Wenus z Catalhüyuk (Reblog +)

Niedawno świat (w każdym razie ten złapany w sieć) obiegło zdjęcie “nowej Wenus” neolitycznej, Wenus z Catalhüyuk. To niewielka miejscowość w Turcji.

Wykopaliska w tureckiej miejscowości Catalhüyuk zaczęto prowadzić 50 lat temu, jak jeszcze byłam studentką archeologii. Była to osada neolityczna, udowadniająca zaskakującą (wówczas) tezę, że rolnictwo nie narodziło się w żyznych, mlekiem i miodem płynących dolinach słynnych rzek starożytnych – Eufratu, Tygrysu, Nilu, lecz na górzystych terenach wysoko nad rzekami. Autor strony wykopalisk informuje, że Catalhüyuk jest jednym z najbardziej imponujących stanowisk archeologicznych na świecie.

Figurynka wykonana została z surowego marmuru i waży około kilograma. Została okrzyknięta sensacyjnym znaleziskiem, choć po prawdzie nie ma w niej nic sensacyjnego. Znalezisko nie otwiera nowej perspektywy badawczej, lecz potwierdza dawną, że mianowicie przedstawiciele kultur neolitycznych (młodszej epoki kamienia) na całym świecie tworzyli figurki kobiet o obfitych kształtach, symbolizujące rodzącą boginię matkę. Nazywa się je “Wenus”, a najsłynniejsza jest oczywiście Wenus z Willendorfu, co sprawia, że człowiek myśli, że jest jedyna. Tymczasem jest ich dużo.

W samym Catalhüyuk znaleziono już bardzo podobną kobiecą postać, siedzącą na tronie lwów, datowaną na okres 6 – 5,5 tysiąca lat przed naszą erą, co zresztą widać na załączonym wyżej obrazku.

Neolityczne kobiety…

No cóż, Brodowski tym razem o kobietach

Tym razem, bo ostatnio Brodowski poświęca teksty bezpośrednio polityce, np. opiewając życie i cuda pewnego pana z Warszawy i grona jego partyjnych wyznawców. Dziś natomiast o kobietach, i to nawet w niewielkiem stopniu politycznie. Nawet, rzekłabym, jeśli jest tu polityka, to całkiem zawoalowana. Chociaż może i za to możemy dostać “bana”, on i ja. Niedawna katastrofa, kiedy to tydzień temu WordPress z sekundy na sekundę zlikwidował całego bloga i poinformował mnie, że popełniłam wykroczenie przeciw regułom korzystania z ich usług, nastąpiła w momencie, gdy właśnie wstawiłam TE wiersze na bloga i chciałam je zapisać jako wpis na dziś… Nie wiem, czy to dlatego. Bo powody mogły byś jakieś inne, np. haker albo wirus (Corona?). Ale jednak płachtą na byka mógł się okazać nasz autor, którego na Facebooku banują regularnie. Jak dotąd myślałam, że blogi są wolne od fejsbukowej zabawy w banowanie, ale może właśnie przestały. WordPress nie poinformował mnie, dlaczego mnie zatrzasnął, nie podał też, co sprawiło, że przywrócił mi łaskawie prawo funkcjonowania. Zobaczymy, co się zatem stanie dziś 🙂

Roman Brodowski

Nieco apokryficzna satyra
„W obronie moich pań“

Dwa sorty są na ziemi ludzi
Innymi słowy On no i … Ona
On to mężczyzna, respekt budzi
Ona Kobieta, mężczyzny żona.

On w domu jest ogniska panem
Ona w posługach dlań się wije
Dla niego ponoć wszystko dane
Ona, po prostu przy nim żyje.

Tak mówi pismo bożej dobroci
W wyznaniu, ponoć wiary miłości
Pierwszy mężczyzna powstał – człowiek
Kobieta? po nim…. z jego kości

Można by na tym skończyć wierszyk
Kto? komu? i dlaczego tak?
Mężczyzna pośród stworzeń pierwszy.
Kobieta jego pomocnicą – fakt.

Ja z takim faktem się nie zgodzę
Jakiem romantyk, fan demokracji
Często w spór z katodogmą wchodzę
W imię mądrości populacji.

Spójrzmy odważnie prawdzie w oczy
Na “chłopski rozum” wam tłumaczę
Kobieta jest jak zamek do drzwi
Mężczyzna? – kluczem, nie inaczej.

A klucz bez zamka, zamek bez klucza
Cóż warte jedno bez drugiego?
Niech ksiądz w kościele nas nie poucza.
Kobiecie równym być, cóż złego

Powiem Wam więcej drodzy Panowie
Kończąc morałem, nieco bajecznie
Bez naszych kobiet, świat był bu smutny
A słuchać księży? … niebezpieczniejsze.

02.03.2016

Romantyczny interes

Ktoś zamówił u mnie rymowankę
Zwykły, prosty wierszyk o miłości
Panegiryk sławiący wybrankę
Jej urodę, mądrość, no i… “wypukłości”

Przysłał zdjęcie średniego formatu
Na nim temat i westchnień i wzruszeń
Można rzec by, anioł w ludzkiej skórze
Piękna bestia, przyznać szczerze muszę

W jej spojrzeniu dzikie pożądanie
Drogi mleczne kuszące do grzechu
Kibić smukła, rzec by można, łania
Tajemnica pragnień zawarta w uśmiechu

Wykonałem zadanie mistrzowsko
Proste rymy płynęły wprost z duszy
W słowach moje subtelne wyznania
Które mogły najtwardsze z serc skruszyć

Cóż romantyk tworząc potrafi też marzyć
Zwłaszcza kiedy pisze o pięknej kobiecie
Nie ważne mu wówczas, że za kogoś myśli
Eros go popycha do aktu…. no wiecie!

Więc serce nastawia dla Amora strzały.
Kusząc niby Ewa, zmysły ciała swego
I szuka okazji by owoc wziąć w dłonie
W swoim pożądaniu nie widząc nic złego.

Czasami się uda skosztować nie swoje
Przeżyć cudną chwilę z muzą sam na sam
Poczuć się sokołem, pawiem lub motylem
Poeci kochają piękno młodych dam.

Więc drodzy mężowie i panowie panien
Wyznawajcie miłość nie poety słowem
Pamiętajcie zawsze o zmienności Kobiet
Dla poezji potrafią „przystroić“ wam głowę.

Kobiety zmienne są – albo marcowy sen“

Kiedy przybliża się dzień kobiet
Za oknem ciepło i wiosennie
Męczą mnie nocne sny koszmarne
Od wielu lat już tak…, niezmiennie.

Dlaczego? – pyta we śnie zmora –
Mimo lat wielu w jednym cieście,
Nie wiem jak czynić i co czynić
By radość sprawić mojej niewieście.

To prawda, nie wiem, taki jestem
Choć ją rozbieram i …. Ubieram
To nie potrafię jej dogodzić
Zawsze nie tak jest, nawet teraz.

Ot, dla przykładu sen z przed laty:
Z pracy wróciłem wcześniej nieco
By niespodziankę sprawić żonie,
By poczuć znowuż jej kobiecość…

A żonka do mnie już od progu
Co dziś tak wcześnie? – czy zwolnili?!
Wiedziałam że, tak kiedyś będzie.
Rodzice dawno mi n mówili…

Spojrzałem na nią smutnie nieco
Ciało złożyłem na kanapie
Dotknąłem dłonią jej sukienki
A ona przy mnie stoi, sapie.

Popatrzcie, mówi głosem drwiącym
Oto król w naszym małym gronie
Nie jak mężowie przyjaciółek
Oni śpią zawsze przy swej żonie.

Z radością wstałem więc z kanapy
By jak mężczyzna się zachować…
Lecz ona do mnie, – nie dotykaj!
Tę twoją miłość możesz schować!

Do dzisiaj tego nie rozumiem
Cóżem uczynił wówczas złego
Chciałem poprostu być z mą Panią
Bo wciąż mi było mało “tego”.

Innym zaś razem prosto z pracy
Wróciłem później – przed wieczorem,
By dać czas wolny mej kochanej
I…, okazałem się potworem

Gdzie się szlajałeś do tej pory
Kochanka jeść i pić nie dała?!
Takimi słowy moja żonka
Tegoż wieczora mnie witała.

Nic nie odrzekłszy (bo cóż mówić)
Przeszedłem obok zapłakanej.
A w mym sumieniu, jak w wulkanie
Współczucie wybuchnęło dla niej.

Tak przecież dłużej być nie może
By z mojej winy wciąż cierpiała
Postanowiłem żonkę mą opuścić.
Pragnąc by wolność odzyskała.

Okno pospiesznie otworzyłem,
Rzekłem jej coś na pożegnanie
Nogę uniosłem, by wyskoczyć
Lecz ona wzięła mnie za ramię.

Poczekaj, nie rób jeszcze tego
Prosiła głosem już spokojnym
Jak by coś chciała wytłumaczyć,
Jakby nie chciała zwady, wojny.

Potem do kuchni szybko poszła
A z niej przyniosła z kubła śmieci,
I do rąk moich je wcisnąwszy
Rzekła – no teraz możesz lecieć.

Skoro wychodzisz w tamtą stronę,
To bez różnicy, dziś czy jutro,
Śmieci wyrzucić i tak trzeba…
Wtem coś przerwało scenę smutną.

To budzik nagle mnie obudził
Przed tym dramatu zakończeniem.
Spojrzałem na bok, leży przy mnie
Moje kochane przeznaczenie.

Takie to sny mnie dręczą nocą
Kiedy nadchodzi dzień wasz – Kobiet.
Na szczęście jawa jest piękniejsza
Żona zaś moja…, dobry to człowiek.

Na zakończenie dramsatyry
Powtórzę myśl z klasyki wziętą
“Kobieta zmienną jest” i tyle
Postskriptum: dla mnie niepojętą.

04.03.2017.

Od startu do mety – Ty

Wplecione w warkocz
Kwiaty bzu
Wiosenna piosnka
Przy gitarze
Szmer wiatru w liściach
Pierwsza miłość
To czas spełnienia
Naszych marzeń<

Na twojej twarzy
Dziewczęcy śmiech
Usta płonące
Pożądaniem
Zapach dziewictwa
Przytulenie
I nasze pierwsze
Miłowanie.

To się spełniło
Tam, w szuwarach
Przy srebrno białym
Gwiazd lampionie
Blasku jeziora
Leśnym mroku
Na mchu matczynym,
Przyjaznym łonie

Młodość odeszła
Wraz z latami
Czas dodał pięknu
Doświadczenie
A w duszy mojej
Trwa niezmiennie
Wyznanie wówczas
Przyrzeczenie

Wiele przeszliśmy
Wspólnych zdarzeń
Pamięć te chwile
W nas odkłada
Tamte pieszczoty
Tamte słowa
W leśnych szuwarach
Żyją nada

29.03.2004

#Frauentag

Falls du nicht weisst, wie du morgen in berlin protestieren kannst oder sollst, oder whatever…
#ichstreike & #globalscream
8 March 2020 is on Sunday, so striking is less possible. Let’s strike symbolically on Sunday!
#IchStreike #Istrike #Strajkuje #WomensStrike
Are you ready?
Berlin: https://www.facebook.com/events/485240448816256/
https://www.facebook.com/events/539735906651212/

Jeśli zastanawiacie się co się będzie działo 8 marca, to będzie się działo dużo! Między innymi o 16 będzie akcja!

#GlobalScream
8.3.2020 | 4 PM
Es every year, on the International Women’s Day (8.3.2020) there will be thousands of people on the streets worldwide, all protesting for the same, against the same, regardless of nationalities, location, gender, and ideological differences. Womxn of the World will fight for their rights.

Mehr anzeigen

Dzień babci

To tekst sprzed miesiąca. Ale to bez znaczenia. Czytam to i szlag mnie trafia

Szlag mnie trafia, bo jasne – w Polsce były i są watahy moherowych beretów, ale, OMG, każdy z Was, młodych przemądrzalców, spotkał na swojej drodze niejedną kobietę – babcię, w wieku babci, w funkcji babci, która jest inna – której życia nie określają tylko wnuki, weki i leki, która wyrosła w czasach hippisów i Solidarności, która ma nowoczesne poglądy, słucha Janis Joplin i Nicka Cave’a, jest pacyfistką, nie je mięsa i lubi (a nie tylko toleruje) gejów i przyjaźni się z nimi od czasów, kiedy Wy, smarkacze, jeszcze pieluchy w zębach nosiliście. Ale nie, Wy… Wy wiecie lepiej, bo jakżeby inaczej – świat się zaczął od Was i Waszego aktywizmu, Wy, niedorobione kalki Grety, w większości i tak przecież sporo od niej starsze (zyg zyg marchewka)…

Już o tym pisałam… TU. I naprawdę chyba mam dość Waszego łaskawego protekcjonizmu!

Wszystkiego Najlepszego z okazji Dnia Babci. I uważajcie na doniczki, które zawsze przecież mogą Wam spaść na głowę z jakiegoś balkonu…

PS. Niektóre z nas mniemają, że w Niemczech jest lepiej, mimo że chyba nie obchodzi się Dnia Babci, ale za to szanuje grupę nieformalną Omas gegen Rechts (Babcie przeciwko prawicowcom). Ale i w tym kraju wszechobowiązującej uprzejmości pojawił się pod koniec ubiegłego roku pewien kawałek chóralno-popularny śpiewany przez gromadką przesłodkich dzieci, pod batutą jakiegoś kapelmajstra. To taka tradycyjna piosneczka (tu w tym tradycyjnym wydaniu), która opowiada o różnych przygodach babci, co w zamierzeniu jest śmieszne, bo łączy ową babcię z czynnościami nietypowymi dla jej wieku, a charakterystycznymi tylko dla młodych. Babcia jeździ na motorze, rozrabia, jest bezczelna. Wszystkie zwrotki zaczynają się od słów Meine Oma – moja babcia, a kończą wyrazami uznania: Meine Oma ist ‘ne ganz patente Frau (babcia jest fajowa). Całość przypomina polską zabawę z piosneczką Przepijemy naszej babci domek mały...

Takie rymowanki przy każdej okazji można łatwo zaktualizować. I otóż w trosce o zmiany klimatyczne dziatki zaśpiewały ostatnio teksty takie: „Meine Oma fährt im Hühnerstall Motorrad. Das sind tausend Liter Super jeden Monat. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Albo: „Meine Oma brät sich jeden Tag ein Kotelett, ein Kotelett, ein Kotelett. Weil Discounter-Fleisch so gut wie gar nix kostet. Meine Oma ist ‘ne alte Umweltsau“. Czyli babcia jeździ na motorze i truje benzyną, bo jest starą klimatyczną świnią. Albo: babcia zjada masę kotletów, a kupuje je taniej niż wino, bo jest starą klimatyczną świnią…

Wam, drodzy obrońcy środowiska w Niemczech też radzę, żebyście uważali – tu również może Wam spaść doniczka na głowę.

Pamiętacie tę piosenkę?

W wersji oryginalnej oczywiście nie możecie (nie możemy) jej pamiętać, bo piosenka skończy w przyszłym roku sto lat, ale nawet w wersji ćwierć wieku późniejszej też jej nie możemy pamiętać:

Sur cette terre, ma seule joie, mon seul bonheur
C’est mon homme.
J’ai donné tout c’que j’ai, mon amour et tout mon cœur
À mon homme

Sur cette terre, ma seule joie, mon seul bonheur
C’est mon homme.
J’ai donné tout c’que j’ai, mon amour et tout mon cœur
À mon homme
Et même la nuit,
Quand je rêve, c’est de lui,
De mon homme.
Ce n’est pas qu’il soit beau, qu’il soit riche ni costaud
Mais je l’aime, c’est idiot,
Il m’fout des coups
Il m’prend mes sous,
Je suis à bout
Mais malgré tout
Que voulez-vous

Je l’ai tell’ment dans la peau
Qu’j’en d’viens marteau,
Dès qu’il s’approche c’est fini
Je suis à lui
Quand ses yeux sur moi se posent
Ça me rend toute chose
Je l’ai tell’ment dans la peau
Qu’au moindre mot
Il m’f’rait faire n’importe quoi
J’tuerais, ma foi
J’sens qu’il me rendrait infâme
Mais je n’suis qu’une femme
Et, j’l’ai tell’ment dans la peau…

Pour le quitter c’est fou ce que m’ont offert
D’autres hommes.
Entre nous, voyez-vous ils ne valent pas très cher
Tous les hommes
La femme à vrai dire
N’est faite que pour souffrir
Par les hommes.
Dans les bals, j’ai couru, afin d’l’oublier j’ai bu
Rien à faire, j’ai pas pu
Quand il m’dit: “Viens”
J’suis comme un chien
Y a pas moyen
C’est comme un lien
Qui me retient.

Je l’ai tell’ment dans la peau
Qu’j’en suis dingo.
Que celle qui n’a pas aussi
Connu ceci
Ose venir la première
Me j’ter la pierre.
En avoir un dans la peau
C’est l’pire des maux
Mais c’est connaître l’amour
Sous son vrai jour
Et j’dis qu’il faut qu’on pardonne
Quand une femme se donne
À l’homme qu’elle a dans la peau
À l’homme qu’elle a dans la peau
C’est mon homme, c’est mon homme
Un homme que j’ai dans la peau
Un homme que j’ai dans la peau
C’est mon homme
C’est mon homme, c’est mon homme, c’est mon homme


Ale w tej… o, w tej wersji słuchaliśmy jej wszyscy i być może to ona odpowiadała za nasze pierwsze uniesienia erotyczne (przynajmniej tak wynika z powieści Ni pies, ni wydra Wiki Korb, berlińskiej pisarki, o jej ostatnim roku w Polsce – przed i po Marcu 1968):
Blady Niko!

Grzegorz, który zrobił to wideo i wstawił tę piosenkę na youtube’a napisał:

Barbara Rylska — Blady Niko (Pale Nico) (Original French title: Mon Homme) (Muz. Maurice Yvain, Tekst: Stanisław Ratold) Recorded by Muza, 33 rpm. (Warsaw, Poland ca 1967)

“Mon Homme” (Polish title: Blady Niko, meaning in English: Pale Nico) was a great hit of the early 1920s, composed in Paris by Maurice Yvain and made famous in 1922 by Mistinguett – la grande vedette of the cabarets of Paris. Originally composed as a Fox-Trot, it was sung by her more “a la maniere du chanson artistique”. During its long and worldwide career, that song was sung by many artists also as tango – such was first Polish recording of “Blady Niko”, made in Warsaw in 1922 for Syrena Grand Rekord by a cabaret singer Stanisław Ratold, who was also author of the Polish text – full of passion and desire. I never heard that version, but only with an utmost effort of my imagination I can see a man! — confessing in public such heartbreaking story of his mad love for a criminal hunk Blady Niko, who: “beats me to blood, takes away my money but when he approaches to kiss me, every nerve trembles in my flesh” 🙂

Now, I am presenting “Mon Homme” (Blady Niko) performed as ultra-hot tango and recorded in late 1960s in Warsaw, by Barbara Rylska. In a communist Poland, Rylska was one of these wonderful stage artists who were able to recall with taste and refinement — in almost perfectly mimetic way and with only a discreet parodistic touch — the atmosphere and style of legendary pre-war cabarets and music theatres of Warsaw. The hot apache-tango “Blady Niko” sung by Rylska’s low and slightly harsh voice belongs, no doubt to her peak achievements. What a great loss for Polish stages was her withdrawal from artistic career, in the end of the 1970s!


Piosenkę śpiewały wszystkie liczące się piosenkarki na świecie. Tu Billie Holiday:

Although the song originated in France — where it was a hit for Mistinguett in 1916 — it was popularized in the English speaking world in the 1920s with the 1921 recording by Ziegfeld Follies singer Fanny Brice. The song was a hit, and the record eventually earned a Grammy Hall of Fame Award for Brice in 1999.

The ballad version recorded by Brice was modified by Billie Holiday, who introduced a jazz/blues recording of “My Man.” Holiday’s version was also successful, although the song continued to be associated with Brice. Over the years, other artists from both the United States and abroad covered the song, though none of the artists achieved as much success as Brice and Holliday. One notable version was a 1940s recording by Edith Piaf, the most notable recording of “Mon Homme” in its original language.

Peggy Lee recorded the song for her 1959 album “I Like Men!” Her arrangement is very minimalistic, with the drums predominant in the mix.

In 1965, the song was covered by Barbra Streisand, the then-rising star of the hit Broadway musical, Funny Girl, a semi-biographical account of Fanny Brice’s life. Streisand’s cover became a minor commercial success, and was also included on the album My Name Is Barbra and in the film adaptation of Funny Girl. Her emotional rendition of “My Man” as the film’s finale drew additional critical praise to an already lauded performance that earned her the Academy Award for Best Actress in 1968.

Diana Ross performed the song in her final concert appearance as a Supreme at the Frontier Hotel in Las Vegas, Nevada, on January 14, 1970. Her performance was recorded & later released on the 1970 live album, Farewell. Ross adopted Billie Holiday’s jazz and blues version rather than the Brice or Streisand versions. In 1972, Ross recorded “My Man” again for the soundtrack for the film Lady Sings the Blues, in which she portrayed music legend Billie Holiday. The soundtrack album peaked at #1 on Billboard’s Pop albums chart, reportedly selling over 300,000 copies during its first eight days of release. Ross’ acting received critical acclaim and Golden Globe and Academy Award nominations for Best Actress; she won the Golden Globe award for “Most Promising Newcomer.” Ross’ second version of the song was a revival of Holiday’s jazz/blues reading. Ross gave one of her most critically hailed performances of the song in 1979 at Caesars Palace, Las Vegas, Nevada, which was recorded for an HBO concert special during her “The Boss” world tour.

It’s cost me a lot
But there’s one thing
That I’ve got
It’s my man
It’s my man
Cold and wet
Tired you bet
All of this I’ll soon forget
With my man
He’s not much on looks
He’s no hero out of books
But I love him
Yes, I love him
Two or three
Girls has he
That he likes as well as me
But I love him
I don’t know why I should
He isn’t true
He beats me too
What can I do?(refrain)
Oh my man I love him so
He’ll never know
All my life is just despair
But I don’t care
When he takes me in his arms
The world is bright
All right
What’s the difference if I say
I’ll go away
When I know I’ll come back on
My knees someday
For whatever my man is
I’m his forever more
Oh, my man, I love him so, he’ll never know
All my life is just despair, but I don’t care
When he takes me in his arms
The world is bright, all right…
What’s the difference if I say I’ll go away
When I know I’ll come back on my knee someday
For whatever my man is, I am his forever more
It cost me a lot,
But there’s one thing that I’ve got, it’s my man
Cold and wet tired, you bet,
But all that I soon forget with my man
He’s not much for looks
And no hero out of books is my man
Two or three girls has he
That he likes as well as me, but I love him…
Oh, my man, I love him so, he’ll never know
All my life is just despair, but I don’t care
When he takes me in his arms
The world is bright, all right…
What’s the difference if I say I’ll go away
When I know I’ll come back on my knee someday
For whatever my man is, I am his forever more…

O dziwo, nie znalazłam tej piosenki w wersji niemieckiej, choć przecież powinny ją były śpiewać Claire Waldoff, Zarah Leander i Marlene Dietrich, natomiast jest jej wersja hiszpańska, nagrana przez Maruję Garrido z… Salvadorem Dali w roli tego obłędnego mążczyzny, którego śpiewająca kobieta kocha bez pamięci.

Fińska lekcja

Jarosław Suchoples

W ostatnich dniach przez polską prasę przetacza się dyskusja o tym, jak to możliwe, że Finlandii premierem została 34-letnia kobieta, a większość członków jej gabinetu to również panie. Wśród głosów zdziwienia lub zachwytu nie znalazłem jednak właściwie niczego, co tłumaczyłoby polskim czytelnikom w sensowny sposób ten fiński, a w nieco szerszym kontekście północnoeuropejski fenomen.

Dlaczego więc w Finlandii 34-letnia kobieta na czele rządu to nic dziwnego (nic dziwnego dla Finów)? Polscy dziennikarze właśnie po raz kolejny odkryli Amerykę. I nie bardzo wiedzą, jak to odkrycie wytłumaczyć. Próbują konstruować swoje teksty albo w oparciu o biadolenie, że na szczytach władzy na świecie za mało jest kobiet, a Europa Północna to chlubny wyjątek (niestety, nie tłumaczą, z czego się ten wyjątek wziął), albo wpisują się w feministyczną narrację o tym, że świat jest zbyt mało kobiecy, tylko akurat na północy Europy jest bardziej kobiecy (i też nie tłumaczą dlaczego).

No właśnie, dlaczego światem Europy Północnej, bardziej niż gdzie indziej, rządzą kobiety? Odpowiedź jest jednocześnie prosta i skomplikowana. Najkrócej można by powiedzieć – “historia (i geografia, i klimat), głupcze!”

Zacznijmy od historii, trwających dziesiątki, a nawet setki lat procesów emancypacyjnych. Gdy w XVI wieku do władzy w Królestwie Szwecji, którego częścią Finlandia była wtedy, doszedł Gustaw Waza, skoncentrował się on na ugruntowaniu swej władzy monarszej,  założeniu dynastii i umocnieniu państwa, które dzięki temu nie mogło już stać się łatwym łupem zaborczych sąsiadów (brzmi znajomo, co?) Po to, by mieć pieniądze na utrzymanie dworu, administracji i armii, król przeszedł na luteranizm i skonfiskował majątek kościoła. Pastorzy stali się z czasem urzędnikami państwowymi, których państwo wynagradzało, ale i od których wymagało. Wymagało między innymi transmitowania do głów ludu bożego (wolnych chłopów – Szwecja i Finlandia nie znały pańszczyzny) treści zgodnych z programem państwa, a był on na wskroś pragmatyczny: czasy wikingów się już dawno skończyły, lud boży ma pracować, wystrzegać się pijaństwa, złodziejstwa i wszelkiego występku, przestrzegać prawa i płacić podatki.

W zamian władca otaczał poddanych opieką, tworząc sprawnie funkcjonujące państwo, co leżało i w jego interesie, i w interesie poddanych (zapewniał porządek prawny, spokój wewnętrzny, udział we władzy ustawodawczej i możliwość szybkiego wzbogacenia się poprzez udział w łupieżczych wyprawach wojennych, których ofiarą w wieku XVII stała się również Polska, ale przecież strach przed szwedzkim orężem znali też Duńczycy, Rosjanie, Niemcy, a nawet Czesi). Królowie, opierający swoją władzę na wsparciu otrzymywanym od stanu trzeciego, mogli pokusić się zarówno o złamanie potęgi arystokracji (z czasem stała się ona bazą warstwy urzędniczej, korzystającej nadal ze swego bogactwa, wykształcenia i ogłady, ale pozbawionej już władzy politycznej), jak i próbę stworzenia przynajmniej regionalnego mocarstwa. Niejako przy okazji chłopi i mieszczanie również korzystali z  wolności. Jedni lepiej, inni gorzej, jedni wykorzystując nadarzające się okazje, a inni tracąc je lub przeoczając, ale czyniąc to na własny rachunek i odpowiedzialność.

Tutaj dochodzimy do pierwszego warunku emancypacji kobiet z północy kontynentu. Skoro chłopska rodzina musiała się na własny rachunek utrzymać na gospodarstwie, którego ziemia specjalnie urodzajna nie była, a warunki klimatyczne (długie zimy) nie rozpieszczały, to stała ona przed prostym wyborem: albo wszyscy razem pracujemy po to, żeby razem przeżyć, albo razem zginiemy, jeśli zaczniemy “wydziwiać”, np. dzielić prace na męskie i kobiece. Mróz i głód nie zapytają czyś mężczyzną, czy kobietą. Spiżarnia musi być przed zimą pełna, dom zaopatrzony i wyremontowany, a kto to zrobi (lub nie), to już Wasza sprawa.

Wojny prowadzone przez Szwedów i Finów (tak, tak, szwedzka kawaleria składała się głównie z Finów, którzy na swoich małych, a silnych koniach siali, tak jak niegdyś Mongołowie, popłoch w szergach przeciwników) kosztowały jednak życie wielu ich żołnierzy, a ubytek ten w słabo zaludnionym Królestwie Trzech Koron trudny był do zrekompensowania. Mąż ruszał na wojnę, żona i dzieci zostawały same. Czasem na wiele lat, a czasem na zawsze. To ona musiała przejąć wszystkie obowiązki, nakarmić rodzinę i zapłacić podatki. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że falę funkcjonalnej emancypacji Szwecja, a wraz z nią Finlandia praktykowała przez całe stulecia, począwszy od wieku XVI, podzas gdy reszta Europy miała z nią do czynienia dopiero w wieku XIX, w epoce napoleońskiej (ok. 25 lat) i w wieku XX, w czasie I wojny światowej (4 lata).

Przejście ziem fińskich w roku 1809 pod panowanie rosyjskie nie oznaczało zerwania z dotychczasowymi schematami. W Finlandii nadal obowiązywało szwedzkie prawo, a kraj cieszył się autonomią, która szczególnie po 1863 roku zataczała coraz szersze kręgi. Przydał się tutaj bardzo zależny od państwa (również od Cesarstwa Rosyjskiego) kościół luterański. To w oparciu o jego struktury stworzono efektywny system wiejskiej edukacji (w kraju, gdzie miast prawie nie było, można w zasadzie uznać go za system edukacji narodowej). To wiejski pastor organizował szkołę i uczył dzieci. Religii również, ale przede wszystkim pisania, czytania i podstawowej wiedzy o świecie. Z czasem, po sieci szkół elementarnych, zaczęto tworzyć sieć szkół średnich. Zwieńczeniem systemu było istnienie znakomitego Uniwersytetu Helsińskiego, kuźni kadr administracji kraju, który był oczkiem w głowie wielkich książąt Finlandii, czyli carów Rosji.

Ludzie, którzy umieją czytać, muszą mieć co czytać. I co robić. Nie dziwi więc eksplozja fińskiej prasy, dla kobiet i mężczyzn, rozwój klubów i stowarzyszeń, a wreszcie partii politycznych. Wszędzie tam fińskie kobiety były aktywne w zasadzie od samego początku. Przy tym miały one, moim przynajmniej zdaniem, pewną przewagę. Wciąż było ich więcej. Mężczyźni wędrowali często za pracą, chociażby do pobliskiego St. Petersburga. Nierzadko też emigrowali za ocean, pozostawiając rodziny. I znowu to kobiety musiały stawić, często samotnie, czoła życiowym wyzwaniom. Nic więc dziwnego, że symbolem fińskiej kobiety są jej niezliczone klucze i kluczyki od drzwi, szaf i szuflad całego domostwa. To ona zań odpowiadała. A mąż? Nawet jeśli wrócił, to i tak nie wiedział, gdzie i co się znajduje, a poza tym, to nie on już w domu rządził. W domu był gościem i to nieraz kłopotliwym (ach to pijaństwo i skłonność do przemocy!)

Czymś naturalnym było więc, że kiedy w 1906 roku przeprowadzono reformę parlamentu i systemu wyborczego, kobiety uzyskały w Finlandii prawo do wybierania posłów i prawo bycia wybieranymi jak posłanki. W pierwszym powołanym według nowych zasad parlamencie było ich 19, to znaczy 9,5% ogółu posłów. To był rok 1907. A później już poszło… Jeszcze nie w okresie międzywojennym (wtedy kobiety działały w partiach politycznych i w parlamencie), ale jakieś 25-30 lat po II wojnie światowej już tak, i to nie tylko coraz aktywniej w polityce, ale i w biznesie. Przyszedł czas na pierwsze kobiety ministrów, przewodniczące parlamentu i piastujące urząd prezydenta czy prezesek i członkiń zarządu dużych firm. Dlatego powołanie Sanny Marin na stanowisko premiera rządu to najnaturalniejsza sprawa pod słońcem. I chyba tylko w tak bardzo zajętej sobą Polsce może to stanowić sensację.

Jej premierostwo to również egzemplifikacja fińskiego pragmatyzmu i koncepcji społeczeństwa. Przecież pięcio i pół milionowy naród nie może zrezygnować z połowy, z grubsza rzecz biorąc z połowy, talentu, pracowitości i poświęcenia swoich obywateli (przepraszam, obywatelek). Nie może też powiedzieć połowie z nich, że są gorsi albo że się do czegoś nie nadają. W państwie, którego fundamentem są dwie zasady: poszanowanie prawa i bezwględna równość wszystkich jego dzieci, to po prostu niemożliwe. Czasem wydaje mi się, że ta równość, to jakiś fetysz Finów, ale chyba lepiej tak, niż jakieś dziwaczne podziały na pierwszy sort i inne, panów i chamów, patriotów i zdrajców itd.

Chyba dlatego Polacy Finlandii mogą zazdrościć (przynajmniej niektórzy). Jednak trzeba mieć świadomość, że w Polsce szybko drugiej Finlandii czy Szwecji dla kobiet i wszystkich innych jej mieszkańców nie stworzymy. Najpierw musielibyśmy przekształcić w ekspresowym tempie nasz katolicki kościół w instytucję służącą państwu na wszystkich frontach (kościół luterański jako element systemu obrony państwa – zgrabny temacik na zupełnie inną pogadankę; inną, ale jakby nie do końca), stworzyć rozsądny system edukacji i nie “reformować” go co 4 albo 8 lat, i jeszcze mieć rządy, których absolutnym priorytetem byłoby umacnianie praworządności w kraju i świadomości prawnej wśród jego obywateli oraz koncepcji równości, równości wobec prawa i siebie nawzajem z żelazną konsekwencją, nieznającą albo prawie nieznającą wyjątków. Pewnych spraw nie przeskoczymy. Trzeba je w mozole przerobić i przetrawić. I chociaż dzisiaj wszystko dzieje się dużo szybciej niż w XVII wieku, to wciąż mówimy o czasie liczonym nie w latach, a w pokoleniach. Równość płci nigdy nie była w Finlandii czy w ogóle w Europie Północnej celem samym w sobie. To “tylko” efekt pewnej drogi rozwoju państwa i społeczeństwa. Tylko tyle i aż tyle. To trochę jak z hokejem. W 1976 roku w czasie mistrzostw świata w Katowicach Polska grała z Finlandią dwa razy. Było 3:3 i 5:5. Dzisiaj Finlandia jest mistrzem świata, a gdzie jest polski hokej? Niestety, bez pracy, konsekwencji, wysiłku popartego dobrym planem…, ale o czym ja właściwie piszę.

A tak w ogóle to Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku! Hyvää joulua ja onnellista uutta vuotta!


Jarek Suchoples jest profesorem wizytującym w Instytucie Sztuki, Muzyki i Badań nad Kulturą Uniwersytetu w Jyväskylä. W latach 2017-2019 był Ambasadorem RP w Finlandii

Tokarczuk. Nach der Rede.

Arkadiusz Łuba

Olga Tokarczuk – Die empfindliche Erzählerin

Literaturpreisträgerin Olga Tokarczuk stiftete dem Nobelpreismuseum ihr persönliches Tagebuch aus dem Jahr 2018, fot. Clément Morin © Nobel Media

Wer dem obligatorischen „Nobel Lecture“ von Olga Tokarczuk zugehört, oder ihn sogar gesehen hat, der weiß, er trägt den Titel „Der empfindliche Erzähler“. Darin hinterfragt sie die moderne Literatur, in der zu viel in der ersten Person erzählt werde. Darin fordert sie eine Erzählperspektive, eine der – wie Tokarczuk sie nannte – „vierten Person“, jenseits der klassischen „Ich“, „Du“ oder „Er*“. Sie erkennt diese Erzählweise in der Genesis des Alten Testaments: „Am Anfang war das Wort“ und fragt: „Wer ist es, das da weiß, was Gott denkt?“ Darin (wir sind immer noch bei Tokarczuks Vortrag) äußert sie ihre Freude darüber, dass „die Literatur auf wunderbare Weise das Recht auf alle Macken, auf Phantasmagorien, auf Provokationen, auf Groteske und Verrückte bewahrt“ habe. Tokarczuk träume darin „von hohen Standpunkten und weiten Perspektiven, in denen der Kontext weit über das hinausgeht, was wir erwarten würden“. Sie träume „von einer Sprache, die die dunkelste Intuition ausdrücken“ könnte, sie träume „von einer Metapher, die kulturelle Unterschiede“ überwinde, und schließlich träume sie „von einem Genre, das geräumig und transgressiv“ werde, „während die Leser es gleichzeitig lieben“ würden.

Ich übersetze aus Tokarczuks Vortrag: „Abgesehen von allem theologischen Zweifel können wir diese Figur des mysteriösen und empfindlichen Erzählers als wunderbar und bedeutsam betrachten. Es ist ein Punkt, eine Perspektive, aus der alles gesehen werden kann. All dies zu sehen, bedeutet, die endgültige Tatsache der Wechselbeziehung bestehender Dinge als Ganzes anzuerkennen, auch wenn diese Beziehung uns noch nicht bekannt ist. Alles zu sehen, bedeutet auch, eine ganz andere Art von Verantwortung für die Welt, denn es wird offensichtlich, dass jede Geste »hier« mit der Geste »dort« verbunden ist, dass eine Entscheidung, die in einem Teil der Welt getroffen, sich in einem anderen Teil der Welt auswirken wird, dass die Unterscheidung zwischen »mein« und »dein« fragwürdig zu sein beginnt. Daher sollte man so erzählen, dass der Leser den Sinn für das Ganze entwickelt und die Fähigkeit, Fragmente in ein Muster zusammenführen zu können und in jedem kleinen Geschehen ganze Konstellationen zu entdecken; so erzählen, um zu verdeutlichen, dass jeder und alles in einer gemeinsamen Idee liegt, die wir bei jeder Erdumdrehung sorgfältig in unseren Köpfen erzeugen“.

Mein Gott, wie nah ist sie mit ihren Forderungen und Wünschen an dem Versuch James Joyces, alles in ein Buch („Finnegans Wake“) zu packen! Doch all das verblasst irgendwie im Schatten der Aufregung um Peter Handkes politische Stellungnahmen für Slobodan Milosevic und sein „Großserbien“, es wird zu Unrecht übersehen, entschärft. Umso mehr freute es mich, dass ich heute hier meine Gedanken teilen kann.

Ich las Tokarczuk während des Studiums, da war sie gerade eine junge, aber dennoch an Ruhm gewinnende Schriftstellerin. Der Literaturnobelpreis bestätigt nun mal, dass ich und viele meine Gleichaltrigen uns nicht zufällig in ihrem Werk verliebt haben, es diskutierten, kommentierten, interpretierten und es dabei auseinandergenommen haben. Tokarczuk begann in einer Zeit, nachdem die größte lebende polnische Humanistin, Maria Janion, das Ende des romantischen Paradigmas verkündet hatte. Seitdem versucht die polnische Literatur generell, die neue Realität zu beschreiben, sich von den romantischen und Märtyrermythen zu befreien. Tokarczuk schöpft allerdings aus dem Ur und erforscht den heterogenen Ursprung unserer heutigen Kultur. Und aus diesem Hintergrund heraus wirft sie Fragen nach der jetzigen Form des Menschen. Zärtlich, behutsam, vorsichtig und dennoch stark.

Es seien 36 Jahre vergangen, schrieb Janion 2017 in einem Brief an den Polnischen Kulturkongress, und „der Teufelskreis des Polentums“ habe sich gewendet. Es bestehe ein Widerspruch zwischen Modernisierung und Modernismus. Letzteres erfordere geistige Anstrengung und die Bedeutungserneuerung der Gesellschaft – es erfordere es als Bedingung einer Desakralisierung und der wirklichen Ermächtigung: „Der so verstandene Modernismus fordert die Emanzipation von Minderheiten, die Achtung der individuellen Rechte und die tatsächliche Gleichstellung der Geschlechter. Dies kann nicht mit den Bestrebungen der Rechten [in Polen – Anm. A. Ł.] in Einklang gebracht werden“, so Janion weiter. Die Emanzipation von Minderheiten, die Achtung der individuellen Rechte und die Gleichstellung der Geschlechter sind alles Werte, die in Tokarczuks Werken auftauchen. Und genau deswegen können auch diese nicht mit den polnischen Rechten in Einklang gebracht werden.

Schwedische Buchhändler melden derzeit deutlich höhere Verkaufszahlen für Tokarczuk als für Handke. In den öffentlichen Bibliotheken muss man dort länger auf einer Warteliste für Tokarczuks Bücher stehen als für die des Österreichers. Es wäre interessant zu erfahren, wie es derzeit in Polen aussieht.

Ihren Vortrag beendete Tokarczuk mit denen, „die noch nicht geboren sind, sich aber eines Tages dem zuwenden, was wir über uns selbst und über unsere Welt geschrieben haben“, diesem „wunderbaren Werkzeug der raffiniertesten Art der menschlichen Kommunikation, dank dem unsere Erfahrungen durch die Zeit reisen können“. Sie denke mit Schuld und Scham an die noch Ungeborenen. Denn die Welt würde „auf den Status eines Objektes reduziert, das geschnitten, benutzt und zerstört werden“ könne: „Deswegen glaube ich, dass ich so erzählen muss, als sei die Welt, in der wir leben, eine Einheit, die sich ständig vor unseren Augen bildet, und als seien wir ein – kleiner und zugleich mächtiger – Teil davon“.

Nach solch einer Aussage, bleibt die Spannung hoch, wie das nächste Werk von Olga Tokarczuk sein wird.


siehe auch HIER

Nagroda. Tokarczuk.

Fragment auf Deutsch: ganz unten;
ganze Beiträge auf Deutsch – vorgestern sowie morgen

Od kiedy ukazali się Bieguni, wiedziałam, że tak będzie. I z uporem maniaka powtarzałam: Tokarczuk pracuje na Nobla i dostanie Nobla. No i dziś go dostanie.

Z tej okazji poprosiłam moich blogowiczów o napisanie, zadedykowanie bądź zacytowanie czegoś, co podkreśli ważność tego dnia. To zdjęcie też zostało skomponowane do tego wpisu. Myślałam, że teksty i przemyślenia zaproszonych do zabawy autorów, opublikuję w jednym wpisie w kolejności ich napływania. Jednak tak się nie dało. Posty o Tokarczuk wyparły z bloga wszystko, co było zaplanowane i zmiotły z powierzchni wszystkie ustalone od dawna terminy.

Wpis Arkadiusza Łuby został opublikowany już w poniedziałek (zob. TU), Eli Kargol wczoraj (TU), następny tekst Łuby będzie jutro (TU), Marka Włodarczaka TU. Zapraszam. A wszystkich, którzy czekają na  następne zapiski niespiesznego cyklisty lub chcą się dowiedzieć, co robią kolejni sąsiedzi, muszą poczekać, aż minie  szaleństwo związane z nagrodą Nobla.

I pomyśleć, że facet wynalazł dynamit. Niby wiem to od dawna, niby wszyscy to wiemy, ale mimo to straszne…

Krystyna Koziewicz

A nie mówiłam…

Czasami zdarzało  mi się coś intuicyjnie przewidzieć, niekiedy moje myśli spełniły się w życiu naprawdę, obróciły jakby w „złoto”. Tak było po przeczytaniu książki Olgi Tokarczuk „Księgi Jakubowe”, która mnie do tego stopnia zafascynowała, że sobie wtedy pomyślałam, tu cytuję… “jeśli ta książka nie otrzyma Nobla, to upadł bezpowrotnie międzynarodowy prestiż tej nagrody literackiej”. Miałam rację, co mnie niezmiernie ucieszyło – wartości uniwersalne przekonały gremium, przyznające nagrodę. Gratulacje dla Olgi Tokarczuk!

Zdjęcia zrobione przez Autorkę (z ukrycia) podczas Berlinale roku 2017, kiedy to film POKOT zsotał nagrodzony Srebrnym Niedzwiedziem – reżyseria Agnieszka Holland, scenariusz wg powieści Olgi Tokarczuk Prowadź swój pług przez kości umarłych.


Teresa Rudolf

Kręć się, kręć wrzeciono!

Słowo do słowa,
a tam wzorek, a tam pytanie,
a tam zagadka, a tam zdziwienie.

Słowo do słowa,
a tam smutek, a tam radość,
a tam wypadło oczko…

Słowo do słowa,
a tu już utkany z liter szal,
z Krakowa do Wiednia.

Słowo, do słowa,
a tam już nowy wzorek,
ciąg dalszy nastąpi.

Pisać, znaczy tkać
z myśli, emocji, zdarzeń
a czasem pruć, by znow tkać.

Pisać, znaczy tkać,
kolorowo lub szaro,
w głowie i sercu…

we własnym domku,
na własnym wzgórku,
na własnym wrzecionku…

W sobie,  dla siebie,
zanim ktoś inny….
zanim ty, lub ty, to zobaczysz…


Julita Bielak

Dwie twarze i filiżanka herbaty

Fotografie oddychają czy też: mają swoje tchnienie. Możemy doskonale objąć ich zawartość, zgłębić ich kompozycję, umieścić je w dziejach sztuki, zrozumieć emocje, jakie wywołują. Jeśli jednak nie poczujemy na twarzy ich tchnienia, nie poczekamy na chwilę, gdy je z siebie wypuszczą, przejdziemy mimo nich.

Marek Bieńczyk, Książka twarzy

Jej przeszłość wydawała mi się biało-czarna, jak stary film. Ludzie poruszali się w niej nerwowo i szybciej niż w rzeczywistości. Wszystko tam było jakieś toporne, nie miało głębi.

Olga Tokarczuk, Gra na wielu bębenkach, Szkocki miesiąc

Na klasowym spotkaniu po latach zapytałam pewnego poetę, co czyta: „Życie każdego z nas jest książką, nie sądzisz?” – odpowiedział. Nie sądziłam, moje przypominało wówczas stary program w muzycznej telewizji Dzika szafa grająca albo co najwyżej poradnik Drewno moje hobby. Tomasz Pągowski, z zawodu konserwator drewna zabytkowego, mawia, że choćbyś nie wiem, jak się wiórami upieprzył, to zawsze ładnie pachniesz. Pewnie istnieją wyjątki.

Dopiero w liście ów poeta, może targany wyrzutami sumienia, że mnie zbył, przyznał, że spośród polskich pisarzy najwyżej ceni Olgę Tokarczuk. – Czyta Tokarczuk – powtarzałam. To „czyta Tokarczuk” chodziło za mną, niepokoiło. Z księgarni przyniosłam Księgi Jakubowe, które z punktu uznałam za wyzwanie. Nie myliłam się, zakładka długo tkwiła na siedemnastej stronie, tam, gdzie zwykle pieczątkę stawiają biblioteki. Nie rezygnowałam, na Literackim Sopocie do Ksiąg… dokupiłam Grę na wielu bębenkach, opowiadania przeczytałam w jeden wieczór. Następnego dnia wróciłam do Ksiąg…, już wiedziałam, jak je czytać.

W jednym z wywiadów Andrzej Piaseczny opowiedział o mailu otrzymanym od nieznanej mu dziewczyny: „Niedawno umarł mój mąż, miał tyle lat, co Ty. Dzisiaj w samochodowym radiu usłyszałam Twoją piosenkę ‘Przyjdź, przytul, przebacz’, nie mogłam powstrzymać łez. To nie Ty ją napisałeś, napisało ją moje życie”. Opowiadania Olgi Tokarczuk stały się moją znaczącą lekturą, zaczynam zawsze od początku, docieram do Tancerki i każde „Kochany Tatusiu” dławi mnie w gardło. Jest styczną obrazów literackich i mojego życia. Powrotem do czegoś, czego już nie ma, a może w ogóle nie było.


EMS: 25 lat temu, w czwartym numerze wydawanego przeze mnie wówczas polsko-niemieckiego czasopisma literackiego WIR, znalazł się wywiad Judith Büsser z Olgą Tokarczuk. Olga była już znaną pisarką, po EE, Prawieku i Podróży ludzi Księgi wiadomo było, że pojawił się Ktoś.

Judith Büsser, Sny są ważną częścią życia (przedruk)

Olgo, jakie masz tempo pisania?

Myślę dosyć długo, zanim zacznę pisać.

A potem, pewnego dnia wychodzi gotowy tekst?

(…) Jedyne , co mogę powiedzieć to to, że tę książkę pisałam w amoku. Ty jako czytelniczka odbierasz tę energię, którą ja jako autorka wkładałam w tekst, a tej energii było dużo. Pisałam w ogromnym napięciu. Ale jest też mnóstwo materiału, który nie został wykorzystany, a był napisany. Pod koniec cięłam, bardzo dużo wyrzucałam. Bardzo mi zależało, żeby forma była zwarta. (…)

Każdy z rozdziałów jest w gruncie rzeczy krótkim, zamkniętym w sobie opowiadaniem.

Jeśli będę pisała jeszcze coś, to właśnie w taki sposób, ponieważ tak myślę – krótkimi historiami. Łatwiejsza jest dla mnie krótka forma. Jestem zbyt niecierpliwa, żeby długo utrzymać napięcie.

Postaci w twojej powieści miewają zdumiewająco dużo snów.

Sny są ważną sferą życia. Nie można robić prób opisania czyjegoś życia, pomijając sny. (…)


Ewa Maria Slaska

Dokładnie przed stu laty, 10 grudnia 1919 roku, Marcel Proust otrzymał najważniejszą francuską nagrodę literacką – nagrodę Goncourtów – za drugi tom swojego Dzieła, które potem urosło do wymiarów siedmiotomowego ARCYdzieła: W poszukiwaniu straconego czasu. Była to pierwsza książka wydana we Francji natychmiast po zakończeniu I wojny światowej.

Czy coś z tego wynika? Czy te dwie daty łączą się ze sobą? Zapewne nie, zapewne zwykła to koincydencja, jakich w naszym życiu tak wiele, że czasem ich nawet nie zauważamy. Ale jakoś dobrze się czuję z tą myślą, że sto lat temu Proust, mój Autor naj naj naj, a dziś Tokarczuk, nasza Autorka naj naj naj… Niech i o niej za sto lat ludzie myślą, niech o niej pamiętają, wciąż ją czytają i znajdują w jej książkach ważne dla siebie przemyślenia, tak jak my czytamy Prousta i pomaga on nam zrozumieć w życiu tyle spraw, przede wszystkim nas samych.


trzydzieści lat temu umarł mur wokół nas,
ale odrodził się w sercach;
sytuacja nie jest jednak beznadziejna;
byłem i jestem zdania wilhelma reicha,
że jeśli ktoś chce pokonać totalitaryzm,
to powinien zacząć od samego siebie;
właściwie od dziecka to, niełatwe, zadanie podjęli pani olga tokarczuk i  pan peter handke,
tegoroczni nobliści, ludzie, nie tylko literacko, niepospolici
gratulacje!

tibor jagielski
berlin, grudzień, roku dwa tysiące dziewiętnastego


Monika Wrzosek-Müller

Der Preis für Olga Tokarczuk war für meine Generation erstaunlicherweise eine große Genugtuung. Das höre und lese ich aus verschiedenen Aussagen und Notizen, die jetzt erscheinen. Es ist nicht einmal ein Gefühl des Stolzes, aber eine Erleichterung und Zufriedenheit, dass polnische Literatur, unsere oft weit ausschweifende Ausbildung belohnt wurde. Beim Nobelpreis für Szymborska dachte ich, niemand schreibt einfach so leichte und ironische Gedichte. Es hatte aber für mich wenig mit uns Polen zu tun und noch weniger mit denen, die im Ausland leben und am wenigsten mit mir. Warum also jetzt die Wärme, frohe Stimmung und Erleichterung bei Tokarczuk? Ich persönlich war durch „Unrast“ auf die Autorin aufmerksam geworden. Was ich bei ihr spüre, ist die Lust sich mit der Sprache auseinanderzusetzen, den Worten, der Erzählung, der großen epischen Form einen Platz zu geben. Ich denke, sie wird zu einer Symbolfigur für das bessere, intellektuelle und offene Polen, das mit den Wurzeln in der Heimat verankert ist aber sie nicht glorifiziert. Für uns junge und ältere DZIEWCZYNY ist sie die nächste Polin, die die Auszeichnung bekommt und damit uns anspornt, besänftigt und herausfordert! Bravo!


I na zakończenie: TU, czytaj i słuchaj. Wykład noblowski, wygłoszony przez Tokarczuk w minioną sobotę!

Treffen mit Olga Tokarczuk

Arkadiusz Łuba

(mit Zbigniew Herbert, Wisława Szymborska und Witold Gombrowicz im Hintergrund)

Dass ich als Literaturbegeisterter und -studierter gleich zwei moderne polnische Nobelpreisträgerinnen erleben werde, habe ich mir nie gedacht. Seit meinen frühen Jahren an prägte mich die Lyrik Zbigniew Herberts und genauso wie im Falle der Opposition, ja, des Antagonismus, Adam Mickiewiczs und Juliusz Słowackis (ich stand immer an der Seite Słowackis) habe ich Wisława Szymborska eher verachtet als verehrt. So habe ich mal in einem Referat für den Literaturunterricht an meiner Oberschule an ihre Verwicklungen in sozrealistische Poesie erinnert. Ich war 1996 traurig, dass anstelle Herberts sie den Literaturnobelpreis erhielt. Herbert starb am 28. Juli zwei Jahre später (ich erfuhr darüber während eines Jugendlagers in einem abgelegenen Kaff in den Masuren, wo jeweils nur zwei Exemplare der Tageszeitungen geliefert wurden und stand schon um 7 Uhr morgens vor dem Lebensmittelladen, um die gedruckten Nachrufe zu kaufen) und damit auch jede Hoffnung an einen Nobelpreis für ihn. Erst Jahre später, als ich die Ausstellung „Szuflada Szymborskiej“ (Szymborskas Schublade) in Krakau gesehen habe, änderte sich meine Meinung über die Person der Lyrikerin (ihre Lyrik habe ich ja als Literaturstudierter wohl gelesen). Was für ein humorvolles, freches, ironisches und liebes Wesen ist sie gewesen. Da fühlte ich auf einmal gewisse Seelenverwandtschaft. Ich interviewte sogar ihren Sekretär Michał Rusinek für eine Radiosendung. Kann den Bericht momentan nicht finden, hier aber stellvertretend etwas über Zbigniew Herbert und seine Jahre in Berlin.

In Krakau habe ich 2013 das Literaturfestival „Festiwal Conrada“ entdeckt, Witold Gombrowiczs Witwe Rita mit und ohne mich fotografiert und einen ersten deutschsprachigen wissenschaftlichen Artikel zu Gombrowiczs geheimen Tagebuch „Kronos“ geschrieben.

Rita Gombrowicz mit mir und der Faksimile-Ausgabe des geheimen Tagebuches „Kronos“ auf dem Conrad-Literaturfestival in Krakau, 2013, fot. © Arkadiusz Łuba

…und ich berichtete als erster in deutschsprachigen Medien über die heute in aller Munde vorhandenen „Jakobsbücher“.

Signatur von Olga Tokarczuk in meinem „Jakobsbücher“- Exemplar, fot. © Arkadiusz Łuba

Olga Tokarczuk selbst traf ich dann auf verschiedenen Veranstaltungen im Im- und im Ausland. Als ihr „Prowadź swój pług przez kości umarłych“ (Gesang der Fledermäuse) 2011 erschien, stellte ich ihr in Anwesenheit einiger Literaturprominenz in Berlin folgende Frage (Audioaufnahmen in meinem Archiv): „Der polnische Titel ist ein Zitat aus William Blake, er kommt auch oft in dem Buch vor, auch das Mystische und die Astrologie. Im »Unrast« zeigten Sie uns eine moderne Welt in Bewegung und Instabilität. Suchen Sie jetzt nach etwas Stabilen, Geordneten, Chaoslosen?“ Daraufhin kam dann die Antwort: „»Unrast« sehe ich als mein Opus Magnum. Ich habe viel zu diesem Buch recherchiert und lange daran geschrieben und wollte nachdem es fertig war eigentlich einen längeren Urlaub machen. Dann rief mich mein Krakauer Verleger an und erinnerte mich höflich daran, dass ich einen Vertrag für zwei Bücher unterschrieben habe und dass die Frist bald um ist. (…) Das hat mich motiviert, etwas Einfacheres wie ein Krimi zu schreiben. (…) Ich hatte Spaß am Schreiben, allerdings überkam mich schnell das Gefühl der Langweile, nur die kriminellen Ereignisse zu erzählen und es wurde mir bewusst, dass ich an einem Buch mit doppeltem Boden schreibe. (…) Anspruchsvolle Leser finden darin ernsthafte und fundamentale Fragen. In diesem Buch hinterfrage ich bestimmte philosophische Traditionen und verschiedenen Denkweisen, die seit dem 18. Jahrhundert galten. Hier ist also auch Platz für Blake, den Philosophen und Dichter, der auf der Schwelle zwischen Aufklärung und Romantik gelebt hat. Durch ihn werden hier die zwei Epochen miteinander konfrontiert“. Sie sagte auch: „Das Leitmotiv aller meiner Bücher ist die Suche nach einer Ordnung. Für den Leser scheint oft diese Suche verstörend zu sein, als ob meine Protagonisten diese Ordnung dort suchten, wo sie anscheinend nicht sollten“. Und ich wollte mehr wissen: „In dem Buch stellt sich die Frage, wie wird es in einer Million Jahren aussehen und ob der Himmel noch die gleiche Farbe haben werde. Und genau das wollte ich gerne wissen – Welche Farbe wird der Himmel in Ihrem nächsten Buch haben?“ Und so hat mir und allen Anwesenden Olga „Die Jakobsbücher“ angekündigt, ohne etwas Konkretes zu verraten: „Es wird der Himmel des 18. Jahrhunderts werden, ich kenne allerdings nicht seine Farbe. Der Plot beginnt in Osteuropa und nimmt den Leser mit auf eine Reise durch Wien, Brünn bis hin nach Offenbach bei Frankfurt“. Daraufhin folgte ein verrücktes Foto (s. unten), wo wir Grimassen zeigen sollten (Olga hat schlussendlich gar nicht):

03 Olga Tokarczuk mit mir in der Berliner Akademie der Künste (hinten links der Schriftsteller Andrzej Stasiuk), 2011, fot. © Archiv Arkadiusz Łuba
Olga Tokarczuk mit mir in der Berliner Akademie der Künste (hinten links der Schriftsteller Andrzej Stasiuk), 2011, fot. © Archiv Arkadiusz Łuba

Die Jakobsbücher“ sind nun bekannt und ausführlich diskutiert worden. Und nun wurde Tokarczuk für ihre „erzählerische Vorstellungskraft, die mit enzyklopädischer Leidenschaft das Überschreiten von Grenzen als Lebensform“ darstelle mit dem Literaturnobelpreis gekrönt und ich war stolz. Gleich musste ich ein Interview mit einigen Einschätzungen für das deutschsprachige Publikum des Auslandsdiensts des Polnischen Rundfunks geben.

Nun gründet Tokarczuk eine Stiftung, die Kultur in Polen und im Ausland unterstützen und umweltbewusste und Antidiskriminierungsmaßnahmen sowie die Bürgergesellschaft fördern soll. Die Nobelpreisträgerin hat gemeinsam mit dem Stadtpräsidenten von Wrocław Jacek Sutryk und dem Direktor des Breslauer Literaturhauses Irek Grin die Einzelheiten zur Tätigkeit der Stiftung vor ein paar Tagen bekannt gegeben. In die Satzung der von der Nobelpreisträgerin gegründeten Stiftung wird ein breiter Umfang von Tätigkeiten eingetragen. Kulturelle und künstlerische Aktivitäten sind zu erwarten, aber auch Umweltprojekte, und zwar für die Gleichbehandlung und Förderung der Entwicklung der Bürgergesellschaft. Die Stiftung setzt sich auch zum Ziel, die umfassende Entwicklung von Niederschlesien zu unterstützen, die grenzüberschreitende Zusammenarbeit zu koordinieren sowie die polnische Kultur in der Welt und die Weltkulturerbe in Polen zu fördern: „Die Arbeiten an der Gründung der Stiftung dauern noch an. Wir wissen aber schon, was wir vorhaben“, sagte Tokarczuk während einer Pressekonferenz in Wrocław: „Ich wünsche mir, dass sich die Stiftung mit den mir ganz besonders am Herzen liegenden Sachen befassen wird, daher Umweltschutz“.

Literaturpreisträgerin Olga Tokarczuk und Stadtpräsident Jacek Sutryk bei der Pressekonferenz zur Gründung der Stiftung in Wrocław, fot. © Urząd Miasta Wrocław

Dem Stiftungsrat werden – neben Olga Tokarczuk – noch zwei Personen angehören: Regisseurin Agnieszka Holland und Direktor des Breslauer Literaturhauses Irek Grin. Die Schriftstellerin wird für die Tätigkeit der Stiftung den Betrag in Höhe von 350.000 PLN (80.000 Euro) aus ihrem Nobelpreisgeld bestimmen. Als strategischer Partner der Stiftung wird im Namen der Stadt das Breslauer Literaturhaus fungieren. Tokarczuk ist seit mehr als einem Jahr Mitglied des Programmausschusses dieser Institution, daher gestaltet sie aktiv die strategische Tätigkeit des Breslauer Literaturhauses mit.

Laut Erklärung des Präsidenten Jacek Sutryk wird die Stadt die Villa von Maria und Tymoteusz Karpowicz an der Krzycka-Straße für den Sitz der Stiftung überlassen. Sie soll zum Treffpunkt von Literaten und Übersetzern werden, aber auch als Diskussions- und Begegnungszentrum dienen. Die Villa umgeben von einem Garten wird allen Bürgern offen stehen. Wrocław wird somit zum ersten Förderer der Stiftung von Olga Tokarczuk sein. Die Stiftung wird ihre Tätigkeit möglichst bald beginnen, ohne auf die Renovierung des Objektes zu warten. Bereits jetzt wurden die Pläne für die ersten Monate ihrer Tätigkeit dargestellt.

Gestaltet werden Förderregelungen für die größten literarischen Veranstaltungen in Niederschlesien. Es handelt sich hierbei sowohl um ein von Olga Tokarczuk initiiertes Literaturfestival „Góry Literatury” (Berge der Literatur), die in Nowa Ruda und in der Umgebung stattfindet als auch um andere. Der Stiftungsrat will außerdem das hervorragende, aber bedrohte Bruno Schulz-Festival in Drohobycz unterstützen, das seit Jahren die größte Szene zur Förderung der polnischen Literatur in der Ukraine darstellt. Olga Tokarczuk ist inhaltlich mit dem Festival verbunden. Geplant wird auch die Vorbereitung der Veranstaltung zum 100. Jahrestag der Geburt von Stanisław Lem und Tadeusz Różewicz, der in das Jahr 2021 fällt.

Die Ziele der Stiftung, des Breslauer Literaturhauses und diejenigen, die in unserer Bewerbung um den Titel der UNESCO-Literaturstadt enthalten sind, sind gleich“, sagte Irek Grin: „Die enge Zusammenarbeit ist als selbstverständlich zu betrachten“.

Am 10. Dezember wird der Nobelpreis an Tokarczuk verliehen. Der Tag soll ab dann für immer als ein großes Literaturfest in Wrocław gefeiert werden – in den Breslauer Schulen werden an ihm Prosa-Stücke berühmter Schriftsteller vorgelesen.

Die Preisverleihung wird ab 15:30 Uhr auf dem Breslauer Markt live übertragen. Während der Veranstaltung können Bücher von Olga Tokarczuk gekauft werden. Auch kann ein Gedenkstempel von diesem Tag auf die bereits mitgebrachten Bücher gedrückt werden. Was für eine Feier!

Z powieści…

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu: Bajka zamku Książ

Po pół wieku uciekam od szalonych czasów pełnych szalonych ludzi w głąb Wałbrzyskiego Parku Narodowego. Pobyt w zamku ma być próbą, czy pęknę pod ciężarem kłamstw tego świata, czy wrócę do domu zrelaksowana. Jestem już w Książu na dolnym Śląsku, niedaleko Świebodzic, gdzie jako mała dziewczynka i nastolatka spądzałam u stryjka wakacje i święta. Pragnę odszukać ślady tej miłości, którą zostawiłam w samym zamku Książ.

Życie to bajka, tak zwykłam mówić. Każdy żyje w swojej, wykreowanej przez własne myśli. Chowam się w zaciszu Natury, w lesie okalającym zamek. Powracam w miejsca, gdzie zostawiłam ślady dziewczęcych stóp. Podążam też śladami samotnej Daisy, Stokrotki, ostatniej pani tego zamku, która sto lat temu też samotnie uciekała w las, by nad dzikim strumieniem łowić pstrągi i rozmyślać. Daisy, mimo swego bogactwa, również była samotna. Mój powrót do zamku był szokiem. Odnowiony, z przygotowanymi komnatami i dziełami sztuki sprzed lat, przyciąga turystów z całego świata. Wynajmuję prywatnego przewodnika, który oprowadza mnie po zamku i opowiada jego historię. Biorę też udział w nocnej wyprawie po zamkowych lochach. Wracam w te same miejsca, po których kiedyś latały nietoperze i biegały szczury wielkie jak koty. Mieszkam w domku, jednym z wielu domków dla służby, a po których biegałam jako mała dziewczynka z grupą innych dzieciaków, bawiąc się w chowanego. Podziwiam piękne pałacowe ogrody. Nie chcę opisywać dziejów zamku i związanej z nim historii niemieckich laboratoriów śmierci w czasie drugiej wojny światowej, czy historii pięknej, bajecznie bogatej, dobrej księżniczki, która mieszkała tu do czasu wybuchu wojny. Można to znaleźć w literaturze faktu.

O Daisy TU. O dziejach zamku podczas II wojny TU. A tu jeszcze opowieść o tym, jak Daisy spędzała święta.

Późnym popołudniem tego samego dnia wybieram się na pierwszy spacer do „puszczy” okalającej zamek. Odnalazłam dziką dróżkę, nieznaną turystom, prowadzącą głęboko w dół lasu. Po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że zapomniałam telefonu, a o kompasie w ogóle nie pomyślałam. Wszystkie moje życiowe wybory i kroki, jakie podejmuję, są na chybił trafił. I tak było tym razem. To był instynktowny moment zapuszczenia się w głąb tej „puszczy”. Ryzyko, nie czuję strachu, adrenalinę mam chyba we krwi. Inteligencji orientacji mam tyle, co szprotki w puszce, a jednak idę dalej. Moim celem jest wartki strumień, nad którym rozmyślała księżniczka, a później ruiny starego zamku. Idę tą samą dróżką, którą pokonywała Daisy. Po przejściu następnych kilkuset metrów zgubiłam się. Ani w tą, ani w tamtą. I wtedy mroczny las pokazał swoją nieokiełzaną siłę i moc. Przysiadam na zwalonych pniach drzew i myślę o księżniczce i inteligentnych drzewach. Opowieści o Pani zamku słyszałam już od stryjka. W głowie jak na ekranie komputera wyświetla się „film” i słyszę głos stryjka – „Księżniczkę do lasu prowadziły sarenki, dlatego nigdy nie zbłądziła”. Wstaję i nie mam innego wyjścia, jak podążyć się w jednym kierunku. Gdzieś przecież wyjdę. Jestem już nad urwiskiem. Głęboko w dole płynie strumień. Las wydaje się bajkowy, jakbym znalazła się w filmie Avatar. Nie mogę się zgubić, przecież drzewa też mają serca. Przez ich wiekowe konary, rozczapierzone jak tysiące ludzkich rąk, wpadają ostatnie promyki słońca. Jest godzina dwudziesta. Przysiadam na zwalonym pniu, który będę musiała pokonać, by iść dalej. Spoglądam na niższe piętro lasu. Nagle widzę gromadkę sarenek, a wśród nich jedną malutką. Pokonuję zwalony pień i idę w dół, śladem zwierząt. Jestem blisko, może dwadzieścia metrów. Płoszę je. Jedna z nich zostaje i mi się przygląda.

– Chodź do mnie, malutka, nie zrobię ci krzywdy, zgubiłam się – mówię głośno.

Inne już odbiegły, a ta mała zachowywała się irracjonalnie. Obserwowała mnie, jakby na mnie czekała. Jedna ze starszych saren co chwilę przystawała i na pewno wiadomymi sobie znakami dawała małej reprymendę. Szłam dalej, jakby sarenka mnie prowadziła i zapomniałam, że w ogóle się zgubiłam. I tak doszłam do strumienia. Dopiero wtedy zrozumiałam, że one szły do wodopoju, ale instynkt mnie nie zawiódł. A może znalazłam się w bajce, a sarenka to Daisy? Przykucnęłam i zobaczyłam szerokie kilkudziesięciostopniowe schody z kamieni, prowadzące do ruin zamku. Po raz drugi ogarnął mnie lęk i to uzasadniony. Jestem sama w puszczy. Pomyślałam: skoro Daisy się nie zgubiła, to i ja nie muszę. Nagle słyszę jakieś głosy. Teraz to mnie zamordują – takie myśli przebiegły przez głowę. Głosy były coraz bardziej słyszalne. „Ja tam nie idę”, „Zobacz, tam ktoś jest”. Głos kobiecy był przyjazny, więc się odwracam. Widzę parę młodych, którzy idą w moim kierunku.

– Co pani tu robi sama w tym ogromnym lesie? – pyta mężczyzna.
– Idę na stary zamek – odpowiadam spokojnie, jakbym była leśnikiem i znała tu każde drzewo.
– Jest późno, robi się szaro. Ma pani szczęście, tu można zabłądzić, tu nikt sam nie rusza w las.
– Za późno – odpowiadam.
– Idziemy do ruin?
– Pewnie, że idziemy, muszę zrealizować swój plan.

No i wchodzimy po szerokich i głębokich schodach. W czasie wspinaczki dziewczyna opowiada historię Daisy, jakiej jeszcze nie znałam. Uraczyła mnie prawdziwą opowieścią z życia jej babci, która pracowała w pałacowych ogrodach. Wracaliśmy już prawie po omacku, przy świetle latarki, którą miał ze sobą mężczyzna. Młody dobrze orientował się w terenie i bez problemu o godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści wróciliśmy na zamek.

Dziewczyna o imieniu Grażynka opowiedziała legendę, która mówi o księżnej zamku, o jej duchu, błąkającym się wśród ścieżek, którymi za życia podążała i pomaga nie zgubić się osobom zapuszczającym się w głąb tego olbrzymiego lasu.

Tak sobie myślę, iż zdarzyły się dwa cuda. Jeden, że spotkałam ludzi, akurat tego dnia, akurat o tej porze, akurat dziewczę, które znało historię życia Daisy i związane z nią legendy. Czy to przypadek? Tego się już nie dowiem. Teraz zaczekam na moją sarenkę, która zaprowadzi mnie ponownie nad tę samą rzeczkę, ale w czasie snu.

Zaprosiłam młodych na piwo i tak do drugiej w nocy słuchałam opowieści związanych z zamkiem. Wszystko jest dla mnie takie dziwne. Tam jest magia. W końcu moje marzenie się spełnia. Wymądrzę się w tym momencie i dodam, że to intencje wpływają na procesy zachodzące w mózgu. Im więcej intencji, tym większa możliwość spełnienia marzeń. Z tym zamkiem łączy się moja platoniczna przygoda miłosna, której ślady tam zostawiłam.
W latach sześćdziesiątych był to dziki, opuszczony teren z pozostałościami zniszczeń po wojnie, zarówno po Niemcach jak i armii rosyjskiej. Okalający zamek las (ponad 200 ha) też był mi znany, jakby to była moja własna posiadłość. Do tej puszczy (tak nazywam dziki Wałbrzyski Park Krajoznawczy) nie prowadziła kiedyś droga, tylko piaszczysty dukt. Z innymi dzieciakami penetrowaliśmy opuszczone lochy. Jako zakochana szesnastolatka robiłam z moim chłopakiem całodzienne wypady. Przyjechałam do Świebodzic, gdzie moja pierwsza miłość nadal mieszka z rodziną. Umówiliśmy się w jednej z restauracji w zamku Książ. Poinformowałam go przez telefon, jak jestem ubrana. Pijąc kawę rozmarzyłam się. Czekam na młodego, przystojnego chłopaka, studenta trzeciego roku Politechniki Wrocławskiej. Jestem rozemocjonowana i chyba zaprogramowana w taki sposób, by utrwalać emocje chemiczne w pamięci długoterminowej. Taką zamyśloną wyrywa mnie głos, wypowiadający moje imię. Podnoszę głowę. Co po nas zostało? Tylko głos, który jest wizytówką niezmienną od lat, identyfikatorem. Na własnej skórze odczułam tę degradację czasu. Doznaję szoku, bo wracam. Skąd wracam? Jestem już Teraz i Tu.

Staje przede mną starszy pan w dżinsach i sportowej koszuli, odmawia wypicia kawy. Nie czuję radości ze spotkania ani w jego pozie ani w jego oczach, co najwyżej szklaną pustkę. Nie tak miało być, nie taki obraz zaplanowałam. Płacę w pośpiechu rachunek i ruszamy starym audi do Świebodzic, do domu, w którym pomieszkiwałam w czasie wakacji. Konsternacja odbiera zmysły, więc rozmowa nie klei się. Dojeżdżamy. Moim oczom ukazuje się może nie zdewastowany, ale bardzo zniszczony budynek, na którym ta sama co kiedyś, ale wyblakła reklama zakładu fotograficznego sąsiada z pierwszego piętra. Choć pozornie nic się nie zmieniło, tylko się zestarzało, to wspomnienia zakodowane w pamięci długotrwałej żyją starymi obrazami. Pomyślałam: Domy są jak ludzie, składają się z tych samych cząsteczek, atomów, elektronów, pozytonów i nawet emanują zapachem tamtych czasów, bo w dziwny sposób włączył mi się zmysł węchu z czasów dzieciństwa i młodości. Nie ma już ładnego ogródka, w którym rosły róże i pachnące konwalie. Nie ma naszej romantycznej altanki. To wspomnienie młodości niosło ślady cierpienia, a jego brzegi raniły mnie aż do molekuł. Pomyślałam, że przeszłość zostawiłam za sobą, a tu na własne życzenie jest obok. Poczułam się, jakby atomy moich rzęs drgały w świetle kosmicznego tańca światła, a ja byłam tylko ich wylęgarnią.

– Ależ jest! – nagle wybudzam się z zamyślenia. – Jest schowana za garażem.

Kolega prowadzi mnie tą samą dróżką, po której dawno, dawno temu dreptałam. W mózgu włączają się chyba antyatomy, antyelektrony, te wszystkie antycząstki, bo znowu na kilka sekund jestem w tamtym czasie, z grupą imponujących mi studentów. Pijemy alkohol i palimy fajki. Katalepsja mija i widzę obecny obraz. Stara nora, zarzucona wieloma szpargałami i brudnymi szmatami. Czyżby to jeszcze te koce, którymi kolega okrywał mnie w późne letnie, chłodne wieczory, kiedy czytaliśmy Mickiewicza, Tetmajera i innych wielkich poetów, a fraszek Sztaudyngera uczyliśmy się na pamięć? Znów mój umysł odebrał wrażenie zapachu altany z tamtych lat. To samo odczucie dopadło mnie, kiedy wchodzę do domu i witam się z panią w moim wieku. Siedziała na kanapie i cały czas coś żuła. Zdawała się być jak cicha, łagodna owieczka, która zjada trawę. To jego żona. Na spotkanie wychodzi i wyciąga szeroko ramiona stulatek, ojciec kolegi i przyjaciel mojego stryjka. Wygląda jak dobry, poczciwy batiuszka. Zaprasza. W mieszkaniu, które pięćdziesiąt lat temu było dla mnie „bogate”, nic się nie zmieniło, oprócz nowych setek książek upchanych, gdzie się da. No tak! „Dom bez książek, to dom bez okien”. Dziadek opowiada historie, które są dla mnie jakby nie z tej ziemi, historie wojny związane z zamkiem. Podziwiam jego rześkość i prawię komplementy. Choć nie. To, co mówię, to prawda. Dziadek otwiera stare zniszczone pudełko, które nawet dziwnie pachnie i wyciąga pożółkłe czarno białe zdjęcia z księżną Daisy.

– Zobacz, o tu, tu siedzi mój ojciec.

Staruszek wraca do przeszłości, nie tylko tej wojennej historii Książa. Opowiada o swoim ojcu, bywalcu na zamku w latach dwudziestych. Wchodzę w tamtą przestrzeń, która dla mnie jest tylko myślą, bo reszta, co otacza tę przestrzeń, to już chyba myślący Bóg, który tak zarządził. Słowa o Niemcach, o czasie drugiej wojny światowej i laboratoriach, w których poddawani byli okrutnym badaniom mieszkańcy okolic, są precyzyjne, zdania logiczne i sensowne, strzela nimi jak harpunami, a harpuny łatwo wbić, ale wyciągnąć, to już nie będzie jak. Na trwałe zostanie zapisany w moim umyśle i sercu odpowiednim kodem mój stosunek do Niemców. Nawet pani Merkel ze swoją polityczną poprawnością ratowania milionów emigrantów nie pomoże. Podziwiam piękny umysł tego staruszka i jego moc przebaczenia, o którą ja będę musiała prosić Boga. Niesamowitość potęguje wrażenie, kiedy ta pierwsza moja miłość kładzie na stole moje listy sprzed pół wieku, adresowanych kaligraficznie kopertach. Przypominam sobie, ile czasu poświęcałam pisaniu tych adresów, okłamując matkę, że to lekcje. Robię zdjęcia i zachłannie czytam. Rozpoznaję w nich siebie poprzez transformacje ideowe, duchowe, kulturowe. Choć czuję się „przestarzała”, to gdzieś w środku jestem tą samą osobą, te listy o tym świadczą. Zatrzymuję wzrok dłużej na jednym, gdzie odnajduję mój wiersz, który mogę dzisiaj uznać za dobry. Rozbraja mnie zapis: „[…] przepraszam, ale to z poetyckiego nawyku”. Boże! Pomyślałam: jakiż to poetycki nawyk mogłam mieć w wieku szesnastu lat? Chciało mi się śmiać, ale z moich wierszy już nie. Opuszczam Świebodzice i dom pełen wspomnień. Wyjeżdżamy. Po drodze robię ksero listów. Wysiadam tak po prostu, mówiąc „do widzenia”.
Gdzie ten dżentelmen sprzed lat? No cóż, do przeszłości się nie wraca. Życie zostało tak zaplanowane i zapisane w boskiej księdze, że nie jego żoną miałam być. Boski plan został zrealizowany. Wypełniły się nawet banalne cele, a teraz dostałam nowe zadania, bo chyba jestem kobietą zadaniową. Czy je zrealizuję? Nie wiem. Ale po latach dostałam odpowiedź. Do przeszłości się nie wraca. Jej już nie ma.