Sobota, 1 listopada 1755 roku

czyli Dzień Wszystkich Świętych. Lizbona. Trzęsienie Ziemi.

W 1755 roku dzień Wszystkich Świętych wypadał w sobotę. Wszyscy zgodnie twierdzą, że poranek tamtego listopadowego dnia był przepiękny. Rześkie powietrze, błękitne niebo i blask słońca zapowiadały, że ładna pogoda, którą przyniósł lizbończykom poprzedni miesiąc, utrzyma się i mieszkańcy będą się rozkoszować babim latem, które do dziś jest jednym z uroków jesiennej Lizbony.

Skala zniszczenia była niewyobrażalna. Tysiące ludzi zginęły straszliwą śmiercią. Było to najsilniejsze trzęsienie ziemi w Europie Zachodniej w czasach nowożytnych i miało wymiar iście apokaliptyczny.

Przytaczam tu fragmenty dwóch tekstów. Oba pożyczyłam.

Reblog / Przedruk

Tekst 1 stanowi fragment książki Barry’ego Hattona Lizbona. Królowa Mórz, która ukazała się w roku 2022 w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Barry Hatton

Wydawnictwo UJ 2022

Mieszkańcy wspominali później, że krótko po tym, jak kościelne dzwony wybiły 9:30, rozległ się głęboki, dudniący dźwięk, który przypominał odległy grzmot. Odgłos ten poprzedzał najsilniejsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło Europę Zachodnią w czasach nowożytnych. Trzy gwałtowne wstrząsy, przedzielone krótkimi przerwami, obróciły w perzynę dwie trzecie lizbońskich budynków, które zawaliły się z ogłuszającym hukiem. W głąb koryta Tagu wdarła się sześciometrowa fala tsunami, która wywracała statki i porywała z lądu ocalałych ludzi, odbierając im szansę na ratunek.
W ruinach wybuchł potężny pożar, który szalał przez sześć dni. Nocami w płonącym mieście było jasno jak w dzień. Ziemia, woda, ogień: kataklizm przypominał starotestamentowy gniew Boży. Klęska podcięła Lizbonie skrzydła po trwającym pół wieku okresie prosperity. Miasto spełniało wzniosłe ambicje, finansowane brazylijskim złotem.

Długa, powolna odbudowa miała na zawsze odmienić oblicze stolicy. Owych siedem tragicznych minut wstrząsnęło także Europą, która stanęła w obliczu ważkich pytań o intencje Boga i znaczenie nauki.

Joao Glama Ströberle, Terramoto1755

Trzęsienia ziemi nie były niczym nowym dla lizbończyków. W ciągu 400 lat stolicę nawiedziło aż 15 takich kataklizmów, a trzy z nich – w latach 1356, 1531 i 1597 – spowodowały poważne zniszczenia. Trzęsienie z 1755 roku było jednak najsilniejsze. Jego epicentrum znajdowało się pod dnem morskim, w odległości 250 kilometrów na południowy zachód od miasta. Pod wpływem ruchów płyt tektonicznych zatrzęsło się piaszczysto-żwirowe podłoże pod częścią najstarszych dzielnic Lizbony. Budynki z kamienia i drewna rozsypały się jak domki z kart. Wąskie lizbońskie uliczki, które przez stulecia nie były wytyczane według jakiegoś odgórnego, przemyślanego planu, ale rozrastały się bez ładu i składu, zależnie od potrzeb i możliwości, zamieniły się w śmiertelne pułapki.

Skala zniszczenia była niewyobrażalna. Tysiące ludzi zginęły straszliwą śmiercią: pod gruzami domów, na skutek uduszenia, w płomieniach albo pod wodą. Ci, którzy ocaleli, opowiadali przerażające historie. Ich wstrząsające relacje przypominają scenariusze współczesnych filmów katastroficznych.

Ojciec Manoel Portal leżał pod gruzami Convento da Congregaçao do Oratório, z nogą uwięzioną pod kamiennym elementem muru. Na szczęście dwóch mężczyzn wydobyło go spod gruzowiska. Ocalony zakonnik pokuśtykał na ulicę „z oczyma zalanymi krwią”. Widok, jaki tam ujrzał, zmroził mu krew w żyłach. Kiedy tylko wyszedłem przez bramę wjazdową, stanąłem pośród ciał zabitych, wspominał w napisanej rok później książce pod tytułem Historia o zniszczeniu miasta Lizbony za sprawą przerażającego trzęsienia ziemi i pożaru, które obróciły w proch i popiół najlepszą i największą część tego nieszczęsnego miasta.

Thomas Chase, Anglik mieszkający w Lizbonie, który przebywał na najwyższym piętrze budynku, kiedy ten zawalił się pod jego stopami, spadł z czwartego piętra. Mimo że mężczyzna był poważnie ranny – miał kilka złamań i zwichnięć, liczne rany i stłuczenia – zdołał się wyczołgać spod gruzów o własnych siłach. Ocaleni, na których natknął się na ulicy, wpadli w panikę, kiedy powietrze poszarzało. Ludzie, pokryci szarym pyłem, oddawali się gorącej modlitwie, światło zaś było takie, jak w bardzo pochmurny dzień, napisał Chase w liście, który wysłał do domu miesiąc po trzęsieniu ziemi.

Wielebny Charles Davy, anglikański duchowny, który przebywał z wizytą w Lizbonie, także wspominał o bardzo wielkich tumanach kurzu i pyłu wapiennego, które wzbijały się przypuszczalnie dlatego, że od wielu tygodni w mieście nie spadła ani kropla deszczu. Chmury pyłu, które przesłaniały słońce, były tak gęste, że duchowny przez dziesięć minut z najwyższym trudem łapał powietrze w płuca i drżał z przerażenia na myśl, że jest świadkiem apokalipsy.

Ocaleni, którzy pod wpływem szoku snuli się dokoła bez celu, byli obsypani szarawym pyłem, podobnie jak ci, którzy 11 września 2001 roku znaleźli się w pobliżu miejsca ataków terrorystycznych w Nowym Jorku. Zakrwawieni ludzie błąkali się pośród ruin w poszukiwaniu swoich najbliższych. Dzieci krzyczały. Wyjące psy i żałośnie porykujące muły konały, pozostawione na pastwę losu.

Zdaniem wielebnego Richarda Goddarda, proboszcza Lacock Abbey w południowo-zachodniej Anglii, który w stanie kompletnego oszołomienia wędrował, potykając się, ulicami miasta, które drżały od wstrząsów wtórnych, przesądni mieszkańcy Lizbony byli bardzo wystraszeni. Dzień Wszystkich Świętych jest jednym z najważniejszych świąt katolickich, podczas którego wierni oddają hołd świętym. Pastor napisał:

Żadne słowa nie zdołają wyrazić nędzy mego położenia w tamtej chwili, gdym stał w kompletnych niemal ciemnościach, w mieście walącym się w gruzy, pośród tłumów krzyczących i błagających o zmiłowanie ludzi, gdyśmy się wszyscy spodziewali, że lada chwila pochłonie nas ziemia wstrząsana gwałtownymi konwulsjami.

Pod wpływem kataklizmu ludzie wpadali w religijne uniesienie. Klękali na ulicach i pogrążali się w modlitwie; całowali krzyże i wznosili je ku niebu. Wielebny Goddard wspominał, że kiedy natknął się na grupę ocalałych, ci zmusili go by natychmiast przeszedł na katolicyzm. Duchowny bał się, że ponadstuosobowa „tłuszcza” zabije go, jeśli nie zgodzi się zmienić wyznania. Później ludzie ci rzucili się na niego i o mało mnie nie udusili swymi uściskami; kilku księży padło przede mną na ziemię, by obejmować kolana i całować stopy swego nowo nawróconego współwyznawcy.

Jurema Oliveira
Tsunami, które wdarło się w głąb miasta, było tak potężne, że spowodowało zniszczenia także w Afryce Północnej

Zdaniem pastora żywili oni przekonanie, że jeśli nawrócą kogoś na swoją wiarę, odkupią część swych grzechów i unikną dalszych cierpień. Ale ich gehenna jeszcze się nie skończyła. Niektórzy zdesperowani lizbończycy, uciekając przed śmiercią pod walącymi się gruzami i w pułapkach zablokowanych ulic, kierowali się w stronę najbliższego otwartego terenu: Terreiro do Paço, rozległego placu nad Tagiem, obok pałacu królewskiego. Jak się okazało, dokonali fatalnego wyboru.

Niebawem woda w rzece i w Słomianym Morzu zaczęła się burzyć i pienić, rwąc łańcuchy kotwiczne i porywając statki jak zabawki. Davy, wspomniawszy o falowaniu i przybieraniu wód, dodał:

… w jednej chwili nieopodal pojawiła się wielka masa wody, która wznosiła się niczym góra. W bryzgach piany, rycząc, runęła na brzeg z takim impetem, że wszyscy rzuciliśmy się natychmiast do ucieczki i biegliśmy, ile sił w nogach, by ocalić życie. Jedne statki przewracały się i miotały jak podczas gwałtownego sztormu, podczas gdy inne wirowały z zawrotną szybkością; kilka dużych łodzi wywróciło się kilem do góry. Masywne kamienne nabrzeże oraz ludzie, którzy szukali na nim bezpiecznego schronienia, zostali porwani i wchłonięci przez olbrzymi wir, i zniknęli na zawsze.

José Moreira de Mendonça, który także przeżył trzęsienie ziemi, wspominał, że kiedy tsunami pędziło w górę Tagu, odsłoniło jego dno, a powracając, porywało ludzi i wciągało w rwący nurt rzeki. Davy zanotował, że kiedy tuż za miastem ludzie „jechali konno szeroką drogą, która wiedzie do Belém i której jedna strona otwiera się na rzekę, fale nadciągnęły z tak wielką szybkością, że musieli rzucić się galopem ku wyżej położonym terenom, by ich woda nie porwała”. Tsunami, które wdarło się w głąb miasta aż do placu Rossio, było tak potężne, że spowodowało zniszczenia także w Afryce Północnej, a po około dziesięciu godzinach dotarło do Karaibów.

Chase stwierdził, że ludzie, którzy przeżyli kataklizm i zgromadzili się na placu Terreiro do Paço, byli przekonani, że nadszedł dzień sądu ostatecznego. Modlili się, przyciskali do piersi krucyfiksy i po każdym wstrząsie wtórnym wołali Litości!… głosami przepełnionymi niewyobrażalną boleścią”. Davy zwrócił uwagę, że status społeczny nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, ponieważ ludzie obydwu płci, wszelkiego stanu i pozycji, pośród których dostrzegłem kilku najgłówniejszych kanoników kościoła patriarchalnego, w ich purpurowych szatach i rokietach, modlili się na klęczkach, uderzając się w piersi i bez ustanku wołającMisericordia meu Dios! 

W tłumie były także damy na poły odziane, a niektóre z nich bez obuwia. Chase zapisał, że o 14:00 pył zaczął opadać i pokazało się słońce. Zauważył wówczas, że pałac królewski stoi w ogniu. Świece, lampy i paleniska w domach i kościołach w całej Lizbonie wywołały trzeci kataklizm tamtego dnia. Silna bryza z północnego wschodu, typowa dla tego wietrznego atlantyckiego portu, rozdmuchiwała płomienie, wywołując burze ogniowe, które błyskawicznie trawiły drewniane domostwa. Większość ocalałych uciekła nad rzekę lub do okolicznych wiosek, a w mieście pozostała ledwie garstka ludzi zdolnych i chętnych do gaszenia płomieni.

Davy wspominał, że miasto paliło się równocześnie w co najmniej stu różnych miejscach i płonęło tak przez sześć dni bez przerwy, nikt też nie podejmował najmniejszej choćby próby powstrzymania płomieni. Mendonça napisał w swojej relacji, że ogień rozprzestrzenił się z nadrzecznej dzielnicy Ribeira do Rossio i Bairro Alto, a następnie do Alfamy. Jego zdaniem pożar ogarnął jedną trzecią miasta, w tym najzamożniejsze i najgęściej zaludnione dzielnice. Po zmierzchu, jak zanotował Davy, całe miasto stało w płomieniach, które były tak jasne, żem mógł bez trudu czytać w ich blasku.

Georges Clerc Rampal

Chase stwierdził, że ogień rozprzestrzeniał się z niepohamowaną szybkością. Obydwie strony zamieszkiwanej przez bogaczy Rua Nova stały w ogniu. Wystarczyło kilka razy nabrać do płuc toksycznego dymu, by stracić życie. Tamtej nocy Chase widział jeszcze mnóstwo ciał leżących na ulicach i słyszał wołania o pomoc. Pożar strawił większość budynków, które oparły się trzęsieniu ziemi w sercu jednego z najwspanialszych miast Europy.

Ogień przypieczętował los skarbów Lizbony. Gdyby budynki tylko się zawaliły, można by było coś uratować. Płomienie unicestwiły jednak prawie wszystko, czego nie zniszczyło trzęsienie ziemi. Mendonça w swojej książce Historia Universal dos Terremotos (Powszechna historia trzęsień ziemi) wymienia 3 tuziny kościołów i około 60 klasztorów, które zostały całkowicie zniszczone tamtego dnia. Jeszcze dziś, kiedy Portugalczycy chcą powiedzieć, że doszło do jakiegoś dramatycznego wydarzenia, często posługują się wyrażeniem Cai o Carmo e a Trindade (przewracają się Carmo i Trindade). Nawiązuje ono do dwóch ważnych lizbońskich klasztorów, które legły w gruzach podczas trzęsienia ziemi.

W bibliotekach wszystkich klasztorów, które uległy zniszczeniu, przechowywano  tysiące rzadkich ksiąg. Ponadto Lizbona straciła sześć szpitali, w tym wspaniały szpital Todos os Santos, pałac królewski, operę, archiwum królewskie, arsenał królewski, pałac arcybiskupa, Dom Indii i urząd celny. W bibliotece pałacu królewskiego, która doszczętnie spłonęła, znajdowało się kilkadziesiąt tysięcy książek. Ściany i podłogi pałacu zdobiły gobeliny i perskie kobierce. Przepadła także bezcenna dokumentacja z czasów ekspansji terytorialnej.

Brytyjski historyk T.D. Kendrick sporządził zestawienie bezpowrotnie utraconych bezcennych przedmiotów i dzieł sztuki z jednego tylko lizbońskiego pałacu, który należał do markiza Louriçal, by dać nam pewne wyobrażenie o ogromie strat, jakie Lizbona poniosła w wyniku trzęsienia ziemi. Wśród zniszczonych  skarbów znajdowało się między innymi około 200 obrazów, w tym dzieła Tycjana, Correggia i Rubensa, 18 tysięcy drukowanych książek, tysiąc manuskryptów, w tym historia spisana własnoręcznie przez cesarza Karola V, bogaty zbiór map lądów i mórz z naniesionymi trasami portugalskich wypraw odkrywczych.

Kiedy ogień dogasł, Lizbona wyglądała jak miasto po bombardowaniu. Davy napisał:

Zapewniam was, że to rozległe i zamożne miasto jest teraz niczym więcej jak tylko wielką stertą gruzów; że obecnie bogaci nie różnią się niczym od biedaków; tysiące rodzin, które ledwie dzień wcześniej żyły beztrosko i w dostatku, teraz, rozpierzchłe, koczują pośród pól, pozbawione wszelkich wygód i nadziei na poprawę swej doli.

Jacques Philippe Le Bas 1757

Kiedy ogień dogasł, Lizbona wyglądała jak miasto po bombardowaniu.

Oceny wielkości strat w ludziach znacząco się różnią. Niektórzy historycy uważają, że mogły sięgać nawet 60 tysięcy, ale według skromniejszych – i powszechnie uznawanych – szacunków zginęło od 10 do 20 tysięcy ludzi. Miasto miało wówczas ponad 200 tysięcy mieszkańców. Dwie trzecie domów w Lizbonie nie nadawało się do zamieszkania.

Kiedy kataklizm dotknął miasto, rodzina królewska przebywała w swojej wiejskiej rezydencji w Belém i nie została poszkodowana. Ale nuncjusz papieski w Lizbonie, Filippo Acciaiuoli napisał do brata, że król uciekł z pałacu w koszuli nocnej. Przez kilka dni, dopóki nie znaleziono namiotu, władca i cała rodzina królewska spali w powozie. Tragedia tak wstrząsnęła królem Józefem I, że od tamtej pory mieszkał w namiotach z drewna i płótna, by uniknąć śmierci pod gruzami kamiennej budowli i powrócił do centrum miasta dopiero po sześciu latach. Lizbońska szlachta także została zmuszona do życia w trudnych warunkach. Prawie 40 stołecznych pałaców legło w gruzach. Arystokraci, pozbawieni dachu nad głową, zbierali w stoczniach rzecznych kawałki drewna i płótno żaglowe, z których budowali prowizoryczne szałasy.

Acciaiuoli zauważył, że ci, którzy ocaleli, trwali w głębokim szoku. Stwierdził, że ujmując rzecz w skrócie, panują tu przerażenie i niedola, Lizbona zaś jest stertą gruzów. Davy napisał, że trzęsienie ziemi zmieniło to niegdyś kwitnące, bogate i ludne miasto w obraz skrajnej nędzy i rozpaczy. Najlepiej widoczną blizną, którą pozostawił po sobie tamten tydzień, gdy dorobek sześciu stuleci został unicestwiony, a wszystkie skarby Lizbony bezpowrotnie utracone, jest klasztor Karmelitów.

Joao Glama Ströberle

Trzęsienie ziemi zmieniło to niegdyś kwitnące, bogate i ludne miasto w obraz skrajnej nędzy i rozpaczy.

Tragedia Lizbony odbiła się szerokim echem w całej Europie. Stała się inspiracją dla wierszy i powieści, dla filozoficznych i teologicznych traktatów, rozpraw naukowych i dzieł sztuki. Najwybitniejsze umysły epoki oświecenia, takie jak niemiecki filozof Immanuel Kant, francuski filozof Jean-Jacques Rousseau i pisarz Voltaire, włączyły się do rozważań nad sensem i wymową tamtego trzęsienia ziemi. Swoją opinię na ten temat wyraził także angielski metodysta John Wesley. Czy był to palec boży, czy raczej zjawisko, które można wytłumaczyć naukowo? Dlaczego Bóg wybrał Lizbonę, gdzie tak prężnie działała inkwizycja i skąd Portugalczycy zanieśli słowo Boże do najdalszych zakątków świata? I czemu tragedia wydarzyła się w dniu tak ważnego święta?

Wiadomość o nieszczęściu, jakie spadło na Lizbonę, wzbudziła przerażenie na całym kontynencie. Czy gdziekolwiek można czuć się bezpiecznie i mieć pewność, że uniknie się podobnego losu? Niemiecki poeta Johann Wolfgang von Goethe nazwał ten kataklizm wydarzeniem o światowej randze. W jego pamiętnikach czytamy: Demon grozy nigdy chyba nie szerzył lęków na świecie z taką prędkością i mocą.
W styczniu 1756 roku niemiecka Gazette de Cologne stwierdziła, że trzęsienie ziemi wciąż jest na ustach wszystkich.

Słonie i nosorożce nie były już wizytówkami Lizbony.


Autorem tekstu numer 2 jest Jacek Pałasiński, który napisał na FB 11.01.2022:

Oświecenie zapoczątkowało proces, który umożliwił połączenie wszystkich jedną siecią, wszystkich ludzi na całej planecie. Utopiści mówili, że kiedy człowiek skontaktuje się z drugim człowiekiem, kiedy jeden pozna drugiego, kiedy zrozumie, że jego ból i cierpienie, jego radość i przyjemności są identyczne, jak jego własne – wtedy nie będzie już powodów do wojen.

Oświecenie jednak myliło się…

Wybitny dziennikarz, Włodek Goldkorn, przytoczył na FB fragmencik wywiadu, jaki z przeprowadził w 2008 roku z Zygmuntem Baumanem: „Miło byłoby pomyśleć – mówi Bauman – że nasza cywilizacja zmierza w kierunku rozsądku i moralności, choć z pewnymi wpadkami po drodze. Niestety tak nie jest. Niektórzy bardzo wykształceni obserwatorzy twierdzą, że impertynenckie ambicje nowoczesności, zaczęły się od szoku, wywołanego trzęsieniem ziemi w Lizbonie (w 1755): ślepa natura, pozbawiona jakiejkolwiek racjonalności, obojętna na rozróżnienie cnoty i grzechu, między zasługą i winą, uderza przypadkowo. Należy zatem powstrzymać siłę żywiołów, zmusić naturę do korzystania z kategorii dobra i zła. A za pomocą rozumu i technologii ludzkość nada moralny porządek amoralnemu chaosowi”.

– Właśnie dokonał pan syntezy myśli oświeceniowej. Wynik? – pyta Włodek Goldkorn.

– Skutki różnią się od intencji. Nie udało nam się przekonać natury do posłuszeństwa ludzkim wyobrażeniom o cnotach i występkach. Ale konsekwencje naszych działań, bezbłędne z technicznego punktu widzenia, uderzają nas irracjonalnym okrucieństwem, okrucieństwem, które do tamej pory przypisywaliśmy tylko i wyłącznie naturze.

A zatem to, co łączy nas z naturą to okrucieństwo?

Z wolnej stopy 69

Zbigniew Milewicz

Dzieje kłamstwa I

Publikując przed dwoma tygodniami swój wpis, dotknąłem problemu manipulacji ludźmi w mediach i polityce, czyli wszechobecnego oszustwa. Jest tak mocno zakorzenione, że nawet nie drgnęło, ale kłamie się przecież nie tylko w Polsce, a pod każdą szerokością geograficzną. W każdej możliwej sytuacji i to od zarania dziejów ludzkości. Robimy to wszyscy, bez względu na wiek i status społeczny. Dr Tomasz Witkowski, autor Psychologii kłamstwa* cytuje na pierwszych stronicach następującą myśl Michela de Montaigne, XVI wiecznego, francuskiego filozofa i sceptyka:

Gdyby kłamstwo, podobnie jak prawda, miało tylko jedną twarz, łatwiej dalibyśmy sobie z nim rady; przyjęlibyśmy po prostu za pewnik przeciwieństwo tego, co mówi kłamca, ale odwrotna strona prawdy ma sto tysięcy postaci i nieograniczone pole.

W cywilizacji chrześcijańskiej kłamstwo idzie w parze z pojęciem moralności i stanowi problem prawny lub filozoficzny. W starożytności nie zaprzątano nim sobie zbytnio głowy, gdyż problem nie istniał. Zdaniem autora starożytni Grecy nie znali pojęcia kłamstwa, podobnie, jak określenia grzech, co w opinii jednych badaczy doprowadziło właśnie do tak wielkiego rozkwitu ich cywilizacji, a dla drugich było niestety przyczyną jej upadku. Na określenie aktów, które współcześni nazywają kłamstwem, język starogrecki miał słowo yeudox, co oznaczało przede wszystkim czynność tworzenia fikcji. Nie istniało rozróżnienie pomiędzy fikcją, świadomym wprowadzeniem w błąd, fałszem. Takie rozumienie zjawiska nie wiązało się z żadnymi moralnymi konotacjami! Czy zatem Grecy kłamali? Czy nie byli przypadkiem w tej uprzywilejowanej pozycji, że nieświadomi tego, co skłonni bylibyśmy nazwać grzechem, zwyczajnie nie mogli kłamać?

Pojęcie, o którym mowa, istniało już w czasach Hezjoda, czyli co najmniej od VIII w. p.n.e. Ale przecież w stuleciu poprzedzającym czasy Hezjoda opisana została przez Homera postać Odyseusza – mistrza fortelu, wprowadzania w błąd i kłamstwa, gdyby chcieć użyć współczesnego nam języka. Bohater Homera jest postacią pozytywną, jego umiejętności starożytni uznawali za pożyteczne w życiu, wychowało się na nich wiele pokoleń młodych ludzi i chyba mało kto się zastanawiał, jak ocenić postępowanie Odyseusza z moralnego punktu widzenia.

Nie ma w tym nic dziwnego – pisze T. Witkowski – jeżeli spojrzymy na historię naszego gatunku daleko, daleko wstecz. Nietrudno będzie odnaleźć kłamstwo i uznać je za jedno z naczelnych praw natury. Bo to nie człowiek, lecz natura, a ściślej rzecz biorąc ewolucja „wynalazła“ zachowania, które my nazywamy kłamstwem, lub oszustwem!

Autor zostawia na chwilę starożytnych Greków i zabiera czytelników do Południowej Ameryki, gdzie żyje pewna odmiana gąsienic, bezbronnych stworzeń, których jedyną obroną jest mimikra. Wielkie, zielone, żyjące na drzewach gąsienice z Gujany Brytyjskiej trwają zazwyczaj w bezruchu, podobne do gałązki winorośli. Lecz gdy tylko wstrząsnąć gałęzią, podnoszą przednią część ciała i ustawiają ją poziomo, a równocześnie wyginając się rozszerzają bulwiasto przedni segment z wielką, groźną, czarną plamą podobną do oka, otoczoną żółtym pierścieniem. W tym stanie gąsienica pozostaje przez kilka minut i bardzo przypomina jadowitego węża drzewnego żyjącego wśród zielonych liści. Gąsienice takie są też pospolite w Brazylii. Najlepszym przykładem jest Leucorhampha triptolemus, normalnie zwisająca z łodyg roślin. Zaniepokojona, wygina się i wówczas przód jej ciała uderzająco przypomina głowę i grzbiet węża. Przez kilka sekund kołysze się na boki i to, co dopiero wydawało się niewinną gałązką, nagle przekształca się w węża z otwartą paszczą, czerwonymi szczękami i okrutnymi oczyma.**

Jednymi z najlepszych oszustów są pasożyty, organizmy, które, aby przetrwać, wyprowadzają w pole układ odpornościowy żywiciela.

Wyrafinowane metody zmagań z układem odpornościowym prowadzą do zmylenia go lub unieczynnienia. Wiele robaków (…) po przyłączeniu przeciwciał do powierzchniowych antygenów pasożyta, ale przed dalszymi komórkowymi etapami reakcji przeciwpasożytniczej, zrzuca antygeny powierzchniowe wraz z przeciwciałami. Te krążą we krwi i odkładają się w różnych miejscach organizmu, wywołując stany zapalne tam, gdzie wcale nie ma pasożyta! (…) Za szczególnie podstępne uznać możemy te pasożyty, które przebywając w żywicielu zmieniają swoje antygeny powierzchniowe tak, że z wysiłkiem zmontowana odpowiedź układu odpornościowego okazuje się niewarta nawet przysłowiowego funta kłaków. Postępują tak na przykład nicienie, których kolejne stadia larwalne mają coraz to inne „przebranie”. Do perfekcji doszły jednak świdrowce. Otóż te przebywające we krwi pierwotniaki systematycznie zmieniają cząsteczki glikoprotein (są to związki białkowo-cukrowe) pokrywające powierzchnię komórki. Gdy tylko organizm żywiciela zaczyna rozpoznawać dany typ cząsteczki, pierwotniaki te zmieniają powierzchniową glikoproteinę na nową, której żywiciel rozpoznawać jeszcze nie potrafi. Uzyskują czasową przewagę, a co za tym idzie, szybko się mnożą. Świdrowce mogą wyprodukować ponad 120 odmian powierzchniowej glikoproteiny.***

Przy tych podstępach natury fortele Odyseusza są niewinnymi igraszkami. Wystarczy pójść teraz jesienią do lasu, na grzybobranie i próbować znaleźć coś jadalnego. Przynajmniej ja mam z tym zawsze kłopoty. Maślaki, borowiki i podgrzybki tak doskonale kamuflują się między różnobarwnymi liśćmi na podłożu, że na pierwszy rzut oka trudno odróżnić jedne od drugich. Ciekawe, że tylko muchomory widać z daleka. Może dlatego są takie „odważne“, bo „wiedzą”, tak jak ludzie, czym skończyłaby się ich konsumpcja. Wiele zwierząt drapieżnych przypomina otoczenie po to, aby nie spłoszyć ofiary. A kwiaty upodabniające się do samic owadów, aby swym wyglądem zwabić samce, które przeniosą dalej ich pyłek…

Oczywiście, mimikra czy chomochromia to zachowania zaprogramowane genetycznie lub sterowane instynktem – wywodzi dalej T. Witkowski – i można ich występowanie oddzielić od naszego pojmowania kłamstwa, które nasuwa od razu myśl o intencjonalnym wykorzystaniu oszustwa. Współczesna biologia dostarcza jednak faktów, które możemy interpretować, jako kontrolowane (…)

Mowa o aktywnym ukrywaniu się, zachowaniach odwracających uwagę przeciwnika (np. odciganie od gniazda), czy kontrolowanym wprowadzaniu w błąd podczas walki i obrony. K. Szymborski pisze: Jedną z oznak inteligencji jest zdolność do użycia podstępu. Żyjący w Kaliforni wąż heterodon płaskonosy (hognose – przedmiot studiów Harry`ego Greene`a i Gordona Burghardta) jest w tej dziedzinie mistrzem. W sytuacji zagrożenia rozdyma kark jak kobra i pozoruje kąsanie (choć sam jest całkiem niejadowity). Jeżeli to nie odstrasza napastnika, symuluje gwałtowny atak śmiertelnej choroby, dostaje drgawek, wije się, wypróżnia (zapewne z zamiarem zmniejszenia swojej apetyczności), po czym wywala język, przewraca się na grzbiet i udaje trupa. Dr Burghardt – który przyznaje zresztą, że prowadząc swoje obserwacje zawsze próbuje sobie wyobrazić, jak sam czułby się będąc wężem – twierdzi, że całe to przedstawienie trudno wyjaśnić jako mechaniczne odegranie instynktownie opanowanej roli, wąż bowiem cały czas bacznie obserwuje poczynania przeciwnika i dostosowuje do nich swoją taktykę.****

Heterodon płaskonosy – Wikipedia

T. Witkowski podsumowuje, że takie zachowania stają się jeszcze bardziej wyrafinowane u wyższych ssaków, w szczególności u naczelnych, a umiejętność ich stosowania decyduje bardzo często o sukcesie rozrodczym i o przeżyciu. A kiedy człowiek zaczyna kłamać i dlaczego to robi? O tym za tydzień w Dziejach kłamstwa. Tak zatytułowany jest pierwszy podrozdział tej ciekawej książki.

* Tomasz Witkowski, Psychologia kłamstwa, Biblioteka Moderatora, wyd. Jacek Santorski & Co, Warszawa 2006

** T.R. Henry, Paradoksy natury. Wiedza Powszechna, Warszawa 1967

*** W. Kofta, Oszustwo za cenę życia. „Wiedza i Życie“, nr. 11. 1998

**** K. Szymborski, Ludzie i bestie, „Wiedza i Życie“, nr. 4. 1997

A mogłoby być tak pięknie

Teresa Rudolf

Wojna, strach, zdziwienie 

Świat okrętem
na groźnym 
oceanie,
Titanic 
naszego
wieku.

Dokąd
płyniemy,
...po co 
 właśnie tam, 
a dokąd...
i tak nie wiemy.

Świat zagubiony,
zastraszony, 
zdziwiony,
czekający,
na pomoc,
a od kogo?

Skoro 
znęca
się sam
nad sobą,
nasz ludzki Świat
Sado-Masochista!

...a mogłoby być
tak pięknie...

bo świat, 
to nie 
tylko
my,
tacy
lub
tacy...

Spójrz sobie w oczy

A mnie się marzy
dużo więcej ciszy,
delikatności 
wokół..

Spójrz sobie w oczy, 
co widzisz?
Posłuchaj siebie,
co słyszysz?

A mnie się marzą
słowa jasne, trafne,
dźwięczące 
dobrocią.

Spójrz w myśli swoje,
co widzisz?
Posłuchaj serca,
co czujesz?

A mnie się marzy,
by tam w środku
w każdym,
we mnie,
w tobie,
było po 
prostu 
OK.

Wojenne rekreacje Mikołajka 3


Tibor Jagielski

Jak to było z karmieniem.

Zebraliśmy się koło trzepaka, bo już nas pupy bolały od tego zjeżdżania po śniegu na dyktach. Tak się złożyło, że na naszym podwórku nikt nie miał sanek. Nawet Maksencjusz, który ma bogatego tatę, a który powiada, że w ostateczności nie liczą się pieniądze, tylko znajomości, kiedy mu w szklarni nowalijki wymarzną, bo nie uda mu się skombinować węgla.

Staliśmy więc koło trzepaka i zastanawialiśmy się, co by tu wesołego zrobić. Augustyn zaproponował, żebyśmy znowu zaczeli malować na drzwiach kamienicy znaki kredą, tak jak przed kilkoma dniami, kiedy to Roztropkowa mało nie zemdlała widząc krzyż na futrynie, bo myślała, że to „Solidarność“, która zaraz przyjdzie do niej i zrobi z nią różne brzydkie rzeczy.

Ale nagle odezwał się Zenobiusz, że oglądał wczoraj w dzienniku telewizyjnym staruszka, który częstował cukierkami żołnierzy (tych, którzy stoją na skrzyżowaniach), a oni pozwolili mu za to wejść do czołgu.

Strasznieśmy się do tego pomysłu zapalili, a ja powiedziałem, że to cholerna frajda, bo jak ostatnio byliśmy na wycieczce w zoologu, to wszędzie było napisane „NIE KARMIĆ ZWIERZĄT!!!“ (nie wspominając o wchodzeniu do klatek) i bardzo nam to było nie w smak, a teraz będziemy mogli karmić czterech pancernych z naszego skrzyżowania ile wlezie. Tylko czym? zapytał Alcest, zjadając szybko swoje ostatnie ciasteczko.

No, bombonierką mojej babci, odpowiedział Zenobiusz i dodał, że to takie wielkie pudło i zawsze jak wracaja w niedzielę z kościoła, to babcia daje mu po czekoladce i że jeszcze jest ich tam sporo. Wobec tego powiedziałem, żeby szedł szybko po te czekoladki, zanim jego babcia wróci z warty przy krzyżu z kwiatów, który ludzie codziennie układają na placu.

No i Zenobiusz przyniósł zaraz to pudełko, na którym stało napisane wielkimi literami ZPC im. 22 LIPCA (i małymi e. wedel) i tacy byliśmy tym ucieszeni, że ruszając w drogę, pozwoliliśmy nieść bombonierkę Alcestowi i zaniśmy się opamiętali to zeżarł już prawie połowę zawartości.

Gdy doszliśmy do skrzyżowania to, powiedzcie, czy nie mamy szcześcia? byli tam nie tylko żołnierze z czołgiem, ale i telewizja! Kamery, reflektory i mikrofony na statywach – wszystko tam było! A jeden pan biegał z megafonem, wspinał się na zaspę i krzyczał, lufa wyżej! Albo, brać kapitana! Ale chyba nikt go sobie nie chciał wziąć, tylko kamery trajkotały i trajkotały na okrągło.

Podeszliśmy bliżej i wtedy ten pan z megafonem zaczął wrzeszczeć, aby te smarkacze natychmiast mu wyszły z planu i czego my tutaj właściwie szukamy? Powiedzieliśmy wtedy, że przynieśliśmy czekoladki dla żołnierzy, na co ten pan z megafonem zrobił wielkie oczy, zeskoczył z zaspy i powiedział, że ten milicjant, którego wysłał, aby mu znalazł przynajmniej parę kobiet z kwiatami, to nie taki głupi, na jakiego wyglądał i że to genialny pomysł z tymi dzieciakami i bombonierką.

Zaczął więc nas wszystkich ustawiać i wołał – więcej światła! A śmiał się przy tym, jakby powiedział jakiś dobry kawał. No i wtedy zdarzyło się nieszczęście, bo wrócił pan milicjant z paniami, które były bardzo umalowane i przyniosły okropnie dużo kwiatów, a gdy pan z megafonem zawołał, że ich teraz nie potrzebuje, to podniosły wielki krzyk, że tyle pieniedzy wydały na te goździki i w związku z tym muszą być koniecznie w telewizji. No i zaczęła się chryja. Jedna z pań zaczęła walić wiązanką kwiatów pana milicjanta po głowie, a inna usiadła na wieżyczce czołgu i wołała, że raczej umrze niż się stąd ruszy.

Zrozumieliśmy, że trzeba brać nogi za pas. I tak też zrobiliśmy.

Pokolenie Solidarności 18

Eli

Ewa Maria Slaska

Obywatele (1980)

W sierpniu 1980 roku Polacy poczuli się wolni. Powstał wielki ruch społeczny i polityczny, ale przede wszystkim zaczęło się rodzić społeczeństwo obywatelskie.

W połowie września powołano do życia ogólnopolską organizację, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność.

Pokolenie, które było dorosłe i świadome w latach osiemdziesiątych, nawet jeśli nader młode, było naocznym świadkiem narodzin Solidarności. Prawdę powiedziawszy, każdy dorosły Polak ma w życiorysie jakąś „cegiełkę”, którą dołożył w budowanie legendarnego Sierpnia 80.

Nie da sie zapomnieć dramaturgii strajku w stoczni Gdańskiej, determinacji Wałęsy, Walentynowicz, Gwiazdy, Kuronia, Michnika. Stawiane żądania, 21 postulatów, brzmiały na owe czasy rewolucyjnie. Mało kto wierzył w powodzenie, komuniści jednak podpisali ze strajkującymi porozumienie i to był szok dla nas wszystkich, i jednocześnie wielkie zwyciestwo. W społeczeństwie powiało nadzieją. Obrazy z tamtych dni nie zniknęły z pamięci, wręcz odwrotnie. Co jakiś czas powracają wspomnienia, może mniej o przywódcach z tamtych lat, oni, przynajmniej niektórzy, zrobili karierę polityczną. A ja mam na myśli tych „maluczkich”, co gdzieś tam, na jakimś małym albo ważnym stanowisku pracy, w latach 80 wspierali powstający ruch solidarnościowy. Historia nie byłaby prawdziwa, gdyby nie obejmowała rzetelnej wiedzy o stanie świadomości historycznej tamtego czasu.

Rok 1980, Solidarność przyniosły nam Polakom przełom historyczny, który na zawsze wejdzie do podręczników. Przed rokiem 80 stan psychiczny społeczeństwa był straszliwy, władzy udało się wprawić nas w poczucie totalnej beznadziejności, toteż najważniejszym odczuciem, jakie przywiał nam z Gdańska Rok 1980 to najpierw Nadzieja przez duże N, a potem poczucie, że na naszych oczach i może nawet przy naszym współudziale zmienia się oblicze wspólnego domu, Polski i dzieje się Historia.

Poczucie sprawczości.

Pamiętam dokładnie, pisze Krystyna, polska dziennikarka, która do Berlina przyjechała z Opola, jak chłonęliśmy wieści z Gdańska i Szczecina – brzmiały tak odważnie. Chodziło o nasz codzienny byt. Po raz pierwszy upomniano się o godne życie, o tym słyszeliśmy w radiu, telewizji. Były to głosy nie, jak zwykle, partyjniaków, ale tych, którzy wzięli nasz los w swoje ręce, tych, o których słyszeliśmy w Radiu Wolna Europa. Dzielni Opozycjoniści stawiali rządzącej władzy postulaty o charakterze politycznym. To, o czym mówiono głośno, sprawiało, że niejeden Polak oczy przecierał ze zdziwienia. Podziwialiśmy odwagę tych, którzy tam byli, w Gdańsku, w Szczecinie!

W naszych umysłach i sercach rodziła się solidarność z Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym. Jaka to była mobilizacja do działania! W całym kraju zaczęło powstawać ogromne zaplecze społeczne, wzmacniające naszych przywódców, dodające im skrzydeł do działania. O tym rzadko się wspomina. Cóż wart byłby przywódca bez zaplecza społecznego? Tylko wtedy może liczyć na powodzenie tego, czego się podjął – zmian. Toteż niesprawiedliwe byłoby, gdyby dawni przywódcy Solidarności, którym słuszne przypisuje się ogromne zasługi, zapomnieli o tych na dole, o zwykłych obywatelach.

A zapomnieli!

Gdy upadał autorytet partyjniaków, społeczeństwo przestało bać się władzy. Mogę o tym opowiedzieć na przykładzie z własnego podwórka. Pracowałam w opolskiej oświacie i wiem, pamiętam, że coraz głośniej brzmiał głos solidaryzujący się z komitetem strajkowym w Gdańsku. Pierwszym przejawem poparcia było wywieszenie flagi na budynku zakładu lub instytucji. Ze strony dyrekcji czy kierownictwa dawało się odczuć ciche przyzwolenie. Nasi ówcześni dyrektorzy przyjmowali postawę dyplomatyczną – udawali, że nic nie widzą i chwała im za to!

Niektóre zakłady reagowały szybciej, inne potrzebowały czasu. Najszybciej zareagowali studenci wyższych uczelni. Duże zakłady (FSD Nysa, Elektrownia Opole, Zakłady Koksownicze w Zdzieszowicach) w poczuciu moralnej solidarności zorganizowały strajki ostrzegawcze. W miarę upływu czasu staliśmy się przecież jedną wielką rodziną solidarnościową.

Zresztą… nie było nic do stracenia, przecież w tym czasie „statek Polska” po prostu tonął. Braki w zaopatrzeniu w żywność, w sklepach spożywczych puste półki, w przemysłowych – towar, który znikał w ciągu pół godziny.

Determinacja Lecha Wałęsy utwierdziła w nas poczucie, że droga, jaką wówczas obraliśmy, była słuszna. W kraju rosła pozycja Solidarności, w zakładach powstawały związki zawodowe, których przedstawiciele wchodzili do rad miejskich. W osiem lat później dopuszczono listę niezależnych kandydatów na posłów.

Jako społeczeństwo w tym przełomowym okresie zdaliśmy egzamin celująco i trzeba o tym przypominać wciąż i wciąż! Nie byłoby nic bez nas, zwykłych obywateli, działaczy małych organizacji solidarnościowych!

Dlatego uparcie upominam się o pamięć i przypominanie o roli, jaką odegrało całe polskie społeczeństwo w okresie transformacji ustrojowej! Bez poparcia na dole nasi przywódcy byliby mało znaczącym epizodem w historii. Nie byłoby Solidarności i dzisiejszej nowoczesnej Polski, gdyby nie nasza siła, składająca się z pojedynczych obywateli, grup społecznościowych, inteligencji, robotników, dziennikarzy.

To masowy oddolny ruch społeczny, jakim był związek zawodowy Solidarność, przyczynił się do pokojowych przemian ustrojowych w Polsce i Europie Wschodniej. Impuls wywołany przez Solidarność zapoczątkował nieodwracalny proces zmian, które w ostateczności pogrzebały komunizm, lądujący na śmietniku historii 4 czerwca 1989 roku.

***

Krysia nie spotkała nigdy ani Basi, ani Stefana, przyjechała zresztą do Berlina dopiero wtedy, gdy oboje już dawno byli w USA, ale jej przemyślenia oddają wiele z tego, co w owym czasie oboje myśleli. To mali ludzie tworzą wielką Historię, mnóstwo małych ludzi. Dwanaście milionów ludzi, którzy mówili “solidarność”, a myśleli “wolność”. Sierpień 1980 roku był najlepszym okresem w ich życiu, przede wszystkim dlatego że był to czas, kiedy Basia i Stefan robili to samo i myśleli to samo, a słowa których używali wciąż jeszcze znaczyły to samo.

Nota bene późniejsza, potransformacyjna nomenklatura określiła okres Solidarności, czyli czas od 1 września 1980 roku do 12 grudnia 1981 roku, mianem “karnawału Solidarności”. Nie wiem kto i po co wymyślił taki głupi termin, ponieważ ten okres niespełna 16 miesięcy żadnym karnawałem nie był. Owszem był to czas pewnych swobód obywatelskich i ograniczenia cenzury, ale Polska żyła w cieniu propagandowego zastraszania, a na każdym szczeblu, od zakładów pracy zatrudniających dziesięć osób po system państwa komunistycznego, był to czas ustawicznego użerania się z władzą.

Tym niemniej było to niezwykłe doświadczenie wolności, które w tym okresie stało się udziałem pokoleń „urodzonych w niewoli”, wpływając jednocześnie mocno na stan świadomości starszych. Okazało się ono decydującym elementem, kształtującym dalszy bieg historii i wpłynęło ostatecznie w 1989 roku na destrukcję i upadek systemu komunistycznego w Polsce i na świecie.

A że efekty tego okazały się po kilku dekadach katastrofalne, że spowodowany polską rewolucją “upadek Komuny” zwolnił kapitalizm z udawania, że akumulacja zysku zapewnia podniesienie poziomu życia zwykłego obywatela, że rok 1989 doprowadził do globalizacji, przesunięcia rynków do biednych krajów, upadek gospodarki europejskiej, a zatem państw opieki społecznej i że wolność bogacenia się bez poczucia odpowiedzialności zniszczy stosunki społeczne, miejsca pracy, dobrobyt, demokrację, zaufanie do polityki, a przede wszystkim środowisko, że kilkadziesiąt lat kapitalistycznej wolności zrujnuje doszczętnie to, na czym wyrosła, czyli solidarność…

Nasza polska wygrana okazała się naszą ludzką klęską. Nasza wolność zmieniła się w nasz pręgierz. Umieliśmy stać wyprostowani, gdy trzeba było walczyć z przemocą, gdy insygnia władzy dzierżył nieludzki prawodawca, ale zaczęliśmy się czołgać i deptać innych, gdy przejął je wszechmocny pracodawca. Skąd jednak mogliśmy to wiedzieć? Jak mogliśmy to przewidzieć? Przecież nigdy przedtem nie było takiej sytuacji.


Tak naprawdę to nie ja jestem autorką pierwszej (i najważniejszej) części tego rozdziału, tylko Krystyna Koziewicz. Może nawet nie dlatego że wiedziała, widziała i opisała to, czego ja bym nie wiedziała i widziała, ale dlatego że opisała to inaczej, niż ja bym to kiedykolwiek zrobiła. Dziękuję, Krysiu.

Stadt Land Fluss

Masha Pryven

Liebe alle,

ich lade euch zu unserer Fotoausstellung Stadt Land Fluss.

Das gemeinsame Thema der Ausstellung ist das Land, das Territorium und der Raum, wo sich das Politische, Soziale und Private abspielt. In meiner Arbeit Sehe Was Ich Sehe zeige ich die Fotos der Ukrainer:innen, die mir ihre Handybilder seit dem Anfang des Krieges anfingen zu schicken und die ich bis heute sammle. Ich behandele diese Fotos als ein zeitgenössisches Fotoarchiv und als eine Form der Kriegsfotografie ohne Objektivierung und Fremdbestimmung. Einerseits begleitete mich die Frage: Wer darf den Krieg zeigen? Andererseits – die Erkenntnis: der Blick der Menschen, die diesen Krieg erleben, ist radikal. Man muss sehen, was sie sehen.

Ukraine, Mai, 2022 / (c) Sergij Grychenyuk_Masha Pryven

I am kindly inviting you to our exhibition Stadt Land Fluss (old children’s game: Categories). The theme of land and territory is what the four photo series have in common. 

In my work See What I See  I am showing photos of Ukrainians who at the beginning of the war started sending me their photos taken with phones and which I later started collecting. I am treating these photos as a contemporary photo archive and as a form of war photography without objectification.

Eröffnung: 27. Oktober, ab 17 Uhr
Wo: GlogauAir Gallery,  Glogauer Str. 16, Kreuzberg

Herzlich, Masha

***

Hier noch persönlicher Text von Masha Pryven zur Ausstellung Stadt Land Fluss

SEHE WAS ICH SEHE

Am 24. Februar 2022 wurde die Ukraine erneut angegriffen. Sofort bildeten wir ein sporadisches, diffuses, globales Netzwerk aus Ukrainer:innen, um humanitäre und militärische Hilfe zu leisten. Im Zuge dessen fingen die Menschen auf der Flucht an, mir ihre Handybilder zu schicken, die ich mit der Zeit begann, gezielt zu sammeln.

Ich behandele diese Fotos als ein zeitgenössisches Fotoarchiv und als eine Form der Kriegsfotografie ohne Objektivierung und Fremdbestimmung. Einerseits begleitete mich die Frage: Wer darf den Krieg zeigen? Andererseits — die Erkenntnis: der Blick der Menschen, die diesen Krieg erleben, ist radikal. Man muss sehen, was sie sehen.

Die Telegram-Nachrichten, die diese Fotos begleiten, sind die schriftlichen Zeugenberichte dieses Krieges.
***
Fotobücher machen
Sonja Deppisch im Gespräch mit den Fotografinnen Karin Kutter und Masha Pryven sowie der Verlegerin Regelindis Westphal.
Bei Kaffee und Kuchen

Mysia utopia

Reblog (Wikipedia)

Eksperyment Calhouna zwany mysią utopią – doświadczenie naukowe prowadzone od lipca 1968 do 1972 roku przez amerykańskiego etologa Johna B. Calhouna i kilkakrotnie powtarzane.

Założenia

Doświadczenie polegało na stworzeniu populacji myszy, składającej się najpierw z ośmiu osobników (4 pary), idealnego środowiska do życia. Myszy miały nieograniczony dostęp do pożywienia, wody i materiałów do budowy gniazd, z ich środowiska usunięto wszystkie drapieżniki, a także zapewniono im opiekę medyczną, by uchronić populację przed chorobami zakaźnymi. Jedynym ograniczeniem była powierzchnia – klatka o podstawie kwadratu o bokach długości 2,7 metra i wysokości 1,4 mogła pomieścić maksymalnie 3840 osobników.

Przebieg

Eksperyment trwał 1588 dni. Jego przebieg podzielono na cztery fazy:

  • Okres przystosowywania się – trwał do 104 dnia, kiedy to urodziły się pierwsze myszy nowego pokolenia. Jest to najkrótsza faza eksperymentu. W tym okresie myszy dokonały podziału terytorium i zaczęły budować pierwsze gniazda.
  • Okres gwałtownego rozwoju – trwał od dnia 105 do dnia 314. Liczebność myszy dubluje się co 55 dni. Osobniki dominujące, których pozycja społeczna jest wyższa, posiadają liczniejsze potomstwo niż słabsze osobniki. Zauważyć można, że myszy chętniej niż w pierwszej fazie przebywają w towarzystwie innych, obcych myszy.
  • Okres stagnacji – trwał od dnia 315 do dnia 559. Na początku tej fazy żyło 620 osobników. Populacja dubluje swoją liczebność co 145 dni. U samców następuje stopniowy zanik umiejętności obrony własnego terytorium, natomiast u samic powszechniejsze stają się zachowania agresywne i następuje zanik instynktu macierzyńskiego – potomstwo jest odrzucane przez matki. W fazie tej populacja myszy osiągnęła szczytową liczebność wynoszącą 2200 osobników. Stale zamieszkanych była tylko jedna piąta boksów przeznaczonych dla myszy.
  • Okres wymierania – trwał od dnia 560, w którym wskaźnik przyrostu naturalnego stał się ujemny, do dnia 1588, w którym zdechła ostatnia mysz, kończąc tym samym eksperyment. Samice coraz rzadziej zachodziły w ciążę, a w końcowej fazie eksperymentu populacja całkowicie utraciła zdolność reprodukcji. Dnia 600 nastąpiło ostatnie żywe urodzenie. W dniu 920 doszło do ostatniej kopulacji. Była to najdłuższa faza eksperymentu. Wśród myszy nastąpił całkowity zanik zachowań społecznych takich jak obrona własnego terytorium i potomstwa. Ich czynności sprowadzały się do zaspokajania potrzeb naturalnych i czyszczenia futra.

Wnioski

Badacz wskazuje, że redukcja naturalnej umieralności w warunkach ograniczonej przestrzeni doprowadziła do nadmiernego zagęszczenia populacji. Młode osobniki dojrzewając nie znajdowały miejsca dla siebie w organizacji społecznej, w której wszystkie role były już obsadzone. W warunkach naturalnych wyjściem z takiej sytuacji jest emigracja, ale w eksperymencie była ona niemożliwa. Walczyły więc o te role tak zaciekle, że efektem ubocznym stał się upadek normalnej organizacji społecznej. Ponadto nadmierna liczba spotkań z innymi osobnikami doprowadziła do unikania kontaktów społecznych. Kolejne młode urodzone w takich warunkach były przedwcześnie porzucane przez matki oraz grupy rodzinne i, wychowując się w zaburzonych warunkach, nabywały cech autystycznych. W szczególności stawały się same niezdolne do podjęcia prokreacji i wychowania młodych[1].

Calhoun podsumowywał te obserwacje pisząc, że śmierć śmierci cielesnej („śmierć do kwadratu” z tytułu jego pracy) prowadzi do śmierci organizacji społecznej i w konsekwencji do śmierci duchowej jednostek i formułował hipotezy, że w analogicznych warunkach społeczność ludzi także podlegałaby podobnym procesom.

Z drugiej strony zwracano uwagę, że eksperymenty laboratoryjne badają organizmy umieszczone w warunkach całkowicie odmiennych od naturalnych. Wpływa to na morfologię i funkcjonowanie ich mózgów, a więc na ich zachowania, rytm dobowy, rozród, reakcje na stres. W efekcie uzyskane wyniki nie muszą prowadzić do wniosków dotyczących organizmów w warunkach innych niż założone w badaniu.

***

Cały czas myślę, że coś mi to przypomina.

Z wolnej stopy 68


Zbigniew Milewicz

Stare i nowe prace Beaty


Ten wernisaż miał się odbyć najpierw gdzie indziej, w galerii sztuki, w której pracuje Beata. Szef jej to obiecał, ale w nieskończoność przesuwał terminy, więc miejsce znalazła sobie sobie sama. Okolice Romanplaz w Monachium mają swój klimat, piwnica też, więc jest zadowolona. Dla jej pryncypała nie byłby to żaden interes, w końcu chce sprzedawać swoje obrazy, a nie jej. Obiecał, że wystawa odbędzie się 22 października, więc jest, tylko na Wotanstrasse.


Przychodzą tylko zaproszeni goście, mnie zawiadomiła przez swój WhatsApp, więc sprawdzam, kogo znam. Paru gości z widzenia, ale Basię Grabowską i Ryszarda, jej męża, osobiście. Gdybym był złośliwy, ale przecież nie jestem, to bym napisał, że jak zły szeląg. W końcu była moją konkurentką, kiedy przed laty organizowałem imprezy taneczne dla monachijskiej Polonii. Oj działo się wtedy, działo. Dzisiaj nie skaczemy sobie jednak do gardziołek, tylko sączymy w nie różne nektary, którymi częstuje Beata, troskliwie pytamy o zdrowie, wnuków.
Pełna kultura.


Niektóre obrazy znam, artystka prezentowała je już na swojej pierwszej wystawie, o której pisałem tu bodaj pięć lat temu, ale są też nowe. Może więcej w nich metafizyki, na przykład w Mężu i żonie, czy Kielichu miłości. Przyciąga uwagę Ziarno, wymownie chrześcijańskie, jest trochę świeżych abstrakcji,
zainspirowanych brutalnością wojny na Ukrainie. Szkoda jednak, że to tylko jednodniowa wystawa, ale miłośnicy sztuki mogą nawiązać kontakt z artystką przez internet. Beata Modzelewska ma w sieci swój profil, BMKunst.

Schweine

Ich fand dies im FB meiner ehemaligen Schülerin. Die Zeiten sind gar nicht lustig, daher…

Tanja Lakatos is feeling amused.

WICHTIGE INFO 😂😂😂

Der Orgasmus eines Schweins dauert 30 Minuten. (Oh. Mein. Gott !!!)

Eine Küchenschabe lebt ohne Kopf noch neun Tage bevor sie verhungert.
(Gruselig. Ich habe das mit dem Schwein noch nicht ganz verarbeitet.)

Eine männliche Gottesanbeterin kann sich nicht paaren, während sein Kopf noch mit seinem Körper verbunden ist.
Das Weibchen leitet den Sex ein, indem Sie den Kopf des Männchens abreist.
(Liebl……ing, ich bin zu hause. Was soll …..?)

Ein Floh kann das 350-fache seiner Körperlänge springen.
Das ist so als ob ein Mensch die Länge eines Fußballfeldes springen kann.

(30 Minuten. Glückliches Schwein! Kannst du dir das vorstellen?)

Der Wels hat über 27.000 Geschmacksknospen. (Was könnte auf dem Grund eines Weihers so wohlschmeckend sein?)

Manche Löwen paaren sich mehr als 50 Mal am Tag. (Ich kann das mit dem Schwein immer noch nicht glauben …. Qualität über Quantität)

Schmetterlinge schmecken mit Ihren Füßen.
(Etwas was ich schon immer wissen wollte.)

Elefanten sind die einzigen Tiere, die nicht springen können. (Okay, das ist auch gut so)

Der Urin einer Katze leuchtet unter Schwarzlicht. (Ich frage mich wie viel die Regierung ausgegeben hat um das heraus zu kriegen)

Das Auge eines Vogel Strauß ist größer als sein Hirn (Ich kenne einige solche Leute).

Seesterne haben kein Hirn (solche Leute kenne ich auch)

Eisbären sind Linkshänder.

Menschen und Delfine sind die einzigen Gattungen die Sex zum Vergnügen haben.
(Was ist mit dem Schwein? Wissen die Delfine von dem Schwein?)

Jetzt da du mindestens ein Mal gelächelt hast, ist es an dir diese verrückten Tatsachen in Umlauf zu bringen. (und denk an das Schwein 🐷 )

🤣

Wiera


Montag 24. Oktober ACUD Theater 20.00 Uhr
Acud Theater, Veteranenstraße 21, 10119 Berlin


Event by Celina MuzaACUD Theater and Verein Kultur-Schmuggel

Tickets: www.acud-theater.de/programm/5259-wiera.html

Regie: Krzysztof Stasierowski
Text: Cezary Rossa
Arrangements: Paweł Stankiewicz
Übersetzung: Andreas Visser

Agnieszka Babicz – Schauspielerin, Sängerin und Produzentin. Sie studierte an der Schauspielschule am Musiktheater Gdynia, die sie mit Auszeichnung absolvierte. Dort spielte sie u.a. Fantine in „Les Misérables“, Fiona in „Shrek“ und Lorraine in „Dracula”. Viel Anerkennung brachte ihr die Darstellung der Anita in „West Side Story“ an der Stettiner Oper und die Arbeit am Stadttheater Gdynia ein, wo sie 2008 den Publikumspreis für die Rolle der Witwe in „Zorba“ erhielt. Ein breites Publikum kennt Agnieszka Babicz dank ihrer Auftritte in populären TV-Serien: „Na wspólnej“ und „Na dobre i na złe“. In den Filmen von Andrzej Kostenko „Lokatorzy“ und Janusz Kondratiuk „Faceci do wzięcia“ bewies sie ihr Talent.
Am 24. Oktober zeigt die Künstlerin ein neues Solostück „Wiera“
Ein musikalisches Monodrama der Schauspielerin Agnieszka Babicz aus der Dreistadt. Es basiert auf der Biografie und den Liedern aus dem Repertoire von Wiera Gran. Die große, bereits vergessene Künstlerin, polnische Sängerin jüdischer Herkunft, Kabarettistin und Filmschauspielerin, die während des Krieges im Warschauer Ghetto sang und nach dem Krieg durch den Vorwurf der Kollaboration mit den Deutschen verfolgt wurde und Opfer einer damaligen Hetzkampagne wurde.
Sie war das einzige Mitglied ihrer Familie, das die Besatzungszeit überlebte. Für den Rest ihres Lebens wehrte sie sich gegen Anschuldigungen, sie habe mit der Gestapo kollaboriert, um das Ghetto verlassen zu können. Trotz ihrer Erklärungen und gewonnener Prozesse wurde sie von Menschen, die den Anschuldigungen Glauben schenkten, ausgegrenzt. Sie wollte sich sehr von diesen Verleumdungen befreien – einer der Gründe, warum sie das Buch „Staffellauf der Verleumder – Autobiographie einer Sängerin“ schrieb (1980), auf dem der Text des Monodramas basiert.

Vorstellung in polnischer Sprache mit deutschen Untertiteln.

Karten: 15,00 / 10,00 EUR, https://www.acud-theater.de/
oder Anmeldungen an: info@kultur-schmuggel.org

Schauspielschulstudenten: Eintritt frei!

Fotos © Adam Krajewski

Die Inszenierung wird gezeigt im Rahmen des Projektes: HERBSTschläge – neue deutsch-polnische Solostücke in Berlin. Gefördert von der Berliner Senatsverwaltung für Kultur und Europa.