Z (bardzo) wolnej stopy (1)

Zbigniew Milewicz

Pocztówka z Rewala
Ostatni raz tutaj bylem jakieś 60 lat temu, z mamą i ojczymem, więc poza nazwą miejscowości nie rozpoznaję niczego. Fundusze unijne widać na każdym kroku: w pięknych domach letniskowych, placach sportowych, kilometrach rowerowych ścieżek, w nowoczesnej obwodnicy, która zwalnia gminę z ruchu kołowego.

Jest koniec lata, więc na nadmorskim deptaku tradycyjnie widać mniej młodzieży, a więcej seniorów, sporo również rodzin z małymi dziećmi. Język polski przeplata się z niemieckim, sporadycznie słychać też rosyjski i ukraiński.

U wszystkich widać pewną skwapliwość w łapaniu słońca, bo jeszcze dzień – dwa i pogoda ma się zepsuć, nadejdzie nieuchronnie jesień, z nią może i deszcze, pochłodnieje. Ale na razie prawie nie ma wiatru, Bałtyk jest gładki, jak stół, takich dni w roku jest tu podobno pięć, góra sześć. Dzięki temu widać, jaka czysta jest woda.

A więc carpe diem, chwytaj dzień  🙂

Poniżej: Woda wydłuża i wyszczupla, i proszę, jaka czysta…

Łucja, żaden autorytet (6)

Łucja Fice

Ten program, który wprowadziłam do głowy, chyba nie działa. Zawsze, ale to zawsze, gdy czegoś bardzo pragnę, Wszechświat jest przeciwko mnie. Może zacząć siebie okłamywać? Na siłę więc próbuję myśleć pozytywnie i kontrolować te parszywe obrazy w głowie. Może to ja sama powoduję, stwarzam myślami i mój świat i wszystko, co sprawia, że tak go odbieram? Przecież myśli, choć nie są materialne i widzialne, to są to jakieś fale, cząstki, które płyną w moim umyśle bez przerwy, jak niekończąca się rzeka. Muszę zasiać w swoim sercu radość, bo wszystko, co złe w naszym życiu, sama konstruuję i to z mojego powodu nie ma miejsca na pogodę w domu.

Uzmysłowienie sobie swojej winy przyszło nagle jak huragan. Przecież po każdym powrocie z Niemiec żyję po swojemu, ze swoją wolnością i możliwością robienia tego wszystkiego, na co mam w danej chwili ochotę. To mąż cierpliwie na mnie czeka, jak gospodyni z przygotowanym obiadem, zamówionym deserem. Nagle zobaczyłam swój wizerunek, jakbym stanęła obok siebie i zobaczyła tę drugą JA, co siedzi we mnie i przeszkadza mi być szczęśliwą. Nie próbuję się rozgrzeszać, czy oczyścić, bo przecież moje winy, te wszystkie małe grzeszki, to tylko złudzenie mojego umysłu -tłumaczę sobie. I… przez moment mam wrażenie, że jestem bezgrzeszna, czysta, bezwinna. Czuję tę chwilę niejako materialnie. Tak jak po burzy świeci słonce, tak i we mnie ono zaświeciło. Moje ciało odbiera wibracje tych myśli. Lekko na sercu.

Gaszę papierosa i, już wyciszona, idę do pokoju. Przysiadam na sofie, oddaję się rozmyślaniom, nagrywam siebie na dyktafon. Dotyczyły miłości. Może wcale jej nie ma, a tylko istnieje marzenie o niej? Może mąż ma rację? Przecież nikt nie dostaje miłości dla zdrowia i to za darmo z NFZ, tylko przekazujemy sobie swoje krzywdy w jej poszukiwaniu.

Własne zdanie mnie ocknęło, bo ponownie czuję, jakby ktoś (kto?) wbił mi harpun w serce. Odczuwam to fizycznie. Natychmiast uznaję to zdanie za krzywdzące i mam namacalny dowód na to, jak reaguję na własne myśli. Zapisuję bezwiednie kilka razy słowo SERCE na kartce papieru i zaczynam rozumieć, że w tym słowie jest coś transcendentnego, choć w dzisiejszych medialnych przekazach, filmach jest ono zabrudzone, „zagównione”. Słowa Serce i Miłość są ze sobą spokrewnione. Miłość jest dzisiaj na sprzedaż. To piękne aksjologiczne słowo, a mi się w tej chwili zdaje, jakby nie pochodziło z tego świata, jakby było z innego wymiaru. Kto je wymyślił? To nie tylko zostawiony pigment na kartce papieru. Nagrywam się dalej:

– Myślę, że mnie kochasz, tylko ja nie pozwalam dać sobie tej miłości. Nie ma mnie w domu, a jak już jestem, to nie ma ciebie, bo przecież jeszcze pracujesz. Chcę się zmienić. Tak! Na pewno się zmienię. Potrzebuję cię, bo cię kocham.
– Jak ci to wszystko powiedzieć po tylu latach rozłąki. Nie uciekaj ode mnie. Czuję lekkość na sercu, jakby nie był to tylko zwykły mięsień, organ, lecz coś więcej. CO? Ponoć jego elektromagnetyzm przewyższa elektromagnetyzm mózgu, a więc który narząd jest ważniejszy?

Zmiana myśli. Z przestrzeni przychodzą inne skojarzenia. Skoro przyszłam na ten świat taka czysta, to CO lub KTO mnie tak zapaskudził?

Nagle zdaję sobie sprawę, że mogę mieć moc tworzenia, jak mój ulubiony angielski magik, Daimon, i że muszę umilić mężowi ostatnie dni.

Passau, lipiec 2016

Jastarnia (10)

Jacek Krenz

Plener malarski

Podczas wakacji, po drugim roku studiów, we wrześniu z grupą Koła Plastycznego im. prof. Adama Gerżabka przyjechaliśmy do Jastarni na plener malarski. Byli Regina i Jacek Czapiewscy, Ewa Andrzejewska, Arkadiusz Bor, Mariola Czarnecka, Danka Giełdon, Włodek Jaroszewski, Jurek Kaczorowski, Rysiek Pawłowski, Leon Rugień, Ela Szalewska, Krysia Żuławska.

Użyczono nam bezpłatnie noclegu w pustych po sezonie pawilonach na terenie portu. Obiady jedliśmy w drewnianym przedwojennym budynku ośrodka żeglarskiego, w świetlicy z półkolistą oszkloną ścianą z widokiem na wejście do portu. Śniadania i kolacje przygotowywaliśmy sami na prowizorycznym stole ustawionym na zewnątrz, bo wrześniowa pogoda dopisała, było słonecznie i bezwietrznie.

Na zakup prowiantu dostaliśmy pieniądze od rektora, były dyżury i pamiętam, że nasze śniadania i kolacje były zawsze niezwykle malarskie, bo prześcigaliśmy się w pomysłach, dekorując stół np. gałązkami jarzębiny czy liśćmi dzikiego wina.

Pewnego dnia Dana Giełdon i Krysia Żuławska zostały w swoim domku, ponieważ postanowiły wzajemnie namalować swoje akty. Ktoś tam je podglądał, chyba był to…, zresztą on pewnie sam to pamięta najlepiej, jak również to, że dziewczyny, jak się zorientowały, to kocami i prześcieradłami zasłoniły okno. No, ale wtedy zrobiło im się za ciemno i akty skończyły się na niczym.

Malowaliśmy jednak głównie pejzaże, i głównie w porcie, gdzie było dużo interesujących tematów. Odwiedzili nas nasi profesorowie malarstwa, Anna Fiszer i Władysław Lam, którzy ocenili nasze postępy i udzielili korekt, tak jak zwykle robili to podczas zajęć na uczelni. Wystawę poplenerową urządziliśmy na roboczo w parku naprzeciw Urzędu. Wstęgę przecinał Przewodniczący Rady Narodowej, Henryk Kolubiński. Było sporo zwiedzających, głównie miejscowych, ale wśród gości była też Ewa Demarczyk w modnym wówczas spodniumie w kolorze zieleni, którą jedna z koleżanek nazwała burgundzką, ale pewnie chodziło jej o zieleń butelkową.

Pożegnalny bankiet odbył się w bardzo oryginalnej scenerii remontowanego kadłuba kutra, podpartego na brzegu drewnianymi drągami służącymi do stawiania żaków na węgorze. Wysmołowane zęzy stanowiły atrakcyjne tło dla obrazów i wesoło zakrapianej libacji.

Nasze obrazy zostały zaprezentowane również w Hallu Politechniki, wernisaż odbył się 21 lutego 1969 roku. W katalogu wystawy Dziekan Wydziału Architektury, Mieczysław Kochanowski, napisał:

Najważniejsze jest to, że bezpośrednie – choć na moment – dotknięcie sztuki czyni ją bliską na całe życie, że dodana do życia barwa, tak dosłownie jak i w przenośni, pozostaje na zawsze jako pryzmat, przez który patrzeć się będzie na świat.

Do dzisiaj jest to, przynajmniej dla mnie, zawsze aktualna dewiza, pozwalająca łączyć profesję architektoniczną ze sztuką, z malarstwem. Tego też staram się uczyć studentów.

Nastroju wystawie dodała też poetycka fraza Jacka Czapiewskiego:

Byliśmy w Jastarni we wrześniu, kiedy rybacy zostali wolni i sami.
Złote flądry stały w oknach pensjonatu: Gwiazda Morza, Adria – tak
się nazywały. Kto chciał, szedł do portu. Wracały flotylle: kutry, jachty
szampańskie. Śpiew transatlantyku. Fauna była przyjazna: zziębnięte
meduzy, bałtyckie ogiery. Słodka była flora.

Pośrodku półwyspu rozpięto sieć: wiatr skakał na jedną to na drugą
stronę. Raz o sztormie nocą poszliśmy nad morze.>
Stanęliśmy na plaży o rozprutym boku. To był skraj wszystkiego. Po
godzinach milczenia w ciemności i grzmocie usłyszeliśmy głos świata.

Prof. Anna Fiszer, pisząc w Katalogu wystawy w Salonie Klubu MPiK w Gdyni, bardzo trafnie sformułowała to, co próbuję uzyskać w malarstwie:

Jacek Krenz poszukuje w dynamicznych, pełnych ekspresji obrazach, wyrazu dla swych doznań w zetknięciu z człowiekiem i przyrodą. Usiłuje dotrzeć do istoty, do głównego nurtu zjawiska. Realizuje to przy pomocy silnych kontrastów form i kierunków oraz dużych płaszczyzn koloru, zróżnicowanych w walorze i temperaturze. Ta transpozycja rzeczywistości staje się często romantyczna i nastrojowa.

Ciągle mam w pamięci ostatnią kąpiel wtedy, we wrześniu, w nagrzanym przez lato morzu, którego powierzchnia była tak gładka, że prawie bez fal. Zwykle wskakiwałem z pluskiem do morza, ale tym razem wszedłem zanurzając się spokojnie, stopniowo, układając się do żabki, aż poczułem na szyi wyraźną granicę dwóch żywiołów. Czuję ją do dzisiaj.


Goodbye Yellow Brick Road…


Pożegnanie pleneru okazało się także momentem kończącym czas jastarnieńskich beztroskich wakacji, które – gdyby je dodać – złożyłyby się na niemal cztery lata mojego wczesnego życia. Potem zdarzały mi się jeszcze krótkie, jednodniowe sentymentalne odwiedziny miejsc i przyjaciół. Ale były to już tylko odwiedziny.

Kasię przywiozłem do Jastarni w drugim dniu naszej znajomości. Czar tej krainy podziałał, jesteśmy szczęśliwi razem przez całe życie.

Frauenblick. Warthe.

Diesmal, statt Stadtspaziergänge, eine magische Fahrt in Brandenburg

Monika Wrzosek-Müller

Warthe, mein Refugium, Einsiedelei und Domizil

Es war ein Dorf, ein Dorf gelegen zwischen uralten Wäldern, Seen, Wiesen und Feldern. Die Hügel wellten sich über den langen Wasserläufen, die hohen Gräser und Getreideähren wiegten sich im Wind. Alles schien in Bewegung und doch in absoluter Ruhe, die nur von Vogelrufen unterbrochen wurde; da waren die Kraniche, die paarweise stolzierten und oft entsetzlich schrien, auch der Kuckuck tickte wie eine Uhr, zählte die Jahre, die uns blieben, oder die Kinder, die geboren werden sollten, oder noch etwas anderes, einsam spazierten die Störche. Manchmal waren die Vogelkonzerte derart laut, dass man ins Häuschen flüchten musste, um sich unterhalten zu können. Doch die Stille täuschte, denn nachts kamen die Biber und bevölkerten die Seeufer scharenweise, die Wälder um die Ufer der Seen; sie suchten nach geeigneten Bäumen, nagten an dicken Stämmen und fällten einen nach dem anderen. Niemand konnte ihre manchmal verheerende Arbeit stoppen; die Erlen und Espen waren erledigt, jetzt kamen auch Buchen dran, nur die Eichen waren ihnen zu hart, oder schmeckten nicht. Es kamen auch Mäuse und manchmal Waschbären und der Volksmund sprach vom Wolf, der sich immer näher an die menschliche Siedlungen heranwagte, den aber niemand richtig gesehen hatte, nur wage Fotos von ihm existierten. Auch Rehe und Wildschweine sah man immer wieder, oder ihre Spuren; von den Hochsitzen an den Feld- oder Waldrändern konnte man sie gut beobachten, auch abschießen, denn Jägerkunst war allgemein verbreitet. Auf den verschlungenen Pfaden konnte man auch Schlangen sichten, sie sonnten sich an den warmen Plätzen und verschwanden geräuschlos, sobald man näherkam. Zum vollständigen Bild gehörten auch Kühe oder besser Rinder; nicht die schwarz-weißen Milchkühe, die wir aus unserer Kindheit kannten, sondern hochgezüchtete, fleischbewusste, hellbeige Tiere, die auf den Wiesen herumstolzierten oder lagen, mit unzähligen Kälbern.

Ein Dorf, auf halbem Weg zwischen dem sehr schönem alten Städtchen Templin und dem riesigen Schloss Boitzenburg gelegen. Der Weg führte immer wieder in die eine oder andere Richtung, an diesen beiden Punkten musste man vorbei. Sie markierten, bestimmten auch das Leben unmittelbar; weiter weg waren Prenzlau, Zehdenick, Lychen oder Feldberg… Immer lange Abschnitte der Landschaft mit Seen, Wäldern, Feldern, Wiesen dazwischen. In Templin hatte man eingekauft, früher vor der Pandemie die Naturtherme besucht, auch manchmal eine Eisdiele oder ein Café aufgesucht. Nach Boitzenburg fuhr man zum Kuchenessen, oder um um das Schloss oder um die Klosterruine zu wandern, immer gab es einen Rundweg; man startete und ging immer weiter, bis man irgendwann zurück am Start war.

Es war und ist ein Straßendorf, langgestreckt, auf beiden Seiten der graden Straße stehen die eher kleinen Häuser, ohne andere Planung, mit einer Kirche, einer Bäckerei, einer Kneipe. Die Häuser sind noch nicht vollständig mit Berlinern bevölkert, doch in der Kneipe versammelten sich oft die Zugezogenen und die Berliner Radler. Die Bäckerei versorgt auch mit Tageszeitungen; ein für sie wichtiges Geheimnis lüfteten sie erst nach drei Jahren Ansässigkeit: es gibt auch Jäger, die sehr gutes Wildfleisch verkaufen, sowie Bauern, die Eier an die Städter direkt abgeben; da lernte man, was ein Grünling ist und wie wirklich gutes Fleisch schmeckt. Umgeben war das Dorf mit mehreren Siedlungen, Wohnstätten mit ein paar einzelnen Häusern, mitten in der Landschaft gelegen: Luisenfelde, Metzelthin, Egarsee, Stabeshöhe, Bröddin. Am großen Warthesee gibt es viele Bungalows und Ferienanlagen, noch aus DDR-Zeiten, mit jeweils separaten Zugängen, Stegen zum See. Überhaupt war und ist der Tourismus doch eine gewisse Einnahmequelle für die Bevölkerung. Noch drei kleinere Seen liegen um das Dorf herum: kleiner Warthesee, Ratenowsee, Poviestsee; es wurde darauf gerudert und geangelt; es gibt auch einen Anglerverein im Dorf, wo man sich die Erlaubnis fürs Angeln holen konnte.

Das Dorf liegt in einem Gebiet, das vor sehr langer Zeit von verschiedenen Stämmen, sowohl germanischen als auch slawischen, bewohnt war, dann später auch Teil des Heiligen Römischen Reiches wurde, als Markgrafschaft Nordmark, schon früh im 12. Jahrhundert bildete die Region einen kleinen Teil der Mark Brandenburg. Das Dorf wurde zum ersten Mal 1295 in Dokumenten erwähnt, es gehörte zu einem Territorium, das vom Kloster Marienpforte verwaltet wurde. Erst Mitte des 16. Jahrhunderts ging es in den Besitz der Familie von Arnim über, die auf Schloss Boitzenburg lebte und große Ländereien in der Umgebung besaß.

Nach der Wende kam, ein paar Kilometer von Warthe entfernt, Daisy Gräfin von Arnim, die Apfelgräfin, auf das Gut in Lichtenhain zurück und baute das alte Verwalterhaus aus. Es ist ein beliebtes Ausflugsziel, mit einem Café im Garten und Apfelspezialitäten, einem Hofladen mit vielen Apfelprodukten und Mosterei, in der man eigene Äpfel zu Saft verarbeiten lassen kann. Die Wege um das Gutshaus sind mit Apfelbäumen gesäumt und sehen in fast jeder Jahreszeit wunderschön aus.

Die erste Kirche in Warthe wurde höchstwahrscheinlich auf dem Priesterberg errichtet, ungefähr an derselben Stelle wurde später, in den 1840er Jahren, ein Glockenstuhl errichtet, (im Dreißigjährigen Krieg war das Dorf stark verwüstet worden); rundherum existiert ein kleiner Friedhof. Die neue Kirche, (leider ohne Turm) wurde 1825 erbaut, besitzt schöne bunte Glasfenster und eine große Orgel. Neben der Kirche, am Dorfplatz, wurden anlässlich des Sieges im deutsch-französischen Krieg von 1870/71 vier Eichen gepflanzt, drei davon stehen als uralte, große Bäume immer noch und sind Namensgeber für die Kneipe nebenan. Auf dem Dorfplatz neben den Bäumen, der Kirche, der Kneipe steht noch ein Kriegerdenkmal für die im Ersten Weltkrieg gefallenen Warther Soldaten und etwas weiter weg auf einer Blumenwiese befindet sich ein altes kleines Häuschen, die ehemalige Dorfschmiede, die 1995 in eine Heimatstube mit einem kleinen Museum und einer Bibliothek ausgebaut wurde. Auf der gegenüberliegenden Seite der Straße steht verlassen die ehemalige Dorfschule (1998 geschlossen) und wartet auf einen Investor; sie könnte in eine schöne Pension umgebaut werden. Die Freiwillige Feuerwehr war schon in den dreißiger Jahren des 20. Jahrhunderts gegründet worden; das Spritzenhaus befindet sich näher am Großen Warthesee und der Dorfbadestelle. Wenn man sich die Statistikzahlen der Bewohner anschaut, bemerkt man, dass die Bevölkerungszahl immer mehr schrumpfte; eine große Auswanderung in die USA gab es schon in der zweiten Hälfte des 19. Jahrhunderts, doch von den 1875 verzeichneten 619 Einwohnern sind bis heute (2006) 319 übrig geblieben.

Noch eine Tatsache ist erwähnenswert: bis 1945 war Warthe mit einer Bahnstrecke Templin-Fährkrug – Fürstenwerder verbunden, das alte Bahnhofsgebäude steht immer noch, doch der Bahndamm wurde zu einem Fahrradweg umgebaut und erfreut sich großer Beliebtheit. Von öffentlichen Verkehrsmitteln kursiert nur ein Bus nach Templin oder Boitzenburg, doch die Mehrheit der Bewohner bevorzugt das eigene Auto.

Verwaltungstechnisch gehört Warthe seit 1993 dem Landkreis Uckermark zu und seit 2001 zur Gemeinde Boitzenburger Land.

Am schönsten war die Gegend für sie im Herbst; die Laubbäume färbten sich langsam vom satten Grün über mehrere Abstufungen von Gelb über Rot bis zum Braun, bis die Blätter dann langsam, Ende November, ganz verschwanden, was neue Ausblicke ermöglichte. In Sonnenlicht leuchteten die Blätter manchmal golden und die Spinnweben zogen ihre Fäden an den Disteln und hohen Gräsern. Leichte Nebelschwaden zogen über die Feuchtgebiete und Täler, auch manchmal über den See; Pilze konnte man bei etwas Regen und Glück in Unmengen finden; das Land war zum Verlieben still und naturecht.

Wspomnienia o Maryli (17)

Magdalena Ciechomska

Długo zbierałam się, żeby podjąć temat, o którym dziś napiszę. Temat śmierci. Pojawił się w naszej rodzinie 29 maja 1998 roku. Tego dnia umarł mój teść, ojciec Maryli i Tadeusza. To dzień moich, majowych imienin. Tego dnia wróciłam z pracy z wielkim bukietem kolorowych margerytek, który dostałam od moich uczniów. Była słoneczna, wręcz upalna pogoda. Weszłam do domu, w którym panowała cisza. Tadek pojawił się po chwili, żeby powiedzieć, co się stało. Ojciec umarł nagle, zasłabł na ławce w ogrodzie, w pełnym słońcu. Lekarz z wezwanej karetki pogotowia stwierdził zatrzymanie akcji serca. Reanimacja nie pomogła. Wiem, że teść zawsze modlił się o dobrą śmierć. Chyba ta jego śmierć była dobra, szybka, bez długiego cierpienia, którego tak często się boimy. Maryla była wtedy w Berlinie. Tadek zadzwonił do niej. Gdy przyjechała, poszłyśmy razem kupić sobie coś odpowiedniego na pogrzeb. Czarną, długą sukienkę, którą wtedy kupiła, wkrótce potem sprzedała, twierdząc, że nie może na nią patrzeć. Ja nie przypuszczałam, że rzeczy, które wtedy sobie kupiłam, będę niedługo nosić blisko rok…

Dwa miesiące po śmierci teścia zaczął chorować mój ojciec Miał wrodzoną wadę serca, mimo to od wielu lat nie odwiedzał gabinetu kardiologa… Badania wykazały, że serce jest w złym stanie. Ojciec umarł 14 lutego 1999 roku. Pół roku po moim teściu. Na wszystkich nas spadło poczucie bezsensu i kompletnej bezsilności. Najgorsza była świadomość, że nie zdążyliśmy pomóc żadnemu z nich. Obaj, mimo że bardzo różnili się od siebie, mieli jedną wspólna cechę – konsekwentnie nie dawali namówić się na wizytę u lekarza. Przez kolejne lata powracało uporczywe pytanie, czy na pewno nie dało się zrobić nic więcej? Co zaniedbaliśmy? O czym nie pomyśleliśmy w porę?

Pierwszą decyzją, jaką podjęliśmy, gdy tylko minął szok wywołany odejściem obu naszych ojców, było postanowienie o wymianie całej instalacji centralnego ogrzewania, ze starego na nowe, gazowe. Maryla zaczęła martwić się o zdrowie swojej mamy. Niebawem miało się okazać, że te obawy były jak najbardziej uzasadnione. Moja teściowa, podobnie jak jej zmarły mąż, nie ufała lekarzom i pomimo wyraźnych i nasilających się różnych dolegliwości nie zrobiła żadnych badań. Wiosną 2001 roku zdiagnozowano u niej raka wątroby. Zmarła 2 września. Wymiana ogrzewania zakończyła się tuż przed jej śmiercią… Pamiętam, jak wybrałyśmy się z Marylą, żeby kupić dla mamy ubranie do trumny. Na pogrzebie nie było naszego syna. Został w domu z moją mamą. Fakt śmierci babci ukryliśmy przed nim na kilka tygodni, powiedzieliśmy mu, że babcia Alinka wyjechała do sanatorium… Baliśmy się, że będzie to dla niego, dziecka z autyzmem, zbyt duży szok, zwłaszcza że były to jego pierwsze tygodnie w szkole podstawowej.

Po śmierci mamy Maryla zabrała się do porządkowania rodzinnych dokumentów i pamiątek. Pamiętam, jak zebrała i wyrzuciła na makulaturę cały zbiór różnych poradników medycyny naturalnej, których lekturą jej mama zastępowała poważne leczenie… W tym czasie oparciem dla niej stały się siostry matki, ciocie Henryka (Hesia) i Aleksandra (Oleńka). Tę ostatnią Maryla postanowiła otoczyć szczególna opieką. Ciocia Oleńka nie miała męża i dzieci, od śmierci swoich rodziców mieszkała sama w Grójcu, w małym, znajdującym się w starej kamienicy mieszkaniu, w którym musiała palić w piecu, przyniósłszy wcześniej węgiel z komórki, znajdującej się na podwórku.

Trzy lata po śmierci mojej teściowej podjęliśmy decyzję o sprzedaży starego domu na Mokotowie. Nie mogliśmy pozwolić sobie na dalsze remonty. Kupiliśmy nowy dom, tzw. „szeregowiec” z niewielkim ogrodem, w dzielnicy Bemowo. Podzieliliśmy jego własność po połowie, między nas i Marylę. Podobnie zrobiliśmy z resztą pieniędzy. Za swoją część Maryla kupiła dwa mieszkania. Jedno z nich w Grójcu, dla cioci Oleńki, nowe mieszkanie w bloku, z wygodami, żeby ciocia na starość miała przyzwoite warunki. Drugie – w Berlinie, dla siebie. Gdy przyjeżdżała do Polski, najpierw zawsze jechała do Grójca, do cioci.

Dwa lata po naszej przeprowadzce do nowego domu, śmierć znów pojawiła się w życiu Maryli. Dieter Gast, jej mąż, z którym od kilku lat zresztą pozostawała w separacji, zginął tragicznie, skacząc z kilkunastopiętrowego budynku… Maryla przez kolejny rok dochodziła do siebie po tej traumie. Dwa lata wcześniej, choć ich związek dawno już praktycznie wygasł, ona dowiedziawszy się, że Dieter cierpi na depresję, starała się mu jakoś pomóc. Daremnie.

Kolejny raz śmierć zastukała do nas w roku 2012, we wrześniu. Zmarła ciocia Hesia, chrzestna matka Maryli. Dwa tygodnie wcześniej odwiedziła nas w dniu urodzin naszego syna. Jak zwykle wesoła, pełna życia, elegancka, ze starannym makijażem. Wtedy widzieliśmy się ostatni raz.

Ciocia Oleńka odeszła w listopadzie 2017 roku. Mieliśmy zawsze nadzieję, że zamieszka w końcu z nami i że będziemy mogli zapewnić jej opiekę na miejscu. Zdążyliśmy umieścić ją na oddziale geriatrii Szpitala Wolskiego, znanym z bardzo dobrych lekarzy i nowoczesnego sprzętu podarowanego przez WOŚP. Tam umarła. Tym razem sama kupowałam ostatnie ubranie dla cioci. Sfotografowałam je i zdjęcie przesłałam Maryli.

Na wiosnę, w marcu 2018 roku Maryla sprzedała mieszkanie w Grójcu. Niedługo potem zachorowała. Zmarła rok później, 26 marca 2019. Dwa tygodnie wcześniej przysłała zdjęcie, które zrobiła kiedyś z okna pociągu, przed odjazdem z Warszawy do Berlina. Na peronie stoją obie ciocie i machają jej na „do widzenia” . Pociąg zaraz ruszy. To chyba był ostatni raz, gdy obie razem odprowadziły ją na dworzec.

Kino Polska po raz 16 w Berlinie

Ela Kargol

Spośród kilkunastu filmów albo i więcej pokazywanych na tegorocznym festiwalu filmów polskich w Berlinie obejrzałam tylko trzy, w moim ulubionym kinie Bundesplatz.

Bundesplatz to kino z ponad stuletnią historią. Gdy plac jeszcze nazywał się Kaiserplatz, kino nazywało się podobnie Lichtspiele Kaiserplatz, później przemianowane na Bundesplatz-Lichtspiele, Bundesplatz-Studio, od kilku lat jest po prostu Bundesplatz kinem. Filmy tu prezentowane najczęściej poprzedzone są krótkim wprowadzeniem, czasem pofilmową dyskusją z reżyserem, aktorami. Często wyświetlane są tu dzieła wybitne, filmy tzw. niszowe, klasyka filmowa, filmy historyczne. Kino Bundesplatz jest również kinem festiwalu Berlinale, a od 25 sierpnia do 1 września 2021 było kinem berlińskiego festiwalu polskich filmów.

Wszystkie trzy filmy, które obejrzałam były o miłości i śmierci, o kochaniu i umieraniu.

„Śniegu już nigdy nie będzie”, film Małgorzaty Szumowskiej

Do luksusowego podmiejskiego, ogrodzonego osiedla dla snobów, bogaczy, choć tak samo samotnych, szczęśliwych lub nieszczęśliwych i z problemami jak wszędzie, przychodzi Żenia, anioł łagodnej śmierci, tak go nazwałam po obejrzeniu filmu. Sam naznaczony czarnobylską śmiercią, od której we wspomnieniach nie może się uwolnić, oferuje mieszkańcom zamkniętego osiedla swoje usługi masażu, terapii, hipnozy, przyjaźni, miłości…

Zwłaszcza kobiety są mu wdzięczne za zainteresowanie i zrozumienie, mężczyźni za milczenie. Sam znika w dość magiczny sposób na końcu filmu. Osiedle nie znika, jest nadal luksusowe, ogrodzone i zamknięte.

„Marek Edelman …i była miłość w getcie”, film Jolanty Dylewskiej przy współpracy reżyserskiej Andrzeja Wajdy.

Głównym bohaterem i opowiadaczem tego fabularyzowanego dokumentu jest Marek Edelman. Opowiada historie miłosne, których był świadkiem. Wydarzyły się one w getcie warszawskim w czasie wojny. Odpowiada na pytania reżyserki ze swadą i pewnym rozdrażnieniem, tak jakby on znał tylko prawdę tamtych czasów, a ona zadaje niefortunne pytania „Miłość to trudna rzecz, a zabić jest łatwo”, to jego słowa. Te miłości, których Marek Edelman był obserwatorem, kończą się w komorach gazowych, rozstrzelaniem lub inną śmiercią. Na pytania reżyserki odpowiada najczęściej, że nie wie jak oni umarli, bo tak jest lepiej, mniej boli.

„Życie tam, w getcie, w pojedynkę było niemożliwe. Bez tego nie można było przeżyć i zostać człowiekiem. Zawsze trzeba było mieć kogoś do pary w tym sensie, że trzeba było mieć przy sobie drugiego człowieka, który myśli tak samo, który jest w ciebie tak samo wciągnięty, jak ty w niego. Dla którego zrobisz wszystko, a on dla ciebie. I to jest miłość” – pisał Marek Edelman, jeden z dowódców powstania w getcie warszawskim.

„Każdy ma swoje lato”, film Tomasza Jurkiewicza, film biorący udział w konkursie.

Każdy z bohaterów filmu – syn, matka, dziadek przeżywają swoją pierwszą miłość, bo każda nowa miłość jest pierwsza. Jedynie może dziadek z demencją przeżywa ją drugi raz. Gdy Agata przyjeżdża do Trzebini, dziadek rozpoznaje w niej swoją dawną kochankę Marysię. Zauroczenie dziadka Marysią doprowadziło przed laty do śmierci jego własnej żony. W Agacie zakochuje się wnuk Mirek, a matka Mirka organistka, prowadząca oazę dla dzieci przy kościele, na początku bardzo niechętna dość wyzwolonej Agacie, zmienia swoje sztywne poglądy, sama też pragnie miłości, wybacza ojcu jego dawną miłostkę. Agata wyjeżdża z Trzebini, ale miłość w Trzebini zostaje.

Zwycięzcą konkursu “Aktualne kino polskie” na 16. festiwalu filmów polskich FilmPOLSKA w Berlinie został film Piotra Domalewskiego „Jak najdalej stąd”.

Na zdjęciach: Julita Witt, moderatorka, Martin Erlenmaier, gospodarz kina i Tomasz Jurkiewicz reżyser filmu „Każdy ma swoje lato”.

Shut down 3 (central park)

Tibor Jagielski

– na początku jest wszystko proste jak dwa razy dwa, ale im głębiej w las tym więcej drzew – powiedział z wielkim namaszczeniem  antoni hrabia monte wiadomo i przesunął paciorek w różańcu z rubinu na brylant.
 – na przykład taki suwak logarytmiczny… – tutaj polski potomek nelsona mandeli popatrzył głęboko w oczy profesora theodore kruszynko z technical university of mickiewicz, alabama, który poczuł się nagle bardzo dziwnie, zamigotał  i zaczął rozluźniać krawat. 
– …albo ajfon, tabula smaragdina dzisiejszych czasów – pomachał aparatem przed, blednącym powoli, nosem polonusa hrabia
 – czy to  tylko diabelskie wynalazki!? a prawda jest…- wykrzyknął i podniósł wzrok w kierunku nieba
-…tylko tam, gdzie  matka boska jasnogórska! niech pan powie, kochany panie inżynierze, niech pan przyzna, czy udało się panu dodzwonić do boga, albo przynajmniej do świętego antoniego?
– dodzwonić? do świętego?! antoniego??? – zapytał  kompletnie skonfundowany inżynier i wyjął z butonierki batystową chusteczkę, aby otrzeć zroszone potem czoło.
– ha, ha! – zaśmiał się, wpuszczony nieopatrznie do kawalerki profesora  hrabia, przesunął palce z brylantu na opal i rozsiadł się wygodnie na jedynym fotelu, który stał obok  przywiązanego do ściany łóżka.
– niezbadane są wyroki boże!
– wooody! – zasapał kruszynko i wyrwał jedwabny krawat z kameleonami, które zmieniały barwy w zależności od otoczenia w jakim się znalazły, tym razem był to, po kolorze cytrynowym kolor ciemnoczerwony, podobnie jak nabrzmiała twarz hrabiego antoniego, który wznosił się nad profesorem theodore kruszynko, niczym gigantyczny nietoperz nad robaczkiem świętojańskim;
jedno było pewne – na ucieczkę było  za późno.

Help! Sie wollen mein Gutes!


parę godzin później
rano miał kruszynko strasznego kaca – moralniaka i postanowił zadzwonić do matki, czego już od lat nie robił;
a na stole leżał cyrograf; miesięcznie 99,90 zielonych, ważne 24 miesiące.

od czasu wczesnej śmierci ojca ich stosunki uległy ochłodzeniu, a gdy rok po pogrzebie wyszła ponownie za mąż – zlodowaciały.
ona poświęciła się nowemu małżonkowi, a profesor kruszynko – karierze naukowej, z której nic nie wyszło;
nagle zobaczył znowu ojca na dzień przed śmiercią; w rozległym łożu na środku przestronnego pokoju leżał on, prawie wyschnięty, filigranowo alabastrowy, w szlafroku i ulubionej wełnianej czapce i patrzył ze zdziwieniem na otaczający go tłum z księdzem na czele, a na jego obliczu malowało się pytanie: co ja tu robię?
kruszynko pamiętał, że się rozpłakał, a prawie wszyscy patrzyli na niego wrogo i w strasznym milczeniu – jak tak można?
i tylko głowa ojca uniosła się nad poduszką i wyszeptała
– synku mój!
ale to nie śmierć, bo (trzymał go potem, w tej ważnej chwili, sam w ramionach) tylko pogrzeb i hiobowe wieści z nowego jorku były dla niego  szokiem.
do mieszkania nieopodal central parku włamano się brutalnie, kradnąc i niszcząc prawie cały dobytek, w tym księgozbiór ojca (a policja miała od początku całą sprawę  w dupie i do kicia wsadzono na koniec jakiegoś włóczykija, który z przestępstwem nie miał nic wspólnego, poza kapeluszem, który znalazł przed rozbitym oknem kancelarii)
zorientował się, DOPIERO WTEDY, że wraz z ojcem umiera jego świat i on sam…
– cholera! -chwycił ajfon i nacisnął  przycisk MOTHER.

c.d. n.

***

wellengang – ein totenlied

zwei schwester ertrinken im meer
wo kam der wellengang her?
die wellen waren hoch wie ein haus
und schnapp weg war die maus

unendlich traurig am ballermannstrand
verschwinden wir in nebel
wie zeichen im sand

unendlich traurig am ballermannstrand
verschwinden wir in nebel
wie zeichen im sand

im september  den dritten
im jahre zweitausend zwanzig
plus eins

Z wolnej stopy 52

Zbigniew Milewicz

Siódme, nie kradnij…

– Jak by był moim dzieckiem, to bym mu uciął rękę, tak jak to robiono dawniej.
– Może w twojej Serbii by ci to uszło płazem, ale w Monachium byś ze Stadelheimu prędko nie wyszedł – studzę Dragana.

Maks nic nie mówi, leży w swoim łóżku i tylko ciężko wzdycha. W szpitalach ludzie są bardziej otwarci na siebie, zwierzają się ze swoich problemów, to przynosi ulgę. Maks pochodził, podobnie jak ja, ze Śląska, z Siemianowic. Przyjechał z żoną i Mietkiem do Monachium wcześniej ode mnie, zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, jego dzieciak miał wtedy dziesięć lat. Podobnie jak jego rodzice prawie nic nie kapował po niemiecku, ale nauczył się szybciej od nich. W szkole szło mu dobrze, interesował się sportem, uczynny w domu i wobec kolegów, praktycznie niczego dzieciakowi nie można było zarzucić. Poza jednym: kompletnie ignorował pojęcie cudzej własności. Kiedy w niedzielę matka nakładała mu na talerz stertę ziemniaków z kapustą i schabowego, potrafił błyskawicznie wymienić dania i zjeść to, co było przewidziane dla ojca, czyli większą porcję. Przecież go nie głodzili, mógł powiedzieć, że ma mało, dostałby dokładkę, ale wolał zrobić po swojemu. W klasie ginęły uczniom z tornistrów różne drobne przedmioty i nikt nie wiedział, kto je kradnie, póki Mietek nie skaleczył sobie dłoni o scyzoryk w plecaku kolegi, którego tamten przez nieuwagę nie domknął.

Miał taki spryt w swoich długich palcach i refleks, że w okamgnieniu potrafił przywłaszczyć sobie to, co chciał. Cierpliwie czekał, aż ofiara się zagapi na coś, a otoczenie spuści go z oka i wtedy działał. Kiedy za długo to trwało, odwracał czym bądź uwagę od siebie i nigdy do niczego się nie przyznawał, nawet złapany na gorącym uczynku. Wtedy w szkole poszedł na rozmowę do dyrektora, drugą odbyła z nim pani psycholog, w domu ojciec sprał mu tyłek paskiem, a mama wygłosiła dramatyczny apel o poprawę, więc kara za próbę kradzieży scyzoryka była w miarę łagodna. W ich domu na Karlsfeldzie wiodło się w miarę dostatnio, Maks pracował na taśmie montażowej w MAN-ie, zarabiał dobrze, jego żona Krystyna dwa razy w tygodniu pucowała Niemcom mieszkania, Mietek dostawał od rodziców przyzwoite kieszonkowe, kupowali mu modne ciuchy, jeździli na różne wycieczki i wczasy, nie musiał kraść.

Oficjalnie zadarł z prawem po raz pierwszy, dopiero jak poszedł do pracy. Jako wyuczony Kaufmann, czyli handlowiec dostał się za ladę jednej z ekskluzywnych perfumerii w centrum miasta; klientela ceniła sobie jego wiedzę o świecie zapachów, bajerował z wdziękiem panie, rzeczowo doradzał panom, tylko kierowniczka sklepu była zmartwiona, bo częściej niż zwykle miała manko. W końcu sklepowy detektyw z pomocą monitoringu znalazł przyczynę. Policyjna razzia w miejscu zamieszkania Maksa ujawniła w piwnicy dobrze zamaskowany schowek z kilkudziesięcioma flakonikami drogich perfum różnych światowych marek, a przy okazji trawkę. Oczywiście Miecio nie miał bladego pojęcia o tym, do kogo to wszystko należy, nie rozmiękczyły go wyniki daktyloskopijnych badań, dowody z monitoringu ani przesłuchania w areszcie, bo został zatrzymany. Rodzice zatrudnili wziętego, monachijskiego adwokata, aby wyciągnął syna z pudła; udało się, trawki nie było za dużo, więc dostał wyrok w zawiasach, ale Maks przypłacił to zawałem serca.

Nie można powiedzieć, Mietek odwiedzał ojca w szpitalu, przesiadywał przy nim, zawsze pytał, czy czegoś nie potrzebuje. Wizualnie byli do siebie podobni, obydwaj szczupli, wysocy blondyni, ale najwyraźniej charaktery mieli różne. Syn, w markowym ubraniu od Bossa, emanował pewnością siebie, a ojciec jakby się go trochę bał. Oficjalnie temu zaprzeczał, mówił, że nie ma dobrego humoru, bo nadal nie może wstawać z łóżka i przeszkadzają mu te różne aparaty, do których jest podpięty, ale dopiero wtedy, jak Mietek kończył odwiedziny, to się uspokajał. Mój pobyt w tym szpitalu trwał stosunkowo krótko, po paru dniach kardiolog uznał, że na kolejne badania mogę przyjść za miesiąc, z domu. Do domu puścili także Dragana, który z zawodu był rzeźnikiem i twierdził wesoło, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie dałoby uciąć.

Kiedy za miesiąc ponownie przekroczyłem progi Schwabinger Krankenhaus, spotkałem na korytarzu Dani, miłą, ciemnoskórą salową, która ze wszystkimi w szpitalu była zaprzyjaźniona i wiedziała dokładnie, co się w nim dzieje. Miała do tego fenomenalną pamięć.

– Jak pan poszedł do domu – powiedziała – to Maksa wzięli z powrotem na intensywną terapię, bo stracił przytomność. Już jej niestety nie odzyskał. A teraz w szpitalu leży jego syn, bo wpadł pod tramwaj i zmiażdżyło mu rękę.

Poszedłem odwiedzić Mietka (albo w niemieckiej wersji Mitka). Kikut prawej ręki sięgał mu do łokcia, spał, więc nie chciałem go budzić, ale proszę sobie teraz wyobrazić coś, co wymyka się wszelkiej logice. Wchodząc do jego pokoju, zerknąłem na swój zegarek, żeby sprawdzić ile mi jeszcze czasu zostało do badań. Wychodząc po chwili ponownie na zewnątrz, chciałem jeszcze raz się upewnić, ale zegarka już nie było.

Łucja, żaden autorytet (7)

Łucja Fice

Z innej strony

Jestem jako gatunek homo sapiens i tak tylko bakterią w kosmosie. Cóż więc mogę dla niego znaczyć? Kiedy pomyślę jednak, że jestem istotą duchową, podlegającą wiecznej ewolucji, to zmienia się paradygmat mojego myślenia. Lecz, to tylko irracjonalna wiara, bo dowodu na to, kim tak naprawdę jestem jako byt materialny, nikt do tej pory mi nie przedstawił. Najwięksi myśliciele od tysiącleci nie udowodnili, dlaczego okupuję tą materię. Słynne zdanie Rene Descartesa (Kartezjusza) „cogito ergo sum” budzi we mnie tylko efekt toczącej się kuli, bo nadal zadaję pytania i nie zadowala mnie żadna odpowiedź ze świata nauki, techniki czy filozofii.

W dojrzewaniu myśli doszłam do ściany, a ukazała mi to pandemia złośliwego wirusa, wyprodukowanego na czyjeś życzenie. Życie nie znosi próżni. Świat się zmienia wraz z postępem myśli ludzkiej i okazało się, że moje życie jest zagrożone, nie z powodu starości czy choroby, tylko z powodu małego niewidocznego bytu, który już zdążył narobić zamieszania, pokrzyżować mi plany i nakazał zmienić życiowe zasady.


Myślę, że wirus przesieje ludzkość i stanie się katalizatorem, który sprawi, że powstanie kula, która zacznie się samoistnie toczyć ku zagładzie. W najbliższych kilku latach okaże się, że przetrwają tylko nieliczni, ci, przygotowani na to, by swoimi umiejętnościami podtrzymać życie na ziemi. W niebyt odejdą zawody, które jeszcze dzisiaj wzbudzają zazdrość i respekt. Nabierze wartości to, co pomoże przetrwaniu gatunku.


Ziemia jako glob już nie raz była świadkiem wymierania. W ciągu ostatnich epok nie raz matka Ziemia doznawała katharsis od ludzkiego gatunku. To katharsis ponownie odbudowuje Matkę Ziemię, pomaga podnieść się z ruiny, do której ją doprowadziliśmy zanieczyszczeniem.

Zauważam jak zaczną nabierać wartości cechy, które dotychczas były minimalizowane i nieraz uznane za mało warte. Jeszcze podsycamy wartość urody, mody, pieniędzy, pewnych modnych zawodów, np. aktorstwa, bankowości. Jeszcze, lecz z „szybkością światła” zaczną je wypierać inne cechy, te, które dadzą możliwość przetrwania gatunku, podtrzymania życia.

Człowiek nie może w nieskończoność eksploatować ziemi i jej zabudowywać, więc myślę, że w tej pandemii o to właśnie chodzi. Powstrzymać świat, uchronić od zagrożenia, jakim jest sam człowiek. Pandemia więc, chociaż jest zjawiskiem niesprawiedliwym w moim ludzkim pojęciu, może być próbą regeneracji środowiska. Nie sądzę, by Kosmos ludzi potrzebował, by istnieć, a jeśli już, to tylko w celach ewolucyjnych, bo nie ma wartości duchowej bez człowieka. Nawet się nie obejrzę, jak dosięgnie mnie czarny scenariusz, niczym z horroru science fiction.

O tym właśnie powiedziała mi moja matka we śnie, który śniłam 28 lat temu! Powiedziała, że doczekam czasów z pewnej przepowiedni, a ja w tym śnie wiedziałam, o co chodzi. Ostrzegała mnie, że w roku 2017 coś się wydarzy. Był to jednak rok, w którym nic szczególnego się nie wydarzyło. Jednak było COŚ. Była pierwsza symulacja wirusa. Wtedy się zaczęło. Ktoś napisał, ktoś powiedział, ja tylko powtarzam – świat już nigdy nie będzie taki sam. Ja, Lucia, ta mała bakteria w kosmosie też się pośrednio przyczyniłam do tego, że zaczniemy masowo wymierać.

Sporo jest literatury, bo człowiek czasem umie zaglądać w przyszłość, sporo filmów, sztuka od lat ostrzegała ludzkość przed zachłannością, wygodnictwem, chamstwem, egoizmem, okrucieństwem wobec drugiego człowieka. I przed brakiem wyobraźni. Za wszystko przyjdzie nam teraz zapłacić, nie ma nic za darmo.

Stanowimy jako gatunek wspólnotę, wspólnie więc doczekamy świata odbiegającego od naszych oczekiwań. Nie pomoże nam osiągnięty poziom technologii i nauki. To nie epidemia może zaszkodzić ludzkiemu gatunkowi, to ludzka pazerność na życie w dostatku i wygodnictwie i nie jest to bynajmniej moja fantazja.

Naukowcy z Uniwersytetu Oxfordzkiego obliczyli, że gatunek ludzki zginie z powierzchni Ziemi do końca XXII wieku z powodu nanotechnologii molekularnej i sztucznej inteligencji – dziedzin, które się teraz tak dynamicznie rozwijają. Przede mną świat całkowicie odbiegający od moich marzeń. Zawsze znajdzie się ktoś, kto posądzi mnie o czarno-wizjonerstwo, czy fantastykę, ale mój horyzont myślenia nakazuje mi tak pisać. Zresztą aksjomaty mówią same za siebie.

Osobiście radzę sobie świetnie z tą oczywistością, bo moja wiara w nieśmiertelnego ducha wygrywa ze strachem o to marne życie. Ponieważ nikt z naukowców ani filozofów jeszcze nie odpowiedział na pytanie i dowiódł, że wie, po co mi to życie zostało dane, została mi więc tylko wiara i serce.

Na nic zda się strach o przetrwanie, bo nieunikniona jest humanitarna eliminacja starszych i niepełnosprawnych. Już obserwujemy, jak elity odrzucają moralność, nie kierują się prawem, ani etyką, niszczą bezpardonowo ekonomię, wypracowane wzorce kulturowe, niszczą w nas empatię, wartości rodziny jako podstawowej komórki społecznej. Wrażliwość, romantyzm, współczucie, to będzie luksus, za który przyjdzie mi może zapłacić życiem, bo to będzie luksus tylko dla wybrańców.

Nie wymyślam, przeczytałam takie zdanie w pewnym raporcie Bank of America:

W najbliższej przyszłości zacznie działać nowa filozofia, filozofia przetrwania. Sytuacja wymusi, choć tego nie chcemy, filozofię umiejętności. Zaczniemy myśleć praktycznie i przeżyją ci, co będą posiadać umiejętności potrzebne do przetrwania. Instynkt przetrwania będzie rządził światem. Powróci świat patriarchatu. Pandemia uświadamia, że świat nie jest wieczny, że cofniemy się szybko do feudalizmu. Dzisiaj jeszcze brzmi to dosyć złowrogo, ale czas szybko pokaże, jak rzeczy będą się miały.

Zadaję zatem w niektórych kręgach bardzo już powszechne pytanie: dlaczego sami się unicestwiamy? Może jeszcze możemy świat uratować? Gdyby tak zmienić, nagle, ad hoc nasz sposób myślenia, nasze uczynki, gdyby wyjść z tej platońskiej jaskini, w której rodziło się człowieczeństwo, gdzie teraz z powrotem pochowaliśmy własne tyłki, żeby nie widzieć, co się dzieje się na planecie?

W dzisiejszym świecie, za ścianami tej jaskini nie ma raju. Jest zniszczona Ziemia. Nadal budujemy fabryki plastiku i prowadzimy eksperymenty z nową bronią, palimy lasy, które są naszymi płucami. Na polską ziemię zwozi się śmieci i toksyczne odpady z Europy. Jest już 800 takich wysypisk, które w najbliższej przyszłości mogą skazić wody w rzekach, tych, z których przecież czerpiemy wodę do picia. Kto to robi? Czyż wirus, który niszczy nasze ludzkie płuca, nie jest synonimem płuc Ziemi? Jaka szczepionka wyleczy Matkę Naturę?

Marzec 2021

Jastarnia (9)

Jacek Krenz

Na studia

I może właśnie dlatego, w 1966 roku, po zdanej w Poznaniu maturze postanowiliśmy z Michałem Ozdowskim, że będziemy studiować w Gdańsku. Przyjechaliśmy na Wybrzeże w początku maja i zamieszkaliśmy u jego wujostwa, państwa Sokolnickich, w Oliwie. Początkowo moja wieloletnia fascynacja morzem podpowiadała mi studia w Wyższej Szkole Morskiej. Jednak, gdy stanęliśmy urzeczeni przed wspaniałą fasadą Politechniki Gdańskiej, której architektura podążała za stylem flamandzkiego renesansu, zdecydowałem się przyłączyć do Michała i zdawać razem z nim na Politechnikę. On na Budowę Okrętów, ja na Architekturę.

Zacząłem kurs przygotowawczy z rysunku u pana Kostka Maciejewskiego w Oliwie. Po egzaminie z rysunku pojechałem do Jastarni na krótki odpoczynek przed egzaminem z matematyki.

Pewnego dnia zauważyłem wchodzącego na plażę pana o charakterystycznej postawie i siwiźnie. Rozpoznałem w nim profesora ze zdawanego dopiero co egzaminu. Podszedłem, a on od razu, że zdałem! Niesamowite, profesor Zygmunt Schmidt zapamiętał mnie, choć było tam kilkaset osób! Był sekretarzem komisji egzaminacyjnej i skojarzył mnie, może dlatego że byłem wysoko na liście.

Egzamin wstępny z matematyki zdawaliśmy ze spokojem, bo byliśmy po kursie przygotowawczym prowadzonym w poznańskim NOT. Wróciliśmy do Jastarni, by po tygodniu pojechać zobaczyć listę wyników. Piotr Wilkuszewski, lokalny zabijaka, który akurat wyszedł na przepustkę z wejherowskiego zakładu odosobnienia, zaoferował, że pojedzie z nami i jak k…., będzie źle, to ich k…. zaje….

Każda miejscowość ma swojego oryginała, wybijającego się ponad przeciętność. Tu był nim Piotr, chociaż nie w pozytywną stronę. Z twarzą pooraną szramami po licznych bójkach, wysoki i zamaszysty o nieokiełznanym temperamencie ładującym go nieustannie w kłopoty, w swoisty sposób wyrażał sympatię do mnie: podnosił mnie wysoko, i obróciwszy do góry nogami energicznie mną potrząsał. Nie mogliśmy mu odmówić jazdy z nami do Gdańska, ale ustaliliśmy, że lepiej będzie, jak zaczeka na nas przed gmachem Politechniki. Na szczęście, zdałem, dzięki czemu udało się uniknąć kryminalnych kłopotów.

Okazało się wkrótce, że jastarnieński wątek kryminalny jednak dopadł i mnie. Jesienią przyszło do mnie, na adres dziekanatu Wydziału Architektury, wezwanie do stawienia się w komisariacie w Pucku. Przesłuchiwano mnie w sprawie posiadania pistoletu. Okazało się, że jeden z moich jastarniańskich koleżków na bakier z prawem, na pytanie milicji, gdzie ukrył pistolet, powiedział, że dał takiemu jednemu letnikowi z Poznania. Wydawało mu się, że nie znajdą, kto to. Sprawa się wyjaśniła po pewnym czasie, gdy poszukiwany pistolet odnaleziono na dnie basenu portowego. Bywają niekorzystne następstwa przejrzystej wody, to znaczy, niekorzystne dla inkryminowanego, bo ja szczęśliwie zostałem oczyszczony z podejrzenia o nielegalne posiadanie broni…

Do dziś piękno architektury naszej Politechniki działa na mnie równie mocno, a nawet po latach mocniej w miarę poznawania ukrytych symbolicznych znaczeń płaskorzeźb fasady, które mogłem codziennie podziwiać, początkowo jako student, a teraz jako profesor tej uczelni.