plantarum Historia«.

Friedrich der Große beschloss die Sache offiziell zu machen und erließ ab 1746 nicht nur ein, sondern gleich drei Kartoffel-Edikte. In allen drei Edikten wurde verlautbart, dass die Kartoffel nun, wo auch immer möglich, anzupflanzen sei. Zusätzlich wurden Instruktionen zum Anbau gedruckt und unter der Bevölkerung verteilt. Friedrich und seinen Beratern war aufgefallen, dass die Bevölkerung noch sehr wenig über die Kultivierung der Pflanze wusste.

Wer sich fragt, warum Friedrich solch ein Interesse daran hatte, den Kartoffelanbau in seinem Reich zu forcieren, muss sich nur die Auswirkungen diverser Kriege jener Zeit ansehen. Schon im Dreißigjährigen Krieg, aber auch zur Regierungszeit Friedrichs, als mehrere Kriege gegen das Habsburgerreich geführt wurden, waren die Folgen für die Landbevölkerung katastrophal. Es wurden Felder zerstört, und marodierende Heere plünderten die Getreidereserven. Die Kartoffel brachte da gleich zwei Vorteile mit: Die Knolle ist deutlich kalorienreicher als Getreide und lässt sich besser und länger lagern.

Selbst nach Friedrichs Kartoffel-Edikten dauerte es aber noch einige Jahre, bis die »Tartuffel«, wie sie unter anderem genannt wurde, tatsächlich weit verbreitet war. Doch Hungersnöte wie die von 1770 bis 1772 und 1774 überzeugten die Landbevölkerung dann von den Vorzügen des Kartoffelanbaus.

Eine folgenreiche Entwicklung
Die Auswirkung der schließlich großen Verbreitung der Kartoffel ist laut Historiker William McNeill kaum zu überschätzen: Mehr Kalorien und weniger Arbeit beim Getreideanbau setzten ein Bevölkerungswachstum in Gang, aus dem sich auf lange Sicht nicht nur die Industrialisierung, sondern auch die großen europäischen Armeen speisten. Im Grunde dürfte auch die neuzeitliche Kolonialisierung auf die Kartoffel zurückgehen. Freilich nicht nur – diese Erklärung allein wäre zu simpel.

Doch nicht immer brachte die Kartoffel Vorteile. Das wird im Fall der großen Hungerkatastrophe im Irland des 19. Jahrhunderts sichtbar: Eine durch Kartoffelfäule ausgelöste Hungersnot kostete mehr als einer Million Menschen das Leben, zwei weitere Millionen waren gezwungen, das Land zu verlassen, um vor allem in der Neuen Welt ihr Glück zu suchen.
Wie auch immer – die Kartoffel hat Europa nachhaltig verändert. Denken Sie daran, wenn Sie das nächste Mal Pommes essen!

Die beiden Historiker Richard Hemmer und Daniel Meßner bringen jede Woche eine Geschichte aus der Geschichte auf ihrem Podcast »Zeitsprung«. Auch auf »Spektrum.de« blicken sie in die Vergangenheit und erhellen, warum die Dinge heute so sind, wie sie sind.

 


PS: Für diejenige, die Kartoffel, Holz und Bäume mögen und faszinierende Familien-Geschichten gern lesen, ist an dieser Stelle dieser Roman sehr herzlich zu empfehlen. Eine Geschichte über einen Kartoffelbauern.

Aus der Buchbeschreibung des Buchhandels:

Auf einem entlegenen Bergbauernhof im norwegischen Gudbrandstal wächst Edvard mit seinem wortkargen Großvater Sverre auf. An seine Mutter hat er nur eine vage Erinnerung – an einen Duft, ein Gefühl von Wärme, einen blauen Rock. Lars Mytting erzählt die Geschichte einer verzweifelten Suche nach der Mutter, dem Vater, den eigenen Wurzeln – und einer Reise, die Edvard durch fremde Länder führt und dessen Familiengeschichte ein ganzes Jahrhundert umfasst: das Jahrhundert der großen Tragödien.Edvards Eltern sind ums Leben gekommen, als er drei Jahre alt war. Um ihren Tod wird ein Geheimnis gemacht, und auch um den Ort, an dem sie starben. Zu diesem Geheimnis gehört auch das Schicksal Einars, des Bruders des Großvaters. Edvard weiß nur, dass er ein Meistertischler war und als junger Mann zur Ausbildung nach Paris ging. Dass er seine Werkstatt mitsamt dem Wald von Flammenbirken zurückließ. Dass für den Großvater ein Sarg geliefert wurde, lange vor dessen Tod – ein Stück Kunsttischlerei, wie es noch nie jemand gesehen hat -, und dass Einar womöglich gar nicht tot ist, wie es der Großvater behauptete …

1269 (3)

Mieczysław Bonisławski

IV.

Punkt dowodzenia Bolesław założył w karczmie, niemal u podnóża zamku. Po trzech dniach oblężenia, podczas których jego wojska niemal bez przerwy biły w ściany twierdzy z kusz i proc, nieliczna załoga powinna była stracić na tyle bojowego ducha, by nie było już groźby żadnego wypadu w głąb linii oblegających. Obaj dowódcy, Janko kaliski i Przedpełek poznański uważali, że szturmowani od rana Sasi tylko dlatego dają jeszcze odpór atakującym, by wywalczyć sobie w ten sposób jak najłagodniejsze warunki kapitulacji. Książę nie chciał jednak, by załoga poddała się, chciał przede wszystkim całkowicie zniszczyć zamek, a żołnierzy Sabela demonstracyjnie osądzić i ukarać winnych, mszcząc tak międzyrzecką zbrodnię. Dobrowolne zaprzestanie obrony narzucało atakującym obowiązek oszczędzenia ludzi i twierdzy, dlatego Bolesław nakazał tym bardziej nękać przeciwnika, im lżejszy stawał się jego opór. Rozkazał też przygotować już ostatnią fazę szturmu, w której główną role miał odegrać ogień.

W pobliżu książęcego orszaku kręciło się mnóstwo ludzi. Każdy oddział, czy to czekający na swą kolej pójścia do ataku, czy to już zluzowany i wycofany spod obwarowań, każdy wreszcie pojedynczy rycerz czy ciura, chciał być jak najbliżej centrum całej akcji. A centrum takie tworzyło stanowisko w karczmie, toteż jej okolice obsiadł w oczekiwaniu zwycięstwa kto tylko mógł. Jedynie pochołkowie taborowi oraz gońcy, z niechęcią oddalali się, ganiając po całym mieście i wykonując polecenia swych dowódców.

Bolesław wykazywał dużą troskę o swe wojsko, zwłaszcza, że był to już koniec kampanii i dlatego wydzielił oddział mieszczan międzyrzeckich, by zbierał z pola walki i opatrywał rannych. Wśród wyniesionych spod zamku był i młody Piotr Opaliński. Ciężko rannego pomógł przynieść jego jasnowłosy opiekun, Maćko, sam mający tylko parę zadrapań.
– Hej… Pochyl się ku mnie… – poprosił Piotrek. Głos jego uciekał już z tego świata, poparzona głowa sprawiała ból.
Maćko przylgnął do ust leżącego.
– A nie mów nic ojcu…
Chłopak wzruszył ramionami: na cóż ma mówić, skoro się sam dowie i jeszcze złaja, że mu syna nie dopilnował.
Piotr mówił jednak coś jeszcze, Maćko znowu przywarł do jego ust.
– Już prawie, prawie i byłby on nasz… Nie mitręż ciuro tu ani chwili – pędź szybko, złap Sunnenwalda, każ go pachołkom rozpiąć na trawie i niech mu odejmą męskość. Potem by w strachu większym na śmierć nierycerską czekał, oczy mu wyłup…
Podniecenie minęło i ranny zapadł w odrętwienie. Usta znieruchomiały, a reszty twarzy i tak nie można było rozróżnić. Maćko spojrzał tam, gdzie jeszcze rano były oczy chłopca i pomyślał, że młody pan, towarzysz, też swojej śmierci nie zobaczy.
Ucapił jakiegoś ciurę.
– A bacz uważnie, bo tu leży syn jaśnie wielmożnego chorążego międzyrzeckiego. Znajdź Jaksę, Gawła lubo Janika, co służą w domu bnińskim, niech przypilnują trupa. Jak cię znaleźć?
– Jam Odon, u krojczych kasztelana Szymona Nałęcza służę.
– Pamiętaj! – przykazał Maciej i zawrócił ku zamkowi.

Był to czas, gdy smolarze ciągnący zazwyczaj przy taborach, znaleźli się nagle na pierwszej linii.

Książę kazał gotować smołę i robić smolne szczapy. Lano też smołę w nieduże gary, które później procarze mieli miotać niczym ogniste kule. Na kilku przenośnych kozłach umocowano większe zbiorniki z płonącą smołą; te przyciągnięte pod ściany miały dymem i smrodem osłabić obrońców.

Odon tymczasem sprawił się szybko. Nim jeszcze Piotrek zdążył wyzionąć ducha, zabrał go Janik. Wypytywał on wkoło, jaką śmiercią zginął młody panicz, ale Odon nie był przecież w ogóle przy zamku, a ci co leżeli pokotem na błocie, byli już bliżej Boga niż spraw ziemskich. Wreszcie trafił na kuśtykającego ciurę, którego pamiętał z zamku w Międzyrzeczu. Okazało się, że tamten widział rzeczywiście dużo:

– …tak jak książę wielkopolski zawsze każe, na dany rozkaz przystąpiliśmy nakryci sklepieniem z tarcz pod mury. I jedni zaczęli walić obuchami w ścianę, gdy inni toporami odbijali z niej zwierzchnią glinę. Ze wzgórka zaś miotali na Sasów pociski łucznicy kaliscy, a robili to, trzeba było to widzieć, niezwykle celnie i z godną podziwu wytrwałością… Wróg lał na nas z góry ukrop i wrząca smołę, miotał głazy i kamienie… Co odważniejsi, by odwrócić uwagę obrońców, a sobie sławy przydać, jęli przystawiać już drabiny i piąć się po nich na blanki. Pan Piotr był pierwszy wśród nich, ale Bóg nie zechciał mu dać zwycięstwa… Już był panicz na górze, już miał na galeryję przeskoczyć, gdy Sas taranem drabinę odbił i pan musiał równowagę rozpaczliwie łapać. Wykorzystali to tamci, w łeb dali, a za spadającym w dół ciałem polali jeszcze smołą. I tak, panicz nie dość, że gnaty sobie pogruchotał, to jeszcze smoła oczy i uszy wypaliła, bo hełm na górze od ciosu mu z głowy opadł….

Takimi historiami karmiła się cała równina. Ciekawskich było mnóstwo a i opowiadających nie brakowało. Padały ostre słowa pod adresem saskich obrońców i hymny pochwalne ku czci wielkopolskich bohaterów. Omijano tylko jeden temat – strachu, który odczuwali i atakujący, i obrońcy. O nim mówiło się rzadko, prawie wcale. Przed walką i w jej trakcie on sam zamykał usta, później – nie pozwalała duma. Często natomiast modlono się, bo Bóg, przenajświętsza Panienka, święty patron, nie mogli przecież przed nikim zdradzić, dawali natomiast nadzieję na ocalenie, albo przynajmniej na bezbolesną, szybką śmierć. Wielu też właśnie o nią prosiło, zapominając w tej obozowo-bitewnej codzienności, że istniało przecież jeszcze inne, to pozostawione gdzieś przy rodzinie, normalne życie, o które według dowódców właśnie się bili.

W karczmie Bolesław wydawał już ostatnie rozkazy.
– Jak ohydnie cuchnie! – żachnął się kasztelan Janko, powracający spod zamku.
Książę spojrzał znad stołu na dowódcę swych wojsk.
– Czuję w powietrzu, że smolarze już się sprawili, co?
– Tak książę, możemy zaczynać. – potwierdził Janko, któremu podano w międzyczasie puchar wina.
Książę zwrócił się z kolei do siedzącego naprzeciw wojewody poznańskiego.
– Jak długo jeszcze wytrzymają, panie Przedpełku?
– Przed zachodem przyślą posłów z białą chorągwią.
– Trzeba się tedy spieszyć, jeśli mamy ich wyprzedzić – zauważył kasztelan kaliski.
– A zatem panowie – Bolesław wstał, odczekał, aż zrobią to pozostali i dziarskim krokiem wyszedł na środek izby – czas na nas, co. Widać w tym dymie wprawdzie wiele nie będzie, ale i tak na koniec sabelowego gniazda chcę popatrzeć.
– Mości kasztelanie! – zatrzymał się jeszcze przy Janku – a przypilnujcież mi, by nie doszło tam do rzezi…

V.

Na te same dymy spoglądali z Winnej Góry stłoczeni miedzy drzewami Sulęcinianie i pilnująca ich drużyna kaliska.

Najbardziej lamentował karczmarz Szymon, Żyd, którego draby obozowe siłą przywlekły z miasta dopiero przed południem:
– Oj joj, no i na cóż ty Panie dałeś mi tak dobre oczy? – po to bym teraz widział ten dym pod zamkiem? Tam z boku stała sobie spokojnie jeszcze rano moja karczma, o którą od trzydziestu pięciu lat dbałem tak, jak, wybacz mi Panie, nie dbałem nawet o me nieszczęsne dzieci i żonę. Ach i po cóż ja, na moje nieszczęście, to czyniłem?
Rudawy bękart, na którego wołano różnie, w zależności od pory roku, dnia i humoru, biegał znudzony za Żydem i urągliwie mu wymyślał:
– Żydzie, Żydzie, na kolację pieczeń bydzie!
– No i po cóż mi Panie dałeś jeszcze dobre uszy, abym to słyszeć miał…?! – odpowiadał jeszcze głośniejszy lament.
Zmierzający z gorącą strawą do Szymona kupiec Gotlieb, zaszedł chłopaka z tyłu i złapał za uszy.
– A mam cię darmozjadzie…! A masz ty…! – fachowo jął targać dokucznika za kołtuniasty łeb i obijać gdzie popadło.
Zwinny i wyćwiczony chłopak szybko wywinął się z tej opresji. Podkasawszy obszerną baranicę, uciekał kłapiąc drewniakami, że tylko świeciły gołe, brudne łydki.

Szymon zafrasowany nie chciał jeść. Zaraz obok swe koczowisko miała rodzina piwowara, Ulryka. Jego mały synek, Hansik, zdziwiony popatrzył na marniejącą strawę i pociągnął matkę za spódnicę.
– A czego on nie je?
– Bo jego dzieci i wnuki zgubiły się w lesie, a Polacy jak złapią małe Żydki, to pieką je w piecu i zjadają na kolację jako największy przysmak.
– A nie gadałabyś byle głupstw! – krzyknął na żonę Ulryk, ale kobieta spojrzała nań tak zatroskanym wzrokiem, że machnął tylko ręką i ująwszy pełen dzban, podszedł do karczmarza.
– No, masz ci Szymonie. Żyd żeś, ale zawszeć teraz nasz, sulęciński – trącił go by wypił choć trochę – Może twoim udało się uciec? Ho, ho, teraz oni pewno już za Odrą…?
Szymon spojrzał smutno na sąsiada:
– A bo to tam, myślisz panie Ulryk, Żydom jest lepiej?
A rudzielec psocił już w drugim końcu obozu. W tej niecodziennej sytuacji matki solidniej niż zwykle pilnowały swe dzieci i nie pozwalały ani na krok oddalać się od siebie. Mały hultaj ganiał więc sam, z konieczności miedzy samymi dorosłymi.

Szewc Rudolf, radny miejski zwołał swój cech, najliczniejszy w mieście, na skraj lasu, na przeciwległym od miasta stoku.
– Musimy coś postanowić – zaczął. – To już koniec kampanii, Polacy panoszą się, a my sami jeszcze nic nie zrobiliśmy…
– Ktoś zabił w lesie paru zakonników – zauważył młody Anzelm, zięć mistrza Albrechta – Nie polepszy to stosunków księcia z komandorem…
– Podobno zakon poselstwo do księcia wysłał. O litość chcieli błagać.
– A niech to! Honor zupełnie postradali. Kto posłował?
– Brat Gwido…
– Zresztą nieważne… Nie wyręczajmy się losem, nie naszą to będzie zasługą, gdy przez te trupy do czegoś dojdzie…
– Może to sukiennicy? – nie dawał za wygraną Haszek, uciekinier z Czech, którego margrabia Otto osadził w Sulęcinie – W końcu oni najwięcej zyskali na spaleniu Międzyrzecza.
– Nie – zaprzeczył Rudolf – Za dużo wśród nich Słowian i Polaków. Przecież ten ich Bogusław sam stamtąd przybył… Oni nic zresztą nie robią, jeno rozpaczają. Pewnie wszystko stracą – uśmiechnął się – Było im tu po co przyjeżdżać…! Słuchajcie – intrygująco zwiesił głos, po czym z entuzjazmem odkrywcy dokończył – myślę o podpaleniu obozu na Gołębiej Górze…!
– A ty tu czego! – ryknął naraz Anzelm próbując pochwycić rudzielca, ale poślizgnął się – To ten Hanek, bękart topielicy – wyjaśnił pozostałym, grożąc małemu zaciśniętą pięścią.
Chłopiec zatrzymał się w bezpiecznej odległości i krzyknął:
– Książęcy mają czarownicę, złapią was i upieką na kolację, już ogień rozpalili. Ho, ho, jaki duży ogień, taki wielki dym – pokazał rozkładając ręce i czmychnął między drzewa.
– Zostaw ścierwo – Rudolf przytrzymał swego syna, zamierzającego za nim pognać. – Głupek, nie zdradzi… Ale trzeba z nim pogadać, jak się to wszystko skończy. Tego tylko brakuje, by się tu w Sulęcinie spolszczył…

Biwak sulęcińskich mieszczan nie składał się z tak solidnych legowisk jak te na Gołębiej Górze. Raz, że w lesie nie było zasp, nie było też potrzeby ochrony przed wiatrem. Wykorzystywano za to nikłe już resztki umocnień pogańskiego grodu. Ci, co zostali przygnani przez oddział Miedzyrzeczan dopiero rano, odszukiwali swych powinowatych, biwakujących tu dłużej, bądź z konieczności, żywili nadzieję przeczekania szturmu wprost na śniegu, tak jak stali. Wszyscy zdawali sobie sprawę iż najpóźniej następnego dnia w południe wrócą do miasta. Problem był tylko w tym, czy zastaną tam prócz zgliszcz, coś, w czym da się zamieszkać, choćby do końca zimy?

Głodny już Hanek podkradł się ku biwakowi wójta, kowala Gerlacha. Tu zawsze udawało mu się – któryś z kowalików, czy jakaś dziewka służebna często ukradkiem dokarmiali go. Jak mówiono w mieście, syn Bawarczyka Witigo, prócz imienia i stanowiska, dostał od poprzedniego prepozyta jeszcze służącą, matkę Hanka.

Chłopak zatrzymał się kilkanaście kroków od celu. Miast kowalików i dziewek ujrzał kilku opatulonych w futra mężczyzn. Wśród nich był też wójt.

Kowal skończył właśnie opowiadać o wizycie zakonników i zachęcał do zajęcia stanowiska wobec ich rozkazów. Jego rozmówcy to była miejska elita, stanowiąca niemiecką frakcję w Radzie Miejskiej: kupiec August, przybyły z Westfalii, Rajmund Prowansalczyk, zarządzający w imieniu komtura winnicami, ożeniony z siostrą Gerlacha Judytą, i Konrad, drugi po Rudolfie przedstawiciel cechu szewców w Radzie. Towarzyszył im Fryderyk, dowódca straży miejskiej.
– To hańba u Polaków o łaskę się dopraszać – Konrad był oburzony – Niech lepiej już spalą miasto, i tak niczego dobrego nie możemy się po nich spodziewać.
August gwałtownie zaoponował:
– Wy szewcy, chcecie, by wasze swary z sukiennikami miasto zniszczyły. Co nam przyjdzie po spaleniu Sulęcina – straty jeno i poniewierka. My kupcy, nauczyliśmy się jakie korzyści płyną ze zgody…
– Straż wartko skrzyknę – zadeklarował Fryderyk – możemy gasić.
– Po prawdzie, nie honor to na taką łaskę wroga się zdawać, ale racja niechybnie przy naszym Auguście… – podsumował zafrasowany Gerlach – Przede wszystkim trzeba nam miasto ratować. Gdy stracimy winnice i warsztaty, nic nie skorzystamy na spaleniu Międzyrzecza. A i przewagę przy polskiej pomocy, rychło możemy tamtym oddać.
– Nic dobrego z tego nie wyniknie – ponuro wyobraził sobie taką przyszłość Konrad.
– Właśnie! – podchwycił Rajmund – Mówisz zatem zacny Fryderyku, że trzymasz mimo tego wszystkiego co się dzieje straż w gotowości?
Gerlach spostrzegł Hanka.
– A chodźże tu smyku – przywołał go. – Bękart tyś polski po dziadzie i po matce, możesz się teraz im za to wszystko odpłacić, ha, ha – roześmiał się jak z dobrego żartu i skinął na służącą – A nakarm nam tego biedaka. Może Bóg da, że coś jeszcze z tego wyrośnie?

Niedługo potem chłopak najedzony już, znowu hasał po obozie. Nagle z kłębów czarnego dymu nad miastem strzelił w górę olbrzymi płomień. Z ust oglądających to ludzi wydobył się jęk.

Bogusław, sukiennik, zaczął rozpaczać:
– Tyle dobra, tyle dobra na zatracenie…!
– Dziwisz się? – zakpił mistrz Albrecht – Nałęcz mści się za swoje warsztaty sukiennicze. Nie chce wam oddać pierwszeństwa, choć też żeście Polacy.
W kotlinie było już zupełnie ciemno. Po trochu że już zapadał wczesny, grudniowy zmierzch, głównie jednak od dymu i płatów sadzy, od których było gęsto w powietrzu. Za rynkiem niebo gorzało krwiście. Ognisty słup przypominał olbrzymi piorun od nieba do ziemi rozcinający horyzont na dwie połowy. Nie kołysał się, nie zmieniał odcieni – stanął i tak stał nad wszystkim co istniało.
– I na cóż teraz te waśnie mistrzu Albrechcie? – pokiwał głową Bogusław – Módlmy się lepiej o nasze miasto!
Biedniejsi Flamandowie, których komandor lubuski niedawno dopiero sprowadził do Sulęcina, otoczyli obu swarzących się mężczyzn. Posypały się pretensje:
– To przez wasze waśnie wszystko…
– Cały dobytek nam ci Polacy spalą!Po to tu przybyliśmy?
– Czemu Rada nie prosiła o darowanie miastu?
– Co nam do tego czy książę, czy margrabia… Z czego wyżyjemy do lata?
Dołączyły się i kobiety:
– Co będzie z dziećmi?
– Nie ma gdzie strawy przygotować, ni szat jak wyprać.
– Na zabijaków naszych i własnych synów wyprowadzicie! Na zatracenie Bóg tu nas sprowadził! – histeryzowała jakaś bardziej pobudliwa.
Albrecht spojrzał Bogusławowi w oczy. Chwile mierzyli się spojrzeniami, wreszcie Niemiec powoli zaczął mówić:
– W południe byli zakonnicy, ponoć wyjednali u książęcego kapelana, że ludzie będą mogli nie dopuścić ognia do miasta.
Stojący wokół mieszczanie pochwycili tę nowinę:
– Jazda, do gaszenia! Na co czekamy?! Wiwat Bolesław! Ratować co się da…
Z tyłu Rudolf i Konrad nie kryli dezaprobaty:
– Hołota, gotowi wszyscy lecieć na wezwanie Bolesława!
– Fryderyk mądrzej by już tam gasił…
– Czego chcesz, więcej się uratuje, więcej ściągniemy do kasy podatków. I to od Polaków. Ściągniemy tu jeszcze ich trochę z Międzyrzecza i na wieki będziemy pierwszym miastem na pograniczu.
– Tak, jakoś będziemy musieli się jednak z nimi dogadać…
Zatętniły kopyta końskie. Na drodze prowadzącej z miasta ukazał się jeździec w płaszczu zakonnym. Ujrzawszy zebranych, nie dojeżdżał już do nich, tylko zawrócił konia, krzycząc:
– Zamek padł! Na rozkaz komtura – wszyscy do gaszenia pożaru, za mną!

1269 (2)

Mieczysław Bonisławski

Obóz po ogłoszeniu rozkazu o przystąpieniu do szturmu zamku wrzał. Służba wraz z giermkami nie kryła podniecenia, nieco bardziej opanowane starało się być rycerstwo. Po sensacji jaka wywołało wyprowadzenie nad samym ranem z lasu przez oddział czat czarownicy i szalonego dziada, kolejnym wydarzeniem stało się wygłoszenie mowy przez księcia Bolesława.

Nie pierwszej już młodości książę kaliski prezentował się na tle śnieżnego pustkowia wspaniale. Wysoki, mocno zbudowany stał przed swym ludem dumnie, w ozdobionej purpurą zbroi, z twarzą zwróconą ku twierdzy Sabela.
– My, książę kaliski, gnieźnieński i poznański, Bolesław, dzięki łasce Bożej możemy prowadzić was dzisiaj, w wigilię świętej Łucji, roku 1269 od narodzenia Jezusa Chrystusa, do szturmu ostatniego już gniazda saskiego na pradawnej ziemi naszych dziadów…
Rycerstwo stało w krąg, już w pełnym rynsztunku. Na lewym skrzydle łucznicy, na prawym – konni a po środku pośledni lud, czyli pospolite ruszenie.
– Wielu z zebranych tu panów – książę zatrzymał wzrok na stojących po swej prawicy – pamięta jeszcze poselstwo z jakim onegdaj do nas przyszliście, prosząc o zaniechanie wojny i ugodę z naszym zięciem, panem Konradem, margrabią brandenburskim. Nie doszło wtenczas do walki i ziemia wasza i dobra wasze wówczas nie ucierpiały. Zgodnie z umową, zamek nasz, Santok, rozebraliśmy, i to samo uczynił margrabia Konrad z zamkiem Drzeń.
Andrzej Zaręba pochylił się do ucha Dargosława ze Skórzewa:
– Nie tak łatwo poszło Sasowi, pamiętasz kumotrze?
– A jakże! – odszepnął zagadnięty – Nie był nasz książę skory do pozbycia się warowni na samej granicy. Po dwakroć Konrad zjeżdżał ze świtą panów do Santoka rozbiórki zamku doglądać.
– A my, w trzy tygodnie go postawilim na powrót – zachichotał Zaręba.
– Oj biedna ta nasza pani Konstancja, jak w niewoli zapewne żyje u takiego męża, co to na Polaków tylko ciągle czyha… – zaczął ktoś z boku biadolić – Wybacz Boże świętej pamięci księciu Przemysławowi, że córkę za mąż tak wydał…
– Cicho! – ofuknął go Zaręba, wspierając się dla wygody na włóczni wbitej w śnieg
– Niedługo jednak, cztery lata ledwie, Sasi wytrwali w pokoju – kontynuował Bolesław – a najlepiej wiedzą o tym dzielni Międzyrzeczanie, przez wojsko Ottonica najechani i haniebnie pobici.

Kasztelan międzyrzecki, Szymon Nałęcz stał pośród świty książęcej, nieco w bok od Bolesława.
– Słusznie pan nasz prawi – odezwał się tak, by go słyszeli – Wpierw Otto zamek na granicy bezprawnie postawił, a gdy książę kaliski, nie chcąc wojny wszczynać, folgował swoje słuszne oburzenie, Niemiec w swej zuchwałości mniemał, że to słabość i ku jeszcze większemu bezprawiu, Miedzyrzecz najechał. A gród bez fos jeszcze był, jeno drewnianymi strzelnicami i wałem otoczony…
– Wróg wpierw tak nieobronne miasto dobył, potem na zamek uderzył a gdy został odparty, z wściekłości to co z grodu zostało, kazał spalić i spod urągającej jego niezaradności warowni jak niepyszny zawrócił. Ale co przy tym zbrodni niepotrzebnej się wydarzyło, ile kobiet haniebnie sponiewieranych i dobitych przez żołdactwo saskie na polach pozostało…

Bolesław gestem nakazał kasztelanowi milczenie, sam zaś mówił dalej:
– Mszcząc naszych poddanych zajęliśmy Ziemię Lubuską, do margrabi przynależną i teraz zburzymy bezprawnie wzniesiony zamek Sulęcin. My, książę Bolesław, nie chcieliśmy tej wojny, ale niechaj każdy kto zechce wyciągnąć rękę po nasze ziemie wie, że będzie dościgniony, łupy będą mu odebrane a on pobity, w sromocie do domu z naszej jeno łaski wolnym zostanie puszczony.
– Za dobry dla wroga jest nasz książę – szepnął Szczerzyk do swego przyjaciela ze Skórzewa.
– By tylko zbrodniarzy wolno nie puścił – frasował się Zaręba, który w Międzyrzeczu poniósł bolesną stratę.
Drogosław przytaknął.
– Tak, nie darmo pana naszego Pobożnym nazywają. Gdy inni Piastowicze rękę nawet na biskupów podnoszą, nasz Bolesław i wówczas, gdy o infułę zabiegał, by po jego myśli została nałożona, dobrym słowem jeno kapitułę i papieża chciał przekonać.
– Prawda to, rzec muszę. Choć to waszego panie syna, prepozyta Piotra przecie kapituła poznańska wybrała, to i książę ma prawo swój głos dać, a nasz Bolesław w święty sposób to uczynił. Dziękować Bogu wypada, że tak dobrego i uczonego a przecie i odważnego księcia nam dał.
– Byle tylko dla niegodnych jego łaski, wilcząt saskich nazbyt miłosierny nie zechciał być…

Słowa Bolesława zdawały się potwierdzać najgorsze obawy jego rycerzy:
– Obiecaliśmy przed ta wyprawą pani księżnej Jolencie, że o ile jeno Bóg, ubłagany modlitwą, zwyciężyć nam pozwoli, okażemy brańcom, litość i miłosierdzie. Toteż rozkazujemy uważnie baczyć na polecenia panów Janka kasztelana kaliskiego i Przedpełka wojewody poznańskiego a i pomniejszych dowódców, w tym względzie się odnoszących. Niepotrzebne okrucieństwo – tak ciury jak i rycerza, głową karać będziemy. A że szkoda przyszłemu świętu takiego smutnego widowiska przydawać, to i folgujcie swoje zapędy.
Wielu ze słuchających wydało nieprzychylne pomruki, bacząc jednak, by nie dotarły one do uszu księcia.
– Jak nam wiadomo od pana Marcina chorążego międzyrzeckiego, w zamku zbrodniarze z Miedzyrzecza się pochowali. Tych ująć należy i pod sąd oddać. Gdyby jednak ucieczką salwować się chcieli, bijcież w nich, życia nie oszczędzając!
– W takim zamku, to muszą być bogactwa… – mały dobosz miejski z Płocka był myślami daleko od krwawych porachunków.

Nie dotknięci bezpośrednio międzyrzecką tragedią pachołkowie z innych miast, byli już nieco znudzeni tym, co mówił książę, toteż szybko podchwycili okazję do pokpienia z chłopca.
– W lochu złote dukaty.
– Całe garnce srebniaków.
– I ozdoby… I co zaczerpniesz swym tarabanem, to pan twój da ci wziąć – może wieś se kupisz?
– U Sasów doboszki, nie doboszów, mają. Musisz taką jeno zdybać i tak ucapić, coby bębnić do boju nie mogła… A jak się sprawisz, to prócz bogactw, książę i wesele wam na zamku wyprawi.
Blondynek mający pomagać młodemu Piotrkowi Opalińskiemu, huknął na trefnisiów i przygarnął ręką małego:
– Nie wierz im. Z zamku pozostawionego na oblężenie wszystko co cenne a i kobiety się wywozi. Ty pierwszy raz na wyprawie?
Chłopiec wykręcił się z uchwytu i spojrzał w górę, szukając oczu tamtego. Zakłopotany wymyślał najbardziej honorową odpowiedź.
Jan, pracujący przy stajniach Nałęczów, potarmosił go za głowę.
– Nie widzisz jak się boi, młokos.
– A ty się nie boisz? – zdziwił się blondynek i spoglądając wokół, tajemniczo szepnął – Czaty złapały w nocy czarownicę, taka może urok rzucić. Szturm się nie uda, a Sasi potrafią się bronić: smołę i ukrop będą na nas lać, głazy na łeb rzucać… – powiódł wzrokiem po przerażonych twarzach i zadowolony z osiągniętego wrażenia roześmiał się – Ale dziad, co to z wiedźmą był, rzekł, co dziś jeszcze zamek książę spali, kto więc przeżyje, ten niech plan już na jutro sobie układa…
Książę tymczasem kończył:
– Zgodnie ze zwyczajem, po walce, w obozie, uświetnimy naszym majestatem pasowanie na rycerzy, tych, co zasługi szczególne osiągną. Temu wspólnemu świętu radości zaś przydamy, dzieląc łupy i razem z wami, podziękujemy Bogu za okazane łaski.Panowie nasi i kmiecie z pospolitego ruszenia, bijcież zatem w imię Boże i Polski, co dziś jeszcze rozdarta niczym ciało świętego Stanisława biskupa! Bijcież Niemca, kęsy ciała owego, chcącego nam wyrywać…!
Ostatnie słowa zginęły w tumulcie wszczętym przez porwanych entuzjazmem słuchaczy.
– Wiwat książę Bolesław!
– Na Niemca!
– Za Polskę, za Międzyrzecz! – zbocza Gołębiej Góry rozbrzmiewały bojowymi okrzykami. Fala oddziałów ruszyła w dół, ku widniejącemu tam miastu i górującemu nad nim zamkowi.
– Za mą matkę, za ogień… – chłopięcy falset załamał się, ale Piotr Opaliński z Bnina dziarsko wymachując włócznią biegł za innymi.

III.

Było już południe. Szturm zamku rozwijał się zgodnie z planem, o czym gońcy przysyłani co jakiś czas ze stanowiska dowodzenia, informowali zebranych w sulęcińskim kościele duchownych. (Przy okazji, w drugą stronę powracało, za ich pośrednictwem, błogosławieństwo i obietnica modlitwy o pomyślność dla Bolesławowych wojsk.)

Na zewnątrz świątyni, na rynku, było głośno od pędzących w różne strony wozów, maszerujących oddziałów, z północy niósł się niskim pomrukiem bitewny zgiełk. W środku panował jednak spokój, grube mury stały na straży majestatycznej ciszy. Raz po raz zabrzęczałnajwyżej łańcuch, szurnęły czyjeś kroki, czy dał się słyszeć przytłumiony szept modlitwy.

Godysław Baszko, rocznikarz kapituły poznańskiej, pozostał w kościele. Za stary już był, by towarzyszyć bezpośrednio zdobywaniu zamku, toteż chętnie pozostał w mieście, gdzie ciekawość przywiodła go do templariuszowskiej świątyni. Już wcześniej upatrzył ją sobie jako swoistą atrakcję, toteż z zainteresowaniem teraz oglądał bezwieżową budowlę, jakiej w Wielkopolsce nigdzie by nie znalazł. Bogatych zakonników – rycerzy stać było na budowę wspaniałego kościoła w mieście, o którego rozwój tak dbali, sprowadzając wielu osadników, Niemców z Saksoni, a nawet Flamandów. Bardziej zresztą do związanych z tym planów niż do rzeczywistości dopasowali wielkość sulęcińskiego kościoła – miasto liczyło dopiero niewiele ponad trzysta dusz, a rozmach architektoniczny mógł przecież zadziwić każdego.

Bogata, kolorowa posadzka z sudeckich piaskowców, leżała bezpośrednio na granitowym cokole, kryjącym piwnice. Mury bazyliki, ułożone z granitowej kostki, wieńczyło oparte na pendentywie krzyżowe sklepienie z kopułką nad skrzyżowaniem nawy głównej z poprzeczną, idącą tuż przed ołtarzem. Za transeptem, małe, niskie prezbiterium kończyła jeszcze niższa, półkolista apsyda, kryta półkopułą. Nawa środkowa, niezwykle wyniesiona względem obu, wąskich naw bocznych, ze swymi okienkami, była głównym źródłem słonecznego światła, zogniskowanego na główny oraz dwa boczne ołtarze. Te ostatnie umieszczono w sporych apsydach na obu końcach transeptu. Nawy oddzielały od siebie granitowe arkady o bogato rzeźbionych głowicach kolumn. Podobna arkada szła w poprzek, po obu stronach transeptu.

Ślepe otwory okienne, tworzące mroczne nisze wzdłuż wydłużonych boków zasadniczego założenia świątyni, obramowane portalitami, były w większości jeszcze puste; zaledwie w kilku wykonano już na tylnej ścianie malowidła. Godysław mijał je szybko i bez zainteresowania. Dopiero gdy przyzwyczaił wzrok do mroku, zaskoczony odkrył fantastyczne plecionki, z wkomponowanymi motywami tworów roślinnych i najprzeróżniejszych figur geometrycznych, pokrywających owe portality. Obszedł cały kościół wkoło jeszcze raz, zwracając teraz na nie szczególną uwagę.

W końcu stanął w wydłużonym kręgu światła, na wprost głównego ołtarza. Przeszedł wzdłuż nawy głównej w stronę wejścia, zagłębiając się w coraz głębszy mrok. Zadarłwszy głowę, z zapartym tchem śledził grę świetlnych nici, jaka odbywała się wysoko ponad nim. Zawrócił.

Ze stall podniósł się prepozyt Pakosław, wyszedł przed ołtarz i skinął na Baszkę.
– Przybyło poselstwo zakonne. Dziekan Falenty pragnie abyś był, panie, obecny przy rozmowach.
Godysław wyszedł przed kościół. Od razu zwrócił uwagę na czarny dym wznoszący się od strony zamku, którego gdy wchodził do świątyni jeszcze nie było. Na długie zastanawianie się nad jego przyczyną nie było jednak czasu. Czterech rycerzy w długich, białych płaszczach z ośmiokątnym, czerwonym krzyżem na plecach, rozmawiało z polskimi księżmi. Nieco z tyłu, stał koniuszy, pilnując koni.

Baszko podszedł do rozmawiających.

– Dobrze, że jesteś Baszko – Falenty postąpił krok ku przybyłemu – Bacz uważnie, byś potem wszystko dokładnie opisał. Zjawili się u nas, jak widzisz, bracia zakonni, właściciele Sulęcina…
– Jestem brat Gwido i występuję w imieniu komandora klucza lubuskiego… – rozpoczął templariusz – Przybywamy do was, zaniepokojeni o los miasta i ludności, które Bóg zechciał zlecić naszej opiece.
– I cóż was tak bracia niepokoi w postępowaniu chrześcijańskiego księcia? – prowokacyjnie przerwał mu niedoszły biskup poznański, Piotr ze Skórzewa.
– Książę wielkopolski Bolesław raczył zakończyć oblężenie zamku i przystąpił do szturmu. Załoga zamku jest niewielka i zmęczona wojną, rychło więc, dziś jeszcze może, poczynania księcia, skutek przyniosą. Chcemy was prosić, księże dziekanie i was panowie duchowni o wstawiennictwo u Bolesława za ludnością i miastem.
– Cóż to, obawiacie się karzącej ręki sprawiedliwości? – drwił Piotr.
– Oby Bóg wybaczył ci bracie twoje intencje – skarcił go, podnosząc ku niebu ręce, drugi z zakonników – Książę Bolesław zwany przecie Pobożnym, owe umiłowanie miłosierdzia zechce nam chyba jednak okazać?
– Nie Zakon prowadzi tę wojnę – dodał Gwido – Czemuż więc karać zgromadzenie Bogu służące?
– Wszyscy służymy Bogu – wtrącił się prepozyt międzyrzecki Pakosław – Tylko czy czyny wszystkich służą Jego chwale? Czy miłe było Panu spalenie Międzyrzecza i zamordowanie bezbronnych mieszczan? Od pół wieku panowie marchijscy wyciągają rękę po polska ziemię!

Na dany przez Gwidona znak, Falentemu podano oprawiony w skórę rulon. Dziekan rozwinął, obejrzał i oddał dokument Baszce. Zakonnik gestem zachęcił do przeczytania; Falenty skinął głową na Godysława.

Ja Mroczek z Pogorzeli, za zgodą brata mego Gerlacha, prepozyta lubuskiego, dla zmazania grzechów moich nadałem Bogu, NMPannie i zakonowi templariuszy dla zbawiennego poratowania ziemi jerozolimskiej, posiadłość moją leżącą między Lubuszem a Santokiem, zwaną Sulęcinem z wsiami i miastem przynależnymi wraz z wszelkimi prawami, tak jak one zostały wyszczególnione w przywileju nadanym mi przez księcia pana. Aby zaś ta dobrowolna darowizna dokonana wobec pana Bolesława księcia Śląska oraz baronów nie uległa zaprzeczeniu, postanowiłem wzmocnić niniejszy dokument przez przybicie pieczęci wymienionego księcia, mojej własnej i pieczęci mojego brata.

Baszko nie odrywając oczu od dokumentu przerwał na chwilę. Nerwowo przełknął ślinę i wobec milczenia pozostałych czytał dalej:

Działo się to we Wrocławiu w roku od Narodzenia Pańskiego 1244, w obecności Bolesława księcia Śląska, pana Henryka, biskupa wrocławskiego i Bogusława, kasztelana w Niemczy, komesa Racława wrocławskiego i Bogusława bytomskiego kasztelanów, pana Bogusława, Przecława, podczaszego Konrada…

– przerwał na znak Falentego. Przez chwilę templariusze czekali na reakcję Polaków, wreszcie odezwał się Gwido:

– Jeno z poszanowania księcia wielkopolskiego i was, księże dziekanie, wynikła nasza chęć pokazania wam tego niezwykle doniosłego dokumentu, z którego jasno wynika iż nie siłą czy podstępem miasto i ziemię nabyliśmy. Dostaliśmy ją na prawie, dla większej chwały Pana naszego, Jezusa Chrystusa…
– Zamilknij bracie…! Nie mieszaj Jego imienia, bo…! – wycedził przez zęby nie wytrzymując Piotr.
– Nie wiesz bracie Gwidonie – spokojnie przejął prowadzenie rozmowy dziekan gnieźnieński – że Bolesława uznano za zdziczałą płonkę szlachetnego rodu Piastów, że w księstwie swym przydomka Rogartki się doczekał? Zuchwały jest książę i dla prywaty, sprawę świętej ojczyzny gotów poświęcić. Niedawno to przecie przyjęto go na powrót do społeczności wiernych, klątwę zdejmując. A i obecnie dziwne rzeczy na Śląsku się dzieją. Chodzą słuchy jakoby książę legnicki niecnie ręki przykładał do śmierci swych konkurentów do władzy nad całą dzielnicą…
– Wy Polacy nigdy nie wiecie, co dla was jest dobre – przerwał mu milczący dotąd zakonnik o kruczoczarnych włosach, mówiący z galijskim akcentem. – Rozbity na dzielnice kraj jest słaby, potrzeba mu władcy, który to zrozumie i silną ręką przywróci na swe czoło koronę. Poprowadzi kraj ku sąsiadom, zajmie się kulturą… Bóg to dopiero doceni, kto najlepiej waszej ojczyźnie służy.
– Kim jesteś panie?
– Bernard de Molay, przybyłem tu z Arginy w pewnej misji i sądzę, że ją spełniam.
Falenty z zainteresowaniem przyjrzał się tajemniczemu zakonnikowi. Zamilkł jednak, gdyż prepozyt Piotr wszczął ostrą wymianę zdań z Gwidonem:
– Jak tu nie mówić o podstępie, gdy arcybiskup magdeburski pożyczył księciu legnickiemu pieniądze pod zastaw Ziemi Lubuskiej a potem zagarnął ją za niespłacone długi i poddał ja margrabi?!
– Gdyby w domu piastowskim nie było kłótni, miast niej zaś przeważyły by potrzeby korony, książę nie musiał by szukać za granicami pieniędzy na bratobójczą walkę.
– Ale to nie jest autorytet na który może powoływać się chrześcijański zakon!
– My mamy nadanie od komesa Mroczka, nie od księcia Bolesława!
– Ciekawe jaki to grzech je spowodował?
– Komes Mroczek…?
– W Polsce mówią: jaki pan, taki kram, bracie Gwidonie.
– A w Bretanii, że ryba psuje się od głowy…
– Nie zakon ojcze prepozycie oddał się Niemcom, jeno arcybiskup – przerwał im znowu de Molay – I nie nam oceniać politykę książąt. Wiem też i ja o walce synów Odonica z Bolesławem Srogim o ich ojcowiznę, wiem o tragedii Międzyrzeczan i wiem o ubiciu wczoraj dwóch naszych braci w lesie, przy polskim obozie, ale to nie powinno nam przesłaniać perspektywy kolejnej, niepotrzebnej masakry, której możemy uniknąć…
Falenty cały czas uważnie słuchał, wyczuwając jakąś ukrytą intencję zakonników. Coś wzbudzało w nim podniecenie, podświadomie przeczuwał jakieś niesamowite rozwiązania. Oczekiwał ich niespokojnie i nie mógł się doczekać!
Gwido pokazał na pokrywające już prawie cały horyzont dymy i krwawą łunę na północnym zachodzie.
– Czy zechcesz księże dziekanie, wstawić się za tym, by miasto nie ucierpiało od tego ognia, przygotowanego po to, by strawić zamek? Czy…
Falenty nie dał mu dokończyć:
– Polacy nie prowadzą wojny tak jak Niemcy. Mieszczanom kazano się zawczasu schronić na Winnej Górze i tam ich możecie odnaleźć. A co do ognia i pustego miasta – wszystko tu już jest w ręku Boga. Możecie tylko przekazać ludziom, by przygotowali się do gaszenia. Na to, daje wam moje słowo, książę się godzi.

1269 (1)

Tak jak rok temu, tak i w tym roku, pierwszym autorem jest dzisiejszy solenizant, tyle że w tym roku dostaliśmy od niego długą wieloczęściową powieść historyczną (a zapewne, jak znamy autora, będzie to również historia fantasy), dziejącą się w roku 1269 w okolicach Sulęcina. Będę ją drukować co środę i zobaczymy, na ile śród autorowi starczy zapasów i czy przekonamy go, żeby pisał dalej…

Mieczysław Bonisławski

I.

Mimo ciemności grudniowej nocy, przyzwyczajone do nich oko, potrafiło rozróżnić nawet szczegóły. Rzadki, ale zakrzaczony las, podścielony skorupą kilkudniowego, zmrożonego śniegu, iluminował odbitym światłem tłustego, okrągłego księżyca w pełni. W górze, przeganiając po niebie ciemne chmury, wiał silny wiatr. Barwa i intensywność światła, wraz z falowaniem tej kłębiącej się zasłony, ulegały ciągłym zmianom. To, maszty najbliższych drzew majestatycznie stały w bladym blasku szeroko, po horyzont rozlanej poświaty; to wszystko spowijała przygnębiająca, zionąca majakami, głęboka czerń. Po chwili, gdy chmura przekołowała dalej, widnokrąg raptem rozszerzał się na powrót, ukazując cienie świerków na tle białej, pofałdowanej powierzchni.

Księżyc stał wprost nad wijącym się od skraju lasu, nieszerokim parowem. Nagie drzewa wyrastające z jego dna, nie sięgały ponad ściany, których równie porośnięte szczyty ginęły w ciemności. Półokrągłym spodem, tonącym w księżycowym świetle, niezdarnie posuwały się dwie, wyraźnie odcinające się od tła, postacie. Minęła dłuższa chwila, zdążyły się już posunąć z kilkadziesiąt metrów w głąb, nim dotarła do ich świadomości otaczające je cisza. Tu wiatr nie wciskał się zimnem do każdej szpary opończy, nie wywracał jak na otwartym polu; wirujące z jego siłą, porywane z ziemi i drzew płatki śniegu nie oblepiały głowy ni pochylonych pleców i ramion.

Postacie przystanęły. Była to chwila, gdy mogły wreszcie strzepać z siebie zlodowaciały śnieg, otupać nogi. Jedna z nich, niższa i bardziej wiotka, pośpieszywszy się, spróbowała w kilku miejscach rozgrzebać śnieg. Zaspy były tu mniejsze i płytsze, a pod warstwą firnu, gniły na wpół zmarznięte pokłady liści. Pomiędzy oblodzonymi krzakami znalazłoby się nawet miejsce na zaciszną i ciepłą jamę.

Wyższa z postaci jednak coś mruknęła, machnęła zawzięcie ręką i podpierając się kijem, ruszyła z mozołem dalej. Mniejsza, niezdarnie ślizgając się na rozruszanej mazi, pośpiesznie podążyła jej śladami.

Za jednym zakrętem był następny, za nim kolejny. Horyzont, na wyciągnięcie ręki, obcinały ośnieżone ściany, monotonnie, prawie równo, jak po sznurku, wznoszące się już wysoko ponad głową. Nogi mieszały mokry śnieg i nadgniłe liście, wyrywały w oczkach kawałki owijających łydki leszczyn i bzów. Aż nagle, z przodu, rozbłysły po bokach świetliki gwiazd.

Cienie na śniegu były szare i bure a krzewy rozstąpiły się: parów przepuszczał podążające w poprzek obniżenie. Musiała tędy prowadzić jakaś ścieżka. Wyglądała jak bród na rzece.

Tu też martwy, zimowy bezruch nocy, tak naturalny, został zupełnie niespodziewanie zmącony. Coś podłużnego mrowiło się nisko przy przeoranym śniegu. Widok przysłaniało coś czarnego, jedno i drugie, trochę dalej, uniesione w górę. Wtem, przez parów przeleciało krótkie warknięcie i wataha wilków rzuciła się do ucieczki ku gwiazdom.

Dwójka wędrowców wyszła zza zakrętu na ten właśnie moment. Wahanie prowadzącego trwało jedną chwilę, szybko zawrócił i usiłował nieporadnie, podbiegając, zniknąć tam skąd przybył. Drugi, biegł lżej, ale nie chcąc pozostawić powolniejszego towarzysza, zapadł w bok między gałęzie, wgryzając się rękoma w śnieg. Trwało to jednak odrobinę za długo. Zostali już dostrzeżeni przez zbrojnych, którzy wypłoszyli byli watahę. Jeden z nich przystanął i pohukując, wymachiwał ku wilkom zapalona pochodnią, ale dwaj pozostali, pochylonymi włóczniami wygarnęli uciekinierów i poprowadzili z powrotem ku przejściu przez parów.

Tu leżały w poprzek dwa trupy w czarnych zbrojach, okryte długimi, białymi płaszczami. Jeden został rozwleczony przez zgłodniałe wilki; tkanina płaszcza była rozciągnięta po zakrwawionym śniegu – na jego środku czerwienił się ośmiokątny krzyż. Odgryziona głowa, szczelnie okryta przylegającą do czaszki siateczką z metalowych kółek, poturlała się parę metrów obok. Sztywne ciała leżały tu już z kilkanaście godzin.

Trójka zbrojnych otoczyła uciekinierów, jeden przyświecił pochodnią. Chwilę się przyglądali.
– Wilków czy martwych zakonników takeś się przeraził dziadu, co? – spytał najważniejszy.
Mniejszy z wędrowców z trwogą, dziewczęcym głosem wykrzyknął:
– Dziadek ślepy, on ślepy, panie!
– Ejże! – zdziwił się rycerz i ucapił jeńca za barki. Zdarł mu z głowy kaptur i chwilę, jakby zaskoczony, chwytał rozpuszczone jasne włosy – Coś ty za dziewka?
– Szpieg lubo… czarownica! – pośpieszył z wyjaśnieniem nie pytany drugi ze zbrojnych.
– Cicho ciuro, poświeć no tu mi lepiej – rycerz bacznie lustrował oboje brańców. Siwy dziad rzeczywiście niewiele chyba widział, a dziewka, nie wiedzieć była li ładna, czy nie? Z jasnych loków zostały jeno zmierzwione kudły, twarz wykrzywiało zmęczenie.
– Ubić ich, ubić, bo to i wilcy się przecie ich zestrachali…
– Nie było by wilków, gdyby pogrzebać Teutonów jak ich tylko ubilim – skwitował rycerz. – A wy co za jedni, na przeszpiegi szliście?
Dziewczyna gwałtownie jęła przeczyć głową i rękoma, stary tymczasem przyklęknął przy trupie i coś mamrotał, jakby modląc się.
– Ty! – rycerz stracił nieco pewność siebie – Ty aby nie zamawiasz czego tam na nas?
– Odpowiadaj jak cię rycerz pyta! – jeden z pachołków szturchnął klęczącego włócznia. Dziad począł się gramolić w górę. Dziewczyna, nie zatrzymywana podbiegła pomóc mu stanąć na trzęsących się nogach. A on zwrócił swa twarz ku granatowemu niebu, skąd powoli zaczynał się już skradać świt. Chwilę trwali zapatrzeni, po czym ruszyli w milczeniu dalej przed siebie, dziad oparty o ramię dziewczyny, wyszukujący kijem właściwą drogę.
– Ejże! – zaprotestował rycerz i na jego znak, obaj pachołkowie zawrócili dziwna parę.
– Pójdziecie, ale do obozu. Trzeba sprawdzić coście za jedni – wyjaśniał, jakby bardziej sobie, niż im, dowódca i dał znak obu ciurom.

Opuścili parów, ruszając wydeptana ścieżką w bok. Za plecami pozostawili bardzo powoli jaśniejące niebo.

Niezwykle wąskie przejście wiło się straszliwie pomiędzy drzewami i leszczyną, szli więc gęsiego, rozciągnięci na kilkanaście kroków. Zbrojny przywódca w pewnej chwili zauważył, jak dziewczyna o coś zapytała dziada i ten jął cicho jej opowiadać. Przyśpieszył, dorównując im kroku, ale ci w ogóle na to nie reagowali.

– …Zmartwiał Gabriel, gdy Asmadeusz bestię sprowadził. Przyleciała z zachodu, ziejąc ogniem i dymem, smrodem bijąc co niewinne i trując co zdrowe. Wraży ogon zanurzyła w nurcie Odry, zadem siadła na rogatym tronie Kaina a pysk dziobaty i wstrętny wsadziła w międzyrzecze…
– I poszedł krzyż na krzyż i oba od krwi poczerwieniały, aż tam, gdzie jeden z Bolesławów ziemią frymarczył, drugi się zjawił, rękę mu wstrzymał i oczy oczyma na wschód zwrócił, chcąc ostrzec przed tym, co z tego wyniknie…
– Miasto za miasto, łup w łup, ogniem po ogniu, przy brzęku mieczy ścielił się trup i ginęła kraina, aż ostał się jeden już tylko zamek, jak zadra tkwiący w ciele, obcy plon bratobójczej kłótni. Świeżo pobudowany, z bali gliną oblepionych, dumnie wznosił swe baszty, drwiąc z głupoty, która go zrodziła…
– Po naszemu gada…? – zdziwił się jeden z ciurów.
– Cicho! – zgromił go dowódca – O czym on mówi? – zwrócił się do dziewczyny, od początku sprawiającej wrażenie bardziej przystępnej.
Ta teraz jednak spojrzała nań błędnym wzrokiem i poczęła majaczyć:
– Jak zgłodniali wilcy do rżącego konia, jak gęś do swego klucza, zbiegną się ze wszystkich stron Bolesławowi ludzie pod zamek Sabela. Na wyniosłości, nieopodal miasta stojący, jak krwawy ochłap żeru zew wokół rzucać będzie, żądne odwetu wici…
– Tfu, toż jak wiedźmy gada… Jezu, urok na obóz rzuca…! – przerażone ciury odskoczyły w krzaki zaciskając ręce na drzewcach włóczni.
– Ręka, którą wzniesie ramię, kość z Kości i krew z Krwi, uratowane przed niebytem od ludzi jeszcze przed wynijściem na tę ziemię, pierwsza przyłoży smolne polano do wydłubanej spod gliny ściany. Szatan, który zagnieździł się w ciele obrońcy krwawych krzyży na płaszczach, upiecze ich braci, a oni sami poproszą was o łaskę, judaszowe pieczęcie okazując Bolesławowi.
– Albo też Bebaal z Gabrielem tak losy poplączą, że ten, którego matka, co nigdy szczęścia macierzeństwa nie doznając, dzieciobójczynią stać się miała, księdzu swe życie zawdzięczając, za wiarę bałwanią krew czystą przeleje lub obaj dwa krzyże, jak szpony dwóch orłów na ciele brzemiennej samicy zajęczej, na wieki, po śmierć, jedyne rozwiązanie, skrzyżują… – jak będzie, ja nie wiem. Pozwólcie wielcy panowie iść swoją drogą – zaskakująco trzeźwo zakończył starzec, prośbą skierowaną do swych nieproszonych przewodników.
– Niewątpliwie wiara chrześcijańska nie jest ci, starcze, obca – odpowiedział spokojnie rycerz – ale zbyt dużo wiesz, jak przed chwilą słyszeliśmy. Więcej nawet niż dotąd się wydarzyło – trzeba to wyjaśnić. Brać ich! – krzyknął do dwóch pozostałych. Pachołkowie błyskawicznie nacelowali ostrza włóczni na nerki więźniów i pchnęli ich do marszu przed sobą.

Na skraju lasu już dniało.

II.

Nad zachodnim stokiem Gołębiej Góry i sąsiadującym z nią od południa skłonem, snuły się ścieląc nisko przy ziemi, smugi dymów. W głębokich oparzelinach ukryte, niczym w śnieżnych kagankach, pełzały po czarnych polanach, blade w świetle wschodzącego słońca, płomienie. Wytopione aż do pachnącej ziemi nisze okupowali skuleni ludzie. Każda jama została wyrąbana siekierami w zaspie a bloki lodu, ułożone na górze wieńczyły koroną okrąg ścian. Podobnie jak dna, wyłożone zostały one świeżą jedliną i tak przygotowane śnieżne jamy, okazały się niezastąpioną w tych warunkach polową kwaterą: zimny wiatr hulał wysoko ponad głowami ściśniętych ludzi, ognisko dawało ciepło i pozwalało przygotować gorącą strawę. Na rozłożony na obu wzgórzach obóz składało się kilkanaście takich kwater.

Oba stoki schodziły się w przodzie na dnie kotliny wzdłuż której biegły dwie ulice splecione w połowie w węzeł rynku – to był Sulęcin. Z drugiej strony, w połowie drogi do następnego grzbietu stał zamek. Zbudowany z nawiezionych tu i uprzednio przygotowanych bali drewnianych, do wysokości zwieńczenia ścian zamykających dziedziniec, pokryty z wierzchu warstwą gliny. Nie był otoczony fosą, podejście do niego utrudniało tylko ukształtowanie terenu. Od strony miasta, nad doliną Postomii górowała prostokątna wieża mieszkalna ze strzelnicami. Wzdłuż korony obwarowań zewnętrznych biegła od środka szeroka galeria osłonięta blankami; wydostawało się na nią z wieży bądź w trzech pozostałych rogach – po wychodzących na drewniany podest schodach. Wspinały się one jednobiegowo, przytulone od wewnątrz do idących wokół dziedzińca ścian, wykorzystując całą ich długość.

Margrabia brandenburski nie zdążył jeszcze wykończyć całego założenia obronnego ani budynków gospodarczych. Sabel, dowódca załogi zamku, z dużym niepokojem obserwował przebieg obecnej, zimowej kampanii 1269 roku. Margrabia Otto oddając mu zamek, nakazał go szybko dokończyć, a sam gwałtownym wypadem napadł i spalił pobliski Międzyrzecz księcia kaliskiego. Niestety Bolesław kaliski ruszył w pościg za uchodzącym najeźdźcą. Otto uciekł za Odrę a Wielkopolanie zaczęli pustoszyć pożarami i grabieżą całą jego ziemię leżącą na wschód od rzeki. Sabel jednak zamku Sulęcin nie oddawał, choć też i książę Bolesław długo nie rozpoczynał regularnego oblężenia ani szturmu. Dopiero po dojściu do Odry i splądrowaniu całej prawobrzeżnej części Ziemi Lubuskiej, zaczął zbierać wracające wojska pod Sulęcinem. Od kilku dni Sabel mógł nocami oglądać gorejące ogniska na przeciwległym wzgórzu. Polacy wcale nie kryli swego obozu, specjalnie go tak rozbili, by Sasi broniący zamku musieli widzieć co noc ten ogień, by wiedzieli jak po każdym dniu, ilość świecących punktów wzrasta! A to zwiastowało, że rano ostrzał będzie jeszcze intensywniejszy.

– Jutro świętej Łucji… – przypomniał sobie saski dowódca, marząc o ukochanej kobiecie, która obrała ją za swą patronkę. Kobieta była jednak daleko, w domu, chwila uniesienia trwała krótko. Podjudzona gorejącą wojną żądza rywalizacji, rycerska potrzeba jak najszybszego sprawdzenia się w namacalnie, na wyciągnięcie ręki przyczajonym niebezpieczeństwie, burzyła spokój, nurtowała natrętnym pytaniem – kiedyż ci Słowianie będą gotowi wreszcie uderzyć?

Tymczasem w obozie, książę kazał formować szyk swojej drużynie a poszczególni rycerze, zaczęli skrzykiwać pospolite ruszenie. Jednocześnie oddział wolnych mieszczan z Międzyrzecza na rozkaz przyniesiony przez oboźnego, zwinął swój biwak na bezimiennym wzgórzu i pośród pohukiwań wszedł pomiędzy budynki Sulęcina. Zaczęto wygarniać wszystkich pozostających tam jeszcze mieszkańców w kierunku Winnej Góry, gdzie koczowała już większość z Sulęcinanian. Pozostawioną żywność i cenniejsze przedmioty taborowi pachołkowie wkładali na wozy i odjeżdżali na Gołębią Górę a wszystko co się tylko mogło palić, zrzucano na stertę przed karczmą, w bezpośrednim pobliżu zamku.

W obozie na Gołębiej Górze panował większy spokój. Tu nie rozwlekano po śniegu ognisk, ale w każdej z nisz pozostawał dyżurny do pilnowania ognia; zwieńczenia umacniano, zmieniano też starą jedlinę na świeżą.

Chorąży międzyrzecki, Marcin z Bnina Opaliński odszukał swego syna.
– Pietrek, pomnisz ty jeszcze dobrze owegoż zbója? – przed młodzikiem, najwyraźniej sposobiącym się podczas tej wyprawy do stanu rycerskiego, stanął mężczyzna stateczny, godziwej postury, w zbroi upysznionej paradną tkaniną. Hełm trzymał nie nałożony jeszcze w ręku; długie, choć już nieco przerzedzone, jasne loki wiatr rozwiewał na wszystkie strony.
– Jakżeż bym mógł…! – nieprzystojnie oburzył się Piotr i zaraz żarliwie, z synowskim szacunkiem poprawił się – Póki żyw będę, panie ojcze, idąc na Niemca, nic ino tę zbrodnię przed oczami mieć będę; w każdym Teutonie upatrywać będę zbrodniarza, szyję pod mój miecz noszącego. I pozwól Panie Boże, by jeno śmierć tamtego szczura, mordercy niewinnych kobiet, a nic innego, uwolniła mnie od tego obrazu…
Chorąży Marcin położył rękę na ramieniu rozpalonego młodzieńca.
– Pofolguj synku, pofolguj. Jeśli graf Sunnenwald schronił się w sulęcińskim zamku, musisz go dostać i pomścić nasz ból, nie bacząc nawet na swój honor. Jeśli go tu nie będzie – razem poszukamy zadośćuczynienia krzywdzie na teutońskim brzegu, ale dojść jej możemy tylko na winnym zbrodni, pamiętaj. Nic nam po przewagach nad wszystkimi innymi Niemcami – to nie oni ubili naszą żonę i matkę.
– Nie ja jeden będę go tu szukał, panie ojcze…! – w słowach Piotra kryła się mściwa satysfakcja – Nie ujdzie stąd zdrowy ni jeden jego członek, wystawią mi go jak ogary dziką świnię…
– Dobrze synku, nie zapomnij jeno ani na chwilę, że krew tę przelejesz z miłości do matki i z pamięci o męczeńskiej śmierci jej zadanej. – spojrzał gdzieś ponad głową chłopca – Wybacz mi Unisławo, a Ty Panie na moje sumienie zrzuć ów grzech, do którego popycham własnego syna – zdjął ręce z jego ramion – Uchrońcie go oboje od jadu nienawiści… Pomódlmy się Piotrze…
Chwilę trwali w kontemplacji, którą, przeżegnawszy się na powrót, starszy z nich, wstając z przyklęku, przerwał prosząc:
– Chcę teraz porozmawiać z tym giermkiem, który będzie ci towarzyszył, zawołaj no go Pietrek do mnie.

Chwilę później Piotr przyprowadził młodszego od siebie, wysokiego blondynka. Marcin wsparty na własnym kolanie popatrzył na niego zdziwiony.
– Nie jesteś ty zaawansowany w leciech chłopcze?!
– Na szesnasty mi już idzie, panie – usłyszał chorąży pewną siebie odpowiedź. Młodzieniec choć mało niewątpliwie jeszcze widział w swym życiu, sprawiał wrażenie roztropnego i optymistycznie patrzącego w swą przyszłość.
– To ty masz iść z mym synem na zamek margrabiego Ottona?
– Ja, panie.
– Będziesz zdobywał rycerskie ostrogi?
– To zależy od naszego pana, księcia kaliskiego – mój ojciec musiał uchodzić do Wielkopolski z Marchii…
– Ach tak? Opowiedz mi o tym.
– Wiem niewiele, panie. Tyle tylko, że ojciec był wolnym gościem komesa Mroczka w Sulęcinie i za zdradę stanu musiał uciekać ze Śląska. Ukrywał się w Puszczy Noteckiej, aż go złapał pod Santokiem wielmożny kasztelan międzyrzecki. Chciał go oddać do Sulęcina, ale miasto przejęli już wówczas templariusze, więc pan kasztelan kazał mego ojca jeno obwiesić. Matkę uratowało to, że była brzemienna. Jego wysokość kasztelan przyjął ją do służby na zamku międzyrzeckim, gdzie niedługo potem się urodziłem. Miałem jeszcze trzech starszych braci i siostrę, ale nie wiem, co się z nimi stało?
– Jak wołają na matkę?
– Racława, ale ona panie nie żyje. Spalił ją Niemiec, jeszczem pacholęciem był. U siostry się chowałem, ale i ona nie żyje. Jej spalone szczątki rozwlókł po śniegu rycerz Sunnenwald.
Marcin zacisnął pięści. Szybko jednak popatrzył, czy młodzi zauważyli jego słabość i popędził ich do przewidzianych regulaminem obozu czynności.
– Starajcie się godnie nosić imię gniazda swych ojców a Bóg pozwoli księciu zauważyć wasze zasługi – rzucił jeszcze na odchodne i poczekawszy aż znikną w tłumie, sam podążył ku niszy, w której spodziewał się zastać książęcy poczet i gdzie czekały go własne obowiązki.

Ciąg dalszy za tydzień

W oczekiwaniu na cud

Autor nie mógł wiedzieć, co napisałam we wpisie świątecznym, bo było jeszcze kilka dni przed świętami i właśnie zaczynała się Chanuka, gdy przysłał mi taką propozycję… W każdym razie pisałam, że zdarzył się cud. Dziękuję, Tiborze!

Tibor Jagielski

…jak chcesz, a kiedy – będziesz wiedziała sama
podczas oczekiwania na cud
pozdrawia

tibor

Autor: Tibor Jagielski
Mozart Don Giovanni Finale

WIERSZE  DNI ZAMACHU STANU

nasz krzyk
milknie
bogowie
przechodzą obok nas
obojętni
(16)

słońce tańczy na soplach wiszących z okapu
krople spadają na parapet
rozlewają się i zamarzają natychmiast
cisza
(17)

48

w nocy
po bezskutecznej rewizji
wzięli mnie

– wsadzimy cię do celi z pedałami
to ci dadzą popalić
ty dupo

mówili
wspierając dłonie na przytroczonych do boku kaburach
(a ten “dobry” pozwolił wziąć szczoteczkę i fajki)

jak było
pytali mnie potem
– hujowo normalnie
(18)

z cyklu “krzyk ryby”,*)
szczecin, 1981/12/20


*) wydany w opozycji do  stanu wojennego z 13/12/1981
w ilosci ok. stu egzemplarzy
tomik wierszy;
wydawałam wtedy także  moje obrazki,
powielałam (głównie techniką linorytową) i wieszałam w środkach masowej komunikacji

najlepsze rysunki i wiersze umieszczałam na ścianie mojego pokoju, ale z tej pożogi niewiele ocalalo,
może jeden napis na murze berlińskim, parę zdjęć i powyższy rysunek.