Maj

Andrzej Rejman

Nie dla ciebie maj zielony…

1_Jezioro_Spychowskie_maj_2016Jezioro Spychowskie, pow Szczytno maj 2016

Wiersz napisany przez Salinę Baniewicz w 1949 roku w Warszawie do syna, Antosia (ps. Wilczyński), który zginął w Powstaniu Warszawskim na Żoliborzu, 29 września 1944.

2_Antoni_Baniewicz_1923-1944NIE DLA CIEBIE

Nie dla Ciebie znów zawitał w nasze strony
rozśpiewany, roześmiany – maj zielony,
Nie dla Ciebie złote słońce śle promienie,
lecz o Tobie szumia lasy i strumienie.

Nie dla Ciebie pachnie dzisiaj kwiat jabłoni;
Nie dla Ciebie konik polny w trawie dzwoni;
i obłoki po tym niebie turkusowym
nie do Ciebie płyną szlakiem opalowym

Wczesnym rankiem z liści klonu krople rosy
nie opadną już na Twoje jasne włosy
Powiew wiosny Twego czola nie opala
i nie nęci cichym pluskiem srebrna fala.

Antoni Baniewicz (1923-1944)

Ciebie nawet wiatr gwałtowny nie ochłodzi
i w wytchnieniu po Twej pracy – nie przeszkodzi;
a wołanie nieszczęśliwych żywych ludzi
do żadnego czynu Ciebie – nie obudzi.

Mój Syneczku, mój rodzony, mój jedyny –
już nie widzisz, jak tu rosną jarzębiny,
jak ruszają niespokojnie gałęziami,
jakby płaczące nad powstańców mogiłami.

Mój Syneczku, mój jedyny, mój rodzony –
nie dla Ciebie zakwitł znowu maj zielony;
nie dla Ciebie sypnął zlotem światlocieni…
chyba tylko łka po Tobie – szmer strumieni.

Salina Baniewicz Warszawa, 1949 r.

Pamięci Żydów kujawskich

Andrzej Rejman

pro memoria

Bez zbędnych komentarzy, pamiętając – próbując nigdy nie zapomnieć – przypominając innym – upominając…

myśląc…
o ofiarach, tej straszliwej wojny, każdej wojny, wszystkich wojen…

udostępniam te wiersze, pieśni i muzykę.

(utwory pochodzą z płyty wydanej przez Centrum Kultury i Sportu w Kruszwicy w 2012 roku)
muzyka: Andrzej Rejman, Alina Sarit Konwińska
wykonanie: Alina Sarit Konwińska i Andrzej Rejman

ELA GALOCH (z tomiku: “Tu zakwitają wiersze”) *

Joel szuka swojej Palestyny
wśród huku wozów, kurzu i obelg esesmana.
Szuka tam, gdzie dzień, godzina,
nawet dziesięć minut może zwolnić.
Bo ma wrażenie, że strach w głowę wkręca śrubkę.
Na każdym kroku czyha brudne miasto,
jak odbicie chaosu panującego w duszy.

Zakłady pogrzebowe obok fryzjera,
prowizoryczny szpital ze stajniami,
a na chodnikach handlarze mydła
i głodni czyściciele butów.
Twarze przechodniów coraz bledsze,
zamazane, jak obrazy na słabo oświetlonej ścianie.

W gettcie już cuchnie z rynsztoków,
ludzie w postrzępionych chałatach
wydają się z innej epoki,
chociaż szewcy wciąż reperują zdarte buty,
krawcy nicują marynarki.
Na progach stare kobiety w połatanych chustach
czekają na Mesjasza.
Jeszcze psy ziewają szeroko,
na niskich dachach wylegające się koty,
Im więcej się wszystko zmienia,
tym bardziej pozostaje bez zmian.

Zielonozłote muchy ścigają się
wokół gasnącej lampy.
Hanah spuszcza głowę:

– Jak będę żyć bez ciebie?
Jak będę żyć…?

Wiem, że kobieta
nie powinna przyznawać się do takich uczuć.
Dziś znów spłonęły tomy kalendarzy do Pisma,
księgi, kabały i traktaty o etyce,
chociaż Żydzi wierzą w siedmioletni ogień,
który urodzi salamandrę.
Mają też swojego rabina- cudotwórcę,
który teraz ociera czoło mycką,
jakby chciał powiedzieć:
Sami sprowadziliście na siebie ruinę.
Bo są już wagony.
Znów są- otwarte
i jeszcze przez chwilę puste…

KRYSTYNA WOŹNIAK (z tomiku: “Ślady dotyku”)*

Boisz się głosu ulicy ,
wciśnięta w ścianę chowasz głowę,
fotel i biel obrusa nie wznowią pamięci.

Kiedy rozczesuję Ci włosy,
chowasz kromkę chleba do kieszeni,
mówisz: jestem głodna.

Dzisiaj płakałaś po stracie nieistniejącego psa,
słyszałam, jak rozmawiasz z lalką,
która została pod gruzami stolicy.
Codziennie topnieje twoja twarz.

Nadal nie wiesz, że masz córkę.
________________________________
* tomiki wydane przez Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury oddział w Bydgoszczy przy współpracy m.in. Centrum Kultury w Kruszwicy.

Każdy umiera w samotności

Lech Milewski

Samotna śmierć Hansa Fallady

Listonosz Ewa Kluge wchodzi powoli po stopniach schodów domu przy ulicy Jabłońskiego 55. Wchodzi powoli nie tylko dlatego, że jest zmęczona obchodem, ale również dlatego, że ma w torbie jeden z takich listów, których nienawidzi oddawać. I właśnie o dwa piętra wyżej musi za chwilę oddać ten list Quanglom…
Przedtem jeszcze, piętro niżej, doręczy urzędowe pismo Persickom. Persicke jest kierownikiem politycznym lub czymś podobnym w partii – Ewa Kluge ciągle jeszcze nie rozeznaje stanowisk. W każdym razie u Persicków trzeba witać się wołając “heil Hitler” i dobrze uważać, co się mówi.
Uważać trzeba, oczywiście wszędzie…
… zadzwoniła do Quanglów. Trzyma list w ręku i gotowa jest natychmiast uciec. Na szczęście, otwiera jej nie kobieta, która zwykle zamienia z nią parę przyjaznych słów, lecz mężczyzna o ostrej, ptasiej twarzy, cienkich wargach i zimnych oczach. Bez słowa wyjmuje jej list z ręki i zamyka drzwi przed nosem, jak gdyby była złodziejem, którego trzeba się strzec.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.
Tłumaczył – Jerzy Rawicz.
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej – 1956

Powyższą książkę kupiła moja Matka, która dobrze pamiętała autora jeszcze sprzed wojny. Przede wszystkim książkę Co dalej szary człowieku (Kleiner Mann, was nun?) – świetny obraz czasów depresji lat 1929-1931.

Książka Hansa Fallady spodobała mi się od pierwszego wejrzenia – wartki język, żywa akcja, duża część książki rozgrywa się w berlińskim półświatku co przypominało mi utwory Bertolda Brechta, Ericha Kästnera a przede wszystkim mistrza reportażu – Egona Erwina Kischa.
Nic dziwnego, podobnie jak oni Hans Fallada był reprezentantem kierunku Neue Sachlichtkeit – KLIK.

Hans Fallada

Hans Fallada – KLIK, prawdziwe nazwisko Rudolf Ditzen, urodził się w 1897 roku w dość dobrze sytuowanej rodzinie.
Wypadek drogowy w wieku lat 16, którego wynikiem była długa kuracja z użyciem dużej ilości leków uśmierzających ból, miał chyba decydujący wpływ na dalsze życie pisarza. Samotność, depresja, uzależnienie od środków przeciwbólowych, doprowadziło go do myśli o samobójstwie. W wieku lat 18, rok 1911, wraz z przyjacielem zdecydowali popełnić samobójstwo, aby jednak nadać mu bardziej stylowy character postanowili zainscenizować je w formie pojedynku.
Rezultat był fatalny – przyjaciel Hansa spudłował, Hans trafił skutecznie. Próbował jeszcze sam się zastrzelić, ale to mu sie nie udało. Sąd uznał go za niepoczytalnego i uniewinnił od zarzutu morderstwa. Tak zaczął się regularny kontakt z instytucjami psychiatrycznymi.
W sanatorium psychiatrycznym zetknął się z pracą na roli i to stało się jego rezerwowym zawodem.

Po zakończeniu I Wojny Światowej Fallada nie mógł już liczyć na pomoc finansową rodziców i znalazł zatrudnienie jako pracownik rolny.
W roku 1920 opublikował pierwszą książkę. W tym samym czasie został skazany na sześć miesięcy więzienia za drobne kradzieże, gdyż jego zarobki nie wystarczaly na pokrycie kosztów uzalenienia od morfiny.
W roku 1926 ponownie wylądował w więzieniu za szereg kradzieży spowodowanych uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Od uzależnienia uwolnił się po kuracji odwykowej w 1928 roku. Rok później ożenił się i jego życie potoczyło sie lepiej – pracował w redakcjach cenionych wydawnictw, publikował artykuły i eseje.
W tym okresie zainteresował się problematyką społeczno-ekonomiczną. Wynikiem była książka Bauern, Bonzen und Bomben, która zyskała mu opinię obiecującego talentu nie wahajacego się podejmowania kontrowesyjnych tematów. Wkrótce później przyszla książka Cóż dalej szary człowieku?, która była wielkim sukcesem czytelniczym i finasowym. Niestety sukcesowi towarzyszyło załamanie nerwowe spowodowane nasilaniem się nazizmu.

Wprawdzie twórczość Fallady nie zawierała niczego co mogłoby nie podobać się Nazistom to jednak fakt, że książka Cóż dalej szary człowieku? została sfilmowana w USA przez żydowskiego producenta spowodował, że Gestapo zainteresowało się Falladą. W 1934 roku został aresztowany w wyniku fałszywego donosu. Z braku dowodów wypuszczona go z aresztu, ale rok później znalazł się na liście niepożądanych autorów.

Przeniósł się na spokojniejszy grunt, zajął się pisaniem książek dla dzieci.

Opublikowana w 1937 rou książka Wolf unter Wölfen (Wilk pośród wilków) pozwoliła mu wrócić na poważną arenę – hitlerowcy odebrali książkę jako ostrą krytykę Republiki Weimarskiej, bardzo pochlebnie ocenił ją sam Józef Goebbels. To zainteresowanie stało się kolejnym problemem, gdyż Goebbels zasugerował napisanie książki z wątkiem antysemickim. Równocześnie nadeszło rządowe zamówienie książki o życiu w Niemczech bezpośrednio przed rokiem 1933.

W wyniku tego zamówienia powstała książka Żelazny Gustaw. Goebbels po przejrzeniu rękopisu zasugerował, aby nieco wydłużyć czas akcji i pokazać, jak dojście nazistów do władzy pomogło rozwiązać wszelkie problemy. Fallada długo borykał się z tym zadaniem. W końcu skapitulował i dodał rodział, w którym syn bohatera powieści zostaje stormtrooperemKLIK – i to robi z niego prawdziwego człowieka.
Fallada miał duże wyrzuty sumienia z powodu tego kompromisu, w kilku publikacjach próbował wytłumczyć się ze swojej słabości.

Wojna pogorszyła sytuację pisarza. Powrócił do pisania dla dzieci. Sąsiedzi donieśli kilkakrotnie do władz o jego problemach z narkotykami, grozili również donosem o jego zaburzeniach psychicznych, co w III Rzeszy groziło dużym niebezpieczeństwem.
W rezultacie pogrążył się w pijaństwie, jego małżeństwo rozpadło się. Już po rozwodzie próbował zastrzelić byłą żonę, ale z łatwością go rozbroiła.
Policja skierowała Falladę do szpitala psychiatrycznego. Tutaj przypomniał mu się pomysł napisania powieści o wątku antysemickim i pod tym pozorem poprosił o dostarczenie mu racjonowanego wówczas papieru. Wynikiem była autobiograficzna powieść Pijak. Administracja szpitala nie zorientowała się i pod koniec 1944 roku pisarz opuścił szpital.

Kilka miesięcy później ożenił się z dużo od siebie młodszą, zamożną wdową. Jednak jego stan psychiczny znacznie się pogorszył i wrócił do morfiny. Towarzyszyła mu w tym żona, która, jak się okazało, była jeszcze bardziej niż on uzależniona. Skończyło się na roztrwonieniu całego jej majątku i klinice odwykowej.
Większą część ostatniego roku życia spędził w klinikach i tam właśnie powstała jesienią 1946 roku jego najsłynniejsza książka – Jeder stirbt fur sich allein – Każdy umiera w samotności. Napisał ją podobno w ciągu 24 dni.

W 1948 roku książkę przetłumaczono na rosyjski i szwedzki, dwa lata później na polski, na angielski… dopiero w roku 2009. Okazała się bestsellerem, wkrótce sprzedano na rynku anglojęzycznym 200,000 egzemplarzy, co spowodowało wznowienia innych książek pisarza.

Strona tytułowa książki prezentowana na wstępie wpisu to już rok 1956, drugie wydanie. Po jej przeczytaniu zacząłem szukać innych książek tego autora.
Cóż dalej szary człowieku? – to był niewątpliwie ten sam Fallada, ale książka nie mogła dorównać intensywnością ostatniej książce pisarza.
Pijak – relacja nałogowego alkoholika. To był dla mnie szok. Oczywiście znajomy był mi widok sporej ilości zataczających się mężczyzn po sobotniej wypłacie. Słuchałem licznych opowieści o nałogowych alkoholikach, ale teraz przeczytałem relację kogoś, kto znał to od podszewki, do tego kogoś, kto umiał w sposób przejmujący to opisać.

Do lektury Każdy umiera w samotności wracałem kilkakrotnie.
Już podczas studiów, na lektoracie języka niemieckiego, rozmawiałem o tej książce w moją lektorką.
– Gdy Rosjanie zajęłi Niemcy Wschodnie – opowiadała – przydzielali ludzi do różnych robót. Gdy przyszła kolej na Falladę zapytali go o zawód – pisarz. No to będziesz przychodził codziennie do ratusza i pisał książkę. I tak, w ciągu kilku miesięcy, napisał swoją najlepszą książkę

Prawda okazała się ciekawsza. Wkroczenie Armii Czerwonej zastało Falladę w Feldberu w Meklemburgii. Dzięki protekcji pisarza o komunistycznych przekonaniach – Johannesa Bechera – KLIK – zyskał duży respekt u nowych władz i mianowano go burmistrzem miasta, którą to funkcję pełnił ponad rok.
Jak wspominałem wyżej książka Każdy umiera w samotności powstała w klinice odwykowej.
Johannes Becher zasugerował Falladzie tematykę książki – dostarczył mu akta Gestapo dotyczące Otto i Elizy Hampel, małżeństwa, które po utracie na froncie bliskiego kuzyna zaczęło pisać i rozrzucać po mieście karty wzywające ludność do oporu.

Fallada we wstępie do książki pisze:
Wydarzenia opisane w tej książce odpowiadają w ogólnych zarysach treści aktów gestapo, dotyczących nielegalnej działalności pewnego berlińskiego małżeństwa robotniczego w latach 1940-1942. Odpowiadają tylko w ogólnych zarysach – powieść ma bowiem swe własne prawa…

Wracam do książki. Gdzie to ja skończyłem? Aha, Ewa Kluge dostarczyla urzędowy, pisany na maszynie, list. Zgodnie z jej przewidywaniami zakłócił on całkowicie życie spokojnej i pracowitej rodziny. Rezultatem jest karta zaczynająca się słowami:
Matko! Fuehrer zamordował mojego syna…

Już kilka godzin po podrzuceniu karta trafia w ręce doświadczonego oficera Gestapo, komisarza Eschericha…
– Gdybyśmy mieli prawdziwą policję i gra warta byłaby świeczki, to ten, który napisał kartę, siedziałby od kluczem po dwudziestu czterech godzinach…

Komisarz się mylił, upór i desperacja prostych ludzi okazały się silniejsze od logiki godnej Sherlocka Holmesa i niemieckiej skrupulatności. Sprawa ciągnie się grubo ponad rok, a w międzyczasie wkraczamy w świat oszustów, donosicieli, partyjnych karierowiczów.

Dopiero kilka miesięcy temu poszukałem w internecie informacji o życiu autora i teraz wiem, że większość opisywanych sytuacji i osobników autor przeżył lub poznał osobiście.
Właściwie jest mi to obojętne. Na potrzeby tego wpisu szukałem tylko kilku cytatów i utknąłem na dobre – przeczytałem książkę od deski do deski raz jeszcze, mimo że czytałem ją już wiele razy.

Nie mogę się więc oprzeć pokusie zacytawania jedego, charakterystycznego fragmentu:

– Baldur – błagał (swojego syna) znów stary. – Nie wiesz co to za dom. Głodzą człowieka na śmierć, a pielęgniarze wciąż biją. I inni chorzy też mnie biją.
(…)

– Zdarzają się jeszcze o wiele straszniejsze rzeczy. Czasem starszy pielęgniarz daje chorym, który trochę hałasują, zastrzyk z czymś takim zielonym. Nie wiem jak to się nazywa. Ale po tym ludzie muszą ciągle rzygać. Aż duszę z ciała wyrzygają, a potem znikają nagle…

Reakcja syna:
… Mój ojciec dostał taki zastrzyk…
Lekarz zawołał: – To jest wykluczone!…
– Panie doktorze, byłbym panu naprawdę bardzo zobowiązany, gdyby pan pielęgniarzowi, teraz, jeszcze w mojej obecności wydał polecenie natychmiastowego wykonania takiego zastrzyku. Poszedłbym, że tak powiem, uspokojony do domu…

Zawsze jednak jest ucieczka:
… Wróciwszy do swego gabinetu lekarz ciężko opadł na fotel. Czuł, że drży na całym ciele i że zimny pot zrasza mu czoło… Wstał, podszedł do szafki z medykamentami. Powoli wyjąż strzykawkę…
Wrócił na fotel, wyciągnął z zadowoleniem nogi oczekując działania narkotyku… Zmrużył oczy i wyciągnął się. Oddychał z przyjemnością i było mu dobrze na sercu.

Hans Fallada – Każdy umiera w samotności.

Na zakończenie wrócę jeszcze do spóżnionego o 63 lata tłumaczenia książki na angielski.
Po piewsze przyczyna. Wydaje mi się, że była nią cenzura, fakt, że książkę napisał pisarz namaszczony przez komunistycznego dygnitarza – protektor Fallady, Johannes Becher, w momecie publkacji książki, był ministrem kultury NRD.
Ciekawe, że w roku 1940, czyli już podczas wojny, Anglicy nie mieli problemu z wydaniem innej książki Fallady – Żelazny Gustaw – tak, tej pisanej pod protekcją ministra propagandy hitlerowskich Niemiec.
Inna rzecz, że tutaj z kolei mocno napracowała się angielska cenzura. W zgodnym z oryginałem wydaniu w roku chyba 2013 przywrócono około 85,000 usuniętych pierwotnie słów – KLIK.

Ksiązka Każdy umiera w samotności była oczywiście przed wydaniem ocenzurowana w NRD, ale według mnie nie spowodowało to żadnej istotnej zmiany oryginalnego tekstu. Według angielskich źródeł, w wydanej w 1947 roku wersji wszystkie postacie są zdecydowanie czarno-białe, w oryginale są nieco bardziej zróżnicowane.
Moja uwaga – w tej książce nikt nie jest biały/czysty.

Po drugie – tytuł. Tytuł oryginału to: Jeder stirbt fur sich allein. Polskie tłumaczenie – Każdy umiera w samotności – wydawało mi się właściwe dopóki nie dowiedziałem się, że Anglicy przetłumaczyli to na: Alone in Berlin (Sam w Berlinie). Na rynku amerykańskim książka ukazała się pod tytułem – Everyone dies alone, który odpowiada polskiemu tłumaczeniu.
Alone in Berlin – to dziwny pomysł – to zabija całą dramaturgię oryginalnego tytułu, ale… czy w książce ludzie umierają w samotności? Fizycznie jednak nie. I do tego te słowa: für sich – dla siebie. Czy to miało znaczyć – każdy umiera dla siebie samego, na swoje własne konto?
Bardzo proszę osoby używające niemieckiego na co dzień o komentarz.

A jak zmarł Hans Fallada?
W klinice odwykowej, w lutym 1947 roku. Jego najlepsza książka ukazała się już po jego śmierci.

PS. Na hasło stormtrooper google odpowiada – Gwiezdne Wojny – KLIK.

19 kwietnia

Anna Dobrzyńska

„WSZYSCY RÓWNI WOBEC CZASU I PŁOMIENIA…”

ogien

„Czarna dziura” – według definicji – Czasoprzestrzeń, której nic nie może opuścić, przy nagromadzonej dużej masie na małej objętości, pochłaniająca wszystko – nawet światło. Otoczona matematycznie zdefiniowaną powierzchnią, która wyznacza granicę bez powrotu. Granica oddziela obserwatora od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji. A wszystko co przekracza granicę – znika.

Kiedy przychodzi 19 kwietnia, nie potrafię nie myśleć o tym co się tu, w Warszawie, 73 lata temu wydarzyło, nie potrafię myśleć o tym co się tu wydarzyło – cierpienie, ból, zło – są tak wielkie…

Ostatni na liście do komór gazowych podjęli nierówną walkę. To co sprawia, że Powstanie w Getcie jest tak wyjątkowe to fakt, że Oni walczyli o – śmierć. Ich walka była pozbawiona – nadziei i wiary w „lepsze jutro”. Wiedzieli, że zginą – chcieli to uczynić godnie, z bronią w ręku – jak wojownicy, bohaterzy… a nie ofiary.

Getto wydaje się być taką „czarną dziurą” – na mapie historii świata. W ciągu 32 miesięcy – 450 tysięcy ludzi zostało zgromadzonych na terenie 3 km2. To dało zaludnienie – 1,5 osoby /10 m2. W izbie mieszkało od 7 do 14 osób. Otoczone wysokim na 3 metry murem, wyznaczającym granicę, którą można przekroczyć tylko w jedną stronę. Odcięte od społeczeństwa i reszty świata. Gruby mur zwieńczony drutem kolczastym oddzielał obserwatora od zdarzeń i przepływu informacji. A każdy kto został zmuszony by tam mieszkać – ginął z głodu, choroby, wywieziony do Treblinki, nie pochowany, bez grobu – po prostu znikał…

Gdy Niemcy po raz trzeci otworzyli bramę Getta, by przeprowadzić tych co zostali na Umschlagplatz – Żydzi otworzyli ogień. To było w styczniu. Zaskoczeni Niemcy wycofali się i zamknęli Getto. To było z pewnością zwycięstwo Powstańców. Militarne i moralne. Wróg się wycofał i wreszcie też zaznał w Getcie śmierci… Ale okupione czekaniem na kolejny jego ruch… 19 kwietnia – Niemcy weszli i już się nie wycofali. Mimo nieporównywalnie słabszej pozycji Żydów– stłumienie Powstania było bardzo trudne. Niemcy ze zdumieniem zdawali raporty o wspaniałej walce żydowskich Powstańców. Po 28 dniach przyszedł jednak nieuchronny koniec. Zakończenie Powstania wyznacza data – 16 maja – i wysadzenie Synagogi na Tłomackiem, którego dokonał własnoręcznie gen. Jürgen Stroop, odpowiedzialny za stłumienie walk. Po tym akcie zameldował osobiście Hitlerowi – „żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć”.

… Ładnie to ujął, trzeba przyznać – krótko, zwięźle tak „bezkrwawo” i „bezboleśnie”, jakby wprowadzony został właśnie nowy podział administracyjny. Naziści w ogóle ładnie nazywali tę zbrodnie – „Likwidacja Getta”. Przecież tym terminem określali wymordowanie prawie pół miliona ludzi w ciągu blisko trzech lat. „Likwidacja Getta” – brzmi równie dobrze jak – likwidacja spółki osobowej czy kapitałowej. Jakaś formalność, postępowanie prawne, zwykła urzędowa sprawa. Jakby pod pojęciem Getta nie kryli się ludzie a likwidacja nie była morderstwem idącym w setki tysięcy osób… A wywózki do komór gazowych – nazywane były „wielką akcją wysiedleńczą”… – w taki sposób określano przecież przymusowe, masowe zmiany miejsca zamieszkania… Albo „rozwiązanie kwestii żydowskiej” – to chyba najbardziej „estetyczne” sformułowanie, takie – „eleganckie”, wręcz „marketingowe”, jakby było jakimś – kreatywnym rozwiązaniem problemu – a nie ludobójstwem na skalę 6 milionów ludzi…

…Ale walki jeszcze trwały …

Wydaje się, że nie można nie zadać pytania, jak to możliwe, że w centrum Europy, cywilizacji, w XX wieku, doszło do tak dobrze zorganizowanej, zaplanowanej, przemysłowo zrealizowanej – masowej produkcji śmierci. Kto jest winien? Hitler? Himmler? NSDAP? naziści? rasiści? antysemici? itd?Z pewnością. Lecz to wykonawcy. Ojcem tej zbrodni jest przekonanie, że są lepsi i gorsi. Ludzie I i II kategorii . Że życie jednego człowieka jest warte więcej niż drugiego… Że silniejszy ma prawo decydować o tym, kto powinien żyć a kto nie, eliminować tych, którzy są niepotrzebni, zbędni, gorsi, są ciężarem dla lepszych, ważniejszych, mocniejszych… – dla wspólnego dobra i lepszego życia, społeczeństwa, świata. To założenie wytyczyło drogę do Getta – i tak jak „Arbeit macht frei”, otworzyło bramy piekła.

Getto zostało zburzone, obrócone w pył jak żadna inna część Warszawy. To była pustynia, gdzie nawet ruin nie było. W takim stopniu tylko Zamek Królewski i parę pobliskich budynków zostało zrównanych z ziemią.

„Plan totalnej zagłady” – ale na Ziemi niczego nie da się przeprowadzić do końca zgodnie z planem. Na szczęście. Na szczęście jest jakiś margines, który wymyka się spod wszelkich rozporządzeń, ustaw, nakazów – pozostawiając niejako obszar wolności, przestrzeni do działania ludzkiego sumienia. Dlatego niektórzy przeżyli. Dlatego przepływ informacji był. Dlatego nie wszystkich udało się zastraszyć. Dzięki organizacjom żydowskim ŻOB, ŻZW, współpracujących z polskim ruchem oporu informacje o Getcie obiegły świat. Jan Karski – informował Zachód przedstawiając raporty, do których informacje zdobył przekradając się na teren Getta. Karski spotkał się z wieloma ważnymi osobistościami m.in. Rooseveltem. Apelował o pomoc, jednym z rozwiązań było zbombardowanie linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Prezydent przerwał: „…Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”

Szmul Zygielbojm – członek Rady Narodowej RP w Londynie informował o Holocaustcie członków partii socjaldemokratycznych na konferencji w Brukseli także Światowy Kongres Żydów i Amerykański Kongres Żydowski. Rozmawiał z prezydentem USA, przemawiał także na antenie BBC. Efektów pomocy jednak nie było widać. Po upadku Powstania na znak protestu – Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo – jednocząc się ze swoimi współbraćmi – odkręcił gaz w swoim mieszkaniu.

Pomoc,wypraszana na salonach – wielkich tego świata – nie przyszła. Nie stało się nic, co by zmieniło bieg historii. Getto nie zostało ocalone, ale ocaleni zostali – ludzie – nie wszyscy, część z nich, mała część. Pomoc szła dzięki Żegocie – polskiej humanitarnej organizacji podziemnej o katolickich korzeniach, w działalność której zaangażowani byli zarówno Żydzi jak i Polacy – w większości działacze katoliccy. Szacuje się, że organizacja uratowała kilkadziesiąt tysięcy osób. Współpracowała z nią m.in. Irena Sendlerowa, dzięki której ocalonych zostało 2500 dzieci. Więziona i torturowana na Gestapo w Al. Szucha, po wyjściu na wolność dzięki wpłaconej za nią ogromnej kaucji – kontynuowała swoją działalność. Dzieci znajdywały schronienie u polskich rodzin, w zgromadzeniach zakonnych, sierocińcach polskiej organizacji charytatywnej RGO – wspieranej przez arcybiskupa Adama Sapiehę, domach dziecka. Około stu nastolatków trafiło też do partyzantki. Ocalony z Getta, u polskiej rodziny schronienie znalazł m.in. dziesięcioletni chłopiec – późniejszy prof. Bronisław Geremek, członek obrad Okrągłego Stołu i Minister Spraw Zagranicznych. Zgromadzenia zakonne – głównie Marianie i Urszulanki wydawały fałszywe metryki chrztu – które ułatwiały przetrwanie. Takich metryk zostało wydanych około – 60 tysięcy. Przy ulicy Żelaznej 97, w pałacyku, wzniesionym przez ojca polskiego teatru – Wojciecha Bogusławskiego, który od XIX wieku jest domem Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi – dzieci żydowskie znajdowały schronienie. Niektórym udało się uciec z Getta na własną rękę.

Pomaganie było trudnym wyzwaniem. Potrzebne były pieniądze. Uratowanie to nie tylko wyciągnięcie z Getta. To ukrycie tej osoby, zapewnienie wyżywienia, higieny, kryjówki, lekarza, przekupienie wartowników, a także tych, którzy mogli milczeć i mogli donosić – w zależności od tego, co z tego mieli. A przecież nikt nie wiedział, ile czasu to będzie jeszcze trwało i czy w ogóle będzie to miało koniec… Niemcy dobrze znali typy urody semickiej, a każdy kto udzielał pomocy – zgodnie z prawem podlegał karze śmierci sam bądź wraz z całą rodziną, sąsiadami z kamienicy czy przypadkową grupą ludzi. Tak zginęła np. rodzina ogrodników – państwo Wolscy, którzy wraz ze swoimi podopiecznymi – 40-osobową grupą Żydów – zostali rozstrzelani. Był wśród nich historyk Emanuel Ringelblum – twórca podziemnego archiwum Getta Warszawskiego. Obecnie to wydarzenie upamiętnia tablica na murze przy ul. Grójeckiej 77.

Jednostkom udało się ocalić życie dzięki Powstaniu – jak przywódcy – Markowi Edelmanowi, który przeszedł kanałami z kilkoma innymi osobami i wyszedł włazem przy ulicy Prostej 51 – obecnie w tym miejscu znajduję się pomnik upamiętniający to wydarzenie.

(…)

Na terenie dawnego Umschlagplatz, przy ulicy Stawki stoi pomnik upamiętniający tych, którzy zostali wywiezieni do obozu zagłady. Jest to prostopadłościan, na kształt wagonu deportacyjnego. W kulturze żydowskiej, złamane drzewo symbolizuje przedwcześnie zakończone życie, nagłą śmierć. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba, przedstawiająca połamany las. W środku są wypisane imiona od „a” do „ż” – nie sposób przecież wymienić wszystkich… W „ścianie wagonu” – jest szczelina, a w niej widnieje drzewo. Drzewo wykiełkowało zaraz po wojnie… Drzewo nie jest złamane, rośnie, …to symbol nadziei…

Nadziei – że jak ono rosnąć będzie wiara w słowa –„wszyscy równi wobec czasu i płomienia” …

Wszyscy.

Dwugłos o poglądach i przekonaniach

Adam Rejman

Żołnierz na piątkę…

Egzaminowałem kiedyś pod koniec lat chyba osiemdziesiątych uczestników kursu, który kończył się otrzymaniem przez nich dyplomu robotnika wykwalifikowanego i mistrza sadownika.  Cóż to byli za ludzie. Prokuratorzy, redaktorzy, milicjanci. Wszyscy jako wykształcenie podawali podstawowe i przedkładali stosowne świadectwa. Jak dość szybko ustaliłem, większość nie
zamierzała zostać sadownikami a stosowny dyplom był im potrzebny w jednym celu. Umożliwiał zakup jakiegoś kawałka gruntu, na którym mogli postawić dom.

Gdy jeden z moich kursantów podszedł do mojego stanowiska egzaminacyjnego, od razu zwróciłem na niego uwagę. Bo o ile nawet zdarzało się że ktoś z egzaminowanych czasem był trochę spięty czy nawet zdenerwowany, to ten cały się trząsł. I  bardzo mnie to irytowało, że ci starsi przeważnie ludzie, w wieku moich rodziców tak się denerwują i to być może nawet na mój widok. A ten nie przestawał  się trząść, nawet gdy kazałem mu usiąść. Właściwie to on zaczął ten egzamin słowami, że “jest bandytą z WiN-u”… I  kontynuował: “Kiedy zostałem aresztowany, to pierwsze tygodnie wyglądały tak:  w nocy bili a kiedy słabli od tego bicia, to się zmieniali. A w dzień szkolenie polityczne.  A ja byłem
przecież tylko szeregowcem i do WiN-u wstąpiłem po to, żeby walczyć o Polskę. A jaka ta Polska miała być i jaki program mieli dowódcy, to ja, prosty chłop,  nie wiedziałem”.  I  kontynuował swój monolog, który przypominał raczej przesłuchanie niż egzamin, z tym że ja żadnych pytań nie zadawałem. W  końcu dowiedziałem się że chce spełnić swoje marzenie i zakupić jakiś kawałek gruntu po to, żeby móc tam postawić dom. A stało się to możliwe dopiero niedawno, bo dopiero od niedawna takim przestępcom jak on,
wolno jest kupić działkę. Nie bardzo wiedziałem, o co mam go spytać, żeby jakoś mógł ten egzamin zdać. W końcu, chyba z wrażenia, nie spytałem go o nic. Jak pamiętam, powiedziałem mu że jestem synem żołnierza Września i stawiam mu… piątkę. Inna rzecz, że ja, wzorem pewnego asystenta z mojego wydziału ogrodniczego, wszystkim zawsze stawiałem piątkę.

Nie przypuszczałem wtedy, że i ja dożyję czasów, kiedy żołnierzom wyklętym będziemy stawiać nie tylko piątki.

Wiktor Ostrowski (ps. wojenny Kuszel)

EMS: Był dowódcą baonu w Celkowie, należącym do tzw. „Obroży”, czyli pasa jednostek Armii Krajowej zgrupowanych wokół Warszawy, prowadził samodzielne akcje bojowe i organizował kursy podziemnej szkoły podchorążych w Zielonce. Myślę więc, że wie, jak to było, gdy pisze:

Dobrze sobie wyobraża dzisiejszy publicysta czy polityk, taki który w latach 1939-41 nie był w Warszawie i jej okolicach, nabór ludzi do oddziałów ruchu oporu. Myśli sobie, że chłopak mógł wybierać, przeglądać prognozy i zapoznawać się z ludźmi, wybierać jak książki w księgarni – i, kiedy zdecydował się już na daną grupę i porównał się z własnym programem ideologicznym, wówczas zgłaszał się, zaprzysięgał i stawał w szeregi SWZ, czy NSZ, czy GL, BCh, PAL-u, PN-Jutro, RPPS… żeby tak rozumować, trzeba być całkowicie nieświadomym naszego okupacyjnego życia.

To było inaczej. Chłopak – nawet rdzenny warszawiak – był całkowicie zagubiony. Grupki dobierały się spośród znajomych, kolegów szkolnych, kolegów z pracy, ugrupowań sportowych. Bo nie politycznych. Te ugrupowania – jeżeli nie zostały rozbite – weszły głęboko w podziemie i bez należytych kontaktów nie można się było do nich dostać.

A więc spotyka się wreszcie dwóch znajomych chłopaków. „Czy jesteś gdzie?” „Nie.” „Bój się Boga, dlaczego?” „Nie mogę się z nikim odpowiednim zetknąć.” „Chodź ze mną, ja mam taaakiego dowódcę.” Koniec. Zgłasza się do dowódcy „piątki”, zostaje tam wprowadzony, zaprzysiężony i już jest żołnierzem. Polski Walczącej. Ani on, ani jego dowódca nie wiedzą naprawdę, do jakiej organizacji należą. Armia Podziemna. Koniec.

Sto lat i trzy dni

Zbigniew Milewicz

Z nieba na ziemię

Kolejna, okrągła rocznica. BMW, samochodowy potentat, ikona monachijskich filistrów, nazywanych spießer i symbol bawarskiego dobrobytu, obchodzi sto lat. Jako datę urodzin koncern przyjmuje 7 marca 1916 r., a za swoich założycieli uznaje Gustava Otto i Karla Rappa, którzy w Monachium na początku XX wieku, niezależnie od siebie, rozpoczęli działalność gospodarczą w dziedzinie lotnictwa. Logo firmy, niezmienione do dziś – stylizowany krąg śmigła w bawarskich barwach – przypomina o jej lotniczych korzeniach.

Wszystko zaczęło się we wrześniu 1909 r., na pokazach lotniczych w Kolonii. Wśród publiczności znajdował się przemysłowiec Gustav Otto, syn wynalazcy czterosuwowego silnika o wewnętrznym spalaniu. Był tak zafascynowany możliwościami maszyn latających, że po pokazach niezwłocznie pojechał do Francji, gdzie kupił trzy samoloty jednopłatowe typu Blèriot oraz licencję na ich produkcję na terenie Niemiec (dokładnie trzydzieści lat później Luftwaffe zrzuciła pierwsze bomby na Warszawę). W 1910 r., jako jeden z pierwszych, otrzymał niemiecką licencję lotniczą, z nr 34 oraz założył szkółkę lotniczą i fabrykę, którą nazwano Gustav Otto Flugmaschinenfabrik. Mieściła się ona na wschód od poligonu wojskowego Oberwiesenfeld, przy Lerchenauerstrasse 76, gdzie dziś znajduje się fabryka BMW i centrala koncernu.

Początkowo produkowano tu samoloty treningowe i zwiadowcze; weszły one w skład wyposażenia Bawarskiego Korpusu Lotniczego, a kiedy rozpoczęła się Wielka Wojna, posłano je na front. Ponieważ nie sprawdziły się, zakład przerzucił się na produkcję dwupłatowców oraz innych konstrukcji, które okazały się w boju równie mało skuteczne. Ministerstwo Wojskowe Prus zrezygnowało więc z dalszych zamówień i firma podupadła. Wtedy zainteresowało się nią konsorcjum złożone z MAN AG oraz kilku banków, kupiło zakład i założyło nową spółkę, Bayerische Flugzeugwerke AG.

Inżynier Karl Rapp rozpoczął swoją przygodę z lotnictwem później, w październiku 1913 r., kiedy to wspólnie z drugim udziałowcem – był nim Julius Auspitzer – zajęli się w Monachium produkcją silników do samolotów. Rapp Motorenwerke GmbH mieściły się w kilku drewnianych budynkach obok Oberwiesenfeld, a więc w sąsiedztwie firmy Otto, gdzie wcześniej funkcjonował zakład o identycznym profilu. Kiedy niecały rok później wybuchła wojna, fabryka stała się zakładem zbrojeniowym, produkującym silniki lotnicze na potrzeby pruskich sił powietrznych. Nie miały one dobrej renomy, były problemy z tłumieniem drgań i czasem pękały, więc Ministerstwo Wojskowe Prus zerwało umowę. Próby poprawienia konstrukcji spełzły na niczym i pewnie Rapp wcześniej wypadłby z rynku, gdyby nie otrzymał licencji na budowę 12- cylindrowych silników, zaprojektowanych przez Austro-Daimlera, których odbiorcą był resort wojskowy rządu Austro-Węgier, a także Bawaria. Główny wykonawca nie był w stanie sprostać wszystkim zamówieniom i Rapp dostał swoją szansę. Osobą nadzorującą budowę konstrukcji ze strony Austro-Daimlera był Franz Josef Popp, wiedeńczyk, specjalnie oddelegowany w tym celu do Monachium.

Wikipedia, za którą przytaczam te wszystkie szczegóły, poświęca mu sporo miejsca, całkiem zasłużenie. Popp przekonał bowiem Rappa, aby zatrudnił u siebie Maxa Fritza, młodego projektanta i inżyniera silników lotniczych z Daimlera, któremu w ciągu kilku tygodni udało się zaprojektować nareszcie udaną konstrukcję z innowacyjnym gaźnikiem i ta postawiła firmę na nogi. Rapp, skompromitowany jako inżynier, opuścił zakład, nazwa zmieniła się na Bayerische Motorenwerke GmbH i Popp został ich dyrektorem. Był on zdolnym menadżerem i rynkowym graczem. Podczas, gdy Max Fritz zajmował się projektowaniem, Popp pełnił kluczową funkcję przewodniczącego zarządu, aż do przejścia na emeryturę w 1942 r. Za jego rządów firma przeszła gruntowną rekonstrukcję, rozwinęła skrzydła, choć wzlotom towarzyszyły i upadki.

Po kapitulacji Niemiec w I wojnie światowej alianci na mocy Traktatu Wersalskiego zabronili m.in. budowy samolotów i silników lotniczych. Na krótko zamknięto fabrykę, po czym ruszyła produkcja silników dla łodzi, samochodów osobowych, ciężarówek i motocykli. Drugim ruchem, rokującym jej perspektywicznie większe bezpieczeństwo finansowe, była dziesięcioletnia umowa licencyjna na produkcję zespołów montażowych hamulców z berlińską firmą Knorr-Bremse AG. Interes okazał się trafiony, ale doraźnie zbyt mało dochodowy dla głównego udziałowca BMW, którym był ziomek i dobry znajomy Poppa, Włoch z pochodzenia, Camillo Castiglioni. Spontanicznie przyjął on więc ofertę prezesa Knorra i w sierpniu 1920 r. sprzedał mu wszystkie swoje udziały. BMW było teraz własnością producenta hamulców.

O przetrwanie walczył również dawny zakład G. Otto, Bayerische Flugzeugwerke AG, który z samolotów przerzucił się na produkcję mebli i zabudów kuchennych, a nieco później – motocykli własnej konstrukcji. Nazywały się Flink i Helios. Jesienią 1921 r. austriacki przemysłowiec – finansista Castiglioni oficjalnie zgłosił ofertę kupna BFW. Większość akcjonariuszy wyraziła na nią zgodę, tylko MAN (Maschinenfabrik Augsburg -Nürnberg), najstarsza spółka na niemieckiej giełdzie, której silniki diesla napędzały okręty wojenne, zachowała swoje udziały. Popp, dyskretnie wspierający Castiglioniego w planach całkowitego przejęcia fabryki, z czasem przekonał jednak prezesa MAN, żeby ją sprzedał, bo rzekomo nie była warta funta kłaków. Wiosną 1922 r. austriacki finansista stał się więc właścicielem zakładu, który wkrótce miał otrzymać logo BMW.

Pod egidą Knorr-Bremse BMW rozwijało się całkiem dobrze. W 1921 r. załoga liczyła już 1800 pracowników, firma posiadała szkołę zakładową, ale była zależna od Berlina i budowa silników lotniczych nie wchodziła w rachubę. Nieoczekiwanie znowu dał znać o sobie Castiglioni, który w maju 1922 r. złożył prezesowi Knorra kuszącą ofertę: 75 milionów marek niemieckich za drobiazg właściwie, za odsprzedanie mało znaczącego wydziału silników i odlewni aluminium, razem z prawem do marki i logo BMW. Zadeklarował, że zamierza na własną rękę założyć fabrykę silników i prosi o rysunki, patenty i maszyny potrzebne do ich produkcji. Zażyczył sobie także, aby przeszło do niego kilka kluczowych postaci, w tym główny konstruktor Max Fritz i przewodniczący zarządu Franz Josef Popp. Berlin chętnie przystał na tę propozycję. Tym sposobem spełniło się marzenie Poppa o scaleniu obydwu zakładów pod jednym szyldem i odzyskaniu niezależności. Reszta dawnego BMW pozostała własnością Knorra, pod nową nazwą Südbremse AG.

Większościowy udziałowiec BMW, Castiglioni, po staremu zainteresowany był przede wszystkim robieniem szybkich pieniędzy. Kiedy dowiedział się, że Czechosłowacja rozbudowuje siły powietrzne i poszukuje odpowiednich silników lotniczych, wynegocjował z Pragą korzystne warunki i zawarł kontrakt na dostawę konstrukcji BMW III a i BMW IV, który pomyślnie funkcjonował ponad 10 lat, niestety zyski lądowały tylko w kieszeni właściciela. BMW rzekomo nic na tym nie zarobiło. Nie Czesi jednak tylko Rosjanie byli wówczas najpoważniejszym klientem. Interesy z państwem bolszewików zapewniły przedsiębiorstwu solidny byt w ogólnie chudych dla Niemiec latach dwudziestych. Na dostawach silników dla Armii Czerwonej Castiglioni dobrze zarabiał, kasując wysokie, maklerskie honoraria od każdej dostarczonej sztuki. Po pięciu lukratywnych latach ktoś życzliwy powiadomił Deutsche Bank, że finansista gra nieuczciwie, gdyż prowadzi fikcyjne spółki, na których konta wpływają prowizje od Rosjan. Bank sprawdził tę informację, okazała się prawdziwa. Aby uniknąć odpowiedzialności sądowej, Castiglioni wpłacił pokaźną sumę miliona marek na konto BMW, ale stracił miejsce w radzie nadzorczej przedsiębiorstwa i zmuszony był pozbyć się reszty udziałów. Jego era w BMW się zakończyła, pozostała natomiast urażona duma Rosjan, którzy dowiedzieli się o przekrętach Austriaka. Za dziesięcioprocentowe prowizje, jakie od nich ściągał pod szyldem fikcyjnych spółek, BMW zrewanżowało się darmową licencją na silniki BMW VI, masowo później montowane w bombowcach Tupolewa TB-1.

Pierwszy motocykl BMW, legendarny R 32, zaprezentowany został publiczności na targach motoryzacyjnych w Berlinie jesienią 1923 r. Był on dziełem Maxa Fritza i jego asystenta Martina Stolle. Na szkic R 32 uzdolniony projektant Fritz potrzebował tylko pięciu tygodni. Jesienią 1928 r. BMW przejęło Fabrykę Samochodów w Eisenach i rozpoczęło karierę, jako producent osobowych pojazdów dwuśladowych, z czego jest dziś najbardziej znane. W Eisenach powstawał mały Dixi i początkowo kontynuowano jego produkcję. W marcu 1929 r. powstał pierwszy, seryjny samochód z biało-niebieskim logo, BMW 3/15 PS DA 2, zbudowany podobnie, jak Dixi na licencji brytyjskiego Austina Seven, a trzy lata później, już w Monachium, pierwszy, „prawdziwy“ boarisch, BMW 3/20 PS AM 1 / Automobilkonstruktion München Nr 1.

Na cały stuletni życiorys tej firmy, nawet w wielkim skrócie, brakuje tu miejsca. Kto ciekaw, łatwo znajdzie informacje w sieci, więc wspomnę na zakończenie tylko o jednym, może mało znanym fakcie z czasu II wojny światowej, któremu Wikipedia poświęca zaledwie cztery, lakoniczne zdania. Priorytetem dla całej gospodarki niemieckiej była wówczas oczywiście produkcja zbrojeniowa. W BMW powstawały ciężkie motocykle z doczepianym „koszem“, model R 12 i R 75 oraz terenowy samochód BMW 325, ale główne zadanie polegało na opracowaniu i produkcji różnego rodzaju silników dla Luftwaffe, do 1945 r. wyprodukowano ich ponad 30.000. Najważniejszym był podwójny silnik gwiazdowy BMW 801, osiągający moc do 1467 KW. Realizując zlecenia hitlerowskiego reżimu od połowy 1941 roku, zatrudniano także obcokrajowców, aby zaspokoić braki siły roboczej i podtrzymać produkcję. Do 1944 roku pracowali wszędzie, ogólnie stanowiąc 40 do 50% załogi BMW, która w tym czasie wynosiła 50.000 osób. Posiadali status albo więźnia albo pracownika przymusowego. Dla przykładu do wykonywania silników lotniczych wykorzystywano prawie wyłącznie robotników przymusowych, którzy byli zakwaterowani w obozie zewnętrznym Allach, znanym także jako osiedle Ludwigsfeld, obozu koncentracyjnego Dachau.

Tyle Wikipedia. Brak informacji, ilu więźniów i robotników przymusowych straciło w Allachu życie, szacuje się, że tysiące. BMW nigdy po ludzku nie pochyliło się nad tymi ofiarami, nie powiedziało choćby przepraszam, ale ponoć okazało hojność w programie niemieckich, powojennych odszkodowań. Zatem z czystym sumieniem może świętować okrągły jubileusz. Prosit!

Przedwiośnie 1940-1944

Andrzej Rejman

Z dziennika babci

Na apel, aby pisać o wiośnie… Znalazłem kilka przedwiosennych wpisów mojej babci. Małgorzata Doktorowicz-Hrebnicka (1889-1975) opisuje wojnę w swoim małym dzienniku (pisownia oryginalna)

fot_1_Stanislaw_Hrebnicki_z_zona_Malgorzata_w_domu_przy_

fot_2_Malgorzata_Hrebnicka_dziennik_1939_01_notes

Autorka z mężem ok r. 1939

Jeden z notesów, w którym autorka zapisywała swój dziennik

1940

22/I
Mróz wciąż trwa. Do -15st codziennie. Śniegu moc, jeszcze tyle nie pamiętam w Warszawie a ponieważ prawie nie oczyszczają ulic, więc jest prześlicznie i tylko na Marszałkowskiej śnieg nieco przybrudzony, na naszej ulicy przeczyście-biały. Jeżdżą sanki z dzwoneczkami. Z żywnością trudno, chleb tylko na kartki, w sklepach ani mąki, ani kasz, dużo słodyczy, ale kto by na to patrzył, kawy zbożowej, octu i wina. Co będzie?
23/I
Śnieg sypie i sypie, na ulicach zaspy, gdzieniegdzie tylko oczyszczone dróżki. Na Rakowieckiej skrzypce grają „Wojenko, wojenko”! a śnieg sypie i sypie, cicho, bezszelestnie. Ludzie pędzą z plecakami, torbami, sankami.
„Ostry wiatr utworzył miejscami metrowe wydmy i zaspy. Trzeba się przez nie z trudem przedzierać, brnąc po kolana w sypkim, białym puchu.” (z gazety)
25/I
Prześliczny szron! I cisza. Śniegu olbrzymie wały na ulicach. Nawet na Riwierze fala mrozów -5st.
Kazikowi* w klinice zdjęli opatrunek, uszy przyjęły wygląd normalny, są małe i przylgnięte do głowy, a były przecież tak grube, jak kołduny. Dostał zaświadczenie Komitetu Opieki Społecznej, że pracuje w charakterze gońca. Oprócz tego dostał od ciotki Elżuni 4 kawałki cukru.
27/I
Pocieplało. -5st. R.
30/I
Znowu -13st mrozu, a w południe 0st. W niedzielę była Janka z synem. Przyjmowaliśmy herbatą i mlekiem z cukrem, sucharkami…
Dziś święto Hitlera.
31/I
Brr! Jak zimno! A w mieszkaniu u nas gorąco do nieprzyzwoitości. Koło 20st.R.
Luty
1/II
Dochodzi do -18st.
3/II
Zapisałam się do spółdzielni spożywców, bo inaczej pozdychamy z głodu. Udział 25 zł.
4/II
Święty Antoni Padewski,
Obywatelu Niebieski,
Niech się święci chwała Twoja
Niech się znajdzie zguba moja.
I znalazła się portmonetka, pozostawiona w sklepie spółdzielczym! Pamiątka z Orawki, darowana Kazikowi, którą on tak chciał mieć.
Bardzo cienki obiad dziś mieliśmy – barszcz na skórkach wieprzowych i galaretka Oetkera. Poszliśmy ze Stasiem do Jasiów, tam jedliśmy kanapki z kiełbasą, ogórkiem z serem i jajkiem i kugel kartoflany. Dali nam pół kg masła i 1 kg słoniny, pieniądze oddamy, jak będziemy mieli.
5/II
Zimno -10st., marzną nogi i ręce w kolejce po mleko. Na Rakowieckiej skrzypek gra „Białe róże”. Cicho. Prószy śnieg. Kiedy drzewa wypuszczą pączki zielone i okryją się białemi kwiatkami? Czyż bywa latem taki upał, że człowiek rad by goły chodzić i nic nie jadł, tylko pił? Nie do uwierzenia!
Mleko się zwarzyło.
6/II
Julcia zdała dyplom. Julcia** – inżynier! Obiad był na 3 potrawy. Niestety na pierwsze kapusta, ale na drugie ozorki (konserwy) z kartoflami i galaretka pomarańczowa. Piliśmy przy tem miód, przyniesiony na tę fetę przez Tyszkiewicza***
7/II
Górski wydał dziś mleko tylko dla małych dzieci. Staś i Kazik kichają i kaszlają. Na Rakowieckiej wiszą sople lodowe metrowej długości.
8/II
Po trzygodzinnym staniu w kolejce dostałyśmy z Julcią 5 buteleczek.
10/II
Po znacznem ociepleniu -2st. znów wytnęły mrozy -14st., -17st.
Zbyszek Czarnocki jest chory beznadziejnie na zapalenie opon mózgowych. Już 3-ci tydzień. A leczyli go od tyfusu!
11/II
Dziś w nocy Zbyszek umarł.
14/II
Pocieszmy się, że nie mamy mięsa!
„Spożywanie mięsa skraca życie”. „Wół nie jada mięsa, dlatego jest silny”. „Lwy jedzą mięso i dlatego siedzą w klatkach”. (z gazety)
Trochę pocieplało, dziś -7st. Sypie śnieg. Robiłam pierożki z cebuli smażonej na tranie. Cebula zabija zupełnie zapach tranu.
16/II
Znowu -15st.
Na wsi świnia podobno kosztuje 2000 zł. A człowiek? Nic.
Ale już w południe kapie z dachu.
18/II
„W polityce niema sympatii, nie ma sentymentu, nie ma współczucia, był i jest zawsze tylko interes”. Byłam u Mickiewiczówny. +5st. w pokoju, przeważnie leży ubrana w łóżku nad próżnią, bo mieszkanie na dole rozbite zupełnie. Z podłogi idzie straszny ziąb. …
21/II -18st. mrozu!
22/II
-8st., ale nie wydaje się bardzo ciepło. Julcia zaczęła pracować w Instytucie fermentacyjnym od 8-ej do 2-giej, a od 3-ciej do 6-tej w fabryce Pakulskich! Kazik otrzymał depozyt: 2 kg cukru, 2 kg mąki, kg herbaty, 1 kg mydła za 14 złotych!
26/II
Miało się ku odwilży, 0st., a tu znów spadek temperatury – 10st. Udręka z tymi mrozami.
W niedzielę (28-go) byliśmy ze Stasiem u Marii Żankiewiczowej. Przyjmowała nas bardzo serdecznie, nakarmiła schabem wspaniałym, odstąpiła kilo słoniny. Był piekielny wicher, a trzeba było dość daleko iść od tramwaju po zlodowaciałej skorupie.
Był Tyszkiewicz. Zaproponował nam szynkę, którą zostawił na Pradze u swojej matki. Więc pojechaliśmy ze Stasiem i wzięliśmy. Szyneczka bardzo ładna, porznęliśmy na kawałki i zasoliliśmy…

1941

13.I.
Zima śnieżna. Dziś 12 stopni mrozu, ale słonecznie i szron. Cudownie. Ale biedni ludzie znów marzną bez opału. U nas ciepło. Mają od nas przenieść biuro. … Przypominam sobie, jak rok temu wróciliśmy z włóczęgi, jak każda najmniejsza rzecz miała bezcenna wartość, jak się cieszyłam oglądając nasz dobytek. Każdy przedmiot był jakby na nowo darowany, szczególnie rozmaite pamiątkowe drobiazgi radowały oko. A teraz…. żyje sie z dnia na dzień, co dziś twoje, jutro może być odebrane lub zniszczone, te wszystkie miłe i drogie sercu rzeczy zbierane przez 20 lat, w otoczeniu których rosły nasze dzieci, rzeczy z którymi wiąże się tyle wspomnień, a dziś twoje i nie twoje. Trudno mówi się, Wojna!
14.I.
Sypie śnieg. Wszystko się otula, jak watą, tramwaje chodzą miękko. Cisza przerywana śpiewem żołnierzy niemieckich, terkocą wystrzały.
22.I.
Mieliśmy na obiad kurę! (8zł.). Kazik zrobił półkę na swoje książki. Wczoraj byliśmy z Julcią u p. Herbstowej.
3.II.
Byłam z Papciólkiem na rynku, kupiliśmy 1 kg słoniny.
9.II.
Papciólko od kilku dni grypuje. Temperatura nieduża, ale się trzyma. Był doktór z ubezpieczalni, przepisał proszki, miksturę, płukanie (gargarisma), pastylki odkażeniowe.
W całej Warszawie nie można dostać mapki Afryki. Jeździłam wczoraj do miasta. Przecudownie w Alejach Ujazdowskich. Niewielki mrozik, duże zwały śniegu, szron na drzewach, dużo słońca i lazurowe niebo. Upiekłam pierog bez soli, a pierniki miętowe tak piekące, że jeść nie można. Wszystkiemu winna mapa afrykańska. Dobrze, że nie małpa. Z rana szczepiliśmy dzieci i ja tyfus.

14.II.
Wczoraj byliśmy ja, Sasza, nasz Kazik i Michałek Mroczkiewicz na Bielanach. Do cioci Misi też zabiegłam, a raczej dojechałam, bo wszędzie lód i ślizgota straszna. Dziś Sasza wyjechała do Anina, bo tam wszyscy chorzy i jej spragnieni. Pojechała razem z Julcią.
Teraz mapa Afryki pokazała się w Warszawie, ale pieniędzy nie ma. Papciólko otrzymał dziś deputat miesięczny- 10 dkg cukru, bochenek chleba, 1\2 mąki, 1\4 kaszy, 2 jaja. Kupiliśmy dziś kurę od Piotrowskiej na kredyt (9 zł), ale pewnie była zdechnięta, bo miała wątrobę wielkości cielęcej (16 dkg), więc nie wiem jak na nas podziała jutrzejszy obiad. Kot nie bardzo chętnie jadł tę wątrobę, ale skarmiliśmy ja całkowicie.
16.II.
”Niepewność troski smutek, głód, udręka zżerały miasto”, wyjątek z powieści „Przeminęło z wiatrem” z czasów wojny między Południem a Północą Stanów Zjednoczonych, nadający się bardzo do chwili obecnej teraźniejszej.
21.II.
Aleje Ujazdowskie są o każdej porze dnia i roku przepiękne. Jechałam na pokaz kulinarny. Drzewa tonęły w gęstej mgle, nagie gałęzie drzew wyglądały jak delikatne koronki, tonęły w puchu mgły. Julcia otrzymała wezwanie do Arbeitsamtu. Zdaje się, że sprawa będzie załatwiona pomyślnie. Była u Krauzego w Ifie i u pani. Rycemblowej.
Od soboty Julcia jest zatrudniona w Biurze SKSS. Dziś Julcia pojechała w sprawie Kazika na Bielany. Z rana była u Grażyny. Gordziałkowscy sprzedali swój majątek.

1942

24. I.
Papciólko miał referat w instytucie w języku niemieckim. Przesiedzieliśmy do 4-ej w nocy tłumacząc i poprawiając. Papciólko miotał się, niepokoił się, że nie zdąży, a ja, że nie odczyta, bo było dużo poprawek, na czysto nie było czasu już przepisać. Ale jakoś zeszło nieźle, a nawet wcale gładko.
26. I.
Julcia od 12 I pracuje w sklepie nasion u d-ra Stankiewicza. Zajęcie to jej odpowiada lepiej niż mycie butelek w If’ie, gdzie mroziła sobie i kaleczyła ręce. Tu dostaje 8 zł dziennie i smaczne zupy, którymi d-r karmi swoje pacjentki, bo oprócz sklepu ma jeszcze klinikę, a poza Warszawą majątek Błędów.
30. I.
Mróz 12-17° trzymał więcej 2-ch tygodni przy wschodnich i północnych wiatrach. Dziś zelżał do 6°, a teraz jest 3°. Ale wiatr i wilgotno tak że nieprzyjemnie. Przy braku oświetlenia na ulicy i zaśnieżeniu widok wsi lub prowincji, a nie Wielkiej Warszawy. Żywimy się prawie samymi kartoflami, z rana, na obiad i wieczorem. Z rana – obsmażane na margarynie, na obiad zamiast chleba do zupy i wieczorem ze skwarkami. Chleba bardzo brakuje. Jak człowiek pomyśli, jak to było przed wojną chleba ile chcąc, a do tego smacznego chleba jeszcze zawsze coś musiało być, masło się nie liczyło. Boże, a bułeczka z masłem! Często przypominają się przysmaki z czasów dziecinnych, znakomita moskiewska chałwa, pierniki miętowe, „postrzyj sachar” kolorowy, jakież to były smaczne. A Filipińskie pierożki, obwarzanki z makiem, chleb-sitny z rodzynkami, a pączki, które Mama po mistrzowsku robiła! Łom czekoladowy, który przynosiła nam do mieszkania jakaś kobieta – czarna czekolada z białym nadzieniem. A mrożone jabłka – „peзaнь”. A „нышки” – przepysznie zrumienione racuszki, pulchne jak poduszeczki, które sprzedawały się pod Sucharewą basznią, a których nigdy nie jadłam, bo były smażone na oleju i Mama nigdy nie kupowała ich, ale wyglądały tak apetycznie przyprószone cukrem-pudrem. Ach ileż to było dobrych i względnie tanich rzeczy, ach, stanowczo za mało jedliśmy czekolady, ciastek i gogielów-mogielów! Czy człowiek myślał, że będzie przeżywać drugą wojnę, jeszcze tak okropną i okrutną, czy dożyje się do czegoś lepszego? Znów myśli prawie wyłącznie o jedzeniu. Jak trudno jest to nam przetrwać, o ileż ciężej młodym! A może młodym i łatwiej, bo mają duży zapas sił życiodajnych.
31. I.
A jakież to smakowite były „słojaszki” – maślane, kruche, rumiane, najsmaczniejsze u Czujewa w Moskwie. Nie jadłam potem nigdzie takich. W ogóle pieczywo warszawskie nie umyło się do rosyjskich „sajek”, bułek francuskich, obwarzanków, kołaczy. Kołacz, to przecież woda i mąka, a jaki smak, z kiełbasą „czajną” – język połknąć! Ech! Zostały tylko sny i wspomnienia!
8. II.
Mróz trzyma. Usilnie jemy kartofle. i wciąż jarzyny, bardzo rzadko coś z mąki, czasem minimalną ilość mięsa – ze 20 deka na 5 osób, kasz prawie nie jemy, albo też jako domieszkę 10-cio dekową. …
10. II.
Upragniony dzień nadszedł – przydział miesięczny cukierków po 15 dkg na nas. Chociaż twardziuchy patokowe, ale z przyjemnością gryziemy. Przed kilku dniami otrzymaliśmy paczkę od Mroczkiewiczowej z mąką tak białą i śliczną, jakiej dawno już nie oglądały nasze oczy. … Dziś śliczny dzień zimowy, chociaż bez słońca, ale cichy przy -4°, lekki szron i puchaty głębokim świeżo spadłym śniegiem.
12. II.
Po paru dniach ocieplenia znów mrozek -7°, wiatr ostry, ale słoneczny śliczny dzień, gdy otworzyłam okno, do pokoju sypnął brylantowy pył. Unosi się z drzew i dachów i iskrzy się w powietrzu brylantowymi połyskami. Słoneczko już grzeje.
13 II.
Byłam z rana u d-ra Jokiel w ambulatorium Dzieciątka Jezus. Nowotworu nie stwierdził. Więc cieszę się, że jeszcze pożyję. Druga rzecz przyjemna, że wyjaśniła się przyczyna okropnego przygnębienia Kazika, co trwało parę dni i przyprawiało mnie o szalony niepokój. Nieporozumienia w szkole, które jakoś się za pomocą Julci wyjaśni. … Dziś -4°, pochmurno, porywisty wicher, na ulicach zaspy i duże sfery śniegu. Robi się straszna zawieja śnieżna. A wczoraj kupiłam pierwszą nowalijkę – pęczek szczypiorku.

24 II.
A dziś wiosna. Roztopy. Z pod samochodów szaleńczo pędzących pryskają czarne fontanny błota. Ptaszki krzyczą. Niemcy też. Oprócz tego pukają, latają. Przetrwaliśmy jeszcze jedną zimę. Zaprawdę człowiek dużo znieść może. Są ludzie, co 3-cią zimę nie opalają wcale mieszkania! W roku zeszłym mieliśmy w pożywieniu przewagę mąki. Wprost mdliło już od tych klusek, marzyliśmy o kartoflach, których prawie nie było. Ten rok upływa pod znakiem jarzyn, zjadamy brukwi, kapusty, buraków ilości niepomierne, już gotuję w największym rondlu, chodzimy napęczniali i rozdęci, wzdychamy do mąki, klusek, zacierek, placków, chociażby na oleju. …

1943

21/I
Jeszcze palą! A tymczasem pocieplało – 0°. Z ulgą odrywam kartki kalendarza. Dzień minął, liczy człowiek dnie i minuty, odchodzące w wieczność, z radością stwierdza, że czas jednak leci jak zawsze, może jeszcze prędzej… dusza wyrywa się naprzód, tymczasem kto wie, co nas jeszcze czeka… ufajmy jednak, że dobrniemy szczęśliwie do końca wojny, czyż mało nacierpieliśmy się w czasie tamtej wojny? Gaweł przychodzi codzień przegrywać swoje kompozycje.
24/I
Wczoraj było +4°, padał deszcz, dziś 0°, śnieg zszedł z ziemi, a z nieba pada.
3 dni gościliśmy u siebie p. Bocheńskiego***, bo był zjazd geologów w Instytucie.
26/I
-13° R. W nocy o 12-tej niańka, Kazik, a potem Staś posłyszeli dźwięk jak gdyby alarmowy, powstawaliśmy, poubieraliśmy się, ale nic nie zamącało ciszy księżycowej jasnej nocy. Może to był pociąg? Cudny słoneczny dzień, ale mróz z wiatrem. W kuchni szyby od wewnątrz pokryte grubo lodem w cudny deseń liściasty. Okazuje się alarm był rzeczywiście, a odwołanie było o 3-ciej, a my już spaliśmy.
27/I
Dziś w nocy o 12-tej i pół znowu był alarm. Wyszliśmy na schody, gdzie zgrupowała się część ludzi. Julcię ledwo wyciągnęliśmy z łóżka. Słychać było szum pociągu i samochodów, które latały jak oszalałe, więcej nic, koło 2-giej odwołanie. Alarm się zaczął, gdy piekłam tort, który musiałam dopiekać już po odwołaniu. O 8-ej wiecz. Julcia poszła na przyjęcie u B. Była też Ż. Jakoby było wesoło. Była nawet śliwowica i czarna kawa. Julcia zaniosła kanapki z sałatką chlebowe i z bułki smarowane pastą śledziową (ze stynek) i kilka kawałeczków (10) torciku alarmowego. Ż. dała masło na chleb. Uczta trwała do 12-tej w nocy.
28/I
-4° R. Był Zdziś, zaprosił Julcię i Kazika na niedzielę – wieczór młodych panien i starych kawalerów.
2/II
+3°. W południe +13°. Widok wiosenny, ale wiosną jeszcze nie pachnie. Kazik zaczął chodzić do dentystki.
3/II
+2. Pogoda zgniła. Mgła. Gaweł przychodzi grać. Gra ładnie, miękko, po kobiecemu. Robi jakieś przeróbki.
4/II
Pogrzeb Karasińskiego. Staś i ja z Julcią byliśmy na Powązkach. Cmentarz tonął we mgle. Tym jaskrawiej uwydatniały się wieńce z jedliny i jaskrawiły się kwiaty. Oglądaliśmy część cmentarza, poharataną przez bomby w czasie nalotu 20 sierpnia, potrzaskane pomniki, podziurawione sklepienia od lochów, wewnątrz zmurszałe trumny.

7/II
Przedwiośnie.
8/II
Z rana zima. 0° R. Polatuje śnieg. Biało. Po południu rozsłoneczniło się. Dość silny wiatr zachodni pędzi po niebieskiem niebie białe obłoki. Chmury wiosenne, podświetlone słońcem. Gaweł nastraja fortepjan.
9/II
-2° z rana. Śliczna słoneczna pogoda. +9° na słońcu. Wróble świergoczą.
10/II
Prof. Br. znowu zapowiedział, że węgla ma tylko na miesiąc i za 2 dni przestaje opalać. Tymczasem dziś przywieźli węgiel i pali się na potęgę. Już chyba wielkich mrozów nie będzie, już strach zimowy przeszedł! Ale ile jeszcze innych zostało! Niepokój, głód, bomby… Z rana -3°.
11/II
Znowu 0°. Wiosennie.
12/II
Pogoda wisielcza, deszcz, wiatr. Za oknem coś stuka, szura, trzaska, prawdopodobnie gałęzie, z wielkim hałasem przejeżdża tramwaj. Jest 11-ta wieczorem. Kto jedzie teraz?
13/II
Zrobiła się straszna zawierucha śnieżna, a potem ślicznie słonecznie. Od dziś można tylko do 7-mej chodzić po ulicy.

22/II
Śpię dorywczo, kiedy się da. W dzień, o 9-tej wiecz., potem wstaję o 11-tej, lub koło 1-szej, siedzę do 2-giej it.p., a to wszystko z obawy przed nalotami. Żyje się tylko nadzieją, że ta wojna już prędko się skończy, bo już naprawdę trudno wytrzymać. Zapasy nasze kończą się, pieniędzy nie mamy. Wszystko drożeje, słonina i masło na rynku 200 zł., mąka biała – 36, bochenek kartkowego chleba 17 zł. Jak żyć? Jednak jak się daje obserwować na ulicy – ludzie lepiej wyglądają niż pierwszych lat wojny. Przyzwyczaili się do braków, niewygód, przystosowali się do ciężkich warunków, zahartowali się w twardej walce o byt. …

1944

10/I
Kazik był dwa razy dziś rewidowany na ulicy z podnoszeniem rąk do góry. Wrócił zadowolony i uszczęśliwiony, mówił, że było przyjemnie. Wszystko jest dobre, co się dobrze kończy… Wieczorem przyszła Bożenka, kręcili z Kazikiem patefon, tańczyli.
23/I
Pojechałam do Anina. Zupełnie przedwiośnie. Jeziora i błota, ale na chodnikach już sucho.
24/I
Chlebny bochen rozmoczyliśmy z wodzie i obsuszyliśmy w piecu. Zmiękł i jest zdatny do jedzenia.
26/I
Ślaski przyniósł dziś Julci śliczny liliowy krokusik w złotym koszyczku z białymi wstążkami. Szaleństwo! Ten człowiek chyba z głodu umrze. Przecież to kosztuje bardzo wiele teraz. Z 50 złotych!

30/I
Jeździłam do Polci. Utraktowała mnie wspaniałymi naleśnikami z mięsem, przesiąkniętymi tłuszczem i z chrupiącą skórką. Pomagałam jej robić ciastka, których sporo dała mi do domu, a także mąki.
31/I
Przed kilku laty klęczałam przed srebrną trumną, zawierającą szczątki św. Andrzeja Boboli w kaplicy jezuickiej przy ul. Rakowieckiej. Całą swą duszą prosiłam Męczennika o łaskę odwrócenia od Julci marnego losu, który miał przypaść jej w udziale. Jarzyły się świece… Mgiełka kadzidlana i świeże tchnienie kwiatów unosiły się w powietrzu. Pomyślałam, że żądam może nieopatrznie, więc się ukorzyłam „Boże, nie moja, lecz Twoja niech się stanie Wola, zrób tak, jak będzie lepiej dla Julci” (chodziło prawdopodobnie o kolejnego adoratora córki Julii, i zatroskanie o nią autorki, przyp. mój AR)
… Patrz z Twych odwiecznej przybytków światłości
Nam serce w bólu, we łzach oko tonie…
W naszym ucisku, niedoli, potrzebie,
Bądź nam Bobolo opiekunem w niebie…
Ten żółty sznureczek leżał przez chwilę na trumience św. Boboli i był poświęcony razem z medalikami.
3/II
-3° R. Noc upłynęła przed pełnią księżycową, do 12-tej było jasno jak w dzień, potem się zachmurzyło i dopiero nad ranem znów wylazł księżyc. Położyłam się spać o 2-giej, a wstałam o wpół do 5-tej. Takie niedosypianie dawniej było by nie do pomyślenia, jedną nieprzespaną noc odsypiałam w ciągu tygodnia. Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. …
20/II
-7° mrozu (R). Księżyc wschodzi już małym rąbkiem nad ranem, świeci jaskrawie. Odniosłam Baniewiczowej fartuch. W domu zmartwienie – nie ma skwarek do kartofli, Piotrowska jeszcze dotąd nie wróciła ze słoniną. Odwijamy paczkę, którą mi dała Baniewiczowa i o radości! W niej – 70 dk. słoniny! Kakuszki i kilka kawałków smacznego ciasta. Julcia w czasie mojej nieobecności przyjmowała Lunię i Gawła. W domu nic oprócz chleba i sera nie było. Gaweł skoczył i przyniósł wódkę, 5 dkg boczku i herbatników.
21/II
Wiatr zmienia kierunek wyraźnie na zachodni. Mglisto, koło -5° R, niebo brudno-szare z odcieniem żółtym. Prawie cicho.
23/II
Gdzieś, kiedyś wyczytałam, że ucieczką od teraźniejszości są wspomnienia przeszłości, praca i… miłość. To prawda. Ludzie intensywniej pracują, intensywniej się kochają (aż dziw ile ślubów i ile się rodzi dzieci, jak gdyby przyroda starała się uzupełnić potworne straty tej wojny) a my starzy oprócz pracy dajemy się unosić od rzeczywistości wspomnieniom, które napastują nas na każdym kroku…
24/II
Mieliśmy stracha. Dobrze, że wszyscy byli w domu. O 3-ej w dzień alarm. Dzień pochmurny. Wszyscy zeszli do schronu. Trwało do 4-ej.
25/II
W nocy alarm od 1-szej do 3-ciej. Jest to męczące.
26/II
Umarła ciocia Misia. Koniec udręki dla Niej samej i dla otaczających. Człowiek powinien umierać, gdy już nic z siebie dać nie może, a coraz więcej potrzebuje starań i pielęgnacji od innych, gdy staje się ciężarem dla swoich bliskich, a tym bardziej dla obcych. Ciociu Misiu, jesteś już wolna. Nic już nie zamąci Twego spokoju, odpoczywasz po swojem ciężkim, bezradosnym życiu. Wciąż szukałaś serca, które by zgodnie biło z Twojem… nie znalazłaś.
27/II
Wieczorem były jakieś ćwiczenia naboi ostrych. Latały czerwone kule rozrywające się w powietrzu. Były wstrząsy i huki, aż szyby drżały. W ogóle co dzień słyszymy wybuchy mniej lub więcej silne, to rozwalają domy w ghetto.
_________________________________
* syn Kazimierz (1922-1944)
** córka Julia (1915-1970)
*** Stanisław Tyszkiewicz, kuzyn Hrebnickich https://pl.wikipedia.org/wiki/Stanisław_Tyszkiewicz
*** Tadeusz Bocheński (1901-1958) – polski geolog i paleontolog, profesor Akademii Górniczo-Hutniczej.

Flüchtlinge – uciekinierzy

Tekstów o uciekinierach coraz więcej. Zgodnie z zapowiedzią będę je więc publikowała w każdą środę, a nie tak jak dotychczas – w co drugą.  Dziś dwugłos Monika Wrzosek-Müller i ja. Mój tekst – po polsku – pod tekstem Moniki. Oba zatroskane.

MonikaWrzosek-Müller

Die Jugendherberge und die jungen männlichen Flüchtlinge

Sie war erstaunt, dass jemand sich über eine so schöne Herberge noch beklagen konnte. Ein Zufall wollte, dass sie da mit ihrem Sohn vor Jahren an einem Vorbereitungskurs für seine Reise nach Kanada teilgenommen und er in der Herberge auch übernachtet hatte. Auf jeden Fall war die Unterkunft sehr schön gelegen, am Seeufer, fast im Wald, mit großem Essraum und allen denkbaren hygienischen Einrichtungen.

Die Jungs, die jetzt dort wohnten, kamen hauptsächlich aus Afghanistan, Syrien, dem Libanon und dem Irak; es gab vereinzelt welche aus Afrika: Ghana und Eritrea. Sie gaben an, unter 18 zu sein, doch sie vermutete bei vielen, dass sie diese magische Grenze schon überschritten hatten. Auf die Frage: „Wie alt bist du?“ kam meistens eine Zahl, die mit dem Gesicht nicht korrespondierte: 15, 16 – und die Gesichter waren eher die von Männern über 20. So einigte man sich auf eine ärztliche Untersuchung, die jetzt das ungefähre Alter feststellen soll. Eigentlich wusste sie nicht, wie man das feststellen konnte; wenn jemand ganz schlimme Erlebnisse hatte, würde er auch älter aussehen. Sie würde, wäre sie Ärztin, diese Aufgabe nur sehr ungern übernehmen.

Die ersten Wochen waren die Sprachgruppen national fast homogen, erstaunlich wie die einzelnen Nationen zusammen hielten; später wurden sie nach Grad und Fähigkeit Deutsch zu lernen eingeteilt. Es kam eine bunt gemischte Gruppe heraus. Eigentlich waren sie lernwillig, manche lernten auch wirklich schnell und konzentriert, aber es gab auch solche, die die ganze Zeit redeten und sich vielleicht gar nicht konzentrieren konnten. Es gab auch großen Bedarf an Alphabetisierung; viele kannten das lateinische Alphabet nicht, bei einigen wenigen hatte sie den Eindruck, dass sie überhaupt lernungewohnt waren.

Es gab viele Lehrer; die Jungs wurden in vier Gruppen eingeteilt und es wurde an allen fünf Tagen der Woche unterrichtet. Nachmittags organisierten die Sozialarbeiter für sie Ausflüge oder Heimkino, sie hatten auch Monatskarten, um mit der BVG zu fahren. Es war schon ein gut durchdachtes und funktionierendes System bei allen, die sich für die Jungs einsetzten. Sie dachte auch, dass es gerade für so junge Leute leichter sein müsse, sich an das Land und die Sitten zu gewöhnen. Bei einigen musste man dann auch hart durchgreifen, damit sie das machten, was von ihnen verlangt wurde. Allgemein waren sie aber eher fröhlich und zuversichtlich – sie dachte: vielleicht doch irgendwie aus besseren Verhältnissen.

Das wichtigste Accessoire war natürlich das omnipräsente Handy mit blinkender Oberfläche, je größer desto besser. Und natürlich versuchten sie am Anfang auch während des Unterrichts am Handy zu fummeln. Dann machte sie die Ansage, dass sie im Flugzeug wären und für die Flugzeit würde das Handy auf Flugmodus gestellt; das kapierten sie erstaunlich schnell und die Handyslagen unberührt; doch kurz vor dem Schluss des Unterrichts rief immer ein digitaler Muezzin sie per Handy zum Gebet und dann war Ende mit der Ruhe und der Schule; wie in ihren Heimatländern die Disziplin in den Schulen gehandhabt wurde, konnte sie sich nicht vorstellen.

Die Weihnachtsparty, die die Deutschlehrer organisiert hatten, war ein voller Erfolg. Die Jungen sangen aus vollen Herzen, sprangen herum und tanzten, führten auch ihre Lieder vor: den Afghan-Rap, die Lieder aus ihren Ländern. Manchmal dachte sie, als sie ganz wild herumtanzten und johlten, das ist jetzt aber zu viel, wir werden es nicht schaffen sie zu beruhigen, und doch endete alles erstaunlich ruhig und gesittet, aufgeräumt und still. Das Bingo-Spiel wurde mit großer Freude mitgespielt, die Lehrer hatten wirklich ein schönes Programm angeboten, mit Weihnachtsgebäck und Früchten und Getränken… die Jungs fühlten sich wohl und mit Aufmerksamkeit bedacht.

Einige wenige gingen schon in die Willkommensklassen, die lernten natürlich am schnellsten, hatten auch in den Pausen Kontakt zu anderen deutschen Jugendlichen. Es war wirklich der beste Weg sie zu integrieren, zusammen mit den anderen lernen, spielen, zusammen sein; sonst waren sie ausgegrenzt und im Ausnahmezustand, das sah man ihnen an. Viele waren apathisch oder sehr nervös und gereizt. Sie stürmten plötzlich aus der Klasse wegen angeblichen oder doch existierenden Durchfall, Nasenbluten etc… Sie versuchte dahinterzukommen: waren das wirkliche Symptome, oder wollten sie gerade aus der Gemeinschaft, aus dem Unterricht raus. Es war sehr wichtig, ihnen Aufgaben zu stellen, bei denen sie auch nachdenken mussten; zusammenzählen, etwas erfinden, mit abstrakten Dialogen und Situationen taten sie sich schwer; aber vielleicht taten sich alle Jugendlichen damit schwer.

Sie wollte zu dem Café-Treffen der Ehrenamtlichen gehen und fragen, wohin die Jungendlichen denn ab Ende Februar verlegt werden würden, was mit ihnen geschehen würde, denn die Betreiber der Herberge wollten für den Frühling keine Flüchtlinge mehr haben. Das war das Mindeste, was sie für sie weiter tun konnte, auch wenn sich nicht nur Erfreuliches im Unterricht ereignete.

Eine von den Deutschlehrerinnen wollte mit den Jungs in ein Supermarkt gehen, um die Sachen konkret beim Namen zu nennen, schauen was sie interessiert, was sie einkaufen, ihnen helfen sich zu orientieren und ihnen erklären, was die Sachen in der Verpackung sind. Sie hat jedem 2,50 € geben wollen, damit sie sich eine Kleinigkeit kaufen könnten. Natürlich hat sie das von ihrem Geld gespendet, wollte nur eine Quittung haben, vielleicht wegen der Steuererklärung… sie hatte das Geld schon einigen ausgegeben, als zwei Jugendliche sie überfielen und ihr den Beutel mit dem übrigen Kleingeld wegrissen und wegrannten. Die anderen rannten ihnen hinterher, es entwickelte sich eine Schlägerei, in der einige verletzt wurden. Sie war völlig entsetzt und meinte, so was wird sie nicht noch Mal versuchen.

Sie dachte bei sich, man soll auf alle Möglichkeiten vorbereitet sein; sie kannte nicht einmal deutsche Jugendliche gut und wusste nicht, wie die in einer Gruppe funktionieren. Die Flüchtlinge, nach ihren Erlebnissen in der Heimat und auf dem Weg, und in völlig fremder Umgebung sind natürlich überfordert. Und dann dachte sie weiter: die Aufgaben, die auf uns warten, sind unendlich schwer – damit sie wirklich integriert werden und in Frieden mit sich und mit der Umgebung leben könnten.

Ewa Maria Slaska

Sylwester

Drugą część tego tekstu napisałam przed Sylwestrem. Rzeczywistość mnie jednak dopadła, zanim zdążyłam podzielić się z Wami myślą, że uchodźców wcale nie widać na ulicy. Bo niestety w Sylwestra było ich widać i to w sposób groźny.

Dla kobiety gwałt jest jedną z najbardziej przerażających wizji tego, co je może spotkać. Na szczęście kultura zachodnia od lat tępiła i potępiała gwałty, tak w sferze prywatnej jak i publicznej. Kobiety w Niemczech czy w Europie nie liczą się już z tym, że jest to realna codzienna groźba. Sylwester 2015 pokazał, że może stać się znowu realna i może stać się zjawiskiem społecznym.

Gdy wiadomości o tym dotarły do mediów, w pierwszym odruchu pomyślałam, że to nieprawda, że to prawicowa prowokacja wewnątrzniemiecka wymierzona w rząd Angeli Merkel. Im bardziej jednak doniesienia się mnożyły, tym bardziej, nie wiem zresztą dlaczego, prowokacja prawicowa wydawała mi się mniej realna.

Gdzieś zgwałcona została kobieta w średnim wieku – miała, jak podała prasa, 58 lat. Oczywiście, może jest to pani, która znakomicie wygląda, tak też może być, ale jeśli jest to jednak starsza pani, to znaczyłoby, że był to gwałt wojenny, który nie jest zaspokojeniem potrzeby seksualnej, tylko metodą poniżenia wroga przez poniżenie zadane jego kobietom. Tak gwałciła zwycięska Armia Czerwona tryumfalnie wkraczająca na tereny padających na kolana Niemiec, a jej ideologiem był Ilja Erenburg…

A wtedy mogłoby to oznaczać, że była to prowokacja, ale nie ze strony skrajnej prawicy niemieckiej czy europejskiej, lecz ze strony państwa islamskiego. I że znajdujemy się w stanie wojny. I że rzeczywiście są tu ONi i jesteśmy MY.

I tę myśl zapisałam kilka dnie temu, a następnego dnia również policja niemiecka, wychodząc zresztą nie z przesłanek lecz poszlak i dowodów, doszła do wniosku, że była to zorganizowana akcja ISIS.

Stale powtarzam, przede wszystkim trzeba myśleć.

Czy uchodźców widać na ulicy?

Ludzie z Polski wciąż pytają, czy uchodźców widać na ulicy? A moja odpowiedź, wprawdzie trochę niepewna, brzmi – nie, nie widać. Widać i słychać cudzoziemców, niewątpliwie, i to zarówno tych, którzy mieszkają tu na stałe, jak i turystów. Przede wszystkim zresztą Włochów i Hiszpanów. Ale uchodźców niemal nie widać. Mieszkam naprzeciwko nieczynnego lotniska Tempelhof, oddzielonego od ulic Tempelhofer Damm i Columbiadamm wielkim prawie stuletnim budynkiem, kiedyś najdłuższym budynkiem na świecie. Teraz podobno jest jakiś dłuższy.


Ja mieszkam po drugiej stronie ulicy, na samym prawym końcu tego gmaszydła. W tym budynku ulokowano w listopadzie kilka tysięcy uchodźców, głównie samotnych mężczyzn, czekających na przeniesienie do jakiegoś bardziej przychylnego ludziom miejsca. Pewnej soboty miały tu miejsce bójki, o których donosiła prasa na całym świecie. A ja co? A ja, choć mieszkam od nich o rzut beretem, początkowo nawet ich nie widziałam. Oni wchodzą do siebie głównym wejściem, wysiadają więc przystanek wcześniej niż ja – bo wejście główne i boczne oddziela odległość całej stacji metra. Moja jest dziś całkiem niepozorna, ale w latach 20 wysiadali tu robotnicy budujący lotnisko. Były ich tysiące. Szli do pracy 17 tunelami!

Oni i ja korzystamy z tej samej linii metra, a jednak początkowo w metrze też ich nie było. Raz, gdy szłam na dworzec o 4 w nocy, spotkałam jednego zbłąkanego, szukał drogi do najbliższego szpitala, którego adres ktoś mu nieporadnie zapisał na świstku.

Teraz w budynku ulokowano ponad dwa tysiące uchodźców, w przyszłości ma ich być nawet siedem tysięcy. Jest ich teraz, po kilku tygodniach, może troszeczkę więcej w metrze. Widocznie się oswoili i otarli, dostali bilety na komunikację miejską, odważają się więc, wychodzą ze schroniska, zbaczają z utartych tras prowadzących do urzędów. Ale nadal widzę ich niewielu. Nawet w pobliskim sklepie, który zasadniczo jest i ich, i mój, ich nie ma. Jak się czasem spotka jakichś cudzoziemców, to najdalej przy kasie okazuje się, że mówią dobrze po niemiecku i są na pewno berlińczykami od dawna.

Pracuję z uciekinierami, pracowałam z nimi wiele lat, między innymi  w ogromnym schronisku dla tysiąca ludzi, ale nawet ja nie umiem sobie wyobrazić, jak może wyglądać taki moloch, gdzie zakwaterowano dwa, trzy, cztery, pięć tysięcy osób. Oczywiście – w ogromnym pustym gmachu jest dość miejsca, aby pomieścić tysiące ludzi. Ale jak ich karmić, jak mają się kąpać, jak załatwiać potrzeby fizjologiczne? Jak sprzątać? I co mają robić? To chyba główne pytanie – co mają robić, żeby nie zwariować w tym natłoku cudzej obecności i niedoborze sensownego zajęcia?

To niesamowite – tylu ich jest wśród nas, a my ich nie widzimy. Z jednej strony zaskakujące, z drugiej pocieszające. Najwyraźniej taki organizm miejski jak wielokulturowy Berlin, z jego prawie czterema milionami mieszkańców, jest w stanie bez śladu wchłonąć sto tysięcy przybyszów.

Bitwa o Szczecin

dzienpodniuDzień po dniu

Książka Michała Rembasa i Grzegorza Ciechanowskiego opowiada o walkach o Szczecin w 1945 roku.

Na 112 stronach znajduje się szczegółowy opis wydarzeń, dziesiątki relacji świadków walk, dzięsiątki planów i zdjęć a także opis pomników, cmentarzy i innych śladów walk.

Michał Rembas
Dziennikarz – podróżnik i historyk. Pasjonat starych cmentarzy, architektury i wojskowości, współpracował między innymi z „National Geographic”, „Gazetą Wyborczą”, „Wędrowcem Zachodniopomorskim” oraz „Aktualnościami Turystycznymi”. Autor książek: „Zachodniopomorskie tajemnice”, „Śladami Lubinusa. Przewodnik niezwykły”, „Cuda na fasadach” oraz współautor  książek: „Nekropolie. Zabytkowe cmentarze wielokulturowej Polski”, „Dąbie. Prawobrzeże Wielkiego Szczecina”. Jego książka „Cuda na fasadach” została w ub. r. nagrodzona na ogólnopolskim przeglądzie książki turystycznej.

Uwaga: W roku 2016 Autor będzie organizował wycieczki na pole bitwy. Chętni mogą się zgłaszać TU. Zainteresowani kupnem książki Czytelnicy polscy mogą szukać książek w księgarniach i na Allegro. Berlińczycy niech się zgłaszają w komentarzach, zorganizujemy dostawę. Książka kosztuje ok. 30 złotych, ale pewnie dojdą jakieś koszty organizacyjne.

bunkier

Grzegorz Ciechanowski
Absolwent Akademii Obrony Narodowej. Oficer WP, służył w jednostkach operacyjnych artylerii, oficer łącznikowy misji Armii USA. Po wejściu Polski do NATO Szef Wydziału Prasowego i Protokołu Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód; Szef Wydziału Współpracy Cywilno-Wojskowej 12 Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej. Doktor historii, Uniwersytet Szczeciński (2006). Od 2008 r. autor książek i artykułów na temat historii wojskowości oraz operacji pokojowych publikowanych w kraju i za granicą, w tym „Kurs bojowy Stettin” (2011).bitwaszczecin1stronaWspółpraca – Piotr Brzeziński.
Prezes Stowarzyszenia Miłośników Archeologii Militarnej „Pomorze”. Znawca historii II wojny światowej na Pomorzu Zachodnim. Od wielu lat zajmuje współpracuje przy ekshumacjach żołnierzy poległych podczas II wojny światowej i ich identyfikacji. Współtwórca portalu Pomorze1945.com.

bitwaszczecin2strony
Z książki

20 kwietnia
Wieczorem, w przedzień ataku wiejący od morza wiatr (tzw. cofka) spiętrzył wodę na Międzodrzu. Rozlokowany tam sowiecki batalion znalazł się w opałach – część żołnierzy musiała nawet schronić się na drzewach.
Dopiero około północy poziom wody się nieco obniżył, ale nadal byl wysoki.
O drugiej w nocy, w absolutnej ciszy (tylko oficerowie mogli wydawać rozkazy, ale szeptem) oddziały sowieckie zaczęły przesuwać się przez Międzyodrze, po obu stronach autostrady. Cel: obsadzić pozycje wyjściowe do natarcia na lewym brzegi Odry Zachodniej.
Wojsko miało do pokonania jedynie 2.5 – 3 km, ale warunki były koszmarnie trudne.
Żołnierze brnęli zanurzeni pas, po szyję w lodowatej wodzie, uzbrojenie, skrzynki z amunicją, przepychali armaty. Nieśli też kołki owinięte szmatami do zatykania przestrzelin w łodziach. Gdy woda była za płytka, musieli przepychać łodzie lub nieść je na ramionach. Niektórzy w błocie gubili buty.
Do godziny 5 przemoczone wojsko było już na lewym brzegu. Jedynym ratunkiem przed zimnem był alkohol – każdy z żołnierzy otrzymal 200 gramów spirytusu.

***
O godzinie 6.30 salwy katiusz rozpoczęły nawałę ogniową, i w tej samej chwili pierwsza fala desantu ruszyła przez rzekę. Ogień strzelającej zza Regalicy sowiewckiej artylerii był bardo silny – na każdy kilometr frontu natarcia przypadało 238 luf.
Artyleria niemiecka dość szybko otworzyła ogień na Międzyodrze i groblę autostrady, bowiem dowódcy niemieccy sądzili, że Sowieci przystąpili do forsowania Regalicy.
Ogień okazał się nieskuteczny. Zaskoczeni Niemcy strzelali po ciemku, nie wiedząc, że swieckie oddziały ulokowane były już pod samym nosem, dowódcy sowieccy też na wszelki wycofali wojsko z grobli i stumetrowych pasów po jej obu stronach.

Po około 20-30 minutach pierwsza fala desantu była już na zachodnim brzegu i to bez większych strat, po czym wioślarze wrócili po resztę wojska.
Około godziny 8 w zdobytych pomieszczeniach filaru mostu na autostradzie ulokował się sztab 108 Dywizji Strzeleckiej. Do godziny 14 cała jednostka była już na przyczółku. Warunkiem powodzenia natarcia było zdobycie wznoszącego się obok mostu na autostradzie wzgórza 65.4 (między autostradą a Siadłem Dolnym).
Ze stanowisk na stokach Niemcy mieli doskonały wgląd na rzekę, Międzyodrze i groblę autostrady i mogli z niego prowadzić celny ogień.
Pierwsze natarcia na wzgórze zostały odparte. Dopiero po południu, gdy na wzgórze spadła nawała ogniowa siedmiu pułków arylerii (ok. 250 dział) piechota sowiecka zdołała je opanowować.
W ciagu dnia w rejonie autostrady kilka razy kontratakują Sowietów oddziały Pułku Policji SS. Bezskutecznie. Powodzenie odnosi za to
Grupa Bojowa “Derriks” (około 350 żołnierzy z 28 Dywizji Grenadierów SS “Wallonien”), która odbija zdobyte wcześniej przez Rosjan Rosówko i spycha ich o 2 km. Zacięte walki toczą się o cegielnię nieopodal Moczył.
W ciągu dnia 65 Armia usadowiła się na lewym brzegu, lecz opanowany przyczółek jest mały: długi na zaledwie 3 km, głęboki na 1.5 km. Zadanie postawione armii nie zostało zrealizowane – według planu jeszcze pierwszego dnia natarcia wojska Batowa miały zdobyć Przecław, Smolęcin i Barnisław. Lecz w porównaniu z sąsiednimi armiami forsującymi Odrę i tak Batow może mówić o sukcesie – zarówno 70 jak i 49 Armia w trakcie całego dnia walk praktycznie nie ruszyły się z miejsca.

Porucznik Oleg Albieński z oddziału pontonierów;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez ostatnie dni naharowaliśmy się jak woły – ciężkie, 500-kilogramowe pontony ciągnęliśmy burłackim zwyczajem – na linach – przez wąskie kanały Międzyodrza, a na niektórych odcinkach musieliśmy nawet brać je na plecy, brodząc po pas w wodzie. I waliła w nas ta cholerna niemiecka artyleria – zniszczyła pięć pontonów. Mamy je na szczęście tu, nad Odrą. Teraz po cichutku, by nie płoszyć przedwcześnie wroga, spuszczamy je na wodę. Niebawem posłużą szturmowym oddziałom piechoty do skoku przez rzekę.
O godzinie 6.30 gruchnęły działa. To była kanonada! Morze ognia! Pod koniec artyleryjskiej nawały ruszyła przez rzekę piechota. Tuż po ostatnich salwach wdarła się na tamten brzeg. Pierwsi ci z 46 Korpusu gen. Erastowa, którzy opanowali polną drogę wiodącą do Kurowa, a następnie przycupnięte tuż nad rzeką budynki Siadła Dolnego. Niemal równocześnie z nimi skoczyły przez Odrę jednostki 105 i 18 Korpusu Piechoty. Niemcy wkrótce otrząsnęli się z zaskoczenia. Cóż to było za piekło!

Sierżant F. Jendiejew, 65 Armia gen. Batowa;
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

Przez trzy doby żyliśmy na wysepce znajdującej się w środku błotnistego rozlewiska między dwoma “rękawami” rzeki, jako “niewidzialni”. (…) W nocy podciągamy włókiem łódki do brzegu, do każdej stawiamy jaszczyk nabojów. Każdy bierze ze sobą cztery granaty i piąty przeciwpancerny. (…) Przydzielone plutonowi działo załadowaliśmy na ponton. Przepłynęliśmy rzekę w absolutnej ciszy, bez jednego wystrzału z naszego i niemieckiego brzegu. Przyczajeni zajęliśmy pozycje, czekając na rozkaz do ataku. Niemcy byli w transzejach na stoku wzgórza. Ledwo ciemność ustąpiła szarości ranka, “zagrała” nasza katiusza i jednocześnie uderzyła nasza artyleria. Dziękuję artylerzystom – celnie bili! Zobaczyliśmy później ich robotę – rozwalone niemieckie schrony, zasypane od wybuchów transzeje, trupy żołnierzy wroga. Do ataku rzuciliśmy się z odgłosem ostatnich wybuchów naszych pocisków. Wtedy dopiero fryce zrozumieli, że rzekę sforsowaliśmy już pod samym ich nosem. Na brzegu rzeki rozniosło się głośne i radosne “urrraaa”. Ruszyliśmy w stronę niemieckich transzei.

Ppłk Siemienow
za: Tadeusz Karwacki “Czerwone gwiazdy i białe orły”

40-50 pijanych esesmanów ruszyło na nas z pancerfaustami. Zaczęli strzelać. Widowisko było straszne. Pierwszy raz w ciągu całej wojny widziałem, żeby piechota przystępowała do kontrataku z pancerfaustami. Ale na ich skrzydło wyszedł pluton pieszych zwiadowców na czele ze starszym lejtnantem Smiełym. Jego uderzenia faszyści nie wytrzymali.

Meldunek dzienny Grupy Armii “Weichsel” (sporządzony 21.04.45 o godz. 05.40).
Tłumaczenie Piotr Brzeziński

Korpus Armijny “Oder” melduje godzinny silny ogień artylerii i moździerzy wszelkich kalibrów z punktem ciężkości na odcinek po obu stronach autostrady, Gartz i Mescherin. Ciągłe silne naloty ogniowe dla wsparcia nieprzyjacielskiej przeprawy. Podczas gdy w rejonie Gartz i na zachód od Gryfina przeciwnik został odparty, w lesie pomiędzy Gartz i Mescherin oraz po obu stronach autostrady zdobył brzeg Odry przy pomocy amfibii i ciągle się umacnia. (…) Trwają własne przeciwuderzenia na przemian z natarciami nieprzyjaciela. Położenie w chwili pisania meldunku niewyjaśnione.

Paweł Batow, “W marszu i boju”
– Wiecie, towarzyszu dowódco – mówił Tieremow – (dowódca 108. Dywizji Strzeleckiej do dowódcy 65 Armii, gen. Batowa – przypisek autorów) – o mały włos dwa razy nie musiałem forsować Odry.
– Jakim cudem?
– Ledwo wyskoczyliśmy z łodzi – a ogień, meduję, był silny- rozwinęliśmy Punkt Obserwacyjny, kiedy zjawili się dwaj oficerowie. Meldują, że są z kroniki filmowej. Co za licho was tu przyniosło, myślę sobie… Ale pytam, czym mogę slużyć. Odpowiadają:
– “Towarzyszu generale, chcemy was sfotografować, jak forsujecie Odrę. Nie, nie, prosimy nie odmawiać. Zaraz zdobędziemy łódź… Co wam szkodzi jeszcze raz przeprawić się przez rzekę…”

15 kwietnia
W nocy 14 na 15 kwietnia oddziały rozpoznawcze 65 Armii przeprawiają się łodziami przez Regalicę. W rejonie autostrady kompanię zwiadu ze 108 Dywizji (46 Korpusu Strzeleckiego) ostrzelano z filarów mostu autostrady na Regalicy. Okazało się, że grobla autostrady i podejścia do niej są zaminowane, miny zabiły dwóch sowieckich saperów.

16 kwietnia
Nocą z 15 na 16 kwietnia sowieccy saperzy z 172 Samodzielnego Płońskiego Batalionu Saperów pod ogniem rozminowali podejścia do grobli. Kolejnej nocy batalion 444 Pułku Strzeleckiego (ze 108 Dywizji Strzeleckiej) opanował kilometrowy odcinek autostrady. Ponieważ autostrada była mocno ostrzeliwana, żołnierze sowieccy znależli pomysłowe wyjście – podkopywali się z boku pod betonowe płyty jezdni. Dwudziestocentymetrowa warstwa betonu dawała dobre schronienie.
Ale Niemcy bronili się z mostu autostrady – w betonowych filrach ukryte były (i są nadal) obszerne pomieszczenia, z których otworów strzelniczych Niemcy prowadzili silny ogień. Okazało się, że są one nie do “ugryzienia” przez artylerię – 14 pocisków ustawionej do strzelania na wprost haubicy kalibru 122 mm odbijały się od betonu, nie czyniąc załodze większej krzywdy.

17 kwietnia
W nocy 17 na 18 kwietnia sowieci znów atakują wzdłuż grobli – jedna kompania posuwa się na lewo od autostrady, druga na prawo, a trzecia atakuje wzdłuż samego nasypu.
Żołnierze sowieccy przedostali się samych filarów i zmusili ukrytych w nich Niemców do poddania się. Nad ranem 444 pułk doszedł autostradą do Odry Zachodniej, z Międzyodrza udało się wyprzeć niecały batalion Niemców. Od lewobrzeżnego Szczecina wojska Batowa dzieli tylko kilka kilometrów.

Piotr Tieremow (dowódca 108 Dywizji Strzeleckiej) “Płonące brzegi”,
“Swiridow i Romanienko (dowódcy kompanii – przypisek autorów) zaatakowali Niemców i w decydującym starciu wyszli na podporę brzegową mostu, ale wedrzeć się do jedynego i wąskiego wejścia do kazamaty nie zdołali. Z otworów strzelniczych siekły jak wprzódy niemieckie cekaemy. Lecz tu, przy kazamatach, zarówno nasi, jak i hitlerowcy nie mogli się nawzajem razić, ponieważ i jedni, i drudzy znaleźli się w martwych polach ognia. Saperzy podciągnęli materiał wybuchowy. Grupa szturmowa komunistów była w pogotowiu. I nagle ten napięty i dramatyczny moment rozładował się w zupełnie dramatyczny sposób. Na groblę, z pośpiechem wspinał się, coś krzycząc, podpułkownik Abiłow (dowódca 444 Pułku Strzeleckiego- dopisek autorów)
– Zdejmować watówki! – krzyczał – Podpalać! Wyrzucać z góry do wejścia i otworów strzelniczych! Wykurzać faszystów!

Gryzący dym tlącej się waty przenikał do wnętrza. Zapalone watówki przepchnięto wraz z granatami przez otwory strzelnicze i wrzucono do środka. Podpułkownik zawołał swoim wysokim tenorem:
– Hej, fryce! Jesteście okrążeni przez wojska generała Abiłowa. (Abiłow bleffuje, nie jest generałem, ale tylko pułkownikiem- przypisek autorów) Proponuję przerwać bezsensowny opór! Poddawajcie się, bo spalimy!
Widocznie Niemcy gonili ostatkiem sił w kamiennej pułapce, gdyż ich ogień osłabł, a następnie ucichł. W otworze ukazała się biała szmata. Oficer zastrzelił się, a żołnierze się poddali.

Kresy. Epizod niewiele znaczący…

Andrzej Rejman

Hanka Ordonówna i jej dwa psy Bernardyny
krótkie wspomnienie Krystyny Stankiewicz

Krystyna Stankiewicz, urodzona 10 kwietnia 1931 roku w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie, jedna z trojga dzieci Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów. Dzieciństwo spędziła w rodzinnych Berżenikach. Jako dziecko wielokrotnie odwiedzała Wilno. Po wybuchu wojny Stankiewiczowie zmuszeni byli opuścić rodzinne strony, przejściowo mieszkali w Wilnie, po aresztowaniu Kazimierza Stankiewicza przez NKWD w styczniu 1945 roku, żona Helena wysłała dwoje dzieci pod opieką bliskiej znajomej p. Wandy Kawalcowej do Polski. Trzecie dziecko – najstarsza córka Maria zmarła w sierpniu 1940 roku na zapalenie opon mózgowych. Helena Stankiewiczowa pozostała w Wilnie, starając się o uwolnienie męża. Niestety wysiłki nie powiodły się. W czerwcu 1945 roku Helena udała się do Warszawy do dzieci, które mieszkały u rodziny w Aninie. Kazimierz powrócił z niewoli jesienią 1948 roku. Po wojnie Krystyna Stankiewicz ukończyła Państwowa Szkołę Pielęgniarską nr 4 na Solcu w Warszawie i pracowała nieprzerwanie ponad 29 lat na oddziale chirurgii jako instrumentariuszka, potem na sali operacyjnej jako oddziałowa w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej. Mieszka w Warszawie na Żoliborzu.

***

Hanka Ordonówna w Wilnie (źródło: culture.pl)

…Przez kilka pierwszych dni września 1939 roku występowała w teatrzyku Tip–Top. W listopadzie 1939 roku, kiedy zaprotestowała przeciw projekcjom hitlerowskiego filmu o zajęciu Warszawy, aresztowało ją gestapo. Z więzienia na Pawiaku wyszła w lutym 1940 roku, dzięki interwencji męża, hrabiego Michała Tyszkiewicza, obywatela litewskiego (spowinowacony z rodziną Tyszkiewiczów król Włoch Wiktor Emanuel II interweniował u Hitlera). Wyjechała do Wilna, wówczas pod okupacją litewską, gdzie jej pierwszy występ, w sali Teatru na Pohulance stał manifestacją narodową. Tam w latach 1940–1941 grała także w Lutni i w Polskim Teatrze Dramatycznym.

Po aneksji Litwy przez ZSRR, NKWD aresztowało jej męża z powodu zaangażowania politycznego – opieki nad obywatelami polskimi na Litwie z ramienia Rządu RP na Obczyźnie. Został osadzony na Łubiance w Moskwie. W tym samym czasie władze sowieckie zwróciły się do Ordonówny z propozycją koncertów w Moskwie. Po początkowych wahaniach artystka zaakceptowała tę propozycję nie do odrzucenia, mając nadzieję na uratowanie męża. Jej występy, znakomicie zresztą przyjmowane, przerwał wybuch wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku.

Ordonówna próbowała wrócić do Wilna. Tymczasem władze radzieckie nakłaniały ją do przyjęcia obywatelstwa ZSRR. Gdy odmówiła, została aresztowana za… nieposiadanie przynależności państwowej i zesłana do sowchozu – tuczarni świń – pod Kujbyszew nad Wołgą. Tam, ze względu na trudne warunki życia, powróciła jej choroba płuc. Po uwolnieniu w następstwie układu Sikorski-Majski (30 lipca 1941) Ordonówna początkowo zawędrowała do teatru tworzącego się w polskim ośrodku w Tocku.

Przejęta jednak losem najmłodszych, zajęła się organizowaniem pomocy dla osieroconych dzieci polskich wygnańców, które udało jej się wywieźć z ZSRR. Z uwagi na pogarszający się stan zdrowia, wraz z sierocińcem została ewakuowana przez Bombaj w Indiach do Bejrutu w Libanie, gdzie jej mąż – również zwolniony dzięki traktatowi Sikorski-Majski – był wtedy pracownikiem Poselstwa Polskiego w Bejrucie.

Z książki “Tułacze dzieci”, którą Hanka Ordonówna wydała w 1948 roku w Bejrucie pod pseudonimem Weronika Hort, z żywo nakreślonych portretów dziecięcych najbardziej zapada w pamięć postać pięcioletniej Kaziuni, oczekującej pochwał za to, że udało jej się ukraść nieco chleba i kipiatoku jednej z babuszek. Była to postać fikcyjna, na którą złożyło się kilka dziecięcych losów. Wstrząsająca książka, udokumentowana zdjęciami i odbitką rękopisu jednego z opowiadań, opisuje epizod niewiele znaczący dla losów całej wojny. Ale jakże ważny dla ocalonych….

(źródło: culture.pl) http://culture.pl/pl/tworca/hanka-ordonowna

A tu jej najsłynniejszy przebój: