Z wolnej stopy 58

Zbigniew Milewicz

Zaduszki

Zawsze lubiłem ten dzień. W Zaduszki na cmentarzach nie było już tłumów, a pojedynczy ludzie, stojący w zadumie przy grobach swoich bliskich, pasowali mi do tego melancholijnego pejzażu. Do morza zniczy, płonących od poprzedniego dnia, wieńców i różnobarwnych chryzantem, zeschniętych liści i kasztanów pod stopami. Jako dziecko towarzyszyłem zwykle babci Jadzi, albo jej siostrze, ciotce Gryjci w wędrówce po chorzowskich cmentarzach. Pomagałem im dźwigać ciężką torbę ze świeczkami, albo zniczami na groby moich pra- i prapraprzodków, których nie zdążyliśmy odwiedzić we Wszystkich Świętych, wszędzie odmawialiśmy zdrowaśki za spokój ich duszy i to był długi dzień, bo rodzinę mieliśmy dużą. Najpierw szliśmy jeszcze raz nasz parafialny cmentarz do św. Ducha, później do Jadwiżki, gdzie wcześniej należeliśmy, do św. Józefa i na koniec do św. Barbary.

Zawsze najbardziej lubiłem palić świeczki przed pomnikami nieznanych żołnierzy i bezimiennych zmarłych, które były na każdym cmentarzu, bo wydawało mi się, że oni najbardziej tego gestu potrzebują, skoro żadni bliscy ich nie odwiedzają. Myślę, że to moje uwrażliwienie na nich miało swój początek w Bukowinie Tatrzańskiej, dokąd zwykle jeździliśmy na letnie wakacje.

Był tam piękny,stary kościół, w którego przedsionku, obok kropielnicy znajdowała się misternie rzeźbiona, drewniana skrzynka z prawdziwymi skarbami. Stanowiły je ciekawie sformułowane intencje modlitewne, które się losowało na chybił – trafił. Wyciągając jedną z nich, człowiek nie wiedział, co tam jest napisane, więc jeżeli miał żyłkę hazardzisty, to mógł się modlitewnie uzależnić. Nie wiem, ile wtedy miałem lat, ale umiałem już czytać i w tej intencji, którą wylosowałem, chodziło właśnie o pamięć o duszach zapomnianych przez żyjących. Musiała być ona bardzo sugestywnie sformułowana, skoro pozostaję jej wierny do dziś.

Po takim pieszym rajdzie po cmentarzach dom dziadków na Wesołej witałem z wielkim entuzjazmem. Ciocia Irka – nasz domowy mól książkowy – już czekała na nas ze stosowną lekturą. Siadaliśmy w najcieplejszym pomieszczeniu, czyli w kuchni, przy stole, dziadek Erwin dokładał do pieca jeszcze jedną bryłę węgla i zaczynała się recytacja fragmentów Części II mickiewiczowskich Dziadów:

CHÓR

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?

GUŚLARZ

Zamknijcie drzwi od kaplicy
I stańcie dokoła truny;
Żadnej lampy, żadnej świecy,
W oknach zawieście całuny.
Niech księżyca jasność blada
Szczelinami tu nie wpada.
Tylko żwawo, tylko śmiało.

STARZEC

Jak kazałeś, tak się stało.

Wszystkie kwestie czytała ciocia Irka swoim trochę skrzekliwym głosem, którym świetnie później naśladowała nocne ptaki. Dziadek i ja robiliśmy za rekwizytorów – wieszaliśmy w oknie całuny, czyli koce, używane w czasie okupacji w domu do zaciemnienia przeciwlotniczego, a mama z babcią i ciocią Gryjtą krzątały się koło kolacji, która też należała do sztuki. Dusze są w niej, jak wiadomo, zapraszane do stołu, ale odmawiają posiłku, więc padają znane słowa:

A kto prośby nie posłucha,
W imię Ojca, Syna, Ducha.
Czy widzisz Pański krzyż?
Nie bierzesz jadła, napoju?
Zostawże nas w pokoju!
A kysz, a kysz!

Tą kwestią recytatorka kończyła zwykle przedstawienie, bo wszyscy byli już bardzo głodni. Kilkadziesiąt lat później sam zainscenizowałem takie przedstawienie w Zaduszki dla moich dzieci. To było już w Monachium, ale czy wyszło równie efektownie, jak to bywało na Wesołej, tego nie wiem. Czasami w ten dzień mieliśmy w Chorzowie gości; przychodziły ciotki i wujkowie, moje kuzynostwo, państwo Brachaczkowie z sąsiedztwa, z którymi byliśmy zaprzyjaźnieni. Przy herbacie i babcinym cieście płynęły wspomnienia o nieżyjących bliskich, nostalgiczne, ale zawsze pogodne, okraszone humorem i anegdotą.

Jeżeli ktoś za życia nie był ponurakiem, to niech tak pozostanie w naszej pamięci – przeczytałem kiedyś na cmentarnym murze w tyskim Wartogłowcu – a jeżeli był, to zostaw sprawę Panu Bogu. Nie uprawiam graffiti, ale podpisuję się pod tą sentencją oburącz.

Wszyscy moi bliscy, o których tutaj wspominałem, już odeszli. Może kiedyś przekonam się – dokąd. Ich mogiłami pięknie opiekuje się mój kuzyn z Chorzowa, Romek z rodziną i teraz jest okazja, abym im za ten trud z serca publicznie podziękował, co też robię. Szukając zaś w sieci zdjęć do tego wpisu, natrafiłem na bardzo ciekawy tekst o pogańskich korzeniach Dnia Zadusznego, czyli właśnie Dziadach, który warto przeczytać, więc poniżej zamieszczam odnośny link. Materiał pochodzi z województwa lubuskiego, sprzed trzech lat, kiedy na cmentarzach jeszcze nie obowiązywały covidowe rygory, stąd jedyne w swoim rodzaju fotografie nekropolii o zmroku.

A tu link

Z wolnej stopy 57

Zbigniew Milewicz

Oddech wolności

O entuzjazmie, z jakim polskie społeczeństwo przyjęło wybór Władysława Gomułki na stanowisko szefa partii, świadczył chociażby ten 400-tysięczny tłum na Placu Defilad w Warszawie, zgromadzony na powyborczym wiecu, tłum pełen przeróżnych nadziei. Podczas swojego wystąpienia towarzysz Wiesław – taki pseudonim nosił od czasów komunistycznej konspiracji – potępił stalinizm oraz zapowiedział reformy, mające doprowadzić do demokratyzacji ustroju, i to ludziom pasowało.

Wladyslaw Gomulka przemawia na pl. Defilad w Warszawie, 24 pazdziernika 1956

Zaczęło się efektownie. Najpierw wyjechał z Polski marszałek Konstanty Rokossowski oraz wielu innych oficerów radzieckich, służących w Siłach Zbrojnych PRL. Z życia publicznego odeszli skompromitowani ludzie, np. prezes Sądu Najwyższego, Wacław Barcikowski, a ich stanowiska objęli ci, których represjonowano w poprzednich latach. Stalinogród powrócił do dawnej nazwy Katowice. Nazwisko Stalina zniknęło z Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Powstanie Warszawskie i Armia Krajowa, do tej pory potępiane przez komunistyczny reżim, zaczęły odzyskiwać swoje należne miejsce w historii i kulturze. Została złagodzona cenzura. Przejściowo zniesiono wydawanie poufnych opinii personalnych. Odbyły się procesy niektórych zbrodniarzy z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego (m.in. A. Fejgina, J. Różańskiego, R. Romkowskiego). Z przestrzeni publicznej zniknęły tzw. sklepy za żółtymi firankami, przeznaczone dla elity władzy. Zniesiono zakaz posiadania przez obywateli platyny, złota i obcych walut (choć nadal nie wolno było nimi handlować). No i ogłoszono, że zaprzestaje się zagłuszania audycji radiostacji zachodnich w języku polskim, ale czy robiono to konsekwentnie, tego nie jestem pewien.

Po Październiku 56 odżył znowu Związek Harcerstwa Polskiego; wielu pracowników naukowych usuniętych w latach stalinowskich z uczelni, wróciło do nich; wycofano się z planów kolektywizacji rolnictwa; przywrócono, na kilka lat, lekcje religii w szkołach… I najważniejsze – otworzyły się bramy więzień dla wielu niewinnie osadzonych tam ludzi. 28 października 1956 roku wolność odzyskał prymas Polski, internowany kardynał Stefan Wyszyński. Ogółem zrehabilitowano około 1500 więźniów politycznych; wypuszczono na wolność około 35 tysięcy niesłusznie osądzonych osób (w tym wielu weteranów AK).

Polska wspiera Węgry

Na mocy oddzielnej, polsko-radzieckiej umowy, zawartej w Moskwie w połowie listopada, zdecydowano też o repatriacji około 30 tysięcy Polaków z ZSRR oraz uzgodniono status wojsk sowieckich w Polsce, na mocy którego nasza strona miała możliwość współdecydowania o różnych sprawach, związanych z lokacją jednostek.

Skutki październikowej odwilży odczuła również kultura. Odstąpiono od zasad socrealizmu w malarstwie i muzyce; w kinematografii zaczęły powstawać dzieła pozbawione propagandy komunistycznej, co pozwoliło m.in. na produkcję tzw. czarnej serii polskiego dokumentu, jak i na wyświetlanie w kinach fabularnych obrazów, zaliczanych do nowatorskiej polskiej szkoły filmowej. Wolnością słowa odetchnęli również ludzie pióra, przynajmniej na chwilę, bo odwilż tak szybko jak się zaczęła, tak szybko się skończyła, ale to temat zasługujący na odrębny wpis,

Jakże inaczej wypadki potoczyły się na Węgrzech, w kraju który liczył trzykrotnie mniej mieszkańców niż Polska, ale kilkakrotnie więcej represjonowanych politycznie. Nadzieje naszych przyjaciół na powtórkę scenariusza wydarzeń znad Wisły, bez rozlewu krwi, okazały się płonne. Tam Armia Radziecka początkowo wycofała się z interwencji, ale później wróciła i w dniach 4–10 listopada brutalnie stłumiła powstanie węgierskie z użyciem broni pancernej. Powstanie rozpoczęło się od manifestacji, zorganizowanej 23 października 1956 roku w Budapeszcie pod egidą studentów stołecznych uczelni.

Pomnik Stalina obalony w Budapeszcie

Liczba zabitych w walkach na Węgrzech nie jest dokładnie znana. Tajny raport urzędu statystycznego z 1957 r. mówi o co najmniej 2,7 tysiącach zabitych po stronie węgierskiej i dziesięć razy większej liczbie rannych. Dane te nie obejmują osób, które zostały pochowane w parkach i ogrodach. Jeszcze bardziej niepewne są szacunki co do liczby ofiar na wsi. W przypadku strat strony sowieckiej dokumenty podają liczbę 669 zabitych, 51 zaginionych i około 1,5 tysiąca rannych żołnierzy.

Tysiące uczestników rewolucji zostało aresztowanych i deportowanych do Związku Sowieckiego, 26 tysiące osób stanęło przed sądami na Węgrzech – połowę z nich skazano na kary więzienia, a 1,2 tysięcy stracono. Przez otwartą dłuższy czas granicę z Austrią udało się na emigrację około 200 tysięcy ludzi. W styczniu 1957 roku komunistyczne władze na Węgrzech straciły pierwszych przywódców rewolucji – Jozsefa Dudasa i Janosa Szabo. W czerwcu następnego roku za “działalność kontrrewolucyjną” powieszono także Imre Nagya. Jego rehabilitacja i uroczysty pogrzeb nastąpiły 31 lat później.*

Zmiany w Polsce, jak miała pokazać przyszłość, były jedynie pozorne. Już na początku listopada 1956 roku na naradzie aktywu PZPR I sekretarz KC, Władysław Gomułka, zapowiedział konieczność dalszego funkcjonowania struktur partyjnych (m.in. w zakładach pracy) i zakończenia walki frakcyjnej w partii.

__________

* Powstanie na Węgrzech 1956. Krwawy październik, POLSKERADIO24.PL

Z wolnej stopy 56

Zbigniew Milewicz

Zaczął Cegielski…

Wspomniany w poprzednim wpisie, w związku z incydentem obuwniczym, Nikita Chruszczow wiódł życie pełne stressów. Między innymi z powodu Polaków, którzy wymyślili sobie, że po śmierci Stalina musi zapanować nad Wisłą polityczna odwilż. Kiedy 5 marca 1953 roku zmarł dyktator, na Kremlu rozgorzała walka o schedę po nim; początkowo przejął ją szef NKWD Ławrientij Beria (odpowiedzialny m.in. za zbrodnię katyńską), który miał w projekcie liberalizację polityki gospodarczej oraz działania na rzecz międzynarodowego odprężenia. Pretendowali do niej również Chruszczow, Malenkow i Mołotow. Zawiązali więc spisek, Beria stracił władzę i stanął przed plutonem egzekucyjnym, za szpiegostwo na rzecz Zachodu.

Nowe kierownictwo podjęło temat krytyki kultu jednostki  i Stalina. W miejsce jednowładztwa wprowadziło zasadę kolektywnego kierownictwa i takich także zmian zaczęto wymagać w państwach satelickich ZSRR. Przełomem był wygłoszony przez Nikitę Chruszczowa w dniach 24-25 lutego 1956 r. tajny referat O kulcie jednostki i jego następstwach. Gensek odczytał go na forum XX Zjazdu KPZR, przedstawiając Stalina jako zbrodniarza i winowajcę odpowiedzialnego za politykę terroru.

Nikita Chruszczow

Kilkanaście dni później, 12 marca, zmarł w Moskwie I sekretarz KC PZPR, Bolesław Bierut, co oznaczało, że w Polsce wkrótce także rozpocznie się walka o przejęcie steru rządów, ale o tym za chwilę.

Tajność, rzecz umowna. Jeszcze w marcu z treścią referatu zapoznali się polscy aparatczycy, później dotarł on do społeczeństwa, osłabiając jego strach przed władzą. Skoro bowiem partia sama przyznawała się do swoich „błędów i wypaczeń“, to można było z nią walczyć – o polityczne i gospodarcze reformy systemu, bo na zmianę ustroju było jeszcze za wcześnie. 28 czerwca miał miejsce pierwszy generalny strajk w PRL. Na ulice Poznania wyszli pracownicy największej miejscowej fabryki – Zakładów Przemysłu Metalowego imienia H. Cegielskiego, niezadowoleni z niskich płac, zawyżonych norm i nadmiernego opodatkowania. Na transparentach widniały wymowne hasła, takie jak „Chcemy chleba“. Do protestujących zaczęli dołączać pracownicy innych zakładów oraz ludzie z ulicy. Według niektórych danych manifestacja zgromadziła około 100 tysięcy demonstrantów, którzy poszli do centrum miasta.

Krew się polała, kiedy z gmachu Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego padły pierwsze strzały, a później, gdy przeciw demonstrującym skierowano wojsko z czołgami i pojazdami opancerzonymi. Oficjalne dane na temat ofiar tej tragedii nie są spójne, oficjalnie przyjmuje się, że życie straciło od 67 do 75 strajkujących, a około 450-800 osób odniosło rany. Nieoficjalnie ocenia się, że te liczby są znacznie wyższe. Sytuacja w mieście uspokoiła się dopiero 30 czerwca, ale wówczas zaczęły się masowe aresztowania demonstrantów. Wielu z nich w politycznych procesach zostało skazanych na kary wieloletniego więzienia. Ówczesny premier Józef Cyrankiewicz winą za poznańskie powstanie obarczył „agentów imperializmu” i w radiu cynicznie powiedział:

każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie.

Brzmiało groźnie i ponuro, ale elitom władzy nie zależało na powtórce poznańskiego scenariusza w innych ośrodkach kraju. Zdając sobie sprawę ze społecznych napięć, do jakich doprowadził stalinizm, gospodarka planowa i kolektywizacja, władze gorączkowo szukały wyjścia z pogarszającej się sytuacji, a konkretnie człowieka, który umiałby nad nią zapanować. W PZPR rywalizowały ze sobą dwie frakcje – konserwatywna natolińczyków i proreformatorska puławian. W pałacyku rządowym w Natolinie bywali ludzie związani z ambasadą sowiecką, w jednym z gmachów przy ulicy Puławskiej w Warszawie obradowali natomiast ich przeciwnicy, stąd te nazwy. Jedynym kandydatem na stanowisko I sekretarza, możliwym do zaakceptowania przez obydwie zwalczające się frakcje, był Władysław Gomułka, były pierwszy odsunięty od władzy i więziony za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”.

We wspomnieniach Nikity Chruszczowa, który osobiście lubił Gomułkę, znajduje się fragment jego rozmowy z Bierutem, przeprowadzonej pod koniec września 1954 r. Sowiecki przywódca zapytał, dlaczego Gomułka jest pod kluczem. „Jeżeli się głębiej zastanowić – z rozbrajającą szczerością odpowiedział Bierut – to i sam nie wiem, za co siedzi”. Wniosek genseka był prosty: „Jeżeli uważacie, że sami tego nie wiecie, to uwolnijcie go”. W tej sytuacji podjęcie formalnej decyzji uwolnienia byłego sekretarza generalnego PPR było już tylko kwestią czasu.

Władysław Gomułka

Kiedy jednak 15 października 1956 r. Biuro Polityczne KC PZPR, obradujące z Gomułką, zdecydowało, że za cztery dni odbędzie się Plenum, mające wybrać nowe władze partyjne, bez Konstantego Rokossowskiego – marszałka Polski i ZSRR, sympatia Chruszczowa dla Gomułki została poddana prawdziwie ogniowej próbie. Do tej pory ważne decyzje polityczne nad Wisłą konsultowano z Moskwą, o tej najnowszej Chruszczow dowiedział się z radiowego Głosu Ameryki, a więc miał prawo czuć się urażony. W tej sytuacji najpierw wydał stosowne polecenia marszałkowi Rokossowskiemu, a później na czele kilkuosobowej delegacji udał się do Warszawy.

Generałowie Rokossowski, Żukow i Koniew

Dziś mija 65 lat od tamtych wydarzeń. W nocy z 18 na 19 października 1956 r. oddziały Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, które opuściły swoje garnizony na Dolnym Śląsku i Pomorzu, rozpoczęły marsz w kierunku Warszawy. Kolumny piechoty zmotoryzowanej i czołgów Ludowego Wojska Polskiego z jednostek w Legionowie, Kazuniu i Modlinie, pod dowództwem oficerów radzieckich, miały je wesprzeć, ale po kilkunastu kilometrach przerwały marsz. Rozkaz Rokossowskiego wykonał natomiast gen. Zygmunt Huszcza. W tej sytuacji niedawny więzień polityczny, a teraz dowódca wojsk obrony wewnętrznej, generał Wacław Komar oraz generał Włodzimierz Muś, dowódca Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, postawili jednostki KBW w stan pogotowia, zarządzili obsadzenie strategicznych obiektów w mieście i patrolowanie ulic. W zakładach pracy zaczęły powstawać grupy samoobrony, a KBW wydała im broń, aby bronili stolicy przed puczystami.

Kiedy na sali plenarnej pojawiła się niezaproszona delegacja radziecka, wybrzmiały pretensje gości, co do składu przyszłej polskiej władzy i nieufności Gomułki wobec niektórych zaufanych i sprawdzonych w przyjaźni polsko-radzieckiej towarzyszy, m.in. Rokossowskiego. Uznano, iż to karygodne, że podejmuje ważne decyzje polityczne bez uzgodnienia z Kremlem i że wywrotowa rozgłośnia radiowa jest lepiej poinformowana. „Ten numer wam się nie uda, jesteśmy gotowi do aktywnej interwencji” – pieklił się Chruszczow, ale po wielogodzinnych, trudnych rozmowach, dał za wygraną. Podobno przekonała go informacja, iż nowa władza ma masowe poparcie wśród warszawskich robotników oraz że są oni gotowi to zademonstrować.

O korzyściach tej wygranej, czyli o tym co ważnego dała nam październikowa odwilż, będzie za tydzień.

Z wolnej stopy 55

Zbigniew Milewicz

Październikowo

Październik, obraz Jamesa Tissot

Do tego wpisu zainspirowała mnie Teresa Rudolf swoją poezją. Jej nastrojowe Tęsknoty jesienne wyzwoliły mi z szuflady pamięci październikowe wypady w Tatry, kiedy jeszcze rok akademicki i nasi profesorowie wspaniałomyślnie udawali, że nie widzą tych paru pustych miejsc w auli. Mieniącą się wszystkimi kolorami złota Dolinę Roztoki, kochane schronisko w Pięciu Stawach, w którym sypialiśmy pokotem na podłodze, jak był komplet gości, najlepszą herbatę na świecie z kotła, którą częstowali Dominikanie u Matki Boskiej Jaworzyńskiej i zachód słońca na Głodówce, kiedy wracałem z gór do Bukowiny. Czasami na tle płomiennego kręgu, jak w kiczowatym oleodruku, pojawiało się stadko jeleni, które przez chwilę pozwalały się podziwiać w bezruchu, zanim zniknęły w lesie. W takich chwilach Darwin zdecydowanie przegrywał z Panem Bogiem.

Moja babcia po kądzieli, Jadzia, z domu Hampel, około 1913 r.

Kiedy mieszkałem w Chorzowie, w domu dziadków na Wesołej, zawsze w październiku się świętowało. Babcia Jadzia, rocznik 1895, miała 11 października urodziny, a cztery dni później imieniny. Imienin na Śląsku się generalnie nie obchodziło, ale święta Jadwiga, śląska patronka rządziła się innymi prawami i jak u Jadwiżki, czyli w naszej starej parafii był odpust, to każdy świętował. Na łobiod musiała być wtedy rolada z modrom kapustom i kluskami, a wcześniej rosół, do kawy był kołocz.

Odpustowe maszkety, fot. AnnaLerch-Wójcik.

Po mszy odpustowej szło się całymi rodzinami na stragany jeszcze przedwojennego kramarza Widery, ustawione przy kościele, wszyscy ładnie ubrani, kto miał w domu paradny, śląski strój, to go zakładał; dorośli kupowali sobie i dzieciom roztomaite geschenki, ja musiałem mieć swoje korki do pistoletu i kapiszony, czyli placpatrony, mama – ulubione makrony, a ciocia Irka – kanoldy, których osobiście nie cierpiałem, bo kleiły się do zębów. Kramy sięgały od ulicy Wolności, czyli Wolki, aż po wejście na cmentarz przy Drzymały, z przydrożnych kasztanowców opadały już liście, więc szeleściły pod stopami, kiedy szliśmy zapalić świeczkę na grobach cioci Milki i ujka Willika. Nad cmentarną bramą widniał napis: Sit janua coeli, co dopiero po latach sobie przetłumaczyłem na polski. Niech to będzie bramą nieba, życzy łacińska sentencja żywym, z czego wniosek, że wejście w zaświaty jest wspólne, dopiero później drogi się rozchodzą. Tak to przynajmniej rozumiem.

“Łodpust na Górnioku”, aut. Brygida Simka, akwarela, 2011 r.

Ciekawą alegorię października stworzył w 1877 roku francuski malarz neoklasycystyczny, James Tissot (obraz w winiecie). Przedstawia ona urodziwą, dojrzałą kobietę na tle złocistego listowia, ale nie dajmy się jej zwieść. Historia dowodzi, że w miesiącu tym dochodzi często do dramatycznych wydarzeń, czego przykładem chociażby wybuch Rewolucji Październikowej. Według kalendarza juliańskiego, który obowiązywał w Rosji w czasach carskich, miał on miejsce 25. X. 1917 r. (7 listopada w późniejszej konwencji gregoriańskiej).

Dzisiaj 12 października. W tym dniu w 1435 roku żona dziedzica księstwa Bawarii – Monachium, Albrechta, piękna i mądra Agnes Bernauer, została utopiona w Dunaju na rozkaz swego teścia, księcia Ernesta. Straszne. Ciąg dalszy kalendarium z 12 października jest mniej kryminalny, przynajmniej chwilowo, ale nadal głównymi bohaterkami wydarzeń są kobiety. 12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb – niekwestionowany samiec alfa – dopłynął do archipelagu Bahamów i jest to oficjalna data odkrycia Ameryki, która ma… płeć żeńską. Dzisiaj panie pretendują do najwyższych stanowisk politycznych w świecie, a 12 października 1681 roku jedna z mieszkanek Londynu została publicznie wychłostana za zaangażowanie się w politykę. Jak ten świat się jednak zmienia. 118 lat później Francuzka Jeanne-Geneviève Garnerin, jako pierwsza kobieta w historii, wykonała udany skok ze spadochronem z balonu lecącego na wysokości 900 metrów i jeżeli doliczy się do tej daty jeszcze lat jedenaście, to będzie wiadomo, kiedy książę Ludwik I Wittelsbach poślubił księżniczkę Teresę von Sachsen-Hildburghausen. Wtedy bowiem bawarska para królewska zaprosiła mieszkańców Monachium do wspólnego świętowania godów weselnych i to był pierwszy w historii Oktoberfest.

Niestety, również dzisiaj mija 106 lat od dnia śmierci brytyjskiej pielęgniarki Edyty Luizy Cavell, rozstrzelanej przez niemiecki pluton egzekucyjny za pomoc udzieloną żołnierzom alianckim w ich ucieczce z Belgii. Jej bohaterska postawa i tragiczna śmierć dały ofierze miano męczennicy okresu I wojny światowej. Dokładnie 80 lat temu natomiast, w ukraińskim Dniepropietrowsku, Niemcy rozpoczęli masowe mordy miejscowych Żydów. Spośród około 11 tysięcy ofiar okupację przeżyło jedynie 15 z nich. To są niedobre, niemieckie akcenty, nad którymi trudno przejść do porządku dziennego. Stonuję je wobec tego butem Nikity Chruszczowa, który 12 października 1960 roku był głównym bohaterem pewnych obrad w auli ONZ. Przywódca ZSRR, zdegustowany krytyką Kremla za politykę wobec krajów Europy Wschodniej, oponował, tłukąc swoim obcasem w pulpit mównicy. Dzisiaj taki but na giełdzie byłby pewnie sporo wart.

Z wolnej stopy (54)

Zbigniew Milewicz

Seksturystki

Myślę, że nieprzypadkowo filmik ten chodził po mediach społecznościowych akurat przed wyborami do Bundestagu. Okoliczności przyrody wskazywały na to, że nakręcono go w Dominikanie, albo w Kenii, gdzie niemieckie turystki chętnie spędzają urlop. Młody, szczupły tubylec z jedną z nich wynurza się z oceanu, trzyma ją za rękę, wychodzą na brzeg i to wszystko. Gdyby nie fakt, że kąpali się nago, to w ogóle nie byłoby wiadomo, po co nakręcono ten skądinąd banalny obrazek. Brak konfekcji pozwala zauważyć, że pani panu bardzo się podoba, mimo, iż wiekowo mogłaby być jego mamą. Spieszno mu znaleźć się z nią na plaży, bo trochę ciągnie ją za rękę, a ona jakby się jeszcze trochę wahała, ale przecież skwapliwie podąża naprzód. Na pytanie, po co nakręcono (pewnie telefonem komórkowym) ten clip, odpowiada jego tytuł : Jak zdobyć niemieckie obywatelstwo. Złożony cyrylicą, po rosyjsku.

Nie pokażę go, bo sam nie jestem naturystą; zainteresowani bez problemów znajdą go w internecie. Ciekawi mnie natomiast, kto za tym filmikiem stoi? Przypadkowy podglądacz, czy któraś z partii, konkurujących z CDU? W końcu jeszcze nie wiadomo, kto w przyszłości będzie tutaj gospodarzem i problem migrantów jest najbardziej drażliwy, najmocniej polaryzuje społeczeństwo. Najmniej prawdopodobne, że nakręciły go rosyjskie służby, n.p. w rewanżu za udaną hospitalizację opozycjonisty Nawalnego, ale przecież można spróbować im go przypisać.

Komu się zaś nie podoba, że Niemki, sfrustrowane nudą w swojej sypialni, wyjeżdżają na balety do ciepłych krajów, a później czasami nawet poślubiają swoich beachboys, niech pocieszy się tym, że z takich związków pochodzą często śliczne dzieci.

Oczywiście na seks-wakacje wyjeżdżają nie tylko Niemki, są Brytyjki, Rosjanki, Polki, Amerykanki, Kanadyjki, panie innych narodowości, zwykle dobrze sytuowane. Dla mediów jest to wdzięczny temat, można go zrobić dla gawiedzi, żądnej taniej sensacji, ale da się też go zgłębić. W Die Welt* dziennikarz zadał sobie ten trud; artykuł został napisany jedenaście lat temu, przez mężczyznę. Wtedy zjawisko damskiej seksturystyki było jeszcze w miarę nowe, nie tak rozpowszechnione jak dzisiaj i autor starał się dociec jego przyczyny. Niemieckojęzyczna lektura, ale można przeczytać choćby z pomocą translatora i warto. Zaledwie dwa lata później Der Spiegel** doniósł, że w samej tylko Tajlandii, uważanej tradycyjnie za światowe centrum męskiej seksturystyki, pracuje ponad 30.000 żigolaków, wyspecjalizowanych wyłącznie w usługach dla pań, co pokazywało, jak wielki już był na to popyt. Również załączam odnośny artykuł.

Jak się ma ten temat mniej więcej współcześnie, informuje Focus, w polskim wydaniu z 2 lipca 2019 r.:

Choć seksbiznes kojarzy się przede wszystkim z wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn, także współczesne kobiety korzystają z możliwości kupienia sobie paru chwil przyjemności w ramionach egzotycznego i młodego kochanka. Na co dzień to przykładne żony i matki, ale na wyjazdach potrafią iść na całość, bo na urlopie nie obowiązują te same zasady, co w domu – tu dozwolone jest niemal wszystko. Dla Europejek, także Polek, jednym z najpopularniejszych celów obok Tunezji jest Egipt. Na forach internetowych panie polecają sobie konkretne hotele, konkretnych barmanów. Na kolejne wyjazdy namawiają przyjaciółki.

Tu rozpasanie kwitnie w najlepsze, a miejscowi mężczyźni wyspecjalizowali się wręcz w naciąganiu bogatych i spragnionych wrażeń kobiet. Choć islamskie prawo zabrania kontaktów pozamałżeńskich – jest w nim pewna luka. To kontrakt małżeński nazywany urfi. Choć jest zawierany przed notariuszem, do niczego mężczyzny nie zobowiązuje – właściwie jego jedynym celem jest „legalny” seks. Aby rozwiązać kontrakt – wystarczy podrzeć papier. Pół biedy, jeśli kobieta przyjmuje ten układ i wie, że wyznania miłosne śniadego kochanka nic nie znaczą. Gorzej, jeśli zakocha się i uwierzy w płomienne słowa i wartość takiego związku.

Kilka lat temu głośna była strona założona przez Rosjanki, na której kobiety poszukiwały konkretnych mężczyzn z egipskich kurortów, którzy złamali im serca. Na stronie są setki ogłoszeń. Wiele kobiet omamionych urokiem żigolaków pożyczyło im spore sumy pieniędzy.

Przytoczony tekst nie jest najwyższych lotów, uważam, że za dużo w nim taniego moralizatorstwa, ale z jego przesłaniem się zgadzam: trzeba uważać na naciągaczy. Ponieważ sezon urlopowy nad egzotycznymi morzami trwa przez okrągły rok, autor życzy Czytelniczkom, ich znajomym oraz znajomym znajomych, żeby przede wszystkim dobrze się nad nimi bawiły i na nic nie dały się nabrać, na co nie mają ochoty.

* Reife Frauen auf einem erotischen Trip – WELT https://www.welt.de › Lifestyle

  ** Weiblicher Sextourismus: Immer mehr Frauen reisen nach … https://www.spiegel.de › panorama

Z wolnej stopy 53

Zbigniew Milewicz

Siła tradycji

Życie w górach jest twarde i prawdziwego Bawarczyka byle wirus nie załamie. Już drugi rok mija, jak monachijska Theresienwiese – adres znany piwoszom na całym świecie – świeci o tej porze pustkami, nie ma namiotów dla wielotysięcznej publiki, lunaparku, muzycznych decybeli i tłumów w metrze, ale pamięć o Oktoberfeście jak najbardziej trwa. Niby został z powodów sanitarnych, z uwagi na covid 19 odwołany, ale gastronomicy, którzy przed swoimi lokalami mają letnie ogródki, mogą go na skromną skalę obchodzić. Mnie osobiście cieszy, że osiągnięto przynajmniej taki kompromis, bo branża restauratorów, srodze dotknięta przez pandemię, trochę się odkuje, a konsumenci przy augustinerze i golonce przypomną sobie stare, dobre czasy.

W trzecią sobotę września przez starówkę przejechały więc jak co roku, pięknie udekorowane konne zaprzęgi miejscowych browarów, przy straganach Viktualienmarkt odbyło się tradycyjne O zapft is, czyli burmistrz wbił pierwszego szpunta w chmielowy antałek, politycy i piwowarzy wznieśli toast za ponowny „nie – początek“ Oktoberfestu i punkt 12 – a w tysiącach monachijskich knajp tudzież knajpeczek rozpoczęło się dwutygodniowe świętowanie.

My z Marysią Mayerhöfer dołączyliśmy do biesiadujących w niedzielę, po wieczornym nabożeństwie u św. Michała i miejsce, w którym udało nam się upolować wolny stolik było wyborne. Nürnberger Bratwurst Glöckl am Dom to nieduży, stary lokal, w jednym z zaułków starówki przy katedrze, nastawiony nie tylko na amatorów pieczonych kiełbasek, ale i innych specjałów bawarskiej kuchni. Strucla jabłkowa na ciepło z waniliowym sosem pod kufelek za bardzo nie pasuje, za to z czarną, aromatyczną herbatą komponuje się dobrze i kelnerowi nawet oko nie drgnie, kiedy przyjmuje to dosyć nietypowe dzisiaj zamówienie. Mają tutaj też dobrą, bawarską kapelę, której na zdjęciach niestety nie słychać, ale widać, jak paradnie się prezentuje.

Prawdziwego Bawarczyka na ogół rozpoznaje się po stroju. Bawarczycy kochają nosić swoje trachty przy różnych okazjach, są dumni ze swoich korzeni, ze swojej kulturowej odrębności i czas Oktoberfestu sprzyja takim paradom. Za prawdziwych uznałbym jednak również i tych, którzy nie noszą trachtów i nie mówią żadnym z bawarskich dialektów, ale tutaj żyją, uczą się i pracują. Często mają różne, cudzoziemskie akcenty i kolory skóry, ale jak ich zapytasz, skąd pochodzą, to zwykle usłyszysz: natürlich, aus Bayern! Czasami ten i ów jeszcze wykrzyknie z dumą: Lewandowski, Polska! I co takiemu powiesz, że plecie trzy po trzy? Tak się identyfikują, tak się identyfikujemy i trzeba to przyjąć zwyczajnie, po ludzku, z życzliwym uśmiechem.

Z (bardzo) wolnej stopy (2)

Zbigniew Milewicz

W motylarni

Te piękne, kolorowe owady lubi chyba każdy, więc pod wystawowym namiotem ustawionym przy latarni morskiej w Niechorzu, widać przedstawicieli wszystkich grup wiekowych. Młodziutka przewodniczka prosi nas o wyrozumiałość, że w pomieszczeniu jest tak parno i gorąco, ale motylki pochodzą głównie z tropikalnych i subtropikalnych terenów Ameryki oraz Azji, trzeba im więc ten klimat utrzymać.

Opowiadając o cyklach rozwojowych i jakże krótkim życiu gatunku łuskoskrzydłych, lepidoptera (niektóre osobniki żyją zaledwie kilka godzin, inne nie więcej niż kilkanaście miesięcy) oprowadzająca zwraca uwagę na różne ciekawostki, które jej zdaniem mogą być interesujące dla publiczności. Na to na przykład, że motyle lubią pić sok ze sfermentowanych owoców i przyjaźnią się z żółwiami, ze względu na ich łzy, które zawierają pewne składniki mineralne, cenne w motylej diecie. Kiedy i dlaczego żółwie płaczą, tego pani niestety nie wie i mi nie powie. Ja sobie tak myślę, że może żółwie, które w przeciwieństwie do motyli żyją bardzo długo, płaczą zwyczajnie ze starości, która, jak wiadomo, nie udała się Stwórcy. Dzięki żółwim łzom lepidoptera umierają jednak dietetycznie.

Zażywna para w średnim wieku, leciuteńko wstawiona, skupia się na dwóch innych zagadnieniach:
– One wiedzą, co dobre, jak sobie siorbną z takiego sfermentowanego grejpfruta, to od razu ładniej latają.
– Tak, jak ty po piwie, do toalety. Ty sobie lepiej pomyśl kochany, jakie one mają bogate życie seksualne. Słyszałeś, niektóre kopulują ze sobą po trzy godziny…
– Może dlatego żyją tak krótko, można się zajechać na śmierć…

Babcia z kilkuletnią dziewczynką kręci zgorszona głową, odchodzi z dzieckiem na bok, chociaż mała wcale nie ma na to ochoty. Chętnie posłuchałaby jeszcze tych państwa, ja również, bo mówią ciekawie, ale wycieczka dobiega już końca. Jeszcze tylko musimy sprawdzić w lustrach koło wyjścia, czy jakiś motylek nie usiadł na nas, żeby zafundować sobie okazyjny wylot na wolność. I mam gapowicza na czapce, ślicznego, błękitnego Morpho peleides. Żal mi, że muszę go zostawić w hodowlanej farmie, pod ocieplanym namiotem, który dla turystów komercyjnie udaje amerykańskie tropiki, ale na zewnątrz, nad chłodnym Bałtykiem przeżyłby może tylko dzień.

Mimo to podobno czasami uciekają na wolność, jak ludzie z pilnie strzeżonych kolonii karnych. Jak kiedyś słynny Papillon z francuskiej Gujany, a przed nim i po nim wielu innych. Uciekano nawet z carskich zsyłek i sowieckich gułagów. A moja dygresja bierze się stąd, że papillon, czyli po polsku motyl to symbol Wolności. 17 września, w kolejną rocznicę napaści ZSRR na Polskę, obchodziliśmy Dzień Sybiraka, poświęcony ludziom, co zapłacili zdrowiem i życiem za pobyt w łagrach. Dla ich żyjących bliskich oraz wszystkich, którzy tę ofiarę pamiętają jest to także dzień pamięci o cenie za utratę wolności, najcenniejszego z darów.

Z (bardzo) wolnej stopy (1)

Zbigniew Milewicz

Pocztówka z Rewala
Ostatni raz tutaj bylem jakieś 60 lat temu, z mamą i ojczymem, więc poza nazwą miejscowości nie rozpoznaję niczego. Fundusze unijne widać na każdym kroku: w pięknych domach letniskowych, placach sportowych, kilometrach rowerowych ścieżek, w nowoczesnej obwodnicy, która zwalnia gminę z ruchu kołowego.

Jest koniec lata, więc na nadmorskim deptaku tradycyjnie widać mniej młodzieży, a więcej seniorów, sporo również rodzin z małymi dziećmi. Język polski przeplata się z niemieckim, sporadycznie słychać też rosyjski i ukraiński.

U wszystkich widać pewną skwapliwość w łapaniu słońca, bo jeszcze dzień – dwa i pogoda ma się zepsuć, nadejdzie nieuchronnie jesień, z nią może i deszcze, pochłodnieje. Ale na razie prawie nie ma wiatru, Bałtyk jest gładki, jak stół, takich dni w roku jest tu podobno pięć, góra sześć. Dzięki temu widać, jaka czysta jest woda.

A więc carpe diem, chwytaj dzień  🙂

Poniżej: Woda wydłuża i wyszczupla, i proszę, jaka czysta…

Z wolnej stopy 52

Zbigniew Milewicz

Siódme, nie kradnij…

– Jak by był moim dzieckiem, to bym mu uciął rękę, tak jak to robiono dawniej.
– Może w twojej Serbii by ci to uszło płazem, ale w Monachium byś ze Stadelheimu prędko nie wyszedł – studzę Dragana.

Maks nic nie mówi, leży w swoim łóżku i tylko ciężko wzdycha. W szpitalach ludzie są bardziej otwarci na siebie, zwierzają się ze swoich problemów, to przynosi ulgę. Maks pochodził, podobnie jak ja, ze Śląska, z Siemianowic. Przyjechał z żoną i Mietkiem do Monachium wcześniej ode mnie, zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego, jego dzieciak miał wtedy dziesięć lat. Podobnie jak jego rodzice prawie nic nie kapował po niemiecku, ale nauczył się szybciej od nich. W szkole szło mu dobrze, interesował się sportem, uczynny w domu i wobec kolegów, praktycznie niczego dzieciakowi nie można było zarzucić. Poza jednym: kompletnie ignorował pojęcie cudzej własności. Kiedy w niedzielę matka nakładała mu na talerz stertę ziemniaków z kapustą i schabowego, potrafił błyskawicznie wymienić dania i zjeść to, co było przewidziane dla ojca, czyli większą porcję. Przecież go nie głodzili, mógł powiedzieć, że ma mało, dostałby dokładkę, ale wolał zrobić po swojemu. W klasie ginęły uczniom z tornistrów różne drobne przedmioty i nikt nie wiedział, kto je kradnie, póki Mietek nie skaleczył sobie dłoni o scyzoryk w plecaku kolegi, którego tamten przez nieuwagę nie domknął.

Miał taki spryt w swoich długich palcach i refleks, że w okamgnieniu potrafił przywłaszczyć sobie to, co chciał. Cierpliwie czekał, aż ofiara się zagapi na coś, a otoczenie spuści go z oka i wtedy działał. Kiedy za długo to trwało, odwracał czym bądź uwagę od siebie i nigdy do niczego się nie przyznawał, nawet złapany na gorącym uczynku. Wtedy w szkole poszedł na rozmowę do dyrektora, drugą odbyła z nim pani psycholog, w domu ojciec sprał mu tyłek paskiem, a mama wygłosiła dramatyczny apel o poprawę, więc kara za próbę kradzieży scyzoryka była w miarę łagodna. W ich domu na Karlsfeldzie wiodło się w miarę dostatnio, Maks pracował na taśmie montażowej w MAN-ie, zarabiał dobrze, jego żona Krystyna dwa razy w tygodniu pucowała Niemcom mieszkania, Mietek dostawał od rodziców przyzwoite kieszonkowe, kupowali mu modne ciuchy, jeździli na różne wycieczki i wczasy, nie musiał kraść.

Oficjalnie zadarł z prawem po raz pierwszy, dopiero jak poszedł do pracy. Jako wyuczony Kaufmann, czyli handlowiec dostał się za ladę jednej z ekskluzywnych perfumerii w centrum miasta; klientela ceniła sobie jego wiedzę o świecie zapachów, bajerował z wdziękiem panie, rzeczowo doradzał panom, tylko kierowniczka sklepu była zmartwiona, bo częściej niż zwykle miała manko. W końcu sklepowy detektyw z pomocą monitoringu znalazł przyczynę. Policyjna razzia w miejscu zamieszkania Maksa ujawniła w piwnicy dobrze zamaskowany schowek z kilkudziesięcioma flakonikami drogich perfum różnych światowych marek, a przy okazji trawkę. Oczywiście Miecio nie miał bladego pojęcia o tym, do kogo to wszystko należy, nie rozmiękczyły go wyniki daktyloskopijnych badań, dowody z monitoringu ani przesłuchania w areszcie, bo został zatrzymany. Rodzice zatrudnili wziętego, monachijskiego adwokata, aby wyciągnął syna z pudła; udało się, trawki nie było za dużo, więc dostał wyrok w zawiasach, ale Maks przypłacił to zawałem serca.

Nie można powiedzieć, Mietek odwiedzał ojca w szpitalu, przesiadywał przy nim, zawsze pytał, czy czegoś nie potrzebuje. Wizualnie byli do siebie podobni, obydwaj szczupli, wysocy blondyni, ale najwyraźniej charaktery mieli różne. Syn, w markowym ubraniu od Bossa, emanował pewnością siebie, a ojciec jakby się go trochę bał. Oficjalnie temu zaprzeczał, mówił, że nie ma dobrego humoru, bo nadal nie może wstawać z łóżka i przeszkadzają mu te różne aparaty, do których jest podpięty, ale dopiero wtedy, jak Mietek kończył odwiedziny, to się uspokajał. Mój pobyt w tym szpitalu trwał stosunkowo krótko, po paru dniach kardiolog uznał, że na kolejne badania mogę przyjść za miesiąc, z domu. Do domu puścili także Dragana, który z zawodu był rzeźnikiem i twierdził wesoło, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której nie dałoby uciąć.

Kiedy za miesiąc ponownie przekroczyłem progi Schwabinger Krankenhaus, spotkałem na korytarzu Dani, miłą, ciemnoskórą salową, która ze wszystkimi w szpitalu była zaprzyjaźniona i wiedziała dokładnie, co się w nim dzieje. Miała do tego fenomenalną pamięć.

– Jak pan poszedł do domu – powiedziała – to Maksa wzięli z powrotem na intensywną terapię, bo stracił przytomność. Już jej niestety nie odzyskał. A teraz w szpitalu leży jego syn, bo wpadł pod tramwaj i zmiażdżyło mu rękę.

Poszedłem odwiedzić Mietka (albo w niemieckiej wersji Mitka). Kikut prawej ręki sięgał mu do łokcia, spał, więc nie chciałem go budzić, ale proszę sobie teraz wyobrazić coś, co wymyka się wszelkiej logice. Wchodząc do jego pokoju, zerknąłem na swój zegarek, żeby sprawdzić ile mi jeszcze czasu zostało do badań. Wychodząc po chwili ponownie na zewnątrz, chciałem jeszcze raz się upewnić, ale zegarka już nie było.

Z wolnej stopy 51

Zbigniew Milewicz

Zakazane piosenki

Nie wiem, jak u Państwa, ale u mnie w rodzinie, póki mnie ganią, to pół biedy. Gorzej jest, jak pochwalą, bo wtedy w każdej chwili mogę nadepnąć na minę. Najnowszy przykład: po publikacji przedostatniego wpisu Dezerterzy, traktującego o zdarzeniach z czasów ostatniej wojny, mój brat Mariusz wysłał mi w komentarzu laurkę, po czym zapytał, czy miałbym również na tyle odwagi, żeby zmierzyć się z najnowszą historią Polski. Jakoś wymigałem się od odpowiedzi, braciszek pewnie zatarł dłonie, że łysemu sprzedał grzebień, a ja sobie tak myślę, że z odwagą może nie miałbym problemów, ale z wiedzą tak.

Od ponad trzech dekad, podobnie jak Mariusz, nie mieszkam na stałe w Polsce, informacje o tym, co się w kraju dzieje czerpię głównie z mediów, czyli z drugiej ręki i diabli mnie biorą, że nie widzę żadnego światła w tunelu, którym jedzie ten pociąg. Każdy maszynista, który go prowadzi twierdzi, iż kurs jest dobry i wszystko ma pod kontrolą, ale wagonami tak kiwa, że aviomarin nie pomaga i na żadnej stacji nie stoi nikt, kto choćby z daleka wydawałby mi się uczciwy i kompetentny, komu spokojnie powierzyłbym stery lokomotywy. Dlatego wolę pisać o czasie przeszłym dokonanym w polskiej historii, do którego mam pewien dystans.

Kiedy w czasie bodajże trzeciego roku studiów kupiłem na krakowskim bazarze bluzę z wyjściowego munduru armii Andersa, wiedziałem o tej formacji niewiele ponad to, że komuniści jej nie lubią. Zakładałem więc ten uniform tylko wtedy, kiedy chciałem sobie, albo innym koniecznie udowodnić, że jestem odważny, na przykład na randki z dziewczynami, na których mi zależało. W jakimś podziemnym wydawnictwie podpatrzyłem, że żołnierze Andersa zakładali do munduru beret. Zacząłem więc nosić go i ja, w latach sześćdziesiątych było to modne nakrycie głowy, więc nikomu nie wadziło, ale w połączeniu z reakcyjnym mundurem już mogło stanowić pewne wyzwanie dla czujnych stróżów społecznego ładu. W końcu podpadłem dzielnicowemu:

– Spod Monte Cassino wracacie? – zapytał przyjaźnie. – Jeszcze raz was w tym stroju zobaczę, to mnie popamiętacie…

Nie sprecyzował, co mianowicie mógłbym popamiętać, ale na wszelki wypadek przestałem w mundurze paradować po ulicy. W zamian nauczyłem się na pamięć Czerwone maki, które później z dziadkiem Kowalskim, Ryśkiem Goszczyńskim i Andrzejem Rygorowiczem odśpiewywaliśmy gdzie tylko można i nie można było. Uchodziło to śpiewać po cichu, u cioci na imieninach, ale nie na forum publicznym, cenzura zabraniała. Po kilku kolejkach nasz kwartet był jednak gotów wystąpić wszędzie – w słynnym Feniksie, na bruku ulicy Franciszkańskiej, Rynku Głównym, gdzie bądź i prawdziwy cud, że nam za to nigdy włos z głowy nie spadł. Potem Czerwone maki pod Monte Cassino śpiewał nawet rosyjski Chór Aleksandrowa, ale w głębokim PRL-u był to jakiś akt obywatelskiej odwagi, buntu przeciw systemowemu zakłamywaniu historii. Słuchając nas, zwykłych śpiewaczych amatorów, ludzie rozczulali się, niektórzy płakali. W lokalach dancingowych muzycy często akompaniowali nam na instrumentach, wykonywaliśmy ten utwór stojąc, kto go znał, śpiewał z nami. Nikt wtedy nie tańczył, z szacunku dla tych, co przy szturmowaniu góry polegli.

Autor w czasach, o których opowiada w tym wpisie

Inny repertuar mieliśmy na studenckich rajdach, przy ognisku, wtedy było weselej, ale zawsze mniej lub bardziej wywrotowo, nie tylko dosłownie, bo za kołnierz nie wylewaliśmy, ale i politycznie. Śpiewaliśmy na przykład Hymn pesymistów, który miał taki tekst:

My jesteśmy pesymiści,
Naszym hasłem dąb bez liści.
źle było, źle będzie
W całej Polsce i wszędzie.
Oprócz nas są wszyscy w błędzie.

Przeżyliśmy już sanację,
Przeżyjemy demokrację.
źle było…

Przeżyliśmy potop szwedzki,
Przeżyjemy i sowiecki.
źle było…

Przeżyliśmy Gagarina,
Przeżyjemy Kosygina.
źle było…

Same osły są u steru
Od komuny aż do kleru
źle było…

Były ułańskie żurawiejki, ze słynnym starczy jedna bomba silna i wrócimy znów do Wilna, albo odznaka komsomołu wpadła mi do rosołu. Rzewnie, na melodię Vaya Con Dios, brzmiało: nad kołchozem czarne chmury wiszą, idzie Wańka z pijaniuteńkim Griszą, Wania kandydat do partii, Grisza jest członkiem KC… Tylko raz mi się za to obrazoburcze śpiewanie oberwało, na studenckim poligonie wojskowym. W czasie przerwy w zajęciach, z nudów, któryś z kolegów zaintonował:

Niech żyje nam towarzysz Stalin…

A my wszyscy :

Co usta słodsze miał od malin

Niech żyją nasi sojusznicy
Amerykanie i Anglicy

Niech żyje nam Armia czerwona
Przez sojuszników uzbrojona, po zęby

Niech żyje nam generał Roko
Co jedną brew miał za wysoko, nad oko

Niech żyje nam Anders generał
Co z Moskwy ludzi powybierał…

To była skrócona lekcja z historii Polski, którą przerabiałem tutaj w ostatnich trzech wpisach, ale dowódca kompanii miał odmienne poczucie humoru. Kazał nam założyć maski przeciwgazowe i przez godzinę czołgał nas po łące przy koszarach. Mieliśmy przy tym dalej sobie śpiewać wywrotowe pieśni i jak pamiętam, co wytrwalszym to wychodziło. Nie pamiętam już innych zwrotek zarówno Pesymistów, jak i tej ostatniej, a myślę, że były. Jeżeli więc któryś z Czytelników ma lepszą pamięć, to się ucieszę z uzupełnień.

W klasycznej pozie strzeleckiej

A tu ściągawka do piosenek: