Barataria Jagielskiego (114)

Tibor Jagielski

szachy z koźlej skóry:

pionki – wiatraki
pan kiszot – król
sanczo – królewna
goniec – byk
skoczek – koza
wieża – wieża

wie g., genau stuhr, von maschinen umgeben, aber doofer (selbstmedikamention);
als strafe dafür tingelttangelt er jetzt zwischen krankenhaus und zu in ein schlachtfeld umgewandelten wohnung (3 gehstöcke, zwei rolators, mehrere pc, auch ein smartphone, geladen und bereit)
die sanitäter trugen ihn wieder rein (der einer war bärtig, der andere haarlos)
und setzen ihn auf der couch und verschwanden schleunigst
sein katheterbeutel war übervoll und aus seinen mund floss gelblicher speichel
– jezus! – sagte ich mir tief in inneren – warum?
und dann  fiel mir ein, zu den sänitätern,
dass der bärtige lächelte und der kahle misgrämig war.

Kot, tulipany i dwie panny

Zaczęło się od tego zdjęcia:

To mój stół wielkanocny. Kot siedzi na krześle pod stołem i czai się, żebym się obróciła,
a on (ona) wtedy wskoczy na stół i dopadnie białych papuzich tulipanów.

Okazało się, że… Zresztą czytajcie.

Dziś Wielkanoc prawosławna, jest to więc nadal wpis świąteczny z cyklu o wyższości świąt Wielkiejnocy… I najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Maria Szewczyk

Jej brat ożenił się z moją siostrą. A może byśmy się tak pobrali? – zapytał między jednym
a drugim robrem brydża w sanatorium, gdzie grali we trójkę „z dziadkiem”, bo czwarty do brydża właśnie zmarł. – Potem, to już będziemy całkiem starzy i chorzy, i kto nas będzie chciał? Moja siostra chciała. Po powstaniu i powrocie z obozu tułała się po obcych kątach
i właśnie po stalinowskiej przerwie skończyła medycynę zaczętą jeszcze na tajnych kompletach w czasie okupacji. Teraz będzie nareszcie miała swój kąt, męża… i jego siostrę. No więc jadę na ich ślub autostopem z wakacji z Mazur do miasteczka S. na Pomorzu Zachodnim przez pół Polski, z nocowaniem po drodze w stodole u sołtysa na sianie.
W podwórzu, przy poniemieckiej zszarzałej willi, pompuje wodę ze studni kulawy mężczyna „z plerezą” czarnych włosów i szerokim uśmiechem, istny Mastroianni z Wołkowyska. Pan młody! Pół miasteczka S., prawie wszyscy tam „ź Wilna”.
Ich ślubu ani wesela nie pamiętam, poza radosnym śmiechem, opowieściami i otwartą serdecznością jego przyjaciół Wilniuków. Wieczorem jego siostra woła mnie konspiracyjnie do pokoju, otwiera ciężki dębowy kredens, pokazuje schowaną „większą połowę” tortu, mówiąc: my jutro wychodzimy do pracy, ale ty sobie weź kawałek.
– Jak nie zapomnę, to wezmę.
Na to ona z ogromnym zdumieniem w głosie: – I ty mogłabyś zapomnieć o torcie??? Następnego dnia po przyjściu z pracy otworzyła kredens i wymruczała zawiedziona:
– Jednak nie zapomniała?! Faktycznie, zjadłam kawałek, jak mogłabym po takim pytaniu zapomnieć?

Po latach napisała kronikę swojej rodziny, w której sama o tym nie wspomina, każdy ma inny raster pamięci, bo pisze w skrócie tak: „Ślub i uczta weselna były skromne, ale wzruszające… Natomiast pamiętam pyszny tort, który nie wychodził mi z głowy przez cały następny dzień w pracy. Czy jeszcze coś dla mnie zostanie. Zostało w całości, czemu nie mogłam się nadziwić. Okazało się, że ja jedna z rodziny mam taką słabość do słodyczy”.

Natomiast ja całkowicie, jakby powiedział Freud, wyparłam z pamięci inny epizod, dla niej traumatyczny, który wspomina tak: „ Na Wielkanoc przyjechała Marysia (tzn.ja, MS). Przeniosłam się na kanapę, gościowi ustępując wygodny tapczan. W Wielką Sobotę Basia (moja siostra, a jej bratowa, MS) w pracy dostała od kogoś kilka sadzonek tulipanów (tulipan w doniczce to była wtedy rzadkość, MS). Zaraz po ustawieniu przy kuchennym oknie, najbardziej słonecznym, dopadł do nich kot i kilka pędów zżarł. Basia wymierzyła sprawiedliwość (taki eufemizm: kot dostał za swoje, MS) i nas poprosiła, żeby uważać na kwiatki i kota. Wieczorem nakazała mi spać przy zamkniętych drzwiach, a kota przydzieliła Marysi, żeby spał z nią. W nocy jak przez mgłę widziałam Marysię, która otworzyła drzwi, wrzuciła kota, zamknęła drzwi, oczywiście, skoro miały być zamknięte! Zasnęłam natychmiast twardym snem. Rano do kuchni zajrzała Basia. I w krzyk! Na parapecie siedział kot, czyścioszek, mył zadowolony pyszczek, a po kwiatach ani śladu”…

„Eta była dawno”, jak śpiewała Żanna Biczewska. Czasy były twarde, dlaczego nikt nie płakał nad kotem? I nikt go o zdrowie nie pytał? Jak kilka dni temu u Ewy na FB przeczytałam, że i jej kot wcina tulipany na wielkanocnym stole, pomyślałam, że może to potajemna namiętność kotów, koci narkotyk, jak waleriana, po kropli której, jeśli spadła na podłogę, kot rzucał się w to miejsce i wylizywał je do białości. Ponieważ nikt, łącznie z Ewą, nie był w stanie wyjaśnić tej kwestii, wyruszyłam na poszukiwania i, zgodnie z zasadą „Czego nie wiecie, szukajcie w internecie!”, pod hasłem „kot zjadł tulipany” znalazłam setki stron, forów dyskusyjnych, dobrych rad i zaleceń i drżeń o zdrowie i życie kota. Tu choć kilka z nich:

– Jeśli w twoim domu mieszka kot, to dbając o jego zdrowie i życie, powinieneś zrobić uważny przegląd hodowanych roślinek. Teza o tym, że kot nie zje tego, co mogłoby mu zaszkodzić, nie jest wcale prawdziwa… Szczególnie narażone na toksyny są małe kotki.

– By ustrzec się kłopotów, najlepiej usunąć z domu wszystkie rośliny trujące dla kota!

I tu następują długie listy roślinnych trucizn. Oczywiście są wśród nich i tulipany, choć na innych stronach, chyba na miau.pl, i w sprzecznych komentarzach znajdziesz zdanie, że kwiaty tulipanów – nie, natomiast liście, jak najbardziej. Powiało zewsząd grozą, zwłaszcze że w litaniach roślin dekoracyjnych, doniczkowych, ogrodowych i dziko rosnących znajdziesz też szalej jadowity – Cicuta virosa, który nawet takiego mędrca jak Sokrates, doprowadził do śmierci, skazano go przecież na wypicie cykuty.

No i jeszcze parę komentarzy:

– To co można posadzić na balkonie, jakie rośliny domowe są nieszkodliwe?

– Wszystkie pozostałe 🙂

– No niewiele tego zostało.

– Nie ma na liście, ale się upewnię: mieczyk nie jest szkodliwy? A pytanie numer dwa: moje koty namiętnie obgryzają melisę, czy ma ona na nie również działanie uspokajające?

– Mój 18-letni kotek pił wodę spod melisy.

– Mam wrażenie, że te wasze koty są mądrzejsze od właścicieli!

– Mój kot zatruł się lobelią… Jest aktualnie u weterynarza… Trzymajcie wszyscy kciuki 😭❤
– Może ktoś podałby listę roślin bezpiecznych dla kociaków?

I tym rozsądnym apelem kończę, nadal, po tylu latach, nie wiedząc, co kota tak bardzo ciągnie do tulipanów! Może to się wyjaśni do następnych Świąt?


Dzisiejsze zdjęcie kota i tulipanów:

Frauenblick auf Museum an der Weichsel

Monika Wrzosek-Müller

Gedanken zu der Ausstellung von Daniel Rycharski im Museum an der Weichsel

Der Taxifahrer sprach immer wieder von seinem Schwager aus der Provinz, genauer aus einem Dorf. Irgendwie würden die auf dem Land immer nur klagen, nichts lohne sich, jede Anstrengung sei zu viel; zwar hätte sich viel verändert, doch die Bereitschaft, Verantwortung für etwas Größeres (ein richtiges Unternehmen) zu übernehmen, würde fehlen; oder es wagen doch nur ganz wenige. Sollen sie doch in die Stadt kommen, sich hier ausprobieren, bitte schön… usw… usf.

Das war der Anfang meiner Episode mit dem Nachdenken über das Landleben, die Dörfer, die Bauern in Polen. Mehrere Faktoren haben zusammengespielt. Vor einigen Monaten erzählte mir eine Freundin von einer fantastischen Ausstellung in Krakau, die Stanisław Wyspiański gewidmet war und unheimlich viele seiner Werke versammelte. Er war der Hauptvertreter der „Bauernmanie“ [Chłopomania] aus der Kunstrichtung Junges Polen [Młoda Polska] in der Zwischenkriegszeit. Als Künstler war er nicht nur Maler, Projektant von Glasfenstern und Bildhauer; er schrieb auch – und sein bekanntestes Drama „Die
Hochzeit“ [Wesele] wurde immer wieder aufgeführt; es zeigte das stilisierte, farbenfrohe, manchmal bedrohliche Bauernleben, das die Vertreter dieser Kunstrichtung feierten. Andrzej Wajda drehte 1997 einen monumentalen Film aufgrund des Dramas, „Die Hochzeit“.

Ein anderer wichtiger Schriftsteller dieser Richtung, allerdings eher aus dem Realismus kommend, war Władysław Reymont. Er verfasste das Epos „Die Bauern“ [Chłopi] und erhielt dafür, so lernte ich in der Schule, den Literaturnobelpreis. Er lebte längere Zeit in einem Dorf, das damals Lipce hieß (später erhielt das Dorf den Beinamen Reymontowskie), wohin ich als Kind in die Sommerferienlager (sog. kolonie) fuhr. Im Dorf gab es ein Museum, es sollte sein Haus gewesen sein, mit vielen bunten Stuben, wo kleine Betten standen mit aufgetürmten Kissen darauf. So jedenfalls war meine Erinnerung daran. Der Roman „Die Bauern“ war lang, zog sich über vier Bände, die nach
Jahreszeiten unterteilt waren, und langweilte mich. Doch wir mussten ihn lesen, denn er stand auf der Lektüreliste. Er enthielt wohl auch viele Wahrheiten und treffende Beobachtungen über das Bauernleben in Polen. Für die meisten von uns Städtern meiner Generation existierte das Dorf eigentlich kaum – und wenn dann nur als Fluchtort aus dem mühsamen, strapaziösen Stadtleben; Ort für Ferien, um sich zu erholen. Ein Bewusstsein für Land, Dorf wurde nicht entwickelt, kaum jemand beschäftigte sich damit. Die Tatsache, dass die Bauern diejenigen waren, die uns ernährten, drang gar nicht zu uns vor.

Vor zwei Jahren war ich auf Einladung einer Freundin in ihrem Sommerhäuschen auf dem tiefen polnischen Land. Wir haben uns wunderbar amüsiert, wurden auch auf ein Dorffest eingeladen. Dort wurde so heftig getrunken, getanzt und geredet, dass ich es ungeheuerlich fand, mich fast davor fürchtete. Die Menschen erzählten mir, was für sie die „500 plus“ bedeuteten, das von der PiS-Regierung eingeführte großzügige Kindergeld; einige von ihnen hatten zum ersten Mal so viel Geld auf einmal gesehen, konnten zum ersten Mal nachdenken, was sie mit Geld anfangen würden, ob sie zum ersten Mal irgendwohin weg fahren würden. Neuerdings rücken die Bauern, das Landleben, die Landwirtschaft mehr in den Vordergrund, in das moderne Bewusstsein aller Menschen; sei es durch das zunehmende ökologische Bewusstsein, besonders nach dem heißen und trockenen Sommer des letzten Jahres, oder als Alternative zum Stadtleben, schließlich durch die Suche nach Wählerstimmen, die da noch zahlreich zu gewinnen waren.

Bei meinem letzten Besuch in Warschau habe ich eine Ausstellung in dem neu entstandenen Museum für Moderne Kunst („Museum an der Weichsel“) gesehen, die sich auch mit der Bauernproblematik auseinandersetzt, auf sehr interessante Weise. An jenem Abend war eine herrliche Stimmung schon vor dem Gebäude zu spüren. Auf den schönen Holzterrassen, und an Deck der Schiffe am Weichselufer saßen Unmengen von jungen Leuten, in einer fröhlichen, ausgelassenen Stimmung, die sich echt und ohne Events und viel Alkohol ausbreitete und in der Luft vibrierte. Die letzten Sonnenstrahlen schienen auf die wunderschöne neue Swiętokrzyski-Brücke und das Nationalstadion.
Das frische, feine Frühlingsgrün der Bäume und Sträucher auf dem anderen Weichselufer hob sich bewusst von dem regulierten, verbauten auf der Museumsseite ab. Drinnen, in dem provisorisch errichteten Gebäude, gab es eine Ausstellung, die mich gefesselt und gebannt hat, wie seit längerer Zeit keine mehr.
Es handelte sich um die Ausstellung von Daniel Rycharski „Strachy“ [Angst, Furcht, Schreck, Vogelscheuche]; sie enthält Arbeiten aus der langen Zeit der Suche des Künstlers nach Antworten auf die Fragen nach religiöser, gesellschaftlicher Identität, nach Gemeinschaft, nach der Andersartigkeit. Der Künstler kehrte nach seinem Studium an der Krakauer Kunstakademie in sein Heimatdorf zurück und setzte sich mit dem dortigen Leben auseinander. Er selbst suchte einen Weg, um sich mit der Kirche zu versöhnen und seinen Glauben zu praktizieren, obwohl er zur Gruppe der LGBT-Leute gehört und somit von der Kirche eher ausgegrenzt wird. Alle Exponate, die in der Ausstellung gezeigt werden, fand der Künstler irgendwo auf dem Dorf herumliegen und bearbeitete sie so, dass er sie als tragende Objekte seiner Ideen hinstellen oder aufhängen konnte. Doch sie haben ihre eigene Geschichte und diese schimmert durch die vom Künstler erzählte hindurch. So finden wir eine Tafel mit einem eingravierten Text aus dem Katechismus, aus dem hervorgeht, dass Homosexuelle zu den Riten der Kirche zugelassen werden sollen. Die Objekte sprechen den Betrachter durch ihre authentische Geschichte an und zugleich sind sie Stellungnahmen des Künstlers zu den bewussten Fragen. Er ist gläubig und will den Glauben auf eigene Art praktizieren. Seine Vogelscheuchen entstehen aus alten Kreuzen verschiedener Bekenntnisse, die er sammelt und in fröhlichen Farben bemalt und
entsprechend verkleidet. Hinter den bunten Farben verstecken sich aber bei näherem Hinsehen viele grausame Praktiken. Zu den Vogelscheuchen gelangt man durch ein bunt bemaltes Tor – für mich ein Tor, das man immer durchschreiten muss, um ins Innere zu kommen, um sich zu erklären, wozu man gehören will. Diese Momente der bewussten Entscheidung für eine Gemeinschaft bilden den Kern der Aussagen in seinen Arbeiten; es gibt auch einen Ornat, dem Rycharski eine Ku Klux Klan-Haube aufgesetzt hat. Er geht mutig mit den sakralen Gegenständen um, ohne in irgendeinem Moment die Institution zu
verletzen, doch er hinterfragt einige ihrer Praktiken, setzt sich mit ihnen auseinander. Seine eigene Biografie und seine familiäre Situation bilden den Ausgangspunkt für seine Reflexionen. Er setzt sich mit Vorurteilen und eben mit der Angst vor Neuem, vor dem Unbekanntem auseinander und da er das sehr intensiv, intuitiv aber auch leidenschaftlich tut, wird der Betrachter angesprochen und muss sich selbst mit den Fragen beschäftigen.

Ich fand die Ausstellung sehr gut und fühlte mich so direkt angesprochen, dass ich die Exponate lange nachdem wir die Ausstellung verlassen hatten, vor meinen Augen immer wieder sah. Es wurde mir plötzlich auch bewusst, wie wenig wir uns mit den Fragen der Menschen, die auf dem Land leben, auseinandersetzen. Und dann kamen mir auch all die Gedanken, die ich oben aufgeschrieben habe.

Z blogu jak udusić kurę: 26 kwietnia

Ewa Maria Slaska

Bardzo długi wstęp

Przez rok od czerwca 2010 do czerwca 2011 prowadziłam bloga o wdzięcznej nazwie Jak udusić kurę, czyli co każda Panna po 30 powinna wiedzieć, a dziwnym trafem nie wie.
W skrócie –
Kura. Po roku Kura przekształciła się Qrę a potem w Altanę, ale ja coraz mniej miałam do czynienia z zawartością tych blogów. W grudniu 2012 roku zaczęłam prowadzić tego bloga, w którym od czasu do czasu publikują też autorki Kury (i Autor, ale o nim zaraz). Kurę prowadziłam z siostrą i dwoma kuzynkami oraz kilkoma przyjaciółkami, po jakimś czasie dołączyła do nas jeszcze Ciotuchna, a potem objawił się jeszcze Autor i, nie zrażony samotnością mężczyzny wśród kur, przetrwał z nami Kurę, Qrę i Altanę, i jest (czasem częściej czasem rzadziej) wierną podporą tutejszego Salonu Odrzuconych (ewamaria.blog, dawniej: ewamaria2013). W skrócie nazywałyśmy siebie Pannami (ja byłam ewentualnie Panną Prymarną), on zaś przybrał, w przypomnieniu Tajemniczego ogrodu, wdzięczne miano Panicza. Owe trzy kobieco nazwane i prowadzone blogi funkcjonowały na blox.pl czyli portalu blogowym Angory, która teraz, nagle (i z naszego punktu widzenia – bez dania racji) postanowiła nam wszystkim uciąć nasze kurze łebki.
29 kwietnia
blox przestanie istnieć i jeden wielki Administrator raczy wiedzieć, w jakich odmętach wirtualnej rzeki świata znikną nasze teksty. Bądź nie znikną. Może być i tak. Nie wiemy. Na wszelki wypadek “Panicz” uratował zapisy edytorskie naszych wpisów, a ja postaram się – przy okazji lub bez niej – umieścić je tu, opatrując je ewentualnie własnym komentarzem.

Robię to po pierwsze dlatego że pisałyśmy (pisaliśmy) tam dobre i ciekawe rzeczy, które teraz hurtem stały się zbiorem tekstów wyrzuconych bez pardonu za burtę i jako takie mają prawo, po osuszeniu, do publikacji w salonie Ewy Marii. Po drugie jednak publikuję tu te teksty w przypomnieniu wesołego roku, jaki spędziłyśmy (spędziliśmy), redagując wpisy do Kury. Myślę że żaden z następnych blogów nie dał nam takiej niewinnej i nieskażonej radości, jak Kura. A ponieważ od czasów Kury minęło sporo lat, pamięć o niej spowija jeszcze mgiełka nostalgii

Miałyśmy jako autorki (i autorzy) pseudonimy. Każdy wpis zawierał przepis kulinarny (powstała też książka kucharska Kury) i zagadkę. Gdy dotychczas przenosiłam jakieś wpisy z Kury do Salonu, usuwałam kulinaria i zagadki, dopasowując kurze piórka do powagi, z jaką kurze przychodzi stąpać po wyfroterowanych posadzkach salonu. Teraz jednak, w ramach szeroko zakrojonej akcji ratunkowej, będę zostawiała wszystko tak, jak było.

Zaczynamy.

Dziś publikuję tu po prostu to, co 9 lat temu ukazało się 26 kwietnia na Kurze.

Kanadyjka

czwartek, 26 kwietnia 2012

O miodzie i smutasach

Czytając wpis Panny Prymarnej o pszczółkach, miodzie i „smoothies” stwierdziłam, że nie zmieszczę się w zwykłym komentarzu, tylko muszę napisać osobny wpis.

Najpierw o miodzie. Wiele lat temu szef firmy, w której pracowałam, miał niewielką farmę a na niej ule. No i na jesieni odbywało się u niego tradycyjne zbieranie miodu. Uczestniczyliśmy w tym rytuale kilka razy. Jak docieraliśmy na farmę, ramki były już wyjęte z uli i czekały na odwirowanie. Nad beczką zamocowana była ręczna wirówka, w którą wkładało się ramkę i kręciło korbką. Ciężka to była robota, ale bardzo satysfakcjonująca.

Powietrze przesycone było pyłem miodowym, wszystko się kleiło, wdychaliśmy ten miód po prostu całym ciałem. Odwirowany miód wlewało się do dużej kadzi. Ale nie bezpośrednio, tylko przez wielowarstwowy muślin, który filtrował wszelkie zanieczyszczenia. Ale co jakiś czas ten muślin się kompletnie zatykał i wtedy następowało najfajniejsza część procedury. Jedna osoba zbierała brzegi muślinu i trzymała wielki worek wypełniony miodem nad kadzią, a reszta rękami wyciskała z tego worka miód. No a potem następowało zlizywanie miodu z rąk (co na zdjęciu właśnie robi nasza córka Ewa). Pycha! Potem jeszcze było nalewanie miodu do słoiczków i przyklejanie nalepek.

Nasze dziewczynki uwielbiały te wyprawy i pomagały dzielnie na wszystkich etapach.

A teraz o „smoothies”, czyli jak je nazywa mój mąż, smutasach. Zaczęto je robić, jako napoje orzeźwiające na plażach Kalifornii. Początkowo były to koktajle z bananów, truskawek i soku pomarańczowego, z dodatkiem lodu. Stopniowo asortyment owoców i jarzyn używanych w smutasach bardzo się powiększył. Można je w zasadzie robić z każdej kombinacji owocowo-warzywnej, z produktów świeżych lub mrożonych. I dodawać mleko, jogurt, lód, soję, miód, a także płatki owsiane, pestki słonecznika itp. Możliwości są nieograniczone. Mam przed sobą książkę z 160 przepisami na smutasy. Podaję tu kilka żeby zilustrować różne warianty tego wspaniałego napoju. A dalej to już panny eksperymentujcie same. Najwyżej, jeżeli wyprodukujecie coś niejadalnego (a właściwie nie pijalnego), to zawsze można to wylać i zacząć eksperymenty od nowa.

Smutas morelowy

sok z 2 limonek
sok z 3 pomarańczy
4 dojrzałe wypestkowane morele (myślę, że brzoskwinie też się nadadzą)
listki świeżej melisy

Smutas śliwkowy

½ kg czerwonych śliwek
3 łyżki miodu
łyżeczka świeżego tymianku (najlepiej cytrynowego)
drobny lód

Smutas malinowy z płatkami owsianymi

Półtorej łyżeczki płatków owsianych zalać ½ szklanką gorącej wody i zostawić na 10 minut.
Zmiksować ze szklanką malin, 2 łyżeczkami miodu i 3 łyżkami jogurtu.

Zielony diabeł

miąższ z 1 awokado
½ ogórka obranego ze skórki i pokrojonego w kawałki
2 łyżki soku cytrynowego
2 łyżki soki z limonek
2 łyżeczki cukru pudru
szczypta soli
1 szklanka soku jabłkowego lub wody mineralnej
2 łyżeczki sosu chili (słodkiego)
kostki lodu


Początkowo nie miałam pomysłu na zagadkę, ale jednak coś znalazłam … o niedźwiadkach. Autor poniższego fragmentu był już cytowany na Kurze, więc myślę, że zgadniecie Panny bez problemu.

Nie za mojej pamięci były dwa niedźwiadki. Te potrafiły kurom piasek sypać, aż gdy kokoszki zbliżyły się, zabijały je łapą – bac! – z ukontentowaniem. Sadownicy przylatywali z wrzaskiem: jeden niedźwiedź na jabłoni siedział i trząsł, a drugi jabłka zbierał i ryczał na Ż., po czym zgodnie szły trząść następne drzewko. Kucharza raz mało szlag nie trafił: wyszedł na chwilę z kuchni, a wróciwszy- zastał Misia mieszającego rozrobione ciasto, do którego sam wlał hładysz śmietany. (…). Przemyślni misiutkowie z zamiłowaniem uprawiali polowanie na pastuchów: wyczekawszy w krzakach, aż ci nakładą kartofli do ogniska i powyjmują z toreb chleb i ser, wypadali z rykiem wielkim i z zadowolonym mruczeniem zasiadali do śniadania.

„Szczenięce lata” Melchiora Wańkowicza. Rozwiązała wczesnym rankiem Żona. Oburzona.

Drogi Przyjacielu

Anna Dobrzyńska

Drogi przyjacielu,

Nie trap zbyt wiele się trudami życia,

Ze mną wszak tyle masz dróg do przebycia.

(…)

Zawsze rozumiem Twoje potrzeby,

I nie oceniam nigdy Twych pragnień,

Pomagam Ci spełniać Twoje marzenia,

Jak Ty nie lubię tego co marne.


W Tobie pokładam mą troskę, nadzieję,

I wierzę w Ciebie, gdy inni nie wierzą,

Pomocną dłoń daję, pocieszam, ratuję,

Twe sprawy codzienne na sercu mi leżą.


Dopóki Ty ze mną – ja się nie odwrócę,

Cenić i wspierać Cię nie przestanę,

W problemie pomogę, troski rozbiję,

Przy mnie nic złego Ci się nie stanie.


Zdania nie zmieniam, humorów nie miewam,

Pomysłów mam wiele i nigdy nie zwodzę,

Spraw nigdy nie gmatwam, nie komplikuję,

Wszystko załatwiam, pomagam, nie szkodzę.


Zabiorę Cie w góry, zabiorę nad morze,

Gdzie plaża szeroka, gdzie ludzie są piękni,

Pomogę odpocząć, ugoszczę w luksusie,

Gdzie życie się kręci, gdzie krew w żyłach tętni.

 

Podobno, tak mówią, że przyjaciela

W biedzie spotykasz i tam go poznajesz,

A ja Ci mówię, gdy ze mną się trzymasz,

Bieda Ci obca i jej nie zaznajesz.


Wszystkiego dobrego, niech Ci się wiedzie,

Trzymaj się ciepło, życzę Ci zdrówka,

Niech wiatr z sił całych wieje w Twe żagle,

Pozdrawiam serdecznie,

Twoja Gotówka.

 

Film Polska 2019

 

 

 

14. Polnisches Filmfestival filmPOLSKA (24.04.-01.05.2019)

Das spannendste Kino in Europa

Mit über dreißig Filmen zeigt vom 24.04.-01.05.2019 das größte polnische Filmfestival außerhalb Polens, was die zeitgenössische polnische Filmkunst zu bieten hat. Die Filmemacherinnen und Filmemacher Polens reflektieren in ihren Werken wichtige gesellschaftliche Themen und halten dem Publikum einen Spiegel vor. Festlich eröffnet wird filmPOLSKA 2019 am Abend des 24.04. im Babylon am Rosa-Luxemburg-Platz.

Seinem Alter entsprechend zeichnen den 14-jährigen Festivaljüngling Frische und Frechheit aus – vor allem durch Filme in der Sektion Neues Polnisches Kino. Im Fokus des Wettbewerbs stehen Werken des polnischen Regienachwuchses, darunter „Werewolf“ (Regie: Adrian Panek), „Nina“ (Regie: Olga Chajdas) und „Fugue“ (Regie: Agnieszka Smoczyńska). Im diesjährigen Kurzfilmprogramm wird mit einer Auswahl an Kurzfilmen unterschiedlicher Formate und Genres das Produktionsstudio Munk Studios aus Warschau vorgestellt, die als Schmiede junger Talente große Anerkennung erlangt hat.

Die diesjährige Retrospektive widmet sich dem Filmschaffen des  Altmeisters Krzysztof Zanussi. Anlässlich seines 80. Geburtstags eröffnet filmPOLSKA am 26.04. im Zeughauskino in Anwesenheit des Regisseurs eine Werkschau mit seinen Filmen aus den 70er Jahren, die zum „Kino der moralischen Unruhe“ zählen. Zanussis Filme spannen eine philosophische Welt auf und widmen sich den großen Fragen der Aufklärung und Menschheit.

Gelten in Zanussis Betrachtung der Welt noch Verhaltensregeln und Moral, zerbrechen sie bei Wojciech Smarzowski. Der Regisseur geht kritisch und radikal mit aktuellen sozialpolitischen Themen um (z.B. „Haus der Finsternis“, „Die Hochzeit“, „Klerus“). Seinem besonderen Blickwinkel auf die Welt, die aus den Fugen geraten ist, ist die Hommage „Die Welt nach Wojciech Smarzowski“  gewidmet.

Dieses Jahr wird filmPOLSKA von der Ausstellung „Krzysztof Komeda. Meine süße europäische Heimat“ begleitet. Bereits ab dem 16.04. sind in der Galerie des Polnischen Instituts Noten, Partituren, Fotografien und Filmetüden mit Musik des außergewöhnlichen Jazzmusikers zu sehen und zu hören. Zu seinen bekanntesten Stücken zählt „Rosemary‘s Lullaby“ aus Polańskis einst gefeierten Streifen „Rosemary’s Baby“ (1968).

Krzysztof Komeda – Lullaby – (Rosemary’s Baby – 1968), gesungen von Mia Farrow


Über die Vergabe des filmPOLSKA 2019-Filmpreises werden die Kamerafrau Bernadette Paassen, der Filmkritiker Patrick Wellinski und die Filmemacherin und Kuratorin Dorothee Wenner entscheiden. Sieben Filme gehen im Wettbewerb ins Rennen. Der Gewinner wird am 01.05. um 21 Uhr im Filmclub K18 Berlin gezeigt.

Die zur Wahl stehen folgende Filme: Fuga / Fugue von Agnieszka Smoczyńska, Wilkołak / Werewolf (R: Adrian Panek), Nina (R: Olga Chajdas), Atak paniki / Panic Attack (R: Paweł Maślona), Córka trenera / A Coachs’s Daughter (R: Łukasz Grzegorzek), Over the Limit (R: Marta Prus), Via Carpatia (R: Klara Kochańska und Kasper Bajon).


14. filmPOLSKA – 24.04.-01.05.2019 – www.filmpolska.dewww.facebook.com/filmpolska.berlin

Veranstalter:
Polnisches Institut Berlin, Burgstraße 27, 10178 Berlin, Tel.: 0049 30 24 75 81 0
berlin@instytutpolski.org, www.polnischekultur.de


Heute:

  1. filmPOLSKA Festivaleröffnung: Eröffnungsfilm und Gäste

Filmkritikerin Margarete Wach für ihr Engagement für das polnische Kino geehrt

 

 

Am 24. April wird der Auftakt des größten Festivals des neuen polnischen Kinos außerhalb Polens gefeiert. Im Babylon am Rosa-Luxemburg-Platz werden Małgorzata Bochwic-Ivanovska (Polnisches Institut Berlin) und Kirsten Niehuus (Medienboard Berlin-Brandenburg) das 14. filmPOLSKA eröffnen. Im Rahmen der Eröffnungsgala werden Jury-Mitglieder Bernadette Paassen, Patrick Wellinski und Dorothee Wenner vorgestellt. Die Filmkritikerin und Journalistin Margarete Wach wird für ihr Engagement für das polnische Kino und die deutsch-polnische Filmvermittlung gewürdigt. Im Anschluss feiert der Film 7 Uczuć / 7 Gefühle / 7 Emotions von Marek Koterski in Anwesenheit des Produzenten Włodzimierz Niederhaus, des Stardarstellers Robert Więckiewicz und des Komponisten Arkadiusz Grochowski seine Berlinpremiere.

Der Film 7 Uczuć / 7 Gefühle bekommt seinen Koterski-typischen surrealistischen Einschlag dadurch, dass alle Rollen bis in die kleinsten Nebenfiguren mit Erwachsenen besetzt sind. Die Hauptfigur, Adaś Miauczyński, erfährt von seiner Psychologin, dass er unzufrieden mit seinem Leben sei, weil er als Kind nicht gelernt habe, mit sieben elementaren Gefühlen umzugehen: Angst, Wut, Trauer, Freude, Ekel, Eifersucht und Scham. Miauczyński macht sich also auf eine Gedankenreise in seine Kindheit, in die Zeit der anbrechenden Pubertät.

Etnologia jest dyscypliną

Irena Kabat
Organizatorka zjazdu napisała do nas w mailu:

100 lat etnologii na uniwersytecie w Poznaniu celebrowaliśmy w dniach 8-14 kwietnia 2019 roku. Program obejmował ogólnopolską konferencję naukową, wystawę fotograficzną w przestrzeni miasta, zajęcia dla licealistów, debatę wokół transformacji roku 1989, wieczór projekcji filmów z naszego archiwum oraz Zjazd Absolwentek i Absolwentów Studiów Etnologicznych. Na tę okazję powstały jubileuszowe gadżety, specjalne wydawnictwo, a także wystawy “Nasi w mediach” oraz “Pozdrowienia z terenu”. Świąteczny tydzień wypełniała muzyka: od Szamotulan i ich wieloosobowego wesela, poprzez muzykę dudziarską,  jazzowe standardy po specjalny, multimedialny koncert Kapeli ze Wsi Warszawa. Staraliśmy się bardzo, by było godnie, różnorodnie, radośnie i głośno. Mamy szczerą nadzieję, że udało nam się pogodzić powagę z zabawą, a wszystkim uczestnikom wydarzeń zapewnić wspaniałe przeżycia. Dziękujemy, że byliście z nami!

Zdjęcia: absolwentka Etnologii UAM , Zosia Kędziora https://drive.google.com/drive/folders/1WkZwb2Qh8xrU58M27eUL3_NWZ37hh8qR?usp=sharing

Film: http://etnologia.amu.edu.pl/studenci/czym-jest-dla-ciebie-etnologia-film-przygotowany-z-okazji-100-lecia-etnologii-uam/


Było miło i wesoło, ale było też poważnie, bo etnologia jako dyscyplina znika właśnie z krajobrazu nauki polskiej wskutek decyzji ustawodawcy. Ustawa 0.2, produkt biura ministra Gowina (PiS), zakłada wpakowanie wszystkich nierentownych a obdarzonych potencjałem buntu nauk humanistycznych, jak religioznawstwo czy etnologia, do wspólnego worka, nazwanego “nauka o kulturze”.  Spowoduje to zlikwidowanie, a co najmniej, jak się słyszało w wystąpieniach, zamazanie profilu tej nauki. I to akurat w czasach, gdy rola antropologii kulturowej i socjologii etnologicznej wzrosła tak niepomiernie, iż uważa się ją za kluczową dyscyplinę w procesie integracji społecznej i międzykulturowej.

Przedstawiam Czytelnikom aktualnie się rozgrywający i w opinii publicznej niemal nie zauważany protest etnologów, który, zgodnie z zasadami political corectness, jest napisany tak, żeby nie szarpać i nie złościć ponad miarę. Zapewniam jednak, że to co słychać było z trybuny i w kuluarach Piątego Zjazdu Etnologów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu (13-14 kwietnia 2019) było ostre, bezpardonowe i budziło szacunek. Gdy się zobaczy ten protest w proeuropejskim kontekście politycznym, okazuje się, że tytułowe hasło to takie współczesne Ah! Ça ira.

To my – na stulecie.

Marcin Skupiński
Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie Warszawskim
Zdjęcie pod tekstem:
Tomasz Białecki
II rok studiów, Instytut Etnologii i Antropologii Kulturowej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

Kilka słów o proteście…/A few words about the protest…

Etnologia, albo Antropologia Społeczno-Kulturowa (dawniej zwana w Polsce również Etnografią), to naukowe, empiryczne studia ludzkiego zróżnicowania społecznego i kulturowego. Jako odrębna dyscyplina naukowa wykształciła się pod koniec wieku XIX i na początku XX, przy znacznym udziale polskich naukowców takich jak Maria Antonina Czaplicka czy Bronisław Malinowski. Niestety w czasach PRL-u antropologia została uznana za „burżuazyjną naukę”. Pozostawiono jedynie etnologię, zmarginalizowaną jednak jako naukę pomocniczą historii. Nawet w tym trudnym czasie polskie etnografki kontynuowały studia społeczności ludzkich, tworząc interesujące teorie w oparciu o francuski strukturalizm czy rosyjską semiotykę. Transformacja ustrojowa oznaczała dla polskiej etnologii nowe wyzwania: jak powrócić do globalnej sieci wymiany naukowej? Jak zacząć dialog z badaczami z „Zachodu” na równych zasadach? A przy tym wszystkim nie stracić z pola widzenia zachodzących na bieżąco ogromnych zmian społecznych i kulturowych? Ostatnie trzy pokolenia polskich etnografek i etnografów włożyły ogromny wysiłek w podniesienie poziomu tej dyscypliny w kraju i za granicą. Odnieśli sukces. Dziś polska Etnologia jest rozpoznawalna na całym świecie a w centralnej Europie stanowi jeden z głównych ośrodków nauk etnologicznych i antropologicznych. Najlepszym dowodem niech będzie tegoroczny Kongres International Union of Anthropological and Ethnological Sciences, który odbędzie się w Poznaniu.

Niestety cała ta praca polskich etnolożek i etnologów może pójść na marne za sprawą jednego rozporządzenia ministra*. Etnologia nie jest już rozpoznawalna w Polsce jako oddzielna dyscyplina naukowa. Zostanie włączona do dość rozmytej kategorii „nauk o kulturze i religii” – kategorii, która nie funkcjonuje w żadnym kraju poza Polską. Wraz z tym ruchem, z trudem odzyskana autonomia etnologii/antropologii kulturowej w polskim systemie akademickim zostanie dalej ograniczona a sama dyscyplina – wraz z kulturoznawstwem – zepchnięta do najniższej kategorii uniwersyteckiej „kosztochłonności”. Proces ten zagraża kontynuowaniu w przyszłości przez polskich badaczy długotrwałych badań terenowych – stanowiących od ponad stulecia o specyfice dyscypliny.

Idąc w ślad listów protestacyjnych jakie z całego świata napłynęły do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, oraz studentów/ek i wykładowców/czyń z Poznańskiego Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej, którzy swoją symboliczną akcją zaczęli protest, sprzeciwiamy się stanowczo wymazaniu etnologii i antropologii z polskiej nauki. Jesteśmy studentami/tkami, wykładowcami/czyniami i absolwentkami/ami. Studiujemy, pracujemy i wykładamy w różnych miastach: Poznaniu, Warszawie, Krakowie, Łodzi, Cieszynie, Wrocławiu, Toruniu czy Gdańsku. Protestujemy jednak teraz solidarnie, by powiedzieć NIE wykreślaniu i marginalizacji studiów nad człowiekiem w polskiej nauce!

Zachęcamy wszystkie adeptki i adeptów etnologii i antropologii kulturowej, oraz wszystkie osoby którym na sercu leży dobro polskiego dorobku naukowego do poparcia naszej walki o utrzymanie dyscypliny. Szczegółowe informacje odnośnie akcji protestacyjnych w konkretnych miastach będą pojawiały się na tej stronie – https://www.facebook.com/Og%C3%B3lnopolski-Protest-Etnologii-2290095344591377/

Zapraszamy do jej uważnego śledzenia!


* Chodzi o tzw. ustawę 2.0 o nauce i szkolnictwie wyższym Jarosława Gowina z lipca 2018 roku.

Barataria 113 Paul Emile Machault i…

Kochani, ten wpis jest zasłonką, a czego i dlaczego dowiecie się później. Trzeba tylko cierpliwie doczytać do końca.

Ewa Maria Slaska

Rembrandt i Don Kichot

Tak było. Spotkałam ich obu w Krakowie na wystawie EUROPEUM w starym spichrzu (klasztornym?) Jej motyw przewodni czyli tzw. idea pozostaje nawet po dokładnym zwiedzeniu spichlerza całkowicie niepojęty. No ale był Rembrandt, Pejzaż z miłosiernym Samarytaninem (jedyny Rembrandt w Polsce, którego zresztą już parę lat temu widziałam w Muzeum Narodowym w Szczecinie, a i pejzaż też jedyny – tym razem w dorobku malarza) i był Don Kichot, rzeźba Paula Emile Machault (Francja, 1800 – 1866).

Fajna rzeźba, Don Kichot “jak żywy”. Co go jednak łączy z Rembrandtem?

Sprawdzam i wiem.

Ośrodek Kultury Europejskiej – EUROPEUM

Muzeum Narodowe w Krakowie prezentuje własny zbiór sztuki zachodnioeuropejskiej w XVII-wiecznym Spichlerzu, znajdującym się przy klasztorze oo. Kapucynów.

Ekspozycja w Spichlerzu ukazuje siedem wieków historii sztuki europejskiej na przykładzie ponad 100 obrazów i rzeźb. Zbiory te, gromadzone od założenia muzeum w roku 1879 (głównie jako dary), początkowo nie były objęte jakąś szczególną polityką kolekcjonerską, ponieważ muzeum skupiało uwagę przede wszystkim na dziełach sztuki rodzimej. Sytuacja zmieniła się po wojnie, gdy muzeum nabyło wybitne dzieła malarstwa i rzeźby zachodnioeuropejskiej.

Do 2010 roku zbiory sztuki europejskiej MNK prezentowane były razem z kolekcją Czartoryskich. To sprawiło, że Dyrekcja MNK postanowiła utworzyć samodzielną ekspozycję sztuki europejskiej w budynku Spichlerza.

Ośrodek Kultury Europejskiej EUROPEUM pełni też funkcje edukacyjne i jest jedynym w kraju centrum informacji o zbiorach malarstwa zachodnioeuropejskiego w Polsce. W XXI wieku ma uświadamiać publiczności trwającą od wielu stuleci przynależność do Europy naszej kultury i wielu dziedzin sztuki. EUROPEUM będzie gościć wystawy, imprezy, koncerty, wykłady dotyczące szeroko rozumianej kultury europejskiej.

A za zasłonką

Ryszard Dąbrowski

Hallo,
z okazji początku wiosny, jednego z trzech najważniejszych świąt w szamanizmie, składamy Wam serdeczne życzenia słonecznego słońca, deszczowych deszczy (ale tylko w nocy), obfitych zbiorów i plonów, licznych uśmiechów, dobrego samopoczucia pomyślności oraz ZDROWIA, gdyż „… ile cię trzeba cenić, ten się tylko dowie, kto cię stracił…”.
Jestem w rozterce jakie „pocztówki” dołączyć do tych życzeń lub na jakim i czego odwrocie je zamieścić. Żyjemy teraz w czasach poprawności politycznej, moralnej oraz obyczajowej i każdy nieostrożny krok, zdanie, wypowiedź może się skończyć zerwaniem przyjaźni lub znajomości, co już dwa razy mi się ostatnio przytrafiło. I to mnie! Osobie, która całe swoje świadome istnienie „walczyła” o życie bez cenzury, o prawo czytania, pisania, oglądania oraz wypowiedzi słownej i artystycznej bez jakichkolwiek tabu. Często, zarówno w Polsce jak i w Niemczech spotykałem się z tego powodu z porażkami oraz represjami.
Teraz, poprzez nowe ustawodawstwo, powoli zaciska się pętla cenzury wokół internetu i w niezadługiej przyszłości, o tym co tam będzie mogło być publikowane, przeczytane oraz obejrzane, będą decydować filtry algorytmiczne, „logarytmiczne”, „całkowe” oraz „różniczkowe”. Już teraz przybiera to niekiedy komiczne rezultaty.
Szamańskie święto wiosny, kiedy przyroda budzi się do życia a wszystkie organizmy zwiększają swoją aktywność, obchodzone jest w katolicyzmie jako Święta Wielkanocne i w ikonografii symbolizuje je pisanka, baranek oraz zając.
To pierwsze jest alegorią życia, jego zalążka i narodzin; to drugie zwierzęciem ofiarnym; a trzecie obrazuje płodność.
Doszedłem do wniosku, iż najadekwatniejszym przedmiotem łączącym wszystkie te trzy stworzonka boże powinno być jakieś dzieło sztuki. Najbardziej do tego się nadającym, wydał mi się obraz „Pochodzenie świata” (L’Origine du monde) Gustava Courberta (1819–1877) z 1866 roku znajdujący się w Musée d´Orsay w Paryżu – pocztówka „01”.
Uwaga! po obejrzeniu tego, co w linku, wrócić strzałką w lewym górnym rogu z powrotem do tekstu – bo nadal są sprawy ważne i ciekawe
 
Ten naturalistycznie namalowany anatomiczny fragment ciała kobiety, umiejscowiony w środku obrazu, kontrastuje poprzez jasną karnację skóry z brązowym tłem i dobitnie uzmysławia widzowi, skąd się wzięła cała ludzkość, a pośrednio także i to dzieło oraz wszystko co nas otacza.
Jest to również abstrakcyjne zaproszenie do aktu seksualnego, filozoficzna refleksja oraz kapłański pokłon w kierunku kobiety, a także jakże ważnego obszaru naszego życia.
Ale… czyż ten srom nie mruga zalotnie w naszą stronę?
Obraz ten powstał na zamówienie tureckiego dyplomaty, znawcy i kolekcjonera sztuki, Hali Şerif Paşa. Świadkowie epoki oraz uczeni w sztuce spierają się do dzisiaj, która z kochanek ich obojga została tutaj tak realistycznie przedstawiona oraz twierdzą, iż jest to tylko fragment większej kompozycji, której „obcięta” została głowa.
(Ciekawym polecam prześledzenie w internecie dalszych dziejów tego dzieła sztuki; kilkakrotne zmiany właściciela, przechowywany w schowku za zasłoną obrazu ze śnieżnym „landszaftem” z kościołem, okupację niemiecką przetrwał w sejfie w Budapeszcie, skonfiskowany przez Rosjan, sprzedany na czarnym rynku jego prawnemu właścicielowi, przeszmuglowany w 1946 roku do Paryża, po wędrówce przez USA i kilka rąk, w 1995 trafił do paryskiego muzeum.)
Obraz Courberta fascynował i inspirował także Marcela Duchampa, Balthasara Burkharda, Jaquesa Tardi, Tatjanę Ostojić, Liv Strömquisto oraz wielu, wielu innych.
Powstała też parafraza tej słynnej „ikony”; w setną rocznicę wybuchu pierwszej wojny światowej, artystka Orlan (Mireille Suzanne Francette Porte) namalowała z podobnej perspektywy męski akt z fallusem pod tytułem „Pochodzenie wojny” (“L’origine de la guerre”).
Aktualnie w dobie poprawności moralnej, można znaleźć w internecie wersje jakie przedstawia np. pocztówka „02”.
Rok temu, 15 marca 2018, przed sądem cywilnym w Paryżu zakończył się trwający 7 lat proces francuskiego nauczyciela Frédérica Durand-Baïssa, który wygrał przeciwko „fejsbukowi” za ocenzurowanie i zdeaktywizowanie jego konta po opublikowaniu na nim obrazu „Pochodzenie świata”. Sąd uznał winnym giganta mediów społecznościowych, iż uczynił to bez uzasadnionego okresu wypowiedzenia i podania przyczyn. Oddalił jednak roszczenia finansowe nauczyciela oraz żądanie 20 tysięcy Euro odszkodowania.
P.S. Tradycjonalistom przesyłam także tradycyjny filmik „03” o tym jak w Niemczech produkuje się pisanki. Otrzymałem go od „starego”, wiekiem i stażem znajomości, bliskiego kolegi z Monachium.
P.S. 2. W Niemczech, już w piątek, dniem wolnym od pracy, rozpoczęła się czterodniowa obżarcza orgia świąteczna. I o to chodzi „weihnachten-bis”; żadnego zastanowienia, refleksji – rachunek sumienia zostawiając ateistom.

 

Słowo na niedzielę wielkanocną

Kurt Marti

Historia, Wielkanoc

1.

Gdyby Bóg kierował tym
co potocznie
nazywa się historią,
to byłby On tym,
którego potocznie
nazywa się sadystą,
brodzącym przez potoki krwi
od zbrodni
do zbrodni.

2.

A dzisiaj?
Oświecenie poniosło porażkę.
Socjalizm bezradny.
Kościoły skorumpowane.
Czyżby człowiek stał się rakiem Ziemi?
Historia połyka naturę.
Głód postępuje.
Rozwój zbrojeń darowuje nam high-tech.
I nawet krew nie musi płynąć w tej wojnie:
Promienie laserowe karbonizują z szybkością światła
krajobrazy, miasta, ludzi,
spalają bez płomieni,
w ułamku sekundy
wszystko czarne
wszystko zwęglone.

3.

Obojętnie jaki Bóg,
obojętnie jaka by to była historia,
przenigdy nie spełnia się Jego wola
w wyścigu z całkowitym zniszczeniem.
Stwierdzam to, ach tak,
bez dowodu,
stary człowiek z pustymi rękami,
raz wściekły
to znów pełen nadziei,
ciągle pytając:
Wielkanoc,
czy to nie była Wielkanoc?

4.

Jednak nie Dżingis Chan,
nie Napoleon,
ani Gulbenkian, czy Krupp
wstali z martwych.
Pewnemu galilejskiemu prowincjuszowi jednakże
(jak krąży niezmordowana plotka)
miało to się zdarzyć,
jednemu,
który był tak ślepy historycznie,
a może owładnięty świętym szałem,
że kochającym i bezbronnym,
przyrzekł ziemię,
która
– od kryzysu do kryzysu
od wojny do wojny –
wydaje się trwać
w pewnych rękach
władców i bankierów,
wraz z ich spekulantami  zbrojeniowymi
i pięciogwiazdkowymi biurwami.

5.

Tak idę,
jak idę?
Myśląc, pytając:
czy nie było tam Marii z Magdali,
ostatniej pod krzyżem,
pierwszej o świtaniu,
apostoli apostolorum,
podżegaczki wiary,
serca pierwszej wspólnoty?
I idę,
krok za krokiem,
mrucząc, prosząc:
zaraź nas
twoją wytrwałością,
o ty,
wieloimienna Mario,
uczyń pewniejszymi
nasze codzienne kroki
przez prawdę,
której doświadczyłaś:
CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ.

Przełożył i podał do publikacji Tibor Jagielski

Opowieść na sobotę wielkanocną

Teresa Rudolf

Pan Żebrak-Gentelman

Mam swojego Pana Żebraka…
Stoi w St. Pölten na rogu ulicy z laseczką
i wyprostowany, mocno już starszy pan.
Jest zadbany, choć widać, że jego ubrania robią się coraz bardziej przezroczyste
od starości i prania.
Nie ma wyciagniętej zawodowo ręki,
a zdobył moje serce od pierwszego dnia, przed trzema laty, kiedy z zażenowaniem otworzył rękę i zamknął od razu z tą małą sumą ode mnie, pokłaniając się z jakąś niepojętą godnością.
Aż zrobiło mi się głupio, że właściwie za co?
Za następnym razem ukłonił się już z daleka, kiedy zbliżyłam się,
porozmawialiśmy chwilę…
Pochodzi z Rumunii, mówi słabo po niemiecku, przyjeżdża tutaj autobusem spod Wiednia, zbiera pieniądze dla rodziny w Rumunii, gdzie wszyscy są bezrobotni,
a jeden z wnuków jest bardzo chory…
Nie pytałam dlaczego to akurat on “pracuje”
(nie umiem nazwać tego co robi naprawdę żebraniem).
Pan Żebrak informuje często mego męża, kiedy ten obok niego przechodzi,
w którą stronę akurat przed chwilą poszłam…
Mój mąż przejął bez zmrużenia oka,
już teraz “naszego Pana Żebraka” i ucina sobie z nim dłuższe męskie pogawędki…
Któregoś dnia zaczęła się nasza ogromna troska o tego dobrego znajomego,
bo nagle się nie pojawił.
Nie dawało to nam spokoju, bo niby już znajomy, a jednak na tyle obcy,
że nie ma kogo zapytać…
W głowie mieliśmy wszystkie scenariusze, łącznie z tym najgorszym.
Przeżywałam już osobistą żałobę,
pusty róg ulicy napawał mnie prawdziwym bólem serca…
Wspominałam pana gentelmana, ciepło jego oczu.
Oswoił nas tą swoją niewypowiedzianą kulturą.
Z solidarności do niego zaczęliśmy się buntować, gdy na jego miejscu klęczał młody żebrak, z wyciągniętą nachalnie ręką.
Postanowiłam i jestem konsekwetna,
że żaden klęczący lub siedzący na ziemi żebrak nie dostanie grosza, bo stracił całą swoją godność, mając siebie samego za nic.
Zwróciłam już jednemu uwagę, że musi wstać, bo naraża się na inwalidztwo,
spędzając godziny na kolanach na zimnej ziemi.
Zaklął pod nosem i zrozumialam, że to krajan, bo powinnam natychmiast
“kur…a spierd…ć”.
Od paru dni (po prawie półrocznej przerwie), pomimo pochmurnego dnia
i deszczu, w St. Pölten zaświeciło słońce:
nasz pan uśmiechnął się już z daleka,
nie chciał wziąć pieniędzy, bo “przecież od znajomych się nie bierze”.
Nie było go długo, bo wnuczkowi się pogorszyło, ale już jest lepiej,
musi więc zarobić na dalsze leczenie.
Zmusiłam go, by w imieniu wnuka przyjął
mały pieniężny wkład w leczenie.
I tak to mam znajomego z Rumunii, który ciężko zarabia na życie
bardzo eleganckim żebraniem…
Kiedy widzę, że idzie ktoś z policji, pędzę już wcześniej, by zdążył się schować w bramie,
aż przejdzie “łapanka”…


Od redakcji: Już kiedyś, wiele lat temu, na jednym z moich, naszych poprzednich blogów ukazał się wpis o takiej przyjaźni – napisała go moja mieszkająca w Kanadzie kuzynka, Małgosia. Przedrukowuję tu ten tekst w całości, bo portal blox.pl, na którym został wówczas opublikowany, właśnie przestaje istnieć i nie wiadomo, co się stanie z tym, co tam wtedy pisaliśmy.

Kanadyjka

Darryl i Muff

Darryla poznałam jakiś rok temu. Zauważyłam go głównie z powodu psa, dużego, czarnego, siwiejącego, który mu zawsze towarzyszył. I z powodu ludzi, którzy z nim gawędzili, śmiali się, obdarowywali różnymi rzeczami. Darryl jest żebrakiem i siedzi na ulicy, którą idę do autobusu po pracy. Waham się tu trochę z użyciem słowa „żebrak”, bo kojarzy mi się ono z aktywnym żebraniem, czyli proszeniem o coś. A Darryl nie żebrze, tylko sobie siedzi. Przed sobą ma czapkę, czasami kubeczek, ale nikogo nie zaczepia, o nic nie prosi (czasami „pożycza”). Myślę, że bardziej pasuje do niego określenie „kloszard”.
W centrum jest sporo takich ludzi, ale jakoś Darryl wpadł mi w oko. Przyniosłam któregoś dnia do pracy ciastka, zostały mi i idąc do autobusu dałam je Darrylowi. Pogadaliśmy chwilę i tak się zaczęło.

Foto: Kanadyjka

Darryl ma około pięćdziesiątki, jest rudy i ma fantastycznie niebieskie oczy. I jest zawsze uśmiechnięty. A pies nazywa się Muff, jest stary i nie lubi, jak go głaskać – gryzie. Nawet Darryla gryzie, podobno jego pierwszy pan się nad nim znęcał.

W związku z tym gryzieniem Darryl opowiedział mi zabawną historię, która mu się przydarzyła. Otóż od czasu do czasu Darryl chodzi do pobliskiego hotelu, żeby skorzystać z toalety. Któregoś dnia, zbliżając się do hotelu zauważył sporą grupę panów w czarnych garniturach kręcących się przed wejściem. Pokazali mu nawet gdzie ma przywiązać psa. Wracając z toalety, kiedy wysiadł z windy zauważył, że z sąsiedniej windy wysiadł nasz premier, Harper. Premier wyszedł z hotelu jednymi drzwiami, a Darryl w sekundę po nim drugimi. I wtedy, ku swojemu przerażeniu, zobaczył, że Harper z wyciągniętą ręką zmierza do przywiązanego psa, najwyraźniej z zamiarem pogłaskania go. Darryl zaczął krzyczeć i biec w kierunku psa, ale okazało się, że za późno. Premier dotknął psa, który złapał zębami za jego rękę. I w tym momencie ochroniarze wycelowali w Muffiego kilka pistoletów. Na szczęście nie strzelili, bo Darryl zdążył dobiec, wytłumaczyć premierowi, że tego psa nie wolno głaskać. Premier przeprosił, ochrona schowała pistolety. Ale co się strachu najadł to jego.

Codziennie Darryl przemierza na piechotę ok. 10 km, aby dotrzeć na swoje miejsce pod ścianą. To jest jego praca.  Jak mi zdradził, nawet się do tej pracy odpowiednio ubiera (ma zniszczone ubranie, potargane włosy, brudne ręce). „Ja, proszę pani, nie zawsze tak wyglądam. Jak wracam do domu to biorę prysznic, wkładam porządne ciuchy, czeszę się. Nie poznałaby mnie pani”.  Dla psa zresztą to siedzenie pod murem to też jest praca, którą bardzo poważnie traktuje. „Jak mi się nie chce wstać w poniedziałek rano, to Muff zwala mnie z łóżka, przynosi mi torbę, którą zawsze noszę ze sobą, i jest gotowy do wyjścia. Nigdy tak się nie zachowuje w weekendy, to jest mądry pies i wie, kiedy mamy iść do pracy.”

W zimie Darryl postanowił, że pies jest już za stary na przesiadywanie cały dzień pod ścianą i powinien „przejść na emeryturę”. Urządził nawet uroczyste pożegnanie psa pod swoją ścianą. I nie udało się. Muff odmawia zostawania w domu i nadal towarzyszy Darrylowi, który tylko rozkłada ręce i śmiejąc się mówi „z nim nie wygram”.

Z Darrylem można rozmawiać o wszystkim, o polityce, o książkach, o ludzkich obyczajach. Złościł się ostatnio na tych, jak się wyraził, „gówniarzy”, którzy okupują różne miasta (Ottawę też).  „Niech któryś z nich usiądzie tu na moim miejscu i posiedzi w każdą pogodę. A potem niech idzie do mojego zapluskwionego domu i zrobi sobie kluski z serem, bo tylko na tyle będzie go stać. Wtedy porozmawiamy.”

Darryla znają wszyscy w okolicy. Niedawno jakaś paniusia zaalarmowała policję, że Darryl znęca się nad psem. Rzeczywiście, Darryl pokrzykiwał na psa i ciągnął go na smyczy, bo pies się uparł, że nigdzie nie pójdzie i tylko krzykiem dało się go do czegoś zmusić. Na szczęście wezwanie odebrał policjant, który zna Darryla  i Muffiego i skończyło się na pokiwaniu palcem. Ta pani po prostu nie wiedziała, że Darryl prędzej sam będzie głodny niż oszczędzi na psim jedzeniu, że Muff ma u Darryla w domu osobistą kanapę do spania, że Darryl niedawno kupił psu dobrego wołowego kotleta na urodziny a sam jadł makaron z serem, że niedawno jeden z przechodniów chciał wziąć Darryla na lunch, a Darryl podziękował i poprosił go żeby mu kupił torbę jedzenia dla psa.

****

Napisałam początek tego tekstu już dawno, ale jakoś nie mogłam się zdecydować na jego opublikowanie. Teraz chyba jednak nadszedł czas, bo Darryl jest bardzo chory (chociaż ciągle siedzi pod murem), ale nie wiem jak długo to będzie trwało. Powiedział mi zresztą, że dopóki pies żyje i on będzie żył, ale jak psa zabraknie to życie straci sens.


Od adminki: gdy przygotowywałam ten wpis wczoraj czyli w Wielki Piątek, znalazłam na Facebooku jeszcze jeden tekst na temat “innych” żebraków. Kradnę go, żeby go tu opublikować:

Jacek Dehnel

Albo kiedy w pierwszy naprawdę ciepły wieczór wiosny odprowadzacie przyjaciela na autobus i przy Nowym Świecie podchodzi do was zawiany miejscowy pan pijakożebrak i mówi:
– Chciałem powiedzieć, że Wielkanocy w tym roku nie będzie. Unia Europejska skasowała. Ale będziemy mieli za to drugie Halloween. I po chwili milczenia dodaje:
– Jako przewodnik warszawski pragnę zwrócić uwagę panów na ważny element piękna Warszawy, często w oprowadzaniu pomijany – tu ręką robi teatralny ruch w górę – Księżyc!

Foto: Jacek Dehnel

Pierwsza w tym roku wiosenna pełnia księżyca czyli Wielkanoc.