§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka… (2)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

znalezione dla nas przez Zbigniewa Milewicza

Beznadziejna sprawa

Przypominam – kliknijcie w kolejny obrazek i wtedy da się wygodnie poczytać

Chuch świadka

Przez wiele lat po wojnie sądy nie nie dysponowały żadnymi urządzeniami do pomiaru alkoholu w organizmie ludzkim. Kiedy więc w latach 60 stający przed sądem w Mikołowie świadek zachowywał się bardzo dziwnie, sędzia Andrzej Josse powziął wątpliwość co do stanu jego trzeźwości. Poprosił świadka, by ten chuchnął w twarz woźnemu sądowemu. Woźny zapytany następnie, czy czuje zapach alkoholu od świadka, oświadczył, że wyczuł jedynie woń…bigosu.

Potem okazało się jednak, że świadek był długoletnim znajomym woźnego.

No to na drugą nóżkę, na zakończenie tego odcinka:

Czas trzeźwienia

W czasie rozprawy karnej, która toczy się przed Sądem Rejonowym w Katowicach, oskarżony zakłóca tok rozprawy i zachowuje się skandalicznie.

Sędzia Michał M., zorientowawszy się, że oskarżony jest kompletnie pijany, poleca wezwać patrol milicyjny, aby zatrzymać oskarżonego, a następnie zarządza 10-minutową przerwę.

Oskarżony wychodząc z sali rozpraw mruczy pod nosem:
Czy on myśli, że ja przez 10 minut wytrzeźwieję?

Następne historyjki za tydzień

Joice Nankivell, Kraina, której nie było (2)

Lech Milewski

dalszy ciąg wpisu z wczoraj

I mówił znowu Pan do Mojżesza: Powiedz Izraelitom, niech sobie zrobią frędzle na krajach swoich szat, oni i ich potomstwo, i do każdej frędzli użyją sznurka z fioletowej purpury (fringes of blue). Dla was będą te frędzle, a gdy na nie spojrzycie, przypomnicie sobie wszystkie przykazania Pana, aby je wypełnić, Księga Numerów 15:38-40.

Ostatnie spotkanie Kwakrów w Warszawie. 

Dr Hilda Clark, bardzo zasłużona działaczka charytatywna, pogratulowała efektów pracy Towarzystwa w Polsce i opowiedziała o kolejnym kraju potrzebującym pomocy – Grecja.
Grecja zachowała neutralność przez większość I Wojny, w 1917 roku dołączyła do Aliantów.
Gdy wojna się skończyła, Grecja, przy zachęcie Anglii, zaatakowała Turcję – zajęła Smyrnę i spore tereny na zachodzie kraju, planowała zajęcie stolicy kraju – Ankary.

W 1922r sytuacja diametralnie się zmieniła.
Upadło cesarstwo ottomańskie, do głosu doszły elementy postępowe pod przywództwem Kemala Ataturka. Jednocześnie okazało się, że Turcja nadal kontroluje wiele roponośnych terenów, co zyskało jej przychylność zarówno USA jak i ZSRR. Również i Anglii, która z dnia na dzień wycofała swe poparcie dla Grecji.

Dygresja na czasie – książe Andrzej, ojciec niedawno zmarłego księcia Filipa, służył podczas tej wojny w armii greckiej, w randze generała. Nie zgadzał się z agresywną strategią greckiej generalicji, za co obwiniono go o zdradę i aresztowano. Ostatecznie został skazany na wydalenie z kraju. Przezornie wcześniej przeniósł swoją rodzinę na wyspę Korfu i tam właśnie urodził się książe Filip.
Królem Anglii, która odegrała w tej wojnie dwuznaczną rolę, był Jerzy V, dziadek królowej Elżbiety II.

Rezultatem przegranej wojny była rzeź Greków. Ich ostatnią przystanią była Smyrna (obecnie Izmir) gdzie na ewakuację czekało 200 000 Greków i Ormian. Kilka dni po zajęciu miasta przez Turków, wybuchł pożar i rzeź. Ilość ofiar ocenia się na 180 000.

W porcie w Smyrnie zakotwiczonych było wiele statków, głównie angielskich, ale zasada zachowania neutralności nie pozwalała im na udzielenie pomocy, bezradnie oglądali masakrę.
Pierwszy z pomocą pospieszył statek japoński, gdyż Japonia nie miała żadnych interesów w tych okolicach.

W ramach traktatu pokojowego w Lozannie ustalono zasady ewakuacji (1 500 000 Greków z Turcji do Grecji i 400 0000 Turków w odwrotnym kierunku) i tu było pole do działania dla Towarzystwa Przyjaciół. 
Statki z uchodźcami dopływały do Salonik, Towarzystwo już zorganizowało tam obóz – czy jest ktoś chętny do pracy?
Joice podniosła rękę, Sydney poszedł jej śladem.

Na początku maja 1923 roku Joice przyjechała pociągiem do Salonik. Sydney miał dołączyć do niej za kilka miesięcy, po zakończeniu pracy nad projektem szkoły w Brześciu.

Pierwsze kroki były trudne.
Ze swojej pracy na wydziale historii klasycznej Uniwersytetu w Melbourne Joice znała sporo klasycznej greki, która, ku jej zaskoczeniu, okazała się teraz nieprzydatna.
Kwakrzy zaopatrzyli ją w nieco gotówki na pierwsze dni pobytu. Okazało się, że dwa dni przed jej przyjazdem dokonano wymiany pieniędzy i jej zasoby nie były wiele warte, przejazd konną taksówką do obozu uchodźców załatwił jej przyjazny portier w hotelu.
Podczas długiej jazdy taksówkarz rzucił nieco światła na obecną sytuację w Grecji.
– Cały świat będzie pomagał przybywającym tu uchodźcom, a kto pomoże nam, którzy też straciliśmy wszystko podczas wojny?
– Ale to przecież Grecy, wyznają waszą religię – mitygowała go Joice.
– Grecy, religia. Wielu z nich nie zna naszego języka, po latach życia wśród muzułmanów zapomnieli naszej wiary.

Dojechali wreszcie do terenów wojskowego lotniska, na którym piętrzyły się stosy zwłok – ofiary Blackwater Fever (odmiana malarii).

Kilka kilometrów dalej była tablica – Thesalloniki Agricultural Institute and Farm School – po obu stronach flagi – USA i Grecji.

Niebieskie paski – przypomniał jej się komentarz polskiego generała o przeznaczeniu do służby.

Spotkanie z amerykańską multimilionerką ubraną w strój roboczy poprawiło humor.
W magazynie czekano na kolejny pociąg z dostawami odzieży, koców, chininy i szczepionek.

Pierwszą noc spędziła w baraku.
Nastęnego dnia poznała doktora Johna House i jego żonę Susan. Ich motto – specjalizujemy się w rzeczach niemożliwych.
Zorganizowali Joice lekcje greckiego.
Jej główne zajęcia to rozdział odzieży, odwszanie, praca w kuchni i przy wydawaniu posiłków oraz pomoc przy szczepieniach.

W kuchni poznała gorzki smak chleba, do którego z braku mąki dodawano mąkę z żołędzi.
Do zupy z kolei dodawało się bardzo pożywny szarłat, który przypomniał Joice biedę na farmie w Australii.

Z pomocą tłumacza Joice zorganizowała dla przybywających wciąż sierot klasy, gdzie uczono je, jak żyć w Grecji. To była istotna umiejętność. Większość sierot to były dziewczynki, wiele ofiar gwałtu. W ich tradycji rodzinnej kobiety pełniły służebną rolę, nie miały nawet podstawowego wykształcenia, nie były przygotowane do żadnego zawodu. To wszystko musiało się zmienić.
Zaczęto od nauki gotowania, szycia, czytania i pisania, podstawowej opieki medycznej.,

Przy okazji Joice zorientowała się, jak istotne znaczenie dla ludzi w tak tragicznej sytuacji, miała ich tradycyjna wiara – liturgia pełna ceremoniałów i obrzędów, święte obrazy i rzeźby.
Joice musiała hamować zapędy reformatorskie swoich kolegów – surowych, minimalistycznych, protestantów.

Nadchodziła jesień, do Joice dołączył jej mąż, jednocześnie rozpoczęła się epidemia malarii.
Joice dowiedziała się o rybie – gambuzja pospolita, nazywana potocznie – mosquito fish, która masowo niszczyła komary. Dzięki jej staraniom założono liczne stawy hodowli tych ryb i w ciągu kilku lat malaria została wyeliminowana.

W ciągu dwóch lat praca i życie Joice i Sydney’a w Grecji ustabilizowały się, przyszedł czas na wakacje.
Po dwóch dniach podróży dotarli na półwysep Atos, nazwany tak na cześć syna Posejdona. W dali widzieli potężną sylwetkę Góry Atos.
Rozbili namiot w okolicach niewielkiego miasteczka Ouranopolis.
Tam spotkali mnichów z okolic świętej góry, którzy przyjeżdżali kupować kozie mleko.
W Monastycznej Republice Atos (obecnie uznanej oficjalnie przez Unię Europejską) istotom płci żeńskiej wstęp wzbroniony. Zakaz obejmuje więc również kozy. 
Jedyne wyjątki to koty niezbędne do kontroli szczurów i kury, których jajka są potrzebne do malowania ikon.
Wielu mnichów pochodziło z Rosji, skąd uciekli po rewolucji. Zaprosili Sydney’a do klasztoru i pokazali mu bibliotekę zaopatrzoną w księgi zarówno z Bizancjum jak i ze starożytnej Grecji i carskiej Rosji.

Sydney stał się regularnym gościem klasztorów na wyspie, gdzie zwiedzał biblioteki i skarbce.
Joice zaczęła pisać książki, na które nie miała czasu podczas pobytu w Polsce.
Pierwsza to – The fourteen thumbs of St Peter – sensacyjna opowieść inspirowana pobytem w ZSRR. 
Joice wykorzystała swoje wspomnienia z wystawy ateizmu w Moskwie, fakt aresztu przemytniczki relikwii oraz nowopowstały kult Lenina. Podobieństwo kultu boga i wodzów rewolucji było dla niej oczywiste.
Kolejna książka to River of hundred ways – relacja w pracy w Poworsku. Tytułowa rzeka to Prypeć.

Obie książki zainteresowały londyńskich wydawców i Joice otrzymała sporą zaliczkę, której znaczną część przeznaczyła na pomoc dla Ouranopolis – między innymi doprowadzenie wodociągu.

Wkrótce zorganizowała dostawy szczepionek i witamin dla dzieci chorych na malarię i krzywicę.

Nie minęło wiele czasu, a Joice stała się niezastąpionym członkiem miejscowej społeczności – pomoc medyczna, pisanie listów, załatwianie spraw urzędowych, organizacja szkół.
W Ouranopolis znajdowało się jeszcze coś, co zafascynowało Joice i Sydney’a – stara wieża.

Bardzo operatywny burmistrz miasta szybko zorientował się, że stała obecność osób takich jak małżeństwo Loch, to skarb i po krótkim czasie zaproponował im wieczystą dzierżawę wieży. Dzierżawa była poparta rządowym grantem.

Wkrótce małżonkowie doprowadzili wieżę do względnego porządku i przeprowadzili się. Z Salonik sprowadzili elektryka, który założył oświetlenie elektryczne, zasilane generatorem. Pierwszymi gośćmi w wieży byli mnisi z klasztorów na Górze Atos, głównie uciekinierzy z Rosji. Przyciągnęła ich informacja o dobrze wyposażonej bibliotece i dobra kawa. Inni goście to były zazwyczaj osoby proszące o lekarstwa i pomoc medyczną.
Zgłasiła się również do nich pani Zofia Topolska, wdowa po uciekinierze z Rosji, która zaoferowała prowadzenie domu w zamian za gościnę.
Wkrótce okazała się osobą nie do zastąpienia, a wieża w Ouranopolis stała się Instytucją.
Mieszkańcy wsi wiedzieli, że zawsze dostaną tu pomoc medyczną. Często w nocy budziło Joice stukanie do drzwi. Kyria (pani) Loch, doktorika! – dobiegało wołanie matki, która przyniosła chore dziecko.
Joice nawiązała współpracę z lokalnymi znachorkami-położnymi. Znajdowała wiele rozsądku w ludowej medycynie a ze swojej strony starała się wdrożyć zasady higieny i wykorzenić bezsensowne przesądy. 
Z drugiej strony wieża stała się popularnym miejsce urlopów dla licznych przyjaciół z Australii i Anglii. Odwiedził ją również Melchior Wańkowicz.

Jednak głównym wyzwaniem dla Joice była aktywizacja zawodowa kobiet, znalezienie im zajęcia, które podniesie ich pozycję społeczną, wyzwoli je z niewolniczej pracy w domu.
Znalazła – wiele przybyłych z Turcji kobiet wspominało jak spędzały tam wiele czasu na produkcji dywanów. Na początek zamówiła u lokalnego stolarza warsztat tkacki, wkrótce pierwszy, jedwabny, dywan o tureckim wzorze był gotowy. 

Wkrótceokazało się, że wiele kobiet chciałoby się podjąć takiej pracy. Potrzebna była wełna (jedwab był zbyt drogi), barwniki i krosna.

Joice wkrótce przełożyła to na konkretną akcję – znalazła misję Kwakrów, która zapewniła dostawy wełny, zorganizowała lokalną produkcję krosien. Miała wizję stworzenia rozpoznawalnej marki – Pirgos Rugs (woven in Macedonia).
Okazało się jednak, że jest pewien poważny problem – wzornictwo. Wszystkie jej podopieczne znały tylko motywy tureckie, perskie, muzułmańskie, które dla Greków były nie do przyjęcia
Zwróciła się o pomoc do Sydney’a, który miał dostęp do skarbów sztuki bizantyjskiej w klasztorach na Górze Atos. Razem opracowali unikalne wzory.
Przełamanie przesądów zabrało kilka lat, po których Pirgos Rugs zdobyły nagrodę na międzynarodowej wystawie. Za tym ruszyły zamówienia. Joice postarała się aby dotarły do Anglii, USA i Australii.

Lata mijały pracowicie i pogodnie aż nadeszła jesień 1939 – wybuch II Wojny Światowej. 
W Grecji panowała akceptowana przez obywateli dyktatura, która nie uległa naciskowi państw osi.
Pod koniec 1940 roku włoska armia zaatakowała Grecję. Napotkali niespodziewany opór i ostatecznie zostali przegonieni do Albanii. Było to pierwsze zwycięstwo Aliantów w tej wojnie.

Joice i Sydney’a nie było już wtedy w Grecji.
Już w sierpniu 1939 roku otrzymali list od Melchiora Wańkowicza, informujący o mobilizacji w Polsce.
Na Boże Narodzenie 1939 otrzymali telegram z nominacją Sydney’a na szefa Misji Kwakrów w Rumunii. Celem misji był ratunek uciekinierów z Polski.
Joice dostała zadanie zorganizowania opieki nad kobietami i dziećmi.

Pozostawili wieżę pod opieką pani Zofii Topolskiej, w Salonikach dostali bilety do Bukaresztu, gdzie mieli ściśle współpracować z poselstwem angielskim.

Sytuacja była następująca: uciekinierzy z Polski mieli dwie możliwości – zgłosić się do obozu dla internowanych, gdzie istniało ryzyko, że po inwazji Rumunii przez Niemcy lub ZSRR, ich los znacznie się pogorszy. Druga opcja – kupić na czarnym rynku wizy wyjazdowe z Rumunii, a wtedy poselstwo kupi im bilety do Francji. 

Dla odważnych, którzy gotowi byli zaryzykować ucieczkę do Jugosławii, Sydney organizował narty i odpowiednie ubrania.
Święta spędzili przy akompaniamencie polskich kolęd.

W ciągu następnych trzech miesięcy Kwakrzy zorganizowali w Anglii sporą pomoc finansową. Joice i Sydney przełożyli to na zorganizowanie mieszkania i wyżywienia.
Do pomocy dołączyło się wielu zamożnych i wpływowych Rumunów.
Dzięki nim działalność komitetu Save the Poles stała się na tyle widoczna, że król Karol II przyznał Joice Order Elżbiety, a Sydney’owi Order Gwiazdy.
W tej atmosferze zorganizowany został elegancki bal charytatywny, po którym Joice dostała ciekawą propozycję – z uzyskanych funduszy miała zorganizować drukarnię w obozie uchodźców. Propozycja wydawała się nieco ekstrawagancka, ale miała drugie dno – w obozie przebywa zawodowy fałszerz dokumentów, który potrafi wyprodukować wizy wyjazdowe. 
Doświadczenie Sydney’a z organizacji drukarni w Polsce okazało się bardzo przydatne.

Wiosna 1940 – w Bukareszcie pojawiły się bojówki faszystowskiej Żelaznej Gwardii, Hitler zażądał od Rumunii zwiększenia dostaw żywności i ropy naftowej.
Bułgaria i ZSRR zaanektowały rumuńskie tereny przygraniczne.
Ceny poszybowały do góry, dobroczynność Rumunów zmalała.

Trzeba wyprowadzić stąd tysiące polskich uciekinierów – TERAZ.

Sydney został szefem operacji Pied Piper (Flecista z Hamelinu, szczurołap, który z niemieckiego miasteczka Hameln wyprowadził dzieci, grając na flecie).
Cel – wywieźć Polaków na Cypr (Anglia wyraziła zgodę), a stamtąd na Bliski Wschód, głównie do brytyjskiej Palestyny.

We wrześniu pierwsza grupa opuściła pociągiem Bukareszt. Pierwszy przystanek – port Konstanca nad Morzem Czarnym, stamtąd prom do Konstantynopola, a kolejny prom – do Mersin w tureckiej Anatolii.
W Mersin trafiła się okazja – prom Warszawa, który został zakontraktowany przez brytyjską armię do transportu polskich żołnierzy do Palestyny, może zrobić mały skok w bok i przewieźć Joice i uciekinierów z Rumunii na pobliski Cypr.

Na Cyprze Joice spotkała Sydney’a, który przypłynął tu z grupą ponad 1 000 polskich uchodźców.
Pobyt na Cyprze nie trwał długo. Wiosną 1941 Niemcy zaatakowały Grecję, Cypr nie był bezpieczny. Anglia zorganizowała transfer uchodźców do Haify w Palestynie.
Bilans operacji Pied Piper – 2 500 osób uratowanych.

W Haifie Joice mogła zobaczyć na każdym kroku niebieskie paski wspomniane przez polskiego generała…

Star of David

W 1942 roku do Palestyny zaczęli napływać polscy uchodźcy z ZSRR, wyprowadzeni z Armią Andersa. 
Konieczne było założenie obozu Tel Avivie, gdzie było więcej przestrzeni.
Wśród uciekinierów było wiele dzieci – sierot lub odłączonych od rodziców. Wkrótce Joice miała pod opieką około 10 000 dzieci i wdów.
Pzy okazji udało jej się dopilnować istotnej sprawy – wpisania dzieciom do dokumentów statusu żołnierza. To przenosiło finansowy ciężar ich utrzymania na brytyjskie War Office.
Zaliczały się do tego mundury, nawet najmniejsze rozmiary wyglądały karykaturalnie na 12-letnich, wygłodzonych dzieciach

Istotnym problemem był tyfus. Na masowe szczepienia brakowało funduszy, na szczęście grupa polskich uciekinierów zorganizowała występy, dochody wystarczyły na stworzenie laboratorium, w którym znajdujący się w gronie uchodźców naukowcy wkrótce zaczęli produkować szczepionkę.

Od polskich żołnierzy Sydney dowiedział się o zbrodni katyńskiej. Napisał na tej podstawie szczegółowy raport do War Office, licząc, że żołnierska solidarność przełoży to na wymierną pomoc.
Raport zaginął bez śladu. To nie był wygodny dokument w klimacie militarnego sojuszu z ZSRR.

Wiele dzieci chorowało na szkorbut. Potrzebne były witaminy, co nie było proste do załatwienia przez biurokratyczną machinę brytyjskiej armii.
Sydney wymógł wypożyczenie wojskowego samochodu, za godzinę byli w Jaffie – krainie pomarańczy. Już w pierwszym sadzie udało im się kupić na pniu, za 25 funtów, całoroczny zbiór z 12 000 drzew.

Po kilku miesiącach w obozie pojawił się kolejny problem – wiele kobiet zaszło w ciążę, ale po porodzie nie były w stanie karmić swoich dzieci piersią. 
Armia miała proste rozwiązanie – wojskowy przydział mleka w proszku.
Joice zdołała przeforsować zakupy świeżego mleka na pierwsze dziewięć dni życia od lokalnych matek.

Rok 1944 dobiegał końca, krytyczna sytuacja w obozach w Palestynie unormowała się. Anglia uregulowała sprawę migracji uchodźców w obozach w swoich koloniach. Sydney i Joice chcieli dołączyć do tego Australię, ale restrykcyjna polityka migracyjna pozwoliła na to dopiero w 1947 roku.
Przed powrotem do “domu” Joice i Sydney zostali udekorowani przez Polski Rząd na Emigracji złotymi krzyżami zasługi.

Dom – znaczy Grecja.
Sydney dostał list od Towarzystwa Przyjaciół, mianujący go szefem Szkoły Rolniczej, Joice została trochę dłużej, żeby przekazać pracę nowoprzybyłym.
Sydney, na statku do Grecji spotkał reprezentantów nowej generacji pracowników społecznych – świetnie opłacanych i kapryśnych pracowników UNRRA.

U celu zastali kraj kompletnie zniszczony wojnami, tą z Niemcami i domową.
Podczas wojny pozytywnie wyróżnili się greccy partyzanci o przekonaniach komunistycznych i właśnie oni uzyskali główne poparcie militarne Anglii.
Po wojnie nastał nowy porządek – tereny starożytnej Macedonii zostały podzielone między komunistyczne Albanię, Bułgarię i Jugosławię.
Komuniści pozostali w Grecji rozpalali wojnę domową. Liczba greckich ofiar wolny domowej przekroczyła ilość ofiar podczas wojny.

Na gospodarczym froncie – komuniści spustoczyli gospodarstwa rolne.
To był pierwszy kierunek działania – skierować fundusze UNRRA na zakup ziarna i zwierząt hodowlanych.
Minęło wiele miesięcy zanim dotarli do Oraonoupolis.
Wieża stała, ale jej wnętrze było całkowicie rozgrabione i zniszczone. Komuniści zamodrowali panią Zofię, a także wielu osobistych przyjaciół Joice i Sydney’a.
Musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim bardzo groźne bojówki komunistyczne przeniosły się do Jugosławii.

Joice uzyskała nieco środków od Towarzystwa na odbudowę zaincjonanych przez nią ośrodków medycznych. Król Grecji osobiście poprosił Joice o aktywizowanie produkcji dywanów, ale nie dał na to żadnych pieniędzy.
Mimo to produkcja ruszyła, ale zbyt w zniszczonej wojną Europie był słaby. Joice i Sydney zaapelowali do przyjaciół na innych kontynentach.

Życie wracało do normy, niestety smutną tego stroną były starość i śmierć. W 1954 r zmarł Sydney, Joice zdała sobie lepiej sprawę, jak wielu jej starych przyjaciół zmarło.
Ogromną podporą dla niej było, że owoce jej pracy w lokalnej społeczności nigdy nie umrą, wciąż będą podejowane przez nowe generacje, które zapamiętają ich początki i twórców.

W ostatnich latach życia Joice dprowadziła do realizacji bardzo istotnej inicjatywy – doprowadzenia do Ouranoupolis szosy i wodociągu.
Jej ostatnie (bardzo popularne) dzieło literackie to Tales of Christopilos – zbiór lokalnych opowieści opowiedzianych przez młodego chłopca i jego osła.

W roku 1962 Joice odwiedziła Melchiora Wańkowicza w Warszawie.

Zmarła wczesną zimą 1982.

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter BreadKLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK

Joice Nankivell, Kraina, której nie było (1)

Lech Milewski

This image has an empty alt attribute; its file name is cobwebladder.jpg

Pajęcza drabina

Chciałbym Państwu przedstawić Australijkę, której dziecięce życzenie, aby po pajęczej drabinie wspiąć się do Krainy, Której nie Było  – spełniło się i to z nawiązką.
Najpierw jednak ja sam musiałem pokonać skomplikowany labirynt covidowych restrykcji, aby wreszcie zostać doprowadzonym przez długi łańcuch bibliotecznych strażników do stołu, na którym, na poduszce, spoczywał pierwszy szczebel mojej wędrówki.

Skąd taka specjalna troska?
Książka wydana w 1915 roku.
Ja jestem odrobinę młodszy i nie potraktowano mnie tak luksusowo.
Zatem i ja będę traktować moich czytelników dość obcesowo i strzelę na początku z działa dużego kalibru – 

J. Nankivell-Loch – A Fringe of Blue.

Oficjalna wizyta generała Focha w Polsce?
To musiało chyba być w roku 1923 – KLIK.
A skąd tam ta osoba o rzadkim (kornwalijskim) nazwisku?
Mało tego, google podpowiedziało mi, że pani Nankivell została wtedy odznaczona Krzyżem Zasługi. 
To chyba uzasadnia moją ciekawość i chęć podzielenia się odkryciami.
Zacznę od początku…

Joice Nankivell urodziła się w 1887 roku w rodzinie właściciela plantacji trzcin cukrowej w Queensland. To zapowiadało początek bardzo wygodnego życia, jednak już po kilku latach nad plantacją zaczęły gromadzić się chmury.
Wujek Joice, który był posłem do parlamentu stanowego, ostrzegł jej ojca, że dyskutowany jest tam projekt zakazujący korzystania z niewolniczej siły roboczej. Na plantacjach trzciny cukrowej byli to Kanacy, mieszkańcy wysp Pacyfiku.

By Unknown photographer, Public Domain, Link

George Nankivell zignorował ostrzeżenie, zresztą nie miał wielkiego pola manewru. Jego, bardzo zamożny ojciec, nie dał synom żadnej finansowej odprawy lecz oddał pod ich zarząd swoje, mocno zadłużone, plantacje.

George nie posłuchał rad, żeby zdobyć jakieś kwalifikacje potrzebne do pracy urzędniczej, krewni i znajomi mogli pomóc znaleźć wygodną posadę, uważał jednak, że siłę czerpie się z ziemi.

W rezultacie plantacja trzciny zbankrutowała, komornik zabrał całe luksusowe wyposażenie rodzinnej rezydencji.
George pojechał do Zachodniej Australii szukać złota, żonę i dzieci (do Joice dołączył brat, Geoff) wysłał do swoich rodziców w Melbourne.

Nankivell seniorzy mieszkali w luksusowej rezydencji w Melbourne, ale była to tylko fasada. Bankructwo w Queensland było dla nich szokiem, wizytę synowej i wnucząt traktowali jak dopust boży.
Siedmioletnia Joice zapamiętała, że w sobotę wieczorem, jej matka, jak każdy ze służących, dostawała tygodniową rację zapałek – 8 sztuk.
Na domiar złego Joice podpatrzyła, że jej babcia jest łysa i nosi perukę. Oczywiście nie omieszkała obwieścić tego przy posiłku i od tego czasu, ilekroć w domu byli goście, wnuczka była wysyłana do swojego, zimnego, pokoju.
W rezultacie mama Edith zwróciła się o pomoc do swojej rodziny i wkrótce wraz z dziećmi przeniosła się do swojej siostry Lily w słonecznym Brisbane (stan Queensland).
To też życie nie była sielanką. Lily była dewotką i absolutnie nie akceptowała stylu życia i sposobu wychowywania dzieci przez swoją siostrę. 
Z tego pobytu Joice zapamiętała codzienne długie modlitwy i wyjścia do kościoła, w niedzielę dwukrotne.

Po roku George Nankivell stracił nadzieję na znalezienie złota i postanowił wrócić do pracy na roli. Kuzyn zaoferował mu pozycję managera na farmie owiec w stanie Wiktoria. Warunkiem było spłacenie długu ciążącego na tej farmie. 
George nie miał żadnego kapitału i nie mógł liczyć na wsparcie ojca. Zgodnie z ówczesnym prawem nie musiał pytać żony o zgodę, więc, bez jej wiedzy, przeznaczył na ten cel cały jej posag.

Dwudniowa podróż pociągiem i dwa dni pobytu w hotelu w Melbourne były ostatnim miłym akcentem tego roku.
Z Melbourne pojechali pociągiem w głąb rolniczego Gippsland, gdzie czekał na nich ojciec i bryczką zawiózł do ich nowej rezydencji.

Drewniana, trzypokojowa, podszyta wiatrem, budka.
Szpary w ścianach uszczelnione starymi gazetami i jutowymi workami. Na klepisku odchody myszy, które były tu głównymi lokatorami.
W dobudowanej do budki budce znajdowała się kuchnia. Tam Edith zorientowała się, że dom nie posiada zbiornika z wodą. Mąż z dumą pokazał jej usprawnienie – wodę czerpało się z rzeki spuszczanym tam na łańcuchu kubłem.
Była właśnie zima, deszczowo i przeraźliwie zimno.
George spędzał większość czasu w siodle, pilnując bydła i owiec. Do Edith należała opieka nad domem i dziećmi. O szkole nie było mowy. Mieszkali na zupełnym pustkowiu, nie mieli żadnych sąsiadów. 
Edith spędzała sporo czasu ucząc dzieci z przezornie przywiezionych starych podręczników.
Na domiar złego okazało się, że Geoff cierpi na astmę.

Jedynym miłym zajęciem dzieci były wyprawy do lasu, czasami połączone z przyrządzeniem posiłku na ognisku i nocowaniem w namiocie. 
To pewnie wtedy powstał pomysł przeniesienia się do Krainy, Której nie Było.

Lato przyniosło istotną zmianę, na gorsze – upały i suszę.
Joice zapamiętała do końca życia wycie umierających z głodu zwierząt i usuwanie ich zarobaczonych zwłok.
Szczęściem w nieszczęściu było sprowadzenie się na farmę również zbankrutowanego brata George’a. Wykazał on więcej troski o Edith i jej dzieci i doradził im aby przeniosły się w bardziej cywilizowane miejsce. Wróciły więc do niezbyt im przychylnej cioci Lily w Queensland.

Po roku George zdecydował się przenieść na mniejszą farmę, w nieco bardziej cywilizowane okolice. Najważniejsze, że w okolicy była szkoła.
Byli też sąsiedzi, towarzystwo dzieci.

Joice zapamiętała wizyty wędrownych kaznodziei przeróżnych denominacji religijnych. Największą atrakcją były wizyty Armii Zbawienia. Ich domem były wozy pokryte plandeką, a towarzyszyła im orkiesta. Z całej okolicy zbiegały się dzieci, biegły za wozem i śpiewały: 
There are no flies on Jeezus,
No flies on Jeezus.
There are no flies on Jeezus,
No bloody flies on him
.

Wyjaśniam, że muchy są wręcz legendarnym utrapieniem Australijczyków.

To może właściwe miejsce żeby wspomnieć, że Joice pisze również kilka razy o kontaktach z Aborygenami. Pisze równie otwarcie jak o tej piosence.
Jednak w obecnych czasach, to co ujdzie w odniesieniu do Jezusa, nie uszłoby w Australii w odniesieniu do Aborygenów, zamilknę więc, gdyż cytowanie tych wspomnień mogłoby spowodować ukrycie książek Joice w jakimś lochu.

Dygresja – z podobnego powodu wymazano z historii staromodną protektorkę Aborygenów, Daisy Bates, o której pisałem na tym blogu – KLIK.

Bardzo istotna dla Joice była kilkumiesięczna wizyta dalekiego kuzyna jej ojca – wybitnego lekarza. Postanowił on spędzić kilka miesięcy w terenie, badając stan zdrowia i poziom opieki lekarskiej w okolicy. Obejmowało to wiele interwencji medycznych, w tym operacje. Joice była jego asystentką i wkrótce zdobyła bardzo istotne kwalifikacje.
Zaczęła snuć marzenia o studiach medycznych, ale kuzyn był bardziej racjonalny – studia są długie i bardzo kosztowne, a status kobiety-lekarza, niski. Wątpi, aby to dało jej satysfakcję.

Atrakcją innego rodzaju było wprowadzenie Joice na arenę panien do wzięcia. Kolejna ciocia zaprosiła Joice na Tasmanię na okres karnawału. Świetna okazja, aby poznać stosownych kawalerów. Joice wzbudziła spore zainteresowanie, ale nie odwzajemniła go. Wprost przeciwnie, po wielu latach obserwacji zmarnowanego życia swojej matki, nie widziała się na ani na farmie, ani jako posłuszna żona.

W tej sytuacji pozostał tylko powrót do dziecięcych marzeń.
Joice napisała cytowaną na wstępie książkę dla dzieci – The Cobweb Ladder. Książka została wysoko oceniona przez wydawcę, który spodziewał się, że będzie ona przebojem na Boże Narodzenie.

To był rok 1914. W lipcu wybuchła wojna.
Nakład książki musiano zmniejszyć z powodu racjonowania papieru, zresztą  należało się spodziewać zmniejszenia popytu. Geoff zglosił się do służby w wojsku i wkrótce został wysłany na europejski front gdzie zginął w drugim roku wojny.

Ojciec Joice zorientował się, że nie ma sensu prowadzić dużej farmy z myślą o przyszłości swoich dzieci, a właściwie już tylko jednego, Joice nie potrzebowała posagu. W tej sytuacji George Nankivell sprzedał farmę hodowlaną i zakupił sady czereśniowe, których prowadzenie nie wymagało wiele wysiłku.

Joice zdecydowała się na przeprowadzkę do Melbourne, gdzie znalazła pracę jako sekretarka na Wydziale Historii Klasycznej tutejszego uniwersytetu. Równocześnie miała roboczy kontakt z redakcjami i wydawnictwami i dzięki temu poznała dobrze zapowiadającego się pisarza – Sydneya de Loghe, który uprościł swoje nazwisko na – Loch.

Sydney Loch pochodził ze szkockiej rodziny arystokratycznej, której z dawnej świetności pozostało tylko nazwisko. Kilka lat wcześniej emigrował do Australii, gdzie spróbował pracy na farmach bydła. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się do australijskiej armii i został ranny w bitwie pod Gallipoli. Do końca życia lekko utykał.
Po powrocie do Australii napisał książkę The Straits Impregnable (Cieśnina nie do przebycia), w której opisał wiele przypadków niekompetencji angielskiego dowództwa kampanii.
Przez kilka kilka miesięcy książka była sensacją. Gdy zauważyły ją władze, została natychmiast wycofana z rynku.

Nie minęło wiele czasu, a Joice i Sydney stwierdzili, że są stworzeni dla siebie. 22 lutego 1919 roku wzięli cichy ślub w Melbourne. Joice nie mogła się oprzeć pewnej kobiecej słabości i na świadectwie ślubu podała swój wiek 26 lat (miała już 32).

Miesiąc miodowy spędzili już w Europie, po czym osiedlili się w Anglii. Joice już w Australii nawiązała kontakt z kilkoma redakcjami w Londynie i wkrótce zaczęła publikować wiersze i artykuły o Australii. Sydney poszedł w jej ślady, ale rozglądał się za jakimś poważniejszym wyzwaniem.

Wkrótce je znalazł.
Rok 1920 – w Irlandii toczyła się już drugi rok wojna domowa między irlandzkimi republikanami IRA i Wielką Brytanią. 

Sydney znalazł bardzo wartościowy kontakt – Anglik pracujący dla brytyjskiego wywiadu – major X.
Ta znajomość pomogła w zdobyciu wielu cennych informacji, ale też naraziła Sydney’a i Joice na podejrzenia obu walczących stron. W rezultacie wrócali do Anglii, ale nawet tu dostali ostrzeżenie, że nie są bezpieczni.
Wymiernym efektem pobytu w Irlandii była książka – Ireland in Travail (Bóle przy porodzie Irlandii).

Dokąd teraz?
Oczywistym kierunkiem był Związek Radziecki.
Wszak tam działa się Historia.

Konkurencja na rynku dziennikarskim była jednak zbyt duża. Znajomi zasugerowali kontakt z organizacją charytatywną, konkretnie Society of Friends, bardziej znaną jako Kwakrzy.

Joice i Sydney zaprezentowali się na interview z najgorszej strony – Joice była ubrana modnie i swobodnie, nie byli praktykującymi protestantami, swoje małżeństwo traktowali jako przyjacielski związek.
Być może z tego powodu zaproponowano im mało popularny kierunek – Polskę.
Ich jedynym atutem były kontakty wśród londyńskich wydawców. Towarzystwo Przyjaciół liczyło, że korespondencje z Polski mogą przyciągnąć zamożnych darczyńców.

Na marginesie wspomnę, że świat intelektualny Wielkiej Brytani podczas toczącej się kilka miesięcy wcześniej (1920 rok) wojnie Polsko-Sowieckiej, opowiadał się zdecydowania po stronie ZSRR.
Joice odwiedziła znajomych wydawców w Londynie, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem.
Nikt nie chciał słuchać o polskich ofiarach sowieckiego komunizmu. Anglicy darzyli sympatią ludzi, którzy obalili cara. Komunizm z Leninem na czele miał załatwić wszystkie problemy ludzkości.

Wczesną wiosną 1922 roku Joice i Sydney dojechali pociągiem do Warszawy.

Pierwsze wrażenie – cerkiew w centrum miasta (prawdopodobnie ta na Placu Saskim).
Na dworcu przywitał ich wysoki, elegancki mężczyzna – książe Mieńszykow – emigrant z Rosji.
Książę zaprowadził ich do pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac prezydencki lub pałac na Długiej – Instytut Sztuki PAN lub pałac na Miodowej – Ministerstwo Zdrowia), w którym znajdowały się kwatery dla mężczyzn.
Joice została zaprowadzona do znacznie skromniejszej kwatery dla kobiet.
Podczas kilku dni pobytu w Warszawie, Joice zawarła istotną znajomość, poznała Melchiora Wańkowicza.

Warunki pracy:
7 dni w tygodniu, nienormowany czas pracy, zapewnione mieszkanie i transport, niewielkie kieszonkowe. Wszelkie dochody z pracy dziennikarskiej mają oddawać Towarzystwu Przyjaciół

Docelowe miejsce pracy to gospodarstwa na Wschodzie, z których z powodu wojny i rewolucji uciekło kilka milionów ludzi. Teraz wracają, bez niczego, w fatalnym stanie zdrowia, wielu zmarło na tyfus.
Co miesiąc do Polski przyjeżdżał pociąg z pomocą – mleko skondensowane, odżywki dla niemowląt, koncentrat mięsny Bovril, sardynki w puszce.
Sydney został wkrótce wydelegowany na wschód (miejscowość Selecz?) gdzie miał zorganizować akcję wypożyczania koni. Rolnicy mogli wypożyczyć od armii konie do wykorzystania przy orce. Rezultat był taki, że po kilku dniach koń wracał zagłodzony i kompletnie wyczerpany. Sydney zaproponował aby dostarczać grupę koni dla całej wsi i aby im towarzyszył fachowy opiekun. Rezultaty były bardzo dobre.
Kolejny projekt to zaopatrzenie w drewno do odbudowy gospodarstwa. Rolnik miał prawo wycięcia 35m3 z państwowego lasu jednak zbiurokratyzowany system działał bardzo nieefektywnie. Sydney załatwił przejęcie całej biurokracji przez Kwakrów. Z Anglii sprowadzili maszyny drukarskie i wkrótce projekt ruszył do przodu.
W tym czasie Joice została zatrudniona w stacji odwszania (Powalski delousing station??).
Stacja przyjmowała uchodźców polskich, białoruskich, ukraińskich i żydowskich. Pracownicy ubrani byli w czarne kalosze i srebrne fartuchy, wyposażeni w nożyczki, brzytwy i butelki ze środkami do dezynfekcji. Całe dni spędzali w kłębach pary, otoczeni przez nagich, chudych jak szkielety pacjentów pokrytych “białą kurtyną wszy”.
Racja żywności dla personelu: rano – czarna herbata i kromka chleba, wieczorem – rzadki kapuśniak, kromka chleba, pół puszki sardynek.
Joice zrezygnowała z porannej kromki chleba na rzecz swoich podopiecznych, którzy odbywali tu kwarantannę.
Efektem tych doświadczeń była seria artykułów, która zaowocowała zorganizowaniem pociągu z dostawą żywności, leków i prezentów na Święta.

Co dwa miesiące odbywało się spotkanie w Warszawie, a to było okazją, by spotkać się z mężem.
Miejsce spotkań – sala balowa pałacu Radziwiłłów.
Relacjonowano postęp prac i dyskutowano nowe projekty.
Po obradach uczestnicy przechodzili do jadalni, gdzie ubrana w liberia służba podawała wodnistą zupę wzmocnioną koncentratem bovril oraz jarzyny w ryżem. Posiłek popijano wodą serwowaną w rodzinnych kryształach Radziwiłłów.

Jesienią Joice i Sydney zostali przeniesieni do misji w Poworsku (Wołyń, 30 km od Kowla) nad Prypecią. 

Sydney zajął się organizacją produkcji pługów, które będą potrzebne podczas wiosennej orki.
Joice została zatrudniona jako pomoc medyczna (felczerka?).
Początek listopada – stan zdrowia zarówno ochotników Towarzystwa Przyjaciół jak i miejscowej ludności był tragiczny. Również Joice zachorowała na dezynterię.

Właśnie wtedy Joice stwierdziła, że jest w ciąży. Przeniesiono ją do Warszawy, ale ciąży nie udało się uratować.

Swoją działalność w Poworsku opisali później w książce – The River of a hundred Ways.

Środek zimy, działalność Towarzystwa Przyjaciół zamarła.
Sydney i Joice dostali urlop i prezent – delegację do biura Towarzystwa w Moskwie.

Po opuszczeniu Mińska, ostatniej stacji na polskim terytorium, pociąg wyraźnie zwolnił, wreszcie stanął na bezkresnym stepie. Maszynista i konduktor przeszli po przedziałach zbierając pieniądze “na szybkość”.
W pociągu nie było wagonu restauracyjnego, tylko samowar. Jedzenie można było kupić na stacjach, gdzie pasażerów otoczały żebrzące, zagłodzone dzieci.
Dodatkowych emocji dostarczyło im wkroczenie do ich przedziału policji, która aresztowała podróżującą z Londynu młodą dziewczynę. Z uwag pasażerów zorientowali się, że była ona podejrzewana o przemyt relikwii z Rosji do Anglii.

Na dworcu w Moskwie czekała na nich przedstawicielka Towarzystwa Przyjaciół i zawiozła ich do hostelu, który znajdował się w zrujnowanym pałacu nieopodal Kremla.
Tu dowiedzieli się, że Towarzystwo współpracuje ściśle z międzynarodowym komitetem pomocy prowadzonym przez Fridtjofa Nansena, który zdołał zyskać poparcie wielu krajów europejskich.
Udało mu się zabezpieczyć duże dostawy kukurydzy, niestety bardzo zawodny transport spowodował, że wiele dostaw nie dotarło w terminie do celu i zmrożona kukurydza nie zakiełkowała na wiosnę.
Dowiedzieli się również, że spore ilości dostarczanej z Europy żywności są odsprzedawane przez komunistów, głównie do Niemiec, jako spłata pożyczki, z której finansowano Rewolucję.

W niedzielę ludzie, którzy nie otrzymywali kartek na żywność – arystokraci, kułacy – tłoczyli się na placach, próbując sprzedać pozostałości po dawnych czasach, niektórym nie pozostało już nic innego tylko żebrać. Jednocześnie całkiem dobrze funkcjonowały eleganckie restauracje, które wypełniali oficjele partyjni i “nepowcy” – beneficjenci Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP). Dobrze funkcjonowały też instytucje kulturalne, energicznie działała kulturalna awangarda.

Joice i Sydney odwiedzili operę, gdzie wystawiano Lohengrina w nowoczesnej, kubistycznej, scenerii. Bilety były śmiesznie tanie, co miało zachęcać klasę robotniczą.
Dodatkowym punktem pobytu była wizyta w Buzułuk, gdzie Kwakrzy prowadzili zakład opiekuńczy dla 16.000 dzieci.
Sydney podzielił się swoimi pomysłami z Polski, Joice włączyła się do pomocy pielęgniarkom.

Po powrocie do Moskwy zdążyli jeszcze obejrzeć wystawę ateizmu, zorganizowaną przez gazetę Bezbożnik.
Na wystawie zgromadzono eksponaty demonstrujące bogactwo kościoła i jego zakłamanie – relikwie, wśród nich aż trzy całuny, w które zawinięte było ciało Jezusa, 14 kciuków św. Piotra.

Towarzystwo Przyjaciół poprosiło Joice i Sydneya, aby nie publikowali żadnych materiałów na temat warunków życia w ZSRR, gdyż poskutkują one likwidacją ich działalności.

Wrócili do Warszawy, gdzie na ulicach topniały resztki śniegu.
Wiosna spełniła wiele nadziei, program odbudowy gospodarstw zaowocował ponad tysiącem domów, do gospodarstw dostarczono pługi. Jesienne siewy zapowiadały dobry plon. 
Joice i Sydney otrzymali zaproszenia do Belwederu na ceremonię podziękowania Kwakrom za ich pracę w Polsce. Oboje otrzymali krzyże zasługi.

Oznaczało to również koniec ich działalności. Większość cieszyła się na myśl o powrocie do domów, do rodzin. Joice i Sydney zdali sobie sprawę, że nie mają do czego wracać.
Sydney potrzebował jeszcze kilku miesięcy, aby zakończyć projekt utworzenia szkoły rolniczej w pobliżu Brześcia nad Bugiem, Joice była wolna.
Melchior Wańkowicz poradził im, aby osiedlili się w Polsce, ale po ostatniej zimie tęsknili za cieplejszym klimatem.

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie wzięli udział w spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół podsumowującego działalność w Polsce.

Ciąg dalszy jutro

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter BreadKLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK

Reblog. Czas czereśni. Czas wiśni.

Ewa Maria Slaska

Hanami, czereśnie, wiśnie i chodzenie po mieście

W tym roku nie obchodziliśmy w Berlinie Hanami, japońskiego święta kwitnącej wiśni, ale w kilku miejscach w mieście można po prostu oszaleć, tak właśnie jest lub było różowo i pięknie. Zresztą u mnie za oknem też rośnie wielkie stare drzewo, o którym ja twierdzę, że to wiśnia, a przyjaciel, ogrodnik-amator, że czereśnia. Ale czy to ważne…

Część z tych wiśni posadzili nam (czyli Berlinowi) Japończycy, np. nad Teltowkanal, gdzie jest aleja tysiąca kwitnących drzew. To bardzo piękne zajęcie na weekend majowy – spacer pod baldachimem kwitnących drzew. A właśnie kwitną. Właściwie to mieliśmy obchodzić Hanami już przed dwoma tygodniami, ale zimna była wiosna w tym roku i kwitną dopiero teraz.
Jeśli chcecie tam pojechać, najlepiej wsiąść w autobus 184 przed dworcem Südkreuz (autobus jedzie do Lichterfelde Ost) i dojechać prawie do końca, do przystanku Schwelmer Str. Przejść na drugą stronę ulicy i kilka metrów do przodu (dalej w kierunku jazdy) i już zobaczycie… Można też pojechać autobusem M85 z Hauptbahnhof do końca i dojść jeden przystanek na piechotę.

Piękny jest czas, kiedy kwitną wiśnie. Pisałam już o tym wiele lat temu, i już raz reblogowałam. Teraz rebloguję to po raz drugi. W roku 2013 napisałam.

To, że dziś właśnie posłuchamy Czasu wiśni zawdzięczam(y) facebookowej grupie założonej przez Anatola Borowika: “Fani Bułata Okudżawy… łączcie się!” Grupa przypomina nie tylko Okudżawę, ale również i inne piękne utwory muzyczne i poetyckie. Czas wiśni, przypomniany przez Marynę Bersz Szturo Over, bez problemów znalazłam na youtubie po francusku i po niemiecku, z trudem, i tylko dzięki temu, że piosenka w wersji oryginalnej pojawia się w japońskim filmie Szkarłatny pilot w reżyserii Hayao Miyazaki, znalazłam angielską wersję tekstu. Polskiej nie ma. Ani w wersji muzycznej, ani słownej, co dziwne i ciekawe, bo Le temps de Cerises to jeden z najczęściej coverowanych utworów na świecie. Zrobiłam więc tłumaczenie sama…

Le temps de Cerises

Le Temps des cerises est une chanson de 1866, paroles de Jean-Baptiste Clément, musique d’Antoine Renard. Interprétation: Yves Montand.
Cette chanson est si fortement associée à la Commune de Paris que, dans les esprits, elle fut écrite pour elle. Pourtant elle fut écrite sous Napoléon III avant même la guerre de 1870.

Tak, ta zwykła prosta francuska piosenka o miłości, ludowy przebój o tym, że kocham, choć czas czereśni i miłości jest krótki i przemija, ja jednak kocham i nawet jeśli te czereśnie i ta miłość minęły, wiem, że kiedyś powróci następna miłość… Ta ludowa piosenka nabrała specjalnego znaczenia podczas rewolucji Komunardów w 1870 roku. Jak to opowiada podczas koncertu wieczny wojownik Wolf Bierman, którego interpretację przypominam poniżej, był to pierwszy w Europie moment, w którym to lud powiedział, czego chce. Komuna przegrała, ale komunardzi i ich zwolennicy wierzyli, że walka się nie skończyła, że będziemy walczyć i kiedyś zwyciężymy. I wtedy właśnie piosenka o miłości i czereśniach stała się symbolem tej wiary w zwycięstwo. Nie zmieniono w niej ani jednego słowa, to tylko śpiewający wiedzieli, że śpiewają o czymś innym.

Dopisek 1: Rok 2017. Dziś, po czterech latach po opublikowaniu pierwszej wersji tego wpisu, w czerwcu 2017, dedykuję tę piękną piosenkę o lecie, czereśniach, miłości i zwycięstwie, nam wszystkim, Polakom, którzy wierzą (i wiedzą), że skoro pokonaliśmy zaborców, Hitlera i komuchów, to przetrwamy i szaleństwo Kaczyńskiego.

Dopisek 2: Rok 2021. Po następnych czterech latach od tamtego reblogu nie jestem już taka pewna, że pokonamy Kaczyńskiego. Do niedawna myśleliśmy, że jeśli tak będzie, to zrobią to kobiety. Teraz po rozpadzie lewicy na tę sprzedajną, liberalną i tę wierną pryncypiom, okazało się, że kobiety też się obrzucają wyzwiskami i kłócą, co oczywiście przypomina tę słynną scenę z Żywota Briana:
– Kto jest naszym największym wrogiem?, pyta retorycznie dowódca Narodowego Frontu Judei.
– Noooo, Rzymianie, odpowiadają niepewnie działacze.
– Nie, zaprzecza przywódca. Naszym głównym wrogiem jest oczywiście Ruch Wolnej Galilei.

Le temps de Cerises

Quand nous chanterons, le temps des cerises
Et gai rossignol et merle moqueur
Seront tous en fête.
Les belles auront la folie en tête
Et les amoureux du soleil au coeur
Quand nous chanterons, le temps des cerises
Sifflera bien mieux le merle moqueur.

Mais il est bien court le temps des cerises
Où l’on s’en va deux cueillir en rêvant
Des pendants d’oreilles,
Cerises d’amour aux robes pareilles
Tombant sous la feuille en gouttes de sang.
Mais il est bien court le temps des cerises
Pendant de corail qu’on cueille en rêvant.

Quand vous en serez au temps des cerises
Si vous avez peur des chagrins d’amour
Evitez les belles!
Moi qui ne crains pas les peines cruelles
Je ne vivrai point sans souffrir un jour.
Quand vous en serez au temps des cerises
Vous aurez aussi des peines d’amour.

J’aimerai toujours le temps des cerises
C’est de ce temps là que je garde au coeur
Une plaie ouverte.
Et Dame Fortune en m’étant offerte
Ne pourra jamais fermer ma douleur,
J’aimerai toujours le temps des cerises
Et le souvenir que je garde au coeur.

Couplet ajouté pendant la guerre de 1871

Quand il reviendra le temps des cerises
Pendores idiots magistrats moqueurs
Seront tous en fête.
Les bourgeois auront la folie en tête
A l’ombre seront poètes chanteurs.
Mais quand reviendra le temps des cerises
Siffleront bien haut chassepots vengeurs.

Time of cherries

When we sing of the time of cherries,
gay nightingales and mocking blackbirds will celebrate,
pretty girls will have folly in their heads,
and lovers, sunshine in their hearts.
When we sing of the time of cherries,
the mocking blackbird will sing better.

But it is very short, the time of cherries,
where some go to gather earrings in a dream,
cherries of love in similar gowns
falling beneath the leaves like drops of blood.
But it is very short, the time of cherries,
coral pendants which one gathers in a dream.

When you are in the time of cherries,
if you fear the sorrows of love, avoid the pretty girls.
I, who do not fear the cruel distress,
I will never live a day without suffering.
When you are in the time of cherries,
you will also have the distresses of love.

I will always love the time of cherries,
it’s from those times that I hold in my heart an open wound,
and the offerings of lady luck
can never soothe my suffering.
I will always love the time of cherries,
and the memory I hold in my heart

***

Czas czereśni

Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
słowiki, i kosy i drozdy
śpiewają – w głowie
dziewczyny szaleństwo mają
a kochankowie słońce w sercu
Gdy śpiewamy o czasie wiśni a z nami
kosy i drozdy lepiej śpiewają

Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy zbieramy we śnie wiśnie
i czereśnie w podobnych sukienkach
spadające z gałęzi jak krople krwi
Ale tak krótko trwa czas wiśni ten czas
gdy koralowe korale zbieramy we śnie

Jeśli lękasz się bólu omijaj we śnie
dziewczyny, wiśnie i czereśnie,
Lecz ja, ja nie lękam się goryczy
bo każdy mój dzień nosi jej smak
Gdy żyjesz w czasie wiśni, strzeż się
bo miłość może ci poranić serce.

Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
choć z tamtych czasów krwawy pozostał ślad.
A to co dzisiaj daje miłość
Nie ukoi tego, czego wtedy było brak.
Jednak zawsze będę kochał czas wiśni,
i nosił pamięć o nim w sercu i w snach.

Tłumaczenie: Ewa Maria Slaska

Zapiski na mankietach 2

Tibor Jagielski

Geriatric Clinic of Doctor Klaus von Strohsack, Black Forest, Germany

A young reporter of NYT hear that in a famous Geriatric Clinic of Doctor Klaus von Strohsack, Black Forest, Germany, live more then one over hundred years and sexually active men.
She takes the plane and fly to Europe to make a good story.
At the place, wonderful, old castle in the mountains, she meet a group of old men
they work or walk in pretty, full of flowers and fruit trees, garden.
She go to the man looking very old and ask:
– Hello, can you say me how old you are?
– I’m 103 years old, my child
– Great! And can I ask you something very private?
– No matter, try…
– How long you are sexually active?
– 99
– Wow! Congratulations! And what is a secret of so successfully way of life?
– I try all the time gymnastics and drank only yoghurt.
– Thank you very much!, she leave the old man and go to the next
– Hello, can you say me how old you are?
– I’m 105 years old, drank yoghurt and try gymnastic.…
– And can I…
– 100!
– Marvellous!, she shakes the micro and went to the next one
– I’m 98, active till 96, gymnastic and yoghurt
– Very good!, she says and turns to the one, which looks much older, than the others and ask
– And how long stay you active, dear mister?
– I’m into.
– Amazing! And what is your secret?
– All the time beer.
– ???!!! And… how old are you, great master?
– 36.

Ten rysunek, dzieło Autora, został podpisany Haus Abo-Moen. A te na końcu wpisu: Krab i Rapperswill.

Sałatka wodnika

1 miska młodych wodorostów
1 bukiecik drobno pokrojonego koperku
do tego
4 dorodne pomidory, pokroić w dzwonka
2 cukinie pokrojone w plastry,
które przysmażyć na patelni z oliwą, tymiankiem, gałązką rozmarynu i szałwią
i odstawić na moment w ciepłe miejsce (przy ognisku – w popiele)
do miski wrzucić pomidory, posiekany koperek i sos:
2 ząbki czosnku rozdusić i wymieszać
z 4 łyżkami oliwy
dodać
2 łyżki stołowe ostrej musztardy
i wymieszać
1 cytryna (sok)
cukier, sól do smaku

wszystkim ostrożnie wstrząsnąć
i posypać przysmażoną cukinią

podawać najlepiej z prażonym nad ogniem pumperniklem
tudzież dobrze zmrożonym aquavitem i pinot noir najlepiej z alzacji

smacznego!

a na deser krokusy i przebiśniegi w sosie poziomkowym
(asti spumante, sambucca i espresso)

PS. zamiast wodorostów można użyc queller (solirody)
https://de.wikipedia.org/wiki/Queller
(w Anglii i Holandii do nabycia w supermarketach, właśnie zaczął się sezon)

Akurat niedawno pisał o tym faz:
https://www.faz.net/aktuell/rhein-main/region-und-hessen/kochen-mit-queller-gemuese-von-der-salzwiese-17292764.html

***
Autor sam mnie sprowokował do wtrącania mu się we wpis, bo przysłał mi kartkę z wiatrakiem. Dodaję więc dwa inne wiatraki znalezione w Berlinie oraz niebieską kartkę (z Dulcyneą?), którą przysłały Joanna i Tania, nasze blogowe autorki-podróżniczki. I informuję, że w mojej ulubionej książce kucharsko-literackiej Yummy books mówi się o pewnym (nieznanym mi zresztą) bohaterze literackim (Sprzysiężenie osłów Johna Kennedy’ego Toola), że był skrzyżowaniem szalonego Olivera Hardy, Don Kichota i Tomasza z Akwinu. I opychał się donatami.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Apeirogon von Colum McCann

Vor ungefähr dreißig Jahren waren wir in Israel, eine längere Reise, zu Gast bei Freunden in Jerusalem und mit dem Bus unterwegs, kreuz und quer durch das kleine, sehr interessante Land. Es war die Zeit der ersten Intifada, wir durften hier und da nicht hinfahren, nicht hingehen. Schon damals fiel uns auf, wie stark Israel militarisiert war; auf den Busbahnhöfen standen immer junge Soldaten mit Maschinenpistolen herum, auch in den Bussen wurden wir von ihnen begleitet, sogar am Strand von Eilat lagen neben uns junge Soldatinnen, neben ihnen ihre Gewehre, die länger und größer schienen als sie selbst. Zu der Reisegeschichte gehört auch unser Missgeschick; wir waren in Be´er Scheva in den Bus gestiegen, um nach Jerusalem zu kommen – leider in den falschen Bus. Der fuhr durch Hebron, wo Autoreifen brannten; alle mussten aussteigen dort und das war gar nicht lustig, eher fühlte sich alles sehr gefährlich und bedrohlich an. Ein paar Tage danach wurden wir auf dem Platz vor der al agsa Moschee mit Steinen beworfen (aber sanft, die Steine waren klein), weil wir uns an den Händen hielten. Unvergessen sind uns auch die Verhöre am Flughafen geblieben, als ob wir, die wir unvernünftigerweise mit der TAROM, einer rumänischen Fluglinie (wegen des billigen Preises), von Berlin nach Tel Aviv geflogen waren, irgendwelche Agenten böser Mächte seien. Ja, das Land schien mir schon damals etwas übermilitarisiert aber doch unheimlich anziehend und spannend. In Jerusalem hatte man den Eindruck, dass auf jedem Quadratmeter alle möglichen Kulturen, Religionen, Hautfarben, sprich Menschen lebten. Auf Polnisch konnte man sich fast überall verständigen, auch haben einige alte Damen mit uns Deutsch gesprochen, Englisch war Standard bei den Jüngeren.

Dann las ich 2008 das Buch Das Recht auf Rückkehr von Leon de Winter; es war ein schüchterner Blick in die Zukunft von Israel. Es fielen Sätze wie „Das kleine jüdische Land war zu einem Stadtstaat von der Fläche von Groß-Tel-Aviv plus einem Sandkasten zusammengeschrumpft“ und „Die palästinensischen Araber hatten die Juden mit ihren Gebärmüttern besiegt“; es wurden einfach viel mehr Palästinenser als Juden geboren. Die Aussichten für Israel aber auch für die ganze westliche Welt waren hier eher düster, in Europa, laut de Winter, würde Polen die führende Nation werden, das habe ich mir gemerkt und, dass Israel mit neuen Technologien und technologischen Entwicklungen die arabische Invasion zu stoppen versuchte. Irgendwelche DNA-Analysen erlaubten, jeden sofort zu identifizieren und zu orten, auch wurden die Bürger des kleinen Staates durch Nachverfolgen ihrer Bewegungen (über ihre Smartphones und durch Drohnen) ständig beobachtet und doch ereigneten sich Fälle wie der in dem Roman beschriebene: ein Attentat auf einen jüdischen Checkpoint, begangen von einem Attentäter, der weil er jüdischer Abstammung war, trotz der DNA-Kontrollen, trotz der ganzen Maschinerie der Rüstung und militärischen Kontrolle nicht rechtzeitig identifiziert worden war.

Vor kurzem las ich dann das Buch Apeirogon von Colum McCann (2020 auf Deutsch erschienen), das mich betroffen und nachdenklich machte. Es ist ein sehr artifiziell konzipiertes und kompliziertes Buch; der Schriftsteller schreibt: „Apeirogon ist ein Hybrid-Roman, in dem das meiste erfunden ist, eine Erzählung, die wie jede Erzählung Spekulation, Erinnertes, Tatsachen und Phantasie verwebt“. Die Hauptgeschichte ist eigentlich eher schlicht und beruht auf wahren Begebenheiten; der Konflikt zwischen Israelis und Palästinensern wird anhand der Lebensgeschichten zweier Väter dargestellt, die durch widrige Umstände mit dem Tod ihrer Töchter leben mussten. Der Israeli Rami Elhanan verlor seine Tochter Smadar, 13 Jahre alt, durch ein Selbstmordattentat eines Palästinensers, im Jahr 1997. Der Palästinenser Bassam Aramin verlor seine Tochter Abir, gerade 10 Jahre alt, zehn Jahre später durch den Schuss eines israelischen Grenzsoldaten mit einem Gummigeschoß in den Hinterkopf des Mädchens. Die beiden Väter trauerten und trauern, waren voll Hass für die jeweils andere Seite und doch gelang es ihnen ihren Hass und ihre Verzweiflung zu überwinden; sie traten dem parent circle und den combatants for peace, gehen in die Schulen, in verschiedene Organisationen an wirklich unterschiedlichsten Orte, auch in der ganzen Welt, und erzählen ihre Geschichte. Dieses Erzählen wirkt für sie, wie eine Art Therapie, sie werden Freunde und glauben wirklich daran, dass der unmögliche Zustand der Besatzung überwunden werden kann und sie wieder in normalen Verhältnissen leben können. Es ist auch die Geschichte von der Fähigkeit der Menschen zu verzeihen, sich dem anderen zuzuwenden, ihn als Persönlichkeit wahrzunehmen, ihm auch bei schwierigen Situationen beizustehen. Wir erfahren, dass Bassam irgendwann einen Zivilprozess gewinnt, auch dank der ständigen Hilfe von vielen Israelis, nachdem das Militär zuvor versucht hatte, alles zu vertuschen, und er vom israelischen Staat ein hohes Schmerzensgeld bekommt.

Das ist in Kürze die Handlung des Romans; doch er umfasst 1001 kleine oder wirklich kleinste Kapitel, die zunächst von Kapitel 1. bis 500. gehen und dann ab der Mitte des Buches wieder zurück laufen. Die Kapitel betreffen nicht alle, sogar viele gar nicht, die Haupthandlung direkt, sie entstehen, wie mir scheint, durch freie Assoziation; wie Mosaiksteinchen fügen sie sich zusammen, manchmal durch sehr entfernte Beobachtungen, Informationen, Zitate, Beschreibungen.

Warum der Titel Apeirogon? Der Autor schreibt in Kapitel 95: „Apeirogon: eine Figur mit einer zählbar unendlichen Menge von Seiten“. Kap. 94.: „Von griechisch apeiron: das Unbegrenzte, das Unbestimmte“. Weiter in Kap. 93.: „Als Ganzes nähert sich ein Apeirogon der Form eines Kreises an, ein kleines Stück erscheint hingegen, in vergrößerter Ansicht als grade Linie. Man kann innerhalb des ganzen überall hingelangen. Jeder Punkt ist erreichbar. Alles ist möglich, sogar das scheinbar Unmögliche. Gleichwohl ist auf jedem Weg zu einem beliebigen Punkt immer die Form in ihrer Gesamtheit beteiligt, auch die Bereiche, von denen wir noch keine Vorstellung haben“.

So entstehen die Kapitel des Buches, sie wachsen immer weiter. Sie betreffen alle Bereiche des Lebens: Vogelbeobachtungen, Bemerkungen über Peter Brook und seine Theatertruppe, die das Stück Die Konferenz der Vögel aufführte, in dem alle Vögel dieser Welt zusammenkommen, um darüber zu entscheiden, wer ihr König sein soll; über die Vögel als Symbole des Friedens, ihr Tod an der von Israelis errichteten Mauer, die Bemühungen, eben die Vögel zu retten. In Kapitel 16 heißt es im zweiten Teil: „Vögel kommunizieren vor allem akustisch, denn ihre Laute – singen, rufen, pfeifen, piepen, zwitschern, krächzen, klappern, trällern – werden an Orte getragen, die weit außerhalb der Sichtweite liegen.“ Es gibt längere Geschichten über Musik, auch über moderne Musik, über andere Kulturen, über Sprachen und Aussprache, die Geschichte des Hebräischen, über Bibelauslegung (dass Jesus das Kreuz nicht hätte durch die Jerusalemer Altstadt tragen können), über Einstein und Freud und deren Briefwechsel, Beschreibungen der Reisen der Helden, ihrer Familien (z.B. darüber dass Ramis Frau Nurit Peled-Elhanan, eine Friedensaktivistin und Universitätsprofessorin, 2001 den Sacharow-Preis bekommt, gemeinsam mit dem palästinensischen Hochschuldozenten und Schriftsteller Izzat Ghazzawi, der zwei Jahre nach dieser Auszeichnung, „innerlich gebrochen“ stirbt), über Demonstrationen der Friedensaktivisten, die Jerusalemer Stadtgeschichte, Entstehung von Groß-Jerusalem mit den kleinen palästinensischen Dörfern, den Waffenhandel und die Entwicklung von immer intelligenteren und zielgenaueren Waffen, auch eine Geschichte über Michail Timofjewitsch Kalaschnikow, der kurz vor seinem Tod in einem Brief an der Patriarchen der russisch-orthodoxen Kirche schrieb, er wolle wissen, ob er für den Tod so vieler Menschen verantwortlich sei, über die Errichtung der Check-points und deren Ausbau. Über den Mauerbau gibt es interessante Kapitel: Die Mauerarbeiter waren überwiegend Palästinenser. In Kapitel 407 heißt es: “Fünf Jahre lang war auf keiner anderen Baustelle in der Gegend so viel Geld zu verdienen: die Arbeiter nannten sie die Schekelmauer“, über Wasserknappheit usw., usw…

Manchmal gingen mir die freien Assoziationen fast zu weit, z.B. wenn der Autor über die Vorliebe des ehemaligen französischen Staatspräsidenten François Mitterand für Ortolane, kleine Singvögel, die als Delikatesse gelten, schreibt und darüber, dass er sich noch acht Tage vor seinem Tod solche hatte servieren lassen, über die ganze Prozedur wie man die Vögel mästet, vorbereitet und zubereitet. Ein Satz, den der kranke Mitterand gesagt haben soll, macht aber dann doch den Zusammenhang sichtbar: „Das einzig Interessante ist, zu leben“.

Dennoch erlaubt diese Art, über den Konflikt zu schreiben, der so tief verwurzelt scheint, dass man den Knoten gar nicht, nie und nimmer, lösen kann, ein kleines Fenster zu öffnen, einen fernen Ausblick auf eine hoffnungsvolle Zukunft zu geben, auf ein friedliches Zusammenleben, das für beide Seiten als einziger Ausweg bleibt. In der Mitte des Buches, in Kapitel 1001 erzählt der Autor ein Märchen aus einem anderen Leben: „Vor nicht allzu langer Zeit, in einem nicht allzu fernen Land fuhr Rami Elhanan, Israeli, Jude, Graphikdesigner, verheiratet mit Nurit, […] Vater […] und der verstorbenen Smadar […] zum Kloster Cremisan in der mehrheitlich von Christen bewohnten Stadt Bait Dschala, […] um sich dort mit Bassam Aramin zu treffen, Palästinenser, Muslim, Ex-Häftling, Aktivist, geboren in der Nähe von Hebron […] und Vater der verstorbenen Abir, die als zehnjährige von einem namenlosen israelischen Grenzpolizisten in Ostjerusalem erschossen wurde, knapp zehn Jahre nachdem Ramis Tochter Smadar, zwei Wochen vor ihrem vierzehnten Geburtstag, im Westen der Stadt drei Selbstmordattentätern zum Opfer fiel […], die an einem ganz normalen, nebligen, recht kühlen Tag Ende Oktober von weit her, aus Belfast und Kyushu, Paris und North Carolina, Santiago und Brooklyn, Kopenhagen und Terezin, in das rote Backsteinkloster […] gekommen sind, um Bassams und Ramis Geschichten zu lauschen und darin eine andere Geschichte, ein Lied der Lieder zu finden, in dem sie sich selbst entdecken – du und ich, in der steingefliesten Kapelle, in der wir stundenlang gespannt, hoffnungslos, zuversichtlich, verstört, zynisch, betroffen, schweigend zuhören, während die Erinnerungen über uns hereinstürzen, unsere Synapsen tanzen und wir uns in der vordringenden Dunkelheit all die Geschichten ins Gedächtnis rufen, die noch erzählt werden müssen.“ Dieses Märchen aus 1001 Nacht passiert doch in der Wirklichkeit und das ist die doch sehr hoffnungsvolle Botschaft dieses Buches. Kapitel 25: „Tausendundeine Nacht: eine List, um im Angesichts des Todes zu überleben“.

Damit ist ein Skelett für den Roman beschrieben aber nicht das Buch als solches, denn man findet in den unzähligen Kapiteln viele sehr interessante Informationen. Ein volles, gigantisches Buch, das ich wärmstens empfehle.

 

Blutbrüder (4)

Anne Schmidt

6. Gefangen

Draussen, vor der Zellentür, rasselt ein Schlüsselbund und kurz darauf wird ein Tablett mit einem Pappebecher und einem Pappeteller mit zwei geschmierten Marmeladebroten hereingeschoben. “Moin”, schreit der Kalfaktor, der schnell seinen Kopf und seine Hand wieder zurückzieht.

Kai gilt als gefährlich und suizidgefährdet, weshalb ihm nur Geschirr aus Pappe und kein Besteck zusteht. Er hasst die durchgeweichten Weißbrotscheiben, die ihn an das labberige Toastbrot in der Laube erinnern. Nachdem der alte Toaster seine Funktion eingestellt hatte, war kein neuer gekauft worden. Für so eine überflüssige Kleinigkeit hatte seine Mutter kein Geld ausgeben wollen, denn ihrer Meinung nach war Olli schuld am Verglühen des alten Gerätes.

Sie frühstückte immer im Hotel, wo es natürlich die modernsten Küchengeräte gab. Olli und Kai mussten ihre Brote in der Pfanne rösten, wenn sie Toast haben wollten. Seitdem Kai nach der Schule häufig gar nicht nach Hause kam, ließ auch die Mutter sich selten in der Laube blicken. Olli ging inzwischen dreimal in der Woche zum Basketball-Training. Danach übernachtete er oft bei seinem besten Freund, dessen Eltern im Schichtdienst arbeiteten und froh waren, wenn ihr Sohn nachts nicht allein im Haus war.

Kai rollt sich von seiner Pritsche und zieht den Kaffee zu sich heran; er ist sogar aus echten Bohnen und nicht aus Getreide oder Zichorie. Der Kaffee ist sein einziges Elixier in dieser Zelle, die ihn langsam taub und blind macht.

7. Ausgeliefert

Wenn Kai von seinem Anwalt Besuch bekommt, muss er sich redlich mühen, dessen Fragen zu verstehen. Was will dieser Mann von ihm?

Er weiss, was er getan hat und er bereut es. Keiner kann seine Tat verstehen, die ihn und seinen Bruder zu den Mordbrüdern gestempelt hat.

Er will von niemandem Mitleid oder geheucheltes Verständnis. Er will seine Ruhe. Die Fragerei nach seinen Erlebnissen, nach seiner Abhängigkeit von einem gewissen Lehrer wühlen in ihm Schmerz, Ekel und Wut auf.  Er bezweifelt, dass dieser gegelte Anwalt, der ihm als Pflichtverteidiger für die Nebenklage zugeordnet wurde, jemals wird verstehen können, warum er immer wieder freiwillig zu seinem Peiniger zurückgekehrt und auch noch in seine Wohnung gezogen ist.

Seine Mutter hatte, nachdem er längere Zeit nicht nach Hause gekommen war, in Krauses Vorschlag eingewilligt, die Pflegschaft für Kai zu übernehmen.

Sie schien geradezu erleichtert zu sein, die Verantwortung für Kai abgeben zu können.

Als die Formalitäten für diesen Akt im Amt erledigt wurden, sah Kai seine Mutter nach längerer Zeit zum ersten Mal wieder. Sie wirkte jugendlich und fröhlich wie immer und schien seinen angespannten Gesichtsausdruck und seinen flehenden Blick nicht wahrzunehmen. Sie betonte, wie froh sie sei, dass Kai einen Ersatzvater gefunden habe und endlich die starke Hand spüren würde, die ihm immer gefehlt habe. Bei dieser Redewendung hätte Kai beinahe aufgelacht, verzog aber nur gequält das Gesicht. Auch die Beamtin des Jugendamtes schien dieses Mienenspiel nicht wahrzunehmen, denn sie schaute mit abwesendem Blick an Kai vorbei, unterschrieb und stempelte die notwendigen Papiere fast automatisch und wünschte dem aufopferungsvollen Pflegevater viel Erfolg bei seiner verantwortungsvollen Aufgabe.

Kai zieht sich am Zellengitter hoch, um sich abzulenken, die Erinnerungen, die ihn überfluten, zurückzudrängen. Er hört von der anderen Seite einen Mann, der seinen Kopf entdeckt hat, nach ihm rufen und mit der Zunge schnalzen. Kai weiss, dass er das gefundene Objekt für die sexbesessenen Triebtäter wäre.

Die lusthemmenden Pillen, die ihnen verordnet werden, landen meistens im Klo, sodass die Lust der Männer immer unerträglicher und der nächtliche Albdruck immer stärker wird. Kai ist froh, dass er immer allein zum Duschen geführt wird und keinen Sport mit den anderen treiben darf.

Sein Verbrechen war so abscheulich, dass sogar Schwerverbrecher, die doppelt so schwer und um Einiges größer sind als er, vor ihm geschützt werden müssen. Seine Vorzugsbehandlung besteht in Isolation.

Fortsetzung in einer Woche

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (1)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Podał do publikacji Zbigniew Milewicz

Adwokat, ale nie rozbójnik…

W rubryce ozdobionej trzema paragrafami pisywałem kiedyś w Dzienniku Zachodnim swoje kryminałki, niech mi więc teraz wolno będzie znowu je sobie wypożyczyć na trochę. Dla uczczenia szczęśliwego finału poszukiwań książki Pana Zygmunta Ogórka, Orator Złotousty. Autora poznałem kiedyś na gruncie towarzyskim, to było jakieś przyjęcie w gronie katowickich prawników, na które zaprosił mnie Lolek Zahraj; obydwaj pracowali wtedy w Prokuraturze Wojewódzkiej. Prokurator był łatwy do zapamiętania: łysy jak kolano, z ujmującym uśmiechem i kulturą osobistą, zero pozy. Po wielu latach, kiedy wszyscy byliśmy już emerytami, odwiedziłem Lolka w jego ustrońskiej bacówce i wtedy podarował mi swoją książkę. Wyglądała, jakby ktoś ją próbował wyprać, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc oszczędziłem przyjacielowi ironicznego komentarza, że próbował coś usunąć o sobie.

Przeczytałem ją w jeden wieczór, z ogromną ciekawością i pomyślałem sobie, że koniecznie wrócę do niej w tym blogu. Niestety któregoś dnia gdzieś mi ją wcięło. Przewróciłem całe swoje tyskie mieszkanie do góry nogami, monachijskie również, gadałem z ludźmi, którzy mnie odwiedzili, czy aby im jej nie pożyczyłem, wszystko prowadziło do smutnego wniosku, że starość się Panu Bogu jednak nie udała. Kiedy w końcu dałem za wygraną i zdecydowałem zamówić w wydawnictwie nowy egzemplarz, nagle się znalazła – w kieszeni plecaka, który codziennie wszędzie noszę. To jest ukraiński plecak, który kupiłem w czasie jednej z wypraw na dawne, wschodnie Kresy. Ma on różne, zmyślne schowki, dobre na zmylenie złodzieja, albo gapowatego celnika i jak ich się często nie używa, to można zapomnieć, że w ogóle są. Zapraszam więc do książki, której poświęcę kilka kolejnych wpisów.

Oskarżyciel atakuje, obrońca broni, a sędzia rozstrzyga, po czyjej stronie leży racja, tak w bardzo prymitywnym skrócie wygląda przebieg sądowego procesu w społecznym odbiorze. Zygmunt Ogórek jest prokuratorem, choć w stanie spoczynku, to przecież wie, jak zacząć swoją orację, od zagrywki na nosie przeciwnika (proszę kliknąć w tekst i wtedy się da poczytać):

Następne historyjki za tydzień

Entropie des Chaos

Michał Talma-Sutt

… bzw. Potpourri der Themen in Rondo-Form

Laschet Söder, Söder sein, während eine Partei sich fragt, ob sie auf seinen Kandidaten scholz sein darf. Wenn man keinen Bock mehr auf GroKo hat, ist Frau Baerbock da und will, und könnte sogar nächste Kanzlerin sein. Alles wird grün, wie schön, ist es doch die Farbe der Hoffnung. Wäre es auch grün-schwarz gewesen? Schwarz-grün eher weniger, Gro-Ko-Rokoko. Muss aber nicht sein…, kann aber, because we must grow. Bei manchen wächst tatsächlich. „My name is Bezos, Jeff Bezos, hi Elon, should I buy some coins, Bitcoins, or Dogecoins or else…”, “Lust auf kleine Blockchain-Transaktion?”, “Gerne, eine Grafikkarte bitte”, “Nope, haben wir nicht, alle verfügbare Grafikkarten arbeiten im Bergbau“, „Wat?“ „Dat, blockchain mining, nie gehört? Übrigens Data ist die heiße Ware von heute, ein paar Namen und Passwörter von Facebook Usern?“ „Das ist doch asozial und mor…“ „Sozial, Social Media heißt es doch…“, „Aber…“ „Kein aber, Zeit ist Geld, Geld ist Zeit, oder wie war es…, aaa, Geld ist Gott, und du sollst nebenbei keine anderen Götter haben, also kaufen sie?“ „Was?“ „Einen Hund z.B., bitte beachten Sie aber, nach 22.00 Uhr nicht mit ihm Gassi zu gehen, schließlich haben wir doch Pandemie.“ „Und falls er muss?“ „Wir haben auch für mickrige 1000 EUR eine vollautomatisierte mechanische Hundetoilette, mit Abflussanschluss.“…, „(lange Pause)“, „(lange Pause)“, „Eine runde Monopoly?“, „Online?“, „Wie sonst, schließlich haben wir doch Pandemie.“

Haben Sie nicht den Eindruck, dass wir in sehr chaotischen Zeiten leben? Aber der Reihe nach…

K-Frage

Beantwortet, aber noch nicht gelöst, die Lösung ist in fünf Monaten zu erwarten. Natürlich die spannendste Frage, ob Annalena Baerbock Kanzler kann. Auch hier eine recht simple Antwort, falls sie Kanzlerin sein wird, werden wir ja sehen, ob sie es kann. Ich persönlich sehe keine Gründe, warum nicht, eine spannendere Frage ist für mich jedoch, ob es sich Deutschland trauen wird, so zu wählen, dass eine tatsächlich noch sehr junge Grüne das wichtigste Amt bekleiden könnte. Das Wort „junge“ ist hier relativ, dasselbe hat man über Angela Merkel in Jahr 2005 geschrieben und gesagt als sie mit 51 als erste Frau in der deutschen Geschichte das Amt übernommen hatte (bzw. auch Kohl / 52 und Schröder / 54 als noch „relativ“ junge Politiker galten). Annalena Baerbock wäre dann noch 11 Jahre jünger als Merkel damals, damit meine Wortwahl „sehr junge“ relativiert sich noch mehr, weil mit 40 niemand eigentlich sehr jung ist. Baerbock wäre auch wahrscheinlich mit 48 die jüngste ex-Kanzlerin / ex-Kanzler, falls ob.

Jeff

„Ich bin wieder der reichste Mensch der Welt geworden, und x-mal in Folge habe ich den Charmantestes-Lächeln-Preis gewonnen, alles zu Recht. Vergessenszauber kann ich auch, Sie sollen einfach vergessen, warum ich so reich geworden bin (erneutes bezauberndes Lächeln, was Jeff nächstes x in Folge sichert), husch, vergessen Sie einfach und versuchen bloß nicht nachzudenken.

Grafikkarten

Mein Sohn (14) hat einen Traum, er will einen Gaming-PC selbst bauen. In sich eine Supersache, einen Computer selbst zu bauen, da lernt man etwas dabei. Er spart sein Geld dafür, jegliche Weihnachts- Oster- Geburtstags-Geschenke werden ebenfalls diesem Zweck untergeordnet. Er hat schon ganz viele Komponenten, es hapert jedoch an der Grafikkarte. Momentan totale Mangelware. Die Schuld liegt bei einer echten Kryptowährung-Manie, die unsere Welt zu befallen scheint. Um sogenannte Blockchain Transaktionen zu betätigen, braucht man Hardware, und raten Sie mal, welche Komponente meistens dazu benutzt wird? Die Grafikkarte, genau. Und da unsere kapitalistische Welt sich nach Angebot und Nachfrage richtet, wiederum der größte Teil der Elektronik in China produziert wird, und wie auch man es nennen will, Blockchain, Bitcoin oder Crypto Mining, findet gerade auch im großen Stil in China statt (65% der weltweiten Beteiligung – wegen sehr billigen Stroms, wohl bemerkt, man braucht dafür jede Menge Strom, aber darüber später), kommt es dazu, dass in der ganzen Welt die Preise für Grafikkarten in enorme Höhen steigen, verbunden mit Engpässen, weil der größte Teil dieser Karten China nicht verlässt, sondern, an irgendeine der sogenannten und unzähligen Mining-Farms angeschlossen ihre Arbeit tun, die auch überhaupt nichts mit der Grafik zu tun hat. Bei diesen Transaktionen werden auch, wie Glückshormone, die Bitcoins oder andere Coins ausgeschüttet, was ich noch später in sehr einfacher Form versuchen werde zu erklären. Da diese Coins wie Pilze aus dem Boden erscheinen, d.h. immer neue entstehen, habe ich leider nicht so gute Nachrichten für meinen Sohn. Die Kryptowährung Chia, die gerade vor kurzem zu digitalen Leben erwacht ist, benötigt für ihre Glückshormone-Ausschüttung SSD Festplatten. Chia, chia, ciao SSD? Gibt es keine KI, die um die Rechte der Computer-Komponente gegen deren Versklavung in der Bergbauarbeit kämpft? Laschet Grafikkarte, Grafikkarte sein. Und so landen wir wieder bei der…

K-Frage

Die Spekulation, dass Annalena Baerbock die jüngste Ex-Kanzlerin/Kanzler werden kann (falls ob), basiert auf der Annahme, dass sie es ernst nimmt, wenn sie über eine zukünftige Reform des Amtes redet, nämlich die Amtszeit des Bundeskanzlers auf zwei Legislaturperioden zu begrenzen. Das wird eine Veränderung des Grundgesetzes benötigen, aber ich kann mir vorstellen, dass die nötige Mehrheit sich dafür in nächstem Bundestags finden lassen wird. Also wäre Frau Baerbock mit 48 nicht mehr Kanzlerin/Kanzler, und damit drei Jahre jünger als Merkel, als Kanzlerin/Kanzler geworden ist. Falls ob… Eine solche Zeitbegrenzung des Kanzleramtes wäre auch ganz sinnvoll, besonders wenn man sieht, dass es der armen Frau Merkel langsam so ergeht, wie dem Trainer der deutschen Fußballnationalmannschaft – Joachim Löw. Für ihn wäre es vielleicht besser gewesen, früher abzudanken, z.B. nach dem gewonnenen Weltmeister Titel 2014. So wird das glorreiche 7:1 gegen Brasilien von damals von dem schmerzhaften 0:6 gegen Spanien (2020) überschattet.

Frau Merkel hatte natürlich enormes Pech mit der Pandemie, aber wer hatte das nicht?

Die Pandemie, also der größte Erfolg eines Virus in der Weltgeschichte, hat viele Sachen verdeutlicht. In Deutschland unter anderem das, dass die GroKo-Formel ausgedient hat. Aber verlassen wir für einen Moment die K-Frage, um jemanden zu treffen, hier ist…

Elon

Elon Musk, ein Genie und Zauberer, der Nachthimmel verändern kann. Ein Mann, der aus einer Firma, die ein Modell eines Elektroautos produziert (Entschuldigung, zwei Modelle, ich habe den Cybertruck mit unkaputtbaren Fensterscheiben, die doch kaputtgehen, vergessen), eines der wertvollsten Unternehmen der Welt gemacht hat. Der zukünftige Imperator des Planeten Mars, wo er zusammen mit all seinen reichen Freunden auswandern will, weit weg von diesem Elend, das auf dem Planeten Erde herrscht. Ein Visionär von sich selbst. Seine Zauberkräfte haben auch enormen Einfluss auf die Börse, also die Börsenaufsicht, Tesla und die Krypto-Community haben die Ehre ein Theaterstück vorzustellen „Elon, der Prophet und die Coins“.

Personen: Elon, Krypto-Fans (Chor), Jeff, Vorhang, Starlink-Satelliten, Aktienkurs, Bitcoins

Vorhang (geht bei bebenden Applaus auf)

Starlink-Satelliten (wie am Schnürchen verändern der Nachthimmel)
Krypto-Fans: „Wie schön, ein Zauber, ein Zauber!!“
Jeff: „Nicht schlecht, nicht schlecht, ich bin aber reicher.“
Elon: „Nein mein lieber, ich bin es, ich habe gerade 1,5 Milliarden Dollar in Bitcoins investiert“
Krypto-Fans: „Oh wie schön, es geht los, der Mann ist ein Visionär.“
Aktienkurs (steigt rasant)
Krypto-Fans: „Ein Zauber, ein Zauber! Wir werden reich!!!“
Bitcoins (schütten die Glückshormone auf Krypto-Fans aus)
Krypto-Fans: „Ooohhh“ (totale Ekstase)
Elon: „Na Jeff?“
Jeff: „Ich sehe, ich sehe, nicht schlecht, aber vergiss nicht, dass ich mehr verkaufe als deine zwei Modelle, ich verkaufe alles und nichts eigentlich, was lustig ist, wenn ich darüber nachdenke, ich verkaufe das Verkaufen, genial, oder? Was für wunderschöne Zeiten“.
Elon (verkauft seine Bitcoins): “Ich habe gerade meine Bitcoins zurück in Dollar reinvestiert.”
Aktienkurs (fällt rasant)
Krypto-Fans: „Oh nein!!!“ (vereinzelt): „Warum?“ (noch mehr vereinzelt): „Verräter.“
Elon: „Und jetzt guck und lerne, Jeff (Augenzwinkern). Meine lieben Fans, ich habe erneut in Bitcoins, Dogecoins, und irgendwelche Coins investiert, es ist die Zukunft der Zukunft.“
Krypto-Fans: „Oh wie schön, es geht los, der Mann ist ein Prophet.“
Aktienkurs (steigt rasant)
Krypto-Fans: „Ein Zauber, ein Zauber! Wir werden reich!!!“
Elon: „Ich kann ewig so weitermachen, was für wunderschöne Zeiten.“
Aktienkurs (fällt rasant)
Krypto-Fans: „Oh nein!!!“
Aktienkurs (steigt rasant)
Krypto-Fans: „Ein Zauber, ein Zauber! Wir werden reich!!!“
Aktienkurs (fällt rasant, steigt rasant, fällt, steigt und so weiter und sofort)
Krypto-Fans (sind beschäftigt, zwar kostet die ständige Beobachtung des Aktienkurses Nerven, aber diese Glückshormone, die ab und zu…)
Elon: „Apropos Verkaufen des Verkaufens, Jeff, ich merke, dass du irgendwie nicht mehr das Verkaufen der Grafikkarten und Festplatten verkaufen kannst, da alle Grafikkarten und Festplatten in die Bergbaubranche gewechselt sind, darf ich dir das neueste Tesla-Produkt vorstellen?“
Jeff: „Aber bitte sehr“ (ein sehr, sehr, sehr charmantes Lächeln, der nächste Preis wird bestim…)
Elon: „Ein sprechender Computer, da die visuelle Kommunikation mit dem Rechner nicht mehr möglich ist, mit Floppy-Disk (es ist dann zu langsam für Bitcoin Mining), und die größte Überraschung, doch ein Monitor dazu, mit direkter Verbindung zu den Starlink-Satelliten, die dann mit ihren Kameras dir die Bilder der Erde und des Weltalls schicken. So kannst du mindesten einen wunderschönen Bildschirmschoner haben, und der Computer sagt dir das, was ich gesagt habe, damit du den Aktienkurs im Auge, Entschuldigung, im Ohr behalten kannst, toll, oder?“
Krypto-Fans: „Wow!!! Das ist der Mann der Zukunft, ein Genie“

Vorhang (fällt bei bebenden Applaus)

Währenddessen die…

K-Frage

Die Hürde eine Frau zu sein, um dem wichtigsten Amt in Deutschland zu bekleiden, entfällt. Schließlich 16 Jahre lang hat es eine Frau vorgemacht. Die Frage bleibt, wird Deutschland es sich trauen, Annalena Baerbock als Kanzlerin indirekt zu wählen? Direkt natürlich geht es nicht, die Deutschen haben nicht diese Entscheidung in der Hand, wie die US-Bürger z. B. Es ist der wichtigste Posten, aber es ist die Partei, die die Mehrheit kriegt, die „seine/seinen“ Kanzlerin/Kanzler kriegen wird. Werden die Grünen die stärkste Partei, wird es Frau Baerbock sein, gewinnt die CDU/CSU wird es doch Herr Laschet sein. Es ist natürlich banal, jeder Deutsche weiß, dass es so funktioniert, und ich bin weit entfernt davon, es zu sagen, dass das Wahlsystem in den USA besser ist, ist es nicht, aber das ist schon ein ganz eigenes Thema. Diese Feststellung, wie in Deutschland die K-Frage funktioniert, gibt uns jedoch eine gewisse Räumlichkeit für gewisse Spekulationen. Und gleich, weil wir diese Räumlichkeit geschaffen haben, machen wir ein kleines Gedankenspiel und stellen uns eine Waage vor. Die Waage: „Was für und was gegen Frau Baerbock spricht“. Jedoch, zuerst, weil es dieses Potpourri einer musikalischen Rondo-Form gleicht, und jeder Form tut es gut, die zu brechen, werde ich noch kurz aus der K-Frage ausbrechen. Habe ich doch versprochen eine Sache möglichst einfach zu erklären, und paradoxerweise, so ganz ist es nicht entfernt von den Aufgaben, die jede künftige Regierung in einer ungewissen Zukunft zu bewältigen haben wird. Denn, was sind eigentlich…

Blockchains, Bitcoins and Co…

Erste Differenzierung, Blockchain ist eine Technologie, genau gesagt eher ein technologisches Verfahren, welches strikt mit Verschlüsselungstechniken verbunden ist. Bitcoins, Dogecoins, Chia und andere Kryptowährungen sind die Produkte, die aus diesem Verfahren entstehen. Diese Differenzierung ist elementar, weil obwohl das Blockchain-Verfahren ein sehr interessantes Potenzial verbirgt, desto mehr dessen Produkte (also alle diese Coins) gewisse Gefahren mit sich bringen. Deswegen…

Blockchain

Soll ich es einfach machen? Ok. Stellt euch vor, wir haben zwei Personen, A und B. Was soll‘s, Alfred und Bernd. Alfred will etwas verkaufen, was Bernd kaufen will, und nein, Jeff, du wirst dafür nicht gebraucht. Es gibt noch ein drittes Element, eine Dechiffrierungsmaschine, nennen wir sie Enigma-2.

Für jüngere Leser: Enigma (1) war eine Verschlüsselungsmaschine. In Kriegszeiten ist es besonders wichtig, dass dein Feind dich nicht abhören kann. Das geht natürlich nicht, mindestens soll er aber nicht verstehen, was du deiner Armee befiehlst. So hatte jede Einheit seine Enigma Maschine, der General hatte sie auch, und aus „Angreifen die linke Flanke“ wurde dann z. B. „A1B5A7B9A5965B50A4950B3A9B52A50A6B3A1B52A5“, dieser verschickte Code von einer Enigma wurde von der anderen Enigma in den ursprünglichen Text umgewandelt.

Es muss nicht unbedingt so sein, dass Alfred und Bernd etwas verkaufen oder kaufen wollen. Es kann gut sein: „C5A950A758C2‘1?“ „B62.“, was heißt: „Wie geht’s?“ „Ok“. Jedoch ist der Unterschied von Enigma-2 zu Enigma von damals, dass Alfred und Bernd ihre Chiffrierungsmaschinen überhaupt nicht haben, sondern jemand Drittes, genauer gesagt ganz viele Dritte, je mehr, desto besser und sicherer vor Gefahren, dass der Feind dich abhören, bzw. hacken kann. Und natürlich ist alles digital.

Noch einfacher, wenn wir 1 + x = 2 als eine verschlüsselte Information annehmen, dann sagt Alfred „1 +“, Bernd „= 2“, Enigma-2 (besteht aus mehreren Grafikkarten und bald auch SSD-Festplatten) rechnet das „X“. In Wirklichkeit können Alfred in Brasilien und Bernd in Australien vor der Computer sitzen und ihre „1+“ und „=2“ in das Internet schicken, Millionen von Enigmas-2, auf dem ganzen Globus verteilt (jedoch mit 65% Wahrscheinlichkeit wird es in China sein), werden sich mit dem „X“ beschäftigen. Die Enigma-2 Einheit die dann ausgerechnet hat, dass x = 1 ist, für diese Leistung mit bestimmter Zahl von Bitcoins, Dogecoins oder Sonstcoins belohnt wird, d.h., der konkrete Besitzer einer Enigma-2 kriegt seine Glückshormone.

Übrigens, das „X“ im Fachjargon wird Hash, bzw. Hashwert genannt, „1+“ und „=2“ sind einfach zwei Blocks, die erst dann Sinn ergeben, wenn das Hash ausgerechnet wird, was die beiden Blocks gültig macht, 1+1 ist 2, oder?

Ein Blockchain ist auch eine Art Datenbank, die alle Blocks und Hashwerte, die jemals dabei entstanden sind beinhaltet, und das von Anfang an. Die Blocks werden einfach in eine Kette geordnet. Am einfachsten wäre es sich einen ständig wachsenden Zug vorzustellen, wo jeder Wagen einen Block darstellt, die Anschlüsse – Hash, die Verbindung – Hashwert.

Unsere Datenbank entsteht also aus einer Kette durch Hash/Hashwerte verbundenen Blocks. Der Hashwert, wie gesagt, macht den Block gültig, wenn wir das mathematisch darstellen, z.B. 1+x+1+x+1+x … +1+x = 24567, dann muss jedes x stimmen, versucht man ein einziges x zu verändern, macht es nicht nur einen Block ungültig, sondern die gesamte Kette. Das macht die Blockchain Technologie so interessant. Es ist sehr resistent gegen jegliche nachträgliche Manipulation. Der zweite wichtige Punkt: es passiert alles im globalen Netz (Internet). Die Blockchains sind gleichzeitig auch Netzwerke, wo jede beteiligte Person theoretisch in alles, was dort passiert, ein Blick haben kann, und ob alles noch stimmt, bzw. gültig ist, überprüfen kann. Von Natur her ist es dezentral, solches Netzwerk kann überall sein, damit wird es schwer, dass ein Einzelner es unter Kontrolle haben kann. Blockchains sind auch sehr sicher, je mehr Teilnehmer, desto sicherer, man müsste eigentlich alle beteiligten Computer hacken, um ein Blockchain zu knacken.

Blockchains sind vor allem jedoch mathematische algorithmische Aufgaben, die alle diese Enigmas-2 (Mining-Farms) ausrechnen müssen, das kostet sehr viel Rechnen-Power, was konkret Stromverbrauch bedeutet. Der jährliche Energiebedarf der Digitalwährung wird mittlerweile auf etwa 120 Terawattstunden geschätzt, damit ist es so viel, wie für ein mittelgroßes Land, wie die Schweiz oder Portugal benötigt wird. Es ist also nicht unbedingt umweltfreundlich und ressourcenschonend…, damit landen wir erneut bei der…

K-Frage

Es scheint, dass in diesem Jahr Ökologie und Klimaschutz doch sehr wichtige Wahlthemen für die Mehrheit der Bevölkerung sein werden, sofern, ein natürliches Umfeld der Grünen. Kann also Annalena Baerbock Kanzlerin werden, was spricht dafür, was dagegen?

Das Hauptargument der Gegner, gleichzeitig eigentlich einziges, ist eine gewisse politische Unerfahrenheit, da Frau Baerbock nie in einer Regierung saß. Es wäre tatsächlich eine Premiere, da noch nie jemand ohne eine solche Erfahrung das wichtigste Amt in Deutschland innehatte. Jedoch bin ich mir nicht so ganz sicher, ob dieses Argument sehr aussagekräftig ist. In den Augen der Bevölkerung kann es sogar zum Vorteil mutieren, für Frau Baerbock und die Grünen. Nach 12 Jahren GroKo, zusätzlich ermüdet durch die sehr lange Pandemie-Zeit und auch besonders wie die GroKo es handhabte, kann es sein, dass die Leute ihren inneren Wunsch, dass sich etwas ändern muss, sehr wohl nachgehen und dem Grünen die stärkste Macht in dem Bundestag verschaffen werden.

So unwahrscheinlich ist das nicht. Wenn man die Umfragen anschaut, sind die Grünen momentan die stärkste Partei. Was es wiederum wahrscheinlich macht, dass es als fast sicher gelten kann, dass es keine Regierung ohne die Grünen geben wird. Um den gewissen Enthusiasmus um die Grünen und Frau Baerbock, der momentan besonders in den Medien aller Art spürbar ist, ein bisschen zu trüben, sollen wir uns jedoch an Herrn Schulz erinnern (nein, nicht Scholz) und die SPD. Nach der Nominierung von Martin Schulz als Kanzlerkandidat der Sozialdemokraten (2017) sind die Umfragewerte der SPD auch sehr hochgeschossen. Heute weiß kaum jemand noch, wer Martin Schulz ist.

Ein ähnliches Schicksal kann auch eventuell die Grünen treffen, kann aber auch nicht. Erstens, die SPD von damals war eine Regierungspartei, zweitens die Gegnerin von Schulz hieß Merkel und war immer noch beim Volk geschätzt, die GroKo war erst acht Jahre alt und es gab keine Pandemie.

Was spricht noch dafür, dass die Grünen bei den Bundestagswahlen 2021 die stärkste Partei werden können und damit Frau Baerbock die Kanzlerin? Natürlich erwähntes Klima in den Medien, die man zurzeit sogar als regelrechten Hype pro Grün und Baerbock bezeichnen könnte. Wenn sich selbst irgendwann alles verflachen wird, kann es trotzdem sein, dass dieses Klima über fünf Monate bis zu Wahl bleibt, weiter umwelt- und klima- und in der Konsequenz Grünen freundlich. Wenn die Grünen selbst und ihre Kandidatin keine großen Dummheiten machen und z. B. nicht allzu große Pauke schlagen werden, mit solchen Themen wie Städte ohne Auto (das Auto ist die heilige Kuh der Deutschen), oder Migrationsoffenheit (was doch viele Wähler erschrecken kann), und stattdessen ihre doch sehr kluge PR-Strategie fortsetzen, können sie eigentlich nichts falsch machen.

Es ist interessant, wie die Grünen gezielt mit der Mitte liebäugeln, jemand hat sogar geschrieben, dass die Grünen von heute die Schwarzen von gestern sind. Was noch interessanter ist, wenn wir noch mal auf die Umfragen einen Blick werfen, aber nicht auf diese, welche die generelle prozentuelle Teilung zeigen, sondern auf diese, die die Wähler konkreter Parteien befragen. Besonders viele Wähler von Union (16%) und SPD (28%) wollen grün wählen. Noch erschreckender für die CDU/CSU und die SPD sind die Zahlen ihrer Wähler, die sie dann überhaupt nicht mehr wählen wollen. Bei der Union sind es 52%, bei den Sozialdemokraten sogar 58%! Ein Wahlforscher, Matthias Jung schätzt das Potenzial der Grünen im Jahr der Bundestagswahl auf bis zu 60%, obwohl hier werde ich schon sehr skeptisch.

Was zusätzlich den Grünen und Frau Baerbock Punkte bringen kann, sind die Kontrahenten in der K-Frage. Das Automobil mit Laschet als Chauffeur, mit Söder als Passagier auf der Rückbank, der vor sich hinmurmelt, dass er der bessere Fahrer sei, und mit Merz als Motor, sieht irgendwie komisch aus. Auf jeden Fall eher Diesel als Elektro. Kandidat Scholz kann nur mit seine Regierungsbeteiligungserfahrung scholzieren, sorry, stolzieren, was ihm und der SPD, übereschattet durch Wirecard-Affäre, um die Pandemieverwaltungserfahrung nicht zu erwähnen, wahrscheinlich wenig helfen kann.

Also wird es Grün im September, wie Grün – werden wir in fünf Monaten sehen.

Es kann aber doch noch mal GroKo sein, anders verfärbt. Jedoch aus Sicht der Grünen, falls es Schwarz-Grün sein sollte, kann es gefährlich für sie werden. Irgendwie tendiert es dazu, wenn Schwarz an der ersten Stelle steht, dass die andere Farbe verblasst, bzw. verschwärzt. So ist bei der SPD nur noch sehr wenig Rot vorhanden. Wenig Grün bei den Grünen, wo die Farbe sogar gleichzeitig der Name der Partei ist, keine gute Idee.

Die spannende Frage ist, ob im Falle, dass es umgedreht sein könnte, Grün-Schwarz, wird dann Schwarz ergrünen? Es kann für die CDU/CSU auch gefährlich werden…

Was für Zeiten, und wenn wir schon über Gefahren reden, und Rondo-Form, dann…

CODA

Bitcoin

Eine der Kryptowährungen, war aber die Erste. Ein Teil der Utopie, die teilweise irgendwann doch nicht so utopisch sein wird, eventuell. Fakt ist, wenn wir statt des Geldsystems von heute nur eine Kryptowährung als Zahlmittel hätten, mit Blockchain-Technologie, wären die Banken überflüssig. Dazu, was vielleicht nicht alle wissen, die Bitcoinszahl ist begrenzt, es wird nur 21 Millionen Bitcoins geben. Mehr nicht. Deswegen nennen manche es digitales Gold.

Problem jedoch ist, dass immer neue Kryptowährungen entstehen, schließlich ist das Ganze im Endeffekt nur doch ein System von Algorithmen, und jeder Informatiker kann solche konzipieren und dann zu Leben erwecken. Und nicht jede Kryptowährung hat eine solche Begrenzung wie Bitcoin. Auch Banken können eigene Kryptowährungen, genau mit derselben Technologie, machen lassen und dabei die Kontrolle behalten. Genauso passiert es jetzt in China – die Zentralbank hat eine digitale Version seiner Landeswährung eingeführt. Damit kann die chinesische Regierung seine Bürger noch besser kontrollieren, jetzt weiß sie passgenau, wofür die Chinesen ihr Geld ausgeben. Wenn es etwas Verbotenes sein wird, kann man die Transaktion einfach blockieren.

Noch am Schluss eine Sache. Abgesehen davon, dass Bitcoin und Co. im kriminellen Milieu sehr populär ist (kann man damit auch Geldwäsche betreiben, was genau passiert, und im Darknet ist es das Hauptzahlungsmittel), abgesehen von der ganzen Träumerei der Krypto-Fans, über neue digitale Welt ohne Banken und staatlichen Gewalt, bleiben Bitcoins und Co. strikt am jetzigen Finanzsystem gebunden, einfach weil sie auf der Börse notiert sind. Sofern sind sie nur eine Spekulationsblase, die flattert nach oben und unten. Dabei ist es höchst interessant, wie sie davon abhängig ist, was Elon Musk gesagt hat, aber auch von Stromausfällen und andere Katastrophen, besonders in China. Ich glaube, dass ich das nicht besonders erklären muss, warum es so ist. Ich wollte nur erinnern, dass der größte Teil von Bitcoin Mining Farms unsere Grafikkarten und bald SSD Festplatten genau dort zu seiner Sklavenarbeit nutzt.

Masha and Marcel Proust

Masha Pryven

Between going and staying

2020

Between going and staying
the day wavers,
in love with its own transparency.
The circular afternoon is now a bay
where the world in stillness rocks.
All is visible and all elusive,
all is near and can’t be touched.
Paper, book, pencil, glass,
rest in the shade of their names.
Time throbbing in my temples repeats
the same unchanging syllable of blood.
The light turns the indifferent wall
into a ghostly theater of reflections.
I find myself in the middle of an eye,
watching myself in its blank stare.
The moment scatters. Motionless,
I stay and go: I am a pause. 

by Octavio Paz
(translated by Eliot Weinberger)

Masha Pryven used that poem instead of a description of a photographs series by the group exhibition “One Swallow Does Not Make a Summer”, which was on display October 22-25, 2020 at the GlogauAir Gallery, Berlin.
That series was titled “Between going and staying” and was about the ephemeral distance between now and then, about the melancholic nature of time and remembrance of things past. All photos were shot in 2020 in Brittany (Bretagne), where the author visited places one find in the book by Marcel Proust In Search of Lost Time.

Ewa Maria Slaska, administrator:

  1. You can buy the pictures. Just write a comment and don’t forget to write your mail.
    I have that one with an armchair. It is an authentic Proust’s armchair in a house of Aunt Leonie in Combray (Illier)
  2. Till 23rd of Mai you can visit an Antiquariat in Immanuelkirchstraße 6, 10405 Berlin, for an exhibition with another photos by Masha