Czułość systemu zdrowotnego

Krystyna Koziewicz

Nasze życie to ciągła walka między zdrowiem i chorobą. Żadna choroba nie jest dobra dla organizmu, w którym następują zaburzenia funkcjonowania. Choroba to stan, który wcześniej czy później dotyka każdego człowieka i nie da się uniknąć wizyt lekarskich, choćby dla zapewnienia sobie własnej kontroli nad organizmem. Trzeba chodzić na badania i już! Moje dotychczasowe wizyty w gabinetach lekarskich miały różne zabarwienia emocjonalne, najczęściej jednak lekarze traktowali mnie z atencją, jako pacjenta. W gruncie rzeczy ważne jest, by w relacjach pomiędzy lekarzem a pacjentem była dobra komunikacja, oparta na zaufaniu, empatii, wzajemnym słuchaniu i adekwatnym reagowaniu. Tylko wtedy można mówić o jakości tej relacji, stworzonej przez lekarza, nie pacjenta.

Mnie jakoś w większości przypadków zawsze udawało się trafić na wyjątkowych lekarzy, którzy z powagą i empatycznie podchodzili do moich problemów zdrowotnych. Nie wszyscy jednak, dlatego po przykrych doświadczeniach nauczyłam się, że trzeba być niezwykle ostrożną i czujną. Regularne kontrole u lekarzy nie zapewniają wcale życia w błogim spokoju. Życie pokazało, że moja skłonność do systematycznych badań nie zawsze jest nagrodzona, wręcz odwrotnie, sama u siebie wykryłam objawy chorobowe, który zaprowadziły mnie na stół operacyjny. Na końcu tej drogi trzeba było przejść uciążliwą terapię, która de facto zrujnowała cały system odpornościowy. Podobnie było i teraz. Wydawało mi się, że mam niepokojące symptomy. Lekarz zlekceważył to, wychodząc z założenia, że skoro mammografia nic nie wykazała, to nie ma powodu do robienia paniki. Miałam spać spokojnie i przyjść dopiero za rok na kontrolę. No tak, tylko dlaczego krew wciąż wyciekała z piersi? Intuicja podpowiadała mi całkiem inną reakcję, dlatego zgłosiłam się po poradę do specjalisty.

Uważam, że pierwszym lekarzem zawsze jesteś ty sam, sama dla siebie. Ty i ja! To my sami musimy z czułością obserwować swoje ciało, reagować choćby na najmniejszą zmianę, która powinna być wyjaśniona, badaniami. Tu była potrzebna analiza histopatologicznym. Po prostu, nie można postawić diagnozy, bez dokładnego zbadania przyczyn. Zawsze najważniejsza jest i będzie diagnostyka, jedne są trafne i właściwe, inne błędne i nieoprawne. Wiadomo, w końcu nikt nie jest nieomylny, a lekarz lekarzowi nie równy. Trzeba o tym pamiętać samemu!

Tak się złożyło, że zachorowałam w okresie szalejącej pandemii. W Niemczech to jeszcze nie jest dramat i jak na razie żaden wielki problem, operacje się odbywają w przyspieszonym tempie, lekarze też się spieszą z przeprowadzeniem badań diagnostycznych.

Jak to było w moim przypadku?

Otóż, około dwa miesiące temu na prawej piersi pojawiły się symptomy, które mnie zaniepokoiły do tego stopnia, że już następnego dnia udałam się do lekarza, pracującego we wspólnym gabinecie z kilkoma innymi. Wiedziałam, że muszę natychmiast ten przypadek wyjaśnić, bo krwawy wyciek z jakiegokolwiek organu to zły znak. Mojego lekarza akurat tego dnia nie było w pracy. Ponieważ żaden inny lekarz nie zaproponował mi badania, poprosiłam o skierowanie do specjalisty. Otrzymałam bez problemu, w ciągu pół godziny znalazłam się u mojego dawnego lekarza, który mnie przed 22 laty operował i opiekował się mną przez ponad trzy lata. Z dobrym skutkiem. Lekarz, o dziwo, mnie zapamiętał, od razu zostałam dokładnie zbadana. Na monitorze nie było widać nic podejrzanego, wiemy jednak, że istnieją niewidoczne choroby, które są niebezpieczne dla zdrowia i życia. Lekarz zlecił zatem dalsze badania i wręczył mi skierowanie z dopiskiem „pilne”. Od razu poszłam zarejestrować się do gabinetu radiologicznego po drugiej stronie ulicy. W gabinecie natychmiast dokonano mammografii. Na ekranie, zdaniem radiologa, widać było ewidentne zagęszczenie tkanek, co oznaczało, że coś się tam jednak zaczyna patologicznie rozwijać. Uspokoiłam się, bo wyglądało to niegroźnie, co też lekarz potwierdził. Wynik był pomyślny dla mnie, zatem szybko pobiegłam do lekarza z radosną nowiną, że nie jest tak źle.

– To się dopiero okaże po dokonaniu biopsji, usłyszałam od specjalisty.

A jednak, nie było dla mnie dobrej wiadomości. W ciągu zaledwie dwóch dni dowiedziałam się, że wynik biopsji wskazuje, iż w piersi pojawiły się złośliwe komórki rakowe. Wyrok zapadł. Trzeba pierś operować! Koniec. Kropka.

Termin operacji został wyznaczony w następnym tygodniu. Od tego momentu w przyspieszonym tempie ruszyła machina urzędnicza, już wcześniej dostałam pakiet dokładnych instrukcji, co mnie czeka, gdzie, kiedy, o której godzinie?

Do szpitala zgłosiłam się dzień przed operacją, by dokonać wszelkich formalności papierkowych. Było tego całkiem sporo, mnóstwo pytań, informacji o przebytych chorobach. Zajęło mi to dobre dwie godziny, a i to tylko dlatego, że koleżanka czytała i od razu zaznaczała właściwą odpowiedź, sama nie miałabym głowy czytać długich objaśnień. Dodam jeszcze, że moja przyjaciółka Ewa zadeklarowała wszechstronną pomoc w dniu, kiedy miałam pójść do szpitala i w czasie mojego pobytu. Byłam wdzięczna losowi, że na swojej drodze spotkałam człowieka, który zasługuje na szacunek za swoje czyny. Człowiek to brzmi dumnie. Ona zawsze wie, kiedy trzeba pomóc, a kiedy nie trzeba się pchać. Nigdy wcześniej nie doznałam aż tylu dowodów człowieczeństwa. Jeszcze o tym będzie mowa!

Dzień operacji zaczął się bardzo wcześnie bo już o godzinie 5.30, odebrała mnie z domu Ewa i ku memu wielkiemu zaskoczeniu przyszła też druga przyjaciółka, Ela, która przyjechała z dalekiej dzielnicy. Dla wyjaśnienia dodam, że od dłuższego czasu tworzymy zgrane trio, nazywając się MY TRZY. W trójkę poruszamy świat z przeszłości w jego różnych aspektach, spotykamy się, jeśli któraś z nas ma coś ciekawego do pokazania, co pozwala nam interesująco spędzać wspólny czas.

– Nigdy nie będziesz szła sama! – usłyszałam dwugłos Ewy i Eli, kiedy otworzyłam drzwi wczesnym rankiem. Mojemu wzruszeniu nie było końca, była to chwila niezwykłych emocji oraz wyrazu wdzięczności, że dane mi było spotkać na swej drodze osoby o wielkim sercu. Okazuje się, że czas weryfikuje prawdziwych przyjaciół, jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwa, że wokół siebie mam osoby, na które zawsze można liczyć.

– Dziewczyny, jesteście wielkie! Kocham Was!

Na oddziale czekały mnie szpitalne procedury, specjalna bielizna i łóżko gotowe do odjazdu punkt o godzinie 7. 15. Operacja była wyznaczona na godzinę 8.00, zatem skoro świt zostałam zawieziona na szpitalnym łóżku w długą drogę z szóstego piętra na oddział operacyjny na pierwszym piętrze. Takich jeżdżących pojazdów łóżkowych było więcej w tym dniu. Stałam jako czwarta w kolejce do różnych pomieszczeń, zmieniano mi legowisko na takie, przypominające stół, okrywano ciepłymi kołdrami, zakładano czepki, ustawiano pozycję ciała, mierzono temperaturę, ciśnienie. Po czym wreszcie nastąpiła iniekcja narkozy, podczas której siostra trzymała mnie czule za ręce. Rozmawiała ze mną o podróży do egzotycznego kraju, czułam się błogo w tym pięknym przekazie, aż do momentu kiedy zasnęłam.

Z narkozy wybudziłam się szybko, niemal zaraz, jak powiedziała siostra.

Przez pierwsze dwa dni leżałam „plackiem” w łóżku, bez ruchu, poza zmianą pozycji leżącej. To taki moment, w którym personel medyczny determinuje życie pacjenta. Nie musiałam nic robić, co chwilę byłam kontrolowana z wielką estymą. Ku memu zaskoczeniu dwukrotnie odwiedził mnie mój lekarz, ten, który mnie operował. Opatrywał ranę i nie pozwolił siostrom tego robić. Specjalny bonus? Ależ skąd, tak funkcjonuje system zdrowia w Niemczech. Miałam dobrą opiekę pomimo tego, że przy licznych pacjentach pielęgniarki miały pełne ręce roboty. Uwijały się w pocie czoła i…z uśmiechem na twarzy. Najbardziej cieszył mnie fakt, że trafiłam na lekarza, który o swoich pacjentów dbał nawet w niedzielę. Miałam też dużo szczęścia, trafiając na kompetentne pielęgniarki i lekarzy, którzy nie tylko leczą chorobę, ale też wpływają pozytywnie na samopoczucie pacjenta. Czy to było szczęście, czy normalność? Sama nie wiem? Inni pacjenci nie narzekali, okazywali wdzięczność.

Chyba jest tak, jak powinno być – dzisiaj człowiek jest dla medyków całością, leczą chore ciało, ale uwzględnia też psychikę pacjenta. To taki wyższy wymiar ludzkiej natury. Ojciec medycyny Hipokrates – lekarz Ciała i Duszy wiedział najlepiej, czego potrzebuje pacjent? Pielęgniarki i lekarze – to specyficzny zawód, ich zadaniem jest opieka i dbałość o komfort powierzonego im pacjenta. Ich reakcje i działania wpisane są w kod zawodu, którego podstawowym przesłaniem jest idea Hipokratesa – lekarz zobowiązuje się świadczyć pomoc, starając się pomagać i nigdy szkodzić pacjentom.

W systemie zdrowotnym w Niemczech wrażliwość na potrzeby chorego człowieka odczuwało się na każdym kroku!

Tańcząc w Operze z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Będzie i dobrze, i marudnie

Zacznę od dobrze. Poszłam do opery na balet Don Kichot i było bardzo, bardzo, bardzo dobrze. Idźcie koniecznie. Do Wigilii włącznie jest masa przedstawień. Muzyka jest piękna, tancerze doskonali, kostiumy cudowne.

Wprawdzie historyjka opowiedziana jest słabiutka i z samym panem Kichotem nie ma niemal nic wspólnego, ale to już nie jest wina twórców przedstawienia. Taka już uroda tego baletu sprzed 150 lat, że wspaniale opowiada słabą historyjkę.

Przedstawienie było więc cudownie piękne, a wokół nagromadziło się trochę spraw, które wydały mi się dziwne, a nawet… dziwaczne. Teraz więc trochę pomarudzę, a przede wszystkim okażę zdziwienie.

Don Kichot (Don Quixote) w tej inscenizacji miał premierę 16 lutego 2018 roku; widziałam spektakl przedwczoraj, czyli od premiery minęły prawie trzy lata, i był to dopiero trzynasty spektakl. Dlaczego tak niewiele razy wystawiono tego Don Kichota? Jest przecież świetny, ma wspaniałe recenzje, publiczność jest zachwycona, o czym świadczy sala tak pełna, jak tylko podczas pandemii może być pełna sala dużej instytucji kulturalnej.

Dziwne.

Ludzie przed przedstawieniem i po przerwach gromadzą się przy kanale dla orkiestry, żeby patrzeć jak tam, w głębi muzycy stroją instrumenty. Gdy gaśnie światło, siadają, ale gdy słychać kroki nadchodzącego dyrygenta, klaszczą.

Dziwne.

Głowa dyrygenta wystaje nieco ponad balustradę kanału dla orkiestry. Siedziałam prawie naprzeciwko i gdy głowa się czasem obracała, jej oczy patrzyły prosto na mnie.

Czułam się dziwnie.

Balet jest złożony z etiud. Po każdej publiczność klaszcze jak oszalała, a tancerze się kłaniają i dziękują. Tak się zachowują widzowie w teatrzykach wodewilowych albo w cyrku, ale też występy są tam tak właśnie koncypowane. W “prawdziwym” teatrze czy “prawdziwej” operze nikt dawniej nie odważyłby się przerwać toku przedstawienia oklaskami. Niekiedy przed rozpoczęciem ktoś w imieniu twórców prosił, żeby, Boże uchowaj, nie klaskać w trakcie, podobnie zresztą jak proszono o to, żeby wyłączyć komórki i nie kasłać w przerwach między jednym a drugim fragmentem spektaklu. Przedwczoraj nikt nie kasłał, ale wszyscy klaskali.

Dziwne. Dlaczego ludzie klaskali jak dzieci w cyrku? Grotowski podobno był wręcz urażony, jeśli ktoś klaskał PO spektaklu, bo jego zdaniem znaczyło to, że sztuka, którą obejrzał, nie powaliła go. Gdyby ktoś klaskał w czasie spektaklu, to mistrza by chyba apopleksja zabiła.

W przerwie przeczytałam opis wystawy pt. Caretaker’s Lounge, berlińskiej rzeźbiarki, Iny Weber. Była pokazywana w holu gmachu Opery (Deutsche Oper) we wrześniu. Już jej nie ma, ale nie szkodzi. Pozostał opis i kolejny powód do zdziwienia. Artystka pisze, iż swoją wystawą w Operze chce złożyć hołd tym, którzy troszczą się o ten budynek, przyklejają naderwane listwy, wymieniają żarówki, polerują klamki, myją podłogi, trzepią dywany. Piękne przesłanie. Po przerwie wracam na salę. W przejściu po lewej widzę podest z oderwanym dużym kawałem okleiny, spod której wystaje jakiś drut. To nie jest zniszczenie ukryte w jakimś kącie, nie, ono się naprawdę rzuca w oczy.

Mam wrażenie, że artystka wie, o czym mówi, jest bowiem rzeźbiarką, a rzeźbienie to ciężka, żmudna i brudna praca. Trzeba więc sprzątać. Ale oprócz Ingi Weber wystawę przygotowało co najmniej trzech mężczyzn, kuratorów, wyjaśniaczy, dyrektorów. Zapewne dobrze zarabiają i może nigdy nie musieli pastować podłóg, wbijać gwoździ i smołować dachu. Możliwe również, że, podobnie jak przywódczyni polskiego Strajku Kobiet (niestety), nie wiedzą, co to znaczy, kiedy ktoś zniszczy twoją właśnie ukończoną (ciężką!) pracę. Myślę, że żaden z tych dobrze ustawionych w życiu mężczyzn nigdy naprawdę nie rzucił okiem na świat, który ich teoretycznym zdaniem wymaga ustawicznej troski, bo zawsze o ten świat troszczył się ktoś inny, ktoś, komu płacimy znacznie gorzej, niż sami zarabiamy i kto przeto być może nie czuje już, że trzeba by naprawdę okazywać troskę, a wykonuje tylko to, co mu zlecił przełożony, albo co zostało ujęte w regulaminie. Sądzę, że czasy prawdziwej troski o człowieka, mebel czy budynek w miejscu publicznym dawno minęły. Ale i tak wydaje mi się dziwne, że w tym samym miejscu można mieć gęby pełne frazesów o niezauważanej przez nikogo pracy i nie zauważyć, że ten, kto ją tu i teraz wykonuje, jest zapewne źle płatnym robotem, który nie wie nawet, co to jest taka troska, bo i o niego nikt się nie troszczy.

Tak zatem dziwnie i dziwacznie ma się teoria sztuki do rzeczywistości. Podobnie zresztą jak się dziwnie i dziwacznie mają sprawy kobiece do sprzątania. Tak się mają, że w spolaryzowanym świecie, jeśli jesteś przeciwko PiS-owi, to nie masz prawa skrytykować Marty Lempart za jej stosunek do sprzątaczki w incydencie z czerwoną farbą. A co ja poradzę, że jestem za tym, żeby nawet w takiej gorącej sytuacji Marta Lempart i Sprzątaczka się porozumiały, a nie żeby ta “lepsza” była “lepsza” od tej “gorszej” i “niżej stojącej”? Nawet jeśli pojawienie się sprzątaczki przed siedzibą PiS-u było prowokacją.

Rzeczywistość skrzeczy.

Na niebiańskich łąkach

Ewa Maria Slaska

Pisałam już tu o pewnej kobiecie, która po śmierci chętnie udałaby się na łąkę, czy nawet tylko łączkę. Zaintrygowała mnie ta myśl. Sama zamierzam się dostać do miejsca, gdzie żyją dusze, które osiągnęły nirwanę, wciąż jednak pamiętam, że w Grecji jest to nazwa firmy produkującej lody, czego się dowiedziałam, gdy na promie z Aten na wyspę Kos obudził mnie w środku nocy wrzask niezadowolonego dziecka, ja chcę nirwanę, ja chcę nirwanę, dlaczego nie ma nirwany?

Co do możliwości uzyskania nirwany buddyjskiej, założyłam, że wystarczy nauczyć się od tego dziecka tego jednego zdania i przez cały czas pośmiertnej wędrówki, która trwać będzie 40 dni, powtarzać je z uporem godnym najlepszej sprawy. Zdanie to brzmi oczywiście “chcę”, ale poprzedza je długa lista tego, czego nie chcę – nie chcę wracać na ziemię, nie chcę nowej mamy i taty, nie chcę czekolady, lizaka ani jakichś tam byle jakich lodów, ja chcę nirwany. Jeśli uda nam się uniknąć pułapek chcenia czegokolwiek innego i potrafimy stawić czoła demonom, które będą nas straszyć, jak im się nie uda zaprosić nas na lody po dobroci, jak zatem przetrwamy 40 dni uporczywie powtarzając “nie chcę”, wylądujemy w nirwanie i będziemy mieli z głowy. Pamiętajcie – “ja chcę nirwanę!” Nauczyłam się tego 50 lat temu temu, czytając Bardo Thodol, tybetańską księgę śmierci, i jeśli ktoś wyniósł z tej lektury inne nauki, to proszę bardzo – ja od pół wieku trenuję się tylko w tej jednej umiejętności – “ja chcę nirwanę!” – i liczę na to, że mi się uda. Jak tam, w tych nirwańskich zaświatach będzie – nie mam pojęcia. Może to będzie łąka.

Tylko, że moi drodzy Czytelnicy (i Czytelniczki rzecz jasna też) ta łą(cz)ka to wcale niełatwa sprawa, przynajmniej w moim przypadku. Na prawdziwej łące są kwiaty, ale są też kamienie, komary, mrówki, krowie placki i krecie dołki. Moje doświadczenie mi mówi, że na łąkę lepiej patrzeć niż na niej być. Pozostały mi w pamięci trzy znamienne łąki. Były na nich owady i krowy i nie chciałabym, żeby były też w zaświatach.

Pierwsza była dawno temu. Miałam może 10 lat, może 11. Pojechałyśmy na wycieczkę z moją cioteczną babką, Karusią. Miałyśmy do przejścia wielką łąkę. Nota bene była to łąka, na której zobaczyłam pierwszą w życiu rosiczką – roślinkę, która pożera muchy. Ta łąka to był to mój ulubiony krajobraz – wielka pusta przestrzeń pod wielkim sklepieniem niebieskim. W oddali widać było pojedyncze krowy. Biegłam sobie po łące, podskakując i zrywając kwiatki. Aż wpadłam prawą stopą w dołek, lewa natomiast dalej sobie biegła, co sprawiło że prawa się zwichnęła. Krowy, które przedtem pasły się daleko, teraz zaczęły się zbliżać, a ja uciekałam przed nimi kuśtykając.

Byłyśmy na tej łące same we dwie – jedenastoletnia dziewczynka i sześćdziesięcioletnia kobieta. Samochód stał daleko na szosie, kierowca pewnie oparł głowę o kierownicę i drzemał. Nie wiem, co zrobiła Karusia i jak nas obie zabrała z tej wielkiej pustej łąki, jak wróciłyśmy od krów do cywilizacji.

Łucja Prus i jej autor, Marek Jackowski nie mieli racji, gdy ułożyli piosenkę o tym, że nic dwa razy się nie zdarza. Nieprawda. Wszystko zdarza się co najmniej dwa razy. Na drugiej łące mojego życia też były krowy. TU to opisałam. Za to na trzeciej były, tak jak na pierwszej – owady.

Pojechałam do Dobroszyna nad Wartą, czyli dawnego niemieckiego pałacu w Tamsel, na mszę polsko-niemiecką. Była to wzruszająca uroczystość, ale przyjechałam po nieprzespanej nocy i przez całą mszę patrzyłam tęsknie za okno na śliczną gładką zieloną trawę w cieniu wielkich dębów i myślałam o tym, jak cudownie byłoby się tam położyć i zasnąć. Jak tylko msza się skończyła, popędziłam na łąkę. Zasnęłam natychmiast i obudziłam się po 15 minutach niemiłosiernie pocięta przez meszki, te straszne, małe krwiożercze komarki, które są w stanie zagryźć krowę.

Ale dość już opowieści o moich łąkach pełnych krów i much. Na pewno są i inne łąki. Sięgam po powieść Johna Steinbecka, świetnego pisarza amerykańskiego, ongiś bardzo sławnego (w roku 1962 dostał Nobla), a dziś sama nie wiem – Pastwiska niebieskie (The Pastures of Heaven). Te Pastwiska Niebieskie to miejsce, gdzie w XVIII wieku hiszpański kapral dowodzący pogonią za zbiegłymi Indianami odkrył taki widok:
… u jego stóp leżała długa dolina wyścielona zielonym pastwiskiem, na którym stadko saren spokojnie skubało trawę. Wspaniałe dęby wyrastały prosto w niebo z jej pięknych łąk, ze wszystkich stron otulały ją wzgórza, kryjąc zazdrośnie i chroniąc przed mgłą i deszczem. Srogi, służbisty kapral poczuł się mały i słaby wobec tak niepokalanego piękna.
– Matko Najświętsza! – wyszeptał. – Toż to Pastwiska Niebieskie, do których nas wiedzie nasz Pan!

Z czasem na Pastwiskach Niebieskich osiedliło się kilka rodzin. Ludzie żyli tu w pokoju i zamożności. Ziemia była bogata, łatwa do uprawy, owoce z ich sadów najlepsze spośród wszystkich, jakie dojrzewały w centralnej Kalifornii. Ale i tu, tak jak na moich łąkach, to co z zewnątrz wydaje się sielanką, od środka pełne jest konfliktów, zła i cierpienia. Bo zaprawdę jest tak jak mówi w Biblii Prorok Jeremiasz (9.9): Podnieście płacz i narzekanie na górach, a na niwach stepu pieśń żałobną, gdyż są wypalone tak, iż nikt tamtędy nie przechodzi i nie słychać tam porykiwania stad, nie ma ptactwa niebieskiego ani bydła, uciekły, zbiegły!

Nota bene w Biblii nie ma w ogóle tych obiecanych pastwisk niebieskich (po angielsku też ich nie ma), w obu językach są jedynie zielone pastwiska, zielone łąki lub zielone niwy w (moim ulubionym psalmie) 23.

Tak śpiewają ten psalm młodociani przestępcy w filmie Jana Komasy Boże Ciało (tylko pamiętajcie, żeby tu wrócić, jak skończy się trailer):

https://www.facebook.com/bozecialofilm/videos/466863190571713/

A tak młodzi ufni ludzie, którym się w życiu powiodło:

Barataria in Berlin (Reblog)

Ideengeber war für diesen Beitrag Tibor Jagielski. Danke!
Autor: Hans Block

Hörspiel vom 5. Oktober 2021, nach Cervantes

Don Don Don Quijote – Attackéee

Miguel de Cervantes‘ berühmte Romanfigur zieht es vor, im krisengeschüttelten, feudalen Spanien die Wahrheit seiner alten Ritterromane zu leben. Der „Ritter von der traurigen Gestalt“ konstruiert sich eine fast perfekte eigene Welt.

Don Quijote mit Sancho Panza vor einer Windmühle (picture-alliance / dpa / Antonius)

Don Quijote macht sich auf, um Abenteuer zu erleben, die ihm in seinem maroden Kaff versagt sind. Auch im Hörspiel und nach 500 Jahren scheint seine Geschichte eine verheerende Wirkung zu haben. Infiziert von einer neuen Ausstrahlung der Taten des heldenhaften Ritters werfen hunderte Hörer ihre bürgerliche Identität über Bord, stülpen sich die Maske des Don Quijote über und ziehen in die Schlacht unter dem Motto: „Die Welt ist veränderbar!“

Hörspiel

Und das alles spielt sich in Berlin ab. Die Autor*innen des Hörspiels fanden sogar einen “wahren” Don Quijote in Berlin, der sich nur auf dem Pferd bewegt und dem gängigen System, den wir im Allgemeinen Rattenwettrennen nennen, den Rücken kehrt. Der wurde für das Hörspiel gar interviewed, aber leider ist dieses Hörspiel nicht nur Reblog, dh. leider nicht “mein Ding”, sondern auch Wiederholung vom Jahre 2014. Nach sieben Jahren gibt es in Berlin keinen auffindbaren Don Quijote. Nur Kneipen.


Reihe: Busch-Funk
Don Don Don Quijote – Attackéee
Von Hans Block
Regie: Hans Block
Mit: Stefan Kolosko, Lisa Hrdina, Jan Breustedt, Matthias Mosbach, Max Meyer-Bretschneider, Alexander Höchst u.a.
Ton und Technik: Albrecht Panknin, Studio Zpiao
Mentorin: Elisabeth Panknin
Produktion: Deutschlandfunk in Kooperation mit der Schauspielschule Ernst Busch 2014
Länge: 46‘02
Eine Wiederholung vom 24.06.2014


Hans Block, geboren 1985 in Berlin, arbeitet als Theater- und Filmregisseur, Musiker, sowie Hörspielautor und -regisseur. Das Hörspiel „Don Don Don Quijote – Attackéee“ wurde 2015 mit dem Grand Prix Marulić ausgezeichnet.

Wspomnienia o Maryli 29

Magdalena Ciechomska

Początek Adwentu to czas przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Już od października ustalaliśmy z Marylą, jakie prezenty kupimy każdemu z członków rodziny. Musiały to być rzeczy potrzebne danej osobie, czasem bardzo, ale to bardzo praktyczne. Ktoś potrzebował nowego parasola, cioci przydałyby się ciepłe skarpety i bielizna. Maryla lubiła takie prezenty. Raz zamówiła sobie na Gwiazdkę drewnianą stolnicę, innym razem dostała nową wycieraczkę pod drzwi. Co roku prosiła o kalendarz katolicki z zaznaczonymi wszystkimi świętami kościelnymi. Oczywiście, do tych praktycznych prezentów dodawaliśmy każdemu jakieś sympatyczne drobiazgi w charakterze niespodzianki. Były to przeważnie słodycze, kosmetyki. Ja często kupowałam Maryli kolczyki. Oprócz prezentów uzgadniałyśmy plany kulinarne. Prowadziłyśmy konsultacje telefoniczne na temat zakupów i ustalenia, kto co ugotuje bądź upiecze. Oczywiście był stały zestaw dań oraz ciast, ale Maryla co roku znajdowała jakiś nowy przepis na ciasto, często egzotyczny. Robiłyśmy listę zakupów, zapisywałam, co muszę kupić ja, co Maryla kupi w Berlinie.

Zwykle Maryla przyjeżdżała na jakiś tydzień wcześniej, bo jeszcze musiała pojechać do Grójca po ciocię, a poza tym chciała choć raz pójść na Roraty. W naszej warszawskiej parafii te uroczyste msze adwentowe poświęcone Maryi odbywają się zawsze tradycyjnie o 6 rano. Trzeba wstać przed piątą, z domu wychodzi się w ciemność. Maryla zawsze zabierała lampion z zapaloną wewnątrz świeczką. Jeśli udało się wstać i wyjść odpowiednio wcześniej, do kościoła szło się piechotą, w sumie niedaleko, jakieś 20 minut. Gdy zamarudziło się dłużej, albo gdy padał deszcz, trzeba było podjechać autobusem, a lampion zapalało się później. Im bliżej kościoła, tym więcej widziałyśmy podobnych postaci z migocącymi w ciemności lampkami. Koniecznie trzeba było być wcześniej, przynajmniej dziesięć minut przed rozpoczęciem mszy, żeby wejść z mroku nocy w mrok nieoświetlonego kościoła, rozpraszany tylko niewielkimi płomykami lampionów. Ta chwila i potem śpiew Rorate coeli, były dla Maryli znakiem wejścia w czas świąteczny.

Po powrocie do domu, po ogrzaniu się i śniadaniu, zabierała się do prac kuchennych. Wstawiała ciasto do piekarnika, a potem robiła porządki. Bardzo lubiła dekorować swoje mieszkanie na piętrze. Choinkę wysoką do sufitu, kupowaliśmy kilka dni przed Wigilią, ustawialiśmy u nas, na dole. Ubierana była w Wigilię, od rana. U siebie Maryla umieszczała w różnych miejscach stroiki, bukiety gałęzi świerkowych, na których zawieszała najmniejsze bombki, jakiś niewielki sznur lampek choinkowych, gwiazdę jako abażur lampy pod sufitem. Krzątała się tak przez cały dzień, z przerwami na posiłki, jednocześnie słuchając muzyki z radia lub z płyt. Ja robiłam swoje na dole, ona – na górze. Od czasu do czasu przemieszczałyśmy się z góry na dół w poszukiwaniu jakiejś łyżki, miski, blachy do ciasta, przyprawy… Wieczorem obie padałyśmy ze zmęczenia. Maryla, która jako feministka zasadniczo sprzeciwiała się zamykaniu kobiet w kręgu prac domowych, tę przedświąteczną harówkę traktowała jak rytuał, twierdziła, że jest to dla niej integralna część samych świąt, że w ten sposób wchodzi w czas i klimat Bożego Narodzenia. Walcząca feministka w tym czasie przyjmowała rolę tradycyjnej pani domu i sprawiało jej to niewątpliwie wielką przyjemność.

Pamiętam jedną z naszych rozmów, na temat pracy kobiet prowadzących dom w dziewiętnastym wieku. Maryla mówiła wtedy, że praca tych gospodyń domowych była w istocie bardzo kreatywna. Nie ułatwiała jej znana nam dziś automatyzacja, nie było półproduktów upraszczających przygotowanie posiłków. Kobiety nie tylko samodzielnie smażyły konfitury, kandyzowały owoce, robiły marynaty , gotowały i piekły. Często były też wytwórczyniami płótna, przypraw, chemicznych środków czystości. Prace domowe mogły dawać im więcej satysfakcji i poczucia sprawstwa niż współczesnym kobietom, często znajdującym się pod presją reklam i czysto konsumpcyjnych oczekiwań. Myślę, że w wirze tych przedświątecznych przygotowań obie realizowałyśmy się w takiej kobiecej kreatywności.

Frauenblick

Monika Wrzosek-Müller

Das Kino Kultura und der Film Wesele

Das Kino Kultura in Warszawa war schon zu meinen Studienzeiten eine Institution, doch nach der Renovierung und Neueröffnung im Jahr 2009 ist es einfach ein reines Vergnügen, sich in dem Kino einen Film anzuschauen. Der Saal ist riesig, 234 Sitze, in dezentem Mintgrün gehalten, Corona-sicher auch abends; es waren jedes Mal höchstens 15 Leute anwesend. Auf dem Programm stehen immer die neuesten aber ambitionierten Produktionen, besonderen Wert legt man auf die polnische Filmographie; das Kino wird vom Verband der Polnischen Filmemacher betrieben. Immer wieder werden auch Themenschwerpunkte gesetzt – z.B. eine Thriller-Woche oder die Woche des Vietnamesischen Films organisiert; es gibt Premieren, Previews. In das Kino kommt man durch ein anständiges italienisches Restaurant, das vor oder nach der Vorführung zum Essen und Trinken einlädt. Insgesamt eine richtige Institution, in der sehr belebten Krakauer Vorstadt 21/23.

Doch eigentlich wollte ich über einen Film berichten, der Polen noch stärker polarisiert hat (sollte es denn überhaupt noch Versuche geben, zu einigen), nämlich über Wesele [Die Hochzeit] 2 von Wojciech Smarzowski. Den habe ich im Kino Kultura gesehen. Es ist eindeutig kein Film, der gefallen will, eher soll er aufrütteln, schockieren, erschrecken, zum Nachdenken zwingen. Jeder, der den Film gesehen hat, entwickelt dazu seine ganz eigene Meinung; er wurde total kritisiert und hoch gelobt und es ist auf jeden Fall wieder einmal ein für Polen wichtiger Film.

Die Handlung ist eigentlich simpel: die Tochter eines mächtigen Schweinefleischproduzenten in einer ostpolnischen Provinzstadt heiratet ihre Jugendliebe; natürlich ist die Feier überdimensioniert, reich und geschmacklos. Der Vater ist in mehrere Probleme verwickelt, über die im Verlauf der Handlung erfahren. Die Mutter hat ihr Leben als immer betrogene reiche Ehefrau eigentlich satt, passt auch gar nicht in das neureiche Interieur. Als die fast wichtigste Person entpuppt sich im Laufe des Films der Großvater, dessen Erlebnisse im Zweiten Weltkrieg den Hintergrund und zugleich eine Brücke bilden – Analogie zu einem der „polnischsten“ Dramen, Stanislaw Wyspianskis Wesele von 1901.

Die Fleischfabrik, ein Ort des Grauens, betrieben hart an der Grenze der Legalität, könnte schlimmer erscheinen als die Ereignisse des Zweiten Weltkriegs. Es geht darum, immer billiger, immer mehr und mit immer größerem Profit zu produzieren. Dabei spielen auch deutsche Interessenten am Kauf von billigem Schweinefleisch eine wichtige Rolle. Für mich folgt der Film präzise einer Linie: er zeigt, dass man dem früheren Bösen nicht entkommen kann, malt eindringlich aus, wie es ist, das Böse, Schreckliche mit sich schleppen zu müssen, die Last auf den Schultern zu spüren und ihn noch so viele Jahre nach dem Krieg nicht abschütteln können. Man ist in der Vergangenheit gefangen, die alten Geistern steigen auf und vermischen sich mit den gegenwärtigen, so ist die Vergangenheit in der Gegenwart immer präsent und kann nicht aufhören mitzumischen.

Wenn man an in Polen an Wesele denkt, kommt einem ganz natürlich das große, mit den polnischen Mythen der Gesellschaft abrechnende Drama von Wyspianski in den Sinn. Da ist die Kluft, die Spaltung der polnischen Gesellschaft wunderbar sichtbar: die Bildungsbürger [inteligencja] sind guten Willens, die adligen Gutsbesitzer weniger; sie können die Bauern nicht verstehen, sie nicht aus ihrem Elend erlösen. Alles dreht sich in einem verträumten Tanz im Kreis und ganz tief ändert sich wenig. Der Alkohol erwärmt die Gemüter, sie sind so eher bereit, vieles einzugestehen, in diesem Moment zu vergeben…

Die Vermischung des Alkohols mit dem großen familiären Ereignis, dem Tanz, spielt auch bei Smarzowski eine große Rolle; der Alkohol bringt die Situation zum Überkochen, nach dem Höhepunkt ist nur noch der Absturz möglich. Das schicke Auto, ein Porsche, wird zerstört, der Bräutigam betrügt die Braut, die Mutter will die Scheidung, das Schicksal der Fabrik hängt von den deutschen Einkäufern ab, die man ganz schlicht versucht betrunken zu machen und dann durch inszenierte Sexexzessen, die gefilmt werden, zu erpressen, damit sie den Vertrag unterschreiben. Dass am Ende auch noch die Knochen von jüdischen Opfern des Zweiten Weltkriegs ausgegraben werden, ist eindeutig zu viel für den Zuschauer, auch für die Geschichte, die stark durch die Musik und die fantastische schauspielerische Leistung getragen wird. Dass dann auch noch arme und völlig ahnungslose Vietnamesen für die Arbeit in dem Schlachtbetrieb eingesetzt werden, ist der Symbolik zu viel. Polen ist wie ein großer Topf, in dem es von Gräueln nur so brodelt. Wir sehen keinen positiven Helden, am ehesten sind es die beiden Frauen: die Mutter und die Braut, doch sie sind in ihrer Harmlosigkeit so verwurzelt, dass sie dem überbordenden Bösen wenig entgegenzusetzten haben. Doch für die Polen, für ihr Geschichtsbewusstsein, ihr Gerechtigkeitsempfinden könnte es bedeutsam sein.

Parallel dazu verläuft die Geschichte des Großvaters, der sich während des Krieges in ein jüdisches Mädchen verliebt hatte und dann nicht darüber hinwegkam, dass das Mädchen und dessen Eltern in einer Scheune verbrannt werden sollten – getrieben von deutschen Soldaten, aber ermordet von polnischen Bauern. Er versuchte, das Mädchen mit einigen anderen Juden zu verstecken und hoffte, unbemerkt zu bleiben, doch dafür bezahlte sein Freund mit dem Leben; die jugendlichen Entscheidungen, die harmlose Liebe entscheidet plötzlich über Leben und Tod. Der Junge ist dem nicht gewachsen, obwohl er es gut meint, sorgfältig organisiert. Immerhin überleben einige von ihm versteckte Juden den Krieg. Dafür wird er als einer der Gerechten unter den Völkern der Welt ausgezeichnet und soll in Yad Vashem geehrt werden; die Nachricht erreicht ihn während der Hochzeit und sie ist der Auslöser für seine Erinnerungen. Die Geschichte in der Gegenwart bewegt sich Richtung Katastrophe und die Geschichte der Vergangenheit kommt immer näher an uns heran.

Es ist eine Geschichte über die polnischen Dämonen der Provinzialität, des Egoismus, der Fremdenfeindlichkeit bei aller Gastfreundschaft, der Angst. Vielleicht ist es ein Film, der gewollt viel zu didaktisch, symbolisch ist und deswegen für das Ausland nicht lesbar, doch für Polen ein Lehrstück, an dem sich die Geister lange schinden werden. Es ist wie ein Spiegel, vielleicht ein etwas schiefer, doch die Themen des Films sind äußerst wichtig und in der öffentlichen Narration immer wieder präsent, so sollte man sich seine eigene Meinung dazu bilden, das versucht der Film jedem unter die Nase zu reiben.

Wesele [die Hochzeit], 2021
Regie und Drehbuch: Wojciech Smarzowski
Kamera: Wojciech Sobocinski
Musik: Mikolaj Trzaska
die Besetzung: Robert Wieckiewicz, Agata Kulesza, Marian Dziedziel, Ryszard Ronczewski, Maria Sobocinska und Mateusz Wieclawek

Dzieci

Mieczysław Węglewicz

Wyrok

Dziecko było chore, osłabione. Miało gorączkę.
Przestało ssać.
Wioskowy szaman powiedział, że nic nie pomoże.
– ktoś rzuca urok, cały czas.
Tak mówił
– ale kto, Boże, kto? – jęczała załamana matka.
Szaman nachylił się i szepnął jej do ucha.
Chłopiec, może pięciolatek, usłyszał to.
Miała dwoje dzieci, chłopców
Młodsze umierało.
Spojrzała badawczo na starszego syna.
Kiedy ich oczy się spotkały, chłopczyk spuścił wzrok na podłogę i odwrócił się.
Był zawstydzony, zmieszany.
Z błaganiem w oczach spojrzała na szamana – patrzył na nią przez chwilę,
potem przymknął powieki i potakująco kiwał głową.

Oskarżają dzieci o czary

15 sierpnia. Wniebowstąpienie

Najpierw był huk potem chmura pyłu i ogień. Dom zniknął. Powietrze gorące sierpniem i pożarem było brudne. Miało smak cegieł i wapiennej zaprawy. Kobieta z dziewczynką wyszły z piwnicy. Płakały. Dziewczynka podbiegła do figurki. Jej wsuwane trepki klaskały w pięty. Klęknęła, złożyła ręce. Cały czas płakała. Spojrzała przez chwilę w górę. Niebo przysłaniała mgła, pył, który drażnił oczy. I znowu był huk i ogień i pył. I krzyki z niewidocznych ust. ,,Marysiu, Marysiu”. Dziewczynka odchodziła w ciszy. Była szara od pyłu, bosa, z otwartymi oczami.

Miłość

Chłopczyk  był z mamą na przedstawieniu pod tytułem Królewna Śnieżka w teatrze lalkowym.
– Podobało ci się?, spytała w drodze do domu mama.
– Bardzo, odpowiedział chłopiec,
a mama usłyszała w jego głosie, że jest szczęśliwy.
– A co najbardziej?, dopytywała się.
– Królewna, odpowiedział chłopiec.
Minęły dwa, może trzy dnia. Chłopiec poprosił
– Mamo, chcę  jeszcze raz do teatru
– pójdziemy?, zapytał z nadzieją.
– Raz wystarczy, odparła mama i dalej obierała ziemniaki.
– Mamo, proszę…
powtarzał, przeciągając słowa,
– błagam…
Mama pozostawała jednak przy swoim.
Kiedy wieczorem odwiedziła ich babcia,chłopiec pod nieobecność mamy poprosił babcię.
Zgodziła się.
– Tylko nic nie mów mamie.
– To będzie nasza tajemnica, poprosił chłopczyk.
Po dwóch dniach babcia oświadczyła, że zabiera wnuka na spacer.
Poszli do teatru  lalkowego. Tak, babcie na całym świecie rozpieszczają wnuki.
Po przedstawieniu byli jeszcze na lodach. Chłopiec po powrocie  do domu był jak nieobecny, rozkojarzony.
Nie słyszał, co się do niego mówi. Mama zmierzyła mu temperaturę i dała herbatkę z  syropem malinowym. Rano było lepiej, ale nie poszedł do przedszkola. Kolejnego dnia znowu chciał do teatru.
Mama podśmiewała się, że chyba zakochał się w królewnie. Ostatecznie zgodziła się.
W czasie przedstawienia chłopiec cieszył się, uśmiechał, najbardziej, gdy występowała królewna Śnieżka. Wtedy bił długo i głośno brawo. 
Po spektaklu, gdy już wszyscy wychodzili z teatru,
chłopczyk puścił rękę mamy i radośnie pobiegł za kotarę.
– Tam nie wolno, krzyknęła pani bileterka. 
To trwało krótko. Może po minucie chłopiec wyszedł. Zanosił się  płaczem. Mama objęła go i przytuliła. On łkał i szlochał. Nie można było zrozumieć, co mówi. Ktoś Cię skrzywdził?
Co się stało?
Chłopiec połykał łzy i wycierał ręką policzki i nos. Cały się trząsł. Podeszła pani bileterka.
– Może się przestraszył, powiedziała do mamy.
– Chodźmy zobaczyć, co takiego cię przestraszyło, zwróciła się pojednawczo do chłopca.
Chłopiec nie chciał tam iść.
Wobec tego pani bileterka sama weszła za kotarę i trochę  ją odsunęła.
– Nic tu nie ma, powiedziała,
– lalki leżą na stole. Lalki, jak lalki, drewniane, ubrane… królewna, krasnoludki.
– Nic tu nie ma, powtórzyła wychodząc i zasunęła  kotarę.
Chłopczyk rozszlochał się jeszcze bardziej.

Lucy Wielka Mistrzyni 3

Tibor Jagielski

Porządek świata

Budząc się pewnego ranka Lucy stwierdziła, że w  jej świecie zapanował bałagan.
Nad górami nie świeciło słońce i nie płynął do niej odgłos strumienia;
nie wiał ożywczy wiatr poranka, a z paleniska w kuchni nie dobiegało wesołe skwierczenie żaru.
– Ojej, co za dzień – pomyślała Lucy – nawet herbaty dzisiaj nie będzie!
Nie zgadzając się z taką perspektywą, postanowiła przewrócić się na drugi bok i zasnąć ponownie,
co też uczyniła.
Po pewnym czasie, po zrobieniu porządku w swoim śnie, obudziła się znowu i ujrzała słońce nad szczytami gór; znad strumienia słychać było baraszkujące kaczki, a na palenisku  bulgotał czajnik.
– Tak, ten świat pachnie jak świeżo skoszona trawa – pomyślała zadowolona Lucy – i wstała.

——————————————————————————-

Ogród Lucy

Jednego dnia pewien podróżnik podziwiał ogród Lucy,
pielęgnowane jej ręką dzikie byliny, rozłożyste krzewy,
soczyste owocostany i do nieba sięgające zarośla.
– Powiedz mi – zapytał zdumiony takim przepychem natury –
 jaka tajemnicza wiedza kryje się w twojej sztuce?
– Nie ma tutaj żadnej tajemnicy, no może tylko poza jedną – odpowiedziała Lucy –
najpierw rośnie wszystko przed moim duchowym okiem,
 a dopiero potem  sieję  to i sadzę,
 ale wszystko nie obrodziłoby tak wspaniale, gdyby nie moje kaczki,
 które każdego dnia nawożą ten kawałek ziemi.
——————————————————————————-
Lucy i jutro

– Ciężko pracuję – powiedział przedsiębiorca, który pewnego dnia odwiedził Lucy.
– Moja firma jest dobrze notowana na giełdzie,  jej produkty rozchodzą się jak ciepłe bułki,
a ja  należę w międzyczasie do najbogatszych ludzi w kraju, ale nie jestem zadowolony.
Powiedz mi, czy będę jutro szczęśliwy?
– Nie wiem – odpowiedziała mistrzyni – nie jestem jasnowidzem, ale nie można zaplanować tego, by stać się jutro szczęśliwym.
Szczęśliwym można być tylko dzisiaj.
Ptak, który właśnie śpiewa na drzewie, jest teraz szczęśliwy i nigdy nie planuje, że zaśpiewa jutro.

——————————————————————————-

Lucy i wysiłek  

Teo, uczennica Lucy, lubiła medytację, ale pewnego dnia nie była zadowolona z mantry, którą zaproponowała mistrzyni.
–  Nie mogę się skupić i znaleźć nitki do kłębka – żaliła się głośno
– Wobec tego będziesz musiała znaleźć twoją własną mantrę, ale nie będzie to łatwe.
Szukaj jej ostrożnie we własnym wnętrzu w stanie zupełnego spokoju.
To może trwać parę godzin, a nawet cały dzień, albo i jeszcze dłużej –  powiedziała Lucy.
– A jeśli się  skupię ze wszystkich sił? – spytała się Teo.
– W takim wypadku może to potrwać nawet parę tygodni.

c.d.n.

Z wolnej stopy 60

Zbigniew Milewicz

Jakie drzewa, taki las…

80 lat temu w hitlerowskim więzieniu przy dzisiejszej ulicy Mikołowskiej w Katowicach stanęła gilotyna. Szybsza i precyzyjniejsza w obsłudze, niż średniowieczny topór, którym niemieccy kaci dotąd posługiwali się w miejscach kaźni. Wykonała ona co najmniej 552 wyroki śmierci na wrogach III Rzeszy i za więziennymi murami nazywano ją czerwoną wdową.

Machina śmierci – czytamy w archiwalnym materiale Grażyny Kuźnik* – działała jeszcze na kilka dni przed wejściem do miasta Rosjan. Niemcy stracili wtedy siedmiu więźniów z Piekar, Siemianowic, Knurowa, Orzesza i Rudy Śląskiej. Dopiero potem gilotynę próbowali ukryć. Nie mieli czasu, zakopali ją płytko na cmentarzu w Bogucicach. W katowickim Urzędzie Stanu Cywilnego cudem zachowały się spisy zgilotynowanych. Ginęli nie tylko mężczyźni, ale też kobiety i młodzież. W pierwszej egzekucji stracił życie 32- letni murarz z Czechowic. Drugą ofiarą była 31- letnia góralka z Żywca. Oprócz niej ścięto jeszcze 53 kobiety i 13 chłopaków w wieku do 19 lat.

W swoim artykule autorka opowiada o losach jednej z ofiar, 28-letniego, katolickiego księdza Jana Machy, o którym jej koleżanka z katowickiej TV, Dagmara Drzazga, nakręciła właśnie dokumentalny film. Tytuł obrazu brzmiał: Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Wspominam o tych pracach z okazji beatyfikacji księdza Machy, która odbyła się 20 listopada w Archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach w asyście tysięcy śląskich wiernych. Kto nie mógł osobiście przybyć do katedry, ten miał możliwość uczestniczenia w niej za pośrednictwem mediów; mnie niestety nie udało się z żadnej z tych opcji skorzystać, chociaż byłem wtedy na Śląsku, więc tym bardziej winien jestem napisać, co wiem o tym człowieku, który za pomaganie rodzinom prześladowanym przez Niemców w czasie wojny, zapłacił męczeńską śmiercią.

Hanik, bo tak go nazywali w domu, przyszedł na świat 18 stycznia 1914 roku w Chorzowie Starym. To była tradycyjna, śląska rodzina Pawła Machy i Anny, z domu Cofałka; Hanik miał dwie siostry i brata. Był harcerzem. W szkole brał udział w amatorskich przedstawieniach teatralnych i trenował piłkę ręczną, czyli szczypiórniaka, który w Chorzowie stał na wysokim poziomie. Z drużyną miejscowych Azotów kilkakrotnie sięgał po tytuł mistrza Śląska, a w latach trzydziestych – także wicemistrza Polski. Działał w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży. Nie wiem, kiedy zdecydował, że zostanie księdzem; w 1934 roku przyjęto go do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie i pięć lat później, krótko przed wybuchem wojny, otrzymał święcenia kapłańskie.

10 września 1939 roku ksiądz Macha został wikarym w parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej, gdzie nawiązał kontakt z tajną grupą konspiracyjną o nazwie Polska Organizacja Zbrojna, wchodzącą w skład Polskich Sił Zbrojnych. Zajął się w niej prowadzeniem tzw. Opieki Społecznej, która sprowadzała się do działalności charytatywnej wśród rodzin, będących na niemieckiej, czarnej liście. Ich członkowie byli m.in. uczestnikami Powstań Śląskich, ale często wystarczył brak flagi z hackenkreuzem w oknach mieszkania, czy donos złośliwych sąsiadów, że na parterze śmieją się z führera, żeby trafić do aresztu, albo co gorsza do Oświęcimia, za wrogość wobec III Rzeszy. O rozmiarach tej pomocy, niesionej potrzebującym bez względu na ich narodowość, może świadczyć fakt, że młody wikary miał 1750 współpracowników – wolontariuszy, między innymi harcerzy. Konfidenci, którzy byli w czasie niemieckiej okupacji na Górnym Śląsku wszechobecni, pewnego dnia zadenuncjowali również Hanika. 5 września 1941 roku został aresztowany przez gestapo na dworcu kolejowym w Katowicach. Znaleziono przy nim listę osób, którym pomagał wraz ze swoimi współpracownikami oraz inne dokumenty, świadczące, że zbierał pieniądze na rzecz potrzebujących i im je przekazywał. Lista ta była później jednym z głównych dowodów w śledztwie i procesie całej grupy.

W śledztwie był brutalnie bity i torturowany. 17 lipca 1942 roku przed sądem doraźnym w Katowicach odbyła się krótka rozprawa, na której ksiądz Macha i współpracujący z nim kleryk Joachim Gürtler skazani zostali na śmierć, przez ścięcie gilotyną. Kilka godzin przed śmiercią ks. Macha napisał list do swoich rodziców i rodzeństwa:

„Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko, ale uważam, że cel swój osiągnąłem. Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze! Bez jednego drzewa las lasem zostanie (…) Zatem do widzenia! Zostańcie z Bogiem! Módlcie się za Waszego Hanika.“

Wiedział, że nie spocznie w grobie. We wspomnianym liście prosił więc swoich najbliższych: „Pogrzebu mi nie użyczą, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie Ojcze Nasz“.

Wyrok wykonano 3 grudnia 1942 roku. Ciała skazanego nie wydano rodzinie, najprawdopodobniej zostało ono spalone w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Prośba Hanika o cichy zakątek po śmierci została spełniona, kiedy z inicjatywy grona jego przyjaciół w październiku 1951 roku powstał symboliczny grób na starym, rodzinnym cmentarzu parafii św. Marii Magdaleny w Chorzowie Starym, gdzie Hanik został ochrzczony i gdzie sprawował swą prymicyjną mszę świętą.

Sługa Boży ksiądz Jan Macha został wyniesiony na ołtarze 20 listopada 2021 roku, po ośmioletnim procesie beatyfikacyjnym, przez papieża Franciszka, którego na uroczystości w Katowicach reprezentował kardynał Marcello Semeraro, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. W ceremonii wzięli udział: rodzina księdza Machy, episkopat Polski, śląskie duchowieństwo, przedstawiciele rządu, władz samorządowych Śląska i różnych organizacji kościelnych oraz społecznych. W katedrze odsłonięto portret nowego błogosławionego i wniesiono związane z nim relikwie – różaniec, który wykonał w celi z wydłubanych drzazg i ze sznurka wyciągniętego z siennika, chustkę więzienną oraz list, napisany do rodziny przed śmiercią. A w homilii, odwołującej się do ustawicznych apeli papieża Franciszka o społeczną empatię, było uzasadnienie, dlaczego ksiądz Macha został beatyfikowany:

Opiekował się wieloma rodzinami dotkniętymi koszmarem wojny. Nie pozostał obojętnym na żadne cierpienie: gdziekolwiek ktoś był aresztowany, deportowany, rozstrzelany, przynosił pocieszenie i wsparcie materialne. Nie zwracał przy tym uwagi na różnice narodowościowe, wyznaniowe czy społeczne. Jak cenny jest dzisiaj jego przykład! Jakże jasne jest jego nauczanie! W podzielonym społeczeństwie, gdzie indywidualizm i egoizm wydają się coraz bardziej umacniać z powodu braku autentycznych i szczerych relacji, nasz Błogosławiony przypomina nam, że Chrystus będzie nas sądził za miłość i dobro, które uczyniliśmy.

Ustalono, że wspomnienie błogosławionego Jana Machy przypadnie corocznie na dzień 2 grudnia, czyli na wigilię jego śmierci. Uroczystość beatyfikacyjną poprzedziła konferencja prasowa, na której zabrał głos m.in. dr Andrzej Grajewski, historyk i publicysta mediów katolickich. Tym, co powiedział, chciałbym podsumować mój dzisiejszy wpis, bo zgadzam się z autorem:

Dziś święto mają również wszyscy ci, którzy byli razem z księdzem Janem: kleryk Joachim Gürtler i Leon Rydrych – skazani razem z nim i zgilotynowani za działalność w podziemnej organizacji. – To także święto tych 1750 osób, o których mówi niemiecki wyrok określający liczbę współpracowników księdza Machy w akcji charytatywnej prowadzonej od Zabrza po Pszczynę. Gdybym zastanawiał się, co zrobiłby dziś ksiądz Macha, to myślę, że na pewno byłby w „Namiotach Nadziei”, które za strefą stanu wyjątkowego na wschodniej granicy rozstawiła białostocka Caritas.
______________

*slaskie.naszemiasto.pl, 29 października 2011