Barataria 35 Leśmian 15 Sindbad 7

Ewa Maria Slaska

Tam, w krajach nieznanych…

…wszystko jest zaklęte i zaczarowane. Na każdej wyspie rozkwita inna baśń. W każdej baśni przebywa inna królewna.

To ostatnia już podróż Sindbada. On tego oczywiście nie wie, ale my, czytelnicy, wiemy, że to koniec, zbliżamy się przecież do końca książki. Książka i film posiadają bowiem tę specjalną moc, która na zawsze przepełniła nas przekonaniem, że każda przygoda, chćby najgorsza, ale niestety i najświetniejsza, zawsze się skończy. Choćby miała to być tylko po prostu tylna okładka książki bądź napis the end. Nawet nie happy.

Tym razem w podróż do krajów nieznanych wyruszają z Sindbadem jego wuj Tarabuk, poeta, pokryty własnymi wierszami wytatuowanymi na całym ciele i jego osobisty tautuażysta, określany przez naszego bohatera mianem “Chińczyk”. Wsiadają na statek, jak zawsze w ostatniej chwili (pochyla się nad nimi nieznana wówczas jeszcze z imienia, ale przecież wszechobecna w ludzkim życiu, muza Prokrastynacji). Jak zawsze Diabeł Morski przemyślnie sprawił, iż jeden z nich, a był to tym razem wuj Tarabuk, trzymał w dłoni jego zwiastujący nieszczęścia list.

Jeśli nie dostaje nam wyobraźni, to powiem, że wuj (będący zapewne autoironicznym portretem samego Leśmiana) już w początkach opowieści był niezbyt powabny – niski, brodaty, poczochrany, teraz jednak, pokryty drobniutkimi jak ziarnka maku literkami swych cudownych poematów, stał się wręcz odrażający i, jak to stwierdzili marynarze, przypominał jako żywo dziecię diablicy i orangutana. Wiemy co się stanie: wuj a z nim Chiżczyk i Sindbad zostaną zmuszeni do opuszczenia statku. Tym razem jednak, zanim do tego dojdzie, pojawi się okręt niosących zagładę Purpurowych Feministek. O tak! Pewnie je wyśnił król Mirakles z poprzedniej opowieści. Wybudzony przez Sindbada z błękitnego snu, natychmiast zasnął znowu, by śnić sen purpurowy…

Kapitan spojrzał przez lunetę:

Widzę okręt, zwany Purpurowcem. Załoga jego składa się z okrutnych kobiet-olbrzymek, które zajmują się rozbojem na morzu. Warkocze ich są purpurowe, a twarze piękne i straszne zarazem. Kobiety owe napadają na zbłąkane okręty, biorą w niewolę załogę i sprzedają swych niewolników czarodziejom, którzy zamieszkują wyspy zaklęte. Trudno im stawić opór, gdyż są nadzwyczaj silne. Nic nam jednakże nie pozostaje, jak tylko walczyć do ostatniej kropli krwi! Bądźmy mężni i odważni! Nie ulęknijmy się przemocy tych olbrzymek! Wstyd bowiem okazać się tchórzem wobec kobiet!

O siostry z różowymi parasolkami, zbierające podpisy pod akcją Ratujmy kobiety!

Na pokładzie Purpurowca widniały groźne postacie olbrzymek, które właśnie zaplatały swe purpurowe warkocze, aby im nie przeszkadzały w boju. Zaplatały je szybkimi ruchami białych, cudownych dłoni. Oczy olbrzymek płonęły niby gwiazdy. Wkrótce Purpurowiec zbliżył się do nas o tyle, żeśmy mogli dosłyszeć śpiew strasznych olbrzymek.
– Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! – śpiewały olbrzymki. – Bystry Purpurowiec unosi nas na wzburzonych falach. W świetle czerwonych latarni płoną nasze warkocze szkarłatne. Zaplatajmy je co prędzej, aby nam nie przeszkadzały w bitwie. Morze, głębokie morze, bezbrzeżne morze! Dziwaczny Purpurowiec kołysze się na grzbietach fal. Noc nadchodzi. Światło czerwonych latami zabarwia ciemność dokolną. Zaplatajmy co prędzej nasze warkocze szkarłatne. Zbliża się godzina bitwy. Zwycięski Purpurowiec piętrzy się w ciemnościach nocnych. Biada naszym wrogom!

Każdy autor baśni, czy będzie to Szeherezada czy autorzy scenariusza Gry o tron, sięga po utrwalone wzorce opowieści. Purpurowe kobiety o rudych warkoczach siejące postrach wśród mężczyzn to oczywiście Amazonki, ale nie tylko… Najwspanialsza rudowłosa wojowniczka żyła naprawdę. Niestety skończyła tragicznie, ale jej życie było znacznie bardziej fascynujące niż archetypiczne mity: Boadicea czyli Budika.

Urodziła się w 22 roku naszej ery, zmarła w roku 61. Jej imię, pisze Wikipedia, oznacza Zwycięstwo. królowa Icenów zamieszkujących wschodnią Brytanię. Wykorzystując nieobecność rzymskiego namiestnika Brytanii, Swetoniusza Paulinusa, około 60 roku n.e. wznieciła powstanie przeciw Rzymianom, odpowiadając w ten sposób na falę terroru i poniżeń, jaka stała się udziałem Icenów po śmierci jej męża Prasutagusa. Ona sama została wychłostana, obie jej córki publicznie zgwałcone. Boadicea dramatycznie przegrała powstanie: w ostatecznej bitwie zginęło 80 000 Brytów (w tym również kobiety i dzieci) i zaledwie 400 Rzymian. Boadicea popełniła samobójstwo.

Była bardzo wysoka i wyglądała groźnie. Patrzyła srogo, a mówiła ochryple. Wspaniałe włosy bujnie spływały aż po biodra. Do ubioru − niezmiennie nosiła wspaniałą złotą kolię wokół szyi i wielobarwną tunikę. Na tym gruby płaszcz spięty broszą. Gdy przemawiała, chwytała włócznię, aby jeszcze bardziej przestraszyć patrzących.

— Kasjusz Dion Kokcejanus “Historia rzymska” 62, 2

Jeśli zadawałam sobie pytanie, czy pisząc o Purpurowych Wojowniczkach Leśmian mógł znać historię wspaniałej rudowłosej Brytyjki, Wikipedia mi odpowie, że tak – mógł:

Pomnik Boudiki, przedstawiający ją na rydwanie wraz z dwiema córkami, został stworzony w XIX wieku i stoi dziś przy moście westminsterskim. Jest jednym z najbardziej znanych symboli Londynu.

William Cowper (1782) poświęcił jej balladę zatytułowaną Boadicea, również Enya oddaje jej cześć w utworze również zatytułowanym Boadicea (album The Celts), Alfred Tennyson poemat, a Fletcher i Beaumont napisali tragedię Bonduca, opartą na Kronikach Holinsheda, której premiera odbyła się przed 1619 rokiem. W 2003 roku wydana została bestsellerowa tetralogia pt. Boudica, epicka opowieść o losach Boudiki, bazująca na faktach historycznych. Jej autorką jest Manda Scott. Powstał również film pod tytułem Boudica (w USA The Warrior Queen) z 2003 roku. W Civilization V: Bogowie i królowie Boudika jest liderką cywilizacji Celtów.


Statek, na którym płyną Sindbad, wuj i Chińczyk, przegrywa, zresztą z winy nieszczęsnego wuja-poety, walkę z olbrzymkami. Kobiety zabierają ich na Wyspę Szmaragdową – Irlandia? Szmaragdowa Wyspa Elfów? Niestety, to nie elfy zamieszkują tę wyspę, lecz przybywają tu czarnoksiężnicy, którym na targu olbrzymki sprzedają jeńców. Naszą trójkę kupił potworny czarnoksiężnik Barbel o pysku mopsa i przeniósł ich magicznym zaklęciem do swego zamku.

Znaleźliśmy się nagle w komnacie pałacowej o ścianach pozłocistych (…). W głębi komnaty stały trzy otomany: jedna zielona, druga błękitna, trzecia złota. Na zielonej leżała królewna w szatach zielonych, na błękitnej – królewna w szatach błękitnych, a na złotej – królewna w szatach złocistych. Wszystkie trzy królewny zdawały się być nieruchome, drętwe i jakby nieżywe.
W kącie komnaty stał trójnóg, na którym płonął ogień różowy. Ogień ów, zamiast syczeć, wydawał dźwięki melodyjne i taneczne. Czar tych dźwięków był tak nieodparty, żem poczuł w całym ciele niezwalczoną chęć tańca. Barbel pozbawił nas więzów i rzekł:
– Spójrzcie na te trzy królewny, które leżą na trzech otomanach. Są one piękne, ale nieruchome. Sen, podobny do snu wiekuistego, obezwładnił ich ciała. Powołać je do życia można tylko z pomocą tańca. Czy słyszycie muzykę cudowną, która się dobywa z głębi płonącego na trójnogu ognia? Ogień różowy gra im do tańca, lecz trzem królewnom brak trzech tancerzy i dlatego też spoczywają na otomanach – nieruchome, drętwe i nieżywe. Nabyłem was w tym celu, abyście spełniali przy królewnach czynność wiernych tancerzy. Zbliżcie się do nich i zaproście je do tańca, a natychmiast ożyją i powstaną, i wesprą się na waszych ramionach, aby wespół z wami wirować w tańcu zaklętym.

To kolejne senne królewny w leśmianowskiej opowieści. Najpierw była Urgela, potem Chryzeida, teraz były już trzy – błękitna, zielona i złota.

Królewny powstały ze swych otoman i pochyliły się ku naszym ramionom. Ujęliśmy je wpół i rozpoczęliśmy taniec zaklęty. Upojony melodyjnymi dźwiękami płonącego ognia zwiewnie wirowałem po komnacie wraz z moją królewną błękitną. Chińczyk tańczył ze zwinnością wiewiórki i tak szybko, że złota królewna zdawała się migotać w jego objęciach. Wuj Tarabuk potykał się co chwila o zieloną szatę swej damy, ale tańczył mimo to z wielką starannością i sumiennością.

Było im pisane pląsać tak aż do upadłego, a tańca nie dało się przerwać. Mieli tańczyć, póki wyczerpani nie skonają ze zmęczenia. Ich tancerki wcale zresztą nie były prawdziwymi królewnami – zielona była płaczącą wierzbą, niebieska – strumieniem, a złota – złotą rybką igrajacą w falach potoku. Jako młode kobiety były piękne, ale przeogromnie nieszczęśliwe i zmęczone nieustannym tańcem, którym zabijały swoich partnerów. Jedno tylko mogło zniweczyć zły czar – trzeba było zdmuchnąć różowy zaklęty ogień… Jednak jak dotąd żadnemu z tancerzy się to nie udało, również Chińczyk i Sindbad ponieśli porażkę, gdy tymczasem pokraczny i dziwaczny wuj Tarabauk… O tak, to poeta zdmuchnął płomień i uwolnił ich wszystkich z mocy Zła! Znaleźli się w nieznanej dolinie, pełnej kwiatów i krzewów, gdzie ocieniony gałęziami wierzby z wolna płynął strumyk, a w nim pląsała radośnie złota rybka. Uciekli czym prędzej, dotarli na brzeg wyspy, gdzie akurat (pamiętamy ta słowo? akurat) przepływał statek.


To już koniec przygód Sindbada żeglarza. Powrócili z wujem do domu (czyli do swoich stu pałacy w stu ogrodach). Trzeba jeszcze tylko napisać, jakie były ich dalsze losy. Otóż załoga okrętu, którym wracali do Persji, składała się z rozmaitych osób. Uwagę naszych poszukiwaczy przygód zwróciła pewna piękna dziewczyna oraz pewna wiekowa już, ale bardzo miła jejmość. Dziewczyna okazała się córką jednego ze sławnych podróżników, zaś jejmość – wdową po kupcu perskim. Dziewczynie było na imię Arkela, zaś jejmości – Barabakasentoryna. Arkela oczarowała Sindbada, który oświadczył się jej niezwłocznie i został przyjęty. Wuj Tarabuk zachwycił się otyłą nieco postacią Barabakasentoryny. Idąc w  ślady siostrzeńca nie zwlekał ani chwili, jeno od razu wyjawił jej chęć ożenku. Narzeczona zażądała jednak usunięcia z ciała poety paskudnego tatuażu. Nie pomogły tłumaczenia, że to wiekopomne dzieło poetyckie. Nie znoszę książek i nigdy ich nie czytam – oznajmiła Barabakasentoryna, podając poecie wonne zioła, zmywające każdą plamę.

Odtąd żyliśmy spokojnie w pałacu rodzinnym. Diabeł Morski już nie nawiedzał mię we śnie i nie kusił do podróży, ponieważ stałem się człowiekiem żonatym i poważnym.
Wuj Tarabuk od czasu do czasu próbuje pisać wiersze, ale Barabakasentoryna drze je na drobne kawałki, bo nie znosi poezji. Wuj pozwala jej na wszystko i nigdy się jej nie sprzeciwi.
Sam jej przynosi każdy świeżo napisany wiersz i mawia zazwyczaj:
– Moja droga Barabakasentoryńciu! Przynoszę ci tu wierszyk, abyś go mogła zawczasu zniszczyć.
I Barabakasentoryna niszczy bezlitośnie utwory wuja.


Imaginacja to czy upoetyzowana opowieść o życiu poety…? Chyba póki co – tylko zabawa literacka. Z biografii Zofii z Chylińskiech Leśmianowej, wykształconej w Akademii Juliana w Paryżu malarki, wynika, że Sindbad żeglarz powstał jeszcze w czasie, gdy Zofia i Bolesław byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Już wkrótce potem bywało różnie, o czym więcej TU. Ale nawet wtedy, gdy działo się źle, Zofia bardzo szanowała twórczość swojego męża. Ba, sam Leśmian napisał w liście do Miriama: Pod względem twórczości jest mi teraz tak dobrze, jak nigdy. Pracuję co dzień. Zawdzięczam to mojej żonie, która mnie z upadków moich własnoręcznie podniosła (…). Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy.

Z reguły starałam się odkryć cztery reguły, które wynikają z przytoczonej opowieści o kolejnej awanturze Sindbada, teraz, na zakończenie, pokuszę się o cztery Wielkie Kategorie Logiczne bajek pana Leśmiana, a może w ogóle każdej bajki:

Zacznę od ostatniej, ale za to najważniejszej:

  1. Wszystko wspaniale – brak tylko pieniędzy. Czyli, jak głosiła Maria Trapp w Dźwięku muzyki: My nie jesteśmy biedni, my tylko nie mamy pieniędzy
  2. Każda bajka się kończy, każda bajkowa księżniczka znika, przedtem jednak zdąży nam pożreć ostatnie bajkowe brylanty. Czyli nie zapominajmy, że najczęściej życie nam da wybór – albo wolność i klepanie biedy, albo niewola i bogactwo. A poza tym, że zacytuję popularny przed laty żarcik: ile się tych żab trzeba nacałować, żeby trafić na księcia lub księżniczkę.
  3. Potwory nas przestaną nawiedzać i kusić przygodą, jeśli się ustatkujemy, co być może oznacza również, że jeśli nie spoważniejemy, wciąż będziemy przeżywać przygody. Ale może jest na odwrót, jak z kolei głosiła moja babcia, zresztą chyba rówieśnica Marii Trapp: trzeba się najpierw porządnie sparzyć na kontaktach z księżniczkami i książętami, aby docenić zwykłego męża i zwykłą żonę.
  4. I wreszcie moja własna mądrość: nie łudźmy się, nawet jeśli nam się trafi książę lub księżniczka, zamieni się przy nas w żabę, a różnica między czarodziejką i czarownicą (a i czarodziejskim księciem i czarownikiem Gargamelem) to jakieś dwadzieścia lat. Przyzwyczajenia…

Ze świata podręcznych 6

Zosia pyta…

Konsultantkę ds. Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie
w Ogólnopolskim Pogotowiu dla Ofiar Przemocy w Rodzinie “Niebieska Linia”

​Szanowna Pani,

w nawiązaniu do rozmowy z dnia 25 sierpnia z pracownikiem “Niebieska Linia” proszę o konsultację prawną, jednocześnie przesyłam nagranie z interwencji policji, która miała miejsce w domu mojej matki w dniu 25 sierpnia.

Tego dnia byłam u matki, czyli osoby, dla której uruchomiono procedurę Niebieskiej Karty. Przyszłam aby być przy niej podczas odwiedzin lekarza. Tuż po wyjściu lekarza zostałam zaatakowana drzwiami, czego świadkiem była moja matka. To już trzecia napaść na mnie ze strony sprawcy: w dniu 11 lipca zostałam przez niego pobita i poturbowana, sprawca groził mi ostrym narzędziem, druga napaść zdarzyła się w kilka tygodni później, kolejna – 25 sierpnia.

Podczas tych zajść wzywałam policję,  która jednak zachowywała się sprzecznie z rozumieniem ustawy o ochronie przed przemocą.

A oto moje pytania

1. czy policja nie powinna sprawdzi​ć​ poziomu alkoholu we krwi​ u sprawcy przemocy

2. czy wezwani funkcjonariusze policji mogą zachowywać się przyjacielsko w stosunku do sprawcy przemocy, a to się właśnie zdarzyło 25 sierpnia; policjanci mówili do sprawcy po imieniu: Marcin, Marcinek

3. Czy przesłuchanie mnie jako ofiary i mojej matki jako świadka napaści powinno odbywać się w obecności sprawcy przemocy, który cały czas komentuje moje wypowiedzi?

4. Czy policja nie powinna zabrać ze sobą sprawcy przemocy?

5. Czy rzeczywiście to mnie policja powinna pouczać, jak mam się zachowywać w swoim domu? Czy rzeczywiście policja ma prawo oczekiwać odpowiedzi na pytanie, ile czasu będę tu  przebywać?

Informacje wyjaśniające sytuację: sprwca, ML, ma lat 41, jest moim bratankiem czyli wnukiem mojej matki. Mieszkanie, w którym mieszkają matka i bratanek jest moją własnością. Bratanek nadużywa alkoholu. W latach 2013-2105 ML odbył karę więzienia za znęcanie się nad moją matką. Po odbyciu kary powrócił do tego samego mieszkania. Sprawca jest pod opieką kuratorską.

5. Czy tak powinno być? Dlaczego jest to w ogóle możliwe, że sprawca po odbyciu kary wraca tam, gdzie może nadal znęcać się nad ofiarą?

Moja matka boi się wnuka, nie ma odwagi powiedzieć, czego była świadkiem, boi się, że będzie się nad nią znęcał.

Aczkolwiek uważam, że nie jest to właściwe rozwiązanie, bo to sprawca powinien opuścić mieszkanie, a nie ofiara, chciałam zabrać matkę do siebie. Jednak to jest jej miejsce życia i matka, osoba 88-letnia, ciężko schorowana, nie chce go opuścić.

Toczy się sprawa o eksmisję sprawcy, ale jak na razie bezskutecznie, bo bratanek jest zameldowany w tym mieszkaniu.

6. Dlaczego  zameldowanie sprawcy jest ważniejsze niż przepisy ustawy o przeciwdziałaniu przemocy? Dlaczego jest ważniejsze również niż moje decyzje, a to przecież ja jestem właścicielką mieszkania.

To tylko kilka pytań, jest ich oczywiście znacznie więcej. Uprzejmie proszę o poradę, co mam robić i jak się bronić, jakie kroki można podjąć w tej sytuacji?

Z wyrazami szacunku,

Z.

Aby przeciwdziałać przemocy podjęłam się upublicznienia naszej historii oto ona:https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/08/25/ze-swiata-podrecznych-5/

Blog znanej pisarki i dziennikarki Ewy Marii Slaskiej stał się miejscem swoistego pamiętnika wydarzeń z życia trzech kobiet, które dotknęła przemoc, jestem jedną z nich.


PS poza protokołem do Niebieskiej Linii, bo to, co poniżej, jest tak absurdalne, że aż żenujące: kilka dni temu, podczas kolejnej rozmowy, komisarz policji powiedział mi, że “dobrze by było, gdybym przychodziła do matki ze swoją miską do mycia nóg, wtedy nie będzie zarzewia do awantury”.


Moi państwo, gdy przygotowywałam ten wpis, znalazłam w sieci komentarz mojej facebookowej koleżanki:

Kobieta w Polsce to śmieć. O nieszczęście na pewno “sama się prosiła”. 30-latek. który regularnie gwałcił 12-letnią dziewczynkę nie został zatrzymany, dziecko opowiedziało swoją dramatyczną historię dziennikarzom, organy ścigania nie dopatrzyły się wcześniej przestępstwa, bo dziecko było podobno “z marginesu”. Pogotowie w Poznaniu nie przyjęło zgłoszenia w sprawie nieprzytomnej nastolatki, która zatruła się narkotykami, pomogły dopiero kolejne interwencje, dziewczyna jest w stanie krytycznym. Ciało 20-letniej Kai leżało kilkanaście dni w wersalce w mieszkaniu mordercy, gwałciciela osądzonego wcześniej w Wielkiej Brytanii, ponieważ policjantom nie chciało się sprawdzić, co sąsiadom “nieładnie pachnie” w lokalu obok. Dziewczynę, samotną matkę małego dziecka, odnaleźli dopiero zrozpaczeni krewni. Sąd nie wniósł o areszt dla jednego z bandytów, którzy przyczynili się do śmierci 25-letniej kobiety z Łodzi 10 dni torturowanej i gwałconej przez swoich oprawców.
Tyle relacji z kilku ostatnich dni z kraju, w którym obywatele modlą się do kobiety, Matki Boskiej.

A ja dodam od siebie, że kobieta – premier tego kraju modli się na twitterze. Czytaj

Inna informacja – z radia zet:

Każdego tygodnia w Polsce z powodu przemocy domowej giną 3 Polki. Co 7 dni umierają 3 matki, które zwykle pozostawiają w osamotnieniu osierocone dzieci. Rocznie śmiertelnych ofiar agresji w rodzinie jest około pół tysiąca. Nieco ponad 80 tys. kobiet ma odwagę powiadomić służby o tym, że są maltretowane, wyzywane, bite i upokarzane przez najbliższych członków rodziny. Reszta woli milczeć i godzi się z tym, co je spotyka. Szacuje się, że ofiar przemocy w rodzinie jest około 100 tys. rocznie. Policjanci w 2016 roku wypełnili jednak nieco ponad 73,5 tys. niebieskich kart.

Wiele osób zwyczajnie wstydzi się mówić publicznie o napadach agresji wśród najbliższej rodziny. Przez lata uważało się w naszym kraju, że przemoc domowa dotyczy wyłącznie środowisk patologicznych, żyjących w skrajnej nędzy lub ubóstwie. Rzeczywistość jest jednak dużo bardziej skomplikowana.

Barataria (32) Leśmian (12) Sindbad (4)

Ewa Maria Slaska

Zapowiedź śmierci

Tym razem Sindbad dostał się na wyspę, bo akurat w pobliżu kolejnej wyspy zgraja Pił napadła okręt, którym płynął w nieznane, i

… sprawnie przepiłowała dno. Załoga przesłaniała dziury, jak i czym można było, ale walka była zbyt trudna. O ile bowiem łatwo sobie z jedną Piłą poradzić, o tyle trudno z gromadą. Zresztą doraźne zasklepienie i zalanie smołą przepiłowanych szczelin i otworów nie pomaga, gdyż niestrudzona i niczym niezrażona Piła przepiłowuje je na nowo ze zdwojoną szybkością. Zwątpiliśmy o ocaleniu! Woda strumieniami wrywała się do okrętu, szumiąc, pieniąc się i sycząc. Okręt szedł na dno. Czekała nas okrutna śmierć wśród Pił.

Na szczęście skacząc udało się załodze, a było na okręcie trzystu chłopa, dostać na ową wyspę, a tam, okazało się, mieszkał karłowaty lud wyglądem przypominający ni to czarne psy ni diabły.

W okamgnieniu roje karłów zakrzątnęły się wokół i natychmiast jedne z nich ustawiły przed nami stół, drugie — zydle, a reszta pobiegła do pobliskiej lepianki, z której wypadła gwarnie, niosąc dziwaczne kielichy i pokrętne butle. Zasiedliśmy do stołu w oczekiwaniu jadła i napoju. Karły podały nam kielichy i ze wstrętnym uśmiechem na twarzy napełniły zielonkawym trunkiem z pokrętnych butli. Trunek ten wydzielał woń tak gęstą, ponętną, upajającą i oszałamiającą, że kapitan i wszyscy marynarze z zachwytem wychylili do dna swe kielichy, zanim zdążyłem ich ostrzec. Byłem pewien, że trunek ten zawierał jakieś zioła senne, które odbierały przytomność i obezwładniały najzupełniej tych, co się nie oparli jego wonnym urokom. Toteż nie opróżniłem swego kielicha. I dobrze uczyniłem. Domysły moje sprawdziły się niebawem. Kapitan pierwszy, a po nim kolejno wszyscy marynarze nabrali dziwnych, obłędnych, nieprzytomnych wyrazów twarzy. A był to obłęd dziwny i nieprzytomność osobliwa, zaczęli bowiem mówić rzeczy tak niespodziane, że włosy dęba stanęły mi na głowie! Oto ni mniej, ni więcej, ale z wielkim znawstwem i amatorstwem jęli doradzać rozmaite przyprawy i sposoby smażenia, najbardziej odpowiadające gatunkowi ich ciał. Zauważyłem z przerażeniem, iż karły nasłuchują uważnie tego, co mówią owi nieprzytomni. Widocznie świadome były naszego języka, chociaż udawały, że nic nie rozumieją.
Kapitan, macając swe pulchne policzki i pomlaskując przy tym językiem, mówił na wpół do nas, na wpół do siebie:— Z takich policzków warto dwa befsztyki na świeżym masełku usmażyć. Z lekka po wierzchu obrzuciłbym je struganym chrzanem i otoczyłbym wieńcem z rumianych, tymże masłem przepojonych kartofelków. Na to jeden ze starych marynarzy, uderzając się po żylastych udach, zawołał:— Z takich udźców szynkę bym uwędził nie na zwykłym dymie, lecz na jałowcowym, gdyż ten ostatni dodaje osobliwego smaku, odsmaku i posmaku. Wówczas jeden z młodszych marynarzy, przyglądając się swym dłoniom kościstym, rzekł z uśmiechem zadowolenia: — Dobry byłby ze mnie rosołek — rosołek na kościach z dodatkiem pietruchy, marchwi, selerów tudzież kilku wonnych liści kapuścianych.

Sindbad uniknął pożarcia przez karły-łakomczuchy i oczywiście spotkał na owej karlej wyspie kolejną przepiękną księżniczkę. Piękna była lecz czarna, co jest oczywistym odwróceniem przez pana Leśmiana słynnego wersu Oblubienicy z Pieśni nad pieśniami. Nigra sum sed formosa. Królewna, podobnie jak nasz bohater, nie wypiła trunku, uniknęła więc śmierci, ale jej ojciec zginął marnie. Przeżył życie jako król, opowiedziała dziewczyna, a umarł jako potrawka z kaparami w sosie śmietanowym. Wcale zresztą nie była naprawdę czarna, przeciwnie biała była jak alabaster, ale jeden z karłów przymusił ją do małżeństwa i pomalował na czarno, żeby go nie oślepiała.

— Jestem dość kochliwy — mówiłem dalej — i bardzo być może, iż pokocham ciebie, gdy poznam bliżej. Trudno mi teraz zapewnić tobie moją miłość, ponieważ czarność twej twarzy przesłania mym oczom całkowity czar twej postaci, myślę jednak, że da się tę czarność odmyć lub odbarwić.
— Nie da się — szepnęła smutnie Armina,
— Czemu? — spytałem.
— Potworny karzeł poczernił mnie taką maścią, że wszelkie odmycie lub odbarwienie może mnie o śmierć przyprawić. Rozwieję się w nic i zniknę ci sprzed oczu jako sen.

Czyli, podobnie jak wszystkie inne królewny z bajek, tak i ta nosiła w sobie swe własne zniknięcie. Wszystkie one, nie tylko te, które spotykał Sindbad, nie istniały naprawdę, były ułudą, tak typową dla mieszkanek Baratarii.

Motyw pastuszka, który żeni się z królewną pojawia się w baśniach, mitach i legendach  założycielskich na całym świecie i jest oczywistą pozostałością matriarchatu. Nie pamiętam już, gdzie przeczytałam tezę, że gdy księżniczka ożeni się z pastuszkiem, podciągnie go na swój poziom i uczyni z niego króla, gdy jednak to król poszuka sobie prostej dziewczyny, zabawi się tylko i zostawi tam, gdzie była, najczęściej z dzieckiem… Zresztą co tam król, w końcu Faust też zabawia się, można by rzec, po królewsku, z Małgorzatą, po czym zostawia ją na pastwę Losu i nieubłaganego Prawa. Ciekawe, że paskudna historia uwiedzenia pobożnej dziewczyny i porzucenia jej z dzieckiem zyskała sobie miano Dzieła!

Wróćmy jednak do naszych baranów. Sindbad i Armina uciekają z wioski ludożerców i  docierają na brzeg wyspy, gdzie akurat przepływa okręt, który zabierze ich na pokład. Tam staje się, co się stać musiało, kapitan okrętu ma akurat przy sobie maść odbielającą (akurat to takie poręczne baśniowe słowo) no i…

Nie byłaż to jednak jedyna wyspa w tej opowieści. Okręt zawiózł bowiem Sindbada do wyspy króla Pawica, gdzie w życiu Sindbada pojawiła się kolejna kobieta nosząca w sobie zapowiedź śmierci. Miała na imię Kaskada i tym razem nie była to księżniczka, lecz zwykła mieszczka, tyle że bardzo ponętna, co jednak nie było zbyt dziwne, bo wszystkie kobiety na wyspie króla Pawica były nadzwyczaj ponętne. Kaskada miała przedziwny obyczaj, że lubiła wbiegać na skały i rzucać się z nich w dół, siłą rzeczy musiała więc nie tylko żyć w zgodzie z imieniem, ale też tak właśnie umrzeć. Niestety w królestwie króla Pawica mąż kobiety, która umarła, musiał zostać wraz z nią pogrzebany w skalnej jaskini. Biedny Sindbad nie wiedział o tym, gdy decydował się na ślub z Kaskadą.

Sindbad nie podaje się tak łatwo, korzystając z faktu, że jest przecież cudzoziemcem, pertraktuje z królem: Czy nie mógłby uzyskać — na przykład — przywilejów zwłoki, przewłoki lub odwłoki? Nie uzyskuje jednak żadnych specjalnych względów. Gdy Kaskada zabije się lecąc ze skały, Sindbad na własnym grzbiecie poniesie w góry szklaną trumnę ze zwłokami żony, a za nim wozy powiozą cały jego ruchomy dobytek. Spuszczą go na dno sztolni grobowej wraz z trumną, po czym zwalą mu na głowę wszystko, co posiadał, na zakończenie zaś obrzędu dadzą mu na drogę w zaświaty siedem bochnów chleba i siedem dzbanów wody.

Tak się grzebało kiedyś władców, a przedtem jeszcze  – władczynie, ze sługami i dobytkiem, a w królestwie króla Pawica królewski pogrzeb przysługuje każdej zmarłej kobiecie. Mąż jest ofiarowanym zmarłej sługą. W bajce nie ma mowy o tym, by w sytuacji odwrotnej postępowano podobnie i jak w Indiach wraz ze zmarłym mężem grzebano jego małżonkę. Nasuwa się tu jednak nieuchronnie myśl, że im mniej posiadasz, tym większą masz szansę, że uniesiesz cało głowę z samego obrządku pogrzebowego.

A jeśli czytelnik pomyśli sobie, że szkoda wrzucać do grobu wszystko, co zmarła posiadała, i że lepiej by było zostawić coś dla dzieci, powiem, że i to znane jest w kulturach świata, na przykład jako indiański potlach (potlacz) czyli przymusowa wymiana lub przymusowe rozdawanie dóbr. Potlacz był przymusową redystrybucją, wzmagał wydajność pracy, ale skłaniał też do zachowania umiaru w posiadaniu. Badacze podkreślają społeczne funkcje potlaczu jako środka wymuszającego wyrównanie szans. Na wyspach melanezyjskich podobny obrzęd nazywał się kula.

Dom do sprawiania obrzędów potlaczu, tzw. Wielki Dom Wawadit’la w Thunderbird Park, w British Columbia, wybudowany przez szefa potlaczów, rzeźbiarza i śpiewaka, Mungo Martina, zwanego Nakapenkem, w roku 1953.

Po kilku dniach błąkania się w podziemnym mieście pełnym szklanych trumien i wszelkiego ludzkiego dobytku, Sindbad trafia na szklaną trumnę stojącą w pustej niszy. Ciało pięknej zmarłej jest nienaruszone. Młoda kobieta trzyma w ręku lutnię. Na wieku trumny wyryty został napis: Rozbij szklaną trumnę uderzeniem pięści, a co ma się szczęścić, to ci się poszczęści.

To już trzecia kobieta w tej opowieści, i najbardziej ułudna z nich wszystkich. Nie zapowiada śmierci, bo wprawdzie jest, ale jej nie ma, nie umrze więc…

Uniosłem pięść do góry i z całych sił uderzyłem w szklaną trumnę. Rozpadła się z jękiem i dzwonieniem na drobne kawałki. W tej samej chwili postać kobiety jakby ocknęła się ze snu. Jedną dłonią przetarła oczy, a drugą zmacała lutnię, jakby chcąc się przekonać, czy jej nie zgubiła. Wreszcie, przyciskając lutnię do piersi, powstała i z wolna zeszła z głazu na ziemię. Wówczas wzrok jej padł na mnie.
— Tyś rozbił trumnę? — spytała głosem tak śpiewnym, że nie śmiałem na razie odpowiedzieć, wydało mi się bowiem, iż winienem w odpowiedzi zanucić jakąś pieśń cudowną. Otrząsnąwszy się z pierwszego wrażenia, odrzekłem:
— Tak — rozbiłem twą trumnę, odczytawszy napis na głazie.
— Należę przecież do ciebie, bo przyrzekłam, iż poślubię człowieka, który rozbiję moją trumnę i przywróci życie memu ciału.
— Dawno temu umarłaś? — spytałem.
— Nie umierałam nigdy — odrzekła.
— Czy nigdy nie żyłaś na ziemi?
— Nie żyłam nigdy.
— Powiedz, kim jesteś?
— Nie jestem. Nie ma mnie wcale. Nie istnieję. Nie umiem istnieć. Umiem się tylko śnić tym, którzy są snu spragnieni. I oto teraz śnię się tobie. Śniłam się dawniej królowi Pawicowi, gdy był jeszcze młodzieńcem, lecz go tak męczył ów sen, że kazał mnie jakiemuś czarownikowi przyłapać na gorącym uczynku zjawiania się we śnie i — przyłapaną — zamknął w szklanej trumnie, którą spuszczono w podziemia i utwierdzono w niszy na tym oto głazie. Wówczas wyśniłam napis, któryś na głazie odczytał, a dość mi wyśnić cokolwiek, aby się to spełniło. Napis się spełnił. Obiecałam sobie w duchu poślubić tego, kto ów napis odczyta i trumnę rozbije, aby mnie znowu powołać do czynności sennych. Poślubić znaczy dla mnie tyle, co śnić się. Będę się tobie odtąd śniła wiernie, posłusznie i dozgonnie. Będę ci we śnie grała na mojej lutni pieśni rozmaite. A lutnia moja jest dziwna — dość pieśnią wzruszyć jej struny, aby żarzyły się blaskiem rozmaitym, który wszelkie mroki rozwidnia. (…)
— Nazywam się Urgela.
Powtórzyłem kilkakroć jej imię, aby je zapamiętać, ona zaś, grając, prowadziła mnie dalej po korytarzach podziemnych. Struny pod dotykiem jej smukłych palców rozbłyskiwały tysiącem rozmaitych świateł. Posuwaliśmy się naprzód to w szkarłatnym, to w zielonym, to w błękitnym oświetleniu, aż wreszcie zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ujrzałem skaliste wschody, prowadzące do otworu, przez który przenikało światło słoneczne. Pod wpływem promieni słonecznych postać Urgeli zbladła, a dźwięki jej lutni stały się stłumione i jakby dalekie. Wspiąłem się po wschodach ku górze. Urgela szła za mną. Po chwili wydostałem się przez otwór na powierzchnię ziemi i radośnie stanąłem w słońcu, gdyż było właśnie południe. Obejrzałem się za siebie. Urgela stała przede mną zaledwo widzialna, zaledwo zarysowana na błękitnym powietrzu. Dźwięki jej lutni były już tak dalekie, że nie mogłem ich dosłyszeć. Wyciągnąłem ku niej dłonie, lecz Urgela znikła.

Pozdrowienia z Baratarii…

Frauenblick 15

Monika Wrzosek-Müller

Cherchez la femme Perücke, Burka, Ordenstracht im jüdisches Museum

Die Ausstellung wurde bis zum 27. August verlängert… es lohnt zu gehen, speziell mit einer Führung.

Aufmerksam wurde ich auf die Ausstellung durch ein Plakat geworden, das an mehreren Orten in Berlin hing. Es war die Fotografie eines androgynen Wesens, den Kopf nach vorn gebeugt, halb von hinten, das Gesicht völlig durch die Haare verdeckt, nackt; es sollte quasi wie ein Porträt aussehen. Ich konnte mich nicht entscheiden, ob das ein Jüngling, ein Mädchen oder eine Frau war. Die Haare waren hinten ganz kurz, vorne aber hingen sie wie ein ganz langer Pony. Es löste bei mir ein Gefühl der Unsicherheit aus, zum einem wusste ich nichts über das Geschlecht, und das Gesicht war durch die Haare auch verdeckt, es irritierte mich.

Also ging ich ins Jüdische Museum und sah mir die Ausstellung an, zum Glück mit einer kompetenten Führung. Da die Kuratoren nicht mit Texten und direkter Vermittlung von Wissen arbeiten, hätte ich vielleicht eher hilflos dagestanden.

Zuerst sind es die Augen der Männer, die Blicke, die dich verfolgen. Unter diesen Blicken beginnt das Nachdenken über das eigene Aussehen – und die Haare haben einen wichtigen Platz in diesen Gedanken. An die Wände der Ausstellung werden Zitate aus der Bibel, dem Koran und dem Alten Testament projiziert, die von der Verhüllung des Kopfes sprechen. Eigentlich sollen in allen Religionen die Frauen ihre Haare bedecken, wenn sie aus angesehenen Schichten kommen. Das Haar wird als sehr intim und wichtig für das eigene Aussehen empfunden. In den Vitrinen sind alle möglichen Formen und Arten weiblicher Kopfbedeckungen ausgestellt; für mich fehlen vielleicht Darstellungen der Art und Weise, wie die jüdischen Frauen ihren Kopf bedecken. Es gibt auch Exponate von Ganzkörperbedeckung, den arabischen Hidschab, der im Persischen Parde genannt wird und immer Vorhang, Schleier, Bedeckung bedeutet, es gibt auch Niqab und Burka bis zum weißen Hochzeits- und dem Trauerschleier aus unserer christlichen Kultur, es gibt auch Platz für die Ordenstracht, die Kopfbedeckung der christlichen Nonnen.

Die Ausstellung will vermitteln, wie Frauen zu der Entscheidung kommen sich zu verhüllen oder auch nicht, zugegeben: nicht alle haben die Wahl. Doch der letzte Schliff oder die Eleganz liegt in den Händen der Frau, und es ist nicht zu leugnen, dass die Frauen mit Kopftuch in der Ausstellung sehr anziehend aussehen. Es werden Videos gezeigt, wie man die Tücher auf dem Kopf bindet und richtig arrangiert, damit es perfekt aussieht; ich finde, und vielleicht will die Ausstellung das auch vermitteln, dass wenn die Frauen ihren Kopf so schön und präzis umhüllen, dann wird das Kopftuch nicht mehr zum Element der Unterdrückung der Frau.

Irgendwo im Raum steht dann auch eine Skulptur, eine Installation. Sie wurde von einer persischen Künstlerin, die in Schweden lebt, Mandana Moghaddam geschaffen. Von Weiten ist sie als eine Frauenfigur erkennbar, die gänzlich aus Haaren geknüpft wurde und in einer Glasvitrine steht. Von Nahem sucht man vergeblich nach dem Gesicht, der Blick verliert sich in der Unmenge von Haaren. Sie ist zwar in einem gläsernen Kasten eingegrenzt, doch die Haare kommen unten aus dem Glas heraus. Natürlich ist das eine Anspielung, dieses schöne, kräftige schwarze Haar, das die Frauen in dem Teil der Welt haben und das sie verstecken müssen. Doch die Skulptur drückt viel mehr aus; sie ist kräftig, und zugleicht zerfließt sie, die Gesichtslosigkeit macht sie auch gruselig. Die Künstlerin hat eine Reihe von „Chelgis“, wie sie das Werk genannt hat, geschaffen. Die Chelgis ist eine Figur aus einem persischen Märchen und bedeutet so viel wie „vierzig Zöpfe“. Im Märchen geht das Mädchen mit den vierzig Zöpfen in einen wunderschönen Garten und wird dort von bösen Dämonen eingeschlossen. In der Umgebung des Gartens leiden die Menschen an Wassermangel, weil das Wasser aus den Quellen, die im Garten sind, aufgehört hat zu fließen. Doch die Menschen können die Dämonen nicht töten und nicht in den Garten eindringen. Die einzige Hoffnung für sie ist Chelgis; sie soll das Lebenselixier der Dämonen finden und es zerstören, dann beginnt das Wasser wieder zu fließen. So hängt alles von der Frau ab, sie muss die Dinge des Lebens regeln und die Menschen beschützen. Für die Künstlerin soll die Figur das repräsentieren.

An einer anderen Wand hängt eine Videoperformance einer jungen Künstlerin, Nilbar Güres; sie heißt Undressing, in der sich die Künstlerin von mehreren Schichten von Schleiern befreit, man steht lange vor dem Bildschirm und schaut gebannt zu, wie sie Schicht für Schicht entfernt, und als man fast schon glaubt, sie würde das Gesicht nie entblößen, kommt es zum Vorschein. Andere Videoinstallationen zeigen, wie die Frauen die Kopfbedeckung arrangieren, und Interviews mit einigen zeigen, wie sie sich damit fühlen und warum sie eine Kopfbedeckung bevorzugen. Es sind Frauen, die freiwillig das Kopftuch tragen. Das Foto aus dem Plakat hängt auch in der Ecke, es ist von einer US-Künstlerin, Anna Shteynshleyger, und es heißt Covered , und obwohl der Kopf bedeckt scheint, sind die nackten, entblößten Schultern und der Rücken das Gegenteil von covered.

An anderer Stelle gibt es Informationen über die Verbote von Verhüllung des Gesichts in Frankreich und vom Baden in Burkinis. Es gibt auch eine Weltkarte, auf der die Regionen farblich gekennzeichnet sind, wo die Frauen welche Kopf- und Körperbedeckung tragen.

Eine andere Welt wird in einer Reihe von Fotografien westlicher Frauen mit Kopfbedeckungen gezeigt: mit Hut, Perücke oder Mütze und ohne. Manchmal kann man die Frau mit einem Hut oder in einer Perücke gar nicht wiedererkennen.

Dann gibt es auch eine Installation von Modenschauen aus Istanbul; da wird ganz genau sichtbar, dass die Welt des Kopftuchs ihren Weg in die ‚High Fassion‘ gefunden hat, alle Elemente der traditionellen orientalischen Kleidung fließen in diese Designerstücke, in die moderne Kleidung ein.

Was sehr positiv an dieser Ausstellung ist: sie drängt niemandem etwas auf, ist neutral bis zum geht nicht mehr, und durch ihre Konzeption zwingt sie den Besucher nachzudenken und sich auseinander zu setzen mit den Fragen von Verbote und Abneigungen. Wie die Kuratorin Miriam Goldmann sagt, sei die Ausstellung „als Kommentar zur Diskussion gedacht und ganz sicher nicht als abschließende Bewertung“.

Ze świata podręcznych 5

Zosia pisze:

Ewo,

właśnie mija rok od pierwszej wizyty u prawnika, gdy wraz z synem podjęliśmy decyzję o wszczęciu eksmisji, aby tym samym doprowadzić do przerwania przemocowego łańcucha w moim rodzinnym domu. W pewien sposób moje dzieci wychowały się w bliskim kontakcie z patologią, która przez te wszystkie lata rozwijała się za sprawą bratanka w domu ich dziadków. Wyroki wydawane w tzw. zawiasach (czyli w zawieszeniu) umacniały bratanka w bezkarności, a moją matkę po śmierci ojca zupełnie uzależniły od przemocy. Podlega stałemu praniu mózgu – z taką sytuacją mam dziś do czynienie. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że moja matka ma zaburzenia psychiczne i jest to wielki problem, gdyż podobnie jak bratanek przejawia wobec mnie i moich synów agresję. Takie sytuacje bardzo często się zdarzały w okresie, gdy był on więzieniu, uważam, że była przez niego telefonicznie moderowana. Matka od lat odmawia przeniesienia się do mnie czy dokądkolwiek. Postanowiła nie wychodzić z domu, dziś faktycznie ma z tym problem, porusza się jedynie po mieszkaniu, lata płyną.

Zdjęcie zrobione w letnią niedzielę o godzinie 15.30

Obecnie do wszystkich problemów dochodzi sprawa badań, koniecznych wizyt u psychologa i psychiatry, gdyż zachowanie mojej matki jest groźne dla niej samej. Pranie mózgu, o którym pisze NIEBIESKA LINIA, dokładnie, na 100% tak, funkcjonuje w moim rodzinnym domu. Jak zrobić badanie, gdy matka odmawia? – to jest bardzo trudne. Mimo skierowania na badanie w Olsztynie, umówionej wizyty na rozmowę i badania, na które w naszym systemie czeka się kilka miesięcy, matka odmawia opuszczenia domu i jak dotąd nie udało mi się przewieźć jej na badanie. Mamy specjalistów na miejscu, ale matka także odmawiała badań, jej stan się pogarsza, zmniejsza się sprawność fizyczna, pogłębiają się dolegliwości z owrzodzeniem podudzi. Matka była zesłana na roboty przymusowe, ma za sobą zsyłkę przez władze sowieckie, miała odmrożone nogi. Brak stabilności emocjonalnej i zależność matki od patologii, a może nawet dewiacji jej wnuka, a mojego bratanka, powoduje, że jestem często bezradna, widząc to co dzieje się od lat w moim domu.

Nawet, gdy następuje eskalacja przemocy wobec mojej matki, zdarza się, że ona sama  zaprzecza temu, co oczywiście jeszcze bardziej ośmiela sprawcę. To człowiek wyedukowany w środowisku więzienia, wspierany przez matkę prawniczkę, umacnia się w przekonaniu, że ma prawo do swobodnego zachowania się w moim domu, a nawet zaczyna mu się wydawać, że moje mieszkanie jest jego własnością. Teraz wiąc i ja jestem bezpośrednio poddana jego przemocy, napastowana przez bratanka, który, jak wiesz, urósł w siłę.

Ewa, zatem podjęliśmy się zdecydowanych działań.

Wiedzę, jak działać, zdobywam poprzez smutne doświadczenie. System razem z ustawą sankcjonuje wszelkie patologie, jakie występują na linii przemoc domowa w rodzinie. Jak mamy się bronić, jeśli policja nie stoi na straży prawa, nie broni i w sytuacji przemocy fizycznej pobłaża sprawcy, lekceważąc ofiarę. Komendant KPP nie widzi tu uchybień. Ewa, to jest świat nienormalnych wartości, odwróconego prawa, wszystko jest do góry nogami. Rada pana dzielnicowego – policjanta w KPP – brzmi: “dobrze będzie, jak z nimi zamieszkam, tzn. z bratankiem i moją matką, wtedy będę mogła swobodnie wypełnić wszystkie obowiązki opieki i dopilnować, aby nie działa się przemoc w stosunku do mojej matki”.

Co mogę powiedzieć? Że nie miałam bladego pojęcie, że system działa odwrotnie, że wszyscy tłumaczą sprawcę przemocy, udzielają mu rad, otrzymuje pomoc psychologa, rozmawia się z nim i prosi, by 40-letni facet był grzeczny i starał się babci pomagać. O tym już też tu pisałyśmy: “ofiar nikt nie lubi”.

Oddzielny rozdział tej historii stanowią obecnie toczące się sprawy sadowe, które rozpoczęliśmy rok temu, ale nadal, dziś nie mam pewności, jaki będzie efekt procesów eksmisyjnych.

 4 września odbędzie się ostania rozprawa. W trakcie minionych trzech rozpraw odbyły się liczne przesłuchania świadków, moich oraz pozwanego, wypowiadał się adwokat mojego bratanka (sprawca otrzymał opiekę prawną bezpłatnie z urzędu!), wypowiadała się też  sędzina, przesłuchano moją matkę jako świadka mojego bratanka. Szczególny sprzeciw budzi we mnie fakt, że adwokat bratanka nagrywał zeznania mojej matki, a podważano wartość moich nagrań, jakich dokonałam podczas sporów z bratankiem. Podkreślę też, że w sądzie w M. nie nagrywa się wypowiedzi i zeznań na sali rozpraw. Sędzia dyktuje do protokołu to, co sam uzna za ważne. To jest przerażająca polska rzeczywistość sądowa – a przecież żyję w Polsce i innej rzeczywistości prawnej nie znam.

Ewa,

wszystko to pochłania ogrom czasu i energii, niszczy aktywność życiową, a efekt działań, mimo że się nie poddaję, jest znikomy, sukcesy są trudne do osiągnięcia, a mój syn już wie, że to co jest proste w naszym odczuciu prawa i oczekiwanej sprawiedliwości, jest bardzo względne w sądach. Już  się nie dziwimy, ja i moi synowie, że przemoc pozostaję cicha w czterech ścianach.

Przepraszam, że napiszę mocne słowa.

Jak to jest, że sprawcy wolno mnie szarpać, wyrzucać z mojego domu, mówić: “pizdo jebana, kurwo jebana, suko, chuju pierdolony, suko nie wyruchana, pedały jebane, ścierwo, kurwo, ja was zajebię, jeb się, pierdol się, ni chuja, hitlerowska suko” i nie podlega to karze? Niektóre z tych wyzwisk, naśladując sprawcę, wypowiada pod moim adresem moja matka. Jak to się stało, że zwichrowany umysł mojej matki ujrzał w moim bratanku a jej wnuku,  opiekuna?

Napisałaś na początku tego cyklu, co ci powiedziała policja niemiecka: NASZE BEZPIECZEŃSTWO TO NASZA SPRAWA.

TAK, ZDECYDOWANIE 😦

Ze świata podręcznych 4

Ewa Maria Slaska

Ewa i Zosia się bronią

Berlin, rok 2009

W dzień po włamaniu spotykam się z mieszkańcami domu w obecności adwokata z instytucji broniącej praw mieszkańców. Musiałam się zapisać do tej instytucji, składka będzie wynosiła około 10 euro miesięcznie. Adwokat nawet nie reaguje na moją opowieść, podczas gdy mówię, ukradkiem pod stołem sprawdza pocztę w telefonie. Nie robi notatek, nie wygłosi komentarza. Gdy skończę, wyjdzie z kawiarni mówiąc, że jak będzie coś miał dla mnie, to się zgłosi. Nigdy się nie zgłosi, a jego obecność przy stole kosztowała mnie w miesięcznych ratach 120 euro. Próbowałam się wypisać, ale niech prawo zawsze prawo znaczy, jak się zapisałam, to muszę być przez rok i nie mogę wypisać się od razu czyli z rocznym wyprzedzeniem. Muszę pamiętać, by to zrobić w czwartym miesiącu przed upływem terminu. Jeśli zapomnę, członkostwo przedłuży się automatycznie.

Korzyść ze spotkania nie jest związana z jakąkolwiek instytucją. Sąsiedzi pomagają mi ustalić tożsamość sprawcy. Tak jak sądziłam, jest narkomanem i mieszka u nas w oficynie, w tym naszym popadającym w ruinę domu, z którego nowy właściciel chce nas wszystkich wyrzucić. Czyli włamywacz mówił prawdę, gdy twierdził, że przysłał go właściciel.

Zgłaszamy na policji imię, nazwisko i adres włamywacza. Jeden z sąsiadów dzwoni na policję, gdy widzi światło w jego oknie. Policja przyjeżdża, zabiera go na przesłuchanie i wieczorem wypuszcza. Nie ma podstaw do zatrzymania. Następnego dnia przywiozą go do mnie, żeby mnie… przeprosił.

Mieszkamy więc sobie w jednym domu, włamywacz na górze a ja na dole. Wynoszę się i odtąd przez trzy miesiące, póki nie wyprowadzę się z tego domu na dobre, będę wieczorami wędrowała z koszulą nocną i kosmetyczką od znajomych do znajomych. On mieszka tam, dopóki na podwórko nie wjadą maszyny budowlane. Czyli on na mnie napadł, ale to ja się tułam.

Próbuję dodzwonić się do instytucji opiekującej się ofiarami przemocy. Zawsze włącza się sekretarka i zawsze słyszę to samo: proszę zostawić wiadomość, niezwłocznie oddzwonimy. Nigdy nie oddzwonili.

Nie chce mi się wierzyć, że nic nikogo nie obchodzi. Idę do adwokatki, polecanej jako osoba specjalizująca się w prowadzeniu spraw, w których stroną pokrzywdzoną jest kobieta. Zapłacę jej za pierwszą wizytę 80 euro, za drugą – nic. Więcej wizyt nie będzie. Podczas pierwszego spotkania mówię, że nie widzę powodu, żeby skarżyć włamywacza – chcę skarżyć właściciela domu i policję. Podczas drugiego spotkania adwokatka powie mi, że nie podejmie się tej sprawy i jak chcę, to przecież jestem dziennikarką, mogę napisać o tym, co się stało.

Ale i z tego bezsensownego wydatku jest pewna korzyść – adwokatka daje mi protokoły policyjne. Stąd wiem, że policja mi nie wierzyła i że zarejestrowali sprawę jako włamanie dopiero wtedy, kiedy – o tak! – “ujęli sprawcę”, o tym, że to my, mieszkańcy naszej kamienicy, go zidentyfikowaliśmy i że policja tylko przyjechała na gotowe, ani słowa.

Nikt nie opublikował mojego artykułu. Napisałam o tym na blogu, bardziej po to, żebym  nie musiała już o tym opowiadać, niż żeby coś uzyskać, bo co zresztą miałabym uzyskać? To właściciel kamienicy uzyskał, co chciał, bo trzech miesiącach wszyscy lokatorzy opuścili dom.

***
M., rok 2017

Dziś w w budynku mieszkalnym, który jest jeszcze sprzed wojny, a w którym znajduje się  mieszkanie mojej matki (i to jest mój rodzinny dom) pozawieszałam kartki z informacją, o tym co się stało. Tu mieszkają starzy ludzie i jeśli czegoś nie wiedzą to powstają plotki. Zatem swoją sytuację opisałam wprost. Mama oburzona, uważa że my kobiety powinnyśmy się wstydzić mówić o tym, zwłaszcza, że to przecież rodzina, mój bratanek a jej wnuk.

Z protokołów przesłuchań wynika również, że Mama Zosi nigdzie nie przyznała, że wnuk ją napastował, jeśli w ogóle, to skarżyła się, że był pijany, używał wulgarnego  słownictwa i zachowywał się agresywnie.

Niestety, nurtuje mnie myśl, że moja sprawa, tak jak Twoja, może mieć drugie dno. Dlatego idzie nam tak trudno. Wydaje mi się czasem, że nasz oprawca ma układ z policją. Co jest powodem tego ” wyjątkowego” traktowania naszych zawiadomień. W sądzie toczy się sprawa o eksmisje i tu są dalsze kuriozalne wydarzenia. (…)

Służby twierdzą, że nie mają narzędzi aby nam pomóc. Istnieje zatem szereg możliwości, aby chronić sprawcę przemocy a ofiarę przemocy domowej podawać w świetle prawa i przed sądem wtórnej przemocy, wiktymizacja. Oswajamy to słowo.

Przesłuchanie. To, co się Zosi udaje, to uzyskanie pomocy ze strony Stowarzyszenia na Rzecz Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie Niebieska Linia i tak też czyli z Niebieską Kartą będzie prowadzona jej sprawa. Zosia żąda odszkodowania 2000 złotych na rzecz Stowarzyszenia. Ale z przesłuchania wynika też zdziwienie, bo dowiaduje się, że jeśli ofiara zdołała nagrać akt przemocy, to te dowody będą powodem komplikacji w ocenie wiarygodności. Nagrania stwarzają pole do prowokacji. Porządnym dowodem, nazwijmy to tak, są ślady pobicia, ale jeśli sprawca wiedział, jak bić, żeby nie zostawiać śladów, to co wtedy? A inne rodzaje znęcania, również takie, z którymi zetknęłam się i ja w areszcie, i Zosia w mieszkaniu matki – na przykład nie dopuszczanie do toalety?

Przesłuchań będzie zresztą kilka. Maglowanie tego wszystkiego na nowo, napisze mi Zosia, jest bardzo deprymujące, odbywa się to w atmosferze ciągłego udowadniania, że to ja mówię prawdę. Bo przecież mogłam sprowokować sprawcę przemocy do przemocy… Podczas jednego z przesłuchań zostanie zapytana, dlaczego jej matka nie schowała nożyczek, którymi groził jej sprawca? Zosia odwraca to pytanie: A dlaczegóż w swoim domu mam chować nożyczki?

To ciągłe wracanie do tamtego wydarzenia buduje we mnie emocje bardzo negatywnie wpływające na mój organizm. Przez sen plącze się wciąż tamta napaść i nawet nie mam świadomości, że to się dzieje. Budzę się rano z napięciem mięśni, budzi mnie strach odczuwany przez sen.

Jej matka nadal mieszka ze sprawcą w jednym mieszkaniu, boi się więc wszystkiego co robi i mówi Zosia, bo to może sprowokować sprawcę. Zosia też się boi. Chodzę do matki gdy nie ma bratanka. Myślę sobie, że to nie jest wyjście, unikanie bratanka bandyty. To mój rodzinny dom i mieszka tam moja matka. Bratanek kryminalista nic nie płaci za używanie a ja mam mu schodzić z drogi, aby był spokój? Dlaczego się nad tym zastanawiam? bo słyszę o wspólnej przestrzeni tego mieszkania i wielu prawach tego człowieka w moim własnym domu. Słyszę w prokuraturze rejonowej składając zeznania i w komendzie policji o tzw. prowokacji do przemocy.

Zastanawiam się, jak można w takiej sytuacji nie prowokować sprawcy, skoro już samą moją obecnością czuje się on dostatecznie sprowokowany do przemocy. Co mam zrobić, gdy matka mi mów, że on jest taki biedny i w zasadzie teraz jej nie zaczepia, bo gdy ona czuje, że “wnuczek” (41 lat mający) przyjdzie pijany, to ona schodzi mu z drogi i kładzie się do łóżka, bo z łóżka jej nie wyciągnie i nie wyrzuci przez okno. Ale boi się tego, że on ją popchnie na podłogę i wtedy ona się połamie. Zatem czy to jest przemoc czy nie? Czy matka odpowiednio się zachowuje, schodząc z linii strzału i nie prowokuje sprawcy ???? bo przecież to jest jej normalne życie. A on był wielokrotnie karany i od 10 lat jest pod opieką kuratora.

Możnaby powiedzieć, wyprowadzić sprawcę z mieszkania, które jest “przestrzenią przemocy”, ale idzie to powoli i, jak to gdzieś określiła Zosia, “okazuje się, że meldunek ma większą siłę niż przemoc”. Możnaby powiedzieć resocjalizacja czyli co na to kurator? Na wniosek kolejnych kuratorów sprawca kilkakrotnie odbywał karę więzienia, po czym wracał do tego samego miejsca, społecznego i fizycznego, z którego szedł za kratki. Czyli od lat wiadomo, co się dzieje i nic się nie zmienia. Możnaby powiedzieć – rodzina, ale kto, skoro ojciec prowadzi biznes w Niemczech, matka (prawniczka!) mieszka w odległym mieście, a oboje nie poczuwają się do odpowiedzialności za syna? Zapewne nie muszą…

Co gorsza, istnieje w społeczeństwie jakieś ukryte przyzwolenie dla przemocy, jakieś nie zauważanie, gdy dzieje się na naszych oczach lub, gdy możemy się jej domyślać. Przypominam sobie własne dzieciństwo. Sąsiad na dole, ubek, o którym wszyscy wiedzieli, że ubek, pił i bił swoją żonę i dzieci. Bił je strasznie, krzyczały, uciekały… Nie przypominam, sobie ani jednej interwencji milicji w naszym domu, nie pamiętam też, by ktokolwiek od nas zszedł na dół i spróbował zatrzymać przemoc lub przynajmniej udzielił schronienia sąsiadce i jej dzieciom.

Bo, napisze Zosia, nie dość, że umiemy zawsze wytłumaczyć sprawcę, a robią to zarówno instytucje, jak sąsiedzi i same ofiary, ale jeszcze za tłumaczeniem sprawcy przemocy idzie szereg uprawnień przemocowych, które, paradoksalnie, wzmacniają go w przekonaniu, że jest bezkarny.

Tylko, pyta Zosia, skąd wziąć pomysł na to, jak obronić się przed agresją i przemocą? A jeśli ja mam z tym problem to jaką szansę na to ma moja mama 88 letnia staruszka nie wychodząca z domu ?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast, M. to miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…? Warto o tym pisać, trzeba o tym mówić. Wczoraj powiedziałam o tym w lokalnym radio. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż to zadziała. Nie mam obiekcji przed naruszeniem tzw.wizerunku sprawcy przemocy domowej. Nie obchodzą mnie jego problemy, resocjalizacja w moim domu po 17 latach dobiegła końca i sprawa przemocy w tej rodzinie musi się zakończyć.

Demokracja to cenna rzecz, która wymaga nieustannej troski. A sprawy w M. gdzieś tam z boku świata. My w M. żyjemy wolniej,  wszędzie trwa wariactwo. Jesteśmy jak po zamachu stanu.  A przecież sądy trzeba zmuszać do przestrzegania praw. Mnie się zdarzyło zetknąć z absurdem w sądzie obecnym. A kolejne będą jeszcze gorsze. To, co będzie dalej, pokazuje jak mamy ciągle dużo do zdobienia.  I nie wiem czy uda się nam naprawić to wszystko. Mamy taki piękny kraj …

Zosia ma moc, nie wiem, skąd ją ma, ale ma. Zofia podejmuje działania, nagłaśnia sprawę, chodzi i pisze, zadaje pytania. A potem pisze do mnie:

Ewo, podjęłam decyzję, wezmę udział w wyborach do samorządu. Zgodnie z zasadą “nasze bezpieczeństwo to nasza sprawa”.
💚
Ucałowania trzymaj kciuki za mnie

O tak, trzymajmy kciuki za Zosię. Ratujmy kobiety. Ratujmy nas same, bo nikt nam w tym nie pomoże. Nasze bezpieczeństwo to (niestety) tylko nasza sprawa.

Kobiety Wietnamu

Lech Milewski

Już prawie pół roku minęło od czasu mojej wycieczki do Wietnamu. Wycieczki, z której jestem bardzo zadowolony. Wietnam zrobił na mnie dobre wrażenie. Jednym z pozytywnych akcentów była nieobecność przemysłu erotycznego – sex-industry.

Teraz, prawie pół roku po powrocie, mogę coś wyznać: przywiozłem sobie z Wietnamu kobietę, a nawet dwie…

Kobiety

To nie jest obraz tylko haft. Wykonany w spółdzielni inwalidów, którą odwiedziliśmy  w czasie jednej z wycieczek. W spółdzielni pracowały dziesiątki osób, które malowały, kopiowały, wyszywały.

Fabryka

Wyniki zapierały dech.

Na polu

Na bazarze

Ja dostosowałem swój zakup do rozmiarów plecaka, ale można było zamówić z dostawą do domu, choćby i do Genewy, a nawet do Wrocławia.

Do Poznania

Dla przelotnego turysty kobiety są w Wietnamie dużo bardziej widoczne niż mężczyźni.
Co krok jakiś targ…

Targ

…stragan, a choćby pojemniki na chodniku – i obsługująca to kobieta.

Chodnik

Na chodniku

A gdy zabraknie miejsca na ziemi, to kobieta znajdzie cię na wodzie.

Na wodzie

Nutshell

A mężczyźni?
Oczywiście też ich widać, ale na ogół w jakimś bezpieczniejszym miejscu.
Przepraszam, zdarzało mi się również widywać mężczyzn w akcji na chodniku – grali w karty.

Nie zawsze jednak tak było.

W 16 roku panowania chińskiej dynastii Jian Wu (40 n.e.) dwie siostry – Trưng Trắc i Trưng Nhị – zbuntowały się, zorganizowały powstanie i wyzwoliły spod chińskiego panowania 65 miast.

Siostry Trung

Rebelia trwała trzy lata. W roku 42 Chiny wysłaly silne wojska i po kilku miesiącach stłumiły powstanie. Źródła chińskie podają, że obie siostry zostały zgładzone.
Źródła wietnamskie – spisane w 1492 roku Annały Historyczne – podają, że popełniły samobójstwo, utopiły się. Wersja ludowa utrzymuje, że odleciały na chmurze.

Historia sióstr Trung daje podstawy do refleksji, że w starożytnym Wietnamie istniał bardzo silny wpływ matriarchatu. Dodatkowy argument, to że legendy o siostrach wspominają grób i ducha ich matki a nie ma w nich wzmianki o męskiej części rodziny.

Następna silna kobieta pojawiła się 200 lat później. Rok 243 – Lady Trieu Thi Trinh

Lady Trieu

Jej dewizą było: będę pędzić na burzy, zabijać rekiny na pełnym morzu, wypędzę agresorów, odzyskam kraj, przetnę więzy poddaństwa i nigdy nie zegnę karku, aby stać się konkubiną jakiegokolwiek mężczyzny.
Dziewica-bohater – nazywają ją wietnamską Joanną d’Arc.

Wspomniane już Annały Historyczne podają:
Gdy Chińczycy stłumili powstanie w prowicji Cửu Chân pojawiła się tam kobieta o nazwisku Triệu Ẩu (Lekkomyślna Trieu), zebrała ludzi i zaatakowała siły okupantów.
Miała piersi o długości 1.2 m, gdy jechała na słoniu do ataku zarzucała je na plecy. Co wy na to Amazonki?
Historia Wietnamu spisana na poczatku XX w podaje: jej rodzice zmarli gdy była dzieckiem, żyła z bratem. Gdy miała 20 lat zabiła swoją okrutną bratową. Zebrała 1000 osób. Na perswazje brata odpowiedziała: chce tylko pędzić na wietrze, iść po falach, zabijać wieloryby na Morzu Wschodnim, oczyścić granice, ratować ludzi od utonięcia. Dlaczego mam naśladować innych, zginać kark i być niewolnicą?
Powyższe zostało powtórzone w spisanej w latach 1920-45 relacji amerykańskiego profesora. Dodatkowe istotne szczegóły, to że miała 2.7 m wzrostu, głos silny jak dzwon i mogła przejść dziennie 500 mil.
Nosiła żółty strój i jeździła na wojennym słoniu. Przez pięć miesięcy walczyła dysponując niewielkimi siłami. Została pokonana, zbiegła i popełniła samobójstwo.

Chińskie źródła wspominaja powstanie, ale nie wymieniają Lady Trieu. Wikipedia podaje, że podczas panowania dynastii Le (około roku 1000 n.e.), gdy konfucjanizm stał się główną ideologią Wietnamu, włożono wiele wysiłku aby wymazać wspomnienie Lady Trieu ze świadomości ludzi.

Konfucjanizm a kobiety.
Jedną z moich ulubionych książek w latach szkolnych były Klucze królewstwa J.A. Cronina. W tej książce zwróciło moją uwagę prowokacyjne stwierdzenie: Jezus był człowiekiem doskonałym, lecz Konfucjusz miał lepszy zmysł humoru.
Oczywiste, że zainteresowała mnie osoba Konfucjusza, ale w tamtych czasach nie było łatwo znaleźć tego typu informacje. Spróbowałem kilkadziesiąt lat później, ale nie znalazłem niczego, co potwierdzałoby jego poczucie humoru.
Nastawiłem więc uszu, gdy przewodnik mojej wycieczki w Wietnamie stwierdził, że jest wyznawcą konfucjanizmu.
Niestety jedynym istotnym stwierdzeniem było, że w konfucjanizmie kobieta traktuje mężczyznę jak króla.
Sprawdziłem.
Kobieta ma trzy powinności:
– być posłuszną córką, posłuszną żoną, gdy owdowieje ma być posłuszna synowi.
Nic dziwnego, że podczas chińskiego panowania legenda o Lady Trieu nie miała szans.

Przełom nastąpił dopiro po zakończeniu II Wojny Światowej. Stworzona przez Ho Hi Minha Wietnamska Partia Robotnicza (komunistyczna) deklarowała równość kobiet i mężczyzn. W praktyce nie było to takie oczywiste. W armii kobietom wyznaczano jedynie miejsce na tyłach. W parlamencie na 403 członków było tylko 10 kobiet.
Najbardziej znaczącą kobietą tego okresu była niewątpliwie Nguyen Thi Binh, członkini biura politycznego Partii Komunistycznej Wietnamu, pełniąca funkcję ministra spraw zagranicznych w okresie wojny z Francją. Jej to właśnie przypadło podpisanie paktu pokojowego z Francją w Genewie, w 1969 roku.

Nguyen Thi Binh

Kolejny krok do przodu nastąpił podczas II wojny wietnamskiej (z USA). Partia komunistyczna opublikowała deklarację gwarantującą kobietom udział w zatrudnieniu – 35% w ogóle zatrudnionych, 50-70% w szkolnictwie. W administracji państwowej udział kobiet wzrósł do ponad 40%.
Kobiety pojawiły się również na pierwszej linii frontu.

Vietcong

Po zakończeniu wojny władza komunistów ugruntowała się na tyle, że zaakceptowali ekonomię wolnorynkową. W rezultacie rola kobiet nieco obniżyła się, co potwierdza moja relacja na początku tego wpisu.

Życzę im szczerze, aby jak najszybciej uzyskały równe prawa w każdej dziedzinie życia publicznego i prywatnego.

Źródła:
1. Siostry Trung – KLIK.
2. Lady Trieu – KLIK.
3. Kobiety w Wietnamie – KLIK.

Trykotaże

Poznałyśmy się na spotkaniach KOD w Berlinie. Poznałam wtedy bardzo wielu znakomitych ludzi. O KOD nawet mówić nie warto, ale o ludziach jak najbardziej. Łukasz Szopa, Andrzej Klukowski, Alicja Molenda, Michał Talma-Sutt, Urszula Ptak, Anna Maria Patane, Monika Saczyńska, Danuta Hossain – wszyscy pojawili się tu na blogu dzięki temu, że powstał KOD Berlin. I to są te prawdziwe, trwałe wartości… Ludzie.

Danuta Hossain

Moje robótki na dzisiejsze czasy

 

Bezsilność, bezradność, to jedno z najdotkliwszych do zniesienia uczuć.
Właściwie mam z tym uczuciem już od zawsze problem.
“Takie życie” – można było by rzec i godzić się na stwierdzenie “cóż ja mogę”.

Na którymś z rzędu spotkaniu naszej Grupy KOD Berlin, kiedy to każdy po kolei przedstawiał się nowo przybyłemu i opowiadał o sobie i o ty, co robi, czy może zrobić dla celu w jakim się zbieramy, organizujemy i poswięcamy – ja, przedstawiając się, powiedzialam:
jestem tu z Wami, ale nie jestem intelektualistką, nie mam szerokich znajomosci, w tak niewielkim stopniu mogę się przyczynić do zrealizowania naszego celu, ratowania naszej polskiej demokracji…..
I wtedy usłyszałam odpowiedź:
Nie ważne, co robisz, ważne że jesteś i wspierasz, i pozytywną aurą dodajesz wielu osobom sił do działania i do dążenia w naszym wspólnym celu, obrony traconej demokracji, w naszym kraju.
Poczułam się na swoim miejscu.

Kiedy tylko mogę – jestem, wspieram, demonstruję, piekę pachnące szarlotki, trzymam naszą flagę tak, aby była widoczna pośród tłumów Pulse of Europe, lajkuję, wspieram słowem, upubliczniam posty godne uwagi i rozpowszechniania.
Wiem, że to kropelka w morzu, ale wiem też, że takich kropli jest masa.
Jestem szczęśliwa, że należę właśnie do tej grupy ludzi i że jest ona tak liczna.

Minęły prawie dwa lata rzadów, które niszczą nasz kraj, nasz wizerunek w oczach zagranicy.
Moja bezsilność nie może się rozszerzać. Muszę wierzyć, że razem pokonamy to zło.
Wolność – Rowność – Demokracja na ustach, moich i wszystkich ludzi, nie tylko z mojego kraju, powinna dodawać siły i nadzieje na normalne życie.
Na całym świecie ludzie sprzeciwiają się złu.
Kiedy zobaczyłam tłumy kobiet, protestujących przeciw Trumpowi, w różowych czapeczkach “konfederatkach”, zainspirowałam się tym wydarzeniem i zaczęłam na drutach tworzyć takie czapeczki, aby je móc w razie czego rozdawać.
Potem był wielki protest w Warszawie. Czemu by nie mialy byc biało – czerwone czapeczki?
Zielona czapeczka w obronie puszczy… Rękawiczka biało-czerwona to przezorna mysl o nadchodzącej jesieni…

Ze świata podręcznych 3

Dalszy ciąg piątkowych wpisów o przemocy wobec kobiet w naszych normalnych cywilizowanych europejskich państwach (a nie w Ruandzie czy Iraku). W ubiegły piątek wpis się nie ukazał, a wierni Czytelnicy wiedzą dlaczego – bo “pierwsze piątki miesiąca” to termin wpisów Romka Brodowskiego. Dziś wracam do tematu.

Ewa Maria Slaska

Równouprawnienie kobiet w policji i milicji

Berlin, czerwiec 2009 (Gdańsk, grudzień 1982)

Gdy wezwałam policję, zaskoczyło mnie, że przyszło w sumie aż sześć osób, w tym jedna kobieta. Uświadomiłam sobie, że zapewne jest jakiś przepis, aby w kontaktach policji z obywatelem uczestniczyły również kobiety, bo zgodnie z zamysłem prawo- i pracodawcy ma to zapewnić równość w traktowaniu. Pochodzę z Polski komunistycznej i równość w traktowaniu przez policję (oczywiście: milicję) przerobiłam na własnej skórze. Zostałam zatrzymana w ramach wielkiej akcji zatrzymań i aresztowań, jaką władze zorganizowały w Gdańsku na pożegnanie stanu wojennego czyli w grudniu 1982 roku. Od stycznia stan wojenny, taki jaki znaliśmy przez cały rok 1982, pozostawał wprawdzie nadal w mocy, ale wiele przepisów zostało zawieszonych. Zanim to jednak nastąpiło, zrobiono nam pokazówkę. W ciągu jednej wieczornej akcji w dzień przed Wigilią 1982 zgarnięto 250 osób. Był to przemiły gest, pozwalający zabrać podejrzanych z samego środka życia rodzinnego – ja akurat mieliłam mak na kutię. Przyszło czterech uzbrojonych “panów”. Najpierw zrobili rewizję czyli przewrócili wszystko do góry nogami (zrobili to nieudolnie i nic nie znaleźli, a zapewniam, że było co znaleźć), a potem zabrali mnie i moją maszynę do pisania, bo przecież coś musieli zabrać wraz ze mną. Gdy już miałam za sobą czekanie na twardym krześle w poczekalni pełnej propagandowych plakatów, wstępne przesłuchanie i inne aresztanckie rozrywki, zostałam wysłana na rewizję osobistą, którą przeprowadziły dwie kobiety – milicjantka i lekarka. Nie były specjalnie brutalne, ale nie można też powiedzieć, że były to osoby delikatne w obejściu. Lekarka mnie obsłuchała, zajrzała mi do gardła  i gdzie indziej, i zadała pytanie, czy jestem zdrowa. “Jestem po serii antybiotyków po ostrym zapaleniu oskrzeli”, odpowiedziałam zgodnie z prawdą. “Nadaje się do zatrzymania w areszcie”, podyktowała kobieta-doktor kobiecie-milicjant.
Wszystko było najzupełniej zgodne z prawem i wytycznymi na rzecz równouprawnienia kobiet, a i dbałości o zdrowie obywatela.

Tym razem niemiecka policjantka jeszcze mniej miała ze mną kontaktu niż obie kobiety z aresztu śledczego na Kurkowej w Gdańsku. Nie zadała mi ani jednego pytania, nawet o to, czy jestem zdrowa. A było o co pytać, w końcu włamał się do mnie facet, który powiedział, że przyszedł mnie zabić, spędziłam z nim cztery godziny i sama się go pozbyłam, żeby zadzwonić po policję. “Mogło mi było coś być”, że się tak wyrażę eufeministycznie-gramatycznie. Nikogo to nie interesowało. Faceci mnie przesłuchiwali, a jak nie umiałam od razu zebrać myśli, żeby im (o 6 rano po nieprzespanej nocy!) sprawnie, poprawnie i logicznie odpowiedzieć na pytania (na przykład, skoro włamywacz powiedział, że chce mnie zabić, to dlaczego mnie nie zabił?), poganiali mnie, a jednocześnie wyciągali sobie wnioski, którymi się jednak ze mną nie dzielili. Zanim się dowiem, jakie to były wnioski minie jeszcze sporo czasu i sporo się w tym międzyczasie zdarzy, powiem więc może już teraz, że uznali, iż wszystko co opowiadam, to jedno wielkie łgarstwo, a tak naprawdę pokłóciłam się z młodszym ode mnie kochankiem i teraz na niego z zemsty donoszę…

To może tłumaczy, dlaczego nikt się mną nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków… No ale ja tego nie wiedziałam i bardzo się dziwiłam… Złożyłam więc skargę i po miesiącu dostałam odpowiedź, że instancje kontrolne nie dopatrzyły się żadnych uchybień w sposobie, w jaki policja potraktowała moją sprawę (a wciąż jeszcze nie wiedziałam, co sobie tak naprawdę myśleli policjanci i co zapisali w protokołach).

***

Mrągowo, lipiec 2017

Nie wiemy, co sobie myśleli policjanci, którzy przyjechali do Zosi, dość, że i nią nikt się nie przejmował i nikt nie traktował poważnie swoich obowiązków. Tak dalece, że Zosia złożyła na nich skargę i założyła stronę na facebooku: Mrągowo bez przemocy.

Na tej specjalnie stworzonej – dodam przez mojego młodszego syna – stronie możecie znaleźć szereg porad wynikających z moich osobistych doświadczeń gdy postanowiłam przestać być ofiarą i powiedziałam dość przemocy domowej. (…) Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych, które może być przyjazne dla swoich mieszańców. Wierzę, że razem skutecznie możemy przeciwdziałać nadaktywności sprawców przemocy i z całego serca dziękuję, że jesteście z nami tej samej myśli. Mrągowo to dobre miejsce do życia

Tak ma być, a na razie jest jednak inaczej.

Znane są mi już personalia i stopnie służbowe policjantów, którzy swoim zachowaniem uniemożliwili mi otrzymanie pomocy zagwarantowanej ustawą o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie – w dniu gdy zostałam ofiarą przemocy w moim mieszkaniu uczestniczący w interwencji patrol policji m.in. nie przyjął naszych zeznań, moich i mojej matki, asystował sprawcy przemocy w poszturchiwaniu mnie i penetracji mieszkania, a na koniec razem ze sprawcą zamknął mnie i moją matkę na klucz w domu.

I tylko skąd wziąć pomysł na to aby obronić się przed agresją i przemocą. A jeśli ja mam z tym problem, to pomyślcie, jaką szansę na to ma moja mama, 88-letnia kobieta, niepełnosprawna i nie wychodząca z domu?? Jaką szansę mają kobiety z mniejszych miast niż nasze Mrągowo, a to jest miasto powiatowe. Co mają robić kobiety na wsiach…?
Warto o tym pisać trzeba o tym mówić. Powiedziałam i powiem tyle razy, aż zadziała ustawa, której nie respektują służby do tego powołane.
Bratanek dokonuje stale przemocy w moim domu, a po 17 latach uznaję, że wszyscy tak naprawdę pomagają sprawcy przemocy, uskrzydlając agresora czynią z niego przestępcę a nas – moją rodzinę – zmuszają do przyjęcia nieustannych tłumaczeń, że przecież musimy zrozumieć, że jest mu ciężko, bo on ma dużo problemów – zatem ja się pytam – czy Państwo sądzą, że my nie mamy problemów? Ustawiczne tłumaczenie sprawców pogłębia patologię i nie rozwiązuje problemu – dlaczego tak jest ? Chcemy żyć w mieście ludzi aktywnych i twórczych, mieście wolnym od przemocy…

(…) Złożyłam zawiadomienie do WKP oraz Prokuratury Rejonowej, składałam już zeznania i na moją prośbę otrzymałam protokół z rozmowy z Panią Prokurator, skorzystałam z prawa złożenia formalnej skargi. Myślę, że warto byśmy wszyscy się uczyli, jak egzekwować swoje prawa, po to powstają ustawy, mamy Konstytucję i to od nas zależy, co się będzie działo z naszą wolnością. Nie widzisz – to nie wiesz, nie słyszysz – to nie musisz nic mówić – bo przecież gdy nie ma sprawy nie trzeba nic robić – im właśnie o to chodzi – aby pozostać bezkarnym. Smutne gdy tę postawę reprezentuje policja. I to oni nas mają chronić, proszą o współdziałanie, by przeciwdziałać patologii i znieczulicy.