Projekt Irena Bobowska. Poświęcenie.

Konrad Kozaczek

Logika poświęcenia. Manifest Bobowskiej.

Konrad Kozaczek jest studentem filozofii. Ma 22 lata – tyle, co Irena Bobowska w dniu, gdy została stracona. Napisał tekst o poświęceniu.

Po co nam Bobowska? Czy nadal możemy się od niej czegoś nauczyć? Imponuje nam swoją odwagą, ale może świat się zmienił? Być może dzisiejsze problemy są inne, więc wymagają odmiennych metod? Być może to my się zmieniliśmy i nie mamy już odwagi, by postępować tak jak ona? Być może nawet już w jej czasach takie poświęcenia były chybione? Może trzeba było współpracować z okupantem, ale tylko na niby? Sabotować? Umierając, tracimy przecież wszelką możliwość dalszego wpływu na rzeczywistość. A więc po co nam dzisiaj Bobowska?

Poświęcenie takie jak Bobowskiej może się nam dziś wydawać czymś odległym, dziwnym, i niezrozumiałym. Tymczasem jestem przekonany, że Bobowska wciąż jest nam bliska, a jej poświęcenie nie jest czymś odległym, dziwnym, niezrozumiałym, tylko czymś, co każdy z nas tak czy inaczej robi – również codziennie, również obecnie.

Większości ludzi wspólne jest to, że przejmują się losem innych. Człowiek to istota przejmująca się. Ponieważ przejmujemy się, czujemy się zobligowani, żeby coś zrobić – tym samym zajmujemy się etyką. Jeżeli przejmujemy się, to etyka i jej zagadnienia również powinny nas obchodzić. Etyka może nam pomóc przejmować się lepiej, może nam pomóc przekuć to „przejmowanie się” w coś produktywnego.

Czym jest więc etyka i jaka jest jej esencja? Tu właśnie łączymy się z Bobowską, ponieważ esencją etyki jest właśnie poświęcenie. Przez poświęcenie mam na myśli wszystko, na czym my sami nie zyskujemy. Wszystko, co robimy kosztem swojego dobrostanu na rzecz dobrostanu kogoś innego. Dlaczego poświęcenie jest esencją etyki? Ponieważ bez poświęcenia etyka przestałaby istnieć. Etyka istnieje, ponieważ istnieje rozdźwięk między tym co dobre dla mnie, a tym co dobre dla innych. Gdyby udało się pozbyć tego rozdźwięku – to znaczy gdyby to, co dobre dla mnie, zawsze było również dobre dla innych – to w takim świecie etyka nie byłaby potrzebna. Byłby to rodzaj nieba – świata naturalnie dobrego, świata, w którym dobro i natura, dobro i nawyk są tym samym. My jednak nie żyjemy w takim świecie. Żyjemy w świecie, w którym rzeczy dobre i przyjemne dla nas, nie zawsze są dobre i przyjemne dla innych i vice versa.

Mamy więc problem – problem zwany etyką. Jakie jest rozwiązanie tego problemu? Jest nim właśnie poświęcenie – a konkretnie takie poświęcenie, które zbliża nas do świata, gdzie każdemu będzie dobrze. Być może nigdy nie osiągniemy tego świata, ale ponieważ jesteśmy istotami przejmującymi się, chcemy się chociaż do niego zbliżać i każdy krok naprzód jest dla nas wartościowy. Problem etyki polega na tym, że żeby osiągnąć ten lepszy świat, czasami trzeba pogorszyć swój własny, indywidualny świat, swoje własne życie, czyli poświęcić się. Niektóre poświęcenia są większe (na przykład takie jak to Bobowskiej), inne mniejsze – poświęcenia dnia codziennego. Wszystkie je natomiast łączy wspólny mianownik: wynikają z przejmowania się i związanej z tym chęci niesienia pomocy.

Etyka pozostaje nierozwiązanym problemem, ponieważ poświęcenia są trudne. Mamy dostęp tylko do naszych własnych odczuć. Nawet empatia, której tyle zawdzięczamy, bywa zawodna. W przypadku niektórych rodzajów poświęcenia nie tylko my tracimy, ale także nie wiemy, czy inni zyskają. Weźmy na przykład głosowanie w wyborach. Zwykle nie myślimy o tym jak o poświęceniu, ale w istocie może to być rodzaj niewielkiego poświęcenia. Być może nie mamy czasu żeby pójść zagłosować, nie mówiąc już o czasie potrzebnym na zapoznanie się z ofertą programową różnych partii. Być może w dniu wyborów czujemy się nienajlepiej, jesteśmy zmęczeni, niewyspani, jest upał, są korki na drogach i kolejki przy urnach. Ale, pomimo tych bolączek, decydujemy się na pójście na wybory – dokonujemy poświęcenia. Pokonaliśmy pierwszą trudność związaną z poświęceniem – zgodziliśmy się na osobistą stratę. Uznaliśmy, że warto dokonać wysiłku dla wyższego celu.

Ale czy na pewno warto? Jakie jest prawdopodobieństwo, że właśnie nasz głos zaważy o wyniku wyborów? W drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce zwycięski kandydat zgromadził 51% głosów wyborców – zaledwie dwa procent więcej niż kontrkandydat. Te niewielkie dwa procent to jednak aż 400 000 głosów. Gdyby jedna dodatkowa osoba postanowiła zagłosować na kontrkandydata, szansa, że jej głos zmieniłby wynik, byłaby bliska zeru. Czy w takim razie warto odmawiać sobie przyjemnego popołudnia z Netflixem? Czy warto odmawiać sobie relaksu na rzecz poświęcenia, które niemal na pewno nic nie zmieni? Nie są to błahe pytania. Problem ten doczekał się nawet swojej nazwy: “paradoks głosowania”.

Moim zdaniem poświęcenie w tym przypadku nadal ma sens. Wiemy przecież, że gdyby wszyscy dokonali takiej kalkulacji zysków i strat, a następnie stwierdzili, że ich pójście na wybory nic nie zmieni, skumulowany efekt tych decyzji miałby już całkiem realny wpływ na wynik wyborów. Jednocześnie wiemy, że każda z pojedynczych decyzji prawdopodobnie nic nie zmieni. Myślę, że jest to przykład paradoksu par excellence. I wbrew nazwie nie dotyczy on wyłącznie głosowania. Pojawia się wszędzie i jest jedną z dwóch głównych przeszkód, powstrzymujących nas przed poświęceniem (wraz z wspomnianą wcześniej kwestią, że my sami musimy ponieść stratę).

Co ważne, paradoks ten wyjaśnia po części, dlaczego tak niewielu Niemców sprzeciwiało się Hitlerowi, i dlaczego dzisiaj tak niewielu Rosjan sprzeciwia się Putinowi. Z jednej strony taki sprzeciw naraża na wiele osobistych problemów – łącznie z torturami i śmiercią. Z drugiej strony w wielu przypadkach nie wiadomo, czy poświęcenie takie rzeczywiście coś zdziała. Urzędnika, protestującego przeciwko niesprawiedliwościom, można zwolnić i zastąpić inną osobą. System poradzi sobie z pojedynczymi buntownikami. Nierzadko dopiero gdy bunt się poszerza, dokonują się faktyczne zmiany, tak jak w przypadku głosowania. Natomiast, tak jak i w przypadku głosowania, wielkie ruchy wymagają poświęceń wielu poszczególnych osób. Każda osoba musi podjąć ryzyko, że nie tylko osobiście na tym straci, ale że jej poświęcenie może okazać się niepotrzebne.

Sposobem na wygranie z paradoksem głosowania jest skupienie się na właściwych czynach, zamiast prób kalkulacji tego, co się najbardziej opłaci. Nie kalkulujmy – działajmy!

Jest to również sposób na to, jak przemóc się do poświęceń. Bobowska zapisując się do ruchu oporu nie kalkulowała, czy sama na tym zyska ani czy jej poświęcenie na pewno przyniesie pożądany skutek. Skupiła się na tym, żeby dobrze wykonać swoje zadanie. Nie każdy z nas musi być Bobowską – nie każdego z nas stać na poświęcenie tak wielkie, jak poświęcenie własnego życia. Ale każdy, kto się przejmuje, na co dzień staje przed różnymi decyzjami, w których z jednej strony możemy wybrać to, co przyjemne i pewne, z drugiej zaś mamy coś mniej przyjemnego, coś czego efekty są mniej gwarantowane, ale co przemawia do nas jako właściwe, jako to, co należałoby zrobić – to, co podpowiada nam nasze „przejmowanie się”. Stojąc przed tymi wyborami, nie różnimy się wcale tak bardzo od Bobowskiej. Jej poświęcenie było innej skali, lecz tego samego typu.

Jej działanie wynikało ze zrozumienia, że właśnie dzięki poświęceniom świat staje się lepszy. I tak jak Bobowska decydowała się poświęcać, tak i my będziemy – bo należymy do ludzi, którzy się przejmują, i rozumieją, że logiczną konsekwencją przejmowania się jest poświęcenie.


Niemiecka wersja tekstu, przetłumaczona przez Dorotę Cygan, została we fragmentach przeczytana przez tłumaczkę 13 września 2022 roku w ramach projektu Irena Bobowska, zapomniana bohaterka pod pomnikiem Walczących o Naszą i Waszą Wolność w Berlinie-Friedrichshain.

Foto: Ela Kargol

Projekt Irena Bobowska. Zniewolenie / Unterdrückung

3. UNTERDRÜCKUNG / Diskussion / Performance / Ausstellung / Konzert

KulturKirche Nikodemus
Nansenstr. 12
Berlin Neukölln

15.09.2022 18:00

Anna Krenz

Fehlende Hälfte der Geschichte. Irena Bobowska
, die vergessene Heldin.

DISKUSSIONEN / PERFORMANCE / AUSSTELLUNG / KONZERTE

4 Orte / 4 Termine / 4 Themen / 8 Gedichte

Die Veranstaltungsreihe „Fehlende Hälfte der Geschichte“ ist ein Versuch, die polnisch-deutsche Geschichte zu vervollständigen, indem es an Frauen erinnert – vergessene Heldinnen, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden, polnische Frauen, die vor 100 Jahre gemeinsam mit Frauen in Deutschland um ihre Rechte gekämpft haben, die später die Opfer des Krieges waren, aber auch für die Freiheit gekämpft haben. Wir erinnern an die Polinnen in Berlin, die von dem Verbrecher-Regime verfolgt, gefoltert, umgebracht und danach noch in die Vergessenheit gebannt wurden. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die sehr relevant und aktuell ist.

Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

DYSKUSJE / PERFORMANCE / WYSTAWA / KONCERTY

4 Miejsca / 4 Terminy / 4 Tematy / 8 Wierszy

Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Przypominamy o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.


Unterdrückung

Räume der Gewalt, Räume der Unterdrückung und Räume der Freiheit: Bei der Unterdrückung geht es nicht nur um Gefängnisse, Mauern und Gitter. Die Unterdrückung findet in vielen Bereichen statt – kulturell, sozial, politisch, religiös. Was unterdrückt uns, Frauen, heute? Und wie gehen wir damit um?

15. September 2022 (Donnerstag),  18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin  (Neukölln)

Mehr: www.dziewuchyberlin.org/15-9-2022-unterdruckung/

Performance: Karen Kandzia

Karen Kandzia: Performance Alles wird gut / Denkmal des polnische Soldaten und deutschen Antifaschisten, Volkspark Friedriechshain, 13.09.2022. Foto: Ela Kargol

Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand 
www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska 
/Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner 
/Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin  www.marinawesner.de

Begleitende Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße“ von Marina Wesner

Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/
Musiker und Komponist. Studierte an der UdK Berlin Experimentelle Klanggestaltung. Kompositionen für Konzert, Theater, Radio und Film. Radioautor Hörspiel und Feature (SWR, Deutschlandfunk Kultur).


Ein Projekt von:
Dziewuchy Berlin www.dziewuchyberlin.org;
Polkopedia www.polkopedia.org;
Ambasada Polek e.V.i.G.

Konzeption und Durchführung:
Anna Krenz (Dziewuchy Berlin); Ewa Maria Slaska (ewamaria.blog)
Team: Miłosława Ryżczak, Karen Kandzia, Elżbieta Kargol, Jemek Jemowit
Texte: Anna Krenz, Ewa Maria Slaska
Grafik: Anna Krenz
Übersetzungen: Ewa Maria Slaska, Elżbieta Jagiełło, Dorota Cygan
Fotos: Maciej Soja (Soja Photography / facebook.com/SojaPhotography)
Video: Jasha Seibel

Projektwebsite: www.dziewuchyberlin.org/bobowska/
instagram.com/bobowska_berlin/

PRESSEBILDER:
https://www.dziewuchyberlin.org/media-pack/


Kontakt:
bobowskaberlin@gmail.com

Kooperation:

Projekt Irena Bobowska. Tkanki.

Niestrudzona nasza autorka i poszukiwaczka śladów odbywa w ramach naszego projektu o Irenie Bobowskiej coraz to nowe wędrówki. Najczęściej są to tragiczne miejsca i wiążą się z nimi przeraźliwe informacje i ciężkie, smutne refleksje. Jedynie w Poznaniu jej wędrówki poprowadziły ją nie tylko do więzień i na cmentarze, ale również w miejsca, gdzie Irena mieszkała, chodziła do szkoły, udzielała się aktywnie w życiu społecznym a potem w konspiracji. I nie zapominajmy – zawsze na wózku inwalidzkim!

Najbliższe wydarzenie naszego projektu

Elżbieta Kargol

Doktor Hermann Stieve, zbrodniarz wojenny?

Na jednym z piękniejszych berlińskich cmentarzy, Dorotheenstädtischer Friedhof otoczonym murem i ochroną zabytków, wśród starych morw i starych nagrobków, kryjącym w ziemi prochy tylu ważnych tego świata, położonym w centrum Berlina, odbyła się trzy lata temu dość nietypowa uroczystość.

Najpierw w kaplicy cmentarnej odprawiono nabożeństwo żałobne w trzech religijnych obrządkach – żydowskim, katolickim i protestanckim, a potem uczestnicy pogrzebu udali się wspólnie do grobu, gdzie umieszczone zostały mikroskopijne próbki ludzkich tkanek, znalezione w posiadłości doktora profesora anatomii Hermanna Stieve’a.


Kim był doktor Stieve?

Polska wikipedia nazywa go zbrodniarzem wojennym, niemiecka – profesorem anatomii i histologii, o wielkich osiągnięciach naukowych i niechlubnej działalności w czasach nacjonalizmu. Pisarz Wilhelm Bartsch tekst o doktorze Stievie dla Ärzteblatt Sachsen-Anhalt 2007 zatytułował Mistrz z Niemiec, nawiązując do Fugi śmierci Paula Celana (Todesfuge).

...der Tod ist ein Meister aus Deutschland sein Auge ist blau
er trifft dich mit bleierner Kugel er trifft dich genau...

...Śmierć jest mistrzem z Niemiec niebieskie ma oko
Trafi cię kulą z ołowiu trafi celnie głęboko...
                            przekład Stanisława Jerzego Leca

Hermann Stieve urodził się w 1886 roku, studiował na uniwersytetach w Monachium i Innsbrucku. W 1912 roku otrzymał tytuł doktora medycyny.

W 1935 roku objął profesurę na Uniwersytecie Friedricha-Wilhelma w Berlinie (dzisiejszy Humboldt-Universität zu Berlin), gdzie kierował pierwszym Instytutem Anatomicznym i Instytutem Anatomiczno-Biologicznym. Funkcje te sprawował aż do śmierci w 1952 roku.

Był naukowcem, cenionym i nagradzanym jeszcze długo po wojnie.

Przedmiotem badań prof. Stieve’a były ludzkie gruczoły płciowe – czyli jądra i jajniki – a zwłaszcza wpływ strachu i przerażenia na te narządy.

To wojna i dyktatura Hitlera stworzyła Stieve’owi możliwości do przeprowadzania badań, które w sposób nieludzki, nieetyczny wykorzystał.

Hermann Stieve habilitował się w 1918 roku, praca nosiła tytuł Rozwój jajnika u kawki. Niełatwo było znaleźć inny materiał do badań prócz zwierząt, nad którymi można było się znęcać do woli. Po kawkach zajął się kurami, straszył je lisem i dokumentował, jak kury radzą sobie ze stresem i strachem i kiedy pod wpływem tych nieprzyjemnych doznań zniosą jajko. Już w 1931 roku Stieve pisał do kuratora o trudnościach w pracy badawczej: Niezmiernie trudno jest znaleźć jajniki od naprawdę zdrowych dziewcząt. I Tu z pomocą przyszedł system, dyktatura Hitlera i bezprawie w faszystowskich Niemczech. Niesprawiedliwe procesy i decyzje nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości Unrechtsjustiz przyczyniły się do dużej ilości wykonywanych wyroków śmierci. I na tym skorzystał doktor Stieve. Nie musiał już gonić kur, wystarczyło umówić się z katem i paroma innymi więziennymi urzędnikami, żeby ciała młodych kobiet, zabitych w centralnym miejscu straceń Berlin-Plötzensee, zaraz po egzekucji dostarczyć do Charité. Pośpiech był wskazany. Ciała musiały być w miarę świeże.

Hermann Stieve badał cykl menstruacyjny kobiet pod wpływem stresu, włącznie z obserwacją nieregularnego krwawienia, które pojawiało się u nich, gdy dowiadywały się, że idą na egzekucje. Podobno był w zmowie z więziennymi lekarzami, którym powierzał dopilnowanie prowadzenia przez więźniarki kalendarzy miesiączkowych. Gdy krótko przed jajeczkowaniem dowiadywały się one o terminie egzekucji, pojawiał strach, przerażenie, skutkiem czego były nagłe krwawienia menstruacyjne, nawet po kilkumiesięcznej przerwie.

Znany jest przypadek Cato Bontjes van Beek. Jej ciało zostało przewiezione zaraz po egzekucji (5 sierpnia 1943 roku w Plötzensee) do Instytutu Anatomicznego w Berlinie i tam poddane sekcji przez Hermanna Stieve’a.

Po wiadomości, która bardzo poruszyła kobietę (wyrok śmierci), nastąpił krwotok szokowy. Następnego dnia kobieta zmarła nagle na skutek działania siły zewnętrznej (zmarła pod gilotyną)…, pisał w swoim sprawozdaniu doktor Stieve.

Materiał, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie, chwalił się Stieve i nie ukrywał, skąd materiał pochodzi.

Egzekucje dostarczają Instytutowi Anatomicznemu i Anatomiczno-Biologicznemu materiału, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie. Jestem zobowiązany do odpowiedniego opracowywania, utrwalania i zabezpieczania tego materiału.

W 1946 roku Hermann Stieve sporządził na zlecenie władz Berlina listę 174 kobiet i ośmiu mężczyzn, których ciała po wykonanym wyroku śmierci trafiły w jego ręce i zostały poddane sekcji w jego instytucie.

Na liście Stieve’a nie ma Ireny Bobowskiej, zamordowanej w 1942 roku w Berlinie-Plötzensee, ale to nic nie znaczy, bo lista jest niepełna. Jest kilka polskobrzmiących nazwisk, w tym Bronisława Czubakowska, która przed ścięciem prosiła o wydanie ciała swojej matce. Nikt jej prośby nie spełnił. Dla doktora stała się materiałem. W sumie Instytut Anatomii w Berlinie pozyskał prawdopodobnie ponad 4 tys. ciał z miejsc egzekucji Berlin-Plötzensee i Brandenburg-Görden. Sam doktor Stieve przeprowadził sekcje co najmniej 450 ciał osób straconych.

Charlotte Pommer była asystentką doktora Stieve’a. Gdy poznała przy sekcji ciała znanych jej osób, zmieniła miejsce pracy i zaczęła działać w ruchu oporu.

Hermann Stieve zmarł w roku 1952. W roku 2016 znaleziono w jego domu mikroskopijne próbki ludzkich tkanek. Po trzech latach zakopano tkanki na cmentarzu Dorotheenstadt. Piszę zakopano, gdyż mam duży problem z użyciem tu czasownika pochowano. Pochówek należy się zwłokom lub ich prochom, niekoniecznie tkankom. Nie mam też pomysłu, co należałoby z nimi zrobić. Od momentu odnalezienia tkanek przez potomnych minęly trzy lata do momentu ich pogrzebania. Prawdopodobnie wszyscy się zastanawiali.

Hermann Stieve był po wojnie przesłuchiwany przez wszystkie władze okupacyjne. Według prawa, nie uczynił nic nielegalnego, dlatego wrócił z wszystkimi honorami do pracy w berlińskiej Charité.
Większość pracowników Instytutu Anatomii z czasów nazistowskich pozostała po wojnie na swoich stanowiskach. A po ich śmierci uczniowie często dbali o ich dobre imię. Dopiero w latach 90 ubiegłego wieku zaczęto upubliczniać niektóre życiorysy. Hermann Stieve nie należał nigdy do NSDAP, czego nie można powiedzieć o jego następcy, doktorze Antonie Waldeyerze.


W foyer budynku Instytutu Anatomii obok wystawionych w gablotach preparatów, modeli, narzędzi medycznych i ludzkich tkanek – zastanawiam się, które z nich są spuścizną po doktorze Stievie -, znajduje się dość obszerna informacja o działalności instytutu w czasach nacjonalizmu.


Nie wiem, dlaczego wybrano jedno z ładniejszych zdjęć doktora Stieve’a. Przyglądając się fotografii, widzę przystojnego mężczyżnę o łagodnym uśmiechu, budzącym zaufanie. Ale gdy czytam dalsze informacje o nim, jego uśmiech przestaje być łagodny, staje się cyniczny, wręcz nieprzyjemny, zjadliwy. Pozory bardzo mylą, podobno Mengele był też bardzo uprzejmy, miły, skromny – do czasu.

Doktor Stieve nie był drugim doktorem Mengele, był doktorem Stievem, któremu ciała kobiet służyły do medycznych badań. A wojna i częste wyroki śmierci temu sprzyjały.
To nie były ciała, którym należał się pochówek, grób, ksiądz, rodzina nad grobem, stypa i epitafia w różnych językach. To były ciała, przede wszystkim kobiet, często oskarżonych bezpodstawnie o zdradę stanu, skazanych na śmierć, ściętych lub powieszonych w nazistowskich miejscach straceń.
Nasza kultura, a dla wielu z nas religia nie daje pozwolenia na bezczeszczenie zwłok. Żadna z tych kobiet niesłusznie skazanych na śmierć, nie podpisywała zgody na udostępnienie swojego ciała post mortem dla przeprowadzania badań medycznych.
Nie pytano o zgodę rodzin. A ich prośby o wydanie zwłok ignorowano. Tysiące zamordowanych mają symboliczne groby, tablice upamiętniające.
Wrogowie III Rzeszy nawet pośmiertnie nie mieli żadnych praw.

***

Nad budynkiem Instytutu Anatomii widnieje napis: HIC LOCUS EST UBI MORS GAUDET SUCCURRERE VITAE. Oto miejsce, gdzie śmierć cieszy się, że może przyjść z pomocą życiu.

Osobą, która się cieszyła z tych śmierci był doktor Hermann Stieve.

Na miejscu, gdzie zakopano tkanki, tuż obok grobu bojowników ruchu oporu, i obok prochów tych, którzy zginęli pod koniec wojny podczas licznych bombardowań miasta, umieszczono tablicę z tekstem.

Im Strafgefängnis Berlin-Plötzensee wurden während der nationalsozialistischen Diktatur zwischen 1933 und 1945 mehr als 2800 Menschen durch das Fallbeil oder durch den Strang ermordet. Die meisten von ihnen wurden danach im Anatomischen und Anatomisch-Biologischen Institut der Berliner Universität zu Forschungs- und Lehrzwecken seziert. Mehr als 300 der dabei entstandenen mikroskopischen Präparate, zumeist von Frauen, wurden 2016 im Nachlass des Anatomen Hermann Stieve aufgefunden. Sie wurden hier am 13. Mai 2019 bestattet.

W więzieniu Berlin-Plötzensee podczas nacjonalistycznej dyktatury w latach 1933-1945 zamordowano przez zgilotynowanie lub powieszenie ponad 2800 osób. Większość z nich została następnie poddana sekcji zwłok w Instytucie Anatomicznym i Anatomiczno-Biologicznym Uniwersytetu Berlińskiego dla celów badawczych i dydaktycznych. Ponad 300 powstałych w ten sposób mikroskopijnych preparatów, pochodzących głównie z ciał kobiet, znaleziono w 2016 roku w posiadłości anatoma Hermanna Stieve.
13 maja 2019 roku zostały tu pochowane.

Elżbieta Windsor

Ewa Maria Slaska

Szczerze powiedziawszy nie mam nic specjalnego do napisania na jej temat. Była zawsze, a wczoraj umarła i jest to bardzo dziwna sytuacja. Była nieco młodsza od mojej mamy i od 1952 roku była królową. Z różnych rzeczy, które wiedzieliśmy o niej jako o królowej, jak broszki, kapelusze, książki czy psy, najbardziej mi się podobała informacja, że jako królewna wstąpiła, w lutym 1945 roku, do służb medycznych armii angielskiej. Miała wtedy stopień podporucznika, została przeszkolona na kierowcę i mechanika, otrzymała stopień kapitana i pojechała na wojnę. Prowadziła karetki pogotowia wojennego.

To mi naprawdę imponowało.

Alan Bennet napisał powieść o tym, że królowa w podeszłym wieku stała się zapaloną czytelniczką powieści. Nie do końca wiem, czy autor to sobie tylko wymyślił, czy rzeczywiście królowa nabrała zamiłowania do literatury.

Z drugiej strony my, ludzie czytający książki, moglibyśmy sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście królowa mogła NIE czytać książek.

Na Netflixie przez kilka lat wszyscy oglądali Koronę, serial o panowaniu Elżbiety, ale przyznaję, że pierwszy odcinek tak mnie znudził, że nawet w przybliżeniu nie mam pojęcia, jak królowa została w nim przedstawiona.

Nie wiem więc, czy w serialu jest mowa o romansie księcia Filipa z pisarką Daphne du Maurier, autorką Rebeki i Ptaków. Może zresztą to w ogóle nie był romans, tylko, jak twierdzą królewscy plotkarze, platoniczna przyjaźń.

Od dziś jej syn, Karol, jest królem. I jakie to dziwne, bo dwa dni wcześniej Anglia otrzymała nową premierkę – Liz Truss. Tak jakby obie zmiany musiały nastąpić jednocześnie, więc gdy zamiast królowej jest teraz król, to zamiast premiera będzie teraz premierka. On jest już starszym panem, ma 74 lata, ona jest jak na premierkę młoda – ma 47 lat. Tu też im się te cyfry obróciły. 47, 74.

O Karolu można śmiało powiedzieć, że długo czekał na swoją szansę. Nareszcie będzie mógł kupić królowej Karolinie korale koloru koralowego. Ale żarty na bok. Czy kiedykolwiek myśleliśmy o tym, że Karol naprawdę zostanie królem? A Kamila królową? Wiem, królowa (tamta królowa) zapowiedziała, że tak ma być, ale przecież nie traktowaliśmy tego poważnie.

Słowiańskie słowo król pochodzi od Karola. Wielkiego.

Król Karol jest starym królem. Jego matka była młodą królową i panowała najdłużej na świecie. A on jest starym królem.

Trzeba będzie wymienić w Anglii wszystkie banknoty, żeby przywrócić napis “God save the king”.

No dobrze, Biden jest jeszcze starszy, ma 79 lat, a papież Franciszek, który ma teraz 85 lat, miał 77, jak został wybrany. Ale może to bez znaczenia w czasach, gdy zaczynamy nagminnie dożywać osiemdziesiątki, a i dziewięćdziesiątka nie robi już wrażenia.

Jednak najgorszym problemem z królową jest jej imperialistyczna odpowiedzialność, którą zresztą odziedziczy też Król Karol. Gdy rozpoczynała królowanie była władczynią 33 królestw, gdy umarła – zostało ich wciąż jeszcze kilkanaście:  
Antigua i Barbuda, Australia, Bahamy, Belize, Grenada, Kanada, Jamajka, Nowa Zelandia, Papua-Nowa Gwinea, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadyny, Tuvalu i Wyspy Salomona.

Dużo wysp. Ale tak naprawdę są to już niezależne państwa, często republiki. Wciąż jednak istnieją brytyjskie terytoria zamorskie czyli po prostu kolonie, miejsca, gdzie mogli się osiedlać osadnicy angielscy. Też prawie same wyspy.

  •  Anguilla
  •  Bermudy
  •  Brytyjskie Terytorium Antarktyczne
  •  Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego
  •  Brytyjskie Wyspy Dziewicze
  •  Kajmany
  •  Falklandy (sporne z Argentyną)
  •  Gibraltar
  •  Montserrat
  •  Pitcairn
  • Wyspa Świętej Heleny, Wyspa Wniebowstąpienia i Tristan da Cunha
  •  Georgia Południowa i Sandwich Południowy
  •  Turks i Caicos
  • Akrotiri
  • Dhekelia

Tak, była imperialistyczną władczynią. Tak, sama z siebie nie oddała ani piędzi brytyjskich posiadłości, a o niektóre walczyła zbrojnie.

Ale jakoś nie mogę jej nie lubić. Może przez te wyspy.

Z Karolem nie będę miała takich problemów. Ale jego chyba nie muszę lubić.

***

Zachwyt

Anna Dobrzyńska

Wiersz taki, że mogła go 80 lat temu napisać nasza wrześniowa protagonistka, Irena Bobowska.

Autorka specjalnie namalowała tę winietę do dzisiejszego wpisu
i dopisała serdeczne życzenia. Dziękuję!
ZACHWYT

Od dziś – 
nie będziesz miał słońca, powietrza, swobody
nie będziesz miał nieba i kwiatów i wody
nie będziesz oglądał czerwieni, błękitu
nie będziesz oglądał zachodu i świtu
odbieram ci jasność, pogodę, wytchnienie
daję ci za to – ból i kamienie
niepewność, strach, ciężar, smutek i szarość
chłód, niespełnienie, słabość i małość
żelazo i stal, pociski, zasieki
błoto i doły, piach pod powieki
lecz – 
dam ci nadzieję
gdy mocno ją chwycisz
przeniesie cię tu – gdy
- się zachwycisz

Frauenblick: Meine Ukrainerinnen

Monika Wrzosek-Müller

Wenn ich mir vorstelle, Polen würde von Russland überfallen, kriege ich richtig Gänsehaut. Die Vorstellung ist aber nicht so absurd, abstrakt und von der Hand zu weisen. Wäre nicht Ukraine ein unabhängiger Staat, der dazwischen, wirklich geografisch existiert, wer weiß, wen es mit Putins imperialen Wahnvorstellungen getroffen hätte. Außerdem, damals als wir die Solidarność gründeten und demonstrierten, wussten wir auch nicht, was als nächstes passieren würde.

Desto mehr macht mich das Schicksal Tausender, nein inzwischen Millionen ukrainischen Flüchtlinge, hauptsächlich Frauen mit Kindern, betroffen. Sie sind in ihrer Wahrnehmung der Situation für kurze Zeit geflohen, langsam aber nach ca. 180 Tagen, also 6 Monaten des Krieges, wird ihnen allmählich klar, dass der Krieg vielleicht noch Jahre dauern könnte. Desto mehr höre ich denen, die ich kenne immer wieder zu, versuche mich mit ihnen zu treffen, beobachte die jungen Frauen mit ihren Kindern im Park, in der U- und S-Bahn, halte den Kontakt zu den Frauen in Warschau aufrecht.

Die jungen Frauen auf dem Foto sehen ganz unterschiedlich aus: die eine mit langen dunklen Haaren umarmt ein ca. 2-jähriges hellblondes Kind, dazwischen zwängt sich ein älterer Junge mit dunklen Haaren und dunklen Augen, sie schauen direkt in die Kamera, dann hinter ihnen zwängt sich noch ein Gesicht einer jungen Frau mit langen dunklen Haaren, von ihr sieht man eigentlich kaum was, sie schaut auch irgendwie in die Ferne. Seitlich, am Bildrand steht eine junge Frau mit helleren Haaren und einem schönen Gesicht mit markanten Backenknochen, sie ist grazil, um nicht zu sagen dünn, sie schaut nach oben, würde ich sagen Richtung Lampe, Decke. Neben ihr sitzt ein Junge mit strohblondem, vollem Haar, der schaut Richtung Boden, so dass das Haar ihm das Gesicht verdeckt. Hinten stehen noch zwei Frauen, eine hält ein Baby im Arm, hat ein grades Pony und langes mittelblondes Haar auch eher helle Augen, die andere ist auffällig schöne, reife Frau mit dunklem schulterlangem Haar und ovalem, offenem Gesicht. Alle tragen lange Hosen, man kann schwer erkennen, sind das Jeans oder eher Stoffhosen und Pullover, manch eine hat auch eine Bluse drunter, das sieht man am herausragenden Kragen, der eher heller als der Pullover ist. Hinter ihnen ragt ein altes Regal, vollgestopft mit Büchern, sie sitzen auf einem ausgezogenen, großen Sofa; eine Momentaufnahme, Warschau, dem 28. 02. 22.

Von diesen vier Frauen in einer Dreizimmerwohnung von ca. 60 m² in Warschau sind nur die eine Frau mit schönem ovalem Gesicht, nennen wir sie Natascha, in der Wohnung mit ihren zwei kleinen Söhnen geblieben; die Jungs gehen in meine alte Schule, sprechen inzwischen sehr gut polnisch und lernen fleißig. Ihre Zeugnisse waren voll von Einsern und der ältere bekam sogar ein Buch für seine besondere Leistungen. Beide Kindern nahmen im Sommer an einem fünf Woche langem Sommerlager teil, der in Warschau stattfand und sie gingen und machten jeden Tag verschiedene Aktivitäten. Es waren 30 Kinder angemeldet, 24-26 kamen regelmäßig, sie sprachen alle polnisch untereinander. Die Mutter besucht einen Polnisch-Kurs und als ausgebildete Krankenschwester wird sie bestimmt eine Stelle bekommen können. Die Familie kann sich glücklich schätzen, denn ihr Mann und Vater war bei der Invasion auf die Ukraine nicht im Land, er arbeitet als Fernfahrer für ein deutsches Unternehmen, also er ist weiterhin beschäftigt, bekommt Geld und muss nicht kämpfen. Die Frau hatte Gewissensbisse, dass sie so privilegiert wären. Die Familie lebte, also meistens die Frau mit den Kindern, in der Nähe von Saporischschja, in einem großen Haus mit Garten. Sie kann sich gut vorstellen, in Polen zu bleiben, in Warschau auch nach der Beendigung des Krieges zu leben.

Eine junge Frau mit dunklen Haaren und schönem ebenmäßigen Gesicht, nennen wir sie Daria, war nach einiger Zeit in Warschau zurück in die Ukraine gegangen; sie wollte ein Visum für Kanada besorgen und zu ihrem Freund aufbrechen. Sie war angeblich englisch Lehrerin, doch mir ist nie gelungen mit ihr nur einen Satz, ein Wort in irgendwelcher Sprache zu wechseln. Sie war sehr scheu und stand immer hinter jemanden. Doch ich weiß, dass sie das Visum bekommen hat und nach Kanada gegangen ist.

Eine Besondere Geschichte gilt der Frau mit dem Pony, die mit dem Baby und dem Jungen mit dem Gesicht nach unten; sie wurden von den anderen auf dem Bahnhof in Lemberg gefunden. Sie logierten dort schon drei Tage und wussten nicht weiter. Am Anfang wurde sie mir vorgestellt als Freundin der Freundin des Bruders der Mutter, doch es stellte sich nach einigen Tagen heraus, dass sie sie gar nicht kannten. Von ihr habe ich nicht einmal den Namen behalten, ich glaube, sie hat sich schon vorgestellt, aber in allgemeiner Aufregung und so vielen neuen Menschen, ist er mir entfallen. Nach einigen Wochen fanden die anderen eine andere Bleibe für sie.

Dann ist da noch diese schöne grazile, junge Frau, nennen wir sie Natalia, die dann letztendlich von Warschau nach Posen umgezogen ist. Sie hat eine neue Arbeitsstelle dort gefunden, wollte der Familie mit den zwei Jungen nicht im Wege stehen. Doch zusammen auf so einem kleinen Raum konnten sie längere Zeit auch nicht aushalten. Sie berichtet mir, dass sie sich in Posen eingelebt hat und ihr die Stadt sogar besser gefällt und sie mehr verdient. Sie kann inzwischen sehr gut Polnisch sprechen und schreiben. Sie wirkt aber trotzdem sehr verloren und einsam. Ihr Vater ist in Kiew als emeritierter Polizist für die Stadtverteidigung der Bodenkräfte zugeteilt, auch ihr Bruder ist in der Ukraine, doch wegen seiner Krankheit nicht einsatzfähig. Ihre ältere Schwester lebt schon länger mit ihrem Mann und zwei Kindern in Slowenien, wo auch ihre Mutter Unterschlupf gefunden hat und sie ständig anruft und androht, nach Hause fahren zu wollen. Sie lebten früher alle zusammen in Krywyj Rih, das sagt sie auch mit Stolz, denn das ist die Stadt aus der ihr Präsident Selenskyj stammt. Er besuchte angeblich auch dieselbe Oberschule, wie sie. Sie hat auch Probleme damit, dass es ihr verhältnismäßig gut geht und telefoniert ständig mit ihren Verwandten.

Letztendlich gibt es eine junge Mutter, nennen wir sie Sonja, auch hier in Berlin, die ich kennengelernt habe. Sie ist aus Butscha geflüchtet, noch vor den grausamen Zuständen, die dort von den Russen verübt worden sind. Doch ihr Mann ist dahin zurückgekehrt und schickt ihr Videos von der Stadt mit allen Zerstörungen und Gräuel, die dort passiert sind. Sie hat bei einer Bewohnerin in meiner Wohnanlage Bleibe gefunden, ist bei uns dann aufgetaucht mit ihrer kleinen Tochter und ihrem sechs Monate alten Baby, um erst einmal eine Zwiebel zu leihen, dann um zu erfahren, wo die Bushaltestelle wäre usw. Dann kam das kleine Mädchen zu uns und ich versuchte mit ihr etwas Deutsch zu lernen. Auffällig für mich war, ihr ständiger Gebrauch von Handy und Übersetzerprogrammen, so dass sie eigentlich gar nichts lernten, sondern immer mich das Handy ansprach. Trotz wirklich fantastischer Hilfe und Zuwendung ihrer deutschen Freunde, fühlte sich diese junge Mutter mit ihren zwei Kindern völlig verloren und mutlos. Ich merkte, dass der Spagat von ihrem Leben in der Ukraine zum Leben hier für sie extrem schwierig war. Irgendwann war das auch für die deutschen Freunde zu viel. Sie fanden für die dreien eine kleine Wohnung, wo sie ihr Leben hier weiterführen können, sie helfen der jungen Mutter aber weiterhin mit Rat und Tat, begleiten sie zu den vielen Ämtern, übersetzen die komplizierten Formulare. Die Anmeldung in der Schule verlief alles andere als erfreulich, sodass sie immer wieder beteuert, sofort nach der Beendigung des Krieges zurück in ihre Heimat zurückgehen zu wollen. Sie ist eigentlich sehr willig sich anzupassen, will auch Deutsch lernen, aber die Betreuung der Kinder, die Besuche bei den Ämtern und auch das Einleben zehren so sehr an ihren Kräften, dass sie sich gar nicht vorstellen kann, noch Deutsch richtig bei einem Kurs zu lernen oder gar zu arbeiten.

Diese einfachen Darstellungen der Erlebnisse der fünf Frauen, deren Leben so brutal durch den Angriffskrieg unterbrochen und aus der gewohnten Bahn geworfen wurde, wollte ich hier skizzieren, damit wir bei der ganzen Diskussion über die Gasknappheit und möglichen Einschränkungen und Mehrausgaben, immer diese Lebensläufe vor den Augen haben. Ihr Leben hängt zwischen der alten Realität vor dem Krieg, nach der sie sich sehnen und einer neuen, fremden Welt, die vielleicht einen Ausweg und Sicherheit bietet, aber keineswegs Normalzustand für sie bedeutet. Die Weihnachtsbeleuchtung steht meistens doch für die Herzwärme; also dimmen wir sie etwas ein und sorgen für die wirklich Betroffenen, und helfen ihnen die schwere Zeit zu überstehen, solange sie das brauchen.

Projekt Irena Bobowska. Irena i Sonia.

Ewa Maria Slaska

W czwartek rozpoczynamy nasz projekt. Przychodźcie.

Gdy dziennikarze i osoby zainteresowane pytają nas, Anię Krenz i mnie, dlaczego zajęłyśmy się Ireną Bobowską, odpowiadamy z reguły, że tak się złożyło, że była nam bliska, że była aktywistką i artystką, ale odpowiadamy też, że tych młodych polskich dziewczyn było w Berlinie podczas wojny wiele tysięcy, a Irena jest dla nas postacią symboliczną i przypominamy ją jako uosobienie tych młodych, pięknych istot, których życie tak prędko zgasło, a takie było piękne.

Sonja Horn

Grób Soni na Cmentarzu Garnizonowym w Berlinie
na Invalidenstrasse

Miała, podobnie jak Irena, 22 lata, gdy zginęła podczas jednego z ostatnich bombardowań Berlina. Bombardowań, przypomnijmy, alianckich.

Sonia w wieku 10 lat
podczas występów tanecznych

Urodziła się w roku 1923 w Mysłowicach. Jej ojciec był Niemcem, matka – Polką. Dziewczynka była wychowywana po polsku, głównie przez babcię, która nie znała ani słowa po niemiecku. Sonia niemal nie znała ojca, bo rodzice się rozwiedli, jak miała cztery lata. W wieku 14 lat poszła do Technikum Handlowego, które ukończyła w roku 1939. Podczas balu maturalnego poznała Franciszka Roja, nauczyciela i polskiego oficera, z którym w tymże roku wzięła ślub.

Zdjęcie zaręczynowe Soni i Franciszka

W początku wojny w Mysłowicach uformowała się organizacja podziemna »Braciom na otuchę«, w której aktywnie działali Sonia i jej mąż. Pomagali rodzinom pomordowanych, zdobywali dla nich odzież i pieniądze, przygotowywali odezwy i kolportowali ulotki.

W lutym 1943 roku Sonia została uwięziona. Po jakimś czasie wypuszczono ją, ale była śledzona. Sonia i Franciszek uciekli do Krakowa, gdzie zostali aresztowani 13 czerwca 1943 roku. Franciszek został deportowany w październiku do Auschwitz i tam rozstrzelany. Sonię przewieziono do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück, numer obozowy – 25551.

I ona, podobnie jak Irena, pisała listy do ukochanej Mamy. Listy trzeba było pisać po niemiecku, atramentem i wyraźnie. List miał prawo liczyć 15 linijek, kartka pocztowa – dziesięć. W lipcu 1944 roku Sonia pisała:

Bin gesund… Mutti. Mach dir bitte keine Sorgen um mich, Du weißt, daß ich schon als Kind selbständig war, und auch jetzt, in den schweren für mich Zeit, werde ich nicht unter gehen… Denke so viel an die Tage, wo Du mich, liebste Mutti als Kind… auf meine Lippen aufgedrückt, da muß ich weinen.

Jestem zdrowa, Matuś. Nie martw się o mnie, proszę, wiesz przecież, że już jako dziecko byłam uparta, teraz też, w ten ciężki czas, nie dam się zgnębić… Dużo myślę o tamtych dniach, kiedy Ty, Matuś, mnie jako dziecko… do ust przyciskałaś i płakać mi się chce.

Sonia uciekła z obozu podczas jego likwidacji w kwietniu 1945 roku i na piechotę dotarła do Berlina w ostatnich dniach wojny. Zginęła 29 kwietnia 1945 roku, nie wiadomo, czy od kuli, czy trafiona odłamkiem granatu, czy przygnieciona walącą się ścianą?

Zginęła, ale, w przeciwieństwie do tysięcy ofiar, nie została pochowana na cmentarnej łące w szeregu innych znanych i niezanych ofiar – na każdym berlińskim cmentarzu znajdują się takie łąki nagrobków – ją jednak pochowano w osobnym grobie z kamieniem nagrobnym.

Projekt “Irena Bobowska, zapomniana bohaterka”, ulotki

Ulotki projektu przygotowała Anna Krenz. Ona też jest autorką portretu Ireny Bobowskiej.

Ulotki.

Rozkładamy je w Berlinie, ale i w innych miastach, w Polsce i w Niemczech, rozkładamy je w poczuciu zachwytu i rozpaczy. Och, wiem, to bardzo egzaltowane. Nic nie poradzę. Irena Bobowska jest piękna, a tak jak ją zobaczyła Anna Krenz, jest po prostu zjawiskowa. Jak Anioł. Anioł, któremu 27 września 1942 roku o godzinie 4:26 w więzieniu Plötzensee kat ściął głowę gilotyną.

Miała wtedy 22 lata. Została skazana za wydawanie gazetki konspiracyjnej. Gazetka nazywała się Pobudka i ukazywała się w Poznaniu od października 1939 do czerwca 1940 roku. Raz, najwyżej dwa razy na miesiąc. Kilkanaście numerów. Pobudka to było kilka stron, przepisywanych na maszynie, w nakładzie około stu egzemplarzy.

Ktoś musiał donieść na gestapo.

Za tych kilkanaście gazetek aresztowano i skazano pięć osób za zdradę stanu. Cztery na śmierć.

Biała parasolka

EMS: Kiedyś na bazarze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy kupiłam białą koronkową parasolkę. Starą, albo udającą starą. Jest piękna. Jak parasolki u Spitzwega.

Carl Spitzweg, Spacer latem, olej na desce, 1841 / Muzeum w Salzburgu

Albo jak w tym fragmencie u Prousta, kiedy Elstir wypowiada się o parasolkach. Elstira, którego pierwowzorem był Manet, a może Renoir, bardzo interesowały “umbrelki”, które kazał “za szalone pieniądze” specjalnie zamawiać dla swojej żony. Pewnego dnia Marcel, Albertyna i Elstir poświęcili umbrelkom długą rozmowę. Zaczął Elstir, mówiąc:

Bardzo jest zresztą mało kobiet umiejących się ubrać, ale niektóre są bajeczne. Na wyścigach panna Lea miała biały kapelusik i białą umbrelkę – coś czarującego! Nie wiem, co bym dał, żeby mieć taką białą umbrelkę“.
Szalenie byłbym ciekaw (skomentował w myśli Marcel), czym się ta umbrelka różniła od innych: z przyczyn mieszczących się w sferze kokieterii kobiecej Albertyna była ciekawa tego jeszcze bardziej.
– To było – powiadał Elstir – całkiem małe, okrągłe, jak chiński parasol.
Przytoczyłem umbrelki, pisze dalej Marcel, niektórych kobiet, ale to nie było to. Elstir uznał wszystkie te umbrelki za ohydne. Ten człowiek o wybrednym i wykwintnym smaku mieścił w odcieniu – który był wszystkim – różnicę między tym, co nosiła większość kobiet i co go przejmowało wstrętem, a ładną rzeczą, która go czarowała i która (gdy ja, przeciwnie, odczuwałem wszelki zbytek jako coś wyjaławiającego) podniecała jego żądzę malowania, “aby się starać zrobić coś równie ładnego”. (Marcel Proust, W cieniu zakwitających dziewcząt, strona 542).

Nigdy nie chodziłam z moją “umbrelką”, czasem używałam jej podczas instalacji i dekoracji.


Teraz na facebooku znalazłam rzeźbę.

Nie wiem co, kto, gdzie i jak. Podpis brzmiał jakoś najzwyklej w świecie, coś w rodzaju “rzeźba z drutu”. Ale nawet ta informacja mi zniknęła. Ale to nie jest rzeźba z drutu, to ja.

Po czym Ewa Karbowska napisała na tymże facebooku: Że asocjacji zero? Ale za to z przeprosinami dla Ciebie, za podebranie jednej z ilustracji bez pytania.

No i dała dwie foty obok siebie:

I wiersze:

UWALNIANIE OD SKOJARZEŃ, STOPNIOWO
/także tych na bazie pewnej ilustracji od Ewy Marii/
kiedy powtarzam że STRACONE ZŁUDZENIA
to przeważnie
już nie kombinuję z powieścią Honoré de Balzaca
*
nie rozpatruję również wygód i niedogodności stroju
dam z jego czasów
całych na biało i w koronkach, czy raczej z koronek
*
(dodam, że równie mało zajmują mnie 
treny u ich sukien
oraz kapelusze, torebki i parasolki)
*
nie rozwodzę się nad losem
swoim i lalki - szmacianki
nieoddanej mi kiedyś przez kumpelę z piaskownicy
*
i próbuję nie płakać na kubełkiem
pełnym surowca na babkę
zresztą tego samego, który wykorzystuje się do budowy zamków
*
nie wspominam też facetów
„własnych"
a „cudzych" tym bardziej
*
bo jakaż?, bo czyjaż? to własność
w danym konkretnym przypadku
oraz tak w ogóle

~ek~ 12.08.2022

Sorry, szukałam innego zdjęcia, bez sprzedajemy.pl, ale w domu mam inne wydanie
NIESPODZIANIE
zmienią?
gęby i oblicza
po lekturze Gombrowicza 
*
zdemaskują?
syna, córkę
zrozumiawszy Ferdydurke
*
a z próżności i w potrzebie
mogą zacząć
też od siebie
*
względnie
nabrać się na kanty
zasiedlając Transatlantyk
*
wyuzdańcom się przytrafi
test z dziedziny ortografii
bo się zająć nie potrafią pornografią
*
wejdą
lekko po omacku
w odnośników literackość
*
i rozwalą
tyłek?, głowę
o coś co cynamonowe
*
kupią bułkę bądź krogulca
w przykurzeniach
w sklepach Schulza
*
a bigotom?
niespodzianka
w całkiem nowych wyliczankach
*
tutaj znajdą
chama?, bożka?
z Emigrantów, więc już z Mrożka

~ek~ 3.08.2022
MAM POPORCJOWANE ORAZ
pojemnik na gniew i na sól
słoiczki
na ten mniejszy ból
*
woreczki
w nich ryż albo miłość
/coś z dwojga się właśnie skończyło/
*
cylinder z dziurkami na pieprz
na błędy
- o części z nich wiesz -
*
kwalifikacje na żonę
dwa grzyby do barszczu
suszone
*
łyżeczkę lub trzy intelektu
łyk maggi
do dania na ciepło
*
wbrew
albo i zgodnie z nadzieją
też flaszkę, bądź ze dwie, oleju
*
- tu aspekt zupełnie nienowy
że w sam raz
do sałat, do głowy
*
plus
w ramach skojarzeń łańcuszka
by rozlać go mogła Anuszka 
*
raz pierwszy?, kolejny?, czy który?
te kąski...
literatury -
*
w zapale dokładam od już
kasetkę
z płatkami róż
*
zbiór pęknięć na charakterze
i tego
mi nikt nie odbierze

~ek~ 14.08.2022

Słońce w głowie

Teresa Rudolf

Letnie party

Lato, 
wdzięczysz
się do człowieka
jak jakiś podlotek,

wyśpiewujesz mu 
szlagiery ptasie,
mamisz zapachami,

malujesz codzienność
setkami barw kwietnych,
aromatycznych wielce, 

zapraszasz na wielką zabawę 
z tłumami różnych gości,
chciwych wielkich przygód,

jesteś  tak wyczekiwane,
prawie już wymodlone,
pachniesz niewiadomą.

Lato,
a czy nie zapomniałeś 
o słońcu, pławiącym się 
w złocie próżnym bożku,

spalającym powoli 
na popiół ciebie,  
i twoich gości,
rozwalając ci  
z chichotem
to ziemskie
party???
Okno

Myśl, jak kot 
wślizgnęła się 
przez otwarte okno,
 
trochę nieśmiało
rozejrzała się 
w mojej głowie,

a co ze sobą
zrobić przyjdzie,
wciąż nie wie...

przykucnęła więc
przy gorącym 
dziwnym lecie,

powoli dopełzła
do wiadomości  
wszechobecnych;

do podłości ludzkiej
względem zwierząt,
do koszmaru wojen, 

też i do piękna świata,
geniuszu ludzkiego,
wspaniałości natury...

złapała się za głowę 
przyznając bezsilność,
myśli wślizgującej się

przez otwarte
letnią porą okno...
... byłoby  chyba lepiej

legalnie
jak każdy, 
wchodzić 
drzwiami, 
i pozostać 
na dłużej...