Miłość i nauka

Miguel de Cervantes i Rob Davis (ilustrator) wydali w roku 2013 po angielsku powieść graficzną zatytułowaną Don Quixote. W roku 2015 Miguel de Cervantes, Rob Davis i Jan Dinter (tłumacz) wydali ją w Edition Egmont po niemiecku.

Piszę tak, bo tak się ją wszędzie zapisuje. Jakby Rob Davis ściśle współpracował z autorem przy tworzeniu Dzieła, a nie jakby wziął stary tekst i przerobił go po 400 latach na komiks.

O tym nowym Don Kichocie można by powiedzieć, że to ilustrowany bryk, mający ułatwić dziatwie kontakt z czymś, co w wersji oryginalnej jest już niestrawne. I tak też pisało o tym przed kilku laty wielu recenzentów niemieckiej wersji.
Z góry się więc założyło, iż tego dzieła nikt już w dzisiejszych czasach nie będzie czytał bez wsparcia ze strony rysownika, tłumacza czy tekściarza. Sama za nim jako młoda panna nie przepadałam. Ale ponieważ nie lubię komiksu (podobnie jak groteski i karykatury), opracowanie w postaci bryku graficznego też nie wzbudziło mojego zachwytu. Czytałam i się nudziłam. Wydawało mi się, że dostałam do ręki to samo, co u Cervantesa. To samo i tak samo. Nic nowego.

Ciekawe jednak, że recenzenci nie mieli racji, bo wersja Davisa jest jednak tu i ówdzie uwspółcześniona i przekazuje idee, o których się Cervantesowi nie śniło.

Nośnikiem  nowych koncepcji są u Davisa kobiety.

Na stronie 54 pojawia się pasterka kóz Marcela, współczesna… feministka. “Jeżeli mój adorator umarł z miłości do mnie, bo go nie chciałam”, mówi Marcela, “to nie jest to moja wina. To jego wina, to on chciał ode mnie tego, czego mu nie mogłam dać. To nie moja piękność go zabiła, lecz jego pożądliwość. Was też to czeka, bo wcale nie kochacie, tylko chcecie dostać na zawsze moje piękno. Nie chcę was i musicie respektować moje życzenie. Chcę być wolna!” Marcela wydaje mi się tu nowym wcieleniem homerowej Kirke, która, żeby czarować, wcale nie potrzebuje czarodziejskiej rośliny mola. Zamieniłam twoich towarzyszy w świnie? mówi feministyczna Kirke do Odyseusza. Ależ skąd, to oni sami chcieli tylko najeść się i dostać tyle seksu, ile się go uda wydębić od moich dziewek służebnych, sami siebie zamienili w świnie. Ta sama sytuacja powtórzy się w Mistrzu i Małgorzacie, kiedy Małgorzata i jej służąca odlatują na bal, lubieżny sąsiad sam zmienia się w wieprzka…

Kolejną współczesną kobietą jest w tej komiksowej opowieści Altisidora: “Myślałeś, że cię kocham?”, mówi na stronie 280. “Uważałeś, że to możliwe? Nic nie rozumiesz. Jesteś starym, durnym osłem, który nie rozpozna prawdy, nawet jeśli ma ją przed samym nosem. / Nie umarłam. Nikt nie wstaje z grobu! Nic tu nie jest rzeczywiste. Wszystko co się tu, w zamku Księcia i Księżnej, wydarzyło, jest ich małą podłą intrygą. Nie widzisz tego? Niczego się nie nauczyłeś?”

Każdy stary biały mężczyzna wierzy, że młoda piękna kobieta go kocha. Odyseusz też myślał, że Nauzykaa może go pokochać. I od tego czasu nic się nie zmieniło.

Miłość, główny temat opowieści rycerskich, pojawia się też w opowiastce o Kamili. Jej mąż Anzelmo po trzykroć wystawia na próbę miłość żony i wierność przyjaciela, dwa razy na próżno, za trzecim razem… no cóż, cosi fan tutte, wszyscy tak czynią i jest to ta sama opowieść. Jak przystało na renesansową historię, gdy rzecz cała się wydaje, zrozpaczony kochanek popełnia samobójstwo od razu, jego ukochana, niewierna Kamila, idzie najpierw do klasztoru (jak Ofelia – kolejne odniesienie do kolejnego wielkiego dzieła), gdzie i ona się zabije. Anzelmo, który na skutek podejrzeń stracił żonę i przyjaciela, umiera z powodu podwójnie złamanego serca, co współczesny autor skwituje komentarzem: Próbował uczynić z miłości naukę i to go zabiło. “No cóż”, komentuje Dorota, “jest w tym wiele prawdy”.

Bo nauka, pisałam już o tym jakiś czas temu, jest wielka, jeśli jest wizjonerska i kieruje nią miłość do Nieznanego, ale staje się domeną oschłych bakałarzy, gdy drobiazgowo udowadnia coś, czego udowadniać wcale nie trzeba. Umysł wolny myśl wolną ubezpieczający polata nad wodami i trudno mu ograniczyć swe wizje pytaniem: a na której to stronie było to, co sobie jak Homer pomyślałaś? Na 129 odpowiadam i już nie chce mi się myśleć. Jest 6 rano. Dobranoc.

A to zdjęcie robota, wykonane przez dzieci z pewnego berlińskiego przedszkola. Wydaje mi się, że ten robot bardzo by przypominał Rycerza o Smętnym Obliczu, gdyby tylko miał oblicze.

TA bitwa

Zbigniew Milewicz

Bitwa Warszawska

Na Wschodzie […] są drzwi, które się otwierają i zamykają i zależy, kto i jak szeroko siłą je otworzy
Józef Piłsudski do Władysława Baranowskiego, 7 lutego 1919 roku, przed jego odjazdem na paryską konferencję pokojową

Zakończenie I wojny światowej przesądziło o powstaniu Niepodległej Rzeczpospolitej, ale nikt jeszcze nie wiedział, w jakich granicach przyjdzie żyć Polakom. Zmagania o nie toczyły się na szczeblach dyplomatycznych i na polu bitwy. O Lwów trwały walki z Ukraińcami, w Wielkopolsce, a później na Górnym Śląsku powstańcy chcieli wyrwać swoje ziemie z rąk niemieckich. Natomiast w Warszawie, w grudniu 1918 roku, utworzona została z inspiracji władz sowieckich Komunistyczna Partia Robotnicza Polski, która wzywała do rewolucji „ramię w ramię z socjalistyczną Rosją“ i to był sygnał, że bolszewicy rozpoczęli marsz na Zachód. O wschodnią granicę Polski wojowano najdłużej i najkrwawiej. Będąca początkiem wojny polsko-bolszewickiej Operacja “Cel Wisła” rozpoczęła się z rozkazu Lenina już 18 listopada 1918 roku ( część historyków twierdzi, że w styczniu 1919). Jej główny cel stanowiło wsparcie komunistów, którzy rozpoczęli rewolucję w Niemczech i w krajach dawnych Austro-Węgier, ale Lenin potrzebował pomostu, żeby się tam dostać, a więc po drodze postanowił zmiażdżyć Polskę. Fizycznie i politycznie, bo również miała zostać skomunizowana, co też nastąpiło, ale później. Na razie przy szabli był Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski, który dobrze rozumiał przejęte po caracie imperialne apetyty bolszewickiej Rosji i stawił czoła wrogowi. Od decydującej o losach wojny, zwycięskiej Bitwy Warszawskiej minęło właśnie sto lat.

Długa linia frontu, oddzielająca stronę polską i bolszewicką, była podzielona przez Polesie, krainę geograficzną, dziś wchodzącą w skład zarówno Polski, jak i Białorusi, Ukrainy oraz Rosji. Był to wówczas nasz naturalny, wielki sprzymierzeniec, gdyż ze względu na bagnisty, podmokły teren, nie można tam było prowadzić działań zbrojnych. W związku z tym walki toczyły się na dwu oddzielnych obszarach: froncie północnym (Brama Smoleńska ) i południowym. Wojskami przeciwnika na Północy dowodził były oficer carski Michaił Tuchaczewski, a na Południu Aleksander Jegorow, z Józefem Stalinem, komisarzem politycznym Frontu i Siemionem Budionnym, dowódcą słynnej Konarmii. Rozdział wojsk bolszewickich stwarzał korzystną dla Polski sytuację operacyjną, bowiem można było zastosować manewr po liniach wewnętrznych, po pobiciu jednej grupy wojsk przeciwnika, przerzucano siły na drugą stronę.

Do pierwszego starcia doszło 14 lutego 1919, w okolicach miasteczka Mosty na Białorusi. Po kapitulacji na Zachodzie, Niemcy ewakuowali swoje wojska również z okupowanych terenów na Wschodzie; bolszewicy potajemnie dogadali się z nimi i w swoim marszu na Zachód łatwo zajęli Mińsk, a następnie Wilno, skąd Sowieci wyparli polską samoobronę, która pięć dni wcześniej oswobodziła miasto. Pod Mostami musieli się jednak zatrzymać. Szczupłe siły polskie, składające się z 12 batalionów piechoty, 12 szwadronów kawalerii i 3 baterii artylerii, działały tam na dwóch, dość równomiernie obsadzonych odcinkach frontu. Formacjami odcinka południowego (Prypeć – Szczytno), czyli Grupy Podlaskiej, dowodził gen. Antoni Listowski. Jego oddziały swoim prawym skrzydłem utrzymywały łączność z Grupą Wołyńską gen. Edwarda Rydza-Śmigłego i koncentrowały się głównie pod Antopolem na kierunku Brześć – Pińsk i okolicach Berezy Kartuskiej. Obsada odcinka północnego (Szczytno – Skidel ) należała do Dywizji Litewsko-Białoruskiej gen. Wacława Iwaszkiewicza-Rudoszańskiego, operującej przede wszystkim w rejonie Wołkowyska. Na tych pozycjach wiązano siły Armii Czerwonej, zajętej wówczas także walką z oddziałami białych, zatem defensywa była skuteczna. Kiedy dowódcą Dywizji został gen. Stanisław Szeptycki, formacje polskie przeszły do działań zaczepnych, opanowały Słonim, Pińsk, przedpola Lidy. W kwietniu odzyskaliśmy Wilno, jesienią nasze oddziały dotarły do Dźwiny i Berezyny, przekroczyły Zbrucz.

Kiedy wiosną 1920 roku bolszewicy przystąpili do wielkiej koncentracji sił na Froncie Zachodnim, Józef Piłsudski, jako Naczelny Dowódca wojsk polskich, zdecydował o podjęciu ataku wyprzedzającego i rozbiciu jego formacji, zanim wojska sowieckie osiągną gotowość operacyjną. Wyprawę na Wschód poprzedziło podpisanie porozumienia politycznego z atamanem Semenem Petlurą, w którym strona polska gwarantowała pomoc w utworzeniu niezależnego państwa ukraińskiego, zaś Petlura wsparcie militarne w walce z bolszewikami. Niektórym politykom w obozie władzy marzyło się zdobycie w tej wyprawie Kremla, ale Piłsudski był realistą, uważał, że bolszewikom należy „nadepnąć na tak bolesne miejsce, żeby nie mogli się uchylać i uciekać. Moskwa takim miejscem nie jest. Kijów, Ukraina, to jest ich czuły punkt.” Atak ruszył 25 kwietnia. Początkowo nasze wojska odnosiły sukcesy, biorąc tysiące jeńców i szybko zajmując kolejne tereny; 7 maja oddziały polskie i ukraińskie wkroczyły do niebronionego Kijowa. Piłsudski udał się do zajętej stolicy Ukrainy z kilkugodzinną wizytą. Po powrocie do Warszawy, witający go marszałek Sejmu, Wojciech Trąmpczyński, przyrównał czyny Piłsudskiego do dokonań Bolesława Chrobrego, ale euforia zwycięstwa trwała krótko.


Oddziały wyruszające na front defilują przed Naczelnikiem Państwa, J.Piłsudskim.Fot. CAW – dzieje.pl

W odpowiedzi na sukcesy armii polskiej ruszyła kontrofensywa, na północy kierowana przez Michaiła Tuchaczewskiego, na południu przez Siemiona Budionnego. 5 czerwca jego Konarmia przerwała linię frontu i zmusiła Polaków do gwałtownego odwrotu z Ukrainy. Na północy Piłsudski zakładał utrzymanie Wilna i oparcie się na starej, poniemieckiej linii umocnień, jednak znaczna przewaga wojsk sowieckich zniweczyła ten plan. Armia Czerwona parła w kierunku Warszawy, pokonując średnio około 20 km dziennie. Armia Konna, licząca 16 tysięcy żołnierzy i uważana za najskuteczniejszy wynalazek rosyjskiej wojny domowej, posuwała się z dwukrotnie większą prędkością, a słynęła z wyjątkowego okrucieństwa. W drodze na Ukrainę, w ciągu 30 dni nieprzerwanej jazdy pokonała ona 1200 kilometrów, niszcząc wszystko, co znalazło się na jej drodze, masakrując jeńców i ludność cywilną.

Wielka ofensywa rosyjska ruszyła 4 lipca, wróg przekroczył Berezynę, zdobył Wilno, 23 lipca padło Grodno. Po jego zdobyciu Tuchaczewski, który w międzyczasie awansował na dowódcę całego Frontu Zachodniego, wydał rozkaz zajęcia Warszawy do 12 sierpnia. Pod koniec lipca, pokonując w krótkim czasie ponad 400 kilometrów, armia bolszewicka dotarła do linii Bugu. Lenin i jego współpracownicy również nie próżnowali, politycznie wszystko już było przygotowane do demontażu ustroju za Bugiem.
30 lipca przybył do Białegostoku, utworzony w Moskwie, Tymczasowy Komitet Rewolucyjny Polski (Polrewkom), którego zadaniem było przejęcie władzy na terenach wyzwolonych przez Armię Czerwoną. W skład Komitetu wchodzili m.in. Julian Marchlewski, Feliks Dzierżyński, Feliks Kon.

Frontowe niepowodzenia ściągnęły na Piłsudskiego rosnącą falę krytyki. Wyczerpały się kredyty na dostawy wojskowe, problemem pozostawał transport zakupionego sprzętu. Środowiska rewolucyjne w zachodniej Europie podjęły kampanię pod hasłem „Ręce precz od Rosji”, czego skutkiem było wstrzymanie  dostaw broni kierowanych do Polski, spowodowane strajkami kolejarzy i dokerów. Słowem, groziła militarna katastrofa.


Polscy żołnierze podczas walk z Armią Czerwoną w rejonie Radzymina w 1920 r.Fot. PAP/CAF – dzieje.pl

Bezpośrednie zagrożenie państwa zmobilizowało siły do obrony. Powołano Inspektorat Armii Ochotniczej, z gen. Józefem Hallerem jako dowódcą i ogłoszono ochotniczy zaciąg do wojska, który nie pozostał bez echa. Józef Piłsudski postanowił stoczyć decydująca bitwę na obszarze między Bugiem i Wisłą. 13 sierpnia bolszewicy uderzyli na przedmieścia Warszawy – przełamali pierwszą linię obrony i zajęli Radzymin. Rozpoczęły się dwudniowe walki o Warszawę, najcięższe boje stoczono pod Radzyminem i Ossowem. Armia gen Sikorskiego zatrzymała dwukrotnie silniejszego wroga i zaczęła spychać go na wschód. Polska kontrofensywa znad Wieprza ruszyła 16 sierpnia i bezpośrednio zagroziła tyłom armii bolszewickiej. Odegrała też rolę szybkość polskiego natarcia – piechota posuwała się 50-60 kilometrów na dobę, zajmując węzły komunikacyjne, przeprawy, mosty na tyłach cofającego się przeciwnika. Armia Konna Budionnego, która w decydującej fazie bitwy została powstrzymana rozkazem Stalina, poniosła porażkę w bitwie pod Komarowem z 1 Dywizją Kawalerii płk. Juliusza Rómmla.

Do ostatniej wielkiej batalii doszło nad Niemnem (20-29 września 1920). Jednak Rosjanom nie udało się odtworzyć linii frontu i wojska polskie dotarły do Dźwiny i Mińska. Na południu Polacy oswobodzili całą Galicję, odrzucając przeciwnika za Zbrucz. Dla polskiego społeczeństwa zwycięstwo w wojnie z Rosją sowiecką miało wielkie znaczenie moralne. Był to pierwszy od 220 lat sukces Polski na arenie międzynarodowej i pierwsza od 220 lat wojna wygrana samodzielnie przez armię polską.

Po pięciu miesiącach negocjacji, 18 marca 1921 roku Polska i Rosja podpisały w Rydze traktat pokojowy, który ustalił ostateczny przebieg polskiej granicy wschodniej (na linii Dzisna – Dokszyce – Słucz – Ostróg – Zbrucz). Nie zadowalał on w wielu aspektach zarówno polskich elit politycznych, jak i strony rosyjskiej, ale do 17 września 1939 roku granica ta przetrwała.

Tyle w ogromnym, faktograficznym skrócie o tej wojnie i jej decydującym rozstrzygnięciu, Bitwie Warszawskiej. Emocjonują one wielu ludzi do dziś i stawiają pytania, na które często nie ma odpowiedzi. Na przykład, jak wyglądałby dzisiaj świat, a przynajmniej spora jego część, z Polską włącznie, gdyby Piłsudski ostatecznie dogadał się z gen. Denikinem i całkowicie zniszczył przeciwnika? Była taka możliwość, a więc dlaczego jesienią 1919 roku, podczas wojny z bolszewikami zatrzymał on natarcie, co umożliwiło Armii Czerwonej przerzucenie sił z frontu polskiego i rozprawienie się z zagrażającą jej na południu białą armią Antona Denikina? Generał szedł wtedy na Moskwę i miał wszelkie szanse, żeby ją odzyskać. Denikin pozytywnie odnosił się do niepodległości państwa polskiego, ale jedynie w granicach Królestwa Polskiego z 1815 roku, nie akceptował też federacyjnych planów Piłsudskiego, według których w pierwszym rzędzie Ukraina, Białoruś i Litwa miały być również autonomiczne, aby wspólnie z Polską przeciwstawiać się imperialnym zakusom Rosji. Bolszewicy, w zależności od sytuacji na froncie, byli natomiast w stanie obiecać wszystko i tego oczywiście nie dotrzymać, kiedy szło im lepiej, Piłsudski uznał ich więc prawdopodobnie za mniejsze zło.

Następna kwestia, również nie wyjaśniona do dzisiaj, to pytanie, kto faktycznie był głównym architektem Bitwy Warszawskiej – Józef Piłsudski, czy gen. Tadeusz Rozwadowski? Był on jednym z głównych organizatorów polskich sił zbrojnych po odzyskaniu Niepodległości i dowódcą bohaterskiej obrony Lwowa przed Ukraińcami w latach 1918 – 1919 . Różnili się z Marszałkiem w wielu poglądach na temat sztuki wojennej i priorytetów w pomocy dla odzyskanych, wschodnich kresów, w osobistych rozmowach często dochodziło między nimi do spięć, w związku z czym stary frontowiec został odsunięty na boczny tor, na stanowisko szefa Polskiej Misji Wojskowej w Paryżu, co przyjął z rozgoryczeniem. Jednego jednak Piłsudski nie mógł jednak generałowi odmówić, tego mianowicie, że był wybitnym strategiem, kiedy więc polska obrona zaczęła się kruszyć pod natarciem Armii Czerwonej, sprowadził go do stolicy i mianował szefem Sztabu Generalnego. Wtedy zostały gruntownie zreorganizowane polskie odziały i opracowano plan natarcia znad dolnego Wieprza, który okazał się skuteczny. Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej zostało jednoznacznie przypisane Józefowi Piłsudskiemu, a gen. Rozwadowski nigdy tego nie zakwestionował.

Nie wiadomo również, jak potoczyłyby się losy wojny, gdyby na przełomie sierpnia i września 1919 roku Biuro Szyfrów pod kierunkiem Jana Kowalewskiego nie złamało pierwszych kluczy szyfrowych Armii Czerwonej, które umożliwiły odczytanie korespondencji bolszewickiej z frontów wojny domowej na Ukrainie, w południowej Rosji i na Kaukazie. Dzięki temu Piłsudski dużo wiedział na temat sytuacji w tym regionie i koncentracji wojsk przeciwnika przy wschodniej granicy. Wspaniałym dniem był również 15 sierpnia 1920 roku, kiedy to kaliski 203 Pułk Ułanów zdobył sztab 4 armii sowieckiej w Ciechanowie, a wraz z nim – kancelarię, magazyny i jedną z dwóch radiostacji, służących Rosjanom do utrzymywania łączności z dowództwem w Mińsku. Szybko podjęto więc decyzję o przestrojeniu polskiego nadajnika na częstotliwość rosyjską i rozpoczęciu zagłuszania nadajników wroga, dzięki czemu druga z sowieckich radiostacji nie mogła odebrać rozkazów. Warszawa na tej samej częstotliwości nadawała bowiem przez dwie doby teksty Pisma Świętego – jedyne wystarczająco obszerne materiały, które udało się szybko odnaleźć. Brak łączności praktycznie wyeliminował więc 4 Armię z bitwy o Warszawę.

Zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej, a następnie wygrane bitwy nad Niemnem i pod Komarowem, gdzie polska jazda pokonała kawalerię Budionnego, przypieczętowały zwycięskie zakończenie wojny z Rosją.

Trochę liczb: w przededniu Bitwy Warszawskiej Polska wraz ze sprzymierzeńcami utrzymywała na froncie milion żołnierzy, Rosjanie 2,5 miliona. W samej bitwie uczestniczyło po stronie rosyjskiej 104-114 tysięcy żołnierzy, po stronie polskiej 113-123 tysięcy. Polacy mieli do dyspozycji 500 dział i 1780 karabinów maszynowych, Armia Czerwona 600 dział i 2450 karabinów. Grupa uderzeniowa znad Wieprza liczyła około 46 tysięcy żołnierzy. Straty wojsk rosyjskich w bitwie szacuje się na około 25 tysięcy poległych, 60 tysięcy jeńców i 45 tysięcy internowanych w Prusach Wschodnich. Po stronie polskiej – 4,5 tysiąca poległych, 22 tysiące rannych i około 10 tysięcy zaginionych.

Wyposażenie obu armii było dużo gorsze niż to widzimy we współczesnych inscenizacjach bitwy i obrazach filmowych. Premier Wincenty Witos tak wspominał inspekcję armii w przededniu decydującego starcia: “mała tylko część żołnierzy miała na sobie kompletne, choć potargane mundury, co najmniej połowa była bez obuwia (…), na niektórych wisiały tylko resztki spodni i innego ubrania”. Inny świadek, Stanisław Grabski, jadący na rokowania pokojowe do Mińska tak natomiast wspominał widok Armii Czerwonej: “część żołnierzy szła boso. Nie wszyscy też posiadali karabiny. Mieli je dostać dopiero w okopach, pozostałe po poległych i ciężko rannych. Najbardziej mnie jednak zafrapował widok setek wozów zupełnie pustych (…), wyraźnie jechały one po zdobycz wojenną”.

Lord Edgar Wincent D’ Abernon, świadek tamtych wydarzeń, brytyjski dyplomata, wydał w Londynie, w 1931 roku książkę, w której nazwał Bitwę Warszawską „osiemnastą decydującą bitwą w dziejach świata”. Porównał ją do zwycięstwa władcy Franków, Karola Młota, który w 732 roku pokonał Arabów pod Poitiers i zatrzymał pochód Islamu do Europy, podobnie jak zrobił to później król Jan III Sobieski pod Wiedniem. Tak samo Polacy, zwyciężając pod Warszawą, powstrzymali ekspansję komunizmu, a więc całkowicie innego systemu wartości do zachodniej Europy, choć niestety na dłuższą metę siebie przed tym nie uratowali.

Nie mniej to Zwycięstwo.

Często nazywa się Bitwę Warszawską również Cudem nad Wisłą. Określenie to wymyślili narodowcy, aby pomniejszyć rolę Marszałka Piłsudskiego w pokonaniu bolszewików i przypisać je siłom nadprzyrodzonym. Aczkolwiek niektórzy z wziętych do niewoli żołnierzy rosyjskich przysięgali na wszystko, że widzieli na niebie Matkę Boską, jak swoim płaszczem zasłania Warszawę… Zgodnie z piękną, polską tradycją na pamiątkę warszawskiej Victorii, w jej wigilię, kiedy przypada Wniebowzięcie NMP, obchodzimy od 1923 roku Święto Żołnierza. Tak się ono nazywało do 1947 roku, obchodzono je nawet w polskich jednostkach wojskowych formowanych od maja 1943 roku w ZSRR. W świątecznych mszach polowych uczestniczyli ponoć zarówno Bolesław Bierut, jak i Marszałek Michał Rola – Żymierski. Później 15 sierpnia stał się dniem powszednim, ożył dopiero w 1992 roku, jako dzień Wojska Polskiego, no a wojsko to przede wszystkim żołnierze. Ku chwale Ojczyzny!


P.S. Pisząc ten tekst, korzystałem z materiałów Muzeum Historii Polski online „Czy potrzeba było cudu? Bitwa Warszawska 1920 r.”, artykułu „Fakty z bitwy”, zamieszczonego w Tygodniku Powszechnym 03.08.2010, pracy Janusza Szczepańskiego p.t. “Kontrowersje wokół bitwy warszawskiej 1920 r.” w “Mówią wieki” 8/2002) oraz Wikipedii.

Billy Wilder

Tak się czasem zdarza, że nasze myśli spotykają się gdzieś poza nami. W książce, którą akurat czytałam (Judith Schalansky, Verzeichnis einiger Verluste), której fragment we wtorek TU cytowałam, była na stronie 108 maleńka wzmianka o Billym Wilderze, a w indeksie osób informacja, że urodził się w Suchej. Pomyślałam, że muszę zapytać Elę Kargol, czy chodzi o tę Suchą, do której ona co roku jeździ, bo stamtąd pochodzi jej rodzina. Ale nie zdążyłam. Weszłam bowiem na Facebooka, a tam…

Ela Kargol o nim napisała. Potem kilkakrotnie ten tekst przerabiała, aż  powstał taki wpis:

Billy Wilder ze Suchej

Fejsbuka używam aktywnie od kilku lat. W Suchej Beskidzkiej bywam trzy razy w roku, czasem częściej, ale nie przyszło mi nigdy do głowy, aż do lipca 2020 roku, żeby oznajmić światu, że Sucha była miejscem, gdzie na świat przyszedł Samuel Wilder, nazwany przez swoją mamę Billiem, prawdopodobnie na cześć Buffalo Billa. W 1906 roku widowisko, które wyreżyserował Buffalo Bill Wild West Show pokazywano na terenach dzisiejszej Polski, między innymi w Krakowie, Tarnowie, Bielsku-Białej. Jest prawdopodobne, że Eugenia, już chyba wtedy Wilder, oglądała z zachwytem to przedstawienie o Dzikim Zachodzie. Do Samuela mówiła z niemiecka Billie, później dopiero został Billym. Po krótkiej fejsbukowej notce, że Billy Wilder jest ze Suchej, odezwali się fejsbukowi przyjaciele z komentarzami, że nie tylko Billy jest z Polski, wtedy jeszcze Austro-Węgier, ale wielu innych artystów i twórców Hollywood i z Hollywood ma polskie lub zaborowe korzenie. Najbardziej zaskakującym zdarzeniem i komentarzem były słowa adminki, która w momencie, gdy ja pisałam o Billym, o nim czytała i chciała mnie właśnie zapytać, czy ja to wiem, że Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej: „Ela! To niemożliwe! Ja dziś rano odkryłam, że Wilder urodził się w Suchej i chciałam Ci to napisać, wchodzę więc na FB, a tam Ty o tym piszesz!!!!“

Wyprzedziłam jej pytanie fejsbukową odpowiedzią.

O tym, że Billy Wilder, mistrz światowego kina, urodził się w Suchej (Suchą Beskidzką została dopiero 1965 roku) wiedziałam od zawsze, a na pewno od roku 1996, od wtedy, gdy cały świat się o tym dowiedział, a jedną z ulic w Suchej Beskidzkiej nazwano ulicą Billy’ego Wildera.
Pamiętam dzień, gdy tata usłyszał o tym ważnym dla bliskiego mu miasta wydarzeniu w jakichś telewizyjnych wiadomościach. Byłam wtedy w pokoju, ale nie słuchałam głosu z telewizora. Ojciec powiedział, że bardzo znany amerykański aktor przyjedzie do Suchej i może da jakieś pieniądze miastu.
Billy Wilder do Suchej nie przyjechał.Już wtedy miał 90 lat, a miasto Sucha niewiele od niego starsze obchodziło setny jubileusz nadania praw miejskich. Odłożył przyjazd na wiosnę następnego roku, ale zdrowie nie pozwoliło mu przylecieć do miasteczka, w którym “wszystko się zaczęło. Podobno był bardzo wzruszony faktem, że w rodzinnym mieście nazwano ulicę jego imieniem i nazwiskiem. Wtedy w Suchej reprezentował go jego przyjaciel, Zbigniew Karol Rogowski, dziennikarz, publicysta, i krytyk filmowy, który całą sprawę nagłośnił i doprowadził do końca, albo początku, jak kto woli.

Ulica Billy’ego Wildera znajduje się niedaleko suskiego dworca, w górnej Suchej, tam gdzie Billy spędził dzieciństwo, a jego rodzice prowadzili dworcową restaurację albo tam gdzie mieszkali i mieli może cukiernię i prawdopodobnie tam, gdzie Billy przyszedł na świat. Pewnych faktów nie znam, w internecie krążą sprzeczne wiadomości. Często wymieniany jest budynek dworca w Suchej Beskidzkiej jako miejsce restauracji dworcowej Wilderów. Jeśli rzeczywiście to ta restauracja, to pamiętam jej elegancki jeszcze wystrój, kelnerów jakby przedwojennych i to, że rzadko tam zaglądaliśmy ze względu na wysokie ceny. Do autorki jednego z rozdziałów książki Billy Wilder, mistrz kina z Suchej Beskidzkiej, pani Barbary Woźniak, nie mogłam dotrzeć, z muzeum suskiego otrzymałam kopię artykułu, z którego pani Woźniak prawdopodobnie korzystała. I, jak sama pisze, jedynym namacalnym dowodem, że Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej, są notatki suskiego lekarza, doktora Karola Spannbauera, który leczył małego Samuela.

billy trybuna ślaska

Matka Billy’ego pochodziła z Nowego Targu, jej rodzice pracowali w branży restauracyjno-hotelarskiej, Ojciec był z Krakowa. Po ślubie zaczął prowadzić interesy z rodziną żony, otwierali kawiarnie i restauracje przy dworcach i na trasie Galicyjskiej Kolei Transwersalnej. Otwarcie tej linii kolejowej, w której budowie uczestniczyli też mój prapradziadek i jego koń, przyczyniło się do wszechstronnego rozwoju miejscowości przy trasie kolejowej, szczególnie przy dworcach, gdzie zatrzymywał się pociąg. Powstawały mieszkania dla pracowników kolejowych, rozwijał się handel. A ponieważ pociągi stały dłużej, niż jest to praktykowane obecnie, choć jeszcze dzisiaj przepina się na niektórych przystankach lokomotywę, podróżni chętnie korzystali z dworcowych jadłodajni, restauracji, kawiarni. Mały Billy pamięta, że Sucha musiała być dużym węzłem kolejowym, że postoje na dworcu podróżni wykorzystywali na krótki posiłek, a pracownik dworca dzwonkiem oznajmiał koniec postoju, a tym samym i posiłku. Billy oprócz Suchej zapamiętał Kraków i hotel, w którym grał w bilard, Nowy Targ, gdzie spędzał wakacje u dziadków, już po wyjeździe do Wiednia. Być może, że wracał do Suchej, albo przez nią przejeżdżał lub zatrzymywał się na krótki posiłek w dworcowej restauracji.

Billy Wilder zmarł w 2006 roku w Los Angeles i został tam pochowany. Do Suchej Beskidzkiej już nie przyjechał. Sucha o nim pamięta i jest dumna z faktu, że Billy Wilder tu się właśnie urodził. Organizuje się festiwale filmowe i wystawy. W stulecie urodzin oprócz przeglądu filmowego odbyły się też wybory sobowtóra Marylin Monroe, aktorki nie do końca lubianej przez reżysera Pół żartem, pół serio. W 105 urodziny reżysera wmurowano płaskorzeźbę w płytę suskiego rynku, upamiętniającą Wildera, a obok niej postawiono drogowskaz na którym wymienione zostały cztery miejsca: Wiedeń, Berlin, Paryż i Hollywood.

Szukając śladów Samuela Wildera spotkałam panią, która dokładnie wiedziała, gdzie mieszkała Maria Konopnicka, ale też przypomniała sobie opowieści swojej babci, która znała Billy’ego Wildera i opowiadała, jak przyjeżdżał do Suchej z żoną i ta żona była taka… i tu nie umiała jej określić, albo nie umiała przypomnieć sobie słów babci, ale wiem, że chciała powiedzieć coś sympatycznego o żonie Billy’ego.
Ale nie wiem, czy pani miała bujną wyobraźnię, czy po swojemu interpretowała wspomnienia babci, czy też jeszcze wiele tajemnic kryje życiorys Wildera. Pokazała mi też miejsce, gdzie była bożnica, której nadaremnie szukałam i żydowskie kamienice. Bożnica była nad rzeką Młynówką, częściowo zasypaną, a częściowo schowaną za Karczmą Rzym, którą to karczmę Billy musiał znać. Dom modlitwy zbudowano dopiero w 1914 roku, a więc już po wyjeździe Wilderów do Wiednia. Przedtem suscy Żydzi należeli do Gminy Wyznaniowej Żywiec-Zabłocie. Billy musiał znać zamek, wtedy niedostępny, ze wspaniałą biblioteką ówczesnych właścicieli Branickich, może bywał z mamą na suskim jarmarku, tak jak mój dziadek ze swoją mamą.

Naprzeciwko dworca jest stary budynek, pamiętający jeszcze czasy zaborów. Od zawsze była w nim karczma, restauracja. W tej chwili też, Kebab Ahmed, najbliższa jadłodajnia przy dworcu. Czy prowadzili ją Wilderowie albo ktoś z ich rodziny?

Kto mógł przypuszczać, że te pięć lat życia Billy’ego i te pięć lat z życia miasta będą tak ważne dla ustalenia faktów z życia artysty.

Może lepiej wszystkiego nie wiedzieć i dalej szukać.


A tu ów tekst autorki z Facebooka: Billy Wilder urodził się w Suchej Beskidzkiej. Jego rodzice prowadzili restaurację dworcową. Jeśli była to restauracja na piętrze, to jeszcze ją pamiętam, oczywiście tę dużo późniejszą. Inne źródła podają, że mieli cukiernię przy dworcu, którą chcieli przekazać w przyszłości synom.
Skończyło się na planach.
Wyjechali do Wiednia, a synowie nie wyrażali chęci sprzedaży ciastek.
Billy Wilder mieszkał jakiś czas w Berlinie, później wyjechał do Hollywood. W Suchej Beskidzkiej obok płaskorzeźby wmurowanej w płytę suskiego rynku, upamiętniającej reżysera, stoi drogowskaz wskazujący miejsca, z którymi związany był twórca takich filmów jak “Słomiany wdowiec”, “Pół żartem, pół serio”,”Garsoniera”, “Bulwar Zachodzącego Słońca” i wielu innych.
W Suchej jest też ulica Wildera, imię nadano jej w 1995 roku, Wildera zaproszono, ale z powodów zdrowotnych nie przyjechał. Podobno się wzruszył.
W Suchej odbywają się festiwale z jego filmami, od jakiegoś czasu Sucha jest dumna z Wildera, choć jeszcze dzisiaj na murach domów można zobaczyć antysemickie bazgroły.

Wikipedia: Nazywał się Samuel Wilder. Urodził się 22 czerwca 1906 roku. Zmarł 27 marca 2002 roku w Los Angeles. Jego ojciec Max Wilder był właścicielem krakowskiego hotelu „City“ i wielu restauracji dworcowych w okolicach Krakowa.
Uważa się go za twórcę pewnego nader indywidualnego stylu komedii filmowej. Jednak najbardziej znane jego filmy to nie tylko komedie jak Pół żartem pół serio, Raz, dwa, trzy czy Słodka Irma, lecz również dramaty: Bulwar Zachodzącego Słońca, Stracony weekend, Świadek oskarżenia, Garsoniera.
W ciągu pół wieku stworzył ponad 60 filmów. Był 21 razy nominowany do Oscara, a sześć razy otrzymał tę nagrodę, w tym w roku 1961 jednocześnie jako producent, scenarzysta i reżyser filmu Garsoniera.

Jeden z komentatorów na FB: Na Victoria-Louise-Platz w Berlinie jest tablica na domu, w którym mieszkał “odkrywca” Marylin Monroe… 🤔

Ela: podobno bardzo jej nie lubił. Spóźniała się, była rozkapryszona, zapominała tekstu. Wątpił w jej talent i intelekt. Po nakręceniu z MM filmu Pół żartem… miał powiedzieć: “Rozmawiałem z moim lekarzem i psychiatrą – obaj powiedzieli mi, że jestem zbyt stary i zbyt bogaty, by ponownie przez to przechodzić”.

Adminka: W każdym razie ma w Berlinie i tablicę pamiątkową, i ulicę, a raczej promenadę.

Auf dem Fahrrad und zu Fuß 4

Christine Ziegler

liebe ewa,

morgen schon werden die taschen gepackt für die rückkehr nach berlin. was für schöne tage wir hier verbringen konnten! ringsum freundliche leut, in wald und feld besonders viele tiere entdeckt und der sommer war auf einem schönen höhepunkt, bevor die ernte beginnt. nun, für den abschied passend, sind die ersten felder schon abgeerntet, manche wiese schon gemäht. so ändern sich die farben von weißgold zu braun, von bunt zu heugrüngrau. doch der himmel weiter voller lebendigkeit mit riesigen wolken, die über die unfassbare weite schwimmen.

direkt nach osten waren wir bisher noch nicht von hier losgefahren und so ging es über kleine dörfer wie netzow, bendelin, damelack, breddin und gümmernitz zum rittergut todtenkopf, im ort namens waldfrieden gelegen. der dorfverein in damelack hieß bemerkenswerterweise nach florian geyer* (wir sind des geyers schwarze haufen, sangen sie in den bauernkriegen, wir wollen mit tyrannen raufen …)

dann kurz vor vehlgast ein neues informatives schild am weg. diesmal nicht über schreitvögel oder ehemalige slawische rundlingsdörfer sondern die beschreibung des hochwassers von 2002. das havelland wurde geflutet, um den anrainern der elbe entlastung zu geben. hier in den dörfern, die seit jahrhunderten mit den wassern kämpfen, gingen die fluten in die keller und die landschaft wurde von zuoberst nach zuunterst gekehrt. selbst die alten betonwege hat es weggespült. der fluß jäglitz hat heut ein neues bett. heute vom vogelbeobachtungsturm ist davon nichts mehr zu ahnen.

wöplitz wollt ich nicht vergessen! hier hält uns eine holzfigur auf und die geschichte dazu muss auch noch erzählt werden.

der weg zurück nach klein-leppin wieder durch den wald, wieder mal off-road, einmal pro tour muss es sein, sonst reicht es nicht für martins abenteuerlust. eine wenig befestigte alte allee lockt uns in den wald. und da ein schild, davon wussten wir bei der wegplanung noch nichts:

danach ein forsthaus und dann waldwege mit mehr oder weniger tiefem sand, das wird dann manchmal artistisch auf dem rad. in glöwen dann die „belohnung“ mit kaffee und kuchen im antik-café im alten dorfkern am kirchplatz. dort zu sitzen ist gehobene gemütlichkeit und der selbstgebackene kuchen ist unendlich gut. werbeblock muss hier einfach sein. an schwanensee vorbei, immer auf der spur der alten schmalspurbahn zurück nach klein-leppin. schwäne haben wir seltsamerweise hier nie gesehen …

mit dem lieblingsbuch auf dem deckchair im garten ausgeruht. die sonne hat sich endlich nicht mehr versteckt und uns wurde warm.

ob wir heute nacht noch den aktuellen kometen neowise sehen werden? es muss nur das wetter mitspielen, einsam und damit dunkel genug ist es, um jedes himmelsspektakel perfekt zu sehen. wir sind hier nur ein paar kilometer weg vom sternenpark in gülpe**. dunkler als hier kann es dort nachts auch nicht werden***.

liebe grüße

christine


anmerkungen der administratorin:

* florian geyer, 1490-1525, ein fränkischer reichsritter, truppenführer und diplomat; er übernahm im bauernkrieg 1525 die führung des schwarzen haufens.

** gülpe, nicht weit von rathenow, gilt als der dunkelste ort deutschlands, was alle wissenschaftler und hobbysternengucker immer wieder lockt: die dunkelste nacht ist am 17. september. ich plane dieses jahr diese nacht dort zu sein. kommt alle hin, vielleicht werden wir uns dort treffen (falls man sich überhaupt sieht).

*** als ich fragte, ob sie den kometen neowise gesehen haben, antworte christine: nee, nur im internet. das haben wir auch, natürlich.

Z wolnej stopy (7)

Zbigniew Milewicz

Na gapę przez życie

Moja przygoda z kryminalnym światem zaczęła się w liceum, od czytania powieści kryminalnych. Tytuły i autorzy już ulecieli mi z głowy, ale pamiętam, że zło zawsze było udziałem przestępców, a dobro po stronie stróżów prawa. Na czwartym roku studiów slawistycznych zamieszkałem w krakowskim „Żaku“, akademiku, z przyszłymi prawnikami i te pojęcia mi się trochę przemieszały. Na piątym natomiast, za politykę, poszedłem na miesiąc do kryminału i poznałem go od środka. Kiedy więc zacząłem w Dzienniku Zachodnim pisać “moje kryminałki”, to już nie byłem kompletnym amatorem, ale jak je dzisiaj czytam, to mi często głupio. Widzę młodzieńczą pychę autora, naiwność osądu, błędy gramatyczne… Dzisiaj na przykład historię Maksia napisałbym zupełnie inaczej, wtedy zakpiłem z bezdomnego i wstyd mi za to.

Pisaniem sądowych felietonów zajmował się za moich czasów w Dzienniku red. Marek Wydra, elegancki, starszy pan, zawsze pod muchą, albo krawatem, który publikował swoje teksty pod pseudonimem Marcin Prawda. Mnie początkowo musiały wystarczyć materiały, które uzyskiwałem z milicji, niekiedy jakiś smakowity kąsek podsunął mi mecenas Berezowski, albo Lolek Zahraj, który pracował w Prokuraturze Wojewódzkiej, z czasem jednak wywalczyłem sobie dostęp także do akt sądowych. Bohaterowie moich materiałów zwani byli w PRL-owskiej propagandzie ludźmi z marginesu, dla podkreślenia, że większość społeczeństwa jest zdrowa moralnie – nie kradnie, nie oszukuje ani broń Boże zabija, tylko owocnie pracuje dla dobra swojego kraju, a swój wolny czas spędza godziwie, przy herbacie i ciastku. Nikt jednak nie informował, jaki jest rozmiar owego marginesu. A ja, nawet gdybym to wiedział i napisał, to zaingerowałby cenzor, z powodu szkodliwych ustrojowo uogólnień, więc wystarczyło mi, że relacjonuję poszczególne przypadki społecznej patologii. Oto kilka dawnych tekstów z tego podwórka:



Was von uns übrig bleibt?

Langweiliges aber nichts desto trotzt fantastisches Buch. Es gibt solche und sie sind das Beste, das es unter den Büchern gibt. Monatelang ein Bestseller, verfilmt und “vertheatert”.

Judith Schalansky

Der Hals der Giraffe. Bildungsroman.

Suhrkamp Verlag, Berlin 2011
ISBN 978-3-518-42177-2

…diese Stadt hier würde sich von der Populationsschwankung nicht mehr erholen. (…) Eine Stadt im vorpommerschen Hinterland (…). Am schmalen Fluß ein Hafen für Schrott und Schuttgüter, eine Zuckerfabrik und ein Museum. Der Markt ein Parkplatz. Ein, zwei historische Straßenzeilen. Die turmlose Kirche ein riesiges Rudiment der Backsteingotik. Das Zentrum selbst voller Neubauten, WBS-Siebzig, einfachste Ausführung, ohne Spaltklinker oder Kieselsteine im Waschbeton. Erst waren sie saniert worden. Jetzt standen sie zum größten Teil leer. Die neue Autobahn vor der Tür, nur eine halbe Stunde weit weg. Dreißig Kilometer entfernt machte sie einen scharfen Knick nach Westen. Aber wenigstens wuchs hier was: Ein Bataillon Stiefmütterchen vor der Einkaufspassage. Veilchenfußvolk, neueste Aufhübschungsmaßnahme der Beschäftigungstherapierten. Gemeiner Efeu, der sich an den Balkonen der aufgetakelten Neubaufassaden verfing. Und es gab eine Unmenge von Pflanzen, die ihren Weg ohne menschliches Zutun in diese Siedlung gefunden hatten. Sie gediehen prächtig und beinahe unbemerkt: das einjährige Rispengras, das mit flachen Wurzeln jeden unbebauten Quadratzentimeter Boden besetzte. Das alte Ackerkraut, das sich von den Feldrändern vorgearbeitet hatte bis hierher, auf den Marktplatz, ins Zentrum der Stadt. Aus Pflasterritzen quoll der knechtische Vogelknöterich. Ganz zu schweigen vom Gemeinen Löwenzahn, der Allerweltsblume, die mit strotzender Potenz jede Straßenecke markierte. Die wilde Vegetation war überall. Die filzigen, weißen Blätter des gemeinen Beifußes. Der Krauttepich der Vogelmiere. Der unausrottbare Gänsefuß. Ein erstaunlicher Artenreichtum. Vor allem in der Steinstraße, wo sich Bauruinen mit leergezogenen Altbauten abwechselten. Häuser in ganz unterschiedlichen Stadien des Verfalls. Halt. Hatte die Bernburg hier nicht mal gewohnt? Die Klingel war rausgerissen, die Schilder nicht zu entziffern. Die Tür offen. Aus dem Keller drang kühle Luft. m Hofblühte sogar eine Sandstrohblume. Hoch aufgeschossene Schafgarbe an einer Halde mit Bauschutt. Die falschen Ähren der Mäusegerste mit langen Grannen. Unkraut verging nicht.
Hier überlebte nur, was wucherte. Fern von den gepflegten Zierbeeten, gehätschelten Kleingärten und anderen mühsam eingerichteten Sekundärbiotopen. Die strahlenlose Kamille, das trittfeste Mastkraut, die hinterlistige Quecke, das herzergreifende Hirtentäschel – hartnäckiges Wildkraut, störrischer Wuchs. Es war die Fortpflanzung, die das Bestehen sicherte. Komplizierte Bestäubungsaktionen hatten hier keinen Erfolg. Es musste schnell gehen. Noch ehe Schadstoffe hm etwas anhaben konnten, hatte sich das Unkraut schon vermehrt. Die klebrigen Samen des zähblättrigen Breitwegerichs hefteten sich an jede Sohle. Der Wurmfarn schleuderte seine winzigen Sporen hinaus. Die Pusteblume ließ Fallschirme segeln. Vom Wind weggetragene Samen. Das Hirtentäschel konnte sich im Notfall sogar selbst bestäuben. Ortswechsel waren bei den Pflanzen selbst allerdings nicht vorgesehen. Es blieb ihnen gar nichts anderes übrig, als hierzubleiben. Und sie machten das Beste daraus. Unterwanderten frei gewordene Flächen, besetzten ungenutzte Zwischenräume, keimten in den Ritzen der Gehwegplatten, in den Rissen der Gemäuer, wurzelten in der schmutzigen Erde der Schutthalden gruben sich in die verschütteten Reste früherer Bebauung. Lehm, Zement, Mörtel. Das machte ihnen nichts aus. Im Gegenteil. Selbst die trockenste, kalkreiche Erde war Nährboden genug für die hartgesottenen Vertreter der grünen Front.

Die Sprosspflanzen wurden einfach unterschätzt. Während ihrer Studienzeit hatte sie sich auch nicht für das Grünzeug erwärmen können. Servile Werktätige der Photosynthese-Fabrik. In unzähligen Übungen zu bestimmen. Immer ging es ums Zählen. Wie viel Blätter sie hatten, wie viel Staubgefäße, Nacktsprosser und Schachtelhalme, Bärlappe und Farne, Nackt- und Bedecktsamer, Zweikeimblättrige und Einkeimblättrige, Schmetterlingsblüten und Kreuzblüten, Lippenblüten und Korbblüten. Wechselständig und grundständig, kreuzgegenständig. Frucht. Futter, Heilmittel, Zier. Die einzelnen Organe der Photosynthese. Zufuhr des großen Kreislaufs, Motor des Stoffwechsels. Pflanzen verwandelten energiearme Stoffe n energiereiche. Bei den Tieren war es andersrum. Wir waren einfach nicht autotroph. In jedem kleinen Blatt, in jedem winzigen Chloroplast passierte Tag für Tag das Wunder, das uns alle am Leben hielt. Epidermis, Cuticula, Palisadengewebe. Wäre man grün, bräuchte man nicht mehr zu essen, nicht mehr einzukaufen, nicht mehr zu arbeiten. Man bräuchte überhaupt gar nichts mehr tun. Es genügte, sich ein wenig in die Sonne zu legen, Wasser zu trinken, Kohlenstoffdioxid aufzunehmen, und alles, aber auch alles, wäre geregelt. Chloroplasten unter der Haut. Es wäre wunderbar!
Die stumme, geduldige Vegetation. Alle Achtung. Sie konnten ohne Sprache kommunizieren und waren ohne Nervensystem schmerzempfindlich. Angeblich hatten sie sogar Gefühle. Das wäre allerdings kein Fortschritt. Vielleicht waren sie uns ja gerade deswegen überlegen, weil sie ohne Gefühle auskamen. Einige Pflanzen hatten mehr Gene als der Mensch. Die vielversprechendste Strategie, an die Macht zu kommen, war immer noch, unterschätzt zu werden. Um dann, im richtigen Moment, zuzuschlagen. Es war nicht zu übersehen, dass die Flora auf der Lauer lag. In Gräben, Gärten und Gewächskasernen warteten sie auf ihren Einsatz. Schon bald würden sie sich alles zurückholen. Die missbrauchten Territorien mit sauerstoffproduzierenden Fangarmen wieder in Besitz nehmen, der Witterung trotzen, mit ihren Wurzeln Asphalt und Beton sprengen. Die Überreste der vergangenen Zivilisation unter einer geschlossenen Krautdecke begraben. Die Rückgabe an die Alt-Eigentümer war nur eine Frage der Zeit.
Stickstoffhungrige Brennnesseln, die sich an der grusigen Erde labten, wo schon bald die verholzten Triebe der Waldrebe ein undurchdringliches Dickicht bilden würden. Der Boden vom Farn bedeckt. Mit gespreizten Blättern. Halb frisch, halb verfault. Pilze, Flechten und Moose, die selbst auf Asphalt gediehen. Gespornt für die Ewigkeit. Ein Mantel des Schweigens. Alles trug schon den Samen zukünftiger Natur in sich, zukünftiger Landschaft, zukünftigen Walds. Angelegte Grünflächen? Mühsames Aufforsten? Hier war eine größere Mach Macht am Werk! Niemand konnte sie aufhalten. Irgendwann, schon in ein paar Jahrhunderten, würde hier ein stattlicher Mischwald stehen. Und von allen Gebäuden würde höchstens die Kirche übrig sein, ausgehöhlt, ein Gerippe aus Backstein, eine Ruine im Wald, wie auf einem Gemälde. Herrlich. Man mußte größer, weiter denken. über das mickrige menschliche Maß hinaus. Was war schon Zeit? Die Pest, der Dreißigjährige Krieg, die Menschwerdung, das erste Feuer n den Höhlen der Hominiden? All das lag doch nur einen Wimpernschlag zurück. Der Mensch war ein flüchtiges Vorkommnis auf Proteinbasis. Ein zugegeben recht erstaunliches Tier, das diesen Planeten für kurze Zeit befallen hatte und schließlich genau wie ein paar andere wundersame Wesen, wieder verschwinden würde. Von Würmern, Pilzen und Mikroben zersetzt. Oder unter einer dicken Sedimentschicht begraben. Ein lustiges Fossil. Von niemandem mehr ausgegraben. Die Pflanzen aber blieben. Sie waren vor uns da, und sie würden uns überleben. Noch war dieser Ort nur eine schrumpfende Stadt, die Produktion längst eingestellt, aber die wahren Produzenten waren schon am Werk. Nicht der Verfall würde diesen Ort heimsuchen, sondern die totale Verwilderung. Eine wuchernde Eingemeidung, eine friedliche Revolution. Blühende Landschaften.

Seiten 64 – 71

Fartuszek

Ewa Maria Slaska

Podczas kwarantanny przyzwyczailiśmy się do tego, że dzień składa się z pracy w domu, sprzątania i porządkowania, zakupów, spaceru i filmu na netflixie. Nawet książki okazały się nie tak ważne, jak bycie w domu, bycie razem w domu i w tym domu porządkowanie, jedzenie, spanie i filmy. Kwarantanna minęła, pozostały właściwie tylko maski w metrze i w sklepie oraz nowo odkryta pasja do bycia w domu. Ale konsekwencje są bardziej długotrwałe. Przede wszystkim straciliśmy zainteresowanie dla świata na zewnątrz, dla zgiełku i wydarzeń, które przedtem musieliśmy zaliczyć, ograniczyliśmy konsumpcję, przestały nas interesować “masthevy” i “mastsije”.

To na pewno dobrze, bo znaleźliśmy może nieco ciszy i wewnętrznego spokoju. Ale jednak są też rzeczy, które nam przepadły, które zignorowaliśmy, obok których przeszliśmy obojętnie, których szkoda.

W berlińskim Gropiusbau w ciszy kwarantanny i pokwarantannowej niechęci do czegokolwiek przepadła wspaniała wystawa.

Była cicha, nie dotyczyła niczego spektakularnego, odtwarzała nasz dom. Był więc salon, sypialnia, jadalnia, graciarnia i miejsce, gdzie reperujemy  to, co umiemy zreperować. Teraz myślę, że wystawa Lee Mingwei była profetyczna, bo przecież została zaplanowana na długo przed wybuchem pandemii, a jej przedmiotem było to, co powinno być dla nas ważne, nasza życiowa przestrzeń, nasz dom, nasze przedmioty, nasi przyjaciele i ich losy, losy naszych bliskich, maleńkie prezenty, które możemy sobie nawzajem ofiarować, gdy zaszyjemy komuś rękaw kurtki lub napiszemy do kogoś, że jednak to była nasza wina, nawet jeśli przez całe życie wmawialiśmy jemu, sobie i światu, że to on był winien. Mingwei przypomniał nam, jak ważne jest, byśmy usiedli we dwoje przy herbacie, byśmy napisali do siebie listy, takie ołówkiem czy piórem na papierze, byśmy przyjrzeli się temu, co nas otacza, byśmy naprawili to, co zniszczone i żebyśmy docenili piękno naszego małego, skromnego życia. Wyszłam z tej wystawy poruszona do głębi jej fantastycznym ludzkim przekazem. W czasie pandemii, która przyszła z Chin, chiński artysta pozwolił mi znaleźć równowagę pomiędzy tym, co ważne, a tym co zbędne.

W salonie co tydzień inny zaproszony artysta prezentował… coś. Polska dziennikarka i kolekcjonerka sztuki, Urszula Usakowska-Wolff, prezentowała swoje (i męża) zbiory polskiej sztuki ludowej (maleńki fragment) – zdjęcie Urszula

Ze wszystkich elementów wystawy największe wrażenie zrobiła na mnie kolekcja pudełek z fragmentami czyichś ubrań, do których dołączony był opis… Otworzyłam na chybił trafił jedno z pudełek, zatytułowane Kindergartenschürze, czyli fartuszek do przedszkola.

Okazało się, że jest to polska historia, a fartuszek należał do Kasi. Na fartuszku jest jej imię, ale gdy otwierałam zamknięte pudełko, wcale tego nie było widać. Tak miało być, wybrałam sobie polską historię.

Fartuszek“, napisała Kasia, “był obowiązkowym elementem stroju dziewczynki w komunistycznym przedszkolu w Polsce. Miał naszywkę z imieniem i kieszeń, w której można było trzymać chusteczkę do nosa, lub schować drugie śniadanie. Mój fartuszek uszyła mi mama. Miałam trzy lata, mieszkałyśmy w Poznaniu, mama była studentką szkoły sztuk pięknych i nie miała pieniędzy. Uszyła więc fartuszek ze swojej ślubnej sukni. Brała ślub, gdy była już w czwartym miesiącu ciąży, a suknię ślubną uszyła sobie z zasłony, która wisiała w mieszkaniu jej mamy, czyli mojej babci. W roku 1980 moja rodzina uciekła do Niemiec Zachodnich Fiatem Uno, a ja zostałam schowana w bagażniku. Mama zabrała wtedy również mój fartuszek, ale nie nosiłam go już więcej, bo w Berlinie w przedszkolu dzieci mogły nosić, co chciały. A mimo to nie mogę się rozstać z moim fartuszkiem.”

Wystawy już dawno nie ma. Ale każdy z nas może ją sobie zrobić na własny użytek we własnym domu, używając elementów własnego życia. Gdybym to ja miała na przykład przygotować eksponat na taką wystawę, włożyłabym do pudełka stary płaszcz mojej mamy, który wciąż jeszcze czasami noszę.


No cóż, zdjęcie ma parę lat. Wtedy protestowaliśmy przed Bramą Brandenburską przeciw Beacie Szydło. Minęło, nawet nie wiem, czy pamiętamy, jaką wstrętną była premierką. Obok mnie moja synowa, a chłopczyk w czapce z białymi uszami misia pandy, to mój wnuk. Nie wiem kto zrobił zdjęcie. Mam na sobie płaszcz mojej Mamy.

Call for a Worldwide Reading

Call for a Worldwide Reading for the democracy movement in Hong Kong on 9 September 2020

German version see below/ deutschsprachige Version unten

The international literature festival berlin [ilb] is calling on individuals, schools, universities, cultural institutions and the media for a worldwide reading for freedom of expression and assembly on 9 September 2020. These readings are intended to draw attention to the situation of freedom of expression, freedom of assembly and human rights in Hong Kong, which were adopted by the United Nations in Paris on 10 December 1948. Hong Kong’s parliamentary elections are also scheduled for September 2020.

The recent arrests of 15 representatives of civil society, the democratic camp and the media are part of a long tradition of sometimes subtle, sometimes offensive efforts by the People’s Republic of China to influence the Hong Kong Special Administrative Region (SAR), which has been semi-autonomous since 1997, and its government formation. New York Times May 22nd: “On Hong Kong, the leadership struck a hard line at the annual meeting of China’s legislature, unveiling a plan to impose sweeping new security laws that would place the territory more firmly under Beijing’s thumb and crack down on antigovernment protests.” The headline of the Frankfurter Allgemeine Zeitung in Germany today: “China wants to put an end to the protest movement in Hong Kong”.

In 2014, the Chinese government stipulated that all candidates for the election of the head of government had to be approved beforehand in Beijing. Known as the “Umbrella Movement”, the population of Hong Kong responded with a series of large-scale demonstrations: Thousands of students and pupils, university teachers and intellectuals, artists, workers and employees demanded, among other things, the withdrawal of the resolution and the introduction of political reforms towards further democratization. There were numerous violent clashes between demonstrators and the police, who used pepper spray and tear gas against the largely peaceful demonstrators and arrested various.

At the end of 2015, five Hong Kong booksellers and publishers were abducted to mainland China where they were interned, interrogated and forced to confess. On February 24, 2020, one of the booksellers, Gui Minhai, was sentenced to 10 years in prison for “illegally passing secret information abroad”. While the Internet, newspapers, television and radio are officially uncensored in Hong Kong, most media are now owned by Chinese investors. Television and radio largely outdo each other in self-censorship.

Since March 2019, there have been renewed large-scale demonstrations against the pro-Beijing Hong Kong government over a draft bill that would also allow the extradition of wanted persons to China. Among other things, the demonstrators were demanding the withdrawal of the extradition bill, universal suffrage and the release of political prisoners. While the draft of the extradition bill was officially withdrawn by the government in September 2019, the responses to the other demands are being sat out. The result: over 1,000 protests and 8,000 arrests since then.

Due to COVID-19, the movement has largely shifted to the Internet in the form of memes and images. At the same time, a focus has been placed on the formation of trade unions in order to make the structures more sustainable. The recent arrests in April 2020 underline China’s ongoing efforts to stop critical voices and freedom of expression in Hong Kong. The leadership in Beijing is using the global crisis to quickly create facts and undermine the “one country, two systems” principle. It is challenging the constitutional requirement of non-interference in Hong Kong affairs and wants to introduce a new security law that can criminalize unpleasant political activities as terrorism. This course highlights the urgent need for international attention and solidarity at this time.

Read the 30 articles of human rights, which you can find in over 500 (!) languages on the website of the United Nations and read by Vivienne Westwood, Nina Hoss, Can Dündar, Patti Smith, Simon Rattle, Ai Weiwei, Elfriede Jelinek, and David Grossman subtitled in the languages Arabic, Chinese, German, English, French, Hindi, Russian, Spanish, and Turkish via our website.

Institutions and persons who would like to participate with a reading on 9 September 2020 are asked to inform us and send information like: name of the organizer, place and date of the event, participants, language of the event and, if you have, website link. Our e-mail address is: worldwidereading@literaturfestival.com. The ilb will announce the events on the website www.literaturfestival.com and in social media.

Aufruf zu einer Weltweiten Lesung für die Demokratiebewegung in Hongkong am 9. September 2020
Das internationale literaturfestival berlin [ilb] ruft Individuen, Schulen, Universitäten, kulturelle Institutionen und Medien zu einer Weltweiten Lesung für Meinungs- und Versammlungsfreiheit am 9. September 2020 auf. Mit diesen Lesungen soll auf die Lage der Meinungs- und Versammlungsfreiheit und der Menschenrechte in Hongkong aufmerksam gemacht werden, die am 10. Dezember 1948 von den Vereinten Nationen in Paris verabschiedet wurden. Im September 2020 ist auch die Parlamentswahl in Hongkong vorgesehen.

Die jüngsten Festnahmen von 15 VertreterInnen der Zivilgesellschaft, des demokratischen Lagers und der Medien reihen sich ein in eine lange Tradition der teils subtilen, teils offensiven Bemühungen der Volksrepublik Chinas, Einfluss auf die seit 1997 teil-autonome Sonderverwaltungszone Hongkong sowie deren Regierungsbildung auszuüben. Die New York Times schrieb am 22. Mai: „Was Hongkong betrifft, so schlug die Führung (Chinas) auf der Jahrestagung der chinesischen Legislative eine harte Linie ein und publizierte einen Plan zur Verabschiedung umfassender neuer Sicherheitsgesetze, die das Gebiet stärker unter die Regie Pekings stellen und gegen regierungsfeindliche Proteste vorgehen würden.“

2014 legte die Regierung Chinas fest, dass alle Kandidierenden für die Wahl des Regierungschefs oder der Regierungschefin zuvor in Peking genehmigt werden müssten. Bekannt unter der Bezeichnung „Regenschirm-Bewegung“ reagierte die Hongkonger Bevölkerung mit einer Reihe von Großdemonstrationen: Zu Hunderttausenden forderten SchülerInnen, Studierende, HochschullehrerInnen, Intellektuelle, KünstlerInnen, ArbeiterInnen und Angestellte die Rücknahme des Beschlusses und die Einleitung von politischen Reformen. Es kam zu zahlreichen Zusammenstößen zwischen Demonstrierenden und der Polizei, die mit Pfefferspray, Tränengas und Festnahmen gegen die weitgehend friedlichen Demonstrationen vorgingen.

Ende 2015 wurden fünf Hongkonger Buchhändler und VerlegerInnen nach Festlandchina entführt und dort interniert, verhört und zu Geständnissen gezwungen. Am 24. Februar 2020 wurde einer der Buchändler, Gui Minhai, für die „illegale Weitergabe von Geheiminformationen ans Ausland“ zu 10 Jahren Haft verurteilt. Während zwar Internet, Zeitungen, Fernsehen und Radio in Hongkong offiziell unzensiert sind, sind die meisten Medien inzwischen im Besitz von chinesischen Investoren. Fernsehen und Radio überbieten sich weitgehend in Selbstzensur.

Seit März 2019 kommt es erneut zu Großdemonstrationen gegen die Peking-nahe Regierung Hongkongs anlässlich eines Gesetzentwurfs, der auch die Auslieferung von gesuchten Personen an China ermöglichen sollte. Gefordert wurden von den Demonstrierenden unter anderem die Rücknahme des Auslieferungsgesetzes, das allgemeine Wahlrecht und die Freilassung von Demonstrierenden. Während der Entwurf des Auslieferungsgesetzes im September 2019 offiziell von Regierungsseite zurückgenommen wurde, werden die Antworten auf die weiteren Forderungen ausgesessen. Die Folge: über 1.000 Proteste und 8.000 Festnahmen seither.

Aufgrund von COVID-19 hat sich die Bewegung größtenteils in Form von Memes und Bildern ins Internet verlagert. Gleichzeitig wird ein Fokus auf das Bilden von Gewerkschaften gelegt, um den Strukturen mehr Nachhaltigkeit zu verleihen. Die jüngsten Festnahmen vom April 2020 unterstreichen die andauernden Bemühungen Chinas, kritische Stimmen und Meinungsfreiheit in Hongkong zu unterbinden. Die Führung in Peking nutzt die globale Krise, um rasch Fakten zu schaffen und das „Ein Land, zwei Systeme“ Prinzip zu untergraben. So stellt sie das in der Verfassung festgelege Gebot der Nichteinmischung in Hongkonger Angelegenheiten in Frage und will ein neues Sicherheitsgesetz einführen, das nicht genehme politische Aktivitäten als Terrorismus kriminalisieren kann. Dieser Kurs verdeutlicht, wie dringlich internationale Aufmerksamkeit und Solidarität gerade jetzt sind.

Gelesen werden sollen die 30 Artikel der Menschenrechte, die Sie in über 500 (!) Sprachen auf der Webseite der Vereinten Nationen finden sowie gelesen von Vivienne Westwood, Nina Hoss, Can Dündar, Patti Smith, Simon Rattle, Ai Weiwei, Elfriede Jelinek und David Grossman, untertitelt in den Sprachen Arabisch, Chinesisch, Deutsch, Englisch, Französisch, Hindi, Russisch, Spanisch und Türkisch über die Website des internationalen literaturfestival.

Institutionen und Personen, die sich mit einer Lesung am 9. September 2020 beteiligen möchten, werden gebeten, uns folgende Informationen zukommen zu lassen: Organisator*innen, Veranstaltungsort, Uhrzeit, teilnehmende Akteure, Veranstaltungssprache, ggf. Link zu Ihrer Webseite. Die E-Mail-Adresse lautet: worldwidereading@literaturfestival.com. Das ilb wird die Veranstaltungen auf der Webseite www.literaturfestival.com und in sozialen Medien ankündigen.

internationales literaturfestival berlin
Chausseestr. 5
10115 Berlin
Fon +49 (0) 30 – 27 87 86 65
Fax +49 (0) 30 – 27 87 86 85
presse@literaturfestival.com

Berlin liest | 6. September 2020 | 9.–19. September 202010. Graphic Novel Day | 13. September 20206. internationales literaturfestival odessa | 23.–27. September 2020

#ilb20 #ilb

http://www.litfestodessa.com
http://www.worldwide-reading.com
http://www.comics-berlin.de
http://www.wordalliance.org

Kobiety, morze, architektura

Ewa Maria Slaska

czyli o malarstwie Jarosława Łukasika po wystawie w Zielonej Górze (przed nie zdążyłam, na wystawę też nie zdążyłam)

Najbardziej wzruszył mnie kot Jarka Łukasika, bo u niego w ogóle mało istot żywych, czasem pojawią się widziane od tyłu nagie kobiety, czasem jakaś kobieta bez głowy. Ostatnio przyjrzałam się temu, co u Łukasika się pojawia i zobaczyłam ze zdziwieniem zarówno koty jak i – o zdumienie, o zdumienie – mężczyzn w garniturach i to widziany en face. Jeden z nich to sam artysta.


O Jarosławie Łukasiku już raz i drugi pisałyśmy tu na blogu, Lidia Głuchowska i ja, bo, muszę przyznać, że jego obrazy robią na mnie rzeczywiście wrażenie. Gdybym umiała malować (a nie umiem), to chyba bym chciała malować tak jak Memling, ale jak nie Memling – to Łukasik.


Są więc ludzie i są zwierzęta, ale siłą Łukasika jest świat bez człowieka. Architektura, pejzaż, martwa natura, jedzenie. Za architekturę dostał właśnie nagrodę na Ogólnopolskim Biennale Malarstwa w Bisztynku, w kategorii Architektura.


10 lipca otworzył w Zielonej Górze wystawę (którą po dwóch tygodniach zamknięto), w galerii Pro Arte: Obrazy (nie)codzienne. Ten nawias jest kwintesencją tytułu, bo tematy obrazów Łukasika są jak najbardziej codzienne, to tylko oko artysty ujrzało w nich widoki niecodzienne, biorąc codzienność w nawias. Na potrzeby promocji wystawy Łukasik wygłosił takie świetne, nic nie mówiące zdanie, jakie każdy artysta musi umieć o sobie wygłosić: Obraz to “każdorazowo odmienne domniemanie ufundowane na intuicji, której ostateczny pesymizm skrywa się pod kolorową maską syntetycznych, bądź jak kto woli, surowych i prostych w formie, kompozycji”.
No, nic dodać, nic odjąć. To nie będziemy już nic dodawać.

Szkoda, że wystawa, zanim się na dobre zaczęła, to już się skończyła. Są wakacje, może byśmy dojechali z Berlina do Zielonej Góry.


A tu jeszcze na zakańczenie, zupełnie od rzeczy, dwa obrazy z kotami, które od wielu tygodni tułają się po pulpicie, czekając nie wiadomo na co, na jakąś okazję, do której będą pasowały.

Powyżej Vanessa Bell (1879-1961), Angielka, Pokój z widokiem na ogród, poniżej Henriëtte Ronner-Knip (1821-1909), malarka belgijsko-holenderska, Cat with kittens.