Syberia

Dramatyczny koniec dzieciństwa. Ten temat był już u nas na blogu i na pewno będzie jeszcze wielokrotnie powracać.

Po publikacji u nas na blogu tekst “Cioteczka Lidzia” ukazał się drukiem w monachijskim kwartalniku dla Polonii “Po prostu” (Lato 2013)

Roman Brodowski
Cioteczka Lidzia

Kiedy przed wielu laty, pewnego letniego popołudnia 1975 roku, odwiedziła moją rodzinę nieznana mi dotąd Cioteczka Lidzia, mój dotychczasowy świat, świat zbudowany na tzw. fundamencie faktów historycznych oraz prawd ideowych, jakie otrzymałem w procesie kształcenia, runął jak przysłowiowy domek z kart.

Kim była Cioteczka Lidzia? Dlaczego jej wcześniej nie widziałem? Dlaczego ojciec mój nigdy nikomu o niej nie opowiadał?

Odpowiedzi na te jak i wiele innych a dotyczących jego przeszłości pytań zabrał na zawsze ze sobą w drogę ku niebiosom. Wiem, że była jego przyjaciółką, towarzyszką dziecięcych zabaw, ukochaną kuzynką, pierwszym obiektem miłosnych westchnień.

Niestety, wojenna zawierucha rozdzieliła oboje na wiele, wiele lat. Rozstali sie bowiem w okresie beztroskiego dzieciństwa, by ponownie się spotkać, gdy ich życie zaczęło nabierać barw wczesnojesiennych, a ich zegar biologiczny dawno przekroczywszy półmetek odmierzał czas szybciej i szybciej, przybliżając się do coraz mniej odległej granicy przemijania.

Na ich drodze zabrakło niestety najpiękniejszego z okresów, a mianowicie lata.

Sytuacja i miejsce, w jakim się znaleźli nie pozwoliły im cieszyć się owocami dorastania, nie pozwoliły na pierwsze miłosne uniesienia i rozterki, na niczym nie zakłócane kształtowanie się ich osobowości czy światopoglądu, na ukończenie wybranych szkół, na postrzeganie rzeczywistości poprzez pryzmat różowych jeszcze szkiełek, na marzenia.

Zamiast tego rzuceni zostali na wezbrane wody bezlitosnej, krwawej historii.

Ich pokolenie uwikłane w największy spektakl zbrodniczego teatru ery nowożytnej,  wyreżyserowanego przez fanatycznych zbrodniarzy jakimi byli Hitler i Stalin, zmuszone było do walki, o przetrwanie, o chleb, o godność człowieka, o wolność.

Na początku 1940 roku, na mocy dekretu Stalina, okupująca nasze ziemie wschodnie, Armia Czerwona, a ściślej mówiąc NKWD rozpoczęła czystki etniczne i wysiedlania. Tysiące Polaków wymordowano lub zesłano na wieloletnią tułaczkę w głąb Związku Radzieckiego, do Kraju Krasnojarskiego, do Komi, na Ziemię Irkucką, do Omska, Kraju Ałtajskiego czy też do Kazachstanu, nie wspominając znanej i znienawidzonej Kołymy.

Wszędzie, gdzie w niewolniczej pracy, z głodu, z wyczerpania, zimna oraz chorób umierali zesłańcy, w każdym zakątku Syberii można było spotkać naszych rodaków. Także członków mojej rodziny, także niespełna piętnastoletnią Ciocię Lidzię wraz z matką i bratem (ktòry nie przeżył zesłania).

Do kraju powróciła (wraz z mężem, którego poznała na Dalekim Wschodzie, oraz małą córeczką) w 1961 roku. Jako repatriantka otrzymała mały domek na ziemiach odzyskanych (niedaleko Brzegu Dolnego) tuż nad Odrą, gdzie spędziła resztę swojego życia, z dala od mrozu, poniewierki, oraz nieludzkiego traktowania.

Przy każdym spotkaniu ze mną wspominała o tym co nigdy nie powinno było się wydarzyć w człowieczej, bogowiernej rzeczywistości. Wspomnienia te utrwaliłem w wierszach.

Ojca mojego Niemcy wysłali do pracy przymusowej w kopalni soli w Salzburgu w 1942 roku, w ramach pacyfikacji Zamojszczyzny oraz oczyszczania terenów z „grup bandyckich“ czyli polskich partyzantów.

Nawet nie próbuję sobie wyobrazić tego, co musiał przeżywać ten (wòwczas) niespełna szesnastoletni chłopiec. Z dala od najbliższych, w obcym wrogim kraju, zmuszony do wykonywania najcięższych prac, poniżany i bity.

Wiem jedno, że trauma spowodowana przeżyciami tamtych dni pozostała w nim do śmierci. Był zamknięty w sobie, nieufny, szukał wewnętrznego wyzwolenia, ale był jednocześnie dobry, troskliwy i opiekuńczy. Tak go można opisać w kilku słowach. Chociaż nie potrafił tego okazać, wiedziałem, że w jego sercu zawsze było miejsce na miłość.

Na początku 1945 roku, kiedy wojska hitlerowskie przegrywały na wszystkich frontach, a losy wojny zostały już przesądzona, udało mu się wraz z kilkoma towarzyszami niedoli uciec z obozu pracy, przedostać na Zachód i w końcu dotrzeć do wojsk alianckich, do armii francuskiej generała de Gaulle’a. Tam doczekał zwycięstwa nad faszyzmem, oddając swój wkład nienawiści z bronią w ręku. Nie wiedział wówczas, że zwycięstwo nie oznaczało wolności i suwerenności naszej ojczyzny.

Ufny powrocie do Polski wiosną 1946 roku i jako repatriant z Zachodu musiał odbyć wielomiesięczną „kwarantannę“ pod opiekuńczym i czujnym okiem funkcjonariuszy UB.

Te dwie krótkie biografie, dwie pisane łzami i cierpieniem historie są podobne tysiącom innych, jakie zdarzyły się w okresie drugiej wojny światowej oraz podczas hegemonii sowieckiej również po jej zakończeniu. Te historie stały się dla mnie inspiracją do powstania cyklu wierszy upamiętniających wydarzenia tamtego okresu.

Historia listu z piekła

Wyrzucona z ciemnego wagonu
Pofrunęła niby piórko, płatek
Poszarzała, zapisana kartka
List w nieznane do nieba, do świata.

Wiatr ją porwał wysoko obłokiem
Nad korony drzew stojących wieki.
Byle dalej od drogi cierniowej,
Byle bliżej syberyjskiej rzeki.

Rzeka wzięła w chłodne swe ramiona
I kołysząc poniosła ku brzegom.
Ku przystani wiecznego spoczynku
Zostawiając na srebrzystym śniegu.

Ktoś ją znalazł po latach nad wodą
I przeczytał słowa, w pośpiechu pisane.
Łzy spłynęły po twarzy rzęsiście…,
To był list do mateńki kochanej.

Takich listów można znaleźć wiele
W syberyjskiej nieznanej przestrzeni.
To leżące, prawdziwe historie,
Dramat ludzi na nieludzkiej ziemi.

Żory, 17.11.1985

Sen.

Białe łabędzie podobne aniołom
Tańczyły po błękitnobiałym
Jak na wodach oceanu bezkresie.
Niby kujawiaka, niby walczyka.

Drzewa okryły swe nagie ramiona
Barwami wiosennego kwiecia
Zaprosiły pszczelą armię robotnic
Na ucztę pańskiego zwiastowania.

A w kuchni moja mateńka
Świątecznym, słodkim porankiem
Moich kolejnych urodzin,
Kroi pachnący miłością chleb.

I tylko czekać kiedy wejdzie?

Wstawać! Na rabotu swołocz,
Obudziła mnie rzeczywistość,
Mojej sybirackiej niewoli,
Głosem czarnego anioła piekieł

A we mnie pozostał sen.

Żory, 21.11.1982

Zsyłkowe Boże Narodzenie

Dzisiaj jest u nas chyba święto.
Na dworze zimno, mróz siarczysty.
A do brukwianki dołożono smalec
I kromkę chleba z prawdziwego ziarna.

Sąsiad leżący na pryczy złożył ręce
W modlitwę ku wiecznej nadziei.
Nie wiedział do kogo kierować słowa…,
W baraku brak miejsca dla Bożej łaski

A jeszcze wczoraj było tu piekło
Ludzie kopali rowy w zmarzlinie
Dłonie podobne szkieletom
Pieściły łono syberyjskiej ziemi.

Wiatr chłostał człowiecze ciała,
Wrzody jak wulkan sączyły krew
Gasnące oczy błagały o sen
A sałdaty niby bogowie tego świata
Cierpliwie czekali pokłonu upadłych

Tak, dzisiaj na pewno jest święto
Cienie całują sklecony brzozowy krzyż
Ktoś zaintonował wyrwaną z pamięci pieśń
Pamiątkę po ojczyźnianej wigilijne nocy

Bóg się rodzi, moc truchleje.., a potem!
– Cichy syberyjski szloch –

Żory, 18.12.1984

 Pokłon nieznanej historii.

Jeszcze nie poznałem jednej zbrodni,
Jeszcze nie pojąłem bezsensu cierpień,
Jeszcze nie zwarłem rąk w modlitwie
A tu Miednoje, Katyń, Charków.

Nazwy ukryte w ustach milcząco
Czekały czasu swego objawienia.
Szept wypełniał pustą przestrzeń,
Chroniąc tajemnice jednej prawdy.

Wspomnienia cieni stojących za drzwiami,
Historie pisane strachem bezimiennych
Elegie czytane przy świecach, w półmroku,
I krew pachnąca ofiarą dla ojczyzny,

Kłamstwo jest dzisiaj w nas niby prawda,
A prawda, nasza prawda nadal w konspiracji.
Tam umarli od lat krzyczą spowici niesławą.
Czekając kolejnej odsłony bożego zamierzenia

Żory,  24.11.1985

Dlaczego?

Wysłałem prośbę do Boga
W bieli odzianą niewinność
Ocaloną cudem z przedołtarza
Na ofiarę wiecznego przymierza

Na śniegu ślady martwych okrętów
Ramiona sosen rzucone starością
Niby symbol ostatniej posługi.
W modlitewnym splocie konarów

A na małej ukrytej wysepce
Życie kiełkuje prostą nadzieją,
Jak ziarno na wietrznej skale
Rzucone bezmyślnie, w ekstazie.

Tu nikt nikogo nie pyta o Żywych.
Syberia zaciera ślady nienawiści,
Zmurszałe krzyże przestają płakać,
I nikt już nie mówi o czasie zagłady.

Wysłałem moją duszę do Boga
Z pytaniem o sens cierpienia…,
Bez odpowiedzi wciąż milczy,
A na pòłnocy pod śniegiem
Świadek koronny – ziemia.

Żory, 14.09.1986

Syberia

Powiadają że Syberia jest bogata,
Że kto szuka długo i wytrwale
Może znaleźć złoto, gaz, diamenty…,
Ja znalazłem – krople krwi na skale.

Powiadają, na Syberii rośnie tajga
Pośród sosen ślady dzikich zwierząt…,
Ja spotkałem krzyże przy konarach,
Pamięć po tych co pod nimi leżą.

Powiadają że Syberię pokrywają śniegi,
Białe, srebrzą się w promieniach słońca,
Na tym śniegu perły z łez powstałe…,
I cierpienie, cierpienie bez końca.

Tak, w Syberii można spotkać wszystko
Lecz najwięcej człowieczej niedoli
Ciężka praca, głód, śmierć na zesłaniu…,
Gorycz życia w sowieckiej niewoli.

Bo Syberia jest jak jak Bóg, jak wiara.
Wszyscy wiedzom że ona istnieje.
Każdy pragnie, lecz nikt się nie stara…,
Wiatr roznosi ludzkich losów dzieje.

Berlin, 21.09.2002

 Przy gwiazd orszaku

Jak zwykle w nocy pracowałeś,
Dłonie twe brudne są od ziemi
Kopałeś doły mój kochany?…,
Jesteś dziś taki dziwnie niemy.

Chowasz twą smutną tajemnicę
W duszy goryczą wypełnionej
I nie wiesz, że ja wszystko czuję
Kochanie masz przed sobą żonę.

Wiem, ty chowałeś naszych braci
Przy gwiazd orszaku w ciszy mroku
Ty oddawałeś wolnych niebu
Oni tam mają czas na spokój.

Przytul się do mnie i odpocznij,
Pomyśl, nam kiedyś będzie lepiej
Myśleć nam wolno, nikt nie słyszy
Jak dobrze że my mamy siebie.

Tak bardzo chciałabym pomarzyć
Pieścić ustami słodkie czereśnie,
Poleżeć w trawie tam, w Zamościu,
A nie umierać tu, przedwcześnie.

Niestety nie wiem jak się marzy
W sercu mym pustka, beznadzieja
Historia może nas zapomnieć,
Lecz nie zapomni matka ziemia.

*

Moja Cioteczko, Ciociu Lidziu
Czarę goryczy którą sączyłaś
Wylałem w strofach mej poezji
Na pamięć tego, coś przeżyła.

Dziś, długo w nocy pracowałem
Myślałem o tym coś mi rzekła
Dziękując Bogu że wróciłaś
A mówią, – nikt nie wraca z piekła!

Berlin 21.01.1993

Prawie modlitwa

Napisałem jeszcze jeden prosty wiersz
Syberyjskim korytem rzeki popłynęły myśli
Wypełniając pustą, białą śnieżną przestrzeń
Mieszanką dziwnie niepojętej gry w historię.

Sakro-profanne siły uwięzione we wnętrzu
Błędnej interpretacji ludzkiego sumienia
Jak dzwon wzywający na anioł pański,
Zagłuszały łkanie bezpańskiego logosu.

A wiara wypływając z proroczych ust
Tańczyła między strofami psalmów.
Chwytając ledwo słyszalne „Gloria“
Oddalała się coraz bardziej od źródła.

Tylko na ziemi już dawno umarłej
Na której śnieg pachniał szkarłatem
Błąkały się zagubione dusze przeszłości
Wołając o pamięć dla miejsc świętych

Berlin 11.07.2003

Wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima roztopem odpływa
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać w dłonie wiosnę.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosen
By ujrzeć czas przebudzenia.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Zamknąwszy oczy, marzyć
By poczuć dom mój rodzinny
Kwitnące jabłonie i bez.

Berlin, 21.04. 2012

1945

Zofia 1942Wpisem tym chciałabym zachęcić Czytelników do spisywania historii rodziny, która zawsze jest ciekawa, jeśli nie dla nas, to dla następnych pokoleń. Spisujmy te historie, bo potem będzie za późno.

Zofia Slaska, Wspomnienia
fragment wywiadu przeprowadzonego w roku 2009 przez wnuka, Jacka Slaskiego

(…) Pod sam koniec wojny wszyscy ci krewni i znajomi, którzy u nas mieszkali, po kolei opuszczali Bystrzanowice. Ciocia Azia wyjechała, jej męża, już po wojnie, zastrzeliło podobno AK, ponoć miał kogoś zdradzić. Cioci Azi znacznie się poprawił stan zdrowia, ale później, w Krakowie, miała chyba znowu jakieś kłopoty ze zdrowiem psychicznym. Początkowo pracowała jako nauczycielka, uczyła języków, jak się jej pogorszyło, opiekowała się nią jej młodsza siostra, ciocia Zosia, która też w międzyczasie owdowiała.

Wyście też w końcu musieli wyjechać z Bystrzanowic?

Nas wyrzucano w 1945 roku, i to oczywiście nie Raczyńscy nas wyrzucali, tylko komuniści, dla których umowy dzierżawy niewiele znaczyły. Jednakże znaczyły przynajmniej tyle, że wiadomo było, że majątek nie jest własnością mojego ojca, czyli nie jest obszarnikiem. Mogliśmy wywieźć cały dobytek, meble i wyposażenie domu, tego nie odbierano. Gdybyśmy byli właścicielami, to byłoby inaczej, to wolno było zabrać tylko walizkę. W majątku rodziny mojego męża, twojego dziadka, Jacka Slaskiego, w Turnawcu zarekwirowano wszystko i uratowało się tylko to, co się udało wykraść. Ale i u nas nie było lekko. Mojego ojca w 1945 roku zamknięto do więzienia, prewencyjnie, na wszelki wypadek, żeby nie przeszkadzał w reformie rolnej. Dostał wezwanie do Częstochowy, pojechał i nie wrócił. To musiał być marzec 1945 roku, bo w maju wyszedł. Trzy miesiące był w więzieniu, ale mogło być gorzej, bo ojca Lilijki Duninowej wywieziono i wielbłądy pasał w Kazachstanie. A ja zostałam sama w Częstochowie, w dworze mieszkali już inni ludzie, mama nie żyła, rzeczy wywiozła moja ciotka, jeszcze zanim ojciec poszedł do więzienia. Ale pomagali mi różni ludzie. Był na przykład nadleśniczy lasów w Złotym Potoku, Grabowski się nazywał, bardzo mili ludzie, i on i jego żona, mój ojciec się z nimi przyjaźnił, więc pan Grabowski załatwił mi przez Urząd Ziemski zaświadczenie, że mój ojciec był dzierżawcą, i że cały sprzęt rolniczy i zwierzęta były jego własnością i nie podlegają reformie rolnej. I wtedy ja z urzędnikiem z Wydziału Rolnego pojechałam do Bystrzanowic po odbiór sprzętu, a tam ci ludzie, którzy tam mieszkali, zabrali już wszystko.

Ukradli?

Chcieli obrobić ziemię, był maj, to nawet rozumiałam, ale powinni mi byli za te narzędzia zapłacić. Nie wszystko odzyskałam, ale jednak dużo, i to kupowali ode mnie różni ludzie, a to leśniczy, a to jacyś inni. Poradziłam sobie.

Bardzo byłaś dzielna. Przecież wciąż jeszcze byłaś uczennicą. Młodą dziewczyną.

Jak mamusia umarła w obozie na tyfus, to skończyło się moje dzieciństwo, dom prowadziła ciocia Azia, ale ja już byłam traktowana jak dorosła. Na przykład to ja pisałam listy do rodziny o tym, że mamusia zmarła. Ale to, że mnie traktowano jak dorosłą, przewróciło mi w głowie całkowicie. Uważałam się za nie wiadomo kogo. Potem jednak okazało się, że ta twarda lekcja się przydała. Bo jak mojego ojca zamknęli, to spędzałam pół dnia w szkole, a pół dnia pod więzieniem. I też jakoś ze wszystkim dawałam sobie radę. Dziś już nawet nie wiem, kto mi pomógł, ludzie mi pomagali. Zanosiłam ojcu jedzenie – siostry ze szkoły klasztornej, w której się uczyłam, dawały mi obiad w menażki – musiałam też przynieść ojcu czyste rzeczy, a odebrać zawszone, wszystko musiałam, i jakoś sobie radziłam. Musiałam jakąś praczkę wynaleźć, która te rzeczy zgodziła się wyprać. Mieszkałam w Częstochowie, w internacie, a trzeba się było też zająć Bystrzanowicami. Nie przyjechał nikt z rodziny, choć nie, i owszem, przyjechał wuj Umiastowski, ten morfinista, tłumaczył, że on mi pomoże i że ja mam mu dać pełnomocnictwo. To był ten Umiastowski, co go potem zastrzelili. Ale wtedy jeszcze żył. Ale ja już byłam za mądra. Wiedziałam, że on chciał zająć, co się da, i rozprzedać. Był jeszcze wuj Woźniakowski, który mieszkał z drugą żoną w Częstochowie.  I on mnie namawiał, dawał mi adresy, że mam wziąć adwokata, żeby wyciągnął mojego ojca. Ale się na to nie zgodziłam, bo trzeba by było płacić. Grzecznie wysłuchałam wujka, ale nie poszłam za jego radą. Było tak, że rodzina może nie bardzo mogła pomagać, bo wszyscy mieli podobne problemy, wszyscy byli wyrzucani i wszyscy musieli kombinować swoje. Natomiast najwięcej mi pomagali panowie z tej instytucji rolnej. Ten pan Grabowski, i inni panowie. Była też cała heca, bo, nawet nie wiem, jak się o tym dowiedziałam, ale przyjechała jakaś komisja, która miała sprawdzać sprawy tych zatrzymań. Chodziłam do tych ludzi, na UB, tam częściowo byli jeszcze Ruscy. Poszłyśmy razem z taką moją koleżanką na to UB, bo jej ojciec też był zamknięty za jakieś sprawy, czy za AK, czy za coś innego, już nie sklecę. I ona chodziła przed tym gmachem po drugiej stronie ulicy, pilnowała, czy ja w ogóle wyjdę. A ja tam weszłam, a potem wyszłam. I rozmawiałam z nimi, tłumaczyłam, że przecież ojciec nie był właścicielem, że jest dzierżawcą, że jest stary. I udało się. W końcu, jak na tamte czasy, wypuścili go bardzo szybko, po trzech miesiącach, i to chyba ta komisja załatwiła, do której się dostałam.

Wszystkich ziemian wtedy zamykano?

Nie, nie wszystkich zamykali. Byli tacy, jak mój teść, który po prostu od razu wyjechał poza granice powiatu, i jego nie zamknęli, ale ojciec mojej koleżanki, z takiego majątku oddalonego o 12 kilometrów od Bystrzanowic, był w więzieniu znacznie dłużej.

Twojego tatę wypuszczono.

Któregoś dnia, właśnie gdzieś byłam w mieście, spotkałam na ulicy koleżankę, a ona mówi: „ty leć do klasztoru, bo twój ojciec przyszedł”. I tak to się zakończyło. Bystrzanowic już nie było, rzeczy zostały sprzedane, było trochę pieniędzy, ojciec wyszedł, a ja musiałam jeszcze w przyszłym roku szkolnym zdać maturę.

Klemperer

Ten wpis był częścią wpisu wczorajszego, dlatego kilka zdań się w nim powtórzy. Z tekstu o języku wyjęłam część poświęconą Klempererowi, bo wydało mi się, że zasługuje na osobnego posta, zwłaszcza, że wpominała też o nim Dorota w uzupełnieniu do wpisu o “Gleis 17”.

Ewa Maria Slaska

Przed 50 laty, tuż po wojnie, wydano w NRD książkę niemieckiego romanisty z żydowskiej rodziny – Victora Klemperera. To autor, który w 40 lat po śmierci (zmarł w roku 1960) nagle stał się sławny, a jego sława sięgnęła i Polski, bo Gorzów Wielkopolski przypomniał sobie – czy na fali popularności w Niemczech? – że Klemperer, jak Christa Wolf,  urodził się w roku 1881 w Landsbergu an der Warthe. Christa Wolf w swej powieści „Wzorce dzieciństwa“ używa tylko pierwszych liter, pisze o L. i o G. Wspominam L., ale jadę do G.

Litery.

Pierwsza książka, którą Klemperer przed laty wszedł na trwałe do współczesnej kultury niemieckiej została wydana w NRD i nazywała się „LTI“, co oznaczało Lingua Tertii Imperii – Język Trzeciej Rzeszy. Była to niezwykła książka. Napisana przez człowieka, któremu fachowe wykształcenie lingwisty pozwalało oceniać obiektywnie procesy zachodzące w języku używanym w Niemczech w latach 1933-1945, ale jednocześnie książka bardzo osobista, na którą składają się własne doświadczenia, przeżycia i przemyślenia autora.

Klemperer jest jednym z niewielu niemieckich Żydów, którzy – mimo iż się nie ukrywali – uniknęli wywiezienia do obozu i śmierci, co jednak nie znaczy, że uniknął prześladowań i zagrożeń. Status Żyda na specjalnych prawach zawdzięczał Klemperer swojej aryjskiej żonie. Nota bene, wszyscy współmałżonkowie żydowskich kobiet i mężczyzn mieli prawo chronić swych bliskich, swoich mężów, żony i dzieci. Niestety wielu z nich nie wytrzymało nacisku. Nie trzeba było nawet rozwodu czy zrzeczenia się praw ojcowskich. Wystarczyło zgłosić władzom, że człowiek nie poczuwa się do odpowiedzialności za męża, żonę czy dzieci. Zdarzało się to często, choć nie nagminnie. Trwanie przy żydowskiej rodzinie wiązało się z szykanami ze strony władz i otoczenia, oznaczało też życie w nędzy – żydowscy członkowie rodzin otrzymywali zmniejszone racje wyżywienia lub nie otrzymywali ich wcale. Tym niemniej niemal do końca wojny można było chronić swego współmałżonka i dopiero w roku 1944 zaczęto takie osoby aresztować i wywozić lub skazywać na śmierć. Klempererowie przeżyli również i ten czas, bo korzystając z chaosu, w jakim znajdowały się już wówczas Niemcy, sfałszowali nazwisko w dokumentach – z niearyjskiego Klemperera przez dodanie kropki i kreseczki uzyskali „czysto niemieckiego“ Kleinpetera – i uciekli z Saksonii do Bawarii. Większość przepisów antyżydowskich wprowadzanych systematycznie od roku 1933 rozciągała się automatycznie na całą taką „mieszaną“ rodzinę, również na jej aryjskich członków. Pozbawienie majątku, zakaz pracy naukowej, zakaz kupowania, posiadania i czytania książek, zakaz korzystania z instytucji publicznych, takich jak kino, biblioteka, plac zabaw dla dzieci, a nawet park, w którym nie wolno było spacerować czy siadać na ławkach. Oczywiście twórców obejmował też zakaz publikacji, a niekiedy – jak w przypadku Klemperera – również pisania. Było to kontrolowane często i surowo. Zapisywanie notatek, które potem złożyły się na „LTI“ było zagrożone więzieniem. Wszystkich też obowiązywał przymus pracy, ciężkiej fizycznej pracy. Klemperer, starszy pan, naukowiec, przed wojną ceniony profesor uniwersytecki, pracował jako tragarz i robotnik fizyczny. Często pojawia się w jego książce uwaga – sprawdzić po wojnie, wymagana kwerenda biblioteczna itp.

„LTI“ to fascynująca książka. Najdrobniejsze fragmenty słowa pisanego i mówionego, z którymi mógł mieć jeszcze kontakt wyzuty z praw człowiek, pisma urzędowe, zdania wypowiadane przez robotników w fabryce, strzępy gazet, w które zapakowano śledzie, dobiegające przez otwarte okno urywki przemówień radiowych, wszystko staje się materiałem, który analityczny umysł językoznawcy zamienia w cenny surowiec pracy naukowej. „LTI“ to nie tylko, jakby się można było spodziewać, zapis aktualnego stanu języka, to zarazem analiza uwarunkowań, tradycji, również literackich, zachodzących przemian, a jednocześnie opis stanu ducha społeczeństwa, poddania terrorowi, bezmyślności i słabości, reaktywnych zachowań, mimikry, a przecież i systemów obronnych.

I jakże często pojawia się błaha z pozoru obserwacja: oto osoba ze wszech miar godna zaufania, uczciwa i niby świadoma zachodzących zdarzeń zaczyna automatycznie używać słów, sformułowań i argumentów władzy. Nie musi, ba, nawet nie chce, a przecież ten nowy język jest silniejszy od niej. Jest jak rak lub zaraza. Rządzi, rości sobie – jak filozofia – prawo do objęcia swym zasięgiem wszelkich zjawisk rzeczywistości, a wreszcie tę rzeczywistość pożera. Można by rzec, że ten kto podlega stałemu naciskowi rzeczywistości, nie może się od niej uwolnić i że nieuchronnie skazani jesteśmy na to, by atakował nas rak języka totalitarnej władzy. A przecież Klemperer wie i podkreśla, że może być inaczej. Może czyli naprawdę musi. Po prostu trzeba uważać.

Gleis 17

Ewa Maria Slaska

Książka, która ostatnio zrobiła na mnie największe wrażenie to “Bebelplatz” izraelskiego pisarza Chaima Be’era. Książka dzieje się w Berlinie, a Bebelplatz, dawniej plac Opery, to plac przy najsłynniejszej ulicy Berlina – Unter den Linden, obok gmachu Opery i naprzeciwko Uniwersytetu im. Humboldtów. To tu 10 maja 1933 roku, 80 lat temu hitlerowcy urządzili pierwsze palenie książek.

Książka zaczyna się od opisu kilku miejsc, które autor-narrator odwiedza w towarzystwie starszego o pokolenie bukinisty żydowskiego, Rappoporta. W domu Rappoporta Chaim zamiast biblioteki ogląda pusty pokój, w którym na pulpicie leży jedna jedyna książka, egzemplarz sprawozdania Szymona An-skiego z jego podróży po żydowskiej Galicji. To jedyna książka jaka zachowała się z biblioteki ojca Rappoporta. Relikwia, a w niej nadpalona kartka z Przemiany Kafki, podniesiona przez ojca na Bebelplatz, w dzień po paleniu książek.

Chaim i jego cicerone idą też na Bebelplatz, nawet dwa razy, raz nocą, a raz w dzień, i oglądają pomnik spalonych książek Michy Ullmana. I wreszcie na stacji kolejki Grunewald idą na peron 17.

Gleis 17

Wspomnienia bukinisty o ojcu, które zaczynają się sceną, jak starszy pan na Bebelplatz podnosi kartkę z książki Kafki, kończą się w miejscu, skąd odjeżdżały pociągi na Wschód, do Auschwitz, do Łodzi, do Teresina. Nie wiadomo, kiedy i dokąd odjechał. Chłopiec z matką byli już w Ameryce. Ale wiadomo, że odjechał. Z tego peronu. Najprawdopodobniej. A na obrzeżach peronu napisy, kiedy, ile osób, dokąd.
Gleis 17

Byłam tam wczoraj, 6 stycznia 2013 roku. Dlatego zrobiłam akurat to zdjęcie. Maj 1933, 80 lat temu, styczeń 1943, 70 lat temu. Tyle czasu mógł mieć jeszcze ten stary człowiek z powieści Chaima Be’era.

Gleis 17

Dwa tory, które dziś wiodą do nikąd.

Gleis 17

Jak to dobrze, że do nikąd.

Nocą dopisane przez Dorotę Cygan:

Mowa tu o tekstach zarzuconych i porzuconych. Ten, który tu poszatkowalam poniżej, licząc na to, że znajdą się chętni do przeczytania całosci (wersja polska 2006, niemiecka 2009 pt. Nachrichten aus Berlin 1933-1936) przypomniał mi się m.in. dlatego, że miałam ‘poważny zamiar’ przetłumaczenia go na niemiecki dla przyjaciół i znajomych – zamysł  porzucony, jak widać (tłumaczenie: Barbara Kulinska-Krautmann). Ale też pomysł wydania w całości tych felietonow z Wiadomości Literackich (z lat 1934 i 1936) musial być porzucany wielokrotnie przez większych ode mnie, skoro reedycja nastąpiła tyle lat po wojnie. Przepisałam tu zaledwie kilka skrawków, bo wpis na blogu odnosi się akurat do akcji palenia książek na Bebelplatz. A czemu całość jest ważna? Bo pisana przez polskiego obserwatora, na gorąco, bez wiedzy, którą mamy dzisiaj, także bez przekłamań powojennych, zacietrzewienia ideologicznego i besserwisserstwa, z dystansem dużego formatu. Dla mnie lektura podobnie zajmujaca jak pamiętniki Viktora Klemperera z okresu III Rzeszy, wydane dopiero w 1996 roku (ile razy zarzucana wobec wielkości przedsiewziecia?) Bo w tym zbliżeniu, w tych szczegółach i migawkach z życia jest potęga realizmu. Nigdy nie wierzyłam w potęgę syntezy, a zwłaszcza w  prawdę takich syntez. Wiem skąd inąd, jak śmieszny jest los wielkich zamierzeń, nie obiecuję więc, że przepiszę Państwu na potrzeby blogu całej tej książki. Tę pokusę odrzucam.  Natomiast nie potrafię porzucić nadziei, jaką mam od dawna: że uda mi się (z Waszą pomocą?) przeczytać kiedyś równie prawdziwe teksty o tamtych mrocznych czasach. Nie odrzucajcie  tej malutkiej prośby. Powertujmy trochę w katalogach pamięci, dobrze?

Antoni Sobański: Cywil w Berlinie. Warszawa 2006.

Rozdzial: Cywile, Reichstag i książki. Cytaty ze stron 56-62.

„Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.”

„Wskazówek [jak palić książki] udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś na przykład palil u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dziela Heinego czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.”

„Żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną” hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się za granica tak bardzo miejscowym, tak bardzo Niemcem.”

„Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tym błocie wszyscy szukają pamiątek. (…) Ja osobiście zdobyłem dwa trofea.”

„Jako pocieszający szczegół tej smutnej historii można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła.”

Znalezione w Internecie, dla moich niemieckich czytelników:

http://www.berlin-judentum.de/denkmal/rampe-gleis-17.htm

Am Bahnhof Grunewald wurde der ermordeten Juden gedacht, die von hier zwischen 1941 und 1945 deportiert wurden. Die Schriftstellerin Inge Deutschkron rief dazu auf, nie die Frage zu vergessen, warum der Holocaust möglich war.
Tagesspiegel,19. Oktober 2012, Thomas Lackmann

Grass

Referat “Günter Grass, wolność i ja” wygłosiłam na konferencji historyków w Bydgoszczy w roku 2009. Nie jestem “historykiem” ani “historyczką”, nie wiem nawet, co skłoniło organizatorów do poproszenia pisarki o wykład inauguracyjny. Ale i oni, i ja byliśmy bardzo dumni z siebie, że udało się rozpocząć konferencję tak nienaukowo.

Ewa Maria Slaska, Co widzieliśmy?

Żyć dla biografii

Są ludzie, którzy pracują na dorobek i są tacy, którzy pracują „na biografię”. Ja na pewno pracuję na biografię, bo dorobić się nigdy nie potrafiłam. Jest to zresztą tradycja rodzinna, której zapewne nie wolno się sprzeniewierzać. W każdym pokoleniu co najmniej jeden z moich przodków wyczuwał autentyczny trend współczesnych sobie czasów i próbował chwycić Los za rogi, aby przemienić je w nowoczesne rogi obfitości. I wszyscy ponosili klęski. Mój pradziadek – Julian Krynicki, który być może chciał zostać Rockefellerem – zbankrutował na nafcie w Borysławiu na przełomie wieków XIX i XX. Moja babka, Maria Bogucka poszła śladami Heinza, podjęła produkcję ketchupu w Warszawie w latach 30 i niestety też zbankrutowała. Mój ojciec – Dariusz Bogucki – zbankrutował na próbach zostania Onassisem czyli na prywatnej budowie statków pod koniec minionego stulecia. Rockefeller, Heinz i Onassis dorobili się, my – nie.

Nie mam wyjście, muszę więc pozostać przy biografii jako jedynym dorobku życiowym. A ponieważ jestem pisarką, piszę i jest to główna część mojej biografii, a gdy piszę – zapisuję czas.

Zapisywać czas

Jestem pisarką a nie naukowcem, procesy społeczne i historyczne interesują mnie więc dopiero wtedy, gdy widzę w nich ludzi. Ich klęski i sukcesy, miłość, dzieci, zdradę, groby i zastawione stoły, szczęście i rozgoryczenie. Decyzje. To może najważniejsze. Jak podejmowali decyzje? Dlaczego tak? Gdy patrzę na piękne rzeźbione stalle gotyckie, widzę nie tylko obiekt, którym zajmie się historyk sztuki i który podziwiać będzie jej miłośnik, lecz przede wszystkim widzę owego rzeźbiarza, który otrzymał zlecenie, owego Colas Breugnon, który dzięki temu zleceniu kupił płaszcz dla siebie, suknię dla żony i kołyskę dla dziecka.

Oczywiście wiem, że z punktu widzenia historyka nie wolno łączyć faktów i odczuć, co jest domeną twórczości literackiej. Pisarz ma więc znacznie większą swobodę niż naukowiec, co przecież nie znaczy, że obserwacja pisarska jest gorsza od historycznej. Obecni na konferencji naukowcy wiedzą lepiej niż ja, że im dłuższy okres dzieli nas od daty napisania dzieła literackiego tym większa jest szansa, że zostanie ono uznane za źródło naukowe. Iliada i Odyseja są uprzywilejowane w stosunku do „Pawia królowej”. Tym niemniej w ostatnim czasie pisarz ma się lepiej jako świadek swojego czasu, co pewnie wiąże się z wysiłkami zmierzającymi do opisu historii z perspektywy innej niż polityka i władza. Mnie oczywiście bliski jest tu dyskurs feministyczny i próba stworzenia „her-story” w miejsce „his-story”.

Literatura jako źródło historyczne nadal jednak nie jest zbyt wysoko ceniona, bo, podobno, autor może wymyślić sobie, co tylko mu przyjdzie do głowy. Jest to oczywiście prawda, ale z drugiej strony autor jest w stanie pisać tylko o tym, co wie, choć może to nie wiadomo jak przeinaczyć lub pominąć to, co wie. Ale nawet autor s-f wymyślając potwora skleja go, dokładnie tak samo jak czynili to starożytni, z łap lwa, ogona kozy, cielska niedźwiedzia i pyska węża. Mimo więc, że pisarz tworzy fikcję, to jest ona pewnym rodzajem faktu rzeczywistego, choć zapewne nie jest faktem historycznym. Ale autor to szczególny kronikarz, miewa skłonności do idealizowania, a jeśli zwraca uwagę na istotne struktury świata realnego, to czasem nawet nie wie, że tak jest. Literatura zatem to dobre – bo jak obraz w lustrze – mimowolne odbicie zainteresowań, trosk i radości swojej epoki i zbiorowości. W tym sensie pisarz jest świadkiem, zapisującym swój czas.

Konstatacja ta była mi potrzebna, bo właściwie nieco mną wstrząsnął fakt, że mam tu wystąpić niejako jako świadek czasu, to znaczy człowiek, który nie tworzy swego wystąpienia, lecz opowiada, co mu się zdarzyło i co widział. Postanowiłam więc wesprzeć się w tym zadaniu, wybierając sobie na towarzysza – skromnie i bezpretensjonalnie – jednego z najsłynniejszych pisarzy europejskich.

Günter Grass

Oboje jesteśmy z Gdańska, a nawet z Wrzeszcza, i oboje wyjechaliśmy z tego miasta do Berlina. Oboje urodziliśmy się jesienią, on w znaku Wagi – 16 października 1927 roku, ja 2 września 1949 roku w znaku Panny. Znamy się osobiście i to by było na tyle, gdyby nie fakt, że o ile ja nie odgrywam najmniejszej roli w życiorysie Grassa, on w moim – owszem.

Nie jest mi Grass ani wzorem ani mentorem, ale na pewno jest stałym punktem na mapie Historii, według którego oblicza się koordynaty. Dopiero teraz, przygotowując się do wystąpienia na tej konferencji, stwierdziłam na przykład, jak często w moich tekstach odwołuję się do tekstów Grassa. Co więcej, to odwołanie zwalnia mnie niejako z obowiązku zapisu pewnych faktów, zakładam bowiem, że Czytelnik jest ich świadomy, podobnie jak ja, że czytał wszystko co Grass napisał, zna to na pamięć zdarzenia, fakty, interpretacje. Sądzę, że to samo, choć może na innym poziomie, dzieje się z dwoma gdańskimi pisarzami – Stefan Chwin i Paweł Huelle, którzy też piszą o Gdańsku, też najwyraźniej mierzą się z Grassem. Weisser Dawidek to brat Oskara Mazeratha. Może jest tak, że nikt z nas, tych pisarzy, dla których Gdańsk jest punktem wyjścia i odniesienia, nigdy nie będzie wolny w swych twórczych zamierzeniach, bo zawsze będzie pochylał się nad nami cień Wielkości. I zawsze też być może powinniśmy zadać sobie pytanie, czy w ogóle warto, byśmy sami coś pisali, skoro już wszystko zostało powiedziane. I to jak powiedziane!

My, Grass i ja. Pochodzimy z Gdańska, mieszkaliśmy w Berlinie. Naznaczyły nas miasta, które mają ze sobą coś wspólnego, ten niezwykły rys, wyodrębniający je od innych miast w Europie. Miasta wydzielone, którym przypadła do odegrania historyczna rola w dziejach współczesnej Europy. Niewątpliwie jesteśmy dumni z tego, pewne cechy naszych osobowości i naszego pisania przypisujemy niewątpliwie dziedzictwu, jakie nałożyły na nas nasze miasta. Zapewne brak nam tu owej wspaniałej skromności, która zwykłemu człowiekowi mówi, że ważne jest tylko to, co osiągnął on sam, bez odwoływania się do przodków i genius loci. Pisarz jednak wie, że Duch Miejsca to ważny bóg i nie darmo Rzymianie składali mu ofiary w każdym nowym mieście, które włączyli do Imperium.

Grass, urodzony w Wolnym Mieście Gdańsku, przeżył w nim początek wojny, i upadek miasta, najpierw tego Wolnego, a potem w ogóle miasta, po czym pojechał do Berlina i przeżył tam moment, gdy władze NRD wzniosły Mur Berliński. Ja zaś, urodzona w Gdańsku w kilka lat po wojnie, mieszkałam tam, z przerwą na studia, do roku 1985 i przeżyłam w tym mieście Solidarność i wybuch stanu wojennego, a potem zamieszkałam w Berlinie Zachodnim i byłam świadkiem upadku Muru, co przecież było berlińską kontynuacją tego, co zaczęło się w Gdańsku.

Wybuch wojny – koniec wojny – podział Europy – wzniesienie Muru – strajki na Stoczni – upadek Muru – zjednoczenie Niemiec – zjednoczenie Europy. Gdańsk i Berlin odegrały tu kluczową rolę. To miasta, które stworzyły Historię. A my braliśmy w tym udział. Günter Grass i ja.

Zapisałam to i stwierdzam, że naprawdę jesteśmy świadkami Historii, świadkami czasu. Zeitzeuge – mówią Niemcy. Jestem świadkiem dwóch wielkich zdarzeń w dziejach naszego kontynentu.

Przygoda z Grassem 

Moja przygoda z Grassem zaczęła się od takiej książeczki na żółto-burym szorstkim papierze z niebieską tekturową okładką. Ktoś mi ją pożyczył na jedną noc i powiedział, że to powieść o tym, jak Ruscy spalili Gdańsk. Był to pewnie Karol Krementowski, mąż mojej starszej przyjaciółki, Teresy, bo to on dbał o moją edukację polityczną, gdy jako młoda mężatka w ciąży wróciłam po studiach z Poznania do Gdańska. Był rok 1976, pewnie wiosna. Radom zdarzył się, gdy już urodziłam syna. Siedziałam na krześle w pokoju ojca, który na razie dostaliśmy z mężem do dyspozycji. Był to dobry pokój dla młodych rodziców, bo z balkonem. Za oknem było słonecznie, w skrzynkach kwitły piękne złociste kwiaty, których nazwy nie pamiętam. Karmiłam syna piersią, słuchałam radia i płakałam. Myślę, że nic nie rozumiałam, oprócz tego, że przeganiano robotników między dwoma szpalerami milicjantów, którzy ich pałowali. Strasznie się boję bólu zadawanego przez kogoś z zewnątrz. I zawsze utożsamiam się z bólem, który zadaje się innym. Zwłaszcza, gdy ten inny to bezbronny człowiek, zdany na łaskę oprawcy. To pewnie moje żydowskie dziedzictwo, o którym zresztą wtedy w ogóle jeszcze nie miałam pojęcia.

Wieczorem przyszli Teresa i Karol, i Karol tłumaczył mi, na czym polega perfidia systemu, w którym żyjemy i jak powinniśmy się bronić. A co więcej, co ja miałabym w tym ogólnonarodowym zadaniu do zrobienia. Te rozmowy trwały kilka lat i ustaliły kształt mojego życia.

Zanim jednak, po Radomiu, doszło do rozmów, a potem do zadań, zaczęło się od lektur. Karol niestrudzenie dostarczał mi wydawane nielegalnie książki, najczęściej publicystykę. Powieść była czymś nowym. Nazwisko Grass na okładce nic mi nie mówiło. Jakiś Niemiec. Nie bardzo mnie to brało. Nie lubiłam specjalnie ani literatury rosyjskiej ani niemieckiej. Wychowywałam się na polskim eseju filozoficzno-kulturalnym, literaturze angielskojęzycznej i Marcelu Prouście. Oczywiście czytałam podstawowy kanon lektur niemieckojęzycznych. Już Brecht mnie niepomiernie nudził, Fontane był nie do strawienia, Mann mnie w owym czasie niezbyt fascynował, znacznie bardziej Hesse, w czym oczywiście byłam nieodrodną córką mojej własnej hippisowskiej epoki. A tu jakiś tam Grass.

Ciekawe, że gdy w 10 lat później przyjechałam do Berlina i jak śliwka w kompot wpadłam w towarzystwo niemieckich feministek, jedna z moich pierwszych lektur niemieckich też odwoływała się do „Blaszanego bębenka”. Svende Merian w „Śmierci księcia z bajki” oburzona napisała o filmie, że jest pogardliwy dla kobiet, bo Kolijaczek gwałci babkę Oskara na polu kartofli.

Dla zaangażowanych działaczy polskiej opozycji był to więc tekst o tym, że Ruscy spalili Gdańsk, o czym oficjalnie nigdy się nie mówiło, dla niemieckich feministek, dowód na maczyzm, o czym mówiło się wówczas wszędzie.

O tym, jak ciężkim doświadczeniem było czytanie tzw. bibuły nie będę się tu rozpisywała. Temat został już omówiony przez innych. Spędziłam noc na czytaniu wyblakłej kopii „Blaszanego bębenka” i rano byłam kompletnie nieprzytomna. Mąż wyszedł do pracy, ja poszłam odnieść książkę do jakiejś pani, która była po mnie następna w kolejce, i wróciłam do łóżka. Śniło mi się, że Oskar siedzi na wieży Katowni i rozbija okna teatru.

Po raz kolejny Grass pojawił się w okresie Solidarności. W klubie studentów politechniki Kwadratowa zorganizowano nielegalny, a może tylko ćwierć czy pół legalny pokaz najnowszego filmu Schlöndorfa, przemyconego przez kogoś z zagranicy. Oskar siedział na wieży Katowni i bębniąc rozbijał okna teatru. Ruscy wkraczali do Gdańska, paląc, mordując i gwałcąc.

Przez te cztery lata między Radomiem a strajkami w Gdańsku, między lekturą a projekcją „Blaszanego bębenka”, zdarzyło się wszystko, co miało zadecydować o moim i o naszym życiu.

Wszystkie inne książki Grassa przeczytałam znacznie później, albo w polskich wydaniach legalnych, albo już po niemiecku. Ale żadna nie może się równać z nocną lekturą „Blaszanego bębenka” w kuchni, czemu towarzyszyło picie ogromnych kubków herbaty. I żadna nie była dla mnie aż tak ważna.

Sierpień z małej i z dużej litery

Kilka razy w życiu zdarzyło mi się, że przez przypadek opowiedziałam się nie po tej stronie, co trzeba. Po tej, która przegrywała. Nie wiedziałam, że tak będzie, a jednak powtarzalność tego oznacza, że Los, zgodnie z moim znakiem Zodiaku, nie przewidział dla mnie miejsca na górze. Pierwszym takim momentem, kiedy odczułam, że Los tak chce, był sierpień 1980 roku czyli Sierpień.

Byłam zatem zaprzyjaźniona z Karolem Krementowskim, który w okresie między rokiem 1976 a 1980 pouczył mnie wreszcie, że jako przedstawicielka inteligencji i „panienka z dobrego domu” nie wiem nic o tym, jak naprawdę wygląda życie w PRL i jakie są moje obowiązki obywatelskie. Przez niego też poznałam Andrzeja i Joannę Gwiazdów i innych działaczy nielegalnych związków zawodowych.

W początku sierpnia 1980 roku przyjechał na wakacje do Polski znajomy moich rodziców, Dick Verkijk, dziennikarz radia holenderskiego. Chciał podczas tych wakacji przeprowadzić wywiady z przedstawicielami opozycji demokratycznej. Zapytał mnie, czy mogłabym mu w tym pomóc, jako tłumaczka i organizatorka tych spotkań. Zgodziłam się i w ciągu dwóch pierwszych tygodni sierpnia rozmawialiśmy z Karolem Krementowskim, przedstawicielem WZZ w Unimorze, Andrzejem Gwiazdą, Bogdanem Borusewiczem oraz – już po rozpoczęciu Strajków – z Leszkiem K. Moczulskim i Aleksandrem Hallem. Ciekawe, że Dick Verkijk zrezygnował ze spotkania z Wałęsą, twierdząc, że ma już wystarczającą ilość informacji i ograniczył się do przekazania mu przez Andrzeja Gwiazdę pewnej sumy pieniędzy.

I tak to Los po raz pierwszy sprawił, że dokonałam złego wyboru. Ciekawe, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym jednak przekonała Dicka, że powinniśmy się spotkać z Wałęsą? Wtedy, gdy był wyrzuconym z pracy robotnikiem z gromadą małych dzieci, a nie w trzy tygodnie później, gdy znał go już cały świat. Bo, na życzenie Dicka, spotkaliśmy się z nim jednak w pierwszych dniach września i było to już całkiem inne spotkanie.

Ale o tym za chwilę. Bo to już było po Sierpniu, po Strajkach, po podpisaniu Porozumień, a ja jeszcze muszę opowiedzieć o tym, jak to było w sierpniu, kiedy jeszcze nie pisało się tej nazwy z dużej litery. Ze wszystkich tych spotkań, które odbyliśmy z Dickiem, najmilej wspominam wywiad z Borusewiczem, był dowcipny, skromny, inteligentny, ale najbardziej znamienny wydał mi się wywiad z Gwiazdą. Andrzej opowiedział, że WZZ przygotowały listę postulatów, na której było kilkanaście żądań skierowanych do władz zakładowych, lokalnych i państwowych. Były one uszeregowane od najprostszych, takich jak odzież ochronna, a kończyły się żądaniem prawa do utworzenia Związków Zawodowych niezależnych od partii. I, podkreślił Andrzej w rozmowie z Dickiem, władze wojewódzkie oficjalnych związków zawodowych przyjęły cztery z tych postulatów i postanowiły przedłożyć je na zbliżającym się właśnie zjeździe ogólnopolskim! Cztery! I Andrzej był dumny, że tyle udało się już osiągnąć. Tak było w sierpniu.

W Sierpniu zaś ci ludzie z WZZ stworzyli NSZZ “Solidarność”, a Solidarność zażądała realizacji wszystkich postulatów i dodała jeszcze kilka od siebie.
Nota bene warto czasem przypomnieć sobie, jaka to była lista, czego żądali wówczas stoczniowcy, a z nimi miasto i kraj. Zostały one napisane na drewnianych tablicach i wywieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej 18 sierpnia 1980 roku. I wydawały się niemożliwie wręcz odważne. Stałam pod bramą wraz z innymi kobietami, których mężowie byli na Stoczni, czytałam te postulaty i nie wierzyłam własnym oczom. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, jak skromne to były żądania. Tak naprawdę tylko pięć z nich miało charakter polityczny, reszta dotyczyła życia, zaopatrzenia w żywność, poprawienia sytuacji mieszkaniowej, wprowadzenia sobót wolnych od pracy. Chociaż oczywiście w czasach komuny wszystko to było niesłychanie odważne. Np. postulat 10: Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki.

Tak więc stałam przed Bramą Stoczni, a mój mąż był za nią. Znalazł się tam 18 sierpnia (nie, jednak już Sierpnia) rano, gdy strajk stoczniowy, po przepychankach między Wałęsą a Gwiazdą i Borusewiczem, przekształcił się w Strajk Solidarnościowy i do Stoczni zaczęli napływać ludzie z zakładów pracy Trójmiasta. Był to pomysł Marka, żeby w ten poniedziałkowy poranek zwołać zebranie w swym miejscu pracy. I zakład wysłał go jako swojego przedstawiciela.

Gdy pojawił się na stoczni i otrzymał przepustką, miała ona jeszcze stosunkowo niski numer, a wielka sala BHP, w której odtąd miały się odbywać narady świeciła pustkami. Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Następnego dnia Marek zabrał ze sobą Dicka i załatwił mu dziennikarską przepustkę strajkową. Tak to Dick był pierwszym zachodnim dziennikarzem, który w ogóle wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze informacje dziennikarskie na Zachód. Nadawał je wieczorami z naszego mieszkania, gdy obaj wracali do domu. Obaj potwornie głodni. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Marek twierdzi, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego zapewne, co dostarczały na Stocznię różne zakłady pracy, biorące udział w Strajku, ale też i z tego, co my, te czekające pod Bramą żony, pakowałyśmy do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom jakieś druki, informacje i dyspozycje, a przy tej okazji zabierał też zapasy. Nie było to zresztą łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Po pierwsze cały czas nas straszono, co chyba bardziej uderzało w nas, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą.

Byli to zresztą przeważnie ludzie młodzi, mówiło się, że to brodaci, trzydziestoletni post-hippisi zrobili Solidarność, mieli młode żony i małe dzieci. Byłyśmy grupą społeczną wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazałyśmy się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. My też byłyśmy dzielne. Zajmowałyśmy się dziećmi, stałyśmy w kolejkach, gotowałyśmy jedzenie, piekłyśmy chleb i placki drożdżowe i chodziłyśmy pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale, gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota na wystawie Drogi do Wolności, to groza. A to my właśnie tam stoimy za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego Komuną.

Nie opowiadam tu Historii, bo Historię każdy zna. W Sali BHP koło figury Lenina podpisano Porozumienia Gdańskie, a Wałęsa – jaki był młody, jak bardzo w stylu lat 70 – wszedł na Bramę i obwieścił to urbi et orbi.

W dwa dni później, gdy Strajk już się zakończył, Solidarność dostała swą pierwszą siedzibę, w Hotelu Morskim na Grunwaldzkiej, w siedzibie Hodowców Kanarków. Poszliśmy tam z Dickiem, który teraz właśnie postanowił wreszcie porozmawiać z Wałęsą. Konflikt, który miał potem rozerwać Solidarność, rozłam między grupą Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy a Wałęsą już płonął pełnym ogniem. Był sam początek września. Dowiedzieliśmy się od Gwiazdy, że pracownicy owego pierwszego Biura Solidarności są przez Wałęsę okropnie traktowani i … grożą strajkiem. Dick się wściekł i powiedział Wałęsie, co o nim myśli. A ja to tłumaczyłam! Z przekonaniem i żarliwie. Wałęsa wyrzucił nas za drzwi.

No cóż, tak wygląda moje życie. Zawsze mi się zdaje, że staję po słusznej stronie i zawsze się okazuje, że to samobójczy wybór. Ale nie mogę się skarżyć, takie rzeczy są zapisane w gwiazdach albo w genach, co na jedno wychodzi. A ta została napisana przez gwiazdy i Andrzeja Gwiazdę.

Między Sierpniem a stanem wojennym

Po Sierpniu Grass stał się już nieodłącznym elementem naszego życia intelektualnego, ale też i naszej myśli o Gdańsku. Docierało do nas wprawdzie, że u siebie, w Niemczech, wcale nie jest tak dobrze odbierany jak w Gdańsku, ale to tym bardziej zachęcało nas do opowiadania się po jego stronie. Chyba nie dotarło do nas, że Grass się opowiedział po stronie reżimu komunistycznego, który zwyciężył w Nikaragui w roku 1979. Tego dowiedziałam się dopiero jak przyjechałam do Berlina.

Na razie jednak wciąż byłam w Gdańsku, a Solidarność istniała legalnie. To, co zaczęło się jako przysługa dla Dicka, stało się moim pro-solidarnościowym zadaniem. Znałam angielski i miałam pośredniczyć między dziennikarzami z Zachodu a Polską. Nie dostawałam za to pieniędzy, ale czasem prosiłam o przywiezienie książek i masła z orzeszków ziemnych, potrzebnego dla jakiegoś uczulonego na laktozę dziecka.

Jako dziennikarka współpracowałam w owym czasie prasą legalną i solidarnościową, w tym z Czasem, Głosem Elbląskim, Punktem; najsłynniejszym moim tekstem była krótka notatka o aresztowaniu strajkujących w Bydgoszczy, mimo że śpiewali Hymn narodowy, wydrukowana w redagowanym przez Donalda Tuska dodatku solidarnościowym w Dzienniku Bałtyckim.

Jako dziennikarka obserwowałam również I zjazd Solidarności w Hali Olivii jesienią 1981 roku. Zabierałam na ten Zjazd mojego syna, Jacka, który do dzisiaj twierdzi z dumą, że był najmłodszym uczestnikiem Zjazdu.

Podczas Zjazdu wraz z Leszkiem Sławińskim, wówczas redaktorem czasopisma Solidarności Kwadrat w Szczecinie, rozpoczęliśmy prace przygotowujące wydawanie ogólnopolskiego tygodnika związkowego, który miał nosić nazwę MY, a którego 1 numer miał się ukazać 13 grudnia 1981 roku. W redakcji MY zajmowałam się działem historycznym. Oczywiście czasopismo się nie ukazało, natomiast w dzień przed wybuchem stanu wojennego ukazał się w Wydawnictwie Morskim mój debiut książkowy.

To zresztą kolejny przykład wpływu Losu na moją biografię. Ta książka mogła się ukazać tydzień wcześniej i wtedy zdążyłaby już zaistnieć, ale mogła być zaplanowana na tydzień później czyli nie ukazałaby się wcale. Co jednak debiutujący pisarz ma z tego, że jego książka ukazała się, a mimo to – jakby jej nie było? Również fizycznie. Ponieważ ów Los mój uporczywie powtarza chwyty, które mu się dobrze udały, taką sytuację przeżyłam raz jeszcze – gdy już w wolnej Polsce, a jakże, moja książka ukazała się w momencie, gdy wydawnictwo, od dawna szykujące się do wewnętrznej wojny domowej, właśnie ją wszczęło, i wszystko, co się akurat ukazało, padło ofiarą owej machiny wojennej. Nie miesiąc wcześniej i nie miesiąc później, tylko dokładnie wtedy. I tak jak wtedy moja powieść wpadła w czarny dół. Można by powiedzieć, że narzekam, w końcu w międzyczasie ukazało się parę jeszcze moich książek, w tym jedna – o stanie wojennym „Dochodzenie” – w paryskiej Kulturze. Tę pisałam na bieżąco, rejestrując jednak nie tyle sam stan wojenny, co sytuacje w świecie zwanym Komuną, gdzie dla każdego można było znaleźć powód, aby go prześladować i zamknąć. Rękopis dzięki pośrednictwu Macieja Łopińskiego został przekazany Komitetowi Kultury Niezależnej; otrzymałam stypendium Komitetu (wypłacone mi już po wyjeździe do Niemiec), a książkę przekazano do wydania do paryskiej Kultury, gdzie ukazała się jesienią 1985 roku. Można by więc rzecz, że jedno mi się udało. Ale niestety, nie. Bo podobno, podobno, Książę Giedroyc był przekonany, że ta jakaś Ewa Maria Slaska (nazwał mnie zresztą Ślaska) w ogóle nie istnieje i że jest to pseudonim Stefana Kisielewskiego czyli popularnego Kisiela z Tygodnika Powszechnego. Gdy nagle zjawiłam się Targach Książki we Frankfurcie i powiedziałam, że to właśnie ja, rozczarowany Książę zignorował mnie. Powinnam była wiedzieć, że jak Los się uśmiechnął, to tylko dlatego, że ktoś się pomylił. I jeszcze mnie wziął za mężczyznę.

Stan wojenny w oczach świadka czasu to nie to samo, co historyczny stan wojenny. Ale i dla świadka napięcie tamtego czasu dziś jest już nie do odtworzenia. Pamiętam, że jeden z owych dziennikarzy holenderskich, którymi się zajmowałam, znajdował się w Polsce po wybuchu stanu wojennego i postanowił nakręcić film o ludziach, którzy działają w podziemiu. Pomagałam mu w tym, udzieliłam też wywiadu dla potrzeb filmu. Jak to łatwo dziś napisać, a jak strasznie skomplikowane to było w realizacji. I jak strasznie się bałam!

Miałam małe dziecko, mój mąż wskutek swej działalności solidarnościowej stracił pracę, pisałam książkę, działałam czyli robiłam najróżniejsze rzeczy. Byłam nieprawdopodobnie wprost zajęta. Współpracowałam jako dziennikarka i pomoc techniczna z gazetą zakładową w Unimorze (Karol Krementowski się ukrywał, ale gazeta nadal istniała), pisałam teksty dla Macieja Łopińskiego, który był wówczas redaktorem legendarnego podziemnego Biuletynu Stoczniowego, pierwszej gazety solidarnościowej, która ukazywała się od pierwszego dnia strajku na stoczni. Obaj, i Krementowski, i Łopiński ukrywali się, Łopiński napisał potem o tym słynną książkę „Konspira”, ale w przeciwieństwie do Krementowskiego, który nigdy nie został złapany, Łopiński został aresztowany, a ja od pierwszego dnia po jego aresztowaniu pomagałam jego żonie, która została sama z małą córeczką. Wspólnie też podejmowałyśmy działania prawne i inne, jak list do Jagielskiego czy zbieranie zaświadczeń lekarskich dotyczących jego stanu zdrowia, co odniosło skutek, bo po trzech miesiącach Maciej Łopiński został zwolniony z więzienia właśnie ze względu na zły stan zdrowia.

Byłam jedną z osób, które w pierwszych tygodniach stanu wojennego organizowały w Gdańsku tzw. pomoc zimową, czyli rozdział darów z paczek i zbieranie pieniędzy dla osób żyjących w biedzie. Paczki do rozdzielania dostawaliśmy zarówno z kościołów, ale spływały też one do nas bezpośrednio drogą pocztową z Zachodu, o co dbali Dick Verkijk i inni dziennikarze.

Podjęłam też pierwszą próbę zainicjowania samoorganizacji artystów i dziennikarzy. W Domu Prasy odbyło się ogromne spotkanie, które zaowocowało powołaniem do życia Spółdzielni Plastyków Format, w której pracowałam jako rzecznik prasowy do momentu wyjazdu z Polski w styczniu 1985 roku.

W dniu 23 grudnia 1982 roku, w ramach słynnej akcji zastraszającej zorganizowanej tuż przed złagodzeniem stanu wojennego w dniu 1 stycznia 1983 roku, kiedy to jednorazowo zatrzymano kilkaset osób, przeprowadzono w moim mieszkaniu rewizję, a ja zostałam aresztowana i przesłuchana pod zarzutem udziału w działalności grupy „Remiszewska i inni”. Przetrzymywano mnie zaledwie 24 godziny, kiedy to zostałam dwukrotnie przesłuchana, a dodatkowo poddana szykanie: wieczorem po przyjeździe do aresztu dostałam szklankę herbaty ziołowej, a potem do godziny 14.00 następnego dnia nie pozwolono mi skorzystać z toalety. Zostałam zwolniona z zarzutów, które zresztą z założenia nie miały mieć nic wspólnego z rzeczywistością, a moje przyszeregowanie do tej właśnie grupy (jeśli w ogóle istniała) brało się tylko z faktu, że byłam córką słynnego żeglarza, Dariusza Boguckiego. Podczas rewizji nie znaleziono niczego konkretnego (bo i nie szukano odpowiednio dokładnie), ale zarekwirowano mi starą maszynę do pisania, której zwrotu zażądałam pisemnie i którą mi po kilku miesiącach przywieziono do domu.

Od momentu aresztowania byłam bez przerwy śledzona, czego zresztą nie ukrywano, ponieważ był to element zastraszenia a nie próba dowiedzenia się o mnie czegokolwiek. Na przeciw mojego domu stało na zmianę dwóch panów, którzy patrzyli na dom i towarzyszyli mi, gdy dokądkolwiek wychodziłam. Zastraszanie to wspierały jeszcze informacje przekazywane mi „poufnie” przez sąsiada, który nie ukrywał, że był w latach 50 współpracownikiem bezpieki i że wciąż „ma kontakty i źródła”. To on informował mnie (zresztą nie złośliwie tylko z serdeczną troską o moje bezpieczeństwo), żebym uważała, bo odnośne służby wszystko o mnie wiedzą i że przecież rozpoznaję już owych śledzących mnie „panów”.

W końcu nie wytrzymałam. Pod koniec stycznia 1985 roku wyjechałam z Polski.

I co?

I nic. Zawsze twierdzę, że gdybym działała w Pcimiu, byłabym miejscową bohaterką, bardzo szanowaną lokalną „ciotką rewolucji”. Ale działałam w Gdańsku, mieście, w którym aż roiło się od bohaterów. Pomagałam im jak umiałam. To wszystko. Nie ma za co zbierać laurów.

Pisarze nie kierują naszym życiem, ale jeśli dobrze piszą, piszą zdania, które możemy sobie wziąć na drogę przez życie. Ja mam w podręcznym bagażu kilka takich zdań, wszystkie, jak przystało na pisarkę, zaczerpnięte z literatury lub filmu, który w końcu jest literaturą, tyle że z ruchomymi obrazkami. Grass dostarczył mi zdania: nigdy nie siedź przed trybuną. Miejsce artysty jest albo na trybunie, albo pod nią. Być może, gdybym mieszkała w Pcimiu, miałabym teraz, a w każdym razie kiedyś, miejsce na trybunie. Ale byłam z Gdańska i wciąż siedziałam pod trybuną.

W Berlinie

Wyjechałam na zaproszenie Dicka Verkijka. Pojechałam do Berlina Zachodniego, gdzie spotkaliśmy się i omówiliśmy możliwości dalszego mojego działania. Przez Dicka poznałam również bardzo aktywnego na rzecz pomocy dla struktur podziemnych Polaka z Holandii, Jana Minkiewicza, przez którego z kolei nawiązałam w Berlinie kontakty z grupami zbliżonymi do późniejszej partii Zielonych (wówczas Lista Alternatywna), którzy również wspomagali ruchy demokratyczne w Polsce, w tym przede wszystkim ROPCiO. Przedstawiciele ROPCiO odwiedzali mnie w Berlinie, tłumaczyłam ich ulotki na niemiecki, uczestniczyłam jako tłumaczka w ich spotkaniach z zielonymi, organizowałam pieniądze na publikacje i zorganizowałam dotację w postaci maszyny drukarskiej i jej transport. Również inni przedstawiciele opozycji korzystali z mojej gościny i pomocy, np. Adam Kinaszewski, autor książki Lecha Wałęsy, „Drogi nadziei” czy Lothar Herbst, słynny opozycyjny poeta z Wrocławia.

W roku 1986 moje podanie o azyl polityczny w Niemczech zostało rozpatrzone pozytywnie, co dało mi prawo pracy i umożliwiło podjęcie jej w Niemieckim Czerwonym Krzyżu jako opiekunki socjalnej uciekinierów politycznych z Polski w schronisku dla tzw. „azylantów” w berlińskiej dzielnicy Spandau.

W roku 1986 założyłam wraz Grzegorzem Ziętkiewiczem i prowadziłam przez 1,5 roku Polską Telewizję Niezależną, która co miesiąc nadawała godzinny program pt. Magazyn Wyspa – Insel. W magazynie prezentowaliśmy m.in. takich działaczy opozycyjnych, jak Lothar Herbst, Leszek Szaruga, Lech Dymarski czy Jerzy Holzer; wyemitowaliśmy wywiady z Tadeuszem Mazowieckim, Władysławem Bartoszewskim, Julianem Kornhauserem czy Adamem Zagajewskim. Przeprowadziliśmy też wywiad z tegoroczną laureatką nagrody Nobla – Hertą Müller.

Od początku pobytu w Berlinie Zachodnim współpracowałam ze wszystkim ukazującymi się tam czasopismami polonijnymi o charakterze opozycyjnym – Pogląd, Archipelag i Słowo. Współpracowałam też z rozgłośnią polską Radia Wolna Europa oraz paryską Kulturą, a jednocześnie z czasopismami i mediami niemieckimi, jak berliński dziennik listy alternatywnej TAZ czy ogólnoniemiecki FAZ. Byłam autorką tekstów i referatów o sytuacji kobiet w Polsce, m.in. referatu na światową konferencję kobiet w Nairobi, który został wielokrotnie przedrukowany w prasie niemieckiej. Nie tylko brałam udział w konferencjach międzynarodowych, ale też sama je organizowałam (np. w r. 1986 konferencja o polskiej literaturze niezależnej w Berlinie z udziałem profesor Marii Janion, czy w rok później we Vlotho nad Wezerą z udziałem Leszka Szarugi). Telewizja ogólnoniemiecka program I ARD nakręciła w roku 1986 film o mnie pt. „Ewa Maria, 38 J., aus Polen”, nadawany wielokrotnie przez wszystkie programy telewizji. Kolejny taki film nakręcił Wolfgang Kübel w bieżącym roku dla berlińskiego programu „Kowalski trifft Schmidt”.

W roku 1994 zakończyłam pracę etatową i zajęłam się już tylko działalnością kulturalną i społeczną na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego. Prowadziłam różne projekty, m.in. słynny Polsko-Niemiecki Statek Literacki, ale najważniejszą częścią tej mojej działalności jest założenie w roku 1994 Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Literackiego „WIR”, które postawiło sobie za cel wspieranie w różny sposób polsko-niemieckiego życia literackiego, poprzez publikacje, warsztaty, stypendia, organizację imprez i festiwali. WIR wydał kilkanaście książek o tematyce polsko-niemieckiej, w tym o takich tematach jak tożsamość czy kontakty polityczno-literackie PRL i NRD. Jesteśmy też pierwszym wydawnictwem, które postanowiło przybliżyć publiczności polskiej i niemieckiej osobę polskiego kubisty, czynnego w latach 20 i 30 w Berlinie, Stanisława Kubickiego. Na łamach WIR-u publikowali m.in. tacy bardzo znani (dziś, a wówczas nieznani) pisarze polscy jak Radek Wiśniewski czy Michał Witkowski. Od 6 lat istnieje przy Towarzystwie WIR również galeria (Galeria ZERO), wspierająca polsko-niemieckie i międzynarodowe kontakty dziennikarskie, polityczne, ekologiczne i artystyczne (sztuki piękne, muzyka, performance).

A Grass?

W Berlinie mój stosunek do Grassa się skomplikował. Pisałam już po niemiecku i napisałam opowiadanie o nim i o tym, jaką rolę odegrał w moim życiu, i o naszej wspólnej najmniejszej ojczyźnie Wrzeszczu – Langfuhr. Chodzimy w tym opowiadaniu tymi samymi ulicami i ja wciąż wywołuję jego ducha. Wysłałam mu to opowiadanie i zaczęłam niecierpliwie czekać na odpowiedź… Wydawało mi się, że historia musi mu się spodobać. Każdemu by się spodobała. Była też chyba dobrze napisana. W końcu przyszedł list, grzeczny, zdawkowy. Dziękuję, to interesujące odnaleźć siebie samego w czyjejś twórczości. Pozdrawiam. I tyle. Ale poprzez znajomego przesłał mi swoją grafikę. Było to 20 lat temu, więc nie umiem już odtworzyć moich uczuć. Dziś wiem, że postanowiłam być zadowolona, że dostałam od Grassa jego grafikę. Tak zadowolona, że dopóki nie zaczęłam pisać tego tekstu, nie wiedziałam, że nadal jestem przede wszystkim rozczarowana. Sobą, nie Grassem. Gdybym bowiem umiała lepiej pisać, gdybym napisała inaczej, gdybym… Gdybym była coś warta, tak, to jest to najgorsze podsumowanie, które muszę teraz wyciągnąć na światło dzienne i podać je publicznie do wiadomości. Gdybym była coś warta… Grass wyprowadził się w międzyczasie do Lubeki, ale przyjeżdżał wielokrotnie do Berlina. Mamy wspólnych znajomych, mógł mnie odnaleźć, gdyby w ogóle pamiętał, że istnieję. Kilka razy w różnych berlińskich instytucjach zorganizowano mu gdańskie spotkanie, zaproszono mu do towarzystwa Pawła Huelle i Stefana Chwina, o mnie nie pamiętał. Gdybyśmy oboje byli z Pcimia byłoby może inaczej. Ale jesteśmy z Gdańska.

Tym niemniej nadal zachłannie czekałam na jego książki. Niektóre mnie rozczarowały, choć niemal zawsze występował w nich Gdańsk, ale kilka uważam do dziś za świetne świadectwo czasu. Kilka z nich zrecenzowałam – „Szczurzycę” dla paryskiej Kultury i Wolnej Europy, „Pełzanie rakiem” dla gdańskich 30 dni. Ale za najwspanialszą jego powieść po „Blaszanym bębenku” uważam niewątpliwie „Rozległe pole”. I tak jak trylogia gdańska jest może najlepszym zapisem faszyzmu w Gdańsku, tak na pewno „Rozległe pole” jest najlepszą książką o zjednoczeniu Niemiec, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Jest rozwlekła i nudna, to prawda, ale tym jakimś specjalnym rodzajem nudy, od której nie można się oderwać. I chyba jedyny to znaczący głos współczesnej literatury, który widzi rok 1989 w dwóch perspektywach – jako fakt historyczny, ale jednocześnie jako zwycięstwo bezwzględnego i nienasyconego kapitalizmu, który pożera wszystko, co mu stanie na drodze. Tedeschi lurchi, nienasyceni Niemcy, pisze Dante w „Piekle” i tacy są też u Grassa ci Niemcy z Zachodu, którzy otwierają ogromne paszcze, by połknąć swoje własne ziemie podbite. Zresztą może nie jest to nienasycony kapitalizm, może bardziej właściwe byłoby staroświeckie słowo imperializm, a może wręcz przeciwnie – pisarz, który uważnie obserwuje świat jest pierwszym, który zauważył, że idzie nowe, i choć chyba nigdzie nie użył słowa globalizm, to już wiedział, że to, co idzie, będzie jeszcze gorsze od tego, co było. Chińczycy mają takie przysłowie, nie marz, bo jak ci się spełni to, o czym marzyłeś, to pożałujesz. Oto teza Grassa w „Rozległym polu” – Niemcy chciały się zjednoczyć, a jak im się to spełniło, to pożałowały.

Czytałam „Rozległe pole” wielokrotnie i wciąż jestem tego zdania – to świetna książka. Ciekawe, sama przecież obserwowałam ten sam świat, ten sam Berlin w momencie przełomu i po nim. Zapisywałam oczywiście różne fakty, obserwacje, zjawiska. Ale gdy po latach myślę o Berlinie w latach 1989-1990 pamiętam zdania z powieści Grassa lepiej niż moje własne myśli.

Pozostaje jeszcze ostatnie pytanie, to związane z powieścią „Przy obieraniu cebuli”. Myślę, że zrobię tu to samo, co kiedyś zrobił Darek Foks. Byliśmy na konferencji poświęconej Szymborskiej. Jak o każdym, tak i o Szymborskiej krążyły informacje i pomówienia, że współpracowała z komuną. W programie przeczytaliśmy, że Darek przygotował wystąpienie pod tytułem „Szymborska i system”. I przeczytał wiersz w stylu O’ Hary. O miejscu Szymborskiej w jego własnym systemie poetyckim. Ja chyba też przeczytam wiersz w stylu O’Hary.

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
wszędzie kamienie
kto nigdy nie skłamał
niech się schyli podniesie i rzuci
ja na pewno skłamałam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie mogę rzucić kamieniem
mogę go zanieść
na żydowski cmentarz
lub górę żelaza
lub tam gdzie grzesznicy
katedrę budują z oknami pełnymi światła

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie będziesz miał bogów cudzych przede mną
miałam
nie będziesz używał imienia pana boga swego nadaremno
używałam każdy używa
kto nigdy nie używał
niech się schyli podniesie i rzuci
pamiętaj abyś dzień święty święcił
nie pamiętałam
czcij ojca swego i matkę swoją
starałam się
ale doprawdy czasem było to zbyt trudne

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
starałam się jak mogłam
ale nie zawsze wychodziło
bo są krzywdy urazy i węzły psychoanalityczne
i kamienie na drodze z dzieciństwa w dorosłe życie
kto nigdy nie skłamał
niech się schyli podniesie i rzuci
nie zabijaj
pigułka zabija spirala zabija palenie zabija
zabijałam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie cudzołóż
nawet myśleć nie warto
kto nigdy nie spał w cudzym łóżku
niech się schyli podniesie i rzuci
a ja spałam w łóżku Grassa
w tym domu we Wrzeszczu
z którego wyjechał jakiś Niemiec
więc mógł to być i on
a gdy wyjechał, wywędrował, uciekł
wprowadziła się tam moja rodzina
i w pokoju od okna wstawiła łóżeczko
żebym miała gdzie spać
i było to cudze miejsce i cudze łóżko
cudzołożyłam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie kradnij
ach mój Boże
wszędzie pełno kamieni
nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu
jeśli zatem sam nie możesz rzucić kamieniem
bo mówiłeś fałszywe świadectwo
to zostaw w spokoju tego chłopaka
który miał siedemnaście lat
i coś sobie myślał

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
Niemcy zawsze sobie coś myślą
tak twierdził Heine
i może to było fałszywe świadectwa
niech się zatem schyli podniesie i rzuci
wszędzie pełno kamieni
nie pożądaj żony bliźniego swego
no proszę nie pożądałam
ani wołu ani osła ani żadnej rzeczy która jego jest
nawet tej sukienki od stefanellego
choć to tak samo trudne jak czcić ojca swego
i chyba się po prostu nie da

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
wszędzie pełno kamieni
siedzimy przy stolikach na placu budowy
pijemy grappę i mojito
a kto nigdy nie chciał tej sukienki od stefanellego
ni wołu ni jaguara ni porscha ni nagrody Nobla
niech się schyli podniesie i rzuci
w tego chłopaka
co przyznał się po latach obierania cebuli

Obóz

Infos über das Lager auf Deutsch findet man hier: AusgrabungenZwangsarbeit2

Ewa Maria Slaska

Niedzielny spacer

Jest piękna wrześniowa niedziela. Może ostatnia już taka letnia niedziela w tym roku. Wychodzę na spacer.

Mieszkam naprzeciwko zamkniętego przed czterema laty lotniska Tempelhof, które właśnie staje się jednym z najbardziej uczęszczanych i modnych miejsc w Berlinie. To taki dziwny park, niemal nic tu nie ma, tylko dziko rosnąca trawa, przestrzeń, nieczynne pasy startowe i wielka kopuła nieba.  Przeprowadziłam się tu gdy lotnisko zostało zamknięte, obserwuję więc wzrost jego popularności w miarę jak wrastam w swoją nową dzielnicę. Kiedyś było to miejsce spacerów, potem pojawili się grillowicze, teraz jest masa wrotek, rowerów, deskorolek, latawców, paralotni i windsurfingu. Niebo furczy jak tańczący trzmiel.

Jestem namiętną spacerowiczką, dawno więc spenetrowałam już całą okolicę, odkryłam dziwne mosty, pochowane zieleńce, maleńkie zaułki o wielkich nazwach, chociażby jak moja uliczka, obarczona nieprzemyślanie mianem stanowczo na nią za ciężkim: Paradestrasse, ulica parad.

W tę niedzielę idę na lotnisko z zamiarem przejścia go w poprzek i dojścia do dzielnicy Neukölln.

Na płycie lotniska odkrywam szczaw. Zawsze, jak mi się zamarzy zupa szczawiowa, jadę w odwiedziny do koleżanki, która mieszka poza miastem, a tu proszę, zupa rośnie niemal pod nosem.

Godzinę zajmuje mi przejście na drugą stronę płyty, czyli muszą to być cztery kilometry, a może nawet pięć. Wchodzę w uliczkę, między cmentarzami. I…

W zmierzchu i cieniu drzew wcale nie jest łatwo zrozumieć, co widzę, ale po chwili już wiem – GEDENKORT -ZWANGSARBEITERLAGER. MIEJSCE PAMIĘCI – OBÒZ PRACY PRZYMUSOWEJ.

tablica-klein

Więcej nie da się odczytać. Dziwne to miejsce pamięci. Za płotem, prawie jak za kratą, zamknięte na kłódkę, a tablica tak ulokowana, że nic nie widać.

Idę dalej i myślę, że to przecież jasne, wzdłuż lotniska, na nieodległej Columbiadamm było i więzienie, i obóz koncentracyjny, i obozy pracy. Tu zapewne był jakiś podobóz, pracujący na potrzeby Luftwaffe.

Dochodzę do ulicy. Po lewej brama cmentarza St. Thomas, po prawej wspólny cmentarz Jerusalem & Neue Kirche V.

Najpierw zwracam uwagę na złoty napis cyrylicą – w kaplicy cmentarnej ma swoją parafię bułgarska gmina wyznaniowa. Złote litery wzraźnie odcinają się od ciemnego tła.

Jest coraz ciemniej, reszty napisu niemal nie można odczytać. ZUR ERINNERUNG UND MAHNUNG. A pod spodem, mniejszymi literami: Auf diesem Friedhof betrieben christliche Gemeinden 1942-1945 ein Zwangsarbeiterlager.

DLA PRZYPOMNIENIA I PRZESTROGI. Na tym cmentarzu w latach 1942-1945 parafie chrześcijańskie prowadziły obóz pracy dla robotników przymusowych.

Prowadziły.

Tak jakby prowadziły schronisko dla sierotek. Tymczasem ten łagodny chrześcijański tekst oznacza, że był tu obóz pracy, założony przez parafie kościelne.

Wiem, bo nie można nie wiedzieć. Od roku 1941 wszyscy niemieccy mężczyźni poszli na wojnę, a wykonywaną przez nich dotychczas pracę „przejęli” robotnicy przymusowi z Europy Wschodniej, w Berlinie głównie ze Związku Sowieckiego. Natomiast nie wiem, bo skąd miałabym wiedzieć, że również Kościół korzystał z tej nieludzkiej formy wyzysku niewolników.

Jest niedziela wieczorem, cmentarz jest zamknięty, niczego się już dziś nie dowiem.

W dwa dni później idę znowu na cmentarz. Tym razem jest otwarty. Tuż za bramą pomnik, za nim kolumienka z dwiema czworobocznymi gablotami.

Piękny pomnik. Czarny szlifowany bazalt. To polodowcowy ostaniec. Kamień przecięto, a jego górna część została umieszczona w bramie cmentarnej jako tablica informacyjna.

W środkowej części cmentarnego pomnika smutny napis:

42 parafie chrześcijańskie założyły tu obóz pracy dla robotników przymusowych. Niech Bóg, Ten, który wyzwala niewolników, zmiłuje się nad nami. Pomnik ufundowany przez Chrześcijan i parafie w Berlinie.

Wokół 42 ślady po wyciętych „cegłach” z nazwami parafii. Same „cegły” znajdują się w tych parafiach. Ku przypomnieniu i przestrodze.

Czyli to nie pomnik ku czci ofiar, lecz pręgierz dla sprawców.

Już wiem, że muszę pojechać do co najmniej kilku kościołów i popatrzyć, jak zostały „wystawione”?  Coś mi mówi, że wcale.

W każdym razie autor pomnika, Rainer Fest, przewidział, że podczas specjalnych uroczystości, np. podczas Niemieckiego Dnia Żałoby (Volkstrauertag), przedstawiciele wszystkich parafii przynoszą te cegły na cmentarz i układają je na pomniku.

Podwójna gablota za pomnikiem składa się z ośmiu tablic informacyjnych, niedużych, gdy teksty mają powiększoną czcionkę nie zmieści się tu więcej niż tyle, co normalnie na arkuszu A3. 16 arkuszy papieru maszynowego.

Czego ja właściwie chcę? Przecież sama twierdzę, że Foucault miał rację i historia umarła. A jak umarła, to umarła, to niech umarli grzebią swoich umarłych, a my się zajmijmy życiem.

Zatrudnieni tu robotnicy przymusowi byli w większości nieletni i pochodzili z Ukrainy, Rosji, Białorusi. Pracowali jako grabarze, nie grzebali jednak swoich umarłych, tylko berlińskich – tych co zmarli sami z siebie i tych, którzy zginęli w bombardowaniach.

Czytam i myślę. Kolejność tablic w gablocie jest tajemnicą, zaczynam czytać gdziekolwiek. Obóz pracy nie był, jak sądziłam, częścią znanego KZ Columbia-Haus. Był samoistną jednostką, założoną przez kościoły berlińskie, gdy zatrudniani przedtem robotnicy z Bułgarii okazali się zbyt drodzy. Urząd Pracy przyznał więc parafiom 100 robotników przymusowych do obsługi cmentarzy. Aby ich gdzieś pomieścić, zbudowano dla nich obóz. Nadano mu rangę obozu ważnego dla prowadzenia wojny („kriegswichtige Funktion”), co dawało mu pewne przywileje. Jeszcze nie wiem, jakie, domyślam się tylko, że przywileje dla obozu nie oznaczały przywilejów dla pracujących tu niewolników.

I tu się mylę. Sprawdzam jak zawsze w Internecie i dowiaduję się, że taka klasyfikacja nieco polepszała warunki życia pracujących w takich obozach robotników. Nie chodziło bowiem o to, żeby ich wykończyć, tylko o to, żeby jak najwydajniej pracowali.

Ale z kolei pracownik obozu musiał być „przydatny” czyli zdrowy i nie powinien był sprawiać kłopotów. Nieposłusznych odsyłano do „Arbeitserziehungslager” – „obozu wychowania przez pracę” co było eufemistyczną nazwą na KZ – Konzentrations Lager, obóz koncentracyjny. Osoby „nieprzydatne”, zbyt wycieńczone lub chore stawiano do dyspozycji Urzędu Pracy lub odsyłano bezpośrednio do tzw. „Sterbelager”, obozu-umieralni. Na ich miejsce Urząd przysyłał następnych jeńców.

Więźniowie obozu kościelnego obsługiwali wszystkie cmentarze w Berlinie. Ich praca była ważna, może nie dla machiny wojennej, ale na pewno dla sprawnego funkcjonowania miasta. Co rano pojedynczo lub po kilku wychodzili do pracy. Często bez obstawy policyjnej! Sami.

Byli ubrani w cywilne ubrania, a na piersiach mieli niebieską Ostmarkę – znaczek identyfikujący ich jako „Ostarbeiter”, robotników ze Wschodu – najwyraźniej władze nie chciały już samą nazwą przypominać zwykłym mieszkańcom miasta, że to niewolnicy. Jechali metrem lub autobusem, a „Ostmarka” upoważniała do jazdy za darmo. Mogli też wchodzić do sklepów, choć co mogli tam kupić? Mieli nawet pieniądze, zarabiali 146 RM miesięcznie, trzy razy mniej niż zatrudniani przedtem Bułgarzy, ale z tych pieniędzy niewiele zostawało, bo musieli zapłacić za… lokum i wyżywienie w obozie. Zresztą za pieniądze niewiele można było kupić, wszystko było na kartki, a kartek nie mieli. Byli niewolnikami, ale w jakimś sensie pozwolono im żyć jak ludziom. Nie mieszkali za kratami i pracowali bez policyjnego nadzoru. Było to jednak bardzo ciężkie życie.

Przede wszystkim byli bardzo młodzi. Głodowali, marzli, pracowali ponad siły, chorowali, nie mieli opieki lekarskiej, ani duchowej, choć byli przecież więźniami obozu pracy prowadzonego przez Kościół. Zresztą wcale tego nie wiedzieli, myśleli, że „zatrudnia” ich komunalne biuro pogrzebowe.

O tym jak żyli informuje druga wystawa w zamkniętym pawilonie na cmentarzu po przeciwnej stronie ulicy.

Obóz w roku 1945 wyzwolili Rosjanie i do roku 1995 nikt o nim nigdy nawet nie wspomniał. Ani historycy, ani sam Kościół. Był to kawałek historii wojny i historii miasta, o której wszyscy postarali się zapomnieć. Pierwsze informacje o tym, że taki obóz istniał pojawiły się w 50 lat po wojnie i zostały po prostu zlekceważone. Potraktowano je poważnie dopiero w kilka lat później.

Dokładnie 10 lat temu, w roku 2002 Kościół berliński przeprowadził to, co Niemcy nazywają „Traueraurbeit” – praca żałoby. To już była praca następnego pokolenia, tego, które spokojnie mogło się pokajać za winy, bo nie były to jego winy.

Jestem zdumiona i chyba nawet przestraszona. Rozumiem, że do winy korzystania z pracy niewolników nie przyznawali się przemysłowcy, kapitaliści, czy ja wiem – bezduszna administracja. Ale Kościół? 42 parafie – 39 parafii ewangelickich i trzy katolickie.

Ponawiam pytanie do samej siebie. Czego ja właściwie chcę? Co niby miało się zdarzyć i kiedy? Lepiej, że odpracowano tę żałobę teraz, niż żeby kościoły nie miały jej w ogóle wykonać. Nigdy. I że żałobę odprawili przedstawiciele sprawców, a nie…

Przecież wiem, że mieszkam w mieście, w którym Pomnik Holokaustu zbudowały sobie za własne pieniędze ofiary zbrodni. Holocaust Monument to dzieło żdowskie a nie niemieckie. I wznoszono je już za mojej, ludzkiej pamięci, w latach 2003-2006 czyli więcej niż pół wieku po wojnie. I pamiętam, jak politycy bronili się rękami i nogami przed tym, by im nie budowano pod nosem takiej „wypominajki”.

Obóz powstał z inicjatywy Kościoła. Z tekstów w gablotkach nie wynika, by ktoś Kościół przymuszał do korzystania z pracy jeńców. Z kilkunastu parafii katolickich w Berlinie tylko trzy przystąpiły do „spółki”. Nie wiem, jak radziły sobie pozostałe? Dalej zatrudniały Bułgarów i płaciły im trzy razy więcej czy też założyły jakiś inny obóz, o którym po prostu nic nie wiem, tak jak do zeszłej niedzieli nie wiedziałam i o tym obozie?

Szukam w internecie. Władze kościelne twierdzą, że innych takich obozów nie było, ani w Berlinie ani w całych Niemczech.

Był to jeden jedyny obóz.

Zaczynam poszukiwania kamieni z pomnika. Oczywiście – zapewne powinnam napisać do odnośnych parafii i po prostu zapytać. Ale tak naprawdę chciałabym sprawdzić, czego się dowie zwykły człowiek, gdy wejdzie z ulicy i zapyta.

Z kolei nie jestem w stanie obejść wszystkich 42 kościołów wymienionych na liście. Oto lista parafii ewangelickich, które wspólnie założyły obóz:

Andreas, Auferstehung, Christus, Dorotheenstadt,  Elisabeth, Emmaus, Friedrichsfelde, Friedrichswerder, Georgen, Gethsemane, Gnaden, Golgatha, Heiland, Hlg. Kreuz, Jacobi, Jerusalems- und Neue, Joh.-Evangelist, Karlshorst, Lankwitz, Luisen, Luisenstadt, Marien, Marienfelde,  Nazareth, Nicolai, Nikolassee, Parochial, Segen, Simeon, Sophien, St. Lukas, St. Markus, Köpenick, Stralau, Tegel, Thomas, Weißensee, Zion, Zwölf-Apostel.

A to parafie katolickie: St. Hedwig, St. Matthias, St. Michael.

Postanawiam więc, że zacznę od kościołów katolickich. Po pierwsze na liście są tylko trzy, po drugie myślę, że o ile kościół ewangelicki jest znakomity w służbie społecznej, o tyle podejrzewam, że katolicy mogą być lepsi w okazywaniu skruchy.

A zatem St. Hedwig – katedra św. Jadwigi w samym centrum miasta, na Bebelplatz (tu palono książki w 1933 roku), naprzeciwko Uniwersytetu przy ulicy Unter den Linden. Główny kościół katolicki Berlina, siedziba arcybiskupa, a przy tym świątynia, która wielorako wiąże się z Polską.

Patronką katedry jest Jadwiga Śląska, księżniczka niemiecka z Andechs, żona Henryka Brodatego i matka Henryka Pobożnego. Była, jak wiele średniowiecznych księżniczek, prawdziwą Chrześcijanką. Ufundowała liczne kościoły i klasztory, w tym pierwszy polski klasztor kobiecy w Trzebnicy, ale przede wszystkim słynna była z umartwień i pomocy, jaką niosła chorym i biednym. Zmarła w roku 1243, w roku 1267 została kanonizowana. Czczona jako patronka Polski i Śląska.

Król Prus Fryderyk II Wielki ufundował katedrę berlińską pod jej wezwaniem, co nie było działaniem ot takim sobie. Fryderyk przeprowadził w ciągu swego panowania trzy wojny śląskie, które doprowadziły do przyłączenia Śląska do Prus. Jednakże oderwany od Królestwa Czeskiego Śląsk nie był zachwycony nową przynależnością państwową. Zgoda na budowę kościoła katolickiego w protestanckim mieście i lokalna śląska patronka miały pozytywnie nastroić niechętnych śląskich katolików do protestanckiej władzy. W latach 1747-1773 zbudowano Jadwidze wielki kościół, a ją samą ogłoszono patronką całego miasta. Świątynia została zbudowana w stylu klasycystycznym, a konsekrował ją 1 listopada 1773 roku zaprzyjaźniony z królem Fryderykiem arcybiskup gnieźnieński, Ignacy Krasicki. Tak, ten sam, nasz wielki książę poetów… Nie obyło się zresztą bez głosów krytyki, że co Polakowi do katedry w Berlinie… Gdy umarł, został tu pochowany, a ciało jego przeniesiono do Gniezna dopiero w roku 1829.

Podczas wojny katedra została zniszczona, po wojnie odbudowana. W krypcie znajduje się grób bł. Bernharda Lichtenberga, proboszcza katedry w latach 1938-1941 – obrońcy Żydów. Lichtenberg został aresztowany w październiku 1941 roku, w maju 1942 roku skazano go na 2 lata więzienia. Zmarł w drodze do obozu w Dachau, 5 listopada 1943. W dniu 23 czerwca 1996 na stadionie olimpijskim w Berlinie papież Jan Paweł II dokonał jego beatyfikacji.

Gdy kościoły berlińskie podejmowały decyzję założenia obozu pracy przymusowej, Lichtenberg przebywał już w więzieniu i nie mógł zaprotestować. Bo wierzę, że by to uczynił.

W katedrze nastrój raczej turystyczny niż podniosły. W przedsionku nowiutka, właśnie otwarta wystawa o historii kościoła katolickiego w Brandenburgii w ogóle, a katedry – w szczególe. Trzon wystawy stanowią tablice o okresie nazistowskim. Prześladowania, ofiary… Ani słowa o tym, że katedra współpracowała przy zakładaniu obozu i ciągnęła zyski z zatrudniania jeńców sowieckich. Czyli w 10 lat po tym, jak (wreszcie) kościół zabrał się za „pracę skruchy i żałoby” katedra katolicka ani słowem nie wspomina o własnej winie.

Chodzę po kościele i kaplicach, zaglądam w kąty – nie ma kamienia. Myślę sobie, że na pomniku owe kamienie są niewielkie, ale przecież do kościołów przekazano je zapewne w jakimś stosownym pudełku i ze stosownym wyjaśnieniem. Czyli nawet niewielki kamień nie jest w stanie się zawieruszyć, jeśli mu się nie pomoże. Tu mu najwyraźniej udzielono odpowiedniej pomocy, bo nikt nic nie wie i nikt nic nigdy nie słyszał, ani o obozie, ani o kamieniu. Jeden z rozmówców też nie wie o co chodzi, ale podkreśla, że zrobili to ewangelicy, a katolicy nie mają z tym nic wspólnego. Mam napisać maila z zapytaniem, to ktoś postara mi się udzielić odpowiedzi.

Jadę do kościoła św. Michała. To też kościół z polskimi akcentami – kiedyś odbywały się tu msze po polsku, nawet całkiem jeszcze niedawno, teraz kościół jest remoncie, a za restaurację odpowiada polska firma konserwatorska z Wrocławia. U św. Michała informacje są podobne jak u Jadwigi, ale przynajmniej człowiek, który ze mną rozmawia, wie, o co pytam, wie że był obóz i że pomiędzy parafie rozdzielono ku przestrodze kamienie z pomnika. Wie nawet, że kamień tułał się gdzieś w głównym biurze w zupełnie innym kościele i w końcu zabrała go do domu Susanne, świecka pracownica nietatowa Rady Parafialnej…

Kolej na parafie ewangelickie. Trochę dzwonię, generalnie rozmowa jest łatwiejsza niż z katolikami, bo wszyscy moi rozmówcy wiedzą, o co pytam, ale też wszyscy odsyłają mnie do pani Lachenicht z Archiwum Kościelnego. Tam telefon nie działa, trzeba dzwonić na komórkę, a komórki nikt nie odbiera… Trudna rada, trzeba napisać maila…

Bardzo liczę na to, że czegoś się dowiem w ewangelickim kościele Heilig Kreuz Kirche na Kreuzbergu – Kościół św. Krzyża w dzielnicy Góry św. Krzyża. Jest to Kościół Otwarty, ma kawiarnię i centrum obrad. Prowadzi się tu pomoc dla bezdomnych i potrzebujących. Obywają się spotkania dzieci i seniorów. W niedzielę 30 września odbyła się msza dla ludzi i zwierząt. Tu się chadza na występy teatralne, koncerty, pokazy slajdów, a nawet na oglądanie fajerwerków sylwestrowych z wieży kościoła. Sama, bywało, czytałam tu swoje teksty. W roku 2012 kościół otrzymał Nagrodę Ekumeniczną. Tu też nie wiadomo, gdzie jest kamień, mam napisać maila…

Nieobecność osób, które mogłyby udzielić informacji i ich nie działające komórki są w tej sprawie symptomatyczne. Piszę maila do pani odpowiedzialnej za pracę nad upamiętnieniem głównego obozu przy lotnisku, tzw. Columbia Haus, licząc na to, że coś wie o tym, kto odkrył fakt istnienia obozu. Pytam, czy mogę zadzwonić na komórkę. Tak proszę, w tych i tych godzinach. Dzwonię, komórka nie działa. Muszę więc napisać maila…

Dzwonię do Evangelischer Friedhofsverband Berlin Stadtmitte, bo to oni 12 lat temu zainicjowali pracę w celu przypomnienia faktu istnienia kościelnego obozu pracy przymusowej. Chcę rozmawiać z szefem – po pierwsze, bo go znam, po drugie – bo w czasie, gdy rozdzielano kamienie, był pastorem Kościoła św. Krzyża. Nie ma go, mam napisać maila…

W pierwszym kontakcie ewidentnie kamienia nie da się zobaczyć. Piszę kilka maili, ale już wiem, co chciałam wiedzieć…

Wszędzie, gdzie się obrócę, osobisty kontakt ma zostać zastąpiony napisaniem maila. A ja nie chcę. Myślę, że nikt mi nie odpowie, ale myślę też, i jest to myśl jeszcze gorsza, że jak mi odpowie, to najpierw, nie mówiąc mi o tym, poszuka, gdzie ten kamień jest…

Być może tak też jest w ewangelickim kościele św. Krzyża, gdzie wreszcie po kilku tygodniach telefonowania i pisania maili udaje mi się dotrzeć do kamienia. Leży na stole w bocznej nawie, obok księgi gości. Prosty czarny czarny kamień z nazwą kościoła. Bez informacji i kontekstu nic nikomu nie powie.

Odpracowano żałobę, rozdzielono kamienie, wystawiono pomnik, urządzono wystawę, ale tak naprawdę nadal nikt nie chce pamiętać.

Niech umarli grzebią swoich umarłych.

18 listopada 2012, niedziela. Volkstrauertag, Dzień Żałoby Narodowej. To ów dzień, kiedy wszystkie kamienie mają symbolicznie wrócić na pomnik. Z kościoła św. Krzyża dostaję zaproszenie na uroczystości o godzinie 16. Jest ciemno i zimno, pierwszy naprawdę mroźny dzień tej jesieni. Zbiera się około stu osób, w tym dwoje muzyków – trębacz i akordeonistka – oraz grupa młodzieży, która na lekcjach religii zajmowała się tematem kościelnego obozu pracy. Każdy, kto kładzie kamień na pomniku, mówi głośno nazwę parafii i ewentualnie kilka słów. Dwie osoby informują, że kamień jest w ich kościele wystawiony na stałe – w jednym z kościołów na głównym ołtarzu, w jednym – koło chrzcielnicy. Pastor z parafii św. Krzyża, przyznaje, że sam nie wie, co z tym kamieniem zrobić. A więc miałam rację – ten kamień, jedyny, jaki do dziś udało mi się zobaczyć, ułożono dla mnie, polskiej dziennikarki.

Na apel stawili się przedstawiciele prawie wszystkich parafii ewangelickich. W dywanie z kamieni niemal nie ma luk. W imieniu parafii katolickiej z kościoła św. Michała pojawia się Susanne, ewidentnie nieoficjalnie, aczkolwiek w towarzystwie dwóch innych osób z Rady Parafialnej. Kładąc kamień mówi, że reprezentuje swoją parafię i że dołoży wysiłków, by w następnych latach pojawili się tu też przedstawiciele parafii św. Jadwigi i św. Mateusza.

„Dołoży wysiłków”.

Wspominam moją wizytę w kościele św. Jadwigi i wiem, że nie będzie to łatwe zadanie. Po uroczystości Susanne opowiada mi, że znalazła ten kamień w biurze parafialnym. Kamienie nie mają żadnego napisu, no i ewidentnie odnośne kościoły dostały go luzem a nie w pudełkach z informacją. Widać to choćby dziś, gdy przyniesione kamienie wyciąga się z plecaków, toreb plastikowych lub kieszeni płaszczy. Susanne myślała więc, że to przycisk do papierów. Przez przypadek, czyli dokładnie tak jak ja, zawędrowała kiedyś na cmentarz Nowej Jerozolimy, zobaczyła pomnik i pomyślała, że gdzieś już widziała taki czarny, wyszlifowany bazalt.

Kojarzenie faktów a potem szukanie informacji zajęło jej sporo czasu, ale w końcu dowiedziała się, znowu tak jak ja, że aby zobaczyć, co się dzieje z pamięcią i poczuciem winy, musi się pojawić dziś przy pomniku.

Patrzymy na rozchodzących się powoli ludzi i na pomnik pełen białych zniczy. Przeliczamy szybko, że na uroczystość przybyli przedstawiciele prawie 40 parafii ewangelickich – po dwie, trzy osoby, ponadto organizatorki, młodzież szkolna, pani pastor… Trudno powiedzieć, jak głęboko temat winy za prowadzenie przez Kościół obozu dla robotników przymusowych został w poszczególnych parafiach przepracowany, co wiedzą o tym parafianie, ale przynajmniej oficjalnie parafie ewangelickie stanęły na wysokości zadania.

Trzy parafie katolickie, w tym jedna będąca siedzibą Arcybiskupa, reprezentuje tylko Susanne i dwie towarzyszące jej osoby.

Mówię, że być może mój artykuł o obozie ukaże się w jednej z gazet katolickich w Polsce. „To dobrze”, odpowiada Susanne, „bo wtedy może wreszcie berliński kościół katolicki będzie musiał coś zrobić.”

Dopisane w dzień Wigilii. Czekałam ponad miesiąc na odpowiedź “jednej z gazet katolickich w Polsce”. Mieli odpowiedzieć, czy wydrukują mój tekst. Po miesiącu myślę, że znowu wiem coś, czego wcale nie chciałam wiedzieć. Wiem, że temat został formalnie “przepracowany”, a i tak nikt nie chce się z nim konfrontować. W Polsce też nie.

Jesień 2012