Victor Jara

Cementerio General de Santiago

Dejé el nicho cubierto con una tosca lápida en la que se leía, sencillamente:
VÍCTOR JARA
14 septiembre de 1973

Tak zapisała Joan Jara w przedmowie do książki o Victorze, Un canto truncado

Grobu wielkiego chilijskiego muzyka, bohatera i ofiary puczu Pinocheta, o którym pisze jego żona Joan Jara, takiego, jaki zobaczyła w październiku 1973 roku, już nie ma. Na starym zdjęciu widać symbole pokoju i napis “Do zwycięstwa…” W roku 2009 niszę chroniącą prochy, jedyny grób, jaki reżim pozwolił przygotować dla swej ofiary, zastąpiono dużym grobem ziemnym.

Joan Jara pisze, że na grobie męża widniała data śmierci 14 września 1973 roku, na górnym zdjęciu nie widać w ogóle, jaki to dzień, wikipedia hiszpańska, niemiecka, polska i angielska podają datę 16, a wydaje mi się, że na nowym nagrobku widnieje 13 i tak też informuje wikipedia francuska. Na pewno aresztowano go 12 września, w drugi dzień puczu. Reżim zaczyna rządy od zabicia piewców wolności. Jakie podobieństwo ze śmiercią Federica Garcii Lorki.

jara-12-kleinByli u nas, Victor Jara, jego choreografka, Margot Loyola, jego zespół, Cuncumén. Mama i Ojciec nazywali ich “Chilijcy”. Pisałam już TU o tej wizycie. Teraz w rocznicę śmierci pieśniarza dodam coś nowego, a mianowicie książkę, którą kilka tygodni temu przysłała mi moja siostra.
Joan Jara, żona artysty, wydała ją we wrześniu 1983 roku, w 10 rocznicę śmierci męża. Przyjaciółka Mamy, Janelle, kupiła ją, napisała dedykację i przysłała do Gdańska w maju 1986 roku.

Mama włożyła do książki zdjęcia z pobytu “Chilijców” u nas w domu. Kasia twierdzi, że jedna z tych dziewcząt na zdjęciu to ja, ale nie byłabym tego taka pewna. Gdy nas odwiedzili, miałam 12 lat, ta podobna do mnie dziewczyna jest jednak dużo starsza, może ma nawet 18 lat.

jara-9klein

W książce nie ma mowy o Polsce, o Gdańsku i o nas, chociaż Joan dość dokładnie opisuje kilkumiesięczną podróż zespołu i Victora do Europy, 1 lipca byli w Pradze, 7 września w Odessie. Przy opisie podróży nie znalazłam żadnych uwag Mamy (a często pisała w książkach – mam to po niej), natomiast jest tam zdjęcie, które jednak muszę zreprodukować i zamieścić – ostatnie zdjęcie Victora…

Wszystkie zdjęcia z książki i książki zrobiła Ania. Specjalnie do mnie przyszła, żeby je zrobić! Dziękuję.

jara-11-klein

A to już zdjęcia z Gdańska, poznaję te firany – kupowało się je bodajże w Cepelii, a ponieważ kiedyś pomagałam naszej znajomej je produkować, wiem, że odbijało się je ręcznie z kilku nakładanych po kolei płyt linoleum. Na pierwszym zdjęciu, ten po prawej, to Viktor. Na drugim – ta po lewej to słynna Margot Loyola. Na trzecim, na fotografii po prawej, ta z przodu, pochylona, to teoretycznie mogłabym być ja, ale chyba nie jestem… Szkoda…

jara-8klein jara-7-klein jara-5-klein-dopel jara-4-klein-pion

Śmierć Cioci Krysi

Andrzej Rejman

Ciocia Krysia

Krystyna Stankiewicz i jej rodzina miała pokaźny udział we wspomnieniach zamieszczonych na tym blogu. Autorka wspomnień – córka Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów, praprawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” zmarła w Warszawie w sierpniu b.r. (2016)

1_krysia_stankiewiczok_1935_w_berzenikach_z_ulubionym_ps

Dziś kilka zdjęć i wspomnienie o niej – jej kuzynki, Marii Chodorek z d. Tyszkiewicz. U góry mała Krysia Stankiewicz w Berżenikach z ulubionym psem

5_krystyna_stankiewicz4  2_krystyna_stankiewicz1 3_krystyna_stankiewicz2 4_krystyna_stankiewicz3

Krystyna Stankiewicz w Warszawie, w czasach pracy w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej (lata 50-te XX w.)

***

Maria Chodorek

Nie dokończyłyśmy naszych rozmów.
Pamięci Krystyny Stankiewicz.

23 sierpnia 2016 roku zmarła na warszawskim Żoliborzu Krystyna, córa Heleny z Zanów Stankiewiczowa, moja bliska krewna, starsza jedynie o dwa lata.

Wuj Kazimierz, jej ojciec, był bratem mojej Matki, Janiny ze Stankiewiczów Tyszkiewiczowej. Krystyna była ostatnią z rodziny – urodzona w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie – w miejscu, skąd wywodził się nasz dziadek Wacław Stankiewicz.*

Dziś, 30 sierpnia odprowadzamy Zmarłą po mszy żałobnej do rodzinnego grobu na Starych Powązkach. Dobrze, że upał ustąpił właśnie dziś.

Poruszam się z trudem w labiryncie teraźniejszości, wspominając przez cały mijający tydzień przeszłość.

Traktuję ją jako przestrzeń pomiędzy „od-do” z odcinkami, które z Krysią przeżyłyśmy wspólnie.

Przed 1939 rokiem chyba dwukrotnie byłam z rodzicami w Berżenikach – latem. Zapamiętałam jezioro należące do rodzinnego mająteczku, lasy na horyzoncie, sad, psy i konie.

Helena, żona Kazimierza – „Pani na Berżenikach”, matka Krysi i Ziutka została w Wilnie w nadziei że pomoże Kazimierzowi uciec, lub zdoła wykupić. Tak się nie stało, ciocia Hala przyjechała do nas latem 1945 roku, potem uzyskała mieszkanie przy ul. Krasińskiego, na warszawskim Żoliborzu. Była dzielną kobietą o wielu talentach, prawdziwą patriotką.

Krysię zobaczyłam po wojnie w 1945 roku. Siedziała przy oknie dużej anińskiej kuchni i starannie obierała ziemniaki na rodzinny obiad. Nasza wspólna babcia Mania „w cztery oczy” postawiła mi kuzynkę za wzór, ponieważ jak zwykle „wykręciłam się” od kuchennych zajęć. Krysia ze swoim młodszym o pięć lat bratem Ziutkiem (Józefem – imię nadano na cześć Marszałka Piłsudskiego) i z towarzysząca dzieciom niezrównaną przyjaciółką ich Matki – Wandą Kawalcową – została zakwaterowana w pokoju na piętrze.

Przyjechali towarowym pociągiem z Wilna do Lublina. Stamtąd mój ojciec zabrał ich do Warszawy i Anina.Podróż ta była ciężka i długa, ich rodzice zostali w Wilnie, choć wszyscy mieli razem przyjechać transportem nr 17 w lutym 1945 roku.

Tydzień przed tym terminem Kazmierz Stankiewicz został pojmany przez NKWD w nocnej brance. Do Warszawy przyjechał dopiero w listopadzie 1947 roku, o czym można się dowiedzieć także ze wspomnieniowych książek, m.in. ”Pani na Berżenikach” (Wojciech Wiśniewski) i „W łagrach na Saratowskim szlaku” (Leonard Perepeczko).

W 1945 roku poszłyśmy z Krysią do ostatniej klasy Prywatnej Szkoły Powszechnej SS Felicjanek w Marysinie Wawerskim, potem również tam ukończyłyśmy żeńskie gimnazjum uzyskując tzw. małą maturę. Dwa lata uczęszczałyśmy do szkoły ogólnokształcącej stopnia licealnego w Aninie przy ulicy I Poprzecznej w pałacyku Więcka.

Te dwa lata były również czasem koleżeńskich prywatek w rodzinnych domach, gry w siatkówkę, wypraw „do Warszawy”, do kina lub nad Wisłę. Krysia była jedną z aninianek – „Dziewcząt od sióstr”, mieszkała przy III Poprzecznej, z nami. Na Żoliborzu bywała pod koniec każdego tygodnia. Jej Rodzice dzielnie opanowywali sztukę adaptacji w Warszawie.

Po maturze w 1951 roku nasze drogi się rozeszły…

Spotykałyśmy się jednak na świątecznych lub imieninowych, czasem jubileuszowych uroczystościach rodzinnych. W 1958 roku Krysia podawała do chrztu Piotra, mego pierworodnego syna…

Została dyplomowana pielęgniarką. W tej roli była wzorowa również jako córka i siostra.

Została sama w 2011 roku (w tym roku zmarł jej brat Józef), i wtedy zaczęły się nasze długie rozmowy telefoniczne. Wówczas dowiedziałam się wielu istotnych, radosnych i tragicznych szczegółów o Rodzinie. Miałyśmy wiele tematów odkładanych „na potem”. Od tygodnia sięgam po telefon nawykowo, by ją usłyszeć i kontynuować rozpoczęte tematy… I wracam myślą do Niej i Jej Rodziny.

Polecam ich Matce Boskiej Ostrobramskiej, Krysia zwykle nam tłumaczyła, że jest to Madonna bez Dzieciątka, więc może więcej mieć dla nas cierpliwości i miłości.

____________________________________________

*Wacław Stankiewicz 1866 – 1940

Inżynier leśnik, organizator leśnictwa.

Urodzony 23 IV 1866 w Berżenikach w pow. nowoaleksandrowskim (gub. kowieńska), był synem Jana Stankiewicza i Konstancji z Bejnarów. Jan Stankiewicz był leśnikiem i właścicielem miejscowego folwarku.

Po ukończeniu szkoły realnej w Dyneburgu studiował w Petersburskim Instytucie Leśnym, gdzie w r. 1890 uzyskał stopień «uczenyj lesowod I razriada» (odpowiednik inżyniera leśnictwa). Po studiach pracował w państwowej administracji leśnej gub. kostromskiej, potem został na trzy lata oddelegowany do urządzania lasów na Uralu, gdzie dokonywał wraz z grupą taksatorów Polaków inwentaryzacji przyrodniczo-leśnej i planował zagospodarowanie poszczególnych nadleśnictw. W r. 1894 wrócił do Petersburga i został asystentem w Katedrze Urządzania Lasu Instytutu Leśnego, kierowanej przez Polaka, Aleksandra Rudzkiego. W r. 1905 dzięki stypendium uczelnianemu prowadził badania lasów górzystych na 25 założonych przez siebie powierzchniach próbnych w środkowej i południowej części Krymu. Podczas pobytu na Krymie odkrył nieznany dotychczas gatunek sosny, który opisał W. Sukaczow i nazwał na cześć Stankiewicza «Pinus Pityusa Stev. var. Stankieviczi». W r. 1908, przeniósł się do Moskwy, gdzie pracował w Zarządzie Rolnictwa i Dóbr Państw, przy urządzaniu lasów w okręgach leśnych: moskiewsko-twerskim, włodzimiersko-riazańskim i południowym — obejmującym Krym i zachodnie Zakaukazie.

Wiosną 1920 Stankiewicz opuścił Rosję i osiadł w Warszawie. W maju tego roku objął stanowisko naczelnika Wydziału Urządzania Lasów w Departamencie Leśnictwa Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych. Mimo małej liczby wykwalifikowanych pracowników technicznych oraz różnic w systemach leśnych trzech zaborów, doprowadził w ciągu dwóch lat do prowizorycznego urządzenia wszystkich lasów państwowych, a następnie likwidując stopniowo braki w planach, księgach i mapach gospodarczych, organizując i szkoląc personel, a potem sprawnie kierując jego pracami w terenie, stworzył podstawy dla prawidłowej administracji i nowoczesnej gospodarki leśnej.

W r. 1931 przeszedł na emeryturę, ale nadal interesował się sprawami leśnictwa, podejmując zlecenia urządzania lasów prywatnych i zabierając głos na łamach prasy fachowej . W r. 1939, ciężko już chory i częściowo sparaliżowany, zamieszkał u córki w Aninie pod Warszawą. Tam zmarł 20 III 1940; pochowany został na cmentarzu parafialnym w Zerzni. W małżeństwie z Marią z Woyczyńskich (ok. 1873—1965) miał troje dzieci: Kazimierza, Władysława oraz Janinę (1901—1982), doktor filozofii w zakresie botaniki, zamężną za Stanisławem Tyszkiewiczem, profesorem leśnictwa. Kazimierz (ok. 1899—1972), inżynier łączności, absolwent Inst. Technicznego w Moskwie (1914), był najpierw pracownikiem Głównej Dyrekcji Telefonów i Telegrafów w Warszawie, walczył jako ochotnik w wojnie polsko-sowieckiej 1920 r., potem gospodarował w rodzinnych Berżenikach, podczas drugiej wojny światowej był aresztowany przez NKWD i zesłany na Syberię, po wojnie pracował w Biurze Odbudowy Stolicy w Warszawie; był żonaty z Heleną z Zanów (zm. 1996).

oprac.Stanisław Tadeusz Sroka

Źródło: Polski Słownik Biograficzny

 

7_waclaw_stankiewicz_and_kazimierz_hrebnicki_ok_1926_w_b

6_od_lewej_adam_hrebnicki_i_waclaw_stankiewicz_ok_1910_f

 

Adam Hrebnicki (po lewej) i Wacław Stankiewicz około roku 1910

Poniżej:

Wacław Stankiewicz i Kazimierz Hrebnicki, Raj, ok 1926

 

 

 

Lejana y sola (1)

Zgodnie z zapowiedzią, rozpoczynam dziś publikację fragmentów pracy magisterskiej Kingi na temat tłumaczeń Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej.

Celowo wybrałam ten właśnie, a nie inny moment pierwszej publikacji: w piątek, 19 sierpnia, minęła 80 rocznica śmierci największego poety współczesnej Hiszpanii, Federico Garcii Lorki, rozstrzelanego przez siepaczy frankistowskich w wąwozie Viznar koło Granady. Poezja Lorki była wielką fascynacją Mamy.  Wczoraj minęła 21 rocznica jej śmierci.

RIP

drugaKinga Szpuler

Introducción

La siguiente tesina presenta a la persona y el trabajo literario de Irena Kuran-Bogucka, una artista gráfica y traductora polaca de poesía española. Su trayectoria profesional es sorprendente y muy interesante porque, por pura afición al arte, se atrevió a descifrar el mundo mágico de los poemas españoles. Nunca había estudiado la lengua española en una universidad ni nadie le había enseñado las reglas de traducción. Sin embargo, sus versiones de los poemas son muy coherentes y nos transmiten el hechizo y la riqueza de la lengua española.

– ¿Cómo y para qué hacerse traductora de poesía española sin conocer la lengua en absoluto?
– ¿Por qué una artista gráfica muy apreciada decide cambiar totalmente su ocupación y dedicarse a la literatura?
– ¿Qué factores definen a un buen traductor de poesía: es un pedante concienzudo o un visionario inspirado?
– ¿Hay que ser artista para poder interpretar el arte?

Estas preguntas le hacían muchas personas a Irena Kuran-Bogucka al publicar sus primeras traducciones de la poesía de Federico García Lorca y después también de Rafael Alberti.
En este trabajo vamos a responder a estas preguntas en base a varias explicaciones de la misma traductora, que en cada antología esclarece los motivos y métodos de su trabajo. Por consiguiente, vamos a analizar algunas de sus traducciones y compararlas con otras interpretaciones polacas. Dedicaremos un pequeño capítulo a las obras alemanas de Heinrich Heine, Günter Grass, Martin Pohl y Mascha Kaléko cuyos poemas también fueron traducidos por Irena Kuran-Bogucka. En la última parte de la tesina aprenderemos algo más sobre nuestro personaje, concretamente desde el punto de vista de sus hijas, Ewa Maria Slaska y Katarzyna Bogucka-Krenz.

3.1. Poemas de Federico Garcías Lorca
3.1.1. Canción del Jinete, del poemario Andaluzas (1921-1924)

Canción del Jinete

Córdoba.
Lejana y sola.

Jaca negra, luna grande,
y aceitunas en mi alforja.
Aunque sepa los caminos
yo nunca llegaré a Córdoba.

Por el llano, por el viento,
jaca negra, luna roja.
La muerte me está mirando
desde las torres de Córdoba.

¡Ay qué camino tan largo!
¡Ay mi jaca valerosa!
¡Ay que la muerte me espera,
antes de llegar a Córdoba!

Córdoba.
Lejana y sola

(Lorca 1977: 307)

Piosenka jeźdźca

Kordoba
samotna w dali.

Czarny koń, ogromny księżyc
i oliwek pełne torby.
Chociaż drogę znam, to nigdy
ja nie dotrę do Kordoby.

Poprzez wiatr, porzez równinę,
krwawy księżyc, koń mój wrony.
A tam śmierć mnie wypatruje,
śmierć spogląda z wież Kordoby.

Aj, jakaż droga bezkresna!
Aj, mój koniu niestrudzony!
Aj, przecież śmierć mnie tu czeka,
zanim dotrę do Kordoby!

Kordoba
samotna w dali.

(Lorca 1982: 134)

El poema Canción de Jinete, escrito en el año 1924, pertenece a los poemas más emblemáticos de Federico García Lorca. Ya el título se refiere a la estructura formal del texto, o sea, es la canción, en la que al principio y al final encontramos un breve estribillo y además tres estrofas de cuatro versos octosílabos. En los versos pares observamos las rimas asonantes . La métrica del poema es bastante simétrica, entonces, la cesura casi siempre se ubica en el medio de la línea, es decir, después de cuatro sílabas.

El contenido del poema se refiere a los símbolos andaluces y a la vez a los gitanos, que están presentes en muchas obras de Lorca: el jinete desconocido, la ciudad inalcanzable, la jaca negra, la luna grande y roja, y sobre todo la muerte acercándose. El autor presenta varios epítetos muy sugestivos que nos ayudan a imaginarse el paisaje nocturno del poema e identificarse con el hombre. El jinete está viajando a Córdoba pero presiente de que no podrá llegar a su destino, porque sabe que morirá por el camino. La dominante semántica se encuentra en la conección de la forma de la canción y de la imagen siniestra. Sentimos la misma angustia que él, sin embargo, no podemos parar el trote del caballo; la canción tiene que ser cantada hasta el final trágico.

La traducción abarca perfectamente todos los elementos mencionados, tal en su estructura como en el contenido. En la versión polaca vemos la misma forma de paréntesis, es decir, dos estribillos y tres estrofas. Destacan los versos octosílabos y las rimas cuidadosamente imitadas, que demuestran la maestría de palabra. También los epítetos en la lengua polaca son bastante convincentes: “ogromny księżyc, krwawy księżyc, koń mój wrony, koń niestrudzony”. Los adjetivos llevan consigo muchas emociones y tienen el sonido duro como en español, porque todos contienen la letra “r”. Tenemos la impresión de ver el mismo paisaje y escuchar la misma canción, aunque en otro idioma.

Xilografía del ciclo “Romancero cygańskie”, 1961

Federico Garcia Lorca (reblog i nie tylko)

Zginął zabity przez siepaczy frankistowskich. Był jedną z pierwszych ofiar reżimu, który właśnie doszedł do władzy. Moja Mama, Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka jego wierszy na polski, autorka grafik do najsłynniejszego cyklu jego poezji – Romancero cygańskie – napisała we wstępie do wydania jego dzieł wybranych (Gdańsk, Wydawnictwo Morskie 1982):

19 sierpnia 1936 roku został zamordowany największy współczesny poeta Hiszpanii – Federico Garcia Lorca.
Zginął mając lat 38, w pełni twórczego rozkwitu. Pozostawił ogromny dorobek: pięć słynnych dramatów, kilka mniej znanych i szereg mniejszych utworów scenicznych, prozę poetycką, teksty krytyczno-literackie oraz przeszło 500 wierszy. Był jednym z tych poetów, których wiersze “zbłądziły pod strzechy” i to od razu, jeszcze za jego życia. Popularne od pierwszych lat swego istnienia, przetrwały tragiczną śmierć Lorki, zakazy publikacji, okres frankistowskich represji. Znane w całej Hiszpanii i Ameryce Łacińskiej, publikowane, recytowane, śpiewane, a także tłumaczone na liczn języki obce, trwają nadal, wciąż żywe, silniejsze niż śmierć.

(…)

Poeta, jak zwykle latem pojechał do Granady, aby spędzić wakacje z rodzicami. Nazajutrz, 17 lipca 1936 roku, rozpoczął się frankistowski przewrót. Nastąpiły represje, terror, masowe egzekucje. W Granadzie i jej okolicach zamordowano owego lata ponad 20 tysięcy osób. Przyjaciele doradzali poecie jak najszybszą ucieczkę na północ kraju czy nawet za granicę. Lorca uciekać nie chciał, nie rozumiał też, co mogłoby mu grozić. Nie był działaczem politycznym; nie pojmował, że sława, która go otaczała, a także społeczna wymowa jego dzieł staną się dla niego wyrokiem śmierci. Nie potrafił zresztą uwierzyć, żeby ktokolwiek był zdolny do zamordowania poety.

Został aresztowany 18 sierpnia i zaraz nazajutrz o świcie rozstrzelany w wąwozie Viznar pod Granadą. Nie miał pogrzebu i nie ma grobu. Stało się tak, jak kiedyś napisał:

Kiedy ja umrę
z gotarą mnie pochowajcie
w suchym piachu.

A kiedy minęło 80 lat:

Niekochany bohater Grenady

Nie ma grobu i nie doczekał się muzeum na miarę swej sławy i wielkości. Co więcej, w 80 lat po swojej śmierci Federico García Lorca został bohaterem kolejnego dramatu – tym razem korupcyjnego.

Rodzina Lorki walczy z urzędnikami o kontrolę nad nowym, kosztującym 25 mln dol. centrum w Grenadzie zbudowanym ku pamięci dramatopisarza i poety straconego przez pluton egzekucyjny podczas hiszpańskiej wojny domowej. Otwarte latem ubiegłego roku centrum miało pomieścić olbrzymie archiwum składające się z blisko 20 tys. przedmiotów – rękopisów, rysunków, dzieł sztuki, których łączną wartość wyceniono na 22 mln dol. A jednak eksponaty te dotąd do muzeum nie dotarły. Rodzina Lorki oraz fundacja jego imienia nie zgadzają się przenieść zbiorów z magazynu w Madrycie do grenadyjskiego centrum, póki miejscowe władze nie zagwarantują im tego, co już im podobno obiecały: nadzoru nad działalnością muzeum.

– Od samego początku instytucje rządowe nie podchodziły do tego projektu z entuzjazmem – twierdzi Laura García Lorca, siostrzenica poety i kierowniczka fundacji, urodzona w Nowym Jorku, na wygnaniu, gdzie udała się cała rodzina po egzekucji słynnego grenadyjczyka z rąk nacjonalistów w sierpniu 1936 roku.

Otwarte przed rokiem w pobliżu renesansowej katedry centrum miało dodać Grenadzie literackiego blasku. Władze planowały organizować specjalne wycieczki śladami poety po jego rodzinnej Andaluzji. W odległości spaceru od muzeum mieści się letni dom Lorki, ten sam, w którym napisał on przy prostym drewnianym biurku “Krwawe gody”, klasyczną sztukę z 1932 roku o miłości, chciwości i zbrodni. Z powodu korupcyjnych oskarżeń dziś samo muzeum uwikłane jest w dramat.

Obiektowi nadal brakuje dyrektora. Ponieważ rodzina odmawia wydania archiwów, trzeba było odwołać niemal roczny program imprez z udziałem uznanych na świecie pisarzy, poetów i artystów, w tym Patti Smith mającej wziąć udział w lipcowej inauguracji. Jakby tego jeszcze było mało, byłemu konsultantowi fundacji postawiono zarzut sprzeniewierzenia kwoty powyżej 2,75 mld dol. z pożyczki zaciągniętej na budowę centrum.

W kwietniu hiszpańskie ministerstwo kultury objęło archiwum Lorki specjalną ochroną uniemożliwiającą ewentualne próby wywiezienia kolekcji za granicę. Urzędnicy uzasadnili tę decyzję obawami o rozsprzedanie części zbiorów, by pokryć długi centrum, mimo że członkowie rodziny poety wcześniej wykluczyli taką ewentualność.

Nowy burmistrz Grenady, Francisco Cuenca, szuka sposobu na pogodzenie zwaśnionych stron: fundacji, lokalnych i krajowych władz, których przedstawiciele wchodzą w skład konsorcjum mającego nadzorować centrum i łożyć na jego utrzymanie. Nie udało się dotąd rozwiązać punktów spornych, w tym rozstrzygnąć kwestii odpowiedzialności za utratę środków.

– Przez długie lata poeta należał do czołowych miejskich dóbr kultury, o których słyszał cały świat – zauważa Christopher Maurer, profesor literatury hiszpańskiej z Uniwersytetu w Bostonie specjalizujący się twórczości Lorki. Co nie zmienia faktu, że dziedzictwo poety budziło w jego rodzinnym mieście “niewątpliwy opór i niechęć”.

Konflikt trwa od dziesięcioleci. García Lorca został pochowany gdzieś na przedmieściach Grenady, na polu, gdzie stracono go w wieku lat 38. Grobu poety nie udało się dotąd zlokalizować. Badacze chcieliby zorganizować teraz trzecią rundę poszukiwań, czemu jednak sprzeciwia się rodzina zmarłego, w tym sześcioro jego siostrzenic i siostrzeńców. Z policyjnego raportu, który wypłynął w 1965 roku, wiadomo, że Lorkę stracono na rozkaz władz wojskowych, które gardziły poetą za jego homoseksualizm i przynależność dla masonerii. – Nadal budzi sprzeczne uczucia – mówi o sławnym wuju jego siostrzenica Laura García Lorca. – Może mieć to związek z poczuciem winy i współodpowiedzialności za to, co się kiedyś stało.

W tym andaluzyjskim mieście o 236 tys. mieszkańców do niedawna w galerii portretów przedstawiających kolejnych burmistrzów brakowało wizerunku szwagra poety, socjalisty straconego w 1936 roku przez nacjonalistów w parę dni po swojej nominacji. Dopiero tego lata nowy burmistrz Cuenca – socjalista, który zastąpił na czele władz miejskich skłóconego z rodziną Lorki urzędnika – kazał umieścić portret zamordowanego na poczesnym miejscu.

Cuenca twierdzi, że chciałby jeszcze w tym roku sprowadzić do centrum archiwa i udostępnić je zwiedzającym. – García Lorca jest dla Grenady najlepszą marką – zapewnił, przechadzając się po historycznej części miasta. – Turyści na całym świecie znają Grenadę z Alhambry, lecz to raczej miasto kreatywności i poetów.

Najpierw jednak centrum musi zaradzić poważnym problemom finansowym. W marcu były sekretarz fundacji, Juan Tomás Martin, wziął na siebie odpowiedzialność za część długów, podając, że niefortunnie zainwestował pieniądze w projekty edukacyjne w Ameryce Południowej. Kłopoty fundacji skłoniły sekretarza stanu ds. kultury José Maríę Lassalle do nałożenia restrykcji na posiadane przez nią archiwa. W osobnym wywiadzie Lassalle przyznał, że nic nie wie o planach sprzedaży zbiorów przez fundację. Hiszpańskie media spekulowały, że zainteresowanie ich kupnem wyraziło University of Texas w Austin, jednak rzecznik uczelni odmówił komentarza w tej sprawie. – Fundacja dotychczas była efektywną strukturą i nie zamierzam kwestionować jej możliwości sprawowania ochrony nad archiwum – stwierdził urzędnik. – Uważam jednak, że odpowiedzialni politycy powinni zapewnić najwyższy poziom ochrony.

Rodzina Lorki, która fundację jego imienia stworzyła w 1984 roku ze środków uzyskanych ze sprzedaży kilku prac Salvadora Dalí, już wcześniej musiała stawiać czoła przeciwnościom losu. W połowie lat 70 krewni poety stoczyli zwycięski bój z władzami miasta, które z powodu planów budowy autostrady zażądały wyburzenia letniego domu rodu Lorca. W latach 80 rodzina skutecznie walczyła z projektem wzniesienia stadionu w miejscu, gdzie mogły znajdować się masowe mogiły, w tym grób poety.

Ostatnio fundacji udało się dojść do wstępnego porozumienia z bankiem La Caixa gotowym umorzyć część zadłużenia, w zamian za co instytucja ta mieniłaby się odtąd głównym sponsorem centrum. Trwają rozmowy ze stroną rządową w sprawie dalszej roli fundacji w całym przedsięwzięciu. (…) Niektórzy jednak tracą cierpliwość, na próżno czekając na ukończenie projektu zaplanowanego przez fundację jeszcze w roku 2004. Laura García Lorca żartuje, że czuje się jak tytułowa Doña Rosita, stara panna z jednego z dramatów Lorki, przez lata próżno czekająca na powrót narzeczonego. – Budują nowe domy, śpiewają nowe piosenki, a ja wciąż taka sama, równie roztrzęsiona – parafrazuje słowa głównej bohaterki.

***

Dziękuję Kindze Szpuler za przysłanie mi tego artykułu.

Kinga Szpuler, germanistka i hispanistka, obroniła w czerwcu tego roku pracę magisterską (już drugą – pierwsza była z germanistyki) o tłumaczeniach Ireny Kuran-Boguckiej. Od przyszłego tygodnia będę tu zamieszczała fragmenty tej pracy. Po hiszpańsku!

przerywnik-kobieta-patrzyMężatka niewierna. Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (tak zwany przerywnik w przeciwieństwie do dużych grafik ilustracyjnych) do wiersza Lorki pod tym samym tytułem.

19 kwietnia

Anna Dobrzyńska

„WSZYSCY RÓWNI WOBEC CZASU I PŁOMIENIA…”

ogien

„Czarna dziura” – według definicji – Czasoprzestrzeń, której nic nie może opuścić, przy nagromadzonej dużej masie na małej objętości, pochłaniająca wszystko – nawet światło. Otoczona matematycznie zdefiniowaną powierzchnią, która wyznacza granicę bez powrotu. Granica oddziela obserwatora od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji. A wszystko co przekracza granicę – znika.

Kiedy przychodzi 19 kwietnia, nie potrafię nie myśleć o tym co się tu, w Warszawie, 73 lata temu wydarzyło, nie potrafię myśleć o tym co się tu wydarzyło – cierpienie, ból, zło – są tak wielkie…

Ostatni na liście do komór gazowych podjęli nierówną walkę. To co sprawia, że Powstanie w Getcie jest tak wyjątkowe to fakt, że Oni walczyli o – śmierć. Ich walka była pozbawiona – nadziei i wiary w „lepsze jutro”. Wiedzieli, że zginą – chcieli to uczynić godnie, z bronią w ręku – jak wojownicy, bohaterzy… a nie ofiary.

Getto wydaje się być taką „czarną dziurą” – na mapie historii świata. W ciągu 32 miesięcy – 450 tysięcy ludzi zostało zgromadzonych na terenie 3 km2. To dało zaludnienie – 1,5 osoby /10 m2. W izbie mieszkało od 7 do 14 osób. Otoczone wysokim na 3 metry murem, wyznaczającym granicę, którą można przekroczyć tylko w jedną stronę. Odcięte od społeczeństwa i reszty świata. Gruby mur zwieńczony drutem kolczastym oddzielał obserwatora od zdarzeń i przepływu informacji. A każdy kto został zmuszony by tam mieszkać – ginął z głodu, choroby, wywieziony do Treblinki, nie pochowany, bez grobu – po prostu znikał…

Gdy Niemcy po raz trzeci otworzyli bramę Getta, by przeprowadzić tych co zostali na Umschlagplatz – Żydzi otworzyli ogień. To było w styczniu. Zaskoczeni Niemcy wycofali się i zamknęli Getto. To było z pewnością zwycięstwo Powstańców. Militarne i moralne. Wróg się wycofał i wreszcie też zaznał w Getcie śmierci… Ale okupione czekaniem na kolejny jego ruch… 19 kwietnia – Niemcy weszli i już się nie wycofali. Mimo nieporównywalnie słabszej pozycji Żydów– stłumienie Powstania było bardzo trudne. Niemcy ze zdumieniem zdawali raporty o wspaniałej walce żydowskich Powstańców. Po 28 dniach przyszedł jednak nieuchronny koniec. Zakończenie Powstania wyznacza data – 16 maja – i wysadzenie Synagogi na Tłomackiem, którego dokonał własnoręcznie gen. Jürgen Stroop, odpowiedzialny za stłumienie walk. Po tym akcie zameldował osobiście Hitlerowi – „żydowska dzielnica w Warszawie przestała istnieć”.

… Ładnie to ujął, trzeba przyznać – krótko, zwięźle tak „bezkrwawo” i „bezboleśnie”, jakby wprowadzony został właśnie nowy podział administracyjny. Naziści w ogóle ładnie nazywali tę zbrodnie – „Likwidacja Getta”. Przecież tym terminem określali wymordowanie prawie pół miliona ludzi w ciągu blisko trzech lat. „Likwidacja Getta” – brzmi równie dobrze jak – likwidacja spółki osobowej czy kapitałowej. Jakaś formalność, postępowanie prawne, zwykła urzędowa sprawa. Jakby pod pojęciem Getta nie kryli się ludzie a likwidacja nie była morderstwem idącym w setki tysięcy osób… A wywózki do komór gazowych – nazywane były „wielką akcją wysiedleńczą”… – w taki sposób określano przecież przymusowe, masowe zmiany miejsca zamieszkania… Albo „rozwiązanie kwestii żydowskiej” – to chyba najbardziej „estetyczne” sformułowanie, takie – „eleganckie”, wręcz „marketingowe”, jakby było jakimś – kreatywnym rozwiązaniem problemu – a nie ludobójstwem na skalę 6 milionów ludzi…

…Ale walki jeszcze trwały …

Wydaje się, że nie można nie zadać pytania, jak to możliwe, że w centrum Europy, cywilizacji, w XX wieku, doszło do tak dobrze zorganizowanej, zaplanowanej, przemysłowo zrealizowanej – masowej produkcji śmierci. Kto jest winien? Hitler? Himmler? NSDAP? naziści? rasiści? antysemici? itd?Z pewnością. Lecz to wykonawcy. Ojcem tej zbrodni jest przekonanie, że są lepsi i gorsi. Ludzie I i II kategorii . Że życie jednego człowieka jest warte więcej niż drugiego… Że silniejszy ma prawo decydować o tym, kto powinien żyć a kto nie, eliminować tych, którzy są niepotrzebni, zbędni, gorsi, są ciężarem dla lepszych, ważniejszych, mocniejszych… – dla wspólnego dobra i lepszego życia, społeczeństwa, świata. To założenie wytyczyło drogę do Getta – i tak jak „Arbeit macht frei”, otworzyło bramy piekła.

Getto zostało zburzone, obrócone w pył jak żadna inna część Warszawy. To była pustynia, gdzie nawet ruin nie było. W takim stopniu tylko Zamek Królewski i parę pobliskich budynków zostało zrównanych z ziemią.

„Plan totalnej zagłady” – ale na Ziemi niczego nie da się przeprowadzić do końca zgodnie z planem. Na szczęście. Na szczęście jest jakiś margines, który wymyka się spod wszelkich rozporządzeń, ustaw, nakazów – pozostawiając niejako obszar wolności, przestrzeni do działania ludzkiego sumienia. Dlatego niektórzy przeżyli. Dlatego przepływ informacji był. Dlatego nie wszystkich udało się zastraszyć. Dzięki organizacjom żydowskim ŻOB, ŻZW, współpracujących z polskim ruchem oporu informacje o Getcie obiegły świat. Jan Karski – informował Zachód przedstawiając raporty, do których informacje zdobył przekradając się na teren Getta. Karski spotkał się z wieloma ważnymi osobistościami m.in. Rooseveltem. Apelował o pomoc, jednym z rozwiązań było zbombardowanie linii kolejowych prowadzących do obozów zagłady. Prezydent przerwał: „…Policzymy się z Niemcami po wojnie. Panie Karski, proszę mnie ewentualnie wyprowadzić z błędu, ale czy Polska jest krajem rolniczym? Czy nie potrzebujecie koni do uprawy waszej ziemi?”

Szmul Zygielbojm – członek Rady Narodowej RP w Londynie informował o Holocaustcie członków partii socjaldemokratycznych na konferencji w Brukseli także Światowy Kongres Żydów i Amerykański Kongres Żydowski. Rozmawiał z prezydentem USA, przemawiał także na antenie BBC. Efektów pomocy jednak nie było widać. Po upadku Powstania na znak protestu – Szmul Zygielbojm popełnił samobójstwo – jednocząc się ze swoimi współbraćmi – odkręcił gaz w swoim mieszkaniu.

Pomoc,wypraszana na salonach – wielkich tego świata – nie przyszła. Nie stało się nic, co by zmieniło bieg historii. Getto nie zostało ocalone, ale ocaleni zostali – ludzie – nie wszyscy, część z nich, mała część. Pomoc szła dzięki Żegocie – polskiej humanitarnej organizacji podziemnej o katolickich korzeniach, w działalność której zaangażowani byli zarówno Żydzi jak i Polacy – w większości działacze katoliccy. Szacuje się, że organizacja uratowała kilkadziesiąt tysięcy osób. Współpracowała z nią m.in. Irena Sendlerowa, dzięki której ocalonych zostało 2500 dzieci. Więziona i torturowana na Gestapo w Al. Szucha, po wyjściu na wolność dzięki wpłaconej za nią ogromnej kaucji – kontynuowała swoją działalność. Dzieci znajdywały schronienie u polskich rodzin, w zgromadzeniach zakonnych, sierocińcach polskiej organizacji charytatywnej RGO – wspieranej przez arcybiskupa Adama Sapiehę, domach dziecka. Około stu nastolatków trafiło też do partyzantki. Ocalony z Getta, u polskiej rodziny schronienie znalazł m.in. dziesięcioletni chłopiec – późniejszy prof. Bronisław Geremek, członek obrad Okrągłego Stołu i Minister Spraw Zagranicznych. Zgromadzenia zakonne – głównie Marianie i Urszulanki wydawały fałszywe metryki chrztu – które ułatwiały przetrwanie. Takich metryk zostało wydanych około – 60 tysięcy. Przy ulicy Żelaznej 97, w pałacyku, wzniesionym przez ojca polskiego teatru – Wojciecha Bogusławskiego, który od XIX wieku jest domem Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi – dzieci żydowskie znajdowały schronienie. Niektórym udało się uciec z Getta na własną rękę.

Pomaganie było trudnym wyzwaniem. Potrzebne były pieniądze. Uratowanie to nie tylko wyciągnięcie z Getta. To ukrycie tej osoby, zapewnienie wyżywienia, higieny, kryjówki, lekarza, przekupienie wartowników, a także tych, którzy mogli milczeć i mogli donosić – w zależności od tego, co z tego mieli. A przecież nikt nie wiedział, ile czasu to będzie jeszcze trwało i czy w ogóle będzie to miało koniec… Niemcy dobrze znali typy urody semickiej, a każdy kto udzielał pomocy – zgodnie z prawem podlegał karze śmierci sam bądź wraz z całą rodziną, sąsiadami z kamienicy czy przypadkową grupą ludzi. Tak zginęła np. rodzina ogrodników – państwo Wolscy, którzy wraz ze swoimi podopiecznymi – 40-osobową grupą Żydów – zostali rozstrzelani. Był wśród nich historyk Emanuel Ringelblum – twórca podziemnego archiwum Getta Warszawskiego. Obecnie to wydarzenie upamiętnia tablica na murze przy ul. Grójeckiej 77.

Jednostkom udało się ocalić życie dzięki Powstaniu – jak przywódcy – Markowi Edelmanowi, który przeszedł kanałami z kilkoma innymi osobami i wyszedł włazem przy ulicy Prostej 51 – obecnie w tym miejscu znajduję się pomnik upamiętniający to wydarzenie.

(…)

Na terenie dawnego Umschlagplatz, przy ulicy Stawki stoi pomnik upamiętniający tych, którzy zostali wywiezieni do obozu zagłady. Jest to prostopadłościan, na kształt wagonu deportacyjnego. W kulturze żydowskiej, złamane drzewo symbolizuje przedwcześnie zakończone życie, nagłą śmierć. Nad wejściem znajduje się płaskorzeźba, przedstawiająca połamany las. W środku są wypisane imiona od „a” do „ż” – nie sposób przecież wymienić wszystkich… W „ścianie wagonu” – jest szczelina, a w niej widnieje drzewo. Drzewo wykiełkowało zaraz po wojnie… Drzewo nie jest złamane, rośnie, …to symbol nadziei…

Nadziei – że jak ono rosnąć będzie wiara w słowa –„wszyscy równi wobec czasu i płomienia” …

Wszyscy.

Wielka zaraza

Ewa Maria Slaska

W Eyam i gdzie indziej

1666Eyam

Christopher Duncan i Susan Scott, Czarna śmierć, wyd. Bellona 2004

XXXX
Andrzej Miszk
10 kwietnia
XXXX
Człowiek z nożem i kastetem – PIERWSZY INCYDENT ATAKU NA PIKIETĘ
xxxx
Doszło dziś do pierwszego incydentu przy proteście głodowym: krótko ostrzyżony człowiek podbiegł do baneru PROTEST GŁODOWY z zamiarem zniszczenia go. Zdążył przeciąć dwie linki zabezpieczające baner i odarł liczby dni głodówki. Jego dalsze działania przerwała Policja, która rzuciła się w pogoń za wandalem politycznym. Został złapany przez policjantów, którzy zapytali organizatora pikiety, czy wnosi oskarżenie przeciwko niemu. Organizator potwierdził.
XXXX
Ten incydent zakończył się bezpiecznie. Ale oczekujemy kolejnych. Spodziewaliśmy się, że od 10 kwietnia zaczną się ataki fizyczne naszych oponentów na pikiete i protest głodowy. I tak się stało. Na razie uszkodzono nam baner. Ale nie ukrywam, że widok wygolonego faceta 2 metry od mojego namiotu demolującego agresywnie naszą pikietę, budzi pewien niepokój. To znaczy, że bardziej zdeterminowani i zorganizowani przestępcy motywowani ideologicznie, mogą bez większego trudu skutecznie zaatakować urządzenia i ludzi z pikiety. Reakcja Policji była skuteczna, ale – w razie zaatakowania ludzi – byłaby spóźniona.
PS. W plecaku zatrzymanego oprócz noża znaleziono też kastet, który uważany jest za broń. Dlatego zatrzymany będzie odpowiadał nie tylko za zakłócenie manifestacji, ale też za nielegalne posiadanie broni. Zatrzymany i skuty w celi przejściowej na komendzie wykrzykiwał, że chciał dać nam sygnał… Możemy przypuszczać, jaki to sygnał i czemu służy i co zapowiada.

W czasach, w których wydaje się, że podłość i oportunizm owładnęły światem, stając się nową Wielką Zarazą, historia ostatnich 15 miesięcy wioski Eyam brzmi jak bajka albo przypowieść ewangeliczna. Dobrze jest przypomnieć sobie, że  istnieją godność, uczciwość, poświęcenie dla innych. Dużo myślę o ludziach z Eyam, w dniach, kiedy Dagmara Chraplewska-Kołcz i Andrzej Miszk czwarty tydzień głodują w namiotach na ulicy, wydani na pastwę głodu, zimna, obojętności a teraz jeszcze agresji. Myślę wtedy o tych, którzy dobrowolnie się spalili w imię wolności, sprawiedliwości i miłości. O lekarzach w getcie, którzy na własnym ciele badali objawy i rozwój choroby głodowej. O tym, że w getcie warszawskim nie zanotowano przypadków kanibalizmu.

PS.

Mija właśnie 350 rocznica wybuchu Wielkiej Zarazy, która miała miejsce w Londynie w latach 1665-1666. Zdaniem badaczy zmarło wtedy od 75.000 do 100.000 osób, około piątej części populacji miasta. Zarazę określa się jako wielką, bo była ostatnią powszechną katastrofą w Europie. Wygasła ostatecznie, gdy 2 września 1666 roku wybuchł wielki pożar Londynu, który zniszczył 2/3 powierzchni miasta.

Jednak największą pandemią dżumy była Czarna Śmierć, która w latach 1340-1350 zniszczyła pół średniowiecznego świata i przyczyniła się do prześladowania osób podejrzewanych o roznoszenie zarazy, Żydów, żebraków, trędowatych, obcokrajowców, generalnie więc innych i obcych… Ciekawe, że wówczas Polska potrafiła obronić się przed zarazą – możliwe, że dzięki kwarantannie wprowadzonej na granicach oraz izolowaniu miast zarządzonym przez Kazimierza Wielkiego.

Taniec śmierci Michaela Wolgemuta inspirowany czarną śmiercią

Czyli nie zawsze Wielka Zaraza musi nas zniszczyć, trzeba się tylko umieć bronić.

Reblog: Mężczyzna z cmentarza na Bródnie

Mężczyzna z cmentarza na Bródnie w Warszawie to mój wujek. Zmarł rok temu. Żona, siostra, córki i wnuczki z mężami opublikowały w warszawskich gazetach taki nekrolog:

Dnia 7 kwietnia 2015 roku zmarł w wieku 87 lat

ŚP

dr n. med.

Mieczysław Andrzej Kowalski

Uczestnik Powstania Warszawskiego ps. Kowal. Młodociany więzień KL Gross-Rosen i KL Dora.

Absolwent Akademii Medycznej w Warszawie, lekarz w Szpitalu Dziecięcym na ul. Kopernika. Wieloletni pracownik oddziału ortopedycznego w szpitalu na Solcu, a następnie ordynator oddziału dziecięcego na Piaskach w Stołecznym Centrum Rehabilitacji STOCER w Konstancinie i później wicedyrektor od spraw lecznictwa tegoż szpitala.

Autor artykułów i książek z dziedziny rehabilitacji.

wujaszek

W artykule opublikowanym w Pulsie (to, jak się okazuje również czasopismo medyczne, a nie, jak sądziłam, tylko wydawnictwo opozycyjne z czasów PRL) córki wzruszająco napisały, że Tata…

był po Powstaniu więziony w Gestapo we Wrocławiu, następnie w obozach koncentracyjnych w Gross Rosen i w Mittelbau-Dora, gdzie znalazł się w szpitalu obozowym po ciężkim odmrożeniu i amputowaniu części palców u nóg. Tam, obserwując pracę lekarzy i ich pomocników, patrząc jak w skrajnie trudnych warunkach potrafią nieść pomoc i ulgę w cierpieniu swoim wycieńczonym pacjentom, postanowił, że jeżeli przeżyje, będzie w przyszłości lekarzem. Miał wtedy 16 lat.


Wujaszek udzielił też wywiadu Archiwum Historii Mówionejj.

W życiu codziennym blogerka i administratorka bloga nie może dopuścić do tego, żeby interesujący człowiek nie objawił się również u niej na blogu. Wujek, zachęcony przez jednego z naszych autorów, napisał kiedyś do blogu Qra czyli nowa kuchnia i kultura o tym, czy Powstanie Warszawskie miało sens. A potem kiedyś pojawił się na spokrewnionym blogu, W altanie…, we wpisie Jak Ciotuchna poznała wujaszka.

Ciotuchna

Wpis opublikowany 12 lutego 2013 roku

Jak zobaczycie, że pisze Ciotuchna, złapiecie sie pewnie za głowę – znów będzie o wojnie, albo sama historia! Nie, nie, nie martwcie sie, będę pisać o tym jak poznałam swoją drugą połowę. A historia będzie, bo w niedzielę 3 lutego minęła właśnie sześćdziesiąta druga rocznica naszego cywilnego ślubu – a to historia!!!

W 1945 roku w zburzonej Warszawie ostał się jeden cały gmach szkolny. Cały, ale bez szyb, bez ścian działowych i wewnątrz zasypany ścinkami skór. Okupanci urządzili w nim jakąś fabrykę. Co z tych skór produkowali nie wiadomo, czy kabury do pistoletów, czy paski do karabinów, czy może paski do spodni, żeby im portki nie opadły jak będą uciekać – nie wiadomo? Grunt, że gmach stał, a był własnością Gimnazjum i Liceum nr.VI im Tadeusza Reytana. Budynek przez nauczycieli i uczniów został doprowadzony do jakiego, takiego ładu, tak że można było zaczynać naukę. Na mieście rozklejono na słupach, gruzach i latarniach kartki tej treści: „Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Reytana, Rakowiecka 23, wznawia zapisy uczniów do klas gimnazjalnych i licealnych”.Młodzież pędziła do tej jednej ocalałej szkoły i zapisywała się na listy do klas, że tak powiem, na gębę, bo nikt nie miał żadnych papierów z lat poprzednich. Każdy po prostu mówił do jakiej klasy chce chodzić. Szkoła ruszyła w kwietniu 1945 r., a więc przed końcem wojny.

Szkołę podzielono na dwie części: żeńskie gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej i męskie gimnazjum im. Tadeusza Reytana. Przed wojną nie było w średnich szkołach koedukacji. No i tu koedukacja była wykluczona, na I piętrze były dziewczęta t.z. Żmichoszczanki, a na II piętrze byli chłopcy Reytaniacy. Na schodach na podeście siedział groźny pan woźny i pilnował, szczególnie na przerwach, czy sie nie robi jakaś koedukacja.

Na parterze była duża sala gimnastyczna, ale oczywiście bez żadnych przyrządów do gimnastyki, w której stał w niej zupełnie dobry fortepian. Pan od śpiewu, prof. Wacław Lachman, wielce dla Warszawy zasłużony twórcą chórów, ze słynną Harf na czele, ogłosił w szkole nabór do chóru. Pobiegłam na przesłuchanie i zostałam przyjęta. Chór był czterogłosowy, po jednej stronie fortepianu stali chłopcy śpiewający glosami tenorowymi i basowymi, a po drugiej stronie stały dziewczęta (nie mówiło się wtedy dziewczyny) sopranistki i śpiewające altem. Uczylismy się zasad śpiewu, piosenek, pieśni i…gapiliśmy się na siebie. Po próbie pierwsi do swoich klas szli chłopcy, a po jakimś czasie dziewczęta.

W grupie chłopców był uczeń, którego profesor zapraszał do fortepianu, mówiąc “mistrzu ty będziesz akompaniował, a ja będę dyrygował chórem”. Ten chłopak, kiedy wracał znów do choru, ustawiał się na przeciwko mnie i nie spuszczał ze mnie oczu. Było to miłe, ale jednocześnie i krępujące. Gapił sie i gapił, ale nie mieliśmy okazji, żeby zamienić choćby słowo. Po lekcjach każdy wsiadał na swój rower i pedałował do domu. Byliśmy wtedy w IV klasach gimnazjum i mieliśmy po 16 – 17 lat.

Po jakimś czasie, gdy wychodziłam ze szkoły, a nie miałam wtedy roweru, od grupy chłopców stojących przed szkołą oderwał sie ten chłopak, podszedł do mnie, przedstawił sie” jestem Mietek” i spytał czy może mnie odprowadzić. Szliśmy w całkowitym milczeniu, bo żadne z nas nie umiało rozpocząć rozmowy.

Od tej pory odprowadzał mnie prawie codziennie, no i juz rozmawialiśmy o rożnych sprawach szkolnych i każde z nas opowiedziało trochę o sobie. Okazało sie, że łączy nas wiele przeżyć z czasów okupacji. Ja przeszłam wiezienie Gestapo, a Mietek był w Powstaniu i w dwóch obozach koncentracyjnych. Czyli oboje” uciekliśmy grabarzowi spod łopaty”.

Zbliżały sie wakacje, ja jechałam na obóz harcerski, a on do rodziny na wieś. Podał mi adres gdzie będzie w lipcu, a ja obiecałam, że napiszę i podam adres obozu harcerskiego. Napisałam do niego w pierwszych dniach obozu, ale nie dostałam żadnej kartki od niego. Jak sie później okazało moja kartka nie doszła.

We wrześniu spotkaliśmy sie w szkole, ale on mi sie ledwo ukłonił, był obrażony.Po kilku dniach szkoły zachorowałam na szkarlatynę i poszłam do szpitala zakaźnego na 6 tygodni. W tym szpitalu nie było żadnych odwiedzin. Wróciłam do szkoły po dwóch miesiącach. Moj dawny “amant” spotkał mnie na korytarzu szkolnym i przywitał takimi słowy ” Żyjesz? A myśmy się nauczyli śpiewać Marsza Żałobnego Chopina, na twój pogrzeb”. Teraz to ja sie poczułam dotknięta, obraziłam się i odeszłam bez słowa.

W szkole działało kółko dramatyczne i tam spotykaliśmy sie, ale nie rozmawialiśmy, bo oboje byliśmy obrażeni.To że w poprzednim okresie “mieliśmy się ku sobie” zauważyła duża cześć jego kolegów i moich koleżanek. Wszyscy byli teraz poruszeni naszym rozstaniem, bo twierdzili, że pasujemy do siebie.

Po paru miesiącach wspólnych prób teatralnych, przy wyjściu ze szkoły Mietek podszedł do mnie i spytał czy może mnie odprowadzić. Wszyscy to zauważyli i cicho się nam przyglądali. Od tego wieczoru staliśmy sie nierozłączna parą.

Byliśmy już w II klasie liceum, Mietek oprócz szkoły chodził jeszcze do konserwatorium muzycznego w klasie organów i grał na organach w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, gdzie również mieszkał. Często, gdy grał na wieczornych nabożeństwach, ja przychodziłam na chór kościelny i słuchałam jak gra. Takie były nasze randki.

Przed maturą dużo dyskutowaliśmy o przyszłości, o wyborze studiów. Ja chciałam iść na psychologie a Mietek marzył o medycynie. Wiedzieliśmy, że przed nami dużo pracy i czasu zanim będziemy mogli założyć rodzinę, o której marzyliśmy oboje. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy czekać na siebie niezależnie od tego co i gdzie będziemy studiować.

Takie przyrzeczenie okazało się konieczne, bo ja zdałam do Wyższej Szkoły Higieny Psychicznej w Warszawie, a Mietek po trudach i wielkich nerwach dostał się na medycynę ale…we Wrocławiu. Tak się rozpoczął korespondencyjny okres naszego narzeczeństwa. Mamy z tego czasu 500 listów moich do niego i jego do mnie.Kiedy Mietek mógł się przenieść na studia do Warszawy, ja wyjechałam na drugi fakultet do Łodzi.

Wspomniany na początku ślub cywilny był zabezpieczeniem dla mnie przed “przydziałem pracy”. Kończyłam w Łodzi Pedagogikę Społeczną i władze uznały, że absolwenci tego kierunku będą doskonałymi pracownikami kulturalno-oświatowymi w domach wczasowych.

Ślub z Mietkiem, który studiował i pracował w Warszawie zabezpieczał mnie przed takim przydziałem pracy. No i tak już zostało, na razie 62 lata.


EMS:

W tym roku byłoby tych lat 65. Żelazna rocznica…

 

Grób na cmentarzu w Otrokowie

Czytelnicy być może pamiętają, że w ubiegłym roku pod wspólnym nadtytułem ktoś (kobieta, mężczyzna, dziewczyna, dziecko) z cmentarza w… Tomasz Fetzki i ja publikowaliśmy serię naszych (ale nie tylko naszych) wpisów o odkrywaniu historii, kryjących się za nagrobkami. Zebrało się tego sporo, ale wcale nie w formie “zebranej”, tylko blogowo rozproszonej. W kwietniu tego roku na konferencji organizowanej przez katedrę biografistyki pedagogicznej KUL opowiemy o tej naszej wspólnej pracy. W ramach przygotowań do konferencji, uzupełniając materiały zebrane do wpisu Dzieciątko z cmentarza w Berehach Horisznich, Tomasz skontaktował się ze Stowarzyszeniem Magurycz, a kontakt ten zaowocował następującym wpisem, przedrukowanym z: Cmentarz miejsce (nie)obecnych, Nowica 2013, wstęp oraz strony 91-103…
X
Stowarzyszenie Magurycz
X
Cmentarze pełne są ludzi, bez których świat nie mógłby istnieć – Te słowa, zapisane w latach 50, w czasie podróży po Irlandii przez Heinricha Bölla, są mottem Stowarzyszenia Magurycz. Kiedy dodamy do nich, że świat jest pełen cmentarzy, bez których Magurycz nie mógłby istnieć, stworzymy komplementarną całość.

Magurycz to nazwa góry nieopodal wsi Bartne, na Łemkowszczyźnie, gdzie niegdyś pozyskiwano piaskowiec, służący miejscowym rzemieślnikom za materiał na żarna, koła młyńskie, nagrobki i krzyże. Bartneńscy kamieniarze słynęli ze swego kunsztu i do tej tradycji – pracy z kamieniem i w kamieniu – nawiązuje Stowarzyszenie Magurycz. Idea ratowania, inwentaryzacji i dokumentowania sztuki sepulkralnej zrodziła się w 1987 roku, gdy Stanisław Kryciński, samorodny historyk i krajoznawca, zorganizował pierwszy obóz remontowy na cmentarzach bojkowskich w Bystrem i Michniowcu w Bieszczadach, akcja ta nazywała się „Nadsanie”; w obozie tym wziął udział Szymon Modrzejewski, który rok wcześniej zaczął opiekować się cmentarzem bojkowskim w Berehach Górnych. Po 10 latach wspólnej pracy z „Nadsania” wyrósł Magurycz. W ciągu 26 lat prowadziliśmy prace remontowe na ponad 120 cmentarzach ukraińskich, żydowskich, niemieckich oraz polskich w południowo-wschodniej Polsce i na zachodniej Ukrainie, angażując w to przeszło tysiąc osób, które uratowały blisko 2000 kamiennych obiektów, głównie nagrobków.

Idea pracy na cmentarzach jest apolityczna, nie służy żadnej instytucji, kultowi, nie głosi żadnej wizji historii, nie wynika też z inspiracji religijnej, a odwołuje się do wrażliwości oraz odpowiedzialności za świat, w którym żyjemy. Właśnie cmentarz, będący symbolicznym odzwierciedleniem przyrodzonej równości wszystkich ludzi, może być miejscem do budowania otwartości na innego. Każdy swój i każdy obcy przecież się tam znajdzie. Spocznie w szczególnej przestrzeni: odmiennej, historycznej, magicznej, strasznej, sakralnej. Już same te określenia pokazują, jak wiele kontekstów my – żywi – przypisujemy nekropoliom.

Publikacja, którą przedstawiamy, jest owocem pasji i zaangażowania wolontariuszy Magurycza. Dzielimy się w niej swoim doświadczeniem pracy na nekropoliach, jak również wiedzą i umiejętnością odczytywania znaczeń przypisywanych tym miejscom. Większa część wydawnictwa poświęcona jest ratowaniu kamiennych nagrobków, czyli poradom skierowanym do osób i organizacji w Polsce i na Ukrainie, które chciałyby roztoczyć opiekę nad obiektami sepulkralnymi. Jest to, wedle naszej wiedzy, pierwszy zbiór praktycznych rad, syntetycznie ujmujący problematykę „reanimowania” i ratowania nagrobków: od dokumentacji przez wszystkie etapy remontu, po efekt końcowy, którym jest również przedłużenie trwania nagrobka. Nasze działania posiadają walory edukacyjne, które są istotnym kontekstem pracy społecznej na cmentarzach.

Druga, nie mniej istotna część, poświęcona jest postrzeganiu oraz interpretowaniu nekropolii. Spojrzymy na cmentarz jak na „przestrzeń słowa”, w której inskrypcje i typografia nagrobna, będące źródłem wiedzy o zmarłych, mówią też o kulturze dawnej wsi, światopoglądzie religijnym i kompetencjach językowych jej mieszkańców. Kontekst magiczny miejsc wiecznego spoczynku przybliży historia pochówku „dziewczynki wróżki”, który wywołuje zarówno lęk, jak i fascynację. Grób ten znajduje się w Otrokowie na Podolu, gdzie w minionym sezonie pracowaliśmy w ramach projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”. Również o lęku przed obcymi, wykluczeniu po śmierci i zapomnieniu traktuje tekst dotyczący wciąż słabo opracowanego tematu cmentarzy cholerycznych. Nekropolie jako źródło natchnienia dla artystów oraz refleksji nad doczesnością to kolejny aspekt cmentarza, uwzględniony w naszej publikacji. I wreszcie – zdaje się najbardziej „odpodmiotowione” – traktowanie nekropolii ukaże tekst o badaniach archeologicznych na środkowym Podolu, poświęcony starożytnym cmentarzyskom, dzięki któremu zobaczymy, że tam, gdzie kończy się pamięć, wchodzi nauka.

Oczywiście mamy świadomość, iż poruszamy tu zaledwie kilka wątków z całego bogactwa znaczeniowego przestrzeni cmentarza. A jednak i one pokazują różnorodność naszych światów. Tę różnorodność, która koniec końców znajdzie wspólny mianownik – cmentarz.

Olga Solarz

Pochowana prawda

Ogrom problemów, ślady, jakimi rozporządzamy, tak kruche i wątłe, przeszłość na olbrzymich połaciach, tak nieodwracalnie unicestwiona, podstawy naszych teorii, tak nietrwałe, że każde rozpoznanie na miejscu stawia badacza w sytuacji chwiejnej, w której najbardziej pokorna rezygnacja wiedzie spór z szaleńczymi ambicjami: badacz wie, że to, co najistotniejsze, jest już stracone, że wszystkie jego wysiłki sprowadzają się do grzebania na powierzchni; a nuż jednak natrafi się na cudownie zachowaną wskazówkę, z której wytryśnie światło? Nic nie jest możliwe, a zatem wszystko jest możliwe. Noc, wśród której poruszamy się po omacku, jest dla nas zbyt ciemna, abyśmy mogli cokolwiek twierdzić na jej temat, nawet to, że jej przeznaczeniem jest trwać.[1]

O kamiennym nagrobku „dziewczynki-wróżki” usłyszałam jeszcze przed wyjazdem na Podole. Wiedziałam, że wedle miejscowej tradycji w czasie suszy młode wdowy przychodzą na cmentarz i obracają go, by wywołać deszcz, niemniej trudno mi było sobie wyobrazić, jak wygląda i w jaki sposób wprowadzają go w ruch.

Do głowy przychodził obraz piaskowcowego wilka z Kryłowa (dziś pomalowanego farbą olejną i wkomponowanego w kaplicę z figurą świętego Mikołaja), który w obiegowej opinii związany był z kultem Welesa – bóstwem magii i świata umarłych. Zgodnie z lokalną legendą przed wschodem słońca przychodziły do niego kobiety nie mogące zajść w ciążę, siadały okrakiem, głaskały po brzuchu i szeptały zaklęcia do ucha[2]. To skojarzenie z „dziewczynką-wróżką” wywoływały wspólne dla obydwu przypadków mianowniki: kobieta o zachwianej kobiecości (młoda wdowa i młoda bezdzietna), magia oraz zaświaty. Ten łatwy do odszyfrowania rząd semantyczny kobieta – praktyki magiczne – świat umarłych nie zaspokajał mojej ciekawości, odwrotnie – w przypadku otrokowskiej figury rodził wiele pytań, ale przede wszystkim intrygowało, co sami mieszkańcy sądzą na jego temat.

Otroków to wieś leżąca na płaskowyżu malowniczej krainy dawnego Państwa Mińkowieckiego. Strome zbocza, wapienne wychodnie, głębokie jary, wartkie rzeki i jednocześnie rozległe pola były idealnym miejscem dla osadnictwa, stąd nieprzerwanie od neolitu tereny te zasiedlał człowiek. Rzecz jasna pozostawiał po sobie ślady kultury, które jako reminiscencje dotrwały do współczesności. I tak, jak remontowane przez nas pochówki w kamiennych obstawach na cmentarzu prawosławnym czy na kirkucie można hipotetycznie uznać za echo pochówków w skrzyniach z okresu kultury amfor kulistych, tak raczej wątpliwości nie wzbudza powiązanie nazwy Furia, którą miejscowa ludność określa wiedźmę z postacią Ignacego Ścibór Marchockiego. Ów szlachcic, właściciel ziemski znany nie tylko z licznych reform, ale i z fascynacji antykiem wprowadzał w swoich włościach zwyczaje wzorowane na kulturze dawnej Grecji i Rzymu, dlatego spotykane w inskrypcjach nagrobnych imię Agrypina, czy wspomniana wyżej Furia przemawiają za taką, a nie inną interpretacją. Jednak działalność Reduxa, to raptem historia o 200-letniej tradycji, stąd nie tak trudno dekodować znaki tamtych czasów, inaczej rzecz się ma z pogańską wizją świata Słowian, której artefakty stapiając się z chrześcijaństwem, nie są już tak czytelne. A jednak pozostałości te, choć transformowane i okraszone wątkami chrześcijańskimi, ciągle pozostają żywe, świadectwem czego jest choćby „dziewczynka-wróżka”.

Cmentarz położony w najwyższym punkcie miejscowości przestał pełnić funkcję grzebalną na początku XX wieku. Podzielony na dwie części: starą z pochówkami z pierwszej połowy wieku XIX oraz nową, na której chowano od lat 60 XIX wieku do początku XX. Wszystkie otrokowskie nagrobki wykonane są z miejscowego wapienia, różnią się jedynie stylistycznie, przy czym łatwo odróżnić te najstarsze o charakterystycznych maltańskich krzyżach wstawianych bezpośrednio do ziemi, bez kamiennych podstaw, od najnowszych, składających się zazwyczaj z trzech części – podstawy, cokołu i krzyża. Cmentarz okalają dwumetrowe, nie dające większego cienia drobnolistne krzaki, przez co latem, w panujących tam upałach przyjmuje on kolor sawanny. Sucha trawa i setki pokrytych porostami wapiennych krzyży podkreśla obcość tej przestrzeni, uwypuklając żywe na zewnątrz. „Dziewczynka-wróżka” znajduje się w jego starszej części, w samym rogu, na lewo od wejścia. Wokół niej nie ma innych nagrobków, przez co już przy pierwszym wrażeniu wygląda na pochówek odmienny – eksterytorialny, usunięty z przestrzeni umarłych.

Wiadomo, iż w kątach cmentarza, czy przy granicach grzebano samobójców (najczęściej wisielców i topielców), tragicznie zmarłych, nieochrzczone dzieci oraz innowierców. Ten zwyczaj do dziś przestrzegany jest w Otrokowie na czynnym cmentarzu, który położony jest 200 metrów dalej. Usłyszałam o tym pod sklepem, czyli miejscem spotkań towarzyskich, a przez to najlepszym punktem informacyjnym. Mój rozmówca, mężczyzna w wieku 37 lat, gadatliwy kawaler spędzający tam wiele czasu, a co za tym idzie kontynuator tradycji mówionej, nie skąpił mi informacji. Chowanie wisielców i topielców z dala od zwykłych umarłych wyjaśniał, posługując się chrześcijańską kategorią grzechu, jednocześnie tłumaczył ich decyzje komplikacjami w życiu osobistym, odwołując się do terminologii psychologicznej. Ta ambiwalencja w stosunku do samobójców jest ciekawą transformacją, wynikającą najpewniej z oglądania coraz popularniejszych na Ukrainie programów telewizyjnych poświęconych zagadnieniom społecznym, albowiem nawet w czasach wojującego z religią komunizmu samobójcy byli skazani na społeczną śmierć.

Separacja wisielców, topielców, tragicznie umarłych, nieochrzczonych dzieci oraz innowierców od tych, którzy odeszli w sposób ludzki, wynika z ich nieuregulowanego stosunku do wiary. Samobójcy swoim czynem sprzeniewierzyli się prawom ustanowionym przez Boga, tragicznie umarli odeszli w grzechu, bo bez spowiedzi i ostatniego namaszczenia, dzieci nieochrzczone – rzecz jasna bez chrztu, zaś innowiercy już za życia znajdowali się w kategorii obcych – bezbożnych. Łączy ich nieuczestniczenie w którymś z najważniejszych rytuałów przejścia chrześcijanina, a więc w rytuale włączenia w ludzką ekumenę, jakim jest chrzest lub wyłączenia poprzez akt skruchy i prawdziwy pogrzeb[3].Podobnie jak wiedźmy, upiory, zmory, płanetników i inne istoty ludzkie czyniące zło za życia czeka ich pośmiertna ekskomunika uniemożliwiająca dostąpienia zbawienia. W ten sposób nie trafiają ani do piekła, ani do raju. Błąkając się w przestrzeni ludzkiej, stają się istotami przejściowymi, mediacyjnymi – demonami, które reprezentują Zaświaty[4].

To oddzielenie istot o demogennych właściwościach potwierdza historia badanego nagrobka, który wedle miejscowych przekazów stoi na mogile dziewczynki, mającej umiejętności leczenia i przepowiadania przyszłości. Wszystkie zagadywane przeze mnie osoby identyfikowały nagrobek i miejsce oraz opowiadały związaną z nim historię. Według nich owa diwczynka-worożka umarła od ukąszenia żmii, dlatego w celu upamiętnienia miejscowy kamieniarz wykuł podstawę nagrobka w kształcie zwiniętej gadziny.

To jedynie początek legendy, która, sądząc z przeprowadzonych przeze mnie rozmów z mieszkańcami[5], w bardzo trwały i istotny sposób przełożyła się na miejscowe zwyczaje.

zwinieta-zmija

Nagrobek “dziewczynki-wróżki”

Otóż, do tradycji mieszkańców Otrokowa należą magiczne praktyki przywoływania deszczu wykonywane właśnie przy tej mogile. Zapisałam wiele wariantów, niemniej wszystkie sposoby opierają się na okręcaniu krzyża wokół jego osi. Sam krzyż, który – warto dodać – jest zdekompletowany (brakuje połowy trzonu) i nosi wyraźne ślady naprawiania, tkwi bezpośrednio w okrągłej podstawie, przez co nagrobek wydaje się nie tylko odmienny, ale również dziwaczny. I tak, w czasie długotrwałej suszy do mogiły przychodzą kobiety, nalewają wody do widocznych w krzyżu zagłębień (które wyglądają jak próby naprawiania), a następnie go okręcają. Żadna z pytanych osób nie potrafiła powiedzieć, czy istotny jest kierunek obracania oraz o jakiej porze warto ten rytuał wykonywać. Podobnie z wodą, niektórzy z moich rozmówców twierdzili, iż powinna to być woda święcona, inni, że zwykła, bo swiaczenu wodu ne skriz’ można (święconą wodę nie wszędzie można). Kilku, spośród moich rozmówców twierdziło, iż na cmentarz powinny przychodzić młode wdowy, pozostali, iż jest to bez znaczenia, a nawet, że mogą to być mężczyźni. Tak czy inaczej wszyscy, prócz jednej osoby, nie wyrażali najmniejszej wątpliwości, co do skuteczności tej metody, wierząc, iż chmary sia powernut’ i obowiazkowo bodaj maleńkyj doszcz pide (chmury się rozejdą i obowiązkowo bodaj niewielki deszcz spadnie)[6].

Istotne jest, iż jest to zwyczaj wciąż praktykowany, zaś osoby, które to wykonują, czują się w specjalny sposób odpowiedzialne za los całej wsi[7]. Taka magiczna odpowiedzialność stanowi niezwykły kontrast do jej braku w przypadku dbania o materialną spuściznę kulturową czy ekologię. Jednakże jest to zrozumiałe, ponieważ brak deszczu w przypadku społeczności opierających swój byt na rolnictwie jest sprawą życia, natomiast dziedzictwo i ekologia, to wartości dodane, które w tym przypadku są obcym wtrętem – naszym (w rozumieniu wartości kultury miejskiej) desantem, mogącym, ale nie muszącym się tam przyjąć. Stąd rzeczony nagrobek w żaden sposób nie był i nie jest postrzegany jako część dziedzictwa kulturowego regionu, ale jako łącznik z zaświatami, dzięki którym można uzyskać potrzebne dobra.

nagrobkiberehy

Dziury w krzyżu, do których zgodnie z wierzeniem należy wlać wodę

Na postrzeganie przez mieszkańców Otrokowa tego pochówku jako medium wpływa kilka czynników, które spotęgowały się, czy to przez jego usytuowanie na przecięciu dwóch granic, czyli w rogu, czy poprzez charakterystyczną dla myślenia magicznego potrzebę wpływania na losy świata. Nie wiadomo, co w tym przypadku jest pierwotne, a co wtórne, tak czy inaczej mediacyjność tego miejsca nie tylko nie podlega dyskusji, ale przede wszystkim nie jest tematem ani refleksji, ani rozważań. Jest to zadanie antropologa.

Wiadomo, iż wedle tradycji pochowana jest tam dziewczynka (jeszcze nie kobieta) – innymi słowy dziecko. Ten fakt podkreślali moi rozmówcy, co zresztą ma istotne znaczenie, ponieważ dzieckiem w tradycyjnej wizji świata przestaje się być, gdy ujawniają się funkcje prokreacyjne (pierwsza menstruacja), a przez to następuje rozpad pierwotnej pełni na świat płciowy i dualistyczny, charakterystyczny dla przestrzeni śmiertelników. Dzieci, jako istoty bezpłciowe, nierozdzielne i w pewnym sensie wciąż scalone, mogą bezpośrednio uczestniczyć w sferze sacrum, odnajdywać wspólny język z innymi światami czy zwierzętami, stąd przypisywane są im umiejętności magiczne. Ich położenie wynikające z klasyfikacji taksonomicznej pozwala czerpać wiedzę z zaświatów, a przez to posiadać moce wróżebne i uzdrowicielskie[8]. W zwyczajach mantycznych wielu kultur traktowano dzieci, jako wyrocznie, zaś kontakt z nimi mógł przybrać cechy kontaktu z sacrum, albowiem same, partycypując w tej sferze nabierały jej cech i właściwości, jednocześnie mogąc w ten sposób stać się istotami demonicznymi[9]. Tak więc wiara, iż spoczywa tam dziecko o umiejętnościach wróżebnych, to kolejny (obok lokalizacji, czyli umiejscowienia na przecięciu dwóch granic oraz potrzeby wpływania na rzeczywistość) bardzo istotny czynnik, który zrodził zwyczaj obracania krzyża w celu sprowadzania deszczu, jednak nie ostatni.

Nagrobek, jak wspominałam, składa się z dwóch części: ułamanego krzyża oraz podstawy o średnicy ok. 70 cm z przedstawieniem zwiniętej – oplecionej wokół koła – gadziny. Miejscowa legenda mówi, że taką formę zaleciła wykuć kamieniarzowi kobieta, która sama parała się magią. Wizerunek żmii połączony z przekonaniem o wróżebnych zdolnościach dziewczynki stworzył mieszkańcom Otrokowa przestrzeń dla magicznych wyobrażeń mających swój fundament w ludowej wizji świata.

I tak, w planie kosmogonicznym wąż czy żmija umiejscawiane są na biegunie przeciwległym do domeny Gromowładcy. Reprezentują noc, są wrogami dnia, światła, ognia i słońca, więc wyzwalają żywioły destrukcji i zabijania. W wierzeniach ludowych przetrwało przekonanie, iż żmije grzejąc się na słońcu piją słoneczną energię[10] – są wysłannikami śmierci. Jednocześnie gady i płazy poprzez bezpośredni kontakt z ziemią mają naturę chtoniczną, a przez swoją władzę nad zjawiskami atmosferycznymi – cechy akwatyczne. Dodatkowo wszystkie wersje mitu kosmogonicznego, pomimo różnych wariacji w obrębie fabuły, zawsze zawierają informację o tym, że Ziemia powstała jako rezultat współpracy dwóch sił antagonistycznych: Boga i Szatana, którego łączono z morzem. W konsekwencji tych działań zrodziła się opozycja „ogień – woda”. Tę symbolikę mitu można odnaleźć w powiedzeniu ludowym, że świat powstał z cara – ognia i carycy – wody, przy czym każdemu z żywiołów przypisana jest płeć, co oznacza, że w pierwotnej sytuacji mitycznej pierwiastek żeński został przypisany sferze chtoniczno-akwatycznej, reprezentowanej przez Szatana[11].

Stąd zbudowanie logicznego łańcucha: dziewczynka wróżka – żmija – woda – władza nad zjawiskami atmosferycznymi wydaje się być naturalną konsekwencją ludowych wyobrażeń kosmogonicznych. Co więcej, dziwne by było, gdyby tak odmienny nagrobek, nie tylko stojący w najbardziej skrajnej części cmentarza, ale i z wizerunkiem gadziny nie doczekał się własnej opowieści.

W Otrokowie wykorzystanie przestrzeni cmentarnej do magicznych praktyk spotyka się również w innych formach. I tak, by wywołać deszcz i zaradzić potencjalnemu nieurodzajowi, w mogiłę utopionego wbijało się kołek i nalewało wody w powstałą w ten sposób dziurę[12]. O takim sposobie pamiętał jedynie najstarszy spośród moich rozmówców, jednak, podobnie jak w przypadku nagrobka z wizerunkiem żmii, zapewniał, że był to sposób bardzo skuteczny.

Ten zwyczaj ma rzecz jasna strukturę analogiczną do działań nad nagrobkiem dziewczynki-wróżki, z tą różnicą, iż istotą demogenną władającą zjawiskami atmosferycznymi w tym przypadku nie jest dziecko ukąszone przez żmiję, ale topielec. W wielu przekazach ludowych pojawia się on jako postać ambiwalentna, z jednej strony szkodząca ludziom, ale również mogąca ostrzec przed niebezpieczeństwem czy złą pogodą[13]. Cmentarz, jako przestrzeń obca, choć znajdująca się w sferze życia i funkcjonowania ludzi, ma wszelkie cechy zaświatów. Oczywiście, tak jak i w przypadku przestrzeni pozacmentarnej, są na nim miejsca bardziej i mniej niebezpieczne – bardziej i mniej sakralne. Wiadomo, iż w wierzeniach ludowych każda ziemia z cmentarza jest ziemią martwą, jednak bardziej szkodliwa dla żywych będzie wzięta z konkretnego miejsca i konkretnej mogiły, niż jakakolwiek. Ziemia z mogiły osoby zmarłej śmiercią tragiczną, zgodnie z zasadą analogii może ściągnąć tragiczną śmierć na osobę, której się ją podrzuci. Opowieści o podsypywaniu martwej ziemi czy podlewaniu martwej wody[14] są bardzo powszechne na całej Ukrainie. Otroków w tym przypadku, wprawdzie dziwnie to zabrzmi, nie odbiega od normy. Niemal wszyscy moi rozmówcy potwierdzali istnienie takiego faktu, choć zazwyczaj opatrywali to wyrazami dezaprobaty, a jako wykonawców wskazywali wiedźmy, które z cmentarza prócz ziemi mogą wynosić też ludzkie łzy, by podlewać je innym i w ten sposób zsyłać chorobę, smutek, czy śmierć.

* * *

Minął pierwszy tydzień pracy w ramach projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”, w czasie którego wyremontowaliśmy niemal całą starszą część cmentarza w Otrokowie. Pozostały jedynie szlify i nietknięty nagrobek diwczynky-worożky.

Dylemat: wyremontować czy pozostawić w stanie nienaruszonym wciąż pozostawał nierozstrzygnięty. A przecież fragment ułamanego krzyża mógł leżeć w ziemi – wystarczyłoby wyczyścić, wysuszyć, wstawić dybel i skleić żywicą. Ale czy w ten sposób nie naruszylibyśmy miejscowej legendy? A gdyby po tym działaniu okręcanie krzyża wokół osi w przekonaniu mieszkańców przestało być skuteczne? – to z rekonstruktorów stalibyśmy się barbarzyńcami. Zniszczylibyśmy zwyczaj pielęgnowany przez kolejne pokolenia, pozostalibyśmy w pamięci, jako ignoranci. Nasza misja polegająca na przekazywaniu wartości dbania o dziedzictwo skończyłaby się fiaskiem. Bo czy dziedzictwo materialne istotniejsze jest od spuścizny duchowej?

dziewczynka-wrozkaUłamany krzyż przecinał inskrypcję

Słońce chyliło się ku zachodowi. Kończąc ostatni dzień pracy na starej części cmentarza, podeszłam do oświetlonego bocznym światłem pomnika. Długie promienie padały na krzyż, uwypuklając niewidoczną w innym świetle inskrypcję. Łaciński alfabet ułożył się w napis Jan, widziany do góry nogami. Zdziwienie i poczucie obcowania z tajemnicą sprawiły, że nikomu tego nie zdradziłam. A może bałam się symbolicznego morderstwa dziewczynki-wróżki, anihilacji jej bytu, który stał się dla otrokowian realny? Kiedy zapadł zmierzch i wolontariusze wyszli z cmentarza, powiedziałam o tym Szymonowi. Wyciągnęliśmy krzyż i oświetlając go latarką żmudnie, litera po literze odszyfrowaliśmy: „Z pokorą głos swoy wznoszę / chrześci(…)nie pokornie proszę / zmów pacierz za duszę mo(…) / Jan”. Ułamany krzyż przecinał inskrypcję. Ani nazwiska, ani daty. Choć i ta ogólna informacja powiedziała wiele. Pochowany był Polak, Jan. Katolik na cmentarzu prawosławnym – obcy.

nagrobkiberehy3

W nocy, raptem z zupełnej ciszy wyrwało się wycie wiatru. Potężny podmuch zerwał tropik z namiotu i łomotał nim o drzewa. W bezdźwięcznych wyładowaniach atmosferycznych, walcząc z wiatrem naciągaliśmy sznurki. Kilkanaście minut grozy w oświetlonym przez błyskawice cmentarzu i skowycie przyrody przywodziło na myśl karę. Zemstę za złamanie tabu. Nad ranem zaczął padać deszcz.

Fragment inskrypcji w języku polskim na płycie

nagrobkiberehy4W trakcie “odkopywania prawdy”

Mierząc się w duchu z własnym sceptycyzmem, żartowaliśmy, że to za naszą sprawą. Jednak pobudzona wcześniejszego wieczora ciekawość nie dała za wygraną – postanowiliśmy sprawdzić, czy i ten nagrobek, podobnie jak reszta posiada płytę. Wzięliśmy się do roboty i już przy pierwszym wbiciu szpadla słychać było charakterystyczny szczęk kamienia.

Płyta leżała na głębokości 20-30 centymetrów. Łopata za łopatą odgarnialiśmy ziemię i wydobywaliśmy na światło prawdę. Na popękanej płaszczyźnie, w wyraźnie wydzielonym polu inskrypcyjnym widniał napis: „DOM / zwłok Jana / Myśl(…)kiego / um. 27 kwietnia 1831 / (…)”, reszta była nieczytelna.

Do południa deszcz przerodził się w ulewę. Potężny wiatr przez kolejne trzy dni zrywał płachty w obozowisku. Wolontariusze, którzy tego dna przenieśli się na cmentarz, spali we wspólnym namiocie, bo każdy inny trudno było rozbić w tych warunkach. Nie wiem, czy to wiatr rwał na strzępy nasz racjonalizm, ale do śmiechu nie byliśmy już skorzy. Po kilku dniach odwiedziło nas na cmentarzu trzech miejscowych gospodarzy – patrzyli na nas z wyrzutem, mówiąc, że takiej wichury dawno u nich nie było. I… że nasza to wina.

Płyta została zasypana ostatniego dnia, ułamany krzyż wstawiony do podstawy w kształcie żmii. Otroków opuszczaliśmy z pytaniami. Kim był Jan Myśl(…)ki?

Czy żmija, to wąż eskulapa, a Jan był lekarzem pracującym w dobrach Ignacego Ścibora Marchockiego? Jeżeli tak, to czemu nie został pochowany na katolickim cmentarzu w Mińkowcach? Czy dobrze zrobiliśmy zagrzebując prawdę, na rzecz zmyślonej opowieści? Na jak długo przedłużyliśmy żywot „dziewczynce-wróżce”? Czy barbarzyńcą jest ten, co skrywa prawdę, czy ten, co wydobywając ją niszczy świat pięknie skonstruowanej opowieści?

Wyjechaliśmy nieco inni.

***

Olga Solarz – dr etnologii, pracuje w PWSW w Przemyślu, zajmuje się ukraińską magią ludową, autorka książki Język magii – magia języka oraz szeregu artykułów poświęconych wierzeniom magicznym w obrzędowości rodzinnej i kalendarzowej; od 1997 roku prowadzi badania terenowe na Ukrainie, zaś od lat pięciu na Bojkowszczyźnie. Członkini zarządu Stowarzyszenia Magurycz. Koordynatorka projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”.

***

[1] C. Lévi-Strauss, Smutek tropików, Warszawa 1964, s. 240.
[2] Źródło: http://www.krylow.info/sanktuarium/historia.xhtml (pobrano 09.11.2012).
[3] S. Sikora, Cmentarz. Antropologia pamięci, „Polska Sztuka Ludowa – Konteksty” 1986, t. 40, z. 1–2, s. 60.
[4] W Otrokowie wierzą, iż zwykli umarli odchodzą po roku, przy czym przez pierwszych 40 dni ich dusze krążą wokół gospodarstwa, by po tym czasie opuścić dom i odbyć podróż do wszystkich miejsc, w których niegdyś były. Jeden z moich rozmówców opowiadał o tym z radością, twierdząc, że dzięki temu po raz kolejny zobaczy Władywostok i Niemcy. Po roku dusza odchodzi do Boha, na nebo, jednak nadal może widzieć żywych, o ile ci przyjdą na cmentarz do południa. Jak pisze J. S. Bystroń: Chrystianizm przenosi te dusze (zmarłych) w zaświaty, do nieba czy do piekła… ale i tak niektóre dusze mogą się jeszcze pokazywać na tym świecie i wchodzić w kontakt z żywymi (J.S. Bystroń, Etnografia Polski, Warszawa 1947, s. 143).
[5] Istotny jest tu również wiek informatorów. By sprawdzić jak silny rezonans w miejscowej tradycji ma historia „dziewczynki” przeprowadziłam rozmowy z osobami w różnych grupach wiekowych, i tak: najmłodsza rozmówczyni miała 11 lat, zaś najstarszy wiekiem mężczyzna urodził się w roku 1924. Łącznie rozmawiałam z 14 osobami, w tym z jedną osobą pochodzącą z sąsiedniej miejscowości – Tymkowa, pozostali byli z Otrokowa. Osoby te różnił nie tylko wiek, ale też wykształcenie oraz status społeczny: oprócz największej grupy, czyli miejscowych gospodarzy, rozmawiałam z nauczycielem historii, sołtysem, sklepową oraz urodzoną w Otrokowie kobietą biznesu, która prowadzi dobrze prosperującą firmę w niedalekiej Nowej Uszycy.
[6] W broszurze wydanej przez miejscowego nauczyciela pod opisem tego zwyczaju czytamy: W naszych czasach, jest to już fakt sprawdzony. Mimo wszystko istnieją siły wyższe, którymi można kierować za pomocą ludzkich czarów. С. Гандзюк, Отроків. До кращого життя, Дрогобич 2008, s. 20.
[7] Długo nie było deszczu, byłyśmy na polu, kopałyśmy. Deszczu nie ma, upał. W ogrodzie wszystko więdnie. To zaczęłyśmy rozmawiać: przecież mówią, że tam, na starym cmentarzu jest jakiś taki krzyż, że jakby nim pokręcić, to deszcz spadnie. Te kobiety posłuchały i dwie, dobrze pamiętam, że Żeńka chodziła, ale z kim ona chodziła, czy z Niną, czy z kim? I poszły tam na cmentarz, pokręciły krzyżem i był deszcz. I mówią: widzicie, dziękujcie nam, że deszcz spadł, bo to myśmy na cmentarz chodziły (mieszkanka Otrokowa, urodzona w 1936 r.).
[8] Ten specjalny status dzieci ma również swoje odzwierciedlenie w przestrzeni cmentarza, albowiem do dziś na wielu nekropoliach mają one swoje odrębne kwatery, często usytuowane właśnie nieopodal granicy (S. Sikora, op. cit., s. 61).
[9] P. Kowalski, Dziecko. Rajska niewinność, wróżby, magia. Wstęp do lektury postaci, „Literatura ludowa”1996, 4/5, s. 27–28.
[10] A. Gieysztor, Mitologia słowiańska, Warszawa 1982, s. 133.
[11] J. R. Tomiccy, Drzewo życia, Białystok 1975, s. 29.
[12] С. Гандзюк, op. cit., s. 20.
[13] Mianecki, Postać demona wodnego w ludowych przekazach wierzeniowych, „Literatura ludowa” 2002, 2, s. 11. Taka dwuznaczność jest cechą wszystkich demonów, stąd wykorzystanie ich siły, wiedzy i mocy w praktykach magicznych jest nie tyle pomocne, co nieodzowne. Medycyna ludowa to w istocie ciągłe pertraktacje z zaświatami.
[14] Jest to woda po umyciu nieboszczyka, którą wylewa się na próg, pod dom, na granicę gospodarstwa lub w inne miejsce, tak by zaszkodzić osobie, która przez nią przestąpi.

Wiersze z Facebooka

Dziwny ten Facebook, kto z nas odgadnie, jakimi drogami chodzą jego myśli, nad ranem 1 marca, gdy rozmyślam o urodzinach Chopina, a jak się myśli o urodzinach Chopina, to trzeba nieuchronnie myśleć i o jego śmierci. Nie mogę spać, jest 3:36, a Facebook podsuwa mi nagle trzy wiersze, dwóch poetów, a obaj piszą (do mnie) o tym samym.

Sobie człowiek czyta, raz mniej raz bardziej dbale, a tu nagle jeb!
Michał Górecki, proszę:

Ala ma kota
astmę
wrzody
bywa, że ją bolą plecy
to nowotwór

kot ma wszy

nowotwór jest złośliwy
Ali odpadają paznokcie,
skóra odchodzi jej płatami wielkości
jej KOTA
a kot wychodzi nocami na spacery
Na cmentarzach kopie Ali
Codziennie 13 centymetrów grobu

Wyjdzie jeszcze na dwa

Mój kot właśnie zdechł, jestem wrażliwa na takie metafory. Scrolluję sobie dalej, a tu

Tomasz Jastrun

Zwolnienie

Jak napisać moim dzieciom
Zwolnienie
Ze swojego pogrzebu

Pogrzeby są beznadziejne
Antoś na pewno będzie płakał
Franio zamknie się sobie

Nie przejmujcie się
Tylko trochę się bałem
Jak przy starcie samolotu
A teraz już lecę
I czuję się doskonale
Jak to w niebycie

I drugi wiersz czy ciąg dalszy tamtego?

Synom i żonie

Mamie kupiłem urnę
Drewnianą
Tanią

Możecie mi taką samą
I nieść ją w dłoniach
Jak gołębia
I czuć jak bije jego serce
Moje sproszkowane serce

Kochałem was
Na pyłku naszej planety
Zagubionej w międzygwiezdnej przestrzeni
Mocniej i głębiej
Niż potrafię to napisać

I jestem z wami
Chociaż mnie nie ma
A teraz proszę
O chwilę milczenia

Właśnie przebiegło moje życie
W przeciągu westchnienia

Jest wiosna. Też rozmyślam o śmierci. Nie chcę mieć pogrzebu ani grobu. Od dawna chcę, żeby mnie pochowano w papierowej torbie, jak Mozarta. Anonimowo. Na łące. Tak to się nazywa po niemiecku: auf der Wiese.

Zapisałam to w testamencie.

Ale może być też kosz pełen kwiatów. Filmik o takich trumnach przysłała mi niedawno moja siostra. 🙂 Tak to się składa w przestrzeni wirtualnej.

Lub tekturowe pudło. Tanie. Koniecznie!

Ach, jakże piękna byłaby to śmierć.

R.D.

Dwudziestego stycznia 2016 roku, o godzinie 15.57 jechałem na nartach za moją żoną Grażyną i filmowałem ją małym „elepstrycznym” aparatem fotograficznym. Trzymałem go w lewej ręce, a w prawej obydwa kijki narciarskie. Przez nieuwagę zahaczyłem nimi o narty i przewróciłem się do tyłu, uderzając z dużym impetem plecami i głową w śnieg.

Na kilkanaście sekund straciłem przytomność, a gdy ją odzyskałem, odruchowo, jak pies Pawłowa, wyłączyłem kamerę i ponownie położyłem się na śniegu, aby dojść do siebie.

Gdybym się jednak nie „obudził” – ach, jakże piękna byłaby to śmierć.

Nawet bym nie wiedział, że umarłem, a rodzina miałyby oryginalną pamiątkę z moich ostatnich chwil. Tu prezentuję kilka stopklatek z tego filmu.

Gdy po kilku godzinach, cały obolały, spytałem G., jak by się wobec mojej śmierci zachowała – odpowiedziała: „załatwiłabym formalności, a później usiadła i płakała”.

opa r. (od wczoraj podwójny)

w01w02w03w04w05w06w07w08w09w10w11