Krawaty / Krawatten

P1170191To drzewo krawatów jest dziełem Artusa Unival i umieszczone zostało przez artystę na Böhmischer Platz w Berlinie jako zachęta do dziwienia się – za mało się dziwimy, stwierdził Unival i powiesił na wieszaku 777 krawatów. Są one jednak również protestem. “Krawat symbolizuje człowieka władzy – bankiera, menadżera, inwestora. To oni sprawili, że Berlin, a teraz akurat okolica Richard Platz pada właśnie ofiarą gentryfikacji”.

Artus Unival hätte gern, dass Menschen sich mehr wundern, Dinge wieder infrage stellen. Also hat er in Berlin-Neukölln Krawatten aufgehängt. „Der Schlips sei Metapher für Machtmenschen wie Manager, Politiker und Immobilienmakler. Denen haben wir zu verdanken, dass die Mieten steigen und die Gentrifizierung auch in Rixdorf angekommen ist“.

P1170192O gentryfikacji Berlina już tu pisałam, bo sama padłam jej ofiarą. Pisałam też już o tej ślicznej niezwykłej dzielnicy naszego miasta, zwanej Rixdorf czyli Ryszardowo. Ponieważ jednak tekst ukazał się na moim poprzednim blogu, pozwolę go tu sobie jeszcze raz zamieścić.

P1170193Rixdorf ma też drugą nazwę – Czeska Wioska – Böhmisches Dorf. Gdy w zeszłym roku postanowiłam ją (po raz kolejny zresztą) opisać, pojechałam zobaczyć, co się w Czeskiej Wiosce przez lata zmieniło. Zaczęło się od rozczarowania, bo nie znalazłam szyldu z nazwą ulicy “Mala ulica”. NIE BYŁO! Och, Los naprawdę bywa paskudny.

Rixdorf6_KirchgasseCS

To właśnie była, w czasach braci morawskich i do niedawna (znowu) “Mala ulica”.

Podobno na ów szyld wjechał samochód i go zniszczył. Tak mi powiedziały panie w starej szkole braci morawskich, gdzie od kilku lat mieści się muzeum. Poza tym na Rixdorfie niewiele się zmienia.  Będzie inaczej jak na dobre wejdą gentryfikatorzy, a za nimi ich bogaci sponsorzy. Unival już to czuje, ja, człowiek z zewnątrz, jeszcze nie.

“Rixdorf czyli Ryszardów to jedna z licznych wsi berlińskich – i proszę mnie nie poprawiać! – berlińskich a nie podberlińskich. Jak każde wielkie miasto tak i Berlin rozrastał się, pożerając okoliczne wioski i miasteczka, ale w Berlinie ta ongiś wiejska struktura wcale nie zaniknęła.  Kilkanaście dzielnic Berlina nosi wiejskie nazwy, a wcale często są to rzeczywiste wioski zakonserwowane wewnątrz organizmu miejskiego: Britz, Rudow, Wittenau, Reinickendorf, Lübars, Glienicke, Kladow, Zehlendorf, Dahlem… Centrum takiej miejskiej wioski jest mały kościół z cmentarzem, rozległy plac ocieniony wielkimi drzewami, wioskowa knajpa, zwana zazwyczaj “Krug” czyli dzbanek, pobliski dwór i kilka lub kilkanaście niewielkich domów, ni to wiejskich ni miejskich.
Rixdorf leży w samym sercu Nowej Kolonii czyli dzielnicy Neukölln, nazywał się kiedyś Richardsdorp i został założony w średniowieczu przez mnichów-rycerzy z zakonu Joannitów, do których należało prawie całe dzisiejsze Neukölln, podobnie jak pobliski Tempelhof należał do Templariuszy. Jednakże Rixdorf w swej dzisiejszej postaci powstał kilkaset lat później, dokładnie 14 czerwca 1737 roku, kiedy to król Fryderyk Wilhelm osadził tu uciekających z Czech przed prześladowaniami braci morawskich. Nadał im ziemię, prawo budowy miasta i zagwarantował wolność religijną.

Rixdorf1755

Tak na marginesie nasuwa się uwaga, że państwo pruskie, które w historii Polski tak źle się zapisało, cechowała nie pozbawiona wprawdzie kupieckiej kalkulacji, ale jednak znamienna tolerancja. Kolejni królowie pruscy przygarniali pod swe opiekuńcze skrzydła różnych prześladowanych: starowierów czyli filiponów na Mazurach, hugonotów i braci czeskich czyli morawian w Brandenburgii. Rixdorf do dziś nazywa się w języku ludowym “czeską wioską” (böhmisches Dorf), co zresztą miało ongiś pejoratywny wydźwięk. Wioska czeska (podobnie jak zamek w Hiszpanii) była z jednej strony synonimem polskiego zamku na lodzie, z drugiej jednak czegoś dziwacznego i nieznanego, istnieje też określenie “böhmisch einkaufen” – kupować po czesku czyli… kraść.

Jeżeli chcemy zwiedzić Rixdorf, musimy dojechać linią metra numer 7 do stacji Rathaus Neukölln i stąd pójść na piechotę Richardstrasse do Richard Platz. U wejścia na Richardstrasse wisi szyld: Rixdorf. Po drodze miniemy maleńki kościółek braci morawskich – uwaga! wcale nie wygląda jak kościół, tylko jak piętrowy domek XVIII-wieczny z wolnostojącą drewnianą dzwonnicą. Pastor Krebs – doktor historii – jest wielkim przyjacielem Polaków, zajmuje się historią kościołów w Europie Wschodniej i … gra na rogu. O 10 rano w niedzielę można przyjść na mszę i w małej salce, która służy jako kaplica przeczytać po czesku maksymę Jana Husa, patrona morawian: Verny křestane hledej pravdy, slyš pravdu, uč se pravdě, miluj pravdu, prav pravdu, drž pravdu, braň pravdu až do smrti.
Nic dodać, nic ująć!

Od Richardstrasse odchodzi wąski i długi zaułek zwany dziś Kirchengasse, który, jak głosi tablica, do roku 1912 nazywał się po czesku “Mala ulica”. Na zakręcie Małej ulicy stoi budynek parafialny i szkolny braci, dziś już nie używany w tej funkcji, a przed nim pomnik dobrego króla Fryderyka Wilhelma-Dobroczyńcy, wzniesiony przez wdzięcznych potomków uciekinierów. Na rogu Małej ulicy i Richardstrasse – kamień pamiątkowy ku czci Comeniusa-Komeńskiego, najważniejszego przywódcy duchowego morawian. Richardstrasse dochodzimy do wielkiego placu, ze znakomicie zachowaną i do dziś czynną kuźnią. Na południowej pierzei placu znajduje się niemal równie stare przedsiębiorstwo wynajmu powozów i kolejny kościół, tym razem ewangelicko-luterańsko-morawski. W sumie w maleńkim Rixdorfie jest 7 różnych parafii – dwie większe: katolicka i ewangelicka i aż 5 różnych tzw. wolnych kościołów protestanckich.

Z Richard Platz przez Karl-Marx-Platz wracamy do ‘normalnego’ miasta. Na zakończenie niedzielnego spaceru możemy zjeść ‘brunch’ w ‘Cafe Rix’, najładniejszej knajpce w całym Neukölln (Karl-Marx-Str. 141) albo, kawałek dalej i cztery razy taniej, kupić sobie pierwszego w Berlinie jarskiego kebaba.”

17 czerwca 2012 roku, Rixdorf obchodził 275 lat istnienia.

Tekst został opublikowany latem 2012 roku na blogu Qra czyli Nowa Kura, kuchnia i kultura. Blog już nie istnieje.

Zdjęcia krawatów i pomysł na wpis: Dorota Cygan, tekst i zdjęcia z czeskiej wioski: Ewa Maria Slaska

Lato germanisty

Dorota Cygan

Usiądźmy sobie może tutaj, skoro się już tu znaleźliśmy, po wyjściu chyba należało pójść w prawo, ciekawe, jak to z biblioteki można niechcący zajść na koniec świata. A w ogóle gdzie my właściwie jesteśmy, ładnie tu nawet, wygląda na kąpielisko, ale swoją drogą to mamy ze 30 stopni, ściana  gorąca. I to niby łagodne oko błękitu, ależ bezruch i żar. No, te zabudowania kąpielowe to mi wyglądają na lata dwudzieste, jak Pan myśli, klinkier, mury po łuku, dzielone okna, ciekawe, ciekawe, für uns zwei Kaffee bitte, no u nich ta kultura nagości jak widać żywa do dzisiaj, jakoś się nami nie krępują, i ten kult zdrowia oczywiście, jedno z drugim nieodłącznie sprzężone, widać, że przetrwało czasy faszystowskie i ma się całkiem dobrze. Ale żar, pozwoli pan, że zdejmę krawat i nogi trochę wyprostuję, coś mój kręgosłup ostatnio odmawia służby, jak posiedzę trochę w bibliotece, też by się przydało odrobinę sportu, ma pan rację, Niemcy nie byłyby sobą bez tej kultury FKK, co u nas nie do pomyślenia, wyobraża pan sobie to święte oburzenie? Ach, te sprężyste ciała i ta naturalność, nam to trochę mimo wszystko obce, pasjonujące owszem, jako zagadnienie socjologiczne, no i motyw literacki rzecz jasna. A czytał pan może Helmuta Ungera… taki tekst z lat dwudziestych… nie pamiętam tytułu… on tam właśnie opisuje konflikt międzygeneracyjny jako różnice w odniesieniu do ciała, z jednej strony kostyczny belfer zapięty pod szyję w czarnym surducie, z drugiej strony prowokacja w postaci nieskrępowanego młodego pokolenia: obnażony żywioł w pełnym słońcu nad wodą. A propos, może ja też sobie zdejmę marynarkę, pozwoli pan, czarne jednak grzeje, jak jechałem do Berlina, nic nie wskazywało…

No ale wracając do tego, o czym mówiliśmy jeszcze w holu, wie pan, ten mój autor miał dość poplątany życiorys, najpierw w najwcześniejszym dzieciństwie silny wpływ braci Grimm, można powiedzieć, że późniejsza trauma z tym się pośrednio wiąże, takie mroczne i krwawe fantazje. Potem, co jeszcze: mieszkanie w skrajnych warunkach, suterena, stąd późniejsze dążenie do światła, ta rozbudowana metaforyka świetlna we wczesnej liryce okresu szkolnego. Dalej, warunki, w jakich żył, raczej ponure, typowo miejskie otoczenie skąpane w stu odcieniach brązu, można się pokusić o tezę, że stąd potem jego niechęć do nazistów, tak to zupełnie nowa teza, jeszcze jej nie opublikowałem, potem w późniejszym dzieciństwie  – no mniejsza o dokładną periodyzację – wakacyjny wyjazd studyjny do Polski, zetknięcie z obcą kulturą zabawy i trwały jej ślad w jednym wierszu, który pozostał fragmentem, może to zresztą zabieg celowy, tak jak fragmentaryczne pozostało to doświadczenie poety, potem, już po maturze, ponowny impuls interkulturowy, spotkanie z cyganką na ulicy w biały dzień, w pełnym słońcu, jej tajemnicza postać będzie się przewijać przez szereg wczesnych poematów, zawsze jako opozycja między ciemnością i światłem, powiedziałbym nawet walka między pierwiastkiem dobra i szatanem, pasjonujące, nikt tego proszę sobie wyobrazić jeszcze filologicznie nie zbadał, no umówmy się, to nie jest łatwe, trzeba by sięgnąć do manicheizmu, prześledzić może generalnie inklinacje jego pokolenia do…, no ale dużo by mówić, myślę, że to w sam raz temat na habilitacje, młode pokolenie w sumie… für uns noch zwei Kaffee bitte, ach, to pani mówi po polsku, studentka germanistyki, no proszę, proszę, polski Berlin, miło nam, tak, tak, my też studiujemy miasto, germaniści powinni, szlachectwo zobowiązuje, mówi pani, że to jest Plötzensee, a tośmy daleko doszli z tego Westhafen, ale zapewniam, wierzymy pani, że woda czysta i ciepła, ale może innym razem. A wie pan, nie myślałem, że to tutaj stracili tych  chłopców od Stauffenberga, gdzieś tu musi być Gedenkstätte, nigdy bym nie pomyślał, że to faktycznie tak blisko jeziora. I teren w sumie ładny, zieleń jeszcze taka soczysta, wiem, wiem, też mam nieczyste sumienie siedząc w murach, chociaż my w sumie dbamy o takie rzeczy, w zeszłym roku byliśmy z żoną i dziećmi prawie tydzień na łonie natury, teraz też, w kwietniu jak było parę dni tak ładnie, poszliśmy się godzinę przejść tak dla zdrowia, trzeba, cóż, nie samym słowem żyje człowiek, hehe. No to jeszcze po małej kawce prosimy. Ależ upał.

Ale wracając do naszych wczorajszych rozmów, przesuńmy się trochę do cienia, to tak, z tymi wpływami heglowskimi na mojego autora to było tak, że widzi pan, najpierw Kaiserreich to jakby Teza, potem krótko znienawidzona Republika Weimarska – czysta Antyteza, nie wydaje się panu? –  a na koniec przygoda z faszyzmem jawi mu się jako Synteza, proszę sobie wyobrazić, niezmiernie ciekawe, też niezły temat, gdyby go jeszcze rozszerzyć o wątki ideologiczne państw zaprzyjaźnionych plus recepcja Hegla, to by może nawet projekt europejski z tego wyszedł, praca przy projekcie zapewniona na trzy lata, na takie rzeczy dzisiaj jest popyt, kto ma dziś czas samemu przerobić tyle literatury, ma pan rację, archiwalia trzeba by koniecznie włączyć, ale na to to już by się przydało ze trzech doktorantów, kontakty do Francji pan ma, no czemu nie, to by się w przyszłości pomyślało o jakiejś Forschungsstelle, spuścizna Hegla nie wiem, całkiem możliwe, że w Berlinie, skoro i pochowany tutaj, rodzina już na szczęście się nie wtrąci, hehe. Odwiedzić grób, a czemu nie, może byśmy po drodze zahaczyli, Benna też bym chętnie zobaczył, dawno już miałem zamiar. Może poprosimy o rachunek. Mówi pani, żeby nad wodę, no, wie pani, na wodę to może popatrzymy  jak pójdziemy na grób Kleista. Ależ upał nieziemski. A wie pan, rok temu mieli tu rok Kleista, parę monografii nawet wyszło, widziałem plakaty na FU, wisiały też w Stabi, a w ogóle to skoro już mamy być nad wodą, po drodze byśmy może tak na godzinę wrócili do Westhafen, dział gazet  jeszcze czynny, a jakże, mają tu wszystko, Gazeta Wyborcza to nikogo nie dziwi, ale oni mają i Życie Warszawy i Trybunę Ludu, proszę sobie wyobrazić, w tych silosach na Westhafen, tak, tak, praktyczny naród. A pan z jakich bibliotek korzystał? Ta żółta przy filharmonii to właśnie Stabi, nie zauważył pan filharmonii, nie nie, nic nie mówię, ja też bardziej siedzę w tekstach, koncerty sind nicht Jedermanns Sache, osobiście wolę sobie w przerwie wyskoczyć do Gemäldegalerie naprzeciwko, no faktycznie ona jest trochę schowana, można jej nie zauważyć, przy okazji możemy zajrzeć, pokażę panu, może się przejdziemy na spacer, do Tiergarten, a nie, nie znam, wie pan, mało zawsze tego czasu, ach, to tam, gdzie kiedyś były te koncerty techno, czytałem. Może jak przyjedzie moja żona, kupię wcześniej jakiś przewodnik, obiecałem sobie, że jak tu będzie, to wreszcie się przejdziemy pod Reichstag i pod Bramę, od pięciu lat sobie obiecuję, od czasu  jak robiliśmy ten projekt Literatura wobec upadku Muru, no mur to tam gdzieś w okolicy przebiegał, a przynajmniej powinien, ach,  też pan jeszcze nie był, to się dobrze składa, przeszlibyśmy się i może omówili przyszły projekt, no cieszę się. To cóż, do widzenia, ja jeszcze trochę mam do kserowania, ależ gorąco okrutnie, a potem do pociągu, mam trochę do poczytania, znajomy mi polecił Spaziergänge in Berlin Franza Hessela, pan wie, rodowitego szczecinianina, niedawno wydane, takie impresje ze spacerów po  mieście w latach 20, autor we wstępie poleca zabranie tej książeczki w letnią podróż, no więc zabrałem, a wie pan kiedy to pisał, w 1929 roku, hehe, choć oczywiście zgaduję, że niewielu pójdzie na Entdeckungsreise des Zufalls, prorocze słowa, hehe. Najbardziej mi się podobało jedno zdanie: Ihr habt keine Zeit? Dahinter steckt ein falscher Ehrgeiz, ihr Fleißigen. Dobre, nie?

Przy okazji sobie myślę, że może by tak wznowić Heinza Knoblocha, te jego opowiastki o Berlinie, ładne rzeczy i nieco bardziej współczesne, wypadałoby przypomnieć czytelnikowi, bo już ci nasi studenci nic zupełnie nie czytają, mówili mi ostatnio, że jeżdżą sobie na jeden dzień do Berlina,  tak po prostu połazić po mieście, podobno w Berlinie jest z dziesięć jezior i ileś kąpielisk. A wie pan, że oni faktycznie znają tu powoli wszystko …

To poprosimy rachunek… Ach, pani już ma fajrant? I jak, co potem, aha, nad wodę, mówi pani, tak, my w przyszłym roku też planujemy, może gdzieś w ciepłych krajach, no niby racja, tu też można,  oni tu w Berlinie mają wszystko… Gdzie, mówi pani? TUTAJ do wody…?! A to faktycznie ciekawa myśl, czytałem ostatnio w felietonie tego klasyka gatunku, jak on się nazywał…

Dzieci rodzą się i wiedzą

Tekst tego opowiadania ukazał się w roku 2011 w dodatku literackim “Kuriera Szczecińskiego”. Bardzo lubię tę gazetę i jej redaktorów, mam więc nadzieję, że nie wezmą mi za złe, jeśli powiem, że być może nie wszyscy moi potencjalni czytelnicy mieli szansę przeczytać ten tekst wtedy, gdy się ukazał. No bo skoro ja nie miałam…

Ewa Maria Slaska

Dzieci rodzą się i wiedzą

Dzieci rodzą się i wiedzą. Nie wiadomo skąd, ale wiedzą. Są tacy, co twierdzą, że to pamięć poprzednich wcieleń. Albo duszy nieśmiertelnej, która póki w momencie porodu nie została przywiązana na stałe do ciała, krążyła swobodnie po świecie. Może jest to zresztą po prostu pamięć genetyczna. Mój syn zapytał mnie kiedyś, co to za wojsko wychodzi zza pieca. Miał cztery lata, mieszkaliśmy w mieszkaniu z kaloryferami i nie jestem pewna, czy on w ogóle kiedykolwiek widział piec. Gdy próbowałam go namówić, żeby mi opowiedział, co to było za wojsko, opisał żołnierzy w granatowych obcisłych kurtkach i białych spodniach z kwadratowymi pudełkami na głowie. Takiego użył słowa – pudełka. Myślę, że musiały to być czaka, czyli za tym jakimś piecem chowali się ułani, których nigdy nie widzieliśmy, ani on, ani my, ani pewnie nawet nasi rodzice, ale nasi dziadkowie, pradziadkowie naszego syna – tak. Jeden z nich sam był ułanem.

Stąd może ja bałam się płonących miast. Gdy byłam dzieckiem, nocami straszył mnie pożar Warszawy. Urodziłam się po wojnie, nie widziałam jak płonie Warszawa, byłam też za mała, żebym mogła znać takie obrazy z filmów o wojnie. Moi rodzice w sprawie wojny milczeli jak zaklęci. A jednak nocami śniły mi się płonące ulice i walące się domy.

Patrzę na tę właśnie urodzoną dziewczynkę i zastanawiam się, co widziały i co wiedzą te smutne oczy. Ma oczy jak smutny lemur. Najsmutniejszy lemur na świecie. Nie widzi mnie, widzi coś.

Jeśli to, co widzi, to pamięć duszy do wczoraj swobodnie poruszającej się po świecie, to nie jest wykluczone, że widziała, jak Muhammad Al-Bibi, sympatycznie wyglądający osiemnastolatek, zabił Kadafiego jego własnym złotym pistoletem. Widziała wielkiego władcę, jak ukrywa się w rurach betonowych. I widziała jego głowę. I to, że ranny Kadafi został sponiewierany, że ktoś go przewracał, bił, szturchał. Widziała, jak krzyczy, jak żebrze o pomoc. Zabito go jak psa. Tak w XXI wieku umierają orientalni tyrani, Sadam Hussain, Osama bin Laden, Kadafi. Wyciągnięci jak wściekłe lisy z ponurych schowków. Nie przynosi to chluby naszym czasom, że pozwalamy na to, ba, wydajemy rozkazy, by tak umierali tyrani.

Tyrani XX wieku mieli lepiej. Hitler popełnił samobójstwo, to wcale jeszcze nienajgorszy koniec. Stalin i Tenno umarli we własnych łóżkach.

Co widziała Ivana, córka Bakiry, zanim się wczoraj urodziła w szpitalu świętego Józefa w Berlinie? Wojnę w Bośni i Hercegowinie z Serbami. Najbardziej krwawy konflikt w Europie od końca II wojny światowej. Bombardowanie Sarajewa i aleję snajperów. Masakrę w Srebrenicy, osiem tysięcy ciał w zbiorowych grobach. Masowe gwałty kobiet w Górach Dynarskich.

W tej rodzinie kobiety wcześnie wychodzą za mąż i wcześnie mają dzieci. Znałam więc nie tylko Bakirę, matkę Ivany, ale także jej babkę, a nawet prababkę. Poznałyśmy się prawie 20 lat temu, kiedy Bakira miała kilka latek i mieszkała z matką i babką w schronisku dla uchodźców. Uciekły z wioski pod Srebrenicą. Same kobiety. Babka, matka i córka.

Był początek wojny w Bośni, wiadomości z frontu były wstrząsające, a to zawsze wzmaga berlińską potrzebę czynienia dobra. W Berlinie czyni się dobro na zawołanie. Do schroniska przynoszono sterty odzieży. Była bardzo potrzebna. Standardowa pomoc dla uciekiniera wojennego obejmowała wprawdzie również komplet ubrań, ale ci ludzie pojawiali się u nas dosłownie bez niczego i jeden komplet odzieży w środku zimy nie załatwiał problemu.

Bakira, jej matka i babka właśnie zostały przyjęte do schroniska, gdy przed wejściem zatrzymała się wypasiona bryczka, z której wysiadł masywny, ubrany na czarno facet z byczym karkiem. W ręku trzymał dwa wielkie niebieskie worki plastikowe, wypchane po brzegi. Portier wysłał go do nas do biura i tak właśnie nastąpiło zrządzenie losu. Facet był Polakiem i pracował „u Państwa”, którzy kazali mu zapakować do worków rzeczy po zmarłej właśnie mamie i zawieźć do nas.

One wychodziły z biura, on wchodził. Zatrzymaliśmy je i poprosiliśmy Henryka, by zaniósł im te worki do pokoju. Miały sobie wybrać, co chcą, a resztę, ewentualnie, oddać. Tak to babka Bakiry została właścicielką czarnego futra z karakułów. Było takie małe, że pasowało tylko na nią. Bo babka była maleńka. Trzeba było zorganizować skrzynki plastikowe, na których musiała stanąć, jeśli chciała gotować, bo nie sięgała pieca. W wolnych chwilach chodziła po okolicy, ubrana w czarne karakuły, i zaglądała do śmietników. Tak ją kiedyś sfotografował jakiś dziennikarz. Zdjęcie babci w karakułach siedzącej na szczycie kontenera śmieci obiegło cały Berlin. Ja sem w nowinach, ogłaszała babka Bakiry wszem i wobec. Jestem w gazecie.

Ale to nie karakuły były zrządzeniem losu, tylko Henryk, barczysty Polak, który je przyniósł. Popatrzył na Amrę, matkę Bakiry, która była prześliczna jak orientalny Anioł (a Anioły muszą być orientalne, pochodzą przecież od biblijnych cherubinów), a z Bakirą na ręce wyglądała jak Madonna i … zakochał się.

Tu trzeba wyjaśnić, że… Ach nie, za dużo by wyjaśniać. Czytelnik musi uwierzyć. Bośnia jest w dużej mierze muzułmańska. Z wojny bośniackiej uciekały początkowo tylko kobiety. Przyjeżdżały do obcego zimnego kraju, w którym nie było bomb, ruin i szczurów, ale nie było też słońca, śpiewu, muzyki, jedzenia czerwonego od papryki, tańców na świeżym powietrzu, zalotnych uśmiechów. To jednak tylko sprawy powierzchowne. Bo jednocześnie w Berlinie nie było patriarchalnych strażników tradycyjnego porządku, surowych ojców, wszechobecnych braci, zazdrosnych mężów. Za to była swoboda wyboru stylu życia i emancypacja kobiet. Kobieta miała prawo być wyemancypowana, a jednocześnie musiała, bo inaczej nie dałaby sobie rady. Musiała nauczyć się języka i nauczyć się, jak sobie radzić w tym świecie, który był tak inny od wszystkiego, co kiedykolwiek znała. Uciekające przed wojną Bośniaczki emancypowały się na naszych oczach. Emancypowały się i rozkwitały. Były piękne i samodzielne. Amrze towarzyszył w tym Henryk. Jak na warunki europejskie polski kochanek to przeraźliwie zacofany maczo, ale dla Amry Henryk był pionierem feminizmu. Nie dlatego, żeby uważał, że tak trzeba, albo że coś się kobiecie należy, po dwóch tysiącach lat patriarchalnego ucisku, nie, Henryk przyznawał Amrze mnóstwo praw, bo był istotą bezrefleksyjną i postępował tak, jak postępowali wszyscy w jego środowisku. Przy Henryku Amra miała więc tyle wolności, ile miewały dziewczyny jego kolegów, a to w pewnych okolicznościach wcale nie było mało. A do tego Henryk był zakochany, a zatem, jak każdy polski kochanek, sentymentalny i romantyczny. Nosił torebkę Amry, otwierał drzwi, pomagał wkładać płaszcz, przynosił kwiaty i czekoladki.

Ale potem, kiedyś, jeśli nie zginęli na wojnie, w Berlinie pojawiali się mężczyźni. Przyjeżdżali, instalowali się w świecie, który zorganizowały im kobiety, szli po ścieżkach, legalnych i nie, które wydeptały dla nich kobiety, korzystali z tego, co osiągnęły i uzyskały kobiety i … odbierali im prawo do jakiejkolwiek decyzji.

Mąż Amry przyjechał w rok po niej, też zimą. Był to dziki wojownik o ponuro przystojnej twarzy, inwalida wojenny, któremu snajper odstrzelił lewe ramię. Miał na imię Zdrawko, co dla polskiego ucha brzmiało lekko i radośnie, ale oczywiście Zdrawko nie był radosny, a jego wejrzenie zapowiadało, że lekko też nie będzie. Mniej więcej po miesiącu Zdrawko dowiedział się, że Amra ma, czy też miała, kochanka. Raczej miała, bo gdy Zdrawko się pojawił, Amra nie miała najmniejszej szansy, żeby spotykać się z Henrykiem. Zdradziły ją dzieci. Jakaś dziewczynka w piaskownicy odebrała Bakirze piłkę. Bakira zaczęła płakać. Amra rzuciła się jej na pomoc. Chwyciła dziewczynkę za włosy, matka dziewczynki doskoczyła do Amry, rozorała jej twarz paznokciami, z pokoi na podwórko wybiegli mężczyźni, już szły w ruch śrubokręty, broń każdego twardziela w kraju, gdzie noszenie przy sobie noża jest karalne. W ciągu kilku minut spokojna zabawa dzieci pod opieką matek zamieniła się w preludium wojny. Portier dzwonił już po policję, my próbowaliśmy okiełznać burzę. I wtedy pokrzywdzona rzekomo dziewczynka krzyknęła do Amry, że jest dziwką. Bludnica, bludnica, kurva… Zdrawko zatrzymał dłoń ze śrubokrętem już już mającym uderzyć w ramię ojca dziewczynki… Zapadła przeraźliwa cisza, a Zdrawko obrócił się i zadał cios Amrze. Jeden, drugi, trzeci… Kochałem cię, kochałem cię ty dziwko, krzyczał, wbijając śrubokręt na oślep.

W każdej społeczności jest zwierzę alfa i jego harem, jest mądrala, jest donosiciel, błazen i wyrzutek. Zdrawko był prymatem alfa. Amra umarła z upływu krwi, Zdrawko poszedł do więzienia, a jak wyszedł nigdy nie pomyślał o tym, że mógłby poszukać córki. Bakirę oddano do domu dziecka. Prababka umarła ze starości. Karakuły ktoś wyrzucił do śmieci.

Minęło 20 lat. Bakira wyrosła, poszła do szkoły, a potem do nauki zawodu. Została fryzjerką. Jest piękna jak Amra. Spotykam się z nią czasami, teraz już rzadziej, ale dawniej bardzo często. Bo to my dwoje, ja, opiekunka jej rodziny z czasów, gdy pojawili się w Berlinie i Henryk, kochanek jej matki, zajmowaliśmy się nią, gdy była samotną sierotą w domu dziecka, gdy wyrastała, wychodziła w świat, brała ślub. A teraz jesteśmy tu, żeby po raz pierwszy popatrzyć na Ivankę. Najsmutniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałam.

Co pamięta Ivanka z czasów zanim się urodziła?

Wojnę i pożary? Pożary i mord? Mord i mordercę? Człowieka, który był jej ojcem i zabił jej matkę?

 Październik 2011

Uwaga od Autorki: Społeczność uciekinierów w schronisku, zwłaszcza w dużym schronisku dla uchodźców, jest jak każda inna społeczność. Są w niej zwierzęta alfa i błazny, są geniusze i cwaniacy, jest miłość, mord i przemoc. Schronisko to cały świat. Pracowałam w schroniskach wystarczająco długo, żeby zetknąć się z morderstwem, samobójstwem, porwaniem dzieci i sprzedażą kobiet. Widziałam szczęście i nieszczęście ludzkie. Nieszczęścia było więcej. Często zaczynało się od prostych prawd. On ją kocha, ona jego nie. Albo: ona go kocha, a on jej nie. Często nie była to naprawdę miłość tylko prawo własności lub projekcja. Ale podstawowe słowo, jakiego wszyscy używali brzmiało – miłość.

BWPWAP

Jacek Slaski

Wstecz ku przyszłości

Wykłady, warsztaty, performanse, nagrania filmowe i trzyczęściowa wystawa wchodzą w skład tegorocznego festiwalu sztuki medialnej transmediale, który jest zaproszeniem skierowanym do artystów, zaangażowanych uczestników i naukowców, aby wzięli udział w dyskursie o zmianach kulturalnych i społecznych wywołanych przez nowe technologie, co z kolei cofnie ich do czasów, gdy Pluton wciąż jeszcze był planetą.

Nieograniczony dostęp do praktycznie nieograniczonej ilości informacji, możliwość komunikacji z całym światem oraz zanik porządku chronologiczno-przestrzennego na rzecz nieustannej obecności online – to może nie wszystkie, ale na pewno niektóre z najważniejszych cech współczesnego nasycania codzienności techniką cyfrową. Cechy te ogłaszają koniec świata, który znaliśmy  – wszystko dzieje się coraz szybciej i wszędzie jednocześnie. A jeszcze trzeba dodać do tego strach przed kryzysem gospodarczym, ekstremizmem religijnym i katastrofą klimatyczną. To z tej materii rodzi się kulturalna świadomość początków XXI wieku i to ją właśnie podda analizie transmediale, festiwal, który już dawno awansował do roli think tanku, gdzie artyści, naukowcy i informatycy, teoretycy i hackerzy, projektanci, nerdy i aktywiści mogą wymieniać opinie i doświadczenia. Tu spotykają się poglądy polityczne, najnowsze technologie, trendy artystyczne i wywrotowe strategie, wpływają na siebie nawzajem, przenikają się, aby uzyskać konsens o tym, jaka jest ta współczesność, tak naznaczona technologią medialną.

Kristoffer Gansing, młody Szwed, od ubiegłego roku kurator festiwalu, postanowił dokonać oceny współczesności sięgając w przeszłość, cofając się do czasów, gdy Pluton wciąż jeszcze był planetą. BWPWAP – tak brzmi tytuł festiwalu – to literowiec ułożony ze zdania „Back When Pluto Was a Planet“. Nazwa została zaczerpnięta ze slangu internautów i oznacza to wszystko, co się w ostatnim czasie zmieniło w przyspieszonym tempie, kierując uwagę do czasów minionych i lepszych, chociażby dlatego, że prostszych. Wyjaśnijmy: Pluton, najpóźniej odkryta, najmniejsza, dziewiąta planeta naszego układu słonecznego, straciła status planety w roku 2006 podczas konferencji International Astronomical Union. Od tego czasu, ku niezadowoleniu wielu astronomów hobbystów, uważany jest za planetę karłowatą, co oznacza, że układ słoneczny znowu składa się z 8 planet, tak jak to było do odkrycia Plutona w roku 1930.

Spojrzenie w przeszłość jest bez wątpienia również pełne nostalgii, co zresztą w dzisiejszych czasach wcale nie dziwi, nawet w odniesieniu do imprezy tak zorientowanej ku przyszłości jak transmediale – nostalgia to jeden z motorów globalnej produkcji kulturalnej. Teoretyk kultury pop, Simon Reynolds, analizuje ten fenomen w swej słynnej książce „Retromania“ i dochodzi do wniosku, że fetyszyzacja przeszłości w muzyce, filmie czy telewizji, widoczna w  revivalach i modach retro, w ogóle wszystko, co można sklasyfikować jako tęsknotę za rzekomymi „złotymi czasami“, ma niezwykły wręcz wpływ na teraźniejszość. Oto pożywka ideologiczna, nawet jeśli przesunięta w dziedziny sztuki i teorii medialnej, w jakiej porusza się intelektualnie program BWPWAP.

Ale bywa przecież i tak, że trzeba się niekiedy cofnąć, aby lepiej zobaczyć to, co dopiero nadejdzie. Wstecz ku przyszłości! Oto motto przyświecające retrofuturystycznym performansom Felixa Kubina, Vanessy Ramos-Velasquez czy A Guy Called Gerald, ale też spotkaniu z legendarnym reżyserem Alejandro Jodorovskym, autorem projektu Science Fiction, wykreowanym w roku 1970 wspólnie z autorem komiksów Moebiusem.

BWPWAP to tymczasowy Hyde Park, gdzie można jeszcze raz pomyśleć o tym, co jest i skonfrontować się z nową interpretacją tego, co było. Całość została ułożona wzdłuż czterech osi – „Users“, „Networks“, „Paper“ i „Desire“, a kurator ma nadzieję, iż podczas festiwalu to, co było, połączy się z tym, co jest i będzie.

W konferencjach biorą między innymi udział rosyjska artystka internetowa Olia Lialina oraz szwedzki performer i poeta awangardowy Pär Thörn, analizujący pozycję jednostki i jej organizację w Sieci. W segmentach „User“ i „Network“ pojawi się jako motyw przewodni koncepcja ery po-cyfrowej, po- czy postdigitalnej. To pojęcie, które początkowo odnosiło się tylko do muzyki elektronicznej, oznacza obecnie moment historyczny, który nastąpi już po rewolucji komputerowej, kiedy to technologia komputerowa stanie się praktycznie rzecz biorąc niewidzialna poprzez swą wszechobecność we wszystkich aspektach życia i właściwie tylko wtedy będzie zwracała uwagę, gdy jej nie będzie. A więc stanie się czynnikiem o tak elementarnym znaczeniu jak woda czy powietrze.

W segmencie „Paper“ transmediale zajmie się przede wszystkim – tak w workshopach jak prezentacjach – materiałem, który kiedyś był podstawową materią przekazu, a dziś coraz bardziej traci na znaczeniu, co widać choćby w obecnym „kryzysie druku“ – gazety znikają, wydawnictwa drżą o swą przyszłość. Książki artystyczne, Mail Art w NRD, poezja konkretna, publikacje DIY, ale też nowe techniki druku – wciąż jeszcze możliwości zastosowania papieru są przeogromne, ale jego rola nieuchronnie bądzie się zmieniać w epoce postdigitalnej.

Trzyczęściowa wystawa „The Miseducation of Anya Major“ zwraca uwagę na nie do końca określoną rolę sztuki medialnej, która dla szerokiej publiczność jest z reguły zbyt hermetyczna lub zbyt skomplikowana. Wystawa zadaje pytanie o jej potencjał w kontekście nauki, uczenia się i edukacji. Jedna z jej części została nazwana „Tools Of Distorted Creativity“ – 13 artystów próbuje rewolucyjnie podejść do Hard&Software, używając ich niezgodnie z przeznaczeniem. Z kolei wystawa indywidualna „Imaging with Machine Process“ to niezwykłe spotkanie z artystką z USA, Sonią Landy Sheridan, której sztuka dosłownie powala. Sheridan już od roku 1970 propaguje kreatywny i opierający się na grze stosunek do nowatorskich technologii. Ta Grande Dame sztuki medialnej ma dziś 87 lat. Kiedyś eksperymentowała z faksem i kopiarką, dziś robi użytek z błędów w oprogramowaniu, uzyskując za pomocą techniki niespodziewane wymiary, demontujące aurę nieomylności, która otacza nowoczesne maszyny.

Strategią tegorocznego transmediale jest przywołanie takich koncepcji jak nadzieja czy wiara w przyszłość, które mogłyby może być obecne i w epoce postdigitalnej, niezależnie od tego czy jakaś odległa bryła kosmiczna jest wciąż jeszcze planetą, czy już nią nie jest.

transmediale 2013 BWPWAP – Back When Pluto Was a Planet
Haus der Kulturen der Welt, John-Foster-Dulles-Allee 10, 10557 Berlin Tiergarten
29.1.-3.2.2013
www.transmediale.de
Artykuł został opublikowany po niemiecku w berlińskiej gazecie „Tip“

http://www.tip-berlin.de/kultur-und-freizeit-kunst-und-museen/transmediale-2013-im-haus-der-kulturen-der-welt

haters gonna hate
Poster Transmediale 2013

Weshalb nehmen wir es an?

Der Text ist vor drei Jahren entstanden und zig mal zu verschiedenen Redaktionen geschickt. Meistens ganz ohne Reaktion, aber auch da, wo man, angeblich, Interesse zeigte und etwas tun wollte, passierte gar nichts.

Offensichtlich nehmen wir es an, weil es uns überhaupt nicht interessiert.

Ewa Maria Slaska

Pavel S., geboren 1982, ist von der Geburt her ein Spastiker, einer, der unter spastischen Tetraparese leidet, einer Krankheit, die sich geistig und somatisch äußern kann, und die bei ihm, zum Glück, nur körperlich in Erscheinung trat. Diese „nur“ reicht aber vollkommen, um das Leben eines Menschen tief und unreparabel zu beeinflussen, im Grade, von dem wir, die Gesunden, überhaupt nichts wissen wollen, da die spastische Tetraparese eine Lähmung aller vier Gliedmassen bedeutet. Und dies bedeutet wiederum, dass der Mensch nie allein, ohne fremde Begleitung sein Leben gestalten wird. Nie – auch ein Wort, von dem wir, die Gesunden, keine Ahnung haben. Eine Hilflosigkeit, die einem würgen wird. Mich auf jeden Fall.

Er wurde aber als Kind sehr geliebt und wirkt heute ausgeglichen und gelassen ironisch.  Man hatte ihn fürs Leben erzogen, für Teilnahme und Teilhabe an sozialen, kulturellen und politischen Prozessen, die unsere Gesellschaft aufbauen und prägen oder aber dekonstruieren und degradieren. Ein normaler Bürger halt, mit Handicap zwar, aber bewusst und engagiert.

Er ging zuerst in eine Grundschule für Körperbehinderten, nach der 5. Klasse wechselte in eine „normale“, wo er nächste vier Jahre verbrachte. Dann kamen weitere vier Jahre in einer, ebenfalls „normalen“, Oberschule, anschließend zwei Jahre Berufsförderung, ein in Berlin und ein in München und letztendlich drei Jahre Ausbildung zur Bürokraft, die er mit Ausbildungszeugnis erfolgreich abgeschlossen hat. In dieser Zeit verbrachte er auch acht Jahre in einem Behinderten Sportverein, währenddessen er an zahlreichen Schwimmwettbewerben teilgenommen hat und etliche Medaille gewann.

2006 endete der Bildungsweg. Er kam zurück nach Berlin, war ein Jahr arbeitslos und suchte in dieser Zeit sowohl die Arbeit als auch die Wohnung. Beides gelang fast gleichzeitig und kam noch dazu mit der Zuerkennung des Pflegedienstes. Jetzt ist der Weg, auf dem er gelernt hatte, ein vollwertiger Bürger dieser Gesellschaft zu sein, abgeschlossen. Er kann zwar nicht ohne Hilfe leben, braucht eine ständige Lebens-Begleitung und eine besonders eingerichtete Wohnung, aber diese Umstände berücksichtigend, ist er jetzt ein vollberechtigter Mitglied der Gesellschaft. Mit Rechten und Pflichten, wie jeder Andere. Er arbeitet, wohnt, lebt. Beruflich kann er alles, was mit dem Büro zu tun hat: Datenverarbeitung, Internet und Emails, Telefon- und Faxdienst, Personalwesenpflege, Schriftverkehr. Dazu noch Englisch. Er reist gern, hört gern Musik, pflegt gesellschaftliche Kontakte durch das facebook, lässt sich ab und zu ins Kino begleiten.

Jetzt, drei Jahre später, ist er ein Rentner. Drei Jahre hatten gereicht, um aus einem engagierten und arbeitswilligen Menschen einen Menschen am Abstellgleis zu machen. Und, um es nach Heine zu wiederholen, dies hat mit ihren Taten die Gesellschaft getan. Mit einer, oder vielleicht zwei, Redewendungen. Es ist halt so. Und – es ist gang und gäbe. Beides bedeutet fast das gleiche. Beides weist Einen, der rebelliert, sanft aber entschieden ab. Es ist halt so, die Rebellen haben hier nicht zu suchen. Der Gehorsam ist Der Wert, der unterstützt wird. Nicht die Kritik, egal konstruktiv oder nicht. Es ist gang und gäbe.

Was ist also passiert? Es ist der 1. August 2007. Pavel beginnt eine Arbeit. Sein Arbeitsgeber waren die Berliner Werkstätten für Behinderte in Berlin-Wedding mit dem Hauptsitz Westhafenstr. 4. Einsatzort: Eine Aussenstelle der Werkstätten für Behinderten, Zeiss-Ikon Betrieb in der Goerzallee in Zehlendorf. Ein Betrieb also in dem man Geld vom Staat kassiert, dass man die Behinderten beschäftigt.

Am ersten Tag meldet sich Pavel bei der Arbeit und erfährt – von einem Gruppenleiter aber auch von einer Sozialarbeiterin – dass seine Toilettengehzeiten auf 8.00 Uhr und 12.00 festgelegt sind. Das geht bei einem Spastiker nicht. Und wenn ich darüber nachdenke, bin ich der Meinung, dass es bei einem normalen Menschen auch nicht geht. Wie kann man auf Kommando pinkeln? Oder ebenfalls auf Kommando den Stuhlgang drei Stunden anhalten? Dies war vielleicht in den Zeiten des wütenden Kapitalismus gang und gäbe, in den „Modernen Zeiten“ mit Charlie Chaplin gibt es zwar davon keine Rede, aber sich Ähnliches vorstellen kann man schon. Da sind aber 80 Jahre her und  man hat inzwischen ein paar Errungenschaften des Sozialen Staats entdeckt und auch praktiziert. Z.B. die Idee, dass der Arbeitnehmer ein Mensch ist und somit den menschlichen Nöten und Bedürfnissen ausgesetzt. Wie Pinkeln.

Was einem normalen Menschen nur schwierig erscheinen mag, ist für einen Spastiker das Unmögliche. Er kann nicht auf Kommando, und verlangt man es zu heftig, dann erlöst man bei ihm noch Angstzustände, die in Depression führen.

Er weißt es. Er weißt, dass er es nicht schafft. Er weiß, dass er auch die Ratschläge – sich bei Schwierigkeiten eine Windel zuzulegen – nicht annehmen wird. Es ist ein Höhn. Mit dem Ratschlag fühlt er sich gedemütigt und erniedrigt, und er möchte wie ein Mensch arbeiten und behandelt werden. Er ruft bei Kumpel aus den Ausbildungszeiten und bei anderen Werkstätten in ganz Deutschland an. Er möchte wissen, wie es gehandhabt wird. Was er erfährt, erschreckt. Es ist überall so. Es ist gang und gäbe in all solchen Betreiben, wo die Behinderten arbeiten. Es ist halt so! Trotzdem schreibt er an die Leitstelle des Betriebs und der Werkstätten und schildert die Situation. Benutzt die Worte, die ihm als Bürger zustehen, wie Menschenwürde.

Theoretisch gewinnt er. In einem klärenden Gespräch erfährt er plötzlich, dass es doch in dem Betreib keine festgesetzte Toilettengehzeiten gibt. Er darf aufs Klo, wann er will. Er fühlt sich in seinem Verlangen, wie ein Mensch behandelt zu werden, bestätigt. Wenn man sich wehrt, gewinnt man. Mensch-zu-sein muss man sich als Behinderte hart erkämpfen.

Die Freude dauert jedoch sehr kurz. Weil spätestens nach drei Wochen normalisiert sich die Situation im Betrieb wieder und er darf nicht mehr aufs Klo, wann er will. So also geht man mit den Rebellen um. Man lässt denen ein Gefühl, dass sie gewonnen haben und dann neutralisiert man es mit dem alltäglichen Kram. Und mit diesen zwei Redewendungen, die er nicht mehr hören kann: wieso regst du dich so auf, es ist halt so! Und zwar überall.

Bei ihm endete es so, wie es enden musste – irgendwann hielt er es nicht mehr aus. Irgendwann ging es in diesem Betrieb gar nichts mehr. Er bekam einen heftigen Nervenzusammenbruch, wurde entlassen und in die Rente geschickt. Mit so einem, der nicht auf Kommando pinkeln kann, kann diese Gesellschaft offensichtlich nichts anfangen.

Es ist jetzt ein Jahr her. Die Sache ist bei ihm immer noch heiß. Immer noch fragt er sich und die Umgebung, wie ist es möglich? Weshalb musste er wegen Pinkeln, nur wegen Pinkeln, in die Rente? Er ist doch nicht der Einzige in Deutschland. Weshalb wehren sich die Anderen nicht? Weshalb nehmen sie es an?

Noga słoniowa

Ewa Maria Slaska

Oto ona:

nogasloniowa
Trzeba przyznać, że nazwa potoczna jest o wiele trafniejsza niż oficjalna…

noga słoniowa oficjalnie

… która brzmi “Schwerbelastungskörper” – dosłownie “obiekt dużego obciążenia”, a jeszcze dosłowniej trzeba by było powiedzieć, że nie “obiekt”, a “ciało”. Ciekawe, że “ciało dużego obciążenia” ustawione w berlińskiej dzielnicy Tempelhof stoi na ulicy pruskiego generała Pape, którą wierny lud pruski przechrzcił natychmiast na ulicę Pappkartonu czyli Tektury.

A tak naprawdę to noga słoniowa na ulicy Tekturowej to zaczątek wielkiego, na szczęście nigdy nie zrealizowanego projektu, Germania.

Miała być stolicą świata (Welthaupstadt) – tak ją nazwał Hitler – a jej twórcą był Albert Speer, „pierwszy architekt Trzeciej Rzeszy”. Speer zaplanował całe nowe miasto, nałożone jak plaster na ranę, na stary Berlin, czy raczej na to, co miało z niego pozostać po niezbędnym wyburzaniu całych dzielnic. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było sprawdzić, czy podłoże miasta, czyli błoto i piach, wytrzyma szalony monumentalizm.

Stąd właśnie pomysł zbudowania owej “nogi słoniowej”.

Gleis 17

Ewa Maria Slaska

Książka, która ostatnio zrobiła na mnie największe wrażenie to “Bebelplatz” izraelskiego pisarza Chaima Be’era. Książka dzieje się w Berlinie, a Bebelplatz, dawniej plac Opery, to plac przy najsłynniejszej ulicy Berlina – Unter den Linden, obok gmachu Opery i naprzeciwko Uniwersytetu im. Humboldtów. To tu 10 maja 1933 roku, 80 lat temu hitlerowcy urządzili pierwsze palenie książek.

Książka zaczyna się od opisu kilku miejsc, które autor-narrator odwiedza w towarzystwie starszego o pokolenie bukinisty żydowskiego, Rappoporta. W domu Rappoporta Chaim zamiast biblioteki ogląda pusty pokój, w którym na pulpicie leży jedna jedyna książka, egzemplarz sprawozdania Szymona An-skiego z jego podróży po żydowskiej Galicji. To jedyna książka jaka zachowała się z biblioteki ojca Rappoporta. Relikwia, a w niej nadpalona kartka z Przemiany Kafki, podniesiona przez ojca na Bebelplatz, w dzień po paleniu książek.

Chaim i jego cicerone idą też na Bebelplatz, nawet dwa razy, raz nocą, a raz w dzień, i oglądają pomnik spalonych książek Michy Ullmana. I wreszcie na stacji kolejki Grunewald idą na peron 17.

Gleis 17

Wspomnienia bukinisty o ojcu, które zaczynają się sceną, jak starszy pan na Bebelplatz podnosi kartkę z książki Kafki, kończą się w miejscu, skąd odjeżdżały pociągi na Wschód, do Auschwitz, do Łodzi, do Teresina. Nie wiadomo, kiedy i dokąd odjechał. Chłopiec z matką byli już w Ameryce. Ale wiadomo, że odjechał. Z tego peronu. Najprawdopodobniej. A na obrzeżach peronu napisy, kiedy, ile osób, dokąd.
Gleis 17

Byłam tam wczoraj, 6 stycznia 2013 roku. Dlatego zrobiłam akurat to zdjęcie. Maj 1933, 80 lat temu, styczeń 1943, 70 lat temu. Tyle czasu mógł mieć jeszcze ten stary człowiek z powieści Chaima Be’era.

Gleis 17

Dwa tory, które dziś wiodą do nikąd.

Gleis 17

Jak to dobrze, że do nikąd.

Nocą dopisane przez Dorotę Cygan:

Mowa tu o tekstach zarzuconych i porzuconych. Ten, który tu poszatkowalam poniżej, licząc na to, że znajdą się chętni do przeczytania całosci (wersja polska 2006, niemiecka 2009 pt. Nachrichten aus Berlin 1933-1936) przypomniał mi się m.in. dlatego, że miałam ‘poważny zamiar’ przetłumaczenia go na niemiecki dla przyjaciół i znajomych – zamysł  porzucony, jak widać (tłumaczenie: Barbara Kulinska-Krautmann). Ale też pomysł wydania w całości tych felietonow z Wiadomości Literackich (z lat 1934 i 1936) musial być porzucany wielokrotnie przez większych ode mnie, skoro reedycja nastąpiła tyle lat po wojnie. Przepisałam tu zaledwie kilka skrawków, bo wpis na blogu odnosi się akurat do akcji palenia książek na Bebelplatz. A czemu całość jest ważna? Bo pisana przez polskiego obserwatora, na gorąco, bez wiedzy, którą mamy dzisiaj, także bez przekłamań powojennych, zacietrzewienia ideologicznego i besserwisserstwa, z dystansem dużego formatu. Dla mnie lektura podobnie zajmujaca jak pamiętniki Viktora Klemperera z okresu III Rzeszy, wydane dopiero w 1996 roku (ile razy zarzucana wobec wielkości przedsiewziecia?) Bo w tym zbliżeniu, w tych szczegółach i migawkach z życia jest potęga realizmu. Nigdy nie wierzyłam w potęgę syntezy, a zwłaszcza w  prawdę takich syntez. Wiem skąd inąd, jak śmieszny jest los wielkich zamierzeń, nie obiecuję więc, że przepiszę Państwu na potrzeby blogu całej tej książki. Tę pokusę odrzucam.  Natomiast nie potrafię porzucić nadziei, jaką mam od dawna: że uda mi się (z Waszą pomocą?) przeczytać kiedyś równie prawdziwe teksty o tamtych mrocznych czasach. Nie odrzucajcie  tej malutkiej prośby. Powertujmy trochę w katalogach pamięci, dobrze?

Antoni Sobański: Cywil w Berlinie. Warszawa 2006.

Rozdzial: Cywile, Reichstag i książki. Cytaty ze stron 56-62.

„Historia ze spaleniem książek uczy nas, że nie to jest ważne w następstwach, co jest ważne samo przez się, ale tylko to, co zapładnia ludzką wyobraźnię.”

„Wskazówek [jak palić książki] udzielono nadzwyczaj dokładnie i szczegółowo. Można też było osobiście odnieść książki do lokalu, gdzie je zbierano. Ale mowy nie było nigdzie, żeby ktoś na przykład palil u siebie w kuchni pod płytą lub na kominku zbiorowe dziela Heinego czy Spinozy. Bez demonstracji taki akt wewnętrznej, domowej moralności nie byłby nic wart.”

„Żal tego narodu, który okrywa się wstydem. Wstyd, że ja, cudzoziemiec, gapię się na tę ich „rodzinną” hańbę. W jednej chwili ten wspólny wstyd zasymilował mnie. Chyba nigdy nie poczułem się za granica tak bardzo miejscowym, tak bardzo Niemcem.”

„Ogień dogasa. Strażacy pomagają sikawką. Z popiołu robi się błoto. W tym błocie wszyscy szukają pamiątek. (…) Ja osobiście zdobyłem dwa trofea.”

„Jako pocieszający szczegół tej smutnej historii można przytoczyć, że w czasie pochodu studenci na ciężarówkach wyszukiwali i odkładali dla siebie na bok co pikantniejsze dzieła.”

Znalezione w Internecie, dla moich niemieckich czytelników:

http://www.berlin-judentum.de/denkmal/rampe-gleis-17.htm

Am Bahnhof Grunewald wurde der ermordeten Juden gedacht, die von hier zwischen 1941 und 1945 deportiert wurden. Die Schriftstellerin Inge Deutschkron rief dazu auf, nie die Frage zu vergessen, warum der Holocaust möglich war.
Tagesspiegel,19. Oktober 2012, Thomas Lackmann

Ogrody

Jest 2 stycznia. Powinnam pisać o zimie, ale ponieważ jest ciepło i wiosennie i właśnie popracowałam chwilę na balkonie, postanowiłam, że opublikuję tu artykuł, który nie ukazał się w “Odrze” – o ogrodach. I tak zaraz trzeba się będzie zabrać za wiosenne prace ogrodnicze, to zobaczmy, co przed nami.

Co roku latem w tzw. gazetach miejskich Zitty lub Tip w Berlinie (bo są dwie i ukazują się co 2 tygodnie, zawsze w środę i na przemian, jeśli w tym tygodniu Zitty, to w przyszłym – Tip) będzie jakiś artykuł poświęcony zieleni miejskiej, zatytułowany „Lato na balkonie” (był to również tytuł sympatycznej berlińskiej komedii z roku 2004 w reżyserii Andreasa Dresena).

Ewa Maria Slaska

Balkony, ogrody i ule to najnowsze hity życia w Berlinie. Przy czym nie chodzi o to, co miasto robi w tym kierunku dla swoich mieszkańców, polityków i turystów, tylko o to, co my, mieszkańcy robimy dla siebie. Poniekąd, żeby (po raz kolejny) pokazać, że miasto jest naszą własnością i powiedzieć politykom, żeby nas zostawili w spokoju. Najnowsza fala fascynacji ogrodami jest więc częścią wielkiego nieformalnego projektu społecznego „reclaim your city” i walki o sprawiedliwą strukturę społeczną miasta, a jednocześnie wiąże się z troską o ekologię, ochronę środowiska i zrównoważony rozwój.

Aby to wszystko uzyskać, można lub należy mieć działkę, ogród, podwórko do zazielenienia, balkon, ale jak nic takiego nie mamy, to możemy jeszcze posadzić kwiaty wokół drzew, zagospodarować paski nieużytków wzdłuż płotów lub torów albo ustawić doniczki na parapetach okien. A jak i to jest niemożliwe, to jeszcze pozostaje nam… beczka, plecak, worek, koszyk po truskawkach lub skrzynka po pomarańczach.

Jak już nawet nie możemy sobie pozwolić na worek, to już chyba musimy zrezygnować, podobnie jak ów angielski chłopczyk, który napisał list do Mikołaja. Drogi święty Mikołaju, proszę, podaruj mi w tym roku słonia. Jeśli nie możesz mi ofiarować słonia, no to może być tygrys. Jeśli nie dasz rady załatwić tygrysa, to proszę daj mi konia. No, ostatecznie mógłby być też pies. Lub może kot. A jak już naprawdę nie może być nawet kot, to daj mi, proszę, mysz. Ale jeśli nie potrafisz podarować mi nawet myszy, to nie dawaj mi innych, jeszcze mniejszych zwierząt, bo jestem już za duży na zwierzęta mniejsze od myszy.

Część tych pomysłów, odkrywanych z zachwytem przez berlińczyków, jest w Polsce tak znana, że aż dziwne, że nikt nie dorobił jeszcze ideologii do zajmowania trawników  wokół bloków, pod oknami na parterze lub wykopywania plastikową łopatką dziur w skruszałym betonie na postkomunistycznych podwórkach, po to by nanieść tam ziemię i posadzić groszek, lawendę lub mahonię.

Człowiek jest zwierzęciem naturalnym, przez miliony (albo, jak chcą kreacjoniści, tysiące – zapewne nawet to wystarczy) lat żył „w naturze” i wciąż jeszcze nie wyzwolił się od tych atawistycznych potrzeb. Pamiętam, jaką grozę wzbudziła we mnie informacja, że w Korei Południowej w okresie cudownego boomu gospodarczego wokół coraz to nowych fabryk wyrastały coraz to nowe miasta, gdzie nie było ani jednego drzewa! I jak już wreszcie Koreańczycy zagonieni do niewolniczej pracy w owych fabrykach zaczęli się buntować, to zażądali… parków miejskich.

Potrzeba życia choćby w namiastce natury to jednak tylko jeden aspekt rewolucji ogródkowej w Berlinie w XXI wieku. Ogród (i wszystko, co powyżej wymieniłam i co nam może posłużyć za ogród) powinien nam dawać kwiaty, z których bez wyrzutów sumienia możemy się cieszyć i to nie tylko dlatego, że ich nie musimy kupować, ale przede wszystkim – bo nie „wyprodukowały” ich w „fabrykach kwiatów” słaniające się z gorąca i umierające od trucizn kobiety w Wietnamie, Gwatemali czy Hondurasie. I jeszcze na dodatek nasz ogród będzie nas karmić czymś, co jest smaczne, zdrowe i wyprodukowane bez trutek. Tu każdy powie, znamy, wiemy, każdy ogródek działkowy w Polsce jest producentem kwiatów, jarzyn i owoców, ale, odpowie nowoczesny berlińczyk, chlubne to i sprawiedliwe, jednakże nie jest sztuką hodowanie jarzyn i owoców tam, gdzie da się to robić, sztuka wyhodować je tam (i tak), gdzie (i jak) nikomu by to nie przyszło do głowy.

Rewolucja zaczęła się od ziół. Może dlatego, że są skromne, a jak nam nie wyjdzie, to nie przyniesie to hańby hodowcy. Bo jak posadzimy pomidory i nie zbierzemy nawet trzech, to znaczy, że marni z nas ogrodnicy, ale jak posadzimy dziesięć różnych ziół, to któreś przecież się uda.

Ja osobiście mam na balkonie co najmniej cztery zioła, które „wyszły”, a ponadto co tydzień świeże kiełki rzodkiewek, dwie (słownie dwie) truskawki i trzy poziomki. Ale ja dopiero zaczynam. Moim marzeniem jest własna dynia na balkonie, taka duża, żeby można było zrobić jesienią zupę dla wszystkich krewnych-i-znajomych Królika. I choć w tym roku dynia hokaido nawet nie zechciała wypuścić kiełków, już wiem, jak się mam za nią zabrać w przyszłym roku. Marzy mi się też wielka młoda kapusta (polana roztopionym masłem, och!) i żółta fasolka. Kapustę i dynię posadzę w przyszłym roku w skrzynkach po pomarańczach – zwykłe skrzynki balkonowe to za mało.

No a jak mi się zachce ziemniaków to wtargam na czwarte piętro beczkę.

Jak się wpisze w Googla niemieckie hasło „Kartoffeln im Fass” natychmiast pojawi się odpowiednia odpowiedź czyli „Kartoffeln im Fass anbauen” –  hodowla kartofli w beczce (a nie na przykład – przechowywanie) i tekścik niejakiej Nikoli:

http://www.hausgarten.net/gartenforum/obst-und-gemuesegarten/81-kartoffeln-im-fass-anbauen.html

Po pierwsze – twierdzi Nikola – będziemy mieli zbiory trzy razy do roku! Uwaga – ja nie miałam! Mnie udało się zebrać trzy ziemniaczki. Ale nie zrażajcie się, bo ja jak ksiądz, nie mówię, że macie robić jak ja robię (bo jak ja robię, to nie wychodzi), tylko róbcie jak ja mówię. A mówię za Nikolą tak:
Potrzebujemy do tego jakiejkolwiek beczki, która musi być jednak zaopatrzona w odpływ jak każda normalna doniczka (oczywiście możemy go zrobić sami). Na dno kładziemy warstwę drenującą, np. żwir a potem warstwę ziemi i warstwę ziemniaków-sadzeniaków. Gdy sadzonki wyrosną na wysokość ok. 20 cm, pokrywamy je znowu ziemią. I tak aż do wypełnienia beczki. Wtedy pozwolić kartoflom dalej rosnąć i czekać aż zakwitną, przekwitną i wyprodukują bulwy. Podobno po 10 tygodniach będziemy mieli beczkę pełną młodych ziemniaczków. Osobno w małej doniczce należy wyhodować koperek. No bo co człowiekowi po młodych kartoflach bez koperku?

Gdy zaczęłam zbierać materiały do tego artykułu, wszyscy przyjaciele zaczęli mi znosić gazety i ulotki na ten temat. Poszłam też na tzw. festiwal ochrony środowiska. Efektem tej działalności jest portfel pełen wizytówek i ogromna sterta materiału. Dzięki tej lekturze dowiedziałam się między innymi, że ziemniaki można też hodować w worku i przepis ów zamieściło w dziale „Styl życia” szacowne pismo „Die Zeit”(http://www.zeit.de/lebensart/essen-trinken/2011-05/prinzessinnengarten-zucchini), które dotychczas zajmowało się kulturą i polityką! O dzikich akcjach zazieleniania miasta, zwanych po angielsku green guerilla czyli terror zieleniny, piszą już nawet gazetki dla rodziców, bo otóż możemy i powinniśmy podejmować takie akcje z dziećmi. W jednym z berlińskich sklepów ze zdrową żywnością pojawił się nawet specjalny automat, w którym zamiast cukierka i gumy do żucia dziecię może sobie za 10 centów zakupić kulkę z nasionami, które wysieje gdziekolwiek, a potem będzie chodzić i sprawdzać, jak rosną.

Nowa filozofia ogrodów oznacza zresztą również nową filozofię chwastów. Otóż zapomnijmy o dawnej wizji grządek, które trzeba pielić. Teraz już się niczego nie pieli, a wzorem jest tu ogród grecki, w którym nie ma w ogóle chwastów, bo albo chwasty traktuje się jak rośliny użyteczne, albo sieje się  i sadzi rośliny użyteczne tak gęsto, że nie ma miejsca dla chwastów.

A oto kilka możliwości nowego spojrzenia na chwasty: mają kwiaty jak ognicha, mak, nawłoć, chaber czy kąkol i z tych kwiatów robi się (i sprzedaje) bukiety. Odstraszają szkodniki jak pokrzywa lub cebula. Można je jeść jak lebiodę lub mlecz, albo pić jak rumianek, skrzyp, rutę i tężeż samą pokrzywę. Służą jako pokarm dla ptaków jak oset, którym żywią się szczygły. Dają miód i nektar owadom, a też są dla owadów miejscem zamieszkania. Przywabiają motyle. I wreszcie ostatni argument, najmniej może pragmatyczny, ale jakże wymowny:  trawnik pełen chwastów super wygląda i przypomina, że my, podobnie jak rośliny, nie musimy być koniecznie piękni i bogaci, żeby żyć szczęśliwie! Jest też dowodem, że jeszcze nie zdołano nas ze wszystkich stron zabetonować.

Jednak podstawowym aspektem obecnej fali urban gardening jest przekonanie, że każdy z nas ma PRAWO do uprawiania kawalątka ziemi. I jeśli jej nie mamy, to musimy ją sobie wziąć, zdobyć, wyszarpnąć czy przekonać władze, żeby nam ją dały. Tak powstały w ostatnich latach ogrody sąsiedzkie w przestrzeni pomiędzy blokami mieszkalnymi, gdzie każdy uprawia półtora metra kwadratowego, ogrody dla dzieci z grządkami wielkości chustki do nosa, ogrody międzynarodowe i interkulturowe, które przypominają, że świat jest różnorodny, a jednocześnie wspierają wspólną pracę i rozrywkę migrantów i „tubylców”, a też stawy ze złotymi rybkami na podwórkach i gaje brzozowe na dachach kamienic.

To wszystko może się wydawać śmieszne. Po co dorabiać ideologię do głowy kapusty i dwóch marchewek? Ale wbrew pozorom ruch urban gardening jest już w tej chwili tak silny, że muszą się z nim liczyć politycy.

Inne jest też pochodzenie społeczne nowych miejskich ogrodników. To nie biedota, dla której w połowie XIX wieku wymyślono ogródki działkowe, to ludzie wykształceni i społecznie zaangażowani. Jeśli walczą z władzą, to walczą przede wszystkim na słowa i wiedzą znakomicie, jak ich używać. Ale jak zajdzie taka potrzeba, potrafią też walczyć nie na słowa lecz dosłownie, jak to się zdarzyło w Stuttgarcie, gdzie walka uliczna o wstrzymanie planów budowy nowego dworca nie zastopowała wprawdzie samego projektu, ale doprowadziła do zmian politycznych i oddała władzę partii zielonych. W Berlinie, jeszcze zanim doszło do rękoczynów, zwycięstwem zakończyła się akcja nowoczesnych ogrodników, która uniemożliwiła sprzedaż pod zabudowę części byłego lotniska Tempelhof. Jednym z argumentów dyskursywnych, jakimi posłużyli się przeciwnicy zabudowy lotniska, była informacja, że w już i tak przegrzanym do niemożliwości Berlinie temperatura wzrośnie latem o 3 stopnie Celsjusza.

Nie należy więc lekceważyć ludzi, którzy sadzą kartofle w beczkach i wrzucają za płoty placów budowy worki z torfem i sadzonkami brzóz. Zielona guerilla już dawno nie jest żenująca ani śmieszna.

Mamy prawo do naszego miasta! Nie chcemy, żeby nas wyrzucano z domów i zabierano przestrzeń. Mamy prawo żyć w nim tak jak chcemy i nikt nie może nam dyktować tego, jak mamy chcieć!

Nie wiem, czy się to nam uda, ale zawsze lepiej próbować, niż nic nie robić.

A tu jeszcze wpis o balkonach z blogu “Kura”:

http://ewamaria030.blox.pl/2012/05/Balkony.html

Pamiętajcie o ogrodach
Czy tak trudno być poetą
W żar epoki nie użyczy wam chłodu
Żaden schron, żaden beton

Jonasz Kofta

Grass

Referat “Günter Grass, wolność i ja” wygłosiłam na konferencji historyków w Bydgoszczy w roku 2009. Nie jestem “historykiem” ani “historyczką”, nie wiem nawet, co skłoniło organizatorów do poproszenia pisarki o wykład inauguracyjny. Ale i oni, i ja byliśmy bardzo dumni z siebie, że udało się rozpocząć konferencję tak nienaukowo.

Ewa Maria Slaska, Co widzieliśmy?

Żyć dla biografii

Są ludzie, którzy pracują na dorobek i są tacy, którzy pracują „na biografię”. Ja na pewno pracuję na biografię, bo dorobić się nigdy nie potrafiłam. Jest to zresztą tradycja rodzinna, której zapewne nie wolno się sprzeniewierzać. W każdym pokoleniu co najmniej jeden z moich przodków wyczuwał autentyczny trend współczesnych sobie czasów i próbował chwycić Los za rogi, aby przemienić je w nowoczesne rogi obfitości. I wszyscy ponosili klęski. Mój pradziadek – Julian Krynicki, który być może chciał zostać Rockefellerem – zbankrutował na nafcie w Borysławiu na przełomie wieków XIX i XX. Moja babka, Maria Bogucka poszła śladami Heinza, podjęła produkcję ketchupu w Warszawie w latach 30 i niestety też zbankrutowała. Mój ojciec – Dariusz Bogucki – zbankrutował na próbach zostania Onassisem czyli na prywatnej budowie statków pod koniec minionego stulecia. Rockefeller, Heinz i Onassis dorobili się, my – nie.

Nie mam wyjście, muszę więc pozostać przy biografii jako jedynym dorobku życiowym. A ponieważ jestem pisarką, piszę i jest to główna część mojej biografii, a gdy piszę – zapisuję czas.

Zapisywać czas

Jestem pisarką a nie naukowcem, procesy społeczne i historyczne interesują mnie więc dopiero wtedy, gdy widzę w nich ludzi. Ich klęski i sukcesy, miłość, dzieci, zdradę, groby i zastawione stoły, szczęście i rozgoryczenie. Decyzje. To może najważniejsze. Jak podejmowali decyzje? Dlaczego tak? Gdy patrzę na piękne rzeźbione stalle gotyckie, widzę nie tylko obiekt, którym zajmie się historyk sztuki i który podziwiać będzie jej miłośnik, lecz przede wszystkim widzę owego rzeźbiarza, który otrzymał zlecenie, owego Colas Breugnon, który dzięki temu zleceniu kupił płaszcz dla siebie, suknię dla żony i kołyskę dla dziecka.

Oczywiście wiem, że z punktu widzenia historyka nie wolno łączyć faktów i odczuć, co jest domeną twórczości literackiej. Pisarz ma więc znacznie większą swobodę niż naukowiec, co przecież nie znaczy, że obserwacja pisarska jest gorsza od historycznej. Obecni na konferencji naukowcy wiedzą lepiej niż ja, że im dłuższy okres dzieli nas od daty napisania dzieła literackiego tym większa jest szansa, że zostanie ono uznane za źródło naukowe. Iliada i Odyseja są uprzywilejowane w stosunku do „Pawia królowej”. Tym niemniej w ostatnim czasie pisarz ma się lepiej jako świadek swojego czasu, co pewnie wiąże się z wysiłkami zmierzającymi do opisu historii z perspektywy innej niż polityka i władza. Mnie oczywiście bliski jest tu dyskurs feministyczny i próba stworzenia „her-story” w miejsce „his-story”.

Literatura jako źródło historyczne nadal jednak nie jest zbyt wysoko ceniona, bo, podobno, autor może wymyślić sobie, co tylko mu przyjdzie do głowy. Jest to oczywiście prawda, ale z drugiej strony autor jest w stanie pisać tylko o tym, co wie, choć może to nie wiadomo jak przeinaczyć lub pominąć to, co wie. Ale nawet autor s-f wymyślając potwora skleja go, dokładnie tak samo jak czynili to starożytni, z łap lwa, ogona kozy, cielska niedźwiedzia i pyska węża. Mimo więc, że pisarz tworzy fikcję, to jest ona pewnym rodzajem faktu rzeczywistego, choć zapewne nie jest faktem historycznym. Ale autor to szczególny kronikarz, miewa skłonności do idealizowania, a jeśli zwraca uwagę na istotne struktury świata realnego, to czasem nawet nie wie, że tak jest. Literatura zatem to dobre – bo jak obraz w lustrze – mimowolne odbicie zainteresowań, trosk i radości swojej epoki i zbiorowości. W tym sensie pisarz jest świadkiem, zapisującym swój czas.

Konstatacja ta była mi potrzebna, bo właściwie nieco mną wstrząsnął fakt, że mam tu wystąpić niejako jako świadek czasu, to znaczy człowiek, który nie tworzy swego wystąpienia, lecz opowiada, co mu się zdarzyło i co widział. Postanowiłam więc wesprzeć się w tym zadaniu, wybierając sobie na towarzysza – skromnie i bezpretensjonalnie – jednego z najsłynniejszych pisarzy europejskich.

Günter Grass

Oboje jesteśmy z Gdańska, a nawet z Wrzeszcza, i oboje wyjechaliśmy z tego miasta do Berlina. Oboje urodziliśmy się jesienią, on w znaku Wagi – 16 października 1927 roku, ja 2 września 1949 roku w znaku Panny. Znamy się osobiście i to by było na tyle, gdyby nie fakt, że o ile ja nie odgrywam najmniejszej roli w życiorysie Grassa, on w moim – owszem.

Nie jest mi Grass ani wzorem ani mentorem, ale na pewno jest stałym punktem na mapie Historii, według którego oblicza się koordynaty. Dopiero teraz, przygotowując się do wystąpienia na tej konferencji, stwierdziłam na przykład, jak często w moich tekstach odwołuję się do tekstów Grassa. Co więcej, to odwołanie zwalnia mnie niejako z obowiązku zapisu pewnych faktów, zakładam bowiem, że Czytelnik jest ich świadomy, podobnie jak ja, że czytał wszystko co Grass napisał, zna to na pamięć zdarzenia, fakty, interpretacje. Sądzę, że to samo, choć może na innym poziomie, dzieje się z dwoma gdańskimi pisarzami – Stefan Chwin i Paweł Huelle, którzy też piszą o Gdańsku, też najwyraźniej mierzą się z Grassem. Weisser Dawidek to brat Oskara Mazeratha. Może jest tak, że nikt z nas, tych pisarzy, dla których Gdańsk jest punktem wyjścia i odniesienia, nigdy nie będzie wolny w swych twórczych zamierzeniach, bo zawsze będzie pochylał się nad nami cień Wielkości. I zawsze też być może powinniśmy zadać sobie pytanie, czy w ogóle warto, byśmy sami coś pisali, skoro już wszystko zostało powiedziane. I to jak powiedziane!

My, Grass i ja. Pochodzimy z Gdańska, mieszkaliśmy w Berlinie. Naznaczyły nas miasta, które mają ze sobą coś wspólnego, ten niezwykły rys, wyodrębniający je od innych miast w Europie. Miasta wydzielone, którym przypadła do odegrania historyczna rola w dziejach współczesnej Europy. Niewątpliwie jesteśmy dumni z tego, pewne cechy naszych osobowości i naszego pisania przypisujemy niewątpliwie dziedzictwu, jakie nałożyły na nas nasze miasta. Zapewne brak nam tu owej wspaniałej skromności, która zwykłemu człowiekowi mówi, że ważne jest tylko to, co osiągnął on sam, bez odwoływania się do przodków i genius loci. Pisarz jednak wie, że Duch Miejsca to ważny bóg i nie darmo Rzymianie składali mu ofiary w każdym nowym mieście, które włączyli do Imperium.

Grass, urodzony w Wolnym Mieście Gdańsku, przeżył w nim początek wojny, i upadek miasta, najpierw tego Wolnego, a potem w ogóle miasta, po czym pojechał do Berlina i przeżył tam moment, gdy władze NRD wzniosły Mur Berliński. Ja zaś, urodzona w Gdańsku w kilka lat po wojnie, mieszkałam tam, z przerwą na studia, do roku 1985 i przeżyłam w tym mieście Solidarność i wybuch stanu wojennego, a potem zamieszkałam w Berlinie Zachodnim i byłam świadkiem upadku Muru, co przecież było berlińską kontynuacją tego, co zaczęło się w Gdańsku.

Wybuch wojny – koniec wojny – podział Europy – wzniesienie Muru – strajki na Stoczni – upadek Muru – zjednoczenie Niemiec – zjednoczenie Europy. Gdańsk i Berlin odegrały tu kluczową rolę. To miasta, które stworzyły Historię. A my braliśmy w tym udział. Günter Grass i ja.

Zapisałam to i stwierdzam, że naprawdę jesteśmy świadkami Historii, świadkami czasu. Zeitzeuge – mówią Niemcy. Jestem świadkiem dwóch wielkich zdarzeń w dziejach naszego kontynentu.

Przygoda z Grassem 

Moja przygoda z Grassem zaczęła się od takiej książeczki na żółto-burym szorstkim papierze z niebieską tekturową okładką. Ktoś mi ją pożyczył na jedną noc i powiedział, że to powieść o tym, jak Ruscy spalili Gdańsk. Był to pewnie Karol Krementowski, mąż mojej starszej przyjaciółki, Teresy, bo to on dbał o moją edukację polityczną, gdy jako młoda mężatka w ciąży wróciłam po studiach z Poznania do Gdańska. Był rok 1976, pewnie wiosna. Radom zdarzył się, gdy już urodziłam syna. Siedziałam na krześle w pokoju ojca, który na razie dostaliśmy z mężem do dyspozycji. Był to dobry pokój dla młodych rodziców, bo z balkonem. Za oknem było słonecznie, w skrzynkach kwitły piękne złociste kwiaty, których nazwy nie pamiętam. Karmiłam syna piersią, słuchałam radia i płakałam. Myślę, że nic nie rozumiałam, oprócz tego, że przeganiano robotników między dwoma szpalerami milicjantów, którzy ich pałowali. Strasznie się boję bólu zadawanego przez kogoś z zewnątrz. I zawsze utożsamiam się z bólem, który zadaje się innym. Zwłaszcza, gdy ten inny to bezbronny człowiek, zdany na łaskę oprawcy. To pewnie moje żydowskie dziedzictwo, o którym zresztą wtedy w ogóle jeszcze nie miałam pojęcia.

Wieczorem przyszli Teresa i Karol, i Karol tłumaczył mi, na czym polega perfidia systemu, w którym żyjemy i jak powinniśmy się bronić. A co więcej, co ja miałabym w tym ogólnonarodowym zadaniu do zrobienia. Te rozmowy trwały kilka lat i ustaliły kształt mojego życia.

Zanim jednak, po Radomiu, doszło do rozmów, a potem do zadań, zaczęło się od lektur. Karol niestrudzenie dostarczał mi wydawane nielegalnie książki, najczęściej publicystykę. Powieść była czymś nowym. Nazwisko Grass na okładce nic mi nie mówiło. Jakiś Niemiec. Nie bardzo mnie to brało. Nie lubiłam specjalnie ani literatury rosyjskiej ani niemieckiej. Wychowywałam się na polskim eseju filozoficzno-kulturalnym, literaturze angielskojęzycznej i Marcelu Prouście. Oczywiście czytałam podstawowy kanon lektur niemieckojęzycznych. Już Brecht mnie niepomiernie nudził, Fontane był nie do strawienia, Mann mnie w owym czasie niezbyt fascynował, znacznie bardziej Hesse, w czym oczywiście byłam nieodrodną córką mojej własnej hippisowskiej epoki. A tu jakiś tam Grass.

Ciekawe, że gdy w 10 lat później przyjechałam do Berlina i jak śliwka w kompot wpadłam w towarzystwo niemieckich feministek, jedna z moich pierwszych lektur niemieckich też odwoływała się do „Blaszanego bębenka”. Svende Merian w „Śmierci księcia z bajki” oburzona napisała o filmie, że jest pogardliwy dla kobiet, bo Kolijaczek gwałci babkę Oskara na polu kartofli.

Dla zaangażowanych działaczy polskiej opozycji był to więc tekst o tym, że Ruscy spalili Gdańsk, o czym oficjalnie nigdy się nie mówiło, dla niemieckich feministek, dowód na maczyzm, o czym mówiło się wówczas wszędzie.

O tym, jak ciężkim doświadczeniem było czytanie tzw. bibuły nie będę się tu rozpisywała. Temat został już omówiony przez innych. Spędziłam noc na czytaniu wyblakłej kopii „Blaszanego bębenka” i rano byłam kompletnie nieprzytomna. Mąż wyszedł do pracy, ja poszłam odnieść książkę do jakiejś pani, która była po mnie następna w kolejce, i wróciłam do łóżka. Śniło mi się, że Oskar siedzi na wieży Katowni i rozbija okna teatru.

Po raz kolejny Grass pojawił się w okresie Solidarności. W klubie studentów politechniki Kwadratowa zorganizowano nielegalny, a może tylko ćwierć czy pół legalny pokaz najnowszego filmu Schlöndorfa, przemyconego przez kogoś z zagranicy. Oskar siedział na wieży Katowni i bębniąc rozbijał okna teatru. Ruscy wkraczali do Gdańska, paląc, mordując i gwałcąc.

Przez te cztery lata między Radomiem a strajkami w Gdańsku, między lekturą a projekcją „Blaszanego bębenka”, zdarzyło się wszystko, co miało zadecydować o moim i o naszym życiu.

Wszystkie inne książki Grassa przeczytałam znacznie później, albo w polskich wydaniach legalnych, albo już po niemiecku. Ale żadna nie może się równać z nocną lekturą „Blaszanego bębenka” w kuchni, czemu towarzyszyło picie ogromnych kubków herbaty. I żadna nie była dla mnie aż tak ważna.

Sierpień z małej i z dużej litery

Kilka razy w życiu zdarzyło mi się, że przez przypadek opowiedziałam się nie po tej stronie, co trzeba. Po tej, która przegrywała. Nie wiedziałam, że tak będzie, a jednak powtarzalność tego oznacza, że Los, zgodnie z moim znakiem Zodiaku, nie przewidział dla mnie miejsca na górze. Pierwszym takim momentem, kiedy odczułam, że Los tak chce, był sierpień 1980 roku czyli Sierpień.

Byłam zatem zaprzyjaźniona z Karolem Krementowskim, który w okresie między rokiem 1976 a 1980 pouczył mnie wreszcie, że jako przedstawicielka inteligencji i „panienka z dobrego domu” nie wiem nic o tym, jak naprawdę wygląda życie w PRL i jakie są moje obowiązki obywatelskie. Przez niego też poznałam Andrzeja i Joannę Gwiazdów i innych działaczy nielegalnych związków zawodowych.

W początku sierpnia 1980 roku przyjechał na wakacje do Polski znajomy moich rodziców, Dick Verkijk, dziennikarz radia holenderskiego. Chciał podczas tych wakacji przeprowadzić wywiady z przedstawicielami opozycji demokratycznej. Zapytał mnie, czy mogłabym mu w tym pomóc, jako tłumaczka i organizatorka tych spotkań. Zgodziłam się i w ciągu dwóch pierwszych tygodni sierpnia rozmawialiśmy z Karolem Krementowskim, przedstawicielem WZZ w Unimorze, Andrzejem Gwiazdą, Bogdanem Borusewiczem oraz – już po rozpoczęciu Strajków – z Leszkiem K. Moczulskim i Aleksandrem Hallem. Ciekawe, że Dick Verkijk zrezygnował ze spotkania z Wałęsą, twierdząc, że ma już wystarczającą ilość informacji i ograniczył się do przekazania mu przez Andrzeja Gwiazdę pewnej sumy pieniędzy.

I tak to Los po raz pierwszy sprawił, że dokonałam złego wyboru. Ciekawe, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym jednak przekonała Dicka, że powinniśmy się spotkać z Wałęsą? Wtedy, gdy był wyrzuconym z pracy robotnikiem z gromadą małych dzieci, a nie w trzy tygodnie później, gdy znał go już cały świat. Bo, na życzenie Dicka, spotkaliśmy się z nim jednak w pierwszych dniach września i było to już całkiem inne spotkanie.

Ale o tym za chwilę. Bo to już było po Sierpniu, po Strajkach, po podpisaniu Porozumień, a ja jeszcze muszę opowiedzieć o tym, jak to było w sierpniu, kiedy jeszcze nie pisało się tej nazwy z dużej litery. Ze wszystkich tych spotkań, które odbyliśmy z Dickiem, najmilej wspominam wywiad z Borusewiczem, był dowcipny, skromny, inteligentny, ale najbardziej znamienny wydał mi się wywiad z Gwiazdą. Andrzej opowiedział, że WZZ przygotowały listę postulatów, na której było kilkanaście żądań skierowanych do władz zakładowych, lokalnych i państwowych. Były one uszeregowane od najprostszych, takich jak odzież ochronna, a kończyły się żądaniem prawa do utworzenia Związków Zawodowych niezależnych od partii. I, podkreślił Andrzej w rozmowie z Dickiem, władze wojewódzkie oficjalnych związków zawodowych przyjęły cztery z tych postulatów i postanowiły przedłożyć je na zbliżającym się właśnie zjeździe ogólnopolskim! Cztery! I Andrzej był dumny, że tyle udało się już osiągnąć. Tak było w sierpniu.

W Sierpniu zaś ci ludzie z WZZ stworzyli NSZZ “Solidarność”, a Solidarność zażądała realizacji wszystkich postulatów i dodała jeszcze kilka od siebie.
Nota bene warto czasem przypomnieć sobie, jaka to była lista, czego żądali wówczas stoczniowcy, a z nimi miasto i kraj. Zostały one napisane na drewnianych tablicach i wywieszone na bramie nr 2 Stoczni Gdańskiej 18 sierpnia 1980 roku. I wydawały się niemożliwie wręcz odważne. Stałam pod bramą wraz z innymi kobietami, których mężowie byli na Stoczni, czytałam te postulaty i nie wierzyłam własnym oczom. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, jak skromne to były żądania. Tak naprawdę tylko pięć z nich miało charakter polityczny, reszta dotyczyła życia, zaopatrzenia w żywność, poprawienia sytuacji mieszkaniowej, wprowadzenia sobót wolnych od pracy. Chociaż oczywiście w czasach komuny wszystko to było niesłychanie odważne. Np. postulat 10: Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko nadwyżki.

Tak więc stałam przed Bramą Stoczni, a mój mąż był za nią. Znalazł się tam 18 sierpnia (nie, jednak już Sierpnia) rano, gdy strajk stoczniowy, po przepychankach między Wałęsą a Gwiazdą i Borusewiczem, przekształcił się w Strajk Solidarnościowy i do Stoczni zaczęli napływać ludzie z zakładów pracy Trójmiasta. Był to pomysł Marka, żeby w ten poniedziałkowy poranek zwołać zebranie w swym miejscu pracy. I zakład wysłał go jako swojego przedstawiciela.

Gdy pojawił się na stoczni i otrzymał przepustką, miała ona jeszcze stosunkowo niski numer, a wielka sala BHP, w której odtąd miały się odbywać narady świeciła pustkami. Dopiero w ciągu popołudnia zaczęło do Stoczni napływać coraz więcej delegatów. Następnego dnia Marek zabrał ze sobą Dicka i załatwił mu dziennikarską przepustkę strajkową. Tak to Dick był pierwszym zachodnim dziennikarzem, który w ogóle wszedł na Stocznię i mógł nadawać pierwsze informacje dziennikarskie na Zachód. Nadawał je wieczorami z naszego mieszkania, gdy obaj wracali do domu. Obaj potwornie głodni. Na Stoczni było wprawdzie sporo jedzenia, ale widać jednak za mało. Marek twierdzi, że były na pewno jabłka, a poza tym zupy, kanapki, kawa, herbata, przygotowywane na zapleczu, z tego zapewne, co dostarczały na Stocznię różne zakłady pracy, biorące udział w Strajku, ale też i z tego, co my, te czekające pod Bramą żony, pakowałyśmy do siatek. Podobne siatki przygotowywali też ludzie z zakładów. Bo codziennie rano, przed rozpoczęciem obrad, a czasem również wieczorem, każdy delegat jechał do swojego Zakładu i przekazywał strajkującym pracownikom jakieś druki, informacje i dyspozycje, a przy tej okazji zabierał też zapasy. Nie było to zresztą łatwe. Przez te dwa tygodnie Sierpnia życie w ogóle nie było łatwe. Po pierwsze cały czas nas straszono, co chyba bardziej uderzało w nas, niż w tych, którzy byli na Stoczni. Oni tworzyli Historię, mieli poczucie Misji i Posłannictwa, byli blisko tego człowieka, który nagle okazał się charyzmatycznym Przywódcą.

Byli to zresztą przeważnie ludzie młodzi, mówiło się, że to brodaci, trzydziestoletni post-hippisi zrobili Solidarność, mieli młode żony i małe dzieci. Byłyśmy grupą społeczną wybitnie podatną na straszenie, a jednak okazałyśmy się równie nieustraszone, jak owi dzielni brodaci faceci w sali BHP. My też byłyśmy dzielne. Zajmowałyśmy się dziećmi, stałyśmy w kolejkach, gotowałyśmy jedzenie, piekłyśmy chleb i placki drożdżowe i chodziłyśmy pod Bramę. Boże, jak myśmy przy tym strasznie wyglądały! Na zdjęciach, które obiegły świat, ten tłum pod Stocznią był imponujący. Ale, gdy się przyjrzeć bliżej, a jest taka fota na wystawie Drogi do Wolności, to groza. A to my właśnie tam stoimy za tymi stalowymi prętami, ubrane w ortalionowe kurtki, z włosami od fryzjera, u którego byłyśmy przed miesiącem, więc odrosły. I te nasze buty! A przecież starałyśmy się być jeszcze przy tym eleganckie. Miałyśmy te jakieś sweterki z komisów, kosmetyki. I co? I nic. Zdjęcia pokazują, jakie byłyśmy. Zapuszczone, zmęczone, zdesperowane, dzielne, młode kobiety. Mieszkanki świata zwanego Komuną.

Nie opowiadam tu Historii, bo Historię każdy zna. W Sali BHP koło figury Lenina podpisano Porozumienia Gdańskie, a Wałęsa – jaki był młody, jak bardzo w stylu lat 70 – wszedł na Bramę i obwieścił to urbi et orbi.

W dwa dni później, gdy Strajk już się zakończył, Solidarność dostała swą pierwszą siedzibę, w Hotelu Morskim na Grunwaldzkiej, w siedzibie Hodowców Kanarków. Poszliśmy tam z Dickiem, który teraz właśnie postanowił wreszcie porozmawiać z Wałęsą. Konflikt, który miał potem rozerwać Solidarność, rozłam między grupą Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy a Wałęsą już płonął pełnym ogniem. Był sam początek września. Dowiedzieliśmy się od Gwiazdy, że pracownicy owego pierwszego Biura Solidarności są przez Wałęsę okropnie traktowani i … grożą strajkiem. Dick się wściekł i powiedział Wałęsie, co o nim myśli. A ja to tłumaczyłam! Z przekonaniem i żarliwie. Wałęsa wyrzucił nas za drzwi.

No cóż, tak wygląda moje życie. Zawsze mi się zdaje, że staję po słusznej stronie i zawsze się okazuje, że to samobójczy wybór. Ale nie mogę się skarżyć, takie rzeczy są zapisane w gwiazdach albo w genach, co na jedno wychodzi. A ta została napisana przez gwiazdy i Andrzeja Gwiazdę.

Między Sierpniem a stanem wojennym

Po Sierpniu Grass stał się już nieodłącznym elementem naszego życia intelektualnego, ale też i naszej myśli o Gdańsku. Docierało do nas wprawdzie, że u siebie, w Niemczech, wcale nie jest tak dobrze odbierany jak w Gdańsku, ale to tym bardziej zachęcało nas do opowiadania się po jego stronie. Chyba nie dotarło do nas, że Grass się opowiedział po stronie reżimu komunistycznego, który zwyciężył w Nikaragui w roku 1979. Tego dowiedziałam się dopiero jak przyjechałam do Berlina.

Na razie jednak wciąż byłam w Gdańsku, a Solidarność istniała legalnie. To, co zaczęło się jako przysługa dla Dicka, stało się moim pro-solidarnościowym zadaniem. Znałam angielski i miałam pośredniczyć między dziennikarzami z Zachodu a Polską. Nie dostawałam za to pieniędzy, ale czasem prosiłam o przywiezienie książek i masła z orzeszków ziemnych, potrzebnego dla jakiegoś uczulonego na laktozę dziecka.

Jako dziennikarka współpracowałam w owym czasie prasą legalną i solidarnościową, w tym z Czasem, Głosem Elbląskim, Punktem; najsłynniejszym moim tekstem była krótka notatka o aresztowaniu strajkujących w Bydgoszczy, mimo że śpiewali Hymn narodowy, wydrukowana w redagowanym przez Donalda Tuska dodatku solidarnościowym w Dzienniku Bałtyckim.

Jako dziennikarka obserwowałam również I zjazd Solidarności w Hali Olivii jesienią 1981 roku. Zabierałam na ten Zjazd mojego syna, Jacka, który do dzisiaj twierdzi z dumą, że był najmłodszym uczestnikiem Zjazdu.

Podczas Zjazdu wraz z Leszkiem Sławińskim, wówczas redaktorem czasopisma Solidarności Kwadrat w Szczecinie, rozpoczęliśmy prace przygotowujące wydawanie ogólnopolskiego tygodnika związkowego, który miał nosić nazwę MY, a którego 1 numer miał się ukazać 13 grudnia 1981 roku. W redakcji MY zajmowałam się działem historycznym. Oczywiście czasopismo się nie ukazało, natomiast w dzień przed wybuchem stanu wojennego ukazał się w Wydawnictwie Morskim mój debiut książkowy.

To zresztą kolejny przykład wpływu Losu na moją biografię. Ta książka mogła się ukazać tydzień wcześniej i wtedy zdążyłaby już zaistnieć, ale mogła być zaplanowana na tydzień później czyli nie ukazałaby się wcale. Co jednak debiutujący pisarz ma z tego, że jego książka ukazała się, a mimo to – jakby jej nie było? Również fizycznie. Ponieważ ów Los mój uporczywie powtarza chwyty, które mu się dobrze udały, taką sytuację przeżyłam raz jeszcze – gdy już w wolnej Polsce, a jakże, moja książka ukazała się w momencie, gdy wydawnictwo, od dawna szykujące się do wewnętrznej wojny domowej, właśnie ją wszczęło, i wszystko, co się akurat ukazało, padło ofiarą owej machiny wojennej. Nie miesiąc wcześniej i nie miesiąc później, tylko dokładnie wtedy. I tak jak wtedy moja powieść wpadła w czarny dół. Można by powiedzieć, że narzekam, w końcu w międzyczasie ukazało się parę jeszcze moich książek, w tym jedna – o stanie wojennym „Dochodzenie” – w paryskiej Kulturze. Tę pisałam na bieżąco, rejestrując jednak nie tyle sam stan wojenny, co sytuacje w świecie zwanym Komuną, gdzie dla każdego można było znaleźć powód, aby go prześladować i zamknąć. Rękopis dzięki pośrednictwu Macieja Łopińskiego został przekazany Komitetowi Kultury Niezależnej; otrzymałam stypendium Komitetu (wypłacone mi już po wyjeździe do Niemiec), a książkę przekazano do wydania do paryskiej Kultury, gdzie ukazała się jesienią 1985 roku. Można by więc rzecz, że jedno mi się udało. Ale niestety, nie. Bo podobno, podobno, Książę Giedroyc był przekonany, że ta jakaś Ewa Maria Slaska (nazwał mnie zresztą Ślaska) w ogóle nie istnieje i że jest to pseudonim Stefana Kisielewskiego czyli popularnego Kisiela z Tygodnika Powszechnego. Gdy nagle zjawiłam się Targach Książki we Frankfurcie i powiedziałam, że to właśnie ja, rozczarowany Książę zignorował mnie. Powinnam była wiedzieć, że jak Los się uśmiechnął, to tylko dlatego, że ktoś się pomylił. I jeszcze mnie wziął za mężczyznę.

Stan wojenny w oczach świadka czasu to nie to samo, co historyczny stan wojenny. Ale i dla świadka napięcie tamtego czasu dziś jest już nie do odtworzenia. Pamiętam, że jeden z owych dziennikarzy holenderskich, którymi się zajmowałam, znajdował się w Polsce po wybuchu stanu wojennego i postanowił nakręcić film o ludziach, którzy działają w podziemiu. Pomagałam mu w tym, udzieliłam też wywiadu dla potrzeb filmu. Jak to łatwo dziś napisać, a jak strasznie skomplikowane to było w realizacji. I jak strasznie się bałam!

Miałam małe dziecko, mój mąż wskutek swej działalności solidarnościowej stracił pracę, pisałam książkę, działałam czyli robiłam najróżniejsze rzeczy. Byłam nieprawdopodobnie wprost zajęta. Współpracowałam jako dziennikarka i pomoc techniczna z gazetą zakładową w Unimorze (Karol Krementowski się ukrywał, ale gazeta nadal istniała), pisałam teksty dla Macieja Łopińskiego, który był wówczas redaktorem legendarnego podziemnego Biuletynu Stoczniowego, pierwszej gazety solidarnościowej, która ukazywała się od pierwszego dnia strajku na stoczni. Obaj, i Krementowski, i Łopiński ukrywali się, Łopiński napisał potem o tym słynną książkę „Konspira”, ale w przeciwieństwie do Krementowskiego, który nigdy nie został złapany, Łopiński został aresztowany, a ja od pierwszego dnia po jego aresztowaniu pomagałam jego żonie, która została sama z małą córeczką. Wspólnie też podejmowałyśmy działania prawne i inne, jak list do Jagielskiego czy zbieranie zaświadczeń lekarskich dotyczących jego stanu zdrowia, co odniosło skutek, bo po trzech miesiącach Maciej Łopiński został zwolniony z więzienia właśnie ze względu na zły stan zdrowia.

Byłam jedną z osób, które w pierwszych tygodniach stanu wojennego organizowały w Gdańsku tzw. pomoc zimową, czyli rozdział darów z paczek i zbieranie pieniędzy dla osób żyjących w biedzie. Paczki do rozdzielania dostawaliśmy zarówno z kościołów, ale spływały też one do nas bezpośrednio drogą pocztową z Zachodu, o co dbali Dick Verkijk i inni dziennikarze.

Podjęłam też pierwszą próbę zainicjowania samoorganizacji artystów i dziennikarzy. W Domu Prasy odbyło się ogromne spotkanie, które zaowocowało powołaniem do życia Spółdzielni Plastyków Format, w której pracowałam jako rzecznik prasowy do momentu wyjazdu z Polski w styczniu 1985 roku.

W dniu 23 grudnia 1982 roku, w ramach słynnej akcji zastraszającej zorganizowanej tuż przed złagodzeniem stanu wojennego w dniu 1 stycznia 1983 roku, kiedy to jednorazowo zatrzymano kilkaset osób, przeprowadzono w moim mieszkaniu rewizję, a ja zostałam aresztowana i przesłuchana pod zarzutem udziału w działalności grupy „Remiszewska i inni”. Przetrzymywano mnie zaledwie 24 godziny, kiedy to zostałam dwukrotnie przesłuchana, a dodatkowo poddana szykanie: wieczorem po przyjeździe do aresztu dostałam szklankę herbaty ziołowej, a potem do godziny 14.00 następnego dnia nie pozwolono mi skorzystać z toalety. Zostałam zwolniona z zarzutów, które zresztą z założenia nie miały mieć nic wspólnego z rzeczywistością, a moje przyszeregowanie do tej właśnie grupy (jeśli w ogóle istniała) brało się tylko z faktu, że byłam córką słynnego żeglarza, Dariusza Boguckiego. Podczas rewizji nie znaleziono niczego konkretnego (bo i nie szukano odpowiednio dokładnie), ale zarekwirowano mi starą maszynę do pisania, której zwrotu zażądałam pisemnie i którą mi po kilku miesiącach przywieziono do domu.

Od momentu aresztowania byłam bez przerwy śledzona, czego zresztą nie ukrywano, ponieważ był to element zastraszenia a nie próba dowiedzenia się o mnie czegokolwiek. Na przeciw mojego domu stało na zmianę dwóch panów, którzy patrzyli na dom i towarzyszyli mi, gdy dokądkolwiek wychodziłam. Zastraszanie to wspierały jeszcze informacje przekazywane mi „poufnie” przez sąsiada, który nie ukrywał, że był w latach 50 współpracownikiem bezpieki i że wciąż „ma kontakty i źródła”. To on informował mnie (zresztą nie złośliwie tylko z serdeczną troską o moje bezpieczeństwo), żebym uważała, bo odnośne służby wszystko o mnie wiedzą i że przecież rozpoznaję już owych śledzących mnie „panów”.

W końcu nie wytrzymałam. Pod koniec stycznia 1985 roku wyjechałam z Polski.

I co?

I nic. Zawsze twierdzę, że gdybym działała w Pcimiu, byłabym miejscową bohaterką, bardzo szanowaną lokalną „ciotką rewolucji”. Ale działałam w Gdańsku, mieście, w którym aż roiło się od bohaterów. Pomagałam im jak umiałam. To wszystko. Nie ma za co zbierać laurów.

Pisarze nie kierują naszym życiem, ale jeśli dobrze piszą, piszą zdania, które możemy sobie wziąć na drogę przez życie. Ja mam w podręcznym bagażu kilka takich zdań, wszystkie, jak przystało na pisarkę, zaczerpnięte z literatury lub filmu, który w końcu jest literaturą, tyle że z ruchomymi obrazkami. Grass dostarczył mi zdania: nigdy nie siedź przed trybuną. Miejsce artysty jest albo na trybunie, albo pod nią. Być może, gdybym mieszkała w Pcimiu, miałabym teraz, a w każdym razie kiedyś, miejsce na trybunie. Ale byłam z Gdańska i wciąż siedziałam pod trybuną.

W Berlinie

Wyjechałam na zaproszenie Dicka Verkijka. Pojechałam do Berlina Zachodniego, gdzie spotkaliśmy się i omówiliśmy możliwości dalszego mojego działania. Przez Dicka poznałam również bardzo aktywnego na rzecz pomocy dla struktur podziemnych Polaka z Holandii, Jana Minkiewicza, przez którego z kolei nawiązałam w Berlinie kontakty z grupami zbliżonymi do późniejszej partii Zielonych (wówczas Lista Alternatywna), którzy również wspomagali ruchy demokratyczne w Polsce, w tym przede wszystkim ROPCiO. Przedstawiciele ROPCiO odwiedzali mnie w Berlinie, tłumaczyłam ich ulotki na niemiecki, uczestniczyłam jako tłumaczka w ich spotkaniach z zielonymi, organizowałam pieniądze na publikacje i zorganizowałam dotację w postaci maszyny drukarskiej i jej transport. Również inni przedstawiciele opozycji korzystali z mojej gościny i pomocy, np. Adam Kinaszewski, autor książki Lecha Wałęsy, „Drogi nadziei” czy Lothar Herbst, słynny opozycyjny poeta z Wrocławia.

W roku 1986 moje podanie o azyl polityczny w Niemczech zostało rozpatrzone pozytywnie, co dało mi prawo pracy i umożliwiło podjęcie jej w Niemieckim Czerwonym Krzyżu jako opiekunki socjalnej uciekinierów politycznych z Polski w schronisku dla tzw. „azylantów” w berlińskiej dzielnicy Spandau.

W roku 1986 założyłam wraz Grzegorzem Ziętkiewiczem i prowadziłam przez 1,5 roku Polską Telewizję Niezależną, która co miesiąc nadawała godzinny program pt. Magazyn Wyspa – Insel. W magazynie prezentowaliśmy m.in. takich działaczy opozycyjnych, jak Lothar Herbst, Leszek Szaruga, Lech Dymarski czy Jerzy Holzer; wyemitowaliśmy wywiady z Tadeuszem Mazowieckim, Władysławem Bartoszewskim, Julianem Kornhauserem czy Adamem Zagajewskim. Przeprowadziliśmy też wywiad z tegoroczną laureatką nagrody Nobla – Hertą Müller.

Od początku pobytu w Berlinie Zachodnim współpracowałam ze wszystkim ukazującymi się tam czasopismami polonijnymi o charakterze opozycyjnym – Pogląd, Archipelag i Słowo. Współpracowałam też z rozgłośnią polską Radia Wolna Europa oraz paryską Kulturą, a jednocześnie z czasopismami i mediami niemieckimi, jak berliński dziennik listy alternatywnej TAZ czy ogólnoniemiecki FAZ. Byłam autorką tekstów i referatów o sytuacji kobiet w Polsce, m.in. referatu na światową konferencję kobiet w Nairobi, który został wielokrotnie przedrukowany w prasie niemieckiej. Nie tylko brałam udział w konferencjach międzynarodowych, ale też sama je organizowałam (np. w r. 1986 konferencja o polskiej literaturze niezależnej w Berlinie z udziałem profesor Marii Janion, czy w rok później we Vlotho nad Wezerą z udziałem Leszka Szarugi). Telewizja ogólnoniemiecka program I ARD nakręciła w roku 1986 film o mnie pt. „Ewa Maria, 38 J., aus Polen”, nadawany wielokrotnie przez wszystkie programy telewizji. Kolejny taki film nakręcił Wolfgang Kübel w bieżącym roku dla berlińskiego programu „Kowalski trifft Schmidt”.

W roku 1994 zakończyłam pracę etatową i zajęłam się już tylko działalnością kulturalną i społeczną na rzecz porozumienia polsko-niemieckiego. Prowadziłam różne projekty, m.in. słynny Polsko-Niemiecki Statek Literacki, ale najważniejszą częścią tej mojej działalności jest założenie w roku 1994 Polsko-Niemieckiego Towarzystwa Literackiego „WIR”, które postawiło sobie za cel wspieranie w różny sposób polsko-niemieckiego życia literackiego, poprzez publikacje, warsztaty, stypendia, organizację imprez i festiwali. WIR wydał kilkanaście książek o tematyce polsko-niemieckiej, w tym o takich tematach jak tożsamość czy kontakty polityczno-literackie PRL i NRD. Jesteśmy też pierwszym wydawnictwem, które postanowiło przybliżyć publiczności polskiej i niemieckiej osobę polskiego kubisty, czynnego w latach 20 i 30 w Berlinie, Stanisława Kubickiego. Na łamach WIR-u publikowali m.in. tacy bardzo znani (dziś, a wówczas nieznani) pisarze polscy jak Radek Wiśniewski czy Michał Witkowski. Od 6 lat istnieje przy Towarzystwie WIR również galeria (Galeria ZERO), wspierająca polsko-niemieckie i międzynarodowe kontakty dziennikarskie, polityczne, ekologiczne i artystyczne (sztuki piękne, muzyka, performance).

A Grass?

W Berlinie mój stosunek do Grassa się skomplikował. Pisałam już po niemiecku i napisałam opowiadanie o nim i o tym, jaką rolę odegrał w moim życiu, i o naszej wspólnej najmniejszej ojczyźnie Wrzeszczu – Langfuhr. Chodzimy w tym opowiadaniu tymi samymi ulicami i ja wciąż wywołuję jego ducha. Wysłałam mu to opowiadanie i zaczęłam niecierpliwie czekać na odpowiedź… Wydawało mi się, że historia musi mu się spodobać. Każdemu by się spodobała. Była też chyba dobrze napisana. W końcu przyszedł list, grzeczny, zdawkowy. Dziękuję, to interesujące odnaleźć siebie samego w czyjejś twórczości. Pozdrawiam. I tyle. Ale poprzez znajomego przesłał mi swoją grafikę. Było to 20 lat temu, więc nie umiem już odtworzyć moich uczuć. Dziś wiem, że postanowiłam być zadowolona, że dostałam od Grassa jego grafikę. Tak zadowolona, że dopóki nie zaczęłam pisać tego tekstu, nie wiedziałam, że nadal jestem przede wszystkim rozczarowana. Sobą, nie Grassem. Gdybym bowiem umiała lepiej pisać, gdybym napisała inaczej, gdybym… Gdybym była coś warta, tak, to jest to najgorsze podsumowanie, które muszę teraz wyciągnąć na światło dzienne i podać je publicznie do wiadomości. Gdybym była coś warta… Grass wyprowadził się w międzyczasie do Lubeki, ale przyjeżdżał wielokrotnie do Berlina. Mamy wspólnych znajomych, mógł mnie odnaleźć, gdyby w ogóle pamiętał, że istnieję. Kilka razy w różnych berlińskich instytucjach zorganizowano mu gdańskie spotkanie, zaproszono mu do towarzystwa Pawła Huelle i Stefana Chwina, o mnie nie pamiętał. Gdybyśmy oboje byli z Pcimia byłoby może inaczej. Ale jesteśmy z Gdańska.

Tym niemniej nadal zachłannie czekałam na jego książki. Niektóre mnie rozczarowały, choć niemal zawsze występował w nich Gdańsk, ale kilka uważam do dziś za świetne świadectwo czasu. Kilka z nich zrecenzowałam – „Szczurzycę” dla paryskiej Kultury i Wolnej Europy, „Pełzanie rakiem” dla gdańskich 30 dni. Ale za najwspanialszą jego powieść po „Blaszanym bębenku” uważam niewątpliwie „Rozległe pole”. I tak jak trylogia gdańska jest może najlepszym zapisem faszyzmu w Gdańsku, tak na pewno „Rozległe pole” jest najlepszą książką o zjednoczeniu Niemiec, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Jest rozwlekła i nudna, to prawda, ale tym jakimś specjalnym rodzajem nudy, od której nie można się oderwać. I chyba jedyny to znaczący głos współczesnej literatury, który widzi rok 1989 w dwóch perspektywach – jako fakt historyczny, ale jednocześnie jako zwycięstwo bezwzględnego i nienasyconego kapitalizmu, który pożera wszystko, co mu stanie na drodze. Tedeschi lurchi, nienasyceni Niemcy, pisze Dante w „Piekle” i tacy są też u Grassa ci Niemcy z Zachodu, którzy otwierają ogromne paszcze, by połknąć swoje własne ziemie podbite. Zresztą może nie jest to nienasycony kapitalizm, może bardziej właściwe byłoby staroświeckie słowo imperializm, a może wręcz przeciwnie – pisarz, który uważnie obserwuje świat jest pierwszym, który zauważył, że idzie nowe, i choć chyba nigdzie nie użył słowa globalizm, to już wiedział, że to, co idzie, będzie jeszcze gorsze od tego, co było. Chińczycy mają takie przysłowie, nie marz, bo jak ci się spełni to, o czym marzyłeś, to pożałujesz. Oto teza Grassa w „Rozległym polu” – Niemcy chciały się zjednoczyć, a jak im się to spełniło, to pożałowały.

Czytałam „Rozległe pole” wielokrotnie i wciąż jestem tego zdania – to świetna książka. Ciekawe, sama przecież obserwowałam ten sam świat, ten sam Berlin w momencie przełomu i po nim. Zapisywałam oczywiście różne fakty, obserwacje, zjawiska. Ale gdy po latach myślę o Berlinie w latach 1989-1990 pamiętam zdania z powieści Grassa lepiej niż moje własne myśli.

Pozostaje jeszcze ostatnie pytanie, to związane z powieścią „Przy obieraniu cebuli”. Myślę, że zrobię tu to samo, co kiedyś zrobił Darek Foks. Byliśmy na konferencji poświęconej Szymborskiej. Jak o każdym, tak i o Szymborskiej krążyły informacje i pomówienia, że współpracowała z komuną. W programie przeczytaliśmy, że Darek przygotował wystąpienie pod tytułem „Szymborska i system”. I przeczytał wiersz w stylu O’ Hary. O miejscu Szymborskiej w jego własnym systemie poetyckim. Ja chyba też przeczytam wiersz w stylu O’Hary.

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
wszędzie kamienie
kto nigdy nie skłamał
niech się schyli podniesie i rzuci
ja na pewno skłamałam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie mogę rzucić kamieniem
mogę go zanieść
na żydowski cmentarz
lub górę żelaza
lub tam gdzie grzesznicy
katedrę budują z oknami pełnymi światła

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie będziesz miał bogów cudzych przede mną
miałam
nie będziesz używał imienia pana boga swego nadaremno
używałam każdy używa
kto nigdy nie używał
niech się schyli podniesie i rzuci
pamiętaj abyś dzień święty święcił
nie pamiętałam
czcij ojca swego i matkę swoją
starałam się
ale doprawdy czasem było to zbyt trudne

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
starałam się jak mogłam
ale nie zawsze wychodziło
bo są krzywdy urazy i węzły psychoanalityczne
i kamienie na drodze z dzieciństwa w dorosłe życie
kto nigdy nie skłamał
niech się schyli podniesie i rzuci
nie zabijaj
pigułka zabija spirala zabija palenie zabija
zabijałam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie cudzołóż
nawet myśleć nie warto
kto nigdy nie spał w cudzym łóżku
niech się schyli podniesie i rzuci
a ja spałam w łóżku Grassa
w tym domu we Wrzeszczu
z którego wyjechał jakiś Niemiec
więc mógł to być i on
a gdy wyjechał, wywędrował, uciekł
wprowadziła się tam moja rodzina
i w pokoju od okna wstawiła łóżeczko
żebym miała gdzie spać
i było to cudze miejsce i cudze łóżko
cudzołożyłam

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
nie kradnij
ach mój Boże
wszędzie pełno kamieni
nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu
jeśli zatem sam nie możesz rzucić kamieniem
bo mówiłeś fałszywe świadectwo
to zostaw w spokoju tego chłopaka
który miał siedemnaście lat
i coś sobie myślał

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
Niemcy zawsze sobie coś myślą
tak twierdził Heine
i może to było fałszywe świadectwa
niech się zatem schyli podniesie i rzuci
wszędzie pełno kamieni
nie pożądaj żony bliźniego swego
no proszę nie pożądałam
ani wołu ani osła ani żadnej rzeczy która jego jest
nawet tej sukienki od stefanellego
choć to tak samo trudne jak czcić ojca swego
i chyba się po prostu nie da

Wychodzę na ulicę
Berlin ist eine Baustelle
wszędzie pełno kamieni
siedzimy przy stolikach na placu budowy
pijemy grappę i mojito
a kto nigdy nie chciał tej sukienki od stefanellego
ni wołu ni jaguara ni porscha ni nagrody Nobla
niech się schyli podniesie i rzuci
w tego chłopaka
co przyznał się po latach obierania cebuli

Gentryfikacja

W roku 2011 ten tekst ukazał się w miesięczniku „Odra”, a potem powielony został przez  O.pl: TU

Ciekawe, że portal nie zapytał mnie, czy może ten tekst upowszechnić i pozmieniać, ale za to nie pozwala nikomu tego robić bez zgody jego redakcji.
Ciąg dalszy TU

Ewa Maria Slaska, Ryż, mysz i sztokfisz

Zbrodnia

Jesienią 2010 roku pojawiła się w Berlinie z kolejną wystawą Yoko Ono, słynna japońska artystka konceptualna. Jak to w sztuce konceptualnej bywa, Ono zaproponowała widzowi wieloraki interaktywny udział w wystawie. Była więc sala, gdzie można się było sfotografować, sala, gdzie widz niszczył lub – przeciwnie – naprawiał fragment ekspozycji i sala, gdzie miał wbić szpilkę w jakieś miejsce na mapie Berlina, które kojarzy mu się z przestępstwem. Przestępstwo, wykroczenie – to słabe słowa, widzowie niemal automatycznie sięgali po wyrazy mocniejsze. Pojawiło się więc słowo „zbrodnia”. Jeszcze dziesięć lat temu kontekstem berlińskim słowa zbrodnia był Holokaust. W roku 2010 jednoznaczny kontekst „zbrodni” brzmiał: gentryfikacja.

Gentryfikacja to proces społeczno-urbanistyczny, zupełnie normalny. Tak rozwijają się miasta. I jeśli patrzeć na nie z daleka, jeśli czytać o przesuwaniu się modnych dzielnic w Nowym Jorku czy w Warszawie, to można się z tym zgodzić – takie są procesy.

W Berlinie jednakże gentryfikacja  to zbrodnia. Być może zawsze, jeśli jest się na miejscu i to na naszej skórze, zapisują się prawidłowości, to odczuwamy to jako zbrodnię. W każdym razie ja też wbiłam szpilkę w mapę miasta, bo rok wcześniej sama stałam się ofiarą gentryfikacji i nie był to proces lecz zbrodnia.

Zanim jednak opowiem tu dramatyczną historię mego własnego udziału w procesie gentryfikacji Berlina, chciałabym się przez chwilę zastanowić nad etymologią tego słowa. Bo otóż gent to w różnych językach wyraz oznaczający pierwotnie człowieka, wtórnie natomiast szlachcica. To logiczne, człowiek, to ten, któremu przysługują prawa. Znamy na przykład angielskie słowa Gentry i Gentelman. Gentryfikacja zatem, proces zmiany struktury społecznej, a co za tym idzie poprawianie substancji budowlanej biednych dzielnic, przejmowanych przez bogatych, oznacza jednocześnie proces “uszlachcania” czy też „uszlachetniania” danej dzielnicy.  Cóż jednak znaczy słowo szlachta, szlachetny? Czym jest czyn szlachetny i szlachetny człowiek? Słowo to pochodzi z niemieckiego i oznacza schlacht – bitwę, walkę. I tak jak niemieckie słowo kriegen – „otrzymać” jednoznacznie wiąże się z wojną (Krieg) i łupem wojennym (Kriegsbeute), tak polskie słowo „szlachcic” oznacza tego, kto wraz z władcą „dzielnie stawał w polu”. To mu zapewniało otrzymanie dóbr, bogactwo i prawa. Gentryfikacja przestrzeni miejskiej przypomina więc, że to łupieżca otrzymywał miano człowieka, prawa i przydomek „szlachetny”, kiedyś – wojownik, potem – po prostu bogaty. Być może, gdy Ruth Glass tworzyła ten termin (choć przecież nie zjawisko) w latach 60, aby określić napływ ludzi zamożnych do robotniczej dzielnicy Islington w Londynie, ci nowo napływający rzeczywiście byli zubożałą szlachtą, na pewno tak mogło się stać w XIX wieku w miastach polskich, gdzie zbiedniałe po powstaniach ziemiaństwo przekształcało się w inteligencję miejską i, kto wie, może wyganiała z ubogich chałup miejską biedotę Warszawy czy Krakowa, ale dlaczego bogaci, którzy zajmą moje mieszkanie mają być socjologicznie bardziej szlachetni niż ja? To niesprawiedliwe.

Ale po prawdzie cały proces jest już w genezie swej niesprawiedliwy. Bo oto od lat co najmniej stu gentryfikacja europejska przebiega tak, że najpierw w dzielnicy biedoty pojawiają się artyści i studenci, którzy sprawiają, że okolica staje się atrakcyjna, a potem bogacze zajmują ich miejsce. Tyle tylko, że to nie bogaci są tu pierwszymi najeźdźcami – oni tylko podbijają to, co już kilkadziesiąt lat wcześniej już zostało podbite, wtedy, gdy pierwszy przymierający głodem artysta wprowadził się do mieszkania, zajmowanego uprzednio przez robotnika z fabryki. To była ta pierwsza gentryfikacja, kiedy to „czysty duch” wyzuwał z miejsca biedaka. Gdy się to jednak działo, robotnik, przyzwyczajony do wyzysku, nie protestował. Dopiero w kilkadziesiąt lat później, gdy burżuje wyrzucają z mieszkań artystów, „dzieje się krzywda”. A dzieje się, bo ci teraz wyrzucani, umieją ją zwerbalizować i nagłośnić.

Oczywiście słowo gentryfikacja zostało kiedyś użyte zgodnie z jego aktualnym, nie-etymologicznym sensem. Gdy wyludnia się śródmieście i na jego miejsce wchodzi skryminalizowana biedota, próba rewitalizacji będzie procesem uszlachetniającym.

Ale akurat tak być może było na krakowskim Kazimierzu czy w warszawskiej Pradze (nie wiem, nigdy tam nie mieszkałam), ale na pewno nie było tak na berlińskim Kreuzbergu, gdzie do zeszłego roku mieszkałam, ale już nie mieszkam.

Osobisty ogląd typowych procesów społecznych

Śniła mi się mysz. Nie przepadam za myszami, ale specjalnie się ich nie boję, poza tym mam kota, widuję je więc rzadko, mimo iż mieszkam na parterze. Śniła mi się, była mała i skulona w kącie kuchni. Zapaliło się światło i mysz zamieniła się w mężczyznę. Miał ciemne włosy, które lekko sterczały w górę jak pozostałość po mysich uszach i ciemny trzydniowy zarost, może nawet czterodniowy. Mężczyzna stał na schodkach prowadzących do mojej maleńkiej sypialni i opierał się łokciami o mój materac.

Patrzył na mnie, a ja na niego. Milczał dość długo, zanim powiedział pierwsze zdanie.

– Przykro mi, ale dostałem zlecenie od administracji domu, żeby Panią zabić. Jestem z rosyjskiej mafii, administracja chce się wszystkich pozbyć.

Powtórzył to zdanie jeszcze dwukrotnie, zanim w ogóle do mnie dotarło.

Nie wiedziałam o tym, ale okazuje się, że składam się z dwóch różnych kobiet. Jedna z nich w tej chwili panicznie się boi i serce wali jej jak trzy młoty pneumatyczne, druga – myśli. Myśli i… wierzy.

Wierzę mu, to, co mówi, zgadza się. Administracja domu chce się nas pozbyć, wyremontować ten stary zniszczony dom „na luksus” i drogo sprzedać mieszkania nowym berlińczykom, a Berlin jest pełen opowieści o tym, jakimi metodami się to odbywa. Zasadniczo dwiema – albo się płaci lokatorom, żeby się wynieśli, albo się ich terroryzuje. Terror przybiera różne postaci. U nas od roku wokół domu stoi osłonięte siatkami rusztowanie, choć nie prowadzi się jeszcze żadnych prac remontowych. Jest ciemno, ponuro i niebezpiecznie. Zwłaszcza na parterze. Zresztą sam remont też jest dobrą metodą wyganiania ludzi. Remont i koszmarni współlokatorzy. Pakistańczycy, rytualnie zabijający koźlęta na podwórku, arabskie rodziny z dziesięciorgiem rozwydrzonych dzieci, angielscy młodociani turyści upijający się do nieprzytomności i rzygający na schodach. Nigdy jednak nie słyszałam o tym, żeby właściciel domu kazał zabijać lokatora. Albo więc czasy się zmieniły, albo ta mysz mnie tylko straszy. Poza tym, jakby facet-mysz chciał mnie zabić albo zgwałcić, to mógł to już dawno zrobić. Czyli – albo ma zamiar zabijać mnie tak, żebym długo i potwornie cierpiała (serce tej drugiej ja wali już teraz wszędzie, w głowie, w stopach, w brzuchu), albo znowu to samo – tylko gada. Straszenie jest oczywiście jednym z elementów terroru. Bardzo skutecznym.

– Dostałem zlecenie, żeby Panią zabić. Jestem z rosyjskiej mafii… – facet powtarza to już chyba dwudziesty raz. A ja tylko patrzę. Siedzę oparta o ścianę, on po drugiej stronie pokoiku, oparty łokciami o moje łóżko. Dzieli nas tylko długość materaca. Dziwne, ale jest jeszcze jakaś trzecia ja, która wprawdzie też myśli, ale jakoś tak głupkowato. Bo myśli, „jak to dobrze, że mam na sobie koszulę nocną”. Ma niewątpliwie rację, gdybym spała nago, moja sytuacja byłaby znacznie gorsza. Ale mam na sobie długą pomarańczową bawełnianą koszulę. Jakoś mi ta myśl pomaga i przywraca do czegoś, co można by nazwać normalnością. Już to przeanalizowałam i wiem, że nie ma sensu krzyczeć, nikt mnie nie usłyszy – znajduję się w całkowicie pustej części domu, tam gdzie są kuchnie i łazienki, tylko ja śpię w służbówce nad łazienką, reszta lokatorów używa tych pomieszczeń jako lamusa.

Nie ma po co krzyczeć i nie ma jak uciec. Drzwi blokuje mysz, a na okienkach stoi mnóstwo pamiątkowego badziewia, głównie wielkie muszle. Zanim zdołam je usunąć, otworzyć okienko i wydostać się na rusztowanie, facet mnie sto razy dopadnie.

– Mówisz po rosyjsku? – pytam. Skoro jest z ruskiej mafii… Ale nie ma akcentu, a u Rosjan akcent zawsze słychać.

– Nie – odpowiada – kiedyś mnie uczyli, ale nic nie umiem.

Niemiec ze Wschodu, myślę, tylko ich uczyli kiedyś rosyjskiego, ale nic nie umieją.

A zatem rozmawiamy. Czyli jest jakaś szansa. Rozmowa daje czas, do namysłu, do rana, do momentu, kiedy sąsiedzi z naprzeciwka wejdą do kuchni i będzie można krzyczeć. Moje pytanie zmienia zasadniczo tenor rozmowy.

– Muszę to zrobić, muszę cię zabić, tak mi kazali – mówi człowiek-mysz –  ale nie mogę. Ukarzą mnie za to, ale to już moja sprawa. Muszę to wziąć na swoje barki. Jestem dobrym człowiekiem. Nie wolno robić nikomu krzywdy.

Wszystkie trzy ja patrzymy na niego ze współczuciem. Jednej z nas chce się siku.

– Może napijemy się kawy – mówi ta w koszuli nocnej.

Mysz też się chce napić kawy.

Ta w koszuli gramoli się spod kołdry i stara się to robić z godnością. Uciszyła trochę tę z sercem. Ta od myślenia – myśli. A ponieważ myśli, to przychodzi jej na myśl Szecherezada.

Na zegarze w kuchni w pół do trzeciej. Szecherezada będzie musiała gadać ze trzy godziny, a może nawet cztery, zanim wstaną sąsiedzi, którzy mieszkają na przeciwko. Wtedy będzie można rzucić kamieniem w okno (to nie przenośnia, na oknie leżą kamienie) i zacząć wrzeszczeć. Na razie kawa, mleko, cukier, kubki. I przyjrzeć się facetowi, żeby go kiedyś rozpoznać. Wysoki, chudy, zadbany, ale brakuje mu zęba. Ciemne ubranie, znakomite skórzane buty. W mrocznej kuchni trudno rozpoznać – ciemny szatyn, brunet czy ciemny blondyn. Ciemny. Mysz rozsiada się wygodnie i sięga po moje papierosy. I zaczyna gadać. Ta od myślenia uważnie pilnuje rozmowy i podrzuca coraz to nowe pytania. A kim jest, a co robi, a jak mu na imię, a czy był żonaty, a czy ma dzieci? Mysz gada i gada, jakby to ona musiała przetrwać noc do rana, a nie my trzy.

Anioł stróż nade mną czuwał. Po dwóch godzinach rozmowy, udało mi się przekonać faceta, że jestem niegroźną panią, z którą się miło rozmawia. Opowiedział mi mnóstwo rzeczy o sobie, w tym jedną, w którą wtedy jeszcze nie uwierzyłam – że mieszka w naszym domu. Ma 41 lat, w wojsku zdobył wykształcenie komandosa, umie zabić rękami i nogami, ale umie też zastrzelić, kiedyś zastrzelił na ulicy jakiegoś Albańczyka, układa kable elektryczne, miał żonę i córkę, teraz nie ma, bo żona go zdradziła z przyjacielem, potem miał przyjaciółkę Albankę, która miała siedmioro dzieci. W końcu zapytałam go, jak się dostał do mojego mieszkania? Nie wiedział, pewnie nie chciał wiedzieć. Przekonałam go, że wszedł tylnymi drzwiami. Byłam pewna, że jak się kładłam spać, to drzwi były pozamykane. Facet spojrzał z pogardą na to mizerne kuchenne wejście i powiedział, że taki zamek można otworzyć kawałkiem plastikowej butelki. I że mi pokaże. Czy mam butelkę? Powiedziałam, że nie mam, choć przecież miałam, stała na stoliku za jego plecami. Powiedział, że zaraz przyniesie i wyszedł. Zatrzasnęłam drzwi, założyłam łańcuch, przekręciłam klucz, zabarykadowałam kamienną płytą.

W dwa tygodnie później nowy właściciel domu zaproponował nam wszystkim pieniądze. W trzy miesiące później mieszkałam już gdzie indziej. Moi sąsiedzi też.

Facet rzeczywiście mieszkał w naszym domu, ale to już zupełnie inna historia.

Kreuzberg, Friedrichshain

Gentryfikacja, ta, którą teraz odczuwamy jako zbrodnię, zaczęła się w Berlinie właściwie natychmiast po upadku Muru. Niesubordynowani mieszkańcy Kreuzbergu, którzy 20 lat wcześniej zrobili z tej dzielnicy symbol kultury alternatywnej, znany w całej Europie, natychmiast, jak to było możliwe i jeśli to było możliwe, zaczęli się przenosić “na Wschód” czyli do dzielnic byłego Berlina Wschodniego. Zaczęło się od Mitte czyli Śródmieścia, które dzięki temu tak szybko stało się taką atrakcja turystyczną, że nie dało się tam w ogóle mieszkać. Berlin stał się modny, przebijał popularnością nie tylko zaśniedziałe stolice europejskie jak Rzym, Londyn czy Paryż, ale nawet Barcelonę. Modne było zamieszkać w Berlinie, zwłaszcza jeśli się było artystą czy studentem, a już zwłaszcza, jeśli za studiowaniem i sztuką stali zamożni rodzice z Niemiec Zachodnich lub Teksasu. Zjawisko rzadkie w dziejach gentryfikacji, ale ci, którzy podbijali Berlin Wschodni, nie byli biedakami. Pielęgnowali wprawdzie wizerunek alternatywnych artystów, dla których pieniądze są nieważne, ale były one nieważne, bo były i nie trzeba się było o nie martwić.

Zamożna młodzież podbiła Prenzlauer Berg i Friedrichshain, zacierając różnicę między nowymi mieszkańcami tych dzielnic, a turystami, którzy też byli młodzi, a przybywali coraz liczniej, przyciągnięci nieprawdopodobną ilością nowopowstałych knajp i klubów. Wokół klubów wyrosły jak grzyby po deszczu młodzieżowe hotele i hostele, wcale już nie takie tanie jak schroniska i inne tradycyjne noclegownie dla młodych ludzi.

To ci młodzi ludzie sprawili, że w lutym 2011 roku prasa z dumą podała, iż statystyka turystów, którzy odwiedzili Berlin w roku ubiegłym przeszła wszelkie oczekiwania – było ich ponad 9 milionów!

Młodzi ludzie zamieszkali w “nowych” dzielnicach (to by tłumaczyło sens synonimu gentryfikacji: yuppizacja) i nikt z nas przez dobrych 20 lat nie zapytał, dokąd poszli właściwie poprzedni mieszkańcy tych domów? Komuś ewidentnie stała się krzywda i była to krzywda milcząca.

Tymczasem Kreuzberg, opuszczony przez alternatywnych i dzikich, zasiedliła generacja post-hippisów, czyli ludzi dokładnie takich jak ja. Umiarkowanie lewicowych, umiarkowanie artystycznych, umiarkowanie wiekowych. Kupowaliśmy jedzenie w sklepach z żywnością organiczną, w arabskich budkach i na tureckim targu, piliśmy herbatę ze specjalnych herbaciarni i kawę, którą prażono dla nas w lokalnej kawiarni, nie nosiliśmy futer ani kożuchów, nie kupowaliśmy tanich produktów z Chin, dużo czytaliśmy, gotowaliśmy w domu przynajmniej raz na tydzień  i wierzyliśmy w sprawiedliwość społeczną. Byliśmy alternatywni, ale chodziliśmy codziennie do pracy. Zarabialiśmy codzienne pieniądze, ale nie byliśmy bogaci. Dzięki nam Kreuzberg przestał być dziką dzielnicą, której bał się każdy mieszczuch, ale nie stał się też przybytkiem nowej generacji i nuworyszów. Jeśli mieliśmy szczęście (ja miałam) to mieszkaliśmy w starych XIX-wiecznych kamienicach, zniszczonych, nie odnawianych, podupadłych, ale gwarantujących niezwykły komfort życia – było w nich chłodno latem i ciepło zimą, mieliśmy parkiety, stiuki na suficie i stare piece po kątach, ale oprócz tego nowoczesne ogrzewanie. A mój dom stał jeszcze przy ulicy wiodącej do wodospadu. Mieszkanie tam było po prostu bajką, która minęła i która nigdy już się nie powtórzy. Przez 20 lat żyło się nam jak w raju i nie zastanawialiśmy się nad tym, że Mitte, Prenzlauer Berg i Friedrichshain padały po kolei ofiarą gentryfikacji. Aż któregoś dnia obudziliśmy się w domu, który wciąż jeszcze był nie odnowiony, ale już powieszono na nim plakat wielki jak góra, głoszący, że tu właśnie powstanie „Pałac”. Nie żartuję! www.palais-am-hofgarten.de – nagle wróciliśmy do pra-znaczenia słowa gentryfikacja: pałac czyli coś dla arystokracji! Dopadła nas super-gentryfikacja, a jak się dokona, będzie sobie można zakupić mezonet z balkonem, albo poddasze z ogrodem na dachu. A w mojej sypialni pojawił się włamywacz, który w gruncie rzeczy nic mi nie zrobił, tyle, że sprawił, iż zarówno ja, jak i inni lokatorzy posłusznie i pospiesznie się wyprowadziliśmy, ustępując miejsca nowym mieszkańcom.