Jak się z lasem spotkałem blisko
oko w oko
to ukłoniłem się nisko
i poprosiłem: Wasza Wysokość
Drogi przyjacielu Lesie,
i Ty Modrzewiu
co się mienisz
złotem
Jest już wrzesień
i na jesień
wszyscy mamy ochotę
Taką złotą
Dlatego Lesie spraw jesień
Niech brzozom
ozłoci ręce
Niech dęby zaczerwieni więcej
Niech zrzuci miedziane kasztany
bo w kasztanach jest co drugi
zakochany
tak się błyszczą
jak klejnoty
w słońcu
potem Lesie możesz jesień
zakończyć…
choć ona
jeszcze sama
nim zakończy ten melodramat
liście ma zrzucić brzozom
i słotą nas długo nudzić
aż chłodną dłoń poda
mrozom
i odejść i kiedyś wrócić
24.11.2020
Życie
Życie
tańcem na linie
ufasz jej,
sercem
płacisz
póki liny
nie zginiesz
nie ufasz
serce tracisz
Grudniowy poranek, cichy jak noc betlejemska… Warszawa.
Sobotni poranek 5 grudnia. Wracałem autem po nocnym dyżurze. Na moście było zupełnie pusto, mogłem bardzo zwolnić i robić zdjęcia…
jeszcze śpisz Warszawo
świt, sobota rano
dumnie napiętym
mostem świętokrzyskim
jadę do domu
wracam już po wszystkim
w dali Dobra, Solec
garść świateł miasta
pstryk
wszystkie zielone
i słońce na moście
czy można witać serdeczniej i prościej
I ciąg dalszy, nadesłany kilka dni później:
Grudniowa piosenka
śpij Warszawo
rano, w sobotę
noc minęła i jest
po wszystkim
czas już mostem
do domu
z powrotem
a most jest Świętokrzyski
wracam…
w dali
garść świateł
ulic Dobrej
i Solec
a zielono
jak latem
bo
wszystkie
światła
zielone
na moście
słońce
tańczy
jak dziewczyna
w różowej sukience
benzyna
ma zapach
choinek
słońce
smak pomarańczy
życzenia wigilijne 2020
Nie zabieraj…
do domu słów
z ulicy Żelaznej
Są ładniejsze
takimi mów
piękne i ważne
błyskawicy nie!
i oczom zimnym
Życiu tak!
Nie zabieraj
niewinnym
Nie zabieraj…
z ulicy słów
są ładniejsze
takimi mów
weź do domu wiersze
i warzywa
słońce
w kwiatach
z ogródka
A ludzi ludźmi
nazywaj
przecież zasługują
24.12.2020
Obudziłem się ze świadomością albo nawet wiadomością, że dziś 16 grudnia 2020 roku, 50 rocznica masakry robotników Wybrzeża. Byłem 16-latkiem w ogólniaku. Słuchałem o Wybrzeżu w ,,Wolnej Europie”. Płakałem, chciałem tam jechać. Ale była blokada komunikacyjna. Minęło 50 lat… Pamięć trwa.
Polski sen grudniowy
Kiedy przychodzi
bury grudzień
Drzewa są czarne
jakby wyschły
Chmury stalowe
i mrok dżdżysty
i mgły w portowej śpią
dzielnicy
Po bruku idą robotnicy
na ustach krzyk
butami w bruk
i
huk wystrzałów
I wszystko w ciszy
Bruk ulic staje się czerwony
i wszystko w ciszy
i obraz znika powoli
i tylko bruk jeszcze czerwony
od świateł reklam Coca Coli
i wszystko w ciszy
29.12.2018
Ulica Sienkiewicza
Pędził skądś wiatr szalony
przez szyny przez perony
za stacją
za kinem Promień
pod kotłem
dmuchnął
w płomień
parowóz
nabrał pary
do wagonów buraki
w kasztanowe konary
gwizdnął głośno na szpaki
buchnął, gwizdnął i dmuchnął
i chęć poczuł do jazdy
posypały się iskry
jak rubiny, jak gwiazdy
Sunął
po wąskich szynach
a tu nagle dziewczyna
za dziewczyną
tuż tuż
anioł stróż
z halabardą
skrzyżowały się drogi
tu dziewczyna tam nogi
Szła po szynach jak anioł
a Anioł? czy
szedł za nią?
potem była jak z wosku
blada i zjawiskowa
płakała za nią w kiosku
dobra pani Myszkowa
patrzyły na nią drzewa
przez nitki
babiego lata
Anioł Stróż przestał śpiewać
i także się rozpłakał
Piosenkę Ralpha Kaminskiego wybrali na dziś Konrad i Ewa Maria, wiersze nadesłały Ewa Karbowska – jej tegoroczny wiersz napisany w rocznicę wydarzeń grudniowych 1970 roku i Anna Dobrzyńska – wiersz anonimowy pt. Wigilia w stepie
Ralph Kaminski
Ewa Karbowska
KOLĘDA? – CO I BEZ ŚWIĄT?
– wszystkim dzielnym – a i Grażynce – Grażyna Orlińska
– zwłaszcza
/Jej w rewanżu za KOLĘDĘ BEZDOMNĄ/
kolęda – bez wiary?
dla młodszych, dla starych
co dłużej wytrzymać nie chcieli
*
chwycili transparent
by dzielić się darem
z rąk do rąk, bez kłamstw, po kolei
*
kolęda niedoli
na więcej pozwolić
nie mogła i umieć nie chciała
*
i solo i w tłumie
próbując zrozumieć
szła naprzód, choć trochę się bała
*
kolęda serdeczna
choć pozaświąteczna
znaczona protestu piorunem
*
szarpiąca za serca
na z gniewu kobiercach
na tego co przeciągnął strunę
*
kolęda ulicy
z nią znak błyskawicy
z modlitwą o godność w miłości
*
kolęda nadziei
że coś da się skleić
ulepszyć, dogadać, uprościć…
*
na płatach opłatka
gdzie córka i matka
szukają dla siebie ratunku
*
Bóg oczy odwraca?
ma wybór, czy kaca?
zostaje na posterunku?
*
wie, jeśli się nie da, to wojna i bieda
kryjąca ból
w lochach podziemi
*
w stajence? – jak Chrystus?
intencji, łez czystość
Królowie? – Ci Trzej? – jakby niemi…
Dziki wiatr, dziki step, mroźna noc, w sercu trwoga.
Mróz w ziemiance, a śmierć kosi swój żniwny łan.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.
Stara matka różaniec wyszeptała na palcach do Boga,
Żeby łaskę nadziei w tę Noc Świętą dał.
Tam daleko ten dom, gdzie opłatkiem się dzielą,
Gdzie wieczerza na stole i świerk pachnie w krąg.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.
A tu wśród nocnej ciszy, suchą kromką podzielą się wszyscy –
Garść obierzyn i wrzątku i nasion na ząb.
Panno Święta, ja wiem, żeś Ty była uboga,
Że Król Herod Dzieciątko zatracić Twe chciał,
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!
Jeśli w niebie nad stepem, jest okienko i droga do Boga –
To je wskaż i wytrwałość niezłomną nam daj!
Fortuna kołem się toczy, jak się okazuje – historia też. Dla kogoś, kto całkiem już świadomie przeżył 13 grudnia 1981 roku w Polsce, obrazy z najnowszymi protestami w naszym kraju, a zwłaszcza rola jaką w nich odgrywa policja oraz obóz władzy, muszą budzić przykre skojarzenia. Także retoryka polityków Zjednoczonej Prawicy, na czele z głośnym już przemówieniem pewnego posła z kotem, pogłębia moje wrażenie, że podróże w czasie mogą być jednak możliwe. Tylko inaczej jak myśleliśmy, nie my wędrujemy w czasie (do tyłu), to czas przeszły zdaje się wędrować do nas, w wersji dość idiotycznej.
No cóż, najwyraźniej nie potrzeba dzisiaj Tuwima ze Słonimskim, aby pisać nową wersję „W oparach absurdu“, wystarczą nasi politycy, głównie ci lepszego sortu, niestety czasem także z opozycji. Nie zazdroszczę polskim satyrykom. W czasie, gdy życie zamienia się w jakiś, co prawda ponury, ale jednak kabaret, uprawianie satyry staje się tak trudne, że prawie niemożliwe. Trudno przecież przebić przygody posła Suskiego z Katarzyną Wielką w czasie przesłuchania komisji ds. Amber Gold. Wiem, że dowcip był nie zamierzony, ale mimo wszystko…
No i oczywiście, jakość tego kabaretu też kiepska, Laskowikowi i Smoleniowi do pięt to nie sięga. No cóż, to byli profesjonaliści, dzisiejsi komedianci w polskim Sejmie i Senacie, w ministerstwach i komisjach a także w Trybunale Konstytucyjnym i co raz częściej w prokuraturze, to amatorzy. Co gorsza, także we własnym wykonywanym zawodzie.
Mają też ogromnego pecha, na arenie międzynarodowej odgrywają coraz mniejszą rolę, szansy na zdobycie jakiejkolwiek nagrody politycznych złotych malin nie mają żadnej, te mianowicie we wszystkich kategoriach powędrują do Trumpa, czyli naczelnego Pajaca najważniejszego (chwilowo jeszcze) kraju na świecie.
Tak na marginesie, polityczna zmiana w USA, spowoduje, że jedynym sensownym wyjściem dla PiSu i przystawek, będzie wejście Polski w skład Monarchii Brytyjskiej, zaraz po tym jak Szkocja zrobi tam wolne miejsce dla nas. Terytorialnie Wielka Brytania na tym nie straci, a nawet zyska. Nowe znaczenie otrzyma termin wewnętrznej emigracji, młodzi Polacy nadal będą mogli masowo wyjeżdżać tam, gdzie zawsze najchętniej chcieli pracować. Pozostaje pytanie, czy Złoty czy Funt Sterling. Dostęp do morza mamy, można byłoby pomyśleć o odbudowaniu Imperium. Oczywiście można oczekiwać, że także Polska błyśnie dyplomatyczną propozycją, żeby to Wielka Brytania się do nas przyłączyła, bo fajnie byłoby mieć jeszcze jedną wyspę poza Wolinem, przepraszam, pół wyspy. Po długich negocjacjach i osiągnięciu kompromisu, ostatecznie przystąpimy do Królestwa Zjednoczonej Wielkiej Brytanii i Polski. Potem tylko hulaj dusza do kontusza, marzenia o wielkości spełnione, a co tam, że tylko w nazwie, która zresztą była naszą kartą przetargową wspomnianych negocjacji.
No i tak oto ratuję się jednak humorem, choć w sumie śmiesznie nie jest. Właściwie powinienem przestać się tym wszystkim przejmować i zająć się tylko sztuką, czyli moją muzyką. Ale jak na początku wspomniałem, Fortuna kołem się toczy i ostatnio się potoczyła tak, że nie mam na czym pracować, mój komputer odszedł do nieba lub piekła (kto to wie?) i liczę na Państwa pomoc. O moim problemie można przeczytać tutaj, po polsku, po niemiecku lub po angielsku.
Życząc Państwu Wesołych i spokojnych Świąt (na ile w tych szalonych czasach jest to możliwe) oraz Szczęśliwego Nowego Roku, serdecznie pozdrawiam z Berlina.
Pozostaję w latach międzywojennych. Urzędnicy, o których wspominałem we wpisie dwa tygodnie temu, mieli w II RP wysoki status społeczny. Od ich różnych decyzji zależały często losy i byt zwykłych obywateli, dlatego zapobiegliwi wydawcy różnych poradników książkowych starali się oswajać ten skomplikowany świat paragrafów i kto umiał czytać oraz pisać, ten mógł z nich skorzystać.
W drugiej połowie lat 70, myszkując po archiwum jednego z urzędów miejskich na Śląsku, natrafiłem przypadkiem na Podręcznik do nauki pisania pism urzędowych, pióra P. Zychowskiego, wydany nakładem autora w Poznaniu, w roku 1922. Książka leżała na stosie papierów, przeznaczonych na makulaturę, najwyraźniej zaglądano do niej bardzo często, ale była kompletna i kierownik działu nie miał nic przeciwko temu, żebym ją sobie przywłaszczył. W domu okazało się, że natrafiłem na ciekawy dokument epoki sprzed ponad pół wieku, odzwierciedlający obowiązujące wówczas normy językowe, prawne i obyczajowe, o czym później napisałem:
…Do pisania używa się czarnego atramentu, pisać należy czysto, starannie i czytelnie. Żadne pismo nie wygląda gorzej, niż pismo niedbałe, zwłaszcza na pobrudzonym i pomiętym skrawku papieru. Trzeba się postawić w położeniu odbierającego i pomyśleć, czy byłoby nam miło ślęczeć nad otrzymanem pismem, odcyfrowywać mozolnie litery i odgadywać właściwe znaczenie wyrazów, które się dwojako odczytać dadzą. Papier nie powinien być poplamiony. Dlatego dobrze jest umyć przed pisaniem ręce, gdyż nieraz i pot u rąk wystarcza, aby papier potłuścić. Zasypywania piaskiem trzeba ile możności unikać; jeżeli się go zaś używa, trzeba piasek dobrze strzepać. (…)
W każdem piśmie okazywać trzeba grzeczność, która jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Oczywiście, jak każda przesada, tak też i grzeczność przesadzona ma w sobie mniej szczerości, a więcej śmieszności. W zażaleniach wystrzegać się trzeba wszelkich wyrazów obelżywych, ordynarnych wyzwisk, wymyślań, gdyż łatwo można popaść w konflikt z prawem, które w takich razach przewiduje nawet surową karę. Chybi jednak ten, ktoby dla pozyskania względów władzy pragnął użyć do pisania powabnego papieru kolorowego i może go nawet chciał naperfumować. Ta forma jest w pisaniu urzędowem obcą i treści pismu nie doda. (…)
Na początek wzór podania do prezydenta państwa o ułaskawienie od kary więziennej:
Wierząc w wielką dobrotliwość Pana Prezydenta, okazywaną skruszonym winowajcom, ośmielam się udać do niego z prośbą o uwzględnienie następującej sprawy: Wyrokiem tutejszej izby karnej z dnia 5 maja t.r. skazany zostałem za popełnienie napadu na… miesięcy więzienia. Wyrok ten głęboko mnie dotyka, aczkolwiek przyznaję się zupełnie do winy, za którą od czasu popełnienia jej ciężko żałuję. Nie tylko splamiłem moje sumienie i honor uczciwego człowieka, ale niemniej widzę przed sobą okrutną przyszłość, jeśli się do więzienia dostanę. Nigdy dotąd nie byłem karany i gdyby nie rozpaczliwa nędza, która mnie już od długich tygodni męczyła, nigdy nie byłbym się odważył na cudze mienie i osobę. Jak ja teraz będę mógł stanąć w obliczu mojej żony i pięciorga drobnych dzieci, które we mnie widzą swego kochanego ojca i opiekuna?
Najpokorniej przeto proszę, ażeby Pan Prezydent Państwa darować mi raczył wymierzoną karę w drodze nieocenionego ułaskawienia, albo ażeby Pan Prezydent Państwa raczył złagodzić karę na mniejszą. Podpis: Ignacy Biesik, robotnik mieszkający w Poznaniu, Górna Wilda 8. (…)
Gdyby taki Ignacy Biesik nie był dajmy na to włamywaczem, ale nożownikiem, który ze swymi koleżkami o mały figiel nie wysłał na tamten świat pewnego posterunkowego, to poszkodowany, w trosce o własne zdrowie, tak winien prosić swych zwierzchników o przeniesienie go za biurko:
Przed dwoma laty stoczyłem z szajką bandytów, którzy włamali się do obory gospodarza Józefa Chamca w…. i skradli dwa barany, ciężką walkę, podczas której otrzymałem kilka pchnięć nożem w ramię i w bok. Pan Starosta złożył o tem szczegółowe sprawozdanie. Chociaż rany krótko potem się zagoiły, czuję jednak stale, mianowicie podczas uciążliwej służby, że ręka moja jest nieuleczalnie uszkodzona i boleśnie mi słabnie. W ostatnim czasie, a przede wszystkim w czasie słoty, nie mogę sumiennie spełniać ciężkiej służby złączonej z moją stacją w obwodzie liczącym 8 wsi. Ponieważ jednak nie czuję się tak dalece niezdatnym, ażebym żadnej pracy spełniać nie mógł, o czem także orzeka lekarz powiatowy w załączonym poświadczeniu, a również pan przodownik, śmiem niniejszym prosić, by Powiatowa Komenda raczyła mię z mego obecnego stanowiska zwolnić i przydzielić mnie do służby biurowej. Podpis: Posterunkowy Grzegorz Chwacki.
Skoro już jesteśmy przy złym stanie zdrowia, to warto sobie uzmysłowić, że w tamtych czasach zaświadczenie lekarskie nie miało tej mocy urzędowej, co dzisiejszy druk L-4. Ówcześni podwładni, kiedy zmogła ich jakaś dolegliwość, musieli gęsto tłumaczyć się przed swoimi szefami. Pisało się np. tak: Łaskawy Panie! Na Zasadzie załączonego atestu, otrzymanego wczoraj od fizyka powiatowego, widzę się zniewolony prosić jeszcze o dalsze przedłużenie urlopu, ponieważ wyzdrowienie moje niewiele naprzód postąpiło. Nerwy moje mocno ucierpiały i wciąż mi jeszcze dokuczają, chociaż od rana do wieczora przebywam na świeżem powietrzu. Z prawdziwym szacunkiem uniżony Roman Mieliński. (…)
A oto fragmenty budującego pisma ojca do kierownika szkoły, w sprawie nagannego prowadzenia się jego syna:
Szanowny Panie Rektorze! Wiadomość, że Szanowny Pan Rektor nie jest z prowadzenia się mojego syna zadowolony i też być nie może, wielce mnie zasmuciła. Przedłożyłem jemu dzisiaj całą zgrozę jego zgubnego prowadzenia się i wyjaśniłem mu wszelkie smutne konsekwencje, jakie z takiego postępowania niechybnie powstać muszą. Mam nadzieję, że moje ojcowskie upomnienie nie będzie bez skutku i proszę na ten raz Szan. P. Profesora mojemu synowi raczyć przebaczyć i nadal go otaczać swoją cenną opieką (…) jestem przekonany, że syn mój Władysław postąpił źle nie ze złej woli, lecz zbłądził wskutek swej młodzieńczej lekkomyślności. Nagana Szanownego Pana Profesora jest mimo wszystko sprawiedliwa i na miejscu. Proszę z powodu zakomunikowania mi jej, przyjąć moje szczere podziękowanie. Przypuszczam, że i syn mój, gdy dorośnie, będzie umiał ocenić i uszanować wszelkie nauki udzielone mu przez jego profesorów i prawdziwych dobrodziejów. (…)
Bywało, że ktoś pilnie pragnął uzyskać swoje świadectwo urodzenia. Pisał wtedy do plebana:
Wielmożny Księże Proboszczu i Dobrodzieju! W pewnej sądowej sprawie zażądano odemnie nadesłania świadectwa urodzenia. Upraszam zatem, ażebyś mi W. Ksiądz Dobrodziej raczył je nadesłać, a ja po jego odebraniu odwrotną pocztą odeślę żądaną należytość. Dla ułatwienia w wyszukiwaniu w księgach kościelnych mej metryki nadmieniam, że urodziłem się r. 1872 dnia 24 sierpnia. Ojciec mój był we wsi, w której obecnie W. Ksiądz Dobrodziej pełnisz duszpasterstwo, rządcą u hrabiego M., który wraz ze swoją krewną bratanką Pelagią Czarnecką trzymał mnie do chrztu.
Popatrzmy jeszcze, jak to usprawiedliwiali się niegdyś przed swoimi zwierzchnikami urzędnicy policyjni:
Do Magistratu, Dekretem z dnia 12 marca br. zostałem ustanowiony w mieście Brodach, jako niższy policyjny urzędnik. Składam za ten dowód zaufania uniżone podziękowanie i przyrzekam, że będę zawsze się pilnie stosować do poleceń mej przełożonej Władzy, nie zboczę na krok z drogi obowiązku. Oczerniono mnie jednak, jakobym się upijał. To fałsz. Prawda, że po skończonej służbie lubię się zabawić z porządnymi ludźmi w jakiej przyzwoitej oberży, ale nigdy mi się nie zdarzyło, abym był pijany, choć przyznaję, że czasem jestem wesoły. Nigdy przecież nie tknę się ani kieliszka wódki podczas godzin służbowych. I największy mój nieprzyjaciel nie uczyni mi tego zarzutu, bo nie mógłby stawić na to dowodów. (…)
Na zakończenie, pozostając przy policyjnym temacie, wzór raportu posterunkowego o dokonanym włamaniu:
Dzisiaj w południe dokonano kradzieży, przez włamanie się do mieszkania urzędnika magistrackiego A.B. Złodziej wydusił szybę w oknie w kuchni i otworzywszy je wszedł do mieszkania. Wskutek szelestu zauważono w pokoju mieszkalnym, że ktoś po kuchni chodzi i gdy B. do kuchni zajrzał, ażeby się przekonać, co się dzieje, złodziej prędko umknął znowu oknem, zabrawszy 2 surowe szynki. Chociaż natychmiast zaczęto go ścigać przy pomocy skotarza W. pasącego w pobliżu owce, nie było można go dogonić. Miał mniej więcej 35 lat, blond włosy i blond mały wąsik. Miał też okulary, na głowie krymkową czapkę, czarny paletot i zielonkawą, płócienną torebkę w ręku. Po drodze, w pobliżu szopy sikawkowej, zgubił chustkę z monogramem, która jedynie służyć może jako ślad w dochodzeniach osobistości sprawcy. G.A., posterunkowy.”
Od publikacji tego tekstu minęło już ponad czterdzieści lat, podręcznikowi P. Zychowskiego, który nadal stoi na mojej bibliotecznej półce niedługo stuknie setka. Może skorzystają z niego kiedyś jeszcze moje wnuki, nie pod kątem językowym oczywiście, bo język, którym mówimy i w którym piszemy zmienia się ustawicznie, ale względem różnych, uniwersalnych prawd, które książka ta zawiera. Takich na przykład, żeby nie włamywać się do mieszkania w czasie obecności gospodarzy, bo dwie szynki to marny łup, chyba, że złodziej długo niczego nie jadł. Surowa szynka po ugotowaniu jest bardzo smaczna, ale można nie zdążyć jej zjeść, jeżeli posterunkowy rzeczywiście nie popija na służbie, tylko pilnie stosuje się do poleceń swojej przełożonej Władzy. Swoją drogą, jak pięknie o niej kiedyś mówiono, aż łza się w oku kręci.
Oto list stowarzyszenia, skupiającego polskich lekarzy w Niemczech. Słyszeliście o tym? Ciekawe, gdzie jeszcze Panowie Rządzący Obecnie Polską szukają ludzi i pieniędzy?
Szanowny Pan
Jarosław Kaczyński
Prezes Partii Prawo i Sprawiedliwość
Wicepremier Rządu RP
Szanowny Panie Premierze,
W związku z apelem posłanki Joanny Lichockiej na łamach prasy do Niemiec o „zwrot polskich lekarzy” w czasach pandemii COVID-19 jestem zobowiązany, jako Przewodniczący Polskiego Towarzystwa Medycznego w Niemczech, zabrać głos.
Kiedyś emigrowano za chlebem. Zarobki lekarza po czarnorynkowym kursie wynosiły 10 – 15 dolarów na miesiąc, a wszystko można było nabyć jedynie za dolary (rok ok. 1988). Wówczas niektóre kraje przyjmowały polskich lekarzy i dawały im szansę na pracę. Uratowało to polskich lekarzy także dla Polski. Wielu dzieli się swą zdobytą najnowszą wiedzą medyczną z kolegami w kraju, m.in. poprzez zorganizowanie przez Federację Polonijnych Organizacji Medycznych wraz z kolegami z Polski, szczególnie środowiskiem Izb Lekarskich 10 wielkich kongresów medycznych. Zajmował się tym szczególnie niedawny kandydat PIS na Senatora – prof. Marek Rudnicki. Szereg stypendiów, szkoleń i staży, organizowanych poprzez fundacje i organizacje polonijne, podnosi poziom wiedzy polskich lekarzy. Dzieci wielu polskich lekarzy z całego świata studiują na polskich uczelniach na studiach płatnych, a co za tym idzie, zostawiają pieniądze w kraju i wspierają tym samym warunki studiowania krajowych studentów.
Reasumując Polonia, mimo odległości geograficznych i granic administracyjnych, sercem jest w Polsce. Dlaczego Polacy decydują się na emigrację, skoro zawsze o niej pamiętają i wspierają?
Oczywiście, że 98% polskich lekarzy emigrantów wolałoby, by Polska stała się krajem, z którego już nikt nie emigruje – poza ciekawością świata i względami rodzinnymi – lecz niestety tak nie jest i to nie od nich zależy. Jako przyczynę emigracji (i jednocześnie braku dostatecznej ilości personelu) wiceminister zdrowia Waldemar Kraska w wywiadzie dla „Wirtualnej Polski” wykluczył wysokość wynagrodzenia.
Należy zaznaczyć, że nieporównywalnie większe są możliwości szkolenia specjalizacyjnego np. w Niemczech czy Austrii niż w Polsce… Ponadto ogromne znaczenie ma organizacja pracy, atmosfera panująca w kraju zamieszkania, poczucie wolności jednostki. Ratując z pełnym poświęceniem zdrowie i życie pacjentów lekarze nie chcą być z tego powodu prześladowani, szykanowani jako grupa zawodowa czy straszeni prokuratorem.
Pozostaje jeszcze kwestia powrotu do kraju i możliwość dalszej praktyki lekarskiej. Polski lekarz pracujący w kraju Unii Europejskiej, który pragnie odnowić prawo wykonywania zawodu musi przejść cały szereg formalności i płacić składki izby lekarskiej pod groźbą windykacji jej przez komornika.
W tych dniach mija 40 lat od pierwszego w Polsce strajku w sprawie służby zdrowia. W sali Gdańskiego Urzędu Wojewódzkiego strajkowały polskie pielęgniarki, przedstawicielki oświaty i kultury – o więcej pieniędzy na służbę zdrowia, o poprawę warunków leczenia i pracy. Na czele – Alina Pieńkowska-Borusewicz. Wiele środowisk poparło ten strajk!
Studenci krakowskiej Akademii Medycznej byli pierwszymi w Krakowie, i bodaj pierwszymi studentami w Polsce, którzy zorganizowali strajk okupacyjny w 1980 roku. Strajk poparły wszystkie środowiska Akademii Medycznej, wezwały do niego obie organizacje studenckie (NZS i SZSP). Na czele strajku stanął charyzmatyczny wówczas przewodniczący NZS-u AM Bogdan Klich, w prezydium KS znalazł się też młody członek SZSP Bogdan Miłek (niebawem w duchu postrajkowym zostanie szefem Rady Uczelnianej), w Komitecie strajkowym studenci – dziś Rektor CMUJ Tomasz Grodzicki oraz obecnie najwyższy rangą lekarz – urzędnik Unii Europejskiej, były wiceminister w rządzie Jerzego Buzka – Andrzej Ryś. Grupa absolwentów Akademii Medycznej wspierała logistycznie pewną część strajkujących – w tej grupie był też obecny prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Matyja. Wówczas kierowałem sekcją żywieniową strajku i mogę zaświadczyć, że na bramce strajku przy ul. Grzegórzeckiej 16 ludzie mieszkańcy przekazywali słowa wsparcia, zachęty i życzyli wytrwania. Przekazywano nie tylko pozdrowienia ale i dary- m.in. wspaniałości kulinarne mimo panującego wówczas kryzysu, kartek na żywność itp.
Oba strajki wygrały – najpierw ten w Gdańsku, a potem ten nasz, krakowski. Jaka panowała wówczas solidarność, jaki entuzjazm, i brak podziałów – chodziło o zdrowie WSZYSTKICH! Bez podziału na lepszych i gorszych.
Minęło 40 lat, w Polsce, zmieniło się wiele, ale stan służby zdrowia nadal pozostawia wiele do życzenia. W niektórych dziedzinach (np. kardiochirurgia) poczyniono duże postępy, ale co z pozostałymi?
Niewątpliwie czas na zmiany z entuzjazmem, takim jak wspólnoty sprzed 40 lat, ale bez sztucznego tworzenia podziałów, siania wrogości miedzy Polakami czy oczekiwania od pielęgniarek i lekarzy pracy ponad ludzkie siły. Potrzeba zmian systemu,
Przed ponad 50 laty wybitny krakowski lekarz i humanista, prezes Krakowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Higieny Psychicznej, profesor Julian Aleksandrowicz wespół ze swoim przyjacielem, krakowskim biskupem Karolem Wojtyłą oraz ówczesną świecką władzą w Krakowie zorganizowali akcję obywatelską pod hasłem „przez wzajemną życzliwość do zdrowia i dobrobytu”. Może byłby czas do tego nawiązać?
Z poważaniem
dr n. med. Bogdan Miłek
Przewodniczący Polskiego Towarzystwa Medycznego w Niemczech
Pismo powstało przy współpracy Katarzyny Wieczorek, skarbniczki PTM, przedstawicielki młodego pokolenia emigrujących lekarzy
Nasi korespondenci zagraniczni nie próżnują. Aina Jakovele z Łotwy przysłała mi jeszcze ciepłą informację o odsłonięciu pomnika dowódców kampanii łatgalskiej, o której pisałem w materiale Polacy nad Dźwiną z 26 sierpnia b.r. Pomnik, przedstawiający marszałka Józefa Piłsudskiego oraz generałów Edwarda Rydza-Śmigłego, Janisa Balodisa i Peterisa Radzina powstał w Parku Wolności w Daugavpils, wpisując się pięknie we wspólne, łotewsko-polskie obchody odzyskania niepodległości. Uroczystość miała miejsce 15 listopada i była celebrowana przez przedstawicieli władz wojskowych i państwowych obydwu krajów.
Czytelników zainteresowanych szczegółami operacji wojennej sprzed stu lat, przeprowadzonej w ramach wojny polsko–bolszewickiej, odsyłam do tego wpisu. Dzisiaj natomiast chętnie przytoczyłbym słowa marszałka Piłsudskiego, który powiedział: „Polacy chcą niepodległości, lecz pragnęliby, aby ta niepodległość kosztowała dwa grosze i dwie krople krwi. A niepodległość jest dobrem nie tylko cennym, ale bardzo kosztownym”. Przypomniano je przy odsłonięciu pomnika, bo pod Łatgale armia łotewska i polska straciły kilkuset żołnierzy, kilkuset kolejnych zostało ciężko rannych a kilkudziesięciu zaginęło. Igor Prelatov, przewodniczący Rady Miasta Daugavpils, czyli Dyneburga, wyrażając wdzięczność ludziom, którzy złożyli tę ofiarę, podkreślił , że minęło ponad 100 lat, a przedstawiciele Łotwy i Polski po raz kolejny stoją tu razem, co oznacza, że czas ich zjednoczył i współpracują ze sobą coraz bliżej. Nic nie cementuje przyjaźni narodów tak mocno, jak wspólne bitwy, wspólne straty i wspólne zwycięstwa – mówili kolejni oratorzy. Oczywiście, akcentowano również obecne, wielkie znaczenie Sojuszu NATO dla obronności Łotwy i Polski oraz fakt, że nasi żołnierze ze sobą współpracują w ramach różnych, konkretnych zadań. Polscy żołnierze są również obecni w łotewskiej grupie bojowej, aby zademonstrować nie tylko pozycję i jedność sojuszu wojskowego, ale także zjednoczenie obu narodów poprzez przyjaźń” – stwierdzono.
Pomnik dowódców kampanii Łatgale wykonano ze specjalnego metalu – cortine; autorem jest Romuald Gibovsky. Cortin nie potrzebuje malowania. Z czasem nabiera charakterystycznego, rdzawego odcienia, który pasuje do tego środowiska, pobliskiej kolei, budynków i wydarzeń z przeszłości. Koszt produkcji i montażu pomnika wyniósł ok. 20 tysięcy euro; pokrył go polski fundusz wspierający Polaków na Wschodzie.
Zdjęcia z gazety Latgales laiks.
A tu tekst po łotewsku:
Atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem
Autors: Ivars Soikāns
Polijas un Latvijas neatkarības gadadienas svinību ietvaros svētdien, 15. novembrī pl. 12.00, Daugavpilī, Brīvības parkā netālu no krusta kritušajiem poļu karavīriem, tika atklāts piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem – maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerālim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam, kuri vadīja kaujas, kurās Daugavpils tika atbrīvota no lieliniekiem.
Pirms vairāk nekā simts gadiem Latgalē sākās Polijas un Latvijas armijas kopīgā uzbrukuma operācija “Ziema” ar mērķi padzīt Padomju Krievijas lieliniekus. Polijas un Latvijas valstu vadītāji secināja, ka, tikai darbojoties kopīgi, valstīm izdosies aizsargāt savu suverenitāti.
1919. gada 30. decembrī Polijas militārais atašejs Rīgā pulkvedis Aleksandrs Miškovskis, Latvijas Bruņoto spēku virspavēlnieks ģenerālis Jānis Balodis un Latvijas armijas virspavēlnieka štāba priekšnieks ģenerālis Pēteris Radziņš parakstīja vienošanos par sadarbību. Lēmumu par Polijas iesaisti karadarbībā pašos Latvijas austrumos pieņēma Polijas valsts vadītājs maršals Juzefs Pilsudskis.
3. janvārī Polijas un Latvijas spēki ģenerāļa E. Ridza-Smiglija un Latvijas armijas Galvenā štāba vadībā stājās cīņai ar iebrucēju. Kopumā kaujās iesaistījās ap 20 000 Latvijas armijas un 35 000 Polijas armijas karavīri. Gaisa temperatūra janvārī bija noslīdējusi līdz -30 °C atzīmei. Daugavpils tika atbrīvota jau pirmajā uzbrukuma dienā. (…)
“Poļi vēlas neatkarību un vēlas, lai tā maksātu tikai divus grašus un divus asins pilienus. Taču neatkarība ir ne tikai vērtīga, bet arī dārga,” kādreiz teicis Polijas armijas virspavēlnieks Juzefs Pilsudskis. Latgales atbrīvošanas kaujās Latvijas un Polijas armija zaudēja vairākus simtus karavīru, vēl vairāki simti tika smagi ievainoti, bet vairāki desmiti karavīru pazuda bez vēsts.
Daugavpils domes priekšsēdētājs Igors Prelatovs, uzrunājot klātesošos, pauda pateicību tiem, kas savulaik palīdzēja Latvijai aizstāvēt savu suverenitāti. “Ir pagājuši vairāk nekā 100 gadi un Latvijas un Polijas pārstāvji atkal stāv šeit kopā, kas nozīmē, ka laiks mūs ir apvienojis un mūs sadarbība kļūst aizvien ciešāka,” uzsvēra Igors Prelatovs.
Turpinājumā klātesošos uzrunāja arī Polijas pagaidu pilnvarotā lietvede Latvijā, konsule Malgožata Heiduka-Gromeka.
Latvijas Nacionālo Bruņoto spēku komandieris ģenerālis Raimonds Graube klātesošajiem atgādināja senu patiesību, ka nekas neuztur tautu draudzību tik stipri kā kopējas kaujas, kopēji zaudējumi un kopējas uzvaras. Turpinājumā viņš nolasīja Latvijas aizsardzības ministra Arta Pabrika vēstuli.
Zemessardzes 3. Latgales brigādes komandieris pulkvežleitnants Oskars Purmalis nolasīja NBS komandiera ģenerāļa Leonīda Kalniņa vēstuli, kurā viņš pauž pārliecību, ka Latvijas un Polijas militārā savienība nav formāls dokuments, bet gan radīta uz izcila vēsturiskas draudzības apliecinājuma. “Arī patlaban Polijas karavīri atrodas Latvijas kaujas grupas sastāvā, lai demonstrētu ne tikai militārās alianses nostāju un vienotību, bet arī abu nāciju savienību caur draudzību,” vēstulē norādījis Leonīds Kalniņš.
Pasākumā tika nolasīta arī Polijas kultūras ministra Pjotra Gļinska un Polijas armijas ģenerālštāba komandiera ģenerāļa Raimonda Andžeičaka vēstule. Pēc apsveikuma uzrunām un vēstuļu nolasīšanas Igors Prelatovs un Malgožata Heiduka-Gromeka atklāja pieminekli, kam sekoja ziedu nolikšana.
Piemineklis Latgales kampaņas virspavēlniekiem — maršalam Juzefam Pilsudskim, ģenerālim Edvardam Ridzam-Smiglijam, ģenerāim Jānim Balodim un ģenerālim Pēterim Radziņam ir izgatavots no speciāla metāla — kortēna. Tā autors ir Romualds Gibovskis.
Kortēnam nav nepieciešama krāsošana. Ar laiku tas iegūs rūsai līdzīgu nokrāsu, kas piestāvēs šai videi, tuvumā esošajam dzelzceļam, ēkām un to tālo dienu notikumiem. Pieminekļa izgatavošanas un uzstādīšanas izmaksas ir teju 20 000 eiro, tās sedz Polijas fonds, kas atbalsta Austrumu zemēs dzīvojošos poļus.
Niepodległość Polski, wywalczona 102 lata temu, była jak górniczy urobek, opłacony ludzkim znojem i życiem. Można było z niego zrobić diament. Premier nowo utworzonego rządu, socjalista i piłsudczyk, Jędrzej Moraczewski z euforią wtedy pisał: Po 120 latach prysły kordony! Nie ma ich! Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili (…). Kto tych krótkich dni nie przeżył, kto nie szalał z radości w tym czasie wraz z całym narodem, ten nie dozna w swoim życiu najwyższej radości. Cztery pokolenia nadaremno na tę chwilę czekały, piąte doczekało. Od rana do wieczora gromadziły się tłumy na rynkach miast, robotnik, urzędnik porzucał pracę. Chłop porzucał rolę i leciał do miasta, na rynek dowiedzieć się, przekonać się, zobaczyć wojsko polskie, polskie napisy, orły na urzędach, rozczulano się na widok kolejarzy, ba, na widok polskich policjantów i żandarmów.
Równocześnie od pierwszych dni wolności główne siły polityczne kraju spierały się o własne zasługi w dziele odbudowy niepodległości i każda z nich inaczej przedstawiała prowadzące do niej drogi i same początki państwowości. Narodowi demokraci lansowali pogląd, według którego o swym losie polityczno-państwowym zadecydował sam naród polski, nie tylko zachowując w okresie ponad stuletniej niewoli tożsamość, ale jeszcze umacniając swe dążenia niepodległościowe i wolę odbudowy państwowości. Naturalnie, główną zasługę przypisywali sobie, dowodząc, że ich koncepcja wiązania przyszłości Polaków z polityką państw Ententy przyniosła pozytywne rezultaty. Negowali jednocześnie heroistyczno-elitarną interpretację procesu odbudowy niepodległości Polski upowszechnianą przez piłsudczyków, którzy głównie w czynie legionowym widzieli przyczynę odzyskania wolności.
Inne ugrupowania – zwłaszcza konserwatyści – uwypuklali znaczenie działań dyplomatycznych i roli mocarstw zachodnich, przede wszystkim Francji i Wielkiej Brytanii. Natomiast środowiska chrześcijańsko-demokratyczne bardziej skłaniały się do opinii narodowo-demokratycznej i zwracały uwagę na udział Kościoła katolickiego w rozbudzaniu aspiracji narodowych Polaków. Opinii tych nie podzielali z kolei socjaliści i ludowcy, eksponując znaczenie warstw plebejskich – robotników i włościan – jako tych, które poniosły największą ofiarę w procesie spełniania się marzeń wolnościowych wielu pokoleń Polaków. Wypisz, wymaluj spierano się o ojcostwo sukcesu, równie usilnie, jak dzisiaj o to, kto ma wypierdalać: rząd z politycznej sceny, czy demonstranci z ulicy? Do dnia dzisiejszego jeszcze wrócę, chciałem tylko zwrócić uwagę na długą tradycję brudnych walk politycznych o władzę w Polsce, których symbolem jest Targowica. Marzenie socjalisty Jędrzeja Moraczewskiego się spełniło, pozbyliśmy się cudzych pijawek, ale przecież szybko wyhodowaliśmy własne.
Zarówno pod rządami Narodowej Demokracji, jak i później sanacji rosła zasobność krajowych, gospodarczych elit, ale także proletariacka bieda i nie można jej było przypisać wyłącznie wojnie z bolszewikami. Wśród urzędników państwowych szerzyła się korupcja na taką skalę, że kodeks karny przewidywał za nią nawet karę śmierci przez rozstrzelanie. O ile się jednak nie mylę, sądy II RP (poza wojskowymi) nigdy jej w tych sprawach nie orzekły, choć nie należały do rzadkości samosądy, dokonywane przez zdesperowanych obywateli na winnych różnych nadużyć i wtedy Temida ferowała zwykle łagodne wyroki. Myślę, że rozumiem tę prawniczą wstrzemięźliwość. Sędzia sam jest urzędnikiem i gdyby tak komuś udało się go skorumpować (czysto teoretycznie oczywiście rozumując), to inny sędzia mógłby go kazać kropnąć, a znowu tego drugiego jakiś trzeci wysłałby pod ścianę… W końcu zabrakłoby sędziów. Nie po to ciężko studiowali prawo, żeby gryźć ziemię, kawior lepszy. Ich obecni następcy pewnie są podobnego zdania.
Po latach kolejnej wojny, jeszcze okrutniejszej niż pierwsza, komuna w Polsce hodowała swoje pijawki. Później miało być już tylko lepiej, a jest tak, że prawnukowie komunardów z 1905 roku formują na ulicach nowe demonstracje, w obronie swojej wolności i godności osobistej a przeciw nadużyciom obecnej władzy. Są to ludzie przeważnie młodzi, jak dawni studenci z Marca 68, których pacyfikowali milicjanci wspólnie z ORMO – ochotnikami spośród partyjnych aktywistów. Ci mają przeciw sobie oddziały policji i kiboli. Nami, z marca, kierowali tzw. komandosi z grupy Michnika, wypierdalacze robią to, czego chce PiS-owska opozycja. Osobiście jestem bezpartyjny, nie trzymam żadnej strony i nie wiem, kto wygra w tej grze, ale z dużym prawdopodobieństwem mogę wskazać przegranego – szeregowego demonstranta.
Piszę to na własnym przykładzie. Przyłożyłem się w jakimś stopniu do zmiany ustroju w Polsce, ale nigdy nie poprawiłem sobie przez to życia, wręcz przeciwnie, tylko na tym straciłem. Po 68 roku, ze stempelkiem nieprawomyślnego w papierach nie zrobiłem oszałamiającej, zawodowej kariery, a kiedy przyszedł czas Solidarności, miano mnie już za recydywistę i w końcu dostałem wilczy bilet w prasie. O Michniku tego powiedzieć nie można, ale mu nie zazdroszczę jego Wyborczej. W każdej wojnie są żołnierze, którzy w imię jakichś ideałów o coś walczą i dowódcy, którzy później odcinają sobie z tego kupony. Pierwsi nadstawiają karku, drudzy pierś pod ordery. Kiedy mój dziadek pod koniec swojego życia powiedział mi, że właściwie żałuje, że walczył w trzecim powstaniu śląskim o Polskę, nie rozumiałem tego. Tej nagłej, jak mi się wtedy wydawało, utraty etosu; dzisiaj, kiedy mam już jego lata, przypuszczam, że stopniowo dojrzewał do tego przeświadczenia, pod którym też mógłbym się podpisać.
Minds that seek revenge destroy states, while those that seek reconciliation build nations
Nelson Mandela
(From Echeverría Martínez Chicali Wall)
Tabor Regresywny (vel Marek) i Ewa Maria Slaska
Tabor: Chodzi mi o taką myśl. Skoro oni nie chcą, to zróbmy to my. Berliński pociąg z napisem “wypierdalać” nabiera w tym kontekście kapitalnego znaczenia. Czas się przesiąść z pociągu byle jakiego do tego.
Ewa: “Ten pociąg” jeździ być może po Berlinie (linia nr 8, są tacy, którzy się bożą, że widzieli i jechali), a być może jako fantastycznie spreparowane zdjęcie krąży po forach społecznościowych, ale to przecież nieważne, ba, może nawet ważniejsza jest obecność tego pociągu w świecie surrealu…
Tabor: Jak kobiety mówią „wypierdalać”, to wypierdalać i nie zadawać głupich pytań. Jak kobiety mówią „wypierdalać”, to wypierdalać , żeby potem nie mówiły – a nie mówiłam. Kobiety „widzą” i dlatego się nie mylą. To jest wojna. To jest trzecia wojna światowa. Tym razem między Gają a człowiekiem. Pandemia jest tylko orężem w tej wojnie tak jak ekstremalne zjawiska pogodowe czy inne katastrofy. To jest wojna, którą człowiek musi wreszcie przegrać.
Jak to ludziom wytłumaczyć? Od czego zacząć? Na razie się miotam i próbuję zachować zimną krew. Czuję się jak żołnierz w okopie do którego dowódca mówi, jeszcze poczekaj, niech podejdą bliżej.
Ewa: Odjedziemy zatem na łodzi albo pociągiem “wypierdalać”, a wsiądziemy do niego o godzinie 11 na peronie dziewięć i trzy czwarte. Popłyniemy na Wyspy Szczęśliwe, każdy na swoje, bo ja twierdzę, że mieszkają tam Umarli, a Tabor Regresywny, że mieszkają tam szczęśliwi ludzie, którym udało się uciec ze świata, gdzie głównym zadaniem człowieka jest “czynienie Ziemi sobie poddaną”. Nie wiem, co my będziemy robić na “moich” Wyspach Szczęśliwych, mam nadzieję, że czytać, rozmawiać, sadzić kwiaty i kochać, oni zamierzają zrealizować Nową Baratarię. Sancho Pansa zrezygnował już ze stanowiska gubernatora, a Marek zamierza powołać Rząd na Uchodźstwie, którego premierem zostanie jego żona Olimpia (proponowałam formę “ta premiera”, ale podobno ma być parytet i wprawdzie wszystkie stanowiska zostaną obsadzone przez kobiety, zawsze po dwie na każdy (podwójny) fotel (projektant Gaudi) ale maskulinizmy zostaną zachowane. Myślę, że tak bywało w Egipcie, faraonem mogli być kobieta, albo mężczyzna, ale zawsze pełnili oni funkcję mężczyzny, dopiero królowa Hatszepsut była prawdziwą kobietą na tronie.
Tabor: Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny opisuje plemiona, dla których każda choroba ma związek z jakimś naruszeniem ładu kosmicznego. To, że naruszyliśmy ład kosmiczny, to nie podlega dyskusji. Trudniej skojarzyć to z pandemią. Łatwiej szukać winnych w Chinach. Czy mamy szansę wyjść z tej pandemi, bez przyjęcia perspektywy tych prymitywnych plemion? Trzeba się liczyć z tym, że nie. Że nie znajdziemy szczepionki, a nawet jak znajdziemy, to już w kolejce czeka następny wirus. Trzeba się też liczyć z tym, że ostre restrykcje oznaczają huśtanie się między zahamowaniem a kolejną falą. Niczym choroba dwubiegunowa. Prawdopodobnie każda choroba zaczyna się ostrzeżeniem. A jeśli to, czego doświadczyliśmy na wiosnę, to było tylko ostrzeżenie, a teraz zaczyna się właściwa pandemia?
Ewa: Jak przeżywaliśmy wiosenny lockdown, wielu z nas się łudziło, że wywoła to pozytywne zmiany w naszej organizacji życia prywatnego i społecznego, że zmienimy systemy wartości, damy odpocząć planecie, pozwolimy, by zregenerowały się żywioły, woda, ziemia, powietrze, że damy roślinom, zwierzętom i ludziom szansę odnowy, zwolnimy tempo życia, przestawimy potrzeby z symboli statusu na symbole wspólnoty, a wielkie cele konsumpcyjne zastąpimy małym szczęściem, budowanym małymi krokami. Zaczęliśmy lepiej gotować i lepiej jeść, sprzątnęliśmy nasze domy i oddaliśmy innym to, czego sami nie potrzebowaliśmy. Ale wiosna minęła, a z nią przeminęła wyciszona i uspokojona wizja innego życia. Ze zdwojoną siłą powróciły wrzask, szarpanina, manipulacje, pretensje, walki, pogarda.
Dziękuję mojej siostrze, Kasi, za całościowy koncept tego wpisu od pierwszej linijki do ostatniej, zdjęcie Kasia B.
Rzecz się dzieje podczas wojny peloponeskiej. Trwała ona tak długo, że kobiety się zbuntowały, stanęły do walki i wygrały!
Gromiwoja (Lizystrata)
Tekst: Arystofanes411 p.n.e Komentarz (fragmenty przedmowy): tłumacz Edmund Cięglewicz (ur. 1862, zm. 1928) Przypisy i uwagi: Ewa Maria Slaska2020
Jest rok 411 p.n.e. Trwa druga wojna peloponeska. Otóż na wiosnę tego roku (…) gdy nieszczęsne Ateny zaledwie łzy osuszyły po klęsce sycylijskiej, wśród powszechnego przesilenia ekonomicznego, niesłychanej drożyzny, wywołanej przeludnieniem i przymusowym, już od lat dwu, zaniechaniem uprawy roli w znacznej części ziemi attyckiej, wystawia poeta (Arystofanes), w lutym, podczas świąt Lenajskich, Lysistratę-Gromiwoję, komedię, w której szalony, śmiechem i dowcipem pieniący się pomysł idzie o lepsze z głębią myśli polityczno-społecznej. (…) Mądra, wyższa, patriotyczna kobieta postanowiła zmusić Hellenów do zawarcia pokoju. Gromiwoja obmyśliła sposób, aby pogromić wojujące strony: widząc, że zwykłymi środkami nie zaradzi się temu, już dwadzieścia lat trwającemu obłędowi, użyła sposobu wyjątkowego, na który mamy dziś wyraz zanadto dobrze znany, aby go nie użyć: białogłowski strajk.
GROMIWOJA (do Starucha)
Słuchaj jeno Czasu wojny długotrwałej Myśmy siła złego… siła, Od was, mężczyzn, znieść musiały, A cierpliwość… z nami była! Nie lza było słówkiem pisnąć, Choć burzyła się krew na was. Więc śledziłyśmy was ładnie I, bywało, siedząc w domu, Słyszym nieraz, jak zapadnie Straszny wyrok złej uchwały W sprawie ważnej!
Poeta wyprowadza na scenę niewiasty, walczące doskonale tą bronią, jaką im dała natura, a celem tej walki jest powszechny pokój. Pomysł poety świadczy, że kobieta w Atenach miała swoje aspiracje, dążące do emancypacji; dążenia te, nawet dziś tu i owdzie ironicznie pojmowane, niekiedy namiętnie zwalczane, przedstawia poeta w sposób, zapewne, wielce komiczny, lecz niezmiernie sympatyczny: jego Gromiwoja nie jest śmieszną, lecz owszem dzielną i wielką obywatelką, której się słusznie wszystkie należą prawa.
Jak wykonał poeta ten pomysł?
„W naszym ręku leży zbawienie Hellady”, woła bohaterka komedii, piękna i mądra Gromiwoja, do zwołanych z całej Grecji przedstawicielek płci pięknej. (…) “Zmusimy ich zaprzestać tej obmierzłej wojny, jeżeli zgodzimy się na jedno… Od dziś kwita z wszelkich czułości”. (…)
Na zamku, w obronnym grodzie, pod opieką dziewiczej Pallas Ateny, strajkowiczki przebywają tak długo, aż wreszcie mężowie, zrazu oburzeni, potem „prywacją kobiet” (…) srodze znękani, składają broń przed tym pospolitym kobiet ruszeniem, zawierając pokój panhelleński (…).
Ale Lizystrata to nie tylko historia kobiecego strajku. To również apel o demokrację. Oto, co mówi dalej Gromiwoja do Senatora, przyrównując obywateli i politykę do wełny
Naprzód tedy, jak się z brudu Myje wełnę na potoku, Tak kołtuństwo trzeba z ludu Zmyć i z miasta, jako wióry Gnać, a kłęby powikłane Polujących na godności I na tłuste synekury Zgrzebłem międlić bez litości — I urywać łby skalane! Potem czesać czystą wełnę, W jeden kosz swobody wspólnej Wszystkich kładąc: więc wmieszkanych Pobratymców i związkowych Nawet i dłużników owych, Co stracili prawa ludzkie, Trzeba mieszać w ten kosz wspólny. Przebóg, wszystkie miasta one, Zakładane, jak osady Naszej macierzystej ziemi, Wiedz, że jako rozrzucone Pasma leżą, zatem słabe. Więc te pasma Zebrać wszystkie w ten kosz pełny, Potem zbić na jeden wełny Zwał, chociażby nie bez trudu I tkać nowy płaszcz dla ludu!
Tą odezwą wystawił sobie Arystofanes największy pomnik, jako myśliciel, jako polityk, jako obywatel. Tak, obywatel, bo ta wełna w koszu, to wszak “wspólność praw obywatelskich”. Ale niestety głos natchnionego wieszcza był głosem wołającego na puszczy; przezornej myśli, najdonioślejszej, jaką kiedykolwiek wypowiedział Ateńczyk, którą należało przyjąć jako program dyplomatyczny, współczesność nie zrozumiała, a gdy zrozumiała, było już… za późno. Nie przyznano metojkom praw obywatelskich, nie zrównano ludzi wobec prawa. To zrobił dopiero Rzym.
Wróćmy jednak do naszych bojownic. Ich cel bardzo przypomina to, o co teraz pod wodzą kobiet walczy cała Polska: o wielkie WYPIERDALAĆ! skierowane do, ujmijmy to skrótowo, dziadersów wszelkiej maści.
Rzekłby kto, no ale jednak pardon fi donc, nieprzyzwoite to słowa. A tu tymczasem:
Śmiałym słowem przemawia Grek w życiu i na scenie; wyobrażenia helleńskie o przyzwoitości, zwłaszcza scenicznej, różnią się od dzisiejszych, o zewnętrzną tylko przyzwoitość dbających. Nasza scena przemyca częstokroć prawdziwą i potworną zgniliznę, ale ten jeden warunek musi być zachowany: o wszystkim wolno mówić, byle parafrazą, przyzwoicie i mniejsza o to, że pod tą osłoną wypranych, wyprasowanych i ublanszowanych Tłumacz, chcący oddać poetę, jakim był, nie może trzymać się tej recepty: zbyt wielki to umysł, aby go przykrawać do pojęć cnotliwego emeryta lub zwagneryzowanego pajaca. Niech więc nikogo …nie razi, że tu greckie panie Mówią dość śmiałą mową, a panienki, Niepowstrzymane swym greckim sumieniem, Zwą często rzeczy… właściwym imieniem.
Takim na przykład: Haj, na dwa bożyca, dyć goła hipkam i piętą w rzyć biję!
Z jednej strony gromada dorodnych erotycznie rozbuchanych rokoszanek, z drugiej (nie do wiary!): na scenę wkracza powoli zadyszany chór Starców siwobrodych, złożony z 12 choreutów (…) Dziady owe dźwigają pęki chrustu, wleką polana i konary; dwaj dzierżą sagan miedziany z żarzącym węglem i dmuchają, raz po raz kaszląc od gryzącego dymu. (…) Na końcu wlecze się przodownik chóru, koryfajos, imieniem Strymodoros; stary wyga, nie dźwiga nic, tylko dowodzi. (…) stają, krztusząc się, kaszląc i ocierając pot.
Strymodoros! Ten ze sceny wypisz, wymaluj jak ten nasz!
Ale choć główną bronią ma być odmowa chędożenia się, dziewczyny i dziady naparzają się też bezpośrednio. Mają nie tylko normalną broń. Starcy walczą ogniem, rokoszanki, jak je nazywa tłumacz, wodą. Kobiety zwyciężają. Główny Staruch bardzo nad tym ubolewa. Gromiwoja odpowiada mu beztrosko:
Azaś ty myślał, że baby nie… biją, Że my niewolne? Że może kobiety Nie mają ducha? (…) Więc my tedy obwołały Sejm niewieści, by Helladę Wyrwać z toni wspólną mocą. Czekać jeszcze? Na co, po co? Więc gdy zbawczą kobiet radę Przyjąć chcecie sercem wdzięcznym, I, jak my wpierw, milczeć, luby, Ocalimy was od zguby!
(…) CHÓR BIAŁOGŁÓW
Ninie zbliż się który do mnie, a wybiję zęby! Czosnku ten nie będzie gryźć, Grochu, bobu, ni ziarenka: Jednym słówkiem spróbuj lżyć, Wściekła jestem, będę bić, Że polecą z was otręby, I wspomnisz bajkę, jak żuk orła nęka!
(…) Nie dbam o was, póki żyje Ma Lampito, wierna straż, I tebańska krasawica, Ismenija — zaszczyt nasz! Wy bezsilni, nie pomoże Na to nawet uchwał sto, Zwłaszcza, że wam wszyscy wkoło Źli sąsiedzi zemstą klną.
Niezaspokojeni seksualnie wojownicy ze Sparty i Aten, wspierani przez pokonanych starców, podejmują decyzję o zawarciu przymierza, które zakończy wojnę.
Nie trudna to rzecz, kiedy obie strony
Bez fałszu zadmą już w jednakie tony
A zatem: ***** ***
Kochani i jeszcze opis do zdjęcia: zostało zrobione 3 listopada podczas demonstracji w Gdańsku w obronie wolnych mediów. Pochód formował się we Wrzeszczu na ulicy Grunwaldzkiej, pod pięknym pałacykiem czyli siedzibą radia Gdańsk (to było kiedyś fantastyczne radio), a potem szedł do Gdańska, pod siedzibę ***. Poszłyśmy z koleżanką. Miałyśmy mnóstwo rzeczy do obgadania, a na trasie nikt nic nie skandował, to, zatopione w rozmowie, szłyśmy coraz wolniej. Nagle okazało się, że idziemy jako ostatnie i chyba byśmy tego nawet nie zauważyły, gdyby nie pogoniły nas buczkiem zamykające pochód auta policyjne. Upozowałam się na ich tle, a koleżanka zrobiła zdjęcie. A dopiero dziś zrozumiałam, że wystylizowałam pozę na zdjęciu na Gromiwoję. Trudno się zresztą dziwić, pisałam o niej przecież przez cały dzień.
Lubię sny, kiedy wiem, że je tylko śnię. Nawet jak jest przyjemnie, bo po przebudzeniu jest mniejsze rozczarowanie, a przy koszmarach, jakby mniej się boję. Nie lubię natomiast tych głębokich, kiedy wszystko wydaje się być prawdą.
Śniło mi się, że byłem na winobraniu we Francji. Jak wtedy, w 81 roku, pod Carcassonne. Zakończyliśmy już zbiory, patron wypłacił nam pieniądze, rzeczy spakowane, można wracać do Polski. Idę do budki telefonicznej w mieście, żeby zadzwonić do mamy, ale połączenie się rwie, co chwilę słyszę, że rozmowa jest kontrolowana. Na ekranie telewizora w pobliskim bistro znowu widzę tłumy na ulicach i czołgi w jakimś lesie, w gotowości bojowej, francuski spiker mówi podniesionym głosem, że sytuacja w Polsce jest napięta. Później jadę pociągiem, ale jestem dzieckiem i wokoło sami obcy ludzie, wszyscy mają maskina twarzach, wyglądają, jak przybysze z obcej planety i budzą we mnie lęk. Ja nie mam maski i wiem, że muszę przez to wysiąść z pociągu na najbliższej stacji.
Dworzec wydaje mi się znajomy, na szyldzie napis: Stalinogród. Peron zalegają zwały brudnego, mokrego śniegu, jest odwilż, ciągnę za sobą jakieś sanki. Zjeżdżam na nich z górki Hofmanki, ale to już mój Chorzów, we śnie czas i przestrzeń rządzą się innymi prawami. Zjeżdżam i wrzeszczę: śmierć Stalina! Tak, jak wtedy, kiedy umarł dyktator.
Wtedy uszło mi to płazem. We śnie niestety jest gorzej, jakieś łapy siłą zakładają mi maseczkę na twarz i kneblują nią usta. Czuję, że tracę oddech. Ostatkiem sił podrywam się z łóżka i koszmar mija. Jest niedzielny poranek w dzień Wszystkich Świętych, w piątek mój kuzyn Romek z Chorzowa przesłał mi zdjęcia pięknie wysprzątanych i ozdobionych grobów moich bliskich. Ciekaw jestem, czy faktycznie dzisiaj cmentarze w Polsce są zamknięte, w związku z epidemią Covid-19. Okazuje się, że tak, potwierdzają to polskie media a także moi znajomi, w rozmowach telefonicznych. Są ostrożni w wypowiedziach, bo podobno od kilku dni spec-służby mają jawne prawo do inwigilacji społeczeństwa, pod kątem jego krytyki władzy, bo nieoficjalnie trwa to już przecież o wiele dłużej. Wejść na cmentarze pilnuje policja i tak ma być do poniedziałku, czyli do Dnia Zadusznego włącznie. Nareszcie biedni zmarli będą mieli trochę spokoju w te święta.
Nie zdziwiłbym się natomiast, gdyby już był gotowy paragraf, przewidujący karę pozbawienia wolności za lajkowanie politycznych dowcipów na fejsie i właśnie pochylałby się nad nim Trybunał Konstytucyjny. Albo gdyby zamierzano przywrócić i znowelizować Ustawę o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego z 1938 r., o której pisałem w Sprawie Cywińskiego, z 29.04.2020 r. Za uchybienie godności najważniejszego człowieka w państwie groziła kara więzienia do 5 lat, wystarczyło by więc tylko zmienić nazwisko i imię, zaktualizować datę i gotowe.
Mam nadzieję, że ten scenariusz mi się nie przyśni, koniec z późnymi kolacjami.