Łucja, żaden autorytet (1)

Łucja Fice

Ryba

Myślę. Myśli przekształcam w słowa, słowa przelewam i zapisuję klawiaturą komputera. Myśli są różne, ale próbuję mieć nad nimi kontrolę. Nie zawsze się to udaje, ponieważ jestem bombardowana różnymi informacjami z zewnątrz, również z mediów. Nie zawsze mogę się dzielić swoimi myślami w sposób werbalny, bo mogę wywołać burzę krytyki i narazić na ostracyzm, a przecież tego nie chcę. Dlatego piszę.

Moja percepcja świata jest nieco inna aniżeli moich znajomych. Jest taka indyjska przypowieść „…I był ranek, kiedy Bóg stanął przed dwanaściorgiem swoich dziećmi i każdemu z nich przekazał zalążek ludzkiego życia. Każde dziecko stawało przed nim, aby przyjąć jego dar i wysłuchać słów misji, z jaką miało udać się na do świata ludzi, na Ziemię. „Tobie, RYBO, daję najtrudniejsze zadanie ze wszystkich. Masz zebrać zmartwienia wszystkich ludzi i oddać mi je. Twoje łzy, będą moimi łzami. Cierpienie jakie weźmiesz na siebie, jest następstwem ludzkiego niezrozumienia mojej idei, ale powinnaś wybaczyć ludziom, aby mogli zacząć jeszcze raz. Za spełnienie tego zadania otrzymasz ode mnie największy prezent ze wszystkich. Będziesz jedynym moim dzieckiem, które mnie rozumie. Dar ten jednak będzie należeć wyłącznie do Ciebie. Jeśli spróbujesz się nim podzielić, nikt nie będzie Cię słuchał, nie będziesz nigdy żadnym autorytetem. Bóg powiedział: posiadasz cząstkę mojej idei i nie możesz jej pomylić z całością czy wymienić na inną. Jesteś, Rybo, pełnią, ale nie dowiesz się o tym póki wszystkie znaki nie staną się jednością. Dopiero wówczas ujrzysz całość mojej idei”.

Piękna przypowieść prawda? Dziwne tylko, że już od dziecka domyślałam się, że świat wcale nie jest taki, jak go postrzegamy. Skąd? Dzisiaj moje ciało traktuję jak ciało jakiejś osoby w komputerowej grze, w wirtualnej rzeczywistości. Osoba z gry komputerowej jest tylko wyliczonym wirtualnym bytem. Moja fizyczność jest wirtualnym awatarem, a ja jestem graczem, świadomością. Jestem w tej rzeczywistości, by dokonywać wyborów pomiędzy dobrem a złem. Każdy człowiek, który przychodzi na świat, ma zaprogramowany system wartości. Już małe dziecko wie co dobre, a co złe, co mu wolno, a co nie. To jakby odwieczny zakład, może gra w kości pomiędzy dwoma siłami. Wszyscy żyjemy na tej samej Ziemi, jesteśmy jej solą i możemy (mamy prawo) głosić swoje idee i mieć na ten świat wpływ. Każdy ma w tym świecie swoje miejsce, przecież innej Ziemi nie znamy (jeszcze).

Teoria reinkarnacji mówi, że z każdym wcieleniem przepracowujemy kolejne lekcje i wspinamy się na wyższy poziom. Dziś już mamy w fizyce ogrom na to dowodów. Życie pokazuje nam, że każda ludzka kreacja może przejawiać się w dwojaki sposób – w pozytywie i negatywie. Zawsze jednak pytamy, jak to jest, że jesteśmy TUTAJ i dokonujemy wyborów. Można to tak wytłumaczyć: świadomość najlepiej może być przedstawiona jako system informacyjny. Ten system rozwija się poprzez tworzenie informacji. Informacja tworzy treść, tworzy strukturę, więc jestem TU, by dokonywać wyborów, by uczyć się (również na błędach,) ewoluować i po prostu stawać się lepszą. Świadomość ma zawsze wybór i jest połączona z wolną wolą. Może świadomość, która istnieje poza naszym cielesnym bytem, jest wdrażana do systemu informacyjnego (podobnie jak jakiejś komputerowej grze?). Może ten system stworzył pamięć? Może przetwarza dane poprzez nasze ludzkie wybory?

Mam wrażenie, że to wszystko musi być połączone z utratą lub przypływem energii (entropia.) Dobre wybory w obrębie świadomości w sensie moralnym popychają nas w stronę stanów niższej entropii i odwrotnie. Tak to rozumiem. Zdobywając wiedzę, wzrastam intelektualnie, tworzę szerszą świadomość, nowy obraz siebie. Mam też wiedzę intuicyjną i jestem nią „napędzana.” Wcale nie muszę być racjonalna w pojmowaniu życia, świata, kosmosu. Tak samo jak wszyscy odczuwam radość, smutek, strach, ból i tak samo dokonuję w życiu wyborów, ale postrzegam świat jako całość z jej fauną i florą.

Patrząc w tej chwili na gablotę z minerałami z całego świata i na ich kolorystyczne bogactwo (przebywam w domu fanatyka, którego pasją są kamienie, meteoryty i minerały, widzę, że różnią się od siebie, a jednak stanowią budulec całego kosmosu.

Doczytałam się, że uniwersytety (profesorowie) zaczynają łączyć świadomość i wypełniać lukę pomiędzy metafizyką, teologią i fizyką. To trzy części jednego, większego pojmowania kosmosu i sposobu, w jaki działa świat. Wydaje mi się, że takiego połączenia dokonali już Jezus, Budda, Mahomet i wielu innych. Jak to wszystko połączyć z nauką i wiedzą, jaka jest mi dostępna dzisiaj? Umysł ludzki jest jednocześnie potęgą i upiorem pełnym lęków, łaknącym odpowiedzi na dręczące pytania. Może to przerażony umysł każe mi szukać odpowiedzi? Jeszcze kilkanaście lat temu moja rzeczywistość i świadomość były oddzielona wielkim murem, ale to się zmieniło. Czy ta indyjska przypowieść o znakach zodiaku może być prawdziwa? Czym była siła, która skierowała mnie na drogę służby innym ludziom i tym samym poszukiwania odpowiedzi na trudne pytania? Myślę, że moja podświadomość wyrażała chęć opieki, chciała być pomocna i użyteczna, a tym samym ja sama, świadomie dokonałam takiego a nie innego wyboru.

Czym jest więc życie i związana z nią świadomość? Jaki jest jego cel? Ja już sobie odpowiedziałam. Ten cel to dojrzeć drugiego człowieka i pomóc mu w potrzebie, nauczyć się miłości do niego.

Życie to szkoła, to lekcje. Szkoda tylko, że wagary zabrały mi tyle czasu, sprawiły, że nie posiadłam wiedzy, której już dzisiaj nie nadgonię. Będę musiała TU kiedyś wrócić i te lekcje uzupełnić. Życie trwa, pisze swoją pracę i na razie mam tylko takie motto „Żyj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał”.

Łucja, żaden autorytet

Jastarnia (4)

Jacek Krenz

Dziewczyny

Gdy dołączały do nas dziewczyny, spacerowaliśmy do oddalonej o dwa kilometry Juraty. Na kilka sposobów: wygodnie szosą, w słońcu plażą, torami lub leśną ścieżką. Można było oczywiście jechać pociągiem lub autobusem, ale woleliśmy pieszo. Celem była położona wśród drzew kawiarenka „Paloma” z okrągłą salą taneczną.

Zasiadaliśmy na pufach przy okrągłych stoliczkach z pucharami lodów, a z czasem przy kieliszkach wina. Atrakcją była grająca szafa z aktualnymi przebojami. Cliff Richards śpiewał The Young Ones, Paul Anka You are My Destiny, Roy Orbison Pretty Woman, “The Shadows” grali romantyczne Themes for Young Lovers i Apache, a “The Tornados” swój instrumentalny przebój Telstar.

O godzinie piątej po południu rozpoczynały się potańcówki, zwane odpowiednio five’ami. Wejście ułatwiała nam zaprzyjaźniona kelnerka Ela, córka naszej gospodyni. W towarzystwie zwykle był ktoś, kto grał na gitarze. Z Ryśkiem Ambroziewiczem śpiewaliśmy Meksykanę, gdzie sprawy damsko-męskie układały się bardzo prosto i dla nas zrozumiale:

Piękne życie spędzają kowboje,
A ich miłość jest piękna jak kwiat.
Rzucę lasso i serce jest moje,
Porwę dziewczę i pojadę w świat.

Może mnie kochasz, piękna dziewczyno,
Może lasso połączy serca dwa.
Wiatr upaja jak szampan i wino,
Dzika miłość po stepie nas gna.



Morze, plaża, ryby w zatoce, wakacyjne przyjaźnie, tańce. Pierwsze poruszenia serca, zakochania, spacery z trzymaniem się za ręce lub obejmując się wzajemnie za biodra. Obok domu, gdzie mieszkaliśmy, był zasobny dom pana Hermana, rybaka z dużym kutrem, szkunerem. Miał żonę Francuzkę i dwie piękne córki, Françoise i Marie-France. C’est vrai, żałuję, że nie znałem francuskiego, by zrozumieć, co odpowiedziała mi Françoise na pytanie: Czy mnie kochasz?

Pierwsze niewinne miłości: Żywia, Elżbieta, Iwona, Kasia, Marysia… Z Elżbietą odbywaliśmy długie spacery brzegiem morza. Była nastoletnią łyżwiarką i opowiadała mi o obozach kondycyjnych. Zimą, podczas szkolnej wycieczki do stolicy, wyrwałem się z klasowej grupy i z tzw. bełtem, czyli butelką najtańszego wina, ukrytą w kieszeni kurtki poszedłem ją odwiedzić na Saskiej Kępie i powspominać lato.

Podtrzymaniem letnich przyjaźni był też Sylwester w Zakopanem w 1963 roku. Zaraz po Świętach dostałem list od Krzysztofa z serdecznym spontanicznym zaproszeniem:

Przyjechała Kaśka i Krystyna, Pżryjerzdrzaj na pewno. Spanie masz ó mnie, rzarcie takrze!

Kolorytu zaproszeniu dodawała autorska ortografia listu.
Po marcu 1968 roku Kasia Forbert już do Jastarni nie przyjechała.
I tak, nawet tutaj doświadczyliśmy wpływu polityki.

Iwona z kolei lubiła recytować Pchłę Szachrajkę Brzechwy, wierszowaną opowieść o sprytnych postępkach pewnej pchły. Recytowała też zabawny wiersz Gałczyńskiego Strasna zaba w wersji dla sepleniących, który do dziś znam na pamięć:

Pewna pani na Marsałkowskiej
kupowała synkę z groskiem
w towazystwie swego męza, ponurego draba;
wychodzą ze sklepu, pani w sloch,
w ksyk i w lament: – Męzu, och, och!
popats, popats, jaka strasna zaba!

Mąz był wyzsy uzędnik, psetarł mgłę w okulaze
i mowi: – Zecywiście cos skace po trotuaze!
cy to zaba, cy tez nie,
w kazdym razie ja tym zainteresuję się;
zaraz zadzwonię do Cesława,
a Cesław niech zadzwoni do Symona –
nie wypada, zeby Warsawa
była na „takie coś” narazona.
Wspólnym wysiłkiem ządu i społecenstwa
pozbyliśmy się zabiego bezeceństwa.

Biedna żaba! Dlaczego więc Iwonka nie mogła mi wybaczyć, że rozdeptałem żuczka? Na jej: „O! Popatrz, żuczek”, machinalnie rozgniotłem go butem. Dopiero po 40 latach uzyskałem oficjalne wybaczenie na piśmie. Przyjaźnimy się serdecznie i odwiedzamy z rodzinami do dziś, chociaż podejrzewam, że mimo wszystko ciągle chowa skrywaną urazę, nie doceniając być może rycerskiej intencji obrony swojej damy. Z radością możemy myśleć, że ta nasza młodzieńcza przyjaźń przeszła na pokolenie naszych dzieci i trwa nadal. Pomimo żuczka.

Zdarzyło się, że dwaj bracia, tj. Jurek i ja “chodziliśmy” w Jastarni z dwiema siostrami: Zosią i Marysią Biegańskimi. Mama ich była pianistką, a ojciec dyrektorem Wydawnictw Artystycznych i Filmowych. Mieszkali w fińskim domku w pięknej zielonej dzielnicy Jazdów w centrum Warszawy. Zdałem wtedy na Wydział Architektury Politechniki Gdańskiej. Kierowany jednak porywem serca, postanowiłem przenieść się do Warszawy, by być blisko Marysi. Stało się to możliwe dzięki jej wujkowi, ówczesnemu dziekanowi warszawskiego Wydziału Architektury, który – dzięki mojej wysokiej ocenie z egzaminu wstępnego – stwierdził, że „nie widzi przeszkód”. Gdy nadeszła jesień okazało się jednak, że letnie miłości nie zawsze utrzymują się poza wakacjami. Pozostałem na studiach w Gdańsku, Marysia poszła na malarstwo do warszawskiej ASP. Nasze drogi się rozeszły, przestaliśmy jeździć na wakacje do Jastarni i straciliśmy kontakt.

Lubiłem towarzystwo tutejszych chłopaków: Romka i Edka Soleckich, Piotra Wilkuszewskiego, Henia Selina, Henia Oksa, Ryśka Ambroziewicza, Staszka Rybarczyka, Bogdana, Franka i innych. Uczyliśmy się od nich języka kaszubskiego, często mało cenzuralnych zwrotów, nie nadających się do cytowania tutaj, ale do dziś potrafię trochę kaszëbsczim jãzëkem godac. Była to przydatna umiejętność. Wiedziałem, na przykład, że należy czym prędzej uciekać, gdy wchodząc w szkodę słyszeliśmy: Të diôble, jak jô ce chyce, to utopse.

Wojtek z Ryśkiem przewodzili bandzie tutejszych chłopaków, która przybywającym na wakacje chłopcom, zwłaszcza tym wywyższającym się swoim stołecznym pochodzeniem, pięścią pomagała przywrócić odpowiednie proporcje zachowania. Często odbywało się to już na dworcu, ledwie wysiedli z pociągu.

Miałem też swoją paczkę znajomych, od lat przyjeżdżających na wakacje nad morzem: Iwona Borysowicz, Marysia Biegańska, Kasia Forbert, Krystyna Zajączkowska, Małgosia Kubiak, Ania Domańska i Tomek Stawiński z Warszawy. Byli też tacy, których dziś pamiętam tylko z imienia lub przezwiska: Danek, Grzybówna, Młynarka, Zarzycki… Każdy z moich braci miał swój odrębny krąg znajomych, ale często trzymaliśmy się razem.

Niektórzy nazywali nas Kanarkami (Jurek Kanarzycho, Wojtek Kanar i ja Kanarek). Do tego Krzysztof Starczewski był jeszcze jakby moim trzecim bratem, młodszym o rok ode mnie.

Przyjeżdżała do Jastarni i Juraty warszawska elita. Pisarze, aktorzy, filmowcy, dziennikarze. Bywały tu Anna Nehrebecka, Małgorzata Braunek, Maja Komorowska, Wojciech Gąssowski, Tadeusz Kubiak (ojciec Małgosi), Wojciech Młynarski, Edward Dziewoński i inni. Mówiło się, że na premierowych pokazach w kinie „Żeglarz” było więcej gwiazd na sali niż na ekranie.

W owym czasie samochodów w Jastarni prawie nie było. Andrzej Badeński, medalista letnich Igrzysk Olimpijskich w 1964 roku, tym bardziej zadawał szyku, pojawiając się w otwartym kabriolecie NSU Prinz. Szliśmy pewnego razu z Krzysztofem, gdy zatrzymał się przy nas, wypytując o urodziwą siostrę Krzysztofa, Beatę. Poczęstował nas wyrostków Chesterfieldami z filtrem, by wydobyć informację, gdzie mógłby ją spotkać. Krzysztof lubił na plaży grać w badmingtona z Wojciechem Młynarskim ze względu na jego niezwykłe poczucie humoru. Błyskotliwe dowcipy zapisywało okoliczne towarzystwo. Krzysztof, czarujący, przystojny, dość wcześnie zakosztował dziewczęcych uroków i przez jedno lato mieszkał nawet z jedną panną ze stolicy, za przyzwoleniem jej ojca, który robił sobie nadzieje, płonne, jak się zresztą okazało, że obrotny młodzieniec wspomoże go w interesach tzw. prywatnej inicjatywy. Po latach Krzysztof przyjechał do Jastarni z dorastającym synem w sentymentalnym nastroju odnajdywać ścieżki dzieciństwa. Krzysztof junior zżymał się, że zaaferowany tata oprowadzał go po jakiś chaszczach.

Don Quixote on the Atlantic Ocean

Konrad found him and called him Don Quijote. His name is Reza, he is an Irani and lives in USA. He planned to walk thousand miles on the water from Miami to Bermuda. Walking on the water, like Jesus. Sometimes I think that this both figures are the same. Jesus Don Quixote. They stopped Reza’s adventure already two times, but I belive, it is not the end of the story. Just observe.

Wspomnienia o Maryli (11)

Magdalena Ciechomska

Moje dyskusje z Marylą, nie licząc rozmów na tematy rodzinne, dotyczyły w zasadzie dwóch zagadnień: feminizmu i wiary w Boga. Tu od początku trwał proces uzgadniania zbieżności i rozbieżności poglądów. Pierwsza rozbieżność dotyczyła sprzątania i zmywania naczyń. Maryla początkowo traktowała te prozaiczne, codzienne czynności jak symbole kobiecej opresji i starała się je kontestować. Nie znaczy to, że uchylała się od sprzątania, ale prace te, zwłaszcza mycie naczyń (ręczne, bo zmywarki w końcu lat 90 ubiegłego wieku były w Polsce ciągle trudno dostępnym luksusem) traktowała z wyraźną niechęcią i starała się wykonywać je jak najrzadziej. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu, ja z mężem i Maryla na parterze, moi teściowie – na piętrze. Były to dwa osobne mieszkania, jedno z nich dzieliliśmy, ja i Tadek, z Marylą. Oczywiście wszyscy troje uznaliśmy ten stan za przejściowy i szybko zaczęliśmy planować remonty, a także modernizację domu. Efektem tego było podjęcie decyzji o wyjeździe i pracy za granicą, co Maryla potraktowała w końcu jako sposób na życie, a ja tylko na zarobienie większych pieniędzy.

Moje i Maryli kryteria dotyczące porządku w domu znacznie się różniły. Podczas gdy ona nie przejmowała się tym zanadto, ja miałam poczucie obowiązku młodej gospodyni i pani domu. Nie znaczy to, że wszystko wzięłam na siebie, o nie, mój mąż nigdy nie uchylał się od prac domowych. Zresztą, często powtarzałam wtedy, że umiejętność radzenia sobie z utrzymaniem porządku jest naprawdę jedną z podstawowych, a jej brak świadczy nie tyle o wyzwoleniu z opresji, co o zwykłym życiowym kalectwie. Maryla prędko dostała możliwość zweryfikowania swoich teorii, gdyż w Berlinie, na początku, jedyną dostępną pracą okazało się sprzątanie, a poza tym przekonała się, że mieszkając u kogoś nie można pozwolić sobie na bałaganiarstwo. Jej marzeniem było samodzielne, własne mieszkanie, w którym będzie się czuła w pełni swobodnie. Gdy wreszcie wprowadziła się do tego mieszkania, sama wiedziała już, jak trzeba dbać o porządek. Bez ideologii.

Zagadnienie podziału obowiązków domowych rzecz jasna nie wyczerpywało tematyki feministycznej, wokół której toczyły się nasze dyskusje. Oczywiście dużo rozmawiałyśmy o problemie aborcji, antykoncepcji, ale też o macierzyństwie, o tym, czym jest ono dla kobiety. Maryla nie widziała siebie w roli matki, jej sprzeciw powodowała perspektywa podporządkowania się wymaganiom związanym z opieką nad dzieckiem. Widziała natomiast, na przykładzie swojej mamy oraz innych kobiet, których życie upłynęło w PRL-u, jak w praktyce wyglądało ówczesne „równouprawnienie”. Była w niej jakaś odraza do całej rzeczywistości tamtego życia. Myślę, że chciała uciec od niego jak najdalej. Tak, jakby ten kierat, w jaki wprzęgła kobiety socjalistyczna, zgrzebna rzeczywistość, uważała za istotę zniewolenia przez komunę. Chyba długo nie rozumiała kobiet, które rezygnowały z podejmowania innych ról życiowych, poświęcając się macierzyństwu i rodzinie. Zwykle dopiero po dłuższej dyskusji przyznawała, że to także może być uprawniony, wolny wybór, nie wymuszony okolicznościami. Nie potrafię do końca ocenić, jak wpłynęła na jej poglądy nasza sytuacja, rodziców niepełnosprawnego dziecka, pokazująca dobitnie, do jakiego stopnia rodzicielstwo może przeorganizować całe życie. Na pewno nie zmieniła swych poglądów zasadniczo. Maryla pozostała sobie wierna. Wiem jednak, że w ostatnim czasie bywała krytyczna wobec niektórych feministek, przede wszystkim tych dość radykalnie kwestionujących wartość macierzyństwa i rodziny.

Kolejny nasz ulubiony temat to problemy wiary w Boga, religii, Kościoła katolickiego. Oczywiście Maryla ostro przeciwstawiała się patriarchalnej, konserwatywnej i mizoginicznej postawie kleru. Wychowana w dość tradycyjnej, katolickiej rodzinie, buntowała się przeciwko wizerunkowi Boga, który przedstawili jej rodzice. Nigdy jednak nie przekroczyła granicy ateizmu, nie stała się obojętna. Tym, co nurtowało ją stale, było powracające pytanie: unde malum? Pamiętam, jak opowiadała mi o swojej pracy w berlińskim szpitalu neurologicznym. Pracowała w szpitalnej kartotece. Przez jej ręce przechodziła dokumentacja chorych na SM, nieraz ludzi młodych, dwudziesto- trzydziestoletnich. Ich los odbierała jako przykład jakiejś absurdalnej niesprawiedliwości. Gdy o tym mówiła, wyczuwałam w jej głosie silne emocje. W podobny sposób reagowała na historie dzieci umierających na choroby nowotworowe. Dla niej był to egzystencjalny absurd, który kazał wątpić w Boga, w Jego sprawiedliwość.

Nigdy nie nadawałam szczególnego znaczenia tak zwanym datom granicznym, ale teraz uświadamiam sobie, że dla naszej rodziny lata przełomu milenijnego były wyjątkowe. W 1998 roku zmarł mój teść, pół roku później, w lutym 1999, mój ojciec. W 2001 odeszła teściowa. Jednocześnie w tle tych wydarzeń, od roku 1997, trwało odkrywanie autyzmu naszego syna, diagnozowanie, poszukiwanie terapii, miejsca w przedszkolu integracyjnym, potem w szkole… Śmierć najbliższych pozostawia w nas ślady, rana goi się powoli, blizna zostaje na zawsze. Ja zaczęłam wtedy stawiać sobie pewne pytania od nowa. Czy Maryla robiła to samo, w tym samym czasie? Nasze rozmowy były coraz dłuższe. Wtedy Maryla zaczęła częściej chodzić do kościoła. Wiem, że to zdanie wygląda trochę naiwnie. Ale ona od tego czasu chodziła do kościoła systematycznie. I to była jej autentyczna potrzeba.

Koty (dawno nie było)

Ewa Maria Slaska

Ukazał się właśnie audiobook Hape Kerkerlinga pt. Łapy ze stołu!

Moje koty, inne koty i ja.

Autor, znany niemiecki kabarecista, ale też autor świetnych książek autobiograficznych i bohater świetnych filmów, nakręconych na ich podstawie, jest znanym miłośnikiem kotów. Od czasu do czasu słucham więc sobie fragmentów jego ogromnego eseju o kotach. Tak – ogromnego, liczy sobie bowiem 450 minut – ponad 7 godzin! Ponad 7 godzin gadania o kotach!

I co ja tu nagle słyszę. Kerkeling twierdzi, że Petrarka, tak, ten opiewający miłość subtelny poeta i humanista, Petrarka zatem, podobno miał powiedzieć, że ludzie (ludzkość) dzielą się na tych, którzy lubią koty i innych, tych, których życie upośledziło.

No więc, jeśli nawet Petrarka…

Cóż się robi w dzisiejszych czasach po odsłuchaniu takiej rewelacji? Wpisuje się do google’a dwa słowo – Petrarka oraz kot i pojawia się ta strona, nawet nie strona – mała stronka, na kilka akapitów:

KOTY I SZTUKA

Miłośnikami kotów byli i są nie tylko zwykli śmiertelnicy, ale także ludzie sławni: artyści, politycy, uczeni etc… Ich listę rozpoczyna prorok Mahomet, a za nim postępują papież Grzegorz Wielki, kardynał Armand Jean Richelieu, Piotr Wielki, George Washington, Abraham Lincoln, Włodzimierz Iljicz Lenin, Theodore Roosevelt, królowa Wiktoria, kompozytorzy Maurice Ravel, Jules Massenet i Wolfgang Amadeus Mozart, uczeni tacy jak Isaak Newton i Maria Skłodowska-Curie. Z kotami nie rozstawali się Honore Balzak, Wiktor Hugo, Aleksander Dumas (syn), Mark Twain, Ernest Hemingway, T.S.Elliot, Karol Capek, Colette, Melchior Wańkowicz. I tak można by wymieniać bez końca.

Legenda głosi, że prorok Mahomet nakazał obciąć kawałek swej szaty, aby nie obudzić smacznie na niej śpiącej kotki Muezzi. Dlatego też nazwano Mahometa ojcem kotów. Legenda zresztą przypisała prorokowi pewną zasługę wobec całego kociego rodu. Położywszy trzykrotnie rękę na głowie swej ulubienicy, obdarzył rzekomo ją i wszystkie koty zdolnością spadania na cztery łapy z każdej wysokości. Islam do dziś nakazuje karmić swym wiernym przynajmniej jednego bezdomnego kota.

Dla pisarzy i malarzy koty często były natchnieniem w pracy twórczej. Często opisywali je w swoich książkach, poematach i wierszach, uwieczniali na płótnie i w rzeźbie. Włoski poeta Dante Alighieri miał parę kotów perskich, które na rozkaz potrafiły przewracać karty księgi i przynosiły swemu panu do rąk drobne przedmioty. Francesco Petrarka swego ulubionego kota, o którym mówił jako o jedynym przyjacielu, zabalsamował po śmierci.

Na temat kota w literaturze można by napisać wiele tomów. Zwierzę to jest mocno związane z człowiekiem i jego twórczością. Już w dzieciństwie poznajemy pierwszego niezwykłego kota w bajce “Kot w butach”, inny sławny kot pojawia się w “Alicji w krainie czarów”. Kota spotykamy także w “Zemście” Aleksandra Fredry i “Myszeidzie” Ignacego Krasickiego. Powiedzenie z bajki Rudyarda Kiplinga “kot, który chodził własnymi drogami” stało się popularne we wszystkich krajach. Colette napisała piękną powieść “Kotka” i opowiadanie “Kicia”, które są dowodem jej wielkiej sympatii do tych zwierząt.

Kot jest częstym motywem w sztukach plastycznych, zwłaszcza w malarstwie. Kota uwiecznili tacy malarze jak Auguste Renoir – “Chłopiec z kotem”, Juliusz Kerner – “Kocia idylla”, Alexander Hamilton – “Koty kradnące dziczyznę”, Gustaw Dore – “Kot w butach”, Francisco Goya – “Trzy koty czyhające na ptaka” i wielu, wielu innych.

Niestety, obok wielkich miłośników kotów istnieli i istnieją zagorzali ich wrogowie. Wśród nich znaleźli się m.in. Napoleon Bonaparte, Juliusz Cezar, Benito Mussolini i Adolf Hitler.

No cóż, nie wiem, dlaczego autor stronki użył w ostatnim akapicie słowa “niestety”. Jestem nader rada (nader rada – doceniacie tę przepiękną polszczyznę?), że takie dziadersy jak Cezar, Napoleon, Mussolini, a już zwłaszcza Hitler nie lubili kotów. Dobrze, że nie lubili, a Hitler to już szczególnie. I tak mam dość problemów z tym, że był wegetarianinem. Wydaje mi się, że o tym gdzieś pisałam – wegetarianie myślą sobie, że są lepsi od innych. Nawet jeśli tego nie mówią na głos. I co? I pstro. Hitler też był wegetarianinem. To wielki zawód w życiu…

Wpisów o kotach jest na tym blogu tyle, że nie będę ich wszystkich linkować – proszę wpisać w “search” (pod spodem pod każdym wpisem po lewej stronie) słowo “kot” i zobaczyć, ile tego jest. Masa książek i mądrości życiowych, ale przede wszystkim niezliczone dzieła sztuki. Dziś trzy kolejne:

Myśli (3)

Teresa Rudolf

Każdego dnia zachodzące słońce zabiera ze sobą zachodzący dzień, bez względu na to jaki był, a wschodzące zaprasza do nowego dnia, też bez względu na to, jaki będzie.

Słoneczniki to jakby “kwietne odpryski” słońca, 
zajdą kiedyś jednorazowo i ostatecznie,
jak wszystko inne, co żyje na tej ziemi. 
Tylko słońce wkradło się w protekcję nieba,
pokazując się codziennie rano i wieczorem
w nieskończoności swojej.

Wejście do  jakiejś dziury jest niejednokrotnie dużo łatwiejsze niż z niej wyjście, czasem bowiem jest już tam tak wygodnie, jak, przysłowiowo mówiąc, w “domowych kapciach”.

Niektórzy mają tak dalece wszystko w nosie, że gdyby było to tylko możliwe,
najchętniej by w nim po prostu zamieszkali.

Najtrudniejszy most, przez który przyjdzie mi kiedyś przejść,
mógłby  być ozdobiony pięknymi, przekolorowymi, pachnącymi kwiatami.
Byłabym szczęśliwa i wdzięczna.

Drzewo co roku na nowo zazieleniając się, daje ci cień, 
najstarszy na świecie “eco-parasol”.

Utrwalony na zdjęciu strumień fontanny jest jakby zamrożeniem ruchu i dźwięku, śmiercią fontanny.

Chichot Temidy 2

Zagubione w czasie

W Bostonie (Massachusetts) nie wolno się kąpać w niedzielę.

W stanie Massachusetts i New Hampshire istnieje prawo, które karze hazardzistów za to, że stracili pieniądze.

W Anglii jeżeli maszyna parowa porusza się po drodze publicznej, to w ciągu dnia z przodu pojazdu musi iść osoba z czerwonym sztandarem, a wieczorem z czerwoną latarnią, po to by ostrzec o niebezpieczeństwie innych użytkowników drogi.

W Anglii parowozom nie wolno się poruszać z prędkością większą niż 4 mile na godzinę.

W Irlandii studentów Trinity College obowiązuje zakaz poruszania się po szkole bez miecza.

W Anglii każdy mężczyzna powyżej czternastego roku życia musi obowiązkowo poświęcić około dwóch godzin tygodniowo na naukę strzelania z łuku pod okiem lokalnego duchowieństwa.

W Zjednoczonym Królestwie w bagażniku każdej taksówki musi znajdować się snop siana oraz worek owsa.

W Anglii posłom nie wolno wchodzić do budynku Izby Gmin w pełnym uzbrojeniu.

W Chester, w stolicy hrabstwa Cheshire, można zastrzelić Walijczyka z łuku, ale jedynie po północy i w obrębie murów miejskich.

W Herford, w hrabstwie Herefordshire, niezgodne z prawem jest zastrzelenie Walijczyka z łuku, ale jedynie w niedzielę i to w najbliższej okolicy tamtejszej katedry.

W York (Anglia) dozwolone jest, z wyjątkiem niedzieli, strzelanie do Szkota z łuku i pozbawienie go życia.

Natomiast w USA:

W stanie Karolina Północna zabronione jest wykopywanie żeń-szenia na terenie cudzej posiadłości między kwietniem a wrześniem (prawo z 1866 roku).

W stanie Rhode Island za przestępstwo uważane jest zrówno rzucanie komuś wezwania na pojedynek, jak i jego przyjęcie. Przewidywana kara wynosi od roku do siedmiu lat więzienia.

W Salem (Wirginia) istniało kiedyś prawo zakazujące wychodzenia z domu, jeśli nie miało się sprecyzowanego celu wyjścia.

W stanie Teksas istnieje prawo zabraniające wkładania spodni w cholewy butów, jeśli nie posiada się więcej niż dziesięciu krów.

W Maine w stanie Massachusetts i niektórych miejscowościach Karoliny Południowej każdy dorosły mężczyzna jest zobowiązany do zabierania karabinu na niedzielne nabożeństwo, na wypadek ataku Indian.

Tematowi broni poświęcony jest oddzielny rozdział, Ręce do góry!:

W Dakocie Północnej legalne jest zastrzelenie jadącego konno Indianina, pod warunkiem, że strzelec znajduje się na krytym wozie.

W stanie Iowa jeżeli więcej niż pięciu Indian znajdzie się na terenie posiadłości, można do nich strzelać.

W stanie Kalifornia każdy kto zdetonuje urządzenie nuklearne w granicach miasta, zostanie ukarany 500 dolarami grzywny.

W Kennesaw (Georgia) każdy musi posiadać broń palną.

W stanie Massachusetts naboje nie mogą być używane jako waluta.

W stanie Ohio nie wolno bez zezwolenia zabijać much w promieniu 160 stóp od kościoła.

W stanie Utah surowo zabronione jest użycie broni nuklearnej. Wolno ją posiadać, nie można natomiast wywołać eksplozji.

Ostatni w tym odcinku lapsus pochodzi z Niemiec i dotyczy zwykłej poduszki, która uważana jest przez tamtejszych prawodawców za tak zwaną… broń miękką.

Opracowanie i komentarz : Zbigniew Milewicz

Utopia Dziecka Komuny

Lech Milewski

To ja, w środku, w górnym rzędzie.
Warszawa, rok 1956. Za nami Pałac Kultury i Nauki, który jeszcze wtedy oficjalnie nosił imię Józefa Stalina.
Wycieczka szkolna do Warszawy, na czele nasz nauczyciel rosyjskiego.

Moja matka, moja rodzina, praktycznie całe nasze otoczenie, było przeciwne komunizmowi.
Jednak, chcąc tego czy nie, zostaliśmy wciągnięci w rytm życia PRL.
Inna sprawa, że komunizm, jakiego doświadczyliśmy był jak to zdjęcie – iglica ucięta, ostre krawędzie przytępione.

W rezultacie, 60 lat po tej wycieczce, pisząc swoje wspomnienia na blox.pl, zatytułowałem je Dziecko Komuny.

Dzisiaj pozwolę sobie zrekonstruować epilog tych wspomnień.

Komuna zniknęła, przyszedł więc również czas na Dziecko Komuny.
Jak tu zacząć kończyć?
Od podziękowań, najlepiej chronologicznie.

Pierwsze podziękowanie złożyłem w pracy, w dzień po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Zaraz potem odszukałem w internecie Ruth L., tę, która pomogła mi znaleźć pierwszą pracę w Australii. Kilka miesięcy później miałem przyjemność podziękować jej osobiście.

Wehikuł czasu ——————————————————————————-
Już drugiego dnia po przylocie do Melbourne skontaktowałem się z agencjami zatrudnienia informatyków. Odbyłem kilka interview. Przebieg był zawsze taki sam.
Agent niedbale przerzucał moje dyplomy akademickie i świadectwa pracy (a były tam takie instytucje jak FSO, LOT, Kuwait University).
– A czy masz jakieś doświadczenie pracy w Australii?

Przecież wspomniałem na początku, że do Australii przyjechałem dopiero wczoraj.
– Ach tak, oczywiście, oczywiście…
Agent z obojętną miną przerzucał moje dokumenty.
Świetnie, Lech, świetnie. Na pewno coś dla ciebie znajdziemy. Zadzwonimy do ciebie za kilka dni.
Po tygodniu ogarnęła mnie rezygnacja, postanowiłem spróbować w Sydney.
To samo, już w połowie dnia zrezygnowałem, czekałem na przystanku na autobus na lotnisko. I tam, na sąsiednim budynku zauważyłem tabliczkę agencji zatrudnienia. Znalazłem numer telefonu w gazecie, zadzwoniłem.
Odebrała jakaś pani, zasadniczo mają przerwę na lunch, ale skoro jestem u ich drzwi, to proszę wejść.
Wspinałem się po starej klatce schodowej i w górze słyszałem stukanie maszyny do pisania przerywane przekleństwami – cholera, psia krew.
Wreszcie dotarłem do biura – dzień dobry – pozdrowiłem agentkę.
Oops, I am sorry, but the only Polish words I know are swearings I learned from my Jewish grandmother.
Opowiedziałem jej swoje doświadczenia z agencjami.
To oczywiste – wyjaśniła. Agent musi mieć asekurację na wypadek, jeśli pracodawca nie będzie z ciebie zadowolony. Świadectwa z USA, Anglii, te może coś znaczą. Ale Polska, Kuwejt… odpada.
Ruth, to co ja mam robić? Zaczynać jako pomocnik w kuchni?
Ty jesteś w porządku, ja dam ci bardzo dobre referencje.
Zadzwoniła do agenta w Melbourne i za dwa dni miałem pracę.

———————————————————————————————–
Australię często nazywają krajem drugiej szansy. Jestem przykładem słuszności tej nazwy

Nawet moje szkolne marzenie – żeby wziąć udział w Olimpiadzie w Melbourne – w jakiś sposób się spełniło. Brałem udział w biegu, którego meta była na stadionie olimpijskim – MCG. Spełniły się również jeszcze wcześniejsze, dziecinne sny o śnieżnych wędrówkach narciarskich. Odkryłem narciarstwo biegowe i uczestniczyłem w maratonach narciarskich w 17 krajach. Ostatnim był Bieg Piastów.

Poniżej wyścigi w Australii – w słońcu i podczas śnieżycy.

Los był tak skrupulatny, że spełnił moje zawodowe tęsknoty z Kuwejtu – opracować ciekawy system komputerowy na komputerze Univac. Był to system sterowania wymianą części w samolocie.
Nawet taki kaprys jak napisanie opowiadania po angielsku zaowocował wymierną nagrodą – polska wersja TUTAJ.
Dziękuję Ci, Australio, przyjęłaś mnie jak swoje naturalne dziecko, a nawet dużo lepiej.
Obawiam się jednak, że nie odpłaciłem pięknym za nadobne. Zadowoliłem się drobnymi efekciarskimi sukcesami, a zaniedbałem bardziej wymierne talenty. W którymś momencie moje zarobki osiągnęły całkiem przyzwoity poziom. Kolega w pracy spytał:
– Akcje czy nieruchomości?
– Ani jedno ani drugie.
– Bardzo niedobrze – spojrzał na mnie ze smutkiem – praca i zarobki z niej są tylko środkiem do celu.
– A co jest celem?
– Żeby to pieniądze na ciebie pracowały. 24 godziny na dobę. Ty sobie śpisz a twój kapitał rośnie.

Zasmuciłem się. Więc moja praca, która daje mi tyle radości, i która jest ceniona przez wiele osób, jest mniej ważna niż jakiś automat do pomnażania kapitału. To był niewątpliwie wpływ komuny. Przez długie lata starano się wpoić ludziom przyzwyczajenie aby pracować 8 godzin, a potem mieć czas na rekreację, kulturę, zabawę.
Któregoś dnia nasz syn Michał, po powrocie ze szkoły poprosił, żebym wyszedł z nim na spacer. Zdecydowanym krokiem zaprowadził mnie na sąsiednią ulicę i pokazał świeżo postawiony płot.
– Tatusiu, ten płot zbudował tatuś Simona.
– Całkiem ładny płot – odpowiedziałem czując już co się święci.
– Tatusiu, a czy ty tutaj coś wybudowałeś?
Uśmiechnąłem się z zażenowaniem. Wskazałem lecący nad naszymi głowami samolot.
– Widzisz ten samolot? On leci bezpiecznie, bo ja opracowałem system, który pilnuje, żeby żadna część się nie popsuła podczas lotu.
Po minie Michała widziałem, że to żaden argument.
Przypomniały mi się rozważania w okresie zakładania rodziny – komuna przetrwa jeszcze setki lat, a my, polska rodzina, przetrwamy komunę.
W takich warunkach odpowiedź na pytanie Michała byłaby prosta – mógłbym zaprowadzić go na cmentarz, na groby przodków, którzy żyli w czasach caratu, w czasach okupacji. Nasze życie było tylko kontynuacją.
Ale co odpowiedzieć, kiedy przetrwanie komuny okazało się fraszką? Ale co odpowiedzieć w Australii, gdzie nie odwiedza się grobów?
Jakąś odpowiedzią byłoby zbudowanie solidnej bazy finansowej dla rodziny i ukierunkowanie dzieci, aby to kontynuowały. Tak właśnie zrobiło wiele osób będących w podobnej sytuacji jak ja.
Osiągnęli sukces, a startowali z dużo gorszej pozycji niż ja.
Jestem jednak pewien, że żadne z nich nie nazwałoby siebie dzieckiem komuny.
Wydaje mi się, że życie w PRL, szczególnie w latach stalinowskich, spowodowało u mnie spore pomieszanie życia na jawie z marzeniami.
W moim przypadku zaowocowało to z jednej strony dużą dozą satysfakcji i zadowolenia z siebie, z drugiej strony nie dawałem chyba poczucia pewności i stabilizacji osobom ze mną związanym.

Na koniec wpisu potop. Nie, nie mam na myśli powiedzenia – po mnie potop. Moje utopie utopiły się już w połowie mojego życia. Od tego czasu płynę, jak bohater poniższej piosenki…

https://www.youtube.com/embed/zLJMUQVfzCI

Lao Che Hydropiekłowstąpienie

P.S. Cały blog Dziecko Komuny został zarchiwizowany w WordPress – TUTAJ.

Jastarnia (3)

Jacek Krenz

Kapliczka, dawna szkoła i stodoła – królestwo naszych dziecięcych zabaw.
Szkołę i kapliczkę ufundowała Urszula Przebendowska w 1755 r. – rys. J. Krenz

Świat dziecięcych zabaw

Po plaży, po południu toczyły się zabawy i opowieści koło domu pod rozłożystym kasztanowcem białym, który został posadzony w 1897 roku przez Walentego Strucka, mieszkańca Jastarni-Boru; dziś jest pięknym pomnikiem przyrody.

W sąsiedztwie, przy ulicy Rybackiej, jest dawny budynek szkoły, w którym mieszkał dyrektor Alfons Groenwald z rodziną. To on rozpoczynał nauczanie jastarnieńskich dzieci po wojnie, słabo lub wcale nie znających języka polskiego. Przyjaźniliśmy się z jego sympatycznymi córkami Oleńką i Hanią oraz młodszym Tadziem. W stodole, na poddaszu, mieliśmy swoje królestwo, gdzie razem z nimi i moimi braćmi bawiliśmy się całymi dniami, zwłaszcza gdy padał deszcz. Czasem do późna wystawaliśmy z Wojtkiem w warzywniaku pod oknem dziewczyn szykujących się do spania i czas płynął na przekomarzaniach i figlach.

W głębi chata i kasztanowiec, w pierwszej linii letnicy i miejscowi; autor – pierwszy po lewej

Wojtek podkochiwał się w Oleńce. Do sąsiedniej przysadzistej chaty pana Hebla przyjeżdżały z mamą panny Sommerówny, Joanna, Marysia i najmłodsza Elżbieta. Czasem wpadał też ich najstarszy brat Wojtek, którego żona znana była potem z ekranów telewizyjnych, jako Chmurka, prezenterka pogody. Marysia, nazywana przez nas Kajakiem, stała się kolejnym obiektem równie nieszczęśliwych westchnień mojego brata Wojtka.

Przygody

Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam słoneczne dni na plaży z zabawami na brzegu morza. Brodzenie w przyboju fal, meduzy poruszające się w przejrzystej wówczas toni, małe flądry pływające przy karbowanej powierzchni dna, tamy i zamki z piasku, skrzypiący dźwięk piasku pod stopami. Szczególnie lubiłem przesypywać bialutki piasek z jednej piąstki do drugiej.

W miarę dorastania świat wakacyjnych przygód poszerzał się. Chodziliśmy do portu, gdzie było mnóstwo atrakcji z łowieniem ryb, pływaniem bączkiem, przyglądaniem się przybijającym do nabrzeża statkom żeglugi, jachtom i łodziom rybackim. Szczególny zachwyt budził żaglowiec „Generał Zaruski”, przywodząc marzenia o dalekich morskich podróżach. Z wieżyczek latarni na końcach falochronów, wytyczających tor do portu, obserwowaliśmy to wszystko z góry.

Pewnego poranka w porcie przy pawilonie LOK-u byłem świadkiem dziwnej sceny: na trawniku jakiś mężczyzna leżał z tabliczką z napisem STRAJK. Okazało się, że to kucharz z ośrodka żeglarskiego. Po kilku godzinach przyjechał na rowerze milicjant z Helu i go zwinął.

Chodziliśmy do pobliskich bunkrów obronnych z czasów II wojny, najczęściej do tego, który położony był na szczycie wydmowego wzniesienia, z kręgiem dawnego stanowiska ogniowego. Z trudem wdrapywaliśmy się na górę, ale warto było, bo roztaczał się stamtąd widok wokół na morze, zatokę i zalesiony półwysep z latarnią morską, wieżą kościoła i zabudowaniami Jastarni.

Dalej, za Juratą w stronę Helu, wchodziliśmy potajemnie na teren wojskowy, gdzie było mnóstwo jagód, borówek i grzybów, których nikt nie zbierał. Chłopacy z Jastarni zbierali tam nie tylko jagody… Znalezioną amunicję przeciwlotniczą wykorzystywali do ryzykownych zabaw polegających na uruchomieniu zapalnika i wrzuceniu po chwili do zatoki, co wywoływało wysokie gejzery wodne. Był to swoisty sposób łowienia ryb, łączący niebezpieczne z pożytecznym.

W przeciwnym kierunku, w stronę Kuźnicy, chodziliśmy na jeżyny bujnie rosnące po stronie zatoki. Na wydmach przy plaży zachowały się bunkry z grubego betonu. Przez szczeliny strzelnicze można było obserwować morze, a czasem też amatorki szczególnie dokładnego opalania na dzikiej plaży. Heniek nie patrzył, nie musiał, bo dostał od wujka marynarza długopis z obrazkiem kobiety, która przy odpowiednim nachyleniu pokazywała się bez ubrania.

Trochę dalej w kierunku Kuźnicy było wzniesienie na wydmach, zwane Lubekową Górą. Był na niej krzyż upamiętniający morską katastrofę, kiedy zatonął statek. Jeszcze dalej przed samą Kuźnicą znajdował się nowoczesny dom wakacyjny Andrzeja Łapickiego.

Opuszczaliśmy Jastarnię w ostatnie dni sierpnia. Mama dzień wcześniej kupowała bilety. Zdarzyło się raz, że jej niesforne chłopaki poszły pożegnać się z morzem i wrócili pod koniec dnia już po odjeździe pociągu, by w ten sposób przedłużyć pobyt w wakacyjnej krainie.

Chodzenie po mieście. Łąka.

Ewa Maria Slaska

Dieser Beitrag begann ich auf Polnisch zu schreiben und er hat sich “selber” (so zu sagen) in einen deutschen Text umgewandelt, er ist also entweder für die, die Slubfurter Sprache mächtig sind, oder die, die sich dem Google Translator anvertrauen können. Oder die, denen es egal ist. Die Bilder sind doch schön und das reicht.

Wpis zaczyna się po polsku, a potem “samoistnie” niejako przechodzi na niemiecki. W razie potrzeby proszę sięgnąć do tłumacza w Google.

  1. Nie kosić
  2. Nie przycinać drzew i krzaków w frymuśne figury
  3. Siać gęsto, żeby nie trzeba było plewić
  4. Mieszać gatunki
  5. Dodawać trawę (albo przeciwnie: Boże broń nie dodawać trawy!)
  6. Nie wyrywać chwastów (nic nie jest chwastem!)
  7. Siać wszędzie i wciąż dosiewać coś nowego, wszędzie coś może wyrosnąć (albo przeciwnie – nigdy nic nie dosiewać! Ale rzeczywiście nigdy nie wiadomo, gdzie co wyrośnie.)
  8. Wykorzystywać balkony i dachy, a także miejsca pod płotami, wokół drzew i w ogóle wszędzie. Nawet jeśli straż miejska przyjedzie i wszystko usunie – zaczynać od nowa, kiedyś wyjdzie na nasze. W Holandii już tak jest – władze Amsterdamu wydały broszurki z instrukcją, jak rozbijać bruk, żeby sadzić kwiaty. Jeszcze będzie przyjemnie.
  9. Zbierać nasiona i robić własne mieszanki na następny rok
  10. Podlewać
  11. Pluć pestkami owoców po okolicy
  12. Siać i sadzić rodzime gatunki, pamiętając jednak, że klimat się zmienia, czyli to co 50 lat temu nie było rodzime, teraz może bujnie rosnąć i owocować, np. kiwi, aby z egzotycznego przybysza stać się rośliną rodzimą.
  13. Zbierać zioła, jeść kwiaty

Na przełomie tysiącleci ideałem w krajobrazie miejskim Berlina były pojedyncze drzewa i gęste, równo przycinane żywopłoty. Dziś właśnie się porządnie ukorzeniły i mogłyby rosnąć same, gdyby nie to, że przecież trzeba je bez przerwy przycinać. Te żywopłoty odpowiadają hipsterskiej wizji Berlina sprzed 20 – 30 lat. Przeniesiono tu stolicę z Bonn. Upadł komunizm i zaczęła się globalizacja. Do władzy doszło nowe pokolenie, ci, którzy wyrastali z komputerami od młodości, byli pewni siebie, trzymali ręce w kieszeniach (albo co najmniej jedną rękę), nawet podczas spotkań na najwyższym szczeblu, pouczali nas, jak zorganizować świat, a mówiąc do nas, żuli gumę. Pojedyncze okiełznane drzewa i przymuszone do rygoru żywopłoty bardzo dobrze odpowiadały temu, co myśleli o urządzaniu świata mężczyźni w garniturach od Armaniego. Kobiety dopiero nadciągały i jeszcze nie wiadomo było, jak będą wyglądały te, które przebiją się przez szklany sufit. Na początku miały jeszcze fryzury prosto od fryzjera i szare lub czarne garnitury. Gdy ich marynarki zrobiły się kolorowe jak katalog farb, a włosy urosły i rozwiewały się na wietrze, zmieniła się też zieleń w Berlinie. Charakteryzują ją przede wszystkim chwasty i łąki.

Jeśli myślimy, że to my wymyśliliśmy kolorowe łąki w mieście, to teraz Was pouczę. Łąki w mieście wymyślił ogrodnik miejski pewnego niemieckiego miasteczka i teraz te łąki się tak nazywają. “Lato w Mössinger”.

Der Begriff Mössinger Sommer dürfte den Blumenliebhabern bekannt sein. Der Name setzt sich zum einen aus der Stadt Mössingen um zum anderen aus der Geschichte dieses Ortes zusammen. Mössingen selbst wird mit seinen etwas mehr als 20.000 Einwohnern als große Kreisstadt gelistet und liegt in der mittleren schwäbischen Alb ca. 15 km südlich der Kreisstadt Tübingen. Der ehemalige Stadtgärtner Dieter Felger hat in der Stadt Mössingen damit begonnen, Abstandsgrün bzw. Verkehrsgrünflächen mit diesen Blumenmischungen zu bestreuen. Innerhalb kurzer Zeit wurden diese künstlich erschaffenen Blumenwiesen schnell von den Anwohnen, aber vor allem überregional bekannt, sodass in den Folgejahren sich die Stadt Mössingen zu einer wahren Blumenstadt entwickelt hat. Jedes Jahr hat die Stadt eine Vielzahl an Besuchern zu verzeichnen, die ausschließlich wegen der Blütenvielfalt sich auf den Weg zur Stadt Mössingen aufgemacht haben. Neben den ursprünglichen Grünflächen besitzen diese Blumenwiesen einige Vorteile. Zum einen werten diese Mössinger Sommer Blumenwiesen die örtlichen Gegebenheiten optisch deutlich auf und zum anderen hinterlässt die große Vielfalt von mehr als 30 verschiedenen Blumenarten auch in der Natur sichtbare Veränderungen. Diverse Imker haben sich unter anderem in der Region niedergelassen, um sicherzustellen, dass ihre Bienen hochwertigen Honig produzieren. Die teilweise stark tragenden Blütenpollen sind für viele Bienen und Hummeln ein ideales Reservoir an Blütennektar. Neben diesen Insekten sind zur Blütezeit über mehrere Monate hinweg massiv Schmetterlinge zu entdecken und das selbst in dicht besiedelten Wohngegenden. Insgesamt konnte die Stadt Mössingen mit dem Produkt Mössinger Sommer einen Verkaufserfolg erzielen der seines gleichen sucht.

Na, schön, oder? Wollen Sie sich dies bestellen? Bitte sehr, HIER geht es zu eigener Mössinger Wiese.

In der letzten 20 Jahren “verwieste” sich Berlin massiv und zwar in zwei Richtungen – eine Naturwiese und die Mössinger Wiese. Naturwiese (es kann auch eine “Wasserwiese” sein) sieht ungefähr so aus:

Naturwiesen sehen nicht besonders anziehend aus, sind aber “Natur”, die Farbwiesen sind dagegen meistens eine künstliche Mischung, die oft sogar exotische Pflanzen beinhaltet, ist aber als Farbtupfen viel “schöner” und sieht so aus:

Ciekawe jak to jest, że natura jest “brzydsza” niż kolorowa kwietna łąka.

I odpowiedź: bo jest naturalna. Tym samym wracamy do języka polskiego i do jeszcze prostszej porady, jak stworzyć łąkę w mieście:

Robert Maślak

Miasta wydają pieniądze na ciągle koszenie trawników i zakładanie tzw. łąk kwietnych. Kasa krąży, firmy zarabiają, a płacą mieszkańcy. Wysiewane gatunki często nie są dostosowane do siedliska i o taką łąkę trzeba stale dbać lub szybko kończy ona żywot. Zanim wydasz pieniądze na łąkę kwietną, sprawdź, czy nie utworzy się ona sama, za darmo.

Często łąki kwietne i to dostosowane do warunków, rosną całkowicie za darmo i są praktycznie bezobsługowe. Wystarczy zaprzestać obsesyjnego koszenia – robić to raz w roku w drugiej połowie lata lub jesienią. Trzeba podkreślić, że często koszony trawnik jest biologicznie niemal martwy, mało przydatny dla owadów i innych zwierząt, których liczebność bardzo spada. Czasem zakładane łąki się sprawdzają, tu pozytywny przykład z Wrocławia. Łąka kwietna na pl. Społecznym przed Urzędem Wojewódzkim co prawda zostala założona specjalnie, ale żyje już wlasnym życiem i stopniowo zmienia swój skład gatunkowy na bardziej dostosowany do siedliska. Wszystko bez kosztów na koszenie i bez zatrucia powietrza. Mnóstwo gatunków, od żółtej dziewanny przez czerwone maki i białe krwawniki, do niebieskiego żmijowca i jasieńca. Moja rada dla miast, spółdzielni i wszystkich, którzy chcą mieć łąki kwietne – nie wykaszajcie trawników przez 1-3 lata, zobaczcie czy łąka kwietna nie utworzyła się tam sama i dopiero wtedy decydujcie o dosianiu tam łąkowych roślin kwitnących.