Z wolnej stopy 9

Zbigniew Milewicz

Polacy nad Dźwiną

Rozmawiają ze sobą dwaj starsi panowie: rozumiem, mówi jeden, twoja pierwsza żona miała żydowskie korzenie, przy niej zrobiłeś swoją zawodową karierę. Druga była Ukrainką, wesołą kobietą i namiętną kochanką, rewelacyjnie gotowała i na nic w domu nie narzekałeś. Nie pojmuję wobec tego, po co ci jeszcze Łotyszka… A ty wiesz – odzywa się drugi – jak one świetnie dbają o groby?

Tę anegdotę opowiedziała mi kiedyś Aina, po polsku Ania, moja dobra znajoma, kiedy jeszcze mieszkała w Monachium. Pracowała tu jako opiekunka starszych osób, ale w końcu i jej zabrakło sił i kilka miesięcy temu wróciła na Łotwę, do swojego domu i wyuczonego zawodu nauczyciela-gastronomika. Kiedy przeczytała mój wpis o Bitwie Warszawskiej, odwrotną pocztą dostałem zdjęcie mogiły polskich legionistów z cmentarza w Ezernieki, niedaleko Daugavpils, Polaków poległych w bitwach z bolszewikami o niepodległość Łotwy. Miejsce ich pochówku prezentowało się godnie i wtedy przypomniała mi się przytoczona anegdota. Ktoś powie, że nad czyimś grobem nie wypada żartować i może będzie miał rację, ale jak miejsce jest zadbane, to chyba można się uśmiechnąć. Zmarli za życia też to robili.

Foto: Aina Jakovele

Kampania Łatgalska to mniej znany epizod wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku, więc chciałbym poświęcić mu przynamniej kilka zdań. Na początek – miejscu, czyli Łatgalii. Jest to historyczna nazwa jednej z czterech dzielnic Łotwy, wspartej o brzeg rzeki Dźwiny .Jest wielonarodowa, oprócz Łotyszy, Białorusinów, Niemców i innych nacji od XVI wieku mieszkali tu Polacy, a w okresie zaborów przybyli Rosjanie. Ze względu na swoją ponad 200-letnią przynależność do Rzeczpospolitej Obojga Narodów nazywano ją Polskimi Inflantami, który to status utraciła po I rozbiorze Polski w 1772 roku, gdy została wcielona do Rosji. Ludność polska zamieszkująca Łatgalię to była głównie drobna szlachta i chłopstwo. Szlachta Inflant Polskich, pochodząca z rodów rycerskich kawalerów mieczowych, miała korzenie niemieckie, lecz związana była licznymi węzłami cywilizacyjnymi z Polską. Z czasem uległa gruntownej polonizacji, dostarczając szeregu zasłużonych Rzeczpospolitej rodów, w tym: Tyzenhauzów, Grothusów, Rejtanów, Denhoffów, Korffów, Romerów, Mohlów, Weyssenhoffów, Platerów, Manteufflów i innych. Nawet w okresie zaborów dominowały tu polskie wpływy kulturowe i gospodarcze, których przewaga zakończyła się dopiero w czasach niepodległości Republiki Łotewskiej w międzywojniu, ale polska obecność cywilizacyjna jest nadal widoczna.

Bez Polaków Łotysze nie świętowaliby dzisiaj stulecia uzyskania niepodległości. We wrześniu 1919 wojska generała Śmigłego-Rydza, wchodzące w skład Frontu Litewsko-Białoruskiego, podeszły pod Dyneburg, stolicę Łatgalii, i po miesięcznych walkach wyparły bolszewików za Dźwinę. Były to tereny okupowane przez bolszewicką 15 Armię. Wojsko Polskie stanęło przed dylematem: jeśli bolszewikom udałoby się tam utrzymać, umocniliby łączność między 15 a 16 Armią, od lutego walczącą z Polakami. Gdyby miasto zdobyły wojska generała von der Goltz, umocniłyby się niepożądane przez rząd polski wpływy niemieckie w państwach bałtyckich. W związku z tym jedynym korzystnym dla Polski wyjściem był sojusz wojskowy z Łotwą. Dnia 30 grudnia 1919 roku podczas rozmów w Rydze osiągnięto porozumienie, na mocy którego Wojsko Polskie miało pomóc Łotyszom w ich walce z Armią Czerwoną. Poza politycznymi korzyściami porozumienia były i operacyjne, w postaci skrócenia frontu wschodniego, poprzez zwinięcie jego długiego odcinka wzdłuż Dźwiny i oparcie lewego, polskiego skrzydła o sprzymierzoną armię łotewską.

Bitwa o Dyneburg, Dźwińsk, Daugavpils rozpoczęła się w ostatni dzień 1919 roku i zakończyła 3 stycznia 1920 roku pełnym sukcesem wojsk polsko-łotewskich. Prowadzono ją w trudnych warunkach klimatycznych, przy 35-stopniowym mrozie i obfitych opadach śniegu, i, jak to na wojnie, za cenę strat ludzkich i materiałowych. W trakcie transportu dział przez zamarzniętą Dżwinę, załamał się lód i wielu legionistów zginęło w nurtach rzeki wraz ze sprzętem, albo zmarło później na skutek odmrożeń, inni padli od kul przeciwnika. Ogólnie szacuje się, że w czasie Kampanii Łatgalskiej poległo około 500 polskich legionistów. Są pochowani w różnych łatgalskich nekropoliach. Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski docenił bohaterstwo uczestników operacji, która przyniosła Łotwie niepodległość, polecając umieścić ich na pierwszych miejscach listy odznaczonych krzyżami Virtuti Militari, za walki lat 1919–1920.

W czasach ZSRR, kiedy Łotwa była jedną z radzieckich republik, większość populacji miasta Daugavpils stanowili Rosjanie. Podobnie jest i dziś, mimo że to już strefa Schoengen. Dzisiaj Daugavpils (w wolnym tłumaczeniu miasto nad Dźwiną) liczy ponad 100 tysięcy mieszkańców, przy czym Łotysze stanowią około 17 procent jego populacji, a Polacy ok. 15 proc. Prapradziadek (po mieczu) Ainy, czyli Ani, która mieszka 40 kilometrów od Daugavpils, był Polakiem, nazywał się Luns. A jej ojciec szczycił się tym, że ma polskie korzenie i choć sama Aina uważa się za stuprocentową Łotyszkę, to coś ją czasami ciągnie na mszę w języku polskim, odprawianą w jednym z kościołów w Daugavpils, do polskich przepisów kulinarnych w internecie, albo do przebojów Anny German w oryginale, czyli nie do końca jej te lechickie geny gdzieś wyparowały.

– Przyjeżdżaj w gości – zaprasza. – Pokażę ci wszystkie polskie miejsca u nas, gimnazjum imienia Piłsudskiego, kościoły, groby…

Do tych ostatnich podchodzę z pewną rezerwą, ale kto wie, może dam się zaprosić.

Reblog o ogrodach (wystawa) / Gärten (Ausstellung)

Wystawa wirtualna: Ogrody w oczach artystów polskich i niemieckich
Virtuelle Ausstellung: Gärten in den Augen deutscher und polnischer Künstler

Uwaga: Kliknięcie w obraz Teresy Murackiej Park przekieruje nas do wystawy
Achtung: durch einen Klick aufs Bild von Teresa Muracka gelangen wir in die Ausstellung

Fundacja Pokolenia Pokoleniom i Policultura Verein zapraszają na wernisaż kolejnej odsłony wystawy OGRODY POLSKO-NIEMIECKIE OCZAMI ARTYSTÓW,

Vernisage
Freitag / w piątek, 04 września / September godz./ um 18:30 Uhr

Partner projektu: Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Maseczki mile widziane, w zachowaniu rekomendowanego dystansu (pandemia covid) pomoże możliwość rotacyjnego oglądania wystawy dzięki temu, że przed atelier jest wielki dziedziniec.
Bitte kommeth mit den Masken!

Reblog o podróżowaniu

Ni stąd ni z owąd dostałam mailem instrukcję z travelbit, klubu podróżników online, jak mam przygotować prezentację o moich podróżach. Nie wiem, dlaczego ją dostałam. Nie jestem podróżniczką, choć bardzo lubię podróże i wędrówki. Zwłaszcza wędrówki. Czasem zdarzało mi się gdzieś bywać w świecie, nikt mnie jednak nigdy do klubu podróżników nie zapraszał. W tym roku zaś, kiedy to największym moim osiągnięciem poza-miejskim była czterodniowa wyprawa na Wdzydze i trzy minirejsy szalupą z przystani Wdzydzki Kąt na wyspę Mały Ostrów (nie ja byłam kapitanem, nie ja żeglowałam, nie ja wiosłowałam), zostaję zaproszona… I teraz się waham, bo może jednak trasa Wdzydzki Kąt – Mały Ostrów ma rzeczywiście, jak twierdzi nasz kapitan, znaczenie ponadczasowe.

Tymczasem, nie mogąc się zdecydować, czy by jednak nie opisać tej Wielkiej Podróży, wchodzę na stronę i czytam sobie informacje o innych Wielkich Podróżnikach…

Reblog

Historia „polskiego” poznawania świata zaczyna się całkiem efektownie

Pierwszy – jeżeli można go tak nazwać – polski globtroter był jednym z głównych uczestników największej zorganizowanej przez Europejczyków w XIII wieku ekspedycji. Nazywał się Benedykt Polak (Benedictus Polonus). Urodził się ok. 1200 toku w Wielkopolsce a zmarł ok. 1280 w Krakowie jako gwardian tamtejszego zakonu franciszkanów. Benedykt uczestniczył w pierwszej europejskiej wyprawie w głąb Azji, która dotarła do Mongolii. Miała ona pionierskie i przełomowe znaczenie w dziejach odkrywania Azji.

Powodem zorganizowania ekspedycji były najazdy tatarskie na Europę. Wobec realnego zagrożenia dla chrześcijańskiej Europy, papież Innocenty IV postanowić wysłać specjalną misję do wielkiego chana. Miała ona spowodować zaniechanie najazdów na chrześcijańskie kraje, a także nawrócić chana i jego poddanych na wiarę Chrystusa. Ponieważ wiedza Europejczyków o wnętrzu Azji była w tamtych czasach, co najmniej mglista, dodatkowy cel wyprawy stanowiło zdobycie informacji o trybie życia, wierzeniach, obyczajach i organizacji państwa Mongołów.

Misja papieska wyruszyła z Lyonu 16 kwietnia 1245 roku a jej kierownikiem został Włoch Giovanni da Pian del Carpine. Benedykt Polak był bardzo ważnym uczestnikiem ze względu na wiedzę i kontakty. Ekspedycja 18 listopada 1247 roku wróciła do Lyonu. Wysłannicy spotkali się z wielkim chanem, który jednak odpowiedział odmownie na list papieża. Co więcej, zażądał przybycia do swojej stolicy wszystkich władców Europy celem złożenia mu hołdu.

Mimo to wyprawa była sukcesem, gdyż zdobyła bezcenne informacje pozwalające przygotować opisy odwiedzanych krain. Według przeprowadzonych badań, powstały trzy relacje. Najobszerniejsza „Historia Tartarorum” (rękopis znajduje się w posiadaniu Uniwersytetu Yale) przypisywana jest właśnie Benedyktowi Polakowi. Należy pamiętać, że wyprawa Benedykta miała miejsce ponad ćwierć wieku wcześniej niż znacznie bardziej znana wyprawa Wenecjanina Marco Polo. Fachowcy twierdzą także, że „Historia Tartarorum” Benedykta jest bardziej rzetelna niż „Opisanie świata” Marco Polo.

W roku 2004 śladami Benedykta Polaka wyruszyła wyprawa zorganizowana przez Roberta Szyjanowskiego ze Szczecina. Była ona efektem fascynacji osobą pierwszego polskiego globtrotera, ale także wieloletnich badań i przygotowań. Wyprawa trwała trzy miesiące (czerwiec-wrzesień) i przebiegła trasą opisaną przez Benedykta (www.benedyktpolak.org).

 

Ciąg dalszy TU

Über Bord

Krzysztof Jagielski

1.

Ende Juli des Jahres 1980 gab es Streiks im Gdingen, dann in Lodz und Warschau.
Die Regierung versuchte durch die Erhöhung der Löhne die Situation zu dämpfen.
Es schien als ob diese Politik Früchte tragen würde; dazu kamen kosmetische Änderungen an der Parteispitze. Ich erwartete schon das Ende der Protestbewegungen.

Mitte August, wegen der ausbleibenden Lieferungen, lag mein Schiff, m/s „Dęblin“ an der Rumänischen Kai  in Stettiner Hafen. Es gab keine Streiks; die meisten Matrosen nahmen Frei, und fuhren nach Hause zur Familien ins Umland.
Ohne Druck versorgte ich das Schiff und übriggebliebene Besatzung.
In der Büros trank man Kaffee, plauderte über Streiks, als ob sie auf dem Mond stattfinden würden. Doch die Ruhe war trügerisch; die Menschen waren angespannt und voller Erwartung.

Am 14. August streikten kurz die Fahrer des staatlichen Bauunternehmens Transbud.
Ich hörte abwechselnd die Auslandssender: Voice of America, Radio Free Europe, BBC London etc.
Die Landesmedien berichteten von „erhöhten Arbeitsbereitschaft“, „zusätzlichen Lieferungen“ und „sporadischen Unterbrechungen in der Arbeit“(…).
Am selben Tag kam die Nachricht vom Streik in Danziger Werft. „Streikt, streikt!“ rief ich innerlich.

Am 15. August standen an der Danziger Bucht alle Räder still. Endlich!
Alle telefonische Verbindungen wurden gekappt – unmissverständliches Zeichen, dass die Regierenden die Situation bedrohlich fanden.
Doch was wird in Szczecin? Das Wetter war regnerisch und es schien, als ob sich die Wolken immer mehr zusammenbrauen (…). Ich wusste, es wird etwas geschehen.

Am nächsten Tag traf Ministerpräsident Babiuch vor die Fernsehkameras und bezichtigte die „antisozialistische Kräfte des Aufwiegelung der arbeitendes Volkes“.
Der Erste Sekretär der polnischen kommunistischen Partei, Gierek, unterbrach sein Urlaub auf Krim und flog nach Warschau zurück.
Doch die Lawine rollte und war nicht mehr zu stoppen.

Am Sonntag waren die Kirchen überfüllt; man sang patriotische Lieder: „Freies Vaterland gib uns wieder o Herr…“; das Händedruck wurde stärker, ansonsten schwieg man (…).

Am Montag, den 18.08., fuhr ich Richtung Werft zum Lieferbetrieb „Baltona“.
Schon vor weitem sah ich weiß-rote Fahnen. Ich gab Gas.
Über dem Eingang der Parnica-Werft ragte ein Riesenaufschrift: „BESATZUNGSSTREIK“. Vor und hinter dem Tor – Arbeiter.
Ich schaute; ich schaute lange und spürte plötzlich wie mir die Tränen zu rollen anfingen.

2.

In der „Baltona“ gab es allgemeine, aber freudige Aufruhr.
„Warski–Werft steht!“ schrien die Menschen und fielen sich in die Arme.
Ich war überwältigt und entschloss mich hinzufahren.
Eine Riesenmenschenmenge stand vor dem Haupttor.
Doch es wurde noch nicht gestreikt: „Wir warten auf den Brych, das Fass ist voll“ sagten die Arbeiter (…).
Diese Nacht konnte ich nicht schlaffen.

Dienstag morgen fuhr ich zum Schiff vorbei an Warski–Werft.
Riesenaufschriften: „Streik“; „Wir solidarisieren uns mit den Danziger Werftarbeiter“; „Wir unterstützen berechtigte Förderungen”.
Am Tor, neben dem Werkschutz, standen Arbeiter mit Helmen und weiß-roten Armbinden.
Auch in Parnica-Werft wurde gestreikt.
Im Hafen angekommen bemerkte ich seltsame Ruhe; alle Kräne standen still.
An Bord wurde mir bestätigt – der Hafen steht; auch Reparaturwerft, das Stahlwerk, das Containerfabrik „Unikon“ und städtische Verkehrsbetriebe streikten.
Vor den Geschäften, trotz des Schauerwetters, bildeten sich Riesenschlangen; alle Lebensmittel, bis auf Salz, wurden restlos aufgekauft.

Ich entschloss mich zum Warski-Werft zu fahren.
Am Haupteingang stand eine Menschenmenge; manche schrieben von den an dem Tor befestigten Transparenten etwas ab… Streikförderungen!
Ich fing an mitzuschreiben: „Punkt 1. Gründung der freien und, von der Partei und Regierung,
unabhängigen Gewerkschaften…“
Ich hielt kurz inne und las noch mal… Ja! Freie Gewerkschaften. Endlich…
Dann folgten weitere 35 Punkte.
„Schnell abschreiben“ sagte ich mir „bevor die Stasi kommt“ (…).
Zu Hause angekommen setzte ich mich an die Schreibmaschine und vervielfältigte die Liste bis mir die Finger anschwollen.
Diese Nacht schlief ich wie ein Stein.

3.

Am 20. 08. gab es weiterhin schlechtes Wetter.
In den morgigen Nachrichten von RFE hörte ich Informationen über Verhaftungswelle unter Mitgliedern von KOR, KPN und ROPCiO, der oppositionellen Bewegungen.

Bis zu diesem Tag war ich eigentlich nur ein Mitläufer; zwar ein erklärter Gegner der Kommunisten, doch ohne mich organisatorisch irgendwo zu betätigen.
Ich wäre bereit auf die Barrikaden zu klettern; doch es gab kein Ruf.
Mein Betrieb war fest in der Hand der Parteimitglieder; es gab keine Streikwillige.
Vielleicht streikte man in Gdingen, doch wir wussten von nichts – es gab keine Telefonverbindungen.

Das Wetter wurde so stürmisch, das man von Schiff aus zusätzliche Leinen an das Kai binden musste. Obwohl im sicheren Hafen, tanzte das Boot wie verrückt.
Von einem Zöllner, der bei uns vorbeikam, erfuhr ich, dass gestern gegründete Interbetriebliches Streikkomitee (MKS) die Gespräche mit einer Regierungsdelegation aufgenommen hat; ich entschloss mich zum Werft zu fahren.

Das Haupttor war mit den Blumen übersät; überall National- und Papstfahnen, sowie Riesenbilder von ihm und Madonna von Tschenstochau; auf der Mauer, wo ein Lautsprecher befestigt war, saßen die Arbeiter. Es wurde eine Direktübertragung der Gespräche zwischen dem Streikkomitee und der Regierungsabgesandten vorbereitet.
Plötzlich hörten wir ein Stimme; raunen ging durch die Menge: „Das ist Jurczyk“.
„Wer ist Jurczyk?“ fragte ich. „Der Vorsitzende von MKS“, wurde mir erklärt.
Er bat für eine Schweigeminute für die Gefallenen des Dezemberaufstandes von 1970.
„Genialer Schahzug“ dachte ich, „wie müssen sich wohl die Regierungsvertreter jetzt fühlen?“ Dann kamen die Streikförderungen; Punkt auf Punkt.
Die Antwort des Ministers Barcikowski klang wie kratzen auf Glas; kurz darauf wurden die Gespräche vertagt.

Ich ging an die am Tor stehenden Arbeiter, überreichte die mitgebrachten ein paar Stangen Zigaretten und versprach den Streikenden fünfzig Liter Suppe aus meiner Schiffsküche täglich, und erntete als Dank den harten Händedruck eines Hafenarbeiters.

Übersetzung aus polnischen – T.J.
Fortsetzung folgt in einer Woche 

Über Krzysztof Jagielski (auf Polnisch) HIER

Stettiner Bahnhof

Fragment po polsku na samym dole

Für heute wurde vom Verein Städtepartner Stettin eine Führung angesagt.
Organisatorin Ela Kargol.

SAMSTAG 22. August 2020
VON 15:00 BIS 17:00

Rund um den Stettiner Bahnhof

Öffentlich & kostenlos · Gastgeber: Städtepartner Stettin e.V.
Von hier fuhren damals die Züge nach Stettin. Er gehörte zu den größten und prächtigsten Bahnhöfen Berlins. Was ist geblieben, was verschwand von der Stadtkarte und warum? Weshalb wurde der Stettiner Bahnhof umbenannt?
Auf diese und ähnliche Fragen antwortet und führt uns durch die Umgebung um den jetzigen Nordbahnhof Dr. Andreas Jüttemann, Autor und Stadthistoriker.
***
Und so ist es gewesen; Impressionen von Artur Jedyński:

Bericht von Ela Kargol:

Ein Spaziergang mit Dr. Andreas Jüttemann rund um den Stettiner Bahnhof.
Früher fuhren die Bewohner Berlins vom Stettiner Bahnhof nach Stettin und weiter an die Ostsee. Jetzt könnte man sich eigentlich die Reise sparen. Ein ostseeähnliches Vergnügen bietet die Appartementanlage Cube Lodges Berlin Mitte direkt auf den ehemaligen Gleisanlagen der Stettiner Bahn. Es gibt genug Sand, aber kein Meer zu sehen, genau wie in Stettin.
Die Liesenbrücke ist sowieso unfahrbar für die Züge, dafür aber sehr fotogenisch. Aus dem Noa Stellwerk wurde eine Denkmalfabrik und der geheime Eingang zum Friedhof über eine Wohnanlage bleibt wie in DDR-Zeiten geschlossen. Geschlossen und zugeschüttet ist auch der Stettiner Tunnel unter dem Park auf dem Nordbahnhof, der erste Fussgängertunnel Berlins. Die Wartehalle im “Kleinen Stettiner” sah heute besonders nobel , fürstlich und einladend aus. Großes Feiern kündigte sich mit prächtigen Blumenschmuck an. Hier würde es vielleicht sogar Alfred Döblin gefallen. Als er mit seiner Mutter aus Stettin nach Berlin kam im Jahre 1888 und auf dem Stettiner Bahnhof ausgestiegen ist, hat ihn die Größe und Pracht des Bahnhofs nicht angetan. Das ganze versmokte Industriegebiet um den Bahnhof, genannt Feuerland, hat ihn mehr erschrocken als begeistert.

Danke an Andreas Jüttemann für die interessante, informative und vielfältige Führung durch die Gegend um den Stettiner Bahnhof.

***
Kommentarz młodej mamy, która z dwójką dzieci wzięła udział w zwiedzaniu dawnego Dworca Szczecińskiego:

Taki jest właśnie Berlin, jak ta grupa od staruszków z ulicy Szczecińskiej, których wprowadziła w błąd informacja, bo na ulotce był adres Invalidenstr 130, a cała grupa zebrała się przed wejściem, a to był plac Elisabeth Schwarzhaupt 1. I nikt z nas nie sprawdził, czy tam ktoś czeka, bo na ulotce było też napisane, że “przed wejściem do kolejki czyli S-bahny” i tam się wszyscy zebrali. Na szczęście staruszkowie sami nas odkryli. Typowi dla Berlina byli też obaj, polscy zresztą, młodzi ludzie, określeni przez nas jako “galernicy”, z grubymi łańcuchamy zapiętymi na kłódki na szyjach. Bardzo mili i ciekawi młodzi ludzie. Inna starsza pani nie omieszkała na dzień dobry zwrócić Ewie uwagi, że nie wolno mówić obcym ludziom miłych słów, bo nie wiadomo, jak to przyjmą. Ewa się jednak nie przejęła. Dzieci, którym trzeba było obiecać lody i w przyszłości wyjście do parku wspinaczkowego, z całej wyprawy najlepiej zapamiętały tunel i uznały, że to jest loch za kratami, a wyobraźnia podpowiedziała im całą resztę. Następnego dnia malowały taki loch. Berliński poeta ofiarował Ewie kwiaty z własnego ogrodu, którymi Ewa wysmarowała sobie całą białą, płócienną torbę, bo kwiaty okazały się jeżynami. Jedna z młodych dziewcząt z Misji Miejskiej na ulicy Szczecińskiej (Stadtmission Stettiner Strasse) obchodziła bat mizwę, a my braliśmy prawie udział w przygotowaniach. Nie weszliśmy na cmentarz, bo furtka była zamknięta. NRD to jednak NRD.
Jednym słowem, fajnie i rozmaicie. A ukoronowaniem naszej rozmaitości była tęcza.

Myśli

Teresa Rudolf

Myśl w pułapce

Myśl wyleciała nagle,
jak ptak z jego głowy
i siedzi na ramieniu.

Nerwowo dziobie,
straszy, nie daje spać,
czeka na rychły odlot.

Póki co, pyta i pyta,
drąży, chce tej jednej,
jedynej odpowiedzi.

Ten pająk pracowity
tka siatkę rozwiązań,
trzyma w pułapce.

I wszystko wciąż po to,
by wreszcie wiedziec,
co zrobić i nie przegrać.

A życie może wzniesie
“łapkę w górę”, a nie opuści
znów tej “łapy w dół”…

Słuchaweczka

Muzyka w środku nocy
u mnie w uchu, dla mnie,
w  ciszy wielkiej, głośna
w moim cichym wnętrzu.

Raz tańczy, a  raz płacze,
raz zawodzi jak Cyganie,
a raz gra znów, na mego
serca starych bębnach…

Dziś jestem na  koncercie
mych uczuć, biję brawo,
szaleję, wrzeszczę, tańczę
i zamieram nagle w lęku,

co będzie, jeśli ona kiedyś
ucichnie nagle, na zawsze,
bo moje uszy umrą
ze starości…
lub ja…

Reblog: Dem Amulett sei dank

Igal Avidan

Auf den Spuren des jüdischen Mädchens Karolina Cohn
Hörfunksendung


Sobibór

Im November 2016 barg der israelische Archäologe Yoram Haimi auf dem Gelände des früheren nationalsozialistischen Vernichtungslagers Sobibór im heutigen Polen ein silbernes Amulett.


Yoram Haimi

Darauf war der Städtename Frankfurt am Main zu lesen und das Datum 3.7.1929 – und in hebräischen Buchstaben “Mazel tov”.


Karolina mit ihren Eltern Richard und Else (links) im hessischen Bad Orb 1932. In der Mitte Elses Bruder Max Eisemann, ermordet in Majdanek 1943.

Haimi fand heraus, dass das Schmuckstück Karolina Cohn gehört hatte, das als jüdisches Mädchen im Holocaust ermordet wurde. Daraufhin begab sich der Berliner Journalist Klaus Hillenbrand auf die Suche nach den Spuren von Karolina und ihrer Familie.

Links: Der israelische Familienforscher Haim Motzen, der Karolina Cohns Verwandten in aller Welt entdeckte. / Rechts: Klaus Hillenbrand mit seinem Buch „Das Amulett und das Mädchen“

Teil 1

Teil 2

Z wolnej stopy (8)

Zbigniew Milewicz

Romeo i Julia

Kiedy Albert z dochodzeniówki (wspominałem o nim TU) opowiedział mi o tamtej sprawie, postanowiłem pojechać do Będzina i spotkać się z jej bohaterami. Niestety nie mieli ochoty na zwierzenia, dowiedziałem się tylko, że według świętego Pawła miłość jest łaskawa i jedno do drugiego nie żywi o nic pretensji. Starszy pan pozwolił mi zrobić zdjęcie ich domu, jego piękniejsza połowa poczęstowała mnie soczystą gruszką z ogrodu, ale na teren posesji nie wpuścili. Fotografia standardowego, jednopiętrowego domu z czerwonej cegły, wybudowanego w latach 30,  uzyskała mierną ocenę w sekretariacie redakcji Dziennika Zachodniego, więc przedstawiam tylko tekst, który napisałem jesienią 1973 roku, pod tytułem zapożyczonym od pewnego znamienitego Anglika.

Jesień życia wcale nie musi być szara, łzawa i smutna. Ludzie w podeszłym wieku, mimo iż nęka ich reumatyzm, niepamięć, zadyszka, tudzież inne paskudne dolegliwości, nie tak łatwo i chętnie, jakby się na pozór wydawało, rezygnują z uroków tego świata. I mają rację. Nie wierzcie w to, że staruszka uszczęśliwia całkowicie ławeczka, na które w słoneczne dni może wygrzać kości, zbieranie kasztanów dla wnuka, pykanie z fajeczki, czy wspominki z czasów C.K. Być może większości z nich to wystarcza – bo musi – ale niektórym nadal w głowie figle i psoty wieku młodzieńczego a czasem niezwykłe przygody.

On miał 82 lata, jego narzeczona – 79. Żyli sobie razem już parę dobrych lat, mieszkając w schludnym domku jednorodzinnym, w jednej z peryferyjnych dzielnic Będzina. Są zupełnie jak Romeo i Julia, zauważyła kiedyś z przekąsem sąsiadka. Powiedzenie to w mig obiegło okolicę, ludzie je „kupili“ i tak już zostało: Romeo i Julia, choć niewiele w nich było z pary szekspirowskich kochanków. Romeo, żwawy jeszcze mężczyzna, cierpiał na podagrę i niedowidział. Julię trapiła daleko posunięta skleroza. On chodził codziennie rano do piekarni po bułeczki, po śniadaniu słuchał radia, lub wypominań Julii, że nie dba o nią, później krzątał się trochę po domu, jadł obiad, ucinał sobie drzemkę, po niej pogawędkę ze swym rówieśnikiem, mieszkającym naprzeciw, a wieczorem wyrzucał śmieci do kubła. Ona cerowała jego skarpetki, gotowała, sprzątała, szeptała pacierze, wyglądała z okna na ulicę. I tak im płynął dzień za dniem, jeden podobny do drugiego, bezbarwny, monotonny.

Aż nadeszła pamiętna, styczniowa niedziela 1973 roku. Dochodziła akurat godzina 18, na dworze paliły się już lampy, hulał mroźny wicher, a więc, jak łatwo odgadnąć, obydwoje grzali się w domowych pieleszach. Julia opatulona ciepłym swetrem drzemała w plecionym foteliku przy kuchennym piecu, kiedy znienacka poderwał ją na nogi jakiś rumor i przeraźliwy krzyk Romea. Dobiegał z jego pokoju i sądząc z tonu zwiastował jakąś straszliwą tragedię. Co tchu w płucach pobiegła więc tam.

Kiedy  przestąpiła  próg  gabinetu (tak nazywali to pomieszczenie), oniemiała ze zgrozy. Stół i biurko wywrócone były do góry nogami, na podłodze leżały w nieładzie części garderoby i bielizny, wywleczone z szafy, w drugim końcu pokoju dwa połamane krzesła, w rozbitym oknie powiewała firanka. On stał pod ścianą blady, trzęsący się i rwąc resztki włosów z głowy, lamentował:

– Bandyci, złodzieje! Ukradli mi wszystkie oszczędności, na żebry teraz pójdę… Gdzie jest milicja, łapać tych szubrawców!
– Co się stało? – spytała przerażona i już pochlipująca Julia.

Romeo długo nie mógł się uspokoić, w kółko powtarzał te same słowa, aż wreszcie zdobył się na nieskładną relację dramatycznych wydarzeń, które rozegrały się przed chwilą. Z opowieści biedaka wynikało, że siedział sobie przy stole i popijając ziółka słuchał radia, nadawali akurat „czastuszki“, bardzo je lubił. Wtem usłyszał skrzypienie drzwi wejściowych w korytarzu, później stukot licznych butów i nawet nie zdążył wstać z krzesła, kiedy do pokoju wpadło trzech nieznajomych mężczyzn, którzy grożąc mu odebraniem życia zażądali pieniędzy. Powiedział, że nie ma żadnych. Wtedy oni, a wyglądali bardzo groźnie, w rękach trzymali jakieś metalowe sztaby i mieli twarze prawdziwych zbójów, zaczęli się z nim szarpać, poprzewracali meble, a znalazłszy te 30 tysięcy złotych, które miał w biurku, wybili szybę w oknie i wyskoczyli na zewnątrz.

– Na pewno ich widziałaś, kiedy uciekali – przekonywał Romeo Julię. -Tacy wielcy, jeden miał brodę. Musiałaś też słyszeć, jak meble przewracali, przecież dobry masz słuch.

– Myślałam, że mi się to śni – odrzekła Julia po dłuższym namyśle, kiedy Romeo dorzucił jeszcze garść szczegółów na temat owego wydarzenia.

Tego samego wieczoru w ich domu złożyli wizytę, wezwani przez Romea, miejscowi stróże prawa. Dokonali oględzin miejsca napadu, wysłuchali wypowiedzi obydwojga staruszków i spisali protokół. Rozpoczęto dochodzenia, które rychło utknęły jednak na martwym punkcie, gdyż rabusie nie pozostawili po sobie, krom bałaganu w gabinecie, żadnych śladów. Do rysopisu oprychów, podanego przez Romea, pasowało wiele osób, które jednakowoż potrafiły wykazać się alibi, zaś sąsiedzi ofiar napadu nie mogli nic istotnego dorzucić do sprawy. I pozostałaby ona może niewyjaśniona do końca, gdyby pewnego dnia Romeo nie zachorował. Przewieźli go do szpitala i kiedy wydawało się, że jego koniec jest już bliski, poprosił pielęgniarkę, by zadzwoniła po oficera, który prowadził śledztwo w sprawie tamtego napadu. Przyszedł, siadł przy szpitalnym łóżku, zapytał staruszka o  zdrowie i cel, w jakim został wezwany. Na to Romeo, że nie wie, ile mu jeszcze godzin życia zostało, więc chciałby się wyspowiadać. Ksiądz już był, chodzi o inną spowiedź, w sprawie tych 30 tysięcy, które mu mieli zrabować.

– Wymyśliłem to wszystko – rzekł. – Sumienie mi nie dawało spokoju, więc poprosiłem by pan przyszedł, bo chciałem wszystko wyjaśnić.

Długo się zwierzał. Opowiadał najpierw, jak to w młodości, przed wojną, ciężko pracował, po to aby postawić kiedyś własny dom, najpierw jeden, później drugi. Jak przeszedł na emeryturę, sprzedał ten pierwszy, by odłożyć sobie pieniądze na czarną godzinę. Był oszczędny, jego konkubina wręcz odwrotnie. Nazywała go starym sknerą, mówiła, że ją głodzi. Być może miała rację… Namawiała, by dał jej część tych pieniędzy, ale on nie chciał się na to zgodzić. Molestowała go jednak, nalegała. Wpadł więc na pomysł, że spłata jej figla i coś takiego wykombinuje, by odczepiła się wreszcie od jego oszczędności. Wymyślił napad. Tamtej niedzieli, kiedy to zdecydował się zrealizować swój plan, poczekał najpierw aż ona się zdrzemnie, później poszedł do gabinetu, poprzestawiał meble, co było bardzo trudne i na koniec zaczął krzyczeć. Wtedy przybiegła i wszystko jej wmówił.

– No dobrze, a gdzie schował pan te pieniądze? – spytał oficer.
– Mam je tutaj przy sobie, w materacu – odparł staruszek uśmiechając się chytrze. – Jest ich zresztą znacznie więcej, niż podawałem.

W kilka dni po owej „spowiedzi“ stan zdrowia Romea, jak to często bywa w podobnych przypadkach, najwyraźniej się polepszył. Wypisano go ze szpitala i wrócił do domu, do swojej Julii. Ze względu na jego podeszły wiek prawo nie wyciągnęło żadnych konsekwencji z fałszywego donosu. Jak plotka niesie, resocjalizacją Romea zajęła się jednak energicznie Julia i nie ma przy niej teraz nieszczęśnik zbyt łatwego życia. Widać dosięgła go zza grobu zemsta mistrza Williama, że tak zbrukał swym skąpstwem imię wiecznego kochanka.

Tyle stary tekst. Latka lecą, dzisiaj, kiedy sam do osiemdziesiątki mam rzut beretem, chyba lepiej rozumiem Romea.

 

 

 

Wolontariat w Izraelu

Witold Strumpf

Każdy chrześcijanin powinien mieć świadomość, że świat bez Izraela będzie światem bez Boga Izraela.
Abraham Joshua Heschel

Przed kilku laty, będąc u znajomych w Cieszynie, poznałem pewnego Holendra, który właśnie wrócił z Izraela, gdzie spędził kilka tygodni jako wolontariusz w ramach Organizacji Sar-El, czyli Służba dla Izraela. Zainspirował mnie tą ciekawą formą pracy na rzecz kraju i narodu, który przecież jest bliski Bożemu sercu, a tym samym i mojemu. Potrzebowałem jednak dłuższego czasu, aby myśl o takim rodzaju służby dojrzała we mnie i wydała konkretny owoc w postaci decyzji o wyjeździe do Izraela. Stało się to w ubiegłym 2019 roku na przełomie sierpnia i września.

Mój wyjazd poprzedziły przygotowania, których pierwszym etapem było przejście obowiązkowych procedur i formalności wymaganych ze strony Organizacji Sar-El. Na stronie internetowej tej organizacji są wszelkie potrzebne informacje w języku angielskim dotyczące formalności związanych z samym wyjazdem i pobytem w Izraelu. Pod flagą Republiki Czeskiej można odnaleźć telefon kontaktowy, aby te formalności przejść za pośrednictwem czeskiego przedstawiciela Organizacji Sar-El. Po wypełnieniu formularzy oraz uzyskaniu potwierdzenia o niekaralności i pozytywnej opinii od lekarza o stanie zdrowia, trzeba było już tylko poczekać na zgodę Sar-El na wyjazd.

Kiedy otrzymałem zgodę, zarezerwowałem samolot z Pragi do Tel Awiwu oraz lot powrotny. Rok temu, w niedzielę 18 sierpnia szczęśliwie wylądowałem na lotnisku Ben Guriona w Tel Awiwie ok. godziny 4.30 tamtejszego czasu. Odnalazłem miejsce w hali przylotów wyznaczone na spotkanie wolontariuszy, ale trzeba było poczekać do godz. 11.00, aż zjawią się organizatorzy i rozdzielą wolontariuszy do poszczególnych baz wojskowych Armii Izraelskiej, w której miała przebiegać służba.

Wcześnie rano, mając dużo czasu przed spotkaniem, zauważyłem w poczekalni lotniska siedzącego mężczyznę z napisem Sar-El na koszulce. Podszedłem i nawiązałem rozmowę. Był to wolontariusz z Niemiec, który również czekał na spotkanie całej grupy. Przyłączyła się też do nas 17-letnia Czeszka Anička, która przyleciała do Tel Awiwu tym samym samolotem co ja z Pragi. O godzinie 11.00 zjawili się organizatorzy oraz cała rzesza wolontariuszy w różnym wieku. Przybyli z wielu krajów świata.

Przydzielono mnie do grupy, która została przewieziona autobusem do wojskowej bazy medycznej pod Tel Awiwem. Tak rozpoczęła się moja trzytygodniowa służba, polegająca na codziennym przygotowywaniu dla wojska niezbędnych leków, środków opatrunkowych itp., często ratujących życie. Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie życiowe: sam pobyt w bazie wojskowej Armii Izraelskiej jako wolontariusz, codzienne noszenie munduru wojskowego, pierwszego w moim życiu, praca fizyczna przy pakowaniu leków i środków opatrunkowych dla wojska, wspólnie z osobami z różnych krajów. Codzienna, 7-godzinna praca w wielkim upale niezwykle otwiera i zbliża ludzi do siebie. Tak poznałem wielu Żydów z Izraela oraz przybyłych z zagranicy, a także Amerykanów, Węgrów, Czechów, Niemców, Skandynawów, Anglików, Holendrów, Belgów, trudno wszystkich wymienić.

Zaprzyjaźniłem się z ortodoksyjnym Żydem o imieniu Marshall, który przed pięciu laty przybył z Kanady do Izraela. Przez tydzień mieszkaliśmy razem w jednym pokoju i prowadziliśmy bardzo ciekawe dyskusje na tematy związane z wiarą, Biblią, chrześcijaństwem i judaizmem, ale nie tylko. Codziennie o rano chodziliśmy do małej synagogi na terenie naszej bazy wojskowej.

Spotkałem wielu niezwykle ciekawych ludzi. Wszystkich nas łączyło pragnienie czynnej pomocy i służby Izraelowi, dzisiaj tak bardzo zagrożonemu przez islamski terroryzm i nienawiść ze strony wielu krajów. Jedną z takich osób był Daniel z Holandii, którego dziadek podczas II Wojny Światowej uratował 800 Żydów, wystawiając im fałszywe dokumenty. Nasza praca w bazie wojskowej trwała od niedzieli do czwartku. W czwartek rozpoczynał się wolny weekend. Każdy wolontariusz mógł go spędzić w dowolny sposób i w wybranym przez siebie miejscu. Dwa weekendy spędziłem w Tel Awiwie w hostelu Sar-El, a jeden w Jerozolimie, wchłaniając atmosferę tego Świętego Miasta.

Każdemu polecam wyjazd do Ziemi Świętej oraz tę formę służby na rzecz Narodu Wybranego, jaką jest wolontariat.

I będę błogosławił błogosławiącym tobie, a przeklinającym cię przeklinać będę; i będą w tobie błogosławione wszystkie plemiona ziemi.
1Mż 12,3

 

 

Ludzie nocy

W najbliższy piątek, 21 sierpnia minie 25 lat od jej śmierci.
Mama.

Ewa Maria Slaska

Dzieci chcą, żeby rodzice byli tacy jak rodzice innych dzieci. Mnie się nie podobało, że Mama nie wysiaduje z innymi mamami na ławeczce za domem. Mój syn uważał, że mama sąsiada znacznie lepiej gotuje niż ja. Na pewno jest tak, że nawet gdy społeczny konwenans akurat wspiera oryginalną indywidualność, to i tak dzieci będą wymagały od rodziców, by byli oni indywidualni dokładnie tak samo jak rodzice kolegów i koleżanek.
“Wszyscy jesteście indywidualistami”, woła Brian z Życia Briana. “Wszyscy jesteśmy indywidualistami”, odkrzykuje tłum. I tylko jeden człowieczek odważa się podnieść palec, jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi, i zapiszczeć, że nie, on nie.
Wszystko odróżniało Mamę od innych matek. Była dziwna. Była artystką, ubierała się na czarno, miała brudne ręce, gotowała dziwne rzeczy albo nie gotowała wcale, przyjaźniła się z dziwnymi ludźmi, słuchała dziwnej muzyki, jakiej nikt nie słuchał. Spała do trzeciej po południu. Pracowała w nocy. To o niej ta piosenka, idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd

 

Jako młoda osoba nie znałam nikogo, kto by tak jak ona zamienił noc w dzień, aż los rzucił mnie do miasta, którego cała egzystencja oparta jest o tę zamianę. Berlin to miasto sów. Tu wszystko odbywa się nocą, a życie towarzyskie zaczyna się wtedy, gdy skowroneczki takie jak ja już dawno śpią. To dla berlińczyków wymyślono długie noce muzeów, opery, teatru i nauki. Długie noce w ogrodzie botanicznym, nocne pchle targi, pokazy mody o północy, przedstawienia po zmroku na cmentarzach, nocne kina na otwartym powietrzu i noce zakupów w wielkich domach towarowych lub na słynnych ulicach handlowych. Knajpy, w których przez cały dzień można zamówić śniadanie są lewą stroną tej samej rękawiczki.

Oczywiście, wszyscy wiemy, że bezsenność jest konsekwencją życia w wielkim mieście, i że nie przez przypadek tabletkę nasenną i żarówkę wymyślono mniej więcej w tym samym czasie. Miasto generuje ludzi nocy i jednocześnie ich przyciąga, a im jest ich więcej, tym będzie ich jeszcze więcej.
Sympatyczny opis tego, co może w życiu zrobić człowiek, gdy nie może nocą spać znalazłam w powieści kryminalnej Gianrico Carofiglio pt. “Ragionevoli dubbi” (“Ponad wszelką wątpliwość”). Rozdział 18.

O tej porze, była jedenasta wieczorem, było tylko jedno miejsce, w którym mogłem kupić książkę i w dodatku porozmawiać. ‘Osteria del caffelatte’, która niezależnie od nazwy, jest księgarnią. Otwiera się o dziesiątej wieczorem, zamyka o szóstej rano. Księgarz Ottavo był kiedyś profesorem w liceum, cierpiał na chroniczną bezsenność. Serdecznie nienawidził swojej pracy w szkole przez te wszystkie lata, przez które był zmuszony ją wykonywać. Potem pewna stara bezdzietna ciotka, która nie miała innych krewnych, zostawiła mu pieniądze i malutką kamienicę w centrum. Parter i dwa mieszkania na pierwszym i drugim piętrze. Jego życiowa szansa, wykorzystana bez wahania. Wprowadził się na drugie piętro. Na parterze i na pierwszym piętrze otworzył księgarnię. Ponieważ nie mógł spać w nocy, wymyślił takie godziny otwarcia. Absurd, mówiło wiele osób, a tymczasem jakoś mu się wiodło.

Do ‘Osterii del caffelatte’ ludzie przychodzą o każdej porze. Niewielu, ale o każdej porze. Dziwne typy, rzecz jasna, ale przede wszystkim normalni ludzie. Którzy zresztą muszą być najdziwniejsi ze wszystkich, jeżeli kupują książki o czwartej nad ranem.

Stoją tam trzy stoliki i mały barek. Jeśli chcesz, możesz coś wypić albo zjeść kawałek ciasta, które Ottavio piecze po południu, przed otwarciem. Wczesnym rankiem można zjeść na śniadanie to samo ciasto, popijając kawą z mlekiem. Jeśli jesteś w księgarni w chwili zamknięcia, Ottavio daje ci to, co zostało z ciasta, mówi do jutra, zamyka i potem przed wejściem wypala jedynego papierosa tego dnia. Potem spaceruje po budzącym się mieście i kiedy inni zaczynają pracę, on idzie spać. Bo w ciągu dnia udaje mu się zasnąć.

Tłumaczyła z włoskiego Joanna Wachowiak-Finlaison.

Continue reading “Ludzie nocy”