Projekt Irena Bobowska. Irena i Sonia.

Ewa Maria Slaska

W czwartek rozpoczynamy nasz projekt. Przychodźcie.

Gdy dziennikarze i osoby zainteresowane pytają nas, Anię Krenz i mnie, dlaczego zajęłyśmy się Ireną Bobowską, odpowiadamy z reguły, że tak się złożyło, że była nam bliska, że była aktywistką i artystką, ale odpowiadamy też, że tych młodych polskich dziewczyn było w Berlinie podczas wojny wiele tysięcy, a Irena jest dla nas postacią symboliczną i przypominamy ją jako uosobienie tych młodych, pięknych istot, których życie tak prędko zgasło, a takie było piękne.

Sonja Horn

Grób Soni na Cmentarzu Garnizonowym w Berlinie
na Invalidenstrasse

Miała, podobnie jak Irena, 22 lata, gdy zginęła podczas jednego z ostatnich bombardowań Berlina. Bombardowań, przypomnijmy, alianckich.

Sonia w wieku 10 lat
podczas występów tanecznych

Urodziła się w roku 1923 w Mysłowicach. Jej ojciec był Niemcem, matka – Polką. Dziewczynka była wychowywana po polsku, głównie przez babcię, która nie znała ani słowa po niemiecku. Sonia niemal nie znała ojca, bo rodzice się rozwiedli, jak miała cztery lata. W wieku 14 lat poszła do Technikum Handlowego, które ukończyła w roku 1939. Podczas balu maturalnego poznała Franciszka Roja, nauczyciela i polskiego oficera, z którym w tymże roku wzięła ślub.

Zdjęcie zaręczynowe Soni i Franciszka

W początku wojny w Mysłowicach uformowała się organizacja podziemna »Braciom na otuchę«, w której aktywnie działali Sonia i jej mąż. Pomagali rodzinom pomordowanych, zdobywali dla nich odzież i pieniądze, przygotowywali odezwy i kolportowali ulotki.

W lutym 1943 roku Sonia została uwięziona. Po jakimś czasie wypuszczono ją, ale była śledzona. Sonia i Franciszek uciekli do Krakowa, gdzie zostali aresztowani 13 czerwca 1943 roku. Franciszek został deportowany w październiku do Auschwitz i tam rozstrzelany. Sonię przewieziono do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück, numer obozowy – 25551.

I ona, podobnie jak Irena, pisała listy do ukochanej Mamy. Listy trzeba było pisać po niemiecku, atramentem i wyraźnie. List miał prawo liczyć 15 linijek, kartka pocztowa – dziesięć. W lipcu 1944 roku Sonia pisała:

Bin gesund… Mutti. Mach dir bitte keine Sorgen um mich, Du weißt, daß ich schon als Kind selbständig war, und auch jetzt, in den schweren für mich Zeit, werde ich nicht unter gehen… Denke so viel an die Tage, wo Du mich, liebste Mutti als Kind… auf meine Lippen aufgedrückt, da muß ich weinen.

Jestem zdrowa, Matuś. Nie martw się o mnie, proszę, wiesz przecież, że już jako dziecko byłam uparta, teraz też, w ten ciężki czas, nie dam się zgnębić… Dużo myślę o tamtych dniach, kiedy Ty, Matuś, mnie jako dziecko… do ust przyciskałaś i płakać mi się chce.

Sonia uciekła z obozu podczas jego likwidacji w kwietniu 1945 roku i na piechotę dotarła do Berlina w ostatnich dniach wojny. Zginęła 29 kwietnia 1945 roku, nie wiadomo, czy od kuli, czy trafiona odłamkiem granatu, czy przygnieciona walącą się ścianą?

Zginęła, ale, w przeciwieństwie do tysięcy ofiar, nie została pochowana na cmentarnej łące w szeregu innych znanych i niezanych ofiar – na każdym berlińskim cmentarzu znajdują się takie łąki nagrobków – ją jednak pochowano w osobnym grobie z kamieniem nagrobnym.

Pokolenie Solidarności (14)

Ewa Maria Slaska

Eli

Czterdziestolatek (1975)

W latach 20 w Ameryce ideałem była mała stabilizacja – każdy uczciwie pracujący człowiek miał mieć dom, samochód (czarnego Forda T!), radio, pralkę, wodę w domu i ogrzewanie.

Zamieniwszy słowo dom na mieszkanie zwane M z cyferką, a zatem M2, M3, M4, i dodawszy telewizor, Polacy w drugiej połowie lat 70 wyprodukowali marzenie, które wyglądało dokładnie tak, jak amerykańskie pół wieku wcześniej. Kultowy serial Czterdziestolatek był orgiastyczną pochwałą peerelowskiego dorabiania się, czego symbolem stał się słynny „łuk Karwowskiego”, czyli wycięty w ścianie mieszkania w bloku łuk, mający udawać, że znaleźliśmy się we wnętrzu szlacheckiego dworku, a może nawet arystokratycznego pałacu.

Dorabianie się jest wprawdzie ideałem drobnomieszczańskim, ale jednak niezaprzeczalnym. W roku 2022 media doniosły, że w Brazylii zmniejsza się gwałtownie ilość katolików. Brazylijczycy opuszczają kościół katolicki i przenoszą się do sekty zielonoświątkowców, ci bowiem głoszą pochwałę dorabiania się. Im więcej zarobiłeś, tym bardziej Bóg Cię kocha, mówią zielonoświątkowcy. Kościół Powszechny pod wodzą Franciszka postawił na reprezenztowanie interesów biednych, biedni zaś postawili na zielonoświątkowców.

Jakie więc było nasze życie według Karwowskich? Zacznijmy od prostego pytania, czy w Czterdziestolatku były kartki? Tak, macie rację, nie było, bo jednak Karwowscy, którzy byli parę lat starsi niż Stefek i Basia, niż ja i mój mąż, wstrzelili się w świat gierkowskiego dobrobytu. Mieli mieszkanie w blokach, na podwórku stał trzepak, młoda Karwowska miała więc gdzie wykonywać fikołki na trzepaku. Mieli samochód. Gdy zaangażowali się społecznie w rozwiązanie jakiegoś lokalnego problemu i przyszła dziennikarka nagrywać z nimi wywiad, Karwowski prezentuje się w garniturze plus modne baczki, a Karwowska wkłada luźną czarną sukienkę z elany i ma długie sztuczne perły na szyi. Oczywiście oboje mają pracę, a dzieci się dobrze uczą. Standard Polski gierkowskiej nie zakłada innych możliwości. Na obiad była pomidorowa, schabowy, tłuczone ziemniaki, ale już się nieśmiało zaczął czas udziwnionego jedzenia – na jakiś proszony obiad Karwowscy przygotowują indyka na słodko i wytrawny deser.

My już nie żyliśmy w idealnym raju PRL-u, my znaliśmy kartki od 76 roku, kiedy na dziesięć lat pojawiły się i ustabilizowały swój byt kartki na cukier. Mój syn, podobnie jak Małgosia Szarzyńska, córka Basi i Stefana, od urodzenia znali tylko cukier na kartki. I był to szarawobiały cukier w szarawo-granatowych torebkach. Jacek i Małgosia nawet nie wiedzieli, że istnieje cukier w kostkach. Kiedy Jacek zobaczył taki cukier w sklepie, prawie się rozpłakał z potrzeby dostania takiego cuda do zjedzenia. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale mimo to zapytałam, jak można by było „dostać” to coś i dowiedziałam się, że jest to towar reglamentowany, tylko dla cukrzyków, którzy mają na ten luksus specjalne kartki.

Potem to już w ogóle zaczęły się kartki w iście kubańskim stylu – w kraju cukru, ludzie dostawali cukier na kartki, kilogram miesięcznie, ale z wymaganej przez partię oszczędności cukru, tylko przez 11 miesięcy w roku.

Były kartki, a i tak się stało w kolejce. Był tłok, wszyscy się pchali na wszystkich, Jackowi kiedyś w takiej kolejce jakieś dziecko wyrwało z ręki bułkę z serem i ją zjadło. To wtedy właśnie mój ośmioletni syn powiedział, że można by poustawiać takie płoty z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Gdy w roku 1985 wyjechaliśmy do Niemiec, wszystkie kolejki w Policji dla Cudzoziemców były regulowane takimi metalowymi płotami z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Tak to się niekiedy spełniają nasze marzenia. Spełniają się, a Los wykrzywia przy tym gębę w ironicznym uśmiechu.

Chciałeś płoty?
No to masz!

9-Euro-Ticket. Szczecin po raz czwarty.

Ewa Maria Slaska

Tym razem tylko przelotne obserwacje.

***

Po drodze na dworzec widzę przy torach kolejki żółte tablice z napisem:

Wikipedia

Uwaga – niewidoczne oznakowanie/ sztuczne DNA pozwala zidentyfikować sprawcę i powoduje, że metali nie można sprzedać (stają się niesprzedawalne).

Zastanawiam się, czy to żart, w rodzaju tych, jakie robi czasem organizacja Zentrale für Politische Schönheit, ale Internet informuje mnie, że nie, że tak kolej niemiecka próbuje poradzić sobie ze złodziejami kabli na torowiskach.

Nowoczesność. OK. Ale czy złodzieje zrozumieją w ogóle to przesłanie? Ten język, te zastosowane metody są jak literatura wysokiej klasy, nie dla idiotów.

***

W Angermünde z powodu od-wiecznej naprawy torów mamy przesiadkę z pociągu na autobus. Pasażerowie całego pociągu muszą zmieścić się do jednego autobusu. Tłok. Zastanawiam się, czy gdyby taka sytuacja miała miejsce na granicy z Francją, to też by nam podstawiono tylko jeden autobus. W autobusie wygrywają silniejsi. Mężczyźni siedzą, kobiety i dzieci stoją lub siedzą na podłodze.

***

Dodatek z następnego dnia:

Ela Kargol, autorka tej foty, opatrzyła ją takim wyjaśnieniem: to zdjęcie to dobry komentarz do tego wpisu. Chodzi mi o ten szkic szybką kreską na tablicy informacyjnej o kolei szczecińskiej, cesarskiej, wytwornej, którą można było dojechac do Szczecina bez przesiadek, oczekiwań na połączenia, opóźnień…

***
Wracam. Pociąg przyjeżdża pół godziny spóźniony. Na peronie, na ławce obok mnie siedzi sztuczna kobieta jak z Innych pieśni Dukaja.

Włosy utlenione, brwi zrobione, grube sztuczne rzęsy, usta napompowane czymś, nie pamiętam czym się pompuje usta, botoksem?, złote ogromne kolczyki w kształcie Myszki Miki, tatuaż na całe ramię (mężczyzna z dziewczynką na tle tarczy zegara), paznokcie jak gwoździe na 9 cali, szpice, w czterech różnych kolorach, niektóre zdobione. Pierścionki, bransoletki, naszyjniki.

Ciało dziwnie niesztuczne, po prostu ubrane. Sandały, pomalowane na złoto paznokcie u nóg.

Mężczyzna na tatuażu rzuca cień krzyża

Oczywiście cyberkobieta ma kolczyki. Wszystko złote. Na niby. A może to złoto prawdziwe?

Oczywiście sztuczna opalenizna. A może prawdziwa?

***
Na peronie stoi czterech (nie, sześciu) młodych, mocno zbudowanych facetów w takich samych podkoszulkach i tego samego wzrostu. Wszyscy coś jedzą, miarowo, mocno ruszają szczękami.

W Pasewalku przesiadka. Nasz pociąg do Berlina odjechał. Następny za 1,5 godziny.

Na dworcu nie ma informacji, ani toalety, ani budki z jedzeniem, ani nawet automatu z czipsami lub wodą. Nie ma też automatu z pieniędzmi. Wszyscy ruszają za dworzec w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i picia.

Znalazłam gdzieś wśród warsztatów i magazynów budkę z kebabami. Nie można płacić kartą, ale mam jakieś monety. Kupuję sobie frytki i wodę, na tyle mi starczyło.

Po drodze widzę chłopaków na jakiejś niekoszonej podmiejskiej łączce. Stoją w trawie po pas i wesoło, swobodnie sikają w różne strony świata.

Gdy już wszyscy wróciliśmy z łupami na dworzec, chłopaki siedzą na murku, na którym zaraz usiądziemy wszyscy, i całkiem ciekawie śpiewają. Ławki na peronie są metalowe i mocno oświetlone słońcem. Dlatego siedzimy na murku za wejściem do tunelu. Śmierdzi moczem.

Jeszcze godzina. Upał. Przed nami taki widok:

Przez godzinę patrzymy na szare śmierdzące płyty chodnikowe.

I cieszymy się, bo jest cień.


Pokolenie Solidarności (13)

Ewa Maria Slaska

Eli

1 maja (1975)

Huczne pochody 1-majowe, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, stoczniowcy, tkaczki – w zależności od miasta, tłumy machające kwiatami z karbowanej bibułki, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na tak zwanych „rysunkach”…, ci wszyscy uśmiechnięci ludzie, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba… Ta kiełbasa z musztardą, sprzedawana za grosze prosto z ciężarówek. Gwizdki, wiatraczki z celuloidu i jakieś upieczone z potwornie twardego ciasta konikopieski z brązowymi uszkami i łapkokopytkami.

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś, kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa. Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła. Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód! – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka (pisownia: autor).

W latach 70. mowy partyjniaków nie zawierały już takich dziwacznych enuncjacji, stały się za to przekaźnikiem różnych pięknych, emocjonalnych obietnic. Na przykład mieliśmy być drugą Japonią. Na razie jednak w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się więc flagi robotnicze, zbiorowe wydania Dzieł Lenina i kasety magnetofonowe z nagraniami przemówień. Flagi były całe czerwone (bo na nich robotnicza krew) i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba je było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to było jakieś sztuczne tworzywo, nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie się od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wpakowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Z kolei Dzieła Lenina wydane zostały właśnie po raz kolejny, tym razem pięknie oprawne w cieniutką granatową skórkę (a właściwie surowiec skóropodobny). Polacy zabijali się o nie, ponieważ po umiejętnym oddzieleniu skórki od okładki, można było z kilkunastu kawałków uszyć torbę, spódnicę albo kapelusz. Środki trzeba było wyrzucić. Oczywiście było to dużo papieru i można by go było oddać na makulaturę (co było nota bene niezwykle ekologicznym rozwiązaniem i wielu świadomych zagrożeń ludzi do dziś żałuje, że skupy makulatury zniknęły na zawsze z krajobrazu po bitwie, jakim stała się Polska po roku 1989), a może nawet w ramach akcji Lektury z makulatury wymienić na talon na Dzieła zebrane Mickiewicza, ale było to nieco niebezpieczne, bo mogło się okazać, że jakiś nadgorliwy pracownik skupu doniesie komu trzeba, kto oddał Dzieła, albo, co było znacznie bardziej prawdopodobne, jakiś zapijaczony człowieczek wygada się w pobliskim barze Agata na Grunwaldzkiej pod Fotoplastikonem, że ci Szarzyńscy przynieśli dziś siedem kompletów Lenina, haha, ale cwaniaki. I powie to z uznaniem i z nazwiskiem, bo przecież każdy we Wrzeszczu znał pana doktora Szarzyńskiego i jego elegancką żonę, i tych dwóch chłopaków z długimi włosami i gitarami.

Użytek można było zrobić również z taśm z nagraniami przemówień. Młodzież namiętnie je wykupywała, żeby nagrywać na nich listę przebojów z radia Luksemburg, albo przegrywać na przykład płyty z muzyką młodzieżową, które pani Szarzyńska kupowała synom w komisie na Grunwaldzkiej.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią. Ok – trochę to wszystko było niemoralne, a może nie niemoralne, tylko jakieś takie, trochę wstyd się było przyznać, ale… takie były czasy. Socjalizm, jak wiadomo, to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż zbadano, jakie czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. Były cztery – w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima. Dowcip? No tak, ale jaki trafny.

Jeśli mamy sobie przypomnieć życie w Polsce latach 70, to nie sposób pominąć kartek. Od jakiegoś czasu, Wikipedia podaje, że od roku 1976, kartki bezwzględnie łączyły się z życiem w PRL. Sytem „kartek” nazywał się oficjalnie reglamentacją towarów. Obowiązywał w latach 1944–1949 i 1951–1953, ale tego ani Stefan, ani Basia nie pamiętali, pamiętali natomiast świetnie wprowadzony po „Radomiu” i trwający do końca PRL-u system kartek „na wszystko”, obowiązujący w latach 1976–1989. Stefan pamiętał też, że oni sami się tych kartek domagali. Jednym z 21 postulatów strajków w Stoczni Gdańskiej było właśnie wprowadzenie kartek na mięso. System obejmował cukier, mięso, wędliny, czekoladę, wódkę i papierosy, ale też doraźnie mnóstwo rzeczy, które się pojawiały i znikały, Basia nawet twierdziła, że kiedyś kupiła stanik na kartkę i że na pewno na kartki były podpaski, pieluszki i papier toaletowy, czego Stefan jednak nie pamiętał. Bardzo dobrze natomiast pamiętał benzynę.
– A czy trzy proszki były na kartki?, zapytał kiedyś Mateusza.
Trzy proszki to były proszek do pieczenia, proszek do prania i proszki od bólu głowy. Mateusz twierdził, że nie, było je trudno dostać, ale nie były na kartki.
– Ciekawe dlaczego?, zapytał sam siebie. Przecież jak czegoś brakowało, a brak stawał się dokuczliwy, wprowadzano kartki.
– Pewnie nie umieli wyprodukować wystarczającej ilości proszków od bólu głowy, zasugerował Stefan.

Na pewno w Polsce brakowało wszystkiego i na pewno momentem uzupełniania braków w zaopatrzeniu obywateli był właśnie 1 maja.
Dziś socjalizmu nie ma – ale święto pozostało, połączone trafnie z rocznicą uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja, która od czasów zamierzchłych (nazywanych potocznie „w roku którymś tam”) była też świętem Maryi Królowej Korony Polskiej. Połączenie obu świąt pozwoliło niemal co roku uzyskać długi, piękny, majowy weekend. Zasadniczo te dni wolne od pracy były po to, żeby 1 maja pójść na pochód, a 3 – do kościoła, ale tak się nie dzieje – dziś w te trzy, a czasem nawet cztery dni cała Polska zasiada przy grillu. Minęły „niesłuszne czasy komuny”, zaczęliśmy słusznie pracować i słusznie wypoczywać. Mogliśmy jako naród zacząć biegać, chodzić z północnymi patykami (no, bo jak przetłumaczyć na polski słynne Nordic Walking Sticks?), wiosłować, jeździć na rowerach, ale nie, ze wszystkich sposobów spędzania wolnego czasu, wybraliśmy właśnie grillowanie, a tak zwany „długi weekend majowy” jest po prostu jednym wielkim nabożeństwem do karkówki, kiełbasy i piwa.

Kiedyś Stefan przekroczył w poprzek pochód idący ulicą Grunwaldzką (właściwie to była aleja, ale nikt prywatnie nie używał tego słowa) mniej więcej na wysokości Opery Bałtyckiej, przeszedł przez park usytuowany na miejscu dawnego cmentarza niemieckiego i zobaczył w uliczce za cmentarzem samotnego człowieka, który szedł w tym samym kierunku co pochód, czyli w stronę Gdańska. Człowiek kroczył raźnie, choć lekko przygarbiony, i niósł biało-czerwoną szturmówkę. Szturmówka była wąską długą flagą, noszoną w pionie. Samotnie prezentowała się marnie, ale też jej zadaniem było tworzenie jednolitego szeregu łopoczących flag obok siebie. Człowiek w uliczce za cmentarzem niósł tę szturmówkę rozwiniętą, jakby nadal szedł w pochodzie, lekko łopoczącą w porywach wiatru od morza.

Samotna biało-czerwona szturmówka, pomyślał wtedy Stefan i na zawsze zapamiętał tę sytuację, choć nie wiedział wtedy jeszcze, że ta scena to symbol jego życia. Samotny człowiek w świecie przeważającej siły symboli, samotny, ale nieugięty.

Dziś nikt już nie wie, co to była szturmówka – wysoka wąska flaga, którą zawsze niosło się w szeregu i zawsze pionowo, tak by łopocące flagi tworzyły rodzaj palisady. A ponieważ szturmówki nie zna również internet, sądzę, że na zawsze zniknęła ona ze zbiorowej wyobraźni. We współczesnych sklepach internetowych oferuje się szturmówki poziome, co wydaje się głupie, bo szturmówka pozioma to chyba przecież po prostu flaga.


Dziękuję po raz kolejny Annie Dobrzyńskiej za inspiracje.

Projekt Irena Bobowska, zapomniana bohaterka (gilotyna)


Czytelni*cy tego bloga wiedzą oczywiście, że od wielu miesięcy Anna Krenz, Ela Kargol, Karen Kandzia i ja zajmujemy się przygotowaniem projektu Irena Bobowska, zapomniana bohaterka – vergessene Heldin. Oczywiście przy projekcie pracuje więcej osób, ale nie wszystkie już tu na blogu było widać.

Przypomnę tu podstawowe wydarzenia projektowe:

Już teraz proszę – zapiszcie sobie te daty i przyjdźcie, choćby raz, ale zapewniam każde spotkanie będzie inne, każde fascynujące i naprawdę warto przyjść cztery razy.


Ewa Maria Slaska

Dziewczyna i gilotyna

Jakiś czas temu Ela Kargol opisała nasze zmagania z biurokracją niemiecką o prawo obejrzenia gilotyny. Szczerze mówiąc, byłam dość sceptyczna w stosunku do tego pomysłu, bo jestem, zdawało by się kobietą dość odważną, a przecież boję się bezpośredniej konfrontacji z czyimś bólem, zwłaszcza z tym, który został świadomie i celowo zadany. Dlatego przez całe życie starałam się unikać spotkań z pamięcią o wojnie, nie zwiedzałam obozów, nie czytałam książek, nie oglądałam filmów ani reportaży. Zawsze, arogancko wręcz, twierdziłam, że starcza mi wyobraźni. Ale nie da się żyć w Polsce i w Niemczech bez tej konfrontacji. To, że zajmujemy się teraz już od ponad roku losem Ireny Bobowskiej, jest częścią tej niemożności.

“Dopóki nie wybaczymy, wojna nigdy się nie skończy”, powiedziała kiedyś moja przyjaciółka, i to jej zdanie, ułatwiło mi ponad 35 lat temu rozpoczęcie życia wśród Niemców. Wiedziałam, że nie mogę spoglądać na nich jak na tych, którzy wywołali wojnę i spowodowali setki i tysiące jej okrucieństw, bo oszaleję. Z ulgą przyjęłam przesłanie wybaczania.

Wybaczanie pomogło żyć, ale nie usunęło z pamięci i wyobraźni tego, co było. Tematy wojenne wciąż wracały.

Gdy wydawałam tom WIR-u Poetki z ciemności, po raz pierwszy zetknęłam się z postacią Ireny Bobowskiej, poznałam jej los, jej wiersze, jej odwagę.

Po latach Anna Krenz, zupełnie niezależnie, zajęła się postacią Bobowskiej podczas realizacji programu One urzędu miasta Poznania w stulecie praw kobiet.

A potem zaczęłyśmy się nią zajmować już świadomie obie razem. Wtedy dołączyły do nas Karen Kandzia, performerka i Ela Kargol, reszerszerka, autorka.

Odnalazłyśmy wiersze Bobowskiej, przeczytałyśmy książki o niej, przeszukałyśmy archiwa, podjęłyśmy kroki w celu upamiętnienia jej na stałe w przestrzeni publicznej Berlina. Trochę jakby w proteście do pomysłu wzniesienia w stolicy Niemiec pomnika “dla upamiętnienia Polaków”. Bo gdy Berlin doszedł do wniosku, że trzeba by (jednak) upamiętnić Polaków, którzy oddali życie podczas wojny, gdy zapadały decyzje i powstawały koncepcje, nikt nas nie zapytał o zdanie. Nas, nie Anię, Elę, Ewę, Karen, ale nas – mieszkanki i mieszkańców Berlina. Nikt nie zapytał, czy mamy może inne pomysły na upamiętnienie ofiar minionej wojny. Może chcemy mniej betonu i zardzewiałego żelaza, a więcej drzew, portretów, koronek, wierszy. Mniej konkretów, więcej symboli.

Polacy ginęli podczas wojny na przeróżne sposoby, jako żołnierze i żołnierki, jako więźniowie i więźniarki, jako robotnice i robotnicy przymusowi, i wreszcie – jako konspiratorki i konspiratorzy. Konspiratorzy. Było ich w Polsce tysiące, młodych, częstokroć bardzo młodych ludzi, w tym tysiące młodych dziewcząt i kobiet. Moja matka i ciotka też do nich należały. Mama była telegrafistką. Moja ciotka, łączniczka AK, została aresztowana wraz z ojcem i matką, gdy miała 14 lat. Spędziła wraz z mamą pięć miesięcy na Pawiaku. Obie zostały wykupione przez Podziemie. Jej ojca, mojego dziadka, nie zdążono wykupić. Został wywieziony do obozu w Stutthofie koło Gdańska.

Moja matka urodziła się trzy lata później niż Bobowska, moja ciotka, dziewięć. Były rówieśniczkami. Ich losy wojenne, nawet jeśli mówiły o nich mniej niż mało, były częścią mojego dorastania. Ich odwaga, samozaparcie, a może przede wszystkim poczucie, że tak trzeba, że, jak napisał Konrad w swoim tekście o Bobowskiej, nie trzeba kalkulować, trzeba się skupić na działaniu. Konrad ma 22 lata, tyle ile miała Bobowska, gdy wykonano wyrok.

Wyrok wykonano przez ścięcie gilotyną w więzieniu Plötzensee w Berlinie. Tej gilotyny już nie ma, nie ma też “prawdziwej” gilotyny z więzienia w Brandenburgu-Görden, gdzie znajdowało się drugie obok Plötzensee miejsce straceń dla okręgu Berlina i Brandenburgii. Jak to odkryła w swych poszukiwaniach Ela Kargol, oba miejsca “obsługiwał” ten sam kat. W Brandenburgu tracono mężczyzn, w Plötzensee kobiety i mężczyzn. Tracono ich przez powieszenie lub ścięcie gilotyną. Ta gilotyna, którą można obejrzeć w Brandenburgu w miejscu pamięci, nie była żadną z tych, jakich używano tu i w Plötzensee, była jednak taka sama. Chociaż może i to nie do końca odpowiada prawdzie, nie było bowiem inżynierskich planów i procesu produkcyjnego gilotyn, a wykonywali je więźniowie.

Co to ma jednak za znaczenie? Gilotyna, maszyna śmierci, która ścięła głowę Irenie. W Berlinie nie można jej obejrzeć. 12 sierpnia pojechałam do Brandenburga, żeby… Po co właściwie tam pojechałam? żeby ją obejrzeć? żeby dotknąć? żeby poczuć? Co?

Irenie ścięto głowę taką maszyną. Mama i ciocia przeżyły.

Pojechałam z ulotką i sfotografowałam ją w miejscu pamięci, znajdującym się w czynnym do dziś więzieniu dla młodocianych.

Nie mogłam używać komórki, musiałam mieć ze sobą aparat fotograficzny. W miejscu, gdzie stoi gilotyna, czy dla ochrony eksponatów?, nie wolno zapalić światła. Ale dlaczego? przecież wszystko w tym pomieszczeniu jest albo nowe, albo, w każdym razie, nieprawdziwe, nie jest świadectwem tamtego czasu, powstało na potrzeby tworzenia miejsca pamięci. Tylko podłoga jest prawdziwa.

8 sierpnia 2022 roku

Ewa Maria Slaska

Imieniny obchodzą: Bonifacja, Cyriak, Cyryl, Dominik, Emilian, Esmeralda, Jan, 
Joanna, Largus, Maryn, Maryniusz, Miron, Mirona, Niegosław, Niezamysł, Sekundus, 
Sewer, Smaragd, Sylwiusz i Szmaragd.

Godzina 10 rano, koło stacji kolejki Hallesches Tor. To stacja nad kanałem. Szczur wodny pasie się na brukowanym placu, pomiędzy rowerami. Kiedyś mieszkał po drugiej stronie ulicy, przed biblioteką, w niskich krzakach, ale krzaki zostały wycięte, została łysa trawa.

Na facebooku na stronie Rośliny śmieszne zdjęcie mamy-kiełka, pouczającej dziecko-kiełek.

Po drodze do IKEI wielki napis po polsku. Mateusz kocha Magde. Z błędem, czy to ja nie dowidzę?

Na facebooku berlińska malarka, Ela Woźniewska, i jej kolorowy misiek.

Na facebooku Anna Janko, pisarka, przypomina wiersz swojej zmarłej kilka dni temu mamy, poetki, Teresy Ferenc, która dla nas w Gdańsku była “naszą poetką”, wydawałoby się, że od zawsze i na zawsze (ur. 27 kwietnia 1934, zm. 1 sierpnia 2022). Ale nikt nie jest na zawsze. Do widzenia, Tereso!

Różni ludzie twierdzą, że dziś Międzynarodowy Dzień Kota. Ja nie. Ja uważam, że Międzynarodowy Dzień Kota jest 17 lutego. Ale właściwie, to co mi zależy?

Na facebooku Andrzej Filet Fikus pisze: Herzlich Willkommen in der Hauptstadt der BRD. Menschen, jeder Nationalität, Identität etc. die sowas mitmachen: verpisst euch! (Witam serdecznie w stolicy Bundesrepubliki. Ludzie wszystkich narodowości, tożsamości itp., którzy robicie coś takiego – walcie się!)

***

Umarła Zofia Posmysz. Urodziła się 23 sierpnia 1923 roku w Krakowie, zmarła dziś, 8 sierpnia 2022 roku w Oświęcimiu. Miała prawie sto lat. Była więźniarką Auschwitz, pisała o tym i tu chciała umrzeć.

***
Taki dzień.

Pokolenie Solidarności (12)

Ewa Maria Slaska

Eli

Dzień Kobiet (1972)

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia, ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera, a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał, dopiero gdy hasła „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie, właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje kobiet miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych Dzień Kobiet stał się ważnym elementem propagandy.

W Polsce przez wiele lat we wszystkich zakładach pracy kobiety z tej okazji otrzymywały podarunki – była to z reguły kawa ziarnista (100 gramów) albo rajstopy, rzadziej czekolada. Poza tym zawsze był kwiatek, przez wiele lat goździk w celofanie, potem tulipan, a pod koniec komuny – frezja. Odbiór prezentu kobiety kwitowały w specjalnej księdze. A potem już była pora na popijawę. Jedzenie w bogatszych zakładach przynosił goniec lub przywoził kierowca z garmażerii, w biedniejszych – kobiety przygotowywały zagrychę za pieniądze, które kierownik trzymał w nielegalnej kasie, zwanej czarną, do czasu aż się okazało, że nie wolno mówić o czarnej kasie, pracy na czarno, a w Niemczech również o jeździe bez biletu, która się za Odrą nazywa na czarno. W Polsce nie wolno też już czytać dzieciom głupiutkiego, słodkiego wierszyka Juliana Tuwima o Murzynku Bambo, ani śpiewać piosenki kolonijnej Aj aj Madagaskar, o tym, jak biały facet ożeni się z czarną kobietą (od białego tatki i od czarnej matki będą dzieci w kratki), bo jest ona również kolonialna. Już ze 20 lat wcześniej w Niemczech przemianowano obrzydliwe słodkie ciastka, które nazywały się Negerküsse (pocałunki Murzyna) na Dickerchen, czyli grubaski i nie wolno już było wydawać ani czytać dzieciom trzeciego tomu Pippi Langstrumpf, czyli Fizi Pończoszanki o Pippi w kraju Taka Tuka, bo tam tata Pippi był grubym królem Murzynów. W tym też czasie amerykański koncern Netflix zaczął produkować nowe wersje filmowe starych historii, takich jak Ania z Zielonego Wzgórza (film nosi tytuł Anne mit E, co na polski powinno się przetłumaczyć jako Ania, nie Andzia, ale tłumacze współcześni już tego nie wiedzą, film nazywa się więc Ania, nie Anna). Ania opiekuje się z indiańską dziewczynką, Gilbert Blythe pracuje na statku i zaprzyjaźnia z Murzynem z Karaibów, a jeden z kolegów Ani jest transwestytą, a bogata ciotka Diany Barry – lesbijką. Wyjeżdżając na studia Gilbert oddaje swemu czarnemu kumplowi rodzinną farmę w Avonlea.

Niewiele chodziłam na etat do pracy w Polsce, dwa lata na uniwersytecie, dwa w Spółdzielni Plastyków, resztę czasu przepracowałam w domu jako tzw. “wolny strzelec” i myślę, że coś mi jednak umknęło, bo chyba w ogóle nie pamiętam, czy obchodziliśmy Dzień Kobiet. Ale oczywiście wiedziałam od kolegów i koleżanek, jak to wyglądało. Kierownik wyciągał owe czarne pieniądze z czarnej kasy, pracownice szykowały śledzika, sałatkę jarzynową, ogóreczki, kiełbasę, szynkę i grzybki marynowane. Kawę piło się ze szklanek w metalowych koszyczkach. Cieniutkie białe serwetki układano, złożone w trójkąt, w metalowych stojaczkach. Z pokoju kierownika przynosiło się tacę pełną kieliszków. Wszyscy palili. Opowiadało się dowcipy. Przez dwie lub trzy godziny trwała rzewna popijawa, kobiety co jakiś czas usuwały brudne talerze i popielniczki pełne niedopałków, a pod koniec dnia pracy sprzątały i zmywały naczynia. Mężczyźni z reguły już spali na fotelach albo pod stołami.

Gdy się szło ulicą, wszędzie widziało się przekupki lub przekupniów z wiadrami pełnymi kwiatów, i wszędzie widać było mężczyzn, którzy nieśli do domu dwa, trzy, czasem cztery zapakowane w celofan kwiaty, dla żony, córki, matki i ewentualnie również teściowej.

Drugim dniem, w którym we wszystkich zakładach pracy szykowano jedzenie, była Wigilia.


Pomysł napisania o Dniu Kobiet podsunęła mi Anna Dobrzyńska

***

Piłka nożna (1974)


Mogłabym powiedzieć, że futbol był czynnikiem odpowiedzialnym za nasze życie. Ale nie tak jak myślicie… się okaże… Ja, autorka mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz inaugurujäcy Polska-Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali do domów na mecz, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania „pani ksiądz cywilnej” do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7 we Wrzeszczu. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej – Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców. Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie również w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, wygrywamy i czujemy się jak „król i królowa”, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…
„Małpa, sowa”. Pamiętacie taką wyliczankę – król, królowa, małpa, sowa? I zawsze tak jest, zaczynają jak król i królowa, a potem jest życie.

Przegrywa się zawsze. To moje przemyślenie.

Der Pilger und der Ritter (kein Don Quijote)

Für Arkadiusz (Arek) Ł. mit großen Dank, dass er die Pilgerfigur auf einem Grab im Berliner Alter St. Mathias Friedhof entdeckt hat.

– Sieh Mal, sagte Arek, der da sieht eigentlich wie Don Quijote aus. Klar, ist er nicht, sieht nur so aus, aber…

Ich drehe mich um und denke: Nein, es kann nicht sein, es gibt keinen Don Quijote als eine Grabfigur! Ich gehe näher, laufe um das Grab herum und sehe einen Pilger, so einen, den man immer wieder auf dem Jakobsweg (Camino de Santiago) trifft und der, ja, vom Weitem tatsäschlich wie Don Quijote aussieht.

Klar, wir, normale Pilgernde (und keine Pilger im engen Sinne des Wortes) kleiden uns anders, aber es gibt auf dem Weg auch die Verkleideten. Ein Pilger mit einem Pilgerhut ist immer dabei, es gibt aber auch Hippies und mittelalterliche Mönche, und Trubaduren, und Schotten in Kilts…

Ein kurzer Augenblick und schon habe ich drei Themen für diesen Blog-Beitrag: Don Quijote auf dem Camino de Santiago, das Grab der Familie Katsch und die Pilgerfigur.

Zuerst suche ich verschiedene Infos, keine wissenschaftliche Kulturfetzen und -krümmel, die den Don Quijote mit dem Camino de Santiago verbindet.

Camino Don Quijote

So ist manchmal Camino de Levante genannt, ein Streckenabschnitt von Valencia über Toledo bis Zamora.

Bis Toledo gibt es hier lange Streckenabschnitte, die nach Don Quijote ausgeschildert sind. Ab Zamora gibt es zwei Wander-Möglichkeiten in Richtung Santiago de Compostela: Entweder über Astorga oder über Ourense.

Den Weg über Astorga bin ich ja auch gegangen und tatsächlich, gab es da ab und zu Anspielungen an Don Quijote. Ich ging dorthin aber 2006 und der Ritter der Traurigen Gestalt interessierte mich noch nicht. Dagegen hatte mich der Heilige Jakob interessiert, der traurige Missionär, der insgesamt sieben Heiden christianisiert hat. Ich spürte hier eine gewisse Nähe zu diesem nicht besonders erfolgreichen Missionär, wohlwissend, dass wenn ich irgendwelche Heiden christianisieren sollte, hätte ich ja auch solche unwichtige, lächerliche Erfolge.

***

Auf dem Weg gibt es jedoch ein Ort, wo man erzwungenerweise über Don Quijote sinnieren muss, Hospital de Órbigo, wo es eine lange geschwungene Steinbrücke gibt, mit 20 Jochen. Die Legende will, dass sich hier 1434 ein seltsamer Ritter, Suero de Quiñones, gestellt hatt. Zur Ehre seiner Angebetenen hatten hier er und seine neun Begleitern einen Monat lang jeden europäischen Ritter, der nach Santiago zog, zum Waffengang gefordert.

Man erzählt, Cervantes hätte hier seine Inspiration gefunden!

***

Das Grab aber, zurück zum Grab!  Erbbegräbnis der Familie Katsch auf dem Alten St.-MatthäusKirchhof in Berlin-Schöneberg, das Grab von Alexander Katsch und seiner Familie.

Die Grabfigur bezeichnet man als einen müden Pilgern: Pilger, am Kreuz zur „Letzten Rast“ niedergesunkenen, darunter gibt es ein Zitat aus dem Pilgerpsalm (Psalm 121), Vers 3.: Er wird deinen Fuß nicht gleiten lassen / und der dich behütet, schläft nicht.

Ein Wallfahrtslied

Ich hebe meine Augen auf zu den Bergen.
Woher kommt mir Hilfe?

Meine Hilfe kommt vom Herrn,
der Himmel und Erde gemacht hat.

Er wird deinen Fuß nicht gleiten lassen,
und der dich behütet, schläft nicht.

Siehe, der Hüter Israels
schläft noch schlummert nicht.

Der Herr behütet dich;
der Herr ist dein Schatten über deiner rechten Hand,

dass dich des Tages die Sonne nicht steche
noch der Mond des Nachts.

Der Herr behüte dich vor allem Übel,
er behüte deine Seele.

Der Herr behüte deinen Ausgang und Eingang
von nun an bis in Ewigkeit!

***
Die Figur hat Rudolf Pohle geschaffen. Die Idee sollte aber von Hermann Katsch stammen, einen Maler. Pohle war ein bekannter Schöpfer hochemotionaler Skulpturen, Katsch ein Maler, der für seine Porträts menschlicher Typen geschätzt wurde. Pohle, schreibt man auf Wikiwand, verband die ernste Würde der äußeren Erscheinung und tiefe Empfindung besonders in seinen Grabfiguren. Die Fertigung von Grabmalplastiken war für einige Jahre sein künstlerischer Schwerpunkt. Am Anfang der 1880er Jahre erhielt er den Auftrag, für Eberswalde ein Denkmal des Oberlandforstmeisters von Hagen zu fertigen. Es folgte 1892 ein Marmordenkmal für Alois Senefelder, den Erfinder der Lithografie, auf dem Senefelderplatz in Berlin. Es war seinerzeit das erste Denkmal für einen Handwerker und galt als „eine der schönsten Arbeiten der modern-realistischen Schule“.
Hermann Katsch war sehr erfolgreich als Dekorationsmaler und wurde mit mehreren monumentalen Wandmalereien in Berlin beauftragt; er schuf unter anderen ein beeindruckendes Fresko im Theater des Westens. Während des Ersten Weltkriegs wurde Katsch Kriegsberichterstatter. 

Pokolenie Solidarności (11)

Ewa Maria Slaska

Eli

Miłość (1969)

Była to miłość nie tyle od pierwszego wejrzenia, ile od pierwszego kroku. Był Sylwester. Rok 1969. Rozeszła się pogłoska, że do Klubu Studentów Wybrzeża Żak przyjedzie Niemen. Żak mieścił się wówczas nieopodal Dworca Głównego, w budynku Nowego Ratusza, który przed wojną był siedzibą Przedstawiciela Ligi Narodów w Wolnym Mieście Gdańsku, a w czasie wojny Wehrkreiskommando i gauleitera Alberta Forstera. Niemen nie przyjechał, ale przyszła masa ludzi. Stefan stał na bramce i próbował powstrzymać tłum, szturmujący wejście do klubu. Baśka właśnie podniosła nogę, żeby zrobić pół kroku dalej. Ktoś ją jednak popchnął, oparła się więc o Stefana całym ciałem i wbiła mu szpilkę w stopę. Stefan zawył z bólu i tak to się zaczęło.

Przyjechało pogotowie, zabrało Stefana i Baśkę przy okazji. Oboje nie bawili się w Sylwestra, ale się zakochali.

Gdy dwadzieścia lat później rozstawali się w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że ta szpilka, którą Baśka rozwaliła mu palce u prawej stopy, była jednak symboliczna. W końcu nie każda romantyczna miłość musi się zacząć od wściekłego bólu.

A może zresztą nie była to wcale miłość romantyczna. Podobnie jak solidarność okazała się niesolidarna, prawda nieprawdziwa, a wolność niewolna.

Przed nimi był jednak najpierw w miarę spokojny rok. Młodzi ludzie położyli uszy po sobie. Rozruchy studenckie, które nie ominęły Gdańska, minęły. Grudzień 1970 roku miał dopiero nadejść.

Krwawe gody (1970)

Stefan miał 23 lata, Basia 21. Wzięli ślub w kościele św. Mikołaja w Gdańsku, w Mikołaja, czyli 6 grudnia 1970 roku. W Mikołaju w Mikołaja, żartowali. Mieszkali w mieszkaniu Stefana na starym mieście i mieli ogromny wybór, ale akurat u Mikołaja wolny był termin podczas niedzielnej sumy. Tak więc padło na św. Mikołaja. To jeden z pogodniejszych świętych w panteonie katolickim, w którym poczesna rola przypada władcom i męczennikom lub władczyniom i męczenniczkom. Mikołaja ani nie umęczono na śmierć, ani on nikogo nie skazał na męki. Był biskupem w Mirze. Odziedziczył pieniądze i chętnie je ukradkiem rozdawał biednym młodym ludziom, kładł je na progu ubogich domostw, wrzucał przez okno lub przez komin, wkładał do ustawionych na zewnątrz butów lub tylko skarpet. Te złote monety miały umożliwić start w życie młodym, uczciwym, niezamożnym ludziom. Dla dziewcząt były posagiem, dla chłopaków często opłatą za naukę zawodu w warsztacie mistrza. Tak jak podopieczni świętego biskupa, również Stefan i Basia stali u progu życia i nie mogli wiedzieć, że kiedyś rozpołowi się opowieść o świętym rozdającym złoto i rozpołowi ich los.

Symbolicznie, mikołajowo jedna z ciotek podarowała im w prezencie ślubnym bon na pięć dolarów do Pewexu. Pewnego dnia, jeszcze przed świętami, długo chodzili po sklepie zastanawiając się, na co wydać ten majątek i wreszcie kupili puszysty, jasnożółty kocyk dla dziecka.

7 grudnia 1970 roku był sukcesem ówczesnej polskiej poltyki zagranicznej. W Warszawie został podpisany układ o podstawach wzajemnych stosunków między PRL a RFN, dokument, w którym Niemcy w praktyce uznawali oficjalnie granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. To był też dzień, kiedy Willy Brandt, kancelerz Niemiec i przewodniczący delegacji niemieckiej, ukląkł podczas składania kwiatów pod pomnikiem Ofiar Getta Warszawskiego.

Gdy to piszę, widzę, że słowo ukląkł nie oddaje znaczenia tego faktu. Po niemiecku nazywa się to znacznie mocniej – Kniefall, upadek na kolana. I tak się to właśnie odbyło, kanclerz Niemiec padł na kolana przed pomnikiem Ofiar Getta Warszawskiego.

W pięć dni później na Stoczni zaczęły się rozruchy, zakończone krwawą jatką. Zdarzenia, nazwane potem wypadkami grudniowymi lub po prostu Grudniem, pisanym z dużej litery, zaczęły się 12 grudnia. Wieczorem w telewizji ogłoszono podwyżkę cen artykułów spożywczych, w tym mięsa, ryb, mąki, kaszy, makaronu. Wieczorem pod Stocznią imienia Lenina zebrało się ponad dwa tysiące robotników. Postulaty były takie jak zawsze – demonstranci domagali się cofnięcia podwyżek. Teraz jednak do zwyczajowych żądań doszedł też postulat usunięcia ze stanowiska Władysława Gomułki. Taki jest los przywódców w ogóle, ale może tylko komunistycznych. Gomułka, wyniesiony na szczyty władzy przez zbuntowanych robotników, po 15 latach również przez nich został usunięty. To jednak oczywiście nie nastąpiło od razu. Na razie około 700 robotników poszło pod gmach Komitetu PZPR, czyli tak zwany Biały Dom.

Ani studenci Politechniki, ani inżynierowie ze Stoczni nie przyłączyli się do robotników. Idący pod gmach PZPR robotnicy rzucali kamieniami w okna ich biura i wykrzykiwali obelgi pod adresem „małp w białych kitlach”.

A potem milicja bez zapowiedzi zaczęła strzelać na moście do Stoczni. Syn sąsiadów Basi, starszy od niej o kilka lat, stracił prawą rękę, odrzucając granat. Przeciwko demonstrantom używano ostrej broni, ale też petard, które teraz wszyscy dobrze znamy, bo strzelamy nimi w Sylwestra (albo, oczywiście, nie) w stronę milicji.

Rozruchy zaczęły się zaledwie pięć dni później i zaczęły się jak zawsze, od mięsa. W sobotę władze podniosły ceny żywności i opału, a w dwa dni później, w poniedziałek, robotnicy wyszli na ulice. Tak było zawsze. Władze podnosiły ceny albo normy, a robotnicy w różnych miastach i z różnym skutkiem wychodzili na ulice. Czas był zawsze trudny, bo zawsze było tak, że robotnik zarabiał coraz mniej, pracując coraz więcej. Wychodziły też kobiety, głównie w Łodzi, gdzie protesty robotnic przez kilkadziesiąt lat istnienia PRL-u trwały właściwie bez przerwy. Tym razem, w poniedziałek 14 grudnia 1970 roku, to stoczniowcy przerwali pracę i wyszli na ulice, a władze zdecydowały się na użycie broni. To właśnie ten Kociołek, o którym pisze Dowgiałło w piosence. Krwawy Kociołek. Przeliczył się jednak, wieść o masakrach w Gdyni i w Gdańsku rozniosła wię echem nie tylko po całej Polsce, ale po całym świecie, co oczywiście w owym czasie oznaczało tylko Europę. W Tajlandii albo Nikaragui nikt nie wiedział nawet, gdzie leży Polska, skąd więc mógł wiedzieć, że władze użyły ostrej amunicji i zabito 45 osób, a ponad 1160 zostało rannych. Najstarsza ofiara miała 59 lat, a najmłodsza – 16.
Z tą ilością zabitych jednak do dziś nie wiadomo na pewno, czy było ich tylko 45. Do tylu po dojściu Gierka do władzy PRL przyznał się oficjalnie – podobno dlatego tylko do tylu, że gdyby zabitych było więcej niż 50, Polska mogła była zostać oskarżona o ludobójstwo, co jest przestępstwem ściganym przez międzynarodowy trybunał. Piszę to w roku 2021 i zastanawiam się nad tym, że tak było, w to wierzyliśmy, my Polacy lat 70. Ale czy było to prawdą? Jaki miał to być trybunał? I co Polsce mogło z tego powodu grozić, że zabito więcej niż 50 strajkujących?

Portal Dzieje.pl twierdzi, że jest to jeden z mitów Grudnia. Już w momencie trwania rewolty, głównie ze względu na blokadę informacyjną wśród społeczeństwa, a także poza granicami Polski rosło przekonanie, że ofiar było dużo więcej. Stefan Kisielewski w swoich dziennikach napisał o 200-300 zabitych, Norman Davis o 300, dziennikarz telewizyjny, a w rzeczywistości oficer kontrwywiadu Tadeusz Zakrzewski pisał o 60 ofiarach. Radio Wolna Europa, która przełamała barierę informacyjną dotyczącą rewolty na swojej antenie cytowała ludzi, którzy mówili o 150 ofiarach.

Nota bene grudniowa podwyżka cen została odwołana dopiero na początku marca 1971 roku, po całej serii strajków w styczniu i lutym 1971 roku. Strajkowano w 12 na 17 województw, a liczba strajkujących przekroczyła 200 tysięcy osób. Najdotkliwszy był dla władz strajk w Łodzi, gdzie pracy odmówiły włókniarki.

Janek Wiśniewski (1970)1

Kiedy wracali spod stoczni do domu, Basia rozpaczliwie szlochała.
– Pani, powiedziała do niej jakaś kobieta w burym płaszczu i szarym berecie, pani, niech pani tak nie płacze, bo to dziecku zaszkodzi.
Basia jednak nie mogła przestać, a wtedy kobieta dodała:
– Im i tak już nie pomożemy. Pomarły biedaki.
O tych, którzy zginęli podczas rozruchów, w PRL nie wolno było mówić. Nikt nie wiedział, ile osób naprawdę zginęło. W szpitalach i na pogotowiu lekrze i personel medyczny nie mieli czasu ani głowy do tego, by ich liczyć, a potem ich ciała zniknęły. Nikt nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów masakry. Często nie wiadomo było, gdzie pochowano zamordowanych. Może na Cmentarzu Emaus w Gdańsku, może na Witominie w Gdyni.

Krzysztof Dowgiałło, działacz opozycyjny, a potem, kiedyś, w przyszłości, senator pierwszego powojennego senatu w Polsce, napisał piosenkę, która stała się tak znana, że jak Lorelei Heinego, była uważana z anonimowy utwór ludowy.

Piosenka opowiadała o Zbyszku Godlewskim, jednym z zabitych w ów czarny czwartek 17 grudnia 1970 roku. Strajkujący robotnicy położyli jego ciało na drzwiach i zanieśli w pochodzie pod Komitet Partii na Wałach Jagiellońskich. Krzysztof nie wiedział, jak nazywał się chłopak, którego ciało zostało położone na drzwiach, nazwał zmarłego Janek Wiśniewski. I tak zostało.

Janek Wiśniewski stał się na wiele lat nieoficjalnym hymnem polskiej opozycji, dopiero piosenka Lluisa Llacha, przetłumaczona na polski jako Mury runą, którą śpiewał Jacek Kaczmarski, usunęła w cień Janka Wiśniewskiego.

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni,
Dzisiaj milicja użyła broni.
Dzielniśmy stali, celnie rzucali.
Janek Wiśniewski padł!

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską,
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom.
Chłopcy stoczniowcy – pomścijcie druha!
Janek Wiśniewski padł!

Jeden zraniony, drugi zabity,
Krwi się zachciało słupskim bandytom.
To partia strzela do robotników,
Janek Wiśniewski padł!

Krwawy Kociołek, to kat Trójmiasta,
Przez niego giną dzieci, niewiasty.
Poczekaj draniu – my cię dostaniem,
Janek Wiśniewski padł!

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska,
Idźcie do domu, skończona walka.
Świat się dowiedział, nic nie powiedział,
Janek Wiśniewski padł!

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska,
Idźcie do domu, skończona walka.
Świat się dowiedział, nic nie powiedział,
Janek Wiśniewski padł!

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo!
Nad stocznią sztandar z czarną kokardą!
Za chleb i wolność, i nową Polskę,
Janek Wiśniewski padł!

Grudzień 1970 roku był dla Gdańska tragiczny, a przecież stał się momentem przełomowym w historii nie tylko Polski, ale Europy i świata.

I choć wydawało się, że strzały, które padły na moście do Stoczni Gdyńskiej i na placu przed wejściem do Stoczni Gdańskiej, padły na darmo – bo owszem, doszedł do władzy Gierek, dostaliśmy schabowego, majonez i krakersy, a rolnikom dano więcej węgla i traktory Maxwella, ale komuna nadal trzymała się mocno.

A potem minęło dziesięć lat i okazało się, że Dowgiałło nie miał racji, że wprawdzie w roku 1970 wydawało się, że świat się dowiedział, nic nie powiedział, ale w dziesięć lat później, z frustracji z powodu tamtej sytuacji powstała Solidarność (prości ludzie mówili nawet, że wybuchła, tak jakby była wulkanem lub rewolucją), a jeszcze dziesięć lat później komuniści oddali władzę, nie tylko w Polsce. Po kolei upadły wszystkie reżimy komunistyczne w państwach byłego już Bloku Wschodniego. Niemcy się zjednoczyły, skończyła się zimna wojna, Polska i kilkanaście innych krajów, które wyzwoliły się spod władzy sowieckiej, weszły do Unii.

***

Wciąż był grudzień, święta się zbliżały, kupili choinkę, ale mieli niewiele pieniędzy. Basia powiesiła na choince swoje wisiorki, Stefan – słone paluszki umocowane pasemkami czerwonej włóczki.

Stefan, który przeniósł się z matematyki w Warszawie z powrotem do Gdańska, studiował na Wydziale Budowy Okrętów („jak wszyscy”, żartował) i zaraz po studiach dostał pracę w CETO, Centrum Techniki Okrętowej. Początkowo mieściło się w Stoczni Gdańskiej, ale gdy tylko zakończono budowę pewnego niezwykłego budynku, co nastąpiło w roku 1971 – w Zieleniaku.

Zieleniak był niezwykły. Ma wysokość 72 metry i 17 kondygnacji. Zbudowano go w latach 1965-1971 dla CETO – Centralnego Ośrodka Konstrukcyjno-Badawczego Przemysłu Okrętowego. Budowano go od góry, według projektu Zbigniewa Zaborowskiego: do dwóch żelbetowych słupów, przywieszano, poczynając od góry, kolejne żelbetowe piętra, przeszklone oknami w tonacji zielonej. Dlatego Zieleniak.

W Zieleniaku był komputer i Stefan od początku wiedział, że tak – to właśnie tam chce pracować, przy tym czymś wspaniałym, co się nazywało komputer i jeszcze kilka lat temu zajmowało osobny budynek na Przymorzu, a potem zaczęło się zmniejszać, było wielkie jak szafa, jak kufer podróżny, aż wreszcie stało się wielkim niezgrabnym pudłem. Jeszcze za życia Stefana komputer wciąż się zmniejszał, był duży jak telewizor, jak pudełko po butach, jak aktówka. Nie wiadomo jednak, czy kiedy to się działo, Stefan w ogóle wiedział, że komputery dalej się zmniejszały, ani kiedy w ogóle po raz ostatni widział naprawdę komputer.

Można oczywiście teoretycznie założyć, że nawet jak już był bezdomny, Stefan wciąż jeszcze mógł obejrzeć komputer na wystawie jakiegoś sklepu z elektroniką, ale skądinąnd wiadomo, że bezdomni z czasem tracą zainteresowanie dla wszystkiego, co nie wiąże się bezpośrednio z ich życiem. Czyli możemy założyć, że komputery go już w ogóle nie interesowały.

Gdy urodziło się im drugie dziecko, a Basia akurat wróciła ze szpitala do domu, w Radomiu zaczęła się krwawa rozprawa władz z robotnikami.

– Wszyscy jesteście majowo-czerwcowi, powiedział Stefan. I tak było. Basia urodziła się 23 maja 1949 roku, Małgosia 31 maja 1971 roku, Tadzio – 26 czerwca 1976 roku. Tylko Stefan był jesienny.

Było ich czworo i byli klasyczną polską rodziną, mama, tata, dwoje dzieci, syn i córka, aczkolwiek żeby wymogom klasyki stało się zadość, syn powinien być starszy, córka młodsza, a różnica wieku powinna była wynosić dwa lata.

9-Euro-Ticket (7)

Ewa Maria Slaska

Jak to słusznie zauważyła Ela w jednym z poprzednich wpisów o słynnym bilecie za 9 euro, wcale nie jest on wykorzystywany do dalekich podróży, lecz przede wszystkim do zwiedzania własnego miasta. Słyszę to od wielu ludzi, myślę więc, że jest to pewne zjawisko społeczne, jak sądzę, wcale nie takie, jakie sobie wydumał prawodawca. Zasadniczo wprowadzenie taniego biletu miało nauczyć użytkowników oszczędności energetycznej, tego więc, że metro, tramwaj i kolejka są dla ludzi. Przypuszczam, że wielu właścicielom aut wydawało się to przez wiele lat absurdalne. Oferta była więc skierowana przede wszystkim do tych, którzy powinni zrezygnować z aut. Zachęcano ich do tego już od dawna, mieli zacząć chodzić, jeździć na rowerze, korzystać z komunikacji miejskiej. Teraz argumenty ideologiczne zostały wzmocnione czynnikiem ekonomicznym. Ale i tak głównymi beneficjentami programu jesteśmy po prostu my, zwykli ludzie, którzy wyrwali się z domu po dwóch latach przymusowej odsiadki z powodu pandemii.

Wyszliśmy z domu, żeby obejrzeć nasze własne miasto.

Pewnej niedzieli wybraliśmy się więc z Arkiem i Konradem na Wannsee. W Literarisches Colloquium Berlin (LCB) odbywał się bowiem jarmark małych wydawnictw, pod sympatycznym tytułem Małe Wydawnictwa nad Wielkim Wannsee. Wielkie (i małe) Wannsee to jeziora, jak sama nazwa wskazuje – wannowe. Łąka pomiędzy LCB a jeziorem jest bardzo piękna i bardzo słynna, pisało o niej bowiem wielu pisarzy, a to dlatego że LCB nie tylko organizuje wieczory autorskie, festiwale, jarmarki i warsztaty, ale również zaprasza licznych pisarzy na krótsze i dłuższe pobyty. A pisarze, jak to oni, piszą o tym, co przeżywają, jak się więc jest gościem rezydentem w LCB, siaduje się z innymi gośćmi na łące nad jeziorem. A potem pisze o tych łąkowych spotkaniach. W polskiej literaturze znalazł się taki opis na pewno u Zagajewskiego, ale prawie dałabym głowę, że był też u Kazimierza Brandysa, może u Dygata, może u Witkowskiego…


Małe wydawnictwa to w Berlinie bardzo ważny element krajobrazu kulturalnego. Bo jest tak, że wielkie, ważne, znane instytucje kultury, wydawnictwa, muzea, filharmonie nie interesują się artystą, dopóki nie będzie ona sławną celebrytą. Gdy już wyda książki i dostanie wspaniałe honoraria, wszystkie drzwi staną przed nią otworem. Ale jak zaczynasz kobieto pisać, malować, komponować czy kręcić filmy, nie masz co liczyć na to, że ktoś cię zauważy.
I wtedy zakładasz z koleżankami wydawnictwo, waszą własną galerię, klub muzyczny, gdzie będziecie grały waszą własną muzykę, kino, które pokaże publiczności twój film. Oczywiście w czasach internetu jest łatwiej, można założyć własne wydawnictwo i galerię na youtubie, ale…

Ale okazuje się, że książka nadal jest potrzebna. Jest potrzebny ten produkt złożony z okładek i stron pomiędzy nimi, chociażby po to, żeby autorka miała co postawić na półce i żeby czytelniczki miały z czym podejść podczas spotkania autorskiego, żeby poprosić o podpis.
I wtedy małe wydawnictwo okazuje się zbawieniem.

Pojechaliśmy więc na Wannsee, poszliśmy do do LCB, pooglądaliśmy książki, pogadaliśmy z ludźmi, poznaliśmy tych, których jeszcze nie znaliśmy (na przykład Annę Cieplak) i pogadaliśmy z tymi, których znamy od dawna (na przykład z Annett Gröschner czy Danielą Seel), kupiliśmy jedną czy drugą książkę, po czym poszliśmy na spacer.

W Wannsee można iść na spacer do grobu Heinricha von Kleista i Henriette Vogel, którzy 21 listopada 1811 roku popełnili samobójstwo nad Małym Wannsee, albo można zejść nad wodę. Była piękna pogoda, co tego lata oznacza, że nie było upału, poszliśmy więc nad wodę. Wsiedliśmy na prom i popłynęliśmy na Kladow.


I tu właśnie zaczyna się znowu sprawa biletu za 9 euro. Bo oto w Berlinie jest 10 linii komunikacyjnych łączących się z promami i wszystkie te promy są częścią komunikacji miejskiej, a zatem w tym roku można się nimi przejechać za ów bilet miesięczny za 9 euro.

Linie promowe w Berlinie


Kladow jest jedną z kilkunastu dawnych wiosek, które w roku 1920 zostały wraz z kilkoma miastami połączone w jedno miasto zwane Wielkim Berlinem. Wioski te miały swoje kościoły, swoje cmentarze, szkoły, poczty i sołectwa.

Na Kladow przez 18 lat mieszkała niemiecko-żydowska poetka Mascha Kaléko – w każdym razie pisze tak w jednym ze swoich wierszy. Miłośnicy Kladow i poezji twierdzą dziś, że tego twierdzenia nie da się w pełni potwierdzić. Ale nie da się go też w pełni zanegować.
W każdym razie jest na Kladow uliczka Maschy Kaléko (Mascha-Kaléko-Weg) i jest jej wiersz:

Mascha Kaléko, Souvenir à Kladow

(geschrieben im heftigen Vorfrühling Manhattans)

Ich denke oft an Kladow im April …
Noch hält der Frühling sich im Wald verborgen,
Die Ufer warten kahl und winterstill,
Und nur die ersten Knospen rufen: „morgen!“

Auf einmal regt sich was im Vogelnest,
Und Sammetkätzchen schaukeln von den Weiden.
Die ganze Landschaft rüstet sich zum Fest –
In meinem Herzen rüstet sichs zum Scheiden.

Der letzte Abendgang duch die Allee:
Wie geisterhaft die fernen Glocken hallen!
Ein später Vogel ruft: „Ade. Ade.“
Das ist mir früher niemals aufgefallen.

In diesem Haus mit seinen blanken Scheiben,
Den Fliederbüschen und dem Silbermond,
Dem See, darauf die kleinen Boote treiben –
Hier hab ich achtzehn Frühlinge gewohnt.

Von meinem Herzen bleibt ein gutes Stück
Auf diesem kleinen Erdenfleck zurück.
– Und eine Stimme in mir sagt: Ich will
Die Stunde, wie sie ist, in mir bewahren.
Und sieh: da lebt sie, nach so vielen Jahren!

Ich denke oft an Kladow im April.

***

Tekst ze strony: https://www.deutschelyrik.de/souvenir-a-kladow.html
Tu znajduje się również piękne nagranie wiersza – czyta Fritz Stavenhagen