Reblog: Księżniczki

Niestety ta wystawa już była, informacje o niej znalazłam za późno, żeby ją tu polecić w ramach porad kulturalnych. Ale była bardzo ciekawa, niestereotypowa, kontrowersyjna. Poczytajmy więc.

ksiezniczki

Agnieszka Żechowska

Wystawa pt. „Księżniczki” skupia prace video, video-instalacje, animacje komputerowe i fotografie artystek i artystów z USA, Finlandii, Singapuru, Japonii, Niemiec i Polski. Cel prezentacji to przedstawienie bohaterek – współczesnych niesfornych księżniczek. Kim są? Mają niezaspokojony  apetyt na życie. Skoro nie mogą go zaspokoić, biorą sprawy w swoje ręce. Spoglądają w lustro i w nim szukają odpowiedzi na pytanie o to, czy rzeczywiście są tą wyjątkową księżniczką z bajki. I z której bajki? Okazuje się, że z żadnej. Do żadnej nie pasują. Muszą więc same napisać swoją bajkę, napisać nowy scenariusz, wykreować swój niepowtarzalny wizerunek, dobrać rekwizyty, stworzyć scenografię. Nie potrzebują specjalistów od image’u. Są samowystarczalne. Same dobierają środki wyrazu, formy ekspresji. Eksperymentują. Prowokują, bawią się, przebierają i puszczają do widza oko. Oprócz niezaspokojonego apetytu mają świadomość własnej seksualności, a przy tym poczucie humoru i dystans do siebie i do tego, czego kultura popularna oczekuje od księżniczki: wychudzonej, aseksualnej sylwetki, lub przeciwnie  bycia „niewinnym” obiektem seksualnych pragnień, na ogół męskiej części społeczeństwa, albo też bycia uosobieniem skromności i naiwności.

Iiu Susiraja „Kocha nie Kocha”, kadr z wideo, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Iiu Susiraja „Kocha nie Kocha”, kadr z wideo, 2013 (źródło: materiały prasowe organizatora)

Bohaterki wystawy „Księżniczki” zmagają się i grają z tymi stereotypowymi wyobrażeniami o sobie. Negocjują swój wizerunek, korygują go, patrzą przez pryzmat własnych pragnień, których nikt inny nie może zaspokoić poza nimi samymi. Żaden książę. Równie nierealny jak księżniczka z bajki. Kuratorka wystawy Katarzyna Majak tworzy galerię autoportretów współczesnych niesfornych księżniczek. Są wśród nich niewinne uwodzicielki i marzycielki, prowokatorki, lolitki, upadłe królewny i żartownisie grające na nosie widzowi.

Księżniczka z wideo ”Fairy Tale“ Agaty Michowskiej niczym Penelopa szyje swój los – białą niekończącą się tkaninę-opowieść – na miarę własnych pragnień. Jest odwrócona plecami do widza, nie odzwierciedla jego oczekiwań. Patrzy przed siebie. Cecylia Malik w fotografiach z cyklu „365 drzew“ spogląda z wysokości koron drzew, na które się wspięła, by podziwiać niedostępny innym widok i by ją – księżniczkę – podziwiano.  Na innych fotografiach (cykl „6 rzek”) artystka samotnie przemierza rzeki w niewielkiej łódeczce wyglądającej jak zabawka na tle natury dominującej w kadrze.

W fotografiach z cyklu „What My Pussy Loves“ Liany Yang pojawiają się przedmioty, rozmaite gadżety w pastelowych barwach przeznaczone dla pupilki kotki. Symbolizują one infantylną (dziewczęcą) seksualność. Odzwierciedlają potrzebę zaspokajana głodu (miseczki z pokarmem mokrym, pokarm suchy), potrzebę ładnego wyglądu (arsenał przyborów do czesania, do obcinania pazurków, kosmetyki do pielęgnacji sierści, kolorowe obroże), potrzebę zabawy (puszyste myszki, rybki i inne). Obok fotografii-tablic z wyżej wyszczególnionymi przedmiotami znajduje się portret samej bohaterki – białej kotki na tle tkaniny w różowe kwiaty, w owalnej ramce.  Barwne i wzorzyste tkaniny w pracach (z cyklu „Confections”) innej artystki Amy Stevens stanowią tło dla kolorowych, lukrowanych ciast i tortów. Nienasycenie koegzystuje tutaj z przesytem i słodyczą formy. Z kolei Signe Pierce w wideo „Infinite Cake Dance“ zastępuje głód słodyczy tańcem erotycznym. Scena rozgniatania pupą ciasta ustawionego na telewizorze jest zwielokrotniona w ekranie. W innych pracach artystka manipuluje swoim wizerunkiem, zakłada maski, stroi miny i uwodzi,  wciela się w różne postaci, multiplikuje obraz  i przystawia lustra. Jeszcze w innych pracach portretuje przedmioty – fetysze (buty na obcasach).

Warsaw Photo Days Foto

Infantylne kostiumy i gadżety prezentują „lolitki” z japońskich club-goers sfotografowane przez Yoichi Nagatę (cykl „Star of the Stars“). Kobiety-dziewczynki wyłaniają się z czarnego tła, świecą fosforyzującymi barwami, są niczym zjawy z krainy erotycznych fantazji. Catrine Val w interaktywnej instalacji video „I am en Other“ przymierza wizerunki najpiękniejszych kobiet świata – Mis Rosji, Indii czy Boliwii jak suknie.  Saraph Maple w pracy „Lolipop, Lolipop“ portretuje siebie w sukience zdobionej motywem różowych ust. Uniesiona ręka odsłania zarost pod pachą. Artystka wpadła też na pomysł (Page Three Girl), aby podmienić trzecią stronę jednej z brytyjskich gazet („The Sun”), która tradycyjne zamieszcza na tej stronie zdjęcia kobiet w strojach topless. Na tej podmienionej widzimy zdjęcie uśmiechniętej artystki, która ma piersi przysłonięte silikonowym biustem.  Poczucie humoru, choć raczej czarnego, ma też Finka  Liu Susiraja. W serii zdjęć „Loves Me Loves Me Not“ przedstawia siebie w dialogu z pragnieniami stymulowanymi przez kulturę, by być atrakcyjną i spełnioną seksualnie. Wykorzystuje różnego rodzaju przedmioty, fetysze, które nadają jej pracom charakter groteskowy, absurdalny, ironiczny. „Upadłe księżniczki” („Fallen Princesses“) z fotografii Diny Goldstein są nie z tej bajki. Wycięte z disnejowskich kreskówek i inscenizacji, i wklejone w scenerię szarej rzeczywistości, zmieniają wyraz twarzy, wygląd i tracą blask.

Punktem kulminacyjnym wystawy jest cykl fotografii „Rapture“ Franka Yamrusa. Ukazuje on subtelne portrety kobiet w różnym wieku w momencie seksualnej ekstazy.

Niedosyt i samozaspokojenie, pragnienie i samorealizacja to dwa bieguny wystawy. Na drodze od jednego do drugiego jest gra, zabawa, inscenizacja, improwizacja. Teatr barw (z dominacją różu) i świateł. Gadżety, zabawki, fetysze. Niesforne księżniczki nie czekają na księcia, który jest kulturowym fantazmatem. Mają swój świat.

—-
Tekst pochodzi z katalogu wystawy „Księżniczki” zorganizowanej w ramach pierwszej edycji festiwalu Warsaw Photo Days. Publikacja za zgodą kuratorki i dyrektorki programowej festiwalu WPD Kasi Majak.

5-27.10.2013, Nowe Miejsce, Warszawa
——-
Agnieszka Żechowska
Fundacja Supermarket Sztuki

Wiele jej prac błędnie przypisano mężowi

Wpis dedykuję Teresie Boguckiej

Amanzia-kotyText auch auf Deutsch (siehe unten).

Amanzia Ammirata Guérillot była włoską malarką, o której istnieniu dowiedziałam się, bo koleżanka z Facebooka zlinkowała się do jej obrazu na stronie iterArte Roma: Gatti che giocano con un vaso di pesci rossi, 1840-1850, Collezione privata.

Zajrzałam do Wikipedii i znalazłam wpisy o Amanzii po włosku i poniemiecku. Przeczytałam po niemiecku i mnie zamurowało. Wiele jej prac, pisze Wikipedia, błędnie przypisano mężowi.

Nóż feministycznego poczucia krzywdy otworzył mi się w kieszeni i już nie miałam wyjścia – musiałam przygotować ten wpis. Po polsku i po niemiecku. Korzystałam z Wikipedii, w której są wpisy tylko po niemiecku i po włosku. Po niemiecku wpis jest dłuższy.

Urodziła się 2 grudnia 1828 roku w Mediolanie, zmarła po roku 1886. Amanzia Ammirata Guérillot była włoską malarką, która malowała romantyczne widoki i martwe natury. Wiele jej prac błędnie przypisano mężowi, malarzowi Angelo Inganni (1807 – 1881). Był od niej o 33 lata starszy!

Urodziła się w rodzinie francuskiej, mieszkającej we Włoszech. Pierwszym jej nauczycielem malarstwa był ojciec, Nicola Guérillot. W roku 1845 opiekę nad młodą malarką przejął Angelo Inganni, który udzielał jej też lekcji malarstwa. Amanzia często mu pozowała. W roku 1847 debiutowała na wystawie w Accademia di Belle Arti di Brera, gdzie pokazano dwie jej weduty. W następnych latach wystawiała weduty, portrety, martwe natury, obrazy ze zwierzętami i kwiatami. Dużo wystawiała  w Medziolanie, m.in. w Galleria d’arte moderna. W latach 1853-1855 wykonała 14 stacji Męki Pańskiej dla kościoła parafialnego Ronco di Gussago. W roku 1856 (lub 1859) wyszła za mąż za Angela Inganni, którego pierwsza żona zmarła trzy lata wcześniej. Małżonkowie wyprowadzili się w okolice Brescii. Amanzia Guérillot i Ingannio często wspólnie pracowali. Malowali na przykład drewniane figury żołnierzy zdobiących odrzwia, manekiny dla pracowni krawieckich, bukiety kwiatów mocowanych na ramach luster, szkatułki i parawany. Gdy Ignannio zmarł, w roku 1887, Guérillot wyszła powtórnie za mąż za urzędnika sądowego Lodovico Antoniani, z którym wyprowadziła się do Padwy. O jej życiu i dziełach po tej dacie nic nie wiadomo. Nawet data jej śmierci nie jest pewna.

Geboren am 2. Dezember 1828 in Mailand, gestorben nach 1887 Amanzia Ammirata Guérillot war eine italienische Malerin, die vorwiegend romantische Veduten und Stillleben malte. Viele ihrer Werke wurden irrtümlich ihrem ersten Ehemann, dem Maler Angelo Inganni (1807 – 1881) zugeschrieben. Er war 33 Jahre älter als sie!

Angelo Inganni, Portrait of Amanzia Guérillot at the Mirror (1856)

Amanzia-portret2Sie wurde 1828 in Mailand als Mitglied einer Familie geboren, die ursprünglich aus Frankreich stammte. Ihren ersten Zeichenunterricht erhielt sie von ihrem Vater Nicola Guérillot. 1845 wurde der Maler Angelo Inganni ihr Vormund und Lehrer, sie stand ihm zudem häufig Modell. 1847 debütierte Guérillot mit einer Ausstellung in der Accademia di Belle Arti di Brera. Dort zeigte sie die zwei Veduten. Auch in den folgenden Jahren stellte sie Veduten, Porträts, Stillleben, Tier- und Blumenstücke aus. Viele ihrer Werke wurden in Mailand ausgestellt, unter anderem in der Galleria d’arte moderna. Von 1853 bis 1855 gestaltete sie 14 Kreuzwegstationen für die Pfarrkirche Ronco di Gussago. 1856 (oder 1859) heiratete sie Inganni, dessen erste Frau drei Jahre zuvor verstorben war. Nach der Hochzeit zog das Paar in die Nähe von Brescia. Guérillot arbeitete bis zu Ingannis Tod 1881 häufig mit ihm zusammen. So bemalten sie unter anderem gemeinsam Soldaten aus Holz für Türverkleidungen, Holz-Figurinen für ein Schneideratelier, Blumensträuße auf Spiegel, Dosen und Paravents. 1887 heiratete Guérillot in zweiter Ehe den Justizbeamten Lodovico Antoniani, mit dem sie nach Padova zog. Ihr weiteres Wirken und Todestag sind nicht bekannt.

Reblog: Woman’s work 2


Woman’s work: Columbia Journalism Review

A dark, rancid corner Borri says journalists have failed to explain Syria’s civil war because editors only want ‘blood.’ (Alessio Romenzi)

He finally wrote to me. After more than a year of freelancing for him, during which I contracted typhoid fever and was shot in the knee, my editor watched the news, thought I was among the Italian journalists who’d been kidnapped, and sent me an email that said: “Should you get a connection, could you tweet your detention?”

That same day, I returned in the evening to a rebel base where I was staying in the middle of the hell that is Aleppo, and amid the dust and the hunger and the fear, I hoped to find a friend, a kind word, a hug. Instead, I found only another email from Clara, who’s spending her holidays at my home in Italy. She’s already sent me eight “Urgent!” messages. Today she’s looking for my spa badge, so she can enter for free. The rest of the messages in my inbox were like this one: “Brilliant piece today; brilliant like your book on Iraq.” Unfortunately, my book wasn’t on Iraq, but on Kosovo.

People have this romantic image of the freelancer as a journalist who’s exchanged the certainty of a regular salary for the freedom to cover the stories she is most fascinated by. But we aren’t free at all; it’s just the opposite. The truth is that the only job opportunity I have today is staying in Syria, where nobody else wants to stay. And it’s not even Aleppo, to be precise; it’s the frontline. Because the editors back in Italy only ask us for the blood, the bang-bang. I write about the Islamists and their network of social services, the roots of their power— a piece that is definitely more complex to build than a frontline piece. I strive to explain, not just to move, to touch, and I am answered with: “What’s this? Six thousand words and nobody died?”

Actually, I should have realized it that time my editor asked me for a piece on Gaza, because Gaza, as usual, was being bombed. I got this email: “You know Gaza by heart,” he wrote. “Who cares if you are in Aleppo?” Exactly. The truth is, I ended up in Syria because I saw the photographs in Time by Alessio Romenzi, who was smuggled into Homs through the water pipes when nobody was yet aware of the existence of Homs. I saw his shots while I was listening to Radiohead—those eyes, staring at me; the eyes of people being killed by Assad’s army, one by one, and nobody had even heard of a place called Homs. A vise clamped around my conscience, and I had to go to Syria immediately.

But whether you’re writing from Aleppo or Gaza or Rome, the editors see no difference. You are paid the same: $70 per piece. Even in places like Syria, where prices triple because of rampant speculation. So, for example, sleeping in this rebel base, under mortar fire, on a mattress on the ground, with yellow water that gave me typhoid, costs $50 per night; a car costs $250 per day. So you end up maximizing, rather than minimizing, the risks. Not only can you not afford insurance—it’s almost $1,000 a month—but you cannot afford a fixer or a translator. You find yourself alone in the unknown. The editors are well aware that $70 a piece pushes you to save on everything. They know, too, that if you happen to be seriously wounded, there is a temptation to hope not to survive, because you cannot afford to be wounded. But they buy your article anyway, even if they would never buy the Nike soccer ball handmade by a Pakistani child.

With new communication technologies there is this temptation to believe that speed is information. But it is based on a self-destructive logic: The content is now standardized, and your newspaper, your magazine, no longer has any distinctiveness, and so there is no reason to pay for the reporter. I mean, for the news, I have the Internet—and for free. The crisis today is of the media, not of the readership. Readers are still there, and contrary to what many editors believe, they are bright readers who ask for simplicity without simplification. They want to understand, not simply to know. Every time I publish an eyewitness account from the war, I get a dozen emails from people who say, “Okay, great piece, great tableaux, but I want to understand what’s going on in Syria.” And it would so please me to reply that I cannot submit an analysis piece, because the editors would simply spike it and tell me, “Who do you think you are, kid?”—even though I have three degrees, have written two books, and spent 10 years in various wars, first as a human-rights officer and now as a journalist. My youth, for what it’s worth, vanished when bits of brain splattered on me in Bosnia, when I was 23.

Freelancers are second-class journalists—even if there are only freelancers here, in Syria, because this is a dirty war, a war of the last century; it’s trench warfare between rebels and loyalists who are so close that they scream at each other while they shoot each other. The first time on the frontline, you can’t believe it, with these bayonets you have seen only in history books. Today’s wars are drone wars, but here they fight meter by meter, street by street, and it’s fucking scary. Yet the editors back in Italy treat you like a kid; you get a front-page photo, and they say you were just lucky, in the right place at the right time. You get an exclusive story, like the one I wrote last September on Aleppo’s old city, a UNESCO World Heritage site, burning as the rebels and Syrian army battled for control. I was the first foreign reporter to enter, and the editors say: “How can I justify that my staff writer wasn’t able to enter and you were?” I got this email from an editor about that story: “I’ll buy it, but I will publish it under my staff writer’s name.”

And then, of course, I am a woman. One recent evening there was shelling everywhere, and I was sitting in a corner, wearing the only expression you could have when death might come at any second, and another reporter comes over, looks me up and down, and says: “This isn’t a place for women.” What can you say to such a guy? Idiot, this isn’t a place for anyone. If I’m scared, it’s because I’m sane. Because Aleppo is all gunpowder and testosterone, and everyone is traumatized: Henri, who speaks only of war; Ryan, tanked up on amphetamines. And yet, at every torn-apart child we see, they come only to me, a “fragile” female, and want to know how I am. And I am tempted to reply: I am as you are. And those evenings when I wear a hurt expression, actually, are the evenings I protect myself, chasing out all emotion and feeling; they are the evenings I save myself.

Because Syria is no longer Syria. It is a nuthouse. There is the Italian guy who was unemployed and joined al-Qaeda, and whose mom is hunting for him around Aleppo to give him a good beating; there is the Japanese tourist who is on the frontlines, because he says he needs two weeks of “thrills”; the Swedish law-school graduate who came to collect evidence of war crimes; the American musicians with bin Laden-style beards who insist this helps them blend in, even though they are blonde and six-feet, five-inches tall. (They brought malaria drugs, even if there’s no malaria here, and want to deliver them while playing violin.) There are the various officers of the various UN agencies who, when you tell them you know of a child with leishmaniasis (a disease spread by the bite of a sand fly) and could they help his parents get him to Turkey for treatment, say they can’t because it is but a single child, and they only deal with “childhood” as a whole.

But we’re war reporters, after all, aren’t we? A band of brothers (and sisters). We risk our lives to give voice to the voiceless. We have seen things most people will never see. We are a wealth of stories at the dinner table, the cool guests who everyone wants to invite. But the dirty secret is that instead of being united, we are our own worst enemies; and the reason for the $70 per piece isn’t that there isn’t any money, because there is always money for a piece on Berlusconi’s girlfriends. The true reason is that you ask for $100 and somebody else is ready to do it for $70. It’s the fiercest competition. Like Beatriz, who today pointed me in the wrong direction so she would be the only one to cover the demonstration, and I found myself amid the snipers as a result of her deception. Just to cover a demonstration, like hundreds of others.

Yet we pretend to be here so that nobody will be able to say, “But I didn’t know what was happening in Syria.” When really we are here just to get an award, to gain visibility. We are here thwarting one another as if there were a Pulitzer within our grasp, when there’s absolutely nothing. We are squeezed between a regime that grants you a visa only if you are against the rebels, and rebels who, if you are with them, allow you to see only what they want you to see. The truth is, we are failures. Two years on, our readers barely remember where Damascus is, and the world instinctively describes what’s happening in Syria as “that mayhem,” because nobody understands anything about Syria—only blood, blood, blood. And that’s why the Syrians cannot stand us now. Because we show the world photos like that 7-year-old child with a cigarette and a Kalashnikov. It’s clear that it’s a contrived photo, but it appeared in newspapers and websites around the world in March, and everyone was screaming: “These Syrians, these Arabs, what barbarians!” When I first got here, the Syrians stopped me and said, “Thank you for showing the world the regime’s crimes.” Today, a man stopped me; he told me, “Shame on you.”

Had I really understood something of war, I wouldn’t have gotten sidetracked trying to write about rebels and loyalists, Sunnis and Shia. Because really the only story to tell in war is how to live without fear. It all could be over in an instant. If I knew that, then I wouldn’t have been so afraid to love, to dare, in my life; instead of being here, now, hugging myself in this dark, rancid corner, desperately regretting all I didn’t do, all I didn’t say. You who tomorrow are still alive, what are you waiting for? Why don’t you love enough? You who have everything, why you are so afraid?

With the exception of Alessio Romenzi, the names in this article have been changed for reasons of privacy.


Jak to się czasem dziwnie składa; oba zdjęcia znalazłam podczas tej samej wizyty na Facebooku, choć wstawili je do FB zupełnie inni ludzie. /Wie sich manchmal die Dinge merkwürdig ergänzen; beide Bilder fand ich bei demselben Besuch im Facebook; sie wurden aber von verschiedenen Leuten gepostet.
vangogh-roslina
Obok portretu van Gogha cytat: “Normalność to wybrukowana ulica; dobrze się po niej chodzi – ale nie urosną tu rośliny”.

Praca kobiet

Ewa Maria Slaska

Praca kobiet

Różne myśli chodzą różnymi drogami i spotykają się w nieoczekiwanych miejscach, na przykład na skrzyżowaniu czerwonej sukienki i wpisu o Międzynarodowym Dniu Prostytucji, jaki na 2 czerwca przygotował nasz autor, Zbyszek Milewicz. Sukienka się podarła, ale bardzo ją lubię, trzeba ją więc zaszyć, a może nawet odnieść do krawcowej.

olwen-huftonPrzypomina mi się lektura wspaniałej książki pani Olwen Hufton o kobietach od renesansu po koniec wieku XVIII.
O tym jak pracowały, z czego żyły. Była tam oczywiście mowa o prostytucji, ale była też piękna historia o ubraniach. Bo to kobiety, korzystając przez kilkaset lat z tych samych starych sukien, tunik, prześcieradeł i płaszczy, cerując, nicując, zszywając, dopasowując, łatając i przerabiając, ubierały całą Europę. Sięgam  po gazetę, którą jeszcze raz chcę przejrzeć przy porannej kawie, zanim ją na dobre wyrzucę – to “Polityka” z 8 maja – a tam informacja Piotra Sarzyńskiego o wystawie grafik zatytułowanej “Praca kobiety nigdy się nie kończy” w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie. Można ją jeszcze obejrzeć prawie przez całe wakacje – do 11 sierpnia.

baner2Tytuł wystawy – czytamy na stronie MCK – nawiązuje do angielskiego przysłowia, rozpowszechnionego zwłaszcza w Ameryce: „a woman’s work is never done”. Tematem jest praca – zawodowa, ale też czynności domowe i zajęcia kobiet,  potraktowane realistycznie lub metaforycznie, a ujrzane oczami dawnych i obecnych mistrzów – Dürera, Rembrandta, Rubensa, Hogartha. Ekspozycja prezentuje liczne prace twórców szkoły włoskiej, francuskiej i niderlandzkiej oraz stosunkowo rzadkie prace kobiet rytowniczek. Jednym słowem to, co znaleziono w Gabinecie Rycin Biblioteki Naukowej PAU i PAN w Krakowie, uzupełnione o zbiory sztuki współczesnej. Dunikowski, Szapocznikow, Kozyra. Nazwiska dla każdego pokolenia odbiorców.

kobieta-rubens-czy nie rubensWystawę przygotowały nader uczone kuratorki. Było ich siedem. Czy dlatego starannie podzieliły 126 grafik mistrzów na siedem grup? „Matka”, „Towarzyszka i sługa”, „Przedmiot”, „Muza”, „Wojowniczka”, „Wzór dobry, wzór zły” oraz „Szafarka dobra i zła”.  Siedem to liczba symboliczna. Tyle było planet w starożytności. Tyle dni w tygodniu, ustalonym obrotem Księżyca. Siedem cudów, siedem grzechów, siedem cnót. Siedem kuratorek. Patrzę na stworzoną przez nie listę i myślę, że pełniłam już w życiu wszystkie te role. I kilka innych. Córka. Kochanka. Żona. Artystka. Samotna wilczyca. Babcia. Wnuczka. Synowa. Urzędniczka. Feministka. Menedżerka. Kucharka. Kelnerka. Nawet szyłam już w życiu coś, co dało się nosić. Haftowałam, robiłam na drutach, sadziłam pietruszkę, pielęgnowałam chorych, karmiłam spragnionych, pocieszałam bogatych… To wszystko jest pracą.

Na tych siedmiu zdjęciach jestem ja. Ja i moje funkcje. Matka, a pod spodem – córka matki. Obok – córka ojca. Samotna kobieta na cmentarzu. Modelka. Pielgrzymka w dniu ukończenia pielgrzymki w Santiago de Compostela. Babcia.

ewa7razy

W Gołdapi i w Berlinie

Dzisiejszy wpis jest osobistym uzupełnieniem do wczorajszego referatu napisanego przez historyka.

Maria Gast-Ciechomska

podobnie jak ja została poproszona o napisanie referatu na konferencję w Bydgoszczy o polskich odniesieniach do Muru Berlińskiego. Z całego tekstu wybieram tu fragment o pobycie Maryli w obozie dla internowanych kobiet w Gołdapi i Berlin Zachodni. Reszta w linkach:

Cały referat po polsku          mury-maryla-pl
Text auf Deutsch                  mury-maryla-DE

goldapW Gołdapi internowano działaczki “Solidarności”. Pierwsze z nich trafiły tu 6 stycznia 1982 roku. Przez obóz przewinęło się 397 (lub według innych rachunków 394) kobiet, reprezentujących 33 regiony “S“. Najwięcej, bo 116, z Dolnego Śląska, 67 z Mazowsza, 25 z Gdańska. Przywieziono je z 83 miast i 6 wsi: było wśród nich 51 przedstawicielek zawodów inżynieryjno-technicznych, 46 nauczycielek, 38 studentek, 33 etatowe działaczki “S“, 23 robotnice, 16 dziennikarek. Najstarsza internowana kobieta miała 63 lata, najmłodsza 19 lat.

W Gołdapi

Dla mnie osobiście stan wojenny był zaskoczeniem – podobnie jak i odkrycie, że byłam dla wojskowego rządu na tyle groźna, by objąć mnie postanowieniem o internowaniu. Najpierw trafiłam do więzienia w Olszynce Grochowskiej. Najbardziej brutalnych represji z lat 80, a już na pewno tego lekkiego w sumie aresztu nie można porównywać z tym, co było w czasach stalinowskiej dyktatury. Mimo to internowanie do przyjemności nie należało. Dlatego tak ważne były wszelkie oznaki wsparcia z zewnątrz. Pamiętam, że wkrótce przyjechała do nas do więzienia Kalina Jędrusik, która na bramie wykłócała się tak długo i tak głośno, aż została wpuszczona z paczkami zawierającymi jakże potrzebną ciepłą odzież i artykuły higieniczne. W Wigilię, gdy było nam szczególnie smutno, słyszałyśmy, jak maszyniści pociągów przejeżdżających przez Olszynkę Grochowską pozdrawiają nas specjalnym sygnałem. W Nowy Rok natomiast niespodzianką były odwiedziny prymasa Józefa Glempa.

W połowie stycznia przewieziono nas do ośrodka odosobnienia w Gołdapi. Najpierw była długa podróż milicyjnymi “sukami” i postoje na komendach w Ełku i Suwałkach. Potem znalazłyśmy się w okazałym budynku w środku ośnieżonego lasu: w domu wczasowym Komitetu Radia i Telewizji. W porownaniu z celami więziennymi pokoje były komfortowe. Te dobre warunki miały, rzecz jasna, cel propagandowy: do Gołdapi przywożono regularnie zagranicznych dziennikarzy i delegacje Czerwonego Krzyża, by pokazać im, jak żyją internowani. My podlegałyśmy jednak nadal regulaminowi więziennemu, byłyśmy nękane rewizjami i przesłuchaniami. Ale dla mnie osobiście najbardziej dołujące przeżycie z tego okresu miało miejsce poza ośrodkiem: gdy strażniczka zawiozła mnie do lekarza do Gołdapi. Było styczniowe popołudnie, robiło się ciemno, paliło się niewiele latarń – takim bardzo słabym, oszczędnościowym światłem. W tym półmroku widać było szare, ponure miasto, błoto na ulicach, upiornie puste sklepy, a w tym wszystkim przemykających jakby ukradkiem nielicznych ludzi. Widok ten był wyjątkowo przygnębiający, zwłaszcza gdy miało się jeszcze przed oczami ożywione ulice Warszawy podczas karnawału “Solidarności”.

W ogóle internowanie i stan wojenny wspominam jako wydarzenie z jednej strony dramatyczne, z drugiej zaś niebywale groteskowe. W pamięci mam iście surrealistyczne epizody: strażniczka w Olszynce Grochowskiej czytająca nam więzienny regulamin i z trudem zachowująca powagę; uwięzienie w domu wczasowym, znanym niektórym internowanym z wcześniejszych pobytów urlopowych; pilnujący nas uzbrojeni żołnierze, którym w mroźne noce spuszczałyśmy przez okna na sznurku słoiki z gorącą kawą. Było w tym coś nierealnego, poczucie, że żyjemy w jakiejś pomyłce, w fałszywej rzeczywistości, która lada chwila pęknie niczym bańka mydlana. I myślę, że to przeświadczenie pozwoliło mi przetrwać siedem miesięcy internowania w jako tako dobrym stanie.

Potem wielu z nas komunistyczne władze skutecznie przeszkadzały w powrocie do normalnego życia. Niektórym uniemożliwiono ukończenie studiów czy pracę zawodową. Trudno także pogodzić się z tym, że w czasach wywalczonej przez siebie wolności sporo tych zaangażowanych kobiet znalazło się poza głównym nurtem polityki. Ale były sprawy bardziej bolesne. W rozmaitych oficjalnych laudacjach dla kobiet zaangażowanych w opozycji czy w “Solidarności” podkreśla się stale, że wykonywały te same zadania co mężczyźni i płaciły podobną cenę. To niezupełnie tak, w przypadku kobiet cena bywała wyższa: rozpad małżeństwa lub rodziny. Bo o ile było jasne, że żona aresztowanego opozycjonisty ma do spełnienia rolę towarzyszki walki i pracy, dającej wsparcie, o tyle od mężów opozycjonistek nikt poświęceń nie oczekiwał i wydawało się niejako naturalne, że po pewnym czasie tracili cierpliwość i znajdowali sobie nowe partnerki, o odmiennych zainteresowaniach i mniej zdecydowanych poglądach. Temat tego – mówiąc współczesnym językiem feministycznym – nierównego statusu nie był jednak wtedy podejmowany. Bo też “Solidarność”, walcząc z zakłamaniem na poziomie politycznym, nie tykała wielu innych społecznych tabu, nader dotkliwych dla kobiet, jak np. przemoc domowa czy problemy życia rodzinnego, kłócące się z sielankową wizją.

W Berlinie Zachodnim

Pod koniec roku 1987 wyjechałam na studia do Berlina Zachodniego. Ten chwilowy wyjazd ostatecznie zmienił się w emigrację. Z drugiej strony bronię się przed tym określeniem, gdyż niezupełnie oddaje ono sytuację. Polska była stale blisko, na wyciągnięcie ręki, a odkąd znikły ograniczenia paszportowo-wizowe, spędzam tam mniej więcej jedną czwartą roku, tak z powodów prywatnych, jak i zawodowych.

Wtedy jednak, w grudniu 1987 roku, gdy znalazłam się w Berlinie Zachodnim, największym szokiem było nie upajające powietrze wolności, nie bogato zaopatrzone sklepy, lecz rzeczy jeszcze bardziej prozaiczne: chodniki bez dziur oraz punktualna i sprawna komunikacja. W tej sytuacji w środku zimy nawet mróz był łatwiejszy do zniesienia, a śnieg wydawał się bielszy. Mur stał jeszcze w najlepsze i nic nie zapowiadało, że wkrótce go nie będzie. Po obu jego stronach były dwa kompletne, samodzielne miasta. Tylko raz przemknęła mi przez głowę absurdalna myśl, jakiż to moloch by powstał, gdyby obie części kiedyś się połączyły.

Z pięter domów po zachodniej stronie, które z Murem sąsiadowały, widać było nocą łunę reflektorów, wieżyczki obserwacyjne, zasieki i uzbrojone patrole. Mur rozbijał naturalną rzeczywistość, fizyczna bliskość Berlina Wschodniego kontrastowała z jego politycznym oddaleniem. Zatelefonowanie do znajomej za Murem było przedsięwzięciem znacznie trudniejszym niż rozmowa z Ameryką. Jadąc metrem mijało się nieczynne stacje po stronie wschodniej: na peronach leżały porzucone bilety i zużyte opakowania, poza tym było pusto, zupełnie jak gdyby obecnych tam ludzi jakiś nagły kataklizm zaskoczył, wymiótł niczym bomba neutronowa. Na tych stacjach pociągi zawsze zwalniały – jak mówiono, by w razie czego mogły się zatrzymać, gdyby komuś udało się tam dostać. Pomnik w pobliżu lotniska Tempelhof dokumentował niezwykły i jedyny w swoim rodzaju akt solidarności Zachodu: most powietrzny, dzięki któremu podczas blokady miasta w roku 1961 skutecznie obroniono ten wyjątek w świecie radzieckiej dominacji. A przejście graniczne Checkpoint Charlie, gdzie w tym samym czasie stanęły naprzeciw siebie, lufa w lufę, czołgi niegdysiejszych aliantów, uświadamiało, jak cienka była w Berlinie granica między wojną zimną a gorącą. Nota bene właśnie na Checkpoint Charlie, na ścianie jednej z kamienic, doskonale widocznej po drugiej stronie Muru, przez całe lata drażnił wschodnioniemieckich strażników wielki napis „Solidarność’”.

W latach 60 Witold Gombrowicz pisał: “Berlin Zachodni to błyskotka o amerykańskim profilu z pulsującymi, mrugającymi i oślepiającymi neonami. Na wschód od Muru panują ciemności aż po Władywostok”. Nic dodać, nic ująć, miasto było witryną zachodniej prosperity najbliżej granicy z siermiężną Rosją. Było także – mimo swej wielkości – przejrzyste i na swój sposób przytulne. Bo też Mur nie tylko otaczał więzienie, jakim stało się NRD, lecz także, paradoksalnie, zdawał się chronić wyspę wolności przed tamtą rzeczywistością. Gdyby go porównać z innymi murami znanymi z historii, był tyleż Ścianą Płaczu co Murem Chińskim, broniącym cywilizacji przed zalewem barbarzyństwa. A gdy w końcu padł, to jak mur Jerycha – w ciągu jednego dnia.

W Berlinie Zachodnim żyło się nieźle dzięki hojnym subwencjom z Bonn. Mieszkańcy uchodzili za tolerancyjnych, przypisywano im otwartość na świat i przychylność dla indywidualizmu oraz bardziej wyostrzoną świadomość: że postrzegali więcej niż ich rodacy na Zachodzie. Toteż nie przypadkiem właśnie to miasto stało się najpierw centrum rewolty roku 1968, a potem alternatywnego stylu życia. W Berlinie Zachodnim noce zaczynały się szybko i kończyły późno, był europejskim Big Apple, które nigdy nie śpi. Był także potęgą kulturalną, zarówno w odniesieniu do sztuki klasycznej, jak i przede wszystkim awangardy. Ekscentryczne formacje artystyczne bowiem potrafiły wyjątkowo trafnie oddać atmosferę tej zamkniętej metropolii: miasta na wariackich papierach, odczuwającego stale niepokój o własne przetrwanie.

W czerwcu roku 1989 Polacy dali znać reszcie demoludów, że komunizm można obalić za pomocą kartki do głosowania. Ale w samym Berlinie forpoczta polskich przemian pojawiła się wcześniej, bo już w roku 1988: pod postacią ulicznych handlarzy. Po zniesieniu obowiązku wiz masowo handlowali oni na położonym nieopodal Filharmonii tzw. Polenmarkt, budując mozolnie podstawy nowej, kapitalistycznej już egzystencji. Ci handlarze byli często krytykowani, także przez ludzi opozycji. A przecież ich działalność to również był protest, wyraz niezgody na biedę i brak perspektyw. Tę atmosferę wokół Polenmarkt doskonale oddawała popularna wtedy piosenka zespołu Big Cyc:

Jakaś karafka, stary zegarek
Trzeba zarobić te parę marek
Renta, stypendium, wyżyć się nie da
Tu kupisz, tam sprzedasz, nie weźmie cię bieda.

Berlin Zachodni, Berlin Zachodni
Tu Polak stoi co drugi chodnik
Za każdym rogiem czai się Turek
Sprzedasz mu wszystko, tylko nie skórę.
Nasza bieda nas rozgrzesza
Polski handel, Trzecia Rzesza /…/

Pilsnera wypić trzema łykami
Opylić fajki, kupić salami
Gdy Polizei, to dawać chodu
Wrócisz do kraju, będziesz do przodu
Bo tu w dzień jeden zarobisz tyle
Co górnik w miesiąc w trudzie i pyle.

*

Pamiętnego 9 listopada obchodziliśmy urodziny koleżanki z akademika. Siedząc wieczorem w zacisznej włoskiej restauracji w dzielnicy Wannsee, nie mieliśmy pojęcia, co się stało. Po powrocie do akademika późną nocą wszyscy niezwłocznie udaliśmy się na spoczynek, ignorując sensacyjne opowieści sąsiadki z piętra. Dopiero rankiem okazało się, co przespaliśmy: oto berlińczycy zmienili świat nie ruszając się z miasta, a tylko robiąc dziurę w Murze. Tę dziurę zresztą wkrótce własnoręcznie powiększyłam, gdy udałam się pod Mur z młotkiem i odłupałam kawałek pomalowany na zielono. Tak więc również z moim skromnym udziałem rozpoczął się – najpierw amatorski, potem fachowy – demontaż Muru i zamknęła się lista jego ofiar. A co by było, gdyby wtedy Muru nie obalono, gdyby podczas owej konferencji prasowej włoski dziennikarz nie zadał słynnego pytania, a Günter Schabowski był bardziej powściągliwy w mowie? W ciągu Jesieni Ludów upadały po kolei, jeden po drugim, reżimy komunistyczne, ale jest możliwe, że NRD długo jeszcze opierałaby się przemianom, że przez lata byłaby politycznym skansenem – na podobieństwo Białorusi, ale nieporównanie bardziej groźnym.

Tak czy owak po tym 9 listopada i w ogóle po roku 1989 znaleźliśmy się w diametralnie odmiennej rzeczywistości, bardzo często niezgodnej z oczekiwaniami. Po 20 latach można już wyciągnąć wnioski i aż się prosi, by porównać lekcję polską i niemiecką.

Julie I – Wilczyca z Torunia

Julie_WolfthornNie gehört, nicht wahr?

Julie Wolfthorn

Nigdy o niej nie słyszeliście, prawda?

Rozpoczynamy dziś na blogu krótki cykl wpisów o Julie Wolfthorn – dziś, jutro i pojutrze zamieścimy posty o tej malarce, o której nikt  nigdy nie słyszał, a i nie każdy historyk sztuki się z nią zetknął. Pomysł napisania o Julie wyszedł od Lidii Głuchowskiej.

Heute, morgen und übermorgen schreiben wir über Julie.

Urodziła się 8 stycznia 1864 w Thorn czyli Toruniu jako Julie Wolff, zmarła 29 grudnia 1944 roku w Theresienstadt. Pochodziła z rodziny żydowskiej, była niemiecką malarką i graficzką. Gdy zaczęła malować odjęła od nazwiska Wolff jedno f, co zmieniło je w Wilka, a dodała nazwę miasta, z którego pochodziła – Julie Wolfthorn. Piękne – Wilczyca z Torunia. Umarła w Teresinie, pokazowym niemieckim obozie koncentracyjnym. Do końca życia malowała.

Okazją do przypomnienia Julie jest wystawa przygotowywana właśnie w Galerie Die Insel w Berlinie – galerii należącej do Berliner Fraueninitiative Xanthippe e.V. – Inicjatywy Kobiecej Ksantypa. Kuratorinnen / Kuratorki: Ilse-Maria Dorfstecher, Gabriela Ivan, Sabine Krusen.

19.04.2013, Freitag / piątek, 19:00 Uhr, Vernissage
»Wieder im Licht – geehrt ausgegrenzt wiederentdeckt«

Kate Diehn-Bitt | Oda Hardt-Rösler | Käthe Loewenthal
Käthe Münzer-Neumann | Lene Schneider-Kainer | Hedwig Woermann | Julie Wolfthorn | Augusta von Zitzewitz
(bis / do 25.05.2013)
Insel-Galerie – Torstraße 207, 10115 Berlin

Tytuł wystawy trudno tak dobrze przetłumaczyć na polski, jak brzmi po niemiecku. Wieder im Licht – Znowu w świetle. Wystawa o malarkach: geehrt ausgegrentzt wiederentdeckt – cenione – wyrzucone poza nawias społeczeństwa – ponownie odkryte. Po polsku byśmy ten tytuł pewnie inaczej sformułowali – może tak: słynne zapomniane ponownie odkryte.

Dziś o  Julie tekst po niemiecku.

Dr. Irene Knoll

„Meine Freundin Julie Wolff träumt davon, Sie malen zu dürfen“, schrieb Hedwig Lachmann am 4.4. 1896 an Ida Auerbach, die spätere Frau Richard Dehmels. Sie benutzt den Geburtsnamen Julie Wolfthorns, ein Zeichen dafür, dass die beiden Frauen einander schon lange kannten. Zu dieser Zeit dürfte Julie Wolfthorn aber ihre Arbeiten schon mit ihrem Künstlernamen gezeichnet haben, den sie sich in Anlehnung an ihre Geburtsstadt Thorn an der Weichsel, das heutige Toruń, gab.

Mit dem Bildnis von Ida Auerbach, das im Dezember desselben Jahres entstand, ein Porträt in Lebensgröße, gelang Julie Wolfthorn auf der Großen Berliner Kunstausstellung 1897 der Durchbruch in der Berliner Kunstwelt. In den folgenden Jahren profilierte sie sich als excellente Porträtistin, deren Können und Malkultur weder von den Künstlerkollegen noch von der Kunstkritik mehr bestritten wurde.

Julie Wolfthorn ist 1944 im KZ Theresienstadt umgekommen. In den nachfolgenden Jahrzehnten, bis in unsere Tage hinein, waren Werk und Lebensdaten der großen Künstlerin vergessen, ja, schienen verloren. Erst in den neunziger Jahren kam allmählich ein suchendes Interesse auf, nachdem einige Bilder von ihr auf Ausstellungen erschienen waren. Inzwischen konnte durch weitreichende Recherchen und Kontakte, durch sorgfältige Kleinarbeit, besonders vom Berliner Freundeskreis Julie Wolfthorn intensiv betrieben, Leben und Werk Julie Wolfthorns wieder erschlossen werden.

Julie Wolfthorn war das fünfte Kind des jüdischen Kaufmanns Julius Wolff und seiner Frau Mathilde, geb. Neumann. Sie kam 1883, nach dem Tode beider Eltern, nach Berlin. In den achtziger und neunziger Jahren des 19. Jahrhunderts hat sie sich das Handwerkliche der Malerei durch privat betriebene Studien in Berlin und anschließend an der privaten Kunstakademie Colarossi in Paris angeeignet. In Berlin hat sie in der Kurfürstenstr. 50, ihrer Wohnung, selbst Frauen Malunterricht erteilt.

Von der männlichen Kunstkritik ist der Eintritt der Frauen in die Malerei zunächst mit Desinteresse, dann mit beiläufiger Gönnerhaftigkeit bedacht worden, “denn die Kunst ist vom Mann für den Mann gemacht“, wie der Kritiker Karl Scheffler schrieb. Er befand sich damit ganz auf der Fährte des Vorsitzenden der Preußischen Akademie der Künste, Anton von Werner, der Petitionen von Künstlerinnen für die Zulassung von Frauen zum Studium an der Kunstakademie wiederholt und bis zu seinem Tode ablehnte. Solche Petitionen wurden auch von Julie Wolfthorn gezeichnet.

Um 1900 gehörte sie zu den wenigen namhaften Künstlerinnen Deutschlands. Sie war eine von vier Frauen, die der 1898 unter Vorsitz Max Liebermanns gegründeten „Berliner Secession“ als Gründungsmitglieder angehörten. Die biografischen Daten, die nach und nach gewonnen wurden, offenbaren ihre intensive Mitarbeit an vielfältigen Initiativen, das Kunstschaffen der Frauen anzuregen und zu fördern und ihren Werken eine Öffentlichkeit zu verschaffen. Auf den Secessionsausstellungen bildeten die Arbeiten von Frauen nur einen verschwindend geringen Anteil. 1906 rief Julie Wolfthorn gemeinsam mit anderen Secessionistinnen und einigen Künstlerinnen aus München die „Verbindung bildender Künstlerinnen“ ins Leben, die fortan eigene Ausstellungen organisierten und weitaus mehr Beachtung fanden. Auf der Secessionsausstellung 1908 war dann schon jedes siebente Bild das einer Künstlerin.

Julie Wolfthorn gehörte dem „Verein der Berliner Künstlerinnen“ an, war Mitglied des „Frauenkunstverbandes“ und des „Deutschen Lyceum Clubs“, die eigene Ausstellungen veranstalteten. Die Themen solcher Ausstellungen sind inspiriert von Ideen und Zielen der bürgerlichen Frauenbewegung: Die schaffende Frau, Das Gesicht der selbständigen Frau, Die Frau von heute, Die gestaltende Frau, Das Kind.

Mit sehr viel Anerkennung werden in den Kritiken die Porträts Julie Wolfthorns erwähnt, aber auch ihre Landschaften finden zunehmend Aufmerksamkeit. Ein Foto aus dem Jahre 1914 zeigt sie, beladen mit Sonnenschirm und Malutensilien, in einer Gruppe anderer Malerinnen auf dem Wege zu einem landschaftlichen Malmotiv. Sie hat am Berliner Wannsee, in Ferch, in der Mark Brandenburg, auf Hiddensee, in Italien im Freien gearbeitet. „ Julie Wolfthorn ist modern im allerbesten Sinne des Wortes. Sie weiß sowohl dem heimlichen Stimmungszauber einer Landschaft Ausdruck zu geben, wie sie auch dem Menschen auf den Grund seiner Seele schaut und in ihren Porträts jede Individualität so scharf heraushebt, dass dem Beschauer der ganze Mensch sofort deutlich wird.,“ schrieb die Publizistin Luise Schulze-Brück.

Julie Wolfthorn galt als die „Seelenkennerin“ unter den Malern.1929 hat sie sich in einem Aufsatz für „Westermanns Monatshefte“ dazu geäußert: „ Ich habe es immer als meine Hauptaufgabe betrachtet, neben dem künstlerischen das psychologische Moment in meinen Bildnissen besonders zu betonen. Dazu gelange ich mehr auf dem Wege der Intuition als durch bewusste Gedankenarbeit. Oft habe ich das Gefühl, als malte nicht ich, sondern ein andrer in mir, so dass ich mitunter überrascht vor meiner eignen Arbeit stehe. Das sind die glücklichsten Momente des Schaffens.“ Zu den heute noch oder wieder bekannten Porträts von Julie Wolfthorn sind neben dem Porträt Ida Dehmels vor allem ein Bildnis von Richard Dehmel, ein Porträt von Gustav Landauer, das Porträt Hedwig Lachmanns, das Doppelportrtät Gerhart Hauptmanns und seiner Frau zu nennen. Sie war eine besessene Arbeiterin von überraschender Vielseitigkeit. Für die Zeitschrift „Jugend“ hat sie mehrere Titelblätter geschaffen; Aktzeichnungen, Buchillustrationen, Blumenstücke und Stilleben entstanden, und zu den bemerkenswerten Leistungen der aufkommenden Plakatkunst gehört ein Plakat, das sie für den soziademokratischen „Vorwärts“ schuf.

Nach der Machtübernahme durch die Nationalsozialisten wurde Julie Wolfthorn aus den Vereinen ausgeschlossen, Veröffentlichungen und die Ausübung ihres Berufs wurden ihr verboten. Nur in den Räumen des Jüdischen Kulturbundes wurden noch Arbeiten von ihr ausgestellt. Sie organisierte mehrere Atelierausstellungen und sprach mit den Besuchern über ihre Arbeit. In einem Bericht über einen solchen Besuch wird Ende 1934 im Gemeindeblatt der Jüdischen Gemeinde Berlin eine Fülle von Werken unterschiedlicher Schaffenszeiten und Genres erwähnt. „Ein Zug von ungewöhnlicher Frische, verbunden mit Reife des Könnens und einer gewissen unverwüstlichen Tüchtigkeit, macht die Erscheinung dieser Künstlerin besonders sympathisch“, schrieb der Verfasser Dr. M. Rieß.

Julie Wolfthorn wurde im Oktober 1942, in hohem Alter, nach Theresienstadt, deportiert. Wo all jene Werke, die zu diesem Zeitpunkt in ihrem Atelier standen, geblieben sind, konnte bisher nicht ermittelt werden. Sie starb am 21. Dezember 1944, wenige Tage vor ihrem 81. Geburtstag. Sie hat auch im Lager noch gemalt – Porträts von Leidensgefährten. Unter diesen letzten Arbeiten, die erst vor wenigen Jahren bekannt wurden, ist das Bildnis einer alten Frau, mit Bleistift skizziert und in schwachen Farben aquarelliert, auf schlechtem Papier festgehalten – ein kleines Kunstwerk und ein Dokument. Es trägt das Datum vom 6.Sept. 1943. Sie hat es „Rekonvaleszentin“ benannt.

Am 4. Juli 1947 erschien in „Der Weg“, einer Publikation der Jüdischen Gemeinde Berlins, unter der Überschrift „Der Leidensweg einer jüdischen Künstlerin” ein Bericht von Peter Edel. Der Schriftsteller Peter Edel, dessen eigentlicher Familienname Hirschweh ist und der in der Kurfürstenstraße 50 wohnte und bei Julie Wolfthorn Malunterricht hatte, hat darin seine letzte Begegnung mit ihr beschrieben; er selbst wurde nur wenige Wochen nach Julie Wolfthorn deportiert. „Auf die weite Reise im Viehwaggon nahm sie zwei Aquarellkästen, einige Pinsel und viele Bogen Papier mit. Sie versteckte diese Utensilien behutsam zwischen ihren Kleidern und den Büchern, die ihre alte Schwester mitnehmen wollte, und sorgte sich mehr um die Bleistifte und die Temperafarben als um das eigne Leben. ‘Man kann überall malen. Überall! Wohin man auch kommt‘, sagte sie mir, als sie sich verabschiedete.“

Stolperstein_JuliaWolfthornStolperstein / stumbling block / (kamień, o który się potykamy) kamień pamięci – Julia Wolfthorn, Kurfürstenstr. 50, Berlin-Tiergarten – Wikipedia Commons, Autor OTFW Berlin 2013

Autorka o tym nie wspomina, ale istniały też namalowane przez Julie portrety Dagny Juel i Stanisława Przybszewskiego. Zaginęły, jak wiele innych dzieł Julie, ale coś o nich wiadomo i podzielimy się z Czytelnikami tym, co wiadomo.

Następne teksty o Julie Wolfthorn:

Katarzyna Krenz: Głosy z umarłego miasta
Aleksandra Sawicka: Julie i Dagny

Hosstegori, Ard, Arrusi

Persische Gattin

Heiraten auf Persisch

Man kann in Iran auf viele Weisen heiraten. Es ist ein einzigartiges Erlebnis, aber nicht immer ein Einmaliges. Die Iraner dürfen ja mehrere Frauen haben. Man muss sich allerdings an die Regeln halten. Den Iraner fällt es nicht sonderlich schwer, denn sie lieben ihre Regeln. Falls allerdings jemand es wagt, aus der Reihe zu tanzen, muss er mit einer gnadenlosen Kritik und scharfen Zungen rechnen, und zwar Jahre, manchmal auch Jahrzehnte danach.

Das Heiraten fängt an mit:

Hosstegori – es ist ein kleines Fest, nur die engste Familie ist dabei. Der Bräutigam in spe, begleitet von seinen Eltern, kommt ins Haus seiner Auserwählten. Früher hat das Mädchen ihren Zukünftigen bei dieser Gelegenheit das erste Mal flüchtig gesehen. Er dürfte auch ein Blick auf sie erhaschen, in den paar Sekunden, in denen sie ihm den obligatorischen Tee (Tschai) serviert hat. Heutzutage kennt sich das junge Paar schon, zumindest in den meisten Fällen. Das wichtigste ist – die Eltern des Mädchens müssen einverstanden sein. Nicht ohne Bedeutung ist die Höhe der Mehrije. Mehrije ist eine Art Geldanlage für die Braut, für ihre Zukunft. Falls die jungen Leute heiraten, muss der Ehemann seiner Gattin zu jedem Zeitpunkt die Summe der Mehrije auszahlen können, falls sie diesen Wunsch äußert. Falls er es nicht tut, wandert er ins Gefängnis. Und es geht hier um keine symbolische Summen: 500 Seke (Goldstücke) ist oft der Standard. Für dieses Geld kann eine Frau bis Ende ihres Lebens, in Iran, fast sorglos leben. Am häufigsten wird die Zahlung der Mehrije in dem Fall einer Scheidung verlangt, aber manchmal will die Frau das Geld ohne Grund, einfach so!

TanzenVor allem die Mutter der Braut ist daran interessiert die höchst mögliche Summe für ihre Tochter auszuhandeln. Mich selbst hat man auch gefragt, welche Mehrije ich haben möchte. Überrumpelt habe ich geantwortet: ich will gar nichts! Geld von meinem Mann zu verlangen, nur weil er mich heiratet, fand ich irgendwie komisch. Das geht aber nicht – war die Antwort –  Mehrije muss sein, mindestens Nabot (Zukerkristalle) und Koran. Ich antwortete: ich möchte aber kein Zucker und mit dem Koran, da bin ich mir auch nicht so sicher…. Mein Mann meinte – sie mag Rosen. Ich habe zugestimmt und so wurden 500 rote Rosen zu meiner Mehrije. Ich kann sie jede Zeit von meinem Mann verlangen. Die versammelten Frauen waren mit meiner Entscheidung nicht besonders glücklich. – Du verdirbst unsere Preise! – hat mir eine von ihnen zugezischt.

Nach Hosstegori kommt Ard.

Ard ähnelt unserer europäischen, standesamtlichen Eheschließung. Die Ehe kann hier für immer oder auf Zeit geschlossen werden. Die Ehe auf Zeit heißt Sirkhe und kann ab einer Minute bis 200 Jahre dauern. Diese Art Ehe wurde eingeführt wegen der unehelichen Kindern. Falls die Eltern nicht geheiratet haben, und infolge ihres Verhältnisses ein Kind zur Welt gekommen ist, wird das Kind nicht automatisch zu einem iranischen Bürger erklärt, denn das Kind nimmt immer die Nationalität des Vaters an. Wenn man aber keine Sicherheit hat, wer der Vater ist…

In der Schah-Zeit war Sirkhe verboten, nach 1979 wurde sie wieder zugelassen. Im Islam sind bis zu 40 Zeitehen für jeden Mann möglich. Früher, als die Perser viele neue Länder und Territorien erobert haben, war die Zeitehe sehr praktisch. Bei den Schlachten, im Kampf wurden ja die männlichen Gegner ausgerottet, die Frauen blieben alleine zurück. Die Perser haben sie also geheiratet, damit sie einen sicheren Hungertot nicht sterben müssen und dank der Sirkhe in Einverständnis mit dem islamischen Glauben.

Das Fest aller Feste ist für die Iraner – die Arrusi,

also – die Hochzeit. Jedes Mädchen in Iran träumt von einer Hochzeit in Weiß, und da unterscheiden sich die iranischen Mädels von den europäischen ganz und gar nicht – und wenn Eine sagt, sie macht sich nichts daraus – lügt sie. Der einzige Unterschied ist, dass ein europäisches Mädchen sich überhaupt nicht vorstellen kann mit welchen Pracht und Prunk so eine persische Arrusi gefeiert wird, außer es hat´s  gesehen.

Heute heiraten Mehdije und Ahmed. Der wichtigste und schönste Tag im Leben des jungen Paars ist vor allem anstrengend. Bei Morgendämmerung rennt Mehdije zum Schönheitssalons. Diese spezialisieren sich in Hochzeits-Make-up und Hochzeits-Frisuren. Sobald die Kosmetikerinnen und Friseurinnen erfahren, dass es sich um eine Hochzeit handelt, steigen die Preise bis ins Unendliche. Ich habe gehört, manche Bräute sagen, dass sie Geburtstag feiern wollen, damit sie nicht so viel bezahlen müssen. Das Make-up ist stark, glitzernd, provokativ, nichts mit der unschuldigen, natürlichen Braut, so was ist kein Modetrend in Iran. Was interessant ist – die Männer werden auch geschminkt. Ahmed kriegt zwar nur etwas Puder, Lippenglos und seine Augenbrauen werden depiliert, aber ich habe schon einen iranischen Bräutigam gesehen, dessen Augen stark geschminkt, Lippen karminrot angemalt und die Haare auf den Tokyo-Hotel-Leader frisiert waren, ein echter ästhetischer Horror.

Fotografen und die Braut

Auch das Make-up von Mehdije, der heutigen Braut, hält sich in Rahmen, sie behält immerhin ihre natürliche Haarfarbe – schwarz, und ich kann nur drei verschiedene Lidschatten auf Ihren Augenlieder zählen, aber ich habe schon eine Braut gesehen, deren lange Locken platinblond, wie bei Pamela Anderson gefärbt wurden, die Augenbraue abrasiert und darauf gemalt, und die Lippen in Feuerwehr-rot geschminkt wurden.

Das Prinzessin-Kleid wartet schon auf Mehdije und es ist wirklich sehr schön, ähnlich wie in Polen oder Deutschland, schulterfrei, mit kleinen glitzernden Steinchen besetzt, mit Schleppe, auf dem Kopf ein Schleier. Sie sieht umwerfend aus, und ich beneide sie ein bisschen, da ich keine Arrusi in Weiß hatte.

hochzeit5

Den ganzen Vormittag und halben Nachmittag verbringt das junge Paar mit einem Fotografen und einem Kamera-Team. Die arbeitslosen Filmemacher in Iran haben ihre Nische gefunden. Der Film mit Mehdije und Ahmed wird am Ende über drei Stunden dauern, er wird mit der Musik von Modern-Talking, iranischem Pop, den ominösen Klängen von Enya und zahlreichen filmischen Effekten: Überblenden, Ausblenden, Zeitluppen, Zeitraffen, sowie Bilder in Sepia im Still der 30-er Jahre und dramatischen schwarz-weiß, untermalt. Die Dreharbeiten beginnen mit einer spektakulären Autofahrt durch Teheran. Die Hupe und die Lichthupe werden ununterbrochen von dem Fahrer betätigt, der Wagen ist, genau wie so oft in Europa, mit Blumen und weißen Schleifen geschmückt, und was vor allem wichtig ist: es ist ein Nissan, also ein ausländisches Auto, und kein produzierter in Iran und sehr populäre Pride, der allem Anschein nach, aus Plastik gebaut wurde und aussieht wie aus den 80-er Jahren.

Das Paar und Fotografen

Danach geht es zu einem Park und an der kitschigen Romantik wird es hier nicht gespart. Mehdije und Ahmed werden von den Fotografen und Kameraleuten dazu ermutigt:  hinter sich her durch die Grünanlage zu rennen, sich im Laub auf dem Parkrasen zu wälzen, die Blätter von den Kleider abzuschütteln und es noch mal zu wiederholen, sich auf den Treppen einer kleinen Pagode zu strecken, sich sentimental aus den halbgeschlossenen Augen anzustarren, die Lippen an die Lippen den anderen zu nähren, aber um Gottes Willen nicht küssen! Noch sind sie ja nicht verheiratet, und was nicht geht, geht es halt nicht! Casablanca kann man hier nicht nachmachen. Schade um die Kunst!

Hochzeit6

Dann geht es zu dem gemieteten Festsaal. Mehdije und Ahmed steigen aus dem Auto, und vor ihnen direkt auf der Straße wird ein braunes Lämmchen mit einem Messerschnitt durch die Kehle, also nach Halal-Vorschriften, geopfert (auf diesen Brauch könnte ich persönlich verzichten, so sehr tat mir das Lämmchen leid). Das Blut fließt über den Gehweg, die Braut hebt geschickt das weiße Kleid und springt drüber, der Bräutigam hinter ihr her. Im Eingang wartet schon die Familie (es ist eine kleine Hochzeit, nur 200 Leute), das Paar wird mit unzähligen Geldscheinen förmlich überschüttet. Sie gehen aber unbeirrt weiter und betreten den festlich geschmückten Saal. Mehdije und Ahmed zünden eine Kerze von dem Koran an. Sie setzen sich an zwei Thronen. Vor ihnen mehrere Tische – bedeckt mit Musselin, auf den Tischen stapeln sich Blumen und Früchte, Nüsse, Perlenketten, Hirtin-Figürchen, kleine Spiegel in goldenen Rahmen, idyllische Bildchen, Ketten aus raren Muscheln.  In der Mitte auf einem silbernem Tablett liegen Eheringe und steht ein Schälchen mit Honig, daneben Nabot –  damit das gemeinsame Leben süß wird. Über die Köpfe des Paares wird ein goldenes Tuch ausgebreitet, das von etwa zehn jungen Frauen gehalten wird. Eine Auserwählte darf zwei Zuckerköpfe über das Tuch reiben – damit das Leben des Paares wie Zucker schmeckt.

Ahmed nimmt den Koran und schlägt es auf. Ein Mulla liest eine Art Eheversprechens. Mehdije sagt als erste: Bale – Ja. Die Frauen jubeln. Nun ist Ahmed an der Reihe und auch er sagt  mit einer etwas zitterigen Stimme: Bale. Alle klatschen. Ahmed schließt den Koran und küsst Mehdije auf den Mund, das erste Mal – zumindest theoretisch. Das Paar unterschreibt den Ehevertrag, und es ist nicht eine Seite wie bei uns, sondern gleich ein ganzes Buch. Die Eheringe werden ausgetauscht. Im Hintergrund singt die Band schon: Man tora micham! – Ich will dich! Mehdije taucht den kleinen Finger in die Schale mit Honig und hält ihn Ahmed hin. Ahmed leckt den Honig ab, dann ist er an der Reihe und Mehdije muss ablecken. Ich weiß selber nicht, ob es auf mich leicht erotisch oder unhygienisch wirkt.

Dann kommen die Geschenke – es ist eine wahre Zeremonie, bei welcher alle zuschauen müssen. Ich werde wieder etwas neidisch, als ich sehe, was Mehdije alles kriegt, und muss auf meinen biederen Modeschmuck starren. Also sie bekommt: goldene Ohrringe mit echten Perlen, einen Armband dazu, eine Kette, eine Uhr, noch mal Kette, und noch mal Ohrringe – alles aus puren Gold. (Ahmed bekommt übrigens fast denselben Satz). Danach kommt Geld oder Goldstücke (Seke). Eine Tante verkündet über ein Mikro, wer und wie viel dem jungen Paar geschenkt hat. Danach erfahre ich – eine iranische Hochzeit ist ein “Null-Summe-Spiel”, meistens das ganze Geld, welches ausgegeben wurde (und es ist ein kleines Vermögen) wird durch die Geschenke wieder reingenommen.

Mit einem Blumenstiel

Das Ritual mit dem Geld wiederholt sich gleich wieder, denn das Paar erhebt sich und geht durch den Saal zu der Tanzfläche, dabei begrüßt sie jeden Familienmitglied persönlich. Der Geldregen fällt wieder auf sie.

Der erste Tanz beginnt: Mehdije und Ahmed schwingen die Hüften, die Mutter der Braut überschüttelt das Paar mit Geldscheinen. Da wurde wahrscheinlich der Tresor einer iranischen Sparkasse gänzlich leergefegt.

Nach dem ersten Tanz, wie auf Befehl, rennen alle auf die Tanzfläche und fangen an sinnlich, rhythmisch, einfach grandios zu tanzen, egal ob jung oder alt, die Iraner haben es einfach im Blut. Lichter pulsieren, ein künstlicher Nebel erfüllt den Saal, und ich habe den Eindruck, ich bin in einer Berliner Disco, wäre da  dieser orientalische Rhythmus nicht gewesen.

Etwas später erfahre ich, dass man eigentlich auf dieser Weise nicht feiern darf, dass es verboten ist und die Familie musste ordentlich schmieren, damit Frauen und Männer zusammen sind. Normalerweise erscheint der Bräutigam nur kurz bei den Frauen, danach geht er zu den Männer und die Festlichkeiten finden getrennt statt. Es ist etwas trist: Frauen tanzen mit Frauen, und Männer mit Männer in getrennten Räumlichkeiten.

Aber zurück zu der Hochzeit von Ahmed und Mehdije. Nach dem Tanzen begeben sich die Braut und der Bräutigam nach draußen und rauchen gemeinsam Schisha und so entspannen sie sich ein wenig.

Kurz darauf folgt die Torte! Zuerst eine junge Frau tanzt mit dem Kuchen (natürlich nicht mit der dreistöckigen Torte), sondern mit einem Mandelgebäck, in der Größe eines Tellers. Die Hüften der jungen Schönheit in einem geschmeidigen grünen Kleid bewegen sich sinnlich. Der Kuchen auf der Handfläche kreist rhythmisch mit den graziösen Bewegungen ihrer Arme. Sie ist eine gute Tänzerin und sie stiehlt der Braut die Show ein wenig, aber es ist zu einem guten Zweck, denn auch sie sammelt für das junge Paar die Scheine.

Die Mutter der Braut bringt ein Teller mit zwei kostbaren, weißen Blüten. Ahmed und Mehdije tauchen die Stiele der Blume in Henna und schreiben gegenseitig ein Zeichen auf die Handflächen. Dann schließen sie die Hände, und verschmieren alles. Ab jetzt sind sie unzertrennlich, auf jeden Fall sie sollen es werden.

Ein anderes junges Mädchen tanzt mit dem festlich geschmückten Torte-Messer. Und auch sie wird mit Scheinen überschüttet, dann übergibt sie das Messer dem Bruder des Bräutigams, er tanzt mit einer ernsten Miene, versucht, so gut wie möglich den Auftrag zu erfüllen und wieder fliegen die Scheine. Der Bruder ärgert den Bräutigam ein bisschen und verzögert die Übergabe des Messers.

Normalerweise gehört der Tanz mit dem Messer der Schwester des Bräutigams. Und falls die Schwester, die Zukunftige ihres Bruders nicht mag, kann der Tanz sehr lange, sogar bis zu einer Stunde dauern. Aber Ahmed hat nun keine Schwester. Endlich übergibt Ahmeds Bruder dem Paar das Messer, die Torte wird aufgeschnitten, aus der Torte schießen Wunderkerzen. Mehdije und Ahmed futtern sich gegenseitig mit der Torte, dann futtern sie ihre Eltern, ihre Geschwister, und alle aus der Familie, die zufällig in der Nähe stehen.

Das gemeinsame Tanzen geht von vorne an. In jeder persischen Familie gibt es eine alte Tante oder einen Onkel, der die Bude rockt. In diesem Fall ist es der Onkel Golem Reza, mit einer weißen Mähne, bringt er ans Licht solch unglaubliche Hüftbewegungen und Vitalität, dass ich staunen muss, dass er schon fast 80 ist.

Hochzeit7

Es wird noch lange getanzt, was das Zeug hält, erst danach kommt das Essen. Bis jetzt hat man nur Früchte, süße Plätzchen und die Torte serviert. Das Essen kommt zum Schluss, und es ist ein Zeichen, dass das Fest sich dem Ende neigt.

Aber nicht in den Familien von Ahmed und Mehdije, hier wird es weiter getanzt, gelacht, geredet, gefeiert und das alles ohne ein Tropfen Alkohol. In Polen kann nicht Mal eine Taufe ohne Prozentiges geben. Und bei einer Hochzeit sind sowieso alle vollgetankt. Eine persische Hochzeit ist vollkommen alkoholfrei. Und es ist das Schönste für mich an diesem Fest.

Das Leben von Kobra Hanum

Persische Gattin

Aus den Erzählungen meiner Schwiegermutter (85 Jahre alt)

Das Leben von Kobra Hanum

Besmella el Rahmone Rachim – Im Namen des allmächtigen Gottes.

Kobra war ein kleines Kind, sie war sehr klein, 2 Jahre alt, da starb ihre Mutter, und sechs Monate danach ist ihr Vater gestorben. Sie waren vier Geschwister:  Laro, Kobra –  die Zweitälteste, Odrat und Atollah. Der Onkel von Kobra war Arzt und er hat sie zu sich genommen.  Dann wurde der Onkel alt und ist gestorben, seine Frau auch. Aber Kobra hat geschafft in dieser Zeit groß zu werden, 18 Jahre alt wurde sie. Sie kam nach Teheran zu ihrem Bruder. Aber das war nicht gut, weil sie sich mit der Frau des Bruders verstritten hat.  Und sie hat Kobra rausgeschmissen. Aber es war nicht so schlimm, da Kobra robust war. Und die iranischen Männer, du weißt selber wie sie sind, haben sie belästigt. Dann hat sie  um Erlaubnis in der Familie gebeten und einen davon geheiratet. Sie hat einen Christen geheiratet. Wir haben spekuliert, dass er Armenier ist, aber niemand wusste es mit Sicherheit. Was soll man tun, sie haben sich verliebt. Da ist es egal ob man Bahai, Zoroaster oder sonst was ist. Ein Junge und ein Mädchen verlieben sich halt, das ist kein Problem. Der Mann hieß Amir, aber er wollte dass man ihn Ghossem nennt. Ich bin Ghossem –  hat er erzählt und  hat seine Geburtsurkunde geändert. Aber Kobra hat von vorne herein kapiert, dass er Christ ist. Mein Mann, Agha Jun, meinte auch zu ihr – Mädel, der ist kein Moslem, weil er Hatne (Beschneidung) nicht gemacht hat. Sie meinte – was soll ich denn machen, er liebt mich, wir werden zusammen leben. 5 Jahre haben sie zusammen gelebt. Und es war sehr gut, da er Mechaniker war und hat gut verdient, aber dann hat sich herausgestellt, dass er eine andere Frau hat! Und drei Kinder. Kobra hat es herausgefunden, da er  ständig nach Kangavar ging. Aber sie haben trotzdem weiter zusammen gelebt.  Und Kobra wurde schwanger.

Amir faehrt wegAmir fährt weg

Als sie in fünften Monat war, ist er wieder verschwunden und Kobra ist außer sich durch den Schnee, es war so kalt, die Erde war gefroren, in unsere Straße gekommen und hat geklagt- mein Amir, wieso kommt er nicht? Dann sagte sie zu mir: ich werde das Kind nicht behalten, ich treibe es ab. Und so war es. Etwas später kam Amir zurück und wieder lebten sie zusammen, aber er ging oft zu der anderen Frau, er ging hin und zurück, hin und zurück. Und Amir hat gesagt:  ich will kein Kind mehr –  weil er ja schon drei Kinder hatte, mit der anderen Frau. Und er hat sein Röhrchen zugebunden, bei einem Arzt – das hat Kobra herausgefunden, und dadurch konnte sie nicht schwanger werden. Ein Mann muss in diesen Sachen schon sein Erlaubnis geben, eine Frau kann alleine nichts tun. Kobra hat kein Kind mehr bekommen, und war sehr traurig. Sie lebten noch etwas zusammen und dann ist Amir weggegangen. Und als er gegangen ist, kam er lange Zeit nicht wieder.

Er ging hin und zurueckEr ging hin und zurück, hin und zurück…

Kobra kam eines Tages  zu mir, wir haben im Hof eine Arbeit zusammen verrichtet und sie sagte zu mir: er ist gegangen und ist nicht zurückgekommen, ich weiß nicht mal, ob er schon tot ist, oder noch lebt, ich weiß gar nichts. Also ging Kobra zu den Behörden und hat die Ehe annulliert,  hat sich bescheinigen lassen, dass sie eine unverheiratete Frau ist, und hat den alten Namen wieder angenommen.

Kobra schaut ihm nachKobra schaut ihm nach…

Und bis jetzt hat Kobra keine Kinder. Auf weitere Kinder hat sie jetzt keine Lust. Sie hatte zwar zwei Freier, solche ohne Bedeutung. Daraus ist nichts geworden. Mit der Zeit  ist sie älter geworden und die Männer wollen eine junge Frau haben und nicht eine Alte, und vor allem nicht solche, die schon mit einem anderem Mann gelebt hat. Man muss ja Jungfrau sein. So wollen sie es haben und nicht anders. Wenn die Frau sagt-  ich bin nicht mehr ganz, und habe schon ein Loch, dann sagen sie: hau ab, geh weg von mir! Du bist jetzt verdorben, andere Männer haben dich angefasst. So ist es.

In einer Woche erzähle ich von Ehe und Hochzeit in Iran. Es wird auch demnächst wieder eine Erzählung von meiner Schwiegermutter Monavar geben!

Sine

Der erste Text kam am Montag.
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/04/kommunikationsmittel/
Ab heute aber sollen wir Beiträge der
Persischen Gattin regelmäßig zum Sonntag bekommen. “Frau zum Sonntag” so zu sagen.

Sine bedeutet Brust

Im Dezember sind in Iran alle sehr traurig und weinen ständig, weil in diesem Monat Imam Husain (626 – 680) ermordet wurde. Husain war der Enkel des Propheten Mohammed und ist eine Zentralfigur des schiitischen Glaubens (fast alle Iraner sind Schiiten). Seine Gegner haben Husain in der Schlacht bei Karbala ermordet, er hatte 33 Speerwunden, 34 Schwertwunden und unzählbare Pfeiltreffer erhalten.

Plac Imama HusainaMahnoz, die Frau des Cousins meines Mannes entscheidet sich, mich, eine polnische Katholikin, also eine Ungläubige, zu den religiösen Festivitäten mitzunehmen. Sie heißen Sine, was Brust bedeutet, weil sich die Frauen und Männer (getrennt natürlich) auf die Brust schlagen, um der Trauer Ausdruck zu verleihen.

Mahnoz ist eine attraktive, schlanke Frau in den Fünfzigern, und obwohl sie weder lesen noch schreiben kann und aus einem kleinen Dorf im Norden Irans stammt, ist sie immer sehr elegant und geschmacksvoll gekleidet. Jede Kudamm´er Elegantin könnte sich eine Scheibe von ihr abschneiden.

Und auch an diesem Morgen kommt sie in einer olivenfarbenen Hose, einem eleganten beigen Mantel und einem dazu passenden seidenen Kopftuch und vor allem nicht in Schwarz, der Farbe der Trauer. So ziehe ich auch helle Hose und einen hellen, leichten Mantel an. Und ich bin erleichtert, da mein schwarzer Wintermantel sehr warm ist, und aus Erfahrung weiß ich, dass ich den Mantel die ganze Zeit anbehalten muss. Obwohl man die Wohnungen in Iran im Winter, wie verrückt heizt, und die Temperatur in den Räumen oft fast 40 Grad übersteigt, behalten die Frauen in der Öffentlichkeit immer ihre Mäntel an, aus moralischen Gründen. Man kann sich leicht vorstellen, wie man dabei schwitzt.

uliczka do niego dochodzaca Der Cousin Agha Abbas kutschiert uns, und nach einer halben Stunde parken wir vor einem prachtvollen Haus in einer der meist angesagten Gegenden in Teheran. Das Haus ist vierstöckig und sieht, wie ein kleiner Palast aus. Vor gewaltigen Türen hat man riesige Vorhänge angebracht. So gelangen wir zuerst in eine Schleuse, eine Art Zwischenraum, wo die Frauen ihre Schuhe ausziehen und in dafür speziell vorbereitete Plastiktüten verstauen. Ich schaue mich nach Mahnoz um, und erkenne sie nicht wieder. Sie trägt nicht mehr ihren beigen Mantel, sondern einen  schwarzen Tschador. So ähnelt sie, all den Frauen, die das Gebäude stürmen und wie schwarze Krähen aussehen. Ich fühle mich unwohl in meiner hellen Kleidung, ich gehöre einfach nicht dazu!

Stragan przy placu Imama HusainaAber Mahnoz schubst mich nach vorne und so betreten wir den komplett mit Perser Teppichen ausgelegten Raum, von der Größe eines Fußballfeldes. Überall an die Wände angelehnt sitzen, etwa 200 Iranerinnen, Junge, Alte, kleine Mädchen, alle in Schwarz und alle flüsternd. Ein leiser Gemurmel erfüllt den Raum. Wir setzen uns in die Ecke auf dem Teppich und Mahnoz fängt sofort mir zuzuflüstern an: Die Gastgeberin ist eine Araberin aus dem Irak, und ihr Mann ist sehr reich, in den weiteren 4 Stockwerken wohnt die Familie. Sie sind unbeschreiblich reich.

Eine Frau nähert sich mir, sie ist sehr groß, ihr Rücken breit, wie bei einem Holzfäller. Ihr Gesichtsausdruck, alles andere als freundlich. Na klar, denke ich mir, ich falle auf, wie ein Albinos-Rabe unter diesen schwarzen Krähen. –  Was suchst du hier, wer bist du und zu wem gehörst du? – fragt sie mich. Etwas eingeschüchtert, mit zitterigen Stimme antworte ich in meinem besten persisch.- Man Renata hastam, bo Mahnoz omadam (ich bin Renata und bin mit Mahnoz gekommen). Ich zeige auf meine Begleiterin, und die Gastgeberin lächelt versöhnlich. Uff atme ich erleichtet auf – kein Rauschmiss. Sie küsst Mahnoz und tauscht Höflichkeiten mit ihr, was sehr lange dauert, und so vergessen sie mich für eine Weile. Die reiche Gastgeberin spricht paar englische Worte, und erzählt mir, dass ihre beiden Söhne in Harvard studieren. Man bietet mir einen Glas Tee, köstliche Feigen mit Orangenstreifen gefüllt, begossen mit Schokolade. Kein Wunder, dass die meisten Perserinnen etwas kugelförmig sind. Plötzlich ein schallender Mikro-Geräusch, eine Frau fängt an zu singen, die Geschichten aus dem Märtyrer-Leben des Imam Husain´s, sehr orientalisch und rhythmisch.  Das Mikro ist so eingestellt, dass die Stimme der Sängerin, in dem Raum hallt, es klingt dramatisch und geheimnisvoll zugleich, und ein bisschen auch, wie bei einem Rock-Konzert. Ich schaue mich um, und alle Frauen, wie auf Befehl, fangen an sich gegen die Brüste zu schlagen – Bum, Bum, Bum und dazu zu skandieren – Jo Husain, Jo Husain! Und fast alle weinen, einige leise, und manche ganz laut. Mahnoz flüstert mir zu: wenn du nicht weinen kannst, stell dir vor, jemand aus der Familie ist gestorben, das hilft! Ich schaue mich verdutzt um, eine junge Schönheit, mit einer Haut, wie das Ebenholz, zerkratzt sich das Gesicht.  Die Tschadors fallen in dem ganzen Durcheinander. Die Kleider der Frauen sind zwar alle schwarz, aber oft tief ausgeschnitten, manche mit Glitzern und Pailletten versetzt, wie zur Silvester in einem polnischen Dorf. Na klar denke ich, wo sonst können sie ihre besten Stücke zeigen? Nur unter Frauen, auf einem Fest. Der Rhythmus der orientalischen Klänge  beschleunigt. Zwei alte Frauen, sitzen sich gegenüber – Gesicht ins Gesicht und verpassen sich Ohrfeigen, heftiger und heftiger, sie scheinen sich gegenseitig anzufeuern, welche am härtesten zuschlägt. Junge Frauen springen auf, reißen die Kopftücher von den Köpfen und fangen an zu tanzen. Dann springen sie nach vorne, und nach hinten, die langen schwarzen, roten und blondgefärbten Haare fliegen in die Luft. Und die Frauen springen noch schneller und werfen die Köpfe, wie bei einem Head-Banding während eines Heavy-Metall Konzerts. Sie tanzen bis zur Erschöpfung, mit roten Gesichter, wie Verschwörerinnen eines heidnischen Rituals, wie in einer Gemeinschaftshysterie. Und das alles, um die Trauer nach dem Tod des Imams zu zeigen. Ich stelle mich in die Ecke an der Tür, wo es kühler ist, da die Hitze im Raum, unerträglich wird. Mahnoz schubst mich in Richtung der Frauen – ich soll mit ihnen tanzen? Nein um Gottes Willen. Ich weiche erschrocken zurück. Plötzlich der Gesang bricht ab, die Lichter gehen an. Uff… ich bin gerettet, es ist zu Ende.

tez uliczkaDie Frauen hüllen in Tschadors ihre Körper. Sofre – ein längliches Tischtuch wird auf den Teppichen ausgebreitet, auf dem Sofre werden Getränke gestellt, persische 7Up´s und Colas, die etwas fad schmecken und deutlich übersüß sind. Das Essen – Reis und Lammfleisch – wird in Plastikbehälter serviert. Ich kann keinen Schluck unterkriegen, aber das macht nichts, denn alle Reste werden eingepackt und nach Hause mitgenommen.

Im Auto, auf dem Rückweg, noch etwas benebelt, denke ich über das Ganze nach. Und mir  fehlt ein, dass in Iran erst das Jahr 1391 ist, also ein tiefer Mittelalter. Der Islam ist rund 600 Jahre jünger, als Christentum. Und wenn man bedenkt, was in Europa sich im Jahre 1391 religionsmassig abgespielt hat…  da haben sich doch die Leute aus Buße Monate lang nicht gewaschen und gegeißelt, und Hexen wurden verbrannt… So gesehen ist Sine – das sich bisschen auf die Brust-Klopfen – nicht mehr so skurril.

Alle Fotos: Platz von Imam Husain und Umgebung in Teheran.

Nächste  Woche: Aus den Erzählungen meiner Schwiegermutter (85 Jahre alt) – Das Leben von Kobra Hanum.