Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 2

Andrzej Stasiuk jedzie przez Polskę. Na Wschód. Wczoraj wyjechał od matki i po drodze wciąż jeszcze z nią rozmawia.

Wielki Czwartek

Z powieści Wschód, Czarne 2014, od strony 60

Rzeka rozlewa się spokojnie, szeroko i dziko. Srebrna i świetlista toczy się z głębi ziem, z głębi tego kraju porażonego neurozą, przeżartego histerią. Dlatego staję tu niemal zawsze, żeby popatrzeć na jej melancholijny majestat, na jej spokój, na jej przedwieczność, na jej obojętność. Wyobrażam sobie, że płynie z otchłani najdawniejszego, że przez ułamek, przez okruch czasu przetacza się tą krainą, a potem znika w oddali, w czasach, gdy już nas tutaj nie będzie. Ale nie potrafimy się od niej niczego nauczyć. Patrzymy na jej królewski spokój jak cielę na malowane wrota, jak sroka w gnat, jak szpak w pizdę i nie dociera do nas, że dostaliśmy jedynie wiórek, strużynę wieczności. Tak sobie myślę, dopóki jakiś facet nie podjedzie polonezem z przyczepką, żeby nakopać piachu, wędkarz na rowerze albo para młodych romantyków w starym golfiaku przerobionym na gaz. Wtedy ruszam dalej, w głąb kraju. Droga wciąż lgnie do rzeki. W Puławach można nowym, opustoszałym mostem przeprawić się na drugą stronę i potem przez Zwoleń i Lipsko, ale wolę trzymać się Pradoliny. Trzeba tylko minąć Kazimierz, zostawić go jak najszybciej za sobą, przejechać Opole Lubelskie i znów po prawej zjawia się rzeka. I nawet gdy jej nie widać, to i tak stojące nad nią powietrze ma inną barwę, jest cięższe i czuć mulistorybią woń sprzed tysiącleci. Szosa chwilami biegnie wypiętrzeniem i wtedy widać, jak drugi brzeg smuży się fioletowo aż po widnokrąg. Potem droga opada i wsie wciskają się między nurt a stromiznę. Niskie łąki, fasola i groch pną się po tyczkach, wielkie topole, zastoiska, butwiejące łodzie w zaroślach. jak wtedy, jak czterdzieści lat temu nad inną rzeka, we wsi na piaskach, z rybackimi kłoniami schnącymi pod okapami słomianych dachów. Ciasno plecione oczka pachniały rybą. Dotykałem ich i wydawało mi się, że lekko się kleją, ale to nie była prawda. Po prostu pamiętałem zimne, kleiste ciała płoci o czerwonych skrzelach, które leżały na kuchennym stole i czekały, aż kobiety je oskrobią i podłoga letniej kuchni pokryje się srebrzystymi płatkami lusek. Tak było. A ty mi każesz jeździć na Zachód. Jakbyś chciała mnie uwolnić od mojego własnego losu. Tak jak chcieliście się uwolnić wy wszyscy z tamtych czasów, z tamtych wiosek, z tych letnich kuchni pełnych much, łusek i rybich wnętrzności, na które cierpliwie czekały koty. Tak mówię do niej, gdy jadę przez ten kraj niewolników. Zaraz będzie Annopol i skręcę na most, żeby zobaczyć biel piaszczystych ławic, zielone brzegi i lustro wód odbijające obłoki. Tak. Wiem, że chcesz dobrze, ale ja nie mam zamiaru umykać własnemu losowi. Nie czuję pokusy, by stać się kimś innym. Wiesz, tutaj wszyscy cierpią niewolę. Wydaje im się, że są uwięzieni we własnym przeznaczeniu. Szarpią się jak zwierzyna we wnykach. Lis podobno potrafi odgryźć sobie łapę, by się uwolnić. Z nami jest tak samo. Za mostem zaraz lewo. Maruszów, Linów, Piotrowice. Wszyscy stąd umkną. Z tych wiosek, z tych miasteczek. Zostawią eternit, blachodachówkę, nietynkowaną i tynkowaną cegłę, sajding, udręczone przycinaniem krzewy i drzewa, zostawią przeszłość, pejzaż i się wymkną. Starsi w śmierć, inni do Kielc, do Warszawy, ponieważ miasto żywi się tanim mięsem. Umkną w przyszłość, która też jest mięsożerna. Jak za twojej młodości. Wędrówka ludu. Odejść ze swojej wsi, odejść ze swojego miasteczka, wyrwać się przeznaczeniu. Zostać kimś innym. Pustynia bez Mojżesza. Bez ziemi obiecanej. Widnokrąg daleki, jasny i zimny jak światło LCD. Lucyferyczny blask nad horyzontem. Zawichost. Za Winiarami długi prosty podjazd i potem widok z wysoka na wschód, na rzekę w oddali. Mógłbym tak jechać i jechać. Zmieniać płyty. Zmieniać stacje radiowe. Patrzeć, jak się rozstępuje pejzaż. Coraz głębiej w ten kraj. W jego wnętrzości. W głąb jego samotności. Teraz, gdy zaczyna się wiosna i nie ma jeszcze liści na drzewach, i to wszystko wokół jest takie nagie, takie bezbronne i takie smutne. Zanim zacznie się maj, zanim przyoblecze miłosiernie tę ziemię. Schnie błoto i czuć dym ognisk. Czuć woń gnoju ciągnącą ciepłymi powiewami znad pól. Ten dym i ten gnój wchodzą opłotkami do miast. Jak zdradziecka mgła. Na wyczyszczone, na wypolerowane, na wymyte, na wyperfumione. Jak rosa trująca się skrapla na nowym, mieniącym się niczym złota zaćma. Dlatego bydlęta będą zabite. Odprowadzone do mięsnych fabryk, skąd nie wydostaje się ani jęk, ani smród. I ugorów też nie będzie, żeby nie palić starych traw. Zamiast nich bez końca będzie rosła strzyżona i zielona. Ponieważ jesteśmy niewolnikami i żeby się uwolnić, przegryziemy własną kość niczym schwytany lis. Potem jest skrzyżowanie i zazwyczaj skręcam w lewo, droga opada, a po prawej wznosi się sandomierska skarpa z całym tym dostojeństwem i chlubą stuleci, ale teraz jadę w lewo, na wielki plac targowy, i parkuję pod płaskim barakiem z blachy. Nie mogę się oprzeć i wchodzę, ponieważ lubię patrzeć, jak moi bracia i siostry kupują. Wchodzę do tych blaszanych bud wypełnionych badziewiem i paździerzem i błądzę pośród fantomów, pośród odbić i mamień. Zaraz się gubię, bo wszystko jest podobne, nieoczywiste i pełne tego półciemnego blasku, tej oszukańczej poświaty, w której nie sposób dostrzec prawdziwych kształtów i kolorów rzeczy. Ale jestem dzielny i nie przepuszczam żadnej „galerii”, żadnemu „centrum”, jak tylko jest przy drodze, to skręcam i parkuję. Bo nie mogę oderwać od nich oczu. Od tego, jak chodzą i dotykają, jak wciągają zapach kleju, impregnatów i sztucznego kauczuku. Suną w tej światłości wiekuistej jak śnięte ryby i ja z nimi, wpatrzony, samotny i smutny. Dziecko niedoboru i reglamentacji. Syn świata antykonsumpcji. Żyliśmy jak mnisi i to było dobre. Ale teraz lubię patrzeć, jak wyklęty lud ziemi wreszcie powstaje i sięga po to, co mu się należy. Skradam się i podsłuchuję, gdy się naradzają. Mają poważne miny. Nie uśmiechają się, jakby ich to w ogóle nie cieszyło. Pchają wózki, z których się wysypuje. Zaraz będą święta. Wypada na podłogę. Zapakowane się błyszczy. Żyliśmy jak w klasztorze, pamiętasz? Święta. Zapach rumowy, zapach waniliowy. W szklanych buteleczkach przypominających fiolki z lekarstwami. Zapachy. Wypełniały dom, w którym było niewiele ponadto. Byty ledwo materialne. Ciepłe powietrze rozchodzące się z kuchni. Aura. Chłód pościeli w nieogrzanych pokojach. Światło poranka na prostych sprzętach. Tak było. Teraz też jest Wielki Tydzień i jadę przez kraj: Bircza, Przemyśl, Jarosław. Gdzieś koło Oleszyc zapada zielonkawy zmierzch. Kropi deszcz. Ciechanów. Otwieram okno, żeby poczuć ciepłe, wilgotne powietrze. Wszystko już pozamykane. I domy, i sklepy. Tylko w półcieniach, w zakamarkach, na ławkach siedzi kawalerka. Na przystankach pod daszkami po pięciu, po siedmiu w objęciach wczesnej nocy. Z piwem, z colą, z chipsami. Jak stadka ptaków, aby blisko siebie, jak wróblęta w pstrokatych trykotażach, w bejsbolówkach, w białych jak z kredy butach w tej ciemności. Królowie podkarpacko-lubelskiej nocy.

Ciąg dalszy w Wielki Piątek

Andrzej Stasiuk Wielkanocna podróż na Wschód 1

i coś, czego nikt nie zauważył – tak mi się wydaje, choć doprawdy nie sugeruję tu, że przeczytałam wszystkie recenzje tej książki, a zatem że na pewno TYLKO JA zobaczyłam w niej coś innego, niż to co podają blurby i reklamówki, choć oczywiście ubrane w różne zdania i różne słowa. W skrócie Wschód to:

…niezwykły zapis podróży na Wschód – podróży we wspomnienia do obrazów z dzieciństwa spędzanego u dziadków na Podlasiu i podróży tam, skąd wyszły oddziały Czyngis-chana, tam, gdzie historia jest jak geologia i tektonika: nieunikniona, nieprzewidywalna, miażdżąca, tam, gdzie lucyferycznym blaskiem świeci nowa potęga – do Rosji, Chin i Mongolii. To próba uchwycenia cienia Wschodu, który na nas pada. Opowieść o tęsknocie, pragnieniu i strachu. I o tym, jak umyka przestrzeń, a powraca pamięć.

A tymczasem jest to książka nie tylko o naszej przeszłości, rzymskiej, mongolskiej, stalinowskiej, jagiellońskiej, peerelowskiej, piastowskiej, ale też książka o tym, co przyjdzie, co się czai, jest tuż tuż, a zaraz się objawi… Czarne wydało Wschód w roku 2014, w roku 2015 to, co się czaiło, a co odkrył tylko geniusz pisarza, stało się prawdą, która od maja 2015 roku zaczęła nas dławić, dławi dziś i dławić zapewne będzie jeszcze dobrych kilkanaście lat.

Od razu uprzedzę – NIE przepadam za książkami Stasiuka, Biały kruk mnie wściekł swą idiotyczną pochwałą męskiej przyjaźni, tak okropnie ważnej, że ważniejszej niż jakaś tam śmierć i trup pozostawiony na skraju drogi, którą wędruje prawdziwy mężczyzna.
Babadag mnie znudził ponad wszelką dopuszczalną normę, miałam wrażenie, że to książka, która rozdmuchała na trzysta stron trzy zdania. Jechaliśmy całą noc po jakichś piachach i wertepach, nad ranem zaparkowaliśmy pod wiejskim sklepem, obudziliśmy się, napiliśmy piwa, wódki, herbaty, lemoniady i poszliśmy cmentarz…
Dojczland był niby zabawny, ale był też głupi, pusty i bezmyślny. A więc…
A tu nagle otrzymany w kilka lat po wydaniu Wschód i objawienie…

Dziś i przez następne dni zrebloguję tu opis wędrówki, jaką autor odbył podczas Wielkiego Tygodnia, jadąc od matki, z Grochowa na Wschód. Nie zapominając oczywiście, że Wielki Tydzień i Wielkanoc to w wielu językach po prostu WSCHÓD.

I jeszcze raz powtórzę: On to wiedział już wtedy, trzeba było czytać ze zrozumieniem, to nic by się wprawdzie nie zmieniło, ale przynajmniej nie stalibyśmy z rozdziawioną buzią, patrząc jak na naszych oczach z zakamarków, komyszy i oczeretów naszego świata, z tego stasiukowego piachu i kurzu wypełza… Suweren!


Wielka Środa z matką

Tak. Trochę jesteśmy samotni, gdy sobie siedzimy w tym porannym słońcu. To znaczy ja bardziej siedzę, a ona tylko przysiada na brzeżku i zaraz się podrywa, by zniknąć we wnętrzu domu i czegoś tam dojrzeć, coś przestawić, poprawić, przesunąć, żeby leżało tak samo jak pięć, jak dziesięć lat temu, Zawsze. Potem wraca, chwilę grzeje się w słońcu i znów idzie w cień domu, zostawiając mi jakieś niedokończone zdanie, kolejną propozycję. Ten niepokój mam po niej. Tę ruchliwość. Nigdy nie mogłem usiedzieć, no ale nawet nie próbuję tego tłumaczyć. Dlatego jesteśmy trochę samotni, gdy tak siedzimy- Patrzę na nią i podążam myślami w jej strony. W moje strony. Przestrzeń jest przeszłością, Nawet gdy wyjeżdżam z miasta do siebie, to nigdy siódemka jak by nakazywał rozsądek. Znosi mnie na wschód i umykam pustą i dziurawą osiemset jedynką. Miasto zaraz się kończy, z prawej jest rzeka i nawet gdy oddala się od szosy, czuć, że tam jest, w tej bagiennej pradolinie, z tysiącletnim mułem, trzcinowiskami, topolami wielkimi jak baobaby. Więc tamtędy, żeby nie widzieć gangreny trawiącej przedmieściai pobocza głównych dróg. Tej zaćmy z blachy, plastiku i kolorów jadowitych jak szerszenie. Tych „światów ogrodzeń i bram” oraz „królestw paznokcia”. Wiem, że mój kraj właśnie w ten sposób nareszcie staje się wielkim światem, wytrząsa tysiącletnią słomę z butów i nadąża za ludzkością, przyobleka się i stroi, by się przypodobać. Wiem, ale oczy krwawią od tej zagłady krajobrazu. Dlatego raczej zbaczam w poszukiwaniu resztek przedwiecznego na osiemset jedynkę, w pył i świetlisty kurz niesiony wiatrem z nadrzecznych wygonów. Co ludzkie, nieco tu próchnieje i się zapada. Silikatowa cegła, bure drewno. Czarne, białe, szare. Cierpliwie wystawione na wiatr i deszcz. Na czas, który stoi jak mgła. Dziś, jutro, pojutrze. Trzeba dopiero dokądś pojechać albo odpalić satelitę, żeby zobaczyć, jak płynie. Bo tutaj drąży tylko wewnątrz ciał, wewnątrz rzeczy, w cegle, w drewnie, drąży, aż zostanie sama powłoka. Dlatego jeśliby tylko mogli, toby stąd odeszli do tych miejsc, gdzie dni płyną jak rozmigotany nurt niosący na swym grzbiecie te wszystkie cuda, od których krwawią oczy. Tak jak ty chciałaś kiedyś odejść z kuchni pelnej much. Tak do niej mówię, jadąc osiemset jedynką na południowy wschód w głąb własnych dni. W piach, kurz i drzewny dym, do miejsca narodzin. Za Dęblinem droga przybliża się do rzeki i biegnie wysokim nasypem wału. W Borowej zjeżdżam nad wodę, a potem idę betonowym pirsem.

Ciąg dalszy jutro czyli w Wielki Czwartek

Z Białorusi po białorusku 2

Natalia Miziarska / Наталля Мізярска

Гісторыя храмаў Ушаччыны ў савецкія часы (1917 – 1991 гг.)

Артыкул прысвечаны гісторыі хрысціянскіх храмаў на тэрыторыі Ўшацкага раёна ў савецкі перыяд. Упершыню разглядаюцца абрадавыя функцыі храма ў жыцці беларусаў Вушаччыны.

The article concerns the history of Christian temples at the Uschachi Territory in the Soviet Union’s period and is the first publication about the temple’s religious customs of the people’s life in Ushachi.

З прыходам да ўлады ў кастрычніку 1917 г. бальшавікоў і ўстанаўленнем савецкай улады на Беларусі, становішча ўсіх канфесій змянілася: пачалася доўгая, палітая крывёю многіх пакаленняў канфрантацыя дзяржавы і царквы. Такая палітыка была выклікана тым, што марксізм-ленінізм разглядаў барацьбу з рэлігіяй як адзін з напрамкаў класавай барацьбы пралетарыята з капіталам. Як пісаў К. Маркс: “Рэлігія ёсць опіум для народа”. Распрацоўваючы пытанні адносін бальшавікоў да рэлігіі ў рабоце “Сацыялізм і рэлігія”, Ленін падкрэсліваў неабходнасць жорсткіх адносін да рэлігійных вераванняў [13, с. 155-156].

Былы дамініканскій касцёл (пазней царква) ва Ушачах пасля
Другой Сусветнай
вайны

Па меркаванню М.І. Калініна рэлігію і яе сакрамэнтамі: хрышчэнне, вянчанне, адпяванне, павінны былі замяніць новыя абрады і традыцыі – савецкія святы, тэатры і тэатралізаваныя прадстаўленні [14, с. 6 ].

У сярэдзіне лістапада 1917 г. ва Ушачах Сход валрэўкома пастанавіў: безагаворачна прызнаць савецкую ўладу, актыўна падтрымаць усе мерапрыемствы ўрада. Было вырашана канфіскаваць маёмасць мясцовых памешчыкаў і царкоўныя землі на Ушаччыне. Адабранай зямлёй павінны былі надзяліць батракоў і малаземельных сялян Ушацкай воласці [15]. Супраць рэлігійных традыцый з’явіўся дэкрэт Савета Народных Камісараў ад 20 студзеня 1918 года “Аб аддзяленні царквы ад дзяржавы і школы ад царквы”. У студзені 1920 года дазвалялася для нованараджонага даваць любое імя, нават калі такога не было ў царкоўным календары. Па меркаванню камуністаў царква часта навязвала непрыстойныя імёны, якія нібы зневажалі чалавека: Авель, Зілота, Глікія [14, с.31].

Касцёл Святой Веранікі ў вёсцы Селішчы пасля вайны

Архіўныя дадзеныя сведчаць аб тым, што на Ушаччыне ў школах праводзілася выхаваўчая праца з антырэлігійнай накіраванасцю: “Антырэлігійныя вераванні праводзіліся з праграмным матэрыялам. Вучні ўдзельнічалі ў правадзімых мерапраемствах аб шкоднасці каляд і вялікадня. Заняткі ў школе праводзіліся ў царкоўныя дні” [ 2, ф.150, оп.1, д.25].

У 1919 – 1922 гг. у каталіцкай парафіі на Ушаччыне працаваў ксёндз Язэп Барадзюля, які быў абвінавінавачаны савецкімі ўладамі ў шпіянажы і высланы ў Сібір на 25 год. Пасля смерці Сталіна, ксёндз Я. Барадзюля ў 1954 г. быў вызвалены і атрымаў парафію ў Літве.

Царква Святой Параскевы Пятніцы ў Арэхаўна. Фундатар Мікалай Юзаф Грабніцкі.
Выгляд у сучасны час

Пік антырэлігійнасці на Ушаччыне прыпаў на 1929 – 1939 гг. Савецкая ўлада не толькі садзейнічыла распаўсюджванню атэізму сярод дарослых і моладзі, але і вынішчэнню сакральных аб’ектаў. Пасля 1930 г. была часткова разабрана праваслаўная царква (былы дамініканскі касцёл) ва Ушачах, які знаходзіўся на вуліцы Кастрычніцкай. Першы паверх царквы, аднак, ацалеў, на якім пазней пабудавалі Дом культуры, дзе збіраліся партыйныя актывісты [16, с. 470-471].

Пра лёс Кубліцкай царквы, якая некалі была ўніяцкай, успамінаў Васіль Быкаў: “ У 30-я гады з царквы садралі крыжы з царкоўных купалоў, але бурыць царкву пачалі самі. Усё царкоўнае майно сканфіскавалі або проста расьцягалі ваяўнічыя атэісты, якімі абавязаны былі быць усе піянеры, камсамольцы, бальшавікі, настаўнікі і актывісты. І мы піянеры-актывісты, цягалі з царквы і дралі старажытныя фаліянты, клеілі з царкоўных рукапісных пергамэнтаў папяровых зьмеяў, якія запускалі ў ветраныя дні. З царкоўных жа рызаў раённы быткамбінат пашыў цюбіцейкі, у якіх шмат год хадзілі нашы хлопцы” [ 1, с.19-20].

Выгляд касцёла ва Ушачах у сучасны час

У 1942-1948 гг. пад час бамбардзіроўкі немцамі Кубліч храм быў разбураны і ў такім стане заставаўся да канца вайны. У 1948 г. жыхары вёскі разабралі рэшткі касцёла на цэглу. Сёння можна ўбачыць толькі фрагменты фундамента [16, с. 490].

У гады Вялікай Айчыннай вайны нямецкія акупанты на беларускіх землях распрацавалі сваю палітыку ў адносінах да канфесій, якая прадугледжвала адраджэнне царквы ў жыцці насельніцтва. З гэтай мэтай забаранялася працаваць у нядзелю. Парушальнікі дадзенага загаду падвяргаліся штрафам і нават расстрэльваліся. Насельніцтва акупіраваных трыторый павінна было адзначаць рэлігійныя святы па старым стылі, у кожным доме мець іконы, насіць крыжы на шыі, хрысціцца перад і пасля ежы. Усе ранейшыя грамадзянскія акты (рэгістрацыя дзяцей, вянчанні, пахаванні) лічыліся несапраўднымі. З архіву Вермахта, вядома што ва Ушачах у гады Вялікай Айчыннай вайны немецкія захопнікі хавалі сваіх салдат ля сцен касцёла, які працаваў у той час [11].

Царква Стрэчання Гасподняга ў Мосары ў сучасны час (таксама два малюнка ніжэй)

Нямецкія акупанты не перашкаджалі адкрыццю храмаў, асабліва праваслаўных, якія былі зачынены ў перадваенныя гады. Абавязковай умовай рэлігійнага жыцця з’яўлялася беларуская мова. Часам фашысцкія захопнікі не толькі дазвалялі адкрываць храмы, але і спальвалі іх, як толькі даведваліся аб сувязях вернікаў прыхода з партызанамі [13, с. 216-219].

Касцёл Найсвяцейшай Марыі ў Селішчах вядомы з апісанняў Я. Фібека з 1913г.: “Касцёл узносіўся над возерам, пры ім быў збудаваны двухпавярховы кляштар. Касцёл меў 5 метраў у вышыню. Над галоўным алтаром вісеў абраз Божай Маці, які быў перавезены з Кубліч. Ён быў пакрыты срэбрам. Захрыстыя ў касцёле была вельмі багатай, бо тут было сабрана шмат рэчаў з суседніх храмаў: арнаты, упрыгожаныя срэбрам і золатам, пашытыя са слуцкіх паясоў” [17, с. 411-412]. Касцёл у Селішчах быў зруйнаваны ў перыяд з 1944 па 1989 гг. [16, с. 494].

Пасляваенныыя гады заставаліся складанымі ў жыцці канфесій. Вайна нанесла храмам вялікія матэрыяльныя страты: некаторыя храмы былі цалкам разбураны, многія моцна пашкоджаны. Зноў пачалося згортванне рэлігійнага жыцця, якое адрадзілася ва ўсіх рэгіёнах у ваенны час. Большай лаяльнасцю вызначаліся адносіны партыйна – дзяржаўных структур да праваслаўнай царквы, чаму садзейнічыла пашырэнне кантактаў І. Сталіна і яго акружэння с Патрыярхам Маскоўскім і ўсея Русі Алексіем І [13, с. 234-235].

На Ушаччыне ў паслеваенныя гады атэізм адраджаўся хуткімі тэмпамі. Асабліва вострай была барацьба супраць каталіцкага касцёла і яго ўплыву на насельніцтва. Праваслаўная царква некаторы час працавала, але таксама была знішчана: ушачане разабралі яе для сваіх патрэб у гаспадарцы [16, с. 495].

Сярэдзіна 50-х і пачатак 60-х гг. азнаменаваліся паступовым разгортваннем чарговага рэлігійнага ўціску. Калі раней, у 20-30-я гг. царква разглядалася як “Класавы вораг” і барацьба з ёй з’яўлялася чаткай барацьбы за сацыялізм, то ў 50-я гг. на змену прыйшло бачанне рэлігіі як рэакцыйнай, “ідэалагічна чужой” сацыялізму з’яве. Рэлігія разглядалася ў якасці галоўнага ворага навуковага светапогляду, а вернікі залічваліся ў разрад свядомых ці несвядомых носьбітаў чужых поглядаў і нораваў. У дзяржаве была абвешчана ідэя камуністычнага будаўніцтва, дзе не было месца для рэлігіі [13, с. 264].

Успамінае інфармант з вёскі Мосар Ушацкага раёна: “ Мой бацька летаў у адным самалёце з Берагавым, быў яго механікам, а як вернуўся с вайны, стаў прадседацелем калхоза. На то время я помню баба наша Аляксандрына перасялілась к нам з Чарсвяд, перевезла і старынныя іконы свае. Ну бацька мой как камуніст і значыт председацель, тапаром іх пабіў, пакрышыў. А что было делать, нада было прімер падаваць астальным гражданам” [8].

Тых людзей, якія ў савецкія часы руйнавалі храмы, напаткаў несшчаслівы лёс. Успамінае жыхарка з вёскі Пліна Ушацкага раёна Леановіч А.А.: “Гаварылі, з тых, хто разбураў святыні, вырывалі крыжы, палілі абразы, ніхто не памёр сваёй смерцю. Здараліся розныя страшныя выпадкі, напрыклад, старшыню калгаса, які прымаў удзел у ліквідацыі храмаў, задавіла машына. Стаяў у двары, а машына сама пакацілася, прыціснула яго да сцяны і ён памёр” [6].

Па словах інфарманткі, некаторых людзей, якія руйнавалі Ушацкі касцёл, таксама напаткала бяда: “С рассказаў старэйшых ізвестна, что адзін чалавек зрываў у нас бляшаную крышу з касцёла, бо яна была з жэсці і рабіў вёдры дома патом. З ім здарылася бяда, і ён памёр” [4].

У 1967 г. у дакладзе “50 гадоў вялікіх перамог сацыялізму” было заяўлена, што ў СССР пабудавана “развітое сацыялістычнае грамадства”, якому ўласцівы непарушная ідэйна-палітычная згуртаванасць працоўных, іх самаахвярная адднасць ідэалам партыі, вернасць прынцыпам марксізма-ленінізма, высокая ступень сталасці ўсіх грамадскіх адносін. У такім грамадстве для рэлігіі не было месца. Існаваў неабгрунтаваны тэзіс “аб крызісе рэлігіі”. Таму працягвалася палітыка закрыцця цэркваў, зняцця з рэгістрацыі праваслаўных абшчын. На ахове дзяржавы стаяла і заканадаўства, якое ўсё больш абмяжоўвала магчымасці вернікаў весці актыўнае рэлігійнае жыццё. Быў прыняты ўказ Прэзідыума Вярхоўнага Савета БССР “Аб адміністрацыйнай адказнасці за парушэнне заканадаўства аб рэлігійных культах”, прыняты 1 красавіка 1966 г. Гэты ўказ прадугледжваў за правядзенне рлігійных сходаў і іншых цырымоній штраф у памеры 50 рублёў. Для ўтаймавання найбольш актыўных вернікаў штрафныя санкцыі лічыліся недастатковымі, таму адначасова быў прыняты ўказ Прэзідыўма Вярхоўнага Савета БССР “Аб унясенні дапаўненняў у артыкул № 139 Крымінальнага кодэкса”, які прадугледжваў пакаранне пазбаўленнем волі тэрмінам да трох гадоў асоб, “якія раней судзіліся за парушэнне законаў аб аддзяленні царквы ад дзяржавы і школы ад царквы, а таксама арганізацыўную дзейнасць, накіраваную на ўчыненне гэтых дзеянняў” [13, с. 293-294].

Важным кірункам аховы насельніцтва, у першую чаргу моладзі ад рэлігійных уплываў з’яўлялася ўкараненне новай сацыялістычнай абраднасці. Была прынята пастанова “Аб рабоце савецкіх органаў па ўкараненні грамадскіх абрадаў”, згодна з якой пры гарадскіх, раённых, сельскіх і пасялковых Саветах пачалі дзейнічаць грамадскія камісіі па абрадах. Асноўную ўвагу яны ўдзялялі правядзенню ўрачыстай рэгістрацыі шлюбаў і нараджэнняў. З’явіліся камсамольскія вяселлі і хрышчэнні. У такіх мерапрыемствах прынімалі ўдзел мясцовыя савецкія органы, партыйныя, камсамольскія арганізацыі [ 13, с. 295].

Успамінае жыхарка Ушаччыны Каплеўская Марыя Сяргееўна: “ Я приехала работать сюда в 1958г., в Дольцах, Ушачах, Глыбочанах, где я работала церковь не работала. Работала в Лепеле і Полоцке церковь. Тогда за учителями назначались деревни, и они были ответственные, агитаторы. И если у тебя что случилось: перекрестил кто и ты не знаешь, могли тогда тебя с работы снять, так как ты за это всё отвечаешь. Некаторые верующие тайно крестили детей. Вот, родился у меня сын Серёжа, ну значит по традиции как тогда делали: собрали всех родственников, была крёстная мать, хотя никого не крестили. Надо было садить кого-нибудь за крёстную матку и батьку. Приходили представители партийные из сельсовета посвящали новорожденного красным налстуком пионерским. Дарили такой наборчик: портретик Ленина, галстук и звёздочка октябрятская” [12].

Некаторыя ушачане, па словах інфарматкі Каваленка А.Б., якія займалі пасады і працавалі настаўнікамі, аднак імкнуліся патаемна ахрысціць сваіх дзяцей: « Я крестила своих детей в начале 1980-х тайно. Поздней ночью я и ещё несколько моих коллег-учителей собрались и повезли в Прозороки в церковь детей крестить. Батюшку попросили в церковную книгу не записывать, а детям строго-настрого запретили рассказывать в школе о том, что с ними было. Очень рисковали и боялись, так как могли нас выгнать с работы» [ 9].

Па словах інфарманткі Клімавай І.С. вядома, што: “Моя мама рассказывала, что был такой момент, что вывешивали списки в сельсоветах и потом начинали людей гнобить. И потом если у тебя у власти знакомых нету, то могли и уволить с работы. Мама наша боялась крестить, сами покрестились, когда уже можно было” [5].

Непажадана было насельніцтву Ушаччыны таксама мець абразы ў сваёй хаце, што вядома са слоў інфарманткі Відзевіч В.П.: “Калі брат уступіў у партыю камуністычную, то ён загадаў маці зняць са сцяны лепшага пакою абраз старажытны. Мама вельмі растроілася, але ж прыхадзілі да нас братавыя калегі-настаўнікі, партыйцы. Святы царкоўныя мы святкавалі патаемна ў сваёй хаце без брата, але можа, першай прычынай аднак была не вера ў Бога, а таму што на стол ставіліся дэлекатэсы розныя. Бо кожны дзень есці дэлікатэсы ў 1970-я гады ніхто не мог сабе дазволіць з прычыны дэфіцыту” [3].

Камуністычная ідэалогія налажыла свой моцны адбітак на падрастаючае пакаленне савецкіх школьнікаў. Успамінае Каваленка Н.А. свае школьныя гады: “Когда я училась в шестом классе несколько отличников и хорошистов из нашего класса первыми посвятили в пионеры. После торжества, которое проходило в нашем музее, я пришла домой сняла пионерский галстук и значок и положила в секцию за стекло на самое почётное место. Когда бабушка это увидела, то гневу её не было предела, она Ленина идолом назвала и убийцей, рассадником зла. Я не понимала тогда её гнева, так как нам в школе по-другому говорили всё. А моя одноклассница даже повязывала галстук на ночную сорочку ” [10].

У заходняй частцы Віцебшчыны веруючыя людзі аднак насуперак партыйным уладам наведвалі храмы, аб чым вядома з успамінаў жыхаркі з вёскі Опса Браслаўскага раёна: “Касцёлы грамілі яшчэ раней, чым я нарадзілася. Мая мама казала, што калі руйнавалі Браслаўскі касцёл, то камуністы спачатку маліліся: сталі на калені, перажагналіся, прачыталі літанне і ружанец, а ўжо потым руйнавалі. На мой час касцёлы ператварылі ў склады, дзе сядзелі галубкі, паўсюдна загадзіўшыя храм. Уціск вернікаў прыйшоўся на 1980-е гады. Мае матка і бацька заўсёды выклікаліся ў школу на бацькоўскія сходы, бо я старалася наведваць касцёл. Наш класны кіраўнік пастаянна казала, што ў яе ёсць чорны сшытак, і папярэджавала нас, хто пойдзе да касцёла на Вельканац, будзе запісаны ў гэты сшытак. Але ўлічваючы, што такіх як я было з класа чалавек дванаццаць, а гэта была ўжо большасць, то напужаць нас было цяжка. Кожны раз, пасля наведвання касцёла, маіх бацькоў выклікалі у школу, ругалі і папярэджвалі. А потым у 1989 г., калі я заканчвала школу, ужо была трошкі такая адліга, але аднак усе мяне пужалі, што я не закончу школу. На сёняшні розум, я не магу зразумець, як гэта не закончыць школу? Напэўна былі іншыя ўстановы, якія патрабавалі каб вучань выпускаўся з адзнакай са школы, а рэлігійная самасвядомасць у дакуменце ж не была ўказана ў базавай, ці сярэдняй адукацыі? Мы баяліся, хваляваліся, што так будзе, але ж так былі выхаваны, што сядалі ў нядзелю ў аўтобус і ехалі ў Браслаў да касцёла” [7].

З прыходам да ўлады ў СССР М.С. Гарбачова ў 1985 г. паступова змяніліся адносіны дзяржавы да рэлігіі. Аб гэтым сведчыць вынікі работы Усесаюзнай партыйнай ХІХ канферэнцыі ў 1988 г. і святкаванне 1000-годдзя Хрышчэння Русі. У БССР, як і ў цэлым па краіне, упершыню за гады савецкай улады юбілей прайшоў без ідэалагічнага ўціску. Актывізацыяй рэлігійнага жыцця спрыялі і абвяшчэнне палітычнай і эканамічнай незалежнасці новай дзяржавы – Рэспублікі Беларусь [13, с. 315-317].

Рэлігійнае жыццё ва Ушацкім раёне пачынае адраджацца з 1989-х гадоў: будуецца праваслаўная царква святых пакутніц Мінадоры, Мітрадоры і Німфадоры; праваслаўная царква ў Арэхаўна Параскевы Пятніцы; аднаўляецца рымска-каталіцкі касцёл Святога Лаўрэна. Кожнаму грамадзяніну нашай краіны прадстаўлена права спавядаць любую рэлігію і наведваць храм.

Спіс літаратуры:

  1. Быкаў, В. Доўгая дарога дадому. Кніга ўспамінаў. – Прадмова аўтара; Мастак А. Бохан. – Мн.: ГА БТ “Кніга”, 2004. – 544 с.

  2. Занальны дзяржаўны архіў у г. Полацку. Фонд. 150. «Матэрыялы аб рабоце Мосарскай школы». Вопісь 1, справа 25.

  3. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Відзевіч Валянціны Пятроўны, 1952 г.н. у г.п. Ушачы

  4. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Ісаковіч Валянціны Эдуардаўны, 1947 г.н. у в. Усвея Ушацкага раёна.

  5. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Клімавай Інэсы Сяргеяўны, 1969 г.н. у в. Шніткі Сарочанскі с/с

  6. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Леановіч Алены Антонаўны, 1953 г.н. у в. Пліна Ушацкага р-на.

  7. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Любачка Марыі Казіміраўны, 1972 г.н. у г.п. Бешанковічы.

  8. Запісана Мізярска Н.А. у 2017 г. ад Каваленка Аляксандра Фѐдаравіча, 1949 г.н. у г.п. Белае Ушацкага р-на

  9. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каваленка Алены Баляславаўны, 1950 г.н. у г.п. Ушачы

  10. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каваленка Наталлі Аляксандраўны, 1976 г.н. у г.п. Ушачы

  11. Кавалеўская, К. “Рэха вайны пад сценамі касцёла” / К. Кавалеўская // Ушацкая раѐнная газета Патрыѐт – 2018 г. – № 9 (9726) – С.3

  12. Запісана Мізярска Н.А. у 2018 г. ад Каплеўскай Марыі Сяргеяўны, 1934 г.н. у г.п. Ушачы

  13. Канфесіі на Беларусі (к. XVIIIXX ст.) / В.В. Грыгор’ева, У.М. Завальнюк, У.І. Навіцкі, А.М. Філатава; Навук. Рэд. У.І. Навіцкі. – Мн.: ВП “Экаперспектыва”, 1998 г. – 340 с.

  14. Мелешко А.А. Современные гражданские обряды и традиции. – Мн.: Полымя, 1985. – 143 с.

  15. Міхайлаў, А. Наш родны кут. Да 50-годдзя савецкай улады / М. Міхайлаў // Ушацкая раѐнная газета ―Патрыѐт‖. – 1967г. – № 16 – С.

  16. Fibek, J. Dzieje parafii i klasztorów katolickich na Białorusi. Tom 1 Wschodnia część Diecezji Witebskiej. Łomża : Zakon Braci Mniejszych Kapucynów, Prowincja Warszawska, 2016 r– 692 s.

17. Zyskar, J. Nasze koscoly/ T.1 Archidjecezja Mohylowska – Warszawa. Petersburg 1913 r. – 443 s.

Gorączka oskarowej nocy (Reblog+)


Polsko-brytyjska produkcja “Twój Vincent” / “Loving Vincent” w reżyserii Doroty Kobieli i Hugha Welchmana została nominowana do Oscara w kategorii “najlepszy pełnometrażowy film animowany”.  “Twój Vincent” zmierzy się z: “Coco”, “Fernando”, “Dzieciak rządzi” i “The Breadwinner”. 23 stycznia, gdy w Los Angeles ogłoszono nominacje,
tvn24 rozmawiała z Dorotą Kobielą, reżyserką filmu. 

Zwiastun

“Jesteśmy w pozycji Dawida i Goliata”

– Czekałam na nominację, ale nie wyczekuję nagrody. Jesteśmy w pozycji Dawida i Goliata. Nie widzę dużych szans w walce z filmami, które mają budżet rzędu 175 milionów dolarów – mówi Kobiela. – Na pewno nastąpiła eksplozja radości. Siedzieliśmy zaciskając ręce, a zostaliśmy wyczytani jako ostatni. Cały czas jestem w innym świecie, w innej bajce, cały czas wierzę w wygraną.

W rozmowie Kobiela przypomniała, że budżet “Twojego Vincenta” wynosił pięć milionów dolarów.  – To nie jest kolejna wielka produkcja familijna z gigantycznym budżetem. To film o wybitnym, wspaniałym malarzu, artyście, którego wiele osób kocha i podziwia. To pierwszy taki film w historii, pierwszy film pełnometrażowy stworzony w pełni techniką malarską. Najpierw nakręcono zdjęcia z udziałem aktorów, następnie wyświetlano na płótnie pojedyncze kadry, które artyści klatka po klatce odmalowywali, by stworzyć ujęcie. Do nakręcenia filmu wykorzystano 65 tysięcy obrazów namalowanych przez 125 malarzy z 20 krajów – 65 z Polski, 60 z zagranicy – którzy zostali wybrani na podstawie pięciu tysięcy nadesłanych zgłoszeń. Film współtworzyli malarze 15 narodowości – pochodzący między innymi ze Stanów Zjednoczonych, Grecji, Ukrainy – którzy nigdy się nie spotkali. Pracowali w Grecji, Wrocławiu i Gdańsku. Łącznie zużyli trzy tysiące litrów farby.

Film to efekt współpracy polsko-brytyjskiej. Za scenariusz i reżyserię odpowiadają Dorota Kobiela oraz Hugh Welchman, a przy scenariuszu współpracował także Jacek Dehnel. Fabuła przywodzi na myśl filmy detektywistyczne – syn przyjaciela Vincenta van Gogha ma dostarczyć list malarza do jego brata, jednak kiedy wyjeżdża w poszukiwaniu Theo van Gogha, postanawia podjąć się próby rozwiązania zagadki śmierci malarza – do tej pory uznawanej za samobójstwo.

90 gala wręczenia Oscarów odbędzie się w Los Angeles 4 marca czyli dziś.

***

Tak czy owak, czy film dostanie Oskara czy nie, idźcie do kina, bo film jest dobry i oryginalny, a na zachętę piosenka z filmu:

Polacy Żydzi 2 (reblog)

Reblog z: Democracy is OK – Mam taką historię….

Paweł Kasprzak

Jasna cholera…

Dobra, mam taką historię. Byłem w Stanach i przez rok pracowałem w knajpie w centrum Manhattanu w NY. Tam na słynnym polskim Greenpoincie mieszkali Polacy. Z Podlasia, okolic Łomży, Jedwabnego. Z tym, że to było przed ujawnieniem Jedwabnego, przed publikacjami Grossa. I ja sobie wtedy naprawdę nie zdawałem sprawy…

Widziałem antysemityzm Polaków z Greenpointu, którzy byli w ogóle cokolwiek zawstydzający. Polki pracowały na ogół u Żydówek i one… Cóż, na resentymenty nakładała się najprawdziwsza walka klas i to było straszne. Nie wiedziałem o Jedwabnem, myślałem, że Kielce ot tak się zdarzyły. Czytałem „Campo di Fiori” Miłosza — o tej karuzeli przy getcie, na którą się wsiadało, żeby z góry się przyjrzeć jak „żydki się palą”… Trochę wiedziałem, ale o Jedwabnem nie wiedziałem. Ani nie wiedziałem tego, że w mojej wiejskiej okolicy Niemcy wywieźli Żydów z co trzeciej wioski, a z pozostałymi najwyraźniej załatwiliśmy się bez ich pomocy.

Jeden z sąsiadów zdołał nazbierać historie. Mamy w okolicy w lasach widoczne do dziś doły po żydowskich ziemiankach. Jest ich trochę. Wciąż żyją ludzie, którzy to pamiętają. Bez ani jednego wyjątku mieszkańców ziemianek wymordowali nasi. Tak — byli wśród nich również partyzanci. Z AK, żeby nie było wątpliwości. Ale wtedy tego nie wiedziałem.
Więc w Nowym Jorku, kiedy się przypadkiem potrąciło kobietę w metrze, to się słyszało w odpowiedzi albo „You rotten racist pig”, albo „Holocaust!” — zależnie od koloru skóry potrąconej. Naprawdę tak to widziałem i tak zapamiętałem, a przecież coś już wiedziałem i o życiu w ogóle, i o rasizmie, i o antysemityzmie, i również o zjadliwym i wstrętnym antysemityzmie polskim.

Słyszałem o polskim antysemityzmie mnóstwo w Nowym Jorku i strasznie to było dla mnie bolesne i drażniące. Wdawałem się w dyskusje — nie kłóciłem się w nich, sporo słuchałem. Ale nie docierała do mnie skala i wciąż myślałem, że Kielce, podobnie jak szmalcownicy, to jakiś straszny margines.

W mojej knajpie obsługiwałem raz bar micwę. Towarzystwo trochę już wypiło i uaktywnił się zwłaszcza jeden zażywny gość, koło czterdziestki, więc starszy ode mnie wtedy. Słyszał akcent i pytał, skąd jestem, a ja nie chciałem odpowiadać, bo wiedziałem, co będzie. W końcu jednak nie było jak i powiedziałem, że z Polski. On na to, czy nie czuję się nieswojo obsługując Żydów. Ręce mi opadły – Boże, to już szesnasty raz w tym tygodniu – więc odpowiedziałem rozdrażniony, że nie, nie czuję się nieswojo i spytałem, czy on uważa mnie za antysemitę, dlatego, że jestem Polakiem i czy również opiera to swoje przekonanie na doświadczeniach z drugiej wojny. Potwierdził, więc ja nie wytrzymałem.

Powiedziałem mu, że doświadczenia wojny znam jak on z opowieści i lektur. Powiedziałem, że Holocaust dział się w moim kraju, bo tu żyło główne skupisko Żydów i tu ich zwożono. Powiedziałem, że mieliśmy najwięcej „sprawiedliwych” nie dlatego, że tacy dzielni jesteśmy, ale dlatego, że to się po prostu u nas działo i to akurat my stanęliśmy wobec tej sytuacji. I że z tego samego powodu mieliśmy prawdopodobnie również najwięcej szmalcowników. Potem zacząłem pytać, czy na podstawie doświadczeń drugiej wojny nie przychodzi mu do głowy wnioskować o francuskim antysemityzmie, albo o węgierskim itd. Żeby nie wspomnieć o niemieckim. I wreszcie – tu już jadąc zupełnie straszliwie, pewnie gorzej niż Morawiecki – poprosiłem o wyjaśnienie tego szczególnie masochistycznego rysu, który sprawił, że w przededniu wojny połowa europejskich Żydów z jakichś powodów postanowiła – dla umartwienia? – zamieszkać akurat w tej nieprzyjaznej Polsce…

No, facet zawołał szefa knajpy, poinformował go o zajściu i zażądał wywalenia mnie z roboty… Miał rację, niezależnie od racji w „dyskusji” – za nic na świecie personelowi nie wolno tak reagować. Ale wtedy z drugiego końca stołu podniosła się staruszka, o której przysiągłbym, że spała i że z całego zajścia nie dotarło do niej absolutnie nic. Podniosła się i powiedziała, że będzie odtąd dwa razy w tygodniu bywać w tej restauracji, żeby sprawdzić, czy ten młody człowiek jeszcze tu pracuje, a jeśli stwierdzi, że nie, to przestanie tu bywać i powie swoim koleżankom („a mam ich bardzo wiele, proszę pana”), żeby również przestały. Mój dyskutant zaniemówił, szef skonfundowany dał mi spokój. Nie miałem odtąd w tej knajpie łatwego życia, ale pracę zachowałem. Dzielna staruszka rzeczywiście bywała regularnie. Rozmawiałem z nią zdawkowo, podziękowawszy jej oczywiście, co ona zbyła machnięciem ręki. Rozmowy sobie nie życzyła.

Minęło ileś miesięcy, ja wracałem do Polski, więc podszedłem o tym staruszkę uprzedzić, żeby nie zarządziła bojkotu knajpy niewinnie. I zaczęliśmy wreszcie rozmawiać. Zapytałem ją w końcu, co jej strzeliło do głowy, żeby mnie bronić. Powiedziała, że to z powodu czegoś, co powiedziałem wtedy ja, a czego sam nie pamiętałem z tej kłótni. Powiedziała, że ukrywała się w okupowanej Polsce jako młoda dziewczyna. I że wiele razy zdarzało się jej pukać do drzwi obcych ludzi, szukając schronienia. Że śnią jej się po nocy te sceny do dzisiaj. Że widzi uchylające się drzwi, a za nimi kobietę – bo to zawsze kobiety otwierały. Patrzyły na nią i niczego nie trzeba było mówić – widziała od razu przerażenie w ich oczach. I często zza ich pleców wyglądały ich dzieci. I te kobiety patrzyły to na nią, to na dzieci. Albo na dzieci nie patrzyły, tylko nie patrząc, kładły im dłonie na główkach. I że ona do dzisiaj ma w sobie poczucie winy, że je przed takim wyborem stawiała. Niezależnie od tego, co wybrały – bo przecież zawsze jednak zatrzaskiwały te drzwi, dodała trzeźwo moja staruszka… Czasem tylko przepraszając z rozpaczą.

Zaniemówiłem kompletnie, ale nie rozumiałem związku. Co takiego powiedziałem, że ona zareagowała wtedy? Otóż podobno spytałem w którymś momencie krzycząc (tego też nie pamiętałem pewny, że mówię spokojnie), czy ktokolwiek potrafi sobie wyobrazić, co dzieje się w głowie i w duszy kogoś, kto na Holocaust patrzy z bliska, zaglądając w oczy ofiarom i nie mogąc zrobić niczego. Bo przecież pomagać Żydom było wtedy bohaterstwem zupełnie niewyobrażalnym. Więc tak – powiedziała moja staruszka – ja to sobie wyobrazić umiem bardzo dobrze. Była tym poruszona, choć przecież ta moja myśl była całkiem banalna, a jej wspomnienia powtarzane w sennych koszmarach — zupełnie nie…

Opowiadała dalej. Opowiadała o Auschwitz, z którego zdołała uciec. Z premedytacją rozkochała w sobie polskiego chłopca, który dla niej tę ucieczkę zorganizował. I potem już za drutami, gdzie czekały na nią i inne uciekinierki przygotowane mieszkania, ona przy pierwszej okazji temu chłopakowi się urwała. To dlatego potem błąkała się po ulicach szukając schronienia u obcych. Potem, już po wojnie, usiłowała chłopaka odnaleźć, ale ją jego rodzina odprawiła twierdząc, że nie żyje. Co nie było prawdą, dodała, opowiadając, jak go po latach odnalazła.

I ja w tym momencie oniemiałem kompletnie, bo tę historię znałem. To była Cyla, a ten chłopak, który ją wyprowadził za druty, to Jurek, serdeczny przyjaciel – z obozu właśnie – mojego teścia, który ich ucieczkę przygotował, sam został w obozie i trafił za to na blok śmierci, kiedy się sprawa wydała. Teść miał trzycyfrowy numer, przyjechał do Auschwitz pierwszym transportem i miał tam relatywnie lekkie życie – wyjąwszy dwa „epizody” na bloku śmierci właśnie. Był obozowym krawcem i ukradł mundur esesmana z papierami. Jurek, kumpel teścia, w tym mundurze wyprowadził grupę Żydówek do pracy w biały dzień. Teścia z bloku śmierci wyciągnął znajomy esesman. Zdaje się, że właśnie z jego rodziną teść utrzymywał kontakty i w stanie wojennym dostawaliśmy stamtąd paczki z jakąś żywnością. A może to jakaś inna niemiecka rodzina.

Historia Cyli – nawiasem mówiąc – jak mi ją opowiedziała, nie zgadzała się z historią teścia i jego kumpla Jurka w kilku ostatnich szczegółach. Wersja Jurka nie zawierała ucieczki Cyli od niego. Nie było w niej miejsca na tułanie się po ulicach. Cyla resztę wojny spędzić miała u krewnych Jurka na wsi i dopiero po wojnie mieli się minąć – najwyraźniej rzeczywiście z powodu rodzinnej zmowy i kilku drobnych kłamstewek, które uniemożliwiły ślub z Żydówką. Z powodu tych różnic i prawdopodobnie sekretów miłosnych perypetii bohaterów, nie podaję nazwisk, choć pewnie one są łatwe do odnalezienia, bo historię opowiadano nie raz. Cyla była przepiękną dziewczyną także jako staruszka – więc również w obozie pewnie robiła wrażenie…

No, spotkanie Cyli w Nowym Jorku do dziś uważam za dowód transcendencji na świecie. Cyla też tak mówiła, siedząc przy tym stoliku w knajpie, zapłakana, podając mi serwetkę, bo sam również ryczałem jak bóbr.

Żeby było dziwniej, mój teść, świadek Zagłady i jeden ze sprawiedliwych, był do śmierci zajadłym antysemitą. Również na podstawie doświadczeń wojny. W Auschwitz mianowicie widział Żydów donoszących na siebie nawzajem i wydających się na śmierć.

Polacy Żydzi 1

Nie, nie polscy Żydzi, ale właśnie tak: Polacy Żydzi.

Przyszły dwa maile jednocześnie, dlatego publikuję je razem:

Krzysztof Mika

Dwa powstania warszawskie

Rok to fatalny – same żydowskie rocznice: a to 75-lecie powstania w getcie, a to 50-lecie Marca 68, a to Bartoszewski, a to Sendlerowa. Zdrowonarodowy trzon społeczeństwa musi znosić takie okropieństwa! Trudno zatem się dziwić , że dano odpór i któryś z rządowych – narodowych intelektualistów przekonał Naczelnika, a ten wydał odpowiednie dyrektywy i myk, myk, i jest nowela ustawy o IPN-ie. Sukces był nieunikniony.

Ale ja nie o tym. Bo to już wszyscy „obrobili”.

Ja o trwałości pewnych schematów myślowych, które skutecznie wbili nam w głowy Niemcy w ramach Holocaustu. Na początek takie oto pytanie: ile było powstań warszawskich? No wiadomo – jedno w 44. Tak odpowie większość zapytanych. A ja powiem tak: były dwa. Jak to? Przecież tamto to Żydzi i w getcie. No to teraz zamieńmy getto na dzielnicę północną, a Żydom nadajmy ich prawdziwy status , czyli obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. To powstanie to reakcja na zagładę ok. 300 tysięcy obywateli polskich. Tak, obywateli polskich. Sukces niemieckiej socjotechniki wyrażał się m.in. w tym, że przestali oni być postrzegani właśnie jako obywatele, więcej jako ludzie. Do dziś w większości tzw. słusznej narodowej publicystyki obowiązuje dychotomiczny podział: Polacy i Żydzi. Choć to kompletna bzdura, bo tak naprawdę to Polacy i… Polacy. Historycznie to jeszcze bardziej paradoksalne, bo są oni obecni w Polsce od czasów piastowskich. Nawet ostatnio premier wspomniał Ibn Jakuba. Holokaust zatem nie dotyczył Żydów, ale milionów obywateli polskich.

I tu wracamy do powstań warszawskich: zadziwiająca jest symetria beznadziejności i strat. Zresztą powstań w dzielnicach zamieszkałych przez Polaków pochodzenia żydowskiego było znacznie więcej. Były również bunty w obozach. To tak w kwestii podnoszonej ostatnio przez któregoś z tuzów intelektualnych tezy o bierności żydowskiej. Konflikt wokół noweli ustawy natychmiast zaowocował komentarzami nt. mienia żydowskiego i roszczeń. To proponuję znów zmienić kategorie: przecież to mienie polskie, bo obywateli polskich. Nikt jakoś się nie buntuje przeciwko odszkodowaniom z tytułu mienia polskiego pozostawionego na Kresach… Tam można, a tu? Strasznie płyciutka ta nasza sprawiedliwość dziejowa. Z mocy prawa mienie to powinno być traktowane tak samo jak każda inne własność, ale nie: ono jest żydowskie. Zresztą historia w pewnym stopniu powtórzyła się w roku 1968, kiedy to przydzielano mieszkania pożydowskie. Zresztą, jak się bliżej zastanowić, to był to kolejny pogrom, na szczęście bezkrwawy. A zatem Polacy i Polacy.

A teraz odrobinę spraw personalnych, jak mawiają Rosjanie „po otczestwie”. Że różni durnie wypisują bzdury antysemickie – trudno. Ale że facet wykształcony zdolny autor, humanista i polonista bredzi, to straszne. Mowa o Rafale Ziemkiewiczu, z którym kiedyś pracowałem w radio i …było miło. A dziś zamienił się w pieszczocha władzy i i co słyszymy: Żydzi to parchy. W najlepszym przedwojennym stylu pałkarzy Falangi… Wcześniej wypisywał głupoty o gettach ławkowych i numerus clausus przed wojną (historia to jednak dla niego materia zbyt złożona), ale teraz poszedł na całość. A co powiedzieć o tych, którzy ten czarny bełkot drukują? Przecież wszyscy oni to zapewne chrześcijanie i katolicy. Czy Jezus Chrystus to też parch? Jak to się wszystko w tych łepetynach składa do kupy, nie sposób pojąć. Na pewno pomaga w tym ciche przyzwolenie władzy, która głośno deklaruje dezaprobatę dla antysemityzmu, a na boku pozwala robić swoje. Zresztą trudno się dziwić: ideałem Polaka jest osobnik o plemiennym sposobie myślenia, taki kibol narodowy w koszulce z hasłami o białej Europie i ewentualnie żołnierzach wyklętych. To niezwykle wygodne dla władzy, bo działa na prostej zasadzie: my – obcy, a obcych należy lać. Jeśli do tego dołożymy antyelitarność i antyintelektualność to wypisz wymaluj lata 30 w Niemczech i w Polsce, choć tu nieco hamowano, delegalizując ONR. Teraz działa w majestacie prawa, co też o czymś świadczy. O czym dopowiecie sobie sami, jeśli zestawicie to z deklaracjami Naczelnika.

A jeśli jeszcze weźmiecie pod uwagę pewien znany z psychologii model komunikacji bierno-agresywnej, to wszystko się złoży w jedną spójną całość. Z jednej strony strzeliste deklaracje przeciwko faszyzmowi i antysemityzmowi a z drugiej po cichu: róbcie swoje chłopaki moje nacjonalistyczne. Zresztą tę strukturę myślową najlepiej obrazuje wypowiedź naczelnika o obcych przynoszących zarazę i pasożyty. Wypowiedź nota bene katolika. W historii to już było: „Żydzi to wszy”. Ale tamci przynajmniej nie udawali katolików.

***

Ten przejmujący wiersz przysłano mi z tzw. obozu narodowego w kilka dni po koszmarnej wypowiedzi premiera KM, że w roku 1968 to nie Polska zrobiła Marzec tylko komuna, a Polski nie było, wypowiedzi w dzień później “poprawionej” przez premiera stwierdzeniem, że oprócz Niemców byli oprawcy polscy, tak jak byli ukraińscy i żydowscy. I wtedy można sięgać do głębin rozpaczy i bez wstydu wyciągnąć ten wiersz – nie po to, by zastygnąć w grozie, lecz by zrobić z niego propagandową chorągiewkę do wywijania. 
Jak nisko trzeba upaść…

Izaak  Kancenelson

Pieśń o zamordowanym narodzie żydowskim!…

Niech przemówi pamięć poety… Jam jest ten, który to widział,
który przyglądał się z bliska,
Jak dzieci, żony i mężów, i starców mych siwogłowych
Niby kamienie i szczapy na wozy oprawca ciskał
I bił bez cienia litości, lżył nieludzkimi słowy.
Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy
– O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby
– Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom!
Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy
Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli
Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy,
Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli.
Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,
Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą.
Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych
Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.
Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,
I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze!”
Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej,
By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.
A na ulicy – oszaleć! Popatrz i ścierpnij, bo oto
Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –
Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –
Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…
W nich Żydzi! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.
Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem.
Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej?
Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie! A z boku –
Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,
Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,
On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!

Warszawa 1944

68. Berlinale

Polinnen (und Polen) bei der Berlinale

Es ist nicht der wichtigste Filmfestival der Welt, aber er ist groß und wichtig genug, um alles inne zu haben. Unter den 400 Produktionen und Events des diesjährigen Festivals gibt es sowohl Noam Chomsky in der Reihe “Kulinarisches Kino” als auch Ai Wei Wei’s Doku-Film über Flüchtlinge Human Flows. Wie seit Jahren schon gibt es jede Menge Polen bei der Berlinale, bei dem Wettbewerb, bei verschiedenen Reihen, bei mehreren sehr interessanten Koproduktionen, von denen eine  (Dovlatov) auch im Wettbewerb läuft. Mich jedoch interessierten vor allem zwei junge Frauen, die von unserer Generation, den sog. Solidarność-Flüchtlingen als Kinder aus Polen weggeführt und nach Deutschland “gebracht” wurden.  Über diese Kinder eben schrieb Emilia Smechowski in ihrem 2017 erschienen Buch, dass sie “Strebermigranten” sind. Der Name ist nicht gerade schmeichelhaft, aber hat vielleicht was Wahres an sich. Und Schönes!

Wettbewerb
Twarz | Mug (Weltpremiere)
von
Małgorzata Szumowska

Jacek liebt Heavy Metal und seinen Hund. Die Feldwege vor der Haustür funktioniert er zur Rennstrecke um, die er mit seinem kleinen Auto entlangbrettert. Wenn er mit Freundin Dagmara die Tanzfläche betritt, gehen alle anderen sofort in Deckung. Er genießt das Dasein als cooler Außenseiter in einem ansonsten eher spießigen Umfeld. Die Muskeln trainiert er bei seiner Arbeit auf einer Großbaustelle nahe der polnisch-deutschen Grenze, wo die größte Jesusstatue der Welt entstehen soll. Doch ein schwerer Arbeitsunfall lässt sein Leben aus dem Groove geraten. Vollkommen entstellt, wird an Jacek unter reger Anteilnahme der polnischen Öffentlichkeit die erste Gesichtstransplantation im Land vollzogen. Als Nationalheld und Märtyrer gefeiert, erkennt er sich im Spiegel selbst nicht wieder. Die Jesusstatue aber wird immer höher und höher. Während sich die Ereignisse rund um Jacek überschlagen, behält der Film die Übersicht und scheint das Kameraobjektiv noch schärfer zu stellen. In Form einer bösen Farce reflektiert Twarz polnische Zustände, erkundet das Leben in der Provinz und zeigt ein Land, das seinen Glauben in Stein meißeln lässt.


Panorama
Wieża. Jasny dzień. | Tower. A Bright Day.
von
Jagoda Szelc

Frühsommer, die Natur leuchtet in sattem Grün. Mulas Tochter Nina wird ihre Erstkommunion feiern und die Verwandten reisen an. Unter ihnen auch Mulas Schwester Kaja, Ninas biologische Mutter, die sechs Jahre verschwunden war. Ihre Rückkehr löst bei Mula Verlustängste aus. Misstrauisch beäugt sie jede Annäherung der beiden. Die Kamera bewegt sich agil, wie ein weiteres Familienmitglied in einem Beziehungsdrama in schicker Landhauskulisse. Doch immer wieder laufen kleine Erschütterungen durch den Film, wie seismische Wellen, die von einem größeren Beben künden. Auf der Tonspur, durch jähe, blitzartige Schnitte und seltsame Vorkommnisse. Vielleicht sind die überraschende Genesung der Großmutter, der stammelnde Priester, der den Gebetstext vergisst, die Geräusche in der Wand Vorboten? Nur sind alle zu beschäftigt, um sie zu erkennen. Als Ereignisse aus der Zukunft beschreibt ein Zwischentitel den Film. Aus einer Zukunft, in der zunächst alles beim Alten ist, aber nicht bleibt. Sprengen die dezenten Genreelemente, die sich in der sommerlichen Idylle bemerkbar machen, einfach nur die Grenze zwischen Beziehungsdrama und Psychothriller, oder hat Kaja vielleicht eine ganz andere Mission?


Generation 14plus (Zeichentrickfilm)
Na zdrowie! | Bless You!
von
Paulina Ziółkowska

Vorsicht, Ansteckungsgefahr! Im urbanen Getümmel fliegen die Keime bunt umher. Einmal neben der falschen Nase gestanden, und schon ist es passiert. Auch beim Flirt mit dem schönen Gegenüber bekommt man eine Ladung ab. Und was, wenn man sich selbst ansteckt, wieder und wieder? Mit expressionistischer Farbigkeit und surrealen Formen und Figuren spielend, stellt die Animation Fragen an unseren Umgang miteinander.


Mitarbeit /Koproduktion:

Hommage an Willem Dafoe
Antichrist
von
Lars von Trier

Dänemark / Deutschland / Frankreich / Schweden / Italien / Polen 2009

Nach dem Unfalltod ihres kleinen Sohnes zieht sich ein Ehepaar in die Einsamkeit einer abgelegenen Waldhütte zurück. Während die Frau eine Mitschuld an dem Unglück empfindet, versucht ihr Mann, ein Psychotherapeut, die Angstpsychose, die sich bei ihr entwickelt hat, durch Gespräche und Übungen abzubauen. Doch anstatt ihre Trauer und ihren Schmerz zu lindern, steigert dies nur ihre Verzweiflung. Ihre zunächst autoaggressiven Schübe wenden sich schließlich mit aller Vehemenz gegen ihren Therapeuten … In Lars von Triers dunklem Psychohorror, in dem sich ein Ehepaar buchstäblich selbst zerfleischt, gelingt Willem Dafoe die intensive Darstellung eines liebevollen Ehemannes, der seine Emotionen nur schwer mit jener Rationalität in den Griff bekommen kann, die für einen behandelnden Therapeuten geboten wäre. Dabei spiegelt sein markantes Gesicht die Sorge über seine von Zwangsvorstellungen heimgesuchte Frau ebenso glaubwürdig wider wie sein Entsetzen über deren Verwandlung in eine rasende Furie. Nicht weniger bravourös meistert Willem Dafoe auch die hohen physischen Anforderungen seiner Rolle – die eines schließlich schrecklich gemarterten Mannes.


Panorama

Koly padayut dereva | When the Trees Fall (Weltpremiere)
von
Marysia Nikitiuk
Ukraine / Polen / Mazedonien 2018

Es sind Sommerferien, und 40 Tage sind vergangen, seit Larysas Vater gestorben ist. In einer märchenhaften Sequenz durchquert die junge Frau ein Sumpfgebiet, in dem sich eine Gruppe von Paaren ihren sexuellen Begierden hingibt. Larysas Freund Scar, ein schöner Krimineller, steckt in einer Spirale des Verbrechens, in die er sich im Laufe der Erzählung immer weiter und radikaler hineinbegibt. Seine Welt sind die postsowjetischen Plattenbauten, Larysas Welt ist die trügerische Idylle einer dörflichen Gemeinde irgendwo in der Ukraine. Ihr Verhältnis wird Larysa zum Verhängnis, denn es dauert nicht lange, bis familiäre Sanktionen gegen die Beziehung in Gewalt umschlagen. Auch das kleine Mädchen Vitka will sich nicht anpassen, rebelliert gegen seine Großmutter und deren Regelwerk und träumt sich immer weiter in eine Fantasiewelt aus surrealen Bildern.
Die Welt in Marysia Nikitiuks Langfilmdebüt scheint wie unter Strom, brutal in ihrer Wirklichkeit und betörend, sobald sie ins Fantastische umschlägt. Die Regisseurin und Autorin gilt als wilde neue Hoffnung des ukrainischen Films und gewann für das Drehbuch zu Koly padayut dereva bereits den ScripTeast Award in Cannes.


Perspektive Deutsches Kino

Whatever Happens Next (Weltpremiere)
von
Julian Pörksen
Deutschland / Polen 2018

Klar, gehen könnte man immer. Jetzt. Sofort. Man könnte aus dem Auto, dem Zug, vom Fahrrad steigen und einfach weg sein. Diesem Gedanken, den man normalerweise rasch verdrängt, gibt der 43-jährige Paul Zeise eines Tages nach und lässt alles zurück: Frau, Beruf, die gesamte bürgerliche Existenz. Fortan gondelt er als freundlicher Taugenichts, Schnorrer und Hochstapler durchs Land. Ungebeten setzt er sich in fremde Autos, ebenso ungebeten taucht er auf Partys und Beerdigungen auf, macht gemeinsame Sache mit einer dementen Großmutter und versetzt unabsichtlich eine Kleinfamilie in Angst und Schrecken, weil er sich schamlos in deren Leben drängt. Von einem Studenten nach Polen mitgenommen, irrt er dort als Wohnungsloser durch die Straßen, zieht zwischenzeitlich ins Krankenhaus ein und verliebt sich schließlich in die etwas durchgeknallte Nele (29), die ihn ihrerseits ins Wunderland ihres Lebens hineinzieht. Dass ihm inzwischen ein von seiner Frau beauftragter Privatdetektiv auf den Fersen ist, ahnt Paul nicht. Julian Pörksens Film ist ein ebenso komischer wie melancholischer Streifzug durch unsere Gesellschaft, eine von schönen, dubiosen und verirrten Charakteren bevölkerte Welt.


Wettbewerb
Dovlatov (Weltpremiere)
von
Alexey German Jr.
Kamera
Łukasz Żal
Russische Föderation / Polen / Serbien 2018

Leningrad, November 1971. Die Stadt liegt im Nebel. Wieder wird der Jahrestag der Revolution gefeiert, doch das Land tritt auf der Stelle: politisch, ökonomisch, kulturell. Sergei spürt es am eigenen Leib. Die Manuskripte des jungen Autors werden von den offiziellen Medien regelmäßig abgelehnt, seine Sicht auf Dinge und Menschen ist nicht gewollt. Anderen ergeht es ähnlich, auch seinem Freund Joseph Brodsky, den die Staatsmacht ins Exil zwingt. Sergei aber will bleiben, ein normales Leben führen, mit seiner Frau Lena und Tochter Katya. Und er will über die Entdeckung der Wirklichkeit schreiben, über die Arbeiter der Werft oder den Bau der Metro, wo eines Tages dreißig Kinderleichen aus dem Zweiten Weltkrieg gefunden werden.
In großen Tableaus und langen Kamerafahrten porträtiert Alexey German Jr. den russisch-jüdischen Schriftsteller Sergei Dovlatov (1941–1990), dessen brillante ironische Texte in der Sowjetunion der Breschnew-Zeit nicht gedruckt werden durften. Aus einem tragikomischen Reigen aus Rebellion und Anpassung, Schmerz und Müdigkeit entsteht ein Zeitbild der Stagnation und ihrer zerstörerischen Wirkung.


Lola at Berlinale
Der Hauptmann | The Captain
von
Robert Schwentke
Deutschland / Frankreich / Polen 2017

Das Ende des zweiten Weltkriegs ist abzusehen, die soziale Ordnung in Deutschland liegt in Trümmern. Mit der Moral der Wehrmacht geht es bergab, die Truppe zerfällt. Die Anzahl der Fahnenflüchtigen steigt dramatisch, versprengte Soldaten werden automatisch als Deserteure erschossen. Statt Recht regiert Gesetzlosigkeit. Eine Gruppe betrunkener Hauptmänner macht erbarmungslos Jagd auf einen 19-jährigen Gefreiten – mehr aus mörderischem Spaß denn aus Pflicht. Der Gefreite, Willi Herold hetzt durchs Gehölz. Verzweifelt, am Ende. Wie durch ein Wunder entgeht Herold seinen Jägern und irrt nun – verfolgt von Bauern, die er bestiehlt um zu überleben und der eigenen Truppe, die ihn für einen Deserteur halt – durch die unerträgliche Einöde des Emslandes. Durchnässt, verschlissen, halb verhungert und kurz vor dem Erfrierungstod, macht Herold einen folgenschweren Fund: Eine Hauptmannsuniform.


Und die zwei, schon angesagten Filme, die “die Streber-Migrantinnen” schon für ihre neue Heimat gemacht haben, Alexandra Wesolowski und Alina Skrzeszewska.

Perspektive Deutsches Kino
Impreza – Das Fest | Impreza – The Celebration
von
Alexandra Wesolowski

Sommer 2016, in Polen regiert seit etwa einem Jahr die rechtskonservative PIS. Die Matriarchin Danuta bereitet das Programm für ihre Goldene Hochzeit vor und nimmt dabei ihre ganze Familie in die Pflicht. Danutas Enkelkinder sind es gewohnt, die kreativen Eskapaden ihrer Großmutter mitzutragen, und fügen sich ihrem Schicksal. Für dieses Jahr hat Danuta eine Modenschau geplant, bei der die Mädchen die Lieblingskleider ihrer Großmutter aus den vergangenen Jahrzehnten präsentieren sollen. Die Grande Dame will dazu aus ihrem Leben plaudern, Anekdoten zum Besten geben, die sie in den modischen Kreationen erleben durfte. Einige Tage vor dem großen Ereignis reist Alexandra, die deutsche Nichte, in Warschau an und will bei den Vorbereitungen helfen. Aber kaum sitzt sie am Tisch, dominiert Politik jedes Gespräch nicht nur mit Danuta, auch mit allen anderen Mitgliedern des Clans. Alexandra merkt, dass sie mit ihren liberalen Ansichten alleine dasteht und dass die Frauen in ihrer Familie sich kein bisschen mit Zielen wie Emanzipation, Frauenrechten oder offenen Grenzen identifizieren. Sie möchte herausfinden, wie der ideologische Graben zwischen ihr und ihrer Familie so groß werden konnte.


Panorama Dokumente
Game Girls
von
Alina Skrzeszewska
Frankreich / Deutschland 2018

Die Gegend Skid Row in L.A. ist bekannt als „Hauptstadt der Obdachlosen“ der USA. Dort zu überleben ist ein hartes Spiel, in dessen Regeln uns die Geschichten der porträtierten Frauen Teri und Tiahna einführen. Das Leben des lesbischen Paares spielt sich zwischen Gefängnis, Alkoholsucht und Drogenverkauf, aber auch Hoffnung ab, ihr Schicksal ist paradigmatisch für das Leben afroamerikanischer Frauen an den Rändern der amerikanischen Gesellschaft. In einem von der Filmemacherin initiierten Workshop für Frauen aus der Community verarbeiten sie ihre Erinnerungen und Traumata und beginnen einen Transformationsprozess, in dessen Verlauf sie nicht als Opfer, sondern als selbstermächtigte Subjekte sichtbar werden. Soziale Proteste gegen Obdachlosigkeit in der Nachbarschaft oder die Black-Lives-Matter-Bewegung sind genauso Teil ihres Lebens wie die Selbstverständlichkeit, mit der sie ihre Homosexualität leben, oder der hartnäckige Kampf mit den Behörden um die eigenen vier Wände.
Mit einer beobachtenden, intimen Kamera erzählt der Film die Geschichte zweier Frauen, die es schaffen, der Skid Row zu entkommen, und dennoch in den Grenzen ihrer Lebensumstände gefangen sind.

 

 

Reblog (czy co to jest?)

Kilka dni temu nie miałam pomysłu na wpis na najbliższą niedzielę czyli na dziś. Nie był to naglący problem, bo co najmniej od roku zawsze coś się zjawia i raczej jest kolejka niż puste miejsca. Gdy wchodziłam na gmx, żeby sprawdzić pocztę, pomyślałam, że tam na pewno jest coś, co się świetnie sprawdzi jako dzisiejszy post. I tak też było. Paulina Pytlak przysłała taką prezentację (uwaga:  to powerpoint, trzeba klikać, żeby przejść do następnej folii):

hungryplanet_pl1

Dziękuję

Super blue blood moon

The event may sound like a complicated tongue twister, but it’s really just the confluence of three celestial occurrences.

A blue moon is the second full moon of a month — in January, there will be a full moon on New Year’s Day and on Jan. 31 — while a supermoon is when the full moon appears larger and brighter to the naked eye.

These two events will coincide with a total lunar eclipse, or blood moon, on Jan. 31.

Most days the moon is nearly 238,855 miles from Earth, but during the supermoon it will be approximately 223,068 miles away, according to NASA. During a supermoon, the moon can appear up to 14 percent larger and 30 percent brighter than usual.

A total lunar eclipse occurs when a full moon passes into Earth’s shadow, making the moon appear red — hence the nickname blood moon.

Altogether, the three events — a blue moon, a supermoon and a blood moon — will make for a spectacular show the last night of January. (Or day! In Berlin since 16:58)

Ich bin ein aufgehörter Schriftsteller

Gedenkveranstaltung zum Internationalen Holocaust-Gedenktag


Bild: Projekt: Wir waren Nachbarn

Im Mittelpunkt:
Kurt Tucholsky − „Ich bin ein aufgehörter Schriftsteller“

 Sonntag, 21. Januar 2018, 17 Uhr
 Rückert-Gymnasium, Aula, Mettestr. 8, 10825 Berlin
Neben dem ehemaligen Rias-Gebäude am Stadtpark,
Parkplätze vorhanden
U 4 Innsbrucker Platz, Bus 248

2005 wurde der 27. Januar, zur Erinnerung an den Tag der Befreiung von Auschwitz, von den Vereinten Nationen zum Internationalen Tag des Gedenkens an die Opfer des Holocaust erklärt. Seither führen das Ausstellungsprojekt WIR WAREN NACHBARN, das Bezirksamt Tempelhof-Schöneberg, die Gesellschaft für Christlich-Jüdische Zusammenarbeit (GCJZ Berlin) und die Deutsch-Israelische Gesellschaft (DIG Berlin) eine gemeinsame Gedenkveranstaltung durch.

Programm

Begrüßung

Dr. Jörg Balke, Schulleiter
Angelika Schöttler, Bezirksbürgermeisterin
Jutta Kaddatz, Bezirksstadträtin Bildung, Kultur und Soziales

Grußworte

Jael Botsch-Fitterling (GCJZ Berlin)
Dr. Nikoline Hansen (DIG Berlin)
Zum Auftakt des Jahresschwerpunkts 2018 „Unerhörte Stimmen“:

Kurt Tucholsky − „Ich bin ein aufgehörter Schriftsteller“
Heinrich Rolfing trägt Texte und Briefe von Kurt Tucholsky vor

Musik

„Siebzehn Augenblicke des Frühlings“ (Mikael Tariwerdijew):
Maxime Parmentier (Schüler)
Lieder von Kurt Tucholsky, Peter Fischer und Peter Janssens
sowie Hildebrandt/Schneyder und Robert Opratko:
Andreas Kling (Musiklehrer),
Klavier: Bendict Goebel (Musiklehrer)

Moderation

Andreas Kling

An diesem Abend bleibt die Ausstellung in der Ausstellungshalle im Rathaus Schöneberg bis 20 Uhr geöffnet.


Kurt Tucholsky (1890-1935) war einer der bekanntesten und vielseitigsten Publizisten und Gesellschaftskritiker seiner Zeit. Er schrieb zahlreiche satirische Gedichte, zeit- und sozialkritische Glossen, Buch- und Theaterkritiken, Romane und Chansons. Er fürchtete den Niedergang der Weimarer Republik und schrieb unermüdlich dagegen an. In der renommierten Wochenschrift „Die Weltbühne“ erschienen unter seinen verschiedenen Pseudonymen oft mehrere Beiträge in einem Heft, deren Ton zunehmend schärfer wurde. Nach einem ersten Prozess gegen den Herausgeber Carl von Ossietzky, verlegte Tucholsky
seinen Wohnsitz nach Hindås in Schweden. Zutiefst enttäuscht von der politischen Entwicklung und der geringen Wirkungsmacht seiner, wie der politischen Aufklärungsarbeit überhaupt, verstummte er ab 1931 publizistisch zunehmend und unterzeichnete seine Briefe fortan mit „aufgehörter Schriftsteller“ oder „aufgehörter Deutscher“.
Erich Kästner charakterisierte ihn 1946 als „kleinen dicken Berliner, der mit der Schreibmaschine eine Katastrophe aufhalten wollte“.

Heinrich Rolfing
Der Berliner Schauspieler und Regisseur Heinrich Rolfing (*1958) hat in zahlreichen Theater- und Filmproduktionen mitgewirkt, regelmäßig trägt er bei unterschiedlichen Lesungen literarische Texte vor.


Und zum Schluss ein der bekanntesten gedichte Tuchoskys, allerdings vorgetragen von Bernhard Scheller: