Dziś w SprachCafé – Kashia Vega i poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej

Pełnia słów i dźwięków

Godzina 19, ale zapraszamy już od godziny 18. I warto przyjść wcześniej, bo może być tłoczno.

📍 Berlin-Pankow
🗓 16 stycznia 2026 (piątek)
🕖 godz. 19:00
📌 Polska Kafejka Językowa, Schulzestr. 1
🎟 Wstęp wolny

dojazd (niestety z utrudnieniami) do stacji Wollankstraße – z utrudnieniami, bo dojeżdżając z południa trzeba pojechać przystanek dalej, do stacji Schönholz i tam wsiąść do pociągu jadącego z powrotem 😦

Continue reading “Dziś w SprachCafé – Kashia Vega i poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej”

“Wywołuję wojnę, wojnę…”

Avaaz.org

Przyjaciółki i Przyjaciele!

Ponad 400 tysięcy osób podpisało apel do światowych przywódców, aby bronili naszych wartości i przeciwstawili się agresji Trumpa. Może i Ty dołączysz? Wkrótce Avaaz dostarczy nasz apel rządom krajów całego świata.

Podpisz teraz
Oto wiadomość, którą wysłaliśmy przed kilkoma dniami:

Continue reading ““Wywołuję wojnę, wojnę…””

Ojciec i pradziadek

Od Adminki: Wiersz przysłała mi Dorota Biłous z Wrocławia, opatrując go takim komentarzem: Wiersz Feliksa Netza, który opowiada o moim tacie. Dzidek to tata, a ten niespotykanie stary człowiek to mój pradziadek. Takie historie.

Feliks Netz urodził się 26 grudnia 1939 w Kretkach Dużych koło Brodnicy (woj. kujawsko-pomorskie), zmarł 12 kwietnia 2015 w Katowicach, poeta, prozaik, dramaturg radiowy, tłumacz, krytyk literacki i filmowy, publicysta.

Zob. https://pl.wikipedia.org/wiki/Feliks_Netz

Niewłączone do Księgi Psalmów

Nad rzekami Babilońskimi, tameśmy siadali
i płakali, wspominając na Syjon.

Psalm 137

Siedzieliśmy nad wodami Kwisy, było upalne
lato, piąte po wojnie, kościotrupy kamienic
spalonych do ostatniej cegły, myszkowaliśmy
po piwnicach – МИН НЕТ! Nie wywietrzał odór
spalonych ciał – dotknąłem kamienia tuż przy
betonowym dnie piwnicy, „ciekawe – powiedział Dzidek,
jak długo kamień przechowuje
pamięć ognia”;

w jego jak i moim poniemieckim domu zobaczyłem
niespotykanie starego człowieka w palcie (było lato!)
i czapce naciśniętej na uszy, spisującego nie
mający końca korowód nazwisk. Dzidek: „spisuje
wszystkich mieszkańców Kołomyi, jakich zapamiętał
a znał ich tysiące, budował mosty i wiadukty
w powiecie, a nawet dalej, zapisał już całą walizkę
papieru prośbowego”;

siedzieliśmy nad wodami Kwisy, mocząc nogi
o zdeptanych stopach, mytych byle jak wieczorem
pod nieuważnym wzrokiem matki, zrogowaciałe,
popękane pięty, skóra jak zelówka, nie miękła, gdy
nasze jedenastoletnie ciała pluskały się w statecznym
nurcie Kwisy, leżeliśmy na wznak, lekko poruszając
dłońmi, niby płetwami, z ciężkim słońcem na wargach,
z marzeniem w zmrużonych oczach, by prąd poniósł nas
do morza, tego lub tamtego, jakie to były morza, żywe
czy martwe, nie ja, lecz pamięć
nie pamięta;

siedzieliśmy, Dzidek (zmarł tej wiosny zastanawiam się
jak długo prochy przechowują pamięć ognia) i ja
spośród całych rodzin z i spod Kołomyi, Tarnopola
Drohobycza, a nawet z Bukowiny, kobiety w majtkach
i biustonoszach, dzieci na golasa, mężczyźni w spodniach
i gimnastycznych podkoszulkach, ponad głowami hasały
motyle, czasem zabuczał na najższej strunie trzmiel
opity bimbrem spływającym z szyjek niezatkanych
butelek, mężczyźni grali w karty milcząc, zrzucali je z furią
jak broń długą i krótką, kiedy wychodzili z lasów,
czasami któryś się nagle zapatrzył gdzieś, w jakiś punkt,
w jakąś dal, z kartą w ręce, która, jakby ją nagle odcięto,
przemierzała rozległe przestrzenie od morza do morza,
ale jakie to były morza, żywe czy martwe, nie ważne,
bo już nikt nie myślał o ucieczce, ni morzem,
ni lądem;

nie harfy wieszaliśmy na wierzbach, ale mokre gatki,
i halki, czasem któraś przeprała jedwabne pończochy,
poruszały się w nieruchomym powietrzu z cichym
szelestem, budząc w nas już nie dzieciach, po prostu
chłopakach słodki dreszcz;

nie śpiewaliśmy, bo jakże mieliśmy śpiewać, skoro –
słowa są Dzidka, nasze pieśni zostały tam, nad
Czeremoszem, na polach kukurydzy, w łanach jęczmienia,
w oślepiającej bieli ziemniaków wyrwanych z nacią,
z ziemi czarnej i tłustej, w srebrnych kłosach pszenicy
w zapatrzonych prosto w słońce słonecznikach
w studniach, w które wykrzykiwaliśmy nasze
imiona, aby dotarły do podziemnych miast
w wysokich trawach, w których zaplątywały się
nasze psy, jakże mieliśmy śpiewać, skoro każdy
chciał, aby jego serce, owinięte w liść łopianu
pochowano tam, gdzie, a było to pewniejsze niż śmierć
nigdy więcej jego stopa nie postanie, nie pozwolą
na to duchy żołnierzy radzieckich, które wychodziły
z grobów na szczycie Kamiennej Góry na nocny patrol
czasem ktoś zderzył się z duchem, bywało, że chciał
go wyminąć, próbował z lewa z prawa, w końcu
usłyszał jakby dochodzące z głębokiej studni:
spoj s nami – tiomnaja nocz’ tolko puli swistajut
w dali, tolko puli swistajut…


Jakoż mamy śpiewać mówili ludzie siedzący nad
wodami Kwisy, my, wygnańcy w ziemi cudzoziemców,
niech przyschnie język mój do podniebienia mego,
mówi we śnie stary człowiek w grubym palcie,
w czapce (lato!) naciśniętej na uszy, ba, myśli
strapiony, jak ma przyschnąć,
skoro mi go wyrwano.

Pożywienie jako rozmowa

Znalezione przez Annę Janko i opublikowane na FB w przeddzień Wigilii 2025. To ważna data, za trochę więcej niż jeden dzień urodzi się Jezus, najsłynniejsze dziecko w historii ludzkości, a jego matka będzie go karmiła mlekiem.

Myślała, że bada mleko.
A odkryła rozmowę.

W 2008 roku Katie Hinde pracowała w laboratorium badań nad naczelnymi w Kalifornii. Analizowała dane, które uparcie nie chciały zachowywać się tak, jak przewidywały dotychczasowe modele naukowe. Badała mleko matek makaków rezusów — setki próbek, tysiące pomiarów. I wciąż pojawiał się ten sam wzór, którego nie dało się wyjaśnić według starych reguł. Matki mające synów produkowały mleko bogatsze w tłuszcz i białko. Matki córek wytwarzały większą ilość mleka, ale o innym składzie odżywczym.

To nie był przypadek. To było dopasowanie.

Continue reading “Pożywienie jako rozmowa”

Wystawa “Pojednanie” / Ausstellung “Versöhnung”

im Roten Rathaus / w Czerwonym Ratuszu (Berlin)

Adam Pacześniak

Das heutige Europa wurde nach dem Zweiten Weltkrieg auf Versöhnung aufgebaut. Ehemalige Feinde verwirklichten ihren Traum von einer Gemeinschaft auf Augenhöhe.

Ein Beispiel dafür ist die Wanderausstellung „Versöhnung für Europa“, die bereits in verschiedenen europäischen Städten gezeigt wurde. Nach Stationen in Rom, Warschau und Görlitz ist die Ausstellung nun vom 1. Dezember 2025 bis zum 15. Januar 2026 im Roten Rathaus in Berlin zu sehen.

Continue reading “Wystawa “Pojednanie” / Ausstellung “Versöhnung””

Raz dwa trzy Sergiusz Michalski. Trzy.

Sergiusz Michalski

In defence of the BBC: A personal recollection

The BBC is now going through a very difficult period. Its many enemies, spearheaded by Trump, are in a jubilant mood, its support in the political class and among the public is steadily eroding. Nonetheless I shall attempt a plaidoyer for dear old auntie Beeb, a plea based on a personal recollection of a somewhat misguided political venture undertaken by me more than fourty years ago in Warsaw.

Continue reading “Raz dwa trzy Sergiusz Michalski. Trzy.”

Cierpienie zwierząt, żółwie…

Fundacja Zła Podłoga Pomoc Żółwiom Lądowym

Logo Ratujemy Zwierzaki

Kochani! Po raz pierwszy bierzemy udział w konkursie “Łap dotację na organizację”, portalu RatujemyZwierzaki! 😁😍

https://www.ratujemyzwierzaki.pl/osrodekdlazolwi

Dla nas to olbrzymia szansa na osiągnięcie wymarzonego celu: rozbudowy naszego ośrodka na poddaszu. 🐢

Szanse są ogromne! Wygrywa nawet 40 organizacji, najwyższa nagroda to 100.000zł!!

Wygrana jest uzależniona od liczby wpłat unikalnych darczyńców, nie ich wysokości. Oznacza to, że wystarczy 1zł, by mieć realny wpływ na naszą wygraną.🥰

W konkursie nie ma przegranych, więc każda organizacja wygrywa tyle, ile od Was dostanie, nawet jeśli nie załapie się do puli zwycięskich organizacji! 🥳

Prosimy Was o wsparcie i zaangazowanie swojej rodziny oraz przyjaciół. 🙏

Zróbmy wszystko, zeby żółwiki dostały swoje wymarzone poddasze! 💪🐢

Pomożecie?🙏🫶

Żółwik!👊🐢

***

Wpłaciłam. W odpowiedzi na pytanie dlaczego wpłacam, chciałam napisać historyjkę o moim żółwiu, ale miejsce na odpowiedź było na dwie linijki. Więc piszę tu:

Przez kilka lat miałam w domu żółwia wodno-lądowego. Był to żółw kalifornijski o żółtych policzkach. Znalazłam go na ulicy Grunwaldzkiej w Gdańsku-Wrzeszczu. Stał na czerwonym świetle. Czekał na zielone, żeby przejść? Był burobrązowy, malutki, płaski i okrągły. Miał średnicę 8 centymetrów. Nie wiem, jak by zdołał przejść przez ulicę, bo nie byłoby go na niej w ogóle widać. A to wielka, ruchliwa ulica. Poszłam z nim do najbliższego sklepu zoologicznego, ale żółw nie był ich i nie chcieli go wziąć. Powiedzieli mi tylko, że to chłopak. Zabrałam go do Berlina. Dałam mu na imię Karol, co chyba miało jakiś związek z papieżem, ale już nie pamiętam – jaki. Znający się na rzeczy kolega, który sam też miał żółwia, urządził mi żółwi świat – wielkie akwarium z wyspą z drewna mandragory i lampą, pod którą mógł się wygrzewać. Karmiłam go jakimiś dafniami i pantofelkami, ale co pewien czas musiałam mu dawać wielkie żywe robale, które przynosiłam ze sklepu w plastikowych pudełkach i hodowałam w spiżarce. Rósł jak opętany. Sikał i kakał do wody i gdy już był wielki, musiałam mu zmieniać wodę codziennie, żeby nie zgnił w kloace. Była to ciężka praca. która zajmowała około godziny. Nie wiedziałam, co robić, ale było jasne, że nie damy rady mieszkać dalej razem, choć twierdziłam, że ja się przywiązałam do niego, a on do mnie. W końcu przyjaciele zabrali go na Mazury na farmę żółwi. Był dorodnym młodzieńcem, a jego rola na farmie miała być jednoznaczna – został zółwiem rozpłodowym. Należał do gatunku, który potrafi żyć nawet 160 lat, gdy wyjeżdżał miał lat sześć. Czekała go “dolczewita”, czyli, jak to określiła moja przyjaciółka, “150 lat ciupciania”.

Bardzo lubię żółwie, ale życie w domu naprawdę im nie służy.