Chodzenie po mieście

Ela Kargol

Berlin, Rüdesheimer Platz, „Niech żyje wolność! wiwat wino!”

Rüdesheimer Platz, jedno z najurokliwszych miejsc w Berlinie, ukwiecone w wiadomych porach roku, zazielenione krzewami i drzewami, które w upalne dni roztaczają cień nad siedzącymi na ławkach. Ławki od rana są już zajęte, a to przez właścicieli psów, których czworonogi biegają po jeszcze dość pustym placu, przez rodziców z wózkami, których pociechy budzą ich skoro świt. Sama kiedyś do nich należałam. Przychodziłam tu z wózkiem w miesiącach letnich jako pierwsza o 6 rano. Są też tacy, którzy skracają sobie drogę przez plac, nie zauważając jego piękna, nie słyszą świergotu ptaków ani szumu fontanny Zygfryda, nie czują zapachu róż. Potem przychodzą staruszkowie, tacy jak ja po 60-tce i starsi. Jak znajdą wolną ławkę, to przysiądą. Ci samotni wyjmą książkę, gazetę, zaczną czytać, co jakiś czas podnosząc głowę znad tekstu, ciekawi życia na placu. Niesamotni siadają, czasem rozmowa się klei, czasem milczą z wyboru. Karmią wróble, wiosną kaczki, uśmiechają się do dzieci, zwłaszcza tych najmniejszych, nieporadnych, stawiających pierwsze kroki.
Plac zaczyna się zapełniać, dzieciarnią, której pobliski plac zabaw nie wystarcza, mamami, więcej ich niż ojców, każdy już z kawą w biokubku, z lodem waflu. Wyczulone nozdrza wychwytują zapach pizzy. Obwoźny handel proponuje bułkę z rybą. Gwar tłumi świergot ptaków, gaworzenie dzieci. Plac żyje.

Taras nad Rüdesheimer Platz zaludnia się. Brzęk szkła i wino, które jak w piosence leje się strumieniami od zawsze, a na pewno od ponad 50 lat. Przyjeżdżają winiarze znad Renu, przywożą wino i śpiew, a my lubimy biesiadować i po drugim kieliszku cytujemy Fausta Goethe’go: „Niech żyje wolność! wiwat wino!”
Tych, którym miejsc zabraknie na górnym tarasie przy wyszynku wina, zaprasza plac, i choć ławki już zajęte, to wielu przynosi swoje meble turystyczne, można przysiąść na murku, na bruku, na poduszce przyniesionej z domu, otworzyć swoje wino i wyłożyć wiktuały, które do wina dobrze jest przekąsić.

Rheingauviertel to kwartał berlińskiej dzielnicy Wilmersdorf z głównym i reprezentacyjnym jego placem nazwanym na cześć miasta Rüdesheim nad Renem.

Rheingau to region w Niemczech na prawym brzegu środkowego Renu, region znany z najlepszych winnic i najlepszych, choć nie tylko, rieslingów.

Nazwy ulic i placów w berlińskim Rheingauviertel pochodzą głównie od miast i miejscowości położonych w Rheingau i okolicach: Bingen, Geisenheim, Lorch, Schlangenbad, Wiesbaden… Rüdesheim nad Renem dał nazwę nie tylko placowi, lecz też ulicy, wtedy jeszcze w Wilmersdorfie, od 1920 roku w Wielkim Berlinie. Tak również nazywa się stacja metra U3, nawiązująca wystrojem, ornamentami i współczesnymi fotografiami do winogron, winnic i wina.

Georg Haberland, inwestor i dyrektor spółki Terrain-Gesellschaft Berlin-Südwesten zainspirowany ideami architektury angielskiego Landhausstilu, zaplanował i rozplanował z początkiem XX wieku na mapie cały Rüdesheimer Platz.

Otaczać go miały budynki, których fasady miały być zaprojektowane tylko przez jednego architekta Paula Jatzowa w stylu angielskim. Prawdopodobnie również kompozycja placu jest jego dziełem. Okazałe kamienice stoją do dziś, a w miejsce tych, które nie przetrwały wojny, pobudowano podobne. Ich przedogródki pochylają się łagodnym zboczem w kierunku placu, wynosząc tym samym budynki na wyższe i ważniejsze miejsce. Sam plac przechodził różne koleje zagospodarowania, od ogrodów, którymi zajmowali się mieszkańcy „angielskich kamienic” po rabaty ukwiecone raz szczodrzej, innym razem mniej, w zależności od finansowych dotacji.

Nad całym placem góruje Zygfryd, próbujący dosiąść narowistego rumaka, po jego południowej stronie staruszek Ren, po północnej młoda dama Mozela. Alegoria Mozeli przedstawiona jest z winogronami jako najważniejszym jej atrybutem, a staruszek Ren ma przy sobie wiosło, kotwicę i trzciny. Postać Zygfryda wznosi się na stożkowatej sztucznej skale, po której, choć wbrew zakazowi, wspina się dzieciarnia. Na dole tryska woda, tworząc dość duży basen wodny, latem ku uciesze dzieci, wiosną zwabia kacze rodziny. Zygfryd i obie personifikacje rzek są dziełem rzeźbiarza Emila Cauera Młodszego. W czasie wojny rzeźby zostały dość mocno zniszczone, w latach 50 częściowo zrekonstruowane w uproszczonej formie, później kilka razy solidniej odnawiane. Razem z placem i „winnym tarasem“ tworzą całość. Rzeźby Zygfryda, Renu i Mozeli zwrócone są w kierunku placu, odwrócone tyłem do delektujących się winem biesiadników. Kilkaset metrów dalej w prostej linii, na końcu Landauer Straße jest mniejsza fontanna autorstwa tego samego artysty, Emila Cauera Młodszego – Erikabrunnen. Jedną z sześciu dziecięcych figur odlanych w brązie była Erika córka ówczesnego burmistrza Friedenau, dzielnicy graniczącej z Wilmersdorfem, stąd nazwa, Fontanna Eriki. Niestety podczas wojny całkowicie zniszczona, zrekonstruowana została, częściowo zgodnie z oryginałem, w roku 1982 przez artystę Heinza Spilkera.

Sama Landauer Straße jest przedłużeniem architektonicznego ciągu budynków i ogrodów z Rüdesheimer Platz, łączy dzielnice, kiedyś dwa odrębne berlińskie przedmieścia Wilmersdorf z Friedenau. A ponieważ nie jest długą ulicą, warto przejść się z kieliszkiem wina od Zygfryda do Eriki, od jednej fontanny do drugiej.

Właśnie to zrobiłyśmy, rozglądając się wokół, co rusz napełniając nasze szklanki napojem bogów.

My literatki pijemy wino z literatek, jak na literatki przystało, rozcieńczone z wodą mniej lub więcej lub wcale. Jest gitara i śpiew, róże kwitną, dalie, begonie, lato w mieście i święto wina.

In vino veritas, in aqua sanitas!

Wspomnienia o Maryli (14)

Magdalena Ciechomska

Jest 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Maryi, czyli, zgodnie z kalendarzem rolniczym, w polskiej tradycji ludowej – Matki Boskiej Zielnej. To święto plonów, tzw. Dożynki. W tym czasie rolnicy zanoszą do sanktuarium maryjnego na Jasnej Górze wieńce uwite z kłosów zboża i kwiatów, kosze dojrzałych warzyw i owoców. Podczas mszy w kościołach rytualnie święci się „ziele”, czyli przyniesione przez wiernych (przede wszystkim kobiety) bukiety z kwiatów, ziół i kłosów zboża. To bardzo kobiece święto, łączące kult dziewiczej Matki Chrystusa z dawnymi, pogańskimi bóstwami płodności i urodzaju, zawsze urzekało Marylę. Kilka dni przed, jeśli akurat nie mogła być w Polsce, telefonowała do nas, przypominając, po pierwsze – o wywieszeniu flagi (bo to narodowe święto, zwycięstwa nad bolszewicką Rosją), po drugie – z prośbą o zrobienie lub kupienie dla niej ziela i poświęcenia go w kościele. Jeśli przyjeżdżała do Warszawy, to często na ten dzień udawała się do Grójca, do cioci, wtedy tam obie panie szły na mszę z bukietami. Te bukiety zawieszała na ścianach w swoim mieszkaniu, zgodnie z tradycją. Są tam do dziś, zebrane chyba z jakichś pięciu lat, już mocno zakurzone, ale nie zdejmuję ich. Zostałyby po nich puste miejsca.

Na wsi poświęcone ziele umieszczało się nad drzwiami domu, miało chronić przed złem i przynosić pomyślność. Podczas letniej burzy zapalano gromnicę, poświęconą w święto Ofiarowania, 14 lutego i odmawiano modlitwę. Taką świecę Maryla zabrała też ze sobą do Berlina. Gromnicę często stawia się przy łożu zmarłego, chociaż zgodnie z zasadami liturgii powinna być to raczej ta sama świeca, którą zapalono przy chrzcie człowieka. Ponieważ jednak często świecy chrzcielnej nie można już odnaleźć, zastępuje ją gromnica. W modlitwie „Zdrowaś Mario” powtarzamy: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej…” Tak właśnie łączą się w rytuałach ku czci Bogurodzicy: narodziny, śmierć i zmartwychwstanie, płodność natury i obecny w niej cykl obumierania i powtórnych narodzin. Dostrzeganie tych związków fascynowało zawsze zarówno mnie jak i Marylę. Teraz, patrząc na zasuszone zioła i kwiaty na ścianach jej mieszkania, przypominam sobie, jak dekorowano groby w czasach mego dzieciństwa. Latem świeżymi kwiatami, w Dzień Zaduszny – zasuszonymi. Zanim pojawiły się chryzantemy, a później – sztuczne wiązanki, na cmentarzach, zwłaszcza wiejskich, podziwiałam kunsztowne dekoracje z gałązek jedliny i tzw. „suszków”, specjalnego rodzaju kwiatów, było ich zresztą wiele odmian, różnych kolorów i kształtów. Widok zasuszonych kwiatów przywołuje wiele skojarzeń: pamiątka lata, które przeminęło, utrwalone delikatne barwy, które jednak płowieją, zanikają wraz z upływem czasu, rozsypywanie się w proch…

Ostatni obraz, jaki zapisał się w mojej pamięci po śmierci Maryli, to fotografia jej rąk, bladych, szczupłych, ze śladami po wenflonie, owiniętych różańcem. Na jej grobie stawiamy świeże kwiaty. Albo – zasuszone.

Foto: Ewa Maria Slaska

Reblog: Niewiasta nieniewieścia

Tygodnik powszechny

Agnieszka Piskozub-Piwosz

09.08.2021

Świat, w którym słychać sprzeciw wobec wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy na nowo odkryć Maryję.

Zespół taneczny Badatea w bazylice św. Mikołaja w Bari. Włochy, 7 maja 2021 r.
DAVIDE PISCHETTOLA / NURPHOTO / AFP / EAST NEWS

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w kazaniach na uroczys­tość Wniebowzięcia usłyszymy słowo „niewiasta” odmieniane przez wszystkie przypadki i tylko mała część wystąpień będzie egzegezą pierwszego czytania z Apokalipsy i postaci „Niewiasty obleczonej w słońce”. Możliwe, że część kaznodziejów świadomie nawiąże do „cnót niewieścich” – pojęcia, które zrobiło furorę po wypowiedzi Pawła Skrzyd­lewskiego, doradcy ministra edukacji, a później samego ministra Przemysława Czarnka. Nawet tam, gdzie nawiązania nie pojawią się w słowach z ambony, będą obecne w głowach wielu słuchaczek i słuchaczy.

Czy postać Maryi może wesprzeć promocję „cnót niewieścich” wśród dziewcząt i kobiet? A może odniesienia do owych cnót – skojarzone z konkretnym obozem politycznym i jego agendą w edukacji – to niedźwiedzia przysługa względem Matki Jezusa? Możliwe, że dla części słuchaczek i słuchaczy „niewiasta” zabrzmi w tym roku jeszcze bardziej obco i dziwnie niż do tej pory. W ostatnich kilkunastu miesiącach wiele kościelnych słów i gestów zyskało nowe konteksty, tak w wyniku pandemii, jak i ujawniania coraz większej skali przemocy seksualnej ukrywanej w Kościele, oraz coraz wyraźniejszych głosów wskazujących na nierówność kobiet i mężczyzn w naszym społeczeństwie. Czy 15 sierpnia 2021 roku Niewiasta zyska nowe znaczenia?

Kobieta i jej cnoty

Czy ma sens włączanie w wielkie tematy teologiczne bieżących wydarzeń, słów dwóch urzędników związanych z jednym resortem w nie tak wielkim w skali świata kraju, wypowiedzianych w konkretnym miejscu i czasie? Prawdopodobnie sama jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałabym, że nie. Interesowałaby mnie tylko „obiektywna prawda o Maryi” i jeśli już nawiązywałabym do bieżącego kontekstu, to tylko po to, by wykazać, jak nie wolno nam mieszać świętej teologii z przemijającą polityką. Dzisiaj jednak myślę podobnie jak Stephen B. Bevans, jeden z klasyków teologii kontekstualnej, który zmianę optyki w swoim życiu przyrównywał do tego, co spotkało Szawła pod Damaszkiem. Bevans stwierdza: „Uprawiać teologię dzisiaj, w perspektywie globalnej, oznacza, o ironio!, zwracać się ku temu, co lokalne”.

Nasza lokalna perspektywa to nie tylko panowie z ministerstwa edukacji, ale także samo posługiwanie się archaicznym terminem „niewiasta” w odniesieniu do Maryi. Zaczyna się to od przekładów czy to słów Jezusa do Maryi w Kanie (J 2, 4), czy wspomnianej już Apokalipsy (Ap 12). Dlaczego nie „kobieta”? Język liturgiczny ma nie tylko u nas skłonność do przechowywania reliktów językowych. Ten anachronizm jest jednak szczególnie ciekawy. W życiu codziennym ze świecą szukać kogoś, kto uznawałby słowo „kobieta” za wulgarne – jednakże pierwotnie (mniej więcej do czasów Naruszewicza) było ono jednoznacznie pejoratywne. Osoba płci żeńskiej nazwana „kobietą” była sprowadzona do obiektu – służebnego i/lub seksualnego – oczywiście w ustach tych, którzy ją tak nazywali, owo sprowadzenie było nie ich dziełem, ale opisem jej obrzydliwej natury. Z czasem „kobieta” zaczęła być używana także jako nośnik innych cech („nikczemna, plugawa, wszeteczna” – jak podaje za autorami XVI- i XVII-wiecznymi „Etymologiczny słownik języka polskiego” Bańkowskiego). Od jakich słów pochodzi „kobieta” – wolę na łamach szacownego „Tygodnika” nie pisać.

Chociaż od XIX w. słowo „kobieta” stało się neutralne, to w mowie kościelnej ciągle unikano go w odniesieniu do Maryi. Była zbyt wyjątkowa, by nazywać ją tak, jak inne osoby płci żeńskiej? Swoją drogą także imię Maryja to wyjątek, jaki ostał się po wielkiej reformie ortograficznej z 1936 r. Wszelkie inne Marie należało od tamtej pory pisać przez „i”.

Słysząc o „cnotach niewieścich”, niezależnie od tego, czy cieszy nas, czy złości pomysł gruntowania ich u uczennic, wyczuwamy, że mowa o czymś innym niż „dzielności kobiece”, choć można by je uznać za synonimiczne.

Między Akatystem a porno

Wiele razy słyszałam, że „niewiasta” to ta, która „nie wie”; tymczasem zarówno protoplasta polskiej etymologii, Brückner, jak i młodszy o kilka pokoleń Bańkowski rekonstruują ten termin jako „nieznana” lub „obca”. Brückner dodaje do tej obcości ważne uwagi: „los jej bywał bardzo ciężki (prześladowano ją w zawody), póki porodzeniem syna (nie córki!) nie dowiodła, że wstąpiły w nią, poznały i uznały ją duchy przodków nowego ogniska”; wówczas z nieznanej stawała się pełnoprawną członkinią rodziny i wówczas nazywano ją już „snechą”, a nie „niewiastą”.

Bańkowski z kolei, znany ze swoich często bezkompromisowych ocen, w przypadku „niewiasty” zaznacza ostrożnie, że „nie przekonuje do końca żadna z 10 różnych prób objaśnienia”. Idąc drogą Brücknera, dodaje do aspektu bycia nieznaną także aspekt polityki plemiennej; według niego „niewiasta” może również oznaczać „nieradna”, to znaczy bez prawa głosu w radzie rodowej czy wiecu. Niewiasta byłaby zatem w słowiańskiej tradycji tą, która nie ma prawa głosu.

W haśle „niewiasta” wśród źródeł Bańkowski przywołuje dwa teksty kultury. Po pierwsze Akatyst i zawarte w nim główne wezwanie: cerkiewno-słowiańskie „radujsja, nevěsto nenevěstnaja”. W polskim tłumaczeniu główne pozdrowienie Maryi brzmi nie: „Niewiasto nieniewieścia”, ale „Oblubienico dziewicza”, co także wyraża pewien paradoks, ale natychmiast kieruje uwagę na konkretny aspekt maryjnej kobiecości, związany z jej relacją do mężczyzny i seksualności.

Zaraz po Akatyście Bańkowski przywołuje „Żywoty filozofów” (1535) autorstwa, jak to określa, „pierwszego polskiego pornografa (sensu stricto)” Marcina Bielskiego: „Niewiasta jest męskie zhańbienie, nienasycone źwierzę, ustawiczna praca, ustawiczna wojna, każdego dnia szkoda, dom kłopotu, zrządzenie psoty, młodzieńców zbłaźnienie, bestyja nigdy niestroczona, brzemię nieznoszone, jad niewyleczony, ludzkie zagubienie”. Ta antylitania także wiąże niewiastę z jej relacją do mężczyzny i do seksualności.

To nie incydentalne jedynie zestawienie tekstów: istota żeńska jest uosobieniem cnót albo „męskim zhańbieniem”. W najpoważniejszym i najbardziej poruszającym ze znanych mi stand-upów („Nanette”) podsumowuje to Hannah Gadsby, australijska komediantka, z wykształcenia historyczka sztuki: „Historia sztuki nauczyła mnie, że zawsze istnieją tylko dwa typy kobiet. Dziewica albo dziwka. Dla małej dziewczynki są tylko dwie opcje, kim może być, gdy dorośnie. (…) Gdy pójdziecie do galerii starych obrazów, znajdziecie mnóstwo dowodów, że kobiety istnieją od bardzo dawna. Dłużej niż ubrania”. Gadsby opowiada o zachodniej sztuce, w której mężczyźni przedstawiają kobiety jako „zrobione z ciała wazony” na swoje falliczne kwiaty, i zbiera owację.

Jeżeli osoba płci żeńskiej nie jest Madonną, to co jej pozostaje? I czy nie odnajdując się w tym, jak przez wieki przedstawiali ją mężczyźni, jest w ogóle kobietą? Gadsby mówi o wycieczce po galeriach sztuki i przedstawianych tam paniach: „Przyglądam się tym kobietom i nie wydaje mi się, byśmy należały do tego samego gatunku. (…) Nawet biologicznie nie należymy do tego samego gatunku. Po pierwsze, posiadam funkcjonujący szkielet. W galeriach zobaczycie, że jeśli tylko kobieta nie jest przyodziana w gorset i/lub błonę dziewiczą, całkowicie traci strukturę. Przelewa się z miejsca na miejsce, jakby mówiła: »Meble, do czego to?«. Pozycja na łyżeczkę. Rozpostarta z cyckami na wierzchu. (…) Nie jestem damą także dlatego, że codziennie udaje mi się dokończyć proces ubierania się. Codziennie. Wszystkie guziki, aż do samej góry. A jestem dość roztrzepana… Przychodzi mi to jednak całkiem łatwo. Zwłaszcza jeżeli wychodzę z domu po to, by namalowano mój portret”.

Amerykański franciszkanin Richard Rohr pisze w swojej (niestety niewydanej jeszcze po polsku) książce „The Universal Christ”: „Im bardziej maczystowska i patriarchalna dana kultura, tym większa w niej pobożność maryjna” i podpiera to twierdzenie wieloletnim doświadczeniem pracy z grupami mężczyzn. Rohr stara się znaleźć pozytywną interpretację tego fenomenu, ukazując ją jako nieświadomą i niekoniecznie skuteczną próbę zbalansowania tej kultury przez element żeński.

Tymczasem ks. Andrzej Stefański, który odpowiedział na zadane przeze mnie w różnych katolickich grupach w mediach społecznościowych pytanie o naśladowanie Maryi i jej cechy, pokazuje mniej optymistyczny obraz: „Maryja bywa w Kościele wykorzystywana jako wygodne alibi wobec kościelnych feministek: Co? W Kościele ktoś dyskryminuje kobiety? Ależ skąd, przecież to właśnie Kobietę Kościół wyniósł do najwyższych godności. Żeby wszyscy szanowali kobiety tak, jak my szanujemy! Po co nam dyskusja o kapłaństwie kobiet? Przecież Maryja była Matką samego Boga, a nie dopominała się kapłaństwa. Czy księża bywają mizoginami? Skądże znowu, przecież kapłan musi być maryjny, Maryja jest Matką Kapłanów! Nie jest możliwe, by jakikolwiek ksiądz patrzył z góry na kobiety, skoro ma przed oczyma, dzień i noc, model Tej Jedynej Kobiety”.

Czy odarta z realności, przybrana w wota i „ciężkie złote korony” (Małgorzata Cywińska, „List do Matki Bożej”) Maryja może być punktem odniesienia dla jakiejkolwiek dziewczyny czy kobiety?

Podobny wątek znajduję w artykule Zuzanny Radzik na Wniebowzięcie („Nasza siostra”, TP nr 34/2012), który rozpoczyna się następująco: „Najpierw trzeba zdjąć z niej te wszystkie zdobne, lecz pancerne koszulki i wota. Zapomnieć o pastelowych portretach dziewczyny o nieskalanej cerze, łagodnym spojrzeniu i delikatnym uśmiechu. Wśród chmur, aniołów, róż. Świetliście nieprawdziwej, aż nieludzkiej. Skromnej, smukłej, w niczym nieprzypominającej matczynych kształtów bogiń płodności. Wąska w biodrach, blada, o nieśmiałych, beznamiętnych ustach. Nowa Ewa, niemająca nic wspólnego z przywarami zwykłych kobiet. Dziewicza i czysta. Jak zdjąć z niej to wszystko i znaleźć coś krwistego?”

A jednak wszechobecnie bliska

Maryja, Matka Jezusa, pojawia się na kartach Nowego Testamentu kilkakrotnie, w tym w momentach kluczowych dla misji swojego Syna. Ale przyłożenie do tych fragmentów narzędzi współczesnej biblistyki nie pozostawia wiele złudzeń: nie dowiemy się, jaka z całą pewnością była. Jej postać występuje przede wszystkim w tych fragmentach Ewangelii, w których historia rozumiana jako wierne przedstawienie faktów ustępuje miejsca teologicznej historii zbawienia, bliższej symbolom, analogiom, dialogowi między Biblią hebrajską a doświadczeniami i wiarą pierwszych chrześcijan. W moich ustach teolożki to nie zarzut. Kocham teologię Łukasza, w której Maryja zostaje powołana podobnie jak Mojżesz czy prorocy; w której wyśpiewuje hymn o zbawieniu, jak jej imienniczka Miriam, siostra Mojżesza, po przejściu przez Morze Czerwone.

Wiele spośród pytanych przeze mnie o cechy Maryi osób podkreśla jako szczególnie istotną jej towarzyszenie Jezusowi i kontemplowanie zbawczych wydarzeń Jego historii, cierpliwość, uważność. To z pewnością postawa, która czyni Maryję wzorcem uczennicy, ale i ucznia Jezusa, przykładem dla każdej osoby chcącej podążać chrześcijańską drogą – niezależnie od płci. Nie dziwi fakt, że te aspekty są wydobywane w bardzo teologicznej Ewangelii dzieciństwa zawartej u Łukasza. Podobnie nie dziwi to, że Maryja na kartach teologicznego traktatu, jakim jest Ewangelia Jana, pojawia się zarówno u zarania ziemskiej misji Jezusa – w Kanie, jak i u jej kresu – pod krzyżem.

O macierzyńskim obliczu Maryi i o znaczeniu jej cierpienia, zwłaszcza z powodu męki i śmierci Jezusa, wspominają moje respondentki, często odwołując się do własnych przeżyć związanych z ciążą lub macierzyństwem i relacją z dzieckiem. Pieta jest niemal tak często obecna w sztuce sakralnej, jak Matka karmiąca Jezusa albo ukazująca Go światu. Co więcej, wątek matki cierpiącej z powodu śmierci syna przewija się także poza kontekstem chrześcijańskim czy w ogóle religijnym. Od razu myślę o trzech dziełach, coraz dalszych od naszego polskiego i katolickiego kontekstu: III symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego (1976), berlińskiej rzeźbie „Nigdy więcej wojny” Käthe Kollwitz (1937) czy powieści amerykańsko-kanadyjskiej pisarki japońskiego pochodzenia Ruth Ozeki „W poszukiwaniu istoty czasu” (2013). W powieści tej pojawia się wątek bardzo starej zakonnicy buddyjskiej, w młodości anarchistki, feministki i pisarki, która wstąpiła do klasztoru zen po śmierci syna – pilota kamikaze. Jej misją staje się modlitwa za świat, w którym nikt nikogo nie będzie nienawidził, modlitwa o pokój. Nie wiem, czy napotkałam w XXI-wiecznej literaturze bardziej „maryjną” postać.

A co z naszą katolicką, kościelną rzeczywistością? W dziejach teologii, a zwłaszcza nauczania ze strony Magisterium Kościoła, papieże i biskupi ogłaszali różne twierdzenia, w których pojawiała się Maryja. W rozwoju dogmatów „maryjnych” widzę dwa zjawiska. Pierwsze to budowa solidnych podstaw teologii dotyczącej Chrystusa i Kościoła. Podstawowym celem dogmatów maryjnych z punktu widzenia teologii i doktryny kościelnej jest przekaz czy obrona pewnych twierdzeń dotyczących Jezusa. Elżbieta Adamiak wyjaśnia to w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi” („Maryja jest jedną z nas”, nr 50/2018), odnosząc się do dogmatu o Niepokalanym Poczęciu: „To rozumowanie jest potrzebne, by zabezpieczyć bezgrzeszność Jezusa. W kategoriach teologii św. Pawła Jezus jest bez grzechu nie ot tak, tylko po to, by jako bezgrzeszny mógł dokonać naszego zbawienia. Gdyby On sam był grzeszny, nie mógłby nas zbawić”.

Podobnie znacznie starszy dogmat o Bożej Rodzicielce (Theotokos) został ustanowiony przeciw nestorianom, którzy rozdzielali natury Boską i ludzką w Chrystusie. Mówiąc o Maryi jako Bożej Rodzicielce, tak naprawdę mówimy o tym, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg, i głosimy zjednoczenie natur Boskiej i ludzkiej w jednej osobie.

Główne dogmaty maryjne są zatem dogmatami… chrystologicznymi. „Niewiasta” zyskuje miejsce przy wspólnym ognisku, gdyż urodziła syna, jest już swoja, a nie obca.

To jednak niecała historia. Dogmaty maryjne nie wynikają tylko ze sporów o Chrystusa, ale również – i to drugie istotne zjawisko – z tego, jak chrześcijanie rozumieli postać i znaczenie Maryi. Według Johna Henry’ego Newmana było tak już przy dogmacie o Theotokos. Wyraźnie widać to było także w XX w. Przed ogłoszeniem najnowszego (1950 r.) dogmatu – o Wniebowzięciu Maryi, Pius XII skierował pytanie do wszystkich biskupów, a za ich pośrednictwem do duchowieństwa i ludu, o to, czy życzą sobie takiego dogmatu. Zaśnięcie (pojęcie bardziej obecne we wschodnim chrześcijaństwie) lub Wniebowzięcie Maryi pojawiało się bowiem w liturgii i pobożności ludowej już od późnej starożytności.

Adamiak mówi także o „mariologii przywilejów, w której chodziło o to, by znajdować jak najwięcej powodów, by Ją czcić”. Teolożki i teolodzy akademiccy zwykli, zwłaszcza po II Soborze Watykańskim, dystansować się od nurtów szukających poparcia dla kolejnych orzeczeń dogmatycznych, np. o Maryi jako Współodkupicielce. Podkreślają, że „Maryja jest jedną z nas”. Dlaczego zatem w duchowości wielu katoliczek i katolików oraz w różnych przejawach nie tylko ludowej pobożności Maryja zajmuje ciągle tak wiele miejsca – nie tylko jako jedna z nas, ale jako obiekt religijnej czci?

Podwójnie nieznana

Podobne pytanie stawia Richard Rohr, który zastanawia się: „Dlaczego pierwsze czternaście wieków chrześcijaństwa [Rohr widzi istotną cezurę w reformacji], w Kościołach Wschodu i Zachodu, było po uszy zakochane w tej, zdawałoby się, całkiem zwyczajnej kobiecie?” Przywoławszy liczne tytuły i wezwania kościołów i sanktuariów maryjnych w Europie stwierdza: „Zdecydowanie mamy tu do czynienia nie z pojedynczą kobietą, ale z symbolem założycielskim – czy, zapożyczając terminologię od Carla Junga, »archetypem« – obrazem gromadzącym w sobie cały ogrom znaczeń, których nie da się logicznie zakomunikować. Nic nie może pojawiać się tak powszechnie i przez tak długi czas, jeśli nie jest w jakiś sposób ugruntowane w naszej kolektywnej ludzkiej nieświadomości”.

Rohr nie twierdzi, że Maryja jest Matką Ziemią czy Pierwszym Wcieleniem (wątek pierwszego Wcielenia w stworzeniu to jeden z kluczowych wątków „The Universal Christ”), ale wskazuje, że – zwłaszcza w sztuce – postać Maryi stała się ich symbolem. Co więcej, „Maryja jest głównym żeńskim archetypem misterium Chrystusa. Ten archetyp ukazał się wcześniej jako Sofia czy Święta Mądrość (zob. Prz 8, 1nn; Mdr 7, 7nn), a następnie w Apokalipsie (12, 1-7) w kosmicznym symbolu Niewiasty obleczonej w słońce i stojącej na księżycu. Ani Sofia, ani Niewiasta z Apokalipsy nie są dokładnie Maryją z Nazaretu, jednak na wiele sposobów obie są i każda z nich poszerza nasze rozumienie Boskiej Kobiecości”.

Szczególnie dogmat o Wniebowzięciu zdaje się przekraczać ramy teologii służebnej względem chrystologii. Mówi o Maryi owszem jako tej, która została do nieba wzięta (a nie wstąpiła sama), ale nie wydaje się nijak konieczny do wzmocnienia gmachu innych twierdzeń. Rohr podaje, że Carl Jung uznał ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu za „najbardziej znaczący rozwój teologiczny w XX w.”, ponieważ ogłoszono, że w wieczności istnieje na zawsze ciało – ciało kobiety! Dla autora „The Universal Christ” Maryja – archetyp relacji świata z Bogiem, relacji człowieka z Bogiem – jest także symbolem niedwoistości. Zbliża do siebie dwa rozłączne światy: „materii i ducha, żeńskiej matki i męskiego dziecka, ziemi i nieba”.

Myślę o tej podwójnie nieznanej Maryi: nieznanej, bo jest niewiastą, i nieznanej, bo jest nieniewieścia. Wykracza poza to, co znamy z codzienności, jako ta, której ludzkie ciało i ludzkie życie pozwoliło na narodzenie się Chrystusa. Jestem przekonana, że świat, w którym coraz częściej słychać głos sprzeciwu względem wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy dać więcej miejsca i więcej głosu tej Nieznanej. Niewieście. I jeśli stanie się dla kogoś wzorem cnót, to nie będzie to wpisany w podstawę programową punkt kształcenia dziewcząt, ale inspiracja dla osób dowolnej płci. Nie przeciwwaga dla kobiet rozumianych jako źródło męskiego grzechu. Nie próba załatania braku kobiet na kościelnych urzędach.

Witaj, Niewiasto nieniewieścia! ©

Autorka jest teolożką, religioznawczynią i anglistką. Współpracuje z „Magazynem Kontakt”.

Z wolnej stopy 49

Zbigniew Milewicz

Dezerterzy

Tworzeniu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR towarzyszyły różne konferencje na wysokich szczeblach. Dnia 3 grudnia 1941 roku odbyło się spotkanie Stalina z generałami Sikorskim i Andersem, na którym omawiano sprawy organizacyjne, problemy związane z aprowizacją, zwalnianiem Polaków z łagrów oraz kwestię przyjmowania Żydów w szeregi armii. Po latach gen. Władysław Anders przytoczył (w swojej książce Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946) następującą wymianę zdań :

Anders: – Liczę na sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, ale w tym jest także sporo elementu żydowskiego, który w wojsku służyć nie chce.
Stalin: – Żydzi kiepscy wojacy.
Sikorski: – Wielu wśród Żydów, którzy się zgłosili, to spekulanci lub karani za przemyt. Tych w wojsku polskim nie potrzebuję.
Anders: – Przeszło sześćdziesięciu Żydów zdezerterowało z 5 Dywizji w przeddzień rozdania żołnierzom broni.
Stalin: – Tak, Żydzi to marni wojacy. Co wam po Żydach. Wam potrzebni Polacy, to najlepsi żołnierze .

Kiedy dwa miesiące później rozpoczął się oficjalny pobór do tego wojska, w składach komisji poborowych, poza Polakami, zasiedli urzędnicy NKWD oraz sowieccy lekarze, co miało niebagatelny wpływ na to, kto trafił w szeregi armii. Sowieci uważali, że wcieleniu do Armii Andersa podlegają jedynie obywatele, którzy w paszportach mają określoną narodowość „Polak“. Natomiast „ Żyd“, „Ukrainiec“ lub „ Białorusin“, którzy wcześniej zamieszkiwali wschodnie rubieże II RP, uznawani byli za „mniejszości narodowe, uciskane przez polskich panów“, a formalnie za obywateli sowieckich i jako tacy podlegających poborowi do Armii Czerwonej. Rząd polski na Zachodzie nie akceptował tej sprzecznej z prawem międzynarodowym klasyfikacji, stojąc na stanowisku, że wszyscy mieszkańcy terenów zaanektowanych po 17 września 1939 roku przez ZSRR, bez względu na narodowość, są obywatelami Polski i podlegają amnestii oraz prawu wcielenia do powstającej armii. Karty rozdawali jednak gospodarze.

Żydzi, Ukraińcy i Białorusini z łagrów szli więc w sołdaty i stamtąd, jak nadarzała się okazja, często uciekali do Andersa, zwłaszcza ci pierwsi. W ślad za uciekinierami władze sowieckie słały żądania wydania zbiegów, ale komisje rekrutacyjne odrzucały te postulaty. W gestii gospodarzy była aprowizacja armii polskiej, kwaterunek, a przy okazji polityki kadrowej – ideologiczna agitacja i praca wywiadowcza, bo musieli przecież wiedzieć, jakie są nastroje w obozie Polaków i co oni planują. Polscy kadrowcy starannie sprawdzali więc armijnych ochotników, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że dla poborowych – niezależnie od narodowości – generał Anders był jedynym wybawicielem z nieludzkiej ziemi łagrów, jedyną szansą wyrwania się z nich na wolność. W łagrach los był jednakowo okrutny dla wszystkich, dla Polaków, Żydów, Ukraińców i Białorusinów, więc nawet jeśli niektórzy z nich mieli później zginąć na polu walki, to pewnie każdy liczył na żołnierskie szczęście.

Zgoda Stalina na ewakuację polskiego wojska z ZSRR wydaje się niezrozumiała, zwłaszcza w świetle trudnej sytuacji na froncie. Jednakże Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę z nastrojów panujących w tej armii. Po cierpieniach, jakie przeżyli więźniowie łagrów, trudno było od nich oczekiwać przyjaznego stosunku do koalicjanta, który jeszcze niedawno miał ich na muszce. Poza tym Stalinowi było potrzebne wojsko podporządkowane jego celom politycznym i takie znalazł później w armii Zygmunta Berlinga. Niebagatelny wpływ na decyzję Stalina mieli również Anglicy, którym zależało na obsadzeniu przez Polaków ważnych strategicznie i gospodarczo terenów Bliskiego Wschodu. Zagrożenie stanowiły nie tylko wojska niemieckie, odnoszące sukcesy w Libii i Egipcie, ale i wewnętrzne zamieszki pod piramidami. Dodatkowo w Syrii zauważano wpływy proniemieckie. Nie mogąc własnymi siłami zabezpieczyć roponośnych terenów Iraku i Persji oraz Kanału Sueskiego, obsadzonych przez liczebnie słabe kontyngenty hinduskie, australijskie i nowozelandzkie, Brytyjczycy liczyli na wzmocnienie tych terenów polską armią. Solą w oku była jednak obecność Żydów w wojsku Andersa.

Z jednej strony Żydzi popierali bowiem Wielką Brytanię w walce z III Rzeszą, ale z drugiej – różnymi sposobami starali się zwalczać Anglików w Palestynie, mając nadzieję na utworzenie tam swojego samodzielnego państwa. W powstałym konflikcie mieli swój udział również Arabowie, nieoficjalnie sympatyzujący z państwami Osi; w efekcie trwały ciągłe starcia wszystkich trzech stron konfliktu. Brytyjczycy zdawali więc sobie sprawę z konsekwencji, jakie może przynieść nowy przypływ Żydów, do tego wyszkolonych wojskowo i uzbrojonych. Brali oni nawet pod uwagę prawdopodobieństwo wybuchu wojny domowej, dlatego też nie wydali zgody na wprowadzenie jakichkolwiek odrębnych jednostek żydowskich do Palestyny. Wspomina o tym w swojej pracy*, cytowany już w poprzednim wpisie, Sylwester Strzyżewski. Historyk precyzuje na wstępie, że najpierw – w okresie od stycznia do lutego 1942 roku – żołnierze Andersa zostali przebazowani ze swoich obozów na teren Uzbekistanu i Kirgizji. Stamtąd ewakuowano ich do Iranu, w dwóch turach: na przełomie marca i kwietnia oraz w sierpniu 1942 roku. Pierwszy rzut objął ponad 30 000 żołnierzy, 3 000 osób z formacji pomocniczych i ponad 10 500 ludności cywilnej. Drugi – 44 000 żołnierzy i 25 500 cywili. Liczba Żydów w obydwu turach nie przekraczała 7 tysięcy osób.

W tym czasie uaktywniła się działająca w Palestynie i skupiająca głównie emigrantów z Polski – Rada Żydów, która ułatwiała chętnym opuszczenie polskiego wojska i zasilenie tworzących się żydowskich sił zbrojnych. Dezercje przybrały na sile jesienią 1942 roku, po letniej akcji mobilizacyjnej, przygotowanej przez Radę. Adresowana ona była formalnie do Żydów palestyńskich, ale liczono na szerszy zasięg. Organizacyjnie niczego tam nie brakowało – w żydowskich skupiskach rozwieszano stosowne plakaty, rozpowszechniono ulotki, wygłaszano emocjonalne przemówienia, wytykano osoby wymigujące się od patriotycznego obowiązku. Wszystkie gazety, niezależnie od poglądów jakie reprezentowały, agitowały za mobilizacją do żydowskiego wojska, a całość uświetniały duże defilady. W efekcie w ciągu miesiąca do komisji poborowych zgłosiło się 1870 osób, w tym także kobiet, które następnie skierowano do wojskowych obozów szkoleniowych. Oprócz tego kilkuset chętnych wstąpiło do policji.

O skali dezercji w Armii Andersa świadczy informacja przesłana przez generała na ręce ambasadora Polski w ZSRR, Stanisława Kota. Pisze on w niej o 193 Żydach, którzy zdezerterowali z I Dywizji Strzelców Karpackich w sierpniu i wrześniu 1942 roku. Dezercjom towarzyszyły rozpowszechniane przez Rosjan za pośrednictwem mediów plotki, że Żydzi w Wojsku Polskim są dyskryminowani. Celem tych kalumnii było zdyskredytowanie władz polskich w oczach koalicjantów, a także wywołanie konfliktu polsko-żydowskiego.

We wrześniu 1942 roku Armia Andersa została przetransportowana z Persji do Iraku w rejon Kirkut-Mosul. I jeżeli tym razem z przesunięciem wojska nie było większych problemów, to z kolei administracja brytyjska sprzeciwiła się ewakuacji ludności cywilnej, wyrażając zgodę na jej przesunięcie jedynie wtedy, gdy nie będzie wśród niej Żydów. Zmusiło to polskie władze do ominięcia zakazu poprzez zorganizowanie transportu morskiego wokół Półwyspu Arabskiego. Z kolei dzieci żydowskie, przebrane w mundurki szkoły katolickiej, odbyły podróż do Palestyny samochodami ciężarowymi. Przybycie Wojska Polskiego do Palestyny należy datować na kwiecień 1943 roku – pisze S. Strzyżewski.

Jak tam było, relacjonuje Jan Zaściński**:

W Palestynie w roku 1943 sytuację polityczną cechowało napięcie. Nacjonaliści żydowscy planowali zajęcie tego kraju przez akcję zbrojną przeciwko Arabom. Sprzeciwiali się temu Anglicy. Gdy przybył tam nasz korpus, podziemna armia Izraela prowadziła przeciwko armii brytyjskiej podjazdową walkę, która ograniczała się do pojedynczych ataków na samochody i inne obiekty wojskowe. Miała ona na celu zmuszenie Anglików do opuszczenia Palestyny. Nasi żołnierze-Żydzi zaczęli od razu nawiązywać kontakty ze społeczeństwem żydowskim. Inteligentny chłopak z mojej baterii opowiadał mi po powrocie z pierwszej przepustki do Tel-Avivu, jak serdecznie był przyjęty przez palestyńskich pobratymców. Fakt ten zachęcał jego kolegów do szukania szczęścia pod tym samym adresem. Nieco później zaczęły krążyć pogłoski, że niedługo mamy wyjechać do Egiptu. I wówczas zaczęły się pierwsze dezercje. Po prostu żołnierz jechał na przepustkę i już nie wracał. W takich wypadkach pułk miał obowiązek sporządzić list gończy i przekazać go do dowództwa korpusu. Gdy ilość wypadków zaczęła rosnąć, pułkownik kazał mi się zająć tą sprawą. Dyskutowaliśmy w kasynie o tym problemie. Stosunek do niego naszych oficerów był jednomyślny: jeśli lojalność tych uciekinierów jest po stronie Izraela, to niech idą. Pułkownik przypominał nam, aby nie dopuścić do szykan. Nie mieliśmy z tym żadnych kłopotów.

Tak na ogół reagowali oficerowie na przypadki dezercji. Mniej wyrozumiale odbierali zachowanie Żydów podoficerowie i szeregowi – znali się z delikwentami bezpośrednio i ich reakcje były bardziej żywiołowe. T.M. Czerkawski, w swoich wspomnieniach stwierdza:

We wrześniu masowa dezercja żołnierzy Żydów, ponad trzy tysiące. Mój celowniczy Tejblum też nie wrócił z przepustki, Ernfid również. Całe szczęście, że przeszkoliłem Alberta Sinickiego! Kapral Maksymilian Kaczko i Julek Hütter – podchorąży z pierwszego dyonu, odmówili zrzucenia munduru.***

W opinii żołnierzy dezerterzy byli często zwykłymi kombinatorami, wyzutymi z honoru i poczucia lojalności wobec Rzeczpospolitej, którzy wykorzystywali polskie obywatelstwo do własnych celów:

Podczas przerwy w ćwiczeniach dostrzegam, że dwa „Carriersy” gonią kogoś biegnącego po polu. Posyłam kaprala, aby sprawdził, co się tam dzieje. Wraca i melduje: „Ułani poznali Żyda z któregoś batalionu V Dywizji”. Był już w cywilnym ubraniu i pracował na tym polu. Jest to jeden z wielu Żydów, którzy wyszli razem z Korpusem ze Związku Radzieckiego. Niektórzy w Palestynie uciekli do kibuców – on też. (…) Zestawiam te dwa obrazy i staram się zrozumieć zarówno tych, którzy samochcąc wyjechali kiedyś z Polski, a tęsknią do opłotków Niemenczyna, oraz tych, którzy znaleźli się w armii polskiej i w chwili, kiedy ma ona iść do walki z Niemcami zostają na polach kibuców. Nie odpowiedziałem sobie na to pytanie. Pozostawiłem je tam, w Palestynie .****

Dezerterzy w większości trafiali do różnych podziemnych organizacji walczących o niepodległość Izraela, część szła do kibuców, aby bronić ich przed Arabami, inni przenosili się do Armii Brytyjskiej, z nadzieją uzyskania brytyjskiego obywatelstwa, co wiązało się z możliwością pozostania w Palestynie. Najwięcej Żydów decydowało się przystąpić do organizacji Hagana, na której później zbudowano armię izraelską. Dlaczego dezerterowali z armii polskiej? Ponieważ bardziej czuli się Żydami, niż Polakami. Michał Zammel***** – Żyd z Piotrkowa Trybunalskiego, urodzony w 1917 roku, tak wspominał tamten czas:

Usłyszał, że następnym etapem wędrówki będzie Palestyna. Wielu żydowskich żołnierzy szeptało już po cichu, że ich właściwym miejscem jest tzw. legion żydowski – nie tylko walka z Niemcami, ale też walka o żydowską Palestynę. (…) Codziennie otrzymywali przepustki, w sobotę i niedzielę można było jechać do Jerozolimy, Tel Awiwu lub Hajfy. Podziemna organizacja żydowska Hagana (…) potrzebowała takich młodych i zdrowych ludzi, a do tego jeszcze dobrze wyćwiczonych żołnierzy z różnych formacji: piechoty, artylerii, saperów, kierowców ciężarówek. (…) Podjął trudną decyzję, uznając, że „trzeba walczyć za swoją sprawę, to znaczy za uwolnienie Palestyny od brytyjskiej dominacji”. Wraz z innymi opuścił obóz: „Czekały już na nas przygotowane przez Haganę ciężarówki, którymi rozwieziono nas do kibuców położonych na terenie całej Palestyny. Ta operacja została przeprowadzona jednocześnie w każdej formacji wojskowej, a po nadejściu kolejnych transportów z ZSRR było nas już ponad dwa tysiące żołnierzy”.*****

Zastanawiając się nad przyczynami analizowanego zjawiska, Sylwester Strzyżewski stwierdza, że część Żydów nie widziała możliwości ułożenia sobie życia w powojennej Polsce. Wskazuje także na jednak obecny w wojsku antysemityzm. Był to między innymi – pisze efekt zamierzonej polityki Rosjan, którzy po ogłoszonej amnestii w pierwszej kolejności wypuszczali z więzień Żydów, a następnie utrudniali ich przyjęcie do wojska, jednocześnie rozgłaszając pogłoskę, iż Rosja nie zakazuje przyjęć do Wojska Polskiego, lecz to Polacy nie chcą przyjmować Żydów do armii. Dla porównania powołuje się on na przykład ewakuowanej w 1940 roku z Syrii Brygady Karpackiej, która była dobrze przyjęta przez Żydów, m.in. dlatego, iż jej żołnierze nie byli oskarżani o antysemityzm.

Jakie były skutki dezercji dla Armii Andersa i jak reagowało na nią naczelne dowództwo, o tym za tydzień, w ostatniej części tego tematu.
_________

* Sylwester Strzyżewski, Dezercje Żydów z Armii Andersa w świetle dokumentów Instytutu Polskiego i Muzeum im. Władysława Sikorskiego w Londynie, 2012

** Jan Zaściński, Pieśń o Warze, Warszawa 1999

*** Tadeusz Mieczysław Czerkawski, Byłem żołnierzem generała Andersa, Warszawa, 1991, s. 189

**** Romuald Kobecki, Kartki z kalendarzy 1940-1946, Warszawa 1966, s. 102

***** Cyt. za Piotr Szubarczyk, Historia życia Michała Zammela, [w:] „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 11/2005, Warszawa 2005, s. 76-85

Łucja, żaden autorytet (3)

Łucja Fice

Myślę

Myślę, że odbieram jakieś fale – może są to fale mózgowe, może myślowe, może świetlne, które nie giną, a są nagrywane przez środowisko. Ja żyję na własnej linii dźwięku i światła – to mój indywidualny ślad, moja tożsamość. Może odbieram fale z przyszłości i mój mózg przetwarza to na senne obrazy. Zresztą sama nie wiem. Może wszystko co mi się przydarza, widzę jako doświadczenie, zwyczajne to, co musi się w przyszłości wydarzyć. Może mam się nauczyć i zebrać informacje, a kolektywna świadomość potrzebuje tego, bym je zebrała? Jestem niespokojna, rozgorączkowana, nieprzerwanie poszukuję przygód, często weryfikuję swoje poglądy. Idę z duchem czasu, nie oglądając się wstecz. Obecna chwila jest najważniejsza. Widzę jasno swoją przyszłość i jestem gotowa na nowe wyzwania, doświadczenia, ryzyko. Witalna i zwinna, oto cechy jakich potrzebuję. Myślę, że posiadam. Wszystkie.

List do córki, która śmieje się z mamy i jej znikomej wiedzy

Mam dużo czasu i myślę, myślę. Wpadłam na genialny pomysł, żeby opisać CZAS. Czy można go wytłumaczyć z punktu widzenia fizyki? Zwracam się do Ciebie, jako wykształconego fizyka z dyplomem angielskiej uczelni. Posłuchaj! Nie wiem, czy mam rację. Starzejemy się szybciej, jeśli czas biegnie powoli (nuda, oczekiwanie na coś), a jeśli  zatrzymujemy chwilę intensywną pracą, to zatrzymujemy w miejscu również czas i wówczas się nie starzejemy. Pytanie – o ile? Nieważne, że np. o milisekundy, ale to zawsze coś.
CZAS mnie kręci, bo śnią sny, w których nie mam uczucia upływu czasu liniowego, tam w ogóle nie ma czasu. Dobra! Obliczę to w następnym życiu, a może kiedyś podpowiem Ci STAMTĄD, CZYM JEST CZAS  i dam CI znać. Przecież znajduję się w jakimś czasie, w jakiejś przestrzeni ale… w takim razie, w czym znajduje się przestrzeń? Kiedy mnie ktoś o to pyta, to w przestrzeni mego wnętrza WIEM, czym jest CZAS, jakbym w czasie zadawania pytania wiedziała, ale po sekundzie zapominam. Wymyśliłam, że CZAS zależy od wagi (ciężaru.) Ktoś ciężki, kto waży np. 100 kilo, będzie żył krócej niż chudy o wadze np. 60 kilo. Ale o ile krócej? W dzisiejszym śnie miałam wykład o CZASIE. Boże! Chcę pamiętać, co mówiłam. TO było ważne, a ja nie pamiętam.

Twoja mama
Łucja, żaden autorytet

Odpowiedź

Mamuś, nie wiem i nikt nie wie. Żaden z naukowców do tej pory nie podał definicji CZASU. Dla mnie po prostu jest, bo… mam zegarek, a spóźniłam się dziś do pracy.

Jastarnia (6)

Jacek Krenz

Kino „Żeglarz”

Kultowe Kino „Żeglarz” nadal istnieje,
prowadzone przez rodzinę pasjonatów,
dzięki którym oparło się wszechobecnym
multipleksowym trendom

Kino było ważnym miejscem naszych wakacyjnych przeżyć i wzruszeń, poszerzającym naszą wyobraźnię o świat poza codziennością. Westerny przenosiły nas w rozległe prerie, skaliste wąwozy Dzikiego Zachodu, gdzie honor przeciwstawiał się złu. Stawaliśmy się odważnymi kowbojami i Indianami. W wakacyjnym repertuarze były głównie westerny (Rio Bravo, 15:10 do Yumy, Człowiek, który zabił Liberty Valance’a, Siedmiu wspaniałych, czeski pastisz Lemoniadowy Joe) i francuskie filmy przygodowe z Delonem i Belmondem (Trzech muszkieterów, Człowiek z Rio). Oglądaliśmy je po kilka razy, już bez kupowania biletów, kiedy udawało nam się wślizgnąć przez kotarę zasłaniającą drzwi wyjściowe, otwarte dla koniecznej wentylacji sali. Czasem czekaliśmy na odpowiedni moment w toalecie, do której drzwi były obok ekranu. Nad drzwiami widniała sentencja: Godziny, lata płyną, lecz cóż, wiecznie młode jest kino.

Chłopaki wchodzili czasem z butelkami, powiedzmy, że była to oranżada albo lemoniada, które po opróżnieniu turlały się z rumorem po drewnianej pochyłej podłodze ku ekranowi. Jedna z naszych dziewczyn dorównywała im lżejszym kalibrem, puszczając piłeczkę ping-pongową w ślad za butelkami.

Filmy znaliśmy na pamięć, po wielokrotnym ich obejrzeniu, więcej uwagi poświęcaliśmy grom towarzyskim.

Muzyka

Przy stacji benzynowej stał drewniany barak, pełniący rolę świetlicy zwanej „Tancbudą”. Koncert „Czerwono-Czarnych” w 1962, w roku ich debiutu, zgromadził tłumnie całą wakacyjną młodzież. Karin Stanek śpiewała swoje przeboje: Malowana lala, Autostop i Chłopiec z gitarą. Śpiewali też Michaj Burano, Katarzyna Sobczyk i chyba Helena Majdaniec. Było głośno i duszno, a taki ścisk, że gdy udało mi się wspiąć, by zobaczyć scenę, przestałem już dotykać stopami podłogi, utrzymywany wyżej przez widzów wokół mnie. Nowa, niezwykle dynamiczna muzyka rockowa, big-beatowa porwała wszystkich. Tak bardzo odbiegała od sączonych całymi dniami z głośników radiowęzła śpiewów Tercetu Egzotycznego, ze wzruszającym Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu, Marii Koterbskiej Karuzeli, na zmianę z włoskimi przebojami Marin Marino Mariniego, Mamma son tanto felice Robertina Loretti czy Questa piccolissima serenada, którą śpiewał Teddy Reno.

Nieco lepszy repertuar niż z radiowęzła grał zespół pana Monety do tańca na five’ach i dancingach w Domu Zdrojowym.

Czerwono-Czarni na Festiwalu Piosenki
w Sopocie 1964

Karin Stanek śpiewała:

Tato, kup mi dżinsy-spodnie,
Tato, będzie mi wygodnie,
Tato, wszyscy mają dżinsy,
Kup je mi!

Prośba ta wyrażała marzenia tysięcy polskich nastolatków o spodniach-symbolu zachodniego stylu życia, ale była trudna do spełnienia. Były wprawdzie podobne spodnie z tak zwanego „teksasu”, lecz to nie było to! Cudem zdobyte oryginalne dżinsy rozpruliśmy z braćmi na części, a mama wykorzystała krój do uszycia nam dżinsów z płótna żaglowego. Farbowaliśmy je na różne odcienie niebieskiego. Płótno zdobywaliśmy od rybaków, którzy kupowali je na przydział do łodzi. Koledzy wypraszali takie dżinsy u naszej mamy i trudno jej było sprostać zamówieniom, tylu było chętnych. Założyliśmy z braćmi zespół big beatowy w składzie trzech braci Krenzów + Leszek Weres (trzy gitary i perkusja) i nazwaliśmy go „Blue Jeans”.

Pewnego razu wsiedliśmy do stojącego na stacji pociągu towarowego, który po chwili ruszył w kierunku Redy. We Władysławowie pociąg zwalniał na ostrym zakręcie na południe i wtedy z łatwością wyskoczyliśmy. Poszliśmy w kilka par na five do „Domu Rybaka”. Atrakcję stanowiła tam fontanna z figurą rybaka ustawiona na środku kręgu tanecznego. Mocno to jednak odbiegało od ulubionej atmosfery naszych tańców w Jastarni.

Wracaliśmy po północy autostopem ciężarówką z otwartą paką. Usadowiliśmy się pośród jakichś metalowych urządzeń i śpiewaliśmy wesoło przez całą drogę. Nazajutrz nie było już nam tak wesoło, gdy okazało się, że dziewczyny pobrudziły sobie sukienki czarnymi smarami, a pranie wtedy nie było takie proste.

Chodzenie po mieście. Aleja Słońca

Ela Kargol

Miałam trzy lata, gdy stawiano mur w Berlinie. Nie mam pojęcia, kiedy się o nim dowiedziałam, o murze, że jest i dzieli dużo więcej niż tylko jedno miasto.

Gdy przyjechałam na dobre do Berlina, mur jeszcze pięć lat miał stać, dzielił, straszył, zamykał, utrudniał, wymuszał trudne decyzje, desperackie czyny, ucieczki, pozwalał marzyć o tym co będzie, gdy go już nie będzie.

Od ponad 30 lat go już nie ma. “Upadł”. Miasto go wchłonęło, zatarło po nim ślady. Gdzieniegdzie jeszcze budzi lęk lub zachwyca swoją obecnością albo duplikatem wyprodukowanym dla turystów. Po upadku i euforii zaczęło się scalanie tego, co kiedyś rozdzielono.

W 2019 roku, 30 lat po upadku muru miałyśmy z Joanną Trümner w planie, przejść lub objechać rowerem całą trasę muru, ponad 160 kilometrów. Podczas naszych wycieczek do muru, zmieniałyśmy często początkowe zamiary i szukałyśmy w naszej pamięci wspomnień o nim.

Powstało kilkanaście tekstów, zamieszczonych tu na blogu u naszej “adminki”. Rok później ona i ja wydałyśmy książkę Śladami Muru Berlińskiego. Dołączyła do nas jeszcze Krystyna Koziewicz.


Nie dawało mi spokoju, że nie do wszystkich miejsc dotarłyśmy. Próbuję to nadrabiać.

Gdy córka przeprowadziła się do mieszkania przy Planetenstraße, w berlińskiej dzielnicy Neukölln, krótko zastanawiałam się, po której ona teraz mieszka stronie. Bo dla tych, którzy mur pamiętają, on nadal dzieli, może już nie dosłownie, ale w pamięci, na dzielnice zachodnie i te na wschodzie miasta.
Do Planetenstraße dojeżdża się kolejką miejską. Köllnische Heide była ostatnią stacją w Berlinie Zachodnim i jakoś mi ulżyło, gdy dowiedziałam się, że Helcia zamieszka po tej „właściwej stronie”. Dla córki nie miało to żadnego znaczenia.

Budynek stacji “S-Bahny” po latach nieużywania w czasach rozłąki miasta został odrestaurowany, zmodernizowany i jest stacją pełną życia z przydworcową gastronomią i sprzedawcami handlującymi artykułami pierwszej i niepierwszej potrzeby.

Sonnenalle, ulica największej gwiazdy, bohaterka filmu o tym samym tytule, Aleja Słońca, którą podzielił mur, a wokół niej, po obu stronach dworca Köllnische Heide ulice nazwane od innych planet i gwiazdozbiorów: niepozorny Venusplatz, jeszcze mniejsza Siriusstraße, Jupiterstraße, nawet gwiazdozbiór Delfina ma tu swoją ulicę, tylko ogródki działkowe takie przyziemne i nie sięgają gwiazd, w czym może przeszkadza im drut kolczasty wiszący nad prawie każdym wejściem.

Idąc w kierunku wschodnim ulicą Planet dochodzimy do Heidekampgraben, rowu wodnego, który podczas podziału Niemiec wyznaczał granicę między Berlinem Zachodnim a Wschodnim. Po upadku i otwarciu muru wzdłuż rowu wodnego utworzono zielony korytarz z placami zabaw i rekreacji, mostami i kładkami. To zielone pasmo jest częścią Szlaku Muru Berlińskiego i po 2 – 3 kilometrach przecina Aleję Słońca (Sonnenallee) w miejscu, gdzie ponad 30 lat temu było przejście graniczne. Spacer drogą muru zostawiam na lepsze czasy i lepszą sprawność.

Przy Planetenstraße czekam na autobus w kierunku granicy i przejścia, których już nie ma. Autobus długo nie nadjeżdża, więc przyglądam się rzeźbom, które już znam z widzenia i które mylnie kojarzyłam z bajkową fontanną w pobliskim parku (Märchenbrunnen im Schulenburgpark).

Kiedyś myślałam, że tylko Friedrichshain ma swoją bajkową fontannę.

Rzeźby długo nie dawały mi spokoju, aż w końcu na jednej z nich zauważyłam podpis autora. Arthur Wellmann, zasłużony artysta III Rzeszy, którego rzeźby i pomniki zniknęły z mapy miasta, twórca pierwszego antyżydowskiego pomnika (Fritsch-Denkmal), postawionego w berlińskim Zehlendorfie, niedaleko Mexikoplatz na skwerze bez nazwy i jakichkolwiek śladów. Jego rzeźby tworzone w tzw. Heimatstilu z ludowymi motywami, którymi w 1938 roku upiększał place przed budynkami komunalnymi w Neukölln i Treptow, stoją do dzisiaj. Wdrapują się na nie dzieciaki wszystkich narodowości świata.

https://www.tagesspiegel.de/berlin/bezirke/steglitz-zehlendorf/politik-des-hasses-zehlendorf-im-nationalsozialismus-das-erste-antisemitische-denkmal-deutschlands/9057034.html

Wreszcie przyjeżdża autobus M41, wsiadam, jadę w kierunku Baumschulenstrasse, tam gdzie się kończy Aleja Słońca. Mijam Schulenburgpark po lewej stronie, po prawej kolorowe fasady domów i wypatruję czegokolwiek, co przypominałoby ślad muru, ślad granicy. Krótko przed przystankiem widzę w poprzek asfaltowej jezdni podwójną linię kostek brukowych, umowny znak przebiegu drogi muru. Wysiadam, podchodzę do byłej granicy, do przejścia granicznego, którego nie ma, szukam śladów. Chyba dobrze, że ich nie ma. W 1999, dziesięć lat po upadku muru artystka Heike Ponwitz wygrała konkurs na upamiętnienie tego miejsca. Po obu stronach dwupasmowej ulicy stoją lunety nazwane przez artystkę grafoskopami, mające upamiętniać przejścia graniczne w zamkniętym mieście. Patrząc w lunetę, można odczytać słowo Übergang (przejście), wyryte w soczewkach. Ponieważ zaglądam w te lunety z każdej strony, robię zdjęcia i jeszcze raz zaglądam, starszy przechodzień podchodzi do mnie i mówi: „Pani, tam nic nie ma, to jest do pomiaru prędkości, albo do czegoś innego, ale tam pani nic nie zobaczy.” Wyjaśniam mu, co to jest. On mur pamięta, ale pamiętać nie chce. Było, minęło. Mieszkał i mieszka we wschodniej części miasta. Wracam autobusem M41 do Köllnische Heide. Przypadkowo dowiaduję się do jak ważnej linii autobusowej wsiadłam. M41 ma nawet swoje fejsbukowe strony

https://de.wikipedia.org/wiki/Metrobuslinie_41_(Berlin)

Czekam na tym samym przystanku na inny autobus, żeby pojechać do mostu Chrisa Gueffroy’a (ChrisGueffroyBrücke).

Spoglądam znowu na rzeźby Wellmanna, coraz mniej je lubię.

Chris Gueffroy urodził się siedem lat po budowie muru, urodził się po wschodniej stronie Niemiec, w Pasewalku, w wieku pięciu lat przeprowadził się z matką i bratem do Berlina, wschodniego. Gdyby żył nie miałby swojej ulicy, swojego mostu, pomnika, gdyby żył. Umarł w wieku 21 lat. W tym wieku jest teraz moja córka, ta która mieszka po „właściwej stronie”, tej, na którą chciał się przedostać Chris. Uciekali we dwóch, Chris i kolega, w nocy z 5 na 6 lutego 1989 roku, w pobliżu ogródków działkowych “Harmonie” przez Britzer Verbindungskanal.

Słoneczna aleja była w zasięgu ręki, za kilka miesięcy miał upaść Mur Berliński.

Chris upadł jak Ikar lecąc ku słońcu, zabity 21 strzałami na pasie śmierci.

Mur berliński stał przez 28 lat, dwa miesiące i 28 dni – od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku.

Wspomnienia o Maryli (13)

Magdalena Ciechomska

Przywołując w pamięci moje rozmowy z Marylą uświadamiam sobie, że większość z nich pozostała niedokończona. Pewnie dlatego, że choć miałyśmy w pewnych sprawach podobne poglądy, to nie zawsze się zgadzałyśmy. Czasami miałam wrażenie, jakby Maryla była tym zaskoczona. Dotyczyło to zwłaszcza tematów kobiecych i feministycznych. Powracał w naszych rozmowach problem aborcji, najtrudniejszy pod względem etycznym. Zasadniczo obie byłyśmy za prawem do wyboru. Jednak, gdy temat zaczynałyśmy – mówiąc językiem młodzieży – rozkminiać, ujawniały się różnice w poglądach. Pamiętam, że jeszcze przed narodzeniem Jaśka, w czasach, gdy pod wpływem Maryli analizowałam z feministycznego punktu widzenia literacki wizerunek kobiety i matki w polskiej literaturze, zwróciłam uwagę na motywy łączące stale macierzyństwo z cierpieniem. Czułam wówczas głęboki sprzeciw wobec takiego wzorca kulturowego, wiedząc oczywiście o tym, w jaki sposób jego geneza wiąże się z tematem martyrologii i mesjanizmu narodowego. Później, gdy ujawniła się niepełnosprawność naszego syna (a stało się to między trzecim a piątym rokiem jego życia), temat, który traktowałam w kategoriach czysto symbolicznych, wrócił do mnie w wymiarze realnego, życiowego doświadczenia, pozbawionego wszelkich kontekstów historycznych i kulturowych. Bo oczywiście fakt, że moje dziecko jest niepełnosprawne stanowi rodzaj cierpienia. Jednak nie przekreśla ono ani miłości macierzyńskiej (rodzicielskiej), ani nie unieszczęśliwia. Jak powiedziała Iwona Hartwich, przywódczyni protestu rodziców i opiekunów niepełnosprawnych dzieci: „Nasze dzieci nie są dla nas problemem…”

Wciąż niepokoi mnie pytanie, czy w związku z prawem kobiety do wyboru, prawo do życia osoby z niepełnosprawnością nie staje się ambiwalentne? Ten rodzaj pytań stawiałam Maryli, która miała tu od razu obraz naszego syna a swojego bratanka. I nie znajdowała, bo nie mogła znaleźć, gotowych odpowiedzi. Np. kiedy zapytałam ją, co sądzi o postawach, jakie pojawiły się we Francji, gdy niektóre media pokazywały uśmiechnięte, szczęśliwe dzieci z zespołem Downa i ich szczęśliwych rodziców. To wywołało sprzeciw działaczy „pro choice”, bo, rzekomo, mogło wzbudzać poczucie winy u kobiet, które zdecydowały się na aborcję. Maryla, po namyśle, zgodziła się ze mną, że było to ze strony organizacji „pro choice” zdecydowanie zbyt daleko posunięte działanie propagandowe.

Gdy się ma w rodzinie niepełnosprawne dziecko, zwłaszcza, gdy się jest jego rodzicem, ale także wtedy, gdy po prostu obserwuje się z bliska jego rozwój, jasne staje się pytanie o zależność między wolnością a powinnością. Pojawia się cały szereg pytań, na które nie zawsze wystarcza odpowiedź z perspektywy rodzicielskiej, matczynej miłości. Maryla mogła oglądać nas, rodziców w różnych sytuacjach. Wtedy, gdy dawaliśmy sobie radę i wówczas, gdy doświadczaliśmy całkowitej bezradności. Także wtedy, gdy popełnialiśmy błędy, gdy traciliśmy siły i cierpliwość. Gdy doświadczaliśmy bycia rodzicami niedoskonałymi. Jestem głęboko przekonana o tym, że te doświadczenia były bardzo ważne dla niej, właśnie jako feministki.

Maryla lubiła też przywoływać postać włoskiej lekarki, Gianny Beretty Molla, świętej kościoła katolickiego. Była ona dla niej przykładem wolnego, w pełni świadomego wyboru, wynikającego nie tylko z wiary, ale też popartego wiedzą medyczną. Zgadzałyśmy się w jednym: że był to wybór heroiczny, który musi być dokonany w wolności i nie może być wymuszony przez prawo. Nasze poglądy różniły się tym, że Maryla popierała nieograniczone prawo do aborcji, ja natomiast byłam i jestem zwolenniczką prawnego kompromisu.

Kiedy w Sejmie RP przegłosowano ustawę zaostrzającą prawo aborcyjne, opowiedziałam się po stronie protestujących kobiet. Oczywiście wiem, że Maryla też stanęłaby po tej stronie. Ale też jakoś nie potrafię utożsamić się z postawą Kai Godek, pomimo, że jest ona matką niepełnosprawnego dziecka. Nawet jeśli rozumiem jej argumenty, to w kontekście całej działalności organizacji Ordo Iuris, którą reprezentuje, brzmią one dla mnie fałszywie. Nie można bowiem bronić dzieci, będąc wrogiem ich matek.

* Gianna Beretta Molla (1922-1962) – włoska lekarka, matka trojga dzieci, która zdecydowała się urodzić czwarte dziecko, mimo iż lekarze poinformowali ją, że donoszenie ciąży będzie dla niej oznaczało śmierć z powodu włókniaka macicy; święta Kościoła katolickiego.

Z wolnej stopy 48

Zbigniew Milewicz

Z łagrów pod polskie sztandary

Układ Sikorski – Majski, podpisany został w Londynie 30 lipca 1941 roku. 12 sierpnia 1941 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało natomiast ważny dekret o amnestii dla obywateli polskich, aresztowanych i deportowanych przez NKWD, po sowieckiej agresji na nasz kraj i ten dokument był następstwem londyńskiej umowy.

Układ dotyczył wznowienia stosunków dyplomatycznych między Polską i ZSRR, które Kreml jednostronnie zerwał po 17 września 1939 r. Ta data jest na ogół znana, więc tylko krótko przypomnę towarzyszące fakty: we wrześniu 1939 roku, na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, hitlerowskie Niemcy wspólnie ze stalinowską Rosją dokonały czwartego rozbioru Polski, zawarły między sobą traktat o granicach i przyjaźni, po czym nastąpiła formalna aneksja okupowanych terenów; jak to robił Wehrmacht i jak Armia Czerwona – też wiadomo. Konsekwencją aneksji wschodnich terenów II Rzeczpospolitej było narzucenie mieszkańcom okupowanych ziem obywatelstwa ZSRR, sowietyzacja życia i polityczne represje. Odczuła je każda kresowa rodzina, także moja, od strony ojca, o czym pisałem w Życiu od nowa po raz drugi.

Podejmowane przez polski rząd na uchodźstwie próby udzielenia oficjalnej pomocy deportowanym Polakom były przez Moskwę całkowicie ignorowane, nie uznawała ona rządu gen. W. Sikorskiego. Ponadto fakt, że państwa sprzymierzone (Wielka Brytania, Francja) nie były w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim, w dużej mierze obniżał możliwości rządu polskiego w omawianej kwestii. Kierunek radzieckiej polityki jednoznacznie oddawał ton przemówienia Wiaczesława Mołotowa z października 1939 r., mającego na celu uzasadnienie agresji na Polskę. W swojej wypowiedzi stwierdził, że Polska egzystowała dzięki wyzyskiwaniu uciemiężonych narodów niepolskich, a uderzenie Armii Czerwonej i niemieckiej w zupełności wystarczyło do unicestwienia „pokracznego bękarta traktatu wersalskiego”. Ponadto, według Mołotowa, Armia Czerwona wkroczyła do Polski w celu udzielenia pomocy Ukraińcom i Białorusinom uciskanym przez polskich panów.

“Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku miał bezpośredni wpływ na wznowienie stosunków dyplomatycznych (…) pomiędzy rządem polskim a Moskwą (za pośrednictwem Brytyjczyków). Podczas prowadzonych rozmów strona polska postulowała o anulowanie traktatu Ribbentrop-Mołotow, otwarcie w Moskwie polskiej ambasady, utworzenie organizacji polskiej, mającej na celu sprawowanie opieki nad ludnością polską przebywającą na terenie ZSRR oraz uwolnienie wszystkich jeńców polskich i innych osób, które zostały pozbawione wolności w ZSRR. To właśnie oni mieli zostać żołnierzami nowej armii polskiej. Ponieważ rząd Polski nie ogłosił we wrześniu 1939 roku stanu wojny z ZSRR, stosunki dyplomatyczne mogły być wznowione bez przeszkód formalno-prawnych”.

Cytowane fragmenty tekstu pochodzą ze wstępu do pracy Sylwestra Strzyżewskiego*, Dezercje Żydów z Armii Andersa w świetle dokumentów Instytutu Polskiego i Muzeum im. Władysława Sikorskiego w Londynie, zamieszczonej w Zeszytach Naukowych Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych, Nr 3 (165) 2012, które mi podesłał elektronicznie mój brat Mariusz. O głównym wątku tej publikacji napiszę oddzielnie, teraz chciałbym się odnieść najpierw do przyczyny nagłej spolegliwości Stalina w stosunku do Polaków. Wywodziła się ona z katastrofalnej sytuacji militarnej ZSRR w 1941 roku, z zaskoczenia agresją III Rzeszy na Związek Sowiecki (operacja Barbarossa) i potrzeby materialnej pomocy ze strony Wielkiej Brytanii i USA. Po późniejszej klęsce Wehrmachtu pod Moskwą strona radziecka zaczęła się stopniowo wycofywać z zawartych uzgodnień, ale na razie amnestia była szansą na przeżycie dla tysięcy Polaków, deportowanych w głąb ZSRR. Zgodnie z nią natychmiastowemu uwolnieniu podlegali obywatele RP – jeńcy wojenni, internowani, więźniowie więzień i łagrów, osoby pozostające w śledztwie, zesłani osadnicy wojskowi, leśnicy oraz członkowie rodzin osób represjonowanych i wysiedlonych. Według danych NKWD, przekazanych Stalinowi przez Berię 1 sierpnia 1941, dekret miał dotyczyć 381 220 osób, określanych jako byli obywatele polscy. Liczba ta obejmowała również 26 160 jeńców, podobnie określanych słowem byli.

Podpisanie układu, Londyn 30 lipca 1941 roku. Od lewej: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski. Amnestia objęła 381 tysięcy Polaków.

„W celu zawarcia umowy wojskowej, umożliwiającej utworzenie Wojska Polskiego – pisze dalej S. Strzyżewski – do Związku Radzieckiego udała się polska misja wojskowa na czele z gen. bryg. Zygmuntem Bohuszem-Szyszko. Efektem wizyty było podpisanie w dniu 14 sierpnia 1941 roku umowy wojskowej, określającej zasady sformowania na terenie ZSRR Armii Polskiej, która miała wejść w skład sił zbrojnych Rzeczypospolitej i podlegać organizacyjnie i personalnie Naczelnemu Wodzowi. Pod względem operacyjnym armia ta miała podlegać Naczelnemu Dowództwu ZSRR. Zwolniony w dniu 4 sierpnia z więzienia na Łubiance gen. bryg. Władysław Anders został dwa dni później wyznaczony przez Naczelnego Wodza na dowódcę Armii Polskiej w ZSRR”.

Dla porządku, mowa o naczelnym wodzu Polskich Sił Zbrojnych na uchodźstwie, generale Władysławie Sikorskim. Zwalnianie osadzonych z więzień, obozów pracy, czy też zesłania było całkowicie uzależnione od władz radzieckich. Za ich zgodą Polacy utworzyli polską ambasadę w Kujbyszewie i 19 delegatur, które zostały rozmieszczone w naszych największych skupiskach oraz powołali 387 mężów zaufania (w połowie 1942 r. komórki te zlikwidowano pod pretekstem rzekomego prowadzenia działalności wywiadowczej oraz propagandy antyradzieckiej). Pierwotnie polskie wojsko w ZSRR miało liczyć dwie dywizje i jeden pułk zapasowy. Buzułuk, koło Kujbyszewa został siedzibą sztabu armii, natomiast w Tatiszczewie, obok Saratowa, Trockoje i Kołtubance sformowano obozy mobilizacyjno-szkoleniowe, a następnie pierwsze jednostki. W dniu 22 sierpnia 1941 r. gen. Władysław Anders wydał Rozkaz nr 1, w którym wezwał (…) wszystkich obywateli Rzeczypospolitej zdolnych do noszenia broni, by spełnili swój obowiązek względem Ojczyzny i wstąpili pod sztandary Orła Białego. W ślad za nim w łagrach zaczęły działać komisje rekrutacyjne.

Według oficjalnych informacji strony rosyjskiej, w obozach w Griazowcu, Jużsku, Suzdalu i Starobielsku znajdowało się około 21 000 oficerów i szeregowych, którzy w 1940 roku nie podzielili losu ofiar Katynia i Charkowa. Na podstawie tych danych pierwotnie ustalono stan tworzonej armii na 25 000 żołnierzy. W pierwszych dniach września przetransportowano do obozów formujących się jednostek około 1 000 oficerów i ponad 21 000 szeregowych, jednak napływ żołnierzy trwał nadal.
3 października Rada Obrony ZSRR wydała uchwałę ustalającą stan armii Andersa na 30 000 żołnierzy, jednak w połowie miesiąca dołączyło do nich jeszcze osiem tysięcy nowych i ponad dwa tysiące cywili. Polsko-radziecka deklaracja, podpisana 4 grudnia 1941 r., brzmiała jeszcze optymistyczniej; według niej w polskich szeregach miało stanąć 96 000 żołnierzy. Oprócz nich 30 000 osób miało zostać przydzielonych do tzw. formacji pomocniczych, a część wojsk mogła spodziewać się przerzutu do Wielkiej Brytanii i na Środkowy Wschód.

Główny problem tkwił w tym, kto mógł wstąpić do polskiej armii. Klucze do bram łagrów mieli Rosjanie i oni niepodzielnie decydowali o tym, kto przez nie wychodził. 1 grudnia 1941 Rosjanie uznali jednostronną notą, że „amnestia” obejmuje wyłącznie osoby narodowości polskiej, czego nasza strona nie akceptowała, gdyż ZSRR uzurpował sobie prawo rozstrzygania o tym, kto jest obywatelem Polski, a kto nim nie jest. Ukrainiec, Białorusin i Żyd ze wschodnich terenów RP z polskim obywatelstwem musieli pozostać w łagrze, natomiast NKWD nie miało zastrzeżeń, aby uznać za właściwe obywatelstwo żydowskich więźniów, pochodzących z centralnych i zachodnich terenów II RP. Stosunkowo łatwo korzystali też z amnestii ukraińscy i białoruscy łagiernicy, wystarczała deklaracja, że są narodowości polskiej i pragną walczyć w armii Władysława Andersa. W jakim stopniu podejmowane decyzje wynikały z sowieckiego bałaganu administracyjnego, a w jakim ze sprytnej, sabotażowej taktyki NKWD, mającej na celu dezorientację osadzonych Polaków, to trudno mi ocenić.

Dekret o amnestii był realizowany selektywnie; niektórzy więźniowie na wolności mogli być kłopotliwi dla stalinowskiej władzy. Znany jest przypadek uporczywego przetrzymywania w łagrach Ust Vym w republice Komi profesora Stanisława Swianiewicza, jedynego żyjącego świadka zbrodni katyńskiej, zwolnionego dopiero na osobistą interwencję ambasadora Stanisława Kota. Innym charakterystycznym przykładem jest uwolnienie pisarza Gustawa Herlinga-Grudzińskiego dopiero w listopadzie 1941, po ogłoszeniu przez niego głodówki. W wielu miejscach odosobnienia blokowano informacje o tworzonej armii, lub podawano sprzeczne dane o miejscach jej formowania.

W opinii przeciwników układu Sikorski–Majski, Naczelny Wódz zgadzając się na użycie słowa „amnestia” faktycznie uznał władzę ZSRR na terytoriach wcielonych do tego państwa po roku 1939. Niemniej dzięki niej wyszło z łagrów i więzień wielu ludzi – jeńców wojennych i zesłańców, z których uformowano Polskie Siły Zbrojne w ZSRR. Szacunkowo ewakuacji z imperium doczekało ponad 100 tysięcy obywateli polskich. 2 Korpus Polski utworzony z oddziałów ewakuowanych z ZSRR brał udział w kampanii włoskiej, w tym w bitwach o Monte Cassino, Anconę i Bolonię, stanowiąc największą liczebnie formację Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Pozostałych w ZSRR obywateli RP już w roku 1942 poddano nowym represjom, w szczególności masowej akcji paszportyzacji – wymuszania zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. W styczniu 1942 r. Wehrmacht poniósł pod Moskwą dotkliwą klęskę, więc Stalin odzyskał dawną pewność siebie i z powrotem przykręcił Polakom śrubę.

_____

* Sylwester Strzyżewski, Ministerstwo Obrony Narodowej