Gra o tron

graotronV

Wiem, podobno jest feministyczna dyskusja (dyskurs – jak to się dzisiaj nazywa w postmodernistycznej nomenklaturze naukowej) na temat, czy prawdziwa emancypowana kobieta powinna oglądać Grę o tron. Nie wiem, spóźniłam się z oglądaniem o spory szmat czasu – wciąż jeszcze oglądam drugą serię (w prawidłowej nomenklaturze – sezon), a tu właśnie wchodzi na ekrany telewizorów sezon piąty i ostatni – spóźniłam się więc również na dyskurs feministyczny.

Wiem jednak, że od wielu tygodni, w soboty, najpierw szwendamy się z przyjaciółką po mieście, potem zjadamy obiad bezmięsny, bezrybny, bezglutenowy i w ogóle bez, a potem zasiadamy w fotelach, oglądamy po dwa odcinki Gry o tron i jest po prostu pięknie!

“Gra o tron” wraca już 13 kwietnia. Jutro o 3 w nocy!

Nowy sezon nagrodzonego Emmy i Złotymi Globami kultowego serialu HBO Gra o tron pojawi się 13 kwietnia – po raz pierwszy w historii jednocześnie w Stanach Zjednoczonych i w Polsce. Polscy widzowie będą mogli obejrzeć pierwszy odcinek piątego sezonu Gry o tron w nocy z 12 na 13 kwietnia o godz. 3.00 nad ranem w HBO i HBO GO. Pierwszy odcinek będzie również wyemitowany w poniedziałek, 13 kwietnia o godz. 22.00 w HBO. Dodatkowo ten odcinek będzie odkodowany w serwisie HBO GO.

Se­rial Gra o tron jest ad­ap­ta­cją sagi fan­ta­sy Geo­r­ge’a R.R. Mar­ti­na Pieśń Lodu i Ognia, w któ­rej po­li­ty­ka i seks prze­pla­ta­ją się w pro­wa­dzo­nej przez sie­dem rodów walce o kon­tro­lę nad kró­le­stwa­mi We­ste­ros. W pią­tym se­zo­nie Jon Snow stara się po­go­dzić obo­wiąz­ki w Stra­ży Noc­nej ze służ­bą na rzecz nie­daw­no przy­by­łe­go na dwór Stan­ni­sa Ba­ra­the­ona, który ty­tu­łu­je się pra­wo­wi­tym kró­lem We­ste­ros. W tym samym cza­sie Cer­sei za wszel­ką cenę chce utrzy­mać wła­dzę w Kró­lew­skiej Przy­sta­ni, gdzie za­gro­że­niem dla niej są Ty­rel­lo­wie i re­li­gij­na sekta, któ­rej prze­wo­dzi ta­jem­ni­czy Wiel­ki Wró­bel. Ja­imie wy­ru­sza na se­kret­ną misję. Na­to­miast na dru­gim krań­cu Wą­skie­go Morza Arya szuka sta­re­go przy­ja­cie­la, a zbie­gły Ty­rion znaj­du­je w swoim życiu nowy cel. W Me­ere­en robi się coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nie. Da­ene­rys prze­ko­nu­je się, że obro­na mia­sta bę­dzie wy­ma­gać od niej wiel­kie­go po­świę­ce­nia.

Remorsed feelings

remorsedfeeling

Director: Markus Helmersson
Writer: Markus Helmersson
Composer: Marcos Ciscar

Casting:

Joanna Kozlowska
Wilhelm Forsnäsgård
Remzi Halimi

Aby obejrzeć film, proszę kliknąć na obrazek – link odeśle widza do strony konkursowej “Short of the month” / Um den Film zu sehen, bitte aufs Bild klicken – der Link leitet uns weiter zur Homepage of Wettbewerb “Short of the month” / If you want to see the film, please “klick” on the picture – link leading to the Homepage of the Competition “Short of the month”

Reblog: W kinie przed laty

Ewa Maria Slaska

To mój własny tekst opublikowany z okazji świętego Mikołaja w zaprzyjaźnionym blogu W altanie przy kawie.  Jeden z redaktorów tego bloga, a i nasz autor – Pharlap, od kilku lat organizuje tam specjalne blogowe Mikołajki. Najpierw ustala się temat, a potem losuje, kto dla kogo ma napisać tekst na zadany temat. W tym roku temat (idźmy do kina) wyszedł o Juliczki (też u nas czasem pisuje), a z losowania wyszło, że mam napisać właśnie dla organizatora zabawy. Ale wyjeżdżałam do Lund, nie mogłam czekać na wyniki losowania, napisałam tekst w ciemno.

Wpis dedykuję Juliczce i Pharlapowi

Ewa Maria pisząc ten wpis nie wiedziała na kogo trafi, wypadło na Pharlapa

Gdy siadałam do komputera, żeby przygotować ten wpis dla Ciebie, nie tylko nie wiedziałam, dla kogo piszę, ale też nie wiedziałam, o czym będzie. O kinie, o filmie, o mnie? Postanowiłam, że napiszę o tym, co mi przyjdzie do głowy. Gdy położyłam palce na klawiaturze i uderzyłam w duże W tytułu, pojawił się z nikąd film Niedziele w Avray. Cofniemy się więc w czasie niemal o pół wieku i pójdziemy do kina Leningrad w Gdańsku na Niedziele w Avray.

Piszę ten tekst, nie sprawdzając niczego w internecie. W końcu cofnęliśmy się o pół wieku, jak czegoś nie wiesz, to musisz się naszukać, żeby się dowiedzieć.

Jestem licealistką. Chyba mądrą, ale jak patrzę na zdjęcia, to myślę, że tego nie widać. Na zdjęciu widać raczej melancholię. Mam jedną sukienkę, dwie spódniczki i trzy bluzki. Trudno powiedzieć, żebyśmy były dobrze ubrane, my licealistki w latach 60.
Lubię czytać i czytam bez przerwy, co jest określeniem niezgodnym z prawdą, bo czytam przede wszystkim na przerwach. Wyznaję w owym czasie zasadę, że szkoła jest w porządku, najgorsze są przerwy. Na przerwach czytam więc. Ale kiedyś koleżanka namawia mnie, żebyśmy się jednak przeszły i popatrzyły na chłopaków. Jesteśmy już w 10 klasie, najwyższa pora. Podchodzimy do schodów, opieramy się o poręcz i patrzymy na dół. Po schodach idzie do góry chłopak, wybitnie jasny blondyn, bardzo wysoki, chudy jak szczapa. Ma posuwisty krok. Chciałabym z nim chodzić, mówię do koleżanki. No coś ty, odpowiada, wygląda jak szkielet. A mnie się podoba, odparowuję.
Naprawdę, uwierz mi, nie pamiętam, jak to się stało, że w tydzień później ten chłopak,
Zygmunt, pojawił się na prywatce, na którą i ja zostałam zaproszona. Od tego dnia chodziliśmy ze sobą.

Och, oby mi się wszystkie życzenia w życiu tak szybko spełniały, jak to!

Ubieranie się na prywatkę zajmowało masę czasu i nie wiem, dlaczego. Przecież miałam jedną sukienkę, dwie spódnice – jedną czarną rypsową, a jedną szarą – i trzy bluzki, jakąś ciemną, jasnoniebieską i białą, która w kolejach losu straciła swoją biel, ufarbowałam ją więc na zielono. Taka butelkowa zieleń. Na tę rzeczoną prywatkę włożyłam rypsową spódniczkę i zieloną bluzkę.

sukienka-bluzka

Zdjęcie powyżej zostało zrobione chyba rok lub dwa później. Ta dziewczyna w białych
okularach i sukience to ja. Sprawiłam ją sobie tuż przed maturą. A ta stojąca tyłem młoda kobieta w spodniach to moja siostra, która ma na sobie ową słynną zieloną bluzkę.
Ale na razie to jeszcze ja mam tę zieloną bluzkę i wkładam ją zawsze, gdy wychodzimy
z Zygmuntem. Chodzilibyśmy na spacery, w Gdańsku są dobre miejsca spacerowe,
oczywiście plaża, ale też po drugiej stronie osi komunikacyjnej Gdańsk-Gdynia są porośnięte lasami wzgórza i tam jest naprawdę super. Można iść do altany Gutenberga, na cmentarz żołnierzy francuskich, na ślimaka. Kwitnie janowiec. Ale jest jesień, robi się coraz zimniej, u mnie w domu jest młodsza siostra, u Zygmunta w ogóle nie może być mowy o żadnych odwiedzinach, czasem chodzimy do Teresy lub pani Marii, czasem, jak mamy dość pieniędzy – idziemy do kina.
W Gdańsku są cztery kina, to znaczy jest ich chyba więcej, ale ja pamiętam cztery.
Najważniejsze jest kino Bajka we Wrzeszczu na Jaśkowej Dolinie. Teraz jest tam dyskoteka albo klub Gogo, albo coś w tym guście. To w tym kinie, gdy mój syn był jeszcze mały i nie umiał czytać, obejrzeliśmy Gwiezdne wojny i ja mu przeszeptałam do ucha wszystkie podpisy. To były wszak czasy bez dubbingu. Publiczność mało mnie nie zlinczowała.
Dalej w stronę Oliwy było kino Znicz, a w Gdańsku na Długiej były dwa kina obok siebie, Kameralne i Leningrad, Kameralnego w ogóle nie pamiętam, ale kino Leningrad to był kult.
Wszystkich tych kin już nie ma.
Niedziele w Avray były chyba pierwszym filmem, jaki wspólnie obejrzeliśmy z Zygmuntem. Był to czarno-biały francuski film o dorosłym mężczyźnie, który co niedzielę spotyka się w małym podmiejskim lasku w Avray z dziewczynką w bereciku i szkolnym mundurku. Dziewczynka ma chyba 12 lat. Oboje biegają po lesie, niewiele pamiętam, poza bezlistnymi gałęziami drzew na tle bladego nieba. Mężczyzna i dziewczynka bawią się w berka czy chowanego, dziewczynka kryje się za pniem drzewa.
Tyle pamiętam z tego filmu. Piękne, tajemnicze szczęście tych spotkań, w których nic się nie dzieje. Dziś, gdy przypomina mi się ten film, dziwię się naszej niewinności i niewinności połowy lat 60. Nie wiem, czy ten film skrywał jakąś paskudną tajemnicę, niewyjaśnioną czy nie dającą się wyjaśnić tajemnicę seksualnego molestowania małej dziewczynki, jak to było oczywiste w Dzienniku panny służącej. Ale wydaje mi się, że Niedziele w Avray były naprawdę filmem o szczęściu relacji międzyludzkich, nie skrywały złych intencji i nie piętnowały, bo nic tam nie było do piętnowania.

Tyle chciałam Ci opowiedzieć. Tu link do tekstu w Wikipedii o tym filmie – KLIK.
Nie ma tam jednak ani słowa o treści filmu. Tę znajdziesz tu – KLIK.
A tu jeszcze link do wpisu o kinie Leningrad – KLIK.

Dziękuję mojej siostrze Kasi za to, że znalazła dla mnie te zdjęcia.

Australia – odcinek 3

Lech Milewski

Wyprawa

Skoro National Geographic został sponsorem wyprawy, trzeba było ustalić z grubsza przebieg trasy, punkty spotkań i punkt docelowy. Ostatnie nasuwało się samo – Ocean Indyjski. Jeśli chodzi o przebieg trasy, to National Geographic miało tylko jedno stanowcze wymaganie – sesja zdjęciowa w okolicach Ayers Rock.

Długość trasy – około 2,700 km.

Był początek marca, doskonały czas na start, żeby zakończyć wędrówkę w połowie grudnia, przed nadejściem najgorszych upałów.
Wielbłądy zostały przetransportowane z Utopii do Alice Springs, gdzie Robyn kompletowała w pośpiechu potrzebny jej sprzęt.
Przyjechal tam również Rick Smolan pełen entuzjazmu i najlepszych chęci. Przywiózł wiele niepotrzebnych sprzętów – radio krótkofalowe, ogromny mechanizm do ładowania baterii, gumową łódkę.
Widział już siebie w wielkiej romantycznej przygodzie. Nie zdawał sobie sprawy, że on sam jest częścią problemu.

Sallay Mahomet zaoferował się podwieźć wielbłądy do miejsca, gdzie kończyła się szosa, a zaczynała pustynia. Osobiście załadował na nie cały ekwipunek…

Pożegnanie z ojcem i siostrą, i w drogę…

Po kilku krokach rozwiał się nerwowy ucisk w żołądku. Wokół było światło, siła, przestrzeń i słońce. Chciała krzyczeć: kocham was, kocham was niebo, ptaki, wiatr, urwiska, słońce, pustynię, pustynię, pustynię! PSTRYK – sponsor czuwa
Hej, jak Ci idzie, przywiozłem kilka zdjęć, które zrobiłem, jak wyruszałaś na trasę – Rick siedzial uśmiechnięty w samochodzie, kołysząc się w rytm muzyki z radia.

Twardy powrót do rzeczywistości. Ładunek na grzbiecie Dookie był niebezpiecznie przechylony, Zeleika ciągnęła linę do tyłu, chcąc zobaczyć, co się dzieje z jej synkiem, Goliath wyrywał się do matki, szarpiąc siodło na grzbiecie Buba. I do tego ten intruz z wszechobecnym aparatem fotograficznym. Na szczęście następne spotkanie dopiero pod Ayers Rock.

Pierwszy samodzielny ranek. Załadowanie wielbładów zajęło dwie i pół godziny. Prawie 400 kg – 8 pojemników na wodę (łącznie 100 litrów), narzędzia, żywność, medykamenty, sprzęt kempingowy. Teraz można usiąść na grzbiecie Buba i dać się nieść. Ciszę pustyni przerywa tylko dźwięczenie dzwonków na szyjach wielbłądów.

Marzec – pustynia pulsuje życiem. Wiele rodzajów ptaków i bogactwo rośłin.
Robyn poznala trochę tajników aborygeńskiej kuchni. Na australijskiej pustyni można znaleźć odpowiedniki ziemniaka, papryki, pomidora, bakłażana. Kłopot w tym, że bardzo trudno je odróżnić od mocno toksycznych odmian. Z upływem czasu Robyn korzystała coraz częściej z darów natury, uzupełniając je okazjonalną puszką sardynek i dużą ilością słodkiej herbaty.
Nocleg na pustyni – cisza, ciemność, miliony gwiazd nad głową. Robyn miała już na tyle doświadczenia, żeby po przebudzeniu nie nastąpić na skorpiona lub nie wpaść w uściski grzejącego się przy niej jadowitego węża. Najgorszą zmorą było ciągłe nasłuchiwanie wielbłądzich dzwonków. Dzwonią – może wielbłady oddalają się? Nie dzwonią – może uciekły? Jeśli cisza trwała zbyt długo, Robyn wołała wielbłady. Jeśli cisza trwała nadal trzeba było wstać i zobaczyc gdzie poszły. Na ogół nie dalej niż 100 metrów od obozu. I tak dwa, trzy razy każdej nocy.

Po trzech dniach dotarła do osiedla Ayeronga, zamieszkałego przez aborygeńskie plemię Pitjantjara. Już kilometr przed osadą została przywitana przez tłumek dzieci. Skąd wiedziały o jej przybyciu? Bush telegraph?
Aborygeńskie dzieci, najbardziej radosne i przyjazne dzieci na świecie. Po minucie obsiadły plecy Robyn i grzbiety wielbładów. Robyn wypróbowywała swoją znajomość języka Pitjantjara, co było kwitowane wybuchami śmiechu. Jedyne co sama mogła zrozumieć to kunga rama-rama – szalona kobieta.

Następne dwa tygodnie to wędrówka do Ayers Rock. Im bliżej, tym częściej spotyka turystów – przedobrzone samochody terenowe, krótkofalówki, kapelusze z korkami na sznurkach (ochrona przed muchami), nieodłączna butelka piwa w dłoni i aparat fotograficzny. Traktowała ich bardzo gburowato, ale to niewiele pomagało.
Te dwa tygodnie były niemiłe – stały niepokój o wielbłądy, zmęczenie, zniechęcenie – po co ja właściwie to robię?

Wreszcie Uluru – wielka skała, która wtedy nosiła jeszcze nazwę Ayers Rock. Widok tego monolitu złagodził wszelkie niepokoje…

Niestety zaraz, za kilka godzin pojawił się Rick i zaczęły się niekończące się sesje zdjęciowe. Robyn z wielbłądami pod skałą, przy skale, na tle skały.
Hej Rick, gdzie się podziało uczciwe dziennikarstwo? – wołała Robyn, stroiła fochy, robiła ponure miny lub patrzyła gdzieś w bok.
Bardzo denerwowal ją fakt, że Rick w ogóle nie czuł pustyni, nie czuł się jej cząstką. Gdy nie robił zdjęć, słuchał muzyki i czytał. Sprawę pogarszało to, że Robyn zdawała sobie sprawę, że jest o bardzo inteligentny i wrażliwy człowiek, że wkłada wiele entuzjazmu, w to co robi, że chciałby jej pomóc. Czuła wyrzuty sumienia, że traktuje go tak źle, ale inaczej nie mogła.
Po dwóch dniach miała dosyć – albo się dzisiaj dogadamy albo wynosisz się stąd, a ja zwrócę National Geographic otrzymane od nich pieniądze. Trwało to wiele godzin, ale osiągnęłi jakieś porozumienie.

Pogoda pogorszyła się, zaczęły się deszcze, na domiar złego Dookie doznał kontuzji nogi. Postój trwał sześć tygodni. Robyn obozowała na skraju aborygeńskiego osiedla i miała częste kontakty z miejscowymi kobietami. Były bardzo życzliwe i pomocne, zaprosiły ją nawet na niektóre, wyłącznie kobiece, ceremonie, ale nie było mowy o pełnym zrozumieniu i bliższym kontakcie.
Następne 160 km trasy przebiegało przez tereny, na których znajdowało się wiele aborygeńskich świętych miejsc. Do niektórych z nich kobieta mogła zbliżyć się tylko w towarzystwie mężczyzny. Robyn poprosiła kobiety o wybadanie, czy znalazłby się ktoś chętny, żeby jej towarzyszyć. Brak odpowiedzi oznaczał odmowę.
Stan nogi Dookie polepszył się. Ruszyła w dalszą drogę w nadal w złym nastroju.

Po kilku dniach doszło do spotkania z dzikimi wielbłądami, samcami. Pomna wskazówek Sallaya sięgnęła po karabin. Myślała, że wystarczy odstraszający strzał w nogę. Niestety trzeba było oddać kilka strzałów i wreszce zabić. Jednego, drugiego, trzeciego.

Pogoda zmieniła się na słoneczną. Pustynna sawanna zmieniła się w piaszczyste wydmy. Wędrówka stała się powolna i uciążliwa. Dlaczego te wielbłady wypijają tyle wody? Po kilku dniach sytuacja stała się krytyczna. W nocy gnębiły ją halucynacje i makabryczne sny. Wreszcie na horyzoncie jakaś zieleń, za parę chwil świergot ptaków – źródło.

W nocy obudził ją warkot samochodu. Turyści – pomyślała z niechęcią – natrętne pytania, fotografie. W głowie czuła zupełną pustkę, żadnych myśli, nie chce rozmawiać, nie może znaleźć żadnych słów.
Okazalo się, że to Aborygeni powracający z plemiennego spotkania. Przyjacielscy, weseli, zmęczeni. Nie ma obaw, przy nich nie trzeba niczego udawać, wystarczy siedzieć przy ogniu, popijać herbatę ze wspólnego garnka, nie trzeba niczego mówić.
Następnego ranka Aborygeni zakomunikowali jej, że jeden z nich będzie jej towarzyszył przez następne dwa dni, aż dojdzie do pobliskiej osady.
Z grupy wystąpił starszy mężczyzna, na jednej stopie miał zbyt dużego adidasa, na drugiej damski trzewik. Wskazał na siebie palcem i przedstawił się – Mr Eddie.
Przedstawiła się również Robyn i zdała sobie sprawę, że jej imię zostało zrozumiane jako królik. Oboje wybuchnęli śmiechem.

W towarzystwie Mr Eddie wiele problemów przestało istnieć. Niepotrzebna była mapa i kompas, Mr Eddie był wszędzie i zawsze u siebie. Przy nim zrozumiała lepiej stosunek Aborygenów do Ziemi.

Ziemia w obecnym jej kształcie została stworzona w okresie Dreamtime przez przodków o nadludzkiej mocy i energii. Podczas ich wędrówek powstała obecna topografia, a ich energia pozostała na trasach, zaklęta w formacjach skalnych, w miejscach wyjątkowych wydarzeń. Obecni ludzie mogą czerpać tę energię poprzez związek duchowy i wypełnianie religijnych obowiązków wobec świętych miejsc. W aborygeńskim świecie żadna rzecz ani istota nie istnieje sama w sobie. Wszystko jest częścią nieskończenie skomplikowanej sieci powiązań.
W tym świetle prawo własności ziemi jest absurdem. Człowiek nie może posiadać ziemi, to Ziemia posiada człowieka.
Oczywiście we współczesnym świecie Aborygeni muszą działać zgodnie z obowiązującymi zasadami prawa, a zatem sprawa prawa do ziemi przodków jest bardzo istotna. Więcej na ten temat pisałem tutaj – KLIK.

Po dwóch dniach dotarli do osiedla Aborygenów. Po krótkich pertraktacjach Mr Eddie zgodził się towarzyszyć Robyn przez dalsze 300 km.
Na początek Robyn pozbyła się dużej części bagaży, które okazały się niepotrzebne.
Następnie przyszedł czas na zawarcie ugody z czasem. Robyn zdała sobie sprawę, że budzik wyznaczający termin wykonania przeróżnych czynności jest tylko obciążeniem psychicznym. Na pustyni czas niesie ze sobą właściwą porę na wszystko, trzeba się tylko w to wsłuchać i włączać się w przyjazny nurt. Po kilku dniach nakręciła dobrze swój budzik i zostawiła go na pustyni.
Poznała też aborygeńskie określenia dystansu – mały kawałek, kawałek, trochę długi kawałek, długi-długi kawałek, za daleko. Oczywiście cel jej wyprawy zaliczał się do tej ostatniej kategorii.

Ulubioną potrawą Mr Eddie był pieczony kangur. Robyn zastrzeliła kangura i wyjęła nóż aby go oprawić. My Eddie gwałtownie zaprotestował – tego nie wolno robić. Należy opalić sierść kangura nad ogniem i zetrzeć zwęglone włosie a następnie zakopać tuszę w piasku pomieszanym z rozżarzonym węglami. Po godzinie mięso jest niezwykle soczyste i smaczne. Oczywiście było tego zbyt wiele jak na dwie osoby i psa i taką ucztę wyprawili sobie chyba tylko raz.

Spotkanie z turystami uprzytomniło jej, że osiągnęli swój cel – osiedle aborygeńskie Warburton. Radosne okrzyki, aparaty fotograficzne, pogardliwe traktowanie Mr Eddie. Robyn po raz pierwszy zrozumiała, jak Aborygen czuje się w takiej sytuacji. Ogarnął ja wstyd, poczucie winy i wściekłość. Ale co można zrobić? Mr Eddie był na to lepiej przygotowany – zaczął biegać w kółko wymachując rękami i wrzeszcząc – money, money. Przestraszeni turyści odbiegli uprzednio opróżniając swe portmonetki z drobnych. Gdy turyści zniknęli oboje dostali histerycznego ataku śmiechu.

W Warburton oczekiwał ich Rick Smolan z aparatem i karabinem – prezentem dla Mr Eddie.
Odpoczynek w Warburton trwał tydzień i dopiero wtedy Robyn zorientowała się, jak bardzo się zmieniła podczas ostatnich tygodni. Zapomniała o trasie i o czasie, w jej pamięci pozostała magia cudownych wizji i wspomnień. Tak, taką właśnie wyprawę chciała przeżyć, ale aż do tej chwili o tym nie wiedziała.

Przed Robyn był najdłuższy odcinek wędrówki – Gibson Desert – 650 km pustkowia, zarośniętego ostrą, niejadalną trawą spinifex. Minimum miesiąc bez szansy spotkania człowieka.
Robyn ruszyła w pogodnym nastroju, pełna wiary we własne siły. Jej obuwiem były luźne sandały, nie chroniły przed żwirem, kamieniami, ostrą trawą, ale podeszwy stóp Robyn były trwarde jak skała. Osiągnęła niewyobrażalny poziom zdrowia, sprawności i odporności na upał, zimno i ból. Niekończące się szeregi piaszczystych wydm nie przerażały jej. Wszystko mialo sens. Choćby ślady małego żuka. Kiedyś byłby to tylko abstrakcyjny wzór na piasku. Teraz była to cała historia – skąd przyszedł, dokąd idzie, czego szuka, kto na niego poluje.

Wielbłądy dostroiły sie do niej. Szły jak demony w głębokim osypującym się piachu Ranne pakowanie bagażu trwało tylko pół godziny. Wkrótce zorientowała sie, że wcale nie trzeba jej tyle płynów, ile zalecają doświadczeni pustynni wędrownicy.
Samotność zabijała długimi rozmowami z psem i pisaniem listów do dalekich przyjaciół. Prawdopodobnie spotka się z nimi wcześniej niż dotrą do nich te listy, ale stały się one regularną wieczorną ceremonią.

Punkt docelowy – stacja hodowlana Carnegie – okazał się wielkim rozczarowaniem. Walące się płoty, wysuszone szkielety zwierząt, ani żywej duszy, ani źdźbła trawy. Stacja padła ofiarą suszy i rabunkowej gospodarki (nadmiar inwentarza) hodowców bydła.
Musiała zmienić kurs, skierowała się w stronę starych terenów hodowlanych, w nadziei, że znajdą trochę trawy i funkcjonujące studnie.
Wielbłądy trzymały się dobrze na niewielkiej ilości paszy. Problemem była Zeleika a właściwie jej rozpuszczony synek, Goliath, który wysysał z matki wszelkie soki. Rozdzielenie ich było bardzo trudne.

Po kilku dniach dotarli do stacji Glenyale zamieszkałej przez starsze małżeństwo. hodowców z krwi i kości. Zaoferowali jej gościnę na tydzień, traktowali jak własną córkę.
Jeśli chodzi o ich stację to nie mieli złudzeń. Bydło padało z głodu, praktycznie żadnych dochodów, żadnej pomocy, jeśli jutro nie spadnie deszcz to koniec. I tak trwali do następnego jutra.
Wielbłądy nabrały trochę ciała, czas w drogę. Państwo Ward, poza zaopatrzeniem w żywność, dali Robyn kaganiec dla Diggity. To tereny hodowlane, uważaj na strychninę jaką tu zrzucają z samolotów, żeby wytruć drapieżne psy dingo.

Diggity nie chciał nosić kagańca, jego instynkt zawiódł. Którejś nocy obudził Robyn z pianą na ustach, musiała go zastrzelić.

Dygresja – w pierwszym odcinku napisałem, że Robyn z czwórką wielbładów i psem dotarła do celu. Gdy zobaczyłem opublikowany wpis, zdałem sobie sprawę, że coś nie jest w porządku. Przecież nie pamiętam scen, w których Diggity skacze do oceanu. Mam film na dvd więc zajrzałem – oczywiście wszystko jest, dokładnie jak w książce, to moja pamięć skasowała najbardziej tragiczne wydarzenie.
Przy okazji zauważyłem wiele bardzo drobnych szczegółów, których, bez przeczytania książki, niesposób spostrzec czy zrozumieć. Zdałem też sobie sprawę jak szczera i naturalna jest relacja autorki. Podobnie jak przy spotkaniach z fotografem Robyn w swojej książce unika wszelkiego kreowania nastroju i budowania napięcia. To może zmniejszać atrakcyjność książki i filmu, ale jak napisałem na wstępie pierwszego odcinka – żeby polubić australijską przestrzeń, trzeba ją pokochać.

Robyn kompensowała szok po śmierci psa zwiększonym wysiłkiem – czasem do 40 km dziennie. Po 10 dniach dotarła do stacji hodowlanej Wiluna, gdzie czekało na nią wielu mniej lub bardziej profesjonalnych łowców sensacji.
Po śmierci Diggity uznała, że dalsza wędrówka nie ma sensu. Przecież nigdy nie było jej zamiarem gdziekolwiek dotrzeć, przygoda na pustyni była już kompletna. Teraz uznała, że musi iść dalej, tylko po to, żeby uciec od ludzkiej natarczywości.
Rick okazał się bardzo pomocny. Pomagał jej ukrywać się przed obiektywami aparatów. Od tego miejsca wędrowali już razem. Razem postanowili spłatać mediom wielkiego figla. Oficjalnym celem wyprawy była miejscowość Carnavon i tam mogli oczekiwać dużej ilości reporterów. Robyn udało się znaleźć farmera mieszkającego nad brzegiem oceanu, który zgodził się przyjąć jej wielbłądy na zasłużoną emeryturę. A zatem zakończyli wędrówkę na tej farmie i potem wykąpani, odświeżeni, przyzwoicie ubrani przyjechali do Carnavon.

Dwa lata po zakończeniu wędrówki ukazała się relacja z wędrówki – książka Tracks – która natychmiast zdobyła dużą popularność i po dzień dzisiejszy jest regularnie wznawiana.

Łatwo się domyślić, że Robyn nie spoczęła na laurach i że nie zmieniła trybu życia na osiadły. O jej fascynacji życiem nomadów postaram się napisać w przyszłym roku.

Korzystając z okazji życzę czytelnikom blogu miłej końcówki Świąt i żeby Wasza wędrówka przez kolejny rok była szczęśliwa, ciekawa i satysfakcjonująca.

PS. Ponad 30 lat po wspólnej przygodzie Robyn i Rick Smolan pozostają nadal przyjaciółmi.

źródła:
1. Robyn Davidson – Tracks – wydawnictwo Bloomsbury – 2012.
2. Film TracksKLIK.
3. Robyn Davidson, Rick Smolan – Inside Tracks – album fotograficzny.
4. Wywiad z Robyn w programie Talking Heads – KLIK.
5. Wywiad Robyn dla Phoebe Smolan (córki Ricka) – KLIK.

Australia – odcinek 2

Lech Milewski

Dalszy ciąg opowieści o Dziewczynie z wielbłądami, rozpoczętej w zeszłym tygodniu

W poprzednim odcinku pisałem głównie o marginesach pustynnej wędrówki Robyn Davidson. Dzisiejszy wpis o wędrówce zacznę więc od początku.

W 1975 roku 25-letnia Robyn przyjechala do Alice Springs z zamiarem wielomiesięcznej wędrówki z wielbłądami po pustyni. Wydawało się jej, że $6 to wystarczający kapitał – przecież na pustyni nie ma sklepów. O wielbłądy też się nie martwiła, tysiące dzikich wielbłądów krążą po australijskich pustyniach.

Pierwsze wielbłądy sprowadzono do Australii w 1860 roku na potrzeby ekspedycji odkrywczych. Sprawdziły się tak dobrze, że do końca XIX wieku sprowadzono ich 15,000, głównie z północnych stanów Indii. Ich poganiaczami byli najczęściej imigranci z Afganistanu. Na początku XX wielu kolej wyparła wielbłądy z gospodarki. Pojawił się The Ghan – pociąg z Adelajdy do Darwin. Długość trasy 2,927 km. Nazwa pociągu – The Ghan – to oczywiście ukłon w stronę afgańskich poganiaczy – skrót słowa Afghan.

Afgańscy poganiacze dostali polecenie zastrzelenia zwierząt. Nie posłuchali, wypuścili je na pustynię. Wkrótce stały się zagrożeniem dla środowiska. Spis przeprowadzony w roku 2008 wykazał, że był ich prawie milion, a ich populacja podwajała się w ciągu 10 lat. Zabrano się energicznie do uboju. Obecnie udaje się utrzymać populację wielbłądów na stałym poziomie około 300,000.

Wielbłady

Po przyjeździe do Alice Springs Robyn poszukała taniego noclegu. Znalazła go oczywiście na kempingu – $3 we własnym namiocie, w przeciwnym wypadku $8. Nie miała ani własnego namiotu ani ośmiu dolarów. Na szczęście zauważyła młodych ludzi z długimi włosami rozbijających duży namiot. Spytała czy może z nimi przenocować. Zgodzili się.

Znowu muszę się zatrzymać – samotna młoda dziewczyna bez środków finansowych pcha się w bardzo ryzykowne sytuacje. Czy to normalne, czy to możliwe?
W tamtych latach – wczesne lata 70 – to było całkiem naturalne, tłumaczy Robyn w wywiadzie radiowym. Nasze pokolenie nie miało żadnych obaw o teraźniejszość ani o przyszłość. Byliśmy dziećmi powojennego prosperity. Obecnie życie bez dokładnego planu ekonomicznego jest zakazane.

Znalazła pracę w pubie, ale zrezygnowała gdy zorientowała się , że jej ludzkie podejście do Aborygenów nie jest tolerowane. Skierowała kroki do firmy prowadzącej wielbłądzie przejażdżki.
Nieskazitelnie biały austriacki domek. Idealny porządek dookoła. Przywitał ją mężczyna w białym beduińskim stroju i białym turbanie na głowie, mówiący z bardzo silnym niemieckim akcentem – Kurt Posel.
Ledwie wypowiedziała pierwsze zdania, a już miał dla niej propozycję – osiem miesięcy pracy i da jej dwa dzikie wielbłądy oraz sprzeda jednego wytrenowanego za pół ceny.
Następnego dnia dostała służbowe ubranie – biały stój i turban oraz pierwsze zadanie – sprzątać wielbłądzie odchody. Okazało się, że z wielbłądów sypią się wciąż “kozie bobki”, Robyn uwijała się więc po placu z łopatką. Przerwała na chwilę i już zjawił się przy niej Kurt – syczący oddech, krystalicznie zimne oczy rzucały pioruny – VOTTT IS DATTT? Przyklękła, lecz nie widziała niczego. Kurt ukląkł obok niej i wskazał odrobinkę wielkości kilku ziarenek piasku. Sprzątnęła i Kurt jakby nigdy nic zaczął tłumaczyć jej zwyczaje wielbładów. Pierwszym odruchem było natychmiast odejść, ale przeważyła świadomość, że Kurt wie o wielbłądach wszystko.

Wielbłądy to według Robyn zwierzęta równie inteligentne jak psy. Łatwo przywiązuja się do ludzi, są bezczelne, rozbrykane, dowcipne, cierpliwe, pracowite, zagadkowe i pełne wdzięku. Kochają wolność i to w połączeniu z dużą inteligencją powoduje, że są trudne do wytrenowania.
Trenowane w niewłaściwy sposób potrafią być bardzo niebezpieczne. Nogi wielbłąda potrafią kopnąć w każdym kierunku i zabić. Paszcza wielbłada potrafi objąć ludzką głowę i zrguchotać ją jak orzeszek. Ich pomysłowość w jaki sposób zrzucić lub zmaltretować dosiadającego je jeźdźca jest niewyczerpana.

Praca u Kurta rozpoczynała sie o 4 rano od schwytania i rozpętania wielbłądów i przyprowadzenia ich do osiodłania. Osiodłanie, przyniesienie karmy i porządki, nieustajace porządki, którym towarzyszyły częste wyzwiska. I tak do zachodu słońca i jeszcze dłużej. Z drugiej strony Robyn ma uznanie dla Kurta jako doskonałego nauczyciela, który zawsze się upewnił, czy uczennica wszystko zrozumiała i nigdy nie pozostawił jej w sytuacji, z którą nie mogłaby sobie dać rady.
Jedna rzecz była jednak przerażająca – bezwzględne okrucieństwo. Kurt uważał, że każde nieposłuszeństwo musi byc ostro ukarane. Opisu tych kar oszczędzę.
Tak minęło 8 miesięcy. W miarę jak zbliżał się termin wywiązania się z umowy, Kurt stopniowo przykręcał śrubę. Gdy zażądał, aby zaczynała pracę o 2 godziny wcześniej (o 2 w nocy?), nie wytrzymała i odeszła.

Odwiedziła firmę zajmujaca się łapaniem dzikich wielbładów, prowadzoną przez syna byłego poganiacza. Sallay Mahomet nie miał wątpliwości, że ktoś kto wytrzymał osiem miesięcy u Kurta, zasługuje na szansę. Za dwa miesiące pracy da jej dwa dzikie wielbłądy.
Dotrzymał słowa.

W tym samym okresie Robyn dostała propozycję zamieszkania w rozpadającej się ruderze, której właściciele wyprowadzili się i czekali na ewentualnego kupca. Miała więc kawałek dachu nad głową i teren do trenowania swoich wielbłądów. Mieszkanie na swoim niosło ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Robyn kupiła karabin, którego musiała raz użyć, żeby odstraszyć natrętów.

Jej wielbłądy to były dwie samice Zeleika i Kate. Bardzo szybko Robyn ogarnęło zwątpienie, czy da sobie radę. Na noc wielbłądy zostawia się w pętach, żeby mogły się poruszać, ale nie odejść zbyt daleko. Każdy ranek rozpoczynał się od poszukiwań, które czasem trwały kilka godzin. Wydawało się, że wielbłądy są chore. Weterynarz stwierdził, że Zeleika miała złamane żebro, które źle się zrosło, oba wielbłądy miały infekcje. Na dodatek Zeleika była potwornie chuda i nie mogła przybrać na wadze.
Sallay Mahomet szybko wyjaśnił tę sprawę – wielbłądzica była w ciąży. Według niego był to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności. Wystarczy dobrze przywiązac na noc wielbłądzie dziecko, a matka na pewno do niego wróci. Natomiast stan zdrowia Kate pogorszył się i Robyn musiała ją zastrzelić.
To był ogromny szok, do którego dołączyła głęboka depresja. Minął już rok, a ona nadal nie ma pary dobrych wielbłądów, żadnego ekwipunku i ogromne kłopoty z wytrenowaniem jedynego wielbłąda, którego posiada.

Samodzielne mieszkanie pozwoliło Robyn nawiązać trochę kontaktów towarzyskich. Główne to Ada – zamieszkała w pobliżu Aborygenka z dwójką dzieci oraz grupa młodych entuzjastów, którzy pracowali w aborygeńskich osiedlach wokół Alice Springs. Podczas jednego ze spotkań, po wysłuchaniu listy kłopotów Robyn, ktoś rzucił pomysł – napisz do National Geographics, może oni zostaną Twoim sponsorem. Napisała.
W międzyczasie Kurt Posel sprzedał komuś naiwnemu swoją firmę i zniknął bez śladu. Nowi właściciele zgłosili się do Robyn o pomoc. Okazało sie, że nie mają zielonego pojęcia, jak obchodzić się z wielbłądami. Robyn służyła im pomocą i wskazówkami, a przy okazji kupiła od nich dwa młode samce za $700, których nie miała.
Z nowym entuzjazmem zabrała się do przygotowań. Same niepowodzenia. Wielbłądy nie słuchały, często doznawały róznych kontuzji, dług u weterynarza stale rósł, Wreszcie zginęły na dobre. Dwudniowe poszukiwania nie dały rezultatu. Znajomi zosrganizowali poszukiwnia samolotem, bez rezultatu.
Nagle Robyn poczuła błogość – zrządzenie losu – nie muszę już się męczyć z tą przeklętą wyprawą! I właśnie wtedy pilot zauważył wielbłądy.

Kilka dni później Zeleika urodziła synka, któremu nadano imię Goliath. Robyn zdecydowała sie na próbę generalną. Powędrowała wraz ze swoim stadem do oddalonego o 150 km aborygeńskiego osiedla Utopia.
Przed rozpoczęciem wyprawy Sallay Mahomet wykastrował oba samce – Dikkie i Buba – i udzielił jej ważnej wskazówki – gdy będziesz na pustyni nie raz przybiegną do was dzikie samce. Gdy tylko je usłyszysz, a usłyszysz już z daleka, strzelaj.

Wędrówka była koszmarem. Pobudka była o 4 rano, następnie wędrówka do 10, 6 godzin odpoczynku w cieniu i kolejne 4 godziny marszu. Ta rutyna nie zgadzała się z rytmem odżywiania wielbłądów, były więc niesforne, wypijały ogromną ilość wody, karmiąca Zeleika była potwornie chuda, siodła i torby podróżne nie sprawdzały się w akcji. Bez stałej pomocy pojazdu towarzyszącego Robyn nie doszłaby do celu.

Utopia była to farma hodowli bydła oddana pod zarząd Aborygenów przez rząd Partii Pracy. Mieszkało tam kilkunastu białych – nauczyciele i personel medyczny. Większość z nich byli to idealiści pełni entuzjazmu i wiary w swoją misję. Ten entuzjazm powodował, że gdy Aborygeni sceptycznie odnosili się do ich pomysłów, to zamiast wysłuchać racji drugiej strony, przedstawiali coraz bardziej skomplikowane argumenty. Na marginesie tych obserwacji, Robyn zauważa, że ci ludzie w identycznie nonszalancki sposób traktowali kobiety.

Robyn spędziła w Utopii kilka tygodni i tam zastał ją telegram z National Geographics oraz bilet powrotny do Sydney.

Na wyprawę do Sydney Robyn kupiła sobie obcisłe dżinsy i kowbojskie buty na wysokich obcasach. Interview trwało 15 minut i zostało nagrodzone brawami. Czek na $4,000 zostanie wysłany jeszcze dzisiaj, jak miło było Cię spotkać, do zobaczenia za kilka miesięcy w Nowym Jorku, good luck my dear.
Pozostała sama z fotografem National Geographic, Richardem Smolan, i po kilku chwilach ekstazy poczuła smak porażki.

Cóż najlepszego zrobiłam? Międzynarodowy magazyn ilustrowany będzie kontrolował moją wyprawę. Nie tylko wyprawę. Przecież Rick będzie spotykał mnie w umówionych miejscach, żeby przeprowadzić sesje fotgraficzne. Będą kontrolować moje zachowanie, moje gesty. Gdzie tu miejsce na samotność, na uwolnienie się od wszelkich powiązań z cywilizacją i przeszłością, całkowite oczyszczenie mózgu z zalegających tam śmieci? To już nie będzie MOJA wyprawa. Sprzedałam ją. 

Ciąg dalszy nastąpi

Kot czyli zając

plakat-krolikSłowo Ewy Marii Slaskiej na niedzielę wielkanocną

Jest taki film. Wypodukowano go 5 lat temu. Jego zapowiedź brzmi następująco: Alegoryczny film przedstawiający życie dzikich królików między murami podzielonego Berlina. Między murami króliki czuły się bezpieczne, dopóki nie okazało się, że mur nie służy ich ochronie. Króliki zapragnęły wolności. O budowie i upadku muru berlińskiego z zupełnie innej, niecodziennej perspektywy.

Królik po Berlińsku, 2009

film produkcji polskiej i niemieckiej
producentka: Anna Wydra
premiera: 24 kwietnia 2009 (świat)
reżyseria: Bartosz Konopka
scenariusz: Bartosz Konopka i Piotr Rosołowski

Fajny film, wielokrotnie nagradzany, w roku 2010 nominowany do Oskara.

Ale ja już jestem taka Panna Czepliwa i zawsze znajdę coś, żeby się przychrzanić. Bo oto w Berlinie między murami (bo MUR to były dwa mury i tzw. pasmo śmierci między nimi) żyły króliki, tak jak to jest w tytule filmu, ale w filmie jest mowa na przemian o królikach i o zającach.

haseishaseNo cóż, może nie każdy wie, że królik i zając to nie są te same zwierzęta. Wygląda na to, że nie wiedzieli tego ci mieszkańcy Berlina Wschodniego, którzy jeszcze za czasów NRD zainicjowali Akcję Zająca jako symbolu wolności. Myślę natomiast, że twórcy filmu już to wiedzieli, ale chwytliwość tytułu straciłaby znacznie na sile, gdyby coś tu trzeba było ekstra tłumaczyć. Na ekranie pojawia się więc zając, a lektorka, Maria Peszek, łagodnym i spokojnym głosem mówi o króliku, w kadrze filmu widzimy napis Hase bleibt Hase! przetłumaczony w podpisie na tytułowego królika. Królik zawsze będzie królikiem.

Z kolei jeden z artystów berlińskich, Peter Unsicker, mówi, że zrobił na Wielkanoc pocztówkę z królikiem po berlińsku. Używa słowa Kaninchen – królik. A na pocztówce jest przecież zając. Ale mniejsza – potraktujmy to jako nasze blogowe życzenia świąteczne. Niech nam w tym roku obrodzi marchewka, kapusta i siano! Prawdziwe i symboliczne!

hasekaninchenNo dobrze, zapytacie, a gdzie kot?

O, po kota trzeba się udać do Azji. Bo w azjatyckim zodiaku jest taki znak, który w Chinach i Japonii nazywany jest Królikiem, w Wietnamie zaś Kotem.  W Europie, gdzie zodiak azjatycki jest po prostu modną ciekawostką, wróżbici i wróżbitki posługują się kotem i królikiem, nie zastanawiając się nawet, dlaczego dokonują takiego, a nie innego wyboru.

zodiak-Fukuoka_KushidaTen piękny rzeźbiony Zodiak został umieszczony na sklepieniu bramy do świątyni Kushida w Fukuoce (Japonia). To świątynia Amaterasu i Susanoo,  z 757 roku.
Między tygrysem a smokiem widać dwa białe króliki. Poniżej z kolei dwa na chybił trafił wybrane portale internetowe, gdzie zamiast królika jest kot. Lub Kot czyli Królik.

kot czyli krolikCzyli Zając = Królik = Kot.

A przecież jeszcze z Kota można zrobić tygrysa. Proszę, oto japońskie malarstwo, malowanego kota podrzuca nam na Wielkanoc Maryna Over. Kazuaki Horitomo Kitamura.

attoo artist Kazuaki Horitomo KitamuraCzyli Zając = Królik = Kot = Tygrys. Tygrys jest tradycyjnym europejskim zwierzęciem wielkanocnym.

Co było do udowodnienia.

Reblog: Haytarma – Rückkehr

Zwei Jahrzehnte nach dem Zerfall der Sowjetunion und der Rückkehr der Tataren auf die Krim ist ein Film entstanden, der ein Ausdruck einer lebendigen und selbstbewussten krimtatarischen Kulturszene und eine lang ersehnte filmische Aufarbeitung der traumatischen Erlebnisse ist. “Haytarma” –  ein Film über die Deportation der Krimtataren nach Uzbekistan im Jahre 1944.
Wir übernehmen den Artikel „Повернення народу, що вистояв проти знищення“ aus der Zeitschirft “Кіно-Театр”, Ausgabe 5/2013, übersetzt aus dem Ukrainischen von Oleksandra und Ingo Jakobs vom Ukrainschen Kinoklub
in Berlin.

Die Redaktion hat den Text gekürzt und z.T. neu redigiert, weil er für den Blog zu umfangreich war.

Marija Teterjuk
Die Rückkehr eines Volkes, das die Vernichtung überlebte
Titel: “Haytarma”
Regie: Achtem Sejtablajew
Drehbuch: Mykola Rybalka
Kamera: Wladimir Iwanow
Darsteller: Achtem Sejtablajew, AlexejGorbunow, Usnije Chalilowa, Andrij Mostrenko, Andrij
Saminin, Lesja Samajewa
Produktionsstudio: ART. Ukraine, 2012

Die Erfahrungen eines kollektiven Traumas sind zu Beginn unmöglich in Worte zu
fassen. Nach und nach jedoch wird das traumatische Ereignis in die Geschichte einer
Gemeinschaft übernommen und verliert durch die Integration auf symbolischer Ebene mit der Zeit seine destruktive Wirkung. Erst hierdurch wird die Interpretation des traumatischen Ereignisses möglich. Nach dem Ende der sowjetischen Repressionen gegen das krimtatarische Volk dauerte es 24 Jahre bis es möglich wurde, das wichtigste historische Trauma der Krimtataren filmisch aufzubereiten: Die stalinistische Deportation am 18 Mai 1944.
Die Premiere des Filmes “Haytarma” fand am 17. Mai 2013 statt, einen Tag vor dem
Gedenktag an die Opfer der Deportation. (…) Die Idee zum Film”Haytarma”
stammt vom Leiter des KrimTV-Senders ART Lenur Isljamow, der auch zum wichtigsten Investor und Produzentendes Filmes wurde. Er bat dem Schauspieler des Kiewers Theaters auf dem linken Ufer Achtem Sejtablajew an, den Film zu drehen, der davon so hingerissen war, dass er auf Honorar verzichtete. Obwohl eigentlichTheaterschauspieler, hat Sejtablajew umfangreiche Erfahrungen als Filmschauspieler und Regisseur. (…)
“Haytarma” ist der Name eines tatarischen Volkstanzes, und bedeutet “Rückkehr”.
Die Umsetzung des Filmes ist ein Werk von erfahrenen Profis. Bei der Arbeit am Drehbuch stützte sich Mykola Rybalka auf historische Tatsachen und Erinnerungen von Augenzeugen der Tragödie. Die durchdachte, in sich schlüssige Handlung hält die Spannung beim Zuschauer über die gesamte Dauer des Filmes aufrecht. Diese basiert auf einer realen Episode aus der Biographie eines „Helden der Sowjetunion“, dem Piloten Amet-Chan Sultan (siehe Foto rechts). Im Mai 1944 erlaubte ihm das Kommando seines Regiments, seine Eltern in Alupka zu besuchen. Gerade in die Zeit seines Besuchs fiel die Operation des NKWD zur Deportation der Krimtataren. Es gelang ihm seine Eltern zu retten und sie in dieRegion Krasnodar zu bringen (Nach dem Krieg konnten sie nach Alupka zurückkehren). Dieses historische Gerüst erwacht zum Lebenund wird angereichert durch humorvolle, alltägliche Szenen, Liebesgeschichten und unerwartete Wendungen.  (Den Filmemacher gelang es) die historische Atmosphäre der Kriegsjahre authentisch darzustellen (…) und spektakuläre Kampfszenen in der Luft zu drehen. Da der Film zum Massenkino gehört, beinhaltet er viele Zufälle und einfache Metaphern. (…) Diese “rhetorischen” Abläufe bewegen sich jedoch innerhalb der Grenzen des gesunden Menschenverstandes und der Glaubwürdigkeit.
“Haytarma” arbeitet mit dem kollektiven Trauma der Deportation, das nicht nur die
Krimtataren, sondern auch andere Völker (Kalmücken, Inguschen, Tschetschenen, Karatschai, Balkarien, Mescheten) erlebt haben. Der Film überschneidet sich in einer Episode mit dem Holocaust: Als der Vater von Amet-Chan Dankbarkeit für die Frauen ausdrückt, die gegen die Besatzung gekämpft haben, wird die Tatarin Sajide erwähnt, die jüdische Kinder versteckte.
Der Film versucht dieses Trauma zu überwindenund es in die Geschichte hineinzuschreiben: In der letzten Szene des Filmes strecken sich Kinder unter dem löcherigen Dach eines Güterzuges nach Licht und Luft: Eine strahlende Metapher für die Lebenskraft des krimtatarischen Volkes, die ihm half, unter den unmenschlichen Bedingungen in der usbekischen Siedlungen auf die Rückkehr zu warten. Damit nimmt „Haytarma“ auch an der Bildung der nationalen Identität der Krimtataren teil, für die eine Rekonstruktion des nationalen Gedächtnisses nötig ist. Diese nationale Identität lehnt Aggressionen gegen andere Völker der Krim ab: Der Film zeigt gute nachbarschaftliche Beziehungen zwischen Ukrainern, Russen, Armeniern und Tataren vor der Deportation.
Obwohl „Haytarma“ ein Spielfilm ist, wurde die Deportation selbst im dokumentarischen Stil dargestellt. Das Ziel der Filmautoren war es, (…) die Tragödie zu zeigen und die Erinnerung an sie zu bewahren. So herrscht in Szenen, bei denen es um die Vertreibung geht, nicht die Atmosphäre von Terror und Grausamkeit, sondern von Verlust, Trauer und Sehnsucht. Es gibt weder überflüssiges Pathos noch Theatralik. Beim Dreh der Vertreibungsszenen nahmen Zeitzeugen der Deportation teil, die zum damaligen Zeitpunkt 5-6 Jahre alt waren. Deren Gesichtsausdrücke sind stärker als jede filmische Fiktion. Die Kamera konzentriert sich hierbei nicht an den naturalistischen Details der Gewalt, obwohl es genug davon gibt: Ein Baby zurückgelassen im leeren Haus, ein alter Mann sterbend auf einer Treppe, eine Frau auf die während eines Fluchtversuchs Hunde gehetzt werden.
Man muss jedoch vermerken, dass die Ursachen der Deportation im Film nicht vollständig geklärt werden. Zum Verantwortlichen der Tragödie wird Stalin, jedoch nicht als politische Figur oder reale Persönlichkeit, sondern als infernale Gestalt und böses Schicksal,welches über allen schlüssigen Momenten der Deportation schwebt: Seine Portraits „überwachen“, was im Arbeitszimmer eines Generals und auf dem Bahnhof geschieht. Der Vater von Amet-Chan Sultan stößt gerade auf Stalin an und ahnt nichts Böses, als der General den Befehl zur Deportation gibt. Stalin wird als eine irrationale, böse Macht gezeigt und somit gleicht die Deportation einer Naturkatastrophe: Eine plötzliche, unerklärliche Zerstörung. Der Film widerspricht die Theorie des Verrats an die Nazis, die von der sowjetischen Propaganda verwendet wurde, um das historische Verbrechen der Deportation zu legitimieren. Aber auch wenn die Krimtataren keine Kollaborateure waren, bleibt die Frage, welche Gründe die Deportation in der Tat gehabt hat? War es eine wirtschaftliche Nachfrage nach Arbeitskräften zum Ausbau der östlichen Republiken oder soll man die Tragödie als Vorbereitung zum möglichen Krieg gegen die Türkei verstehen? (…)

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/41/18_May_Monument_in_Sudak_%28Monument_of_Crimean_Tatars_Deportation%29.jpg/320px-18_May_Monument_in_Sudak_%28Monument_of_Crimean_Tatars_Deportation%29.jpg

Und noch eine Frage bleibt im Film unbeantwortet sehr wohl aber in der Reaktionen zum Film: Wie steht Russland von heute zu dieser Tat? Und die Antwort ist paradoxal: „Die Deportation ist die Tragödie des sowjetischen Volkes, nicht des krimtatarischen Volkes“, kommentiert den Film der russische Botschafter in Krim.

Ja, klar, die Täter haben auch ihre Traumas…