Z wolnej stopy 49

Zbigniew Milewicz

Dezerterzy

Tworzeniu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR towarzyszyły różne konferencje na wysokich szczeblach. Dnia 3 grudnia 1941 roku odbyło się spotkanie Stalina z generałami Sikorskim i Andersem, na którym omawiano sprawy organizacyjne, problemy związane z aprowizacją, zwalnianiem Polaków z łagrów oraz kwestię przyjmowania Żydów w szeregi armii. Po latach gen. Władysław Anders przytoczył (w swojej książce Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946) następującą wymianę zdań :

Anders: – Liczę na sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, ale w tym jest także sporo elementu żydowskiego, który w wojsku służyć nie chce.
Stalin: – Żydzi kiepscy wojacy.
Sikorski: – Wielu wśród Żydów, którzy się zgłosili, to spekulanci lub karani za przemyt. Tych w wojsku polskim nie potrzebuję.
Anders: – Przeszło sześćdziesięciu Żydów zdezerterowało z 5 Dywizji w przeddzień rozdania żołnierzom broni.
Stalin: – Tak, Żydzi to marni wojacy. Co wam po Żydach. Wam potrzebni Polacy, to najlepsi żołnierze .

Kiedy dwa miesiące później rozpoczął się oficjalny pobór do tego wojska, w składach komisji poborowych, poza Polakami, zasiedli urzędnicy NKWD oraz sowieccy lekarze, co miało niebagatelny wpływ na to, kto trafił w szeregi armii. Sowieci uważali, że wcieleniu do Armii Andersa podlegają jedynie obywatele, którzy w paszportach mają określoną narodowość „Polak“. Natomiast „ Żyd“, „Ukrainiec“ lub „ Białorusin“, którzy wcześniej zamieszkiwali wschodnie rubieże II RP, uznawani byli za „mniejszości narodowe, uciskane przez polskich panów“, a formalnie za obywateli sowieckich i jako tacy podlegających poborowi do Armii Czerwonej. Rząd polski na Zachodzie nie akceptował tej sprzecznej z prawem międzynarodowym klasyfikacji, stojąc na stanowisku, że wszyscy mieszkańcy terenów zaanektowanych po 17 września 1939 roku przez ZSRR, bez względu na narodowość, są obywatelami Polski i podlegają amnestii oraz prawu wcielenia do powstającej armii. Karty rozdawali jednak gospodarze.

Żydzi, Ukraińcy i Białorusini z łagrów szli więc w sołdaty i stamtąd, jak nadarzała się okazja, często uciekali do Andersa, zwłaszcza ci pierwsi. W ślad za uciekinierami władze sowieckie słały żądania wydania zbiegów, ale komisje rekrutacyjne odrzucały te postulaty. W gestii gospodarzy była aprowizacja armii polskiej, kwaterunek, a przy okazji polityki kadrowej – ideologiczna agitacja i praca wywiadowcza, bo musieli przecież wiedzieć, jakie są nastroje w obozie Polaków i co oni planują. Polscy kadrowcy starannie sprawdzali więc armijnych ochotników, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że dla poborowych – niezależnie od narodowości – generał Anders był jedynym wybawicielem z nieludzkiej ziemi łagrów, jedyną szansą wyrwania się z nich na wolność. W łagrach los był jednakowo okrutny dla wszystkich, dla Polaków, Żydów, Ukraińców i Białorusinów, więc nawet jeśli niektórzy z nich mieli później zginąć na polu walki, to pewnie każdy liczył na żołnierskie szczęście.

Zgoda Stalina na ewakuację polskiego wojska z ZSRR wydaje się niezrozumiała, zwłaszcza w świetle trudnej sytuacji na froncie. Jednakże Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę z nastrojów panujących w tej armii. Po cierpieniach, jakie przeżyli więźniowie łagrów, trudno było od nich oczekiwać przyjaznego stosunku do koalicjanta, który jeszcze niedawno miał ich na muszce. Poza tym Stalinowi było potrzebne wojsko podporządkowane jego celom politycznym i takie znalazł później w armii Zygmunta Berlinga. Niebagatelny wpływ na decyzję Stalina mieli również Anglicy, którym zależało na obsadzeniu przez Polaków ważnych strategicznie i gospodarczo terenów Bliskiego Wschodu. Zagrożenie stanowiły nie tylko wojska niemieckie, odnoszące sukcesy w Libii i Egipcie, ale i wewnętrzne zamieszki pod piramidami. Dodatkowo w Syrii zauważano wpływy proniemieckie. Nie mogąc własnymi siłami zabezpieczyć roponośnych terenów Iraku i Persji oraz Kanału Sueskiego, obsadzonych przez liczebnie słabe kontyngenty hinduskie, australijskie i nowozelandzkie, Brytyjczycy liczyli na wzmocnienie tych terenów polską armią. Solą w oku była jednak obecność Żydów w wojsku Andersa.

Z jednej strony Żydzi popierali bowiem Wielką Brytanię w walce z III Rzeszą, ale z drugiej – różnymi sposobami starali się zwalczać Anglików w Palestynie, mając nadzieję na utworzenie tam swojego samodzielnego państwa. W powstałym konflikcie mieli swój udział również Arabowie, nieoficjalnie sympatyzujący z państwami Osi; w efekcie trwały ciągłe starcia wszystkich trzech stron konfliktu. Brytyjczycy zdawali więc sobie sprawę z konsekwencji, jakie może przynieść nowy przypływ Żydów, do tego wyszkolonych wojskowo i uzbrojonych. Brali oni nawet pod uwagę prawdopodobieństwo wybuchu wojny domowej, dlatego też nie wydali zgody na wprowadzenie jakichkolwiek odrębnych jednostek żydowskich do Palestyny. Wspomina o tym w swojej pracy*, cytowany już w poprzednim wpisie, Sylwester Strzyżewski. Historyk precyzuje na wstępie, że najpierw – w okresie od stycznia do lutego 1942 roku – żołnierze Andersa zostali przebazowani ze swoich obozów na teren Uzbekistanu i Kirgizji. Stamtąd ewakuowano ich do Iranu, w dwóch turach: na przełomie marca i kwietnia oraz w sierpniu 1942 roku. Pierwszy rzut objął ponad 30 000 żołnierzy, 3 000 osób z formacji pomocniczych i ponad 10 500 ludności cywilnej. Drugi – 44 000 żołnierzy i 25 500 cywili. Liczba Żydów w obydwu turach nie przekraczała 7 tysięcy osób.

W tym czasie uaktywniła się działająca w Palestynie i skupiająca głównie emigrantów z Polski – Rada Żydów, która ułatwiała chętnym opuszczenie polskiego wojska i zasilenie tworzących się żydowskich sił zbrojnych. Dezercje przybrały na sile jesienią 1942 roku, po letniej akcji mobilizacyjnej, przygotowanej przez Radę. Adresowana ona była formalnie do Żydów palestyńskich, ale liczono na szerszy zasięg. Organizacyjnie niczego tam nie brakowało – w żydowskich skupiskach rozwieszano stosowne plakaty, rozpowszechniono ulotki, wygłaszano emocjonalne przemówienia, wytykano osoby wymigujące się od patriotycznego obowiązku. Wszystkie gazety, niezależnie od poglądów jakie reprezentowały, agitowały za mobilizacją do żydowskiego wojska, a całość uświetniały duże defilady. W efekcie w ciągu miesiąca do komisji poborowych zgłosiło się 1870 osób, w tym także kobiet, które następnie skierowano do wojskowych obozów szkoleniowych. Oprócz tego kilkuset chętnych wstąpiło do policji.

O skali dezercji w Armii Andersa świadczy informacja przesłana przez generała na ręce ambasadora Polski w ZSRR, Stanisława Kota. Pisze on w niej o 193 Żydach, którzy zdezerterowali z I Dywizji Strzelców Karpackich w sierpniu i wrześniu 1942 roku. Dezercjom towarzyszyły rozpowszechniane przez Rosjan za pośrednictwem mediów plotki, że Żydzi w Wojsku Polskim są dyskryminowani. Celem tych kalumnii było zdyskredytowanie władz polskich w oczach koalicjantów, a także wywołanie konfliktu polsko-żydowskiego.

We wrześniu 1942 roku Armia Andersa została przetransportowana z Persji do Iraku w rejon Kirkut-Mosul. I jeżeli tym razem z przesunięciem wojska nie było większych problemów, to z kolei administracja brytyjska sprzeciwiła się ewakuacji ludności cywilnej, wyrażając zgodę na jej przesunięcie jedynie wtedy, gdy nie będzie wśród niej Żydów. Zmusiło to polskie władze do ominięcia zakazu poprzez zorganizowanie transportu morskiego wokół Półwyspu Arabskiego. Z kolei dzieci żydowskie, przebrane w mundurki szkoły katolickiej, odbyły podróż do Palestyny samochodami ciężarowymi. Przybycie Wojska Polskiego do Palestyny należy datować na kwiecień 1943 roku – pisze S. Strzyżewski.

Jak tam było, relacjonuje Jan Zaściński**:

W Palestynie w roku 1943 sytuację polityczną cechowało napięcie. Nacjonaliści żydowscy planowali zajęcie tego kraju przez akcję zbrojną przeciwko Arabom. Sprzeciwiali się temu Anglicy. Gdy przybył tam nasz korpus, podziemna armia Izraela prowadziła przeciwko armii brytyjskiej podjazdową walkę, która ograniczała się do pojedynczych ataków na samochody i inne obiekty wojskowe. Miała ona na celu zmuszenie Anglików do opuszczenia Palestyny. Nasi żołnierze-Żydzi zaczęli od razu nawiązywać kontakty ze społeczeństwem żydowskim. Inteligentny chłopak z mojej baterii opowiadał mi po powrocie z pierwszej przepustki do Tel-Avivu, jak serdecznie był przyjęty przez palestyńskich pobratymców. Fakt ten zachęcał jego kolegów do szukania szczęścia pod tym samym adresem. Nieco później zaczęły krążyć pogłoski, że niedługo mamy wyjechać do Egiptu. I wówczas zaczęły się pierwsze dezercje. Po prostu żołnierz jechał na przepustkę i już nie wracał. W takich wypadkach pułk miał obowiązek sporządzić list gończy i przekazać go do dowództwa korpusu. Gdy ilość wypadków zaczęła rosnąć, pułkownik kazał mi się zająć tą sprawą. Dyskutowaliśmy w kasynie o tym problemie. Stosunek do niego naszych oficerów był jednomyślny: jeśli lojalność tych uciekinierów jest po stronie Izraela, to niech idą. Pułkownik przypominał nam, aby nie dopuścić do szykan. Nie mieliśmy z tym żadnych kłopotów.

Tak na ogół reagowali oficerowie na przypadki dezercji. Mniej wyrozumiale odbierali zachowanie Żydów podoficerowie i szeregowi – znali się z delikwentami bezpośrednio i ich reakcje były bardziej żywiołowe. T.M. Czerkawski, w swoich wspomnieniach stwierdza:

We wrześniu masowa dezercja żołnierzy Żydów, ponad trzy tysiące. Mój celowniczy Tejblum też nie wrócił z przepustki, Ernfid również. Całe szczęście, że przeszkoliłem Alberta Sinickiego! Kapral Maksymilian Kaczko i Julek Hütter – podchorąży z pierwszego dyonu, odmówili zrzucenia munduru.***

W opinii żołnierzy dezerterzy byli często zwykłymi kombinatorami, wyzutymi z honoru i poczucia lojalności wobec Rzeczpospolitej, którzy wykorzystywali polskie obywatelstwo do własnych celów:

Podczas przerwy w ćwiczeniach dostrzegam, że dwa „Carriersy” gonią kogoś biegnącego po polu. Posyłam kaprala, aby sprawdził, co się tam dzieje. Wraca i melduje: „Ułani poznali Żyda z któregoś batalionu V Dywizji”. Był już w cywilnym ubraniu i pracował na tym polu. Jest to jeden z wielu Żydów, którzy wyszli razem z Korpusem ze Związku Radzieckiego. Niektórzy w Palestynie uciekli do kibuców – on też. (…) Zestawiam te dwa obrazy i staram się zrozumieć zarówno tych, którzy samochcąc wyjechali kiedyś z Polski, a tęsknią do opłotków Niemenczyna, oraz tych, którzy znaleźli się w armii polskiej i w chwili, kiedy ma ona iść do walki z Niemcami zostają na polach kibuców. Nie odpowiedziałem sobie na to pytanie. Pozostawiłem je tam, w Palestynie .****

Dezerterzy w większości trafiali do różnych podziemnych organizacji walczących o niepodległość Izraela, część szła do kibuców, aby bronić ich przed Arabami, inni przenosili się do Armii Brytyjskiej, z nadzieją uzyskania brytyjskiego obywatelstwa, co wiązało się z możliwością pozostania w Palestynie. Najwięcej Żydów decydowało się przystąpić do organizacji Hagana, na której później zbudowano armię izraelską. Dlaczego dezerterowali z armii polskiej? Ponieważ bardziej czuli się Żydami, niż Polakami. Michał Zammel***** – Żyd z Piotrkowa Trybunalskiego, urodzony w 1917 roku, tak wspominał tamten czas:

Usłyszał, że następnym etapem wędrówki będzie Palestyna. Wielu żydowskich żołnierzy szeptało już po cichu, że ich właściwym miejscem jest tzw. legion żydowski – nie tylko walka z Niemcami, ale też walka o żydowską Palestynę. (…) Codziennie otrzymywali przepustki, w sobotę i niedzielę można było jechać do Jerozolimy, Tel Awiwu lub Hajfy. Podziemna organizacja żydowska Hagana (…) potrzebowała takich młodych i zdrowych ludzi, a do tego jeszcze dobrze wyćwiczonych żołnierzy z różnych formacji: piechoty, artylerii, saperów, kierowców ciężarówek. (…) Podjął trudną decyzję, uznając, że „trzeba walczyć za swoją sprawę, to znaczy za uwolnienie Palestyny od brytyjskiej dominacji”. Wraz z innymi opuścił obóz: „Czekały już na nas przygotowane przez Haganę ciężarówki, którymi rozwieziono nas do kibuców położonych na terenie całej Palestyny. Ta operacja została przeprowadzona jednocześnie w każdej formacji wojskowej, a po nadejściu kolejnych transportów z ZSRR było nas już ponad dwa tysiące żołnierzy”.*****

Zastanawiając się nad przyczynami analizowanego zjawiska, Sylwester Strzyżewski stwierdza, że część Żydów nie widziała możliwości ułożenia sobie życia w powojennej Polsce. Wskazuje także na jednak obecny w wojsku antysemityzm. Był to między innymi – pisze efekt zamierzonej polityki Rosjan, którzy po ogłoszonej amnestii w pierwszej kolejności wypuszczali z więzień Żydów, a następnie utrudniali ich przyjęcie do wojska, jednocześnie rozgłaszając pogłoskę, iż Rosja nie zakazuje przyjęć do Wojska Polskiego, lecz to Polacy nie chcą przyjmować Żydów do armii. Dla porównania powołuje się on na przykład ewakuowanej w 1940 roku z Syrii Brygady Karpackiej, która była dobrze przyjęta przez Żydów, m.in. dlatego, iż jej żołnierze nie byli oskarżani o antysemityzm.

Jakie były skutki dezercji dla Armii Andersa i jak reagowało na nią naczelne dowództwo, o tym za tydzień, w ostatniej części tego tematu.
_________

* Sylwester Strzyżewski, Dezercje Żydów z Armii Andersa w świetle dokumentów Instytutu Polskiego i Muzeum im. Władysława Sikorskiego w Londynie, 2012

** Jan Zaściński, Pieśń o Warze, Warszawa 1999

*** Tadeusz Mieczysław Czerkawski, Byłem żołnierzem generała Andersa, Warszawa, 1991, s. 189

**** Romuald Kobecki, Kartki z kalendarzy 1940-1946, Warszawa 1966, s. 102

***** Cyt. za Piotr Szubarczyk, Historia życia Michała Zammela, [w:] „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 11/2005, Warszawa 2005, s. 76-85

Łucja, żaden autorytet (3)

Łucja Fice

Myślę

Myślę, że odbieram jakieś fale – może są to fale mózgowe, może myślowe, może świetlne, które nie giną, a są nagrywane przez środowisko. Ja żyję na własnej linii dźwięku i światła – to mój indywidualny ślad, moja tożsamość. Może odbieram fale z przyszłości i mój mózg przetwarza to na senne obrazy. Zresztą sama nie wiem. Może wszystko co mi się przydarza, widzę jako doświadczenie, zwyczajne to, co musi się w przyszłości wydarzyć. Może mam się nauczyć i zebrać informacje, a kolektywna świadomość potrzebuje tego, bym je zebrała? Jestem niespokojna, rozgorączkowana, nieprzerwanie poszukuję przygód, często weryfikuję swoje poglądy. Idę z duchem czasu, nie oglądając się wstecz. Obecna chwila jest najważniejsza. Widzę jasno swoją przyszłość i jestem gotowa na nowe wyzwania, doświadczenia, ryzyko. Witalna i zwinna, oto cechy jakich potrzebuję. Myślę, że posiadam. Wszystkie.

List do córki, która śmieje się z mamy i jej znikomej wiedzy

Mam dużo czasu i myślę, myślę. Wpadłam na genialny pomysł, żeby opisać CZAS. Czy można go wytłumaczyć z punktu widzenia fizyki? Zwracam się do Ciebie, jako wykształconego fizyka z dyplomem angielskiej uczelni. Posłuchaj! Nie wiem, czy mam rację. Starzejemy się szybciej, jeśli czas biegnie powoli (nuda, oczekiwanie na coś), a jeśli  zatrzymujemy chwilę intensywną pracą, to zatrzymujemy w miejscu również czas i wówczas się nie starzejemy. Pytanie – o ile? Nieważne, że np. o milisekundy, ale to zawsze coś.
CZAS mnie kręci, bo śnią sny, w których nie mam uczucia upływu czasu liniowego, tam w ogóle nie ma czasu. Dobra! Obliczę to w następnym życiu, a może kiedyś podpowiem Ci STAMTĄD, CZYM JEST CZAS  i dam CI znać. Przecież znajduję się w jakimś czasie, w jakiejś przestrzeni ale… w takim razie, w czym znajduje się przestrzeń? Kiedy mnie ktoś o to pyta, to w przestrzeni mego wnętrza WIEM, czym jest CZAS, jakbym w czasie zadawania pytania wiedziała, ale po sekundzie zapominam. Wymyśliłam, że CZAS zależy od wagi (ciężaru.) Ktoś ciężki, kto waży np. 100 kilo, będzie żył krócej niż chudy o wadze np. 60 kilo. Ale o ile krócej? W dzisiejszym śnie miałam wykład o CZASIE. Boże! Chcę pamiętać, co mówiłam. TO było ważne, a ja nie pamiętam.

Twoja mama
Łucja, żaden autorytet

Odpowiedź

Mamuś, nie wiem i nikt nie wie. Żaden z naukowców do tej pory nie podał definicji CZASU. Dla mnie po prostu jest, bo… mam zegarek, a spóźniłam się dziś do pracy.

Jastarnia (6)

Jacek Krenz

Kino „Żeglarz”

Kultowe Kino „Żeglarz” nadal istnieje,
prowadzone przez rodzinę pasjonatów,
dzięki którym oparło się wszechobecnym
multipleksowym trendom

Kino było ważnym miejscem naszych wakacyjnych przeżyć i wzruszeń, poszerzającym naszą wyobraźnię o świat poza codziennością. Westerny przenosiły nas w rozległe prerie, skaliste wąwozy Dzikiego Zachodu, gdzie honor przeciwstawiał się złu. Stawaliśmy się odważnymi kowbojami i Indianami. W wakacyjnym repertuarze były głównie westerny (Rio Bravo, 15:10 do Yumy, Człowiek, który zabił Liberty Valance’a, Siedmiu wspaniałych, czeski pastisz Lemoniadowy Joe) i francuskie filmy przygodowe z Delonem i Belmondem (Trzech muszkieterów, Człowiek z Rio). Oglądaliśmy je po kilka razy, już bez kupowania biletów, kiedy udawało nam się wślizgnąć przez kotarę zasłaniającą drzwi wyjściowe, otwarte dla koniecznej wentylacji sali. Czasem czekaliśmy na odpowiedni moment w toalecie, do której drzwi były obok ekranu. Nad drzwiami widniała sentencja: Godziny, lata płyną, lecz cóż, wiecznie młode jest kino.

Chłopaki wchodzili czasem z butelkami, powiedzmy, że była to oranżada albo lemoniada, które po opróżnieniu turlały się z rumorem po drewnianej pochyłej podłodze ku ekranowi. Jedna z naszych dziewczyn dorównywała im lżejszym kalibrem, puszczając piłeczkę ping-pongową w ślad za butelkami.

Filmy znaliśmy na pamięć, po wielokrotnym ich obejrzeniu, więcej uwagi poświęcaliśmy grom towarzyskim.

Muzyka

Przy stacji benzynowej stał drewniany barak, pełniący rolę świetlicy zwanej „Tancbudą”. Koncert „Czerwono-Czarnych” w 1962, w roku ich debiutu, zgromadził tłumnie całą wakacyjną młodzież. Karin Stanek śpiewała swoje przeboje: Malowana lala, Autostop i Chłopiec z gitarą. Śpiewali też Michaj Burano, Katarzyna Sobczyk i chyba Helena Majdaniec. Było głośno i duszno, a taki ścisk, że gdy udało mi się wspiąć, by zobaczyć scenę, przestałem już dotykać stopami podłogi, utrzymywany wyżej przez widzów wokół mnie. Nowa, niezwykle dynamiczna muzyka rockowa, big-beatowa porwała wszystkich. Tak bardzo odbiegała od sączonych całymi dniami z głośników radiowęzła śpiewów Tercetu Egzotycznego, ze wzruszającym Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu, Marii Koterbskiej Karuzeli, na zmianę z włoskimi przebojami Marin Marino Mariniego, Mamma son tanto felice Robertina Loretti czy Questa piccolissima serenada, którą śpiewał Teddy Reno.

Nieco lepszy repertuar niż z radiowęzła grał zespół pana Monety do tańca na five’ach i dancingach w Domu Zdrojowym.

Czerwono-Czarni na Festiwalu Piosenki
w Sopocie 1964

Karin Stanek śpiewała:

Tato, kup mi dżinsy-spodnie,
Tato, będzie mi wygodnie,
Tato, wszyscy mają dżinsy,
Kup je mi!

Prośba ta wyrażała marzenia tysięcy polskich nastolatków o spodniach-symbolu zachodniego stylu życia, ale była trudna do spełnienia. Były wprawdzie podobne spodnie z tak zwanego „teksasu”, lecz to nie było to! Cudem zdobyte oryginalne dżinsy rozpruliśmy z braćmi na części, a mama wykorzystała krój do uszycia nam dżinsów z płótna żaglowego. Farbowaliśmy je na różne odcienie niebieskiego. Płótno zdobywaliśmy od rybaków, którzy kupowali je na przydział do łodzi. Koledzy wypraszali takie dżinsy u naszej mamy i trudno jej było sprostać zamówieniom, tylu było chętnych. Założyliśmy z braćmi zespół big beatowy w składzie trzech braci Krenzów + Leszek Weres (trzy gitary i perkusja) i nazwaliśmy go „Blue Jeans”.

Pewnego razu wsiedliśmy do stojącego na stacji pociągu towarowego, który po chwili ruszył w kierunku Redy. We Władysławowie pociąg zwalniał na ostrym zakręcie na południe i wtedy z łatwością wyskoczyliśmy. Poszliśmy w kilka par na five do „Domu Rybaka”. Atrakcję stanowiła tam fontanna z figurą rybaka ustawiona na środku kręgu tanecznego. Mocno to jednak odbiegało od ulubionej atmosfery naszych tańców w Jastarni.

Wracaliśmy po północy autostopem ciężarówką z otwartą paką. Usadowiliśmy się pośród jakichś metalowych urządzeń i śpiewaliśmy wesoło przez całą drogę. Nazajutrz nie było już nam tak wesoło, gdy okazało się, że dziewczyny pobrudziły sobie sukienki czarnymi smarami, a pranie wtedy nie było takie proste.

Chodzenie po mieście. Aleja Słońca

Ela Kargol

Miałam trzy lata, gdy stawiano mur w Berlinie. Nie mam pojęcia, kiedy się o nim dowiedziałam, o murze, że jest i dzieli dużo więcej niż tylko jedno miasto.

Gdy przyjechałam na dobre do Berlina, mur jeszcze pięć lat miał stać, dzielił, straszył, zamykał, utrudniał, wymuszał trudne decyzje, desperackie czyny, ucieczki, pozwalał marzyć o tym co będzie, gdy go już nie będzie.

Od ponad 30 lat go już nie ma. “Upadł”. Miasto go wchłonęło, zatarło po nim ślady. Gdzieniegdzie jeszcze budzi lęk lub zachwyca swoją obecnością albo duplikatem wyprodukowanym dla turystów. Po upadku i euforii zaczęło się scalanie tego, co kiedyś rozdzielono.

W 2019 roku, 30 lat po upadku muru miałyśmy z Joanną Trümner w planie, przejść lub objechać rowerem całą trasę muru, ponad 160 kilometrów. Podczas naszych wycieczek do muru, zmieniałyśmy często początkowe zamiary i szukałyśmy w naszej pamięci wspomnień o nim.

Powstało kilkanaście tekstów, zamieszczonych tu na blogu u naszej “adminki”. Rok później ona i ja wydałyśmy książkę Śladami Muru Berlińskiego. Dołączyła do nas jeszcze Krystyna Koziewicz.


Nie dawało mi spokoju, że nie do wszystkich miejsc dotarłyśmy. Próbuję to nadrabiać.

Gdy córka przeprowadziła się do mieszkania przy Planetenstraße, w berlińskiej dzielnicy Neukölln, krótko zastanawiałam się, po której ona teraz mieszka stronie. Bo dla tych, którzy mur pamiętają, on nadal dzieli, może już nie dosłownie, ale w pamięci, na dzielnice zachodnie i te na wschodzie miasta.
Do Planetenstraße dojeżdża się kolejką miejską. Köllnische Heide była ostatnią stacją w Berlinie Zachodnim i jakoś mi ulżyło, gdy dowiedziałam się, że Helcia zamieszka po tej „właściwej stronie”. Dla córki nie miało to żadnego znaczenia.

Budynek stacji “S-Bahny” po latach nieużywania w czasach rozłąki miasta został odrestaurowany, zmodernizowany i jest stacją pełną życia z przydworcową gastronomią i sprzedawcami handlującymi artykułami pierwszej i niepierwszej potrzeby.

Sonnenalle, ulica największej gwiazdy, bohaterka filmu o tym samym tytule, Aleja Słońca, którą podzielił mur, a wokół niej, po obu stronach dworca Köllnische Heide ulice nazwane od innych planet i gwiazdozbiorów: niepozorny Venusplatz, jeszcze mniejsza Siriusstraße, Jupiterstraße, nawet gwiazdozbiór Delfina ma tu swoją ulicę, tylko ogródki działkowe takie przyziemne i nie sięgają gwiazd, w czym może przeszkadza im drut kolczasty wiszący nad prawie każdym wejściem.

Idąc w kierunku wschodnim ulicą Planet dochodzimy do Heidekampgraben, rowu wodnego, który podczas podziału Niemiec wyznaczał granicę między Berlinem Zachodnim a Wschodnim. Po upadku i otwarciu muru wzdłuż rowu wodnego utworzono zielony korytarz z placami zabaw i rekreacji, mostami i kładkami. To zielone pasmo jest częścią Szlaku Muru Berlińskiego i po 2 – 3 kilometrach przecina Aleję Słońca (Sonnenallee) w miejscu, gdzie ponad 30 lat temu było przejście graniczne. Spacer drogą muru zostawiam na lepsze czasy i lepszą sprawność.

Przy Planetenstraße czekam na autobus w kierunku granicy i przejścia, których już nie ma. Autobus długo nie nadjeżdża, więc przyglądam się rzeźbom, które już znam z widzenia i które mylnie kojarzyłam z bajkową fontanną w pobliskim parku (Märchenbrunnen im Schulenburgpark).

Kiedyś myślałam, że tylko Friedrichshain ma swoją bajkową fontannę.

Rzeźby długo nie dawały mi spokoju, aż w końcu na jednej z nich zauważyłam podpis autora. Arthur Wellmann, zasłużony artysta III Rzeszy, którego rzeźby i pomniki zniknęły z mapy miasta, twórca pierwszego antyżydowskiego pomnika (Fritsch-Denkmal), postawionego w berlińskim Zehlendorfie, niedaleko Mexikoplatz na skwerze bez nazwy i jakichkolwiek śladów. Jego rzeźby tworzone w tzw. Heimatstilu z ludowymi motywami, którymi w 1938 roku upiększał place przed budynkami komunalnymi w Neukölln i Treptow, stoją do dzisiaj. Wdrapują się na nie dzieciaki wszystkich narodowości świata.

https://www.tagesspiegel.de/berlin/bezirke/steglitz-zehlendorf/politik-des-hasses-zehlendorf-im-nationalsozialismus-das-erste-antisemitische-denkmal-deutschlands/9057034.html

Wreszcie przyjeżdża autobus M41, wsiadam, jadę w kierunku Baumschulenstrasse, tam gdzie się kończy Aleja Słońca. Mijam Schulenburgpark po lewej stronie, po prawej kolorowe fasady domów i wypatruję czegokolwiek, co przypominałoby ślad muru, ślad granicy. Krótko przed przystankiem widzę w poprzek asfaltowej jezdni podwójną linię kostek brukowych, umowny znak przebiegu drogi muru. Wysiadam, podchodzę do byłej granicy, do przejścia granicznego, którego nie ma, szukam śladów. Chyba dobrze, że ich nie ma. W 1999, dziesięć lat po upadku muru artystka Heike Ponwitz wygrała konkurs na upamiętnienie tego miejsca. Po obu stronach dwupasmowej ulicy stoją lunety nazwane przez artystkę grafoskopami, mające upamiętniać przejścia graniczne w zamkniętym mieście. Patrząc w lunetę, można odczytać słowo Übergang (przejście), wyryte w soczewkach. Ponieważ zaglądam w te lunety z każdej strony, robię zdjęcia i jeszcze raz zaglądam, starszy przechodzień podchodzi do mnie i mówi: „Pani, tam nic nie ma, to jest do pomiaru prędkości, albo do czegoś innego, ale tam pani nic nie zobaczy.” Wyjaśniam mu, co to jest. On mur pamięta, ale pamiętać nie chce. Było, minęło. Mieszkał i mieszka we wschodniej części miasta. Wracam autobusem M41 do Köllnische Heide. Przypadkowo dowiaduję się do jak ważnej linii autobusowej wsiadłam. M41 ma nawet swoje fejsbukowe strony

https://de.wikipedia.org/wiki/Metrobuslinie_41_(Berlin)

Czekam na tym samym przystanku na inny autobus, żeby pojechać do mostu Chrisa Gueffroy’a (ChrisGueffroyBrücke).

Spoglądam znowu na rzeźby Wellmanna, coraz mniej je lubię.

Chris Gueffroy urodził się siedem lat po budowie muru, urodził się po wschodniej stronie Niemiec, w Pasewalku, w wieku pięciu lat przeprowadził się z matką i bratem do Berlina, wschodniego. Gdyby żył nie miałby swojej ulicy, swojego mostu, pomnika, gdyby żył. Umarł w wieku 21 lat. W tym wieku jest teraz moja córka, ta która mieszka po „właściwej stronie”, tej, na którą chciał się przedostać Chris. Uciekali we dwóch, Chris i kolega, w nocy z 5 na 6 lutego 1989 roku, w pobliżu ogródków działkowych “Harmonie” przez Britzer Verbindungskanal.

Słoneczna aleja była w zasięgu ręki, za kilka miesięcy miał upaść Mur Berliński.

Chris upadł jak Ikar lecąc ku słońcu, zabity 21 strzałami na pasie śmierci.

Mur berliński stał przez 28 lat, dwa miesiące i 28 dni – od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku.

Wspomnienia o Maryli (13)

Magdalena Ciechomska

Przywołując w pamięci moje rozmowy z Marylą uświadamiam sobie, że większość z nich pozostała niedokończona. Pewnie dlatego, że choć miałyśmy w pewnych sprawach podobne poglądy, to nie zawsze się zgadzałyśmy. Czasami miałam wrażenie, jakby Maryla była tym zaskoczona. Dotyczyło to zwłaszcza tematów kobiecych i feministycznych. Powracał w naszych rozmowach problem aborcji, najtrudniejszy pod względem etycznym. Zasadniczo obie byłyśmy za prawem do wyboru. Jednak, gdy temat zaczynałyśmy – mówiąc językiem młodzieży – rozkminiać, ujawniały się różnice w poglądach. Pamiętam, że jeszcze przed narodzeniem Jaśka, w czasach, gdy pod wpływem Maryli analizowałam z feministycznego punktu widzenia literacki wizerunek kobiety i matki w polskiej literaturze, zwróciłam uwagę na motywy łączące stale macierzyństwo z cierpieniem. Czułam wówczas głęboki sprzeciw wobec takiego wzorca kulturowego, wiedząc oczywiście o tym, w jaki sposób jego geneza wiąże się z tematem martyrologii i mesjanizmu narodowego. Później, gdy ujawniła się niepełnosprawność naszego syna (a stało się to między trzecim a piątym rokiem jego życia), temat, który traktowałam w kategoriach czysto symbolicznych, wrócił do mnie w wymiarze realnego, życiowego doświadczenia, pozbawionego wszelkich kontekstów historycznych i kulturowych. Bo oczywiście fakt, że moje dziecko jest niepełnosprawne stanowi rodzaj cierpienia. Jednak nie przekreśla ono ani miłości macierzyńskiej (rodzicielskiej), ani nie unieszczęśliwia. Jak powiedziała Iwona Hartwich, przywódczyni protestu rodziców i opiekunów niepełnosprawnych dzieci: „Nasze dzieci nie są dla nas problemem…”

Wciąż niepokoi mnie pytanie, czy w związku z prawem kobiety do wyboru, prawo do życia osoby z niepełnosprawnością nie staje się ambiwalentne? Ten rodzaj pytań stawiałam Maryli, która miała tu od razu obraz naszego syna a swojego bratanka. I nie znajdowała, bo nie mogła znaleźć, gotowych odpowiedzi. Np. kiedy zapytałam ją, co sądzi o postawach, jakie pojawiły się we Francji, gdy niektóre media pokazywały uśmiechnięte, szczęśliwe dzieci z zespołem Downa i ich szczęśliwych rodziców. To wywołało sprzeciw działaczy „pro choice”, bo, rzekomo, mogło wzbudzać poczucie winy u kobiet, które zdecydowały się na aborcję. Maryla, po namyśle, zgodziła się ze mną, że było to ze strony organizacji „pro choice” zdecydowanie zbyt daleko posunięte działanie propagandowe.

Gdy się ma w rodzinie niepełnosprawne dziecko, zwłaszcza, gdy się jest jego rodzicem, ale także wtedy, gdy po prostu obserwuje się z bliska jego rozwój, jasne staje się pytanie o zależność między wolnością a powinnością. Pojawia się cały szereg pytań, na które nie zawsze wystarcza odpowiedź z perspektywy rodzicielskiej, matczynej miłości. Maryla mogła oglądać nas, rodziców w różnych sytuacjach. Wtedy, gdy dawaliśmy sobie radę i wówczas, gdy doświadczaliśmy całkowitej bezradności. Także wtedy, gdy popełnialiśmy błędy, gdy traciliśmy siły i cierpliwość. Gdy doświadczaliśmy bycia rodzicami niedoskonałymi. Jestem głęboko przekonana o tym, że te doświadczenia były bardzo ważne dla niej, właśnie jako feministki.

Maryla lubiła też przywoływać postać włoskiej lekarki, Gianny Beretty Molla, świętej kościoła katolickiego. Była ona dla niej przykładem wolnego, w pełni świadomego wyboru, wynikającego nie tylko z wiary, ale też popartego wiedzą medyczną. Zgadzałyśmy się w jednym: że był to wybór heroiczny, który musi być dokonany w wolności i nie może być wymuszony przez prawo. Nasze poglądy różniły się tym, że Maryla popierała nieograniczone prawo do aborcji, ja natomiast byłam i jestem zwolenniczką prawnego kompromisu.

Kiedy w Sejmie RP przegłosowano ustawę zaostrzającą prawo aborcyjne, opowiedziałam się po stronie protestujących kobiet. Oczywiście wiem, że Maryla też stanęłaby po tej stronie. Ale też jakoś nie potrafię utożsamić się z postawą Kai Godek, pomimo, że jest ona matką niepełnosprawnego dziecka. Nawet jeśli rozumiem jej argumenty, to w kontekście całej działalności organizacji Ordo Iuris, którą reprezentuje, brzmią one dla mnie fałszywie. Nie można bowiem bronić dzieci, będąc wrogiem ich matek.

* Gianna Beretta Molla (1922-1962) – włoska lekarka, matka trojga dzieci, która zdecydowała się urodzić czwarte dziecko, mimo iż lekarze poinformowali ją, że donoszenie ciąży będzie dla niej oznaczało śmierć z powodu włókniaka macicy; święta Kościoła katolickiego.

Z wolnej stopy 48

Zbigniew Milewicz

Z łagrów pod polskie sztandary

Układ Sikorski – Majski, podpisany został w Londynie 30 lipca 1941 roku. 12 sierpnia 1941 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało natomiast ważny dekret o amnestii dla obywateli polskich, aresztowanych i deportowanych przez NKWD, po sowieckiej agresji na nasz kraj i ten dokument był następstwem londyńskiej umowy.

Układ dotyczył wznowienia stosunków dyplomatycznych między Polską i ZSRR, które Kreml jednostronnie zerwał po 17 września 1939 r. Ta data jest na ogół znana, więc tylko krótko przypomnę towarzyszące fakty: we wrześniu 1939 roku, na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, hitlerowskie Niemcy wspólnie ze stalinowską Rosją dokonały czwartego rozbioru Polski, zawarły między sobą traktat o granicach i przyjaźni, po czym nastąpiła formalna aneksja okupowanych terenów; jak to robił Wehrmacht i jak Armia Czerwona – też wiadomo. Konsekwencją aneksji wschodnich terenów II Rzeczpospolitej było narzucenie mieszkańcom okupowanych ziem obywatelstwa ZSRR, sowietyzacja życia i polityczne represje. Odczuła je każda kresowa rodzina, także moja, od strony ojca, o czym pisałem w Życiu od nowa po raz drugi.

Podejmowane przez polski rząd na uchodźstwie próby udzielenia oficjalnej pomocy deportowanym Polakom były przez Moskwę całkowicie ignorowane, nie uznawała ona rządu gen. W. Sikorskiego. Ponadto fakt, że państwa sprzymierzone (Wielka Brytania, Francja) nie były w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim, w dużej mierze obniżał możliwości rządu polskiego w omawianej kwestii. Kierunek radzieckiej polityki jednoznacznie oddawał ton przemówienia Wiaczesława Mołotowa z października 1939 r., mającego na celu uzasadnienie agresji na Polskę. W swojej wypowiedzi stwierdził, że Polska egzystowała dzięki wyzyskiwaniu uciemiężonych narodów niepolskich, a uderzenie Armii Czerwonej i niemieckiej w zupełności wystarczyło do unicestwienia „pokracznego bękarta traktatu wersalskiego”. Ponadto, według Mołotowa, Armia Czerwona wkroczyła do Polski w celu udzielenia pomocy Ukraińcom i Białorusinom uciskanym przez polskich panów.

“Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku miał bezpośredni wpływ na wznowienie stosunków dyplomatycznych (…) pomiędzy rządem polskim a Moskwą (za pośrednictwem Brytyjczyków). Podczas prowadzonych rozmów strona polska postulowała o anulowanie traktatu Ribbentrop-Mołotow, otwarcie w Moskwie polskiej ambasady, utworzenie organizacji polskiej, mającej na celu sprawowanie opieki nad ludnością polską przebywającą na terenie ZSRR oraz uwolnienie wszystkich jeńców polskich i innych osób, które zostały pozbawione wolności w ZSRR. To właśnie oni mieli zostać żołnierzami nowej armii polskiej. Ponieważ rząd Polski nie ogłosił we wrześniu 1939 roku stanu wojny z ZSRR, stosunki dyplomatyczne mogły być wznowione bez przeszkód formalno-prawnych”.

Cytowane fragmenty tekstu pochodzą ze wstępu do pracy Sylwestra Strzyżewskiego*, Dezercje Żydów z Armii Andersa w świetle dokumentów Instytutu Polskiego i Muzeum im. Władysława Sikorskiego w Londynie, zamieszczonej w Zeszytach Naukowych Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych, Nr 3 (165) 2012, które mi podesłał elektronicznie mój brat Mariusz. O głównym wątku tej publikacji napiszę oddzielnie, teraz chciałbym się odnieść najpierw do przyczyny nagłej spolegliwości Stalina w stosunku do Polaków. Wywodziła się ona z katastrofalnej sytuacji militarnej ZSRR w 1941 roku, z zaskoczenia agresją III Rzeszy na Związek Sowiecki (operacja Barbarossa) i potrzeby materialnej pomocy ze strony Wielkiej Brytanii i USA. Po późniejszej klęsce Wehrmachtu pod Moskwą strona radziecka zaczęła się stopniowo wycofywać z zawartych uzgodnień, ale na razie amnestia była szansą na przeżycie dla tysięcy Polaków, deportowanych w głąb ZSRR. Zgodnie z nią natychmiastowemu uwolnieniu podlegali obywatele RP – jeńcy wojenni, internowani, więźniowie więzień i łagrów, osoby pozostające w śledztwie, zesłani osadnicy wojskowi, leśnicy oraz członkowie rodzin osób represjonowanych i wysiedlonych. Według danych NKWD, przekazanych Stalinowi przez Berię 1 sierpnia 1941, dekret miał dotyczyć 381 220 osób, określanych jako byli obywatele polscy. Liczba ta obejmowała również 26 160 jeńców, podobnie określanych słowem byli.

Podpisanie układu, Londyn 30 lipca 1941 roku. Od lewej: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski. Amnestia objęła 381 tysięcy Polaków.

„W celu zawarcia umowy wojskowej, umożliwiającej utworzenie Wojska Polskiego – pisze dalej S. Strzyżewski – do Związku Radzieckiego udała się polska misja wojskowa na czele z gen. bryg. Zygmuntem Bohuszem-Szyszko. Efektem wizyty było podpisanie w dniu 14 sierpnia 1941 roku umowy wojskowej, określającej zasady sformowania na terenie ZSRR Armii Polskiej, która miała wejść w skład sił zbrojnych Rzeczypospolitej i podlegać organizacyjnie i personalnie Naczelnemu Wodzowi. Pod względem operacyjnym armia ta miała podlegać Naczelnemu Dowództwu ZSRR. Zwolniony w dniu 4 sierpnia z więzienia na Łubiance gen. bryg. Władysław Anders został dwa dni później wyznaczony przez Naczelnego Wodza na dowódcę Armii Polskiej w ZSRR”.

Dla porządku, mowa o naczelnym wodzu Polskich Sił Zbrojnych na uchodźstwie, generale Władysławie Sikorskim. Zwalnianie osadzonych z więzień, obozów pracy, czy też zesłania było całkowicie uzależnione od władz radzieckich. Za ich zgodą Polacy utworzyli polską ambasadę w Kujbyszewie i 19 delegatur, które zostały rozmieszczone w naszych największych skupiskach oraz powołali 387 mężów zaufania (w połowie 1942 r. komórki te zlikwidowano pod pretekstem rzekomego prowadzenia działalności wywiadowczej oraz propagandy antyradzieckiej). Pierwotnie polskie wojsko w ZSRR miało liczyć dwie dywizje i jeden pułk zapasowy. Buzułuk, koło Kujbyszewa został siedzibą sztabu armii, natomiast w Tatiszczewie, obok Saratowa, Trockoje i Kołtubance sformowano obozy mobilizacyjno-szkoleniowe, a następnie pierwsze jednostki. W dniu 22 sierpnia 1941 r. gen. Władysław Anders wydał Rozkaz nr 1, w którym wezwał (…) wszystkich obywateli Rzeczypospolitej zdolnych do noszenia broni, by spełnili swój obowiązek względem Ojczyzny i wstąpili pod sztandary Orła Białego. W ślad za nim w łagrach zaczęły działać komisje rekrutacyjne.

Według oficjalnych informacji strony rosyjskiej, w obozach w Griazowcu, Jużsku, Suzdalu i Starobielsku znajdowało się około 21 000 oficerów i szeregowych, którzy w 1940 roku nie podzielili losu ofiar Katynia i Charkowa. Na podstawie tych danych pierwotnie ustalono stan tworzonej armii na 25 000 żołnierzy. W pierwszych dniach września przetransportowano do obozów formujących się jednostek około 1 000 oficerów i ponad 21 000 szeregowych, jednak napływ żołnierzy trwał nadal.
3 października Rada Obrony ZSRR wydała uchwałę ustalającą stan armii Andersa na 30 000 żołnierzy, jednak w połowie miesiąca dołączyło do nich jeszcze osiem tysięcy nowych i ponad dwa tysiące cywili. Polsko-radziecka deklaracja, podpisana 4 grudnia 1941 r., brzmiała jeszcze optymistyczniej; według niej w polskich szeregach miało stanąć 96 000 żołnierzy. Oprócz nich 30 000 osób miało zostać przydzielonych do tzw. formacji pomocniczych, a część wojsk mogła spodziewać się przerzutu do Wielkiej Brytanii i na Środkowy Wschód.

Główny problem tkwił w tym, kto mógł wstąpić do polskiej armii. Klucze do bram łagrów mieli Rosjanie i oni niepodzielnie decydowali o tym, kto przez nie wychodził. 1 grudnia 1941 Rosjanie uznali jednostronną notą, że „amnestia” obejmuje wyłącznie osoby narodowości polskiej, czego nasza strona nie akceptowała, gdyż ZSRR uzurpował sobie prawo rozstrzygania o tym, kto jest obywatelem Polski, a kto nim nie jest. Ukrainiec, Białorusin i Żyd ze wschodnich terenów RP z polskim obywatelstwem musieli pozostać w łagrze, natomiast NKWD nie miało zastrzeżeń, aby uznać za właściwe obywatelstwo żydowskich więźniów, pochodzących z centralnych i zachodnich terenów II RP. Stosunkowo łatwo korzystali też z amnestii ukraińscy i białoruscy łagiernicy, wystarczała deklaracja, że są narodowości polskiej i pragną walczyć w armii Władysława Andersa. W jakim stopniu podejmowane decyzje wynikały z sowieckiego bałaganu administracyjnego, a w jakim ze sprytnej, sabotażowej taktyki NKWD, mającej na celu dezorientację osadzonych Polaków, to trudno mi ocenić.

Dekret o amnestii był realizowany selektywnie; niektórzy więźniowie na wolności mogli być kłopotliwi dla stalinowskiej władzy. Znany jest przypadek uporczywego przetrzymywania w łagrach Ust Vym w republice Komi profesora Stanisława Swianiewicza, jedynego żyjącego świadka zbrodni katyńskiej, zwolnionego dopiero na osobistą interwencję ambasadora Stanisława Kota. Innym charakterystycznym przykładem jest uwolnienie pisarza Gustawa Herlinga-Grudzińskiego dopiero w listopadzie 1941, po ogłoszeniu przez niego głodówki. W wielu miejscach odosobnienia blokowano informacje o tworzonej armii, lub podawano sprzeczne dane o miejscach jej formowania.

W opinii przeciwników układu Sikorski–Majski, Naczelny Wódz zgadzając się na użycie słowa „amnestia” faktycznie uznał władzę ZSRR na terytoriach wcielonych do tego państwa po roku 1939. Niemniej dzięki niej wyszło z łagrów i więzień wielu ludzi – jeńców wojennych i zesłańców, z których uformowano Polskie Siły Zbrojne w ZSRR. Szacunkowo ewakuacji z imperium doczekało ponad 100 tysięcy obywateli polskich. 2 Korpus Polski utworzony z oddziałów ewakuowanych z ZSRR brał udział w kampanii włoskiej, w tym w bitwach o Monte Cassino, Anconę i Bolonię, stanowiąc największą liczebnie formację Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Pozostałych w ZSRR obywateli RP już w roku 1942 poddano nowym represjom, w szczególności masowej akcji paszportyzacji – wymuszania zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. W styczniu 1942 r. Wehrmacht poniósł pod Moskwą dotkliwą klęskę, więc Stalin odzyskał dawną pewność siebie i z powrotem przykręcił Polakom śrubę.

_____

* Sylwester Strzyżewski, Ministerstwo Obrony Narodowej

Chichot Temidy 4

Erotyka i seks

Tym dwom ważnym dla nas ludzi sprawom Temida poświęca szczególną troskę, w końcu jest empatyczną kobietą. Zobaczmy zatem, czego nie wolno robić, a co jest zgodne z prawem u wuja Sama i w innych krajach:

W Little Rock (Arkansas) mężczyznom i kobietom nie wolno flirtować na ulicy, gdyż może to grozić 30 dniami aresztu.

W Hartford (Connecticut) zakazane jest całowanie żony w niedzielę.

Na Florydzie, w stanie Montana, Wirginia i Waszyngton jedyną akceptowaną pozycją seksualną jest pozycja misjonarska. Wszystkie inne uważa się za niedozwolone.

W stanie Arizona seks oralny jest uważany za sodomię.

Na Florydzie nie można całować piersi żony.

W stanie Indiana zabronione jest noszenie wąsów, jeżeli ich właściciel ma zwyczaj całowania innych ludzi.

W stanie Iowa pocałunek nie może trwać dłużej niż pięć minut.

W Ottumwa, w tym samym stanie, mężczyźnie nie wolno mrugać do kobiety, której nie zna.

W Ames (Iowa) mężowi nie wolno po stosunku wypić więcej niż trzech łyków piwa, kiedy leży z żoną w łóżku, lub trzyma ją w ramionach.

W stanie Kentucky kierowcom taksówek nie wolno kochać się na przednim siedzeniu pojazdu w czasie godzin pracy.

W stanie Massachusetts kobieta w czasie uprawiania seksu nie może znajdować się na górze.

Na Florydzie zabronione są stosunki seksualne z jeżozwierzem.

W Alexandrii (Minessota) mężczyźnie nie wolno kochać się z żoną, kiedy z jego ust czuć zapach czosnku, cebuli albo sardynek. Jeżeli jego żona sobie tego zażyczy, musi umyć zęby.

W Carlsbadzie (Nowy Meksyk) dozwolone jest uprawianie seksu podczas przerwy w pracy na lunch w zaparkowanym samochodzie, jeżeli w pojeździe są zaciągnięte zasłony.

W Szwecji legalna jest prostytucja, ale sprzeczne z prawem jest korzystanie z usług prostytutki.

W Singapurze niezgodny z prawem jest seks oralny, chyba że stanowi element gry wstępnej.

W Australii prawny wiek inicjacji seksualnej wynosi 16 lat, ale jeżeli dana osoba pozostaje pod opieką rodziców, lub opiekunów prawnych, wiek ten wynosi 18 lat.

We Francji oraz w stanie Wisconsin nie można całować się w pociągach.

We Włoszech wolno podszczypywać kobiety w pupę.

W Arabii Saudyjskiej zabronione jest całowanie nieznajomych.

W stanie Karolina Północna wszystkie pary decydujące się na nocleg w hotelu są zobowiązane wynająć pokój z dwoma oddzielnymi łóżkami. Odległość między nimi musi wynosić co najmniej dwie stopy. Surowo zabronione jest także uprawianie seksu na wolnej przestrzeni między łóżkami.

W Allentown (Pensylwania) mężczyznom nie wolno pojawiać się publicznie w stanie podniecenia seksualnego, podobnie, jak w Mississippi kobietom.

W stanie Oklahoma, Rhode Island oraz Wirginia nadal zakazane jest utrzymywanie stosunków pozamałżeńskich.

W Dallas (Teksas) zakazane jest posiadanie realistycznie wyglądających wibratorów.

W stanie Teksas rozwiedzionym szesnastolatkom nie wolno rozmawiać o seksie podczas dodatkowych zajęć w szkole średniej.

W Lebanon (Wirginia) nie można wyrzucić żony z łóżka.

W Auburn (Waszyngton) mężczyzna pozbawiający kobietę dziewictwa, bez względu na jej wiek, czy też stan cywilny, może zostać oskarżony i skazany na pięć lat więzienia.

W Connorsville (Wisconsin) mężczyźnie nie wolno strzelać z broni palnej w momencie, kiedy jego partnerka przeżywa orgazm.

To byłoby na razie na tyle, jeżeli chodzi o Chichot Temidy. Do tej zabawnej lektury postaram się jeszcze wrócić, ale pojutrze wypada 80 rocznica pewnego ważnego dekretu, wynikającego z Układu Sikorski-Majski, o którym chciałbym napisać w następnym materiale, więc będzie poważniej.

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz

Łucja, żaden autorytet (2)

Łucja Fice

Cisza

Passau. Lipiec 2016

Sama w lesie. Słuchawki na uszach. Odcinam się od głosów natury. Koła roweru posłuszne stopom. Życie musi być piękne, przecież sama je tworzę. Choć wszystko wokół żyje, ma głos, to chcę słuchać CISZY. Wchodzę w siebie, zaznaję izolacji od świata. Jestem swoim lustrem, przeglądam się w samej sobie. „Piękniejsza od muzyki jest tylko CISZA”. W tej CISZY, która panuje w mojej głowie, czuję cały kosmos. Jestem miniaturowym kosmosem. Szczęście. W jednej sekundzie myśli zmieniają tory, tak jak ja ścieżkę. Teraz wchodzę do naszego DOMU. To wspomnienie zawsze mnie zaskakuje. Może istnieję w tym trójwymiarowym świecie i jeszcze w innym, który jest odbiciem tego świata jak w kryształowym lustrze? A w tym drugim świecie odbijają się moje myśli, a jeśli myśli, to znaczy, że również moje grzechy? Czyżbym posiadała swój własny duplikat po drugiej stronie lustra? Czy ty tam będziesz? Czuję się zmieszana przywołanym obrazem i znajomym zapachem. Przecież domy pachną jak ludzie. To odczucie jest jak ucisk, jak porodowy skurcz.

Spoglądam na okolicę, na ten piękny świat. Słońce chowa się za drzewami. Światło, dotąd bezbarwne, robi się perliste. Krajobraz robi się bardzo znajomy. Może ta okolica czekała na mnie? – Wiesz! Czuję się, jak pomniejszony model samej siebie, a smutek sączy się po ramionach, spływa po udach w postaci słonego potu. Jestem wystraszona tym rodzajem wyobraźni, bo wiem, że nie wrócę do naszego DOMU, gdzie zaproponujesz herbatę, wspólne obejrzenie filmu i dotyk.

W mym sercu rządzi teraz rozterka i zamęt. Kochany. Może składamy się z własnych lęków, pragnień, a upływ czasu jest obojętny? Może życie to urywki albo strzępy naszych marzeń? Jak złożyć naszą historię, czy ona w ogóle istnieje? Ta CISZA odbiera mi rozum. Widzę ciebie. Też płaczesz? Słyszę jakąś melodię. Czy to muzyka CISZY? Nie płacz, proszę, to nie pasuje do twojego optymizmu. Nie chcę wpaść w pustkę. Zamień tę czerń na róż mojej ulubionej nocnej koszulki.

Kochany

Chcę Ci powiedzieć, że po tylu latach rozłąki nauczyłam się czekać. Będziemy jeszcze grzeszyć. Myślę teraz o nas, o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami, (może w tej chwili pracują w nas te miony, tachiony?) Odczuwam twoją bliskość. Mam wrażenie dotyku twojej dłoni. Słyszysz mnie? – Ktoś zapalił już wszystkie światła. Z oddali Dunaj się pali. Widzisz? W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota? Teraz pragnę, żebyś mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Spójrz! Słońce już zachodzi czerwonym arbuzem. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać. Kochany. Ten spokój wśród drzew smakuje mi miętą. Chociaż …nie. Drzewa nie pachną miętą. Może tak pachnie tęsknota? Czuję głód powrotu. DOM. CISZO, bolisz mnie, choć jesteś piękniejsza od Miss Muzyki.

Zbliżam się do polany, na której pasą się konie. Polana jak teatralna dekoracja. W milczeniu przyglądam się zwierzętom.

Podchodzę do jednego i kładę dłoń na jego boku. Wyczuwam twarde, mocne ciało. Widzisz to? Zdumiewa mnie masywność zwierzęcia. Odsuwam się i czuję samą siebie. To doznanie mnie poraża. Zdaję sobie sprawę, jaka jestem mała, skurczona i zwiotczała przy tym cielsku.

Nie odchodź, słuchaj mnie, proszę. Patrzę jeszcze na zwierzęta i zaczynam odczuwać, jak między nami następuje ciche porozumienie. Porozumienie pomiędzy człowiekiem i fauną, porozumienie między mną TU, a Tobą w naszym domu. Rozumiesz to? Natura jest CISZĄ, a może CISZA to natura? Odczuwam tę całość. Ach! Więc jesteśmy całością? CISZA jest całością?
– A materia, atom, oktawa, płaszczyzna, plan świata astralnego?
– Co mówisz?
– Jak w przyrodzie, tak w człowieku, panuje królowa CISZA. Cisza, to kobieta. Kobieta to królowa, która nosi w sobie światło, twoje łono wybuchało dwa razy. Dwa potężne rozbłyski, które dały nowe życie. Był więc w tobie rozbłysk gwiazdy. Wiem, że żyjesz w kilku różnych światach, zawierających się w sobie. Jesteś moją królową. Pytasz gdzie teraz jestem? W twojej głowie, kochana, w twoich myślach, bo istnieją tachiony, te hipotetyczne cząsteczki, które mogą w próżni przekraczać prędkość światła. Dzięki nim zaglądam w twoją rzeczywistość. Może w nas są furtki do tunelu CZASU i może pojedyncze fotony w naszych komórkach podróżują szybciej niż światło i stąd w CISZY nasza komunikacja. Może istnieją w nas Informacyjne Porty z rezonansowym językiem i dlatego możemy komunikować się ze sobą.
– Ach!, choć daleko, to blisko?

Ruszam w drogę powrotną pełna zrozumienia i niezrozumienia odwiecznych spraw. Jestem już w tym cudzym domu, przy moim podopiecznym. Ciało gibkie. Napasłam oczy zielenią. Spoglądam w lustro i widzę, jak odbija się w źrenicach nieskończoność nienasyconej odpowiedzi na dręczące pytania. Czym jest CISZA? Czym jest ten świat? Czym jest życie? Oczy łzawią od wiatru, czuję powiew we włosach i zapach lasu, który pachniał mi miętą. Taka miętowa wsunęłabym Ci się pod kołdrę. Wyrywam jeszcze kartkę z kalendarza, a na jej odwrocie, jakby przekaz zza lustra. „Uważaj na swoje myśli, bo zamienią się w słowa. Uważaj na swoje słowa, bo zamienią się w czyny.” Będę czekać na Ciebie w moim śnie, w mojej CISZY.

Twoja Łucja, żaden autorytet

Jastarnia (5)

Jacek Krenz

Lata 60

Słoneczne dni spędzamy na plaży. Wylegujemy się w grajdołach – powieści, opowieści, dowcipy przeplatają się leniwie. Gadamy, czytamy, gramy w karty. Co pewien czas wskakujemy do zimnego zwykle Bałtyku. Najwięcej zabawy jest ze skakaniem na sztormowe fale, trzeba jednak uważać, by cofając się, nie wciągnęły w głąb. Nie lada wyczynem było dopłynięcie przy sporych falach na oddaloną od brzegu mieliznę, bo tuż przed nią silny prąd odpychał, utrudniając wejście na łachę piasku.

Lata 60 to już czas licealny. Beztroskie zabawy, figle i przekomarzania ustępują teraz poważniejszym rozmowom o książkach, filmach, o sztuce. Czytaliśmy też prasę, która wtedy była naprawdę ciekawa: „Świat Młodych”, „Poznaj Świat”, „Szpilki” z felietonami Toeplitza i rysunkami Mai Berezowskiej, „Forum” z fragmentami artykułów ze świata, no i „Przekrój” z komiksowym Panem Filutkiem i krzyżówką na ostatniej stronie. Z poważniejszych tygodników kupowało się „Kulisy”, „Film” i „Kulturę”. Należałem wtedy do Kółka Historii Sztuki w poznańskim Zamku. Mieliśmy więc z Iwoną wspólne zainteresowania, zwłaszcza że szykowała się na studia na Wydziale Historii Sztuki na Jagiellonce. Zachwycaliśmy się Barbarzyńcą w ogrodzie Herberta, malarstwem Jacka Malczewskiego. Lubiłem szczególnie jego Krajobraz z Tobiaszem, gdzie wyłaniająca się zza wzgórza wąska linia szczytu dachu zapowiadała ukryty świat. Obraz W tumanie, z grupą wirujących postaci na spokojnym tle melancholijnego pejzażu, za każdym razem odsłaniał coś nowego, czego wcześniej jakby nie dostrzegłem. Byłem poruszony, gdy Iwona zapoznała mnie ze Swietłaną i Jolą Malczewskimi, które podobno były jakoś z malarzem (malarzami, bo był przecież i Rafał) spokrewnione.

W gorszą pogodę graliśmy w karty w sali brydżowej Domu Zdrojowego. Spotykaliśmy się w kawiarni „Cichy Kącik” na rozmowy przy kieliszku wermutu Istra Bitter Sherry.

Odwiedzali mnie też wtedy moi szkolni koledzy. Do najbliższego mi przyjaciela Michała Ozdowskiego, dołączyli Romek Gabryel, Paweł Moś i Włodek Kaftański. Zmienił się zestaw naszych lektur. Czytaliśmy Salingera Buszującego w zbożu i Fanny i Zoe, i oczywiście Hemingwaya Ruchome święto, Pożegnanie z bronią i Za rzekę w cień drzew. Odkryciem okazał się też T.S. Eliot. Mama Krzysztofa, Krystyna Starczewska, wiedząc o moich zainteresowaniach, pożyczyła mi biografię Suzanne Valadon, o której tak czule pisał jej syn, Maurice Utrillo:

Tak się zwie moja matka, równie
piękna jak dobra, szlachetna i miła,
wszelkie ma zalety, jakie tylko są,
i jeszcze Bóg talentu natchnienie jej zsyła.

Pierwsze radio tranzystorowe przywiózł kolega Jurka, niejaki Mądry, po pobycie w Anglii. Mógłby też nazywać się Majętny, bo przyjechał wspaniałym motorem Victoria, równie czerwonym i opływowym w kształtach jak jego radio, które chętnie nam pożyczał. To dzięki niemu mogliśmy wysłuchać patetycznego Koncertu e-moll na fortepian i smyczki (Malédiction) Franciszka Liszta, który na sztormowej plaży brzmiał szczególnie wspaniale.

Z moim bratem Jurkiem i Krzysztofem chodziliśmy rysować i malować morskie tematy w porcie. Braliśmy od Jurka radio tranzystorowe, by słuchać muzycznego Radia Luksemburg ze słynną listą Top Twenty. Na pierwszym miejscu zwykle wtedy byli Beatelsi, za nimi Roy Orbison z Pretty Woman, The Animals, The Shadows, Dave Clark Five, Bob Dylan, The Kinks… Jeszcze w czasie roku szkolnego udało mi się zaprenumerować „The New Musical Express”. Przed wakacjami przekierowałem prenumeratę na adres w Jastarni, dzięki czemu mieliśmy najświeższe wiadomości z muzycznego świata.

Raz po raz jakimś cudem udawało nam się wykorzystać jakąś szczelinę w żelaznej kurtynie, oddzielającej nasz zgrzebny świat od tego kolorowego, zachodniego, który jakoś zupełnie nie kojarzył nam się ze „zgnilizną”, jak usiłowała nam to wmówić propaganda. Trafiały do nas takie atrakcje jak: para dżinsów cudem zdobyte gdzieś chyba przez Jurka, czerwone obiekty Mądrego czy wspomniany „The New Musical Express”. O ofercie darmowej prenumeraty tego tygodnika muzycznego dowiedziałem się z Radia Luxemburg; przychodził pocztą regularnie, wysyłany gdzieś ze Szkocji. W konsulacie amerykańskim w Poznaniu, jak się cierpliwie wyczekało, można było dostać egzemplarz czasopisma „Ameryka”, z pocztówką gramofonową w środku.

Jurek

Do wędkowania musieliśmy się przygotować dzień wcześniej, kopiąc robaki na łące. Wbijało się łopatę i poruszało, tak by wypłoszyć gąsienice na wierzch. Okonie i płocie najlepiej brały przy kamieniach portowego falochronu. Wędkarzom można wierzyć lub nie, ale raz zdarzyło mi się złowić całe wiadro ryb w ciągu godziny. Była wspaniała uczta, bo świeże ryby zaraz po złowieniu smakują najlepiej.

Koło południa ubieraliśmy się i schodziliśmy z plaży do miasta na lody, na smażoną rybę, no i żeby kupić bilet do kina na wieczorny seans. Pensjonat „Oaza” serwował najlepsze na świecie panierowane filety z dorsza. Ponoć polegało to na całonocnym moczeniu ich w mleku. Dla ochłody sprzedawano na ulicy, z saturatora na kółkach, wodę z sokiem, serwowaną w szklankach, ledwie spłukiwanych i mało higienicznych.