The Witcher znaczy Wiedźmin

Wszyscy wiemy – od dziś Netflix będzie pokazywał serial The Witcher wg słynnego cyklu powieści Andrzeja Sapkowskiego. Firma uruchomiła ogromną machinę reklamową, przynajmniej w Berlinie, ale zapewne wszędzie. W każdym razie w Berlinie Martin Januszewski znalazł figury z serialu przed słynnym Bikini Haus w centrum miasta, tuż naprzeciwko Europa Center. A ja codziennie przesiadam się na stacji, która kilka dni temu zapowiadała serial wielką naklejką na posadzce, ale do dziś zdążyła obkleić ogromnymi zdjęciami wszystkie przejścia, schody, bilboardy i kolumny.

To świetne. A pytanie, jakie się nam wszystkim musi nasuwać brzmi: czy to nowa Gra o Tron?

Weihnachtsmarkt / Jarmark Bożonarodzeniowy

Ewa Maria Slaska

Jednym z magnesów przyciągających turystów do Berlina są niewątpliwie Jarmarki Bożonarodzeniowe. Przyjeżdżają Włosi, Hiszpanie, Anglicy, Szwedzi, Polacy, Japończycy i Chińczycy.  I są to naprawdę tłumy. Jarmarków jest w Berlinie masa, są jarmarki koreańsko-japońskie i polskie, są gejowskie i artystyczne, ale najwięcej jest tych całkiem normalnych – z drewnianymi budkami, w których kupić można francuskie naleśniki i włoskie sery, ale przede wszystkim wypić tradycyjnego niemieckiego grzańca, zjeść potwornie słodkie jabłko zanurzone w czerwonym karmelu i kupić malowane kolorowym cukrem pierniki, z napisami po bawarsku, na przykład “Ich liebe Dir”, co można przetłumaczyć jako “Kocham Ci”.
Mają rację ci, którzy powiedzą, że jarmarki bożonarodzeniowe to kicz do potęgi. Tak, to kicz, ale jak dobrze jest choć przez parę godzin zapomnieć o tym, jak ciężko i smutno jest na świecie, jak dobrze jest napić się grzanego wina, zjeść pierogi przy stoisku z polskim jedzenie, nacieszyć się miłą, przyjazną atmosferą.

Można by pomyśleć, że po ataku terrorystycznym trzy lata temu, 19 grudnia 2016 roku, zainteresowanie jarmarkami zmaleje, ale wydaje się, że wręcz przeciwnie, że przybywa jeszcze więcej turystów niż przedtem, być może pod hasłem “nie myślcie, że dacie nam rady”.

Dziś, w trzecią rocznicę tamtego strasznego dnia wspominamy 11 osób, które zginęły pod kołami uprowadzonej przez terrorystę ciężarówki i Łukasza Urbana, polskiego kierowcę, który stawił opór napastnikowi, zginął w walce, ale uratował wiele dalszych możliwych ofiar. Wśród ofiar znaleźli się Niemcy

Ein goldener Riss im Boden erinnert an die Opfer des Terroranschlags am Breitscheidplatz am 19. Dezember 2016
Tzw. Złota Szczelina przypomina o ofiarach ataku terrorystycznego 19 grudnia 2016 roku

Weihnachtsmärkte sind etwas, was Touristen aus aller Welt nach Berlin zieht. Italiener, Engländer, Spanier, Polen, Schweden, Japaner und Chinesen. Aus allen Herren- und Frauenländer kommt man massenweise nach Berlin, kauft ein, trinkt Glühwein, isst Marzipanstollen, geröstete Mändeln und bunt karmellisierte Äpfel. Man kann sagen, dass es Kitsch ist. Und man wird recht haben. Klar, es ist Kitsch, aber es ist so verdammt gut für ein paar Stunden zu vergessen, wie die Welt da draussen aussieht und einfach die unglaublich schöne, ruhige, freundliche Atmosphäre des Jahrmarkts genießen.

Nach dem Vorfall vom 19. Dezember 2016 hätte man meinen können, der Magnet hat ihre Kraft eingebüsst. Aber nein. Ja, auf dem Weihnachtsmarkt im Herzen der Stadt, zwischen KaDeWe und Europa Zenter, gibt es ein Gedenkort, da, wo der Terrorist mit einem von einem Polen gekaperten Truck eingefahren ist, man geht vorbei, liest die Namen, zündet eine Kerze, legt eine Blume, seufzt, geht weiter. Am Weihnatchstmarkt-Betrieb änderte es wenig, oder hätte es ihn gar verstärkt, nach dem Motto, wir lassen uns nicht runterkriegen

Heute erinnern wir uns an die 12 Todesopfer des Anschlags, darunter auch Łukasz Urban, der polnische Truck-Fahrer, der dem Terrorist Widerstand geleistet hatte und gestorben ist, der aber durch seinen Kampf unzählige weitere Menschenleben gerettet hatte.

 

Zdjęcia: Ania, Ela i Monika

Byron o wyspach szczęśliwych (i nieszczęśliwych)

Dziękuję Agnieszce R., która mi te wiersze przypomniała


George Byron, Giaur, tłumaczył Adam Mickiewicz

Wyspy szczęśliwe! w każdej porze roku
Zarówno miłe i sercu i oku,
Gdy was przychodzień z gór Kolonny wita.
Wraz nagły urok źrenice mu chwyta,
I myśl pogrąża w dumy tajemnicze.
Tu szklane morza cichego oblicze
Na falach drobnych jak uśmiechu dołki,
Gór okolicznych odbija wierzchołki

Strzegące brzegów, z którymi łagodnie
Zdają się igrać rajskie wody wschodnie.
Jeśli się wietrzyk chwilowy prześliźnie,
I złamie szyby na modrej płaszczyźnie,
I kwiecie z brzegu przyniesione miota,
Jakaż w tym wietrze wonia i pieszczota!
Tam na skał wierzchu, u ścieku poników
Błyszczy się róża, sułtanka słowików
Jej brzmią pochwały kochankowie leśni,
Ona rumieńcem dziękuje za pieśni.
Śliczna i skromna, królowa ogrodów,
Nietknięta wichrem, niezwiędła od chłodów
Nie znając naszych zim niebezpieczeństwa,
Kwitnie świeżością wiecznego panieństwa.
Balsamy, których niebo jej udziela,
W wonnych kadzidłach ku niebu odstrzela,
Niebo wzajemnie, co dzień jej użycza
Świetnych kolorów swojego oblicza.

Tam, w polu tyle jest kwiecia dla wianków,
Tam, w lasach tyle cienia dla kochanków
Tam, groty dla nich ciosane umyśnie;
Dziś morski zbójca w te groty się ciśnie,
I nocą z małej czatuje galery
Na bezpiecznego żeglownika stery.
Skoro miesięczna zabłyśnie pochodnia,
Zabrzmi gitara morskiego przechodnia
Zbójca swój rudel zaraz na głąb pędzi
Zakryty cieniem nadbrzeżnych krawędzi,
Zahacza statek, zdobycze rozdziela;
Wrzask konających miesza pieśń wesela.
Dziwna! gdy kraj ten natura obrała
Na ogród bogów, i hojnie nań zlała,
Tyle bogactwa, piękności tak wiele
Jakby we własnym zakochana dziele,
Dziwna! że dzieła własnego się zrzeka,
I dziś natura wpuszcza tu człowieka,
Który, odwieczny miłośnik zniszczenia,
Ogród Edeński na nowo wyplenia,
I jako leśny dzik kwiecie wytłacza
Niepokropione znojami oracza
Ani znające ręki ogrodnika!
Tu kwiecie samo dokoła wynika,
Za tyle wdzięków, za taką obfitość
Uprasza tylko człowieka o — litość.
Dziwna! tu ziemia oddycha pokojem.

A serce ludzkie, chucią i rozbojem.
Czyż kraje światła na nowo ogarnie
Noc namiętności rządzących bezkarnie?
Patrząc myśliłbyś, że tu zbuntowani
Wojsko aniołów zwalczyli szatani,
I cherubinów trony dziś przywłaszcza
Tłum, który piekieł wyzionęła paszcza.
Tak śliczny kraj ten ojczyzna rozkoszy,
Tak brzydki tyran, co go dziś pustoszy!

Przyp Admin.: Bo z Wyspami tak już jest. Jeśli są naprawdę Szczęśliwe, to ich nie ma, a jeśli są, to jednak na nic ich prośby o litość, w tej ojczyźnie rozkoszy, brzydki się tyran kryje, co je dziś pustoszy…

Ino z Zatoką Gdańską w tle / “Semele”

Komische Oper*jutro*Komische Oper*morgen*Komische Oper*tomorrow

Von der Pressetexte der Komischen Oper:

Eine Oper im Gewand eines Oratoriums könnte man Semele von Georg Friedrich Händel bezeichnen. Mit prächtigen Chören, knappen Rezitativen und ausdrucksstarken Arien musste das Werk nicht dem starren Schema einer Opera seria folgen und wirkt bis heute frisch. Für ein fastenzeitliches Oratorium eher »ungewöhnlich«: die saftig-erotische, durchaus auch witzige Handlung. Heute zählt Semele weltweit zu den beliebtesten Werken aus der Feder Georg Friedrich Händels. Barock-Spezialist Konrad Junghänel und Chefregisseur und Intendant Barrie Kosky setzen auf das menschliche Drama hinter den göttlichen Ränkespielen und zeigen klar auf: »Wen die Götter strafen, dem erfüllen sie seine Wünsche«.

Die Rolle der Ino wird gesungen von der wunderbaren Karolina Gumos – seit 2006 im Ensemble der Komischen Oper Berlin ist und hier schon große Erfolge gefeiert hat.

Semele, oratorium operowe Händla z roku 1743, jest uważane za jedną z pierwszych oper angielskojęzycznych.

Semele była córką króla Kadmosa i Harmonii w Tebach, kochanką Zeusa. W Oratorium bóg urządził jej przepiękny pałac w kraterze wulkanu, którego strzegły smoki. Hera odkrywa kryjówkę kochanków, dostaje się do pałacu pod postacią Ino, siostry Semele, i namawia dziewczynę, by ta wystawiła kochanka na próbę – jeśli naprawdę jest bogiem, niech w takim razie ukaże się jej w swej boskiej postaci. Wiemy ze wszystkich opowieści o Pięknej i Bestii czy Amorze i Psyche, że takie zabawy z bogami źle się dla dziewcząt kończą. Zeus wzbrania się, ale dziewczyna tak nalega, że bóg w końcu spełnia życzenie i pojawia się jako Piorun. Semele ginie w płomieniach, ale Zeus – co za makabryczna część opowieści – zdąży wyjąć z brzucha płonącej kochanki jej nienarodzone jeszcze dziecko. Zaszywa je w swym udzie i po kilku miesiącach wydaje na świat małego Dionizosa – boga wina i płodności. Semele po śmierci trafiła do Hadesu, ale gdy Dionizos dorósł, zabrał ją stamtąd na Olimp, jako boginię Tyone.

W zapowiedzi niemieckiej słusznie przypomina się, że jeśli bogowie chcą kogoś ukarać, spełniają mu życzenia. No bo cóż, ok, to Hera namówiła Semelę, by wystawiła kochanka na próbę, ale to jednak ona sama tak długo wierciła kochankowi dziurę w brzuchu, aż ustąpił i ukazał jej swą boską moc.

Generalnie krwawa jatka. Zresztą proszę:

Wielkie gesty i strugi krwi. Nie wiem, czy by mnie ten trailer zachęcił do wizyty w operze. (Uwaga – nieważne, że pojawia się tam majowa data z 2018 roku – Semele zostaje właśnie wznowiona).

Zachęca jednak przysłana w zaproszeniu opowieść o Karolinie Gumos, grającej i śpiewającej u Kosky’ego rolę Ino, siostry Semele.


Solistin/Mezzosopranistin: Karolina Gumos (Komische Oper Berlin)  Foto: Gunnar Geller

Julia Maier referentka prasowa Komische Oper pisze:

Direkt an der Danziger Bucht wuchs Karolina Gumos auf. Vor ihrer Haustür lag das weite Meer und weckte die Neugier auf das, was hinter dem Horizont lag – für die Augen unsichtbar, aber mit dem Herzen zu erahnen. So auch das Singen. Ihre erste Rolle (im Kleinen Prinzen von Antoine de Saint-Exupéry) sang sie in dem am Strand ihrer Heimatstadt gelegenen Musical-Theater. Sie war 18 Jahre alt, und mit Gesang hatte sie vorher nichts am Hut gehabt. Sie ging zum Vorsingen, weil ihr damaliger Freund in der Produktion mitwirkte. »Plötzlich merkte ich, wie viel Spaß mir das Singen macht!« Und ihre Stimme entpuppte sich als perfektes Material für die Oper.

Der Ruf der Oper lockte sie! Erst zu einem Gesangsstudium nach Poznań und dann nach Deutschland. »Hier wollte ich erst gar nicht hin. Das deutsch-polnische Verhältnis ist ja recht belastet.« Dazu kam ein familiärer Hintergrund: Ihr Vater hatte als junger Mann während des Naziterrors im Untergrund für die Unabhängigkeit Polens gekämpft – und war dafür im KZ gelandet. »Ein unglaublicher Mann. Nach all den schlimmen Dingen, die er erlebt hatte, war er nie bitter und setzte sich nach dem Krieg immer wieder für Versöhnung ein.« Die Kammeroper Schloss Rheinsberg war ihre erste Station im Nachbarland. Hier lernte sie einen jungen Mann kennen, der ein Grund war, warum sie in Deutschland blieb und Wurzeln schlug. »Er war Hornist im Orchester.« Die große Liebe. »Er spielte für mich Alphorn am See, und da war’s um mich geschehen!« Seitdem sind die beiden zusammen.

»Einmal spazierten wir gemeinsam in Berlin Unter den Linden entlang. Da gab es einen Fensterkasten, in dem Aufführungsvideos der Komischen Oper gezeigt wurden. Damals redeten wir darüber, wie toll es doch wäre, wenn ich hier mal singen könnte …« Das Schicksal führte sie nach Stationen in Dortmund und Braunschweig tatsächlich an die Komische Oper Berlin. Hier ist nun ihre Heimat. Sie liebt die Seen und die Flüsse Brandenburgs. Leidenschaftlich gerne fährt sie Kajak und durchforstet in ihren liebsten Gummistiefeln die Wälder nach Pilzen. Wenn es sie in den Ferien in die Berge verschlägt, muss sie aufpassen: »Bei Serpentinen wird mir übel.« Sie ist halt doch ein Kind des Meeres…

Mehr Info auf Deutsch.

I po polsku (włączcie głos)

No cóż, trudna rada, przyjdzie pójść. Gehen wir?  Szczegóły / Mehr

Nawet Słowacki… (Barataria)

Ewa Maria Slaska

A ta Slaska jak się uczepiła tego Bakszyszu, to nie puszcza…

Tak, przyznaję, rzadko mnie kiedy robak jaki toczył jak ta zamiana wyspy Barataria na Bakszysz w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa. Już trzeci tydzień się z tym zmagam.

Przyszło mi do głowy, że może jednak nie mam racji i że może trzeba sprawdzić, jak naprawdę ta nazwa i w ogóle sprawa wyspy dla Sancho Pansy jest osadzona w polskiej literaturze. To jeden z tych wpisów, które rozwijają się w trakcie pisania i ja, autorka, zaczynając ten wpis, nie mam pojęcia, jakie na końcu zaprezentuję wnioski.

Do dzieła zatem. A raczej do Dzieła.

Julisz Słowacki, Beniowski. Pięć pierwszych pieśni

Pieśń druga:

O! Boże! ileżbym stworzył romansów,
Gdybym chciał wszystkich d…w być zabawą,
Wyspą dla grubych naszych Sanczo Pansów,
Na której by się uczyli ze sławą
Sylabizować. Lecz z prozą aliansów
Nie chcę — do wiersza mam, jak sądzę, prawo.
Sam się rym do mnie miłośnie nagina,
Oktawa pieści, kocha mię sestyna.

Ach to ten słynny cytat. Kocha mnie sekstyna. Przypis wyjaśnia, że d…w to słowo durniów (a ja myślałam, że dupków i dlatego wykropkowane), a Sancho Pansa — postać z powieści Cervantesa Don Kichot, rubaszny giermek tytułowego bohatera; obiecano mu stanowisko gubernatora wyimaginowanej wyspy.

Pieśń trzecia:

I wnet zrozumiał rycerz, że go czeka
Awantur nowych, dziwnych, łańcuch złoty;
Zaczarowany zamek, albo rzeka
Pełna rusałek. — O! domysły trafne! —
Może w pokrzywy przemieniona Dafne;
Może Minotaur i zaklęte skarby,
Z których jak z dobrej wioski będzie przychód —

Tak młodość wszystko stroi w lśniące farby,
Nigdy się małych nie spodziewa lichot.
O gdyby nie to! — to nigdy Ikar by
Nie latał — nigdy by nie żył Don Kichot,
Nigdy by w Trzecim Maju nie urosły
Illuzje — na co dziś wrzeszczą posły.

Wprawdzie to tylko Don Kichot i Sancho Pansa, ale ale, jest i Barataria:

Słowacki w liście Do Księcia A. C., w pozorowanym dialogu zwraca się do adresata: „[…] tworzysz mnie urzędnikiem dworu swego z prawem utopii, – a nawet… obra­cając się do dworzan twoich… powiadasz: iż rad byś mię gubernatorem wyspy Baratarii uczy­nił” – i oddala ten zarzut: „Powinienem zatem dowód położyć: że utopistą nie jestem, ale chcę: aby Waszej Ks. Mości miłość Duchowi Narodowemu panowała, a moje małe gubernatorstwo na wyspie Baratarii zniszczyła… nie szkodząc wszakże duchowi mojemu, który przeciwnej so­bie materialnej sile poddać się nie chce i nie może” [JSD XII, 284]. (Podkreślenie – Słowac­kiego)

Przy okazji wertowania dokumentów dostępnych jako dokumenty cyfrowe na portalu Polona trafiam na notatkę z Wiadomości Wyścigowych ze stycznia 1932 roku, że książę Stefan Lubomirski wystawił był do wyścigu ogiera (kasztana) Lecha, którego ojciec nazywał się Buvesz, matka – Barataria. Baratarię kupił od Lubomirskiego niejaki Bronikowski, o czym donosi Goniec Wyścigowy z czerwca 1935 roku.

Wróćmy jednak do poetów. Krzyfof Paczuski, poeta współczesny. Dwa wiersze z tomiku Obłokom. Podzwonne, Lublin 2002

List wysłany z La Manchy

Dulcyneo, najsamprzód konfesją uczynię,
iże przeklęty wiatrak roztrzaskał mi kopię.
Drewnianym tedy zostanę pinokiem,
alibo inszą kukłą, by sławić twe imię.

Po tym Pansa (półgłówek) odbieżał na ośle
(bodaj kark bydlę skręcił) z takowym aliansem.
Zali mogę ostać grubym sanczopansem?
Abo błaznem, by imię twoje było głośne?

Najsłodsza, srom największy na koniec’m ostawił:
batyst szczodrze haftowan, com go z rąk twych dostał,
zasię wiatr mi go zimny spod piersi wydostał,
aże do chmur go poniósł, by imię twe sławił.

Przeto wybawiać światy przeszła mi ochota.
Za służbę daj dukatów. Nie ma Don Kichota.

Barataria

Półgłówek. Krępy, gruby — w dodatku na ośle.
Lękał się gniewu pana i czczości żołądka.
Klął na czym świat stoi (świat stoi na klątwach).
Nawet dziecko myślało od niego doroślej.

Na rzece łódź jest ważna. On marzył o wiośle.
Skąd miał wiedzieć — reguły doświadczał w wyjątkach.
W twardej czaszce leniwa budziła się mątwa.
Giermek ciągnął za panem, pan pędził na oślep.

Czy naprawdę wiatraki są złem tej planety,
gdyż ramiona oddają we władanie wiatru?
Zwycięży, kto pokona kaca i artretyzm.
Bululu sam obsłuży persony teatrów.

Miast kruszyć kopie, dożył, że wreszcie wymarli
niewolnicy ułudy z wyspy Baratarii.

Tymczasem Biblioteka Warszawska z roku 1884 donosi, że wreszcie dnia 26 listopada lord Holdernesse zaprosił do siebie posła pruskiego Michella i wręczywszy mu odpis traktatu angielsko-rosyjskiego z 30 września oświadczył gotowość zawarcia sojuszu z kró­lem pruskim. Król 7 grudnia odpowiada przychylnie. Na mocy tej instrukcyi dnia 16 stycznia r. 1756 w dwa dni po przybyciu księcia de Nivernois do Berlina, poseł pruski Michell podpisał w Westminsterze traktat, którego główny artykuł opiewał: „Gdyby wbrew wszelkim oczekiwaniom (!) i z naruszeniem pokoju w Niemczech, który obie strony tym traktatem pragną zabezpieczyć, którekolwiek obce mocarstwo pod jakim bądź pretekstem wysłało wojska do Niemiec, obie strony połączą swe siły zbrojne, aby takiemu naruszeniu pokoju w Niem­czech zapobiedz.“ Rzecz jasna, że ten „najniewinniejszy z wszystkich traktatów,“ jak go nazywają dziejopisarze pruscy, był wymie­rzony wyraźnie przeciwko Francyi. Kiedy zaś 16 stycznia r. 1756 książę Nivernois pomiędzy innemi rzeczami ofiarował Fryderykowi… zwierzchnictwo nad wyspą Tabago, król odparł, że należałoby sobie wyszukać kogoś, któryby był stosowniejszym od niego na namiestnika wyspy Baratarii (Sancho Pansa) i odmówił przedłużenia traktatu z ro­ku 1741.

A Szymon Kobyliński opublikował w roku 1994 w Życiu Warszawy “tekst paraliteracki”  (czyli po prostu felieton) pt. Don Kichot i Barataria, co jest oczywiście ciekawym pomysłem, ponieważ Don Kichot do Baratarii nigdy nie dotarł. Niestety w sieci nie ma tego tekstu, a kiedyż ci ja dotrę do Baratarii, przepraszam do biblioteki, która ma stare numery tej gazety…

No, tak czy owak, panie Wojciechu, Sancho się wszędzie w polskiej literaturze nazywa Pansa a Barataria Barataria…

Poprzednie wpisy na ten sam temat: TU i TU

Sąsiedzi 1

Teresa Rudolf

Pani Klara

Pani Klara, dobrze zbudowana, sztuczna blondynka, wieku bardzo podeszłego, przywołała na parter windę, nacisnąwszy drżącą ręką odpowiedni guziczek.
Kiedy już otworzyły się drzwi windy, ze zdumieniem stanęła oko w oko, ząb za ząb i usta w usta, ze znienawidzoną sasiadką z drugiego piętra, Filomeną, kobietą wieku średniego, sztuczną rudowłosą.
Obie doznały kompletnego paraliżu, nie ruszając się ani do przodu, ani do tyłu, nie ustępując ani kroku “tej  głupiej małpie z naprzeciwka”.
I stałyby pewnie tak do dzisiaj, gdyby nie nadszedł pan Lesio z trzeciego piętra, elegancki pięćdziesięciolatek, jak zwykle pachnący wysokogatunkową wodą kolońską.
– Panie jadą na górę, jak  mniemam?
– Ja wysiadam, a  ja wsiadam – powiedziały panie równocześnie.
I pani Klara zrobiła zdecydowany krok do przodu, a i Filomena rownież.
Pan Lesio ze zdziwieniem obserwował menewry pań,  które nie wnosiły żadnego widocznego rezultatu.
Zawsze elegancki i pomocny kobietom, z euforią doradził:
– A gdyby tak pani Klara dała wysiąść pani Filomenie,  chyba byłoby wszystko dużo prostsze – zaproponował.
Zapachniało Panem Lesiem, urok jego inteligencji unosił się nad paniami, rozpuszczając ich kamienny upór.
Pani Klara dziarsko usunęła się z drogi Filomenie, która nie mniej dziarsko wydostała się z windy.
W tym momencie pan Lesio, stwierdziwszy, że “tam, gdzie się dwóch bije, to trzeci korzysta”, wskoczył do windy, zamknął drzwi i odjechał na górę.
Zabrał ze sobą zapach wysokogatunkowej wody kolońskiej, elegancję i swoje zaledwie te pięćdziesiąt lat.
Pani Klara znów wpadla w paraliż, z oczyma szeroko otwartymi na świat i z brwiami podniesionymi  prawie do trzeciego piętra, gdzie właśnie wysiadał pan Lesio.
Po czym  rykiem byłego lwa, huknęła była na całą klatke schodową:
– Niech was wszystkich pochłonie otchłań piekłaaaaaaa!!!! –
I powoli nacisnęła guziczek sprowadzający  windę.

https://youtu.be/903GZKqeBeQ

Od Adminki: Stanisław Soyka Na cześć księdza Baki. Otchłań czeka; tekst: Czesław Miłosz. Autorka, na moją prośbę, napisała ten tekst, żebyśmy mogły umieścić na blogu tę fantastyczną Otchłań, którą oczywiście to ona znalazła 🙂

Dwa nowe koty

Jeden z tych kotów wcale nie jest nowy, ale dopiero od niedawna mogę jego wizerunek opublikować tu na blogu, nie drżąc z niepokoju, że ktoś mnie kiedyś nakryje, na tym, że pokazuję wszystko, co się da, mimo, że wcale nie zawsze się da. Ale tego kota już się da!

To obraz Ōide Tōkō, Japończyka. Kot patrzący na pająka, 1888–1892,
tusz na jedwabiu,
MET, Nowy Jork
Zobaczcie też TU,
ustawiłam link tak, żeby pokazała się animacja kota z pająkiem,
– dzieło Simone Seagle; gdyby był jakiś inny obraz
(jest ich 9, wszystkie warte obejrzenia), to poszukajcie animacji numer 5.
Przy okazji chciałabym tu wygłosić pochwałę MET i wszystkich innych muzeów, które odstąpiły od obwarowywania reprodukcji swoich dzieł prawami autorskimi i licencjami.

Japońskiego kota przysłała Danusia, z kolei moja siostra nadesłała info książce, która się ukazała w ostatnich dniach października, a którą kupiłam i przeczytałam, i zachęcam do zrobienia tego smaego.

Pamiętam tego kota, kiedyś, dawno temu miałam okazję go poznać. O tym, że kot Konwickich nazywał się Iwan wiedzieliśmy chyba wszyscy, w tytule zastanawia jednak, że był “z domu Iwaszkiewicz”.

Wydawca tak to opisał:

Najsłynniejszy kot wśród celebrytów, największy celebryta wśród kotów.
Trudno uwierzyć, że charakterny i złośliwy kot Iwan nie jest wytworem literackiej fantazji Tadeusza Konwickiego, lecz pełnoprawnym członkiem rodziny Konwickich, przez osiemnaście lat zamieszkałym przy ulicy Górskiego w Warszawie. O jego względy zabiegali Dygat i Holoubek, w stanie wojennym dostawał zagraniczne paczki ze smakołykami, a całkiem niedawno jego życie stało się podstawą musicalu-horroru Zwierzoczłekoupiory.
„Ja się o niego troszczyłem, a on się troszczył o mnie. Jakaś jego obecność nadal trwa. I w tym nie ma żadnej bujdy”.
Kultowe teksty Tadeusza Konwickiego i ilustracje Danuty Konwickiej układają się w zupełnie nową książkę, ukrytą przez Tadeusza Konwickiego w jego najsłynniejszych powieściach. Genealogię Iwana rekonstruuje prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza Ludwika Włodek, a o tym, jak Iwan sprawił, by jego biografia wreszcie ujrzała światło dzienne, opowiada córka autorów Maria Konwicka.

Na blogu książkowym empiku recenzentka Żaneta napisała

Gdy w domu pojawia się kot, wszystko się zmienia. Musisz mu służyć. Znosisz cierpienie spowodowane przez ostre pazury. Obojętność. Uznajesz jego wyższość. I ta mała futrzana kulka (z biegiem czasu powiększająca swoje wymiary) staje się centrum świata domowników. Na punkcie kota oszalał również Tadeusz Konwicki.  (…) To kot nie byle jaki! Iwan, pieszczotliwie zwany Wanią, dachowiec, który zadomowił się w domu Tadeusza Konwickiego i jego rodziny. Pisarz-mistrz i jego kot. (…) Atutem wydania są piękne ilustracje autorstwa Danuty Konwickiej. W jej zbiorach znajduje się mnóstwo rysunków, akwareli, pasteli, a większość z nich skupia się na postaci kota wzorowanej na Iwanie. (…) „Przed światem udajemy, że nasz kot kocha nas ślepą, szaloną miłością”, Zabawa w kotka i myszkę. Jak wygląda życie z kotem? Dokładnie tak, jak opisuje to Tadeusz Konwicki. Mam wrażenie, że z jego słów bije spokój, ale jak to przyznaje w jednym z rozdziałów – udajemy przed światem. Właściciele kotów tak już mają. Na zewnątrz może to wyglądać, jakbyśmy to my „mieli” kota, jakby był cudowną, mruczącą przytulanką… ale nikt nie wie, jakie sceny grozy rozgrywają się w czterech ścianach. Podrapane nogi, przykryte długimi spodniami, potulne dosypywanie ulubionej karmy do miski, mimo że jest pełno, wstawanie o 4 rano, by zejść z kotem na dół i zobaczyć, jak siada pod choinką… – Tak, życie z kotem to wielka przygoda! Poznajemy prawdopodobny rodowód kota Iwana, chociaż tak naprawdę nic nie jest w jego przypadku pewne. Czy jego ojciec to kanapowiec Bazyli? A może jednak nieznany kot o dzikiej naturze? Jego charakter zdecydowanie ma ten pazur! Kot zagarnia dla siebie coraz większą przestrzeń, ma swoje ulubione miejsca, a życie domowników kręci się wokół jego niezwykle cudownej osoby. Tadeusz Konwicki przyznaje nawet, że wakacje spędza w domu, ponieważ ktoś musi zostać z futrzakiem. Czasami ma się dość. Danuta Konwicka miała dość niemal codziennie. Wyklinanie na kota to zjawisko nieodłączne, z którym trzeba się pogodzić. Wkrótce autor zrozumiał, że i tak nigdy się kota nie pozbędą, zwłaszcza po niepokojącym incydencie. Okno było otwarte, kot gdzieś zginął. I zaczęło się. Stawali na głowie, by go odnaleźć. Chodzili po okolicy, rozmawiali z sąsiadami, Tadeusz Konwicki zrobił nawet specjalne oględziny miejsca rzekomej zbrodni. I nic. Nigdzie śladu kota. I co się nagle okazało? Oczywiście, że smacznie śpi pod kołdrą w pokoju córki. Nie trzeba chyba pisać, że był niezadowolony nagłym przerwaniem drzemki!
Historia celebryty – kota Iwana – to zabawny obraz życia rodzinnego, które toczy się własnym rytmem. Poznajemy kociego wroga – miłą starszą panią, która przychodzi sprzątać. To bardzo poważny konflikt. Kot jej grozi, jęczy i – jak zaznacza autor – „…wcale nie ukrywa, że chce pożreć z kościami sympatyczną, kochającą zwierzęta, osobę”. Ale nie tylko się złościł – miał też swoje pasje. Jedną z nich było polowanie na wróble, które przynosił domownikom w prezencie. Kiedyś też przeżył przykry epizod – oglądał program przyrodniczy w telewizji i okazało się, że polowanie na ptaki na wizji nie jest takie proste… Poza tym był uzależniony od waleriany i podobał mu się film o Leninie. Tak, kot Iwan, to niezwykła osobistość! Język Tadeusza Konwickiego jest starannie dopracowany i nie brakuje w nim humoru, dzięki czemu książkę pochłania się w jednym kawałku – to uczta, w której warto wziąć udział (najlepiej ze swoim kotem). Jesteś sługą kota. Kiedyś ktoś powiedział, że dla kota człowiek jest tylko otwieraczem do puszek z jedzeniem. I coś w tym jest. Koty są inteligentne, mają wysoko rozwinięte poczucie własnego „Ja”, (…). Kocia biografia w wydaniu Tadeusza Konwickiego również tego dowodzi. To także przepiękny portret rodziny, w której kot jest pełnoprawny.

Już zanim kupiłam książkę dowiedziałam się z internetu, dlaczego kot jest “z domu Iwaszkiewicz”? A to dlatego że, jak mówi moja synowa, w internecie jest wszystko, nawet żaba przez rz (sprawdźcie, są nawet strony internetowe na temat rzaby, np. TA), znalazłam więc niemal natychmiast odpowiedź na dręczące mnie pytanie.

Autorki biografii – córka Tadeusza Konwickiego, Maria oraz prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza, Ludwika Włodek – na początku współpracy ustaliły, że łączy je pokrewieństwo właśnie przez kota Iwana. Przeprowadzone przez nie poszukiwania genealogiczne nie potwierdziły zawartych w “Kalendarzu i klepsydrze” przypuszczeń Konwickiego, jakoby mama Wani, “chowana w lasach, miała jakiś niedobry romans z rysiem, a może nawet ze żbikiem”. Babcia Ludwiki Włodek, Maria Iwaszkiewicz, wywodziła ród Iwana od półdzikiego, charyzmatycznego kocura sąsiadów o płonących oczach i złośliwym spojrzeniu. Ten kocur ze Stawiska miał czworo kociąt z kotką Włodków – Jagusią, drobną, niezależną z charakteru czarną koteczką. Jednym z kociąt był Iwan.

Tadeusz Konwicki w “Kalendarzu i klepsydrze” tak opisywał pojawienie się w jego życiu „kolegi, sublokatora i rezydenta”: “Nie mieliśmy z żoną jakoś ochoty na zwierzę w domu, dość nas wymęczyło chowanie dzieci, ale właśnie dzieci, obie córki, Ania i Marysia, od dawna męczyły o kota. Marysia Iwaszkiewicz, szukając klienta na kociaki, wydedukowała, że jesteśmy z żoną w krytycznej sytuacji, maltretowani przez dzieci. Wobec tego pewnego dnia w tekturowym pudełku czy w jakiejś torbie przybył do Warszawy kot Iwan, a właściwie trzymiesięczny kotek Wańka, szary z ciemnymi pręgami dachowiec, chudy, długonogi, bardzo nerwowy”. Imię dostał po bohaterze piosenki Bułata Okudżawy z refrenem “Oj, Wania, Wania” o Wańce Morozowie, który zakochał się w cyrkówce.

Tak rozpoczęło się 18 lat wspólnego życia pisarza i kota. Maria Konwicka wspominała: “Iwan był sercem domu i gwiazdą literacką. Po “Kalendarzu i klepsydrze” zyskał rzesze wielbicieli, którzy żądali wieści o nim w kolejnych książkach, słali z zagranicy kocie żarcie. Że sytuacja wymyka się spod kontroli zrozumiałam, gdy w czasie stanu wojennego rodzice biedowali, a z całego świata napływały paczki z jedzeniem dla Iwana. Mam wrażenie, że ojciec był na polskim gruncie prekursorem lansowania kotów w kulturze, trendu, który doprowadził dziś do sytuacji, że nie sposób otworzyć internetu, żeby nie utonąć w morzu zdjęć słodkich kiciusiów”.

Teraz już przeczytałam tę książkę. Fajna, zwłaszcza, że pewnie wszyscy pamiętamy cytowane tam fragmenty. Nie będę Wam opowiadać, jak fajna to  książka. Bieżcie czym prędzej do księgarni i kupujcie…

Barataria na gobelinach

Dla Pana Wojciecha Charchalisa

Ewa Maria Slaska

Panie Wojciechu! Barataria to nie Bakszysz!

Z uporem maniaka wracam do tematu sprzed tygodnia, do pomysłu tłumacza, żeby inaczej nazwać wyspę Baratarię, którą Książę Pan i Księżna Pani  w przypływie złośliwej fantazji ofiarowali giermkowi Don Kichota. Przez całą pierwszą część Dzieła i spory kęs drugiej Sancho Pansa, przymierając głodem, marznąc po nocach i cierpiąc od upału w ciągu dnia, często gęsto zbierając cięgi za swojego pana, jechał wiernie na swoim osiołku, nie otrzymując w zamian żadnej nagrody. Jedynym jego wynagrodzeniem była obietnica, że kiedyś jego pan podaruje mu wyspę. Cóż to miała być za wyspa! Wyspa spełnienia życzeń, szczęścia, lenistwa, dobrobytu, czarodziejska wyspa, utkana ze wszystkich marzeń ciężko pracujących ludzi, którym obietnica cudu pomaga przetrwać udręki codzienności. Wyspa, na którą czekał Sancho Pansa, była w świecie maluczkich wyrazistsza i lepiej zrozumiała, niż religijna obietnica Raju. Raj to była abstrakcja, przeznaczona tylko dla tych, którzy nigdy nie zgrzeszyli, a któż z nas nigdy nie zgrzeszył? Być może po śmierci mieszkali tam bogaci, bo bogaty wszędzie wejdzie, a jak się nie da wejść czy wjechać, to wpełznie jak gąsienica, gdyż pieniądz toruje mu drogę. Biedny wie, że nie ma nawet prawa pomarzyć o raju. Tymczasem wyspa jest zarazem baśniowa i realna, leży niemal w zasięgu ręki, za lasem, za zakrętem drogi, na rzece, jeziorze, morzu, oceanie. Na wyspie jest realne jedzenie, kasza, cebula, kawał mięsa, bochen chleba, stągiew wina. Wyspa obiecywała, że raz wreszcie można najeść się do syta, napić do woli, wyspać godnie, może białkę przytulić, ale to akurat nie było najważniejsze. Bo wszystkiego mogło brakować w życiu biedaków, ale seks zawsze był, była to wszak najtańsza rozrywka, na jaką stać było biedaka.

Dlatego tak okropna była w opowieści Cervantesa ta przewrotność Księżnej i Księcia, którzy dali Sancho Pansie ową Wyspę tylko dla żartu i żeby z niego zakpić. Uprzedzili go nawet o tym.

Digo, pues, que con todo su acompañamiento llegó Sancho a un lugar de hasta mil vecinos, que era de los mejores que el duque tenía. Diéronle a entender que se llamaba la ínsula Barataria, o ya porque el lugar se llamaba Baratario, o ya por el barato con que se le había dado el gobierno. Al llegar a las puertas de la villa, que era cercada, salió el regimiento del pueblo a recebirle; tocaron las campanas, y todos los vecinos dieron muestras de general alegría, y con mucha pompa le llevaron a la iglesia mayor a dar gracias a Dios, y luego, con algunas ridículas ceremonias, le entregaron las llaves del pueblo, y le admitieron por perpetuo gobernador de la ínsula Barataria.

Wyspa nazywała się taniocha, bo za taniochę Sancho ją otrzymał.

Oczywiście artyści, którzy od lat przedstawiali Baratarię, zapominali o tym, że jej pierwociny były proste, przedstawiali ją po królewsku wspaniale.


U góry: Obraz (tzw karton) Charlesa Antoine’a Coypela, Sancho Pansa przybywa do Baratarii, stanowiący wzór dla gobelinu; poniżej ten sam temat oraz Uczta Sancho Pansy w Baratarii już jako gobeliny utkane wg obrazów Coypela i otoczone bogatymi rokokowymi bordiurami na modnym wówczas karmazynowym tle.

Mistrzami odpowiedzialnymi z przeniesienie wizji malarza na warsztat tkacki byli ojciec i  syn Michel i Jean Audranowie. Gobeliny zostały wykonane z wełny i jedwabiu, a znajdują się w Getty Museum w Malibu, California, USA. Coypel, nadworny malarz Ludwika XVI, przygotował 28 kartonów do produkcji gobelinów z serii o don Kichocie, która została w XVIII wieku w różnych wersjach wykonana dziewięciokrotnie i praktycznie rzecz biorąc zdominowała całą tekstylną produkcję Królewskiej Manufaktury Mebli i Gobelinów w Gobelin koło Paryża.

Gobeliny z pierwszej serii były przeznaczone na królewski podarunek dla Marii Krystyny i Alberta Kazimierza, księstwa Saxen-Teschen, którzy w owym czasie wspólnie zarządzali tzw. Niederlandami Austriackimi czyli dzisiejszą Belgią. Księżna Maria Krystyna była siostrą królowej Marii Antoniny. Książę Albert Sasko-Cieszyński – synem króla Polski, Augusta III i Marii Józefy Habsburżanki.

Przy okazji ciekawostki – Księstwo Maria Krystyna i Albert mieszkali w Cieszynie i znacznie przyczynili się rozkwitu gospodarczego księstwa Cieszyńskiego. Po śmierci żony pogrążony w smutku książę przeniósł się do Wiednia. Książę był kolekcjonerem sztuki, zgromadził największą na świecie kolekcję rysunków i grafik starych mistrzów. Kolekcja zgromadzona w pałacu Księcia dała początek muzeum, które od imienia księcia nazwane zostało Albertina. Jest to dziś jedno z najsłynniejszych muzeów na świecie.

Również gobeliny o Don Kichocie weszły w skład zbiorów Albertiny, wciąż jednocześnie pozostawały w posiadaniu członków dynastii Cieszyńskiej. Dopiero w roku 1936 jeden kolejnych właścicieli przeprowadził się do Londynu i zabrał ze sobą gobeliny. Ich losy przez następnych 30 lat były nieznane. Pojawiły się na rynku w roku 1967, kiedy to Alice Bucher ze Szwajcarii wystawiła je na sprzedaż w Domu Aukcyjnym Sotheby’s w Londynie. Muzeum Paula Getty’ego nabyło je tamże w roku 1982.

Muzeum Getty’ego nie podaje kim była Alice Bucher – dzięki informacjom znalezionym w internecie pozwalam tu więc sobie popuścić nieco wodze fantazji. Niejaka Alice Bucher ze Szwajcarii wystawiła gobeliny na sprzedaż w roku 1967. W tym samym roku w Adligenswil koło Lucerny niejaka Alice Bucher zbudowała największe i najnowocześniejsze na owe czasy przedsiębiorstwo drukarskie – Druckzentrum C. J. Bucher. Alice prowadziła tę skromną firmę rodzinną już od roku 1941, kiedy jej mąż ciężko zachorował. W roku 1967 firma zdobyła się na niebywały skok inwestycyjny, a w dziesięć lat pźźniej powołała do życia fundację wspierającą milionowymi dotacjami instytucje pedagogiczne, artystyczne i społeczne w Lucernie. Czyżby to gobeliny z Sancho Pansą, gubernatorem Baratarii, pozwoliły przedsiębiorstwu Bucherów tak świetnie się rozwinąć? Szkoda tylko, że nie wiemy, jak Alice weszła w ich posiadanie. W styczniu 2018 roku drukarnia Alice Bucher firma przestała istnieć. Do bankructwa doprowadził ją internet.

Tak bywa. Fortuna kołem się toczy.

Legenda głosi, że gobeliny otrzymały swoją nazwę od tak wysokiego kunsztu tkackiego, że zasadniczo nie mogły być dziełem rąk ludzkich i musiały powstać jako dzieło goblinów, utalentowanych baśniowych rzemieślników. Ale rzeczowa Wikipedia najwyraźniej nigdy nie słyszała o takiej wersji nazwy gobelin. Gobelin to Gobelin, mała miejscowość nieopodal Paryża, w której ulokowano manufakturę, a która wzięła swą nazwę od nazwiska słynnych farbiarzy, mieszkających tu od XV wieku. Czy to oni tak byli utalentowani? Może, w każdym razie to oni jako pierwsi uzyskali ów wspaniały karmazynowy kolor, dający się zastosować w arrasach. Farbiarstwo zapewniło rodzinie Gobelin nieprzebrany majątek, ten z kolei zapewnił im wejście do stanu szlacheckiego.

No tak. Fortuna gobelinem się toczy…

I jeszcze się potoczy. Za tydzień TU

Giermek na białym ośle (Barataria)

Ewa Maria Slaska

Wiadomo Komu

Przyjechał z daleka Wiadomo Kto – Wieczny Giermek na białym ośle, i uwiecznił to zdarzenie odpowiednią ilustracją.

Bardzo mnie rozbawił ten obrazek, wręcz ponad i tak dobrze zasłużoną normę, bo odczytałam, że to Wieczny Gieremek. Przybył, pomyślałam, by wspomóc Rycerza Grodzkiego, jak to w legendach bywa, dla wspomożenia nowych, wstają duchy dawnych rycerzy, te które śpą pod Giewontem i nawet piorunów się nie boją, i te, które z Barbarossą w Kyffhäusen, i te gliniane nieopodal Shaanxi.

No, ale doczytałam się, i to był jednak Wieczny Giermek, co zresztą i nieprawda, bo czasem już mu bardziej pasuje hełm-kapelusz Don Kichota niż czapka giermka, i jest na to dowód nawet tu na tym blogu i kto chce niech go szuka w kilkuset Baratariach, które się już w międzyczasie objawiły. Choć, jak go znajdziecie, to na głowie będzie miał czapkę.

Przywiózł on był z daleka prezent znacznie powiększający prywatną mą kolekcję donkichotystyki, a mianowicie Don Kichota w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa i z ilustracjami Wojciecha Siudmaka.

Ale sprawił jednocześnie, że w podręcznej biblioteczce baratarystycznej ziać jęła wielka i dojmująca dziura. Przybył bowiem mianowicie tom pierwszy, a Barataria, jak wszystkim wiadomo, znajduje się w tomie II, czemu jednakowoż dało się zaradzić, bo natychmiast ten brakujący tom zamówiłam  i poń pojechałam, przywożąc przy okazji również kota Iwana, który, jak się kochani Czytelnicy za kilka dni przekonacie, też okazał się niezbędny… I tak to z jednego prezentu wyniknęły dwa zakupy i na dodatek jeden wyjazd do księgarni, co jest jeszcze przyjemniejsze, bo dobrze jest dostać nieznane dzieło, ale  lepiej jest mieć przed sobą trzy takie książki.

Tak więc tym razem Barataria w tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa.

Mam na półce tłumaczenie Anny i Ludwika Czernych, w internecie, w Wolnych lekturach, bez trudu można sięgnąć po wersję najpopularniejszą czyli przekład Zakrzewskiego. Na chomikuj.pl znalazłam kiedyś tłumaczenie Woroszylskiego, ale translacji Charchalisa nie da się znaleźć, mimo iż tłumacz w wywiadach zapewnia, że wszystko jest. No, ale może było, a nie jest i nie pisze się w rejestr, nie wiem, w każdym razie ja nie znalazłam i dopiero teraz mogłam zobaczyć, co recenzenci mieli na myśli, pisząc (bądź z uznaniem, bądź krytycznie), że język przekładu jest mocny, rubaszny, zrozumiały i zwięzły, tak iż nawet maluczcy mogliby byli poczytać sobie Don Kichota i nader dobrze by go pojęli.

I tak owszem jest, co wydaje mi się zabawne, acz jednak tylko do pewnego momentu. Bo nie spodobało mi się nazwanie Sancha Brzuchaczem, Rosynanta Chabetą, a Dulcynei Cudenią, chociażby dlatego, że jeśli już, to powinna była chyba zostać nazywana Słodyczką. Jeszcze większą zakawykę mam z Sancho Brzuchaczem, bo panza to nie tylko brzuch ale i wątpia, czyli z jednej strony proste flaki, z drugiej jednak również budzące wątpliwości i wynikające ze zwątpienia wróżby ze zwierzęcych wnętrzności, które owym wątpiom nadały nazwę. Wątpia czyli wyciągnięte z brzucha wróżebne mięsiwo dla tych, którzy wątpią w pomyślną przyszłość. W hiszpańszczyźnie też coś z tego można znaleźć, bo panza to brzuch, a pensere – myślenie. Tak więc Brzuchacz jako imię mówiące jest zdecydowanie zbyt ciasne i powinno by brzmieć na przykład Brzumysł. Ale pomysł dosłownego tłumaczenia nie podoba mi się również z innych powodów. Po pierwsze uważam za ryzykowne nadawanie nowych imion z dawna znanym bohaterom książek. Jesteśmy ludkiem konserwatywnym i nie chcemy zbytecznych nowinek. Po co nazywać Sancha inaczej, skoro imię Sancho Pansa świetnie się sprawdziło? Fredzi Phi Phi zamiast Kubusia Puchatka też nie chcieliśmy. Podobnie jak wstrząsnęło by nami, gdyby jakiś tłumacz nazwał Harry Pottera Heniem Ceramiczkiem, a Bilba Bagginsa Torbaczem. Zresztą nie nazywamy Stefana Koronatusem, Leona Lwiskiem, ani Ewy Babą czy Kobietą. A słynny szeryf Brown to przecież Brown (czytany jednak po polsku) a nie Brąz czy Brązowy, a wierna Penelopa zwaliłaby nas z nóg jako kochająca Kaczka. I tak dalej, i tak dalej…
Ale mój opór ma jednak jeszcze i inne przyczyny. Bo imiona i nazwy z innych krajów mają w sobie zapach i smak odmiennych światów, podobnie jak niedubbingowane filmy. Surabaja Johnny, ileż w tym egzotyki, to angielskie imię, przydomek jak indonezyjskie miasto i jeszcze przybył z Birmy… Podobnie jak dźwięki i brzmienia obcej mowy. W W Pustyni i w puszczy Idrys i Gebhr krzyczą na wielbłądy jalla, jalla i to przecież nie jest na miły Bóg to samo, co hejta, wiśta, wio.

Tak sobie myślę, że nie trzeba wszystkiego zbyt przybliżać i zmieniać w swojską wioskę, bo kończy się to tak, że cały świat to jedna wielka Polska, pełna Marysiek, co porodziły syna i Józków, co dziecię pielęgnują. Spolszczony świat traci wyraziste kontury i głębie, uteraźniejsza się i rozrasta. I wtedy okazuje się łacno, że Polska zawsze była, jest i będzie wielka.

Aleć to wszystko furda w porównaniu z tym, że jak się wreszcie dorwę do drugiego tomu i dopadnę Baratarii, to nazywa się ona Bakszysz! Bakszysz! Bakszysz! Po co? Dlaczego? Dlaczego? Po co?

Ależ to jest jeszcze gorzej niż bigos zamiast olla podrida czyli zgniłego garnka, z którego często gęsto pojadają bohaterowie Cervantesa. Choć przynajmniej i bigos, i olla podrida to potrawy z resztek. Jest jednak tak źle, że tylko płakać. Bo nie dość, że bakszysz to nie oszustwo jak hiszpańska Barataria, co tłumacz wie i w przypisie wyjaśnia, to jest to przecież jałmużna, a tymczasem wyspa, którą dostaje Sancho, jest z góry przyobiecaną zapłatą, a jej oszukańczość leży w złych zamiarach pary książęcej, a nie w dobrodusznym Sanchu. Ta wyspa “mu się należy”, jak nagrody pewnej pani i jej kolegom.

W ostatnim akcie opery Julesa Massenet, Don Quichotte, umierający Don Kichot mówi do giermka:

Sancho, obiecałem ci ongi wzgórza zielone i zamki,
nawet wyspę ci obiecałem kwitnącą…
Wciąż leży w mej mocy, by ci ją dać.
Weź tę wyspę, jest twoja.
Błękitne fale rozbijają się o jej brzeg,
jest tak piękna, tak przyjazna…
Weź ją, to Wyspa Marzeń!

Błędny rycerz nie płaci swojemu giermkowi żołdu, byłoby to nieromantyczne i zgoła drobnomieszczańskie, w nagrodę za wierne służby błędny rycerz daje swemu towarzyszowi i przyjacielowi co najmniej zamek lub posiadłość, najchętniej jednak wyspę, a czasem nawet jakieś niewielkie państewko.

Jest to tak nagminne w opowieściach, że wcale nie powinno dziwić nikogo, że w drugiej połowie drugiego tomu Sancho jednak dostaje tę swoją wyspę i sprawuje na niej godne rządy, choć przecież wszystko jest tylko złośliwym żartem Księcia i Księżnej. Problem z nazwą tej wyspy jest jednak dwojaki. Bo to z jednej strony Kraina Kłamczuchów i Oszustów, po drugie jednak – i jest to nader ważne – jej nazwa pojawia się w książce tylko raz i to mimochodem. A tu tłumacz używa sobie do woli na oryginale i szafuje nazwą Bakszysz na lewo i prawo.

I dlaczego to wszystko takie ma być znowu ważne? Ano dlatego, że ta Barataria raz jeden jedyny nazwana w powieści, nie umknęła i nie przepadła. Nie! Barataria obrosła w prawdziwym świecie setką a może tysiącem znaczeń, i to zarówno namacalnie i fizycznie, jak i metaforycznie.

Na jej cześć nazwana została wyspa, zatoka, okoliczne przesmyki i kanały, rezerwat przyrody na wyspie. O tych miejscach powstały książki, filmy, scenariusze teatralne.
Ponieważ przez kilkanaście lat mieszkał tu słynny pirat, Barataria stała się wzorem wszystkich Wysp Skarbów na świecie i zainspirowała pisarzy i reżyserów do napisania i nakręcenia różnych korsarskich opowieści.
Ponieważ była krainą oszustów, była kontynuacją, ale też i wzorem następnych naśladownictw, w których chciano przedstawić świat łgarzy.
Ponieważ jej gubernator okazał się władcą mądrym, sprytnym i uczciwym, stała się kolejnym wcieleniem Raju na Ziemi czyli Utopii. Powieliła wzory, ale też sama stała się wzorem. Była też, dodajmy, modelem kraju dalekiego i egzotycznego, w którym można było osadzić każdą opowieść.
Ponieważ Sancho chętnie czerpał z mądrości ludowych jakimi są przysłowia, pojawiła się co najmniej jedna antologia przysłów, na tle których osnute zostały niewielkie zgrabne sztuki teatralne – nazwana Dwór Barataria.
Ponieważ władza Pansy jako Gubernatora rychło się skończyła, okazało się, że Pansa to wcielenie Salomona, a zarazem Karnawałowy Król, prawdziwy władca pozbawiony władzy lub jego zamiennik. Mityczny władca zabijany raz na rok na taką prawdziwą dobrą wróżbę, a nie te nasze głupkowate lania wosku w Andrzejki i topienie ołowiu w Sylwestra.
Powstało kilkadziesiąt książek, obrazy i gobeliny, koszulki trykotowe i flagi. Opery, balety, marsze i utwory jazzowe, a także kilka sztuk teatralnych, realistycznych, przygodowych, fantastycznych, szalonych, a nawet naukowych, które opisują Baratarię. I wcale nie mam tu na myśli prac naukowych na temat Cervantesa i jego bohaterów.

Powstały hippisowskie komuny i miasta, tak nazwane. Hotele, osiedla, restauracje i sklepy z pamiątkami. Pomniki. Nawet nie silę się, by sporządzić jakąkolwiek listę.

Fascynujące jest śledzenie, ile przemian i wcieleń może mieć jedno jedyne słowo wymyślone przez pewnego pisarza 400 lat temu. To tak, jakby po całym świecie rozprzestrzeniło się, zawsze używane w języku oryginału czyli po polsku, słowo “blaskomiotny” wymyślone przez Waldemara Łysiaka.

Tymczasem Charchalis pozbawił Czytelnika tych radosnych skojarzeń, tej swobodnej i pełnej fantazji wędrówki po krętych ścieżkach, jakimi wędrują motywy i tematy literackie, posyłając Czytelnika w diabły, czyli do krainy natrętnych żebraków, zawodowo domagających się bakszyszu. Och, Panie Wojciechu, jaka szkoda, jaka wielka szkoda.

Byłam tym Bakszyszem zamiast Baratarii tak rozżalona, że ofiarodawca ułożył nawet limeryk na ten temat:
Była pewna Ewa Maria
Jej to była Barataria
Czasem w głos krzyczała “kysz!” –
Określenia typu Bakszysz
Były dla niej jak malaria.

Wszystkie zdjęcia we wpisie (prócz globusa) – Wiadomo Kto: A.Ł.

“Sprawą Charchalisa” zajmuję się jeszcze w kolejnych wpisach: TU  i TU


A skoro już tam na górze wspomniałam Tomasza Grodzkiego, dzisiejszego naszego Rycerza Szlachetnego Oblicza, to pomyślałam, że może chcecie na spokojnie przeczytać orędzie, które Marszałek Senatu wygłosił w TVP kilka dni temu, albo go posłuchać. To proszę – TU jest tekst, a TU nagranie.

Kobieta z sową

Maryna Szturo Over i Ewa Maria Slaska

Rzecz o Valu Prinsie (i Praprababci)

Jest rok 1863. W Polsce powstanie. Moja Praprababcia, Paulina Cohn, zajmuje się produkcją prochu, oficjalnie sprzedaje go myśliwym i firmom budowlanym, tajnie – dostarcza powstańcom. Pisałam już o tym, ale nie mogę się oprzeć, by tej anegdotki tu nie powtórzyć. Przyjeżdża powstaniec po kolejny transport prochu. Ma odebrać cztery paczki, wie w końcu, pacan, że w środku jest proch. Ale co tam, szlachecki honor każe na oczach darczyni opieczętować paczki, by było jasne, że nic nikt po drodze nie uszczknie. Cóż więc robi – wyciąga lak, zapala świecę, i trzymając to nad paczkami, kapie beztosko czerwonym lakiem na różne załamania papieru i węzły sznurka, i szybko, zanim lak nie zastygnie, przybija swą rodową pieczęć. Praprababcia Paulina stoi obok. Milczy, tylko w duchu modli się zapewne w duchu do wszelkich bogów i bogiń tego świata, żeby ten idiota jak najszybciej skończył swoje popisy szlacheckiego honoru.

Na pewno tak właśnie wygląda. Jakby nic się nie działo. Wszystkie kobiety w naszej rodzinie tak mają. Nie mamy grottgerowskich twarzy, na których rozgrywa się cała rozpacz z powodu upadku ojczyzny, wściekłość wyzutych z praw czy strach przed wojną. Nie. My głaszczemy kota, psa, sowę. I milczymy. Praprababcia stoi i czeka. Jest może trochę bledsza, trochę starsza, trochę bardziej milcząca.


Atena wysłuchała modłów. Pan odjechał bryczuszką, nie wysadziwszy w powietrze ani paczek, ani całej prochowni.

Obraz namalował w roku 1863 Valentine Cameron Prinsep, zwany Val Prinsep, jak napisała Maryna, niezwykły artysta i postać cyganerii. Prerafaelita pełną gębą. Jedna z sióstr jego matki, Julia Margaret Cameron, była znaną fotografką, druga, Maria Jackson (née Pattle) – babcią Virginii Woolf i Vanessy Bell. W I połowie XIX wieku rodzice przebywali w Indiach, on sam urodził się w Kalkucie. Po powrocie z kolonii, od 1851 r.  Prinsepowie prowadzili w Londynie słynny salon literacko-artystyczny w posiadłości Little Holland House. Val był, jako się rzekło, Prerafaelitą, bliskim przyjacielem Johna Everetta Millaisa i Burne-Jonesa, z którym podróżowali po Włoszech. Wraz z Dantem Gabrielem Rossettim i innymi przyjaciółmi wykonał dekoracje Oxford Union.

 

Był  nie tylko znanym i uznanym malarzem (jego obraz Miriam na brzegu Nilu znajduje Mojżesza wisiał w Buckingham Palace), ale również autorem, napisał dwie sztuki teatralne Cousin Dick i Monsieur le Duc, wystawione w Royal Court Theatre i St James’s Theatre, kilka powieści oraz pamiętnik, dokumentujący pobyt artysty w Indiach, Imperial India: an Artist’s Journal (1879).