Do widzenia, Viki

Umarła w grudniu, dziś o 12 jest jej pogrzeb. Okazuje się, że podczas pandemii nawet pogrzeby są dobrem limitowanym, na które trzeba czekać w kolejce, bo jedno jest prawo dla żywych i umarłych, a koronnemu królestwu nie będzie końca. Ciekawskim, którzy wciąż mnie o to pytają, odpowiadam: nie, nie umarła na koronę, choć jakie to ma teraz znaczenie. Kolejna przyjaciółka, która odeszła. Ewa Bielska, Maryla Ciechomska, Lonia Krenz, Basia Owsiana, Joasia Trümner, Viki Korb. Do widzenia, dziewczyny. Niedługo się spotkamy.

Odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukkową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Cześć jej pamięci!

12 grudnia 2020 napisałam na Facebooku:

Viktoria Korb (1945 – 2020)

Ale zanim napiszę trochę o Viki i zacytuję kilka jej świetnych bonmotów, zdjęcie, które przypomni nam, jaka naprawdę była (zdjęcie znalazłam na FB jej siostry):

Fajne nogi, dużo blond włosów, czasem uczesanych w dwie puszyste kitki, uśmiech. No i to jej świetne mieszkanie. Prawdziwe wielkie berlińskie mieszkanie, wielkie okna, wysokie sufity ze stiukami. Miała tam osobny pokój na ciuchy, a tam te wszystkie zwykłe i niezwykłe sukienki, o których niekiedy pisała. O tym na przykład, że jakiś pan na jakimś dyplomatycznym przyjęciu patrzy jej w dekolt i żeby to zatuszować, mówi, że ma na sukni bardzo oryginalny ażurowy haft. “Tak”, odpowiada Viki, “to ta siatka, przez którą można patrzeć na świat, jak się jest Afganką i nosi się burkę”.

Jej siostra Lusia na portalu dzismis też pisze o ekstrawaganckich strojach Viktorii: Wiki nienawidziła staników i była prekursorką nienoszenia tego instrumentu tortur. Ubierała się ekstrawagancko, co nie było proste w tamtych czasach, ale ona dawała radę, zresztą miała do tego odpowiednią figurę. To powodowało, że panowie ją często zagadywali. Wiki nazywała to „końskimi zalotami”, do dzisiaj nie wiem dlaczego.

Lusia zamieściła tam takie zdjęcie. Takiej Viki ja, a pewnie my wszyscy, jej berlińscy znajomi, nie znaliśmy. To może nawet fota jeszcze z czasów, kiedy Viki była studentką na wydziale handlu zagranicznego na SGPIS-ie w Warszawie i miała burzliwy romans z pewnym młodym człowiekiem. W mieście tymczasem szaleli hunweibini Moczara i wyrzucali Żydów z partii, stanowisk i studiów. Viki opisała to świetnie w powieści Ni pies, ni wydra, a motywem przewodnim tej książki jest śpiewana przez Barbarę Rylską piosenka Blady Niko. Do dziś, ile razy myślę o Viktorii, słyszę w głowie ten erotyczny refren, blady Niko, blady Niko…

W wyniku wypadków marcowych, w roku 1968 Viki wyleciała dyscyplinarnie ze studiów, wkrótce potem rodzina podjęła decyzję o emigracji i tata z dwiema córkami wyjechał do Wiednia. Blady Niko został w Warszawie, a gdy po jakimś czasie przyjechał do Wiednia, okazało się że niestety stracił cały ów nieprzeparty czar, jak niepyszny musiał więc wynieść się z życia Viki.
Wiki skończyła studia w Wiedniu i wyjechała z ojcem do Kolonii (Lusia pojechała na studia do Izraela), a stamtąd do Londynu. Gdy wróciła, nie pojechała z powrotem do Kolonii, wylądowała w Berlinie, wyszła za mąż, zrobiła doktorat na Freie Uniwersität i rozwiodła się. Zaczęła pracę w Unido, w sekcji pomocy krajom rozwijającym się. Wyjechała do pracy tam gdzie pieprz rośnie, jak to kiedyś sama określiła, pracowała w Indonezji, na Filipinach, a potem w centrali w Genewie. Lusia pisze, że Viki świetnie pasowała do tego rodzaju życia, na dyplomatycznym parkiecie poruszała się z ogromna swobodą i wdziękiem.

Po roku 89 Wiki zamieszkała na dwa lata w Warszawie, gdzie wykładała coś związanego z transformacją ustrojową, ale nie pamiętam co. Tak czy owak wróciła dość szybko i wtedy właśnie się poznałyśmy. Przypadkiem tak się złożyło, że obie nosiłyśmy się z pomysłem założenia czasopisma. Ja próbowałam to zrobić, szukając wsparcia w biurze Barbary John, ówczesnej pełnomocniczki władz Berlina do spraw cudzoziemców, Wiki myślała, że uda się jej namówić na takie przedsięwzięcie Ambasadę Polską. Obie strony nam odmówiły, tak to w życiu jest. W każdym razie spotkałyśmy się na jakimś przyjęciu w Ambasadzie. To były czasy! Po latach komunistycznej inwigilacji pracownicy Ambasady, częstokroć wciąż jeszcze ci sami ludzie, starali się nam, politycznym emigrantom z PRL, nieba przychylić – jeden z nich powiedział mi nawet kiedyś, wie pani, pani Ewo, kiedyś musieliśmy się wami “opiekować”, a teraz mamy się opiekować. I to nie jest ten sam wyraz.
I zaiste nie był. Choć może teraz znowu tak jest, jak było kiedyś. Ale to już zupełnie inna historia.

Stałyśmy obok siebie w tej Ambasadzie, popijałyśmy i zakąszałyśmy jak, nie przymierzając, tatulo Beni Krzyka z Opowieści odeskich Babla, i rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo potrzebne jest w Berlinie porządne polonijne czasopismo społeczno-kulturalne. Nie utrzymujące się z reklam kolorowe magazyny, tylko porządne czasopismo.

Gdy więc zaczęłam zakładać czasopismo, dla którego potem Britta Wuttke zaproponowała tytuł WIR (bo to wyraz, który i po polsku, i po niemiecku coś znaczy), było oczywiste, że Viki będzie w tym brać udział. Pierwszy numer WIRu, zatytułowany Dwujęzyczność – Podwójna tożsamość prezentowałyśmy w marcu 1995 roku w Ambasadzie Polskiej. Był tłum ludzi, bigos, wódka, książki za darmo i inauguracyjny wieczór autorski. Czytały Viki i Edda Zint. Edda była wówczas współpracownicą pani John z biura ds. cudzoziemców. Pisała fajne eseje pod wspólnym tytułem Mój polski referat, a referat znaczy po niemiecku i referat, i wydział w biurze. Edda odpowiadała w biurze pani John za “polski referat” i wszyscy ją znaliśmy.

Tak to zjednoczyłyśmy tego wieczora nasze plany. Współpracowała z nami osoba z Biura ds. Cudzoziemców, a byłyśmy w Ambasadzie Polskiej. Nota bene, pismo założyłyśmy (właściwie same kobiety, nie licząc jednego dość przypadkowego mężczyzny) bez pomocy finansowej z którejkolwiek z tych instytucji – to tak dodaję, żeby była jasność. I w ogóle bez pomocy żadnej instytucji. Przez 18 lat istnienia WIR utrzymywał się z żebraniny, czyli  wiecznego składania podań o pieniądze na projekty.

Piszę to już po raz trzeci, widzę. Byłyśmy w Ambasadzie, a to polska instytucja. I, jak to zawsze w polskiej instytucji, nic przecież nie może być normalnie, skoro coś może nawalić (Murphy się kłania) – tym razem nawalił mikrofon. Był to zatem jeden z tych tzw. niezapomnianych wieczorów. W wielkiej sali pełnej ludzi trzeba było donośnie mówić, żeby było cię słychać w pierwszych rzędach, o tym żeby człowieka słyszały lub słuchały tylne rzędy nie było co marzyć. Ja, jako prowadząca, mówiłam bardzo głośno, Edda Zint się nie przejmowała, Viki prawie płakała. Była tak ładnie ubrana, miała przeczytać taki ładny tekst, i nikt jej nie słyszał.

Wiki współpracowała ze mną w WIRze, a gdy z publikacji na papierze przerzuciłam się na almanach kulturalno-społeczny na blogu, współpracowała ze mną na wszystkich moich kolejnych blogach, na Kurze, Qrze i tu, czyli u ewymarii. Wpisy z Kury i Qry zniknęły, gdy Agora, która prowadziła blox.pl, po prostu wyrzuciła miliony wpisów w przestrzeń kosmiczną. Tu można je wciąż jeszcze czytać. Po prostu wpiszcie w wyszukiwarkę jej imię i nazwisko: Viktoria Korb.

I na koniec kilka obiecanych celnych zdań Viki:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Z wolnej stopy 32

Zbigniew Milewicz

Salomon Morel, kat Zgody

Zima 1945 roku była mroźna, na Śląsku temperatury schodziły poniżej minus dwudziestu stopni, więc najważniejszy był dach nad głową i opał. Kiedy front wojenny się przewalił przez Katowice i przyszła nowa fala wielkiej wędrówki ludów, do mieszkań opuszczonych przez Niemców zaczęli wprowadzać się przybysze ze zrujnowanych terenów centralnej Polski, repatrianci zza Buga i osobnicy niewiadomego pochodzenia, którzy na tym exodusie robili złote interesy – szabrownicy, którzy zwykle pierwsi pojawiali się w bezpańskim lokalu i wynosili stamtąd wszystko, co tylko mieściło się w drzwiach. Poźniej te sprzęty można było kupić na bazarze i zdarzało się, że wracały pod stary adres z nowymi lokatorami. Wychodząc z mieszkania, człowiek zamykał drzwi na kłódkę, oklejał je papierem, na którym pisał, że to jego własność, a po powrocie często zastawał tam już inną rodzinę. Musiał więc sobie szukać nowego locum, a jak miał pecha, to kolejnego. Na szczęście pustostanów było wtedy sporo.

Węgiel na opał ludzie trzymali w piwnicach, ale nie było kłódki, która nie dałaby się wyłamać, gdy doskwierał mróz. Do pieca szły więc zastępczo meble, klepki z parkietu, książki, wiem to z opowieści familijnych. Moi rodzice po ślubie zamieszkali w Katowicach; mieszkanie na Starowiejskiej, pod piątką, w którym się urodziłem, było chyba trzecim z kolei, które udało im się wreszcie zatrzymać na dłużej. Wojna minęła, komunistyczny system kneblował ludziom usta, ale komu Urząd Bezpieczeństwa Publicznego nie miał, póki co, niczego do zarzucenia, ten był wolny, mógł żyć z kim chciał, gdzie mu się podobało, albo gdzie znalazł pracę, z czego ludzie – zwłaszcza młodzi – skwapliwie korzystali.

We Wspomnieniach śląskiego pisarza i poety Wilhelma Szewczyka czytamy, że w pierwszych dniach po wyzwoleniu Katowic całe życie koncentrowało się w Urzędzie Wojewódzkim. „Gdy wszedłem tam po raz pierwszy – pisze – ujrzałem jedno wielkie koczowisko. Przenikliwe zimno wiało przez korytarze. W pokojach urzędowali ludzie w paltach, przy elektrycznych piecykach”. Mówiło się, że wycofujący się Niemcy mogli zaminować gmach (w czasie wojny urzędowały tu władze Reichsgau Oberschlesien), ale skoro pułkownik Ziętek wciąż tkwił na swoim posterunku, nie mogło być aż tak źle. Pułkownik był jednym z wicewojewodów, drugim mianowano Stefana Wengierowa, a całością dowodził generał dywizji Aleksander Zawadzki. Struktury nowej władzy administracyjnej w Polsce tworzyły tzw. grupy operacyjne, które szły bezpośrednio za frontem i to ich członkowie stali na czele grupy “Śląsk”.

Pułkownik Jerzy Ziętek, Ślązak z krwi i kości, miał za sobą sanacyjną przeszłość, ale jako wychowanek szkoły oficerów polityczno-wychowawczych w Riazaniu, był dla radzieckiej komendantury “swoim człowiekiem”. Obdarzony organizacyjnym i gospodarskim talentem, umiał pokierować życiem Śląska i Zagłębia, region szybko stawał na nogi. Na przykład w Katowicach: dzięki temu, że pracowała elektrownia, część miasta miała prąd. Od 1 lutego działały wodociągi. Dwa dni później wznowiono ruch kolejowy z Katowic do Siemianowic i Ligoty. Kursowały po trzy pociągi dziennie, bo z taboru zostało tylko 55 wagonów. Pierwsze szkoły powszechne otwarto 11 lutego. Zasługą wicewojewody było również powołanie latem 1945 komisji, która sporządziła spis górników przymusowo wywiezionych do ZSRR, po zajęciu Górnego Śląska przez Armię Czerwoną. Zawierał on 9877 nazwisk. Podjęto działania zmierzające do zwolnienia deportowanych i ich powrotu do domu.

Generał Zawadzki był z kolei jeszcze przedwojennym komunistą i pochodził z Zagłębia. W akcję zwolnienia deportowanych ludzi angażował się z wielkim poświęceniem i emocjonalnie. Na posiedzeniu Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej w maju 1945 roku mówił: “Komitet Centralny winien zająć stanowisko wobec wywózek. Stanowisko to winno dojść do świadomości Związku Radzieckiego i Armii Czerwonej. Ludność na Śląsku była entuzjastycznie nastawiona wobec Związku Radzieckiego, dziś ludność ta jest zdecydowanie nieprzychylnie nastawiona, klnie. (…) Musi ustać wywózka”. Niestety starania o powrót wywiezionych nie dały spodziewanych rezultatów. Skuteczniejsze okazały się prośby o przerwanie wywózki. Po spotkaniu wojewody Zawadzkiego z marszałkiem Konstantym Rokossowskim zwolniono do domów ponad 600 internowanych osób, ale nadal wystarczyło jedno fałszywe słowo sąsiada, albo rzekomego przyjaciela, aby najpierw trafić do lochu UB, a później znaleźć się za drutami kolczastymi obozu pracy w świętochłowickiej Zgodzie.

W tej dawnej filii KL Auschwitz, obok członków organizacji nazistowskich, siedzieli podejrzani o kontakty z SS, SA, albo Gestapo, ludzie, których jedynym przestępstwem było podpisanie niemieckiej Volkslisty, żołnierze Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych oraz obywatele niechętni komunistycznej władzy. Powtórzę – wystarczyło domniemanie winy, lub donos, żeby się tam znaleźć.

Komendantem obozu był słynący z okrucieństwa Salomon Morel, który osobiście uczestniczył w przyjęciach nowych więźniów (dostarczanych także przez milicję i NKWD ) i ich przesłuchaniach. Na wstępie zawsze się im przedstawiał, że jest Żydem z Auschwitz, który stracił całą rodzinę w obozie, tylko on ocalał i teraz jego największym pragnieniem jest zemścić się na Niemcach. Kłamał z tym Oświęcimiem; do 1942 roku przeżył wojnę w ukryciu, w gospodarstwie Józefa Tkaczyka w Garbowie na Lubelszczyźnie (później uhonorowanego za to medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata), skąd pochodził. Kiedy granatowa policja zaaresztowała, a później zastrzeliła jego rodziców, jednego z braci i bratową, zorganizował z drugim bratem, Ickiem, przestępczą grupę, która rabowała mienie mieszkańców wsi w Lubelskiem i na Mazowszu. Wytropiła ich Gwardia Ludowa, uniknął egzekucji, zwalając wszystkie winy na brata, a w 1944 r. przyszła Armia Czerwona. Wtedy wstąpił do służby więziennej, podległej Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, odbył staż w katowni w osławionym lubelskim Zamku i wraz z sowietami znalazł się na Śląsku. Obóz, którym kierował, działał od lutego do listopada 1945 roku, więziono w nim co najmniej 5764 osób, z których niemal 1/3 nie przeżyła pobytu. To jest ta wspomniana już przeze mnie w poprzednim wpisie liczba udokumentowanych 1855 ofiar, których według IPN mogło być nawet 2,5 tysiąca.

Wśród osadzonych przeważali Niemcy i Polacy, ale byli również Ukraińcy, Austriacy, Rumuni a nawet Żydzi. Więźniowie umierali zakatowani w czasie przesłuchań, z wycieńczenia niskimi racjami żywnościowymi (strażnicy nagminnie kradli paczki żywnościowe, przysyłane przez rodziny) i pracą w okolicznych kopalniach i hutach, od kul konwoju w czasie próby ucieczki, na drutach kolczastych ogrodzenia baraków, przez które płynął prąd i w pętli na szyi. Wielu nie wytrzymywało psychicznie warunków obozowych. Inni umierali na czerwonkę, albo tyfus – wszystko było jak w hitlerowskim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau.

Tylko komór gazowych i krematoriów jeszcze brakowało. Może pomysłowy Salomon Morel i z tym poradziłby sobie, gdyby nie tyfus, który w lipcu 1945 r. rozprzestrzenił się na cały obóz. Dowiedziała się o tym Warszawa, przyjechali oficjele i specjaliści, i w atmosferze skandalu podjęto różne radykalne środki zaradcze, a jesienią zlikwidowano obóz. Trzyosobowa komisja z prokuratorem Jerzym Rybakiewiczem na czele przeprowadziła w nim kontrolę, przejrzała akta, przesłuchała więźniów, po czym zwolniła prawie wszystkich do domu. Przedtem musieli oni tylko podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia nie będą z nikim rozmawiać o tym, co się tutaj działo. Wywiązali się z tego zobowiązania, bo kto z nas wiedział o Zgodzie?

A podporucznik Morel, jako dobry fachowiec ds. więziennictwa został przeniesiony na stanowisko komendanta do innego obozu i za swoje zasługi otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Karierę zawodową w PRL-u zrobił bogatą, same wzloty, żadnych upadków. Ukończył ją w 1968 roku, jako naczelnik Wojewódzkiego Aresztu Śledczego w Katowicach w stopniu pułkownika służby więziennej, obwieszony wszystkimi możliwymi odznaczeniami państwowymi i zawodowymi, z tytułem magistra prawa Uniwersytetu Warszawskiego (praca magisterska nosiła tytuł „Praca więźniów i jej znaczenie“) i dobrą emeryturą. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych Główna Komisja Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu zainteresowała się tematem obozu pracy w Zgodzie, został przesłuchany w roli świadka. A kiedy rozpoczęto oficjalne śledztwo w tej sprawie, wyjechał do Izraela.

Prokuratura Wojewódzka w Katowicach postawiła Morelowi dziewięć zarzutów, w tym ludobójstwa. Oskarżony był m.in. o stosowanie wyszukanej metody tortur, tzw. „piramidy” (na polecenie komendanta strażnicy mieli rzucać więźniów jednego na drugiego, tworząc pięć, sześć warstw złożonych z ludzi). Zarzuty wobec Morela oparto przede wszystkim na zeznaniach ponad 100 świadków, spośród których pięćdziesięciu ośmiu było więźniami obozu w Świętochłowicach-Zgodzie. W pismach procesowych oskarżony swoje zachowanie uzasadniał wcześniejszymi przeżyciami z obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie miał przebywać jako więzień, co jednak nie znajdowało oparcia w faktach. 19 grudnia 2003 roku Sąd Rejonowy w Katowicach wydał w sprawie Morela postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, zażądano jego ekstradycji, ale Izrael odmówił wydania oskarżonego polskim władzom. Morel zmarł w 2007 r., śmiercią naturalną w wieku 88 lat, w Tel Avivie; do końca pobierał apanaże z Biura Emerytalnego Służby Więziennej. Jak mówią Rosjanie: wojna wojnoj, a obied po rozpisanji…

Salomon Morel nie był jedynym Żydem w stalinowskim aparacie bezpieczeństwa. Perfidia systemu polegała na tym, że dając praktycznie nieograniczoną władzę ludziom, których życie w czasie hitlerowskiej okupacji ważyło mniej od puchu, zyskiwano ich bezgraniczną wierność i posłuszeństwo. Nikt nie rodzi się kanalią, zostaje się nią w sprzyjających warunkach, a powojenny komunizm je tworzył. Oczywiście nie każdy nadawał się na ubeka, do tej służby trzeba było mieć odpowiednie predyspozycje. Włodek Paźniewski, mój sarkastyczny druch z Dziennika Zachodniego, ilustrował je słowami: gdyby ci kazali nazajutrz zabić swojego ojca, to powinieneś stanąć na baczność i zapytać, czy można przyspieszyć wykonanie rozkazu… Salomon Morel już nie miał ojca, czy było mu łatwiej mordować innych?

P.S. Rokrocznie, w dniu 27 stycznia, Ruch Autonomii Śląska, dla upamiętnienia Tragedii Górnośląskiej odbywa dziesięciokilometrowy marsz z Katowic pod bramę dawnego obozu pracy w Świętochłowicach-Zgodzie. W tym roku, z powodu covidowych obostrzeń sanitarnych, marsz się nie odbył, ale ku czci ofiar pod bramą złożono jak zawsze kwiaty i wieńce (Zdjęcie w winiecie).

Mity nasze powszednie 4: Edyp i Elektra

Ewa Maria Slaska

Przypominam, że wpisy pod ogólnym tytułem Mity nasze powszednie pojawiają się na życzenie Konrada i są cyklem bardzo niergularnym. Możliwe, że gdybym miała pisać na tematy przypadkowe, tak jak to było, gdy układałam pierwszy wpis z serii, ten o Ajtrze, matce Tezeusza, to byłoby mi łatwiej i może nawet mógłby z tego powstać cykl postów cotygodniowych, tak jak to było np. z Baratarią. Ale po pierwszym losowaniu mitycznej osoby, Konrad nigdy już nie sięgnął po tę metodę, tylko “zadaje mi” tematy, które mam opracować. Tak pojawił się najpierw Szyzf, potem matrona, a teraz Edyp i Elektra. Tematy bardzo znane. Nigdy nie wiem, co ja bym jeszcze mogła do tych pojęć dołożyć. Przy Ajtrze, nikomu nieznanej greckiej królewnie (w Grecji Homera co drugi właściel większego stada był już królem), mogłam sobie buszować po gęstej materii mitu, jak mi się żywnie podobało. Ale przy Syzyfie i Edypie już nie mogę. To są takie obszerne, poważne tematy, tyle o nich już napisano, tak weszły w nasze życie codzienne, na tyle niespodziewanych sposobów. Gdy wpisałam wujkowi google’owi temat zadany na dzisiaj, natychmiast pojawiło się śmieszne hasło: edyp i elektra w zgranej parze krzyżówka. Kliknęłam, ale wcale nie znalazłam odpowiedzi na pytanie, co by to miało być? Zapewne rozwiązaniem jest słowo kompleks i jest to od razu wyjaśnienie, dlaczego tak mi ciężko zabrać się za ten temat. No bo właśnie kompleks. Ciężka odpowiedzialność za własne i cudze udane lub nieudane życia, za możność lub niemożność wejścia w trwały związek.

No ale nie ma wyjścia, trzeba przypomnieć tę zgraną parkę: Edyp, królewicz i Elektra, królewna.

Edyp, syn Lajosa i Jokasty, władców Teb.
Wyrocznia oznajmiła Lajosowi, że jego syn go zabije i poślubi własną matkę. Kiedy więc urodził mu się syn, Lajos nakazał służącemu porzucić go w górach. Ten jednak uratował dziecko, które przygarnął bezdzietny król Koryntu, Polibos.
Kiedy Edyp dorósł, udał się do wyroczni delfickiej, która wyjawiła mu, że zabije ojca i poślubi matkę. Przerażony Edyp uciekł. W drodze natknął się na jakiegoś starca. Doszło do bójki, w której starzec zginął. Nie wiedząc tego, Edyp zabił ojca. Edyp dotarł do Teb, gdzie po śmierci Lajosa władzę przejął Kreon. Grasował tu okrutny potwór – Sfinks, mordujący tych, którzy nie umieli rozwiązać jego zagadki. Dzięki wizji ze snu Edyp rozwiązał zagadkę i w nagrodę otrzymał rękę królowej wdowy, Jokasty. Czyli ożenił się z własną matką. Miał z nią dwóch synów i dwie córki (jedną z nich była Antygona). Jednak Teby zaczęły nawiedzać nieszczęścia, aż wreszcie Edyp dowiaduje się, że przepowiednia się wypełniła i ucieka.
Elektra, królewna mykeńska, córka Agamemnona i Klitajmestry, siostra Orestesa i Ifigenii. Kiedy jej ojciec powrócił do domu po zakończeniu wojny trojańskiej, został zabity przez matkę Elektry i jej kochanka Ajgistosa. Elektra uniknęła śmierci i uratowała też swego młodszego brata, Orestesa. Również w tej opowieści ważną rolę odgrywa Los, bo to wyrocznia delficka nakazała Orestesowi powrót do domu i pomszczenie śmierci ojca. Po ośmiu latach od morderstwa Elektra wspólnie z Orestesem opracowała plan zemsty. Rodzeństwo pomściło ojca i zabiło matkę i jej kochanka.
Z krwi Klitajmestry i Ajgistosa narodziły się Erynie, boginie zemsty, które prześladowały Orestesa i doprowadziły wreszcie do jego śmierci. Erynie nie mściły się jednak na Elektrze, która była motorem zabójstwa. W rozumieniu starożytnych Elektra miała prawo do pomsty za śmierć ojca. Natomiast Erynie są, jak się wydaje, boginiami z czasów matriarchatu, i mściły się na synach, którzy zabijali matki.

Oczywiście starożytność znała znacznie więcej takich opowieści i były one znacznie bardziej jednoznaczne, a spotykamy je wcale nie tylko w mitach greckich, bo również w Starym i Nowym Testamencie.

Myrra
Była córką Kinyrasa i Pafos. Tu oczywiście trzeba tu wiedzieć, że sama Pafos była córką Pigmaliona – króla Cypru i Galatei – kobiety wyrzeźbionej przez Pigmaliona z mleczno-białego marmuru, tak pięknej, że Pigmalion zakochał się w swym dziele i wybłagał u bogów, żeby je ożywili. Pafos chwaliła się często, że jej córka jest piękniejsza od samej Afrodyty. Bogini z zemsty sprawiła, że księżniczka zapałała kazirodczą miłością do ojca i zaszła z nim w ciążę. Ojciec się wściekł (ciekawe zresztą dlaczego, skoro jednak przespał się z córką co najmniej raz), a Myrra uciekając przed jego gniewem, wybłagała pomoc akurat u Afrodyty. Ta zamieniła ją w krzew mirtu. Brązowa żywica mirtu uważana była w starożytności za łzy Myrry. I nie zapominajmy, że stała się jednym z darów, które trzej królowie-monarchowie ofiarowali Jezusowi. Myrra, już jako krzew, urodziła ślicznego chłopca – Adonisa. Wielka miłość do Adonisa kosztowała potem Afrodytę wiele cierpienia. Tak Myrra zemściła się na Afrodycie.

Tanais
Lizyppe, jedna z Amazonek, córek boga wojny Aresa i bogini miłości, Afrodyty, urodziła syna Tanaisa, który wdał się w dziadka i przedkładał wojnę nad miłość. Rozzłoszczona Afrodyta (one się doprawdy dość często złościły, te greckie boginie) ukarała wnuka i sprawiła, że zakochał się we własnej matce. Chłopak przerażony tym, że własne uczucia skłaniają, ba, zmuszają go do kazirodztwa, popełnił samobójstwo. Utopił się we frygijskiej rzece, która przedtem nazywała się Amazonka, a po jego śmierci przemianowana została na Tanais. Dziś jest to rzeka Don.

Historia Tanaisa jest o tyle ciekawsza psychologicznie od opowieści o Edypie, że ten w końcu wcale nie wiedział, że zabił ojca i ożenił się z matką. Tymczasem w przypadku Myrry i Tanaisa związek dziecka z rodzicem płci przeciwnej był znacznie głębszy i, przede wszystkim, świadomy. Myrra spała czy sypiała z własnym ojcem, podobnie zresztą jak biblijne córki Lota, podczas gdy Elektra tylko go kochała. Tanais miał świadomość, że pożąda matki, podczas gdy Edyp był tylko świadomy tego, że sypia z kobietą w wieku swojej matki, ale tego, że jest ona matką musiał się dopiero dowiedzieć. Ciekawe, że za kazirodczą miłość Myrry do ojca i Tanaisa do matki odpowiadała Afrodyta. Czego to jednak miłość nie może? Ewidentnie może być kazirodcza.

Tego oczywiście XIX wiek, który stworzył psychoanalizę i nazywał wszystkie sytuacje uczuciowe kompleksami (oczywiście poza jedyną sytuacją dopuszczalną – tą heteronormatywną), nie mógł zaakceptować. Dlatego też Freud i Jung nie mogli / nie chcieli / a może w ogóle nie przyszło to im do głowy – no ale załóżmy, że nie mogli, bo ograniczały ich konwenanse, sięgnąć po przykłady tego, że syn naprawdę pożądał matki, a córka ojca. Dlatego na patronów kompleksów wybrano te królewskie dzieci, które wcale świadomie nie wiedziały o istnieniu swego “niesłusznego” pożądania.

***
Ciekawym aspektem wszystkich opowieści greckich jest bezwzględna rola Przeznaczenia, czyli Losu, czyli bogów, w ludzkim życiu. Wbrew temu co my, jako nowocześni ludzie, myślimy, starożytny Grek przez całe życie czuł nad sobą nieubłagany Los. To on powodował, że mogłeś się stać winny bez własnej winy, jak chociażby Edyp, w którego życiu dwukrotnie pojawiła się decyzja, żeby uniknąć Przeznaczenia – raz, gdy Lajos kazał wyrzucić dziecko w górach, i raz gdy Edyp ucieka od przybranych rodziców – a który nieświadomie musiał dopełnić wyroków bożych. Zabił ojca, żył w kazirodczym związku z własną matką, za co został ukarany, zresztą nie tylko on, bo całe jego miasto. W Tebach źle się działo, Edyp postradał królestwo, wyłupił sobie oczy i dobrowolnie poszedł na wygnanie.

Podobna jest sytuacja Judasza w Nowym Testamencie. Gdybyśmy byli gnostykami, moglibyśmy czcić Judasza jako aktywnego uczestnika Bożego planu zbawienia, bo bez zdrady Judasza nie doszłoby do ukrzyżowania Jezusa, a co za tym idzie, nie byłoby Zmartwychwstania, a zatem nie zostalibyśmy uwolnieni od zmazy grzechu pierworodnego. Ale nawet jeśli patrzymy na to mniej radykalnie, to jednak i Mateusz, i Łukasz, i Marek piszą to samo: Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził.

Jeden z apostołów musiał zdradzić Jezusa, żeby się wypełniło i Proroctwo, i Przeznaczenie. Padło na Judasza.

Takie dramatyczne sytuacje pojawiają się również u Szekspira i wszystkich jego następców, ale Szekspir jest już człowiekiem nowożytnym i jednak sprowadza przyczyny katastrof do naszych ludzkich postępków. Tragedii Romea i Julii nie powoduje Los, ale waśń dwóch władczych rodów. U Słowackiego za śmierć Aliny odpowiada Balladyna i jej nieposkromiona żądza władzy. W bajce za los dwóch złych sióstr Kopciuszka, które będą teraz musiały całe życie przeżyć z pokaleczonymi stopami, odpowiadają ich własne ambicje, wspierane przez ambicję ich matki. W starożytności, za wszystkie te sytuacje odpowiadaliby bogowie.

***

Nie jestem psycholożką ani psychoanalityczką, nie podejmuję się nawet opisać tego, czym naprawdę jest dla nas ta zgrana krzyżówkowa parka. Jaką rolę odegrali w naszym życiu Edyp i Elektra? Jak funkcjonują te kompleksy, jak bardzo są nieubłagane? Nie wiem. Potocznie niemal każdy z nas wie, że kompleks Edypa to odkrycie Freuda – nieuświadomiona dziecinna miłość syna do matki i niechęć lub nienawiść do ojca, jako rywala. Nienawiść, która mogła się objawić potrzebą zamordowania konkurenta. Prawie każdy syn przeszedł w życiu taką fazę, że chciał zabić tatę i ożenić się z mamą. O kompleksie Elektry wiemy znacznie mniej, często nawet nie wiemy, że taki istnieje. Wymyślił go uczeń Freuda, a potem jego oponent, Carl Gustav Jung. Per analogiam zakładamy, że chodzi o podobną sytuację, dziewczynki ogłaszają wszem i wobec, że jak dorosną, wyjdą za mąż za tatę i mają taki okres w życiu, że nie lubią swojej matki. Niektóre nie wyrastają z tego jeszcze długo albo nigdy, ale kompleks Elektry i nienawiść do matki są na pewno słabiej wykształcone niż kompleks Edypa. Socjologowie twierdzą, że więź córki z matką jest najsilniejszym związkiem społecznym na świecie. Gdy jeszcze nie było systemów społecznych i państwowych, podobnie jak wtedy, gdy ich w przyszłości zabraknie (a takie scenariusze znamy wszyscy z niezliczonych filmów, gier i powieści science-fiction), to wtedy się okaże, że nadal jako ludzkość funkcjonujemy bardzo dobrze, bo trzyma nas i prowadzi miłość matki i córki.

Dziękujemy, Mamo!

Serwis do kawy i inne wiersze

Mieczysław Węglewicz
z tajemniczego bloga o żywym morzu 🙂
Wolno mi tam było sięgnąć, dostałam nawet wiersz na zachętę:

zajrzyj tam,
weź co chcesz
kilka słów,
rosę z róż
z tego wiersz
jakiś złóż
i tę ciszę
tę ciszę
też weź

Z cyklu ,,serwis do kawy”

Para

Mówili piękno zaklęte
takie kruche i proste
Zachwycali się
dotykali… Mnie i siostrę
Czuję jeszcze to ciepło rąk
ślad mi został jej szminki
na ustach
odkąd poszli stąd
w nas jest pustka … Przyszły godziny zimne
za długie, za grudniowe
Ona z innym i on dla innej
… rozstali się Kochankowie
zostawili filiżanki romantyczne te zgrabne, te kruche, te śliczne

Fifi*

Kiedy oddała wszystko
została sama
Chłodna,
z rozmazaną szminką
Kochała czułe dłonie i
gorące usta
Słyszała jak ktoś mówił o niej
że jest piękna
ale pusta.

* Fifi – ulubiona filiżanka. Każdy może taką mieć. Choć nie każda może taką być.

Koniec świata?

Koniec świata?
Nie dla nas!
Wierzysz?
To nie koniec!
Będą się dłonie splatać
i usta ust chciwe
tysiac razy powtórzą
dwa słowa żarliwe
Czuły dotyk
Smak szminki
będą noce majowe
i my
porcelanowe
filiżanki
z kawą
takie kruche
jak miłość

Inne wiersze o miłości

Caffe Cuba

Wpada tutaj
czasami
liść jesienny
lub wietrzyk
przypadkowy przechodzień
co to chce się przewietrzyć
A dziewczyna
z lokami
zakręcona jak walczyk,
która z liściem
jesiennym
chciała sobie
potańczyć
jeszcze nie
jeszcze nie
niekoniecznie
Ale w końcu
się uda
Będzie cud
w Caffe Cuba
i zatańczy
bo przyjdzie
maj
ciepły, zdrowy, zielony
wyczekany, szczepiony
Boże,
daj taki maj
zakochanym

Ogłoszenie 1

Poszukuję
wiosennego nastroju
dla dwu osób
samemu nie sposób

Ogłoszenie 2

Potrzebne
wiosenne nastroje
dla dwu osób
– sam się boję

Wiem

ciągle piszę coś i coś skreślam
ciągle nie to,
ciagle nie tu,
tylko gdzieś tam
Ale wiem Muzo,
czekasz, jesteś
nocą słyszę, w dzień…
na niebie
nie jem, nie śpię
tylko piszę,
dla Ciebie tylko piszę
nie płaczę przecież
Inni mają gorzej
Ona gdzieś w świecie
On za morzem
szukają się i wołają
ale nie widać
nie słychać
lata mijają
maj za majem
jaśmin usycha

Szuka, ale chyba ją znalazł, skoro pisze, że

Jestem zazdrosny

o wodę
bo lubisz jak Cię fale niosą
o wiatr
bo lubisz
wiatr we włosach
o piasek
bo po piasku lubisz
boso
o ogień
bo lubisz ogień
jak płonie
o kubek
bo go ustami muskasz
a Ty…
masz
takie usta..
I dłonie
dlatego o rękawiczki
co Ci pieszczą
ręce..
i już nic więcej
już koniec…
bo tylko jeszcze
o sny Twoje…
zazdrosny jestem

Klucze do wszystkiego

Julita Bielak (z Facebooka, 28 stycznia 2021 roku)

Opublikowali jednak. Właśnie teraz. Przy smużce światła snuję snutkę, smutną nutkę, bo co mi, jak każdemu człowiekowi – epizodowi w życiu przedmiotu – pozostało. Do wykonania snutki potrzebne będą: białe płótno fabrycznego wyrobu średniej grubości, białe, silne nici nazywane atłaskiem, igła średniej grubości, przekłuwacz do dziurek, nożyczki i naparstek.
Snutka z Norwida
Ów lud krzywy już nie wie nie wie nie wie
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
Czas we warkocz skręcony
Twarz Europy i Świata obija,
W gniewie tylko wciąż mielą:
Jezus Maryja Jezus Maryja
Lecz nic nastaje nawet kropla chłodu
Nie wpadła do ogrodu
W kątku drzwi uchylonym
Uśmiechnięta jutrznia i bandyta
Rzecz Cyprianie tylko rzecz
Niedbale zbita tępa i pospolita.
*
Marian Grześczak.
Na fotografii obraz Aleksandra Volkova “Klucze do wszystkiego”.

Odcinek 9

Mieczysław Bonisławski

Poniedziałek, 13 grudnia
Godz. 8:30
VIII SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

„W końcu przełamanie – P. dopuszcza do siebie wspomnienie o kluczowych zdarzeniach z ofiarą. Zdarzeniach ze sobą w roli głównej.
Walczy jednak dalej. Kreuje tajemniczą i fantastyczną scenerię. Z kim walczy: z samym sobą? ze mną?
NADAL NIE MOGĘ TEGO ROZGRYŹĆ. Przed kim ucieka od świata?
CHOLERA, TO JEST ZASADNICZA SPRAWA. CZY P. JEST SCHIZOFRENIKIEM? CZY OGARNĘŁA GO PARANOJA? CZY MA PO PROSTU ZBOCZONĄ, PATALOGICZNĄ SEKSULANOŚĆ – HOMOSEKSUALISTA, DO TEGO O SKŁONNOŚCI PEDOFILSKIEJ?
CO TU JEST PRZYCZYNĄ, CO SKUTKIEM? A CO ILUZJĄ, BŁĘDEM OBSERWACJI?
P. wpisuje swoje zachowania w scenariusz złego świata, paskudnego otoczenia, wstrętnej rzeczywistości. ALE TO JUŻ PRZERABIALIŚMY.
Dalej miota się między rolą Wojownika i outsidera.
O, I TO JEST ZNACZNIE CIEKAWSZE. DOTRZEĆ TUTAJ DO GŁĘBI… TO BĘDZIE COŚ! I NAGŁE PRZYSPIESZENIE.
Nie wiadomo dokładnie, czemu przypisać, jaką nadać rolę bardzo realistycznym wspomnieniom z miasta, ze szkoły, z autobusu? Czy to są przebitki z życia samego P., z przeszłości? Z teraźniejszości? I co miały by oznaczać? czy brać je dosłownie, czy symbolicznie?
O BOŻE! A JAK TO JEST FAKTYCZNIE ZAPIS TEJ ZBRODNI, KTÓRA ZDARZYŁA SIĘ NAPRAWDĘ? JEŻELI OKOLICZNOŚCI ZAMKNĘŁY TO, CO P. ZOBACZYŁ PRZED NIM SAMYM? I DOPIERO HIPNOZA POZWALA MU Z POWROTEM OTWORZYĆ TE WSPOMNIENIA PRZEDE MNĄ I PRZED SAMYM SOBĄ?
I CO WTEDY!?
NIE MOŻEMY TEGO POMINĄĆ!!
A może to są faktyczne obserwacje P., który od dawna bardzo dokładnie obserwuje swoją ofiarę?
ALE TO BY PRAKTYCZNIE PRZESĄDZAŁO CAŁĄ SPRAWĘ. TERAZ TRZEBA BY BYŁO TYLKO WZMOCNIĆ PROCES TAK, BY P. POCZYNIŁ OSTATNI KROK – ABY SIĘ PRZYZNAŁ.
Ewidentnie P. rozwija jeszcze jeden aspekt. Ten chłopiec, domniemana ofiara… Mężczyzna jest dla niego tym ratującym go Wojownikiem.
Ale czy można wywodzić z tego, że właściwą jest ocena samego P. jako tego, który odegrał jednak ostatecznie pozytywną rolę wobec ofiary, że oprócz czynów zbrodniczych, okazał chłopcu też tak potrzebne wsparcie, jakiego ofiara nie otrzymała od rodziny, szkoły i zawodowego psychologa?
P. opowiada tak, jakby te dwie postawy były nierozerwalnie ze sobą powiązane. Jakby jedno nie mogło zaistnieć bez drugiego.
Na studiach opowiadaliśmy sobie taki dowcip:
Czym się różni pedofil od nauczyciela? Pedofil naprawdę kocha dzieci!”

Środa, 15 grudnia
Godz. 8:30
IX SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM
„Znowu całkowita zmiana kierunku. Zupełnie inny temat, problematyka, pytania i osoby. Który to już raz? Co on jeszcze ma w swoim repertuarze? Co jeszcze wymyśli…?
Bardzo długa sekwencja wspomnień, opartych o postać Matki.
Mamy różne wariacje postaci Matki, wysnuwane na kanwie kolejnych zdarzeń, związanych ze sobą przyczynowo-skutkowo, w których Matka w zależności od wariacji (wersji) zachowuje się raz tak, a raz zupełnie inaczej.
Chyba nie należy tego interpretować całkiem realistycznie, ale jak?
Czy to są reminiscencje nawiązujące do zachowań i sytuacji Matki P.?
Czy to próba wytłumaczenia jej nagannej, patologicznej wobec niego postawy? Czy też P. jest próbuje rozliczyć się ze swoim nieudanym, nieszczęśliwym dzieciństwem?
Apogeum wspomnień związanych z Matką. CHOLERA, A TO CO?! – kuriozalna próba nadania sobie samemu roli Matki ofiary…. To już można interpretować naprawdę bardzo wielorako, z interpretacjami skrajnie przeciwstawnymi włącznie. Nawet nie wiem, jaką szkołę, jaką technikę interpretacji w ogóle zastosować…?
A już myślałam, że go mam. Wydawało mi się, że jestem o krok od zakończenia, od celu. To wyglądało tak, że jeszcze trochę go pocisnę i on się przyzna. Wszystko się wyjaśni.
A jesteśmy chyba znowu w punkcie wyjścia. Teorie o kompleksie matki, jakieś paranoje, deficyt miłości otrzymanej i tej, którą można oddać dalej, drugiej osobie.
I tylko żadnego punktu zaczepienia dla ewentualnych czynów zabronionych. Jak mam im z tego wywieść działania przestępcze, do cholery? Dwie marzycielki!
Niech się same męczą…
A P. znowu zasypuje mnie tymi szczegółami, mnóstwem danych. Skąd on to bierze? Dlaczego to jest takie realistyczne, wiarygodne, jakby to się rzeczywiście zdarzyło, a on przy tym był!?
Takie pospolite fakty, zwyczajne gesty, ruchy, rzeczy, które mogą się naprawdę każdemu przytrafić. Totalna przeciętność.
Fantazje bym rozgryzła, przypisała do jakiejś fobii, mechanizmu ucieczkowego, do jakiegoś patologicznego stanu, czy zachowania. Ale to? Tę zwyczajność, pospolitość? Przy takiej dokładności, szczegółowości, beznamiętności, jakby księgowy w zarękawkach wyliczał swoje słupki …
I znowu ta dwoistość, schizofreniczne światy wielokrotne. Kto tu jest Matką, a kto zagrażającym chłopcu złoczyńcą? Kto kogo i przed kim broni i tłumaczy?
Nie, mam tego dosyć!
Chyba już nic więcej z nim nie wskóram. To co mogłam zrobić, zrobiłam. Już się dalej nie da.
Może niech ktoś inny teraz spróbuje. Na podstawie tych materiałów, ze świeżym spojrzeniem… Z nowymi metodami i pomysłami na znalezienie prawdy, na rozwiązanie…?
Tak, ja już na tym zakończę.”

– Pięć… trzy… Obudziłeś się…
– Tak, widzę cię i słyszę. Czuję się świetnie. Tak świeżo. Jakbym przerzucił furmankę węgla.
– Proszę, co takiego?!
– Niewinna metafora. Przenośnia. Czy pani będzie teraz oburzać się na takie rzeczy? W takim razie zapytam tylko o to, czy moje sny wypadły należycie?
– Odpowiedź może brzmieć tak jak zwykle. Gdy tylko uda mi się opracować, będę mogła próbować oceniać…
– Czy może pani powiedzieć, że zbliżamy się do chwili, kiedy podda nas pani konfrontacji?
– Do czego, proszę?!
– Przecież to się nagrywa… Prokuratora zleciła… Czeka na to też milicja…
– Tak, faktycznie. Może czeka, rzeczywiście.
– To kiedy się z nimi spotkamy? Bo to jeszcze nie koniec, prawda?
– Może postarałabym się na te wszystkie twoje pytania odpowiedzieć pojutrze. Na dziś jednak wystarczy, wracasz na Łużycką, do celi.
– Drogi człowieku, ja czuję, że we mnie tkwi jeszcze wiele istotnych faktów do wyciągnięcia na światło dzienne. Jeszcze chcę to wydobywać i wam dawać. A musimy zdążyć przed spotkaniem z nimi. Rozumiesz mnie? Czy zgadzasz się ze mną?
– Przecież rozumiemy to! Nie martwmy się takimi rzeczami. Nie mamy o co!
– Nie będziemy musieli się o takie rzeczy martwić? Czy na pewno, drogi człowieku?
– Proszę, może czekają na ciebie? Zatem… zobaczylibyśmy się w piątek.

Piątek, 17 grudnia
zapowiada się mroźny, za to widny, słoneczny dzień
Niejako dla odprężenia, trochę sobie teraz poplotkujmy…
Piątek, na tydzień przed Wigilią wydaje się zupełnie zwyczajnym dniem. Za tydzień odpakujecie paczki spod choinki. Zastanawiacie się pewnie, czy najbliżsi rzeczywiście was znają, rozumieją wasze pragnienia? Co teraz kupują dla was, to co sprawi wam radość, da jakąś satysfakcję? Czy jak często to bywa, myślą bardziej o sobie i pakują właśnie to, o czym oni sami marzą od dzieciństwa, a czego dotąd nikt dla nich nie poświęcił, nie kupił, nie podarował?
Zatem dzień, jak co dzień. Może podczas tego zwyczajnego dnia, w niezwyczajnym okresie, porzucacie na moment swoje obowiązki i oddajecie się takiej właśnie, krótkotrwałej refleksji… Co jest w tej paczce przeznaczonej dla mnie, którą on / ona gdzieś dzisiaj owija arkuszem papieru? I nie starcza wam już czasu na zastanowienie się nad tym, o czym, równocześnie marzy dla samej siebie z kolei ta właśnie, najbliższa wam osoba. Bo akurat wzywa was praca. Wracacie więc z tej krótkiej podróży w głąb siebie, znowu odkładając na później odpowiedź na pytanie, o czym przez cały rok, bo od poprzedniej choinki marzy matka, mąż, wujek Kazik, córka (ta starsza, Tosia, która zaczyna właśnie swoje własne życie).
Matka. Córka. Syn…? Ale dość o tym, ja też wracam do pracy. Do mojej pracy. A żebym był wobec was tak zupełnie w porządku, to moja opowieść musi być ścisła i kompletna (wtedy dopiero wykonam swoją pracę rzetelnie). Dlatego, zanim dam wam jeszcze posłuchać, na powrót, naszej Psycholog i jej pana Olka, wpierw muszę opowiedzieć i o kilku, zupełnie innych wydarzeniach, o których wiem, a które miały miejsce w tym właśnie, kończącym się, tygodniu.
Od kilku dni zamknięta jest mała, prywatna pasmanteria w tym poniemieckim domku naprzeciwko bloku naftowców. Na rogu ulicy Gwardii Ludowej i Wiśniowej.
Właścicielka sklepiku przesiaduje całe dnie w holu gmachu przy Partyzantów. Nie może dostać się do pani prokurator, prowadzącej sprawę jej syna, Olka Chrenowicza. Musi z nią porozmawiać, chce ją osobiście przekonać, że matka powinna mieć w okresie świątecznym widzenie ze swoim, osadzonym w śledztwie, synem.
Jest prostą kobietą. Nie rozumie tego, że prokurator, choć też kobieta, też matka, to jednak nie może i nie przyjmie jej. Podpisana przez panią prokurator znacznie wcześniej decyzja, na którą czeka matka Olka, jest negatywna. Ta odpowiedź na kolejną, błagalną prośbę stroskanej kobiety, napisana na opieczętowanej kartce i umieszczona w niebieskiej kopercie, jest już w drodze do niej. Listonosz ma ją już od kilku godzin w torbie na listy. I innej odpowiedzi nie będzie. Zresztą pod egzemplarzem jednej z kopii tej decyzji, rzuconym niedbale na jedno z wielu biurek, jakie są w gmachu przy ulicy Partyzantów, leży jeszcze drugi dokument. Inny, ale powiązany, o przedłużeniu aresztu tymczasowego o kolejny miesiąc. Pod kilkoma liniami maszynopisu widnieje krótki, „zgrabny i zwarty” odręczny podpis tejże samej pani prokurator.
Prosta kobieta, prowadząca mały jednobranżowy sklepik nie jest w stanie zrozumieć, że o takie postanowienie, po raz kolejny osobiście poprosił panią prokurator sam Pułkownik, tutejszy zastępca komendanta do spraw Służby Bezpieczeństwa. Tym bardziej nie zrozumie, dlaczego Pułkownikowi zasugerował tę prośbę major Makarewicz, w ogóle nie związany z postępowaniem prokuratorskim przeciwko Olkowi. Powiedzmy sobie przy tym szczerze, że Major od dekady działa pod przykrywką na mieście i nie zajmuje się końcowymi etapami śledztw, poprzedzającymi już samo wydanie aktu oskarżenia. A jako człowiek, prywatnie, jest ojcem trojga drobiazgu, Januszka, Zbyszka i Tosi. Dlaczego więc ten rodzic występuje przeciwko drugiemu rodzicowi, choć jak się wydaje nie ma ku temu żadnych powodów?
Właścicielka pasmanterii, nieskuteczna w swej troskliwości Matka, wymienia też jeszcze kilka zdań z innym ojcem. Wojskowym, z którym przed laty połączyła ją typowo człowiecza namiętność. Ten niegdyś drogi jej człowiek, zanim cokolwiek wymyśli lub doradzi niknie, ucieka. Niestety połączenia telefoniczne mamy takie, jakie mamy, a Sulęcin, niewielkie garnizonowe miasteczko pośrodku lubuskich lasów, to nie Warszawa. Na międzymiastową z Sulęcinem czeka się czasem i pół dnia, a i nie zawsze z pożądanym skutkiem. Tym razem jest tak samo. Przerwanego połączenia już się nie da uzyskać. Problem z Olkiem nie zostaje do końca przekazany jego ojcu. I na razie nie wiadomo, czy on coś pomoże w tej sprawie?
Środa, 15 grudnia, to z kolei dzień urodzin zmarłej tragicznie we wrześniu wychowawczyni ze szkoły Januszka Makarewicza. Wyobraźcie sobie ten mroźny, środowy poranek na małym, zielonogórskim cmentarzu w podmiejskiej dzielnicy Jędrzychów. Nad świeżym jeszcze, żółtym od piachu pagórkiem kwatery Barczyńskiej stoi major Makarewicz, jego berliński kolega – filatelista, oficer STASI i przyjaciel majora z Warszawy, poruszający się po kraju czarną wołgą starego typu. Jego wóz parkuje nieopodal, w miejscu gdzie dawniej stały zabudowania stacyjne przystanku kolejowego Jędrzychów. Obok – szary wartburg na niemieckich numerach.
Makarewicz stoi naprzeciwko tych dwóch. Nogę opiera o piaszczystą mogiłę. Mówi ze spuszczoną głową, patrząc gdzieś w ziemię. Niemiec, ze wzrokiem nabożnie utkwionym w człowieku z Warszawy, tylko kiwa głową i potakuje. Z rzadka coś dodaje od siebie. „Duch”, trzeci z nich, rozmawia z majorem, kładzie na grobie wiązankę różowych goździków, rozmawia z Niemcem, odbiera od niego duży znicz. Zapala. Kładzie obok kwiatów.
Nazwisko Barczyńskiej pada bodaj trzy razy. Imię Olka tylko dwa razy. W międzyczasie rozmawiają o niedawnej katastrofie lotniczej pod Goleniowem, o zakończeniu operacji specjalnej, w której zginął szef polskiej bezpieki. Niemiec gratuluje „Duchowi” wylansowania plotek o tym, że Ociepka nie był lubiany w resorcie i jako człowiek z zewnątrz, i jako wtyczka Kani i krajan Gierka… Major zwraca uwagę na to, że „Pierwszy” wziął na to miejsce kolejnego człowieka z zewnątrz. „Duch” uspakaja, mówi że sytuacja jest pod kontrolą. Pyta Niemca, czy szczeciński odcinek granicy po ich stronie, ten na który nie dotarł wtedy zabity, jest już wyczyszczony? I żartując, żałuje straconego wówczas bankietu w „Kaskadzie”… Major smutno przyznaje, iż nieżyjący dygnitarz zaskarbił sobie ludzką wdzięczność wyłącznie tym, że ściągnął na trenera piłkarskiej kadry Górskiego… Niemiec nie rozumie o co Makarewiczowi chodzi. Wyciąga z teczki i wręcza „Duchowi” plik starych pocztówek z lat trzydziestych. Wymienia nazwy miejscowości „Schwiebus”, „Sorau”, „Sagan”, „Sprottau”… Pokazuje pisane drobnym maczkiem zdania na ich odwrocie, czyta po niemiecku, bardziej pikantne jego zdaniem fragmenty tych tekstów, z których zaraz obaj się śmieją. Makarewicz boczy się trochę na Niemca, bo chciałby znaczki a nie pocztówki. „Duch” ucisza go rubasznym, żołnierskich żartem.
Spotkanie nad grobem Barczyńskiej dobiega końca. Odchodzą w kierunku dawnej stacji kolejki szprotawskiej, ku swoim samochodom.
Niemiec po drodze dopytuje się jeszcze o Olka. Nie bardzo kojarzy to imię, dziwi się skąd się wzięło w tej sprawie, dla której tu się spotykają. Jednocześnie chwali wybór miejsca spotkania, mały, dawny cmentarzyk wiejski, niemal pośrodku lasu, mroźnym, oszronionym porankiem… Napomyka coś o tym, że tutaj odnajduje ducha dawnego miasta Grünberg, dusze swoich przodków, o których kazano mu zapomnieć. Zarzeka się przy tym od razu, że nie ma w tym ani śladu rewizjonizmu. Gdzieżby znowu! Ale teraz, po polskiej ekshumacji wszystkich Niemców z dawnego miejskiego cmentarza Zielonego Krzyża w centrum Zielonej Góry na tę podmiejską nekropolię, myśli, że im się tu leży dużo spokojniej. Te oszronione świerki zimą i zapach faulujących na wietrze pól i łąk wiosną… Wyobraża sobie jak w sierpniową niedzielę wstaje cały tłum duchów dawnych mieszkańców miasta Grünberg i w milczeniu, w lepkim od zapachu dojrzałych malin i borówek słońcu, przemieszcza się te kilkadziesiąt metrów z cmentarza, na miejsce dawnego przystanku kolejki szprotawskiej Heinersdorf. I jak korowód tych upiorów, wsiada jeden za drugim do widma trzech niedużych wagonów osobowych z otwartymi pomostami na obu końcach każdego z nich i ze świetlikami na dachu, ciągniętych przez widmo małego parowozu na trzech osiach i z trzema kominami. I ta mara pociągu wiezie ich znowu, po latach na jagody do Brunzelwaldauer Forst…
Jakby zupełnie zapominając o swoim poprzednim pytaniu, rozmarza się i nie pytany przez nikogo, przyznaje się do tego, że pamięta z dzieciństwa te wyprawy kleinbahnem na jagody z wujostwem i dziadkami, gdy przyjeżdżał, jako uczniak, do Grünberg na wakacje. Jak ganiał bo pagórkach Lasu Broniszowskiego w mundurku Deutsches Jungvolk (oczywiście zaciągnięty tam siłą, a do dziadków uciekał z obowiązkowych zajęć swojego szczepu…).
I tylko major wraca do pytania o Olka, gubiąc się jednak w wyjaśnieniach. „Duch” szybko ucina temat. Znowu pada przy tym po dwakroć imię Chrenowicza i ze trzy razy nazwisko miejscowego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Wytrykusa. Olkiem nikz już się więcej nie interesuje. Jest nic nie znaczącym pionkiem, przypadkowo zaplątanym w te historie. Ma do odegrania jakąś mało znaczącą, trzecioplanową rolę, jego obecność stanowi tylko tło dla innej, ważniejszej osobistości. Tło o tyle istotne, że niezbędne, aby tamten „ważny” ukazał się w całym swym blasku, aby uwypuklić w nim to, co ci trzej planują. Tłem jednak nikt się nie interesuje. Nikt, poza może niektórymi malarzami, abstrakcjonistami. Ale nawet im nie przychodzi do głowy, aby posądzać tło o jakąś psychologiczną głębię, jakiekolwiek ego. Te przymioty nawet malarz rezerwuje wyłącznie dla postaci pierwszoplanowych na obrazie. Tym bardziej przeżyć i przyszłości Olka, bezosobowego elementu tła nawet nie dostrzegają (nie mówiąc o ich roztrząsaniu) bohaterowie reprezentujący tu służby specjalne…
Nie pogubiliście się jeszcze w tym wszystkim? Bo, mówiąc szczerze, zrobiło się nieco chaotycznie. No, ale tym bardziej wracajmy na nasze miejsca na widowni. Zapytacie, czy ten tydzień przynosi jeszcze coś istotnego dla sprawy, której rozwój oglądamy i śledzimy? Odpowiedź brzmi: chyba już nie. Natomiast jak sami widzicie, Olek pozostaje ze swoimi problemami, póki co, sam. Zobaczcie zatem jak próbuje sobie z nimi radzić…

Piątek, nadal
godz. 9:30
Mężczyzna nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak komicznie wygląda, gdy wchodzi do tego ciepłego, urządzonego ze smakiem pomieszczenia i w tym swoim więziennym sfatygowanym drelichu, długimi krokami, sztywnym chodem przecinając na skos wolną przestrzeń, prosto od drzwi idzie w bok i siada na wyściełanym kolorowym fotelu. Mebel obszyty jest miękkim, mechacącym się materiałem w żywych barwach. Kształty ma opływowe, zachęca do przytulania się, do snucia ciepłych wspomnień lub dawania obietnic. Zaprasza do łagodnego zapadania się, a nie rzucania się niczym furman, mierzący workiem kartofli w okienko od piwnicy.
Kobieta w jaskrawoczerwonym golfie, ozdobionym grubymi warkoczami, z rozpuszczonymi na ramiona blond włosami patrzy na niego z nietajoną dezaprobatą. Dopiero teraz uświadamia sobie, co nie daje jej spokoju od wielu dni. Ten dysonans między jej wyobrażeniami a rzeczywistym obrazem mężczyzny.
Ma na sobie ten czerwony sweter i czarne dzwony z miękkiego sztruksu. Siada za biurkem.
– Dzisiaj nie będę cię usypiać. Najlepiej jeśli zakończylibyśmy już te nasze sesje.
– Czy sugerujesz, że nie osiągniemy postawionych nam celów? Naprawdę jestem przekonany…
Mężczyzna z wielkim poczuciem swobody wypełnia całym sobą wnętrze fotelowego siedziska. W charakterystyczny sposób rozciąga słowa, mówiąc z tą swoją manierą osoby pewnej swego, a znudzoną wątpliwościami rozmówcy. Człowieka, dla której wszelka dyskusja, to strata czasu, ale reaguje na nią nie agresją tylko lekceważeniem. Nie spogląda na kobietę, rozparty, z głową podniesioną, ze wzrokiem skierowanym gdzieś w sufit. Można odnieść wrażenie, że nie przywiązuje najmniejszej wagi do wypowiadanych przez nich oboje zdań, że całą uwagę skupia na delektowaniu się tym wygodnym rozwalaniem się w fotelu.
– Nie, nie, uspokój się. Uspokój. Nie mamy żadnych powodów do obaw, co do naszych spotkań.
– Czy dobrze rozumiem: to ja nie mam żadnych powodów do obaw?
Postawa mężczyzny zaczyna być irytująca.
A kobietę też stać na jadowitość i zgryźliwość:
– Powiedziałam, żadnych…? No, jednak… Zatem przynajmniej w kwestii naszych seansów hipnotycznych. Są tak doskonałe! I dlatego uważam, że już je zakończymy. Wystarczy… – kończy, jednoznacznym gestem ręki każe mężczyźnie opuścić fotel i usiąść na krześle przy biurku.
– … wystarczy? Co według pani wystarczy? I czego ma nam wystarczyć? – mężczyzna nie rusza się ze swojego miejsca. Opuszcza tylko głowę. Nie spogląda już tępo w sufit, a ich oczy spotykają się.
– Ha, ha, ha, wystarczy tego co sobie przypomniałeś. Tego, co wydobyłeś na zewnątrz. Wystarczy twoich opowieści – ponawia swój gest, a wyraz jej twarzy powoduje, iż mężczyzna w końcu przestaje się zachowywać protekcjonalnie. Obraca się w jej stronę.
Kobieta milczy. Ponagla go do przejścia na krzesło. On ociąga się, ale ona jest nieprzejednana. I ta nieugiętość, nawet bez słów, a może właśnie szczególnie nieugiętość bez słów, powoduje, że mężczyzna energicznie, ze złością, wręcz impertynencko wstaje, wykonuje jeden sus i z rumorem zajmuje wskazane mu przez kobietę miejsce.
– Do czego pani wystarczy? – rzuca nieprzyjaźnie.
– I po co ten sarkazm? – w nagrodę za to, że był posłuszny, znowu się do niego odzywa.
Teraz siedzą naprzeciwko siebie, zupełnie blisko. Mogą zacząć przerzucać się słowami ponad blatem biurka.
– Nie rozumie pani, po co?
– Nie, sam sarkazm, chyba rozumiem. Chcę powiedzieć, że nikomu nie jest on tu potrzebny.
– Tu? Nikomu, czyli pani i mnie?
– Tak. Nam.
– Skoro nie planuje już pani więcej hipnozy, to co my tu sami będziemy robić? Czy nasze zadanie nie zostało już wykonane?
– Pozwól, że skończę… Pytasz, do czego mają wystarczyć twoje opowieści ze snów? A przecież chyba znasz swoją sytuację? Wiesz z kim się tu spotykasz? Tłumaczyłam ci już potrzebę tej hipnozy, sam wymyśliłeś, aby powtarzać ten pierwszy seans kolejne razy. Myślałam przez te wszystkie dni, że zrozumiałeś…?
– Tak, to prawda, pozwoliłem. Teraz powinniśmy jednak pójść dalej. Przecież są kolejne etapy, o których pani doskonale wie. Przygotowali panią do tego. A pani wpasowała się w ten ich system.
– Co ty chciałbyś przez to powiedzieć? – kobieta jest wyraźnie poruszona. Nie oczekuje jednak odpowiedzi, ani tym bardziej tego, aby mężczyzna jej się tłumaczył. Wysyła mu tylko czytelny sygnał, że przekracza granice. Jest opanowana, realizuje obowiązki.
– Uważam, że hipnozy już nic nowego nie wniosą, ale chcę znaleźć jeszcze odpowiedź na jedno, ważne pytanie. Ono mi się nasunęło po tej opowieści Matki…
– Matki? – mężczyzna śmieje się.
– Ach, śmiejesz się? Ze mnie, czy z Matki?
– Czy pokłonił się pani sam Freud, drogi człowieku?
– Ach, to stąd ten kpiący uśmieszek… Myśl co chcesz…
– Dobrze, myślę co chcę. – krótko ucina mężczyzna.
– …a ja ci puszczę nagrane fragmenty tego, co wczoraj powiedziałeś i …
On znowu jej przerywa, w przykry i sarkastyczny sposób.
– Czyli posłucham sobie tego, jak opowiadam kobietom różne historie przez sen…?
– Niezupełnie. Jednak sesja hipnotyczna to coś innego, niż zwyczajny sen… – odruchowo oponuje Psycholog, ale w mig się orientuje, że to nie ten czas i nie to audytorium, zarówno na jej naiwną sympatię jak i fachowe rozstrzygnięcia. – W każdym razie – puszczam nagranie – i szybko dodaje widząc grymas na jego twarzy – Zwróć uwagę: ja, pytam a ty próbujesz odpowiedzieć. Uwaga, zaczynam…
Olek Chrenowicz dopiero teraz zauważa na biurku mały magneton. Gdyby miał głębiej rozbudowany i bardziej intuicyjny stosunek do kobiet, zwróciłby zapewne uwagę na to, jak ten niewielki aparat wcina się w pękatą, czerwoną objętość jej piersi, przytłoczony wypukłością wełnianego swetra. Tej intuicji w swoim czasie nie zabrakło pewnemu Holendrowi, z tamtej strony żelaznej kurtyny podczas jej zagranicznej praktyki, na którą wysłali ją odpowiedni ludzie, powiązani z organami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
To wtedy i właśnie od niego dostała w prezencie to nieosiągalne jeszcze w Polsce urządzenie. Podarunek przyjęła tylko dlatego, że od razu, gdy tylko zobaczyła je na wystawie, wiedziała już, w jaki sposób ten magnetofon usprawni jej pracę, jaką sobie wybrała po studiach. Żaden szpital, czy oddział zamknięty, ale resort spraw wewnętrznych i wprawdzie nowatorskie, dopiero raczkujące w resorcie, ale tak ekscytujące, pobudzające krew w żyłach śledztwa, szukanie dowodów w meandrach osobowości zwyrodniałych zbrodniarzy. Grzebanie w otchłaniach morderczych umysłów, nagrywanie, a potem odtwarzanie nagranych wyznań. I długie, niekończące się analizy, profilowanie, odkrywanie równoległych światów w chorych psychikach. I wyciągane na światło dzienne – jako efekt prowadzonych badań i dokonanych odkryć – sensacyjne, niewiarygodne na pierwszy rzut oka, ciągi przyczyno-skutkowe, wielopiętrowe struktury motywacji i ulegania. Przedkładanie egzaltacji i doznań, namiętności i lęków ponad narzucane z zewnątrz, przez społeczeństwo i prawo, normy postępowania. Przekraczanie granic człowieczeństwa. Przesuwanie tych granic…

„Zabrała mi tę widokówkę, podła kobieta. Jedyny ślad łączący mnie z Reinhardem. Zabrała, niemal porwała z moich ramion Januszka, podła…”

Ciąg dalszy za tydzień

Reblog: Man wird sehen

Danke, Joasia! Dziękuję, Joasiu!

Aus der Zen-Schatztruhe:

Ein Bauer hatte ein Pferd, aber eines Tages lief es fort und der Bauer und sein Sohn mussten ihre Felder selbst pflügen. Die Nachbarn sagten: “Was für ein Pech, dass euer Pferd weggelaufen ist!”. Aber der Bauer antwortete: “Man wird sehen”.
Eine Woche später kam das Pferd zum Bauernhof zurück und brachte eine ganze Herde wilder Pferde mit. “So viel Glück!” riefen die Nachbarn, aber der Bauer sagte: “Man wird sehen”.
Kurz danach versuchte der Sohn des Bauern, eines der wilden Pferde zu reiten – aber er wurde abgeworfen und brach sich ein Bein. “Oh, so ein Pech!” Die Nachbarn hatten Mitleid, aber der Bauer sagte wieder: “Man wird sehen”.
Ein paar Tage später zog der Landesherrscher alle jungen Männer in sein Heer ein, um in die Schlacht zu ziehen. Aber den Sohn des Bauern ließen sie wegen seines gebrochenen Beins zu Hause: “Was für ein Glück, daß dein Sohn nicht in die Schlacht ziehen muss!” freuten sich die Nachbarn. Aber der Bauer bemerkte nur: “Man wird sehen”.
Akhal-Teke, Pferderasse aus Asien; man sagt, es ist das schönste Pferd der Welt und es gibt in der ganzen Welt nur 1250 davon. In China wurden sie Engelpferde genannt.

Glück oder Unglück – wer weiß das schon?

eine alte Chinesische Erzählung, Autor unbekannt

Im alten China lebte einst ein armer alter Bauer, dessen einziger Besitz ein wundervoller weißer Hengst war, Selbst der Kaiser träumte davon, dieses Pferd zu besitzen. Er bot dem Alten Säcke voller Gold und Diamanten, doch der Alte schüttelte beharrlich den Kopf und sagte: “Mir fehlt es an nichts. Der Schimmel dient mir seit vielen Jahren und ist mir zum Freund geworden. Und einen Freund verkauft man nicht; nicht für alles Geld der Welt.” Und so zogen die Gesandten des Kaisers unverrichteter Dinge wieder ab.

Die Dorfbewohner lachten über so viel Unvernunft. Wie konnte der Alte bloß wegen eines Pferdes soviel Reichtum und Glück ausschlagen?

Eines Morgens war das Pferd verschwunden. Die Dorfbewohner liefen aufgeregt vor dem leeren Stall zusammen, um das Unglück des alten Bauers zu beklagen. “Sag selbst, Alter, hat sich deine Treue gelohnt? Du könntest ein reicher Mann sein, wenn du nicht so eigensinnig gewesen wärst. Jetzt bist du ärmer als zuvor. Kein Pferd zum Arbeiten und kein Geld zum Leben, Ach, das Unglück hat dich schwer getroffen.”

Der alte Bauer blickte bedächtig in die Runde, nickte nachdenklich und sagte: “Was redet ihr da? Das Pferd steht nicht mehr im Stall, das ist alles, was ich sehe. Vielleicht ist es ein Unglück, vielleicht auch nicht. Wer weiß das schon so genau?” Tuschelns gingen die Leute auseinander. Der Alte musste durch den Schaden wirr im Kopf geworden sein, anders ließen sich seine Worte nicht erklären.

Einige Tage später, es war ein warmer, sonniger Frühlingstag und das halbe Dorf arbeitete in den Feldern, stürmte der vermisste Schimmel laut wiehernd die Dorfstrasse entlang. Die Sonne glänzte auf seinem Fell, und die Mähne und Schweif flatterten wie feinste Silberfäden im Wind. Es war ein herrlicher Anblick, wie er voller Kraft und Anmut dahergaloppierte.

Doch das war es nicht allein, was die Dörfler erstaunt die Augen aufreißen ließ. Noch mehr Staunen riefen die sechs wilden Stuten hervor, die hinter dem Hengst hertrabten und ihm in die offene Koppel neben dem leeren Stall folgten.

“O du Glücklicher, von den Göttern gesegneter Mann! Jetzt hast du sieben Pferde und bist doch noch zum reichen Mann geworden. Bald wird Nachwuchs deine Weiden füllen. Wer hätte gedacht, dass dir noch einmal soviel Glück beschieden wäre?” riefen sie, während sie dem alten Mann zu seinem unverhofften Reichtum gratulierten.

Der Alte schaute gelassen in die aufgeregte Menge und erwiderte: “Ihr geht zu weit. Sagt einfach: Jetzt hat er sieben Pferde. Ob das Glück oder Unglück bringt, niemand weiß es zu sagen. Wir sehen immer nur Bruchstücke, wie will man da das Ganze beurteilen. Das Leben ist so unendlich vielfältig und überraschend.”

Verständnislos hörten ihm die Leute zu. Die Gelassenheit des Alten war einfach unbegreiflich. Andererseits war er schon immer etwas komisch gewesen. Na ja, sie hatten andere Sorgen.

Der alte Bauer hatte einen einzigen Sohn. In den folgenden Wochen begann er die Wildpferde zu zähmen und einzureiten. Er war ein ungeduldiger, junger Mann,und so setzte er sich schon früh auf eine der wilden Stuten. Dabei stürzte er so unglücklich vom Pferd, dass er sich beide Beine mehrmals brach. Obwohl die Heilerin ihr Bestes tat, war allen klar, dass seine Beine nie wieder ganz gesund werden würden. Für den Rest seines Lebens würde er ein hinkender, behinderter Mann bleiben.

Wieder versammelten sich die Leute vor dem Haus des Alten. “O du armer, alter Mann!” jammerten sie, “nun entpuppt sich dein Glück als großes Unglück, dein einziger Sohn, die Stütze deines Alters, ist nun ein hilfloser Krüppel  und kann dir keine Hilfe mehr sein. Wer wird dich ernähren und die Arbeit tun, wenn du keine Kraft mehr hast? Wie hart muss dir das Schicksal erscheinen, das dir solches Unglück beschert.”

Wieder schaute der Alte in die Runde und antwortete: “Ihr seid vom Urteilen besessen und malt die Welt entweder schwarz oder weiß. Habt ihr noch immer nicht begriffen, dass wir nur Bruchstücke des Lebens wahrnehmen. Das Leben zeigt sich uns nur in winzigen Ausschnitten, doch ihr tut, als könntet ihr das Ganze beurteilen. Tatsache ist, mein Sohn hat beide Beine gebrochen und wird nie wieder so laufen können, wie vorher. Lasst es damit genug sein. Glück oder Unglück, wer weiß das schon.”

Nicht lange danach, brach ein Krieg aus. Das ganze Dorf war von Wehklagen und Trauer erfüllt, denn alle wussten, dass die meisten Männer nicht mehr heimkehren würden.

Wieder einmal liefen die Dorfbewohner vor dem Haus des alten Bauern zusammen: “Wie recht du hattest. Jetzt bringt dein Sohn dir doch noch Glück.”

Der Alte schaute nachdenklich in die verstörten Gesichter der Leute. “Könnte ich euch nur helfen, weiter und tiefer zu sehen, als ihr es bisher vermögt. Wie durch ein Schlüssellloch betrachtet ihr euer Leben, und doch glaubt ihr, das Ganze zu sehen. Niemand von uns weiß, wie sich das große Bild zusammensetzt. Was eben noch ein großes Unglück scheint, mag sich im nächsten Moment in Glück erweisen. Anderseits erweist sich scheinbares Unglück auf längere Sicht oft als Glück und umgekehrt gilt das gleiche. Sagt einfach: Unsere Männer ziehen in den Krieg, und dein Sohn bleibt zu Hause. Was daraus wird, weiß keiner von uns. Und jetzt geht nach Hause, und teilt die Zeit miteinander, die euch bleibt.”

Schwarzes Pferd aus Friesland; auch von dem behauptet man, es sei das schönste in der Welt

Z wolnej stopy 31

Zbigniew Milewicz

Tragedia Górnośląska

W historii nic nie jest jednoznaczne. Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu, związany z rocznicą oswobodzenia największego niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, w którym poddano ludobójstwu 1,1 miliona Żydów z całej Europy, do 150 tysięcy Polaków, około 23 tysięcy Romów, około 12 tysięcy jeńców radzieckich oraz ponad 30 tysięcy osób innych narodowości. Piekło oświęcimskiej zagłady przeżyło zaledwie około 200 tysięcy ofiar.

Obóz wyzwolili żołnierze Armii Czerwonej, która tego samego dnia, 27 stycznia 1945 wkroczyła do Katowic i innych miejscowości regionu śląsko-zagłębiowskiego. To były jednostki I i IV Frontu Ukraińskiego; witano czerwonoarmistów na ogół przyjaźnie, ich przybycie równało się dla mieszkańców z końcem hitlerowskiej gehenny, a o tym, że rozpoczyna się nowa okupacja nie wiedzieli. Kto mieszkał w Katowicach, Chorzowie, albo innej miejscowości, która przed wojną należała do Polski, miał więcej szczęścia od bytomian, zabrzan, czy gliwiczan, przypisanych po 20 marca 1921 r. plebiscytem do Niemiec. Na mocy porozumienia zawartego przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego z Moskwą, na terenach nieobjętych już działaniami wojennymi, powstawała polska administracja, wprawdzie politycznie lojalna wobec sowietów, ale i mająca decydujący głos w sprawie życia i mienia obywateli oraz zasobów publicznych. W miejscowościach, które przed 1939 rokiem należały do III Rzeszy, niepodzielnie rządziły radzieckie komendantury wojenne, współpracujące doraźnie z niemieckimi komunistami z organizacji „Wolne Niemcy”, wrogo nastawionymi do tworzącej się polskiej administracji. Jeszcze nie było wiadomo, jak zostanie podzielona Europa; niemieccy towarzysze wierzyli, że granice ich państwa nie ulegną zmianie i oni odegrają w nim kluczową rolę (co później częściowo się spełniło, kiedy powstało NRD, a w nim Stasi). Mieli ciekawe życiorysy – wpierw komuniści, następnie często w służbie SS, albo Gestapo, po przejściu kolejnych szlifów w NKWD zaciągali się do Polskiej Partii Robotniczej czy Urzędu Bezpieczeństwa i tam robili kariery. Panami życia i śmierci w dawnej III Rzeszy byli jednak Rosjanie.

“Dobijemy wroga w jego barłogu.” Armia Czerwona na Górnym Śląsku

Podobnie, jak dla Hitlera, tak i dla Stalina bogaty Śląsk był łakomym kąskiem.
Z danych Instytutu Pamięci Narodowej, który prowadzi badania dotyczące najnowszej historii Śląska, wynika, że już 31 stycznia 1945 roku Józef Stalin wydał rozkaz, by dokonano ewidencji wszystkich urządzeń i surowców, jakie można by wywieźć do Związku Radzieckiego. Górny Śląsk potraktowano jako zdobycz wojenną. Wywieziono stąd tysiące ton stali, ogołocono walcownie, zakłady przemysłowe Gliwic, Łabęd, Katowic, a także miast zagłębiowskich. Znikały demontowane szyny i tory kolejowe, ale największe ofiary ponieśli ludzie.


27 stycznia 1945 roku. Wyzwolenie Katowic. “Działy się straszne rzeczy, płonęło śródmieście”

„W Gliwicach 20 procent budynków (prawie tysiąc) legło w gruzach lub poszło z dymem, w tym starówka, kino i teatr – pisze Teresa Semik z Dziennika Zachodniego*. – Masowe rozstrzeliwania dotknęły mieszkańców Śródmieścia, Sośnicy, Sobiszowic, Żernik. Zginęło ponad 800 osób. W Gliwicach przebywało około 17 tysięcy żołnierzy radzieckich. Zajęli dwa szpitale oraz 11 szkół, które też zamienili na szpitale. W dzień chodzili po ulicach w piżamach, napadali na przechodniów, wyrywali im torebki, zabierali zegarki.

Gehennę przeżyły Miechowice, dziś dzielnica Bytomia. Sowieci zamordowali tam 380 mieszkańców, idąc od domu do domu. Spalili zamek Thiele-Wincklera i wiele okazałych kamienic. Miechowice w wyniku podziału Górnego Śląska pozostały w Niemczech, ale w czasie plebiscytu w 1921 roku prawie trzy czwarte, spośród ponad sześciu tysięcy głosujących, opowiedziało się za przyłączeniem do Polski.

W Przyszowicach koło Gliwic, które do 1939 roku pozostawały po polskiej stronie, czerwonoarmiści zamordowali co najmniej 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku więźniów Auschwitz, którzy uciekli z marszu śmierci. Żołnierze radzieccy myśleli, że są już na terytorium niemieckim, więc na ludności cywilnej też mogą brać odwet za zbrodnie popełnione przez Niemców na ich ziemi.

W Zabrzu pretekstem do pogromu ludności było zabicie radzieckiego oficera przez młodego Niemca. W odwecie żołnierze radzieccy spalili kościół św. Ducha i okoliczne zabudowania, rozstrzelali ludzi.”

Historycy z IPN potwierdzają, że działania Armii Czerwonej wobec ludności Górnego Śląska zamieszkującej tereny dawnej III Rzeszy miały charakter represyjny. Gwałty na kobietach były zjawiskiem masowym, wśród ofiar znajdowały się nawet kilkuletnie dziewczynki i staruszki .„Po przejściu frontu przez Górny Śląsk władze sowieckie i polskie w poniemieckich obozach umieszczały osoby narodowości niemieckiej, folksdojczów oraz podejrzanych o wrogi stosunek do nowego ustroju – czytamy w innym materiale DZ**. – Na przykład w oświęcimskim obozie koncentracyjnym osadzono wielu Górnoślązaków przed wywiezieniem do ZSRR. Do dużych obozów – dawniej filii KL Auschwitz – w Jaworznie, Mysłowicach i Świętochłowicach kierowano setki zatrzymanych mieszkańców Górnego Śląska, których “winą” często było jedynie posiadanie II grupy volkslisty. W atmosferze nagonki na Niemców rolę kozła ofiarnego odgrywały nawet kobiety z dziećmi czy kilkunastoletni chłopcy”. Niestety wiele osób padło ofiarą donosów, wynikających z zatargów sąsiedzkich, rodzinnych czy też chęci zagarnięcia czyjegoś majątku. Oficjalnie w świętochłowickim obozie zmarło, zginęło lub popełniło samobójstwo 1855 osób. Wiele ofiar pochłonęła epidemia tyfusu.

Podobnie jak hitlerowcy po wkroczeniu na Śląsk w 1939 r., również NKWD dysponowało dokładnymi spisami mieszkańców, z wyszczególnieniem ich narodowości. Tym sposobem, za podpisanie II grupy niemieckiej volkslisty, mój dziadek Erwin stanął pod murem swojego domu na osiedlu Ruch w Chorzowie. Przed rozstrzelaniem uchroniła go interwencja sąsiada, pana Kruzla, który służył w pierwszej dywizji kościuszkowskiej i akurat był w domu na jednodniowym urlopie, o czym wspominałem już kiedyś. Ten zacny człowiek zaświadczył, że mój dziadek był śląskim powstańcem i czerwonoarmista, który miał wykonać wyrok, dał mojej mamie w ramach przeprosin puszkę tuszonki. Zdarzały się wtedy również cuda i można było spotkać dobrych ludzi w sowieckich mundurach. O tej tuszonce nie raz w domu słyszałem, podobno była smaczna, ale w jakich okolicznościach znalazła się w naszej kuchni, o tym dowiedziałem się dopiero po śmierci mamy. Myślę zresztą, że gdyby opowiedziano mi historię dziadka, który miał zginąć od sowieckiej kuli, kiedy byłem dzieckiem, to bym nie uwierzył. Tak mocno miałem wyprany mózg w szkole komunistyczną propagandą, że wycinałem z różnych czasopism zdjęcia bohaterskich bojców, ich czołgów, katiusz i samolotów, kleiłem je na tekturze i wieszałem w swoim pokoiku na ścianach, jak święte obrazki.

Ulica 27 stycznia, biegnąca równolegle do pobliskich torów kolejowych linii Wrocław-Kraków, jedna z główniejszych w katowickim śródmieściu, dopiero w 1991 r. wróciła do przedwojennej nazwy Wojewódzka. Od dnia wkroczenia Armii Czerwonej do Katowic, przez 36 lat pamiętała, ile dobrego jej Śląsk zawdzięcza. O tym, ile złego sowieci wyrządzili, zaczęto otwarcie mówić dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Np. o deportacjach śląskich górników do kopalń w Związku Radzieckim; do Donbasu wyjeżdżały niekiedy całe sterroryzowane szychty. Według szacunkowych danych, los ten spotkał co najmniej 20 tysięcy osób, choć niektórzy twierdzą, że było ich znacznie więcej.

Pomnik poświęcony pamięci górników deportowanych w 1945 r. do kopalń ZSRR

„Mieszkańcy Śląska roku 1945 to społeczność kobiet, starców i dzieci – podsumowuje red. Semik. – W Gliwicach mężczyźni w wieku 17-50 lat stanowili zaledwie 17 proc. Jeszcze nie wrócili z wojny lub zginęli na froncie, albo już zostali zesłani do roboty na teren Związku Radzieckiego. Internowania, a potem deportacje na Wschód ruszyły 12 lutego 1945, dzień po zakończeniu konferencji w Jałcie. Stalin otrzymał tam zgodę koalicji antyhitlerowskiej na pobór niemieckiej ludności cywilnej do pracy przymusowej. Były to tzw. żywe reperacje. Z Górnego Śląska pierwszy transport ruszył 5 marca 1945 roku z Pyskowic.”


Plakat propagandowy z 1945 roku

Ilu z nich wróciło z powrotem do domu, nie wiemy. Ilu mieszkańców w sumie straciło życie w czasie pacyfikacji Górnego Śląska przez Armię Czerwoną, tego również nie podają żadne oficjalne dane. Temat Tragedii Górnośląskiej w szeroko rozumianej pamięci narodowej Polaków praktycznie nie istnieje, nie ma go w literaturze, mediach – jeżeli nie liczyć Dziennika Zachodniego i paru innych tytułów, w programach szkolnych. Owszem, są historycy, którzy go drążą, na Śląsku budzi on nadal emocje, ale walec czasu jest nieubłagany, minie pokolenie rocznika wnuków ofiar i wszystko wyrówna. Dlatego proponuję wrócić do PRL-owskiej nazwy tej ulicy, wtedy przynajmniej od czasu do czasu jakiś przytomny przechodzień zastanowi się nad tym, co u licha wydarzyło się 27 stycznia?


* 1945 rok na Górnym Śląsku. 25.01.2020, Katowice nasze miasto.

** Wyzwolenie i gehenna. Co zdarzyło się w 1945 r.? Agata Pustułka, 22.01.2010,

Frauenblick: Auf dem Weg

Monika Wrzosek-Müller

Fast hatte ich den Eindruck, wir wären in Berlin eingeschlossen; der angekündigte Radius von 15 Km für die Bewegungsfreiheit ist alles andere als angenehm. In so einer Situationen sucht man sofort nach Ausgleich; den fand ich in einem kleinen Artikel in der italienischen Zeitung La Repubblica: Ein Weg „Kalabria cost to cost“ ist geboren, 55 Km lang, zwischen Dörfern, Städtchen und Natur. Ein „Cammino“, obwohl nicht als Pilgerweg ausgewiesen und gemeint, aber doch mit einem Pass und Abzeichen für die einzelnen Wegabschnitte versehen. Zehn Gemeinden und zwei Provinzen werden auf dem Wanderweg von Soverato nach Pizzo durchquert. Es kann das ganze Jahr über begangen werden. Zwei Jahre lang wurde an den Markierungen gearbeitet.

Der Weg beginnt an den schönen, weißen Stränden der Costa degli Aranci am Ionischen Meer und führt bis zum malerischen Pizzo, der sich auf der anderen Seite über den goldenen Stränden der Costa degli Dei am Tyrrhenischen Meer erhebt. Man durchquert das bergige Gebiet Kalabriens, geht durch schöne antike Dörfer – Petrizzi, San Vito und Monterosso – an weiten Feldern und Weingärten entlang, durch Olivenheine und Wälder mit Kastanien oder uralten Buchen. Auf dem Weg liegt auch ein herrlicher See (Antigola-See) im Preserre-Gebirge, hoch über dem Meer. Es gibt Ausblicke auf die Küsten beider Meere; die Steigungen sind auch manchmal anspruchsvoll. Das alles weit weg von den Touristenrouten, an ursprünglichen Landschaften vorbei.

Das brauchte ich als Ziel, als Vorgabe, weg von der grauen und wirklich verhängnisvollen Wirklichkeit der Pandemie. Träumen von den Landschaften, die ich so sehr liebe und in denen ich immer aufgehe. Ein Weg als Ziel ist immer hilfreich und zukunftsweisend, man kann ihm auch im Traum folgen, in der Vorstellung, ohne zu gehen. Ein Weg führt immer weiter, deswegen ist vielleicht die Vorstellung von einer Mauer, von Eingrenzung so verstörend und einengend. Jede gebaute Mauer versperrt den Weg, grenzt aus, sie sagt: bis dahin und nicht weiter. Zum Glück sind einige Mauern und Absperrungen gescheitert, gefallen oder aufgebrochen worden; in Amerika wird unter dem neuen Präsidenten die Mauer an der amerikanisch-mexikanischen Grenze nicht weitergebaut und die Berliner Mauer ist schon vor Jahren gefallen. Doch den langen Weg, den die Menschen aus dem Osten gegangen sind, sollte man nicht vergessen.

„Man fährt nicht mit dem eigenen Wagen vor das Tor eines Flüchtlingslagers – es ziemt sich nicht, so hatte Carl seinen Vater verstanden. Das war sein Respekt vor dem Vorgang der Flucht, deren Umstände im Ungewissen lagen. Vor allem aber, so sah es Carl, entsprach es seiner Gutgläubigkeit – einem Vertrauen darauf, dass ein bestimmtes (gutes, richtiges) Verhalten eine bestimmte (gute, richtige) Reaktion hervorrufen würde. Und vielleicht hatte er recht damit. Vielleicht brauchte man diese Formen von Demut und Buße, wenn man ein Flüchtling aus dem Osten war. So ungewöhnlich ihr Schritt, so chaotisch und gewagt das Ganze auch aussah, sie wollten es anständig machen. Sie wollten gute Flüchtlinge sein, was Carl das Herz abschnürte. Arme Eltern. Sie würden es niemals schaffen. Sie waren nicht kaltschnäuzig genug, hatten nicht Ellbogen dafür. Sie waren mit schlimmeren Dingen nicht vertraut, waren zu alt, zerbrechlich, verletzlich und schleppten einen großen schwarzen Kasten durch die Gegend.“ (Lutz Seiler, Stern 111, S.40).

Das Buch kreist um die Zeit der Wiedervereinigung und die Probleme, die sie mit sich bringt. Der Held und seine Eltern gehen scheinbar gegensätzliche Wege und doch landen sie alle im vereinten Deutschland. Es gibt Wege, die man immer nach oben geht, wenn auch unter Mühe, und solche, die mehr gradlinig und horizontal verlaufen, dabei nicht so viel Kraft und Mut erfordern, es existieren auch lauter Abstiege, die brauchen auch viel Durchhaltevermögen. Nicht alle haben die Kraft und nötige Ausdauer, den einen, richtigen Weg zu finden, manchmal reicht schon die Suche danach aus. Meine liebste Tante war dadurch nie ansässig geworden. Sie wohnte mal hier, mal da; niemals lange und niemals kümmerte sie, wie die Wohnung denn aussah, in der sie zufällig lebte. Auf jeden Fall nicht nach dem Prinzip: „May home is my castle“.

Die Anzahl der verschiedenen Pilger-, Wanderwege steigt stetig an; etwas treibt die Menschen an, unterwegs zu sein, sich auf den Weg zu machen, vielleicht unterwegs ganz nebenbei sich selbst zu finden. Ich persönlich bin weiterhin auf dem Weg, auch wenn es häufig Baustellen unterwegs gibt.

Bajka o młodości i starości

Powinnam była opublikować tę bajkę w ubiegły czwartek, kiedy w Polsce obchodziliśmy Dzień Babci, ale czwartek zaanektowała Agnieszka, bo “jej się należało”, piątek był zajęty przez Amandę Gorman i historię Januszka (dwa wpisy jednego dnia, tak!), w sobotę był dzień Lucy, Wielkiej Mistrzyni, w niedzielę musiały się ukazać Dziewuchy i tak to bajka o młodości i starości ukazuje się dziś. Ale przecież nie jesteśmy drobiazgowi, prawda?
Wasza Adminka

Teresa Rudolf

Clausyndia

Był sobie kraj zwany Clausyndią, a po naszemu Czekoladową Krainą. I nazwa ta nie ma nic wspólnego z czekoladą i słodyczami, ale pochodzi od pięknego czekoladowego koloru skóry jej mieszkańców. Skóra ich była tak nieziemsko lśniąca, że w tym kraju nie stosowano w ogóle luster, gdyż ludzie przeglądali się po prostu w innych osobach jak w lustrze.  Jak przystało na taki kraj, był też dwór i para królewska z córką królewną, która była pięknym i niezwykle próżnym dzieckiem. Ciągle słyszała w szeptach ludzi dworu i mieszkańców Clausyndii, że jest „przepiękna, aż do utraty tchu“. I tresowano również papugi, by głośno wykrzykiwały na jej powitanie: „Och, ty przepiękna aż do utraty tchu!”

Codziennie rano odbywały się apele, gdzie księżniczka mogła się przeglądać w lśniących ciałach swych poddanych, odzianych w kolorowe, skąpe szaty i podziwiać samą siebie: „Ach, jestem piękna, aż do utraty tchu”.

Któregoś dnia księżniczka zauważyła (z wrodzonej próżności dłużej się sobie przyglądając), że w ciałach ludzi starszych widzi swój obraz jakiś inny, widzi siebie pomarszczoną, bez tego połysku, który tak wspaniale odbija jej postać. Niejednokrotnie stawała przed mieszkańcami na apelu porannym i porównywała swe różne odbicia, złoszcząc się, gdy widziała tę inność kojarzącą się jej ze starszym wiekiem. Stwierdziła, że ludzie ci ze swoimi niekorzystnymi zmianami burzą tę harmonię, najważniejszą dla jej poczucia wartości.

Gdy miała piętnaście lat, zmusiła swych rodziców, by odizolowano wszystkie starsze osoby od młodych, w których teraz mogła się przeglądać przy każdej okazji, wsłuchując się w ich szepty i krzyki papug: „Piękna, aż do utraty tchu”. Młode dziewczęta zaczęły naśladować ją we wszystkim, również powielając jej skąpy, kolorowy strój, fryzurę, makijaż.

Nagle, któregoś dnia rano po obudzeniu, popatrzyła na swoją rękę i z przerażeniem zobaczyła na niej starą, pomarszczoną skórę… Ona, „piękna, aż do utraty tchu” piętnastolatka, miała bardzo starą rękę… To niemożliwe!!!  To niemożliwe!!!

Rodzice zaczęli poszukiwać najlepszych lekarzy, dermatologów z kraju i zagranicy (szczególnie z Polski), bojąc się również nieznanej i postępującej choroby. Dziewczyna marniała w oczach, codziennie patrząc i rejestrując każdą nową zmarszczkę, nie mogąc się niczym innym zająć, nic ją bowiem innego nie interesowało. Nie pokazywała się więcej na apelach porannych i zaczęła z zazdrości nienawidzić młodych i ich młodość.  Żaden młody lekarz nie znajdował jednak jakiejkolwiek rady. Ściągnięto jednego ze starszych lekarzy, który od roku wraz z innymi żył akurat w izolacji, będącej wynikiem nowej ustawy, wprowadzonej na usilne wymaganie królewny.

Zobaczył ją i ze smutkiem stwierdził głośno: „Tu się nie da nic zrobić, bo to nie jest choroba skóry, ale psychiki, tak zwany »syndrom przedwczesnego starzenia się u osób pięknych, aż do utraty tchu«. To jest fobia przed starzeniem się, może być tylko wyleczona przez konfrontację z tym, co się omija, to znaczy ze starszymi ludźmi. Królewnie może tylko pomóc przebywanie cały rok również w izolacji z jakąś starszą kobietą, którą przepiszę zaraz na receptę”.

I tak oto królewna zamieszkała w ogromnym, wspaniałym królewskim pokoju z dziewięćdziesięcioletnią kobietą, która na ogół milczała niepytana, często patrzyła rozmarzona przez okno, wsłuchiwała się w śpiewy ptaków, miedzy innymi papug, mówiących z zachwytem: „Ach, jakaż przepiękna wiosna, aż do utraty tchu”. A mówiły to pięknymi, zachwyconymi głosami, których królewna nigdy wcześniej nie słyszała. Oczywiście była zazdrosna o wiosnę i wszystko inne, co wzbudzało zachwyt.

Księżniczka zaczęła się potwornie nudzić, nigdy nie patrzyła na starszą kobietę, by się w niej nie odbić, obrażała ją, poszturchiwała, dokuczała, gdzie i kiedy tylko mogła. Jej zdrowie się nie poprawiało, więc znów odesłano lekarza. Aż któregoś dnia zniecierpliwiona kobieta, chociaż niepytana, powiedziała: „Mogę ci pomóc, po to tu jestem, ale pod jednym warunkiem. Przestań omijać swoje odbicie, a raz popatrz na zmarszczki na mojej skórze, które teraz nie różnią się akurat niczym od twoich. One opowiadają historię, są książkami, szczególnie jeśli przestaniesz się ich tak bać. Żebyś mogła być zdrowa, spróbuj mnie dotknąć z ciekawością, co cię dalej czeka”.

Królewna wpadła w szał, pobiła  kobietę za odwagę, że coś takiego mogła zaproponować. Ona miałaby dotykać tego starczego ciała! To niemożliwe!  Następnego dnia obudziła się ze skórą starszą od najstarszej staruszki, jaką w życiu widziała. Na parapecie siadła papuga mówiąca znów coś całkiem innego niż dotąd: „Próżna, próżna, aż do utraty tchu”. Po raz pierwszy dziewczyna zapytała z pokorą: „Dlaczego tak do mnie mówisz?” Papuga odparła: „A czyż tak nie jest? Nie widzisz nic, nie słyszysz nic, przerażona skupiasz się tylko na swojej przemijającej urodzie, nie słuchasz nawet rad, które mogłyby ci pomóc, byś wróciła do swego wieku, do twoich szesnastu lat”. Księżniczka spytała: „A co mam zrobić?” Usłyszała odpowiedź: „Tylko tyle: dotknij ciała tej kobiety bez lęku, z ciekawością, co może to zmienić w twoim życiu”. Dziewczyna przerażona swą sytuacją, podeszła niepewnie do kobiety i nieśmiało dotknęła jej ręki.

I nagle jedna ze zmarszczek otwarła się i zaczęła rozszerzać do ogromnych rozmiarów, ogarnęła cały jej świat, pokazując jakiś inny kraj, z inną roślinnością, z innymi ludźmi, wspaniałym zapachem róż i piwonii… „Co to wszystko znaczy?” – krzyknęła królewna. „Co to jest?” „To jest kraj z moich podróży, przepiękny, kolorowy, już nawet nie wiem, jak się nazywał. To moje wspomnienie… Wszystko się zapisuje w człowieku – to co dobre i złe, piękne i brzydkie” – odparła stara kobieta.

Królewna z ciekawością dotykała zdumiona różnych miejsc na ciele kobiety, dziwiąc się różnorodnością obrazów i historii, które widziała. Aż któregoś dnia dotknęła bardzo głębokiej bruzdy na jej czole i nagle zobaczyła sama siebie, jak na nią krzyczy, jak ją poniża, tupie nogami i ze złości ma całą twarz pokrytą niesympatycznymi, brzydkimi zmarszczkami. Ujrzała, że właśnie tę kobietę kiedyś prawie pobiła na apelu porannym i z jej powodu zmusiła swój kraj do przestrzegania absurdalnej ustawy o izolacji starszych ludzi. Zdziwiła się ogromnie, że nawet jej później nie rozpoznała. I wtedy doszło do niej, że przecież nie znała twarzy swych poddanych, gdyż używała ich jedynie jako luster, w których się przeglądała. Zrobiło jej się bardzo nieswojo, szybko zmieniła zmarszczkę, dotknęła jej i zobaczyła nagle ogrody ze wspaniałymi jabłoniami, z kwiatami nieznanymi, śpiewem ptaków: „Przepiękna wiosna, aż do utraty tchu”.

Przypomniało jej się, że znała przecież ten tekst od papug domowych, ale nie zwracała na niego uwagi, a jeśli nawet, to była wtedy raczej oburzona niż ciekawa, co by miał znaczyć. Teraz zrozumiała, że życie jej było puste, bo się nim w ogóle nie interesowała. Następnego ranka znów z lękiem spojrzała na swą rękę i spostrzegła ze zdumieniem gładką, młodą, lśniącą, czekoladową skórę szesnastolatki. Z wdzięcznością podeszła do kobiety i podziękowała za pomoc, przyznała, że wstydzi się tego, jaka była. Ta powiedziała z uśmiechem: „Najważniejsze uczyć się na błędach, bo na ogół można jeszcze coś naprawić, jeśli tylko wyjdzie się poza swą osobę, i wtedy można wszystko widzieć, starać się zrozumieć, słuchając z ciekawością historii, wspomnień, które noszą w sobie inni ludzie. Z wiekiem sami stajemy się skarbnicą różnych doświadczeń i historii, może nimi również ktoś się zaciekawi”.

Uzdrowiona królewna pokazała się znowu na apelu porannym, przemaszerowała między rzędami młodych mężczyzn i kobiet, zobaczyła z zadowoleniem swe dawno niewidziane odbicie, ale poczuła jakiś smutek w sobie, pustkę, niedosyt wrażeń, uczucie nudy, jakiego przed chorobą nigdy nie znała. I zrozumiała, że to, czego jej brakuje, to ludzie, którzy coś więcej znaczą niż młodość i uroda. Kazała z powrotem sprowadzić starsze pokolenie i znów znalazło ono swe miejsce na apelu porannym. Niejednokrotnie, patrząc w czekoladowe, pomarszczone twarze, miała ochotę podejść i dotknąć zmarszczek, by zobaczyć jakąś nieznaną historię, obrazy przepiękne, ale czasem i smutne. Nie robiła tego jednak publicznie, czując, że istnieją tajemnice, na których poznanie potrzeba specjalnego, cichego pozwolenia od tych mądrych, doświadczonych ludzi.

Królewna żyła długo i szczęśliwie. Nie bała się starości. Zapomniała dawno o swoim odbiciu i cieszyła się bardzo, gdy papugi głośno wykrzykiwały: „Mądra, mądra i piękna, aż do utraty tchu”. A i ludzie, czyli poddani, mimo jej podeszłego wieku nie przestali o niej szeptać: „Piękna, piękna i mądra, aż do utraty tchu”.

Uśmiechała się wtedy ciepło, ona, KRÓLOWA, „Piękna, piękna, aż do utraty tchu”…


Przedruk za: Teresa Rudolf, Labirynty, Wydawnictwo Poligraf, 2019, ISBN 8381590841, 9788381590846