Pokolenie Solidarności (7)

Ewa Maria Slaska

Eli

Muzyka (1966)*

Na wakacje się jeździło nad morze, do Jastarni, Kuźnicy, Juraty. Zasadniczo miałoby większy sens, gdyby dzieci znad morza jechały w góry, ale tak nie było. Kolonie dla dzieci szkolnych z Trójmiasta organizowano też nad morzem. A gdy Basia, już w liceum, zamiast na kolonie jeździła na obozy harcerskie, wyjeżdżali zawsze na Kaszuby. Dopiero pod koniec liceum, gdy Basia zaczęła jeździć autostopem, zobaczyła Mazury, Puszczę Białowieską, Tatry, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie.
Komunistyczna rzeczywistość była szara i przaśna, młodzi ludzie posiadali niewiele, ale na szczęście dorastali już w czasach postalinowskich, w związku z tym mieli jednak jakieś kino, jakieś książki, również te z Zachodu, jakiś teatr i przede wszystkim muzykę. Muzyka była bardzo ważna, bardziej niż książka, a nawet niż kino była przepustką do kolorowego świata i romantycznych uniesień. Radio tranzystorowe, magnetofon, adapter, szafa grająca w kawiarni, ale przede wszystkim jednak muzyka na żywo: jazz w klubie, pop na zabawie ludowej, orkiestra na dansingu. No i wszyscy sami śpiewali przy gitarze, albo grali na fortepianie. Od roku 1961 były już koncerty w Non Stopie w Sopocie, pod płóciennym dachem rozpiętym przy samej plaży. To było świetne, prawdziwa dyskoteka, jedna z pierwszych w Polsce. Stefan pamiętał zespół Pięciolinie, potem przemianowany na Czerwone Gitary. W Non Stopie śpiewali wszyscy, Seweryn Krajewski, Krzysztof Klenczon, Helena Majdaniec, Karin Stanek, Czesław Niemen.

Po 50 latach od tamtych czasów berliński artysta performansu, Jemek Jemowit wymyślił postać Zygmunta Blaska, polskiego Davida Bowie, Ułożył dla niego piosenki i nagrał je na płycie, stworzył film, w którym grałam dziewczynę, żonę, a potem wdowę po Zygmuncie Blasku. Opowiadałam o życiu muzyka, przydając mu biografię człowieka, z którym kiedyś krótko byłam, a który stał się pierwowzorem postaci Stefana. Wyjechał z Berlina do Nowego Jorku i tam… O tym, co tam, opowiem później, tu przytoczę tylko piosenkę o mnie, oczywiście tej filmowej, ale może trochę i o mnie, dziewczynie która chodziła do Non Stopu gdy miała 18 i 19 lat, i płakała, gdy kończyła lat 20, bo była już za stara.

Ruda z Non Stopu, piosenka Jemka Jemowita z filmu Legenda Zygmunta Blask.

Jedna jest rodem z Bydgoszczy,
a druga rodem z Warszawy
Trzecia tutejsza
Sopot Grunwaldzka
Co je łączy?
To dansing i noc
Lecz czwarta JEDYNA
jak róża ognista
Trochę trzeźwa trochę przejrzysta
Chodź kocie, zapraszam na kawę,
Pokaż w Sopocie jak tańczą warszawę
Prowadź mnie jak Lodzia Krajewska
W oczach czarnych elektryczna iskra
Firany bujają żyrandol trzęsie
Wpadam prosto w twoje ręce
RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
hej, mała, mała
A ja jak koń młody
Głupi, lecz silny i pełen swobody
Na parkiecie, w namiocie, na plaży wzdłuż mola
Naucz mnie tańczyć tu rock’n’rolla

Tańczyliśmy jive’a, twista i let’s kiss, charlestona, madisona i warszawę, ale przede wszystkim rock’n’rolla z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem partnerki po podłodze. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak Stefan, Marek, Jacek, Piotrek czy ich kumpel Zbigniew, zwany Zbychoo, i ich licealnym kolegom wystarczała improwizacja, niespożyta energia i czyjaś wolna chata, gdzie można było zorganizować prywatkę z potańcówką. Muzykę odtwarzali z gramofonowych singli na adapterach Bambino, z pocztówek dźwiękowych, kupowanych w kioskach i na stoiskach targowych, czasem z płyt, o które w Gdańsku było łatwiej niż gdziekolwiek w Polsce, bo przywozili je marynarze. Był taki komis we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej, być może jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można było kupić „Szedousów”, „Bitlesów” i „Stonsów”. Jednak i tak najważniejsze dla tych, którzy słuchali muzyki, było radio Luxemburg, choć ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane prawie tak samo jak radio Wolna Europa.

Stefan i Marek czasem mieli jakieś fajne płyty, czasem chatę, ale przede wszystkim obaj świetnie umieli tańczyć. Byli wysocy, mocno zbudowani i silni, mogli ryzykować przerzucanie partnerki przez ramię albo przetaczanie jej po plecach, bez obawy, że spadnie na ziemię. Kiedy mieli chwilę wolnego, czasem nawet kilka razy w tygodniu trenowali w domu różne wymyślne figury taneczne, które im potem pozwalały „rządzić na parkiecie”. Choć oczywiście z reguły nie był to parkiet, lecz deski, wykładzina dywanowa albo linoleum.

Tak się zdobywało lokalną popularność, trzeba było mieć dżinsy, najnowszą płytę The Beatles i umieć podrzucić dziewczynę pionowo do góry tak, żeby okręciła się w powietrzu wokół własnej osi, zanim się ją znowu złapało i postawiło na ziemi.

Rock and roll był muzyką prostą i nieskomplikowaną, a to sprawiało, że w każdej szkole na świecie, a czasem nawet w każdej klasie powstawały zespoły rockowe. W większości męskie. Może dlatego, że chłopakom odpowiadało mocne uderzenie, szybsze i agresywniejsze, niż to, co dotychczas się grało w muzyce rozrywkowej. W każdym liceum i technikum, w każdej zawodówce byli chłopcy, którzy fantastycznie grali, a zdobycie sprzętu było wystarczająco proste, by każdy mógł grać. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczyło mieć gitary i garnki. Ale to nie takie proste. W polskim filmie Yesterday, z 1984 roku (nie mylić z amerykańskim z roku 2019) perkusista gra rzeczywiście na garach i garnkach, ale znawcy twierdzą, że „na wiadrach to nie pograsz, bo to nie ma odbicia zupełnie. Odczucia muszą być podobne do odbicia z naciągu”. Ale perkusja była niewątpliwie najdroższym elementem wyposażenia takiego szkolnego zespołu. W Liverpoolu, w czasie, gdy powstał zespół The Beatles, było pięć tysięcy zespołów młodzieżowych. Zespół Stefana nazywał się SZOPA, od pierwszych liter ich imion – Stefan, Zbychoo, Olek, Piotrek, Antek. Marek chodził do innej klasy, grał z nimi czasami, ale jednak jego imię nie przyłożyło literki do nazwy zespołu, z którym zyskali “nieśmiertelną sławę” na miarę ich własnego liceum.

Każdy zespół musiał mieć wokal, gitarę prowadzącą, gitarę rytmiczną, gitarę basową i perkusję, czasem pianino lub organy, czyli tak zwane klawisze. Chłopcy grali na szkolnych zabawach i na akademiach, chociaż wtedy najpiew musieli odwalić klasyczny repertuar z czasów Komuny – Międzynarodówkę, My ze spalonych wsi, Ukochany kraj, umiłowany kraj lub Wszystko tobie, ukochana ziemio. Po tej triadzie, ewentualnie tetradzie, mogli już grać, co chcieli, i czasem był to Armstrong, czasem Presley, niekiedy Penderecki, czasem Bach lub Czerwone Gitary, „Beatlesi” albo „Stonsi”. Stefan śpiewał, grał na gitarze i klawiszach jakąś własną mieszaninę jazzu, bluesa i rock and rolla. Nic dziwnego, że kiedyś Tadzio, jego syn, zostanie muzykiem hip-hopowym.

Teksty utworów były proste, chłopcy je sami pisali, i prawie zawsze dotyczyły miłości, z reguły samych jej początków. Każdy młody człowiek na całym świecie bez trudu utożsamiał się z tą muzyką i jej przekazem – kocham i nie ma nic ważniejszego niż miłość. I o ile nieszczęśliwie zakochane dziewczęta mogły jeszcze szukać pomocy u poetek, a w PRL-u przede wszystkim u Małgorzaty Hillar, o tyle chłopcy na wszelkie rozterki duchowe mieli tylko rock’an’rolla, zwanego w Polsce najpierw big beatem, a potem, żeby było jeszcze bardziej swojsko – mocnym uderzeniem. I to pomagało. Zawsze. W każdej sytuacji, na każdą miłość, tęsknotę i rozczarowanie, mieli swoje melodie i teksty. I can get no satisfaction. Albo: when you leave me, I will surely die.

Muzyka to była wolność. Wolność od dorosłych, od opresji ze strony rodziców, szkoły, partii, kościoła, społeczeństwa, wścibskich ciotek, złośliwych sąsiadów, nadmuchanych własną ważnością dyrektorów. Od, od, od. Od wszystkiego.

Na prywatkę i do Non Stopu trzeba się było odpowiednio ubrać. Oczywiście szczytem bycia na topie były prawdziwe dżinsy, a jak się ich nie miało, to jak najbliższe oryginału podróbki. Stefan jeszcze przez wiele lat opowiadał, że żeby kupić od jakiego marynarza dżinsy, które na nich pasowały – byli podobnie zbudowani, wysocy i szczupli, ale wtedy prawie wszyscy byli szczupli – zebrali wszystkie pieniądze, jakie mieli, spieniężyli kilka pocztówek dźwiękowych, sporo butelek z piwnic rodziców i sąsiadów, a także parę książek z bibliotek rodziców. I tak kupili tę jedną, jedyną parę, po to, żeby ją… rozpruć. Było to straszne i gdyby nie byli chłopakami, to chyba by się rozpłakali, prując te najpiękniejsze na świecie blue jeans, ale dzięki temu zdobyli idealny wykrój, według którego potem przez lata szyli podróbki.
Pamiętam, że jak doczekałam się wreszcie tego, że mama poprosiła kogoś, kto przyjeżdżał z Anglii, żeby mi przywiózł dżinsy, mama nie przekazała prośby dokładnie i dostałam granatowe dzinsy sztruksowe! Jaka byłam w nich gruba! Do dziś pamiętam to nie dające się opisać rozczarowanie. To już chyba nawet szariki były lepsze!

Stefan dostał od mamy starą, poniemiecką maszynę Singera i nauczył się szyć, tylko po to, żeby te dżinsy były idealnie takie, jakie miały być. Zbychoo miał dojścia do fabryki włókienniczej w Łodzi, gdzie pracowała jakaś jego ciotka, został więc głównym zaopatrzeniowcem grupy. Tak właśnie funkcjonował PRL, kraj, w którym nigdy nic nie było, wszystko jednak dawało się zorganizować i wszyscy wszystko mieli. Antek został krojczym i twierdził, że bardzo mu się to przyda, jak już pójdzie na studia, bo inżynier budowy okrętów musi umieć zaplanować traserom układanie na grubych stalowych płytach elementów kadłuba tak, żeby po wycięciu zostawało jak najmniej odpadów. Trenował więc na spodniach. Stefan szył, a Piotrek i Olek, którzy mieli smykałkę do interesów, sprzedawali je na dużej przerwie w szkole, w kącie między płotem a salą gimnastyczną. Było to właściwie jedyne miejsce w całej szkole, gdzie prawie nigdy nie zaglądali nauczyciele, z reguły więc spotykali się tam palacze, ale i palacze potrzebowali porządnych spodni, jakoś zatem potrafili się podzielić tą przestrzenią wolności.

Pieniądze ze sprzedaży „dżinsów spodni” zużywali na zakup instrumentów, muzyki oraz taniego wina, czyli jabola. Jabol, zwany też czasem jabłko, alpaga lub bełt, był tanim winem owocowym, jak sama nazwa wskazuje, jabłkowym, rzadziej wiśniowym. Cieszył się właściwie złą sławą, ale podobnie jak pocztówki dźwiękowe, był niezbywalnym składnikiem ich młodości. Pisząc tę powieść, przeczytałam w Wikipedii ciekawe zdanie: Mimo niskiej ceny i negatywnych skojarzeń polskie wina owocowe, produkowane tradycyjną metodą fermentacji moszczu owocowego, uważane były przez fachowców za wina wysokiej jakości w swojej klasie, co zawdzięczały głównie dobrej jakości naturalnym surowcom oraz tradycyjnej technologii produkcji. Wyobrażam sobie, że napisał to mój rówieśnik. Ciekawe, czy wyglądał jak któryś z „Bitlesów”. Taka była norma, wychodziłyśmy za mąż za facetów, którzy wyglądali jak „Bitlesi”. Najlepiej jak John Lennon (oryginalny, chudy w drucianych okularkach, zwanych do dziś „lenonkami”) albo Paul McCartney (ładny, bez okularów i zarostu).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako SZOPA byli już stałymi bywalcami studenckich tańców, Stefan i jego koledzy znali dobrze światowe trendy. Czasy „Szadousów” i Rity Pavone minęły, słuchali Presleya, Paula Anki i Chucka Berry’ego, który odegrał w historii rocka taką rolę, że ktoś potem powiedział, że gdyby Chucka Berry’ego nie było, to trzeba by go było wymyślić. Jednak od czasów That’s All Right Mama najważniejszym człowiekiem w świecie muzyki na świecie był oczywiście Presley, jak na górze, tak i na dole, jak na Zachodzie, tak i na Wschodzie, i jego styl, rockabilly. Presley został wylansowany już w lipcu 1954 roku, ale ta pierwsza fala jego popularności nie miała jeszcze szans, żeby dotrzeć do Polski. Stalin już wprawdzie nie żył, ale Blok Wschodni wciąż jeszcze trzeszczał w okowach mroźnej wojny, mimo iż co i raz zdarzał się bunt niewolników.

W latach 60 wszyscy ci idole ustąpili miejsca „Bitlesom”, których nazwę pisało się i mówiło w Polsce nader dziwacznie. Zaraz po „Bitlesach” lokowali się The Rolling Stones czyli po polsku „Stonsi”. A po piętach deptały im następne sławy, The Bee Gees, czyli trzej bracia Gib, The Beach Boys, The Lovin’ Spoonful, Herman’s Hermits, The Who, a potem The Doors i Jimmy Morrisson. No i wreszcie nadciągnęły dwie wielkie gwiazdy ich młodości, Jimi Hendrix i Janis Joplin. Oboje umarli w 1970 roku, i wtedy już na dobre skończył się świat młodości, muzyki, wakacyjnych flirtów na plaży i poszukiwania wolnej chaty.
W międzyczasie wszyscy z SZOPY wpadli w politykę, zanim to jednak nastąpiło, do Warszawy przyjechali „Stonsi”.


* Masy inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Jacek Krenz i Zbigniew (Zbychoo) Milewicz oraz wspomnienie o mojej (nieżyjącej już) przyjaciółce, Basi Owsianej, która stała się wzorem bohaterki tej powieści (jeśli to w ogóle jest powieść) i dała jej imię. Dziękuję, Basiu, dziękuję, chłopaki!

Wspomnienia o Maryli (19)

Magdalena (i Tadeusz) Ciechomscy

Ze wspomnień Tadeusza

Ostatnio pisałam o dzieciństwie Tadeusza i Maryli, dlatego pomyślałam sobie, że byłoby dobrze przywołać tu również wspomnienia mojego męża o jego siostrze. Będzie to zapis jego opowieści.

Prababka Tadeusza i Maryli ze strony matki była z pochodzenia Węgierką, jej rodowe nazwisko w wersji spolszczonej brzmiało – Samoraj. Przekazała swojej córce i trzem wnuczkom piękne, czarne włosy i zgoła nie słowiańską, nietuzinkową urodę. Przyciągała ona uwagę nie tylko adoratorów. Najmłodszą z sióstr, Aleksandrę, zaatakował raz w szkole jakiś chłopak, nazwał ją Żydówką i uderzył. Najstarsza, Henryka, została aktorką. Były utalentowane artystycznie, wszystkie – po matce – muzykalne, oprócz tego, Aleksandra i Henryka malowały. Mój mąż wspomina, że babcia Jędrzejewska kochała muzykę, niestety, nie miała warunków, żeby uczyć się gry na jakimś instrumencie. Tadeusz zresztą też jest muzykalny, uczęszczał nawet do szkoły muzycznej, ale chyba zabrakło determinacji, a może niełatwe życie całej rodziny spowodowało, że przerwał naukę.

Tadek i Maryla także mieli czarne włosy, które zawdzięczali węgierskiej prababce. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku modne były wyjazdy turystyczne do tzw. „demoludów”. Dużym powodzeniem cieszyły się wycieczki na Węgry, jako że „Polak, Węgier – dwa bratanki i do szabli, i do szklanki.” Oboje, Tadek i Maryla, postanowili nauczyć się węgierskiego, języka swoich przodków. Zapisali się na kurs w Węgierskim Instytucie Kultury, wówczas przy ulicy Marszałkowskiej. Już w czasach licealnych zaczęli jeździć na Węgry, podróżowali ze znajomymi, autostopem, później z Uniwersyteckim Klubem Turystycznym UNIKAT. Maryla po maturze miała zamiar studiować hungarystykę na Uniwersytecie Warszawskim. Znakomicie zdała egzamin wstępny z języka polskiego, nawet dostała wyrazy uznania za „filologiczny talent” od jednego z egzaminatorów. Niestety, egzamin z języka niemieckiego, wymagany wówczas na ten wydział, okazał się porażką. Egzaminatorka zapytała o mało znanych pianistów z NRD, Maryla nic o nich nie potrafiła powiedzieć. Po tym niepowodzeniu cały rok poświęciła na prywatne lekcje niemieckiego. Tym razem złożyła papiery na wydział germanistyki i egzaminy zdała pomyślnie. To był rok 1978. Dwa lata później zaczął się „karnawał Solidarności”. Zaangażowała się w działalność opozycji antykomunistycznej. Była członkinią Zarządu Uczelnianego NZS UW. Redagowała „SUMIENIE” – pismo Regionalnego Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania przy Regionie Mazowsze Solidarności.

13 grudnia 1981 roku pojechali oboje z bratem do siedziby Regionu Mazowsze na ulice Mokotowską. Miała zabrać stamtąd jakie ważne dokumenty. Nie wiedzieli, że milicja urządziła tego dnia w siedzibie regionu tak zwany „kocioł” – co jakiś czas oddział MO wkraczał do budynku i „wygarniał” wszystkich, którzy tam właśnie przyszli. Szczęśliwie Maryla i Tadek trafili na moment pomiędzy tymi łapankami. Zabrali dokumenty i spokojnie wrócili do domu. Mieszkańcem tegoż lokalu, zajmowanego przez Solidarność, był kot. Z przekazów wiadomo, że po opanowaniu budynku przez milicję i SB „ubecy” zaopiekowali się zwierzakiem, a on przyzwyczaił się do nowych gospodarzy, „zdradzając” tym samym ideały Solidarności…

Noc z 13 na 14 grudnia 1981 roku Maryla spędziła u koleżanki. Wróciła do domu rano, 14 grudnia. Zdążyła wziąć prysznic i właśnie suszyła włosy, kiedy przed bramą pojawiło się trzech smutnych panów. Jeden milicjant w mundurze i dwóch w kurtkach moro. Milicjant nie odzywał się w ogóle, widać było, że nie on tu podejmuje decyzje… Poczekali, aż Maryla wysuszy włosy. Zabrali ją najpierw do Komendy Stołecznej MO w Pałacu Mostowskich. Podczas przesłuchania najpierw krzyczeli i grozili. Potem przychodził tak zwany „życzliwy ubek”, częstował papierosem, zdarzyło się, że był młody i przystojny, próbował umawiać się na randkę… Maryla później, z właściwym sobie poczuciem humoru, stwierdziła, że ten przystojniak „byłby nawet niczego sobie, gdyby nie to piętno ubectwa na twarzy.” Konsekwentnie trzymała się zasady, żeby nie podejmować z nimi rozmowy. Milczała.

Jednym z zarzutów, jakie stawiano jej podczas przesłuchania, było to, że chodziła na procesy członków KPN (Konfederacji Polski Niepodległej), a potem pisała z nich relacje do “SUMIENIA”. Jej teksty, według ubeków, były „tendencyjne i złośliwe”. Często cytowała tę opinię, podkreślając, że uważa to za jeden z największych komplementów, jakie zdarzyło jej się usłyszeć na temat tego, co pisała…

Po dwóch dniach z Mostowskich została przewieziona do aresztu śledczego dla kobiet w Warszawie – Olszynce Grochowskiej. Tam znalazła się śmietanka warszawskiego podziemia antykomunistycznego. Maryla wspominała, że w Wigilię Bożego Narodzenia ’81 łamała się opłatkiem z „Korówami” (kobietami z KOR – Komitetu Obrony Robotników).

Jastarnia (8)

Jacek Krenz

Non Stop

W 1964 zaczęliśmy jeździć na koncerty do Non Stopu w Sopocie. W pierwszym Non Stopie, mieszczącym się przy samej plaży, pomiędzy ul. Drzymały 10 i Traugutta, pod rozpiętym dachem grał do tańca zespół Pięciolinie, potem przemieniony na Czerwone Gitary. Seweryn Krajewski śpiewał Nad morzem, Bernard Dornowski Kiedy jestem sam, Krzysztof Klenczon Taka jak ty, Jerzy Kosela Maturę, na perkusji bębnił Jerzy Skrzypczyk. Był też koncert Czesława Niemena.

Nad morzem, Czerwone Gitary

Gdy świeci nad morzem słońce,
Patrzysz się w dal.
Nie zwracasz uwagi,
Że ktoś z tyłu jest sam.

Wiatr rozwiał Twe włosy,
Groźne fale biją o brzeg,
A Ty wciąż ze swymi myślami
Jesteś gdzieś – hen.

I słychać szum morza,
Zachód słońca ginie wśród fal
A Ty wciąż nie zwracasz uwagi,
Że ja stoję sam.

Jakie były Twe myśli?
Trudno zgadnąć ich bieg,
A nie chciałbym pytać,
By nie spłoszyć chwili tej.

I długo wpatrzony stałem
W Ciebie, zamyśloną wciąż,
I nie mogłem przerwać
Myśli Twoich, marzeń Twych.

I długo wpatrzony stałem
W Ciebie, zamyśloną wciąż,
I nie chciałem przerwać
Myśli Twoich…

Rok przed maturą wybrałem się do Jastarni, wyprzedzając mamę i braci o dwa tygodnie. Razem z Krzysztofem, wówczas moim najbliższym kompanem, przyjechaliśmy pociągiem do Gdyni, potem statkiem „Panna Wodna” do Jastarni. Zamieszkałem u pani Wandy przy ulicy Szkolnej. Za wikt i opierunek pomagałem samotnej wdowie rąbać drewno na opał.

Do Sopotu dostawaliśmy się na różne sposoby: autostopem, pociągiem towarowym, ale najprzyjemniej było dopłynąć do Gdyni statkiem żeglugi przybrzeżnej, a stamtąd dalej kolejką SKM do Sopotu. Powrót był trudny, bo trzeba było opuścić Non Stop przed końcem koncertu, by zdążyć na ostatni pociąg. Nie zawsze się to udawało, więc dojeżdżaliśmy kolejką elektryczną do Redy, a potem pieszo, ale zawsze udawało się nam, przynajmniej na część tej trasy, złapać autostop. W przeciwnym razie mielibyśmy 40 km marszu do pokonania, chociaż nawet z podwózką zwykle lądowaliśmy w domu o świcie i do pokoju dostawaliśmy się przez okno z największą ostrożnością, żeby nie obudzić mamy.

Pewnego razu zostaliśmy w Sopocie w Domu Turysty na noc i na drugi dzień pojechaliśmy zwiedzić gdańską starówkę. Gotycka architektura zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zwiedzając kościół Św. Ducha znaleźliśmy tajemne wejście na wieżę. W dzienniku, który wtedy prowadziłem, znalazłem zdanie, że to było „moje największe przeżycie estetyczne w dotychczasowym życiu. Wszystkiego nie zwiedziłem, muszę tu przyjechać”.

(Zamiast chodzenia po mieście) Autostop

Lech Milewski

Z duża przyjemnością czytam publikowane tu wspomnienia Jacka Krenza z wakacji w Jastarni (kolejny odcinek jutro). Osobiście przeżyłem coś podobnego podczas wakacji w Sopocie – aż tu nagle matura, studia – przeniesienie się z Kielc do Warszawy, zamiana rodzinnego domu na akademik…

Ilustracja

Wreszcie nadszedł lipiec 1959 – pierwsze wakacje.

Po pierwszym roku studiów na wydziale Mechaniczno-Technologicznym w programie wakacji była miesięczna praktyka robotnicza.

Jeśli być robotnikiem, to czyż mogło być lepsze miejsce niż Nowa Huta?

Miesiąc praktyki zleciał jak z bicza strzelił i wkrótce nastał czas na tytułowy AUTOSTOP.
To była oficjalnie zorganizowana akcja.

Chętni musieli nabyć książeczkę austostopu, która zawierała kupony na łączny dystans chyba 2,000 km.

Źródło TUTAJ.

Ta akcja legalizowała przewożenie “łebków” w samochodach państwowych. Prócz tego regulowała sprawę ubezpieczenia przewoźnika od konsekwencji szkód poniesionych przez pasażerów podczas ewentualnego wypadku.

Po zakończeniu etapu podróży autostopowicz dawał kierowcy kupon na przejechaną ilość kilometrów. Kierowców, którzy uzbierali duże ilości kuponów, czekały atrakcyjne nagrody – pierwsza nagroda – samochód Warszawa.

Już w czerwcu umówiłem się z kolegą z akademika, że po praktyce ruszamy na trasę.
Kierunek – jeziora mazurskie – to było TO!
I tak, w pierwszych dniach sierpnia 1959, wylądowaliśmy w rowie przy szosie prowadzącej z Krakowa do Kielc.

Pierwsze wrażenie było bardzo frustrujące. 
Ruch samochodowy był niewielki. Zdecydowana większość samochodów to ciężarówki załadowane towarem. Niektóre może miały wolne miejsce w kabinie kierowcy, ale nas było dwóch.
Już robiło się ciemno gdy zatrzymał się jakiś samochód –
– Wsiadajcie, ale tylko do Jędrzejowa.
Wsiedliśmy, refleksja przyszła później.
Przecież my przyjedziemy do Jędrzejowa w środku nocy.
Co my tam ze sobą zrobimy? Przecież nie ma szansy, żebyśmy złapali o tej porze transport do Kielc.

I tak właśnie było.
Kręciliśmy się bezmyślnie przy drodze i po chwili niespodzianka – trafiliśmy tam na żołnierzy, komandosów, czerwone berety.
– Wojsko przy drodze? Co wy tu robicie?
– Mamy rozkaz przedostać się o własnych siłach na poligon gdzieś nad morzem, a WSW (wojskowa policja) ma rozkaz nas łapać. Kto da się złapać, dostanie ileś tam dni aresztu i zakazu opuszczania koszar.

Szykowaliśmy się już na nocleg w rowie, gdy na szosie pojawiły się światła samochodu. Ciężarówka.
– Wychodźcie na szosę – zaapelowaliśmy do komandosów – jak zobaczą mundury to muszą się zatrzymać.
– W żadnym wypadku. To może być WSW, wyłapią nas jak szprotki.

W rezultacie stanęliśmy z kolegą na środku szosy. Pierś do przodu – po naszych trupach.
Samochód zaczął zwalniać.
– To prywatny – zawołali komandosi i pobiegli do tyłu samochodu.
Samochód zatrzymał się.
I my pobiegliśmy do tyłu a tam kłębiło się od wojska.
Okazało się, że w samochodzie było już kilku komandosów. Gdy zobaczyli, że samochód zatrzymuje się i jest otoczony przez wojsko, uznali że to wojskowa policja – wyskoczyli i pobiegli w las.
W doskonałych humorach wdrapaliśmy się do skrzyni ciężarówki i zamarliśmy.
Na środku stała trumna, przy jej wezgłowiu paliły się świece. Wokół siedziało kilkoro żałobników, głównie kobiety.
Dostosowaliśmy się do nastroju.
Po pewnym czasie atmosfera rozluźniła się nieco. Dowiedzieliśmy się, że wracają z wesela. W trumnie wiozą jednego z drużbów. 
– A taki silny był – wspominał ktoś z żałobników – jedenaście nożów dostał i jeszcze się ruszał.

Wreszcie Kielce – opuściliśmy kondukt żałobny i udaliśmy do swoich domów.
Za dwa dni spotkaliśmy się na szosie prowadzącej do Warszawy.
Tym razem nie było problemu, wkrótce podebrał nas jakiś samochód osobowy.
W Warszawie przenocowaliśmy w “naszym” akademiku, w którym, na okres wakacji, zorganizowano w salach gimnastycznych noclegownie dla studentów.
Następnego dnia udaliśmy się na plażę nad Wisłą i tam zorientowałem się, że mój towarzysz podróży nie umie pływać. No cóż, pozostało mieć nadzieję, że ta umiejętność nie będzie mu potrzebna..
Koło plaży była przystań statków a tam nowa atrakcja – nocny rejs do Gdańska.

Kupiliśmy bilety, oczywiście tylko siedzące.
Początki były miłe, poznaliśmy jakieś sympatyczne towarzystwo. Zdążyliśmy razem z nimi przebiec się do krzywej wieży w Toruniu (statek miał godzinę postoju)…

Krzywa wieża.jpg

By Wikipedia, CC BY-SA 3.0, Link

Nad ranem statek dopłynął do Tczewa, tu miała zacząć się nasza przygoda.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do baru mlecznego – solidne śniadanie i… ukradliśmy łyżki i widelce – jakoś wydało nam się, że to właściwa inicjacja autostopowicza.
Noży nie było co kraść, gdyż ze względu na popularność wśród złodziei miały ułamane końcówki. Mieliśmy własne scyzoryki.

Następnie wyszliśmy na szosę prowadzącą do Ostródy i miny nam zrzedły – w przydrożnych rowach koczował tłum autostopowiczów – słowo Mazury miało swoją magię.
Z rozmów z przypadkowymi osobami zorientowaliśmy się, że wielu z nich to połykacze kilometrów. Po prostu jadą przed siebie, ile się da, nieważne dokąd. 
Na szczęście w tym tłumie było kilka osób z predyspozycjami kierowniczymi. Oni wprowadzali pewien ład.
Po pierwsze, widząc zbliżający się samochód, oceniali jego pojemność i dawali sygnał, aby właściwa ilość osób stanęła przy szosie, a reszta żeby schowała się albo przynajmniej żeby demonstrowała brak zainteresowania zbliżającym się pojazdem.
Po drugie, rozmawiali z kierowcą, uzgadniali dokąd jedzie, ile osób może wziąć. Pilnowali porządku przy wsiadaniu. 
Oczywiście sami też wsiadali, ale na szczęście w tłumie znajdowali się ich następcy.
W końcu i my doczekaliśmy się transportu. 
Nie pamiętam szczegółów, ale wydaje mi się, że mieliśmy w tym dniu jeszcze dwie przesiadki i za każdym razem było nas w samochodzie więcej.
W ostatnim samochodzie autostopowicze byli jedynym ładunkiem. Z fragmentów zasłyszanych rozmów zorientowaliśmy się, że większość spędza cały czas w podróży, nie mają żadnego celu, po prostu – jak najwięcej kilometrów. Dowiedzieliśmy się, że z kierowcami jest podobnie. Niektórzy postawili sobie zadanie – wygranie samochodu – i aby osiągnąć ten cel nie wahają się zaniedbać swoje obowiązki, nie biorą ładunku, zmieniają trasę.
Wyznam, że w tym momencie autostop stracił dla nas swój blask.

Nagle samochód się zatrzymał.
– Chłopaki – mówił do nas kierowca – jest noc, nie wysadzę was o tej porze w środku miasta, bo przyleci milicja. Tu jest ostatnia osada przed miastem. Dogadajcie się jakoś z gospodarzami o noclegi.
W tym miejscu wspomnę, że zupełnie naturalnym wydawało nam się, że podróżnikowi takiemu jak my nie można odmówić noclegu w stodole. Bezpłatnego.

Zapukaliśmy do pierwszego domu.
Wydaje mi się, że dla gospodarzy był to już chleb codzienny.
– Nie więcej niż 20 osób – zadeklarowali – w tamtej budce jest ubikacja. A tu postawiliśmy wam wanienkę z wodą do picia. Jutro rano możemy wam sprzedać trochę mleka.
– Tu jest stodoła – tylko na miłość boską – nie palcie papierosów!
– Nie ma palenia w stodole! – rozległ się zgodny chór.
Nie zdążyliśmy zasnąć, gdy w stodole pojawił się jakiś bystrzak – chłopaki, tam na polu jest kukurydza, już prawie dojrzała.
Cóż zrobić, poszliśmy sprawdzić.
– U swojego gospodarza nie zrywamy, u swojego nie zrywamy – rozlegały się zgodne szepty.
Wszyscy poszli trochę dalej.
Rzeczywiście rosła kukurydza. Niektóra prawie dojrzała.

Następnego dnia dojechaliśmy do Giżycka.
Było późne popołudnie, więc najpierw znaleźliśmy sobie nocleg w stodole. U życzliwego gospodarza, który zgodził się przechować przez kilka dni nadmiar bagaży, które nie będą nam potrzebne na kajaku. 
Po sytej kolacji w mieście szybko wróciliśmy do stodoły odespać dwie ostatnie noce.

Następnego dnia wypożyczyliśmy kajak i w drogę.
Jeszcze jedno wspomnienie – pismo Sztandar Młodych zaczęło publikację powieści Sławomira Mrożka – Ucieczka na Południe. W kiosku w Giżycku mieli egzemplarze gazety z kilku poprzednich dni. Lektura kolejnych odcinków powieści stała się naszym rytuałem.
Kierunek – północ – Węgorzewo – jeziora Kisajno i Dargin
To było bardzo relaksowe wiosłowanie, więc dość szybko wypatrzyliśmy jakieś budynki gospodarcze i wylądowaliśmy tam, pytając o nocleg.
Okazało się, że były to budynki PGR-u, tak, możemy przenocować w stodole. Możemy też kupić obiado-kolację w ich stołówce.

Podczas kolacji mój kolega zaczął wygłaszać dość radykalne uwagi na temat rolnictwa, a PGR-ów w szczególności, co nie zjednało nam sympatii zebranych.
Na efekty nie trzeba było długo czekać – gdy obudziliśmy się rano, nasz kajak zniknął.

Nie pomogły prośby ni groźby – jaki kajak? – wszyscy dookoła udawali naiwnych.
Jedyne co uzyskaliśmy, to pożyczenie roweru, na którym mój kolega pojechał zgłosić kradzież na milicję.
W tym miejscu zdradzę tajemnicę…
Gdy przyszło do jazdy na milicję, powiedziałem koledze żeby to on jechał, mnie boli noga.
Prawda była taka, że ja nie potrafiłem jeździć na rowerze.
Skąd miałem potrafić?
Chyba tylko jeden kolega w mojej klasie miał rower.
Niektórzy (w tym mój towarzysz) mieli ojców, którzy mieli rowery.
A reszta?

Kolega pojechał, a ja kręciłem się bezmyślnie po okolicy, próbowałem szukać jagód.
W lesie spotkałem jakąś życzliwą panią, która pokazała mi, gdzie został ukryty nasz kajak.

Kolega wrócił. Zdecydowaliśmy zostać tu jeszcze jedną noc. Tuż przed kolacją wyciągnęliśmy kajak z ukrycia. Pracownicy PGR udawali, że niczego nie zauważyli.
Na wszelki wypadek na noc wciągnęliśmy kajak do stodoły.

Następnego dnia powiosłowaliśmy dalej, ale jak tylko odbiliśmy od brzegu, ogarnęła nas taka złość na ten PGR, że zapałaliśmy żądzą zemsty.
W sytuacji, w jakiej się znajdowaliśmy, nasza zemsta mogła być tylko jedna – złapać którąś z PGR-owskich kaczek, które beztrosko pływały przed naszym kajakiem.
Nie było to takie proste, o mało się nie wywróciliśmy, ale w końcu wciągnęliśmy do kajaka chyba najbardziej wychudzoną kaczkę. Na dodatek, zanim ukręciliśmy jej łeb, napaskudziła nam do kajaka.

Zbliżaliśmy się do Węgorzewa – rożek jeziora Mamry, jezioro Święcajty.
Po pierwsze wypatrzyliśmy jakieś zabudowania i zapytaliśmy o możliwość noclegu w stodole.
Gospodyni była bardzo sympatyczna, więc spytaliśmy o przepis na usmażenie kaczki. Podstawowy składnik, o jakim wspomniała to smalec, powiosłowaliśmy więc do sklepu w Węgorzewie.

Był ogromny upał i zanim wróciliśmy do naszej bazy, smalec zupełnie się roztopił. Resztę dnia spędziliśmy na znęcaniu się nad zwłokami kaczki. Trochę usmażyliśmy, trochę upiekliśmy, ugotowaliśmy nawet rosół. Myślę, że była to wystarczająca pokuta za ten bezmyślny akt kradzieży.

Po dwóch dniach kaczkowania powiosłowaliśmy z powrotem do Giżycka.
Kolejny etap – Mikołajki.
Najpierw przecięliśmy jezioro Niegocin. Na środku poczułem jego potęgę i kruchość naszego kajaka. Świadomość, że mój partner nie umie pływać, zaczęła mi ciążyć.
Wreszcie dotarliśmy do południowego brzegu, a tam czekał na nas szereg uroczych jeziorek – Boczne, Łagodne, Tałtowisko.
To ostatnie praktycznie przefrunęliśmy, pchnięci potężnym podmuchem wiatru.

Źródło Google Maps.

Przenieśliśmy kajak na ostatni odcinek wiosłowania – jezioro Tałty, ale rozszalała się tak mocna burza, że zatrzymaliśmy się przy najbliższych zabudowaniach, czyli w osadzie Tałty.

Zapukaliśmy do drzwi pierwszego gospodarstwa. Gospodarz przyjął nas niezbyt chętnie.

Ponieważ zakładaliśmy, że dojedziemy do Mikołajek, nasze zapasy jedzenia były minimalne – płatki owsiane, kilka opakowań rosołu, słoik dżemu.
Nasz gospodarz poinformował nas, że w Tałtach nie ma sklepu spożywczego, a do Mikołajek 6 km. On może sprzedać nam jutro trochę mleka.
Zadowoliliśmy się rosołem z płatkami na obiad i płatkami z dżemem na kolację.

Następnego dnia lał rzęsisty deszcz. Przeszliśmy się po wsi, żeby sprawdzić, czy można dostać coś do jedzenia. Nasz gospodarz mówił prawdę, nie można było.
Przy okazji zaskoczenie, we wszystkich domach, do których zapukaliśmy, mieszkańcy rozmawiali ze sobą po niemiecku.
Mój towarzysz aż się gotował ze złości.
Po powrocie do bazy zgłosił swoje pretensje naszemu gospodarzowi.
– Ech, nie zawracajcie głowy – odpowiedział gospodarz – my jesteśmy Niemcy i chcemy wrócić do Niemiec. Dlatego te gospodarstwa takie zaniedbane. To Polska przewleka sprawę i wszyscy się tu męczymy.
Zamknął nam drzwi przed nosem.

Nie było wyjścia, pomaszerowaliśmy do Mikołajek.
Miasteczko wyglądało jak wymarłe. Zjedliśmy obiad, kupiliśmy trochę owoców i konserw w puszce i wróciliśmy do Tałt.
Cały następny dzień lało i przesiedzieliśmy go w stodole, czytając zebrane odcinki Ucieczki na Południe.
Kolejnego dnia deszcz nieco ustał, za to wiał silny wiatr, ale zdecydowaliśmy się na powrót do Giżycka.
Przeprawa przez szereg niewielkich jeziorek była miłym urozmaiceniem, ale gdy wpłynęliśmy na jezioro Niegocin, miny nam zrzedły. Nasz kajak nie miał szans na falach jak góry wodne.
Jedyne wyjście to płynąć wzdłuż brzegu, co oznaczało znacznie dłuższą drogę i borykanie się z bocznymi falami.

Późnym wieczorem dotarliśmy do celu, gdzie przywitano nas jak bohaterów, gdyż tego dnia nikt nie odważył się wypłynąć na jezioro.

Powrotu autostopem do Kielc już nie pamiętam.
Wydaje mi się, że autostop jako masowa akcja nas rozczarował.
W kolejnych latach kupowałem na wszelki wypadek książeczkę autostopu, ale korzystałem z niej tylko dorywczo, na jednoodcinkowych etapach.

Jastarnia (6)

Jacek Krenz

Kino „Żeglarz”

Kultowe Kino „Żeglarz” nadal istnieje,
prowadzone przez rodzinę pasjonatów,
dzięki którym oparło się wszechobecnym
multipleksowym trendom

Kino było ważnym miejscem naszych wakacyjnych przeżyć i wzruszeń, poszerzającym naszą wyobraźnię o świat poza codziennością. Westerny przenosiły nas w rozległe prerie, skaliste wąwozy Dzikiego Zachodu, gdzie honor przeciwstawiał się złu. Stawaliśmy się odważnymi kowbojami i Indianami. W wakacyjnym repertuarze były głównie westerny (Rio Bravo, 15:10 do Yumy, Człowiek, który zabił Liberty Valance’a, Siedmiu wspaniałych, czeski pastisz Lemoniadowy Joe) i francuskie filmy przygodowe z Delonem i Belmondem (Trzech muszkieterów, Człowiek z Rio). Oglądaliśmy je po kilka razy, już bez kupowania biletów, kiedy udawało nam się wślizgnąć przez kotarę zasłaniającą drzwi wyjściowe, otwarte dla koniecznej wentylacji sali. Czasem czekaliśmy na odpowiedni moment w toalecie, do której drzwi były obok ekranu. Nad drzwiami widniała sentencja: Godziny, lata płyną, lecz cóż, wiecznie młode jest kino.

Chłopaki wchodzili czasem z butelkami, powiedzmy, że była to oranżada albo lemoniada, które po opróżnieniu turlały się z rumorem po drewnianej pochyłej podłodze ku ekranowi. Jedna z naszych dziewczyn dorównywała im lżejszym kalibrem, puszczając piłeczkę ping-pongową w ślad za butelkami.

Filmy znaliśmy na pamięć, po wielokrotnym ich obejrzeniu, więcej uwagi poświęcaliśmy grom towarzyskim.

Muzyka

Przy stacji benzynowej stał drewniany barak, pełniący rolę świetlicy zwanej „Tancbudą”. Koncert „Czerwono-Czarnych” w 1962, w roku ich debiutu, zgromadził tłumnie całą wakacyjną młodzież. Karin Stanek śpiewała swoje przeboje: Malowana lala, Autostop i Chłopiec z gitarą. Śpiewali też Michaj Burano, Katarzyna Sobczyk i chyba Helena Majdaniec. Było głośno i duszno, a taki ścisk, że gdy udało mi się wspiąć, by zobaczyć scenę, przestałem już dotykać stopami podłogi, utrzymywany wyżej przez widzów wokół mnie. Nowa, niezwykle dynamiczna muzyka rockowa, big-beatowa porwała wszystkich. Tak bardzo odbiegała od sączonych całymi dniami z głośników radiowęzła śpiewów Tercetu Egzotycznego, ze wzruszającym Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu, Marii Koterbskiej Karuzeli, na zmianę z włoskimi przebojami Marin Marino Mariniego, Mamma son tanto felice Robertina Loretti czy Questa piccolissima serenada, którą śpiewał Teddy Reno.

Nieco lepszy repertuar niż z radiowęzła grał zespół pana Monety do tańca na five’ach i dancingach w Domu Zdrojowym.

Czerwono-Czarni na Festiwalu Piosenki
w Sopocie 1964

Karin Stanek śpiewała:

Tato, kup mi dżinsy-spodnie,
Tato, będzie mi wygodnie,
Tato, wszyscy mają dżinsy,
Kup je mi!

Prośba ta wyrażała marzenia tysięcy polskich nastolatków o spodniach-symbolu zachodniego stylu życia, ale była trudna do spełnienia. Były wprawdzie podobne spodnie z tak zwanego „teksasu”, lecz to nie było to! Cudem zdobyte oryginalne dżinsy rozpruliśmy z braćmi na części, a mama wykorzystała krój do uszycia nam dżinsów z płótna żaglowego. Farbowaliśmy je na różne odcienie niebieskiego. Płótno zdobywaliśmy od rybaków, którzy kupowali je na przydział do łodzi. Koledzy wypraszali takie dżinsy u naszej mamy i trudno jej było sprostać zamówieniom, tylu było chętnych. Założyliśmy z braćmi zespół big beatowy w składzie trzech braci Krenzów + Leszek Weres (trzy gitary i perkusja) i nazwaliśmy go „Blue Jeans”.

Pewnego razu wsiedliśmy do stojącego na stacji pociągu towarowego, który po chwili ruszył w kierunku Redy. We Władysławowie pociąg zwalniał na ostrym zakręcie na południe i wtedy z łatwością wyskoczyliśmy. Poszliśmy w kilka par na five do „Domu Rybaka”. Atrakcję stanowiła tam fontanna z figurą rybaka ustawiona na środku kręgu tanecznego. Mocno to jednak odbiegało od ulubionej atmosfery naszych tańców w Jastarni.

Wracaliśmy po północy autostopem ciężarówką z otwartą paką. Usadowiliśmy się pośród jakichś metalowych urządzeń i śpiewaliśmy wesoło przez całą drogę. Nazajutrz nie było już nam tak wesoło, gdy okazało się, że dziewczyny pobrudziły sobie sukienki czarnymi smarami, a pranie wtedy nie było takie proste.

Jastarnia (5)

Jacek Krenz

Lata 60

Słoneczne dni spędzamy na plaży. Wylegujemy się w grajdołach – powieści, opowieści, dowcipy przeplatają się leniwie. Gadamy, czytamy, gramy w karty. Co pewien czas wskakujemy do zimnego zwykle Bałtyku. Najwięcej zabawy jest ze skakaniem na sztormowe fale, trzeba jednak uważać, by cofając się, nie wciągnęły w głąb. Nie lada wyczynem było dopłynięcie przy sporych falach na oddaloną od brzegu mieliznę, bo tuż przed nią silny prąd odpychał, utrudniając wejście na łachę piasku.

Lata 60 to już czas licealny. Beztroskie zabawy, figle i przekomarzania ustępują teraz poważniejszym rozmowom o książkach, filmach, o sztuce. Czytaliśmy też prasę, która wtedy była naprawdę ciekawa: „Świat Młodych”, „Poznaj Świat”, „Szpilki” z felietonami Toeplitza i rysunkami Mai Berezowskiej, „Forum” z fragmentami artykułów ze świata, no i „Przekrój” z komiksowym Panem Filutkiem i krzyżówką na ostatniej stronie. Z poważniejszych tygodników kupowało się „Kulisy”, „Film” i „Kulturę”. Należałem wtedy do Kółka Historii Sztuki w poznańskim Zamku. Mieliśmy więc z Iwoną wspólne zainteresowania, zwłaszcza że szykowała się na studia na Wydziale Historii Sztuki na Jagiellonce. Zachwycaliśmy się Barbarzyńcą w ogrodzie Herberta, malarstwem Jacka Malczewskiego. Lubiłem szczególnie jego Krajobraz z Tobiaszem, gdzie wyłaniająca się zza wzgórza wąska linia szczytu dachu zapowiadała ukryty świat. Obraz W tumanie, z grupą wirujących postaci na spokojnym tle melancholijnego pejzażu, za każdym razem odsłaniał coś nowego, czego wcześniej jakby nie dostrzegłem. Byłem poruszony, gdy Iwona zapoznała mnie ze Swietłaną i Jolą Malczewskimi, które podobno były jakoś z malarzem (malarzami, bo był przecież i Rafał) spokrewnione.

W gorszą pogodę graliśmy w karty w sali brydżowej Domu Zdrojowego. Spotykaliśmy się w kawiarni „Cichy Kącik” na rozmowy przy kieliszku wermutu Istra Bitter Sherry.

Odwiedzali mnie też wtedy moi szkolni koledzy. Do najbliższego mi przyjaciela Michała Ozdowskiego, dołączyli Romek Gabryel, Paweł Moś i Włodek Kaftański. Zmienił się zestaw naszych lektur. Czytaliśmy Salingera Buszującego w zbożu i Fanny i Zoe, i oczywiście Hemingwaya Ruchome święto, Pożegnanie z bronią i Za rzekę w cień drzew. Odkryciem okazał się też T.S. Eliot. Mama Krzysztofa, Krystyna Starczewska, wiedząc o moich zainteresowaniach, pożyczyła mi biografię Suzanne Valadon, o której tak czule pisał jej syn, Maurice Utrillo:

Tak się zwie moja matka, równie
piękna jak dobra, szlachetna i miła,
wszelkie ma zalety, jakie tylko są,
i jeszcze Bóg talentu natchnienie jej zsyła.

Pierwsze radio tranzystorowe przywiózł kolega Jurka, niejaki Mądry, po pobycie w Anglii. Mógłby też nazywać się Majętny, bo przyjechał wspaniałym motorem Victoria, równie czerwonym i opływowym w kształtach jak jego radio, które chętnie nam pożyczał. To dzięki niemu mogliśmy wysłuchać patetycznego Koncertu e-moll na fortepian i smyczki (Malédiction) Franciszka Liszta, który na sztormowej plaży brzmiał szczególnie wspaniale.

Z moim bratem Jurkiem i Krzysztofem chodziliśmy rysować i malować morskie tematy w porcie. Braliśmy od Jurka radio tranzystorowe, by słuchać muzycznego Radia Luksemburg ze słynną listą Top Twenty. Na pierwszym miejscu zwykle wtedy byli Beatelsi, za nimi Roy Orbison z Pretty Woman, The Animals, The Shadows, Dave Clark Five, Bob Dylan, The Kinks… Jeszcze w czasie roku szkolnego udało mi się zaprenumerować „The New Musical Express”. Przed wakacjami przekierowałem prenumeratę na adres w Jastarni, dzięki czemu mieliśmy najświeższe wiadomości z muzycznego świata.

Raz po raz jakimś cudem udawało nam się wykorzystać jakąś szczelinę w żelaznej kurtynie, oddzielającej nasz zgrzebny świat od tego kolorowego, zachodniego, który jakoś zupełnie nie kojarzył nam się ze „zgnilizną”, jak usiłowała nam to wmówić propaganda. Trafiały do nas takie atrakcje jak: para dżinsów cudem zdobyte gdzieś chyba przez Jurka, czerwone obiekty Mądrego czy wspomniany „The New Musical Express”. O ofercie darmowej prenumeraty tego tygodnika muzycznego dowiedziałem się z Radia Luxemburg; przychodził pocztą regularnie, wysyłany gdzieś ze Szkocji. W konsulacie amerykańskim w Poznaniu, jak się cierpliwie wyczekało, można było dostać egzemplarz czasopisma „Ameryka”, z pocztówką gramofonową w środku.

Jurek

Do wędkowania musieliśmy się przygotować dzień wcześniej, kopiąc robaki na łące. Wbijało się łopatę i poruszało, tak by wypłoszyć gąsienice na wierzch. Okonie i płocie najlepiej brały przy kamieniach portowego falochronu. Wędkarzom można wierzyć lub nie, ale raz zdarzyło mi się złowić całe wiadro ryb w ciągu godziny. Była wspaniała uczta, bo świeże ryby zaraz po złowieniu smakują najlepiej.

Koło południa ubieraliśmy się i schodziliśmy z plaży do miasta na lody, na smażoną rybę, no i żeby kupić bilet do kina na wieczorny seans. Pensjonat „Oaza” serwował najlepsze na świecie panierowane filety z dorsza. Ponoć polegało to na całonocnym moczeniu ich w mleku. Dla ochłody sprzedawano na ulicy, z saturatora na kółkach, wodę z sokiem, serwowaną w szklankach, ledwie spłukiwanych i mało higienicznych.

Wspomnienia o Maryli (11)

Magdalena Ciechomska

Moje dyskusje z Marylą, nie licząc rozmów na tematy rodzinne, dotyczyły w zasadzie dwóch zagadnień: feminizmu i wiary w Boga. Tu od początku trwał proces uzgadniania zbieżności i rozbieżności poglądów. Pierwsza rozbieżność dotyczyła sprzątania i zmywania naczyń. Maryla początkowo traktowała te prozaiczne, codzienne czynności jak symbole kobiecej opresji i starała się je kontestować. Nie znaczy to, że uchylała się od sprzątania, ale prace te, zwłaszcza mycie naczyń (ręczne, bo zmywarki w końcu lat 90 ubiegłego wieku były w Polsce ciągle trudno dostępnym luksusem) traktowała z wyraźną niechęcią i starała się wykonywać je jak najrzadziej. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu, ja z mężem i Maryla na parterze, moi teściowie – na piętrze. Były to dwa osobne mieszkania, jedno z nich dzieliliśmy, ja i Tadek, z Marylą. Oczywiście wszyscy troje uznaliśmy ten stan za przejściowy i szybko zaczęliśmy planować remonty, a także modernizację domu. Efektem tego było podjęcie decyzji o wyjeździe i pracy za granicą, co Maryla potraktowała w końcu jako sposób na życie, a ja tylko na zarobienie większych pieniędzy.

Moje i Maryli kryteria dotyczące porządku w domu znacznie się różniły. Podczas gdy ona nie przejmowała się tym zanadto, ja miałam poczucie obowiązku młodej gospodyni i pani domu. Nie znaczy to, że wszystko wzięłam na siebie, o nie, mój mąż nigdy nie uchylał się od prac domowych. Zresztą, często powtarzałam wtedy, że umiejętność radzenia sobie z utrzymaniem porządku jest naprawdę jedną z podstawowych, a jej brak świadczy nie tyle o wyzwoleniu z opresji, co o zwykłym życiowym kalectwie. Maryla prędko dostała możliwość zweryfikowania swoich teorii, gdyż w Berlinie, na początku, jedyną dostępną pracą okazało się sprzątanie, a poza tym przekonała się, że mieszkając u kogoś nie można pozwolić sobie na bałaganiarstwo. Jej marzeniem było samodzielne, własne mieszkanie, w którym będzie się czuła w pełni swobodnie. Gdy wreszcie wprowadziła się do tego mieszkania, sama wiedziała już, jak trzeba dbać o porządek. Bez ideologii.

Zagadnienie podziału obowiązków domowych rzecz jasna nie wyczerpywało tematyki feministycznej, wokół której toczyły się nasze dyskusje. Oczywiście dużo rozmawiałyśmy o problemie aborcji, antykoncepcji, ale też o macierzyństwie, o tym, czym jest ono dla kobiety. Maryla nie widziała siebie w roli matki, jej sprzeciw powodowała perspektywa podporządkowania się wymaganiom związanym z opieką nad dzieckiem. Widziała natomiast, na przykładzie swojej mamy oraz innych kobiet, których życie upłynęło w PRL-u, jak w praktyce wyglądało ówczesne „równouprawnienie”. Była w niej jakaś odraza do całej rzeczywistości tamtego życia. Myślę, że chciała uciec od niego jak najdalej. Tak, jakby ten kierat, w jaki wprzęgła kobiety socjalistyczna, zgrzebna rzeczywistość, uważała za istotę zniewolenia przez komunę. Chyba długo nie rozumiała kobiet, które rezygnowały z podejmowania innych ról życiowych, poświęcając się macierzyństwu i rodzinie. Zwykle dopiero po dłuższej dyskusji przyznawała, że to także może być uprawniony, wolny wybór, nie wymuszony okolicznościami. Nie potrafię do końca ocenić, jak wpłynęła na jej poglądy nasza sytuacja, rodziców niepełnosprawnego dziecka, pokazująca dobitnie, do jakiego stopnia rodzicielstwo może przeorganizować całe życie. Na pewno nie zmieniła swych poglądów zasadniczo. Maryla pozostała sobie wierna. Wiem jednak, że w ostatnim czasie bywała krytyczna wobec niektórych feministek, przede wszystkim tych dość radykalnie kwestionujących wartość macierzyństwa i rodziny.

Kolejny nasz ulubiony temat to problemy wiary w Boga, religii, Kościoła katolickiego. Oczywiście Maryla ostro przeciwstawiała się patriarchalnej, konserwatywnej i mizoginicznej postawie kleru. Wychowana w dość tradycyjnej, katolickiej rodzinie, buntowała się przeciwko wizerunkowi Boga, który przedstawili jej rodzice. Nigdy jednak nie przekroczyła granicy ateizmu, nie stała się obojętna. Tym, co nurtowało ją stale, było powracające pytanie: unde malum? Pamiętam, jak opowiadała mi o swojej pracy w berlińskim szpitalu neurologicznym. Pracowała w szpitalnej kartotece. Przez jej ręce przechodziła dokumentacja chorych na SM, nieraz ludzi młodych, dwudziesto- trzydziestoletnich. Ich los odbierała jako przykład jakiejś absurdalnej niesprawiedliwości. Gdy o tym mówiła, wyczuwałam w jej głosie silne emocje. W podobny sposób reagowała na historie dzieci umierających na choroby nowotworowe. Dla niej był to egzystencjalny absurd, który kazał wątpić w Boga, w Jego sprawiedliwość.

Nigdy nie nadawałam szczególnego znaczenia tak zwanym datom granicznym, ale teraz uświadamiam sobie, że dla naszej rodziny lata przełomu milenijnego były wyjątkowe. W 1998 roku zmarł mój teść, pół roku później, w lutym 1999, mój ojciec. W 2001 odeszła teściowa. Jednocześnie w tle tych wydarzeń, od roku 1997, trwało odkrywanie autyzmu naszego syna, diagnozowanie, poszukiwanie terapii, miejsca w przedszkolu integracyjnym, potem w szkole… Śmierć najbliższych pozostawia w nas ślady, rana goi się powoli, blizna zostaje na zawsze. Ja zaczęłam wtedy stawiać sobie pewne pytania od nowa. Czy Maryla robiła to samo, w tym samym czasie? Nasze rozmowy były coraz dłuższe. Wtedy Maryla zaczęła częściej chodzić do kościoła. Wiem, że to zdanie wygląda trochę naiwnie. Ale ona od tego czasu chodziła do kościoła systematycznie. I to była jej autentyczna potrzeba.

Utopia Dziecka Komuny

Lech Milewski

To ja, w środku, w górnym rzędzie.
Warszawa, rok 1956. Za nami Pałac Kultury i Nauki, który jeszcze wtedy oficjalnie nosił imię Józefa Stalina.
Wycieczka szkolna do Warszawy, na czele nasz nauczyciel rosyjskiego.

Moja matka, moja rodzina, praktycznie całe nasze otoczenie, było przeciwne komunizmowi.
Jednak, chcąc tego czy nie, zostaliśmy wciągnięci w rytm życia PRL.
Inna sprawa, że komunizm, jakiego doświadczyliśmy był jak to zdjęcie – iglica ucięta, ostre krawędzie przytępione.

W rezultacie, 60 lat po tej wycieczce, pisząc swoje wspomnienia na blox.pl, zatytułowałem je Dziecko Komuny.

Dzisiaj pozwolę sobie zrekonstruować epilog tych wspomnień.

Komuna zniknęła, przyszedł więc również czas na Dziecko Komuny.
Jak tu zacząć kończyć?
Od podziękowań, najlepiej chronologicznie.

Pierwsze podziękowanie złożyłem w pracy, w dzień po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Zaraz potem odszukałem w internecie Ruth L., tę, która pomogła mi znaleźć pierwszą pracę w Australii. Kilka miesięcy później miałem przyjemność podziękować jej osobiście.

Wehikuł czasu ——————————————————————————-
Już drugiego dnia po przylocie do Melbourne skontaktowałem się z agencjami zatrudnienia informatyków. Odbyłem kilka interview. Przebieg był zawsze taki sam.
Agent niedbale przerzucał moje dyplomy akademickie i świadectwa pracy (a były tam takie instytucje jak FSO, LOT, Kuwait University).
– A czy masz jakieś doświadczenie pracy w Australii?

Przecież wspomniałem na początku, że do Australii przyjechałem dopiero wczoraj.
– Ach tak, oczywiście, oczywiście…
Agent z obojętną miną przerzucał moje dokumenty.
Świetnie, Lech, świetnie. Na pewno coś dla ciebie znajdziemy. Zadzwonimy do ciebie za kilka dni.
Po tygodniu ogarnęła mnie rezygnacja, postanowiłem spróbować w Sydney.
To samo, już w połowie dnia zrezygnowałem, czekałem na przystanku na autobus na lotnisko. I tam, na sąsiednim budynku zauważyłem tabliczkę agencji zatrudnienia. Znalazłem numer telefonu w gazecie, zadzwoniłem.
Odebrała jakaś pani, zasadniczo mają przerwę na lunch, ale skoro jestem u ich drzwi, to proszę wejść.
Wspinałem się po starej klatce schodowej i w górze słyszałem stukanie maszyny do pisania przerywane przekleństwami – cholera, psia krew.
Wreszcie dotarłem do biura – dzień dobry – pozdrowiłem agentkę.
Oops, I am sorry, but the only Polish words I know are swearings I learned from my Jewish grandmother.
Opowiedziałem jej swoje doświadczenia z agencjami.
To oczywiste – wyjaśniła. Agent musi mieć asekurację na wypadek, jeśli pracodawca nie będzie z ciebie zadowolony. Świadectwa z USA, Anglii, te może coś znaczą. Ale Polska, Kuwejt… odpada.
Ruth, to co ja mam robić? Zaczynać jako pomocnik w kuchni?
Ty jesteś w porządku, ja dam ci bardzo dobre referencje.
Zadzwoniła do agenta w Melbourne i za dwa dni miałem pracę.

———————————————————————————————–
Australię często nazywają krajem drugiej szansy. Jestem przykładem słuszności tej nazwy

Nawet moje szkolne marzenie – żeby wziąć udział w Olimpiadzie w Melbourne – w jakiś sposób się spełniło. Brałem udział w biegu, którego meta była na stadionie olimpijskim – MCG. Spełniły się również jeszcze wcześniejsze, dziecinne sny o śnieżnych wędrówkach narciarskich. Odkryłem narciarstwo biegowe i uczestniczyłem w maratonach narciarskich w 17 krajach. Ostatnim był Bieg Piastów.

Poniżej wyścigi w Australii – w słońcu i podczas śnieżycy.

Los był tak skrupulatny, że spełnił moje zawodowe tęsknoty z Kuwejtu – opracować ciekawy system komputerowy na komputerze Univac. Był to system sterowania wymianą części w samolocie.
Nawet taki kaprys jak napisanie opowiadania po angielsku zaowocował wymierną nagrodą – polska wersja TUTAJ.
Dziękuję Ci, Australio, przyjęłaś mnie jak swoje naturalne dziecko, a nawet dużo lepiej.
Obawiam się jednak, że nie odpłaciłem pięknym za nadobne. Zadowoliłem się drobnymi efekciarskimi sukcesami, a zaniedbałem bardziej wymierne talenty. W którymś momencie moje zarobki osiągnęły całkiem przyzwoity poziom. Kolega w pracy spytał:
– Akcje czy nieruchomości?
– Ani jedno ani drugie.
– Bardzo niedobrze – spojrzał na mnie ze smutkiem – praca i zarobki z niej są tylko środkiem do celu.
– A co jest celem?
– Żeby to pieniądze na ciebie pracowały. 24 godziny na dobę. Ty sobie śpisz a twój kapitał rośnie.

Zasmuciłem się. Więc moja praca, która daje mi tyle radości, i która jest ceniona przez wiele osób, jest mniej ważna niż jakiś automat do pomnażania kapitału. To był niewątpliwie wpływ komuny. Przez długie lata starano się wpoić ludziom przyzwyczajenie aby pracować 8 godzin, a potem mieć czas na rekreację, kulturę, zabawę.
Któregoś dnia nasz syn Michał, po powrocie ze szkoły poprosił, żebym wyszedł z nim na spacer. Zdecydowanym krokiem zaprowadził mnie na sąsiednią ulicę i pokazał świeżo postawiony płot.
– Tatusiu, ten płot zbudował tatuś Simona.
– Całkiem ładny płot – odpowiedziałem czując już co się święci.
– Tatusiu, a czy ty tutaj coś wybudowałeś?
Uśmiechnąłem się z zażenowaniem. Wskazałem lecący nad naszymi głowami samolot.
– Widzisz ten samolot? On leci bezpiecznie, bo ja opracowałem system, który pilnuje, żeby żadna część się nie popsuła podczas lotu.
Po minie Michała widziałem, że to żaden argument.
Przypomniały mi się rozważania w okresie zakładania rodziny – komuna przetrwa jeszcze setki lat, a my, polska rodzina, przetrwamy komunę.
W takich warunkach odpowiedź na pytanie Michała byłaby prosta – mógłbym zaprowadzić go na cmentarz, na groby przodków, którzy żyli w czasach caratu, w czasach okupacji. Nasze życie było tylko kontynuacją.
Ale co odpowiedzieć, kiedy przetrwanie komuny okazało się fraszką? Ale co odpowiedzieć w Australii, gdzie nie odwiedza się grobów?
Jakąś odpowiedzią byłoby zbudowanie solidnej bazy finansowej dla rodziny i ukierunkowanie dzieci, aby to kontynuowały. Tak właśnie zrobiło wiele osób będących w podobnej sytuacji jak ja.
Osiągnęli sukces, a startowali z dużo gorszej pozycji niż ja.
Jestem jednak pewien, że żadne z nich nie nazwałoby siebie dzieckiem komuny.
Wydaje mi się, że życie w PRL, szczególnie w latach stalinowskich, spowodowało u mnie spore pomieszanie życia na jawie z marzeniami.
W moim przypadku zaowocowało to z jednej strony dużą dozą satysfakcji i zadowolenia z siebie, z drugiej strony nie dawałem chyba poczucia pewności i stabilizacji osobom ze mną związanym.

Na koniec wpisu potop. Nie, nie mam na myśli powiedzenia – po mnie potop. Moje utopie utopiły się już w połowie mojego życia. Od tego czasu płynę, jak bohater poniższej piosenki…

https://www.youtube.com/embed/zLJMUQVfzCI

Lao Che Hydropiekłowstąpienie

P.S. Cały blog Dziecko Komuny został zarchiwizowany w WordPress – TUTAJ.

Jastarnia (3)

Jacek Krenz

Kapliczka, dawna szkoła i stodoła – królestwo naszych dziecięcych zabaw.
Szkołę i kapliczkę ufundowała Urszula Przebendowska w 1755 r. – rys. J. Krenz

Świat dziecięcych zabaw

Po plaży, po południu toczyły się zabawy i opowieści koło domu pod rozłożystym kasztanowcem białym, który został posadzony w 1897 roku przez Walentego Strucka, mieszkańca Jastarni-Boru; dziś jest pięknym pomnikiem przyrody.

W sąsiedztwie, przy ulicy Rybackiej, jest dawny budynek szkoły, w którym mieszkał dyrektor Alfons Groenwald z rodziną. To on rozpoczynał nauczanie jastarnieńskich dzieci po wojnie, słabo lub wcale nie znających języka polskiego. Przyjaźniliśmy się z jego sympatycznymi córkami Oleńką i Hanią oraz młodszym Tadziem. W stodole, na poddaszu, mieliśmy swoje królestwo, gdzie razem z nimi i moimi braćmi bawiliśmy się całymi dniami, zwłaszcza gdy padał deszcz. Czasem do późna wystawaliśmy z Wojtkiem w warzywniaku pod oknem dziewczyn szykujących się do spania i czas płynął na przekomarzaniach i figlach.

W głębi chata i kasztanowiec, w pierwszej linii letnicy i miejscowi; autor – pierwszy po lewej

Wojtek podkochiwał się w Oleńce. Do sąsiedniej przysadzistej chaty pana Hebla przyjeżdżały z mamą panny Sommerówny, Joanna, Marysia i najmłodsza Elżbieta. Czasem wpadał też ich najstarszy brat Wojtek, którego żona znana była potem z ekranów telewizyjnych, jako Chmurka, prezenterka pogody. Marysia, nazywana przez nas Kajakiem, stała się kolejnym obiektem równie nieszczęśliwych westchnień mojego brata Wojtka.

Przygody

Z najwcześniejszego dzieciństwa pamiętam słoneczne dni na plaży z zabawami na brzegu morza. Brodzenie w przyboju fal, meduzy poruszające się w przejrzystej wówczas toni, małe flądry pływające przy karbowanej powierzchni dna, tamy i zamki z piasku, skrzypiący dźwięk piasku pod stopami. Szczególnie lubiłem przesypywać bialutki piasek z jednej piąstki do drugiej.

W miarę dorastania świat wakacyjnych przygód poszerzał się. Chodziliśmy do portu, gdzie było mnóstwo atrakcji z łowieniem ryb, pływaniem bączkiem, przyglądaniem się przybijającym do nabrzeża statkom żeglugi, jachtom i łodziom rybackim. Szczególny zachwyt budził żaglowiec „Generał Zaruski”, przywodząc marzenia o dalekich morskich podróżach. Z wieżyczek latarni na końcach falochronów, wytyczających tor do portu, obserwowaliśmy to wszystko z góry.

Pewnego poranka w porcie przy pawilonie LOK-u byłem świadkiem dziwnej sceny: na trawniku jakiś mężczyzna leżał z tabliczką z napisem STRAJK. Okazało się, że to kucharz z ośrodka żeglarskiego. Po kilku godzinach przyjechał na rowerze milicjant z Helu i go zwinął.

Chodziliśmy do pobliskich bunkrów obronnych z czasów II wojny, najczęściej do tego, który położony był na szczycie wydmowego wzniesienia, z kręgiem dawnego stanowiska ogniowego. Z trudem wdrapywaliśmy się na górę, ale warto było, bo roztaczał się stamtąd widok wokół na morze, zatokę i zalesiony półwysep z latarnią morską, wieżą kościoła i zabudowaniami Jastarni.

Dalej, za Juratą w stronę Helu, wchodziliśmy potajemnie na teren wojskowy, gdzie było mnóstwo jagód, borówek i grzybów, których nikt nie zbierał. Chłopacy z Jastarni zbierali tam nie tylko jagody… Znalezioną amunicję przeciwlotniczą wykorzystywali do ryzykownych zabaw polegających na uruchomieniu zapalnika i wrzuceniu po chwili do zatoki, co wywoływało wysokie gejzery wodne. Był to swoisty sposób łowienia ryb, łączący niebezpieczne z pożytecznym.

W przeciwnym kierunku, w stronę Kuźnicy, chodziliśmy na jeżyny bujnie rosnące po stronie zatoki. Na wydmach przy plaży zachowały się bunkry z grubego betonu. Przez szczeliny strzelnicze można było obserwować morze, a czasem też amatorki szczególnie dokładnego opalania na dzikiej plaży. Heniek nie patrzył, nie musiał, bo dostał od wujka marynarza długopis z obrazkiem kobiety, która przy odpowiednim nachyleniu pokazywała się bez ubrania.

Trochę dalej w kierunku Kuźnicy było wzniesienie na wydmach, zwane Lubekową Górą. Był na niej krzyż upamiętniający morską katastrofę, kiedy zatonął statek. Jeszcze dalej przed samą Kuźnicą znajdował się nowoczesny dom wakacyjny Andrzeja Łapickiego.

Opuszczaliśmy Jastarnię w ostatnie dni sierpnia. Mama dzień wcześniej kupowała bilety. Zdarzyło się raz, że jej niesforne chłopaki poszły pożegnać się z morzem i wrócili pod koniec dnia już po odjeździe pociągu, by w ten sposób przedłużyć pobyt w wakacyjnej krainie.