Łucja, jedna z 800 tysięcy (1)

Łucja Fice

18 lat na saksach

2004 rok to rok nowej emigracji z przyczyn ekonomicznych. Problemy z nią związane przerosły i oczekiwania samych emigrantów, i możliwości ich rozwiązania przez polskie władze. Sama jako kobieta w wieku 52 lat, bez pracy i możliwości jej otrzymania, mimo usilnych zabiegów i dobrego wykształcenia, zmuszona zostałam do wyjazdów z kraju na wiele lat. Osiemnaście lat spędziłam po części w Walii, Anglii i Niemczech. W roku 2016 pracowałam jako opiekunka w Passau, w Niemczech, gdy nagle umarł mój mąż. Do jego śmierci nie zdawałam sobie sprawy z psychologicznych konsekwencji mojej decyzji. A przecież, jak wszyscy „późni” emigranci, stanęłam przed koniecznością budowania nowej tożsamości kulturowej. Mieliśmy ustabilizowane życie w Polsce, nie byliśmy już bardzo młodzi, opuściliśmy kraj w poszukiwaniu pracy, a często możliwości leczenia dla nas samych – w Polsce brakuje pieniędzy na leki, na leczenie ‘”twardych chorób”. Liczą się też potrzeby rodziny, auto, mieszkanie, kształcenie dzieci lub, i to już jest wystarczający powód wyjazdu – chęć zapewnienia rodzinie w Polsce godnego utrzymania.

Jestem kobietą, żoną, matką, babcią, na dobre i złe w przyzwyczajeniach i zachowaniach ukształtowaną przez Polskę. Nagle zmieniły się realia, znalazłam się w nowej rzeczywistości kulturowej, zmuszona do asymilacji z obcym środowiskiem. Emigracja czy saksy, nieważne, mają swoje blaski i cienie. Jak wszystko na tym świecie, bo nic nie jest białe i nic nie jest czarne. W Niemczech czuję się jak w szkole, w której uczą mnie na nowo prasować, układać, sprzątać, czyścić, gotować – ale po niemiecku. W wieku emerytalnym ma się już całkowicie sprecyzowany sposób postrzegania świata rzeczywistości, dlatego proces przystosowywania się nie jest bezbolesny, ta cała koherentność z rodziną, do której się trafia.
Byłam jedną z wielu Polek w tym zimnym świecie bezwzględnego dobrobytu. Zależało nam, by postrzegano nas jak osoby równe, które mają, tak samo jak gospodarze, jednakową wartość i są równe wobec prawa. Nie chcemy jednak udawać Walijek, Angielek czy Niemek. Nie chcemy kreować fałszywego obrazu Polki, nie chcemy wyrzekać się własnej tożsamości. Świadomość korzeni, to wartość największa i nic nie może jej stać na przeszkodzie. My, Polki, na szczęście, mamy poczucie własnych korzeni, własnej wartości, umiemy zachować równowagę pomiędzy własną tożsamością z całym polskim bagażem tradycji, a koniecznością dopasowania się do nowej kultury. Polak musi umieć wszystko. I to jest PRAWDA.
Ale są jeszcze „oni”.

W wielu domach czułam się cieniem, zaledwie mijanym przez rodzinę.

Praca, jak praca, ale zmuszanie nas na siłę do przyjmowania obcych tradycji, zwyczajów, obyczajów i ceremoniałów panujących w domach podopiecznych, pomimo wspólnych europejskich tradycji, często przerasta siły opiekunów. Bez zdolności kognitywnych, kompatybilnych nie byłybyśmy w stanie wykonywać tej pracy.

Ale była i inna strona tej pracy – empatyczna. Te wyjazdy nauczyły mnie szacunku do życia, bo były bramą do nowego świata, świata cierpienia i ludzkiej egzystencji.

Te doświadczenia prowadzą do rozchwiania osobowości, wywołują poczucie zagubienia, wyobcowania, bezdomności. I w Anglii, i w Niemczech można spotkać tę ksenofobię, myślenie antyhumanitarne. Widziałam sytuacje wyrzucanie opiekunek za drzwi. Nasze życie było niepewne, a nierzadko też biedne. Bywało, że mieszkałam w bezgranicznie nędznych warunkach. Pracowałam nawet po 300 godzin miesięcznie. Doświadczałam dyskryminacji, odczuwałam na własnej skórze fakt, że postrzega się nas Polaków jako nędzarzy.

Czy to śmieszne, taki brytyjski żart?

– Dlaczego z Wysp Brytyjskich zniknęły łabędzie?
– Polacy je zjedli.

Wykonujemy tę pracę, bo wśród miejscowych nie ma chętnych do tej pracy, jak zresztą do każdej innej ciężkiej pracy. ”Niech pracują emigranci, my wolimy korzystać z socjalu”, tak mówią.
Opiekunka-niewolnica, maszyna do pracy.

Dlaczego? Dlaczego tak musi być?
– Bo Polska to macocha, jak powiedziała mi matka czworga dzieci, tak jak ja wracająca z Niemiec do domu.
Opiekunki wyjeżdżają za pośrednictwem polskich agencji, ale agencje te tylko pośredniczą na rynku pracy i wysyłają Polki nie przygotowane, często nawet bez znajomości języka. Kobiety wyjeżdżają bez żadnego przeszkolenia, nie mając pojęcia o pracy z ciężko chorymi seniorami. Często się zdarza, że jesteśmy dyskryminowane i poniżane, przez nich i przez ich rodziny. Często zadaję sobie pytanie – czy to nowy „rasizm”?
Kim jesteśmy my Polki, opiekunki w Niemczech?

Nie wszyscy znają „nędze” życia opiekunek. Widzą tylko „blaski”: pieniądze. No cóż! Powiedziałabym raczej, to nie „blaski”, to błysk zaledwie. Ta radość z możliwości zarabiania pieniędzy, jedyny powód do zadowolenia. Wspomaganie finansowo rodziny. Ale i to świat zewnętrzny usiłuje nam obrzydzić. W Polsce spotyka nas zawiść, na obczyźnie – pogarda. Nieudacznicy, żebracy. Nasłuchałam się o „biednych Poloczkach” przyjeżdżających do Niemiec po kasę. Tak, musimy przyjeżdżać po kasę, ale nie – nie jesteśmy nieudacznikami.

Po 18 latach pracy mogę powiedzieć, że na szczęście w naszej doli nastąpiła jednak pewna poprawa. Trochę lepsza jest integracja pracowników z Polski, trochę lepiej niż kiedyś informuje się nas, w jakie warunki jedziemy, do jakiego domu, do jakiego kraju, w jakim społeczeństwie się znajdziemy. Gdy wyjeżdżałam 18 lat temu, nie miałam o tym zielonego pojęcia.

Mój apel do wszystkich instancji administracji państwowej, samorządowej w Polsce.
– Nie wysyłajcie kobiet, matek żon, babć, żeby na obczyźnie dorabiały do głodowych emerytur, nie skazujcie „starych drzew”, tych, których się już nie przesadza, na wyobcowanie. Nigdy my nie staniemy się nimi. Chcemy pracować u siebie. Jesteśmy mocne, ale obczyzna niszczy. Nie wyganiajmy kobiet z domów. Chrońmy kobiety, które już tyle lat przepracowały w Polsce. Trzeba tworzyć nowe miejsca pracy, tak, by młodzi mogli wracać. Sama mam dwie córki, które kształciły się na już na zachodnich uniwersytetach i nie myślą wracać.”Do czego?”- mówią. Ich praca wspomaga teraz tamtejszy budżet. I tak myślą cztery miliony młodych Polaków, którzy urządzają sobie życie w Europie i na świecie.

Myślę o integracji, o równym traktowaniu, o tym, że tak bym chciała, aby Unia Europejska stała się naprawdę naszym wspólnym Domem.

Obraz emigracji i saksów w Niemczech przedstawiłam w moich powieściach.

Łucja Fice, jedna z ośmiuset tysięcy opiekunek

Imieniny Don Kichota

Ewa Maria Slaska

To on, prawda? Don Kichot. Czasem się go spotyka w normalnym życiu. Już pokazywałam na tym blogu moich przyjaciół – Don Kichotów, kompozytor Michał Talma Sutt i Arek Łuba, dziennikarz, Marek Maj, poeta, teraz pojawił się kolejny, gdański malarz Czesław Tumielewicz.

Zastanawiałam się jak tego znalezionego przypadkiem na Facebooku zaprzyjaźnionego Don Kichota umiejscowić na blogu. Oczywiście jako założycielka szlachetnej gałęzi nauki zwanej baratarystyką nie muszę w ogóle uzasadniać, dlaczego piszę o Don Kichocie, utopiach, Sancho Pansie, czy wiatrakach. Piszę, bo taką mam ochotę. Ale nawet w tej beztroskiej dowolności, gdy muszę, chcę, powinnam wybrać jakiś dzień, zastanawiam się nad tym, który. Tym razem zastanowiłam się nad imieniem Don Kichota. Bo czy my w ogóle wiemy, jak on miał na imię? Znawca po chwili zastanowienia wykrzyknie zadowolony: wiem, Alonzo! I tak też właśnie jest. Alonso Quixano ( Alonso Quijano). Ale, hola, to wcale nie jest takie znowu proste. Bo nasz bohater ma nazwisko w miarę od początku powieści, ale właściwie od razu jest ono przerobione na jego przybrane imię Pan Kichot, natomiast imię – Alonso Quijano – pojawi się dopiero w ostatnim rozdziale II części i wcale nie po to, żebyśmy my jako czytelnicy wiedzieli wreszcie po 15 latach i stu rozdziałach, z kim mieliśmy do czynienia? Nie, imię pojawia się z przyczyny znacznie bardziej skomplikowanej. Oto pomiędzy wydaniem części I (1601 rok) a drugiej (1615) pewien plagiator-uzurpator, Alonso Fernández de Avellaneda, wydał w roku 1614 swoją wersję przygód Don Kichota i podał tam również jego imię: Martín Quijada. Tego Cervantesowi było doprawdy za wiele i ze świętego oburzenia na oszusta napisał był część drugą swej opowieści o chudym rycerzu na chudym koniu. Pod koniec części II Don Kichot dowiaduje się o tym, że istniej fake jego dziejów, który głosi między innymi, że ma na imię Marcin i że przestał kochać Dulcyneę z Toboso. Cervantes poświęca sporo miejsca dyskusji z plagiatorem i prostuje wszystkie jego supozycje. Stąd właśnie również “prawdziwe” imię: Alonzo, zauważmy przy tym, że jest to imię jego adwersarza.

W dwóch tłumaczeniach Don Kichota na polski, u Zakrzewskiego i u Charchalisa, imię bohatera w ogóle się nie pojawia, ale zawsze można liczyć na wierność i dokładność tłumaczenia Anny Ludwiki Czerny i Zygmunta Czerny (Warszawa PIW 1955):
“Naprawdę umiera i naprawdę jest zdrów na umyśle Alonzo Quijano Dobry. (…) Panowie – rzekł Don Kichote – powoli, powoli, bowiem w gniazdach zeszłorocznych nie ma w tym roku ptaków. Byłem szaleńcem, teraz jestem zdrów na umyśle; byłem Don Kichotem z Manczy, dziś jestem Alonzo Quijano Dobry. Oby mój żal i prawda przywróciły mi szacunek, jaki ichmościowie żywiliście dla mnie (…;) proboszcz poprosił notariusza, aby poświadczył, że Alonzo Quijano Dobry, zwany powszechnie Don Kichote z Manczy, rozstał się z życiem doczesnym i zmarł naturalną śmiercią; prosił o to zaświadczenie, chcąc zapobiec, aby jakiś inny autor, prócz Sidi Hameta Ben Engelego*, nie wskrzesił go oszukańczo i nie pisał niemożliwych historii jego przewag.”

Dodajmy jednak, że Alonso / Alonzo jest samodzielnym imieniem, ale wcale nie tak samodzielnym jak np. Gustaw czy Konrad, bo okazuje się, że jest to forma oboczna, głównie włoska lub rzadziej hiszpańska, męskiego imienia Alfons, co w starogermańskim oznaczało “szlachetny”.

Nie wiem, czy interesuje nas pochodzenie imienia Alonzo od Alfonsa, zwłaszcza że z Alfonsem jest nam trochę nie po drodze, głównie dlatego że to imię zostało ośmieszone w komedii Monsieur Alphonse Aleksandra Dumasa (syna), wydanej w 1873 r. Pan Alfons był sutenerem, co sprawia, że obecnie imię Alfons jest w Polsce rzadko nadawane. Nadal jednak należy do imion często występujących m.in. w Hiszpanii.

A zatem Alonzo czy Alfons? Czyli kiedy miał(by) imieniny Don Kichot?

Dla osób noszących dane imię najważniejsze jest pytanie, czy był święty jego imienia, bo wtedy obchodzi się imieniny w dniu śmierci patrona. W języku kościelnym mówi się, że danego świętego “się wspomina” tego właśnie dnia. A święty był i to po pierwsze był Hiszpanem z czasów Cervantesa, a po drugie akurat dziś przypada (w miarę) okrągła rocznica jego śmierci – 430.

Alfons de Orozco, właśc. Alonso de Orozco (ur. 17 października 1500, zm. 19 września 1591 w Madrycie) – hiszpański ksiądz i augustianin, święty Kościoła katolickiego.

Urodził się w szlacheckiej rodzinie. Studiował na Uniwersytecie w Salamance. Złożył śluby zakonne w 1523 roku, a w 1527 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1549 roku wyruszył jako misjonarz do Meksyku, jednak ciężko zachorował i musiał wrócić do kraju. W 1554 roku król Karol V Habsburg mianował go królewskim kaznodzieją, a ten przeniósł się do Madrytu.

Zmarł 19 września 1591 roku – mając 90 lat – w opinii świętości.

Został beatyfikowany przez papieża Leona XIII w dniu 15 stycznia 1882 roku, a kanonizowany przez Jana Pawła II w dniu 19 maja 2002 roku.

Lubię takich świętych, którzy po prostu byli dobrymi ludźmi. Takich, których nikt nie umęczył i nie udręczył, ale też nie byli bogaczami, co to fundując klasztory i kościoły “zarobili sobie” na świętość. Do moich ulubieńców należeli dotąd św. Franciszek, św. Antoni i św. Martin de Porres, teraz dochodzi jeszcze do tej listy św. Alonzo.

My, czytelniczki książek Lucy Maud Montgomery, znamy to imię przede wszystkim z trzeciego tomu książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Ania wyjeżdża do Redmondu na uniwersytet i poznaje tam piękną Izabelę Gordon, która przyjechała na studia, ponieważ nie mogła się zdecydować, za którego z dwóch wielbicieli ma wyjść za mąż. Jej kandydaci na męża są bogaci i występują w książce zawsze w liczbie podwójnej, jako Alek i Alonzo.

Wracamy jednak do Don Kichota.

Wydaje się dość zabawne, że cała II księga napisana przez Cervantesa powstała, jak się wydaje, jako dyskusja z fałszywą i wulgarną wersją opowieści Avellanedy o bohaterze Cervantesa. W ostatnich rozdziałach Cervantes opisuje, jak Don Kichot natyka się w drukarni w Barcelonie na ową sfałszowaną książkę o sobie, a w chwilę później spotyka Don Alvaro Tarfa, jednego z bohaterów tej fałszywej opowieści.

Spotkanie przebiega bardzo zabawnie i myślę, że każdy autor, który dla zabawy wprowadza do swojej powieści bohaterów innych książek, mógłby się w tej kwestii dużo nauczyć od Cervantesa.

— Jestem Alvaro Tarfe — odrzekł kawaler.
— Czy to nie o panu przypadkiem mowa w drugiej części historii Don Kichota z Manchy? — zagadnął Don Kichot.
— Właśnie o mnie — odparł kawaler — a z owym Don Kichotem w ścisłej nawet byłem zażyłości, ja go to namówiłem, że pojechał do Saragossy i rzeczywiście powinien mi być nieco wdzięcznym, bo po wypuszczeniu go z więzienia nie pozwoliłem go zelżyć na ulicy. Pan wiesz zapewne, że siedział w więzieniu za różne burdy?
— Powiedz mi waszmość z łaski swojej, Don Alvaro — zapytał Don Kichot — czy ja też choć trochę podobny jestem do owego Don Kichota?
— Ani źdźbła — odparł Don Alvaro.
— A ten Don Kichot miał też giermka Sancho Pansa?
— Tak, miał — odparł Alvaro — jakiegoś giermka tego nazwiska. Mówiono, że bardzo dowcipny, ale ja nigdy od niego nic dowcipnego nie usłyszałem.
— O, wierzę bardzo — zawołał Sancho — bo nie każdemu na tym świecie dany dowcip i nie tak łatwo, jak się na pozór zdaje. Ten Sancho, o którym pan powiadasz, musi to być łajdak jakiś i wisielec, bo to ja jestem Sancho Pansa i umiem palić dowcipy na zawołanie. Jeśli pan nie wierzysz, spróbuj, zostań pan tylko przez rok ze mną, a przekonasz się, że mi co chwila z ust płyną i w takiej ilości, że wszyscy, co je słyszą, umierają ze śmiechu, choć często sam nie wiem, co gadam. Co zaś do prawdziwego Don Kichota z Manchy, tego mądrego, walecznego obrońcy i mściciela krzywd, ojca sierot, podporę wdów i panien i zakochanego na śmierć w niezrównanej Dulcynei z Toboso, jest nim właśnie mój pan, którego przed sobą widzicie. Wszelki inny Don Kichot i Sancho Pansa to kłamstwo.
— Rzeczywiście, mój przyjacielu — odparł kawaler — wierzę temu, bo więcej mi w tej chwili dałeś dowodu dowcipu, niż tamten Sancho Pansa przez cały czas, com go widział; widać w nim było żarłoka i głupca, a nie dowcipnisia, i przekonywam się, że czarownicy, prześladujący prawdziwego Don Kichota, i na mnie się usadzić musieli, każąc mi dręczyć się tak długo z fałszywym Don Kichotem i tym cymbałem giermkiem jego. Ale po Bogu a prawdzie nie wiem, co powiedzieć, bo istotnie na własne oczy moje widziałem tamtego Don Kichota w szpitalu wariatów, a tu spostrzegam zupełnie innego, który tamtego nie zna wcale.
— Co do mnie — rzekł Don Kichot — nie powiem waszmość panu, ażebym był dobry, ale nie jestem też najgorszy Don Kichot, i na dowód tego, Don Alvaro, powiem panu, że nigdy noga moja w Saragossie nie postała, właśnie dlatego, ażeby wręcz zadać kłamstwo autorowi, bo słyszałem o tym fałszywym Don Kichocie. (…) Nareszcie, Don Alvaro, jestem ten sam Don Kichot, o którym sława tyle rzeczy głosi, a nie ten nikczemnik, co sobie śmie przywłaszczać imię moje i chwałę. Mam pana teraz prosić o łaskę jedną, której dla poparcia prawdy przez uszanowanie dla błędnego rycerstwa nie odmówisz mi waszmość zapewne. Zeznasz osobiście na piśmie z własnoręcznym podpisem, przed miejscowym sędzią, żeś mnie pan dzisiaj pierwszy raz w życiu zobaczył i że nie jestem tym Don Kichotem, o którym mowa w drugiej części owej historii, jako też, że Sancho Pansa, mój giermek, nie jest tym, którego znałeś.
— Słusznie, mości Don Kichocie — odparł Don Alvaro — dam ci to zadośćuczynienie jak najchętniej. Dziwna to wszelako rzecz widzieć jednocześnie dwóch Don Kichotów i dwóch Sanchów tego samego nazwiska i z tego samego niby kraju, a tak różniących się twarzą, uczynkami i obejściem. Wątpię prawie o tym, com widział, i zdaje mi się, że to sen być musiał.
(…)
Gdy Don Kichot i Don Alvaro razem wieczerzali, wszedł przypadkiem do gospody sędzia miejscowy z notariuszem, któremu Don Kichot kazał zrobić protokół z zeznania Don Alvara, jako nie znał Don Kichota z Manchy tu obecnego i jako rzeczony obecny nie był tym, którego opisuje książka pod napisem: Druga część Don Kichota z Manchy, przez jakiegoś Avellaneda z Tordesilas. Sędzia sporządził to wszystko z wielkim zadowoleniem Don Kichota, który podziękował najserdeczniej urzędnikowi usłużnemu. Wiele sobie nawzajem komplementów powiedzieli Don Alvaro z Don Kichotem, który dał tyle dowodów rozumu i wykształcenia, że Don Alvaro myślał, iż naprawdę był zaczarowany, kiedy tamtego widział Don Kichota.

A my tymczasem otwórzmy wino Don Kichot, wspomnijmy dobrego biskupa Alonzo i równie dobrego szaleńca, który wierzył w utopie, a także pisarza, który to opisał.

¡Salud!

* Dla przypomnienia, oficjalnie, w książce, to nie Cervantes jest autorem opowieści o Don Kichocie, ale arabski pisarz Sidi Hamet Ben Engele – autor zastosował tu znany chwyt: znalezienia rękopisu, kupienia go na targu, bądź opracowania go. Pierwsze z brzegu przykłady takiego zabiegu literackiego to Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, Lolita i Pale fire Nabokova, powieść Sutera i film Gsponera Lila Lila.


Chodzenie po mieście. Szczecin.

Ela Kargol

100 lat Wieży Bismarcka w Szczecinie

Wybudowano ich ponad 200, planowano dwa razy tyle. Wieże Bismarcka, które obok pomników mu poświęconych powstawały jeszcze za życia żelaznego kanclerza z woli ludu, z jego datków i z wdzięczności za zjednoczenie Niemiec. Rozproszone były po całym świecie, nie tylko na terenach ówczesnej Rzeszy, ale wszędzie tam, gdzie występowała społeczność niemiecka.

Spośród 240 oryginalnych wież i kolumn Bismarcka, 173 wieże nadal stoją na terenie Niemiec, Francji, Czech, Polski, Rosji, Austrii, Kamerunu, Tanzanii i Chile. W Niemczech zachowało się 146 z dawnych 184 wież.

W 1899 roku Związek Studentów Niemieckich ogłosił konkurs na projekt wieży, a właściwie kolumny z ogniową misą na szczycie, gdzie mógłby być rozpalany ogień ku czci Bismarcka. Konkurs wygrał drezdeński architekt Wilhelm Kreis. Według jego projektu nazwanego jak opera Wagnera „Zmierzch bogów” (Götterdämmerung) wybudowano 47 wież. Pozostałe budowano inaczej, projekty kreślili inni architekci. W Berlinie miały powstać trzy, zbudowano jedną, przekraczając budżet o jeszcze raz tyle, ile zaplanowano. Stanęła w Köpenick na wzniesieniu Müggelberge. W 1936 roku zapłonął na niej olimpijski ogień, przyniesiony tutaj przez uczniów z berlińskiego stadionu olimpijskiego. Gdy front radziecki nacierał na zachód burzono wieże Bismarcka. Taki los spotkał też berlińską wieżę, którą krótko przed końcem II wojny światowej wysadzono w powietrze. Podobno na północnych zboczach Müggelberge można natrafić na jej części.

Wieżom Bismarcka na terenie dzisiejszej Polski, których wycofujący się Wehrmacht nie zdążył zburzyć, nadawano inne nazwy.

Wieża Gocławska w Szczecinie, choć każdy dzisiaj używa znowu starej nazwy, była najdroższą z wybudowanych wież Bismarcka. 10 sierpnia 1921 roku odbyło się jej uroczyste otwarcie. Od projektu do realizacji minęło ponad 20 lat. Początkowo miała być usytuowana na Wyspie Grodzkiej, w końcu wybrano miejsce na Zielonym Wzgórzu, kiedyś zwanym Winnogórą (Weinberg), na terenie dzisiejszego Uroczyska Kupały w Szczecinie – Gocławiu, części Puszczy Wkrzańskiej (Ueckermünder Heide). Wieżę zaprojektował ten sam Wilhelm Kreis, który w roku 1899 wygrał konkurs na ujednoliconą wieżę Bismarcka. Tym razem okrągła forma budowli wzorowana była na mauzoleum Teodoryka w Rawennie, pierwszego germańskiego cesarza rzymskiego. Wnętrze przypominać miało rzymski panteon. W wieży umieszczono popiersie Bismarcka, które po II wojnie światowej usunięto. Usunięto również orły cesarskie z zewnętrznych przypór wieży. Podobno w usuwaniu orłów brały udział radzieckie czołgi, które za pomocą łańcuchów ściągnęły orły z postumentów. Leżą do dziś na zboczach Zielonego Wzgórza, dawnej Winnogóry, kiedyś porośniętej winnicami. Na starych pocztówkach te winnice są dobrze widoczne, a lasów też jakby mniej. W tej chwili buczyna porasta strome zbocza, gdzieniegdzie rosną stare dęby. Przez wzgórze przechodzi Szlak Gocławski. Gocław jest częścią osiedla Golęcino-Gocław, przed wojną: Frauendorf-Gotzlow.

Pod samo wzgórze można dotrzeć tramwajem linii nr 6. Trasa szóstki jest jedną z najdłuższych szczecińskich tras tramwajowych. Sto lat temu szóstka jeździła do Niebuszewa, później z Niebuszewa do Gocławia, a teraz lewobrzeżem z Pomorzan pod samą wieżę Bismarcka. Szóstka obrała kurs na północ, tak samo jak projekt mieszkańców północnego Szczecina, którzy mają w planie: „utworzenie parku Tilebeinów, zagospodarowanie parku przy wieży Bismarcka, stworzenie stanicy wodnej na Skolwinie, udoskonalenie szlaku widokowego po północnych osiedlach Szczecina. Są i inne pomysły, na przykład zagospodarowania Wodozbioru na Warszewie, spacerowa turystyka dla Alt Buchholz, powstanie rekreacyjnego Skweru Królewskiego – Krucza, czy zagospodarowanie polany przy Stawach Bliźniakach na Żelechowej” (Głos Szczeciński,19 maja 2021).

Wsiadając na Pomorzanach do szóstki, mijamy po drodze fabryczne zabudowania dawnego Szczecina, za którymi kryje się Szczecińska Wenecja, potem dworzec nad Odrą po lewej, pomnik kolejarza po prawej i Most Dworcowy, którego już nie ma, też po prawej. Wjeżdżamy na Most Długi, z lewej kościół św. Jana Ewangelisty, głębiej katedra św. Jakuba, po prawej kościół Świętej Trójcy, jedyny ewangelicki w Szczecinie. Mijamy Zamek Książąt Pomorskich, dojrzeć można tylko jego wieże. Czy widać z tramwaju tajemniczą Basztę Siedmiu Płaszczy, nie jestem pewna. Tramwaj jedzie wzdłuż Nadbrzeża Wieleckiego, pod Trasą Zamkową, której podpory stały się galerią dla artystów muralowych ze słynnym muralem „Iwaszkiewicza“ (ciągle zamalowywanym) i z wieloma innymi znanymi i nieznanymi malunkami, w tym Lumpa, cenionego szczecińskiego twórcy. Potem zaczynają się już słynne Wały i Bulwar Chrobrego (Hakenterrasse, nazwane na cześć burmistrza Hakena), zaprojektowane według koncepcji Wilhelma Meyera-Schwartau, a przy nich Muzeum Narodowe i Akademia Morska. Z przystanku Dworzec Morski można zejść do kapitanatu i, jak się ma szczęście, promem dotrzeć na Wyspę Grodzką. Prom przeznaczony jest dla działkowiczów z wyspy, ale działkowiczów można odwiedzać. Plaży na Wyspie Grodzkiej nie lubię, bo zajęła dużą część działek. Tramwaj jedzie dalej, oddala się nieco od Odry, by znów przy Stoczni Szczecińskiej się do niej przybliżyć. A potem zaczyna się już inny Szczecin, mniej turystyczno-pokazowy, ze starymi budynkami fabrycznymi, na murach których z trudnością, ale można jeszcze odczytać niemieckie słowa, Pałac Tilebeinów już nie istnieje, być może niedługo będzie można znowu pospacerować po parku przy pałacu z zachowanym starodrzewiem i odwiedzić miejsce dawnego rodzinnego mauzoleum. Na murach coraz częściej pojawiają się napisy kibiców piłkarskiego klubu Pogoni Szczecin, który to szczególnie na północy miasta ma swoich wielbicieli.

Tramwaj kończy trasę na pętli Gocław, by po chwili wrócić na Pomorzany. Warto wspomnieć o willi Strutza przy ulicy Lipowej, naprzeciwko pętli tramwajowej, znanej jako „willa z zegarem”, a od niedawna, gdy na nowo odkryto witraż z syrenką, zmieniła swój przydomek na „willę z syreną”.

Przechodzę pod bardzo niskim mostem kolejowym, mostem dla krótkich ludzi i fanów Pogoni Szczecin, o czym świadczą napisy po obu stronach mostu. Łagodnym zboczem idę w kierunku ulicy Narciarskiej, później mijam ulicę Górską. Czuję się, jak na górskim szlaku, jest drogowskaz: Wieża Bismarcka.

Wieża na pierwszy rzut oka jest w dość dobrym stanie, beton i wapień muszlowy mają się dobrze. Fani Pogoni dotarli też tutaj i zapisali na murach wieży nazwę swojego klubu.

Główne uroczystości z okazji setnych urodzin zaczną się o zmroku, wtedy jak za dawnych czasów wieża rozbłyśnie ogniem, takim z reflektorów. Na razie trwają harce na łące przed wieżą, dzieci łapią bańki mydlane, starsi zajęci są konsumpcją. Przechadzam się trochę po pobliskim lesie w którym porozrzucane są części obmurowań wieży oraz orły zwalone z wyższych partii budowli. Festyn zaczyna się rozkręcać.

Miejmy nadzieję, że nowy właściciel wieży przywróci jej dawny blask, niekoniecznie wielbiąc przy tym Bismarcka, lecz przypominając jego postać, historię miejsca i budowli.

Wspomnienia o Maryli (18)

Magdalena Ciechomska

Dzieciństwo to taki czas w życiu człowieka, który nosi znamiona mitu arkadyjskiego. Mówimy: mit dzieciństwa, czas niewinności, kraj lat dziecinnych, dzieciństwo to czas pogody, szczęścia, beztroski. Ostatnio daje się zauważyć tendencję do demitologizacji dzieciństwa. Coraz częściej mówi się, że dzieciństwo nie musi być szczęśliwe, podejmuje się temat traumatycznych przeżyć, toksycznych relacji z rodzicami, dysfunkcyjności rodzin. Okres dzieciństwa przestaje być traktowany jak czas święty, często nabiera charakteru dramatycznego, przedstawiany jest jako pełen napięć i mocno przeżywanego bólu egzystencjalnego.

Maryla niekiedy wspominała, że dla niej takim czasem był okres dojrzewania, zwłaszcza lata szkoły średniej, zresztą jednego z najlepszych warszawskich liceów, VI LO im. Tadeusza Rejtana. Samą szkołę wspominała raczej dobrze, zwłaszcza nauczycielkę języka polskiego, która uważała ją za najlepszą polonistkę w klasie. Zdecydowanie nie lubiła nauczyciela matematyki, twierdziła, że z jego powodu znienawidziła sam przedmiot. Utrzymywała stale kontakt z kolegami z klasy, przyjeżdżała z Berlina na jubileuszowe spotkania. Na pogrzebie Maryli była też grupa „Rejtaniaków”.

Wspominając czas dojrzewania Maryla często mówiła o problemach z własną cielesnością, z nieakceptowaniem swojego wyglądu, kompleksami na jego tle. Dla wszystkich, którzy znali ją jako piękną kobietę, zapewne jest to zaskoczeniem, ale ja pamiętam, jak opowiadała mi, że jako nastolatka wstydziła się swojej – wtedy – lekko korpulentnej figury, widziała siebie jako grubą i niezgrabną. Do tego dochodziły, typowe dla wielu dziewcząt, problemy z bolesną menstruacją, a także migreny, na które miała cierpieć do końca życia. I poczucie własnej nieatrakcyjności, spowodowane zapewne skromnością ubioru, co z kolei było skutkiem panującego w domu niedostatku. Naznaczył on całe dzieciństwo Tadka i Maryli. Nie była to może bieda, na pewno nie chodzili głodni i zaniedbani, ale żyło się w ich domu naprawdę skromnie. Widziałam to, kiedy zamieszkałam z moim mężem. Styl życia moich teściów uważałam za przesadnie oszczędny, Maryla i Tadeusz byli tego samego zdania, próbowali przekonać rodziców, że naprawdę nie ma powodu odmawiać sobie aż tylu rzeczy. Widziałam, jak skromnie się ubierali. Maryla próbowała to zmienić, przywożąc im ubrania z Berlina. Kiedyś podarowała ojcu porządny wełniany płaszcz. Gdy jednak przyszły jesienne chłody, teść nadal chodził w swoim starym, wytartym paletku, a na uwagi córki przypominającej o nowym płaszczu odpowiadał, że szkoda mu nosić go na co dzień, będzie go miał od święta. Po śmierci ojca, porządkując jego rzeczy, Maryla natrafiła na ten płaszcz i ze smutkiem stwierdziła: „No tak. Ojciec chciał oszczędzać ten płaszcz. I oszczędził. Nie nachodził się w nim długo.”

Było kilka przyczyn tego, jak żyła rodzina mojego męża. Teściowie nie zarabiali zbyt dużo. Teść, z wykształcenia magister farmacji, początkowo pracował w aptece, później w stacji sanitarno- epidemiologicznej. Pracownicy SANEPID-u przeprowadzali kontrole w zakładach przetwórstwa spożywczego i sklepach. Często brali łapówki od właścicieli, więc ta praca uchodziła wówczas za lukratywną. Mój teść był tu absolutnym wyjątkiem. Uczciwy do bólu i niezwykle skrupulatny, budził wśród współpracowników i przełożonych szacunek pomieszany z obawą. No i nie miał ze swojej pracy nielegalnych profitów. Teściowa, z wykształcenia chemiczka, od wielu lat nie pracowała z powodów zdrowotnych. Rodzina była więc na utrzymaniu ojca. Dodatkowo, przez jakieś czterdzieści lat borykali się z uciążliwym lokatorem, który opuścił ich dom dopiero pod koniec lat 70 ub. wieku. Zatem dzieciństwo Maryli i Tadka upływało w atmosferze wiecznych trosk, w cieniu wlokących się latami procesów sądowych, pochłaniających znaczną część dochodów ojca, w pięknym domu, którego połowę zajmował złośliwy, nieżyczliwy człowiek, a rodzina właścicieli musiała pomieścić się w dwóch pokojach z kuchnią. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że ich dzieciństwo pozbawione było radości. Oboje często opowiadali mi przeróżne zabawne anegdoty, np. to jak układali razem żartobliwe wierszyki. Pamiętam jeden, zdecydowanie pozbawiony politycznej poprawności, w którym chodziło o to, żeby przedstawić sytuację w najwyższym stopniu nieprawdopodobną: „Ojciec nasz jest nic nie warty/ Przegrał dom do Żyda w karty…”

Albo taki, gdy podczas wspólnej modlitwy śmieszyło ich archaiczne słowo „raczył”: „Abyś nas rakami uraczyć raczył…” Inna zabawna historyjka związana była z osiemnastymi urodzinami Maryli. Lokator wówczas jeszcze nadal zamieszkiwał piętro domu, a na parterze, w mieszkaniu rodziny, urządzono imprezę. Ponieważ był ciepły, majowy wieczór, towarzystwo przeniosło się do ogrodu, na pięterko małego budynku gospodarczego, stojącego w zacisznym kącie pod starą jabłonką. Ponieważ zdążyli już wypić parę butelek wina, zebrało im się na chóralne śpiewy. Na tradycyjny repertuar biesiadny lokator jakoś nie reagował, ale gdy zaintonowali hymn państwowy, nie zdzierżył i wezwał milicję… Przed domem zaparkował radiowóz i w jednej chwili zrobiło się cicho.

Najlepsze wspomnienia z dzieciństwa Tadka i Maryli związane były z dwiema miejscowościami. Jedna z nich to Mogielnica, miasteczko położone niedaleko Grójca, gdzie spędzali wakacje w domu dziadków ze strony matki. Drugim były Michałowice pod Warszawą, tam miały dom ciotki ojca. Mój mąż do dziś wspomina ich letni ogród pełen poziomek, z których przyrządzały dzieciom pyszne desery.

Maryla zawsze kochała koty, znosiła je do domu, mimo dezaprobaty rodziców, pełnych obaw natury higienicznej. Sojusznikiem za to zawsze był Tadek. Oboje hołubili koty, rozpieszczali je. Wymyślili państwo o nazwie Kocja , gdzie koty były najważniejsze. Znane wiersze i piosenki przerabiali na takie o kotach, w rodzaju: „O ty nasz kocie, będziesz jadał na złocie…”, tworzyli listę pieszczotliwych przydomków kota, obejmującą kilkadziesiąt wyrazów…

Wyniesiona z domu umiejętność minimalizowania swoich potrzeb widoczna była chyba w berlińskim życiu Maryli. Skrupulatnie prowadziła swoje rachunki, kontrolowała wydatki. Wśród jej rzeczy moją uwagę zwrócił kosz pełen kolorowych skrawków tkanin, łatek, które wykorzystywała do różnego rodzaju napraw krawieckich. Miała mnóstwo rzeczy, jak mówiła „z odzysku”. Niektóre z tych sprzętów przywoziła do Warszawy. Jej styl w pełni zasługiwał na miano „zero waste”. Ale nigdy nie odrzucała prostych przyjemności i chętnie korzystała z uroków życia. Lubiła dobre jedzenie, choć nie była łakoma. Lubiła podróżować, zwiedzać, kochała piękno przyrody, zarówno to widoczne w prostych kwiatach wyhodowanych w skrzynce na balkonie, jak i w malowniczych krajobrazach. No i kochała muzykę, która towarzyszyła jej zawsze, przy różnych codziennych czynnościach.

A życie jest życiem

Teresa Rudolf

Uniwersum człowieka

Człowiek,
stworzony na
“podobieństwo
Boga” myślisz,
taki człowiek?

Człowiek,
raz wielce 
ważny, raz 
mały jak 
muszka?

Kim jest 
człowiek, 
z umysłem, 
i sercem,
dla świata?

Czym jest 
to sumienie
człowieka,
kata innych 
istnień?

Człowiek,
raz twórca,  
raz dyktator
w ogromnym
Uniwersum… 

Ten władca, 
raz śmieszny
raz potwór,  
zdmuchnięty
jak świeczka??? 

Kocie szczęście

Mały kot, 
boleśnie zmarznięty
wtula się w metalową,
zimną poręcz schodów, 
o cieple miękkim marzy.

Nie wie,
że zimne z zimnym, 
a gorące z gorącym
rodzi więcej zimna
lub gorąca… zależy.

Nie wie,
że człowiek zły, 
z jeszcze gorszym
to cierpienie, a dobry
z lepszym to miłość.

Nie wie, 
nie zna nic, prócz 
zimnej poręczy i głodu, 
gdy… jakaś ręka unosi 
go powolutku i wysoko.

Nie wie,
skąd ten 
miękki głos,
ale przestaje
już czuwać…

…zasypia wtulony
w ciepłą rękę.

Karta zła

Mucha chodząc
po gładkiej szklance  
chciałaby do środka,
do wnętrza, przez szkło.

Aksamitna ślizga się
po zeszycie szkolnym,
stając przy literze M,
zaczyna wspinaczkę.

Pełzając leciutko
po włosach Haliny
wącha je, blond,
i… dopada ją ręka!

Czołga się wolno
po ziemi, poturbowana
z połamanymi czułkami,
płacząc nad tym marnym,

nikomu niepotrzebnym
muszym życiem, 
gdy słyszy szept
innej muchy:

“Idę już Cię przytulić”…

Reblog: Krótko o… płytach

Reblog i każdy wierny czytelnik (czytelniczka rzecz jasna też) tego bloga zrozumie – dlaczego? Rebloguję jednak z ciężkim sercem, bo Don Kichot na okładkach płyty zobowiązuje, ale akurat kilkanaście dni temu Armia zorganizowała jubileusz swego pięćdziesięciolecia na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nie była w tym niestety osamotniona – takie gwiazdy jak Maryla Rodowicz, Natalia Kukulska i Mary Spolsky też wystąpiły na tym kiedyś świetnym, a teraz sponiewieranym festiwalu. Szkoda.
Rok 1991 był naprawdę wyjątkowy w dziejach muzyki rockowej (i gatunków pokrewnych). To wówczas ukazują się tak wielkie albumy jak: Metallica – Metallica, Nevermind – Nirvana, Ten – Pearl Jam, Gothic – Paradise Lost, Arise – Sepultura, Live Facelift – Alice in Chains. Out of Time – R.E.M., Badmotorfinger – Soundgarden. A to tylko niewielka część tego co przyniósł nam początek lat 90-tych XX stulecia. Także w Polsce, w której nastąpiła eksplozja rocka głownie alternatywnego, który z muzyki niszowej stał się na krótko dominujący, pojawiło się kilka ciekawych albumów, z których najważniejszym jest z pewnością Legenda zespołu Armia. Przypomniałem sobie o tym wydarzeniu słuchając nie tak dawno audycji Radioaktywni w RNŚ i od razu musiałem wrócić do tej niesamowitej muzyki. Już samo powstanie tego krążka jest niezwykłe. Muzycy zespołów Armia i Izrael spędzili kilka miesięcy w punkowej komunie, którą stworzył Marcin Miller we wsi Stancewo w pobliżu Augustowa. Zakupił sprzęt muzyczny, na którym mogli wyżyć się muzycznie i nagrywać. Jak wspominał Tomek Budzyński, oderwanie się od wielkiego miasta oraz atmosfera otaczającej ich przyrody bardzo mocno wpłynęły na tworzoną przez artystów (Brylewski, Budzyński, Banasik) muzykę. Dzisiaj Legenda ma status płyty legendy. I słusznie! W czasach bezkompromisowości polskiego punka, który zawładną festiwalem jarocińskim Armia nagrała płytę, która łączy w sobie szybkość i prostotę gatunku, z poetyckimi tekstami Budzyńskiego. Jest mocna i liryczna zarazem. Ma w sobie patos i niesamowitą siłę.  Utwory takie jak Gdzie ja tam będziesz ty, To moja zemsta, czy Trzy bajki są genialne i dla mnie nie tracą swojej siły pomimo upływu czasu. Nie wiem, ile razy będąc w lesie w mojej głowie rozbrzmiewała Opowieść Zimowa, a ja wówczas rozglądałem się za tajemniczą wieżą lub jej ruinami. Na tej płycie każdy kolejny utwór to wciągająca opowieść, z którą zostaje się na długo. A waltornia Banasika i gitara Brylewskiego tworzą dla nich wręcz magiczne tło.

https://youtu.be/7AiWh-pBe6c

Ale to nie od Legendy zaczęła się moja przygoda z Armią, tylko od wydanej w 1994 roku Triodante. Triodante to punkowo metalowa Boska Komedia, która sprawia, że Dante stał się zrozumiały dla nastolatka, żyjącego u schyłku XX w. Poza własnymi tekstami Budzyński sięgnął także po wiersze Samuela Becketta i Artura Rimbauda. A przyznać się muszę do tego, że z poezją zawsze miałem problem. Mówię i myślę prozą. Natomiast kiedy wiersz zostaje ubrany w muzykę, i to niekoniecznie lekką, zaczyna do mnie przemawiać. I tak właśnie było z Triodante. Przez kilka miesięcy nie potrafiłem oderwać się od tej płyty, a właściwie kasety, bo w takiej właśnie formie pierwotnie pojawiło się to wydawnictwo. A kiedy jeszcze zobaczyłem w telewizji przygotowane do tej muzyki widowisko, oszalałem. I chociaż dziś wydaje się to dość prymitywne, to wówczas robiło ogromne wrażenie.  
Do dziś, chociaż słucham tej płyty rzadko, ściska mnie coś mocno za serducho już przy pierwszych dźwiękach, otwierającego ją Wyludniacza. Triodante Armii to jedna z najważniejszych płyt w moim życiu. W polskiej muzyce rockowej trudno znaleźć coś równie wielkiego, a w momencie ukazania się jej z pewnością była na poziomie światowym. Niestety po reedycji ciężko znaleźć oryginalną siedmioutworową wersję, która sprawiała, że był to album doskonały, a nawet jeśli udałoby mi się wygrzebać gdzieś kasetę, to nawet nie miałbym na czym jej odtworzyć. Te trzy dodatkowe utwory rozerwały monolit jaki wcześniej stanowiła Triodante. Żadna późniejsza płyta Armii nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia, chociaż bardzo lubię Ducha, zresztą nie gardzę także i Drogą, ale brak im tej siły, patosu, połączonych z surowością. A kiedy nastał wiek XXI przestałem się tym zespołem interesować. Może jednak warto do niego wrócić? To takie moje małe zadanie na zbliżającą się jesień.

Aru | September 4, 2021 at 10:49 pm | Categories: Diabolus in musica | URL: https://wp.me/paL9Md-1Rn

Z (bardzo) wolnej stopy (1)

Zbigniew Milewicz

Pocztówka z Rewala
Ostatni raz tutaj bylem jakieś 60 lat temu, z mamą i ojczymem, więc poza nazwą miejscowości nie rozpoznaję niczego. Fundusze unijne widać na każdym kroku: w pięknych domach letniskowych, placach sportowych, kilometrach rowerowych ścieżek, w nowoczesnej obwodnicy, która zwalnia gminę z ruchu kołowego.

Jest koniec lata, więc na nadmorskim deptaku tradycyjnie widać mniej młodzieży, a więcej seniorów, sporo również rodzin z małymi dziećmi. Język polski przeplata się z niemieckim, sporadycznie słychać też rosyjski i ukraiński.

U wszystkich widać pewną skwapliwość w łapaniu słońca, bo jeszcze dzień – dwa i pogoda ma się zepsuć, nadejdzie nieuchronnie jesień, z nią może i deszcze, pochłodnieje. Ale na razie prawie nie ma wiatru, Bałtyk jest gładki, jak stół, takich dni w roku jest tu podobno pięć, góra sześć. Dzięki temu widać, jaka czysta jest woda.

A więc carpe diem, chwytaj dzień  🙂

Poniżej: Woda wydłuża i wyszczupla, i proszę, jaka czysta…

Łucja, żaden autorytet (6)

Łucja Fice

Ten program, który wprowadziłam do głowy, chyba nie działa. Zawsze, ale to zawsze, gdy czegoś bardzo pragnę, Wszechświat jest przeciwko mnie. Może zacząć siebie okłamywać? Na siłę więc próbuję myśleć pozytywnie i kontrolować te parszywe obrazy w głowie. Może to ja sama powoduję, stwarzam myślami i mój świat i wszystko, co sprawia, że tak go odbieram? Przecież myśli, choć nie są materialne i widzialne, to są to jakieś fale, cząstki, które płyną w moim umyśle bez przerwy, jak niekończąca się rzeka. Muszę zasiać w swoim sercu radość, bo wszystko, co złe w naszym życiu, sama konstruuję i to z mojego powodu nie ma miejsca na pogodę w domu.

Uzmysłowienie sobie swojej winy przyszło nagle jak huragan. Przecież po każdym powrocie z Niemiec żyję po swojemu, ze swoją wolnością i możliwością robienia tego wszystkiego, na co mam w danej chwili ochotę. To mąż cierpliwie na mnie czeka, jak gospodyni z przygotowanym obiadem, zamówionym deserem. Nagle zobaczyłam swój wizerunek, jakbym stanęła obok siebie i zobaczyła tę drugą JA, co siedzi we mnie i przeszkadza mi być szczęśliwą. Nie próbuję się rozgrzeszać, czy oczyścić, bo przecież moje winy, te wszystkie małe grzeszki, to tylko złudzenie mojego umysłu -tłumaczę sobie. I… przez moment mam wrażenie, że jestem bezgrzeszna, czysta, bezwinna. Czuję tę chwilę niejako materialnie. Tak jak po burzy świeci słonce, tak i we mnie ono zaświeciło. Moje ciało odbiera wibracje tych myśli. Lekko na sercu.

Gaszę papierosa i, już wyciszona, idę do pokoju. Przysiadam na sofie, oddaję się rozmyślaniom, nagrywam siebie na dyktafon. Dotyczyły miłości. Może wcale jej nie ma, a tylko istnieje marzenie o niej? Może mąż ma rację? Przecież nikt nie dostaje miłości dla zdrowia i to za darmo z NFZ, tylko przekazujemy sobie swoje krzywdy w jej poszukiwaniu.

Własne zdanie mnie ocknęło, bo ponownie czuję, jakby ktoś (kto?) wbił mi harpun w serce. Odczuwam to fizycznie. Natychmiast uznaję to zdanie za krzywdzące i mam namacalny dowód na to, jak reaguję na własne myśli. Zapisuję bezwiednie kilka razy słowo SERCE na kartce papieru i zaczynam rozumieć, że w tym słowie jest coś transcendentnego, choć w dzisiejszych medialnych przekazach, filmach jest ono zabrudzone, „zagównione”. Słowa Serce i Miłość są ze sobą spokrewnione. Miłość jest dzisiaj na sprzedaż. To piękne aksjologiczne słowo, a mi się w tej chwili zdaje, jakby nie pochodziło z tego świata, jakby było z innego wymiaru. Kto je wymyślił? To nie tylko zostawiony pigment na kartce papieru. Nagrywam się dalej:

– Myślę, że mnie kochasz, tylko ja nie pozwalam dać sobie tej miłości. Nie ma mnie w domu, a jak już jestem, to nie ma ciebie, bo przecież jeszcze pracujesz. Chcę się zmienić. Tak! Na pewno się zmienię. Potrzebuję cię, bo cię kocham.
– Jak ci to wszystko powiedzieć po tylu latach rozłąki. Nie uciekaj ode mnie. Czuję lekkość na sercu, jakby nie był to tylko zwykły mięsień, organ, lecz coś więcej. CO? Ponoć jego elektromagnetyzm przewyższa elektromagnetyzm mózgu, a więc który narząd jest ważniejszy?

Zmiana myśli. Z przestrzeni przychodzą inne skojarzenia. Skoro przyszłam na ten świat taka czysta, to CO lub KTO mnie tak zapaskudził?

Nagle zdaję sobie sprawę, że mogę mieć moc tworzenia, jak mój ulubiony angielski magik, Daimon, i że muszę umilić mężowi ostatnie dni.

Passau, lipiec 2016

Jastarnia (10)

Jacek Krenz

Plener malarski

Podczas wakacji, po drugim roku studiów, we wrześniu z grupą Koła Plastycznego im. prof. Adama Gerżabka przyjechaliśmy do Jastarni na plener malarski. Byli Regina i Jacek Czapiewscy, Ewa Andrzejewska, Arkadiusz Bor, Mariola Czarnecka, Danka Giełdon, Włodek Jaroszewski, Jurek Kaczorowski, Rysiek Pawłowski, Leon Rugień, Ela Szalewska, Krysia Żuławska.

Użyczono nam bezpłatnie noclegu w pustych po sezonie pawilonach na terenie portu. Obiady jedliśmy w drewnianym przedwojennym budynku ośrodka żeglarskiego, w świetlicy z półkolistą oszkloną ścianą z widokiem na wejście do portu. Śniadania i kolacje przygotowywaliśmy sami na prowizorycznym stole ustawionym na zewnątrz, bo wrześniowa pogoda dopisała, było słonecznie i bezwietrznie.

Na zakup prowiantu dostaliśmy pieniądze od rektora, były dyżury i pamiętam, że nasze śniadania i kolacje były zawsze niezwykle malarskie, bo prześcigaliśmy się w pomysłach, dekorując stół np. gałązkami jarzębiny czy liśćmi dzikiego wina.

Pewnego dnia Dana Giełdon i Krysia Żuławska zostały w swoim domku, ponieważ postanowiły wzajemnie namalować swoje akty. Ktoś tam je podglądał, chyba był to…, zresztą on pewnie sam to pamięta najlepiej, jak również to, że dziewczyny, jak się zorientowały, to kocami i prześcieradłami zasłoniły okno. No, ale wtedy zrobiło im się za ciemno i akty skończyły się na niczym.

Malowaliśmy jednak głównie pejzaże, i głównie w porcie, gdzie było dużo interesujących tematów. Odwiedzili nas nasi profesorowie malarstwa, Anna Fiszer i Władysław Lam, którzy ocenili nasze postępy i udzielili korekt, tak jak zwykle robili to podczas zajęć na uczelni. Wystawę poplenerową urządziliśmy na roboczo w parku naprzeciw Urzędu. Wstęgę przecinał Przewodniczący Rady Narodowej, Henryk Kolubiński. Było sporo zwiedzających, głównie miejscowych, ale wśród gości była też Ewa Demarczyk w modnym wówczas spodniumie w kolorze zieleni, którą jedna z koleżanek nazwała burgundzką, ale pewnie chodziło jej o zieleń butelkową.

Pożegnalny bankiet odbył się w bardzo oryginalnej scenerii remontowanego kadłuba kutra, podpartego na brzegu drewnianymi drągami służącymi do stawiania żaków na węgorze. Wysmołowane zęzy stanowiły atrakcyjne tło dla obrazów i wesoło zakrapianej libacji.

Nasze obrazy zostały zaprezentowane również w Hallu Politechniki, wernisaż odbył się 21 lutego 1969 roku. W katalogu wystawy Dziekan Wydziału Architektury, Mieczysław Kochanowski, napisał:

Najważniejsze jest to, że bezpośrednie – choć na moment – dotknięcie sztuki czyni ją bliską na całe życie, że dodana do życia barwa, tak dosłownie jak i w przenośni, pozostaje na zawsze jako pryzmat, przez który patrzeć się będzie na świat.

Do dzisiaj jest to, przynajmniej dla mnie, zawsze aktualna dewiza, pozwalająca łączyć profesję architektoniczną ze sztuką, z malarstwem. Tego też staram się uczyć studentów.

Nastroju wystawie dodała też poetycka fraza Jacka Czapiewskiego:

Byliśmy w Jastarni we wrześniu, kiedy rybacy zostali wolni i sami.
Złote flądry stały w oknach pensjonatu: Gwiazda Morza, Adria – tak
się nazywały. Kto chciał, szedł do portu. Wracały flotylle: kutry, jachty
szampańskie. Śpiew transatlantyku. Fauna była przyjazna: zziębnięte
meduzy, bałtyckie ogiery. Słodka była flora.

Pośrodku półwyspu rozpięto sieć: wiatr skakał na jedną to na drugą
stronę. Raz o sztormie nocą poszliśmy nad morze.>
Stanęliśmy na plaży o rozprutym boku. To był skraj wszystkiego. Po
godzinach milczenia w ciemności i grzmocie usłyszeliśmy głos świata.

Prof. Anna Fiszer, pisząc w Katalogu wystawy w Salonie Klubu MPiK w Gdyni, bardzo trafnie sformułowała to, co próbuję uzyskać w malarstwie:

Jacek Krenz poszukuje w dynamicznych, pełnych ekspresji obrazach, wyrazu dla swych doznań w zetknięciu z człowiekiem i przyrodą. Usiłuje dotrzeć do istoty, do głównego nurtu zjawiska. Realizuje to przy pomocy silnych kontrastów form i kierunków oraz dużych płaszczyzn koloru, zróżnicowanych w walorze i temperaturze. Ta transpozycja rzeczywistości staje się często romantyczna i nastrojowa.

Ciągle mam w pamięci ostatnią kąpiel wtedy, we wrześniu, w nagrzanym przez lato morzu, którego powierzchnia była tak gładka, że prawie bez fal. Zwykle wskakiwałem z pluskiem do morza, ale tym razem wszedłem zanurzając się spokojnie, stopniowo, układając się do żabki, aż poczułem na szyi wyraźną granicę dwóch żywiołów. Czuję ją do dzisiaj.


Goodbye Yellow Brick Road…


Pożegnanie pleneru okazało się także momentem kończącym czas jastarnieńskich beztroskich wakacji, które – gdyby je dodać – złożyłyby się na niemal cztery lata mojego wczesnego życia. Potem zdarzały mi się jeszcze krótkie, jednodniowe sentymentalne odwiedziny miejsc i przyjaciół. Ale były to już tylko odwiedziny.

Kasię przywiozłem do Jastarni w drugim dniu naszej znajomości. Czar tej krainy podziałał, jesteśmy szczęśliwi razem przez całe życie.

Frauenblick. Warthe.

Diesmal, statt Stadtspaziergänge, eine magische Fahrt in Brandenburg

Monika Wrzosek-Müller

Warthe, mein Refugium, Einsiedelei und Domizil

Es war ein Dorf, ein Dorf gelegen zwischen uralten Wäldern, Seen, Wiesen und Feldern. Die Hügel wellten sich über den langen Wasserläufen, die hohen Gräser und Getreideähren wiegten sich im Wind. Alles schien in Bewegung und doch in absoluter Ruhe, die nur von Vogelrufen unterbrochen wurde; da waren die Kraniche, die paarweise stolzierten und oft entsetzlich schrien, auch der Kuckuck tickte wie eine Uhr, zählte die Jahre, die uns blieben, oder die Kinder, die geboren werden sollten, oder noch etwas anderes, einsam spazierten die Störche. Manchmal waren die Vogelkonzerte derart laut, dass man ins Häuschen flüchten musste, um sich unterhalten zu können. Doch die Stille täuschte, denn nachts kamen die Biber und bevölkerten die Seeufer scharenweise, die Wälder um die Ufer der Seen; sie suchten nach geeigneten Bäumen, nagten an dicken Stämmen und fällten einen nach dem anderen. Niemand konnte ihre manchmal verheerende Arbeit stoppen; die Erlen und Espen waren erledigt, jetzt kamen auch Buchen dran, nur die Eichen waren ihnen zu hart, oder schmeckten nicht. Es kamen auch Mäuse und manchmal Waschbären und der Volksmund sprach vom Wolf, der sich immer näher an die menschliche Siedlungen heranwagte, den aber niemand richtig gesehen hatte, nur wage Fotos von ihm existierten. Auch Rehe und Wildschweine sah man immer wieder, oder ihre Spuren; von den Hochsitzen an den Feld- oder Waldrändern konnte man sie gut beobachten, auch abschießen, denn Jägerkunst war allgemein verbreitet. Auf den verschlungenen Pfaden konnte man auch Schlangen sichten, sie sonnten sich an den warmen Plätzen und verschwanden geräuschlos, sobald man näherkam. Zum vollständigen Bild gehörten auch Kühe oder besser Rinder; nicht die schwarz-weißen Milchkühe, die wir aus unserer Kindheit kannten, sondern hochgezüchtete, fleischbewusste, hellbeige Tiere, die auf den Wiesen herumstolzierten oder lagen, mit unzähligen Kälbern.

Ein Dorf, auf halbem Weg zwischen dem sehr schönem alten Städtchen Templin und dem riesigen Schloss Boitzenburg gelegen. Der Weg führte immer wieder in die eine oder andere Richtung, an diesen beiden Punkten musste man vorbei. Sie markierten, bestimmten auch das Leben unmittelbar; weiter weg waren Prenzlau, Zehdenick, Lychen oder Feldberg… Immer lange Abschnitte der Landschaft mit Seen, Wäldern, Feldern, Wiesen dazwischen. In Templin hatte man eingekauft, früher vor der Pandemie die Naturtherme besucht, auch manchmal eine Eisdiele oder ein Café aufgesucht. Nach Boitzenburg fuhr man zum Kuchenessen, oder um um das Schloss oder um die Klosterruine zu wandern, immer gab es einen Rundweg; man startete und ging immer weiter, bis man irgendwann zurück am Start war.

Es war und ist ein Straßendorf, langgestreckt, auf beiden Seiten der graden Straße stehen die eher kleinen Häuser, ohne andere Planung, mit einer Kirche, einer Bäckerei, einer Kneipe. Die Häuser sind noch nicht vollständig mit Berlinern bevölkert, doch in der Kneipe versammelten sich oft die Zugezogenen und die Berliner Radler. Die Bäckerei versorgt auch mit Tageszeitungen; ein für sie wichtiges Geheimnis lüfteten sie erst nach drei Jahren Ansässigkeit: es gibt auch Jäger, die sehr gutes Wildfleisch verkaufen, sowie Bauern, die Eier an die Städter direkt abgeben; da lernte man, was ein Grünling ist und wie wirklich gutes Fleisch schmeckt. Umgeben war das Dorf mit mehreren Siedlungen, Wohnstätten mit ein paar einzelnen Häusern, mitten in der Landschaft gelegen: Luisenfelde, Metzelthin, Egarsee, Stabeshöhe, Bröddin. Am großen Warthesee gibt es viele Bungalows und Ferienanlagen, noch aus DDR-Zeiten, mit jeweils separaten Zugängen, Stegen zum See. Überhaupt war und ist der Tourismus doch eine gewisse Einnahmequelle für die Bevölkerung. Noch drei kleinere Seen liegen um das Dorf herum: kleiner Warthesee, Ratenowsee, Poviestsee; es wurde darauf gerudert und geangelt; es gibt auch einen Anglerverein im Dorf, wo man sich die Erlaubnis fürs Angeln holen konnte.

Das Dorf liegt in einem Gebiet, das vor sehr langer Zeit von verschiedenen Stämmen, sowohl germanischen als auch slawischen, bewohnt war, dann später auch Teil des Heiligen Römischen Reiches wurde, als Markgrafschaft Nordmark, schon früh im 12. Jahrhundert bildete die Region einen kleinen Teil der Mark Brandenburg. Das Dorf wurde zum ersten Mal 1295 in Dokumenten erwähnt, es gehörte zu einem Territorium, das vom Kloster Marienpforte verwaltet wurde. Erst Mitte des 16. Jahrhunderts ging es in den Besitz der Familie von Arnim über, die auf Schloss Boitzenburg lebte und große Ländereien in der Umgebung besaß.

Nach der Wende kam, ein paar Kilometer von Warthe entfernt, Daisy Gräfin von Arnim, die Apfelgräfin, auf das Gut in Lichtenhain zurück und baute das alte Verwalterhaus aus. Es ist ein beliebtes Ausflugsziel, mit einem Café im Garten und Apfelspezialitäten, einem Hofladen mit vielen Apfelprodukten und Mosterei, in der man eigene Äpfel zu Saft verarbeiten lassen kann. Die Wege um das Gutshaus sind mit Apfelbäumen gesäumt und sehen in fast jeder Jahreszeit wunderschön aus.

Die erste Kirche in Warthe wurde höchstwahrscheinlich auf dem Priesterberg errichtet, ungefähr an derselben Stelle wurde später, in den 1840er Jahren, ein Glockenstuhl errichtet, (im Dreißigjährigen Krieg war das Dorf stark verwüstet worden); rundherum existiert ein kleiner Friedhof. Die neue Kirche, (leider ohne Turm) wurde 1825 erbaut, besitzt schöne bunte Glasfenster und eine große Orgel. Neben der Kirche, am Dorfplatz, wurden anlässlich des Sieges im deutsch-französischen Krieg von 1870/71 vier Eichen gepflanzt, drei davon stehen als uralte, große Bäume immer noch und sind Namensgeber für die Kneipe nebenan. Auf dem Dorfplatz neben den Bäumen, der Kirche, der Kneipe steht noch ein Kriegerdenkmal für die im Ersten Weltkrieg gefallenen Warther Soldaten und etwas weiter weg auf einer Blumenwiese befindet sich ein altes kleines Häuschen, die ehemalige Dorfschmiede, die 1995 in eine Heimatstube mit einem kleinen Museum und einer Bibliothek ausgebaut wurde. Auf der gegenüberliegenden Seite der Straße steht verlassen die ehemalige Dorfschule (1998 geschlossen) und wartet auf einen Investor; sie könnte in eine schöne Pension umgebaut werden. Die Freiwillige Feuerwehr war schon in den dreißiger Jahren des 20. Jahrhunderts gegründet worden; das Spritzenhaus befindet sich näher am Großen Warthesee und der Dorfbadestelle. Wenn man sich die Statistikzahlen der Bewohner anschaut, bemerkt man, dass die Bevölkerungszahl immer mehr schrumpfte; eine große Auswanderung in die USA gab es schon in der zweiten Hälfte des 19. Jahrhunderts, doch von den 1875 verzeichneten 619 Einwohnern sind bis heute (2006) 319 übrig geblieben.

Noch eine Tatsache ist erwähnenswert: bis 1945 war Warthe mit einer Bahnstrecke Templin-Fährkrug – Fürstenwerder verbunden, das alte Bahnhofsgebäude steht immer noch, doch der Bahndamm wurde zu einem Fahrradweg umgebaut und erfreut sich großer Beliebtheit. Von öffentlichen Verkehrsmitteln kursiert nur ein Bus nach Templin oder Boitzenburg, doch die Mehrheit der Bewohner bevorzugt das eigene Auto.

Verwaltungstechnisch gehört Warthe seit 1993 dem Landkreis Uckermark zu und seit 2001 zur Gemeinde Boitzenburger Land.

Am schönsten war die Gegend für sie im Herbst; die Laubbäume färbten sich langsam vom satten Grün über mehrere Abstufungen von Gelb über Rot bis zum Braun, bis die Blätter dann langsam, Ende November, ganz verschwanden, was neue Ausblicke ermöglichte. In Sonnenlicht leuchteten die Blätter manchmal golden und die Spinnweben zogen ihre Fäden an den Disteln und hohen Gräsern. Leichte Nebelschwaden zogen über die Feuchtgebiete und Täler, auch manchmal über den See; Pilze konnte man bei etwas Regen und Glück in Unmengen finden; das Land war zum Verlieben still und naturecht.