Jesień

Mieczysław Węglewicz

Złota nitka

W październikowym słońcu
Strunę ciała ogrzewa
Mruga powieką drżącą
długą od płotu do drzewa
po szczytach traw żółknących
po rękach i policzkach
raz nas dzieli, raz łączy
serdeczna, złota nitka

Teatr

Pięknie się bawi
jesień światłem
Zamienia się
miejscami
z cieniem
bo dla jesieni
to jest łatwe
Co roku
na tej samej
scenie
Akt pierwszy
mgły,
w drugim
natchnienie,
w trzecim powszechne zaziębienie
Czwarty zaklęty
Wszystkich Świętych
Między aktami
aspiryna
i różne smutki
że dzień  krótki
I co? – i…zima
już na scenie
Akt….
Boże Narodzenie

Spacer

On z głową opuszczoną
Jej opadły ramiona
Idą wolno nad rzeką
Raz on milczy,
raz ona
Przed nimi
pies daleko
wypłoszył z trawy ptaka
Dzikie wino
w dyskretnej czerwieni
na krzakach
zaskoczone przedwczesnym
nadejściem jesieni
splątane z żółtym chmielem
wonnym jak melisa
jak nietoperz w kościele,
nad wodą tak zwisa
Przepraszam.
Wybacz…
Wybaczysz ?
Co? Ty płaczesz?
Nie płaczę
Coś mi wpadło do oka
Poczekaj zobaczę…

W jesiennych kolorach

W jesiennych kolorach
wypatrzył ją z daleka…
Była piękna
także z bliska…
Chyba czekał na nią zawsze.
Szła przed siebie spokojna
nie przeczuwając miłości…
Nie słyszała jego ‘ach, ja panią’…
Nie widziała jak leciał na nią…
I że razem byli tak krótko…
I że upadł na ziemię cichutko…
Nie wiedziała,
że chciał z nią iść…
Nie wiedziała,
że to był liść.

Czekanie

Noc się kładzie bezsenna
Rosa siada na źdźbła
Pośród nocy i rosy
cicha, jesienna mgła
Noc się snuje po mieście w czarnym płaszczu i spodniach
grzecznie prosi do domu
ostatniego przechodnia
Sprawdza okna, te jasne
Gasi światła stroskana
Prosi: zaśnij,
– Nie zasnę
Będę czekać do rana

Dary

Pełne serca choć jesień
Las, śpiew ptaków
w lesie
Życie
wszelkich stworzeń,
Od Ciebie Panie Boże
Słońce o zachodzie
Morze nasze morze
Muzykę organową na trzcinach w jeziorze
Godziny teraźniejsze
Wieczór, noc, poranek
New York Central Station
i wiejski przystanek
Wszystko od Ciebie mamy
Panie Boże
Wszechmocny
i geniusz największy
i z bramy stróż nocny

Jesiennej zmianie czasu mówimy stanowcze nie

Miłość była
do jesieni
punktualna
Ale w nocy
czas się zmienił
Femme fatalna
nie zdążyła
I tej nocy już nie była
I kolejnej też nie przyszła
wniosek:
czas się zmienił
prysła…

Wycieczka ceprów z Ciechanowa do Zakopanego

Jedźcie w drogę
pokłonić się halom
Złota jesień w górach
jest krótka
Podziękujcie
jesiennym góralom
dobrym słowem i
w złotych dutkach
Za ich ,,łącką”
pod złote grzybki
Za oscypki
Za bundz, za rydze
A rycerzom
co śpią pod krzyżem?
Niech im będzie
do nieba bliżej
A tym cieniom
na Pęksowym Brzysku?
Niech im będzie
ziemia lekka wszystkim
A strumieniom
a potokom bystrym?
Niech się lekko
do morza płynie                       
Niech spotkają
gdzieś w wodach Wisły
czystą, dobrą, łagodną
Łydynię…

Zdjęcie znalezione na Facebooku, które stało się inspiracją wiersza

Caffe Cuba

Wpada tutaj
czasami
liść jesienny
lub wietrzyk
przypadkowy przechodzień
co to chce się przewietrzyć
A dziewczyna
z lokami
zakręcona jak walczyk,
która z liściem
jesiennym
chciała sobie
potańczyć
jeszcze nie
jeszcze nie
niekoniecznie
Ale w końcu
się uda
Będzie cud
w Caffe Cuba
i zatańczy
bo przyjdzie
maj
ciepły, zdrowy, zielony
wyczekany, szczepiony
Boże,
daj,
Boże daj
taki maj

Jesienna dieta

Na sercowe
nostalgie
Noce denne, dni senne
Na samotne wieczory i dnie
Co się je?
Czy ktoś wie?
Na choroby jesienne
Na płakanie
nie sienne
Może płatki owsiane
Może
siemię się
lniane je
Czy ktoś wie?
Bo ja nie…
By jesienią ocaleć
możesz też nie jeść wcale
,,kochaj, rób coś
nie bądź gałganem” *
By
nie szczeznąć jesiennie
tak jak ogień las
kochaj płomiennie
Odpoczywaj i
z sercem rób wszystko
I pamiętaj do wiosny już blisko

  • cyt. T. Kotarbiński

Wiatr się pracy nie boi

Jesienią ma złotą robotę,
pracuje dla jubilera
W parku nad rzeką zbiera
klonowe liście złote
A szef zaciera ręce
Zachęca, więcej więcej
Srebrne topoli liście
Na księżycowe kolczyki
Jarzębinę i oczywiście
kasztany na gniade koniki
Wiatr wieje mocniej jeszcze
i stara się jak może
Żeby zdążyć przed deszczem
bo po deszczu jest gorzej

Polski wrzesień

Jak jest już po wakacjach,
Zaczęła się szkoła
a nieśmiały wrzesień trochę się rumieni
Nitki babiego lata
plączą się dookoła
To Gai pewne znaki początku jesieni
Na polach pod stopami trzeszczą ryże rżyska
W kalendarzu są daty że nikomu nie życzę
Łęty po ziemniakach dymią  się w ogniskach
To jest polskiego września prawdziwe oblicze

Trzech braci

Trzech braci czyni jesień
pierwszy brat cichy Wrzesień,
na polach ,łąkach , w lesie,
zaplata nitki a potem
wymienia klonom w kantorze
sierpniowe zielone na złote

Po nim przychodzi zmiennik
pan poeta Październik ,
Kochany, z wiatrem niesie
tę polską złotą jesień
(tym co chcieliby inną
też złotą ale unijną)
A potem brat Listopad
cmentarze,mgły i słota
i choć byś chciał, nie zmienisz
to już koniec jesieni

Z pamiętnika jesiennej dziewczyny

Wrzesień przez miesiąc był wierny
Odszedł…
Przyszedł Październik..
Świt późniejszy,
zmierzch śmielszy
Ręce takie chłodne…
Ponad cztery tygodnie
złotem liści mamił
welon z mgły mi zakładał
A w końcu zostawił
Potem był Listopad
Bardzo smutny chłopak
Odszedł zimny jak szkło
…z taką jedną
…Mgłą

Kto Wam lecieć każe
żeby listopad spędzać
w dusznym Zanzibarze
Wybierzcie listopad w Polsce
Ze wszech miar wybór słuszny
Praktycznie wszystkie dni chłodne
tylko jeden Zaduszny

Łucja, żaden autorytet (12)

Łucja Fice

Urywek powieści science fiction

W czasie czekania na obiad dalej rozmyśla:
– Żeby przygotowanie tego planu ochrony nie doprowadziło mnie do nerwicy lub jakiś natręctw. Nie! Nie poddam się. To przecież od naszej grupy zależy odwrócenie sytuacji. Tej walki już nie cofniemy. Musimy na nowo kupić nasz CZAS i emocje, zaangażować się w to, co widzimy i słyszymy. Boję się tak, jak kiedyś bano się śmierci, walczymy z Wielkimi. Z dawnego życia zostały tylko odpryski. Czas przywrócić prawdziwego człowieka.
Jest zadowolona, nawet szczęśliwa, że została wybrana do programu naprawy świata. Jeszcze nie ma pojęcia z czym i z kim będzie musiała się zmierzyć, jako jednostka. Myślami powróciła do śpiącego Gerarda, który od kilku dni nie wychodzi z pokoju.
– Czyżby zakupił super nowość i zamontował sobie komputer w źrenicy?
Okna wychodziły na północ i wionęło zimnem, pomimo pełni lata, ale blask zaglądał do okien, poszukując jakiegoś kształtu obleczonego w materiał, czy bladej gęsiej skórki śpiącego. Znajdował jednak tylko aparaturę laboratoryjną ze szkła i niklu. Szkło, nikiel. To z tych rurek i mikroskopów światło czerpało nieco chłodu. Chłód natrafiał na chłód. Marii to światło wydawało się lodowate, martwe, upiorne. Weszła do pokoju w momencie, kiedy Lila kończyła posiłek.
– Jesteś! To dobrze. Zrobimy sobie dzisiaj dzień wspomnień, ale najpierw przetoczymy ci krew, dostaniesz nową, czystą. Po transfuzji odzyskasz swoje wspomnienia – odezwała się spokojnym tonem, jakby Maria znała ją od zawsze, a przecież widzi ją po raz pierwszy. Lila wyciągnęła szufladę z tradycyjnej szafki, która należała kiedyś do jej praprababki i znalazła stertę zdjęć. Leżały w rozsypce. Usłyszały kroki na korytarzu, więc odruchowo zatrzasnęła szufladę.
W drzwiach stanął Gerard. Wpatrywał się przez moment w twarze dwóch kobiet. Na kilka sekund zapanowała cisza, którą przerwał.
– Sorry, że nie mogę cię objąć, ale zaraza wciąż panuje. Witamy.
Słowa nie pozbawione jednak tej czułości, z jaką witają się bliskie osoby. Odwrócił wzrok i spojrzał na Lilę, u której z mimiki twarzy wyczuł nutę zazdrości. Nie kochał już tej kobiety, chociaż jeszcze niedawno tyle ich łączyło.
– To ja przeprowadzę ci transfuzję – zwrócił się ponownie do Marii. Teraz napiję się kawy. Od jutra mamy dużo pracy. Czekają na nas zagadki i plany.
Rozsiadł się wygodnie na stworzonym przez własny umysł fotelu. Maria usiadła na zwykłym, a Lila podała kawę w filiżankach, stawiając je na tradycyjnym materialnym stole. Gerard zrobił gest ręką w momencie, kiedy Maria chciała otworzyć usta i zadać kilka pytań. Z telepatią miała problemy i nie wiedziała dlaczego. Na moment zapanowała cisza, która drażniła. Po chwili Lila odezwała się ze złością: – Nie baw się w telepatię, Maria jeszcze nie rozumie wielu rzeczy.
– Ja tylko mentalnie przygotowuje się do zabiegu, przecież wiesz, że to nie takie proste w naszych warunkach – odpowiedział szorstko.
– Ale nie niemożliwe – dogadała mu, odgarniając długie blond włosy. Był to rodzaj kokieterii, taki, który miał wymusił jego uwagę. Gerard przekręcił się na fotelu. Jego ruchy były elastyczne. Wyglądał sexy. Spodobał się Marii.
– Nie mogę na razie ci nic powiedzieć. Powiem ci później, kim jest ta kobieta na wózku – odezwał się do niej, odgadując celnie myśli Marii – ale powiem tylko to, co uważam za stosowne.
Miał dźwięczny bas, taki, co może zrobić wrażenie na kobiecie.
– Gerard jest tu szefem i musimy się wszystkiemu podporządkować – odezwała się Lila, przyglądając się intensywnie twarzy Marii, co ją nieco speszyło. No, ale była tu nowa, właśnie przybyła do tego tajemniczego domu. Nie miała wyjścia, mogła tylko czekać na wyjaśnienia, bo miała mętlik w głowie. Przede wszystkim nie wiedziała dokładnie, po co tu przyjechała? Ani skąd przyjechała? Wiedziała tylko, że jej wspomnienia zostały wymazane. Przez kogo? Nie wiedziała, więc trwała w niemym oczekiwaniu. Gerard przysłuchiwał się jej myślom i powiedział:
– Czekaj, mała, na wszystko starczy ci czasu.

Frauenblick – Warschau 2

Monika Wrzosek-Müller

Swidermajer – ein Juwel der Umgebung von Warschau

Die Bahnlinie, die schon in den siebziger Jahren des 19. Jahrhunderts nach Otwock oder noch weiter fuhr, brachte in der Zwischenkriegszeit alle nach frischer Luft Hungernden in die Sommerfrische. Die Lage an der Weichsel und dem Flüsschen Swider, inmitten von Kiefernwäldern, garantierte gutes, gesundes Klima. So ist es nicht erstaunlich, dass die schönsten und größten Villen, Pensionen und Hotels direkt an der Bahn entstanden. So war das in Falenica, Jozefów, Swider und Otwock.

Der Zeichner und Maler Michal Elwiro Andriolli, derselbe, der die Werke von Mickiewicz und Shakespeare illustriert hatte, entwarf erst einmal für sich selbst eine Holzvilla in der Nähe des Flüsschens Swider, wo er seine letzten Lebensjahre verbrachte. Da die Nachfrage nach dieser Art von Häusern plötzlich stieg, entwarf er viele Pläne für typische Sommerhäuser entlang der Bahnlinie. Jemand sagte, sie seien eine Kreuzung zwischen russischer Datscha und alpiner Schihütte, aber erst der Dichter Konstanty Ildefons Gałczyński gab dem Stil in seinem Gedicht „Der Ausflug nach Swider“ den prägnanten Namen Swidermajer („Diese Villen, wie der Wojewode will, sind im Swidermajer-Stil“; meine Übersetzung). Mich erinnern sie auch sehr an den Gebäudekomplex der Lungenklinik in Beeliz und an die Bäderarchitektur der Ostseeküste, wobei dort eigentlich nur die Veranden in Holzbauweise ausgeführt wurden; es soll sogar eine fabrikmäßige Produktion dieser Art von Häusern in Wolgast gegeben haben; sie wurden Wolgasthäuser genannt. Im Fall von Andriolli wäre eher die Anlehnung an russische Vorbilder denkbar, denn er verbrachte in Russland fünf Jahre der Verbannung wegen der Teilnahme am Januaraufstand 1863.

Den Stil charakterisierte eine leichte Holzkonstruktion und Holzverkleidung, obwohl einige der größeren Objekte doch in solider Ziegelbauweise hochgezogen und nur mit Holz verkleidet wurden. Die auffälligen Stilelemente waren: die vertikal und horizontal verlaufende Holzverkleidung, ein Satteldach, hölzerne, verzierte Fensterläden und die besonders schönen, reich geschmückten Veranden, oft mit Buntglasfenstern. Die Verzierungen an den Giebeln zeigten oft pflanzliche, seltener Tiermotive. Meistens wurden die Häuser nur in den Sommermonaten genutzt und standen im Winter leer. Der größten Popularität erfreuten sie sich nach dem Tod Andriollis, also nach 1893; allein in Otwock gab es um die 500 solcher Objekte. Die Mehrheit der Besitzer solcher Häuser gehörte der jüdischen Mittelklasse (über 50%) aus Warschau an. Schon 1893 entstand in Otwock das erste Sanatorium für die Behandlung von Lungenkrankheiten (Tuberkulose, Asthma etc…). 1923 erhielt Otwock sogar den Status eines Kurbads; es gab ein Casino, viele Cafés und Restaurants. Viele bekannte polnische Persönlichkeiten waren Gäste in den zahlreichen Pensionen, darunter Władysław Reymont, Józef Piłsudski, Henryk Sienkiewicz, Bolesław Prus, Julian Tuwim und Janusz Korczak. Es gehörte zum guten Ton, sich dort zu zeigen, sich am Wochenende zu treffen, mit ganzen Familien, Kindern, Großeltern.

Mein Vater besaß noch in den 80er Jahren zwei Grundstücke in Jozefów, das eine bewaldet und nicht zu bebauen, das andere konnte er irgendwann später als Bauland verkaufen. Wir fuhren in den sechziger und siebziger Jahren oft dorthin, um Verwandte zu besuchen, die in einem halb aus Holz errichteten, halb verputzten Haus wohnten, mit einem riesigen Garten, und ich erinnere mich an einen Opa (meine beiden echten waren im Krieg gefallen), der dort Bienen züchtete. Wir gingen auf den Sandpfaden zum Weichselufer oder, was ich nicht so sehr mochte, zum Swiderufer. Die Holzhäuser sind mir als verfallene, ungepflegte Ungeheuer in Erinnerung geblieben. Da war ihre Glanzzeit eindeutig vorbei.

Nach dem Krieg und dem Verschwinden der Juden wurden die Häuser ihren ursprünglichen Funktionen beraubt. Zwar waren sie als Sommerhäuser entworfen worden, ohne Heizung oder fließendes Wasser, doch wegen der Zerstörung Warschaus bewohnten sie viele obdachlos gewordenen Menschen ganzjährig. Es entstanden Slums, das Wasser im Fluss Swider wurde verunreinigt, oft gab es im Sommer Brände, denen viele der Häuser zum Opfer fielen.

Die Häuser verfielen und verfallen weiter, erst nach der Wende gab es erste Versuche, einige zu restaurieren. Die Kosten für solche Unternehmungen waren und sind horrend, weshalb nur wenige Exemplare wieder in ihren ursprünglichen Zustand versetzt werden konnten. Manche waren in Privatbesitz geblieben und wurden auch erhalten, doch die meisten verschwanden. Immer noch kann man die in großen Gärten gelegenen Ruinen finden, doch es werden immer weniger; nur wenige Objekte wurden unter Denkmalschutz gestellt.

Ein schönes Beispiel für die Restaurierung nach fast vollständiger Zerstörung ist die Pension Gurewicz, das größte Holzhausensemble in Polen. Es entstand in mehreren Etappen; seit 1906 wurde bis 1921 immer wieder ein Flügel oder ein Anbau hinzugefügt. Fairerweise muss man sagen, dass es sich um ein eben nur mit Holz verkleidetes Haus handelt. Zuerst war es als Privatvilla der Familie Gurewicz konzipiert, dann wurde es zum Sanatorium für ca. 80 Gäste. Gleich nach dem Krieg beherbergte es ein Militärkrankenhaus und 1948 verkaufte die Familie Gurewicz das Ensemble. Es wurde weiterhin als Krankenhaus genutzt, dann als Medizinisches Lyzeum, irgendwann war es in einem derart schlechten Zustand, dass es mehrere Jahre leer stand. In einem Zustand des völligen Zerfalls übernahm eine Autofirma das Objekt, um darin eine orthopädische Klinik einzurichten. Die Kosten für die Wiederherstellung wurden auf 10 Millionen Euro geschätzt. Von der ursprünglichen Idee, das Haus zu restaurieren, sind die Architekten abgegangen; das Haus wurde zerlegt und wieder neu aufgebaut, getreu nach den Fotos und Zeichnungen, getreu den erhalten gebliebenen Elementen. Es war das einzige Verfahren, um das Ensemble zu retten und ihm zugleich eine neue Funktion zu geben; natürlich stritten die Konservatoren, die Architekten, die Innendesigner, die Eigentümer, die Klinikexperten – und herausgekommen ist ein Kompromiss; so viele Funktionen zusammenzubringen, war eine echte Aufgabe und das Ergebnis kann sich wirklich sehen lassen und vielen Leuten gefallen.

Für das normale Publikum sind der großzügig angelegte Garten und ein Restaurant mit einer großen Sommerterrasse zugänglich; alles in einem wunderbar gepflegten Zustand.

Chodzenie po mieście. Profesor Brückner

Ela Kargol

Tempelhofer Parkfriedhof i Aleksander Brückner

Jeśli ktoś lubi spacery cmentarne, to Berlin jest na pewno tym właściwym miejscem. Oferuje taką liczbę cmentarzy, jak rzadko, które miasto. Oprócz znanych, objętych ochroną zabytków, są mniej znane, mniejsze, do których trudno trafić, interesujące ze względu na położenie, historię, wielkość, brak dostępności, przeznaczenie, tajemniczość. Pisałam już na łamach blogu o cmentarzu na ogródkach działkowych, cmentarzu samobójców, cmentarzach murem podzielonych i innych.

Na berlińskich cmentarzach zaczyna brakować grobów, przeczytałam w berlińskiej gazecie Morgenpost. Brakuje grobów, a nie odwrotnie. Kremacja stała się rozpowszechnioną formą pochówku. Minęły już czasy, kiedy berlińczycy chowani byli głównie w trumnach. Nekropolie się kurczą, cmentarze znikają z mapy miasta. Nie staje się to z dnia na dzień, proces trwa latami. Zgodnie z berlińską ustawą tereny cmentarne mogą być wykorzystywane w inny sposób po upływie okresów spoczynku i czci (pietyzmu) – co najmniej 30 lat od ostatniego pochówku. Zaleca się jednak, żeby teren po-cmentarny przeznaczyć na park, biotop lub teren zielony w szerokim rozumieniu słowa. Istnieje jednak prawo nadrzędnego interesu publicznego, które pozwala na zagospodarowanie byłych cmentarzy inaczej. Znikających cmentarzy jest podobno w Berlinie 39. Nie są parkiem, nie są już cmentarzem, są czymś pomiędzy, gdzie niegdzie pojedyncza mogiła, albo ślad po niej, szerokie aleje, stare drzewa. Żaden z tych znikających cmentarzy nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak cmentarz Parkfriedhof Tempelhof.

Niedawno przyszłam tu drugi raz, żeby się upewnić, czy moje odczucia z pierwszego razu się powtórzą.

2 listopada, w Zaduszki odwiedziłam pierwszy raz grób wybitnego naukowca slawisty, historyka literatury, językoznawcy profesora Aleksandra Brücknera, grób, o którego zachowanie walczyła dzielnie adminka tego bloga.
Gdy cmentarz w 1997 roku zamknięto i oddano na 30 lat naturze, poproszono zainteresowanych o decyzję w sprawie ewentualnych przenosin grobów, urn itp.
Adminka wraz ze swoją przyjaciółką Anną Kuzio-Weber znalazły grób Aleksandra Brücknera i zaczęły starania o jego zachowanie. Pisały podania, telefonowały, pukały do różnych drzwi, łapały polityków za rękaw. Wywalczyły 20 lat honoru dla profesora i jego żony, bo grób na tyle właśnie lat stał się mogiłą honorową miasta Berlina. Co dalej? Nie wiadomo. Okres karencji dla cmentarza wtedy już minie. W czasach, gdy mieszkań ciągle brakuje, jest szansa, że na miejscu mogił, tej niezlikwidowanej – profesora i tych innych, już niewidocznych, powstaną bloki z mieszkaniami dla żywych, ale być może powstaną tu fabryki i magazyny, jakich w okolicy dużo.

Dlaczego profesor Brückner został pochowany na tym właśnie cmentarzu? Mieszkał w innej dzielnicy, na Wilmersdorfie, przy ulicy Wilhelmsaue 18, w samym środku dawnej wsi Wilmersdorf. Po śmierci jego ciało skremowano w krematorium Wilmersdorf. Mowę pogrzebową właśnie tam wygłosił 30 maja 1939 roku jego następca Max Vasmer. Dlaczego nie pochowano urny na cmentarzu Wilmersdorf, przy krematorium?, tym bardziej, że był to cmentarz przeznaczony w latach 1935 do 1945 tylko na pochówki urnowe? Wybitni sąsiedzi z jego ulicy i okolic znaleźli tu swoje ostatnie miejsce spoczynku – rodzina Blisse, rodzina Schramm i wielu innych. Budynek krematorium od 1990 roku nie spełnia już swoich pierwotnych funkcji, służy gościom żałobnym w ceremoniach pożegnania zmarłych. A może jednak pierwotnym miejscem złożenia urny było kolumbarium na cmentarzu w Wilmersdorfie?
Emma Brückner, żona profesora przeżyła męża o rok. Czy jej życzeniem było pochowanie męża na cmentarzu w Berlinie-Tempelhof? Może tam istniał grób rodzinny żony, albo rodziny Brücknerów?

Zaczęłam szukać. Jeszcze dużo szukania przede mną, jeśli się nie zniechęcę. W księgach adresowych znalazłam dwa adresy, Lankwitzstr 1 (obecnie Ruhlsdorfer Straße na Kreuzbergu) i Wilhelmsaue 18 na Wilmersdorfie.. Alexander Brückner ze swoich 83 lat życia 58 spędził w Berlinie, z czego 43 jako profesor filologii słowiańskiej na utworzonym w 1810 roku Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma (obecny Uniwersytet Humboldtów w Berlinie).

Był jednym z pierwszych slawistów w Berlinie, uczonym, który podniósł slawistykę do rangi równej filologii angielskiej czy romańskiej.

Nomen omen profesor nazywał się Brückner, Brücke znaczy most. Nie dociekam, skąd pochodzi jego nazwisko, od jakich budowniczych mostów się wywodzi. Profesor Brückner te mosty budował, między narodami, kulturami, językami. Nieuwikłany w politykę, choć tego od niego wymagano, mianując go profesorem pruskiej uczelni, był tytanem pracy, a przy tym człowiekiem niezwykle skromnym, nieśmiałym, podobno cierpiącym na agorafobię, nie szukającym kontaktów z innymi. Swoje wykłady planował rzekomo na 7 rano licząc na to, że nikt nie przyjdzie. Gdy jednak wykładał, robił to doskonale. Los oszczędził mu dramatu wybuchu wojny. Przeczuwał jednak nadchodzące zagrożenie. Umarł wieczorem 24 maja 1939 roku. Rok później umarła jego żona. Oboje leżą na cmentarzu Parkfriedhof Tempelhof, na polu 34.


Grób okala żywopłot, w tej chwili prosto i dokładnie przecinany przez pracowników już nie cmentarza tylko zieleni miejskiej. Pomnik, raczej niepierwotny, odnowiony podobno w latach 60 lub 70, napis na pewno z tego właśnie czasu, po niemiecku z błędem, szkoda. A może profesor machnąłby na to ręką. Sam mówił podobno z obcym akcentem i z obco brzmiącą fonetyką. Wymawiał die Dejtschen und die Prejsen (zamiast die Deutschen und die Preußen), żegnając się mówił zum Wiedersehen, zamiast auf Wiedersehen.

Grób się ostał dzięki zaangażowaniu i determinacji Ewy Marii Slaskiej i Ani Kuzio-Weber, do których potem dołączyło kilka innych osób, tu niewymienionych.
Jest małą wyspą wśród złotych liści tegorocznej jesieni. Osamotniony trwa wśród grobów, których już nie ma. Cmentarz już nie jest cmentarzem, a jeszcze nie jest parkiem. W okolicy nie ma dużo kamienic, bloków, domów, a więc mało jest tu spacerujących.


Pierwszy raz, gdy tu przyjechałam, wchodząc od ulicy Schätzelbergstraße, miałam trochę czasu, żeby znaleźć grób, rozejrzeć się wokół i poczekać na adminkę i innych, którzy przynajmniej raz do roku odwiedzają grób profesora. Czekałam i czułam się bardzo nieswojo, patrząc na złote liście, które zaległy wszędzie. Myślałam o mogiłach, których już tu nie ma, po których stąpałam.

Drugi raz, gdy tu przyszłam, weszłam od strony Gottlieb-Dunkel-Straße, głównym wejściem, tak samo opuszczonym jak budynek biura cmentarnego i ławki porośnięte mchem i pokryte liśćmi. Czytelny jest napis Tempelhofer Friedhof, mniej czytelny Zur Feierhalle (do domu pogrzebowego). Dom pogrzebowy jak i budynek cmentarny niszczeją, oddane naturze, choć nie wiem jakie przeznaczenie ma Feierhalle, bo nagle, gdy szłam, bardzo cicho podjechał do domu pogrzebowego czarny samochód. Od razu przypomniały mi się opowieści o czarnej wołdze, ale to nie była Wołga, to czarny SUV, chyba elektryczny. Za kierownicą siedziała młoda kobieta.


Nie opuszczałam głównej alei, po drodze mijałam numery pól, ujęcia z wodą, mogiły porośnięte bluszczem, opuszczone po części kolumbaria z napisem na zawsze w pamięci. Jak długo trwa zawsze?

W środku cmentarza są groby wojenne, które według prawa pozostaną na zawsze. Jeszcze raz zapytam, jak długo potrwa zawsze? Nad grobami drzewa gubią liście i odznaczają pośmiertnie poległych żołnierzy, ofiary obu wojen dębowym liściem.


Pozostawiono ich samych, profesora i żonę, na 20 honorowych lat. Co będzie dalej? Nie wiemy. Z inicjatywy profesora Tadeusza Ulewicza umieszczono w Krypcie Zasłużonych Na Skałce tablicę upamiętniającą Aleksandra Brücknera. Profesor był samotnikiem z wyboru. Los sprawił, że takim pozostał nawet po śmierci.

Korzystałam z wiadomości znalezionych w sieci, własnych przemyśleń, obserwacji i jedynej publikacji, którą posiadam: Aleksander Brückner / Ein polnischer Slawist in Berlin, herausgegeben von Witold Kośny.


Wiedzę tę na pewno będę uzupełniać w przyszłości. Jeżeli ktoś mógłby mi w tym pomóc, chętnie skorzystam. Profesor większą część życia spędził w Berlinie. Był wybitną postacią, która zasługuje na tablicę upamiętniającą jego zasługi, umieszczoną na przykład na kamienicy przy Wilhelmsaue 18 na Wilmersdorfie – inny znany adres profesora to dom przy byłej Lankwitzstr, niedaleko Hallesches Tor, który został zniszczony podczas wojny. Ale może w pobliżu jest jakiś skwer, który chciałby być nazwany jego imieniem.


Wspomnienia o Maryli 27

Magdalena Ciechomska

Z takiej perspektywy

Ostatnio dużo rozmyślam nad tym, jak Maryla czułaby się w Polsce dziś, co myślałaby, albo jak przeżywałaby to wszystko, co obecnie dzieje się w kraju. Oczywistym jest, że wydarzenia polityczne byłyby tu najważniejsze.

Maryla zawsze, odkąd pamiętam, interesowała się polityką. Świadoma tego, że przed polityką uciec się nie da, aktywnie uczestniczyła w tym, co było dla niej priorytetem. Przede wszystkim działalność w organizacjach feministycznych, budowanie kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Rok temu, podczas protestów Strajku Kobiet na pewno przypięłaby „piorun”. Mimo stałego pobytu w Berlinie, zawsze pozostała obywatelką Polski. Uczestniczyła w każdych wyborach – i tych do parlamentu, i prezydenckich. Przed każdym świętem państwowym dzwoniła do nas, żeby przypomnieć o wywieszeniu flagi. Było to dla niej bardzo ważne, jak sama mówiła, pamiętała czasy, gdy flagi narodowej nie wolno było wywieszać, co sprawiało, że była ona symbolem sprzeciwu i walki o suwerenność. Traktowała akt wywieszenia flagi jak symboliczny znak życia w wolnym kraju.

Dotkliwie odczuwała w Polsce brak społeczeństwa obywatelskiego, cieszyły ja wszelkie jego, nawet najdrobniejsze przejawy, doceniała na przykład fakt powstawania Rodzin Radia Maryja. Podobały jej się jako oddolnie tworzone organizacje samopomocy, mimo tego, że jako osoba wierząca, absolutnie nie zgadzała się ani z odmianą dewocyjnej religijności rozpowszechnianej przez toruńską radiostację, ani tym bardziej nie akceptowała jej upolitycznienia. Często jednak słuchała audycji w Radiu Maryja, lubiła niektóre nabożeństwa, interesowały ją też audycje z udziałem słuchaczy, poruszające różne sprawy życia codziennego, problemy tzw. zwykłych ludzi.

Choć wyjeżdżając z kraju, dawała wyraz swojemu rozczarowaniu, powtarzając sparafrazowane słowa Lecha Wałęsy: „Nie o take Polske walczyłam”, to kiedy rozpoczęła się budowa Świątyni Opatrzności Bożej, dziękczynnego wotum za odzyskanie niepodległości, wspierała budowę, dokonując systematycznych wpłat na ten cel. Otrzymała za to oficjalne podziękowanie w postaci okolicznościowego medalu.

Najbardziej cieszyły ją pozytywne zmiany, które dostrzegała podczas każdego kolejnego przyjazdu do kraju. Coraz liczniejsze, ładniejsze, czyste sklepy, coraz lepiej zaopatrzone w dobra konsumpcyjne. Pierwsze przejażdżki warszawskim metrem, gdy pojechałyśmy na bazarek przy Wałbrzyskiej i wróciłyśmy z pełnymi wózkami, zadowolone, że zakupy staja się prawie tak łatwe, jak w Berlinie.

Oczywiście absolutnym przełomem było przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Maryla często powtarzała, że dla Polski najlepsze byłoby jak najściślejsze związanie się z Unią. Dziś pewnie z przerażeniem patrzyłaby na to, co się z Polską stało. Zastanawiam się, czy starczyłoby jej tego poczucia humoru, które pozwalało oceniać nawet najtrudniejszą rzeczywistość z dystansem i pobłażliwym uśmiechem?

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego

Zdjęcie z sieci

Aleksandra Puciłowska

Mówią w mojej Ojczyźnie, że stoją #muremzapolskimmundurem. Mówią, że ważny jest #szacunekdlamunduru. A ja sobie tak myślę, czy nie lepszy może byłby jednak #szacunekdlaczłowieka? Niezależnie od tego, czy ma na sobie mundur, stare łachmany czy jeszcze coś zupełnie innego…? Mundur i stare łachmany można ściągnąć – w każdym z tych wypadków kryje się za nimi człowiek. I to chyba jemu należy się szacunek i to jemu przypisujemy godność, do której ma święte prawo?

W mojej Ojczyźnie mówią też, że trzeba bronić granic Ojczyzny. Że trzeba stawiać mury i druty kolczaste. A ja tak sobie myślę, że przecież nie tak dawno świętowaliśmy rocznicę upadku pewnego muru. I że chyba historia nauczyła nas już wielokrotnie i to dość boleśnie, że stawianie murów niczego nie załatwia? One padną prędzej czy później. A groby tych, którzy przypłacili lub jeszcze przypłacą to życiem, pozostaną. Na jak długo wystarczą, by przypominać nam, że stawianie murów niczego nie załatwia…? Na ile wycenimy wartość tych ofiar? I czy ten drut kolczasty też stanie kiedyś gdzieś jako pomnik niechlubnej karty historii człowieczeństwa?

W mojej Ojczyźnie twierdzą też, że wedrzeć chcą się do nas siłą głównie terroryści i gwałciciele, bo to przecież „źli muzułmanie”. A ja czytam relacje z granicy tych, którzy starają się pomóc drugiemu człowiekowi. Nie tych, którzy stoją tam z armatkami wodnymi uzbrojeni po zęby, ale tych, którzy potajemnie nocą przynoszą ludziom do lasu jedzenie, picie i śpiwory. I widzę te zdjęcia tych dzieci, kobiet i mężczyzn którzy od tygodni koczują w środku lasu. I tak sobie myślę: to są ci terroryści..? To oni mają nam zagrozić? Czy zagrażają nam tak samo, jak porównywane już do najgorszych zbrodniczych ideologii osoby LGBT, które chcą zniszczyć polską rodzinę…? To czyli ja – lesbijka – będę niszczyć i terroryzować wraz z nimi Polskę i całą Europę…?

I na myśl przychodzi mi moja koleżanka z pracy – muzułmanka. Świetnie się z nią dogaduję, choć mamy zupełnie inny pomysł na życie. Ona doskonale wie, że mam dziewczynę, którą zawsze serdecznie pozdrawia i wie, że jestem ateistką o mocno sceptycznych poglądach w stosunku do religii każdej maści. Ja wiem, że ona modli się do Allaha. I nie przeszkadza nam to wspólnie śmiać się przy kawie. I przypomina mi się też Muhammad, od którego kupowałam w tym roku auto. I pamiętam, jak załatwił dla mnie z uśmiechem na ustach całą papierkową robotę bez dodatkowej opłaty, bo trzeba sobie przecież pomagać. Ale pamiętam też, jak w moim własnym kraju mówiono o mnie, że nie jestem człowiekiem. Że jestem ideologią. I widziałam Polaków lżących i plujących na innych, bo to „pedały”, z którymi najlepiej od razu „do gazu”. I tak sobie myślę, że zagrożenie czuję bardziej ze strony tych drugich właśnie. Ani moja koleżanka z pracy, ani Muhammad, ani spotykani na co dzień muzułmanie nie chcieli mnie zagazować. Obawiam się, że ci którzy organizowali jeszcze nie tak dawno pewien marsz w Warszawie, zrobiliby to z ogromną przyjemnością…

Mówi się też w mojej Ojczyźnie, że życie jest święte i trzeba go bronić aż od poczęcia. I tak sobie myślę, że skoro aż od poczęcia to chyba również i po narodzinach…? Czy życie Izabeli, której śmierć wstrząsnęła ostatnio całą Polską, nie było święte? Czy życie tych ludzi na polsko-białoruskiej granicy nie jest ważne? Jego nie trzeba bronić? Czy życie tysięcy osób nieheteronormatywnych, które spotykają się na codzień z dyskryminacją we własnym kraju nie jest warte, by go bronić…? Co mamy powiedzieć rodzicom tych młodych ludzi, którzy popełnili samobójstwo, bo nie mogli już tego wytrzymać? Tej dyskryminacji, przemocy psychicznej, często fizycznej? Jadu, który wylewa się na nich dzień w dzień, tylko dlatego że ktoś tak sobie wymyślił w imię swoich chorych przekonań i fobii…?

Wiele osób w mojej Ojczyźnie mówi też, że polityka ich nie dotyczy. Że się nie interesują, nie chodzą na wybory, bo i tak nic od nich nie zależy. I myślę sobie wówczas tak: ci, którzy są u władzy, znaleźli się tam nie tylko dlatego, że ktoś na nich zagłosował. Oni są tam również (a w zasadzie w dużej mierze właśnie dlatego), że ktoś inny na wybory nie poszedł wcale.

I wcale nie chodzi o to, by „interesować się polityką”. Wystarczy zainteresować się drugim człowiekiem – bo to właśnie ludzie ponoszą konsekwencje decyzji, które podejmuje władza.

I jeśli ktokolwiek myśli, że „polityka ich nie dotyczy”, to niech przypomni sobie tłumy ludzi na ulicach po śmierci Izabeli. To mogła być wasza siostra, córka, przyjaciółka.

Niech spojrzy w oczy rodzicom dzieciaków, które nie chciały już słuchać o tym, że „nie są ludźmi”, „że są zarazą” i wolały skoczyć z mostu. To mogło być Wasze dziecko. Niech pojadą z organizacjami humanitarnymi na polsko-białoruską granicę i poszukają w lesie dzieci, które nie rozumieją, dlaczego muszą tam koczować i marzą o ciepłym schronieniu i posiłku. Niech przypomną sobie wówczas polską historię – gdy to my, Polacy uciekaliśmy z naszego kraju przed komuną, prześladowaniami i niewolą. Nas nie pytano wówczas, czy dostaliśmy się do Niemiec, USA czy Kanady legalnie. Wyciągnięto do nas pomocną dłoń. Dziś to my możemy pomóc.

Jestem córką mojej Ojczyzny – Polski. Kraju uchodźców, migrantów i bolesnej historii. Uczmy się z niej. Ona od zarania dziejów pokazuje nam, że nie liczy się ani wyznanie, ani kolor skóry, ani orientacja seksualna ani światopogląd. Liczy się człowiek. Tylko i wyłącznie.

Świat stanie się lepszy, jeśli zamiast munduru czy koloru skóry lub orientacji seksualnej będziemy w drugim widzieć człowieka.

Jezus też był uchodźcą.Ten fakt jest chyba wart przypomnienia w kraju, w którym tak wielu deklaruje przynależność do Kościoła katolickiego. Ja do niego nie należę, ale przesłanie Jezusa, by miłować bliźniego jak siebie samego, zrozumiałam bardzo dobrze. Czas, by zrobili to także jego wyznawcy. I nie zapomnieli przy tym, że Jezus nie stworzył listy osób, których uznać można za owych „bliźnich”. On widział bliźniego w każdym napotkanym człowieku.

Interpretacja humanistyczna mechaniki kwantowej

Tabor Regresywny

Przewrotnie najważniejsze w opowiadaniu o zakupach w sklepie samoobsługowym jest to, o czym nie pisałem, czyli paragon świadczący o zawarciu transakcji. Ten paragon jest znakiem kulturowym, jest znakiem z innego świata niż plamka na kliszy w miejscu, gdzie dotarł foton, bo ta plamka jest znakiem naturalnym. Tu kończy się analogia między zakupami w sklepie a eksperymentem z fotonami i zaczyna się przepaść.

Przepaść między humanistyką a naukami przyrodniczymi, która jest wyznaczona przez dwa rodzaje znaków. Nauki przyrodnicze zajmują się znakami naturalnymi, nazwijmy je śladami. Ślady kopyt na piasku, ślad po uderzeniu pioruna, smugi kondensacyjne, ciągnące się za odrzutowcem czy w końcu plamka na kliszy fotograficznej w miejscu gdzie dotarł promień światła. Z kolei humanistyka zajmuje się znakami kulturowymi nastawionymi na interpretacje – by je odczytać, trzeba znać reguły interpretacji. Obrączka na palcu serdecznym, insygnia oficerskie, dzieła sztuki i w końcu paragon świadczący o transakcji. Tego rodzaju znaki nazwijmy komunikatami.

Przygody mężczyzny i kobiety w sklepie samoobsługowym tak skonstruowałem, aby ich zachowanie było analogiczne do zachowania fotonu, gdy ma do wyboru dwie drogi. Załóżmy, że laser emituje jeden foton, który jest cząstką aż do płytki półprzepuszczalnej. Dalej nasz foton zmienia swoją naturę i jest teraz falą biegnącą równocześnie dwiema drogami, by następnie na jednym z czujników ruchu zameldować się jako cząstka i jako cząstka biec dalej, a na drugim czujniku ruchu zniknąć niczym duch. Nikt tego nie rozumie.

To samo w wykonaniu naszego małżeństwa w sklepie samoobsługowym jest dziecinnie proste i nikt niczemu się nie dziwi. Pominę pytanie, ile trzeba zmienić w fizycznym obrazie świata, by rozsądnie dopuścić myśl, że znak świadczący o fotonie jest komunikatem, podobnie jak paragon, a nie śladem. Ta zmiana nie byłaby tak nadzwyczajna, jak się w pierwszej chwili wydaje. Istotniejsze jest pytanie, jakie miałaby skutki? Już stoicy wiedzieli, że zmianom w fizyce towarzyszą zmiany w etyce, a Carl Friedrich von Weizsäcker we wstępie do Część i całość rozmowy o fizyce atomu Wenera Heisenberga napisał „Zdarza się niekiedy, że nauka nabiera znaczenia dla dziejów świata: nie z powodu konsekwencji technicznych, lecz przez przemianę myślenia.”

W zasadzie wszystko co robię i co piszę, podporządkowane jest temu pytaniu.

PS 1 od Adminki: słyszałam ostatnio od Krizza (czyli sama tego nie przeczytałam), że te elektrony lecą jak fala, jeśli ich NIE obserwujemy i jak cząsteczki, jeśli je obserwujemy. Podobno fizycy jak dotąd nie rozwiązali pytania – dlaczego tak jest? Krizz, nota bene jeden z blogowych autorów, zastanawia się, czy wiąże się to ze światłem (jeśli obserwujemy, to znaczy, że na to patrzymy, a żeby widzieć, potrzebujemy światła).

PS 2 Krizz przypomina tu, że w fizyce znane są inne zjawiska, nazwijmy to, rozłącznie dwoiste. Np. nie można jednocześnie zmierzyć spinu i położenia elektronu. Można określić ALBO spin, ALBO położenie. I wyjaśnia się to w ten sposób, że żeby zmierzyć daną wielkość, trzeba jakoś wpłynąć na stan elektronu, który się wtedy automatycznie zmienia.

PS 3, czyli kolejny przypis Krizza: Oczywiście Carl Friedrich von Weizsäcker ma rację. Wystarczy spojrzeć na nasze życie. I tak – ilość informacji, swoboda wypowiadania się posunięta do skrajności powodują na naszych oczach “przenicowanie” świata i nie jesteśmy w stanie nawet określić, jaka jest natura tej przemiany.

PS 4, czyli tako też rzecze Krizz: A konsekwencją tego jest to, że niektórzy fizycy twierdzą wręcz, iż informacje można traktować jako wielkość fizyczną, czyli czynnik wpływający na rzeczywistość.

Grzyby listopadowe

Tibor Jagielski

Papryka nadziewana grzybami

4 – 6 dorodnych papryk
odciąć górną cześć z ogonkiem i odstawić na bok
oczyścić z gniazd nasiennych i wypełnić nadzieniem.

Nadzienie
1 funt świeżych grzybów (najlepiej podgrzybki z lasu,
ale mogą być i pieczarki, albo shitake od biedronki)
4 dorodne cebule
4 ząbki czosnku
pokroić i podsmażyć dobrze na patelni z ulubionym tłuszczem
(używam chętnie węgierskiego oleju słonecznikowego, mielonego na zimno)
i odstawić aby ostygło
a w tym czasie
1 wiązkę pietruszki
1 wiązkę herbes fines
2 namoczone w rosole warzywnym bułki (albo ryż ugotowany al dente)
drobno posiekać
dodać do ostygłego farszu i dobrze wymieszać
(sól, cukier, pieprz i mielona słodka papryka do smaku)

wypełnić nadzieniem wnętrze papryk
przykryć i przymocować (np. przy pomocy wykałaczek) odcięte kapelusiki
wsadzić do garnka z przygotowanym sosem pomidorowym***
(*** patrz poniżej: przepis na sos pomidorowy)
i gotować na wolnym ogniu ca 1 mszę i 4 zdrowaśki

podawać z  gotowanymi ziemniakami albo kaszą gryczaną
i dobrym kleksem kwaśnej śmietany a na koniec posypać posiekanym świeżym koperkiem

smacznego!

spolszczył  T.J.

***

Sos pomidorowy

4 dorodne cebule
4 ząbki czosnku
2 papryki duże
1 papryka mała ostra
1 funt pomidorów
posiekać i podsmażyć, wg podanej kolejności, na patelni (na ulubionym tłuszczu)
i wkładać do przygotowanego garnka
dodać sok z dwóch cytryn (ewentualnie kieliszek czerwonego wina)
sól, cukier, pietruszkę, pieprz, oregano i rozmaryn do smaku

gotować na wolnym ogniu aż do osiągnięcia oczekiwanej konsystencji, od czasu do czasu ostrożnie mieszając

PS od Adminki: A na zakończenie pewien wpis o Oldze Tokarczuk i grzybach, bo Olga Tokarczuk znana jest z tego, że pisze niezwykłe rzeczy o grzybach: https://ewamaria.blog/2019/11/08/salon-odrzuconych-grzyby/

Łucja, wiersze 2

Łucja Fice

Pytanie

Plądruję książki starożytnych
Na wzór sępa polującego na gęsi
W pośpiechu intelektualnej zachłanności
Wkładam głowę intruza w te dzieła
I pogrążam się w ich ciemności
Spieram się w różnych kwestiach z Arystotelesem
Nie potrafię rozróżnić promieni świetlnych od cieplnych
Szkoda że nie mogę podjąć sporu z uczonym
Zadałabym ważne pytanie
CZYM JEST ŚMIERĆ?
Czy to aby nie abstrakcja?
Nawet myślenie umiera szybciej

Z tomiku Boska Matryca 2016, wydanego po śmierci męża

Odejdę późną jesienią
Stanę w boskiej bramie
Wiem jeszcze daleko bo szaleją słowa
Dziwne i powabne kwarki tańczą we mnie
Jeszcze napiszę sto listów
Stawać będę na głowie jak sobie radzić
Może poprzestawiam atomy i wrócę do własnego szkicu
Aż wypluję wszystkie słowa
Choć zamienisz mnie w kwarki
Wiem że żyć będę

Frauenblick – Warschau 1

Monika Wrzosek-Müller

Tu zaszła zmiana – Hier ist eine Veränderung eingetreten

Es hat mich wieder anderswohin verschlagen; zugegeben, es ist meine Heimatstadt Warschau, doch nicht das Viertel, in dem ich früher gewohnt habe. Auch sonst erkenne ich meine Stadt kaum wieder, natürlich gibt es noch den Kulturpalast und die Altstadt und die Wohnblocks und die Busse und Straßenbahnen, doch scheint mir alles sauberer, funktioneller, schneller, moderner. Es gibt viele Elektro-Busse, die ganz leise auf der Straße summen, und die Straßenbahnen sind ganz modern; um den Kulturpalast ist eine Skyline entstanden, die sehr schön mit ihm harmoniert. Lange Jahre war ich in Warschau immer nur mit tausenden von Erledigungen, Telefonaten, Terminen und Treffen beschäftigt, immer gezwungen, in kürzester Zeit ein Maximum an Problem zu lösen, so dass ich das das normale Leben rundherum und die Veränderungen kaum wahrnahm. Natürlich ist die äußere Schicht jetzt menschenfreundlicher, viele alte Gebäude restauriert oder wenigstens neu verputzt, angestrichen; sie sehen frisch, hell und angenehm aus. Die Trottoirs sind begradigt, die Löcher verschwunden, überall stehen Müllkörbe, manche Bushaltestellen sind zum Verlieben, mit schönen hölzernen Bänken und Glashäuschen, und die Busse fahren pünktlich.

Und doch frage ich mich komischerweise immer wieder: ist das jetzt besser, sind die Leute glücklicher, entspannter, freundlicher? Leider fällt die Antwort nicht oft positiv aus, es gibt riesige Unterschiede zwischen den Klassen oder gesellschaftlichen Schichten; das ist überall sichtbar. Und so wird die Wirklichkeit auch ganz verschieden wahrgenommen; an Übertreibungen in beiden Richtungen fehlt es nicht. Und leider verschwindet, die von mir so geliebte Spontanität in den zwischenmenschlichen Beziehungen; man trifft sich viel weniger, vieles ist sehr formell geworden. Bei meiner Yogagruppe reden die jungen Leute überhaupt nicht miteinander, sie sind todernst mit ihren perfekt ausgeführten Asanas beschäftigt. Auf meine Frage, wo hier die Matten seien, gab es keine Antwort, keine einzige, obwohl in der Garderobe sechs junge Frauen saßen und keine von ihnen ein Neuzugang war.

Jetzt versuche ich doch über eine sehr positive und sichtbare Veränderung zu berichten, die mich besonders gefreut hat und neue Ausblicke auf das Warschauer Panorama bietet. Ich meine die Ufergebiete an der Weichsel, sowohl auf der linken als auch auf der rechten Seite. Eine Stadt, die am Fluss gebaut wurde, ist anders; es gibt immer das eine und das andere Ufer, es braucht Brücken, auch wenn man diese Tatsache manchmal fast vergisst, bildet so ein Fluss ein ständig präsentes Element der Stadtlandschaft. Früher, viel früher war der Fluss eine natürliche Barriere, die vor Feinden schützte, der Fluss diente als Transportweg und wunderbare Wasserquelle. Nach der Industrialisierung und vor allem mit dem Erscheinen von Autos als Transportmittel bewegte sich die Bebauung oft vom Flussufer weg. So war das auch in Warschau, obwohl immer wieder versucht wurde, die Weichsel für den Wassersport zu nutzen – es gab sogar eine Weichselflotte – wurden die Ufer vernachlässigt. Niemand wäre in meinen jungen Jahren auf die Idee gekommen, an der Weichsel spazieren zu gehen, schon gar nicht auf dem rechten Weichselufer, das völlig von Gestrüpp überwachsen war, morastig, gefährlich und verschmutzt und auch wirklich unzugänglich. Dann kam die Veränderung; Schon um 2000 entstanden am linken Ufer so prominente Bauten wie das Wissenschaftszentrum Kopernikus, die Universitätsbibliothek, das Museum für Moderne Kunst an der Weichsel, schon von weitem sichtbar. Dazu kam der Ausbau des Fahrrad- und Spazierwegs mit vielen Cafés und Restaurants. Plötzlich war das Ufer sichtbar und die Leute flanierten hier, im Sommer verlagert sich das Nachtleben mit den vielen Bars, Clubs und Events ans Ufer. Später kam dann die Zeit für die rechte Seite: das Nationalstadion wurde erneuert, fast neu gebaut, auch da passierte vieles, doch zum Glück nicht zu viel.

Die Weichsel ist im Stadtgebiet von Warschau 28 km lang, ein ganzes Stück; sie ist wenig reguliert und asymmetrisch, d.h. auf der rechten Seite ganz flach, auf der linken erhöht. Immer schaute man auf das rechte Ufer von oben herab, da gab es die schlechteren Wohnviertel, es war nicht das Zentrum, allenfalls für die Industrie. Doch siehe da, nach 2017, dem „Jahr der Weichsel“, hat sich vieles verändert. Es wurden mehrere großartige Strände am rechten Weichselufer angelegt, mit richtig schönem Sand, im Sommer kursiert auch eine kostenlose Fähre, die beide Uferseiten verbindet. Der naturbelassene Weg nah am Wasser ist inzwischen fast ganze 28 Km lang, hauptsächlich rasen darauf Radfahrer, aber man kann doch auch spazieren gehen. Es gibt Sportklubs mit Rudervereinen und Tennisplätzen, doch alles sehr zurückgezogen; Hauptsache bleibt die Natur mit den vielen Weiden, den Pappeln und den Wiesen, ein riesiges Gebiet mit vielen Vögeln, Bibern und anderen Tierarten. Die letzte Renovierung der Lazienki-Trasse brachte auch wunderbare Fußgänger- und Radfahrbrücken auf beiden Seiten der Trasse, von denen man wirklich atemberaubende Ausblicke auf Warschaus Skyline hat. Langsam entstehen auch in unmittelbarer Nähe neue Apartmenthäuser, die Gegend wird aufgewertet. Über diese Veränderung freue ich mich mächtig und empfehle jedem, der nach Warschau fährt, sich für diesen Weg Zeit zu nehmen.