Z wolnej stopy 11

Zbigniew Milewicz

Krzipista na wierzbie

Fizycznie stanowili dokładnie swoje przeciwieństwo. Pokrzywdzony, Marcin B., przez dawnych kolegów szkolnych nazwany krupniokiem, z racji zawsze zaczerwienionej twarzy i krępej budowy ciała siedział naprzeciw chudego jak tyka, znacznie wyższego od siebie Józefa S., który miał być rzekomym sprawcą jego nieszczęścia. Pan mecenas Berezowski, o którym już TU wspominałem, próbował ich pogodzić, ale Marcin B. pragnął tylko jednego – zemsty.

Obydwaj przyjaźnili się od najmłodszych lat. Mieszkali w jednej ze wsi pod Mikołowem koło Katowic, razem chodzili do szkoły podstawowej, później Józek, bardziej znany jako Zefel, poszedł się uczyć na elektryka, a Marcin został na gospodarstwie, żeby pomagać ojcu. Łączyła ich miłość do muzyki, Zefel miał po swoim dziadku skrzypce i uczył się na nich grać w miejscowym domu kultury, Marcinowi rodzice kupili na urodziny akordeon, miał dobry słuch, ale brakowało mu cierpliwości do nauki. Instruktor w domu kultury robił, co mógł, żeby go do niej zachęcić, jednak uczeń był wyjątkowo oporny, więc w końcu odpuścili sobie obaj. Zefel natomiast, jak zaczęła się moda na regionalne kapele na Śląsku, wstąpił do jednej z nich i zaczął występować na różnych estradach, koncertach, weselach, jakieś pieniądze z tego były, stał się ulubieńcem dziewczyn w całej wsi i okolicach. Marcina z zazdrości o mało szlag nie trafił, ale w końcu jakoś się z tym pogodził. Tym bardziej, że Józek prywatnie pozostał sobą, skromnym, życzliwym chłopakiem, który nie wywyższał się nad innymi z tej racji, że został muzykantem. Na podtrzymanie starej przyjaźni podarował nawet Marcinowi taśmę magnetofonową z nagraniami śląskich pieśniczek w wykonaniu jego zespołu i ten chętnie jej słuchał.

Feralnego dnia nic nie układało mu się, jak należy. Wyjechał w pole traktorem, żeby przygotować kartoflisko do zbioru i zepsuła mu się maszyna. Jak ją naprawił, przyszła matka z wiadomością, że iluś tam ludzi odmówiło pomocy na polu. Wsiedli więc do ich rodzinnej Syrenki, żeby poszukać innych pomocników, ale był już tak zmęczony, że tylko jakaś dobra muzyka mogła go ożywić. Wsunął więc do radiomagnetofonu w pulpicie taśmę kapeli. Bezrobotni go ożywili, Na Ślonsk przijechali gorole jak zwykle rozśmieszyli, ale później zabrzmiała ta nieszczęsna Niedzieliczka… Była taka smętna, a te skrzypce Zefla tak zawodziły, że w momencie zasnął. Obudziło go mocne uderzenie w pień przydrożnej wierzby, jak spojrzał w górę, to wydało mu się, że krzipista Zefel siedzi na gałęzi i śpiewa: wczoraj była niedzieliczka, dziś jest smutny dzień, zabolała mnie głowiczka na cały tydzień, głowiczka mnie zabolała, oczkam sobie wypłakała, matusiu moja… Ale to był tylko szok pourazowy. Ani matka, ani on nie zapięli pasów, na szczęście jechali bardzo wolno, ze względu na wyboje w drodze i skończyło się na poobijanych głowach i kończynach, ale przód auta był zmiażdżony. Całą winę za wypadek Marcin przypisywał Zeflowi i chociaż najbliższa rodzina mu to odradzała, za podszeptem konkurencyjnej kapeli, postanowił wytoczyć mu sprawę sądową z powództwa cywilnego o odszkodowanie.

Prowadzenie sprawy powierzył mecenasowi Berezowskiemu, którego znałem, jako radcę prawnego w handlowym przedsiębiorstwie, w którym pracowała moja ś.p. mama. Prowadziła tam dział organizacyjno-prawny, a ponieważ było to dosłownie kilka kroków od gmachu prasy w katowickim rynku, zaglądałem do niej często. Któregoś dnia dowiedziałem się od Pana Mecenasa, o ile się nie mylę, nosił imię Maksymilian, że miałby dla mnie ciekawą obyczajowo sprawę i jeżeli chcę, to mogę w niej uczestniczyć. W ciemno kupiłem temat i poszedłem z nim do zespołu adwokackiego. Zaniedługo zjawili się Marcin B., alias Krupniok i Józef S., pseudo Zefel.

– Bez to, że tyn krzipista tak smyntnie groł, to żech zasnoł za kierownicom i dupnoł w drzewo i teroz jest mi winien za cało reperatura auta – powtórzył swój zarzut Marcin B.
Niedzieliczka opowiada o smutnym losie dziewczyny, która skarży się swojej mamie, że wyszła za mąż za pijaka i sadystę, który trwoni każdy grosz, takiej piosenki nie da się grać skocznie i wesoło, mógł jej nie słuchać, jak był zmęczony – odparł czystą polszczyzną Józef S.

Żadna strona nie dawała za wygraną. W tej sytuacji Pan Mecenas Berezowski zaproponował, żeby Józef S. odegrał na żywo ów utwór, abyśmy wszyscy słuchacze doświadczyli, jak on na nas oddziaływuje. Muzyk miał skrzypce ze sobą. Skinął głową i proszę sobie wyobrazić, że słuchając chyba dziesięciu smutnych zwrotek Niedzieliczki sam prawie nie zasnąłem, podobnie inni słuchacze. Zefel sprawnie posługiwał się instrumentem i śpiewał niezgorzej, ale jakoś tak zawodząco, że nic tylko płakać nad losem biednej dziewczyny, albo właśnie zasnąć. Poza powodem, pozwanym, Panem Mecenasem i mną, w tym całkowicie nieformalnym spotkaniu brało udział jeszcze kilku kolegów z zespołu. Jeden z nich, będąc po małym koniaczku, po odsłuchaniu utworu opowiedział nam następującą anegdotę:

Przychodzi skrzypek do lekarza internisty i narzeka, że kiedy gra na swoim instrumencie, to doznaje erekcji. Pyta, dlaczego tak się dzieje, medyk mówi, żeby zagrał i… stwierdza, że zauważa u siebie podobne objawy, ale powodów nie jest w stanie podać. Następują wizyty pacjenta u seksuologa i muzykologa, wszędzie koncertuje i wszędzie kończy się tym samym, ale dopiero muzykolog doznaje olśnienia i na pytanie „dlaczego”, wykrzykuje: wiem, bo pan grasz, jak pi…

Gruchnęliśmy zdrowym, żołnierskim śmiechem. Najgłośniej rżał krupniok, tylko Zefel sprawiał wrażenie jakby trochę urażonego, ale jak jego kompan w pewnym momencie oświadczył, że idzie z nim na ugodę, pod warunkiem, że ten go od czasu do czasu zabierze ze sobą na występy za kulisy, to lody stopniały. Pan Mecenas Berezowski był dobrym specjalistą prawa cywilnego i prywatnie dobrym człowiekiem, lubił godzić powaśnionych ze sobą ludzi, jeżeli widział, że jest ku temu szansa, choć finansowo często źle na tym wychodził. Jego zawodowi rywale zarzucali mu, że lubi posługiwać się w swojej pracy różnymi nieformalnymi metodami, ale czyż dobry cel nie uświęca środków?

Ilustracja pochodzi z utworu Wilhelma Ratuszyńskiego “Skrzypek”, zamieszczonego w Magazynie Twórczym “Polska Canada”.

Sierpień umarłych 3

Zbigniew Milewicz

Post scriptum

Kiedy miałem już gotowy sobotni wpis Non omnis moriar, żegnający troje polskich artystów, natknąłem się w internecie na wywiad z Ewą Demarczyk – Ja nie jestem na sprzedaż. Tego spodziewałem się najmniej. Czarny Anioł przez ostatnie 20 lat swojego życia konsekwentnie unikał kontaktów z mediami i być może ten, z 1998 roku, który znalazłem był ostatnią publiczną wypowiedzią wybitnej artystki. Trochę wyjaśnia ona powody, dla których Ewa Demarczyk w pewnym momencie wycofała się z życia publicznego i sporo mówi o prawie każdego z nas do prywatności. W przypadku znanych ludzi tę sferę bardzo trudno ochronić, bo są w pewnym sensie publiczną własnością, ale przecież nie dosłownie.

Sierpień umarłych 2

Zbigniew Milewicz

Non omnis moriar…

Ciężko. Polska scena muzyczna ponosi duże straty. 25 lipca, dzień po swoich 98 urodzinach odszedł Bernard Ładysz, 14 sierpnia – Ewa Demarczyk, sześć dni później – Piotr Szczepanik, troje bardzo różnych artystów. Ostatniego z nich poznałem osobiście, około 2000 roku, kiedy wspólnie z moją byłą żoną zajmowałem się jeszcze organizacją polonijnych imprez kulturalnych. Ciepły i skromny człowiek z nieodłączną fajką i gitarą, przyjechał swoim starym Saabem do Monachium, zgodził na nocleg w tanim pensjonacie i jeden koncert za niewygórowaną gażę. Do Weyprechthofu na Harthofie, knajpy, której też już nie ma, przyszło tylko około 30 wielbicieli jego talentu, a głównie wielbicielek. Nikt z równie piękną zadumą i melancholią nie potrafił bowiem tak śpiewać o miłości, jak właśnie On. To był już wieczór kariery artystycznej Pana Piotra, ale jego Kormorany, Żółte Kalendarze i Kochać, brzmiały równie pięknie, jak niegdyś i nagradzaliśmy je szczerym aplauzem.

Piotr Szczepanik

Piwnica pod Baranami, krakowski kabaret, z którym Ewa Demarczyk była przed laty związana, pożegnał ją na facebooku tylko dwoma słowami: Odeszła największa.

Wokalistka miała 79 lat. Kilku pokoleniom prezentowała to, co w piosence najszlachetniejsze, najbardziej wartościowe. Nie zostawiła po sobie zbyt wielu nagrań, ale – same perły. One będą z nami, przypominając o fenomenie Ewy Demarczyk, napisał Wacław Krupiński, dziennikarz i krytyk. Urodziła się w Krakowie i z tym miastem była związana najbliżej. Myślała o studiach medycznych, później o karierze pianistki, ostatecznie dostała się do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i jeszcze w trakcie studiów dołączyła do ekipy Piwnicy pod Baranami. Wcześniej w klubie Cyrulik wypatrzyli ją Piotr Skrzynecki i Zygmunt Konieczny, kompozytor, dla którego Demarczyk stała się muzą. W 1963 roku, niedługo po debiucie w Piwnicy, wystąpiła na I Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Zaśpiewała tam Taki pejzaż i Czarne anioły Koniecznego i publiczność oszalała na jej punkcie. Ewa Demarczyk miała za sobą już pierwszy artystyczny sukces na większą skalę, na również pierwszym Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie, gdzie zaśpiewała porywającą Karuzelę z madonnami, później przyszło zaproszenie na trzeci Międzynarodowy Festiwal Piosenki do Sopotu, gdzie zdobyła nagrodę specjalną “za oryginalność utworu” Czarne Anioły. Ten tytuł został z nią do końca – miłośnicy jej talentu mówili o niej właśnie Czarny Anioł.

Po recitalu w Sopocie dostała szansę, żeby wyjechać do Paryża i robić międzynarodową karierę, ale odmówiła – chciała najpierw ukończyć studia w PWST. Paryż nie czekał na nią długo, zaśpiewała tam po raz pierwszy w roku 1964 i oczarowała publiczność nad Sekwaną. W tym samym roku festiwal w Sopocie przyniósł jej główną nagrodę za wykonanie Grande valse brillante. Żyła w pełnym pędzie – śpiewała w Polsce, za granicą, odnosiła coraz więcej sukcesów. Wiele zmian przyniósł rok 1966. Skończyła studia, założyła własny zespół i zakończyła współpracę z Zygmuntem Koniecznym. To jej owocem była nagrana na początku 1967 roku debiutancka płyta Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego, która pomogła utwierdzić jej status wielkiej gwiazdy. Nastąpiły wyjazdy na koncerty do Włoch, Meksyku, USA, Australii i Japonii, do największych sal koncertowych, a śpiewała tylko… po polsku. Twierdziła, że muzyka i poezja, a jej interpretacje były najwyższej próby, są językiem duszy i nie ma znaczenia, w jakim języku się je wykonuje. Hipnotyzowała sobą publiczność, brała ją w absolutne władanie. Porównywano ją do Edith Piaff i Juliette Greco. Po każdym utworze, który śpiewała, najpierw trwała na widowni nabożna cisza, później publiczność wstawała z miejsc i rozbrzmiewały oklaski. Tak było wszędzie. Na koncertach, w których osobiście miałem zaszczyt i przyjemność uczestniczyć, jak i tych, o których tylko słyszałem.

Z Piwnicą pod Baranami ostatecznie rozstała się w 1976 roku. Trzy lata później światło dzienne ujrzał wyczekiwany przez wielu podwójny album koncertowy – ostatni w jej dyskografii. Demarczyk stopniowo zawieszała karierę muzyczną – w latach 80 prowadziła w Krakowie Teatr Muzyki i Poezji, który pochłonął ją bez reszty. Dwadzieścia lat temu zniknęła, bez słowa. Szkoda.

Bernard Ładysz

Droga życia najznakomitszego polskiego basa wszech czasów, Bernarda Ładysza, rozpoczęła się w 1922 roku, w Wilnie.

„Gdy wybuchła wojna – wspominał po latach – wstąpiłem do Armii Krajowej. A potem do Wilna wkroczyły wojska radzieckie. W 1944 roku w Wilnie kilka tysięcy mężczyzn przeszło przeszkolenie do służby wojskowej. Mieliśmy zostać wysłani na front, odbijać Warszawę. Postawiono nam jeden warunek: musieliśmy złożyć przysięgę Związkowi Radzieckiemu. Na to się nie zgodziliśmy. Za karę wywieziono nas na Syberię, w różne miejsca. Próbowałem uciekać, ale mnie złapano. Wylądowałem w słynnym obozie pracy w Kałudze. Wysłano mnie do pracy do lasu przy wyrębie drzewa. Mróz był straszliwy, głodzono nas, pracowaliśmy w nieludzkich warunkach. Bardzo wtedy podupadłem na zdrowiu”.

Po wojnie, w 1947 roku, miastem Bernarda Ładysza stała się Warszawa. Niestety do Wilna, gdzie ciągnęła dusza, nie mógł wrócić, nie było go już po polskiej stronie. „Zakochałem się w Warszawie – kontynuował – gdy wróciliśmy z Rosji. Wjechaliśmy do miasta gruzów. I ono nas przyjęło, bo byliśmy partyzantami i wróciliśmy stamtąd. Ta biedna Warszawa oddała nam serce. Oddała 20-metrowy pokój dwudziestu osobom, chociaż miejsca było tylko dla czterech. Pamiętam: siedzieliśmy w kawiarni Maxim i gdy zaczęliśmy śpiewać, ludzie płakali. Płakaliśmy wspólnie nad polskim losem. Dlatego kocham Warszawę”.

Dysponował znakomitym głosem, miało więc sens, że przez dwa lata studiował wokal w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie, a potem wstąpił do Centralnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego, z którym jeździł również na zagraniczne koncerty. W 1950 roku zaangażowała go Opera Warszawska, zadebiutował rolą Griemina w Eugeniuszu Onieginie Piotra Czajkowskiego. Później olśnił publiczność rolą Mefista w Fauście Charlesa Gounoda, która dała mu możliwość pokazania w pełni, na co go głosowo stać oraz jaki ma temperament i talent sceniczny. Zwrotnym momentem w karierze Bernarda Ładysza stał się konkurs śpiewaczy w Vercelli we Włoszech, w 1956 roku. Odniósł tam tryumf, zdobył I nagrodę i zyskał międzynarodową popularność. Sukces ten otwarł mu drogę na włoskie sceny operowe i możliwość współpracy z artystami tej miary co Victoria de los Angeles, Antonietta Stella, Anita Cerquetti, Tullio Serafin. Zgodnie z regulaminem konkursu w Vercelli laureat mógł zadebiutować w mediolańskiej La Scali. Bernard Ładysz nie zdecydował się jednak na ten krok – zaangażował się natomiast do występów w Teatro Massimo w Palermo. W 1959 roku nagrał w Londynie Łucję z Lammermoor Gaetano Donizettiego, wspólnie z Marią Callas, pod dyrekcją Tullio Serafina.

Sukcesem artystycznym w karierze Bernarda Ładysza była kreacja roli tytułowej w Borysie Godunowie Modesta Musorgskiego w Operze Warszawskiej (1960), a także w nowej inscenizacji tej sztuki w Teatrze Wielkim w Warszawie (1972). Najbardziej jednak znanym polskiej publiczności będzie jego rewelacyjna aria Skołuby Ten zegar stary, z moniuszkowskiego Strasznego Dworu. W operach Stanisława Moniuszki występował bowiem chętnie. Ładysz wziął udział w nagraniach sztuki Król Roger Karola Szymanowskiego oraz opery radiowej Usziko Tadeusza Paciorkiewicza, w prawykonaniach Pasji według Św. Łukasza i Jutrzni oraz w prapremierze opery Diabły z Loudun (w roli Ojca Barre) Krzysztofa Pendereckiego.

Występował również w filmach, m.in. w Ziemi obiecanej, Znachorze, w musicalach, m.in. w roli Tewiego w Skrzypku na dachu Josepha Steina i Jerry’ego Bocka oraz na estradzie piosenkarskiej. Współpracował z Teatrem Syrena w Warszawie.

Pytany o to, co jest jego zdaniem najważniejsze w śpiewaniu artysta odpowiadał: “Wrażliwość, dusza, serce i dar od Boga: głos. A najważniejsze, to umieć to docenić”.

W 98 urodziny Bernarda Ładysza, czyli dzień przed śmiercią, jedna ze słuchaczek Radia Maryja poprosiła o zadedykowanie Solenizantowi pieśni, którą chętnie wykonywał i darzył szczególną estymą: Matko moja, ja wiem. Śpiewał ten utwór wspólnie ze swoją ukochaną żoną, Leokadią Rymkiewicz-Ładysz. Niestety nie wiadomo, czy zdołał jeszcze przyjąć ten prezent, który miał zaakcentować szczególną miłość jego życia, miłość do matki. Dlatego pozwolę sobie teraz załączyć ten utwór.

P.S. Pogrzeb Piotra Szczepanika odbędzie się 31 sierpnia na Starych Powązkach w Warszawie.

Wróżby i koty

Teresa Rudolf

Takie wróżby…

Otwórz  rękę,
ależ pokiereszowana
losem, zamknij…

Otwórz rękę,
ależ bardzo pracowita
zawsze, zamknij…

Otwórz rękę,
gwiazda tam znów
świeci, zamknij…

Otwórz rękę, znów
księżyc tam w pełni,
dzisiaj??? zamknij…

Otwórz rękę,
serce czyjeś z piernika
ci wpadło, zamknij…

Znudziło się?
Nie otworzysz?
Biegniesz do wróżki?

Otwórz rękę, ten
jeden, ostatni, jedyny
znów raz…

Jestem  tylko Cyganką,
to wiesz, ohooo… wróżka,
zmarła, zamknij.

Kotka Lili

Piękny,
elegancki chód,
cichej pantery…

Oczy
szmaragdy,
z ironią wyższości.

Błysk
czarnego aksamitu
odbijał księżyc,

w dzien
lśnił w słońcu
wielokaratowo…

Położyła się
na mym sercu
jak w łóżku…

I nie pozwala
mi go na długo,
teraz zaścielić.

Samotność kota

Moritz, mój kot, nastroszona sierść,
nos przy parkiece
i na balkonu betonie.

Moritz mały tygrys,
zagrzebuje łapą swą
“podłość”, błaga wciąż
o kocie wybaczenie.

Moritz, koci macho,
nie chce niczego,
a jedynie, by wyszła,
by weszła, przeszła,

by spadła znów
z nieba, ta sama,
z tej samej mamy,
czarna kotka Lili.

A ona? A Lili?
Na tęczowym moście
wciąż, zanim przejdzie,
najpierw chce wybaczyć.

I calkiem niewinna,
szybsza jak człowiek,
jak zawzięty człowiek,
da mu sygnał: OK.

Dzisiaj,
bo dziś
niedziela…

Melancholia

Teresa Rudolf

A przecież…

Uleciało z niej powietrze,
zapadła się jej dusza,
zaniedbany grób nadziei.

Nie wie, jak to możliwe,
by za życia już fruwać
nad sobą jak ptak,

patrząc ciekawie z góry
na to ciało obolałe,
od zastygłej niemocy.

Czy to już Ty, pytała
ze smutkiem patrząc
jak po sekundzie,

po milimetrze jej ubywa,
czuła to, będąc dla siebie
wścibską podglądaczką.

Kogo pytać o azyl,
argumenty dla duszy,
że czas już gdzieś osiąść?

Obudziła się, o co chodzi,
gdzie jest, przerażona,
kot polożył się na poduszce.

To jest mój kot przecież,
moja poduszka przecież,
mój ból serca przecież.

Żyję ciągle… przecież…
i przecież… to dobrze…
kot zeskoczył na podłogę.

Jest kotem… przecież.

Modlitwa inaczej…

Twój wskazujący palec
zamiast długiej, siwej
brody na dużej chmurce?

Twój wskazujący palec
nad ziemią deptaną
brutalnie przez ludzkość?

Twój wskazujący palec
na sumieniach ludzi,
bez krztyny sumienia?

Twój wskazujący palec
hamujący usta, aby
przestały wciąż kłamać?

Twój wskazujący palec,
zaciskany na rękach, by
piszac, też nie kłamały?

Twój wskazujący palec
trzymający za serca,
by zaczęły coś czuć?

Karcisz, dotykasz, prosisz,
“a teraz będą same plagi”
mówią, “teoria spiskowa”…

I woleliby Cię znów ujrzeć,
z uśmiechem, na chmurce,
z długą brodą, a Ty Panie?

A Ty Panie?
Co chciałbyś powiedziec?
Byśmy zrozumieli?

 

Poezja – Poetry – Poesie – Poésie – Поэзия: Marsylianka

I naprzód…

Ewa Maria Slaska

W 231 lat później

Od razu uprzedzam wszystkie pytania: nie wiem, dlaczego Marsylianka. Choć akurat dziś można by pomyśleć, że wiem i to jak! Ale nie. Pojawiła się pewnego wiosennego dnia, czyli już jakiś czas temu i od tej chwili nie odstępuje mnie nawet o krok. Przypomniało mi się wtedy, że coś o niej wiem, bo przeczytałam to w jakiejś powieści, jednej z tych, jakie się czyta w niemieckim szpitalu, zanim ktoś z przyjaciół cię nie odwiedzi i nie przyniesie czegoś sensownego. Są to z reguły potwornie stare powieścidła, wysortowane ze zbiorów bibliotecznych. Według tejże powieści, a nie pamiętam ani jej autora, ani tytułu, pieśń została ułożona dla ochotników z Marsylii wyruszających na pomoc Rewolucji, która 14 lipca 1789 roku wybuchła w Paryżu, a która potem nazwana została Francuską.

Ale polska Wikipedia natychmiast przywołała mnie do porządku:

Słowa i muzykę tej pieśni stworzył 25 kwietnia 1792 w Strassburgu Claude Joseph Rouget de Lisle na widok wymarszu rewolucyjnej Armii Renu. Stąd jej oryginalna nazwa to: Chant de marche de l’Armée du Rhin lub Chant de guerre pour l’armée du Rhin (Marsz wojenny Armii Renu lub Pieśń wojenna Armii Renu). Jej pierwsze wykonanie miało miejsce 26 kwietnia tegoż roku. Zdobyła wielką popularność w okresie rewolucji francuskiej. Wówczas jako pierwsi zaśpiewali ją żołnierze z Marsylii, biorący udział w walkach o pałac Tuileries w Paryżu. Tak powstała jej nowa nazwa, najpierw Marche de Marseille, a później ostatecznie La Marseillaise, czyli Marsylianka.

Francja właśnie wzpowiedziała wojnę Austrii! A zatem Armia Renu wcale nie była niemiecka, jak by się nam, małym ludzikom mogło wydawać (bo Ojczulek Ren i straż na Renie), tylko francuska, i wcale nie była armią rewolucyjną, tylko królewską, została sformowana na mocy dekretu króla Ludwika XVI z 14 grudnia 1791 roku. Król w rok później utracił władzę. 6 października 1789 został zmuszony do opuszczenia Wersalu i zamieszkał wraz z rodziną w Tuileriach. Przebywał tam do chwili obalenia monarchii 10 sierpnia 1792. W szturmie pałacu, informuje Wikipedia, rozwścieczony motłoch paryski wymordował wszystkich żołnierzy królewskich z Gwardii Szwajcarskiej i obrabował pałac biorąc wszystko, co dało się wynieść. No cóż historia nie zawsze jest taka piękna, jak byśmy chcieli.

I co?

To podczas tego szturmu zasłużyły się oddziały marsylskich ochotników? Byli częścią plądrującego motłochu? I jeszcze na dodatek śpiewali pieśń ułożoną na cześć armii królewskiej?

Na wczesnym druku z tekstem Marsylianki dokładnie widać, że to marsz militarny.

Wikipedia niemiecka opowiada w tym miejscu nieco inną historię i nieco elegantszą:

Das Lied erhielt den Namen Marseillaise, weil es von Soldaten aus Marseille am 30. Juli 1792 beim Einzug in Paris, kurz vor dem Tuileriensturm, gesungen wurde. Am 14. Juli 1795 wurde die Marseillaise zur französischen Nationalhymne erklärt.

A więc pieśń śpiewali żołnierze z Marsylii wkraczając do Paryża przed szturmem na pałac Tuilerie.

Francuzi preferują jednak jeszcze troszkę inną wersję:

Chant de guerre des armées aux frontières. De fait, ce sont les troupes des fédérés marseillais qui, l’ayant adopté comme chant de marche, l’entonnent lors de leur entrée triomphale, aux Tuileries, à Paris, le . Immédiatement, la foule parisienne, sans se préoccuper de ses différents noms, baptise ce chant: La Marseillaise. Ce titre, outre sa simplicité, a l’avantage de marquer de Strasbourg à Marseille, de l’Est au Midi, l’unité de la Nation.

A zatem jednak zdobycie pałacu Tuilerie, ale nie dokonuje tego motłoch, lecz żonierze i lud.
A Marsylianka jest tytułem prostym i to skłoniło “lud” do zmiany tytułu.

Na szczęście są jeszcze Anglicy, a ich Wikipedia przychyla się do mojej powieściowej wersji:

The melody soon became the rallying call to the French Revolution and was adopted as “La Marseillaise” after the melody was first sung on the streets by volunteers (fédérés in French) from Marseille by the end of May. These fédérés were making their entrance into the city of Paris on 30 July 1792 after a young volunteer from Montpellier called François Mireur had sung it at a patriotic gathering in Marseille, and the troops adopted it as the marching song of the National Guard of Marseille. (…) Mireur was headed to Marseilles to organize and lead volunteers from nearby towns. The song thus became known as “La Marseillaise”, which was adopted as the French national anthem in 1795. 

W Wikipedii jest jeszcze ze sto innych wersji językowych, ale postanawiam, że nie sprawdzam dalej. Niechta będzie po powieściowemu: wyruszli ochotnicy z Marsylii i śpiewali tę pieśń, nawołującą  dzieci ojczyzny do walki:

La Marseillaise

Allons enfants de la Patrie,
Le jour de gloire est arrivé!
Contre nous de la tyrannie
L’étendard sanglant est levé,
L’étendard sanglant est levé,
Entendez-vous dans les campagnes
Mugir ces féroces soldats?
Ils viennent jusque dans vos bras
Égorger vos fils, vos compagnes!

X
Aux armes, citoyens,
Formez vos bataillons,
Marchons, marchons!
Qu’un sang impur
Abreuve nos sillons!

Que veut cette horde d’esclaves,
De traîtres, de rois conjurés?
Pour qui ces ignobles entraves,
Ces fers dès longtemps préparés?
Ces fers dès longtemps préparés?
Français, pour nous, ah! quel outrage
Quels transports il doit exciter!
C’est nous qu’on ose méditer
De rendre à l’antique esclavage!

Aux armes, citoyens…

Quoi! des cohortes étrangères
Feraient la loi dans nos foyers!
Quoi! Ces phalanges mercenaires
Terrasseraient nos fiers guerriers!
Terrasseraient nos fiers guerriers!
Grand Dieu! Par des mains enchaînées
Nos fronts sous le joug se ploieraient
De vils despotes deviendraient
Les maîtres de nos destinées!

Aux armes, citoyens…

Tremblez, tyrans et vous perfides
L’opprobre de tous les partis,
Tremblez! vos projets parricides
Vont enfin recevoir leurs prix!
Vont enfin recevoir leurs prix!
Tout est soldat pour vous combattre,
S’ils tombent, nos jeunes héros,
La terre en produit de nouveaux,
Contre vous tout prêts à se battre!

Aux armes, citoyens…

Français, en guerriers magnanimes,
Portez ou retenez vos coups!
Épargnez ces tristes victimes,
À regret s’armant contre nous.
À regret s’armant contre nous.
Mais ces despotes sanguinaires,
Mais ces complices de Bouillé,
Tous ces tigres qui, sans pitié,
Déchirent le sein de leur mère!

Aux armes, citoyens…

Amour sacré de la Patrie,
Conduis, soutiens nos bras vengeurs
Liberté, Liberté chérie,
Combats avec tes défenseurs!
Combats avec tes défenseurs!
Sous nos drapeaux que la victoire
Accoure à tes mâles accents,
Que tes ennemis expirants
Voient ton triomphe et notre gloire!

Aux armes, citoyens…

La Marseillaise

Arise, children of the Fatherland,
The day of glory has arrived!
Against us, tyranny’s
Bloody standard is raised,
Bloody standard is raised,
Do you hear, in the countryside,
The roar of those ferocious soldiers?
They’re coming right into your arms
To cut the throats of your sons, your women!

To arms, citizens,
Form your battalions,
Let’s march, let’s march!
Let an impure blood
Water our furrows!

What does this horde of slaves,
Of traitors and conspiring kings want?
For whom have these vile chains,
These irons, been long prepared?
These irons, been long prepared?
Frenchmen, for us, ah! What outrage
What furious action it must arouse!
It is to us they dare plan
A return to the old slavery!

To arms, citizens…

What! Foreign cohorts
Would make the law in our homes!
What! These mercenary phalanxes
Would strike down our proud warriors!
Would strike down our proud warriors!
Great God! By chained hands
Our brows would yield under the yoke!
Vile despots would themselves become
The masters of our destinies!

To arms, citizens…

Tremble, tyrants and you traitors
The shame of all parties,
Tremble! Your parricidal schemes
Will finally receive their prize!
Will finally receive their prize!
Everyone is a soldier to combat you,
If they fall, our young heroes,
Will be produced anew from the ground,
Ready to fight against you!

To arms, citizens…

Frenchmen, as magnanimous warriors,
Bear or hold back your blows!
Spare those sorry victims,
For regretfully arming against us.
For regretfully arming against us.
But these bloodthirsty despots,
These accomplices of Bouillé,
All these tigers who mercilessly
Tear apart their mother’s breast!

To arms, citizens…

Sacred love of the Fatherland,
Lead, support our avenging arms
Liberty, cherished Liberty,
Fight with thy defenders!
Fight with thy defenders!
Under our flags may victory
Hurry to thy manly accents,
So that thy expiring enemies
See thy triumph and our glory!

To arms, citizens…

Marsylianka

I naprzód marsz, Ojczyzny dzieci,
Bo nadszedł chwały naszej dzień.
To tyran przeciw nam zawiesił
Zbroczony krwawo sztandar ten.
Zbroczony krwawo sztandar ten.
Słyszycie z bitew pól niesiony.
Żołnierzy przeokrutnych ryk?
Już idą, wam zaciągnąć stryk,
By zarżnąć wasze syny, żony

Do broni, bracia dziś!
Zewrzyjcie szyki wraz!
I marsz, i marsz!
By ziemię krwią
napoić, przyszedł czas!

Cóż chce służalczy tłum i zmowy
Ludzi, co zdradę wszędzie ślą,
I łańcuch hańby już gotowy,
Czyjże kark skrępować chcą?
Czyjże kark skrępować chcą?
Wstyd nasz, Francuzi, czy czujecie?
Czy wasza krew nie burzy się,
Że tyran wolnych wtłoczyć chce
Pod jarzmo, co niewolnych gniecie?

Do broni…

Co? Stopa obcych najezdników
Świeży kwiat naszych wojowników
Ma skalać siedzib naszych próg?
Lec ma od miecza podłych sług?
Lec ma od miecza podłych sług?
Przebóg! Żołdacka dłoń skalana
Ma karki nasze w jarzmo wbić
A jeśli nam pozwolą żyć,
Masz to być łaską sług tyrana?

Do broni…

Biada despotom, zdrajcom biada!
Zadrżyj, o hańbo naszych dni!
Przez was Ojczyzna kona blada,
A ojcobójstwo woła krwi!
A ojcobójstwo woła krwi!
Wojaków dość, by was wyparli,
A jeśli zginie młodsza brać,
To Francja każe zmarłym wstać
I z mieczem na was spadną zmarli.

Do broni…

Francuzy, wielkoduszni wojownicy
Niosą lub wstrzymują cios!
Szczędzą te żałosne ofiary
Co się na nich boją unieść broń!
Co się na nich boją unieść broń!
Lecz nie tych krwawych despotów,
Lecz nie tych sprzedawczyków Bouillé
Te wszystkie bezlitosne tygrysy
Co matki łono rozerwały!

Do broni…

O miłości Ojczyzny święta!
Dziś w zemście prowadź, wspieraj nas.
O Wolności w sercach zaklęta!
Z obrońcy Twymi wespół walcz.
Z obrońcy Twymi wespół walcz.
Zwycięstwo z Tobą dziś wspaniałe,
Gdy z nami mężnych głosów duch.
Niech zobaczy śmierci bliski wróg
I tryumf twój, i naszą chwałę.

Do broni…

Die Marseillaise

Auf, Kinder des Vaterlandes,
Der Tag des Ruhmes ist gekommen!
Gegen uns ist der Tyrannei
Blutiges Banner erhoben.
Blutiges Banner erhoben.
Hört ihr auf den Feldern
Diese wilden Soldaten brüllen?
Sie kommen bis in eure Arme,
Um euren Söhnen, euren Gefährtinnen
die Kehlen durchzuschneiden.

Zu den Waffen, Bürger,
Formiert eure Truppen,
Marschieren wir, marschieren wir!
Unreines Blut
Tränke unsere Furchen!

Was will diese Horde von Sklaven,
Von Verrätern, von verschwörerischen Königen?
Für wen diese gemeinen Fesseln,
Diese seit langem vorbereiteten Eisen?
Diese seit langem vorbereiteten Eisen?
Franzosen, für uns, ach! welche Schmach,
Welchen Zorn muss dies hervorrufen!
Man wagt es, daran zu denken,
Uns in die alte Knechtschaft zu führen!

Zu den Waffen…

Was! Ausländische Kohorten
Würden über unsere Heime gebieten!
Was! Diese Söldnerscharen würden
Unsere stolzen Krieger niedermachen!
Unsere stolzen Krieger niedermachen!
Großer Gott! Mit Ketten an den Händen
Würden sich unsere Häupter dem Joch beugen.
Niederträchtige Despoten würden
Über unser Schicksal bestimmen!

Zu den Waffen…

Zittert, Tyrannen und ihr Niederträchtigen,
Schande aller Parteien,
Zittert! Eure verruchten Pläne
Werden euch endlich heimgezahlt!
Werden euch endlich heimgezahlt!
Jeder ist Soldat, um euch zu bekämpfen,
Wenn sie fallen, unsere jungen Helden,
Zeugt die Erde neue,
Die bereit sind, gegen euch zu kämpfen.

Zu den Waffen…

Franzosen, ihr edlen Krieger,
Versetzt eure Schläge oder haltet sie zurück!
Verschont diese traurigen Opfer,
Die sich widerwillig gegen uns bewaffnen.
Die sich widerwillig gegen uns bewaffnen.
Aber diese blutrünstigen Despoten,
Aber diese Komplizen von Bouillé,
Alle diese Tiger, die erbarmungslos
Die Brust ihrer Mutter zerfleischen!

Zu den Waffen…

Heilige Liebe zum Vaterland,
Führe, stütze unsere rächenden Arme.
Freiheit, geliebte Freiheit,
Kämpfe mit deinen Verteidigern!
Kämpfe mit deinen Verteidigern!
Unter unseren Flaggen, damit der Sieg
Den Klängen der kräftigen Männer zu Hilfe eilt,
Damit deine sterbenden Feinde
Deinen Sieg und unseren Ruhm sehen!

Zu den Waffen…

In Russia, La Marseillaise was used as a republican revolutionary anthem by those who knew French starting in the 18th century, almost simultaneously with its adoption in France. In 1875 Peter Lavrov, a narodist revolutionary and theorist, wrote a Russian-language text (not a translation of the French one) to the same melody. Рабо́чая Марселье́за became one of the most popular revolutionary songs in Russia and was used in the Revolution of 1905. After the February Revolution of 1917, it was used as the semi-official national anthem of the new Russian republic. Even after the October Revolution, it remained in use for a while alongside The Internationale.

Отречёмся от старого мира,
Отряхнём его прах с наших ног!
Нам враждебны златые кумиры,
Ненавистен нам царский чертог.
Мы пойдём к нашим страждущим братьям,
Мы к голодному люду пойдём,
С ним пошлём мы злодеям проклятья —
На борьбу мы его поведём.
Припев:
Вставай, поднимайся, рабочий народ!
Вставай на врага, люд голодный!
Раздайся, клич мести народной!
Вперёд, вперёд, вперёд, вперёд, вперёд!

Богачи-кулаки жадной сворой
Расхищают тяжёлый твой труд.
Твоим потом жиреют обжоры,
Твой последний кусок они рвут.
Голодай, чтоб они пировали,
Голодай, чтоб в игре биржевой
Они совесть и честь продавали,
Чтоб глумились они над тобой.
Припев.

Тебе отдых — одна лишь могила.
Весь свой век недоимку готовь.
Царь-вампир из тебя тянет жилы,
Царь-вампир пьёт народную кровь.
Ему нужны для войска солдаты –
Подавай ты ему сыновей.
Ему нужны пиры и палаты —
Подавай ему крови своей.
Припев.

Не довольно ли вечного горя?
Встанем, братья, повсюду зараз —
От Днепра и до Белого моря,
И Поволжье, и Дальний Кавказ.
На врагов, на собак — на богатых,
И на злого вампира — царя
Бей, губи их, злодеев проклятых,
Засветись, новой жизни заря.
Припев.

И взойдёт за кровавой зарёю
Солнце правды и братской любви,
Хоть купили мы страшной ценою —
Кровью нашею — счастье земли.
И настанет година свободы:
Сгинет ложь, сгинет зло навсегда,
И сольются в одно все народы
В вольном царстве святого труда.
Припев.

Wiersze

Teresa Rudolf

Ostatnio tak się składa, że obok mnie wokoło bardzo dużo ludzkiego cierpienia… w każdej formie.
I tym wszystkim ludziom poświęcam, jak i też poprzednio, moje wiersze…

Ból oporu…

Ból duszy niebywały,
w wyścigu przed
zmęczonym ciałem,

Ból ciała dzielnego,
strach przed bólem
tej gnębionej duszy.

Dusza zmartwiona
ciałem, czy starczy
jej sił pocieszania.

Splątane nadzieją
świętą i wzniosłą
ciało i dusza.

Dusza i ciało
siłą walki o to “tu
i teraz” związane.

Zaborczość
podłego najeźdźcy,
i opór czlowieka…

trzymanie kciuków.

Dziś dobry dzień…

Dziś dobry dzień,
ale podejrzliwość,
gdzie jakiś tu haczyk…

Dziś dzień dobry,
i ptaki głośniejsze,
niż krzyk mego bólu.

Dziś mam siłę być
zły na ciebie, a po co
gdy cię kocham?

Dziś mogę nosić
cię głośno w sercu,
niech też inni słyszą…

Dziś powietrze tak
czyste jak nigdy,
swieże oddychaniem.

Dziś, życie zamknięte
w jednym dniu, aż
do jutra i do jutra….

Będzie dobrze, do jutra.

Z Berlina

Ela Kargol

W Berlinie, wśród tysiąca atrakcji turystycznych są miejsca, gdzie trudniej trafić, choć dostęp do nich nie jest ograniczony. Jedno z takich miejsc ukryte jest niedaleko Placu Poczdamskiego, resztek muru berlińskiego, Martin Gropius Bau i ruin Dworca Anhalckiego.

Wiedzialam, że tam musiało być coś wyjątkowego, tylko nie mogłam sobie przypomnieć, co. A więc po krótkiej przerwie na placu, który wzięłyśmy w posiadanie, opuściłam moje towarzyszki pandemicznych spacerów i poszłam ulicą Bernburger Straße, mijając kościół świętego Łukasza i kilka budynków (podobno cztery), które przetrwaly II wojnę światową, w kierunku który wydawał mi się właściwy i był właściwy. Między nowymi i nowszymi blokami jest duży obszar zieleni, zielona przestrzeń, przez którą wielu wtajemniczonych skraca sobie drogę. Uwagę zwraca budynek z drewna albo nim obity o dziwnych kształtach powyginanej elipsy. To tu zaczął się pilotażowy projekt berlińskiego Uniwersytetu Technicznego nazwany “Roof Water-Farm”. O projekcie wiecej tu: http://www.roofwaterfarm.com/partner/tu/. Tak jak zrozumiałam, mieszkańcy jednego z bloków swoje ścieki, tzw. wodę szarą, odprowadzają do ekologicznej oczyszczalni, znajdującej się na podwórzu. Ta woda po oczyszczeniu wraca do tych samych mieszkań, w tej wodzie pełnej trzciny i sitowia, pływają ryby, tą wodą podlewanie są warzywa. Nie wiem, czy projekt jeszcze trwa, bo dofinansowanie już dawno minęło.
Owszem wszystko bardzo ciekawe i na pewno przy grożących nam suszach i zmianie klimatu warte dalszych badań i starań.

Ale bardziej niż malowniczy wodny ogród połączony kilkoma mostkami, interesuje mnie to, co tu było kiedyś, prawie 150 lat temu. Resztki fundamentów i dziesiątki cegieł ułożone w murki okalające tarasy przy blokach mogłyby opowiedzieć historię tego miejsca.

W 1876 roku wybudowano według projektutu Gustava Knoblaucha na dwóch parcelach przy Bernburger Straße  wielki tor wrotkarski (Central Skating Rink), licząc na to, że wrotkarstwo będzie cieszyło się coraz większą popularnością wśród berlińczyków.
Tak się nie stało. Kilka lat później zamiast wrotkarzom i łyżwiarzom pomieszczenia zaczęto wynajmować na koncerty. A kilka lat później instrumenty stroili tu już Berlińscy Filharmonicy. Gdy Franz Heinrich Schwechten, ten sam architekt, który projektował pobliski Anhalter Bahnhof, w 1888 roku przebudował halę wrotkarską na salę koncertową, mówiono już o niej dumnie – filharmonia. Tu dyrygowali Wilhelm Furtwängler i Hans von Bülow. Albert Einstein i Tomasz Mann wygłaszali tu swoje tezy, mowy i wykłady. Wszystko tu było z górnej półki, oprócz krzeseł, a było ich ponad 2000. Tylko proste krzesła można było szybko wynieść, gdy sala koncertowa, stawała się balową.

O starej berlińskiej filharmonii:

https://de.wikipedia.org/wiki/Alte_Philharmonie_Berlin

Stara filharmonia stała nad samą wodą, tak jak Elbphilharmonie w Hamburgu, przy najstarszym berlińskim porcie śródlądowym, Schöneberger Hafen. Co po nim zostało? Plac Portowy (Hafenplatz), który jest ulicą, a nie placem.
Kiedyś czytałam, że Einstein dojeżdżał, a w zasadzie dopływał łódką do filharmonii. Teraz wreszcie rozumiem, o jaką filharmonię chodziło i o jaki port. Port zasypano po wojnie, podobno piaskiem, ale mogę sobie wyobrazić, że też częścią gruzu ze zniszczonej podczas bombardowania filharmonii. Na porcie powstał park Mendelssohna-Bartholdyego. Mendelsson filharmonii nie znał, ale śmiem przypuszczać, że filharmonia znała jego.

W latach 30 ubiegłego wieku zaczęło się wszystko zmieniać. Filharmonicy nie sprzeciwili się nazistowskim rządom. Berlińska Filharmoniczna Orkiestra, zamieniła się w Reichsorchester, orkiestrę rzeszy, podlegającą Goebelsowi. Zmienił się również repertuar i wykonawcy.

30 stycznia 1944 roku podczas alianckiego nalotu filharmonia przy Bernburger Strasse została zbombardowana. Podobno Teufelsberg kryje w sobie jej gruzy, wyposażenie, może nawet instrumenty.

62 lata była ważnym miejscem spotkań berlińczyków, nie tylko miłośników muzyki. Mendelssohn-Bartholdy-Park nie budzi mojego zachwytu, prędzej krótka ulica, ścieżka prowadząca prosto do starej filharmonii. Fanny Hensel Weg, bo tak się nazywa ten krótki przesmyk miedzy Schöneberger Straße, a Dessauer Straße jest pełna światła, czerwcowej zieleni i ma taką lekkość w sobie. Fanny Hensel zmarła w tym samym roku, co jej wielki brat Mendelssohn-Bartholdy.

Nie znała portu przy Landwehrkanal, ani filharmonii. Nigdy nie była doceniona tak jak jej wspomniany brat. Ojciec pozwolił kształcić się dalej muzycznie Feliksowi, natomiast Fanny musiała pogodzic się z ojcowską wolą, nieprzychylną w tamtych czasach kobietom: Die Musik wird für ihn [Felix] vielleicht Beruf, während sie für Dich stets nur Zierde, niemals Grundbaß Deines Seins und Tuns werden kann und soll. (Muzyka będzie dla Feliksa może zawodem, dla ciebie tylko ozdobą, a nigdy nie powinna być i nie będzie podstawą twojego działania i twojego bytu).

Gdy przechodziłyśmy ulicą Bernburger, spojrzałyśmy wszystkie na powalone drzewo i stalowe, jak się później okazało zwieńczenie bramy, które albo spadło, albo zostalo zdemontowane z dwóch betonowych filarów. Brama prowadzi na terytorium po filharmonii. Teren jest prywatny, wejście zabronione, choć na małej tablicy pamiątkowej wśród płyt chodnikowych widnieje napis: „Ta droga prowadzi do miejsca starej filharmonii 1882 -1944”.

Rok Beethovena

Lech Milewski

W tym roku mamy w australijskim radio Rok Beethovena.
Zgadza się, Ludwig van Beethoven urodził się w 1770 roku – 250 lat temu.

Jak to przy takich okazjach bywa, radio nieco przesadziło, muszę je wyłączać, gdy już siódmy raz w miesiącu nadają, skądinąd bliską mojemu sercu, VII symfonię.
Po wyłączeniu radia szperam jednak po youtube i znajduję wiele ciekawych beethovenowskich wykonań.
Google chyba czyta moje wspomnienia z młodych lat, gdyż nieproszone podsunęło mi linki do Sonaty Kreutzerowskiej.

O Sonacie Kreutzerowskiej pierwszy raz usłyszałem od mojej matki w czasach szkoły podstawowej.
Chodziło głównie o książkę Lwa Tołstoja, ale w jej cieniu czaiła się muzyka Beethovena.
Muzyka tak potężna, że mogła inspirować człowieka do popełnienia zbrodni.

W szkolnej bibliotece jedyną książką Tołstoja jaką znalazłem było Zmartwychwstanie.
Przeczytałem i poczułem niesmak i niepokój. To nie było to czego oczekiwałem pod takim tytułem.

Prawdę mówiąc Zmartwychwstanie zniechęciło mnie do poszukiwań Sonaty Kreuzerowskiej. Wiedziałem, że tam będzie pasja, zazdrość, morderstwo – już wiedziałem co Lew Tołstoj może z tym zrobić – brrrrr.

Pozostał ze mną tytuł – Kreutzerowska – to krrrraczące “Krrroooj.
Jak w “do krrroćset” (patrz Post Sciptum), ale też jak w ukrzyżowaniu.

I tak minęło pół wieku.
Po raz pierwszy Sonatę Kreutzerowską usłyszałem w australijskim radio
Hmmm.
Jak na Beethovena to takie sobie. Chyba Lew Tołstoj też był bardziej zainspirowany brzmieniem nazwiska niż muzyką.

Kilka lat później usłyszałem i ujrzałem Sonatę Kreutzerowską “na żywo”. Wykonawczynią była studentka Australian National Academy of Music (ANAM). W Akademii doskonalą swój kunszt absolwenci konserwatorium, doskonale doskonalą.
Wykonawczyni, filigranowa dziewczyna o irlandzkim nazwisku, już w pierwszej części – AndantePresto – miała na twarzy przekorny uśmiech, wyrażnie obiecywała jakiś żart.
Zgadza się, w drugiej części – Andante con variazioni
con variazioni? Toż to ja tam usłyszałem –
Tam szum Prutu, Czeremoszu
hucułom przygrywa,
a wesoła kołomyjka
do tańca porywa – zanuciłem.

Irlandka potrafi – pomyślałem.

Teraz mogłem zrozumieć dlaczego Rudolf Kreutzer nie zgodził się wykonać dedykowanej mu przez Beethovena sonaty.
Outrageously unintelligible” – oburzająco niezrozumiała – brzmiał jego komentarz (według anglojęzyznej wikipedii). Tekstu niemieckiego oryginału nie znalazłem.

Wracam do propozycji Google.

Pierwszy link – Anne Sophie Mutter – KLIK.
Wystarczyło mi spojrzeć na jej minę – taką samą musiał zrobić Rudolf Kreutzer gdy spojrzał na dedykowane mu nuty.
Nie – dziękuję bardzo.
Na dodatek gra 10 minut dłużej niż przewidział kompozytor.

Spojrzałem na drugi link… Patricia Kopatchinskaja.
Brzmi obiecująco, ona pewnie wie co to Prut i Kołomyja.
Wystarczyło posłuchać/popatrzeć jedną minutę i jej mina mówiła wszystko – ona WIE!

Kopaczyńska, to brzmi po słowiańsku. Zajrzałem do wikipedii – linki w Post Scriptum – miejsce urodzenia – Mołdawia.
Toż w takim razie szum Prutu towarzyszył jej codziennie!

To odkrycie zachęciło mnie do dalszych poszukiwań.
Jak to było z tą nietrafioną dedykacją dla Kreutzera?
Fantastycznie!
Beethoven ukończył sonatę w 1803 roku i… przeczytajmy pierwszą dedykację:
Sonata mulattica composta per il mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico“.
W moim tłumaczeniu: murzyńska sonata skomponowana dla mulata Brischdauera, wielkiego szaleńca i murzyńskiego kompozytora.

George Bridgetower by Henry Edridge, 1790.JPGMulat Brischdauer – skąd też on znalazł sie w Wiedniu?
Jak to skąd, z (Bielska-)Białej, to całkiem blisko – KLIK.
Uwaga – polska wersja wiki podaje, że George Bridgetower pochodził z Białej, która z czasem połączyła się z Bielskiem. Angielska wersja podaje, że z Białej Podlaskiej gdzie jego ojciec pracował w dobrach Hieronima Radziwiłła.
No i jak to pogodzić?

Ja proponuję Czarną Białostocką.

Zdjęcie z Wikipedii — By StephencdicksonOwn work, CC BY-SA 4.0, Link

Brischdauerowi, a raczej Bridgetowerowi, w wykonaniu sonaty towarzyszył kompozytor, po czym obaj panowie udali sie na śniadanie (to był bardzo wczesny koncert poranny), podczas którego Bridgetower pokazał swoje szaleństwo – wyraził wątpliwość co do moralności kobiety, którą Beethoven darzył wielkim szacunkiem.
Dedykacja przepadła.

Po tylu niespodziankach potrafiłem chyba lepiej zrozumieć Tołstoja, że wykorzystał tę sonatę do prezentacji swojego szaleństwa.
Tak, zacząłem czytać Sonatę Kreutzerowską i nie mam wątpliwości, że to napisał szalony człowiek.

Przedstawiona sytuacja jest dziwna.
Do przedziału w pociągu wchodzi przypadkowy podróżny i przedstawia się jako Pozdniszew – tak, TEN Pozdniszew, o którym głośno w prasie, gdyż w szale zazdrości zamordował swoją żonę.
I teraz, przez 25 rozdziałów, nieproszony gość, bardzo emocjonalnie, ale jednocześnie rozwlekle opowiada historię swojego małżeństwa.

Małżeństwo Pozdniszewa, cóż jak wiele małżeństw – brak jakiejkolwiek więzi między małżonkami, tyle że w tym przypadku mąż każdą sytuację tłumaczy następująco:
…namiętność seksualna, bez względu na to jak zaaranżowana, jest zła, straszliwie zła i człowiek musi z nią walczyć… Słowa Ewangelii, że ktokolwiek spogląda na kobietę z pożądaniem już popełnił cudzołóstwo, odnosi się nie tylko do żon innych mężczyzn, ale przede wszystkim właśnie do własnej żony.
Jedyną włąściwą drogą jest całkowita abstynencja; jeśli to prowadzi do zagłady rasy ludzkiej, to niech tak będzie“.

Książka wywołała skandal i została zakazana w Rosji i USA.
Emil Zola stwierdził – koszmar, wytwór chorej wyobraźni.

Publikacja, a jeszcze bardziej zakazanie książki przez cenzurę, postawiły w bardzo niezręcznej sytuacji żonę autora – Zofię Tołstoj. Zaczęły krążyć plotki, że autora inspirowały doświadczenia własnego małżeństwa.
W rezultacie Zofia Tołstoj poprosiła o audiencję u cara i skłoniła go, aby cofnął zakaz.

Sam Tołstoj, dwa lata po publikacji książki, stwierdził – Jest coś wstrętnego w Sonacie Kreutzerowskiej, coś złego w motywach, które doprowadziły mnie do jej napisania.

Jednak kilka drobnych fragmentów ożywiło mnie nieco.
Pozwolę sobie je zacytować  – tłumaczenie moje z tłumaczenia angielskiego (Projekt Gutenberg).
Oni grali Beethovena, Sonatę Kreutzerowską. Czy pan zna pierwsze Presto?
Straszna rzecz, ta sonata, szczególnie to presto! 
Ogólnie, muzyka to okropna rzecz. 
Mówią, że muzyka porusza duszę. Głupota! Kłamstwo!
Ona działa. Straszliwie działa. Jakby to powiedzieć. Ona nie działa uszlachetniająco, ani poniżająco. Ona działa irytująco.  
Muzyka każe mi zapomnieć o mojej sytuacji, przenosi mnie w jakiś obcy mi stan, w stan duszy, w którym piszący muzykę znajdował się w tym momencie.
Ten, który pisał Sonatę Kreutzerowską, Beethoven, wiedział dlaczego znalazł się w tym stanie. To prowadziło do pewnych działań ze zrozumiałych dla niego powodów. Ale ja znajduję się w niezrozumiałym dla mnie stanie, w stanie ekscytacji, z której nie ma wyjścia.
Co innego marsz – żołnierze maszerują w jego takt. Koniec marszu, koniec muzyki. Albo taniec, kończymy tańczyć i przestają grać. Ale inna muzyka prowokuje ekscytację, której nie towarzyszy żadna czynność. Dlatego jest tak niebezpieczna i czasami działa tak przerażająco.

Muzyka, marsz, taniec, akcja – koniec akcji?
Ja gdzieś to czytalem.
Tomasz Mann – Czarodziejska Góra – gdzieżby indziej.
… mamy tu tylko zwykłą dętą orkiestrę… zapełnia nam całkowicie kilka godzin, to znaczy: najpierw je dzieli, a potem wypełnia każdą z osobna, tak że mają przecież jakąś treść.
Tytuł rozdziału: Politycznie podejrzana.
A Tołstoj przytakuje:
W Chinach muzyka jest pod kontrolą państwa i tak właśnie powinno być...

I jeszcze coś:
Dawniej, gdy panna osiągnęła właściwy wiek, jej małżeństwo zostawało zaaranżowane przez jej rodziców. I tak nadal jest, u Chińczyków, u Hindusów, u Muzułmanów, u ludzi prostych. Tak postępuje 90 procent ludzkości.
Tylko my, notoryczni bon-vivanci, wymyśliliśmy coś innego.
– Co to jest?
– Panny posadzone w rzędzie a dżentelmeni chodzą w tę i z powrotem, jak na targu, i wybierają. My, mężczyźni, wybieramy towar, a potem, w salonach, dyskutujemy – o prawach kobiet i wolności.
– Ale co można zrobić – przerwałem – czy to kobiety mają wybierać?
– Nie wiem, ale jeśli mówimy o wolności, to niech będzie to wolność całkowita.
….
“- Czy pan wie, że ta władza kobiet, przez którą tak cierpi świat, wypływa z tego, o czym przed chwilą mówiłem?
– Co pan rozumie przez władzę kobiet – przerwałem – przecież jest przeciwnie, każdy narzeka, że kobiety nie mają należnych im praw, że są podporządkowane.
– O to właśnie mi chodzi, to jest właśnie wytłumaczenie tego nadzwyczajnego zjawiska, że kobieta z jednej strony jest zredukowana do najniższego stopnia upokorzenia a z drugiej strony rządzi wszystkim.
– Ale gdzie? Czym rządzi?
– Gdzie? Wszędzie i wszystkim.
Proszę iść do sklepów w wielkim mieście. Są ich miliony, miliony. Jest niemożliwe zmierzyć tę ogromną ilość pracy włożoną tutaj. Czy w dziewięciu na dziesięć tych sklepów jest coś dla mężczyzn? Cały luksus życia jest wymagany przez kobiety. Proszę policzyć fabryki, większość z nich produkuje kobiece ozdoby. Miliony ludzi, generacje niewolników, umierają pracując jak skazańcy aby zadowolić kaprysy naszych towarzyszek.

Wreszcie czas na muzykę, jeszcze tylko dwie uwagi:
– przypominam, że na premierze to Beethoven był pianistą, proszę więc uważnie słuchać. A kto towarzyszy Patrycji Kopaczyńskiej? No któż, jak nie ktoś z kraju, który mocno mieszał między Prutem a Wiedniem – Fazil Say – Turek.
Druga uwaga – te huculskie skojarzenia napadają mnie około 17 minuty tego nagrania.

P.S. Do kroćset
Jak to – parsknął Asesor – do kroćset niedźwiedzi!
To pan niby zabił? Co też pan bredzi?

Linki:
Sonata Kreutzerowska – Beethoven – KLIK.
Sonata Kreutzerowska – Tołstoj – KLIK.
L. Tostoj – Sonata Kreutzerowska, pełen tekst (projekt Gutenberg – KLIK).
W obronie Zofii TołstojKLIK.
Patricia Kopatchinskaja – Wikipedia – KLIK.


No cóż, jako adminka wtrącę tu też swoje trzy grosze. Ja też już kiedyś pisałam o sonacie, Beethovenie i czarnym muzyku z Polski i jeszcze o pewnej poetce. O proszę, TU.

Z Berlina

Słowa & muzyka / Lyrics & music: Beata Kozidrak
Aranżacja / Arrangement: Adam Sztaba
Reżyseria & montaż video / Director & video mix: Jacek Kościuszko
Miks dźwięku / Audio mix: Leszek Kamiński
Produkcja / Producers: Film Image, SztabMusic – Agnieszka Dranikowska-Sztaba
Wokaliści / Vocals: Natalia Kukulska, Ewa Farna, Ania Karwan, Natalia Nykiel, Kasia Wilk, Kasia Moś, Olga Szomańska, Dorota Miśkiewicz, Cleo, Patrycja Markowska, Kuba Badach, Igor Herbut, Piotr Cugowski, Andrzej Piaseczny, Sebastian Karpiel, Damian Ukeje
732 muzyków / 732 musicians
Angielskie tłumaczenie / English translation: Ewa Bielecka
Niemieckie tłumaczenie / German translation: Jacek Łaszczyk

Beata Kozidrak

Co mi Panie dasz?

Karuzela gna, w głośnikach wciąż muzyka gra.
Czuję jak, w jej takt, kołyszę się cała.
I raz, i dwa, i trzy, i w górę serca – wielki czis!
Czujność śpi, trochę mdli – jak szarlotka z rana.

Co mi Panie dasz, w ten niepewny czas?
Jakie słowa ukołyszą moją duszę, moją przyszłość, na tę resztę lat?
Kilka starych szmat, bym na tyłku siadł.
I czy warto, czy nie warto, mocną wódę leję w gardło, by ukoić żal.

Co tam nagi brzuch i w górę połatany ciuch!
Czuję ten, wiatru pęd, że głowa odpada.
I raz, i dwa, i trzy, i wcale nie jest zimno mi!
Z góry pluć, gumę żuć – tu wszystko wypada!


Krystyna Koziewicz

Co mi Panie dasz w ten niepewny czas?
Jakie słowa ukołyszą, moją duszę, moją przyszłość
Na tę resztę lat?…

Jaka piękna jest ta nowa aranżacja utworu Beaty Kozidrak Co mi Panie dasz, przygotowana przez Adama Sztabę na czas pandemii. W nagraniu wzięły udział 732 osoby. Byli to ludzie zewsząd – młodsi, starsi, profesjonaliści i amatorzy, muzykujący codziennie i raz na kilka lat.

To nagranie dodało nam siły, stało się pozytywnym przesłaniem na czas pandemii, przypominając, że musimy odnaleźć proste wartości, że relacje z najbliższymi, relacje międzyludzkie i prostota potrzeb to wartości trwalsze niż to, co dotychczas stanowiło o naszej codzienności. Bo sami popatrzmy, jak bardzo to wszystko, co “nas kręciło” okazało się nieważne i ulotne w czasach koronawirusa.
Co moi Panie dasz? – któż z nas w czasach niepewności nie kierował swoich myśli ku boskiej Opatrzności? Znane przysłowie mówi, że każdy jest kowalem swojego losu. Mądrość ludowa każe wierzyć w możliwość kreowania własnego życia, nadawania mu kształtu zbliżonego do naszych marzeń i pragnień. To przede wszystkim kształtowanie siebie, własnej osobowości, co nie zawsze jednak daje się przełożyć na życiowy sukces. Człowiek dąży do realizacji postawionych sobie celów, ufając, że może jest tak, że nasz los zależy tylko od nas samych i naszego wysiłku, akceptując i to, że często efekt końcowy przyniesie rozczarowanie. Czasami jednak trzeba się poddać losowi i tak się właśnie dzieje w czasie koronowirusa. Nic tu nie pomoże narzekanie, a przecież tak często je słyszymy w rozmowach z bliskimi, przede wszystkim z dziećmi i członkami rodziny, którzy wyładowują na nas frustracje. Zawsze przekazuję im życzliwe rady, mówię też jednak, że jeśli mój rozmówca nie podejmie żadnych kroków, to nie chcę po stokroć tego słuchać. Zdecydowana reakcja działa z pozytywnym skutkiem, po latach słyszę podziękowania za moje podejście, w przeszłości sama osobiście dostałam podobną lekcję od byłej sąsiadki, kiedy jej suszyłam głowę moimi problemami.

Wiadomo, człowiekiem rządzą przypadki, z którymi musi się także pogodzić, jak choćby z wyznaczonym jej przez wspólnotę miejscem w hierarchii społecznej. Zazwyczaj jest tak, że z jednej strony człowiek ma ograniczone możliwości decydowania o własnym losie, ale z drugiej strony potrzebuje poczucia przynależności do grupy. Z tym to bywa różnie, żeby człowiek nie wiadomo, jak mocno się angażował w życie społeczne, to ci na szczycie nie zawsze potrafią zdobyć się na uznanie. No cóż, nie udzielamy się dla pochwał, nie musimy czerpać profitów, ważny jest osobisty rozwój, satysfakcja, zaspokojenie potrzeby działania na rzecz innych. Czego nie lubię, to pomagać mocniejszym, karierowiczom, bogatym, przemądrzałym i tym, którzy cichcem wykorzystują efekty działań społecznie zaangażowanych, czerpiąc moralne i finansowe korzyści z mojej pracy.

Czy człowiek jest „kowalem swojego losu”? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi i nie kuśmy się o nadmierny optymizm. A w ogóle, czy być kowalem własnego losu, znaczy tylko osiągnąć sukces i zrealizować wszystkie swoje marzenia? Czy przegrana walka z przeciwnościami życia zawsze jest równoznaczna z klęską? Czy o losie człowieka bardziej decydują okoliczności i kaprysy fortuny, czy raczej system wartości, które chce realizować?

Albert Camus w Dżumie przedstawia rzeczywistość wrogą ludziom, pełną tragicznych i niewytłumaczalnych zdarzeń, ujawniającą absurd egzystencji. W świecie tym jednak działają jednostki, które czynem potwierdzają swe człowieczeństwo, opowiadają się po stronie ofiar, nie zgadzają się na śmierć, przeciwstawiają się Zarazie – czyli temu, na co nie mogą wpłynąć i co jest niezależne od ich woli. Dżuma jest „niekończącą się klęską”, walki z nią nie można wygrać, a żadna ofiara nie pomaga w walce z losem. Poglądy Alberta Camusa są bliskie egzystencjalizmowi, którego etyka opiera się na przeświadczeniu, że istnienie człowieka będzie miało taki sens, jaki on sam mu nada, dlatego jego zadaniem jest zawsze „wychodzić poza samego siebie” i dokonywać wyborów w imię wolności.

Można też przyjąć za wierszem Szymborskiej, że nasza egzystencja to improwizacja i jesteśmy „kiepsko przygotowani do zaszczytu życia”. Poetka jednak nie twierdzi, że skazani zostaliśmy na dolę marionetek, bo – „choć ciągle zaskakuje nas los” – to jednak my decydujemy o jego kształcie i nawet jeśli nie znamy granej przez nas roli, pozostaje ona nasza.

Wisława Szymborska

Życie na poczekaniu

Życie na poczekaniu.
Przedstawienie bez próby.
Ciało bez przymiarki.
Głowa bez namysłu.

Nie znam roli, którą gram.
Wiem tylko, że jest moja, niewymienna.

O czym jest sztuka,
zgadywać muszę wprost na scenie.

Kiepsko przygotowana do zaszczytu życia,
narzucone mi tempo akcji znoszę z trudem.
Improwizuję, choć brzydzę się improwizacją.
Potykam się co krok o nieznajomość rzeczy.
Mój sposób bycia zatrąca zaściankiem.
Moje instynkty to amatorszczyzna.
Trema, tłumacząc mnie, tym bardziej upokarza.
Okoliczności łagodzące odczuwam jako okrutne.

Nie do cofnięcia słowa i odruchy,
nie doliczone gwiazdy,
charakter jak płaszcz w biegu dopinany –
oto żałosne skutki tej nagłości.

Gdyby choć jedną środę przećwiczyć zawczasu,
albo choć jeden czwartek raz jeszcze powtórzyć!
A tu już piątek nadchodzi z nie znanym mi scenariuszem.
Czy to w porządku – pytam
(z chrypką w głosie,
bo nawet mi nie dano odchrząknąć za kulisami).
Złudna jest myśl, że to tylko pobieżny egzamin
składany w prowizorycznym pomieszczeniu. Nie.
Stoję wśród dekoracji i widzę, jak są solidne.
Uderza mnie precyzja wszelkich rekwizytów.
Aparatura obrotowa działa od długiej już chwili.
Pozapalane zostały najdalsze nawet mgławice.
Och, nie mam wątpliwości, że to premiera.
I cokolwiek uczynię,
zamieni się na zawsze w to, co uczyniłam.

W czasie pandemii wielu z nas doświadcza braku wielu rzeczy i sytuacji, tęsknimy za świętowaniem naszego życia, za radością istnienia, za uczuciami i spotkaniami, za byciem razem, choćby po to, by pocieszać się nawzajem. To, co przeżywamy, ukazuje naszą bezradność oraz fałszywe pewniki, jakie stworzyliśmy sobie w budowaniu przyszłości. Pandemia odsłoniła stan uśpienia współczesnych ludzi, zanik wrażliwości, zaniedbanie tego, co karmi, podtrzymuje i daje siłę. Zapomnieliśmy o korzeniach, z których wyrastamy, zabrakło twórczego dialogu z dziedzictwem przekazanym przez starszych, co nas pozbawiło odporności potrzebnej do stawienia czoła przeciwnościom. Opadła maska stereotypów, niepodważalnych autorytetów, nieomylnych ekspertów, za którymi ukrywaliśmy nasze prawdziwe „ja”.

W naszym zglobalizowanym świecie szliśmy naprzód silni i na pełnych obrotach, aby stać się panami tego świata. Chciwi zysku, daliśmy się pochłonąć rzeczom i oszołomić pośpiechem. Nie zatrzymaliśmy się, by reagować na zło, które było na tyle banalne, że można go było nie dostrzegać, nie myśleć o nim, a ono mnożyło się w nieskończoność. Przymykaliśmy oczy na niesprawiedliwości, na biedę ludzi starych, na głupotę i arogancję elit politycznych, szerzącą nienawiść do wszystkiego co inne, obce, nie słuchaliśmy wołania o rozsądek, pomoc, ratunek naszej chorej planety.

Teraz, gdy to wszystko w jednej chwili runęło, przyszedł czas na refleksję, jak żyć? W natłoku informacji poczuliśmy się zagubieni, poczuliśmy, jak byliśmy ślepi, myśląc, że zawsze będziemy zdrowi w chorym świecie.
Próbujemy wykorzystać ten czas próby jako czas wyboru, myślimy o tym, jak zbudować nowe relacje ze światem, jak zachować równowagę pomiędzy tym, co się liczy, a tym, co przemija, jak oddzielić to, co konieczne od tego, co nim nie jest. To czas przestawienia kursu życia, odkrywania nowego stylu, wysyłania pozytywnych myśli innym.

Szczególnie dla Polaków na emigracji, gdzie w zdecydowanej większości żyjemy bez najbliższej rodziny, niezwykle ważne są dobre kontakty społeczne, ważna jest owa czułość, o której mówiła tak niedawno inna polska noblistka – Olga Tokarczuk. Ci, którzy się izolują, kórzy boją się siebie nawzajem, wybierają cztery ściany swoich domów, samotność zamiast spotkań z rodziną czy przyjaciółmi. Ich jedynymi towarzyszami życia stał się telewizor, komputer i wszechobecny internet. Kontakty interpersonalne zamieniły się na maile i smsy. W praktyce okazuje się, że nie potrafimy zrozumieć drugiego człowieka, uszanować go czy mu pomóc. Zatracamy zdolność empatii, nie potrafimy już spontanicznie obdarzać innych miłością. Niech każdy z osobna zrobi rachunek sumienia ze swojego człowieczeństwa zadając sobie pytanie, ile razy w czasie pandemii skontaktowałem się z osobą samotną, z kimś obarczonym problemami zdrowotnymi czy osobistymi? Trzeba na nowo pokochać swoje życie, poszukać alternatywy, by czas istnienia tu i teraz nie był stracony, a czegoś nas nauczył.

Czasy pandemii zmieniły też formy działania organizacji polonijnych, niektóre po prostu zamilkły, inne dostosowały się do nowych okoliczności, a ich liderzy wyszli do ludzi jak człowiek do człowieka, dając tym samym dowód przynależności do wspólnoty polonijnej.

I na zakończenie jeszcze jedna myśl. Szanujmy to co małe, tak jak to głosi stare porzekadło, że mała rzecz a cieszy, bo nie zmienimy i nie uratujemy wszystkiego i wszystkich. Róbmy swoje, róbmy małe, ratujmy świat małymi krokami. To daje radość, a właśnie taka radość jest nam potrzebna. Rzeczy wielkie zdarzają się rzadko. Cieszmy się tym, co osiągnęliśmy, naszą własną pokorną mądrością życiową. I nie czekajmy bezczynnie na „co mi Panie dasz…”!
Mamy jeszcze dużo do zrobienia, stawiając codziennie nasze małe, nieważne kroki.

Moje przemyślenia zakończę kolejną piosenką

Bułat Okudżawa

Modlitwa

Dopóki ziemia kręci się,
Dopóki jest tak, czy siak,
Panie, ofiaruj każdemu z nas,
Czego mu w życiu brak:
Mędrcowi darować głowę racz,
Tchórzowi dać konia chciej
Sypnij grosza szczęściarzom
I mnie w opiece swej miej

Dopóki ziemia kręci się,
O Panie, daj nam znak,
Władzy spragnionym uczyń,
By władza im poszła w smak
Hojnych puść między żebraków,
Niech się poczują lżej!
Daj Kainowi skruchę,
I mnie w opiece swej miej

Ja wiem, że ty wszystko możesz,
Wierzę w twą moc i gest,
Jak wierzy żołnierz zabity,
Że w siódmym niebie jest
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą
Twój ledwie słyszalny głos,
Jak wszyscy wierzymy w ciebie,
Nie wiedząc, co niesie los…