meine mutter lackierte sich gerade die nägel. das telefon klingelte. sie stand auf, und seufzte auf dem weg zum telefon: „ach, ich kann das nicht so wie sie, das telefon klingeln lassen, wenn ich mir die nägel lackiere, ich lasse mich stören, und hebe ab“. nach ihrem gespräch, fragte ich:
– mama, wen meinst du?
– ach, du weisst doch.
– nein, ich erinnere mich nicht.
– doch, doch du kennst sie.
– deine freundin britta?
– nein!
– deine schwester?
– nein!
ich nannte noch weitere 5 frauen, die sich die nägel lackieren.
– mama, ich kenne keine frau, die das telefon klingeln lässt!
– doch, doch du kennst sie.
sie meinte muriel, aus salingers „ein herrlicher tag für bananenfische“.
Steinstücken to jedna z dziesięciu eksklaw Berlina Zachodniego, jedyna zamieszkała, oddalona od Berlina Zachodniego o ponad kilometr.
Powstała, gdy chłopi ze wsi Stolpe nabyli w 1787 roku kawałek ziemi poza właściwymi granicami gminy, na którym w XIX wieku powstała kolonia.
Pruskie prawo przyporządkowywało grunty poza miejscem zamieszkania do gminy, w której właściciel mieszkał na stałe, w tym wypadku była to wieś Stolpe, która w 1898 r. stała się gminą Wannsee, ta z kolei w 1920 roku została włączona do Wielkiego Berlina.
Steinstücken było więc terytorium należącym do Berlina, jednak znajdowało się poza jego obszarem.
Po II wojnie światowej Steinstücken, jako część dzielnicy Zehlendorf, weszło w skład sektora amerykańskiego, otaczający je Babelsberg stał się częścią radzieckiej strefy okupacyjnej. Granicę początkowo można było przekraczać bez dużych problemów. 18 października 1951 roku Steinstücken zostało tymczasowo zajęte przez NRD-owską Volkspolizei. Na skutek interwencji USA, NRD po czterech dniach cofnęła aneksję. Od tego czasu Steinstücken zostało odgrodzone linią posterunków, a mieszkańcy nie mogli już swobodnie przedostawać się do okolicznych dzielnic, do Babelsbergu i Poczdamu. Jedyne nadal funkcjonujące połączenie z Berlinem Zachodnim prowadziło teraz przez leśną drogę i dwa przejścia graniczne w Kohlhasenbrück.
Od czasu wybudowania muru berlińskiego w 1961roku, Steinstücken ogrodzono osobnym murem. Zwłaszcza po ucieczce na zachód ponad 20 enerdowskich pograniczników granica w tym miejscu zaczęła być szczególnie mocno chroniona.
Od postawienia muru w 1961 roku w Steinstücken stacjonowało trzech żołnierzy amerykańskich. Helikoptery zapewniały połączenie z Berlinem Zachodnim.
Dziś niewielki pomnik upamiętniający most powietrzny wykonany z dwóch łopat wirnika przypomina o skomplikowanej historii eksklawy. Lądowisko, gdzie stoi helikopter, na który można się wspiąć i fikać koziołki, jest placem zabaw, na mapie zaznaczonym jako Helikopter-Spielplatz.
Drogę prowadzącą na lądowisko nazwano Am Landeplatz.
Lądowisko wykorzystywane było do roku 1976.
Po umowie o wymianie terytorialnej z 1971 roku eksklawa została połączona z obszarem Berlina prawie kilometrowym korytarzem. 30 sierpnia 1972 r. otwarto drogę, Bernhard-Beyer-Straße, która zapewniała publiczny dostęp i połączenie z siecią transportu lokalnego Berlina Zachodniego. Do dziś nie zmienił się numer autobusu, który tu przyjeżdża.
Jeszcze przed upadkiem muru nasz sąsiad zabrał nas na wycieczkę do Steinstücken. Niewiele z tej wycieczki pamiętam, jedynie przejazd przez las, płot z obydwu stron i tory kolejowe, które przecinały Steinstücken. Most nad torami kolejowymi i niebo nad nim stały się częścią Berlina Zachodniego, natomiast przestrzeń powietrzna pod mostem wraz z ziemią pod nim pozostała przy NRD. I tak jest do dzisiaj, most należy do Berlina, a to co pod mostem do Brandenburgii. Choć dzisiaj nie ma to już żadnego znaczenia.
W tym roku przyjechałam tu rowerem z Griebnitzsee, kierując się drogą muru, wyznaczoną nie zawsze po śladach rzeczywistej granicy. Rzeczywista granica muru w tym miejscu tworzy zygzaki, zakręty i już nikt nie pamięta jak przebiegała.
Mur przedni, mur tylni, pas śmierci, to wszystko już jest historią, wcale niedaleką.
Griebnitzsee, jezioro na granicy Berlina i Poczdamu. Statek wycieczkowy przepełniony, jakby miałby to być ostatni ciepły dzień tej jesieni, kajaki, deski i inne łódki na jeziorze. Podczas podziału Berlina granica między NRD a Berlinem Zachodnim, a więc praktycznie część muru berlińskiego, leżała na środku jeziora. Stela z nazwiskami upamiętnia trzy osoby, Willego Marzahna, Petera Böhme i Jörgena Schmidtchen (pierwszy strażnik graniczny, który zginął przy ochronie muru). Warto wspomnieć o czwartej ofierze, o Günterze Wiedenhöft, który utonął w grudniu 1962 roku w jeziorze podczas próby ucieczki.
W „Chronik der Mauer” czytamy:
Mieszkańcy zachodniej części Berlina – Steinstücken i Kohlhasenbrück – zostali zaskoczeni hałasem strzałów z broni palnej we wczesnych godzinach porannych, jeden pocisk wbił się w otwarte skrzydło okna sąsiedniego budynku mieszkalnego. “Ratunku, zaraz mnie zabijecie” – usłyszał świadek krzyk z pasa śmierci pomiędzy seriami oddawanych strzałów. Krzyż pamiątkowy z napisem “Willi Marzahn – zastrzelony 19 marca 1966 roku podczas ucieczki” upamiętnił później zabitego uciekiniera w berlińskiej dzielnicy Zehlendorf. – W oświadczeniu batalionu strzeleckiego z 13 kwietnia 1966 roku czytamy: “Marzahn otrzymał sprawiedliwą karę, zapłacił za swoją zbrodnię życiem.”
Nad samym jeziorem autentyczna część muru przedniego pomalowana od strony wody szarą farbą, od strony lądu naturalnie szara jak beton. Lekko pochylona w stronę jeziora. W murze wetknięte szare jak beton róże jakby na przeprosiny za to, co było, za te 28 lat, za setki niepotrzebnych śmierci.
Kawałek dalej japońskie wiśnie, które stały się też symbolem muru, ale tego, który 9 listopada 1989 przestał istnieć.
Kiedy człowiek zaczyna wprowadzać w błąd? Precyzyjne określenie tego pozostawiam specjalistom, ale wcześnie. Każdy rodzic wie, że kilkumiesięczne dziecko często drze się w niebogłosy, tylko dlatego że się nudzi i kiedy bliska osoba dotrzyma mu towarzystwa, to się zaraz uspokoi. Dziecko szybko uczy się, że jego rozpacz przywołuje opiekunów i jeżeli ten nawyk się utrwali, to może się przenieść później do dorosłego życia. Trudno będzie jednak nazwać wyjące maleństwo niemoralnym i uznać, że oszukuje, bo nic go nie boli, jest syte i suche. Kłamie, aby milej spędzić czas, albo – językiem naukowym – zoptymalizować warunki przetrwania.
Tomasz Witkowski, autor Psychologii kłamstwa, uważa, że w świetle zgromadzonych faktów możemy uznać to zjawisko za zwykłą umiejętność i trudno byłoby nadać jej wymiar moralny. A jednak oburzamy się – pisze – wewętrznie na samo słowo „kłamstwo”, bronimy się przed podejrzeniami o kłamstwo, myślimy źle o kimś, o kim wiemy, że kłamie. Próbując wyjaśnić, dlaczego kłamstwo ma taką fatalną kondycję w naszej współczesnej kulturze, wraca do postaci Odyseusza, którego starożytni Grecy kochali za przebiegłość.
Najważniejszy podstęp Odyseusza – koń trojański (naczynie gliniane, VII w.p.n.e.)
Według Sofoklesa na pytanie, czy kłamstwo jest godne pogardy, odpowiedział: “Nie, jeżeli kłamstwo może nas ocalić“. Był to V wiek p.n.e., a więc o ile pojawiały się wątpliwości co do istoty kłamstwa, były one bardzo słabe i łatwo można było kłamstwo uzasadnić. Pamiętajmy również, że bliskość kłamstwa i bardzo wysoko cenionej umiejętności tworzenia fikcji, opowiadania pięknych, choć zmyślonych, historii zabarwiała cieplejszymi odcieniami wszelkie oceny kłamstwa i doprowadziła do stworzenia i rozkwitu m.in. pięknej sztuki retoryki. Jak drastycznie ocena kłamstwa i jego uzasadnień uległy transformacji, świadczyć najlepiej może fakt, że Dante umieścił Odyseusza w ósmym rozdziale w ósmym kręgu piekła! A przecież już w Księdze Rodzaju Abraham dopuszcza się ewidentnego oszustwa, polegającego na tym, że swoją żonę podaje za siostrę i nie wzbrania się oddać jej na dwór faraona. Ale Abraham był wybranym przez Pana, więc karę za ten postępek ponosi ofiara oszustwa! Gniew Boga spada na faraona. Czyż takie „ załatwienie” sprawy oszustwa Abrahama nie legitymizowało kłamstwa?
Dobre, retoryczne pytanie. Oszustwo to było środkiem do realizacji celu, czyli zniszczenia złego faraona, ale jego autorem był sam Bóg. Arystoteles w swoim dziele Etyka nikomachejska umieszczał jeszcze kłamstwo pośrodku, między dobrem a złem, ale filozof i teolog Augustyn Aureliusz potraktował je już jako bezwarunkowe zło. To był przełom IV i V wieku n.e. i chodziło o dwa jego dzieła: De mendacio i Contra mendacium, czyli O kłamstwie i Przeciw kłamstwu, które wpłynęły na nowożytny sposób jego rozumienia. Głoszą one, że fałsz, nieprawda odwodzi człowieka od poznania Boga i już samo to jest wystarczającym powodem, dla którego zasługuje na miano zła. Czczony w kościele katolickim, prawosławnym i luterańskim jako święty Augustyn, autor wymienionych rozpraw oddzielił kłamstwo od pojęcia trafności i na zawsze powiązał je z zamiarem wprowadzenia w bład. Z zamiarem najczęściej motywowanym, nierzadko zbrodniczo, z czym oszust stara się nie zdradzić przed otoczeniem.
Ojciec kościoła dopuszczał wprawdzie stosowanie fałszu w żartach, kiedy wiadomo, że zamierza się odbiorcę wprowadzić w błąd, m.in. w treściach komedii, ale już wszelkie inne kłamstwa, łącznie z tak zwanym kłamstwem służebnym (popełnianym w interesie zachowania wiary), uważał za zło. Jego zakazy – pisze T. Witkowski – były bezwarunkowe i zbudowane w oparciu o autorytet Biblii, chociaż czasami dość mozolnie, bowiem ta święta księga zawiera aż nazbyt wiele opisów oszustw i podstępów pozostawionych bez komentarza i, co najważniejsze, bez kary bożej. Augustyn uczynił szatana ojcem kłamstwa, bowiem wszystko, co zwodnicze, pozorne, urojone jest domeną diabła. Zdolność do rozmijania się z prawdą jest przyrodzoną ułomnością człowieka, świadectwem upadku w grzech.
Ta podjęta walka z kłamstwem spełniała także konkretne, polityczne cele. W czasach współczesnych Augustynowi chrześcijaństwo działało jeszcze w pewnym ukryciu, czesto nielegalnie. Przetrwanie tych gmin zależało nierzadko właśnie od… różnych konfabulacji. Głośne wyznawanie prawd wiary miało być więc sposobem na wyprowadzenie pierwszych chrześcijan na światło dzienne i na umocnienie wiary. Wtedy, niestety, przybywało męczenników, nowych świętych. Jawne głoszenie chrześcijańskich prawd narażało bowiem na prześladowania, a ofiary te umacniały wiarę. Miały one również znaczenie w posłudze misyjnej, bo jeżeli ktoś był gotów oddać życie za swoją prawdę, to pewnie była ona tego warta i godna poznania.
Autor książki zastanawia się, czy przypadkiem Augustyn Aureliusz nie był pierwszym, nieświadomym odkrywcą dysonansu poznawczego – niezwykle silnego mechanizmu psychologicznego, który został opisany przez Leona Festingera w 1956 roku*. A jeśli nawet odmówimy mu miana odkrywcy, był z pewnością praktykiem, który na taką skalę mechanizm ów wykorzystał.
Chyba od tego czasu zaczyna się era totalnego zakłamania w sprawach kamstwa. O ile głoszenie prawdy i męczeństwo w jej obronie mogą być godne podziwu, o tyle trudno odnaleźć niezwykle cienką granicę, gdzie kończy się męczeństwo, a zaczyna walka o prawdę z innymi. Ta granica jest bowiem granicą zła. W tym miejscu kłamstwo przestaje być złem, a złem zaczyna być prawda. Oczywiście o tym Augustyn już nie pomyślał, nie pomyśleli twórcy Inkwizycji, nie zawracali sobie tym głowy fundamentaliści wszelkiej maści, Hitler, Stalin i wielu, wielu innych dyktatorów moralnych, dla których ich prawda i walka o nią była podstawą działania.
Skupiłem się zaledwie na streszczeniu części pierwszego rozdziału tej książki, jakże aktualnej we współczesnych czasach powszechnej dezinformacji. Nie ruszyłem choćby pojęcia kłamstwa koniecznego, tego, dlaczego kłamiemy i jakimi metodami, kto to robi najczęściej i najlepiej, jak rozpoznawać oszustów i dawać im odpór, co to jest wariograf i jak go oszukać? oraz wielu innych spraw, którymi zajmuje się ta dziedzina psychologii. W ogóle nie wspomniałem o bogatym doświadczeniu i repertuarze środków masowego przekazu tudzież polityków w biciu propagandowej piany, ale o tym wszystkim możecie Państwo poczytać we wspomnianej książce, jeżeli uda się Wam ją zdobyć, na przykład przez internet.
Na zakończenie, żeby diabła trochę odczarować, zacytuję trafną myśl XVIII-wiecznego francuskiego pisarza i filozofa: Kłamstwo jest grzechem, jeżeli wyrządza zło, jest wielką cnotą, jeżeli czyni dobro. Voltaire, który to powiedział, dodał z troską: Bądźcie więc bardziej cnotliwi niż kiedykolwiek.
* When prophecy fails. University of Minnesota Press, Minneapolis 1956.
Tekst spóźniony. Miał być WTEDY. Jest dziś. Czasem tak bywa.
Ela Kargol
Irena Bobowska, berlińskie więzienia
Irena Bobowska 3 września 1942 roku skończyła 22 lata. W dniu swoich urodzin osadzona była w berlińskim więzieniu dla kobiet przy Barnimstraße. Wiedziała już, że 23 urodzin nie doczeka. 12 sierpnia 1942 odbyła się w Berlinie rozprawa przeciwko Irenie i jej trzem współtowarzyszom konspiracji z Poznania, współtowarzyszom więziennej niedoli i współtowarzyszom okrutnej śmierci. Wszyscy oprócz Lorkowskiego, a więc Bobowska, Michalski i Zakrzewski otrzymali wyrok śmierci, który nie podlegał kasacji, choć Irena próbowała się odwoływać, prosząc o darowanie życia, nie tyle dla siebie, ile dla jej przyjaciół z konspiracji. Wszyscy zostali oskarżeni o przygotowanie zdrady stanu.
12 lipca 1942 roku Wyższy Sąd Krajowy w Poznaniu (Oberlandesgericht Posen) skazał Irenę Bobowską na karę śmierci. Proces odbył się w Berlinie. Niestety nie udało mi się ustalić w którym budynku. Mógł to być budynek Landtagu Pruskiego lub byłego Wilhelms-Gymnasium niedaleko Potsdamer Platz lub do dziś stojący gmach sądu najwyższego (Kammergericht) w berlińskiej dzielnicy Schöneberg, gdzie zbierał się Trybunał Ludowy i gdzie wymierzono karę zamachowcom na Hitlera z 20 lipca 1944. Równie dobrze mógł to być jeden z gmachów Sądu Karnego, które znajdowały się w bezpośredniej bliskości więzienia Moabit.
Dr Bogumił Rudawski z Instytutu Zachodniego w Poznaniu na moje zapytanie, dlaczego Irena i pozostali zostali skazani przez sąd w Poznaniu, mimo, że proces odbywał się de facto w Berlinie, odpowiedział:
pod wyrokiem podpisywali się sędziowie, którzy wydali ów wyrok. To Wyższy Sąd Krajowy w Poznaniu (Oberlandesgericht Posen) sądził te osoby; nie ma znaczenia, gdzie się odbywała rozprawa; znaczenia ma tylko – tylko w tym wypadku – instytucja. Wspomniany Wyższy Sąd Krajowy w Poznaniu obradował często na sesjach wyjazdowych, np. w Berlinie czy Breslau, ale w składzie poznańskim. Stąd też sąd ten widnieje jako organ wydający wyrok. Sąd ten zajmował się sprawą Bobowskiej i in., ponieważ wszyscy skazani pochodzili z Kraju Warty (dokładnie z Poznania), poza tym sądowi temu powierzono sprawy WOZZ, do której należeli wcześniej skazani. A ponieważ skazani przebywali w więzieniu w Berlinie, to tam odbyły się obrady sądu. (i w grę tu chodziły, moim zdaniem, względy logistyczne – łatwiej było udać się sędziom do Berlina, niż przewieźć skazanych na rozprawę do Poznania).
23 kwietnia 1941 przewieziono Irenę z więzienia we Wronkach do nieistniejącego już więzienia w Berlinie-Spandau. Tym samym transportem jechali jej ciotka Stanisława Kwiatkowska i Radziwój Zakrzewski, razem z nią stracony w Berlinie-Plötzensee. Zachował się dokument z listą osób tzw. sondertransportu z więzienia we Wronkach do więzienia w Berlinie-Spandau.
Lista jest alfabetyczna. Jedynie pięć nazwisk dopisanych jest na końcu listy, w tym Irena Bobowska i jej ciotka Stanisława Kwiatkowska, aresztowana razem z Ireną w Poznaniu w redakcji Pobudki. Dlaczego Irenę dopisano? Zwolniły się miejsca? W bardzo złej kondycji fizycznej przetransportowano ją, osobę niepełnosprawną ruchowo do następnego więzienia, więzienia w Berlinie. Czy transport do Berlina był nieunikniony? Czy, gdyby los chciał inaczej, Irena nie pojechałaby do Berlina?
Za dużo pytań.
Więzienie w Berlinie-Spandau zrównano z ziemią jesienią 1987 roku, po ponad stu latach istnienia. Zbudowane było jako więzienie forteczne dla personelu wojskowego. W latach 1914-1918 przetrzymywano w nim jeńców wojennych
W 1920 roku, po zniesieniu jurysdykcji wojskowej, zostało przekazane państwu niemieckiemu. Było jednym z sześciu więzień dla mężczyzn w Wielkim Berlinie, a od roku 1933 więzieniem dla przeciwników III Rzeszy.
Po wojnie więzienie zostało przejęte przez aliantów i umieszczono w nim siedmiu więźniów, zbrodniarzy wojennych, skazanych przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze.
Po zwolnieniu Alberta Speera i Baldura von Schiracha w 1966 roku, w więzieniu pozostał tylko jeden więzień – Rudolf Hess – jeden z najbliższych współpracowników Hitlera, który odbywał karę dożywocia.
Hess popełnił samobójstwo 17 sierpnia 1987 roku. Miał wtedy 93 lata.
Jeżdżąc w 1984 roku do pracy do Kladow, musiałam przejeżdżać obok więzienia. Nie wiem, czy sobie je przypominam. Przypominam sobie natomiast, że nasz niemiecki przyjaciel (nota bene były żołnierz Wermachtu) pokazywał nam ten budynek, mówiąc – tu siedzi Hess. Wtedy wiedziałam o Hessie tylko tyle, że musiał być wojennym zbrodniarzem, skoro został skazany w procesie norymberskim na dożywocie.
Więzienie znajdowało się w sektorze brytyjskim Berlina, ale strzeżone i prowadzone było kolejno przez cztery zwycięskie mocarstwa (Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, ZSRR i Francję). Hess spędził w nim 40 lat. Był najdroższym więźniem świata. Przez ostatnie 20 lat życia był jedynym więźniem ogromnego zakładu karnego. Po jego samobójstwie brytyjski komendant miasta kazał budynek zburzyć, by nie stał się celem pielgrzymek neonazistów. W miejscu, gdzie stało więzienie, wybudowano najpierw brytyjskie centrum handlowe (Britannia Centre Spandau), teraz w tym miejscu znajduje się niemiecki Kaufland. Czy któreś z drzew z więziennego ogrodu przetrwało do dnia dzisiejszego, trudno mi powiedzieć. Wokół stoją budynki byłych koszar i prawdopodobnie mieszkania pracowników więzienia. Legenda głosi, zresztą nie tylko legenda, również wikipedia, że po zburzeniu budynku gruzy zmielono i zatopiono w Morzu Północnym. Inną wersję podaje Johannes Fülberth w Das Gefängnis Spandau 1918–1947. Strafvollzug in Demokratie und Diktatur. Zmielone, skruszone resztki budynku przetransportowano setkami ciężarówek na lotnisko Gatow i tam zostały zakopane.
Czy naprawdę chodziło tylko o to, żeby nie powstało miejsce czci dla neonazistów, którzy w Rudolfie Hessie widzieli męczennika? Czy o coś innego?
Plac przed więzieniem nazwano nie tak dawno PlacemBiałej Róży (Platz der Weißen Rose), na przekór wszystkim neonazistom i innym prawicowym ekstremistom, którzy szczególnie w rocznicę śmierci Hessa stawali się w tym miejscu bardzo aktywni, biorąc sobie Rudolfa Hessa za wzór do naśladowania.
Biała Róża była niemiecką antynazistowską grupą oporu, a Sophie Scholl, jej brat, jej przyjaciele to równolatkowie Ireny Bobowskiej, kilka miesięcy później skazani na śmierć. Umarli jak Irena, pod gilotyną.
Na placu kwitną białe róże o bladoróżowym odcieniu. Nie ma żadnej informacji o więzieniu.
Wspomniany już Johannes Fülberth bardzo szczegółowo opisuje dzieje zakładu karnego w Berlinie-Spandau od czasów Republiki Weimarskiej do roku 1987. W jednym z rozdziałów pisze:
Wiosną 1941 roku gwałtownie wzrosła liczba polskich więźniów, którzy obok więźniów Wehrmachtu stanowili największą grupę więzionych w Spandau. Powodem tego było przeniesienie 260 Polaków z więzienia we Wronkach koło Poznania do Berlina. W dniach 21 kwietnia i 23 kwietnia 1941 r. do więzienia sądowego w Neukölln przeniesiono 130 polskich więźniów, a 22 i 23 kwietnia kolejnych 130 do więzienia w Spandau. Wielu z nich podejrzewano o przynależność do polskich grup oporu.
Wielu więźniów z Poznania zostało dalej przeniesionych do szpitala więziennego w Moabit.
Również Irenę Bobowską umieszczono w tym szpitalu, i stało się to krótko po po przewiezieniu jej do Berlina, nie ze względu na gruźlicę, na którą chorowało wielu więźniów przywiezionych z Wronek, ale najprawdopodobniej ze względu na jej niepełnosprawność i ogólny stan zdrowia, bardzo nadszarpnięty przez nieludzkie traktowanie we Wronkach.
Irenę Bobowską przywieziono do Berlina 22 lub 23 kwietnia 1941. Być może zanim zobaczyła swoją celę w Spandau, przeniesiono ją od razu do lazaretu więziennego w Berlinie-Moabit. 27 kwietnia pisała do rodziny, że od 5 dni jest w Berlinie, w szpitalu. Nie miała już wózka, ani szyn wspomagających chore nogi. To wszystko odebrano jej we Wronkach. Nie mogła się poruszać. Nie umiem sobie wyobrazić, ile Berlina widziała Irena, gdy przewożono, a częściowo przenoszono ją ze Spandau do Moabitu.
To Berlin ją widział:
Bajka to niby,niosło mnie w lektyce 4 niewolników, a obok kroczyła eskorta z najeżonymi bagnetami. Ogromnie wielkie i huczne ulice Berlina z podziwem spoglądały na mnie i mój pochód.
Prawie dwa lata jeździłam raz w tygodniu do lekarzy w Berlinie, w dzielnicy Moabit. Z okna gabinetu zabiegowego spoglądałam na budynek więzienia. Najpierw tylko spoglądałam, potem zaczęłam wokół niego spacerować, powoli odkrywać jego historię, choć historia nie chciała i nie chce się nadal odkryć. Nie znalazłam rzetelnych opracowań na temat tego więzienia. Internet przemilcza albo bardzo skraca historię więzienną dyktatury hitlerowskiej. Na pytania dotyczące historii budynków i jego więźniów w czasie II wojny światowej nie otrzymałam nigdy odpowiedzi. Przekierowywano mnie do innych instytucji. Mogę tylko przypuszczać, że budynek, w którym znajdował się więzienny szpital, przetrwał. Nie jest już szpitalem, bo ten przeniesiono do Plötzensee, ostatniego adresu Ireny Bobowskiej.
W jednym z listów z Moabitu Irena podaje dokładny swój adres: Berlin Moabit, Alt Moabit 12a, Abt. III 76. Późniejsze listy pisane będą na więziennym papierze listowym z adresem Alt-Moabit 12a. Do dzisiaj zakład karny nie zmienił adresu, ta sama ulica, ten sam numer. Wokół solidny płot, wieże strażnicze, drut kolczasty, za płotem sztuka nawiązująca do przeznaczenia miejsca. Ostatnio pojawił się hotel dla owadów, najprawdopodobniej dzieło któregoś z więźniów.
Irena dobrze wspomina czas spędzony w Moabicie. Żyła nadzieją, że to tylko więzienie i to nie takie straszne, jak Wronki, z którego przywieziono ją ledwo żywą. Tu ją leczono, dopasowano szyny do nóg, chodziła do dentysty. Buty mogła oddać do szewca, w więziennej bibliotece pożyczała książki. Korzystając ze słownika francusko-niemieckiego i elementarza, uczyła się niemieckiego. Francuski znała z poznańskiej Dąbrówki. Zaprzyjaźniła się ze swoją towarzyszką niedoli, współmieszkanką z celi, Erną Piasch. Być może ona pomagała Irenie pisać listy w języku niemieckim, bo tego wymagał więzienny regulamin. Gdy Ernę przeniesiono do więzienia w Cottbus, Irena uczyła się nadal niemieckiego i radziła sobie całkiem dobrze. Czytała książki, wypożyczone w więziennej bibliotece. Jedyną książką polskiego pisarza wydaną po niemiecku byli Chłopi Władysława Reymonta. Delektowała się jej czytaniem. Na święta Bożego Narodzenia mogła ustroić swoją celę gałązką jodły z lametą, postawiła przy niej aniołka z waty, śpiewała, rysowała, tęskniła za domem, czytała fragmenty Chłopów dotyczące świąt, pasterki. Uciekała w świat marzeń, choć ze swojego okna więziennej celi widziała tylko pół lub trochę więcej niż pół nieba. Zimą mróz malował na szybie wzory.
Wiosną przed oknem zakwitła akacja. Czy czuła jej zapach, gdy wynoszono ją na noszach na tak zwany spacer, czy dostrzegała jej piękno?
A potem odbył się jej proces. Potem wiedziała, że akacja już dla niej nie zakwitnie.
Więzienie przy Barnimstraße, w kolejności trzecie berlińskie więzienie Ireny, było najstarsze z czterech berlińskich więzień.
Otwarte zostało w roku 1864 jako tzw. Schuldgefängnis (więzienie dla dłużników). Już w roku 1868 roku, zostało przekształcone i rozbudowane w Królewsko-Pruskie Więzienie dla Kobiet. Więzieniem dla kobiet było aż do czasów jego likwidacji w roku 1974. Mury dostosowywały się do każdego z panujących systemów.
Podczas II wojny światowej było przystankiem dla kobiet w drodze do Plötzensee. W zasadzie pobyt na Barnimstraße przed wykonaniem wyroku trwał zaledwie kilka dni. Irena spędziła tam jednak ponad miesiąc. Możliwe, że z nadzieją na zmianę wyroku. To tam 3 września skończyła 22 lata, zaczęła 23 rok życia.
Zaczęła.
W miejscu, gdzie stał budynek więzienia, jest teraz Ogródek Ruchu Drogowego. Nie tylko rowerzyści mogą z niego korzystać. Ze słuchawkami na uszach i wskazówkami (nie zawsze zrozumiałymi) można przenieść się w czasie. Drzewa otaczające więzienie stoją wzdłuż nieistniejących już więziennych murów, a w słuchawkach brzmią wspomnienia więzionych kobiet.
Zachowało się dużo listów Ireny pisanych do rodziny i przyjaciół, pisanych po niemiecku, którego to języka Irena nauczyła się w zaskakująco szybkim czasie.
Zostały wiersze, rysunki, została jej młodość i nasza pamięć.
Sądząc po listach, czas spędzony w więzieniach berlińskich nie był złym czasem. Irenę podleczono, naprawiano jej zęby i buty, dano możliwość samokształcenia i pracy. A wszystko po to, żeby bezprawnie skazać ją na karę śmierci i wykonać wyrok, ścinając jej głowę gilotyną.
Minęło 70 lat od śmierci Ireny Bobowskiej i wielu tysięcy kobiet i mężczyzn, zamordowanych w czasach dyktatury Hitlera.
Dyktatury nie mijają, a dyktatorzy piszą nowe okrutne historie.
10 lat po śmierci Ireny narodził się nowy dyktator.
Jadę berlińską kolejką miejską. Na węzłowej stacji stoimy bardzo długo. Co bardziej niecierpliwi już wysiedli, mnie się nie spieszy, a mam ciężkie manatki, więc czekam. Nagle szybki zezłoszczony komunikat w głośniku: “Ten pociąg dalej nie jedzie. Proszę wysiąść.”
Wysiadam.
***
Idę po ulicy. Z naprzeciwka nadjeżdża dziecko na rowerku. Ulica jest szeroka, pusta, odsuwam się na bok, dziecko wjeżdża na mnie z pełną siłą, ja się chwieję, ono jedzie dalej. Za dziecięciem podążają rodzice, pogrążeni w jakiejś nader interesującej rozmowie po niemiecku. Mijają mnie bez słowa.
Stoję i rozcieram obolałą łydkę.
***
Mam do załatwienia sprawę w urzędzie. Przychodzę. Zamknięte. Portier podaje mi karteczkę. Nowe godziny otwarcia. Dziś zamknięte. Następnego dnia przychodzę ponownie.
Nie wolno wejść, mam załatwić sprawę online.
***
Mam zabieg u lekarza, muszę jednak zmienić termin. Na karteczce informacja, że w takim wypadku mam zadzwonić na podany numer. Dzwonię przez trzy dni, wreszcie idę do gabinetu, wchodzę, czwarte piętro bez windy, winda zepsuta. Wchodzę, staję w kolejce. Gdy już załatwiłam sprawę, mówię panience, że nie mają adresu mailowego i nie dało się do nich dodzwonić, przez co straciłam dwie godziny, żeby tu przyjść osobiście.
Mamy dużo pracy, odpowiada.
***
Trasa kolejowa Berlin-Szczecin jest od lat w remoncie. Kolej wymyśla przeróżne wygibasy, jak mamy dojechać. Ostatnio otrzymuję propozycję dojazdu czterema środkami lokomocji. Kolejka miejska, autobus, kolej, autobus. Godzinę dłużej niż w normalnym trybie
Ciekawe. Dlaczego kolej nie uruchomi pomiędzy Berlinem a Szczecinem komunikacji autobusowej?
***
Jestem we Francji. We francuskiej kasie kolejowej nie ma na najbliższe dni żadnego biletu do jakiegokolwiek miasta w Niemczech. Ale strona kolei niemieckiej twierdzi, że bilety są. Próbuję online dokonać rezerwacji i zapłacić. System trzy razy wypytuje mnie, dokąd i kiedy chcę jechać, czy jestem kobietą czy mężczyzną a może divers, i ile mam lat, po czym podaję numer karty bankowej i wtedy pojawia się informacja, że operacja nie może zostać wykonana. Pyk i wylatuję z systemu.
Po trzech próbach kupuję bilet na Flixbusa.
***
Z powodu jednodniowego strajku generalnego we Włoszech odwołany został mój lot do Rzymu. Nawet jeśli przewoźnik mi zwróci pieniądze za odwołany lot, strajk nie jest powodem odwołania rejestracji w hotelu i lotu powrotnego. Nie zwróci mi pieniędzy również firma pośrednicząca w zakupie biletu lotniczego do Rzymu. “Wykonaliśmy nasze zdanie, bilet został zarezerwowany”, mówi pracownik firmy. Ale strajk to siła wyższa, odpowiadam, dlaczego straty finansowe ponoszę tylko ja, a nie wszystkie uczestniczące jednostki solidarnie?
Takie są przepisy, odpowiada.
***
W ciągu ostatniego miesiąca 6 zadań instytucjonalnych i jedno prywatne, wynikające z uczestniczenia w ruchu na ulicy miasta, nie zostały wykonane poprawnie. Może nawet było tych zdarzeń 8, bo w końcu winda u lekarza też nie działała. 8 razy to ja poniosłam koszty tego, co się zdarzyło. Były to różne koszty – finansowe, czasowe, moralne, fizyczne.
W tych 8 przypadkach wadliwego funkcjonowania systemu instytucjonalnego lub społecznego nikt nie powiedział / nie napisał PRZEPRASZAM!
Obchodzę, a wy obejdźcie wraz ze mną jubileusz bloga.
Spotkamy się w
SprachCafé Polnisch Schulzestr. 1 13187 Berlin
dojazd do stacji S-bahn Wollankstrasse
Piątek, 16 grudnia od godziny 19.
Zapraszam wszystkich autorów i czytelników bloga na jubileuszowe spotkanie poetyckie. Przybywajcie i przynieście ze sobą wiersze. Własne, przetłumaczone lub wybrane.
Mam też jeszcze jedną prośbę:
Napiszcie mi albo w komentarzach pod wpisami, albo prosto do mnie na maila, WhatsAppa, Telegrama, Signala lub Facebooka, coś o tym blogu, o naszej i waszej współpracy, o czasie, który minął. Ale komentarze wcale nie muszą być pochlebne. Jak chcecie, możecie napisać, że Adminka jest zarozumiałą zołzą i szarogęsi się Wam po wpisach.
Zbiorę te komentarze i w dniu jubileuszu – 22.12.22 o godzinie 22:22 umieszczę je we wpisie.
Bo tego właśnie dnia założyłam tego bloga. 22 grudnia 2012 roku.
Przypomnę tu, cóż to jest blog.
Jest to rodzaj strony internetowej zawierającej odrębne, zazwyczaj uporządkowane chronologicznie wpisy. Blog umożliwia archiwizację oraz kategoryzację i tagowanie wpisów, a także komentowanie przez czytelników. W blogach najważniejszą funkcję komunikacyjną pełni tekst językowy, choć pojawiają się także materiały graficzne czy nagrania video.
Niegdyś blogi utożsamiano ze stronami osobistymi. Dziś jest to już nieaktualne, wciąż jednak jest to spersonalizowana strona internetowa: są tu narracje w pierwszej osobie, a fakty nierzadko przeplatają się z opiniami autora.
Ja jednak wyłamuję się trochę z tej reguły, bo od dawna (i nie jest to pierwsza próba tego rodzaju) tworzę tego bloga z grupą autorów. Nie jest to więc mój osobisty blog, to jest NASZ blog.
Nowy blog pojawił się więc 22.12.2012 roku i zaczynał się zdaniem: Jednak nie było wczoraj końca świata. Zaczynam zatem.
Pamiętacie w ogóle tę sprawę? Miał nastąpić koniec świata wg kalendarza Majów. Nie nastąpił, a ja zaczęłam. Byłam sama i miałam w zapasie około pięciu tekstów. Zanim je jednak wykorzystałam, pojawiła się pierwsza współautorka. Dziś jest ich ponad 300, płci wszelkiej, choć oczywiście niektóre te osoby już dawno odeszły.
Od 10 lat publikuję codziennie, a raczej co noc jeden wpis, który ukazuje się o godzinie 00:01.
Matematyka płata nam jakieś psikusy, bo w dniu jubileuszu będzie o kilka wpisów za dużo i nie wiem, jak to się stało. Jednakże, gdy spotkamy się w Sprachcafé będzie ich dokładnie tyle, ile powinno ich być: 3652 (10 lat po 365 wpisów plus 2 lata przestępne – 2016 i 2020).
D
Ich feiere das Jubiläum des Blogs, und Sie sollen mitfeiern.
Wir werden uns treffen in
SprachCafé Polnisch Schulzestr. 1 13187 Berlin
Anfahrt: S-bahn Wollankstrasse
Freitag, 16. Dezember ab 19 Uhr.
Ich möchte alle Autoren und Blog-Leser zu einem Poesie-Jubiläumstreffen einladen. Kommt und bringt Ihre Gedichte mit. Eigene, Übersetzte oder Ausgewählte.
Ich habe noch eine weitere Bitte:
Schreibt mir entweder in den Kommentaren unter den Beiträgen oder direkt an mich per E-Mail, WhatsApp, Telegram, Signal oder Facebook etwas über diesen Blog, über unsere und eure Zusammenarbeit, über die Zeit, die vergangen ist. Eure Bemerkungen müssen nicht unbedingt schmeichelhaft sein. Wenn Sie wollen, können Sie schreiben, dass die Administratorin eine eingebildete Nervensäge ist und Sie wegen Ihrer Beiträge schikaniert.
Ich werde diese Kommentare sammeln und in einem Eintrag am Jahrestag – 22.12.22 um 22:22 – veröffentlichen.
Weil ich genau an diesem Tag, am 22. Dezember 2012 diesen Blog gegründet habe.
Drei Fragen zu dem Ereignis von 1772 sollen hier gestellt und diskutiert werden. Die erste ist die, ob – und, wenn ja, warum – die erste Teilung Polens eine Zäsur in der europäischen Geschichte markiert. Sehr klar hat Edmund Burke schon 1773 diese Frage beantwortet. Die „gewaltsame Zerstückelung“ Polens, „ohne den Vorwand eines Kriegs oder auch nur den Anschein von Recht“, schrieb er im Annual Register für das Jahr 1772, sei „der erste wirklich große Bruch in der modernen Ordnung Europas“, ein Akt, mit dem „die Axt an die Wurzeln unserer großen westlichen Republik gelegt worden ist“.
So dramatisch das klingen mag – auch Historikerinnen und Historiker müssen Burke heute bei nüchterner Analyse im Kern Recht geben. Zunächst einmal: Es gab tatsächlich keinerlei plausiblen Grund und keinerlei nachvollziehbare Rechtfertigung dafür, dass die drei Nachbarmächte der polnischen Republik 1772 große Teile von deren Territorium willkürlich annektierten. Kein heißer Krieg zwischen Polen und den Teilungsmächten war vorausgegangen. Keine internationale Krise, die nur auf diese Weise hätte entschärft werden können. Die Nachbarn wollten es einfach. Um genau zu sein: Russland, das de facto weitgehend alleine in den polnischen Angelegenheiten entschied, entschloss sich dazu und gab 1771 grünes Licht für das Teilungsgeschäft. Preußen und, etwas verzögert, Österreich ließen sich mehr als willig darauf ein. Alle drei gewannen dabei.
Weiterhin: Ein Bruch in der „modernen Ordnung Europas“ im Sinne Burke’s war das in der Tat. Was Burke mit „unserer großen westlichen Republik“ meinte, war im Wesentlichen die Gemeinschaft der europäischen Signatarmächte des Westfälischen Friedens von 1648 und der Friedensverträge am Ende des Spanischen Erbfolgekriegs (1713-1715). Die Friedenschlüsse hatten die großen Hegemonial- und Religionskriege beendet und sie sollten eine Art neuartigen europäischen Konsensus etablieren: einen Konsensus über die gemeinsame Erhaltung des europäischen Gleichgewichts und über die strikte Achtung der Souveränität und Integrität der Staaten. Beide Prinzipien wurden mit den Teilungsverträgen ausgehebelt.
Interessant dabei nicht zuletzt, wie die Teilungsmächte die Nicht-Achtung des Verbots der Intervention gegen souveräne Staaten gerechtfertigt haben: Sie erfanden eine neue Formel, wonach ein Zustand von „Anarchie“ (so wie er in Polen seit 1768 angeblich geherrscht habe) die Nachbarn zur Intervention zwinge – auch um der Sicherheit ganz Europas willen. Das war nach zeitgenössischen Standards ungefähr ähnlich plausibel wie heute Putins Rede von der Verantwortung Russlands für die Entnazifizierung der Ukraine.
Aber sehen wir einmal von dem völkerrechtlichen Aspekt ab. Auch ganz praktisch wurde der Zäsurcharakter der Entscheidung von 1772 sofort sichtbar. Von außen gesehen war die neue Liga der Teilungsmächte derart dominant, dass sie nicht nur willkürlich über Polen verfügen konnte, sondern auch über die Verhältnisse in Deutschland. Die panikartigen und zugleich hilflosen Reaktionen der deutschen Reichsstände auf die Teilungsnachricht (z.B. Sachsens, Bayerns, der Pfalz) zeugten davon. Im Innenverhältnis aber funktionierte die Teilungsliga als eine Art kompetitive Zwangsgemeinschaft. So alternativlos das weitere Zusammenwirken in Bezug auf Polen war, so deutlich konkurrierten hier einzelstaatliche Ziele und Interessen; dass es früher oder später zur weiteren Aufteilung Polens kommen würde, lag angesichts dieser Spannungen auf der Hand. Herr Krzeminski hat also absolut recht: 1772 war der Anfang vom Ende des alten Polen, aber ebenso des alten Reichs.
Den Langzeitfolgen der Teilungen gilt meine zweite Frage. Wie, und wie lange eigentlich, haben die Teilungen nachgewirkt? Fasst man die Frage eng, und bezieht man sie allein auf Polen, dann scheint die Antwort auf der Hand zu liegen. Die polnische Gesellschaft blieb auf ihrem Weg in die Moderne solange fremdbestimmt, beeinträchtigt, in ihrer Entwicklung gehemmt, wie die Teilungslage selbst andauerte, also bis zum Ende des Ersten Weltkriegs. Der Verlust der Souveränität bedeutete für alle drei Teilungsgebiete eine nachhaltige Marginalisierung im Rahmen des jeweiligen Teilungsstaats – nicht nur politisch, sondern auch wirtschaftlich, struktur- und bildungspolitisch, elitensoziologisch, in unterschiedlichem Maße auch kulturell. Man könnte, in Abwandlung von Milan Kunderas Diktum vom „gekidnappten Westen“, von einer „gekidnappten Nation“ sprechen. Die Traumata dieses Kidnapping haben natürlich lange über 1918 hinaus nachgewirkt. Bis heute sind die Trennungslinien zwischen den Teilungsgebieten als Phantomgrenzen erkennbar.
Fasst man die Frage nach den Folgen der Teilungen weiter, bezieht man sie auf Ostmitteleuropa insgesamt, dann wird es komplizierter. Ganz sicher waren die Teilungen jedenfalls ein zentraler Faktor bei Preußens weiterer Entwicklung. Der territoriale Zuwachs hat Preußens wirtschaftlich-fiskalische Ressourcen beträchtlich vermehrt, sein militärisches Potential gestärkt, zugleich neue außenpolitische Optionen geschaffen. Die napoleonischen Kriege blieben in dieser Hinsicht Episode; Preußen blieb auch nach 1815, wie Klaus Zernack gesagt hat, eine „halbdeutsche Großmacht“ mit einer Machtbasis außerhalb des alten Reichs. Die Entwicklung des österreichisch-preußischen Dualismus im Deutschland des 19. Jahrhunderts und der Weg zur Reichsgründung von 1871 waren davon deutlich geprägt.
Die Kehrseite aber – und zwar nicht nur für Preußen, sondern für alle Teilungsmächte: die dauernde Herausforderung durch die polnische nationale Bewegung. Sie entwickelte trotz, oder eher wegen, aller Versuche, sie zu unterdrücken, eine über die Generationen wachsende gesellschaftliche Mobilisierungskraft gegen die Staatsmacht. Wie Hans-Ulrich Wehler gezeigt hat, entwickelte sich die sogenannte Polen-Frage, sogar zu einem der großen „Krisenherde des Kaiserreichs“. Zugrunde gegangen ist das Kaiserreich daran natürlich nicht. Aber der sich ständig radikalisierende, um 1900 omnipräsente Nationalitätenkonflikt in den sogenannten Ostmarken hat das Verhältnis zwischen Deutschen und Polen irreparabel beschädigt.
Zum ideologischen Erbe des Kaiserreichs sollte denn auch eine tief verwurzelte deutsche Polenfeindlichkeit gehören. Nach 1918 hielt die Mehrheit der Deutschen die bloße Existenz des wiedererstandenen Polen, dieses „Saisonstaats“, für unerträglich; die nach dem Ersten Weltkrieg gezogene deutsch-polnische Grenze (auf die sich übrigens nach 1945 die Bundesrepublik stets berufen hat) galt damals als „blutende Grenze“ und deshalb als inakzeptabel; der Anweisung des deutschen Oberkommandos im Jahr 1939, dass der Krieg gegen Polen mit (Zitat) „größter Härte“ geführt werden müsse, folgte die Wehrmacht im September `39 willig. Wann endete auf dieser Ebene die Wirkungsgeschichte der Teilungen? Auf deutscher Seite: vielleicht 1980, als uns die Solidarnosc-Bewegung neuen Respekt für Polen gelehrt hat? Vielleicht aber auch erst später?
Meine dritte und letzte Frage ist die nach der kollektiven Erinnerung an die Teilungen Polens und deren Wirkungsgeschichte. Sind die Teilungen Polens ein lieu demémoire im Sinn von Pierre Norat? In Deutschland ganz sicher nicht. Das in Deutschland durchaus vorhandene Bewusstsein von einer deutsch-polnischen Konfliktgeschichte reicht in der Regel kaum hinter den Zweiten Weltkrieg zurück. Man mag gehört haben von den Grenzkonflikten nach dem Versailler Frieden oder auch von den „Nationalitätenkämpfen“ im Osten des Kaiserreichs. Welche Vorgeschichte diese hatten, erfuhr man im Geschichtsunterricht aber nicht. Das Schulbuch zur europäischen Geschichte, das wir – die Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission – jetzt gemeinsam erarbeitet haben, ist meines Wissens das erste Geschichtsbuch in Deutschland, in dem die Teilungen Polens überhaupt als eigenes Thema vorkommen.
Ganz anders natürlich in Polen. Vielleicht nicht die Verlaufsgeschichte der Teilungen selbst, umso mehr aber deren Wirkungsgeschichte bildet die Hauptachse der Erinnerung an Polens Geschichte im 19. und 20. Jahrhundert – der Verlust der Souveränität, der Freiheit, die Anstrengungen für die nationale Selbstbehauptung (Aufstände und organisierte Nationalbewegung), die Kämpfe um die Wiederherstellung des unabhängigen Staats. Mit diesen kollektiven Erfahrungen verbunden war aber wohl auch die Ausprägung bestimmter kollektiver Haltungen und Wertordnungen – z.B. eine tiefe Aversion gegen Fremdbestimmung, ein Sinn für Widerständigkeit als gesellschaftliche Tugend, der größte Respekt für das Prinzip staatlicher Souveränität und territorialer Integrität.
Nur vor diesem Hintergrund kann ich mir die Haltung der polnischen Gesellschaft gegenüber dem Krieg gegen die Ukraine erklären. Noch 2019 tobte zwischen Polen und der Ukraine ein von der PiS-Regierung befeuerter geschichtspolitischer Krieg (um die ukrainischen Massaker an Polen in Wolhynien 1943/44, um den berühmt-berüchtigten Stepan Bandera). Nach dem 24. Februar 2022 aber spielte das keine Rolle mehr. Die Empathie für, und Solidarität mit, der um ihre Souveränität kämpfenden Ukraine war und ist in Polen so nachhaltig und so ungeteilt wie wohl kaum irgendwo sonst in Europa.
Aber zurück zur Erinnerung an die Teilungen Polens im 18. Jahrhundert. Als deutscher Historiker fände ich es gut, wenn wir in Deutschland etwas klarer und bewusster mit dem historischen Erbe der Teilungen umgehen würden. Dabei geht es nicht darum, im Seitenblick auf unsere Nachbarn die Bilanz unserer „Vergangenheitsbewältigung“ noch einmal zu verbessern. Es geht vielmehr um Selbstverständigung über unsere eigene Geschichte – darum, zu verstehen, was Preußen und Österreich mit der Teilung Polens für sich selbst angerichtet haben.
Pewnego dnia...
Odejdą na zawsze, znikną w przeszłości Kłopoty, problemy, mozoły, trudności
Szczęścia dziecięce, beztroski młodości Życie wypełnią miarą zwykłości
Zatopią się cicho, na dnie zapomnienia Samotne dni szare, rozbite marzenia
Dłonie otwarte i ufne spojrzenia Zbudują dom nowy, bez powrócenia
Zła wola, egoizm – jak mur, nieskruszone Stopnieją jak wiosną śniegi bielone
W serc ludzkich zagoszczą, świata ogromie Okruchy miłości, z nieba rzucone
Spłyną zwyczajnie, bez szmeru, rozgłosu Radości, zabawy wspólnego czasu
Łzy bezradności, zamętu, chaosu Odejdą bez reszty, bez wspomnień zarysu
Wiersz można czytać zwrotkami lub linijkami
czyli Dzień Wszystkich Świętych. Lizbona. Trzęsienie Ziemi.
W 1755 roku dzień Wszystkich Świętych wypadał w sobotę. Wszyscy zgodnie twierdzą, że poranek tamtego listopadowego dnia był przepiękny. Rześkie powietrze, błękitne niebo i blask słońca zapowiadały, że ładna pogoda, którą przyniósł lizbończykom poprzedni miesiąc, utrzyma się i mieszkańcy będą się rozkoszować babim latem, które do dziś jest jednym z uroków jesiennej Lizbony.
Skala zniszczenia była niewyobrażalna. Tysiące ludzi zginęły straszliwą śmiercią. Było to najsilniejsze trzęsienie ziemi w Europie Zachodniej w czasach nowożytnych i miało wymiar iście apokaliptyczny.
Przytaczam tu fragmenty dwóch tekstów. Oba pożyczyłam.
Tekst 1 stanowi fragment książki Barry’ego Hattona Lizbona. Królowa Mórz, która ukazała się w roku 2022 w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Barry Hatton
Wydawnictwo UJ 2022
Mieszkańcy wspominali później, że krótko po tym, jak kościelne dzwony wybiły 9:30, rozległ się głęboki, dudniący dźwięk, który przypominał odległy grzmot. Odgłos ten poprzedzał najsilniejsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło Europę Zachodnią w czasach nowożytnych. Trzy gwałtowne wstrząsy, przedzielone krótkimi przerwami, obróciły w perzynę dwie trzecie lizbońskich budynków, które zawaliły się z ogłuszającym hukiem. W głąb koryta Tagu wdarła się sześciometrowa fala tsunami, która wywracała statki i porywała z lądu ocalałych ludzi, odbierając im szansę na ratunek. W ruinach wybuchł potężny pożar, który szalał przez sześć dni. Nocami w płonącym mieście było jasno jak w dzień. Ziemia, woda, ogień: kataklizm przypominał starotestamentowy gniew Boży. Klęska podcięła Lizbonie skrzydła po trwającym pół wieku okresie prosperity. Miasto spełniało wzniosłe ambicje, finansowane brazylijskim złotem.
Długa, powolna odbudowa miała na zawsze odmienić oblicze stolicy. Owych siedem tragicznych minut wstrząsnęło także Europą, która stanęła w obliczu ważkich pytań o intencje Boga i znaczenie nauki.
Joao Glama Ströberle, Terramoto1755
Trzęsienia ziemi nie były niczym nowym dla lizbończyków. W ciągu 400 lat stolicę nawiedziło aż 15 takich kataklizmów, a trzy z nich – w latach 1356, 1531 i 1597 – spowodowały poważne zniszczenia. Trzęsienie z 1755 roku było jednak najsilniejsze. Jego epicentrum znajdowało się pod dnem morskim, w odległości 250 kilometrów na południowy zachód od miasta. Pod wpływem ruchów płyt tektonicznych zatrzęsło się piaszczysto-żwirowe podłoże pod częścią najstarszych dzielnic Lizbony. Budynki z kamienia i drewna rozsypały się jak domki z kart. Wąskie lizbońskie uliczki, które przez stulecia nie były wytyczane według jakiegoś odgórnego, przemyślanego planu, ale rozrastały się bez ładu i składu, zależnie od potrzeb i możliwości, zamieniły się w śmiertelne pułapki.
Skala zniszczenia była niewyobrażalna. Tysiące ludzi zginęły straszliwą śmiercią: pod gruzami domów, na skutek uduszenia, w płomieniach albo pod wodą. Ci, którzy ocaleli, opowiadali przerażające historie. Ich wstrząsające relacje przypominają scenariusze współczesnych filmów katastroficznych.
Ojciec Manoel Portal leżał pod gruzami Convento da Congregaçao do Oratório, z nogą uwięzioną pod kamiennym elementem muru. Na szczęście dwóch mężczyzn wydobyło go spod gruzowiska. Ocalony zakonnik pokuśtykał na ulicę „z oczyma zalanymi krwią”. Widok, jaki tam ujrzał, zmroził mu krew w żyłach. Kiedy tylko wyszedłem przez bramę wjazdową, stanąłem pośród ciał zabitych, wspominał w napisanej rok później książce pod tytułem Historia o zniszczeniu miasta Lizbony za sprawą przerażającego trzęsienia ziemi i pożaru, które obróciły w proch i popiół najlepszą i największą część tego nieszczęsnego miasta.
Thomas Chase, Anglik mieszkający w Lizbonie, który przebywał na najwyższym piętrze budynku, kiedy ten zawalił się pod jego stopami, spadł z czwartego piętra. Mimo że mężczyzna był poważnie ranny – miał kilka złamań i zwichnięć, liczne rany i stłuczenia – zdołał się wyczołgać spod gruzów o własnych siłach. Ocaleni, na których natknął się na ulicy, wpadli w panikę, kiedy powietrze poszarzało. Ludzie, pokryci szarym pyłem, oddawali się gorącej modlitwie, światło zaś było takie, jak w bardzo pochmurny dzień, napisał Chase w liście, który wysłał do domu miesiąc po trzęsieniu ziemi.
Wielebny Charles Davy, anglikański duchowny, który przebywał z wizytą w Lizbonie, także wspominał o bardzo wielkich tumanach kurzu i pyłu wapiennego, które wzbijały się przypuszczalnie dlatego, że od wielu tygodni w mieście nie spadła ani kropla deszczu. Chmury pyłu, które przesłaniały słońce, były tak gęste, że duchowny przez dziesięć minut z najwyższym trudem łapał powietrze w płuca i drżał z przerażenia na myśl, że jest świadkiem apokalipsy.
Ocaleni, którzy pod wpływem szoku snuli się dokoła bez celu, byli obsypani szarawym pyłem, podobnie jak ci, którzy 11 września 2001 roku znaleźli się w pobliżu miejsca ataków terrorystycznych w Nowym Jorku. Zakrwawieni ludzie błąkali się pośród ruin w poszukiwaniu swoich najbliższych. Dzieci krzyczały. Wyjące psy i żałośnie porykujące muły konały, pozostawione na pastwę losu.
Zdaniem wielebnego Richarda Goddarda, proboszcza Lacock Abbey w południowo-zachodniej Anglii, który w stanie kompletnego oszołomienia wędrował, potykając się, ulicami miasta, które drżały od wstrząsów wtórnych, przesądni mieszkańcy Lizbony byli bardzo wystraszeni. Dzień Wszystkich Świętych jest jednym z najważniejszych świąt katolickich, podczas którego wierni oddają hołd świętym. Pastor napisał:
Żadne słowa nie zdołają wyrazić nędzy mego położenia w tamtej chwili, gdymstał w kompletnych niemal ciemnościach, w mieście walącym się w gruzy, pośród tłumów krzyczących i błagających o zmiłowanie ludzi, gdyśmy się wszyscy spodziewali, że lada chwila pochłonie nas ziemia wstrząsana gwałtownymi konwulsjami.
Pod wpływem kataklizmu ludzie wpadali w religijne uniesienie. Klękali na ulicach i pogrążali się w modlitwie; całowali krzyże i wznosili je ku niebu. Wielebny Goddard wspominał, że kiedy natknął się na grupę ocalałych, ci zmusili go by natychmiast przeszedł na katolicyzm. Duchowny bał się, że ponadstuosobowa „tłuszcza” zabije go, jeśli nie zgodzi się zmienić wyznania. Później ludzie ci rzucili się na niego i o mało mnie nie udusili swymi uściskami; kilku księży padło przede mną na ziemię, by obejmować kolana i całować stopy swego nowo nawróconego współwyznawcy.
Jurema Oliveira Tsunami, które wdarło się w głąb miasta, było tak potężne, że spowodowało zniszczenia także w Afryce Północnej
Zdaniem pastora żywili oni przekonanie, żejeśli nawrócą kogoś na swoją wiarę, odkupią część swych grzechów i unikną dalszych cierpień. Ale ich gehenna jeszcze się nie skończyła. Niektórzy zdesperowani lizbończycy, uciekając przed śmiercią pod walącymi się gruzami i w pułapkach zablokowanych ulic, kierowali się w stronę najbliższego otwartego terenu: Terreiro do Paço, rozległego placu nad Tagiem, obok pałacu królewskiego. Jak się okazało, dokonali fatalnego wyboru.
Niebawem woda w rzece i w Słomianym Morzu zaczęła się burzyć i pienić, rwąc łańcuchy kotwiczne i porywając statki jak zabawki. Davy, wspomniawszy o falowaniu i przybieraniu wód, dodał:
… w jednej chwili nieopodal pojawiła się wielka masa wody, która wznosiła się niczym góra. W bryzgach piany, rycząc, runęła na brzeg z takim impetem, że wszyscy rzuciliśmy się natychmiast do ucieczki i biegliśmy, ile sił w nogach, by ocalić życie. Jedne statki przewracały się i miotały jak podczas gwałtownego sztormu, podczas gdy inne wirowały z zawrotną szybkością; kilka dużych łodzi wywróciło się kilem do góry. Masywne kamienne nabrzeże orazludzie, którzy szukali na nim bezpiecznego schronienia, zostali porwani i wchłonięci przez olbrzymi wir, i zniknęli na zawsze.
José Moreira de Mendonça, który także przeżył trzęsienie ziemi, wspominał, że kiedy tsunami pędziło w górę Tagu, odsłoniło jego dno, a powracając, porywało ludzi i wciągało w rwący nurt rzeki. Davy zanotował, że kiedy tuż za miastem ludzie „jechali konno szeroką drogą, która wiedzie do Belém i której jedna strona otwiera się na rzekę, fale nadciągnęły z tak wielką szybkością, że musieli rzucić się galopem ku wyżej położonym terenom, by ich woda nie porwała”. Tsunami, które wdarło się w głąb miasta aż do placu Rossio, było tak potężne, że spowodowało zniszczenia także w Afryce Północnej, a po około dziesięciu godzinach dotarło do Karaibów.
Chase stwierdził, że ludzie, którzy przeżyli kataklizm i zgromadzili się na placu Terreiro do Paço, byli przekonani, że nadszedł dzień sądu ostatecznego. Modlili się,przyciskali do piersi krucyfiksy i po każdym wstrząsie wtórnym wołali Litości!… głosami przepełnionymi niewyobrażalną boleścią”. Davy zwrócił uwagę, że status społeczny nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, ponieważ ludzie obydwu płci, wszelkiego stanu i pozycji, pośród których dostrzegłem kilku najgłówniejszych kanoników kościoła patriarchalnego, w ich purpurowych szatach i rokietach, modlili się na klęczkach, uderzając się w piersi i bez ustanku wołając: Misericordia meu Dios!
W tłumie były także damy na poły odziane, a niektóre z nich bez obuwia. Chase zapisał, że o 14:00 pył zaczął opadać i pokazało się słońce. Zauważył wówczas, że pałac królewski stoi w ogniu. Świece, lampy i paleniska w domach i kościołach w całej Lizbonie wywołały trzeci kataklizm tamtego dnia. Silna bryza z północnego wschodu, typowa dla tego wietrznego atlantyckiego portu, rozdmuchiwała płomienie, wywołując burze ogniowe, które błyskawicznie trawiły drewniane domostwa. Większość ocalałych uciekła nad rzekę lub do okolicznych wiosek, a w mieście pozostała ledwie garstka ludzi zdolnych i chętnych do gaszenia płomieni.
Davy wspominał, że miasto paliło się równocześnie w co najmniej stu różnych miejscach i płonęło tak przez sześć dni bez przerwy, nikt też nie podejmował najmniejszej choćby próby powstrzymania płomieni. Mendonça napisał w swojej relacji, że ogień rozprzestrzenił się z nadrzecznej dzielnicy Ribeira do Rossio i Bairro Alto, a następnie do Alfamy. Jego zdaniem pożar ogarnął jedną trzecią miasta, w tym najzamożniejsze i najgęściej zaludnione dzielnice. Po zmierzchu, jak zanotował Davy, całe miasto stało w płomieniach, które były tak jasne, żem mógł bez trudu czytać w ich blasku.
Georges Clerc Rampal
Chase stwierdził, że ogień rozprzestrzeniał się z niepohamowaną szybkością. Obydwie strony zamieszkiwanej przez bogaczy Rua Nova stały w ogniu.Wystarczyło kilka razy nabrać do płuc toksycznego dymu, by stracić życie. Tamtej nocy Chase widział jeszcze mnóstwo ciał leżących na ulicach i słyszał wołania o pomoc. Pożar strawił większość budynków, które oparły się trzęsieniu ziemi w sercu jednego z najwspanialszych miast Europy.
Ogień przypieczętował los skarbów Lizbony. Gdyby budynki tylko się zawaliły, można by było coś uratować. Płomienie unicestwiły jednak prawie wszystko, czego nie zniszczyło trzęsienie ziemi. Mendonça w swojej książce Historia Universal dos Terremotos (Powszechna historia trzęsień ziemi) wymienia 3 tuziny kościołów i około 60 klasztorów, które zostały całkowicie zniszczone tamtego dnia. Jeszcze dziś, kiedy Portugalczycy chcą powiedzieć, że doszło do jakiegoś dramatycznego wydarzenia, często posługują się wyrażeniem Cai o Carmo e a Trindade (przewracają się Carmo i Trindade). Nawiązuje ono do dwóch ważnych lizbońskich klasztorów, które legły w gruzach podczas trzęsienia ziemi.
W bibliotekach wszystkich klasztorów, które uległy zniszczeniu, przechowywano tysiące rzadkich ksiąg. Ponadto Lizbona straciła sześć szpitali, w tym wspaniały szpital Todos os Santos, pałac królewski, operę, archiwum królewskie, arsenał królewski, pałac arcybiskupa, Dom Indii i urząd celny. Wbibliotece pałacu królewskiego, która doszczętnie spłonęła, znajdowało się kilkadziesiąt tysięcy książek. Ściany i podłogi pałacu zdobiły gobeliny i perskie kobierce. Przepadła także bezcenna dokumentacja z czasów ekspansji terytorialnej.
Brytyjski historyk T.D. Kendrick sporządził zestawienie bezpowrotnie utraconych bezcennych przedmiotów i dzieł sztuki z jednego tylko lizbońskiego pałacu, który należał do markiza Louriçal, by dać nam pewne wyobrażenie o ogromie strat, jakie Lizbona poniosła w wyniku trzęsienia ziemi. Wśród zniszczonych skarbów znajdowało się między innymi około 200 obrazów, w tym dzieła Tycjana, Correggia i Rubensa, 18 tysięcy drukowanych książek, tysiąc manuskryptów, w tym historia spisana własnoręcznie przez cesarza Karola V, bogaty zbiór map lądów i mórz z naniesionymi trasami portugalskich wypraw odkrywczych.
Kiedy ogień dogasł, Lizbona wyglądała jak miasto po bombardowaniu. Davy napisał:
Zapewniam was, że to rozległe i zamożne miasto jest teraz niczym więcej jak tylko wielką stertą gruzów; że obecnie bogaci nie różnią się niczym od biedaków; tysiące rodzin, które ledwie dzień wcześniej żyły beztrosko i w dostatku, teraz, rozpierzchłe, koczują pośród pól, pozbawione wszelkich wygód i nadziei na poprawę swej doli.
Jacques Philippe Le Bas 1757
Kiedy ogień dogasł, Lizbona wyglądała jak miasto po bombardowaniu.
Oceny wielkości strat w ludziach znacząco się różnią. Niektórzy historycy uważają, że mogły sięgać nawet 60 tysięcy, ale według skromniejszych – i powszechnie uznawanych – szacunków zginęło od 10 do 20 tysięcy ludzi. Miasto miało wówczas ponad 200 tysięcy mieszkańców. Dwie trzecie domów w Lizbonie nie nadawało się do zamieszkania.
Kiedy kataklizm dotknął miasto, rodzina królewska przebywała w swojej wiejskiej rezydencji w Belém i nie została poszkodowana. Ale nuncjusz papieski w Lizbonie, Filippo Acciaiuoli napisał do brata, że król uciekł z pałacu w koszuli nocnej. Przez kilka dni, dopóki nie znaleziono namiotu, władca i cała rodzina królewska spali w powozie. Tragedia tak wstrząsnęła królem Józefem I, że od tamtej pory mieszkał w namiotach z drewna i płótna, by uniknąć śmierci pod gruzami kamiennej budowli i powrócił do centrum miasta dopiero po sześciu latach. Lizbońska szlachta także została zmuszona do życia w trudnych warunkach. Prawie 40 stołecznych pałaców legło w gruzach. Arystokraci, pozbawieni dachu nad głową, zbierali w stoczniach rzecznych kawałki drewna i płótno żaglowe, z których budowali prowizoryczne szałasy.
Acciaiuoli zauważył, że ci, którzy ocaleli, trwali w głębokim szoku. Stwierdził, że ujmując rzecz w skrócie, panują tu przerażenie i niedola, Lizbona zaś jest stertą gruzów. Davy napisał, że trzęsienie ziemi zmieniło to niegdyś kwitnące, bogate i ludne miasto w obraz skrajnej nędzy i rozpaczy. Najlepiej widoczną blizną, którą pozostawił po sobie tamten tydzień, gdy dorobek sześciu stuleci został unicestwiony, a wszystkie skarby Lizbony bezpowrotnie utracone, jest klasztor Karmelitów.
Joao Glama Ströberle
Trzęsienie ziemi zmieniło to niegdyś kwitnące, bogate i ludne miasto w obraz skrajnej nędzy i rozpaczy.
Tragedia Lizbony odbiła się szerokim echem w całej Europie. Stała się inspiracją dla wierszy i powieści, dla filozoficznych i teologicznych traktatów, rozpraw naukowych i dzieł sztuki. Najwybitniejsze umysły epoki oświecenia, takie jak niemiecki filozof Immanuel Kant, francuski filozof Jean-Jacques Rousseau i pisarz Voltaire, włączyły się do rozważań nad sensem i wymową tamtego trzęsienia ziemi. Swoją opinię na ten temat wyraził także angielski metodysta John Wesley. Czy był to palec boży, czy raczej zjawisko, które można wytłumaczyć naukowo? Dlaczego Bóg wybrał Lizbonę, gdzie tak prężnie działała inkwizycja i skąd Portugalczycy zanieśli słowo Boże do najdalszych zakątków świata? I czemu tragedia wydarzyła się w dniu tak ważnego święta?
Wiadomość o nieszczęściu, jakie spadło na Lizbonę, wzbudziła przerażenie na całym kontynencie. Czy gdziekolwiek można czuć się bezpiecznie i mieć pewność, że uniknie się podobnego losu? Niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe nazwał ten kataklizm wydarzeniem o światowej randze. W jego pamiętnikach czytamy: Demon grozy nigdy chyba nie szerzył lęków na świecie z taką prędkością i mocą. W styczniu 1756 roku niemiecka Gazette de Cologne stwierdziła, że trzęsienie ziemi wciąż jest na ustach wszystkich.
Słonie i nosorożce nie były już wizytówkami Lizbony.
Autorem tekstu numer 2 jest Jacek Pałasiński, który napisał na FB 11.01.2022:
Oświecenie zapoczątkowało proces, który umożliwił połączenie wszystkich jedną siecią, wszystkich ludzi na całej planecie. Utopiści mówili, że kiedy człowiek skontaktuje się z drugim człowiekiem, kiedy jeden pozna drugiego, kiedy zrozumie, że jego ból i cierpienie, jego radość i przyjemności są identyczne, jak jego własne – wtedy nie będzie już powodów do wojen.
Oświecenie jednak myliło się…
Wybitny dziennikarz, Włodek Goldkorn, przytoczył na FB fragmencik wywiadu, jaki z przeprowadził w 2008 roku z Zygmuntem Baumanem: „Miło byłoby pomyśleć – mówi Bauman – że nasza cywilizacja zmierza w kierunku rozsądku i moralności, choć z pewnymi wpadkami po drodze. Niestety tak nie jest. Niektórzy bardzo wykształceni obserwatorzy twierdzą, że impertynenckie ambicje nowoczesności, zaczęły się od szoku, wywołanego trzęsieniem ziemi w Lizbonie (w 1755): ślepa natura, pozbawiona jakiejkolwiek racjonalności, obojętna na rozróżnienie cnoty i grzechu, między zasługą i winą, uderza przypadkowo. Należy zatem powstrzymać siłę żywiołów, zmusić naturę do korzystania z kategorii dobra i zła. A za pomocą rozumu i technologii ludzkość nada moralny porządek amoralnemu chaosowi”.
– Właśnie dokonał pan syntezy myśli oświeceniowej. Wynik? – pyta Włodek Goldkorn.
– Skutki różnią się od intencji. Nie udało nam się przekonać natury do posłuszeństwa ludzkim wyobrażeniom o cnotach i występkach. Ale konsekwencje naszych działań, bezbłędne z technicznego punktu widzenia, uderzają nas irracjonalnym okrucieństwem, okrucieństwem, które do tamej pory przypisywaliśmy tylko i wyłącznie naturze.
A zatem to, co łączy nas z naturą to okrucieństwo?