Gra cieni (3)

Viktoria Korb

Teluk Betung czyli gdzie pieprz rośnie

– Gloria, jutro zaczyna się doroczne pięciodniowe spotkanie Wspólnoty Pieprzu w Teluk Betung na Południowej Sumatrze – poinformował mnie Fakir Hak. – Ponieważ przygotowujemy z nimi projekt, chciałbym żebyś tam poleciała reprezentować UN PIP.
Ucieszyłam się, na co Fakir pospiesznie dodał, że być może  też tam wpadnie na jeden dzien.
– Uczestnicy niechybnie oczekują, że wygłoszę przemówienie. Nie mogę ich rozczarować – zakończył z udanym westchnieniem.
Gdy poszłam po bilet do BIUROS, agencji podróży w naszym budynku, obsługującej tylko ONZ, poproszono mnie o autoryzację podróży. Nigdy jeszcze o czymś takim nie słyszałam.
Urzędnik zadzwonił do Fakira, który nakazał:
– Wydajcie jej bilet, autoryzację załatwimy po powrocie.
Gdy wychodziłam, rozleciała mi się torebka. Szybko udałam się do “Sarinyh”, jednego z niewielu domów towarowych w Jakarcie. Był on położony naprzeciw naszego biura i droga do niego prowadziła przez most nad Jalan Thamrin. Metalowe płyty mostu klekotały i uginały się przy każdym kroku. Zastanawiałam się, kiedy się zawali, i czy pode mną, oraz co się stanie z rezydującą tam żebraczka z niemowlęciem, której czasem dawałam parę groszy. Ale nie zawsze, by nie nabrała przekonania, że ma do tego prawo.
Tym razem przejście jeszcze się udało. Nie znalazłam odpowiedniej torby, więc poszłam na pobliski bazar. Pac – jakieś błoto wylądowało na moim czole. Aha – tak płacę za bladą twarz i kolonialną przeszłość Holendrów, pomyślałam gorzko.

Nasz szofer Sejnan zawiózł Fakira, który nagle się zdecydował, i mnie na krajowe lotnisko. Nikt nie słyszał o naszej rezerwacji, więc nie dostaliśmy miejsca w samolocie. Przy niezliczonych szklankach letniej indonezyjskiej herbaty “Biały kwiat” czekaliśmy na następny lot, który nie nadchodził. Hak postanowił więc wrócić do pracy, tłumacząc się pilnymi sprawami. Nic dziwnego – na lotnisku panował tłok i dziki upał, a w biurze był miły chłodek. Na wszelki wypadek dał mi swoje czeki podróżne in blanco, bo nie miałam jeszcze własnych. Po jego odjeździe siąpałam dalej herbatę, rozglądając się czujnie dookoła, by nie przegapić odlotu. Był na to tylko jeden sposób – obserwacja koczowania innych pasażerów.
Gdy barwny tłumek wiedziony zniekształconymi zapowiedziami, odwiecznym instynktem lub ruchami na polu startowym rzucał się w jakimkolwiek kierunku, biegłam za nim pytając:
– Teluk Betung?
Po paru godzinach usłyszałam upragnione “si”. Wmieszałam się miedzy podróżników snujących się po polu startowym i palących przy tym krajową specjalność, papierosy z goździkami zwane “kretek”. Przed odlotem przeczytałam w lokalnej gazecie, wydawanej po angielsku “Indonesian Observer”, że samolot, który wczoraj wystartował z Jakarty musiał wkrótce znów wylądować z powodu problemów technicznych. Trzeba było też natychmiast ewakuować pasażerów, “co było o tyle proste, że na szczęście drzwi samolotu były wciąż jeszcze otwarte”.

W Teluk Betung powitał mnie lotnisku dyrektor Wspólnoty Pieprzu, Singhal, Hindus, który wyglądał jak kapitan Nemo z powieści Jules Verne‘a.
Oślepiona wyglądem Singhala i zmęczeniem przespałam się kilkanaście minut, umyłam spoconą głowę i z mokrymi jeszcze włosami udałam się na przyjęcie do zmrożonej klimatyzacją sali hotelowej. Zajął się mną natychmiast Singhal, za którym jak cień ojca Hamleta wlókł się jego zastępca, Malajczyk Willi Willis. Byłam jedyną kobietę na przyjęciu, poza “hostessami” w strojach narodowych – sarongach i bluzkach, z filuternymi szalami na jednym ramieniu. Po bezalkoholowym przyjęciu Singhal, znając życie oraz z niskich pobudek, zaprosił mnie do swego pokoju na Campari. Niskie pobudki były dwojakiego rodzaju – po pierwsze miał nadzieję dostać fundusze od UN PIP, a po drugie zaczął ze mną subtelny flirt.
Pochwaliłam go, że przypomina kapitana Nemo, ale niestety nigdy o nim nie słyszał. To od razu zahamowało moją ochotę na romans. Ktoś, kto nie zna Jules Verne’a? Pomijając genialność  jego pisarstwa, zawsze bardzo wiele dla mnie znaczył – mój ojciec był typem inżyniera z jego powieści – wszechstronnym i oczytanym wynalazcą.
Rzuciliśmy się w wir obrad, przejażdżek jeepem po plantażach i fabrykach pieprzu oraz przyjęć na naszą cześć. Szybko zgłębiałam tajniki pieprzu, jego choroby i techniki marketingowe.
Z dnia na dzień uczyłam się też swej roli w UN PIP. Przede wszystkim głównej zasady, a mianowicie nic nie przyrzekać, ale jednocześnie niczego nie odrzucać kategorycznie:
– Rozpatrzymy wasz wniosek i spróbujemy go zrealizować – powtarzałam co chwilę to motto każdego biurokraty.
W końcu przyleciał Fakir i uwolnił mnie od tej samotnej obrony. Wieczorem gaworzyliśmy razem z Singhalem, który znów dumnie postawił na stole butelkę Campari. Hak oczywiście odmówił picia wina, twierdząc, że podniety pobiera z kawy.
– Każda kultura ma swoje sposoby – skomentowałam tryumfalnie.
Stopniowo rozmowa zeszła na Niemcy, a po chwili oczywiście na faszyzm.
Singhal stwierdził, najwyraźniej chcąc sprawić mi przyjemność, że Hitler musiał być naprawdę  wielkim człowiekiem, aby skłonić Niemców do zrobienia tego, co zrobili w czasie wojny, a szczególnie do zagazowania milionów Żydów.
Nie pierwszy raz przeżyłam takie reakcje ze strony ludzi z Trzeciego Świata, gdy słyszeli, że mieszkam w Niemczech.
Niektórzy z nich uważali się za “prawdziwych Aryjczyków”, a więc sądzili, że wśród samych swoich można rozmawiać otwarcie.
Zawrzałam w głębi ducha, ale nie dałam się ponieść niedyplomatycznej pasji. Oświadczyłam tylko, że większość Niemców już  dawno nie sympatyzuje ani z faszyzmem ani z Hitlerem.
Fakir posumował pojednawczo:
– Zgódźmy się, że Hitler musiał co najmniej mieć ogromną charyzmę.
Spotkanie zakończyło się przyjęciem dla Wspólnoty Pieprzu u gubernatora Południowej Sumatry. Alkoholu wprawdzie i tu nie podano, ale tradycyjne tańce, w których nawet każdy ruch palca ma symboliczne znaczenie, w pełni to skompensowały. Potem ku memu zaskoczeniu Singhal, Hak i ja zostaliśmy wezwani na podium na ceremonialne przemowy. Od zawsze nienawidziłam publicznych występów, ale na szczęście poproszono o przemowę tylko Singhala, jako najstarszego, a więc i najważniejszego w hierarchii.
Singhal upajając się swoim głosem pokazał prawdziwą klasę:– To małe i pozornie niepozorne, szare ziarenko pieprzu, któremu tyle zawdzięczamy w rozwoju naszych regionów, poniesiemy w daleki świat. Od Tokio do Chicago, od Australii do Afryki, od Moskwy do Buenos Aires, wszędzie, na każdym stole znajduje się pieprz z Indii i Sumatry. Statki z pieprzem zawijają w tej chwili do wszystkich portów na świecie…

Drodzy Czytelnicy, opowieść toczy się oczywiście dalej, ale będziemy się z nią mogli zapoznać dopiero, gdy jakieś wydawnictwo ją wyda. Ktoś chętny może?

Gra cieni (2)

Viktoria Korb

Jakarta

Wychodząc z lotniska musiałam przetrzeć oczy: tłumy, tłumy i tłumy, morze ludzi czekających przed budynkiem i napierających na bariery.
Światowe przeludnienie, to, o czym się w miarę obojętnie czyta, nagle ciałem się stało.
Gdy jechałam do hotelu razem z, jak się okazało, Nurjo, asystentem Fakira i moim, zżerała mnie dalej ciekawość. Jak będę się tu czuła, co mi się tu przydarzy? Po kilku spojrzeniach na rozległe, zadrzewione aleje zdecydowałam, że będzie mi się tutaj podobać. Na ulicach panował absolutny rozgardiasz i dopiero po dłuższym wpatrywaniu udało mi się zorientować, że teoretycznie ruch uliczny jest lewostronny.
Wreszcie dotarliśmy do hotelu Sahid Jaya, należącego, jak szepnął z przekąsem Nurjo, do żony prezydenta. Hotel jest przestronny i pełen luksusu – hotele Europy wyglądają wobec niego jak przytułki Armii Zbawienia.

Do pokoju wkroczył boy hotelowy:
– Mam, czy mam otworzyć pani łóżko?
Zabrzmiało to nad wyraz obleśnie, ale zgodziłam się. Więc “otworzył”, uplasował na poduszce czekoladkę i wyszedł. Wyglądałam z okna swego pokoju na siódmym piętrze i patrzyłam na główną arterię Jakarty, zwaną na tym odcinku jalan Jeneral Sudirman. Wyjrzałam też na druga stronę, gdzie na dachu rozprzestrzeniał się basen, otoczony zwierzęco-ludzkimi posagami. Teraz byłam już pewna, że będę zafascynowana tym krajem. Nad miastem wisiała surrealistyczna atmosfera, coś z obrazów Hieronima Boscha. Ten artysta odegrał ważną rolę w moim małżeństwie z Wernerem, symbolizując naszą ucieczkę od znienawidzonej codzienności. W Indonezji nie trzeba było uciekać od banału, sama była krainą ucieczki, ogrodem rozkoszy, pełnym dziwnych kreatur.
Rano zamówiłam śniadanie do pokoju:
– Poproszę herbatę, sok z grapefruita i dwa jajka na miękko.
– Dwa jajka? – zdziwił się boy.
– Tak, dwa jajka.
– A ile tam jest osób, Mam?
– Jedna.
– A więc jedno jajko, w porządku Mam, zaraz przyniesiemy.
Poddałam się. Byłam przecież pracowniczką ONZ, tolerancyjną wobec innych kultur, a nie na przykład holenderskim kolonialistą. Jeśli więc na głowę przypada jedno jajko, to trzeba to zaakceptować, choć byłam prawie pewna, że w Indonezji nie ma racjonowania.
Boy przybył, przyniósł wszystko jak zamówione i… dwa jajka. Odłożyłam jednak rozwiązanie zagadki na później, bo już była siódma i musiałam wziąć prysznic. A przedtem znaleźć sposób, żeby przy tym nie zarazić się amebą! Jak wiadomo, ameba została wynaleziona w tej części świata, prawdopodobnie w Nepalu i zamieszkuje głównie w nieprzegotowanej wodzie.
Znajomy lekarz w Berlinie zapewniał mnie, że problem z amebą jest identyczny jak z bombą atomową. Poniżej masy krytycznej bomba nie może wybuchnąć, a ameba skutecznie zaatakować. Dopiero po wypiciu na przykład całej szklanki skażonej wody zagnieżdżają się w nas te nieuleczalne pierwotniaki. Mimo że nie całkiem przekonana, postanowiłam być dzielna i po prostu wziąć prysznic, bez takich zabezpieczeń jak na przykład zaklejenie sobie ust plastrem. Następnie też myśląc “raz kozie śmierć” bohatersko umyłam zęby wodą z kranu, nie folgując takim radom znawców tropików, jak mycie ich wodą mineralną czy whisky.
Ale i tak jadąc do pracy czułam się jak pijana. Jednak niełatwo jest przenieść się na równik. Przed budynkiem ONZ stał strażnik tylko po to, by zatrzymywać setki rykszy, rowerów, motocykli oraz samochodów i umożliwić nam wjazd do bramy i na parking. Czteropiętrowy budynek mieścił się też na głównej osi Jakarty i otoczony był luksusowymi hotelami na przemian z resztkami slumsów, chatami i cuchnącą, otwartą kanalizacją. W hali wejściowej siedziała uśmiechnięta recepcjonistka, pani Kusni, jak podawał jej identyfikator, a po lewej stronie zauważyłam stołówkę. Niebieskie strzałki wskazywały drogę do biur poszczególnych podorganizacji fachowych ONZ. I tu widać było, że higiena jest problemem numer jeden – sprzątacz z firmy Bucinco krążył  nieprzerwanie, myjąc podłogi.
Na korytarzach stały ogromne pojemniki z zimną i wrzącą wodą mineralną.
Drzwi biurowe na ogół były otwarte na oścież, amerykańskim zwyczajem przejętym przez ONZ. Miał on wspomagać komunikację, ale może też i kontrolę przez szefów – przemknęło mi przez głowę. Szofer wprowadził mnie do gabinetu Fakira, który odezwał się w doskonałym angielskim:
– Gloria? Witaj! Hilda, proszę podaj nam herbatę.
Dziobata indonezyjska sekretarka skinęła głową i wyszła bez słowa. Fakir Hak, pełniący funkcję szefa PIP w Indonezji, czyli MIAU Main Industrial Advisor of UN, był krępym mężczyzną w średnim wieku o bykowatym sex-appealu. Na środkowym palcu pobłyskiwał wielki syntetyczny szafir. Miał bujne wąsy i przypominał mi Stalina, choć był niewątpliwie bardziej przystojny.
Po uprzejmościowej rozmówce przy herbacie wysłano mnie w szaleńczy obieg po administracji, każąc wypełniać nieskończoną ilość wniosków o karty tożsamości od rządu i ONZ, pozwolenie na bezcłowy zakup samochodu, kartę do sklepu bezcłowego, kartę wstępu na lotnisko, specjalny fotel “menadżerski” i inne nudziarstwa. Na szczęście jako dyplomaci ONZ nie potrzebowaliśmy chociaż pozwolenia na pobyt, które było niemal niemożliwe do otrzymania. Dowiedziałam się, że urzędujemy od 7. 30 do 15. 30.
Rozejrzałam się po moim biurze, zwanym po indonezyjsku: kantor. Nieźle – uznałam.
Wspólny przedpokój, gdzie siedziały dwie sekretarki, prowadził w lewo do biura Fakira, a w prawo do mnie. Pośrodku urzędował Nurjo w oszklonym pomieszczeniu, przypominającym klatkę. Ucieszyłam się, że ja nie muszę siedzieć wyeksponowana w przejrzystej witrynie, lecz mogę schronić się w dużym, odizolowanym pokoju. Jednocześnie uświadomiłam sobie podrzędny status “sił lokalnych”. Przyniesiono mój fotel “menadżerski” i zauważyłam, że Nurjo takiego nie miał – następna manifestacja hierarchii.
Wtedy to przyszedł po mnie Fakir i zaproponował  kawę w moim hotelu. Wyjaśnił z ledwie ukrytą dumą, że nie może na razie zaprosić mnie do domu, bo jego żona jest w zaawansowanej ciąży.
– Ach, to ciekawe – udałam zainteresowanie zastanawiając się, jak wypada zareagować na taką nowinę.
Wreszcie przypomniałam sobie stosowne pytanie na okoliczność prokreacji:
– Czy to wasze pierwsze dziecko?
– Skąd – obruszył się Fakir. – Szóste.
Gdy otworzyłam szeroko oczy ze zdziwienia, wyjaśnił:
– Widzisz, my mamy tylko jednego syna.
– Aha – mruknęłam i spojrzałam na niego tępo.
Fakir wyjaśniał:
– Gdy chcieliśmy mieć następnych, rodziły się nam same dziewczynki. Musimy więc próbować dalej, aż Allah się zlituje i ześle nam następnego męskiego potomka.
Następnego dnia pokornie i bez dyskusji zamówiłam jedno jajko na śniadanie i znowu dostałam dwa.

W naszym międzynarodowym przedstawicielstwie z angielskim językiem roboczym, Fakir wyznaczył mi kilka pomniejszych projektów oraz tak zwaną “pipeline”, projekty w przygotowaniu. Z braku zapewnionego finansowania były one raczej niesprecyzowane i mogły długo lub nawet na zawsze pozostać sztuką dla sztuki. Najwyraźniej była to moja ośla łączka.
Fakir zapytał też, czy umiem pisać na maszynie. Skłamałam, że nie, pamiętając ostrzeżenie Dolores, żeby to robić tylko w domu i to przy szczelnie zasłoniętych oknach. Było powszechną tajemnicą w tak zwanym “Systemie”, że każda kobieta, która wyda się z ta umiejętnością, może szybko zostać obrócona przez szefów w sekretarkę.
Mój pierwszy list służbowy napisałam do “szanownego pana Butel”. Na szczęście Nurjo, który to zauważył, uświadomił mnie, że “Butel” to teleksowy skrót od “Bureau of Telecommunication”.
– Guten Tag – rozległ się jakiś głos od progu i niezwykle długa postać z plastykowym kubkiem z herbatą w ręku wślizgnęła się do pokoju i spojrzała na mnie rybim okiem.
– Guten Tag – burknęłam zdumiona.
– Nazywam się Ruppert von Brodatsch. Jestem asystentem ambasadora i Reprezentanta Programów UN, szefa wszystkich zatrudnionych tu w ONZ, zwanego w skrócie RZEP. Witam cię jako pierwszą rodaczkę w naszym biurze i zapraszam na kolację.
Jak zwykle gdy zbliżali się do mnie nieznani Niemcy, miałam mieszane uczucia. Przecież byłam fałszywą rodaczką. Znałam ich starannie ukrywane zdziwienie, gdy odzywałam się po niemiecku z polskim akcentem. Następnie musiałam czekać na okazję do wtrącenia na pozór obojętnie oczekiwanego przez rozmówcę wyjaśnienia tej zagadki. Zarazem i oni, i ja udawaliśmy, że jest najnormalniejszą rzeczą na świecie, że Niemcy mają polski akcent.
“Ależ Bawarczycy też mają specyficzny akcent” – dodawali niektórzy.
Przy Niemcach poniżej pięćdziesiątki nie trzeba było chociaż łamać sobie głowy nad słynnym pytaniem – “Był czy nie był” czy też “na ile był?”, jak w przypadku ich rodziców.
Na szczęście, Ruppert należał już  do młodszego pokolenia. Za to, w odróżnieniu od poprzedniej generacji, Polska była dla niego raczej egzotyczną krainą. Ale z drugiej strony, kto w Niemczech nie pochodzi z Polski?
Nienawidziłam tego momentu wyjaśnień, postanowiłam więc poczekać z tym do kolacji. W międzyczasie wzmocnię się psychicznie. Nie byliśmy już w Niemczech, gdzie byłam obojniakiem, cielakiem o dwóch głowach. Znajdowaliśmy się na neutralnym terenie, w kraju, którym mało kto wiedział, gdzie leżą Polska czy Niemcy, a co dopiero znał ich wzajemne uwikłania! A w naszej międzynarodowej organizacji nie było dziwniejsze pochodzenie z Polski niż z Libanu, Burmy, Anglii czy Stanów Zjednoczonych. Może  nawet i lepiej było pochodzić z kraju, który nie miał milionów ludzi na sumieniu.

Ruppert przyjechał po mnie do hotelu, mimo że mieszkał na drugim końcu miasta – o ile Jakarta w ogóle ma koniec. Jechaliśmy główną arterią która zaczyna się koło budynku ONZ jako jalan Thamrin, następnie zmienia nazwę na Jeneral Sudirman kolo Sahid Jaya i na końcu zwana jest jalan Fatmawati, na cześć ostatniej żony Sukarno. Jadąc ulica pełną straganów i warungów – jadłodajni składających się z paru krzeseł i drągów obwieszonych płachtami oraz znachorów – dukunów, całą kolorową i rozświetloną jarzącymi się karbidówkami, chłonęłam czar orientu i zaczynałam rozumieć określenie “malownicza nędza”.
Pojęłam, że w Indonezji nie potrzeba kina, telewizji ani innych namiastek życia. Aby zobaczyć widowisko i czary, wystarczy wyjść na ulicę. Była przy tym tylko jedna przeszkoda – brak chodników. Bogaci jeździli, a biedni nikogo nie interesowali. Ale na szczęście poza centralnymi dzielnicami nie było też odgraniczonych jezdni i można było poruszać się jak się chce. Od czasu do czasu przebiegała niemal pod kołami samochodu jednoosobowa chodząca restauracja. Jej właściciel nosił w garnkach zawieszonych na bambusowym pręcie na ramionach gorącą zupę, makaron i dodatki. Wymagało to od właściciela, czyli zarazem kucharza, kelnera i środka lokomocji w jednej osobie, lekkiego truchtu o specjalnym, posuwistym rytmie na wyprostowanych nogach, który amortyzował wstrząsy. Tylko wtedy zupy nie wylewały się. Na skinienie ręki rozpościerał swe skarby na ziemi i podawał potrawę. Podziwiałam tę mistrzowską akrobatykę w samobójczym ruchu Jakarty, gdzie nikt nie zatrzymywał się, aby umożliwić komukolwiek przejście przez jezdnię.
– Uff, dojechaliśmy – Ruppert odetchnął po pół godzinie z ulgą. –To jest jalan Madrasah, nazwana tak od pobliskiej madrasy, szkoły islamu. A ta dzielnica nazywa się Cilandak.
Nagle uświadomiłam sobie zmysłowo, że właśnie zaczęłam pracę w największym muzułmańskim kraju świata.
Małżonka Rupperta, Silvia, powitała nas, leżąc malowniczo na skraju dużego kwadratowego wgłębienia w marmurowej podłodze, w którym stał stolik z napojami. W drugim kącie ogromnego salonu kwitnął ogród nawadniany przez spore wycięcie w suficie. Dom von Brodatschów miał obok salonów, pomieszczeń dla służby i ogrodu z tarasem tylko cztery sypialnie, co, jak zaznaczył Ruppert, ambasada niemiecka uznała za domowisko na skraju nędzy.
– Z jakiej racji ambasada wsadza nos do waszych sypialni? – zdziwiłam się.
– Niemcy uważają płace w ONZ za zbyt niskie i dofinansowują swym obywatelom mieszkania, jeśli ambasada potwierdzi, że nie jest ono zbyt luksusowe – zachichotał Ruppert.
– Wprawdzie te dopłaty są sprzeczne z zasadą równości urzędników międzynarodowych ustaloną jeszcze przez poprzedniczkę ONZ, Ligę Narodów, jednak robi to kilka bogatych państw.
Szybko odkryłam, że Ruppert i jego żona, jak wielu Niemców przebywających długo za granica, byli na większym luzie niż ich rodacy w kraju. Wyjaśnienia na temat mego akcentu i życiorysu przebiegły więc szybko i bezboleśnie.
Rozpływałam się z upału, do czego wydatnie przyczyniało się moje ubranie – obowiązujący w Berlinie mundurek, czyli jeansy i bawełniana koszulka. Nie dotarło do mnie jeszcze, że w tropikach nawet wśród Niemców dozwolone jest zdjęcie tego uniformu. Patrzyłam z zazdrością na Silvię w przewiewnej sukience.
Ruppert nie brał mego biadolenia poważnie:
– Przyzwyczaisz się… Jak widzisz, my nawet nie mamy klimatyzacji w salonie. Dużo gorsze od upałów są tajfuny. Kiedyś wpadłem w taki podmuch lecąc samolotem w Bangla Desh, gdzie ostatnio pracowałem. Po tym, jak obróciło nas parę razy do góry nogami, musiałem latami brać Valium. Piłem też jak gąbka.
– Teraz też sobie chyba nie żałujesz? – spojrzałam na liczne butelki wina.
– Ale nie ma porównania z tym, co wtedy żłopał – obruszyła się Silvia. – Zresztą nie on jeden. Wielu ludzi w “systemie ONZ” i innych “expats”, cudzoziemskich rezydentów, jest na skraju alkoholizmu.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem:
– Wśród takiej elity?
– Za dużo stresów – jęknęła Silvia i łyknęła haust białego wina. – Wieczne przenosiny z kraju do kraju, dopasowywanie się do nowego otoczenia i ludzi. A jak do tego jeszcze dojdą konflikty w małżeństwie albo w biurze…Słyszałam, że masz pracować z Fakirem?
Przytaknęłam i zapytałam, czy go zna.
– Pewnie, jest naszym sąsiadem. Poza tym spotykamy go na różnych oficjalnych przyjęciach
– I co?
Silvia wzdrygnęła się:
– Strasznie śliski typ. Po rozmowie z nim czuję się, jakbym była naoliwiona i musiała się wykąpać.
– Nie uprzedzaj jej do szefa – zaprotestował Ruppert.
– Już w Wiedniu dano mi do zrozumienia, że nie jest łatwy – odrzekłam. – Ale przecież studiował w USA, jest kompetentny i niegłupi. Chyba z inteligentnym człowiekiem zawsze można się dogadać? Przecież istnieją też racjonalne argumenty.
– Wiara w racjonalność to niemiecka mania, która osiągnęła swoje szczyty za nazizmu – zawyrokował Ruppert. – A co do intelektu, to nie ma nic gorszego niż inteligentny przeciwnik.
– Czemu przeciwnik? Mógłby się na przykład ucieszyć, jeśli pomogę mu poprawić napięte stosunki z Wiedniem. Dawali mi do zrozumienia, że coś tam nie gra.
– Centrale mają tendencję do niedoceniania problemów z funkcjonowaniem “w buszu”…
Pojęłam, że chyba niełatwo jest znaleźć swoje miejsce między młotem centrali a kowadłem “biura polowego”, ale służące z jedzeniem i zaproszenie do stołu odwróciło moja uwagę.
Zwróciłam się ku nieznanej potrawie i poprosiłam o wyjaśnienie.
–Wyrafinowanie gotowany i smażony ryz, makaron z krewetkami i różnościami, typowa indonezyjska potrawa – wyjaśniła Silvia.
Patrząc na talerz przypomniałam sobie o śniadaniu:
– A właśnie, w hotelu dręczy mnie zagadka kulinarna. Pozwalają mi zamówić tylko jedno jajo, a w końcu przynoszą dwa. Niepojęte!
Ruppert wyjaśnił wreszcie tę tajemnicę:
– Znaczy to tyle, że dwójka to najmniejsza niepodzielna jednostka w indonezyjskiej kulturze, nastawionej na klan i grupę. Każdy rzemieślnik przychodzi do klienta z kolegą, każda służąca szukająca zajęcia z krewną.
– Tak więc, zamawiając jedną jednostkę jajka, zamawiam dwa egzemplarze?
– Dokładnie. A dlaczego nie? Skoro komputery funkcjonują systemem dwójkowym, to czemu nie ludzie?
Ten argument mnie przekonał.
– A propos służących, to czy zaczęłaś już szukać domu? – dopytywała się Silvia.
Westchnęłam żałośnie, że lada dzień się za to wezmę…
Ruppert zaproponował mi na to mieszkanie u nich przez święta Bożego Narodzenia, wyjeżdżali bowiem na Bali.
Podziękowałam, ale wątpiłam, bym mogła poradzić sobie z gospodarstwem w tak mi jeszcze obcym kraju.
– Nasza kucharka Citi i sprzątaczka Alba robią wszystko same. Powiedz tylko wieczorem, co chcesz jeść następnego dnia. Jeśli czegoś potrzebujesz, wyjdź na taras i syknij “Citi”, a ona się zaraz zjawi. Noszone ciuchy rzuć na podłogę, następnego dnia będą wisiały wyprane i wyprasowane w szafie – tłumaczyła mi rozbawiona moją ignorancją Silvia.
– Co za serwis!– podziwiałam. – Szczególnie, że trzeba tu kompletnie zmieniać przepocone ubranie dwa razy dziennie.
Ruppert zarzekał się:
– Nasz styl życie uchodzi na nader skromny. Większość cudzoziemców i bogatych tubylców ma więcej służby, a do tego prywatnego szofera obok biurowego oraz ogrodnika pełniącego też funkcje jagi, czyli stróża nocnego.
Uznałam to za przesadę, a Ruppert dodał:
– Wielu też nie trudzi się otwieraniem bramy wjazdowej jak ja, nawet jeśli wracają późną nocą. Służba musi na nich czekać tylko w tym celu, mimo, że wstaje o piątej rano na pierwsze modły.
Małżonka wtrąciła:
– Ale nie od razu tak się wypośrodkowaliśmy. Na początku jego kariery, gdy byliśmy w Czadzie, Ruppert miał jeszcze pełno pryncypiów – nie chciał “żyć jak neokolonialista”. Robiliśmy więc wszystko sami.
Pokręciła ironicznie głową:
– To okazało się to niewykonalne i przyjęliśmy boya. Boy jednak ledwie co robił, a do tego Ruppert kazał mi go uczyć francuskiego!
Podziwiałam ich szlachetne postępowanie.
– Niestety nasz boy okazał się znacznie mniej szlachetny i podał nas do sądu, twierdząc, że przez dwa lata nie płaciliśmy mu pensji. Mieliśmy przez to kupę zachodu, bo nie braliśmy od niego pokwitowań, ale za to Ruppert chwała Bogu pozbył się swych żelaznych zasad i skrupułów – uświadomiła mnie Silvia.
Ruppert spojrzał na nią  krzywo, ale zawyrokował, że nawet zagorzali lewicowcy oprócz kompletnych fanatyków szybko dostosowują się do panującego systemu.
Uśmiechnęłam się pod nosem, wspominając berlińskie pokolenie “rewolucjonistów `68”, a Silvia dodała:
– Ci natomiast, którzy chcą żyć w Trzecim Świecie “jak prosty naród”, łapią błyskawicznie miejscowe syfy, bo nie są na nie uodpornieni.
– Mało tego, tubylcy wcale nie łakną wokół siebie białych próbujących ich małpować. Wolą, żeby każdy był dalej sobą i trzymał się trybu życia swej klasy – poparł ją Ruppert
Byłam sceptyczna:
– Ja wprawdzie zawsze wolę mieć służbę, niż jej nie mieć, bo nienawidzę sprzątania i pichcenia, ale czy naprawdę tak trudno tu bez niej przeżyć?
– Szybko zrozumiesz, że jest to praktycznie niemożliwe. A twoi sąsiedzi dziwnie by na ciebie patrzyli, gdybyś myła ubikację…
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a on zamyślił się i zaproponował zapoznanie mnie z Felicitas, która też szukała domu. Może zechciałybyśmy zamieszkać razem.
– Felicitas? – uniosłam brwi do góry.
Ruppert pospieszył z wyjaśnieniem: – To Filipinka, która wyszła za mąż za Polaka z Ameryki, zatrudnionego w ONZ w Nowym Jorku. Potem został przeniesiony do Etiopii i tam zabity podczas napadu rabunkowego. Felicitas została sama z niemowlęciem przy piersi. Jak zwykle w takich przypadkach ONZ natychmiast ją zatrudniła, z kolei w Indonezji, jako sekretarkę w biurze Komisarza do Spraw Uchodźców.

ciąg dalszy nastąpi

Gra cieni (1)

Gra cieni to powieść o Indonezji. Viktoria Korb pracowała przez kilka lat w różnych organizacjach ONZ-u. Mimo, że wiele z jej przygód i obserwacji opiera się na doświadczeniach z tego czasu, wszystkie osoby występujące w tekście są wymyślone, a ich podobieństwa do realnych postaci są przypadkowe, lub charakterystyczne dla pewnego typu osób z organizacji międzynarodowych.

Viktoria Korb

Z Berlina do Jakarty

Motto: »Peter’s Perfect People Palliative«

Each of us is a mixture of good qualities and some, perhaps, not so – good qualities. In considering our fellowman we should remember his good qualities and realize that his faults onły prove that he is, after all, a human being. We should refrain from making harsh judgements of a person just because he happens to be a dirty, rotten, no good son-of-a-bitch.
Thomas L. Martin, Jr.: Malice in Blunderland, 1980, s. 36

1. ŻEGNAJ BERLINIE!

– Kiedy odbył się ostatni stosunek płciowy? – zapytał adwokat inkwizytorsko.
– Przed rokiem, skłamałam szybko, by mój niemiecki mąż Werner nie zdążył przyznać się, że zaledwie trzy tygodnie temu.
Wprawdzie przyrzekł, że będzie kooperował, ale miałam wątpliwości, czy dotrzyma słowa.
– Świetnie – pokiwał głową adwokat. – Po roku nie ma problemów z sądem.
Podał nam coś do podpisania, po czym Werner nagle wybiegł z kancelarii ze łzami w oczach.
– Czy on pani unika? – zdziwił się prawnik.
– Nie, wręcz przeciwnie.
Pożegnałam się i wyszłam, sama bliska płaczu, na zachodnio-berlińską ulicę. Koniec wielkiej miłości. Gdy tylko znalazłam się w domu zadzwonił Werner, który już zdążył wziąć się w karby:
– Wybacz, że tak nagle zwiałem. Czy mogę cię zaprosić na wieczór do knajpy?
– Tak mamy zacząć rozwód? Ale niech będzie – mimo wszystko poczułam się wzruszona.

Po dość smętnej kolacji Werner odprowadził mnie do naszego wspólnego dotąd mieszkania i niejako w sposób naturalny tam za mną wszedł. Głupio byłoby się certować, więc wyciągnęłam butelkę wina.
– Późno już – zrobiłam subtelną aluzję po godzinie.
– Zostanę na noc – zdecydował Werner.
– Nie.
– Tak – powtórzył i walnął pięścią w stół dokumentując swoje prawa jeszcze-małżonka.
I znowu dałam się zaskoczyć, zahipnotyzować i uwieść. Nic dziwnego, seks między nami był zawsze fenomenalny, a agresja potrafiła nawet dodać mu namiętności.
Ale czy po to się rozwodzę, żeby zostać kochanką swego byłego męża in spe? Co za szczęście, że jutro wyjeżdżam na drugi koniec świata, w przeciwnym razie dalej byśmy się rozchodzili i schodzili miotani miłością i nienawiścią. Ostatnio nieco zobojętniałam na te powtarzające się od lat podniety i rozwodem chciałam przeciąć ten nasz prywatny węzeł gordyjski . Nie wierzyłam już w żadne “poprawianie się” ani “dopasowywanie się”. Ni jego, ni swoje.

Rano Werner zapytał agresywnie:
– Będziesz do mnie pisać?
– Nie wiem.
– Kocham cię i zawsze będę cię kochał. Nikt nie biedzie cię tak uwielbiał jak ja.

Brzmiało to jak klątwa, a co najgorsze chyba prawdziwa. Niemniej byłam niezłomna po sześcioletniej szarpaninie. Wywołała ją nagła przemiana Wernera, który po ślubie z obyczajowego rewolucjonisty zmienił się w obsesyjnie zazdrosnego tyrana, i to bez żadnego powodu.
Nie zgodziłam się, by odwiózł mnie na lotnisko.
W myślach byłam już w drodze przez Wiedeń do Indonezji, do pracy w agencji ONZ, UN Programme of Industrial Progress, w skrócie UN PIP, do której zarekrutowała mnie kubańska emigrantka Dolores Delgado. W przeciwieństwie do mej ostatniej podróży do Wiednia, kiedy emigrowałam z Polski, był to triumfalny powrót na białym koniu.

Teraz czułam się jak na rauszu, co odbiło się także w zawadiackim wyrazie twarzy w mym oenzetowskim paszporcie, zwanym Laissez-Passer.
Wreszcie niebiańska nomenklatura była dla mnie łaskawa! Spojrzałam w lustro. Czy zmieniłam się radykalnie? Nie całkiem – włosy nadal półdługie i blond, oczy nadal zielone, cera różowawa, nos spory z garbkiem. Wciąż dość drobna. I ciągle jeszcze młodziutka. Ale stop – pewna zmiana była – jakbym podrosła! A co najmniej trzymałam się prościej.

2. ODLOT

Tego szarego, listopadowego poranka opuściłam mój dom wraz z siostrą i Kocicą, która zdołała w ostatniej chwili wyszabrować ode mnie radio z magnetofonem.
Kocica, starszawy polski gej, zadający się głównie z wygłodniałym seksualnie tureckimi i arabskimi ”Gastarbeiterami”, miała bowiem za cel życiowy unikanie wszelkiej harówy. Poza okazyjnymi pracami żyła więc ze świadczeń socjalnych i datków znajomych. W krytycznych momentach ratowała się gotowaniem pożywnych zupek, które przedłużała w nieskończoność wodą, sycąc nimi także swych wygłodniałych kochanków.
W tym towarzystwie udałam się do autobusu na lotnisko Schönefeld we Wschodnim Berlinie. Byłam przyzwyczajona do przekraczania granicy niemiecko-niemieckiej. Niemniej nadal odczuwałam egzotyczny dreszcz, gdy musiałam poddać się kontroli mężczyzn w szarych mundurach i czapkach wehrmachtowskiego kroju, którzy w otoczeniu zapór antyczołgowych i drutu kolczastego prowadzili na linach wilczury
I zawsze to samo, stereotypowe pytanie:
– Czy ma pani broń, amunicje, krótkofalówkę?
– Nie, a są mi potrzebne? Jest tu tak niebezpiecznie?
Urzędnik wykrzywił się.
Na lotnisku podeszłam dziarsko do kontroli z moim niemieckim paszportem. Wtedy moja biżuteria zaczęła podzwaniać w torebce i przerażona, że zaczną mnie przeszukiwać i przegapię samolot, rzuciłam na stół Laissez-Passer. Choć jeszcze słabo stałam na dyplomatycznych nogach, zaryzykowałam uwagę: – Nie macie prawa mnie kontrolować jako dyplomatki ONZ.
Zirytowany celnik zapytał, dlaczego go nie pokazałam od razu, a ja poznałam magiczne działanie tego dokumentu.
Po locie w roztrzęsionym samolocie Interflugu pojechałam do hotelu, zamówionego dla mnie i mych kolegów przez ONZ. Po tygodniowym treningu mieliśmy udać się do różnych krajów Trzeciego Świata.
W zapyziałym hotelu w zramolałym Wiedniu nie zanosiło się na podniecający wieczór.
Za to przy śniadaniu obserwowało mnie z widocznym zainteresowaniem dwóch młodych mężczyzn.
Jeden z nich zapytał po angielsku: – Też z Programme of Industrial Progress, PIP?
– Skąd wiecie? – zdumiałam się.
– Hm, widocznie zamieniamy się już w znany typ międzynarodowego urzędnika, rozpoznawalnego na pierwszy rzut oka dookoła świata. Ja mam na imię Arne, a to mój kolega Paul. Jesteśmy Holendrami. A ty? Skąd jesteś i dokąd idziesz?
– Jestem z Niemiec, ale pochodzę z Polski i jadę do Indonezji.
– Jakże ci zazdroszczę – jęknął z zachwytu przeraźliwie brzydki Arne. – Musisz koniecznie pójść do hotelu Sahid Jaya i posłuchać muzyki na gamelanie jak ja to robiłem w czasie wakacji. Dlaczego mnie tam nie wyślą? – zakończył dramatycznie.
– Nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą. – Może dlatego, że jesteś Holendrem, a więc byłym kolonialistą. A dokąd cię wysyłają? – Na Filipiny.
– A ciebie? – zapytałam przystojnego Paula.
– Republika Dominikańska.
– Dokładnie przeciwległy kąt świata od nas – pokiwał głowa Arne i zaproponował naszej grupie, która w międzyczasie rozmnożyła się do pełnej dziewiątki, by łapać taksówkę do ONZ.
Powiewając dumnie naszymi Laissez-Passer w stronę ochroniarzy wkroczyliśmy do wiedeńskiego sanktuarium ONZ i … stanęliśmy bezradni wobec tego szklanego kolosa.
Dokąd iść i co to w ogóle jest? Piętro “minus trzy”, parkingi, bezcłowy supermarket, kioski, banki, kina, restauracje, kawiarnie, bary, służba medyczna, serwis fotograficzny, poczta zwykła, dyplomatyczna i pneumatyczna. Thomas Cook, biblioteki, archiwa, błyskawiczne, dzwoniące windy, służba bezpieczeństwa – głównie ogromni Murzyni w operetkowych niebieskich mundurach pełnych złoceń. Wózki z kawą jeżdżące po kilometrowych korytarzach, biegający nerwowo ludzie z aluminiowymi walizkami.
Szybkie zapytania: – Jak leci? oraz powszechna odpowiedź: – Przeżywam.
Wycieczki dziatek szkolnych. Młodzieniec w szortach biega na przełaj po korytarzach w imię jakiegoś dobroczynnego celu, jak głosi napis na jego koszulce.
– Tu trzeba by jeździć na hulajnodze! – wykrzykuje Paul.
Faktycznie mija nas dziwny pojazd, niestety najwyraźniej zastrzeżony dla załogi technicznej. “Prywatne spotkanie Interpolu z Komisją ONZ do spraw narkotyków”, głosi napis na następnych drzwiach.
– Jak to prywatne? Czy każdy może się tu zagnieździć? – pytam Dolores.
– Prywatne, to znaczy bez publiczności i protokołu – tłumaczy. – Ściśle tajne.
Widzimy, że dostaliśmy się do jakiegoś niecodziennego, autarkicznego świata, który niewiele ma wspólnego z naszym dotychczasowym życiem i tym, co dzieje się poza jego szklanymi ścianami.
Szybko odkrywamy, że gubienie się jest specjalnością ONZ w skali światowej. Gubią się pracownicy, eksperci, misje, stypendyści, wizyty państwowe, poczta, teleksy, listy, adresy, walizki, samochody i mózgi. A odszukiwanie się dookoła globu jest jednym z bardziej absorbujących zajęć personelu.

Poznałam wreszcie moje dwie koleżanki, wysportowaną Szwajcarkę Christine i Helgę z Niemiec. Ta proporcja, trzy kobiety, wobec sześciu mężczyzn, wywołuje nawet u nich krytyczne komentarze.
Dolores broni się, że, jesteśmy pionierkami, po których przyjdą następne.
Ja usiłuję powstrzymać się od komentarzy, na szczęście wychowałam się w Polsce, gdzie emancypacja kobiet była nieporównywalna z Zachodem. Po wylądowaniu w Zachodniej Europie przeżyłam wręcz szok, wobec niemieckiego traktowania kobiet, szczególnie słynnego 3K – czyli “Kinder, Küche, Kirche”, czyli Dzieci, Kuchnia i Kościół. Gdy szukałam pierwszej pracy w Kolonii, przydzielono mnie do działu kobiet, bo Urząd Pracy był podzielony na męski i kobiecy, i zaproponowano mi kurs pisania na maszynie… Na szczęście kierowniczka działu była na tyle przytomna, że skierowała mnie do działu mężczyzn. Tak więc zostałam facetem i kierownik działu, pochodzący ze Śląska, szybko znalazł mi pracę.
Helga tez mało nadaje się na pionierkę. Ma pełno sztucznych kwiatów w cherlawych włoskach, a ich pielęgnacja zajmuje jej cały wolny czas, który reszta z nas spędza na intensywnych rozmowach. Nasze tempo życia przyspiesza się kilkakrotnie.
Pytam Christine: – Czy loki są warte wyłączenia się z tak przedniej grupy?
– A skąd! Do tego przez te ciągłe ondulacje ona nigdy nie wie, co się dzieje i gdzie. To jest taka baba… taka baba… – dławiła się ze złości.
– No jaka baba? – zapytałam zniecierpliwiona .
– Taka … baba bez jaj – wykrztusiła wreszcie Christine.
– Baba bez jaj, to rzeczywiście ohyda – zgodziłam się. – A teraz chodźmy na ceremonię przedstawiania nas ambasadorom akredytowanym przy ONZ.

Ambasadorowie podkreślili zgodnie ogromne nadzieje, jakie ONZ pokłada w młodych APO – Associate Program Officer, czyli w nas. Dostaliśmy umowy na rok, które z pewnością będą przedłużone o następny – przysięgała Dolores. Helga miała szczególnie dużo kwiatków na głowie.
Po ceremonii Dolores zabrała nas na wino i uświadomiła, że “istotą naszej pracy jest bycie jak bogini o stu rękach.”
W hotelu, już zżyci i w szampańskich humorach, poszliśmy na następne drinki do pokoju Arne. Śmieliśmy się tak głośno, że portier zagroził wyrzuceniem nas na bruk. Gdy koło trzeciej nad ranem rozchodziliśmy się, Paul poszedł w ślad za mną, po czym wciągnął mnie do swego pokoju i łoża. Chętnie na to pozwoliłam. Spędziliśmy upojny poranek na zakończenie euforycznej nocy.
Po przebudzeniu powiedział: – Na pewno nie jesteś taka słodka, na jaką wyglądasz.
– Nie – przyznałam się.
– To dobrze, bo ja zawsze bałem się zaangażować – spojrzał na mnie badawczo.
Milczałam. Co mnie obchodzą jego strachy, skoro za kilka dni jedziemy w dwa różne końce świata? Zresztą od czasu mego małżeństwa z obsesyjnie zazdrosnym Wernerem, najlepiej czułam się właśnie z kochankami, którzy nazajutrz wyjeżdżali na przykład do Nowej Zelandii.

Biegaliśmy całymi dniami po siedzibie UN PIP, która jako młoda podorganizacja, była szczególnie dynamiczna.
W biegu rozmawiałam też po polsku z Włochem Florianem Kowalskim, który nadzorował przygotowanie indonezyjskiego projektu “Reforma przedsiębiorstw”. Nie odważyłam się go zapytać, jakim cudem został Włochem. Prawdopodobnie “znalazł się” tam w czasie wojny. Polskie losy – pomyślałam. Dał mi polskim sposobem otwartą kopertę z poufnym listem do mego przyszłego szefa w Jakarcie. Wiedziałam, rzecz jasna, że wypadało list zakleić na jego oczach, ale tego nie zrobiłam. Wytrzymałam z zimną krwią jego świdrujące spojrzenie i przeczytałam pismo już na korytarzu. Kowalski opisywał tam porażkę starego teamu i przyrzekał, że tym razem wyśle do Indonezji “naprawdę dobrego eksperta”.
Z powrotem do maratonu – teraz szczepiono nas na wszystkie możliwe i niemożliwe choroby. Odmówiłam zaszczepienia się na żółtę febrę, wiedząc, że dostaje się jej tylko od bawienia się z małpami. Nie miałam zamiaru bawić się z małpami. Skąd miałam wiedzieć, że one zamierzały bawić się z mną?
Za to zażądałam od lekarza przepisania mi pigułki antykoncepcyjnej: – ONZ chyba nie chce, żeby przez nią zaszła w ciążę?
– W żadnym wypadku nie mogę na to pozwolić – parsknął śmiechem pan doktor i wypisał mi receptę.

Dolores prowadziła zajęcia razem z Argentyńczykiem Raulem oraz Urugwajczykiem Carlosem, niechybnie jej kochankiem, jak jednogłośnie orzekli moi koledzy. Niemniej elegancki Francuz Alan mocno podejrzewał Dolores także o apetyt na Helgę.
Z kolei sama Helga najwyraźniej zagięła parol na Carlosa. Alan twierdził, że “przypadkiem przeczytał” w osobistych notatkach Dolores z wywiadów z nami, które leżały na stole, takie uwagi, jak “sexy”, “męski uścisk dłoni”. Wolałam nie zdradzać kolegom iż, mimo że nie wiem, jak wypadł mój uścisk dłoni, byłam jedyną osobą, której Dolores pozwoliła wybrać kraj docelowy. Wprawdzie nie wyszło to całkiem tak jak chciałam, bo wolałabym Indie, ale prawie… A moją teoretyczną gotowością wyjazdu do Jemenu, zaimponowałam nawet tej doświadczonej emancypantce. Nie żebym pchała się gdzieś, gdzie kobiecie jest naprawdę ciężko, ale pojęłam już dawno po praktyce na Cyprze i rozmowach z doświadczonymi ludźmi, że im bardziej kraj “rozwinięty”, tym nudniejszy.
Byłam więc wdzięczna Dolores, że zatrudniła mnie w ONZ i umożliwiła ucieczkę ze znienawidzonego między innymi przez moje nieudane małżeństwo Berlina.
Dolores była przekonana, że świetnie sobie poradzę. Podczas gdy potencjalnych niemieckich pracodawców odstraszał mój nieortodoksyjny życiorys, w Trzecim Świecie tym bardziej potrafię zabłysnąć – twierdziła. Natomiast ukochani w Europie drobnomieszczanie, nie mieli tam jej zdaniem najmniejszych szans!
Tkliwie wspomniałam więc Niemiecki Instytut Polityki Rozwojowej, który też doceniał takie zalety i przyjął licznych kursantów wyciągniętych z wieloosobowych materaców w komunach Kreuzberga. Próbowałam odgadnąć przyczyny uprzywilejowanego potraktowania mnie przez Instytut, a potem przez Dolores. Oczywiście! byłam przecież dla nich gratką – puknęłam się w głowę z nagła olśniona. Umożliwiłam im bowiem postęp w wypełnianiu niemieckiej kwoty zatrudnienia w ONZ, nie obarczając go przy tym następnym urzędnikiem z “brakiem umiejętności społecznej komunikacji”. Ten “lack of social communication skills” u Niemców, znany gdzie indziej po prostu jako “niemiecka buta”, był szeroko omawiany w publikacjach oenzetowskich i niemieckich jako powód notorycznego nie wypełniania ich kwoty narodowościowej.

Dolores zakomunikowała nam zjadliwie, że ambasada Niemiec chce wziąć udział w naszym szkoleniu i zaprasza niemieckich uczestników na następny dzień, zmuszając ją do zwolnienia nas z zajęć.
Chcąc nie chcąc musieliśmy na to przystać. Towarzyszył nam Herr Kraut, akredytowany przy UN PIP. Ambasador Hoffmann, którego przemówienia według Dolores znane były w Wiedniu jako “Opowieści Hoffmanna”, zrzucił jakieś akta na podłogę, byśmy mogli usiąść przy stole.
Herr Kraut usiłował je usłużnie podnieść, na co ambasador zaprotestował: – Ależ proszę je zostawić, ja lubię pracować na podłodze.
Ambasador był faktycznie rozmowny i dawał nam dobre rady jak przeżyć w tropikach. W szczególności radził nam zabrać odpowiedni zapas bielizny wysokiej jakości.
Gdy ambasador skończył z naszymi majtkami, Herr Kraut zaprosił nas na obiad do jednej z restauracji w VIC, zwanej ”Blue Danube”. Przyzwyczajeni byliśmy już do tej dziwacznej, angielskiej nazwy modrego Dunaju. Herr Kraut zwracał się przy obiedzie szczególnie do “obu dam” ale na szczęście wdzięki Helgi przeważyły i odwlekły jego uwagę od Frau Korb. Odetchnęłam z ulgą, gdy obiad się skończył. Za kilka dni będzie koniec z niemiecką “przytulnością”.

Po sześciu dniach i nocach w euforii ledwie zipaliśmy, a jeszcze czekał nas wieczór pożegnalny w Heurige, pijalni wina. Czuliśmy się już częścią ONZ, zniknął dystans wobec starszych kolegów. Helga już zupełnie bezwstydnie flirtowała z Carlosem. Dolores pieszczotliwie pogłaskała mnie po obnażonym karku, zanim wygłosiła mowę pożegnalną:
– Uważajcie. Jak już raz dostaniecie tej choroby ONZ-owskiej, nie potraficie się już od niej uwolnić. Ale ONZ też będzie waszą Alma Mater, która was nie porzuci.
Zamyśliliśmy się. Zabrzmiało to jak przyjęcie do tajnego sprzysiężenia, loży masońskiej czy innego braterstwa.
Nagle rozległ się trzeźwy głos Ame:
– Ale ja nie chcę żadnej Alma Mater. Mam własną matkę i zupełnie mi to wystarczy. Nie chcę zresztą z powrotem do brzucha.
Ja natomiast słuchałam Dolores w upojeniu, mając nadzieję, że to prawda i że odnajdę w ONZ-cie ponadnarodową ojczyznę, zamiast tej, która została mi brutalnie odebrana przed laty. Poczułam też ogromną sympatię do Indonezji, która miała zostać “moim krajem” i z którą miałam się zindentytikować przez dekret, choć jeszcze niedawno nie byłam pewna, na jakim kontynencie leży.

3. BANGKOK
Postanowiliśmy z Arne lecieć razem do Bangkoku, potem nasze drogi mały się rozejść. Gdy wysiedliśmy z zatłoczonego australijskiego samolotu, pełnego modlących się nieprzerwanie greckich babć, skarżyłam się, że nie wyłączono jeszcze jego motorów: – Nadal buchają żarem!
– Obawiam się – roześmiał się Ame – że to jest normalna temperatura, w której spędzisz następne dwa lata!
Po przejściu bez kolejki i kontroli dyplomatyczną ścieżką pojechaliśmy klimatyzowaną limuzyną do pobliskiego hotelu “Złoty Smok”. Siedzenia w toaletach były wysterylizowane i zapieczętowane. Nic dziwnego. Poszliśmy na suto zakrapianą kolację, ale wykończeni jetlagiem szybko wróciliśmy do swych pokoi.
Rozbierając się uświadomiłam sobie, że rozstaję się z jedyną znaną mi w tej części świata osobą. W ataku paniki dumałam co zrobić, żeby ten moment odsunąć, czyli nie spędzić tej nocy samej. Nie ma rady, stwierdziłam. Jedynym rozwiązaniem jest uwiedzenie Arne, który zresztą nieco mnie podrywał.
Konsekwentnie wyszłam więc na korytarz i zastukałam do jego drzwi.
– Co się stało? – zapytał wyrwany ze snu i poirytowany.
Najwyraźniej nie pojął mych intencji, bo i skąd, a na flirt nie było już czasu. Gorączkowo zastanawiałam się, jak się wytłumaczyć. Przeklinałam przy tym swoje polskie wychowanie, nastawione na obronę przed jurnymi samcami, a nie na robienie im awansów wymaganych w Zachodniej Europie. Bąkając, że chciałam sprawdzić, czy mój zegarek prawidłowo chodzi, wycofałam się rakiem.
Dopiero następnego ranka, zdałam sobie sprawę gdzie się znalazłam – Orient!
W samolocie siedziałam obok młodego Indonezyjczyka, podniecona pierwszym kontaktem z tubylcem starałam się być szczególnie miła i taktowna, by uszanować jego kulturę, przede wszystkim słynną “azjatycką rezerwę”. Okazało się to o dziwo zupełnie zbędne – tubylec był nad wyraz rozmowny i szybko wystąpił z agresywną krytyką swego rządu.
Zbliżając się do Jakarty, niegdyś legendarnej Batavii, lecieliśmy bardzo nisko i rzuciły mi się w oczy czerwone dachy małych domków. Ach, przecież Arne opowiadał, że gdy Indonezja była holenderską kolonią, wszystkie budynki musiały być pokryte taką dachówką, sprowadzaną z Holandii.
Lotnisko, na którym brawurowo wylądowało nasze Jumbo, otoczone było przez pola ryżowe. Gdy wysiadłam z samolotu brudna, przegrzana i spocona zastanawiałam się, kto mnie odbierze i jaki okaże się mój szef, Fakir Hak. Był Pakistańczykiem, jak wyjawił mi Raul i dodał, że ma miłą osobowość, “którą sobie starannie wypracował”. Niemniej spod niej musiała przebijać chyba dalej ta prawdziwa, mniej przyjemna. Dolores zaznaczyła bowiem kilkakrotnie, bym pisała do niej “osobiste i poufne” listy, gdybym miała z nim problemy.

W hali lotniska ujrzałam tablicę z napisem “zawiadomienia ONZ”, spod której wyłonił się uśmiechnięty, niski Indonezyjczyk:
– Madame Korb?
Skinęłam głowa i rozejrzałam się wokół. Prawie wszyscy na lotnisku byli równie drobni, jak mój rozmówca. Dotąd raczej mała, zostałam nagle niemal olbrzymką jak Guliwer w kraju Liliputów.
Człowieczek błyskawicznie przeciągnął mnie przez kontrolę paszportową i zdrowotną, podczas gdy inni pasażerowie pocili się w kolejkach, bliscy omdlenia. Potem dobiło do nas jeszcze dwóch tubylców, którzy eskortowali mnie do służbowej limuzyny, wręczając mi po drodze list mego nowego przełożonego:

“Droga Glorio, jakąż ulgą jest powitanie Pani w Indonezji po nie kończących się mękach oczekiwania! Mam nadzieję, że Pani pobyt tutaj będzie równie przyjemny co pożyteczny.
Niestety nie mogę przyjechać po Panią na lotnisko, ponieważ jak zwykle w weekend poświęcam się modłom. Jutro o ósmej rano przyjedzie po panią szofer, aby zawieźć ją do biura. Wtedy nareszcie poznamy się osobiście. Szczerze oddany
Fakir Hak”

ciąg dalszy za tydzień

Metropolinnen zwischen Polen und Kudamm

Reńka & Aśka

Unser Kuckuck

REŃKA: Weil das war so:

AŚKA: Reńka, abgerackert wie der Dorfhund und erhitzt wie der Wasserkessel vor Wut, nach diesem ihren Job – der nur zum Geldverdienen da ist, und sonst zu gar nichts –

REŃKA: wo der mir schon durch die Ohren rauskommt

AŚKA: schleppt sich ins Haus, und die Pfoten schleifen ihr auf dem Boden.

REŃKA: Und Aśka, in diese ihre rosa Decke gewickelt, sitzt vor diesem ebay und das in dieser Spielzeugabteilung, als wäre sie, normal, eineinhalb.

AŚKA: Reńka, komm her, aber schnell, und guck, ich bestell uns grad eine fliegende Kuh, dass sie uns durch unsere psychodelische Küche saust. Aber Reńka platzt schwer auf das Bett, nicht mal die Schuhe zieht sie aus.

REŃKA: Aśka, du bist wohl noch in der Kita, und denkst, das Geld kommt raus aus der Wand. Wann hat dein Konto das letzte Mal Kasse gesehen, wenigstens einen mageren Cent? Du denkst wohl, du gibst nichts aus, wenn das Geld ist aus Plastik oder digital.

AŚKA: Weil Reńka sagt, ich bin eine Solipsistin, was ich nicht sehe, das gibt es nicht.

REŃKA: Und überhaupt, Aśka, worauf sitzt du da? Was versteckst du da vor mir? Ich rieche den Schweiß von Beamten, die strafende Hand der Staatsgewalt. Zeig mal, das ist doch wieder eine Rechnung, eine Mahnung, ich sehe die Schrift von dem Amt. Und Aśka,

AŚKA: mit der Miene wie ein geschlagener Hund,

REŃKA: zieht von unter ihrem Arsch,

AŚKA: einen besudelten Umschlag.

REŃKA: Das sind doch garantiert deine post-edukativen Schulden, einer von diesen deinen drei Krediten, los, mach das auf!

AŚKA: Du Reńka, du mach mir keine Angst, weil wenn ich Angst haben will, guck ich einen Horrorfilm.

REŃKA: Und Aśka glotzt auf den Umschlag, als wäre es eine Briefbombe oder radioaktiver Müll aus Tschernobyl.

AŚKA: Du Reńka, nimm das weit weg von mir und leg es auf das silberne Tablett unter den Barock-Spiegel, damit es sich nicht verliert, wenn ich mich dran gewöhnt hab, öffne ich das.

REŃKA: Aśka, guck endlich der Realität in ihr aufgedunsenes Gesicht! Das ist doch ein hyper-offizieller Brief. Und wenn du nicht zahlst, schicken die uns den Kuckuck ins Haus!

AŚKA: Du Reńka, gleich explodiere ich von innen. Selber nur „und“ und „aber“ verstehst du doch von diesem ihrem Steuerbrief.

REŃKA: Und Aśka fliegt durchs Internet als hätte sie eine dritte Hand, und bestellt

AŚKA: eine Trockenhaube und eine Kabeltrommel gleich dazu,

REŃKA: weil Aśkas Fön hat sich verloren,

AŚKA: und seit fünf Jahren schon niemand ihn gesichtet hat.

REŃKA: Aber irgendwie juckt sie Aśka doch, diese amtliche Schrift, und man sieht, wie sie denkt, normal, wie die Synapsen ihr im Gehirn glühen, und eine neue Idee in ihrem Kopf sich gebiert.

AŚKA: Komm wir schreiben, wie damals an die Polizei, wo ich über das rote Licht gefahren bin, dass ich so Durchfall hatte, dass ich mich beeilt hab zu diesem Klo in unserem Haus. Und damit hängen wir sie ab.

REŃKA: Du Aśka, mit dieser Nummer kommst du nicht mehr durch. Solche Nudeln um die Ohren kannst du wickeln der Polizei, aber nicht diesem ihren Amt.

AŚKA: Dann nehme ich einen Spaten, wir graben ein Loch im Hof, richten aus ein Begräbnis und begraben diesen Brief. Ich mach das auch mit grosser Facon, mit allen Schikanen, auf top-katholisch, extra für dich.

Aber Reńkas Augenlid zittert,

REŃKA: weil wenn ich mich nerve habe ich so ein Tick.

AŚKA: Und Reńka schmiert zum Kühlschrank, weil sie ist doch so dünn, dass auf Stress sie essen muss, macht die Tür auf, und dort:

REŃKA: Leere, nur Licht. Ein Stück verreckter Käse und Butter, aber nicht zum Brot – sondern Aśkas Body-Creme, damit sie länger bleibt wie ein Babyarsch glatt.
Soll ich uns jetzt Suppe kochen aus deiner fliegenden Kuh aus dem Plastik-Land? Oder sollen wir in der Badewanne alte Brötchen aufweichen und essen den ganzen Monat lang?

AŚKA: Und Reńka nervt sich, aber wie, auf maximal.

REŃKA: Hör zu, die Schutzzeit für Esel ist vorbei: es gibt doch Arbeitskraftmangel in diesem deutschen Land, in einem Büro gleich stellst du dich ein, da gibt es viele bunte Klebezettel, in rosa, gelb, und sogar leuchtend grün, die die du so magst, und wenn wer anruft kannst du erotisch ins Telefon säuseln

AŚKA: „Hallo“.

REŃKA: Dann kommt kein Kuckuck mehr ins Haus, und du kannst alles kaufen, das ganze Ebayland!

REŃKA: Aber Aśka weiß Bescheid:

AŚKA: Ich kenne dieses ihr Spiel, da spiele ich nicht mit, du schuftest 40h die Woche, und leisten kannst du dir ein Brötchen mit Senf, und damit du dir zu dem Brötchen ein Würstchen kaufen kannst, muss dir dazuzahlen dieses ihre soziale Amt. Und Reńka zerhackts,

REŃKA: weil, da ist doch was dran.

AŚKA: Und Reńka will sich einrollen und schlafen wie ein Bär unter dem nächsten Baum. Und Aśka liest in Reńkas Gesicht, was in ihm steht mit Druckbuchstaben: KRISE. Auf einmal klopft es an die Tür, aber wie, als würde jemand in die Trommel schlagen. Und auf Reńka fällt die blasse Angst.

REŃKA: Aśka, das ist garantiert der nächste Brief von dieser ihrer Gerechtigkeit. Und Aśka rennt in ihr Schmuddelbett und brüllt:

AŚKA: Reńka, mach nicht auf, das ist der Kuckuck, er kommt uns ins Haus. Aber Reńka will nicht leben

REŃKA: an so einem Gesellschaftsrand,

AŚKA: und macht, mit geschlossenen Augen, die Tür auf.

REŃKA: Und dort – ein unschädlicher Postmann, bringt die fliegende Kuh aus diesem Aśkas liebsten-ebay-Land. Und Aśka rauscht aus ihrem Zimmer

AŚKA: und schon fliegt eine Kuh durch unsere psychodelische Küche,

REŃKA: normal, ein Schwergewicht auf Flügeln, als wäre es eine Taube oder ein Storch.

AŚKA: Und Reńka glotzt und auf einmal sperrt sie den Mund auf,

REŃKA: weil ich hab eine Idee, aber was für eine!

AŚKA: als wäre Reńka persönlich dieser Einstein.

REŃKA: Aśka, ab sofort werden wir schreiben: wie dieser Reich-Reinicki-Papst, über dieses mein Leben hier mit dir, ein Lied, ein Gedicht, ein Roman und ein Hörspiel obendrauf. In allen Formaten, jpg, doc, tiff, und sogar rtv, auf Papier und digital. Weil, Aśka, wenn eine Kuh fliegen kann, dann aus so einer laufenden Katastrophe wie dir kann ich doch schlagen dieses Kapital!

AŚKA: Weil Reńka die hat ein Schäden, einfach extraorbital, und ohne Reńka wäre ich verloren wie ein Kind im Nebel.

REŃKA: Und ich, Aśka, ohne dich, wie eine Polin in diesem deutschen Land.

ENDE
Das ist z. Z. die letzte Geschichte von, mit und über Metropolinnen. Schade.

Reblog: Heine Polinnen / Polki

Wpis zawdzięczam Agnieszce, bo to ona przypomniała mi, że przecież Heine pisał o Polkach (tekst polski niżej, pod tekstem niemieckim, niemiecki pierwszy – w końcu to oryginał) / Ich bedanke mich bei Agnieszka, die mich daran erinnerte, dass Heine über Polinnen schrieb.

Heinrich Heine, “Über Polen” (Fragment), 1822

Jetzt aber knien Sie nieder, oder wenigstens ziehen Sie den Hut ab – ich spreche von Polens Weibern. Mein Geist schweift an den Ufern des Ganges und sucht die zartesten und lieblichsten Blumen, um sie damit zu vergleichen. Aber was sind gegen diese Holden alle Reize der Mallika, der Kuwalaja, der Oschadhi, der Nagakesarblüten, der heiligen Lotosblumen, und wie sie alle heißen mögen – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirischa usw.!! Hätte ich den Pinsel Raffaels, die Melodien Mozarts und die Sprache Calderons, so gelänge es mir vielleicht, Ihnen ein Gefühl in die Brust zu zaubern, das Sie empfinden würden, wenn eine wahre Polin, eine Weichselaphrodite, vor Ihren hochbegnadigten Augen leibhaftig erschiene. Aber was sind Raffaelsche Farbenkleckse gegen diese Altarbilder der Schönheit, die der lebendige Gott in seinen heitersten Stunden fröhlich hingezeichnet! Was sind Mozartsche Klimpereien gegen die Worte, die gefüllten Bonbons für die Seele, die aus den Rosenlippen dieser Süßen hervorquellen! Was sind alle Calderonischen Sterne der Erde und Blumen des Himmels gegen diese Holden, die ich ebenfalls, auf gut calderonisch, Engel der Erde benamse, weil ich die Engel selbst Polinnen des Himmels nenne! Ja, mein Lieber, wer in ihre Gazellenaugen blickt, glaubt an den Himmel, und wenn er der eifrigste Anhänger des Baron Holbach war…

Weiter

Maryla Wereszczakówna, wielka miłość wieszcza Adama – w roku 1822 napisał na jej cześć słynny wiersz Do M*** / sie war die große Liebe des polnischen Nationaldichters Adam Mickiewicz; 1822 schrieb er ein Gedicht Do M*** über sie

A tu po polsku

Heinrich Heine, “O Polsce” (fragment), 1822

Lecz teraz proszę uklęknąć, lub chociaż zdjąć kapelusz – będzie mowa o polskich niewiastach. Mój duch wędruje brzegami Gangesu w poszukiwaniu najdelikatniejszych i najsłodszych kwiatów, by je z nimi porównać. Ale czymże są wobec tych piękności wszystkie powaby Malliki, Kawalaji, Oshadhi, kwiatów Nagakesar, świętych Lotosów i jakby się tam jeszcze one nie zwały – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirisha, itd.!! Mając pędzel Rafaela, Melodie Mozarta i mowę Calderona udałoby mi się może tchnąć w pierś twą uczucie, którego byś doświadczył, gdyby prawdziwa Polka, nadwiślańska Afrodyta, przed oczami twemi łaskawymi we własnej osobie stanęła. Czymże są jednak Rafaela kleksy wobec tych piękna malowideł, które sam Bóg wcielony w swej najweselszej godzinie nakreślił! Czym są Mozarta brzdękolenia wobec słów, dla duszy łakoci, które z tych słodkości ust różanych tryskają! Czym są wszystkie kalderońskie Ziemi gwiazdy oraz Nieba kwiaty naprzeciw tych panien nadobnych, które ja, po kalderońsku, aniołami Ziemi mianuję, gdyż aniołów samych Polkami Nieba nazywam! Tak, mój kochany, kto w ich oczy gazele spojrzy, ten w Niebo uwierzy, choćby nawet najzagorzalszym zwolennikiem barona Holbacha był…

Przetłumaczył bloger Szostka, reszta, przetłumaczona przeze mnie, TU

Pulsary energii

0 Kasia na poczatekJanina Wallis, Lidia Głuchowska

Katarzyna Dziuba – pulsary energii

Katarzyna Dziuba przed pracą serii „Processing”, druk cyfrowy pigmentowy, 2012-2015, na wernisażu wystawy w Galerii Grafiki Biblioteki Sztuki/ Artoteki Grafiki, Wydział Artystyczny Uniwersytetu Zielonogórskiego, 29.05.2015

„Styl Katarzyny Dziuby, łączy tradycyjne techniki graficzne oraz nowoczesną technologię cyfrową, stanowi świeży i oryginalny środek ekspresji. Jej prace ukazują w przekroju współczesne polskie społeczeństwo, w którym tradycyjna kultura i myśl napotykają awangardowe koncepcje z krajów Europy Zachodniej. Wspaniale jest widzieć w abstrakcyjnych formach jej grafik intensywną duchowość, która z pewnością jest owocem szerokich horyzontów i wysublimowanej wrażliwości artystki”, napisał w 2010 artysta grafik, Tohihiro Hamano, Doctor Honoris Causa Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, gdy Katarzyna Dziuba została pierwszą laureatką Nagrody jego imienia, ustanowioną podczas Międzynarodowego Triennale Grafiki, Kraków 2009 i przyznawaną młodym, obiecującym artystom grafikom z całego świata.
Cztery lata później, już w Kagawa w Japonii, przyznano jej nagrodę w ramach Utazu Art Award.

W Zielonej Górze jeszcze do 10 października trwa wystawa Katarzyny Dziuby i naprawdę warto ją zobaczyć. Ta wystawa to utrzymana w optymistycznych barwach, pulsująca energia, w sam raz na lato.

kasiadziuba1-2Z serii „Processing”, druk cyfrowy pigmentowy, 2012-2015

Prezentowane obecnie prace w formacie 90 x 150 cm wyróżniają się w sposób szczególny na tle jej dotychczasowego dorobku. Jest to jeden z ostatnich cyklów graficznych artystki, wykonany w technice druku cyfrowego pigmentowego. Zainicjowała go w roku 2012 i rozwija do dziś.
Artystka zrealizowała dotąd około 90 wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą m. in. w Polsce, Czechach, Chorwacji Niemczech, Austrii, Belgii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, Szwecji, Hiszpanii, na Białorusi i Węgrzech, w Kanadzie, Japonii oraz w Chinach. Zajmuje się ona grafiką warsztatową i drukiem cyfrowym. Za swoje dokonania artystyczne otrzymała wiele prestiżowych nagród krajowych i międzynarodowych.

W ostatnich latach jej prace były wielokrotnie nagrodzane m. in. na II Międzynarodowym Biennale Grafiki Cyfrowej w Gdynia w 2010 r. (I nagroda), na International Exhibition of Small Form Electrographic Art – Matrices w Budapeszcie (wyróżnienie) w Budapeszcie w 2011(wyróżnienie). Na VIII Triennale Grafiki Polskiej w Katowicach w 2012 roku otrzymała Nagrodę Rektora Uniwersytetu Poznańskiego, a w 2014 IV nagrodę w ramach Utazu Art Award, Kagawa w Japonii.
Na stałe pracując jako kierowniczka Pracowni Druku Cyfrowego i Grafiki Przestrzennej w Instytucie Sztuk Wizualnych w Zielonej Górze oraz Pracowni Podstaw Grafiki Cyfrowej w katowickiej Akademii Sztuk Pięknych, w latach 2008-2010 jako rezydent przeprowadzała zajęcia, wykłady i warsztaty na zagranicznych uczelniach artystycznych m. in: w Cork w Irlandii w ramach Cork Printmakers Residency Award, Universidad de Castilla-La Mancha, Cuenca w Hiszpanii, Academy of Fine Arts Vienna w Austrii, Kagawa Junior Collage, Sakaide w Japonii, Akademii Sztuk Pięknych w Zagrzebiu, Chorwacja.

kasiadziuba3-4W cyklu Katarzyny Dziuby „Processing” najistotniejszym środkiem ekspresji artystycznej jest światło. Odgrywało ono konstytutywną rolę już we jej wcześniejszych pracach graficznych, wykonanych w technikach litografii i algrafii, a w ostatnich latach przede wszystkim w dziełach realizowanych w technologii cyfrowej. To właśnie światło jest tu narzędziem definiowania przestrzeni obrazowej, ewokującym barwę i ruch, a także czynnikiem kształtującym abstrakcyjne, organiczne formy o nieregularnym, dynamicznym rytmie.
Tytuł aktualnej ekspozycji i eksponowanych na niej obiektów odwołuje się do zastosowanej metody pracy artystycznej – jest to obróbka poszczególnych komponentów wizualnych na zasadzie odejmowania i dodawania. Pojedyncze prace cyklu pozostają ze sobą w interakcji, ukazując w addytywnym, horyzontalnym układzie dynamiczny proces odrywania się od siebie pól energetycznych, przypominających płynną rtęć, satelitarne fotografie pomiarów temperatury Ziemi czy komputerowe zdjęcia sfer erogennych podczas badań USG. W tych pełnych pozytywnej energii obrazach dominują barwy konotowane ze szczęściem (róż jak „różowe okulary” i zieleń – kolor nadziei). Emanujący z nich fluorescencyjny blask przywołuje reminiscencje zorzy polarnej i kosmicznych pulsarów.

kasiadziuba5-6
Linearny układ prezentacji o nieregularnym rytmie ukazuje komplementarne segmenty kompozycji pozostające ze sobą w optycznej korespondencji – każda następna praca jest bardziej zaawansowaną, poddaną uproszczeniu i syntezie wersją poprzedniej. Te powiązane w spójny układ obrazy ukazują proces emanacji barwy i światła, stając się symbolem ludzkiej aury emocjonalnej.

7  P1230211_male-1Prace Katarzyny Dziuby znajdują się w wielu muzeach, galeriach i kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą, m.in w Ryu Art Group i w Sakima Art Museum-Okinawa w Japonii, w Museum of Bruges i w Library of Royal Academy of Fine Arts of Liege w Belgii, a także w zbiorach Stowarzyszenia Międzynarodowe Triennale Grafiki w Krakowie, Biura Wystaw Artystycznych w Katowicach oraz Sosnowieckiego Centrum Sztuki Zamek Sielecki.

Wystawa: Katarzyna Dziuba – Processing
Galerii Grafiki Biblioteki Sztuki/ Artoteki Grafiki
Wydział Artystyczny Uniwersytetu Zielonogórskiego
ul. Wiśniowa 10
29.05.– 10.10.2015
Kurator: dr Janina Wallis

Dziewczyna z cmentarza w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Użycie w tytule słowa dziewczyna jest oczywiście niezgodne z podstawowym jego znaczeniem, bo chodzi tu o młodą mężatkę, ale wydaje mi się, że już od dawna wyraz ten oznacza po prostu młodą kobietę, a w szczególnych wypadkach po prostu kobietę (Golden Girls, Calendar Girls). A poza tym tak czy owak musi być dziewczyna, bo w poprzednich tygodniach Tomasz Fetzki i ja pisaliśmy o dziewczynach z cmentarzy.

Julia

Picture1

Tu spoczywa
Julia z Zapletiałów de Bereźnicka
zmarła w wieku życia lat 24
w dniu 30. Maja 1856
Żona czuła, dobra matka
przyjaciółka szczera
Pamiątka iey zostanie każdemu
że ią znał droga y miła

Cmentarz Katedry św. Jadwigi Śląskiej w Berlinie na Liesenstraße

Nie jest to najstarszy grób polski w Berlinie, bo grafik Daniel Chodowiecki zmarł w roku 1801, a generał i pisarz Karl Andreas von Boguslawski w roku 1811, ale jest to najstarszy “grób prywatny”, jaki znalazłam podczas mych wieloletnich poszukiwań.
Muszę tu Czytelnikowi wyjaśnić, dlaczego były to, a i są nadal, poszukiwania wieloletnie. W Berlinie jest mianowicie 270 cmentarzy (z tego 240 wciąż jeszcze używanych, ale to nie ma nic do rzeczy, bo szukać trzeba i na cmentarzach powoli likwidowanych) i są w tej liczbie różne cmentarze specjalne, wojenne i wojskowe, francuskie, prawosławne, żydowskie, nawet dla samobójców, ale nie ma cmentarza polskiego. Nie ma również list osób pochowanych na cmentarzach. Tych kilku sławnych Polaków, którym zresztą często nie pisze się na grobach, że byli Polakami, znaleźć można z łatwością, no powiedzmy – w miarę łatwo, ale setki tysięcy tych, którzy pochodzili z Polski, tu mieszkali, żyli, pracowali i umarli, to nie znamienitości, lecz zwykli ludzie i nikt ich nigdzie nie wymienia. Ale to właśnie im czasem ktoś napisał coś po polsku, nie z obowiązku historycznego, lecz z potrzeby serca. Nie wiadomo zatem, gdzie są te groby, trzeba ich szukać, chodząc, chodząc, i jeszcze raz chodząc, a  tego chodzenia na każdym cmentarzu jest dużo, bo są to przede wszystkim rozległe cmentarze o charakterze parkowym, a nawet leśnym, z niedużą ilością grobów na hektar.

Picture2

Wróćmy jednak do Julii. Urodziła sie w roku 1832 czyli była dzieckiem po-powstaniowym. Pochodziła z rodziny Zaplietało i, co ciekawe, takiego nazwiska nie ma i nie było ani po polsku, ani po litewsku, rosyjsku czy białorusku! Nie ma też takiego słowa. W ogóle poza czeskim – nie ma takiego wyrazu. Po czesku słowo zaplietalo oznacza, że coś się zaplątało, i są ludzie, którzy się nazywają Zapletal. Jednak kochający mąż zapisał to nazwisko w wersji polskiej – z ł. Zresztą sam kochający mąż, de Bereźnicki, czyli człowiek, którego nazwisko dwukrotnie podkreśla pochodzenie szlacheckie, poprzez de oraz poprzez końcówkę -cki, też poniekąd nie istnieje. Sama rodzina oczywiście jest jak najbardziej, sama byłam niedawno w Sopocie na otwarciu wystawy słynnego spocianina – Kiejstuta Bereźnickiego, ale w genealogii rodziny Bereźnickich nie ma nikogo z Berlina, nikogo, kto by się pisał de Bereźnicki i nikogo, ktoby się ożenił z Julią – już mniejsza o nazwisko panny, z jakąkolwiek Julią!

Sądzę zresztą, że państwo Bereźniccy nie mieszkali w Berlinie, bo nie ma ich w księgach adresowych ani z roku 1856 ani, co też sprawdziłam, z roku 1857 (na wypadek gdyby właśnie zamieszkali, co by znaczyło, że zostali zapisani dopiero w rok później).  Czyli tylko przejeżdżali przez Berlin, podążając czy to do wód w południowych Niemczech, czy to do Francji, czy, jak np. Sienkiewicz w 20 lat później, do Ameryki. Jeżeli przejeżdżali, to i tak nie wiadomo skąd jechali. Z Warszawy jeszcze nie mogli, jak Sienkiewicz, dojechać wygodnie koleją, bo ta w w połowie XIX wieku jeszcze nie łączyła bezpośrednio Warszawy i Berlina. Jeździło się dyliżansem, kursowym, lub wynajętym na potrzeby grupy przyjacielskiej czy rodzinnej. Być może pani i pan Bereźniccy jechali karetą, oczywiście na resorach, może nawet tzw. landarą czyli najlepszą kareta w Europie, produkowaną w mieście Landau w niemieckim Palatynacie. Czyli nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, nie wiadomo dokąd, wiadomo jednak, że w maju 1856 roku byli w Berlinie.

W połowie XIX wieku w królewskim Berlinie mieszkało już wielu Polaków, ale ich masowy napływ do stolicy miał się zacząć dopiero po roku 1870, kiedy miasto zostało mianowane stolicą cesarstwa. Zanim się tak jednak stało, do Berlina przyjeżdżało się w trzech celach – po nauki, jak Chopin, który słuchał tu wykładów Hegla, do wojska, jak rodzina Bogusławskich, lub do pracy w administracji królewskiej, gdzie  najwyższe stanowiska zastrzeżone były dla arystokracji. Po to przyjechali do Berlina Radziwiłłowie i Raczyński. Arystokracja nie umie wszak żyć bez dworu władcy i tylko król może dać jej zatrudnienie. Czy Bereźnicki też po to przyjechał. Nie był arystokratą, ale może był szlachcicem w służbie Radziwiłłów? Na tym samym cmentarzu, na którym pochował żonę, jest też grób Feliksa Hilarego Podlewskiego, nauczyciela książąt Radziwiłłów.

podlewski

Tu spoczywa
śp. Feliks Hilary Podlewski
ur. d. 4 Stycznia 1801 roku
w Branicach pod Krakowem
zm. d. 24 listopada 1897
w Berlinie
Serdecznemu przyjacielowi
i nauczycielowi
Xiążeta Radziwiłłowie
R.I.P.

Podlewski i Julia zostali pochowani na Cmentarzu św. Jadwigi, katolickiej patronki miasta, należącym do Katedry św. Jadwigi. Był to najstarszy cmentarz katolicki w mieście, założony w roku 1834. Niemiecki impresjonista Franz Skarbina (1849-1910) namalował w roku 1896 obraz przedstawiający Dzień Zaduszny na tym cmentarzu:

Ale to wszystko później, i pogrzeb Podlewskiego, i obraz, i kolej, i napływ Polaków biorących udział w rozbudowie stolicy. Na razie miasto jest jeszcze wciąż dość prowincjonalne i daleko mu do europejskich stolic jak Paryż czy Rzym.

Niewiele mam czasu na uboczne zadania, moim głównym zajęciem są poszukiwania rodzinne, ale wykonuję kilka ruchów, które być może umożliwią mi znalezienie Julii i jej kochającego męża. Składam wniosek reszerszerski do administracji cmentarza (tak, mają księgę za rok 1856, jak zapłacę z góry 29 euro, dostanę dokumenty, oczywiście jeżeli coś się znajdzie – zapłaciłam, ale na razie, gdy to piszę minął ponad tydzień, nic nie dostałam) i idę do biblioteki, zobaczyć, co pisały gazety i czy Bereźnicki znajdował się w księdze adresowej Berlina. Z poszukiwań bibliotecznych nic nie wynika. Nie ma Bereźnickiego, nie ma Zaplietałów. Nie ma Julii. Jest tylko grób.

Interesujące, że przez ponad 160 lat go nie usunięto, przecież nikt o niego nie dbał.

Mama i Mascha, Memento mori

wirwarennachbarnFür meine deutschsprachigen Leser: Kommt morgen ins Rathaus Schöneberg zu feierlichen Wiedereröffnung der Ausstellung Wir waren Nachbarn. John-F-Kennedy-Platz 1, 10825 Berlin. Um 17:00 Uhr Vernissage, um 19:00 Uhr – Lesung.

Ewa Maria Slaska

Memento mori

Mama umarła w sierpniu 1995 roku. 20 lat temu. Patrzę z niedowierzaniem na to, co napisałam. 20 lat, powtarzam w myśli, 20 lat. 20 lat temu rozmawiałam z moją siostrą przez telefon. Napisz nekrolog, mówi Kasia. Nie mam żadnego wzoru, jak się pisze nekrologi, nie mam pojęcia, co bym miała napisać, ale nie dyskutuję.

Z odległości kilkudziesięciu lat słyszę głos Mamy, jak nie wiesz, co pisać, użyj cytatu – porada inteligentnej matki dla odrabiającej lekcje licealistki.

Wyciągam numery WIR-u. To wydawnictwo, które założyłam rok wcześniej i przy którym Mama współpracowała ze mną czy raczej z nami – z Iwoną Mickiewicz i Brittą Wuttke. Do pierwszego numeru – Doppelte Identität / Podwójna tożsamość – tłumaczyła wiersze Ottona Ericha Hartlebena. Do drugiego – Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel – wiersze Maschy Kaléko i Martina Pohla. W czwartym numerze – Träume, Vorahnungen / Marzenia, sny, przeczucia – jej tekst o mało znanej sztuce Lorki, A kiedy minie pięć lat…
Była ważnym człowiekiem w naszym wydawnictwie. Irena Kuran-Bogucka, tłumaczka poezji hiszpańskiej i niemieckiej.

Otto Erich Hartleben
By cię powalić, łamie wicher drzewa
By cię pogrzebać, toczą sie lawiny.

Piękny wiersz, ale nie pasuje mi do Mamy, do nekrologu, do grobu. Wicher, lawiny, syczące płomienie… Mama była mocna, ale nie była to moc natury, lecz woli i sztuki. Nie pień morwy, lecz nić jedwabna. Nie do zerwania. Do czasu jednak.

Kolejny wiersz Hartlebena – Morituri
Zamiera krzyk. Świadkowie leżą niemi na drodze. Wieńczy ich pobladłą skroń chłodny blask chwały wstającego słońca.

Chłodny blask chwały, piękny wers, ale do wykucia spiżem na marmurze, a to Mama umarła, a nie posąg się przewrócił. Miała takie małe, ciepłe dłonie. Moje są zawsze zimne jak żaba, a jej były miękkie i ciepłe. Chyba zawsze takie były, nawet wtedy, gdy cięła drzeworyty.

mamacieciegrafiki Sięgam po mój ulubiony wiersz Martina Pohla w jej tłumaczeniu.

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Lot dzikich gęsi

Dokądże, o dzikie gęsi, biegnie wasz lot?
Kto wam wiatry polotne powierzył?
Lecimy twym śladem, Święty Marcinie,
Odkąd Król Karol przebywał w Rzymie,
dzikich gęsi klucz do Polski bieży.

Co wy wiecie, dzikie gęsi, o pewnym kraju,
co w niewoli trwa przez władców więziony?
Pieśń Święty Marcin wyśpiewał, jak wokół
zielenią się pola w jesiennym mroku,
pola Polski nigdy nie straconej.

Zaczekajcie, dzikie gęsi, ruszymy z wami,
cichą stopą pomykając po suchej ziemi.
Niech nasz krzyk was powiedzie, siwki zaprzęgajcie,
naszym siostrom, białym gęsiom, wolność oddajcie,
gdy wiatr świtu się nad Polską czerwieni.

1980 / 88

Piękne te polskie gęsi Martina Pohla, zawsze mi jakoś raźniej, jak sobie przeczytam ten wiersz.

Ale i tak już wiem, że to, czego szukam, to Memento Maschy Kaléko.

Memento

Vor meinem eignen Tod ist mir nicht bang,
Nur vor dem Tode derer, die mir nah sind.
Wie soll ich leben, wenn sie nicht mehr da sind?

Allein im Nebel tast ich todentlang
Und laß mich willig in das Dunkel treiben.
Das Gehen schmerzt nicht halb so wie das Bleiben.

Der weiß es wohl, dem gleiches widerfuhr;
— Und die es trugen, mögen mir vergeben.
Bedenkt: den eignen Tod, den stirbt man nur,
Doch mit dem Tod der andern muß man leben.

Memento

Ja mojej własnej śmierci wcale się nie boję,
A tylko śmierci ludzi, którzy są mi bliscy.
Jakze mam żyć, jeżeli porzucą mnie wszyscy?

We mgle, błądząc samotna, szukam śmierci swojej,
I chętnie w ciemny mrok przyjmę wygnanie.
Odejście boli dwakroć mniej, niż pozostanie.

Ci wiedzą to najlepiej, którzy to spotkali.
Ci, co to znieść umieli, niechże mi wybaczą.
Pomyślcie, jak dni własnej śmierci mało znaczą,
Lecz ze śmiercią najbliższych musimy żyć dalej.

grobmamytatynowyNapisałam nekrolog, wszyscy to przedrukowali. Wiersz Maschy w tłumaczeniu Mamy znalazł się na poziomej płycie na jej grobie. Po 20 latach wcale go nie widać, ale my przecież wiemy, że tam jest. Tata, który towarzyszył Mamie, gdy tłumaczyła wiersze Maschy, opowiadał, że Mama była nią zauroczona, jakby po latach odnalazła siostrę, której nigdy nie miała.

Była pierwszą tłumaczką wierszy Maschy w Polsce.  Tłumaczenie Memento na polski znalazło się teraz w aktach Maschy na wystawie Wir waren Nachbarn – Byliśmy sąsiadami. To stała wystawa, zawsze możemy tam pójśc i ją obejrzeć.
I przeczytać Memento przetłumaczone
przez Irenę Kuran-Bogucką.

Zapraszam na jutrzejszy wernisaż do Ratusza Schöneberg.

Dziewczyna z cmentarza w Łodzi

Tomasz Fetzki

Człowiek uzależniony powinien unikać niebezpiecznych okazji, to oczywiste. Jeśli nie posłucha i wpakuje się w kłopoty, może mieć żal tylko do siebie. Toteż i Viator nie wini nikogo. Ostatecznie sam, własnowolnie przeczytał TU i TU teksty o pannie Biełousow. I dopuścił do tego, że ukryty w nim niespełniony literat, obolały i zgorzkniały, ale przecież już nieco podleczony oraz pogrążony w krzepiącej drzemce, znów się obudził, żądny czynu!

Trudno, stało się. Wędrowiec wyrusza w kolejną podróż. Poniekąd w krainę wspomnień, bo ostatni raz opisywane miejsca odwiedził cieleśnie ponad dziesięć lat temu. Wtedy nie miał ze sobą aparatu fotograficznego, teraz nie ma możności ruszyć się ze swych łużyckich lasów i błot. Dlatego, pod względem ikonografii, zmuszony jest skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci. Dwa kluczowe dla sprawy zdjęcia zawdzięcza internaucie ukrywającemu się pod nickiem wojci52 i dziękuje mu za nie. To wszakże nie koniec podziękowań.

Wyprawia się Pielgrzym w regiony eschatologiczne. Obszar to tajemniczy i respekt budzący: zaświaty w ogóle to kraina nieznana, a cóż dopiero mówić o zaświatach żydowskich! Dobrze mieć w takiej podróży towarzysza. Dantego prowadziła trójka opiekunów. Viator to, rzecz jasna, nie Alighieri, ale Przewodników też miał troje: panią Annę Przybyszewską-Drozd i Zofię Borzymińską oraz pana Marcina Urynowicza. Bez nich zaginąłby niechybnie Wędrowiec w krainie cieni i tekst, który ma przed oczyma Czytelnik, by nie powstał. Chwała Przewodnikom!

A wszystko, co zebrał, przetopił Viator w swym tygielku grafomana. Jesteście ciekawi efektów? Czytajcie!

HaAlma HaAdina

Miało być o młodej dziewczynie. I będzie. Ale zacząć musimy od mężczyzny. Nie dlatego, jakoby Viator przejawiał patriarchalne inklinacje. Po prostu: tak każe logika wywodu.

Prawo Mojżeszowe od początku zakazywało surowo sporządzania podobizn postaci ludzkich, zwłaszcza ich twarzy. Wszak, gdy na górze Synaj Sebbaoth, pośród obłoku i przy dźwięku szofaru, dawał Synom Jisraela Dziesięć Przykazań, zazdrośnie ogłosił: Nie wolno ci zrobić sobie figury ani żadnego obrazu tego, co jest w niebie na górze, ani tego, co jest na ziemi na dole, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią.

Z czasem, na ścianach synagog i w iluminacjach świętych ksiąg, zaczęto umieszczać wizerunki zwierząt: lwów, pawi czy gazeli, ale nigdy ludzi. Niekiedy postacie ludzkie pojawiły w sztuce świeckiej, lecz nie na bejt-olam, czyli domu wieczności, czyli cmentarzu. Do czasu… Bo nadszedł czas haskali, asymilacji, nowinek i bezbożnictwa. Tu i ówdzie, coraz częściej, zwłaszcza w drugiej i trzeciej dekadzie XX wieku, także na cmentarzach zaczęto wznosić nagrobki, które ortodoksi uznawali za bluźnierstwo, protestowali, gotowi byli do czynnego dewastowania tych dzieł sztuki. Bo to były prawdziwe perełki artyzmu, wykonane przez wybitnych rzeźbiarzy, wśród których największą i w pełni zasłużoną sławą cieszył się Abraham Ostrzega. Zanim jego bystre oczy, silne ramiona i zręczne dłonie obróciły się w proch w krematoriach Treblinki, zdążył wykuć liczne pomniki ku czci umarłych. Był, jako się rzekło, artystą, wykonane przez niego postacie ludzi i człekokształtnych aniołów są delikatne, chciałoby się powiedzieć: impresjonistycznie rozmyte. Po prostu – piękne. I nigdy, przenigdy nie widać ich twarzy. Ale dla haredim to i tak było zdecydowanie zbyt wiele.

Większość dzieł Ostrzegi znajduje się na cmentarzu przy ulicy Okopowej. Wiadomo: stolica, duże miasto, przeto o maskilów, liberałów, socjalistów i innych burzycieli odwiecznego porządku tutaj najłatwiej. Jest tych rzeźb na tyle dużo, że nie wiadomo, czy rzeczywiście wszystkie można atrybuować mistrzowi Abrahamowi. Niewykluczone, że niektóre z nich przypisuje mu się siłą inercji: jeśli postać ludzka, to na pewno robota Ostrzegi! Co zresztą także, choć pośrednio, świadczy o jego renomie…

1-2-3-PochylonyAniolZakutyTrzy spośród warszawskich nagrobków, których autorem z pewnością jest Abraham Ostrzega. Podziwiajmy pomysłowość rzeźbiarza w sposobach ukrywania oblicza przedstawionych postaci!
Zdjęcie po lewej dzięki życzliwości dr hab. Rafała Żebrowskiego

Poza Warszawą Ostrzega tworzył rzadko, mimo że skupisk ludności żydowskiej w ówczesnej Polsce nie brakowało. Choćby taka Łódź, wspólnota liczna i znacząca. Cmentarz warszawski kryje największą ilość grobów, ale łódzki jest najrozleglejszy. I zawiera największe w kraju, o ile nie na całym świecie, żydowskie mauzoleum – pseudomauretański ohel-gigant, czyli grobowiec rodu Poznańskich.

Jednak na bejt-olam przy ulicy Brackiej nowinkarstwa sepulkralnego brak. Dlaczego? Nie z przyczyn finansowych: w gminie łódzkiej osób majętnych nie brakowało, poza mauzoleum Poznańskich świadczą o tym choćby hellenistyczne świątyńki nad grobami Silbersteinów czy Jarocińskich. A skoro byli łodzianie Żydami bogatymi, to niejednokrotnie także nowoczesnymi i w świecie bywałymi. Na smaku artystycznym również im nie zbywało: jego wyrazem są liczne macewy zdobione wizerunkami połamanych drzew, gryfów, jelonków, dzbanów lewickich i szaf bibliotecznych czy też groby w kształcie starożytnych sarkofagów (ściśle – pseudosarkofagów, bo przecież micwa nakazuje pochować ciało bezpośrednio w ziemi). Więc dlaczego nie ma tu przedstawień figuralnych? Skąd ten konserwatyzm? Trudno powiedzieć, ale w rzeczonych okolicznościach tym bardziej przykuwają uwagę oraz intrygują nagrobki, które taki motyw zawierają. Dokładnie – dwa nagrobki.

Chronologicznie pierwszy z nich to macewa Stanisława Heymana, zmarłego w 1928 roku. Dzieło, jakże by inaczej, Abrahama Ostrzegi, który tym razem objawił się jako poeta rzeźby: Anioł zbierający kwiaty to nie tyle postać, ile jej zarys, zapowiedź, sugestia, metafora…

4- nagrobek-stanislawa-heymanaImpresja na temat anioła, czyli nagrobek Stanisława Heymana, łódzkiego prawnika i działacza społecznego

Teraz trzeba przejść do sektora W, na lewo od głównej alei, blisko bramy wejściowej. Tam znajdziemy drugi nagrobek. Ale jaki! Unikalny nie tyko w skali łódzkiej nekropolii, lecz także w zestawieniu z Aniołem na grobie Heymana. Mało by o nim rzec – nieortodoksyjny. Bluźnierczy! A że bluźnierstwo może przybrać formę arcydzieła? Dzieje ludzkości znają takie przypadki. Nic dziwnego, że od ponad dziesięciu lat tkwi ta niezwykła macewa w pamięci Viatora. Teraz wspomnienie ożyło, budząc jednocześnie, jako się rzekło, uśpionego grafomana.

ruta2Niektórzy widzą w tej macewie płaczącą twarz: głowy postaci tworzą oczy, zaś ich szaty spływają w dół na podobieństwo łez, pień palmy to nos, jej liście – brwi, a skrzydła anioła wieńczącego kompozycję (bardzo ostrzegowatego w charakterze) to włosy. Zaś tablica z napisem wyobraża usta wygięte w podkówkę z wielkiej żałości. Kto wie, może rację mają ci niektórzy…

 Nagrobek jest pełen symboli, kryje też kilka zagadek (niektóre łatwe do odszyfrowania) oraz jedną wielką tajemnicę. Płaczący żałobnicy – wiadomo. Palma – jasna sprawa, rzekł przecież Psalmista:

Sprawiedliwy wyrośnie jak palma / Rozrośnie się jak cedr Libanu / Zasadzeni w domu Pańskim / Wyrastają w dziedzińcach Boga naszego. Ale co znaczy hebrajska inskrypcja:

Malachej Szalom Mar Iwikajun
Po nikwara
HaAlma HaAdina
HaJeszara veRabot HaChen
Bat Szaaszuim veAchot Nechmada
Rachel Bas r(eb) Avrohom Icchok N’J Akabia
Niktefa Keeva BeSznat HaKaf”A LeChaja
BeJom Rewii Dchu’’ham [5]690 – TNCWE

W mowie mieszkańców kraju Polin zabrzmiałoby to mniej więcej tak:

Wysłańcy Pokoju Gorzko Zapłakali
Tu spoczywa
Panna Delikatna
Bogobojna i licznymi zaletami obdarzona
Radująca innych i siostra przyjemna
Rachela Akawie, córka pana Awrahama Jicchaka
Rozkwitający pąk, ścięty w 21 roku życia
W dniu czwartym chol hamoed
Święta Pesach 5690 – Niech Jej Dusza Będzie Wpleciona w Węzeł Życia

Zaś poniżej, językiem polskim i alfabetem łacińskim zapisano zdanie, które każdy może przeczytać i każdy winien odczuć lekkie ukłucie w sercu: RUTA AKAWIE ZGASŁA w 22ej WIOŚNIE ŻYCIA.

Jakie zagadki i jaką tajemnicę ukrywa ten niezwykły nagrobek?

Pierwsza z nich jest dość prosta: rozbieżność w wieku Ruty-Racheli podanym po hebrajsku i po polsku. Jeden z nich to ukończona ilość lat, drugi – rozpoczęty rok życia.

Kolejna zagadka była nieco trudniejsza, ale i ją udało się Viatorowi, dzięki pomocy nieocenionych Przewodników, rozwiązać. Publikacje dotyczące łódzkiego cmentarza zwykle informują, że Panna Delikatna Ruta Akawie zmarła w 1910 roku kalendarza gregoriańskiego, czyli w roku 5670 według rachuby żydowskiej. Tymczasem dostępne dokumenty wyraźnie wskazują na datę 1930! Skąd się wzięła ta rozbieżność? Ano, z podobieństwa kształtu literek-cyferek. Rzeźbiarz wykuł tam znak tsadik, na tyle jednak niewyraźnie, że przypomina dość podobną literę ayjin. Jeżeli jednak przyjrzymy się dokładnie, okaże się, że wszystko pasuje: mamy rok 5690 od stworzenia świata. Ani nagrobek nie kłamie, ani dokumenty. Zaś szanowni Czytelnicy dowiadują się o rozwikłaniu tej zagadki jako pierwsi!

I kolejna zagadka wydaje się być dzięki temu odgadnięta. O ile bowiem w przypadku macewy Stanisława Heymana autorstwo Abrahama Ostrzegi nie budzi raczej wątpliwości, o tyle nagrobkowi Racheli taka pewność dotąd nie towarzyszyła. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodziłby rok 1910 – rzeźbiarz był wtedy jeszcze młodym i nikomu nieznanym studentem. No, ale jeżeli rzecz miała miejsce dwadzieścia lat później, to całkowicie zmienia jej postać! Ostrzega jak najbardziej mógł wykuć grupę żałobników płaczących w cieniu palmy: klasa dzieła dodatkowo uprawdopodabnia takie przypuszczenie. Lecz całkowitej pewności nie mamy. Może to i lepiej. Mgiełka niejasności tworzy wszak doskonały entourage dla romantycznych rozmyślań.

To wszystko jednak drobiazgi. Naprawdę liczy się tylko jedna, największa tajemnica: DLACZEGO? Dlaczego reb Awraham Jicchak zdecydował się na tak kontrowersyjny sposób uczczenia pamięci córki? To, że jako człowiek bogaty, właściciel hurtowego składu papieru, miał środki na opłacenie wybitnego rzeźbiarza, tłumaczy jedynie metodę jego działań, ale nie motywy. Skąd wziął natchnienie i co mu dało odwagę, by tak radykalnie wyłamać się z konserwatywnej społeczności łódzkich Żydów? Fakt, że był w pewnym stopniu asymilowany (o czym świadczy polska fraza na nagrobku) i prawdopodobnie wyznawał poglądy syjonistyczne (na co wskazuje, stylizowana bo stylizowana, ale jednak gwiazda Dawida na szczycie palmy)? Trop raczej fałszywy: cmentarz przy Brackiej pełen jest macew z polskimi napisami i z gwiazdami Dawida. Więc dlaczego?

Viator ma swoją teorię na ten temat. Rozpacz. Rozpacz i bunt przeciw Najwyższemu powodowały Awrahamem Jicchakiem. Wcześniej stracił już żonę, a mała, ośmioletnia zaledwie Ruta, matkę. Frajndla Laia odeszła po piętnastu latach małżeństwa, w czterdziestej piątej wiośnie życia. Dziś powiedzielibyśmy: zmarła młodo. Ale i wtedy nie był to bynajmniej wiek podeszły, powołajmy się raz jeszcze na Psalmistę, który mówi: Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt / A gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt. Frajndli Lai sił zabrakło. A Ruta-Rachela miała ich jeszcze mniej. Nie zdążył się Awraham Jicchak nacieszyć żadną z nich. Spoczęły obie w kwaterze W, na lewo od głównej alei. Zaś oszalały z rozpaczy mąż i ojciec, zamiast poddać się woli bożej i recytować pokornie Szema Jisrael, pogroził Niebiosom pięścią, wołając jak prorok Jirmijahu: Ilekroć przemawiam, muszę krzyczeć i wołać: Gwałt i zniszczenie! I tak słowo Pana stało mi się hańbą i pośmiewiskiem na co dzień. A gdy pomyślałem: Nie wspomnę o nim i już nie przemówię w jego imieniu, to stało się to w moim sercu jak ogień płonący, zamknięty w moich kościach. Ogień rozpaczy trawił kości Awrahama Jicchaka, a on wyzywał Pana na pojedynek. Nagrobek ocierający się o bluźnierstwo był li i jedynie prowokacją, mającą skłonić Najwyższego do udzielenia odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi.

Tak to sobie wyobraża Viator, ale jak było rzeczywiście? Salomon Akawie, brat Ruty-Racheli przeżył Wojnę. Może jego potomkowie do dziś mieszkają nad brzegami Jordanu lub gdzieś za wielką wodą? Może oni znają prawdę? A może nie poznamy jej nigdy? Czy musimy? Czy warto? Jeszcze jedno pytanie, na które nie ma odpowiedzi?

6 FryzAniołowie, Wysłańcy Pokoju Gorzko Zapłakali nad grobem Racheli, siostry przyjemnej. Naszej siostry w człowieczeństwie.
Zapłaczmy i my.

Slaski Kopciuszek

Ewa Maria Slaska

czyli o zamiłowaniu do czytania napisów

Przyjechałam do Opola w smętne popołudnie wyborcze. Spotkałam się z kim trzeba, ustaliłam co trzeba na dzień następny, odstawiłam walizkę w akademiku, zagłosowałam i poszłam na leniwy niedzielny spacer. Nie miałam nic do roboty, po prostu chodziłam, oglądałam i… czytałam. Opole to miasto do czytania. Jest tu dużo napisów i jeszcze więcej podpisów.

napisy1Zdjęcia są za małe i nie widać. Na czerwonej kartce na słupie został naklejony zakaz naklejania!

wybierajdudeTu z kolei równie nieczytelny przedsmak wyborczego wieczoru. Wśród karteczek naklejonych bez ładu i składu (ale wybitnie patriotycznie!), na dole, na poziomie bruku, obszarpany kawałek gazety zachęcający, żeby wybierać Dudę.
Może stąd wieczorne ogłoszenie wyników nie było zaskoczeniem. Po prostu wiedziałam, że wygra Duda.
Głos ulicy jest głosem ludu, a głos ludu nie może się mylić.

Opole bardzo mi się podoba. Jest ładne, czyste, miłe dla przechodnia. Nic tu nie straszy. Najładniejszą częścią tego nader ładnego miasta jest wzgórze z rzeźbami. Rzeźb różnych ważnych dla kultury ludzi, zjawisk i postaci jest dużo, w Gdańsku siedzi na ławeczce Oskar Matzerath, w Warszawie – Osiecka, w Łodzi – Tuwim,  w innych miastach są krasnoludki i gęsiarki, we Wrocławiu anonimowi przechodnie wchodzą i wychodzą z podziemia, w Berlinie dzieci wyjeżdżają na wieś w ucieczce przed nalotami aliantów, w Opolu stoją i siedzą na Wzgórzu Uniwersyteckim Niemen, Osiecka, Grechuta, Starsi Panowie, Grotowski, a od wtorku doszlusował do nich Osmańczyk, którego ja jeszcze zobaczyłam opakowanego w groszkowaną folię plastikową.

rzezbynagorce4male rzezbynagorce grechutaWiększość tych rzeźb widziałam już kilka lat temu, ale widocznie nieuważnie patrzyłam, bo nagle kawałeczek dalej, wśród muz, jako muza Terpsychora, pojawia się pomnik pięknej pani z harfą, którego przed kilku laty nie widziałam, a na pewno już tu stał.

slaskikopciuszek (2)Zwracam jednak uwagę na tę rzeźbę nie z uwagi na jej walory artystyczne, tylko przez napis, który głosi że jest to SLASKI KOPCIUSZEK. Oczywiście wiem, że kreseczki i ogonki nad i pod literami po prostu szybciej się zatarły niż same napisy, ale przyznaję, że zawsze z przyjemnością znajduję w różnych miejscach na Śląsku moje nazwisko, bo kreseczki zniknęły. Najczęściej robi to oczywiście internet, gdzie są miliony takich nazw jak Slaska Biblioteka Publiczna i Slaski Wywóz Śmieci, ale czasem Slascy i Slaskie bez kreski nad S i ogonka pod A pojawiają się także w realu.

napisy2Po powrocie do Berlina sięgam do internetu, żeby się dowiedzieć, kim była owa pani, nazywana SLASKIM KOPCIUSZKIEM? I czytam o niezwykłej, bajkowej historii. Jak to miło, że bajki czasem się zdarzają naprawdę! Poniższy tekst zaczerpnęłam z Wikipedii, nieco go  skracając i dodając mu nieco literackiego polotu.

Joanna Schaffgotsch z domu Grycik (niem. Johanna Gräfin von Schaffgotsch, ur. 29 kwietnia 1842 w Porembie, obecnie dzielnicy Zabrza, zm. 21 czerwca 1910 w Kopicach) – dziedziczka fortuny Karola Goduli, nobilitowana w 1858 roku z dodaniem do nazwiska von Schomberg-Godula, żona hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha. Czasami jej nazwisko jest pisane w formie Gryzik. Znana jako śląski kopciuszek.

Ojciec Joanny, komornik, zmarł, gdy dziewczynka miała trzy lata, mama nie miała ochoty zajmować się dzieckiem i Joannę wychowała służąca w majątku Karola Goduli. Właściciel majątku był człowiekiem nadzwyczajnie wręcz majętnym, ale ponurym i nielubianym, a ponieważ zajmował się po amatorsku chemią, lud uważał go za wcielonego diabła. Tymczasem mała Joanna nie bała się mrukliwego brzydala, czym zaskarbiła sobie jego łaski.

Pamiętacie Szaleństwa Panny Ewy? To taka historia!

Godula zaopiekował się sierotką. Wprawdzie zmarł, gdy Joasia skończyła zaledwie 6 lat, ale…

Ustanowił ją swą uniwersalną sukcesorką, a swych krewniaków, do których nie miał zaufania, zadowolił jedynie legatami pieniężnymi. Joanna odziedziczyła: 4 kopalnie galmanu i połowę udziału w kolejnej, 6 kopalni węgla, 4 majątki ziemskie − Szombierki-Orzegów, Bobrek, Bujaków oraz Chudów-Paniówki − łącznie prawie 70 tys. mórg pola i prawie 3,5 tys. mórg lasu. 6 października 1858 roku król pruski Fryderyk Wilhelm IV Hohenzollern nadał jej szlachectwo zmieniając nazwisko na Gryzik von Schomberg-Godula i nadał herb. Znalazły się w nim błękit i złoto, barwy Górnego Śląska oraz górniczy młotek i pyrlik, aby każdy z potomków wiedział skąd wzięła się fortuna Joanny.

Dodajmy dla wyjaśnienia, bo wikipedia tego w tym miejscu nie wyjaśnia, że ów galman to ruda cynku, na masową skalę wydobywana na Górnym Śląsku w XIX wieku, co przyczyniło się do znacznego uprzemysłowienia tego regionu, a więc również wzrostu jego bogactwa. A pyrlik… No, pyrlik w ogóle nie ma odpowiednika w polszczyźnie. Jest to rodzaj narzędzia górniczego przypominającego duży młotek. Razem z żelazkiem, które wygląda jak młotek!, stanowi herb górniczy.
Po lewej pyrlik, po prawej – żelazko.

15 listopada 1858 roku Joanna została żoną hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha z Cieplic (w 7 pokoleniu potomka generała Hansa Ulryka Schaffgotscha i piastowskiej księżniczki z Brzegu Barbary Agnieszki). Różniło ich wszystko − on raczej niemajętny (rodową fortunę odziedziczył stryj) ze wspaniałym nazwiskiem i koligacjami z europejskimi dynastiami, a ona córka służącej, ale za to bajecznie bogata, z dopiero co zdobytym tytułem szlacheckim.

Choć mariaż był planowany, to podobno okazał się niezwykle udany. W szczęściu i wzajemnej miłości przeżyli ze sobą kilkadziesiąt lat.

Ach te bajki, które się spełniły!

W Kopicach koło Grodkowa małżonkowie wybudowali bajkowy pałac, gdzie mieszkali aż do śmierci. Był to zamek średniowieczny, przebudowany w 1864 r. według projektu architekta Karla Lüdecke z Wrocławia oraz mistrza budowlanego Konstantego Heidenreicha z Kopic. Po przebudowie pałac zyskał charakter neogotycki z elementami neorenesansowymi.

Przed śmiercią Joanna podzieliła swój majątek równo pomiędzy  dzieci i wnuki.

Zmarła 21 czerwca 1910 roku w swojej ukochanej rezydencji w Kopicach. Pochowano ją w mauzoleum rodzinnym obok miejscowego kościoła. W 1945 żołnierze radzieccy wyciągnęli stamtąd ciało jej i męża i sprofanowali. Zwłoki zostały następnie pochowane w zbiorowej mogile obok mauzoleum.

Pałac zniszczał.