Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Krystyna Koziewicz

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

Wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale to ważne, nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powodują, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w siną dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Przytoczony powyższy tekst napisany został w 2005 roku, kiedy na świecie życie toczyło się w miarę normalnie. Grudzień 2020 to zupełnie inna rzeczywistość, z którą każdy z osobna musi na swój sposób zmierzyć się, zaaranżować święta mając na uwadze obowiązujący reżim sanitarny. Magiczne iluminacje świąteczne, które wprowadzały nas w nastrój świętowania w tym roku wieczorową porą czarują jedynie puste, bezludne place i ulice. Jarmarki Bożonarodzeniowe, cieszące się zawsze ogromną popularnością wśród mieszkańców Niemiec, przeniosły się do Internetu, gdzie można zakupić dekoracje, prezenty, smakołyki. Tylko w gdzie niegdzie ostał się jakiś świąteczny targ, ale już bez możliwości wypicia wina korzennego. W domach towarowych gołym okiem widać ograniczoną ilość kupujących, większość przerzuciła się na zakupy online, czyli kupowanie „kota w worku”. Tak samo koncerty adwentowe, spotkania wigilijne w zakładach pracy czy spotkania Mikołajowe, wszystkie rozrywki przedświąteczne ostały się w tym roku jedynie w formie cyfrowej. Człowiek człowieka musi unikać, jak diabeł święconej wody, bo nuż złapie koronowirusa, którego nie obchodzą święta. Media coraz głośniej donoszą o prawdopodobnym wprowadzeniu całkowitego lockdownu jeszcze przed świętami. Czeka nas zatem perspektywa pozostania w domu czyli celebrowania okresu świąteczno-sylwestrowego w okrojonym składzie, często bez najbliższych, często samotnie. Nasze zwyczaje świąteczne musimy zweryfikować w zgodzie z „pakietem regulacyjnym”. Zabraknie nam ducha świąt, nie traćmy jednak nadziei, jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Wesołych Świąt!

Z wolnej stopy 25

Zbigniew Milewicz

Marynarskie Tango

Jeszcze jeden kurs na Mariacką (dwa poprzednie były TU i TU), a to z powodu różnych oryginałów, którzy tam mieszkali, lub bywali i miejsc. Ludzie nadają miejscom charakter, na przykład bar, który mieścił się przy Mariackiej 3 i nazywał Pod Trójką, gromadził typy ze śródmiejskiego półświatka. Tam przychodzili złodzieje, paserzy, sutenerzy ze swoimi kobietami, ale także zwyczajni ludzie, którzy chcieli napić się taniej wódki, bo na droższy lokal nie było ich stać. W ramach PRL-owskiej kampanii o wzrost kultury spożycia alkoholu, w lokalach gastronomicznych trzeba było charę zakąszać, obowiązywały określone normy; na jedną pięćdziesiątkę przypadał o ile pamiętam co najmniej koreczek serowy, albo pół jajka na twardo, ale ser był trochę tańszy i jak się wchodziło do baru, to jechało gołdą w płynie i naturze, a w powietrzu można było zawiesić siekierę, bo wszyscy palili. Nie pamiętam, żeby stały tam stoliki z krzesłami, jak w restauracji Fahrenbruch, która była w tym miejscu w czasie okupacji. Chyba konsumowało się tylko na stojąco. Z powodu częstych, pijackich awantur i bijatyk Trójka miała wśród katowiczan ogólnie złą opinię.

Lepsze towarzystwo przychodziło do dawnego Savoyu, naprzeciw mordowni, który stał się restauracją Hungaria, wyspecjalizowaną w wybornych daniach węgierskich dla smakoszów. Dla niej w swoim czasie ułożyłem wierszowane jadłospisy, do rysunków malarki Heleny Goldy-Błachut, mojej dobrej koleżanki z Tychów. Jadłospisy stale trzeba było dodrukowywać, ponieważ klientela restauracji regularnie zabierała je sobie do domu na pamiątkę, z czego wniosek, że takie zupełnie nieskazitelne to towarzystwo nie było.

Swoją klientelę miała kawiarnia hotelu Śląskiego, pod numerem 15, działającego w miejscu dawnego Europejskiego. Zachodzili tam m.in. ludzie znani z katowickich scen, artyści plastycy, dziennikarze i ładne pielęgniarki z kliniki przy pobliskiej Francuskiej. Kiedy była żona reżysera Janusza Kidawy została moją narzeczoną i siedzieliśmy, jak ta para gołąbeczków, przy stoliku, znienacka zjawił się On z groźną miną i butelką szampana. Wycelował korek najpierw w Elżbietę, później we mnie, ale nikogo nie zastrzelił, bo trunek był mocno zmrożony. Opowiedział mi niedawno Bogdan Kułakowski, o którym pisałem w poście Fotopstryk nieuleczalny, że po wojnie w budynku pod Piętnastką działał Urząd Bezpieczeństwa z aresztem, gdzie przetrzymywano przez jakiś czas jego przyjaciela, Jacka Cieszewskiego. Tym sposobem dowiedziałem się, gdzie pewnego dnia wylądował również mój ojciec Edward.

Towarzysko najmocniej kojarzy mi się ta ulica z rodziną Hocków, przyjaciół mamy, u których bywaliśmy “w gościach” jeszcze w moich czasach studenckich, kiedy przyjeżdżałem z Krakowa do domu. Mieszkali na poddaszu kamienicy, gdzie był bar Pod Trójką – Maks, kierowca miejskich autobusów z żoną Agnieszką i dziećmi, Ewą i Heńkiem. Maks, pogodny gaduła, kiedy Agnieszka przygotowywała dla nas kolację, chwalił się, jak podrywają go pasażerki w pracy, albo opowiadał, co ostatnio wypatrzył przez lornetkę w pokojach Savoyu, który miał akurat naprzeciw swojego domu. Hotel oficjalnie już nie działał, ale jak parom rozgrzanym węgierskimi potrawami zbierało się na miłość, to za odpowiednią opłatą można było dostać klucz do któregoś z apartamentów na górze. Korzystały z nich również luksusowe kurtyzany* i forsiaści prywaciarze, których w ówczesnych Katowicach też nie brakowało. Żona Maksa znała jego opowieści na pamięć, ale nie chciała psuć nam przyjemności słuchania i dyplomatycznie udawała, że słyszy je po raz pierwszy.

Jak sobie wypił, nieodmiennie przypominała mu się wojna. O swojej służbie w Wehrmachcie mówił niechętnie, za to, jak w Normandii uciekł do pancerniaków generała Maczka, mógł godzinami. Robiło się muzycznie; brał do ręki dwie, trzy łyżeczki i wybijając nimi rytm, przy akompaniamencie mojej gitary, śpiewał Marynarskie tango, które wszyscy żołnierze w dywizji znali na pamięć.

Nigdy nie dowiedziałem się, co mieli wspólnego czołgiści z marynarzami, ale piosenka była taka rzewna, że często Maks się przy niej rozklejał i nie było człowieka przy stole, żeby mu nie wtórował przy refrenie. Był w dywizji, kiedy pod koniec wojny, pod Łukiem Tryumfalnym w Paryżu, generał Stanisław Maczek za swoje wojenne zasługi został odznaczony Komandorią Krzyża Legii Honorowej. Generał pozostał na Zachodzie, Maks wrócił do Polski, ale czy dobrze zrobił, tego nie był pewien.

Różni ludzie siadywali przy gościnnym stole Hocków. Agnieszka świetnie gotowała, na jej krupnioki, żurki i bogracze przychodził owdowiały profesor matematyki z sąsiedztwa, młoda niewidoma, którą zawsze przyprowadzał i odprowadzał Heniek, do tego Cygan ze złotymi zębami, zwany Jasiem-Urke, bo był zawodowym złodziejem i czasem pewien małomówny malarz, chyba w moim wieku. Nie wiem, jak się nazywał, ale dziś myślę, że to mógł być Jerzy Duda-Gracz, który w tamtym czasie studiował sztuki piękne w Katowicach. A więc przychodzili ludzie z różnych środowisk, nie tylko po to, aby zjeść i wypić, ale także żeby pobyć ze sobą, pośmiać się, ponarzekać, wymienić myśli. Wówczas nikt nie musiał się zapowiadać z wizytą, w gości szliśmy z marszu, spontanicznie. Nawiedzaliśmy się wzajemnie, żeby pożyczyć soli, albo cukru, podzielić swoimi problemami i radościami i tak było również u Hocków. Czasami Agnieszka miała w spiżarni tylko domowy smalec ze spyrką i ogórki, albo wodzionkę na blasze, ale zawsze czas i życzliwość dla ludzi, którzy przechodzili przez jej próg.

Profesor z niewidomą dziewczyną nieodmiennie dyskutowali o astronomii, zwłaszcza jak pamiętam o Drodze Mlecznej, Jasiu i Maks mieli swoje sekrety, wymieniane grypserą, moja mama plotkowała z Agnieszką w kuchni, ja brzdąkałem na gitarze, którą wtedy wszędzie ze sobą woziłem, a malarz wszystkiemu się tylko przyglądał. Najweselej było, kiedy wpadali dwaj lalkarze z dziecięcego teatru Ateneum przy Wieczorka, zwykle już pod dobrą datą i naśladowali różne głosy – zwierząt, dzieci, starzyków, albo wymarzonego do żartów Władysława Gomułki i sypali teatralnymi anegdotami, jak z rękawa.

Dla mnie był to rodzaj salonu artystycznego, który niestety nagle i nieoczekiwanie chyba dla wszystkich jego gości zakończył swój żywot. Agnieszka z Maksem rozwiedli się. Maks wyjechał do RFN, a jego żona i dzieci przeprowadziły się do innego mieszkania. Po latach, kiedy już pracowałem w Wieczorze, Maks ni stąd ni zowąd odwiedził mnie w redakcji. Postarzały, jakby niższy niż kiedyś, ale nadal jak zwykle pogodny. Powiedział, że mieszka w Hamburgu, prowadzi nocny lokal i materialnie wiedzie mu się dobrze, ale zamierza wszystko zlikwidować i wrócić do Polski, bo jednak tutaj jest jego miejsce. Znalazł parcelę gdzieś na granicy Katowic i Chorzowa, niedaleko Stadionu Śląskiego, tam się wybuduje i zamieszka. To było parę miesięcy przed ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce; więcej już go nie zobaczyłem. Raz do mnie jeszcze zatelefonował, powiedział, że wszystko idzie zgodnie z planem, tylko musi dbać o swoje zdrowie, bo jest na insulinie. Później, kiedyś spotkałem w Katowicach Jasia-Urke, który powiedział mi, że Maks wybudował ten dom i niedługo po tym zmarł. Agnieszki też już nie było, odeszła wcześniej; ułożyła sobie życie z kimś innym, ale wykończył ją rak, a Ewa i Heniek wyjechali do Niemiec.

Tyle o Mariackiej i ludziach, których tam znałem. Na zakończenie powiem tylko, że ta ulica i jej okolice przyciągają artystów z bliska i daleka. Na wielu domach, od ich zaplecza, na tak zwanej Mariackiej Tylnej, od lat widnieją ciekawe instalacje i murale, a wciąż powstają nowe. Zresztą popatrzcie Państwo sami.

* Jedną z tych pań była słynna pięćsetka, warta odrębnego wpisu. Niestety brakuje mi szeregu informacji na jej temat, jeżeli więc żyje jeszcze ktoś, kto pięćsetkę znał, bodaj z opowieści, to bardzo proszę o kontakt.

13 grudnia 2020, Berlin (nadal podzielony?)

Ela Kargol

Wybrałam się z mojej zachodniej części Berlina w kierunku wschodnim do dzielnicy, która po ponownym zjednoczeniu miasta połączyła się z dzielnicą zachodnią i teraz razem nazywają się Friedrichshain-Kreuzberg. Friedrichshain od Kreuzbergu dzieli Szprewa, a most Oberbaumbrücke kiedyś dzielący miasto, państwo i Europę połączył obie dzielnice i stał się ich herbem.

Volkspark Friedrichshain jest najstarszym parkiem publicznym w Berlinie, drugim co do wielkości po Parku Tiergarten, a początek dał mu Peter Joseph Lenné w setną rocznicę koronacji Fryderyka Wielkiego. Zaprojektowany przez Johanna Heinricha Gustava Meyera rozciąga się na powierzchni ponad 52 hektarów.

Nigdy tu nie byłam. A dzisiaj jest 13 grudnia, data dla każdego Polaka bardzo ważna, bo jak powiedział szczeciński poeta Marek Maj: „Wszyscy jesteśmy trochę grudniowi…” Przyjechałam wcześniej, żeby się rozglądnąć. Chciałam koniecznie zobaczyć te baśniowe rzeźby przy baśniowej fontannie. Märchenbrunnen, fontanna zaprojektowana została przez Ludwiga Hoffmanna, a postaci z baśni braci Grimm są dłuta przede wszystkim Ignatiusa Taschnera. Nie pomyślałam, że to nie ta pora roku, że grudzień, a do tego 13. Czerwonego Kapturka, Śpiącą Królewnę, Kopciuszka i inne baśniowe figury internowano. Wsadzono do pudeł i muszą czekać do wiosny. Ja też muszę poczekać.

Z drugiej strony parku inne postaci, już nie z bajki, stoją w braterskim uścisku i stoją na straży pamięci o radzieckim wyzwolicielu, jego polskim pomocniku i dobrym Niemcu antyfaszście. Pomnik Żołnierza Polskiego i Niemieckiego Antyfaszysty pojawił się w Parku Friedrichshain w 1972 roku. Szumnie i dumnie został odsłonięty przez ówczesne władze obu krajów. W centrum pomnika stoją dwie wysokie betonowe kolumny, które u góry otacza powiewająca na wietrze flaga. Flaga jest z brązu, ale patrząc na godła państw zamieszczone poniżej, możemy się domyślać, jakie ustroje państwowe reprezentuje. Dalej, z tyłu pomnika na poziomej ścianie wykuty jest napis w dwóch językach: „Za wolność naszą i waszą”.

Zawsze ktoś będzie za naszą wolność walczył, od powstania listopadowego, kiedy te słowa Lelewela (też w dwóch językach, tym drugim był rosyjski) pojawiły się na sztandarch, aż do dzisiaj, cały czas są aktualne.
W 39 rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce na ulicę nie tylko polskich miast wyszły Kobiety i to one dzisiaj stają do walki. „Dziewuchy Berlin” były inicjatorkami spotkania przy pomniku, spotkania rocznicowego z błyskawicą w tle. Brawo Dziewuchy Berlin!!!

Nad pomnikiem zagrzmiało.

Tuż za pomnikiem, jednak mocno męskim, zadbanym, wyeksponowanym jest bardzo zaniedbany ogród „Duft- und Behindertengarten“ (ogród zapachowy dla niepełnosprawnych!?!?). Od razu poczułam zapach pewnego ziela i zobaczyłam grupę młodych ludzi, którzy choć nielegalnie ze względu na pandemię i to drugie dbają o to, żeby korzystać z ogrodu zgodnie z jego przeznaczeniem, mając na uwadze pierwszą część nazwy ogrodu. Mnie zainteresowało coś innego, a mianowicie rzeźba w podobnym jak ogród zaniedbanym stanie, rzeźba kobiety z dzieckiem „Mutter mit Kind”. Autorem rzeźby jest urodzony w Szczecinie Edmund Gomanski (1854-1930, Gomanski jest też twórcą Fontanny Ceres w Opolu). Szkoda, że o matce z dzieckiem nikt nie pamięta. Nie spodziewałam się takiego zakończenia mojej wyprawy na drugi koniec Berlina. 30 lat po upadku muru odczułam, że to miasto jest ciągle podzielone.

Ale od początku. Zamawiając taksówkę we Friedrichshainie nie pomyślałam, że taksówkarz będzie też z tego fyrtla. Jechaliśmy w moim kierunku do Berlina Zachodniego, do Wilmersdorfu. Wsiadałam do taksówki tuż pod pomnikiem, z daleka słychać było głośną muzykę. Dziewuchy biły piorunami. Grzmiało. Taksówkarz zbulwersowany zapytał, czy tam odbywa się jakieś party. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie, że jest to impreza okolicznościowo-rocznicowa, nie wyjaśniając niczego.

Dojechaliśmy do Schönebergu i dalej ani rusz.
„Pani to chyba często nie jeździ taksówkami?”
„Dopiero się uczę”, odpowiadam.
„No bo takiemu taksówkarzowi z ostu trzeba chociaż w przybliżeniu dać jakiś punkt zaczepienia, gdzie ma jechać, sam adres nie wystarczy.”
Pan kierowca nie korzystał, zresztą tak samo jak ja, z najnowszych osiągnięć techniki.
„Tu już każdą ścieżkę znam, poprowadzę.”
Nie pomyślałam tylko, że znam każdą ścieżkę, ale rowerową. Pokluczyliśmy znowu trochę, szukając
drogi do domu, mojego.
„Co pani robiła w tej części miasta?”
Więc opowiadam, że najpierw chciałam zobaczyć te baśniowe figury przy Baśniowej Fontannie, że nigdy tam nie byłam, a potem poszłam pod pomnik, który znam tylko ze zdjęć i opowieści, że dzisiaj 13 grudnia, rocznica wprowadzenia stanu wojennego, że pod pomnikiem, „Dziewuchy Berlin“ (tu wyjaśniłam, co to za grupa) zorganizowały performance i rocznicowe obchody.
Chyba nie był zachwycony, w dalszym ciągu był zbulwersowany głośną muzyką, którą słyszał. Znał na pewno inne ceremonie obchodzenia rocznic.
„Żołnierze obracają się chyba w grobie. Tak nie można”, ja na to, że pod pomnikiem raczej nie jest nikt pochowany.
„Oni są wszędzie, wszędzie są ich kości, w całych Niemczech”, po chwili uściśla, „w całych wschodnich Niemczech“.
Jedziemy dalej w milczeniu, drogą główną, co by już nie błądzić.
I nagle „wschodni taksówkarz” znowu przerywa milczenie,
„Vier Panzersoldaten und ein Hund“.
Chwilę nie wiem, o co chodzi, czy znowu pogubił drogę. Nie, to przecież czterej pancerni, on ich kojarzy z tym pomnikiem.
„Skąd pan to zna?”
„To że znam, jest odpowiedzią. Myśmy ten serial bardzo chętnie oglądali.”
„My też, my chyba chętniej. Jak można oglądać chętnie film, o swoich ziomkach, którzy przegrywają wojnę, są mordercami i jakby tego było za mało na każdym kroku są wyśmiewani?”, pytam odważnie.
On na to, że w Niemczech byli też niemieccy antyfaszyści:
„Zna pani chyba historię?”
„Historią można łatwo manipulować”, odpowiadam.
Milczymy, czuję, że stąpam po kruchym lodzie, ale on też jest ostrożny.
Nagle taksówkarz zaczyna nucić, po chwili ja z nim. Mówi, że słów nie pamięta, ale to piękna piosenka. Więc zaczynam śpiewać po polsku, „Deszcze niespokojne potargały sad…”
Niemieckiej wersji nie znam, dopiero w domu znajduję.

Stürmisch ziehen Wolken
Bis zum Horizont
Und wir werden folgen
Wir ziehen an die Front.
Wird der Feind bezwungen
Ist der Sieg errungen

Und der Krieg ist aus.
Und die Welt wird schön sein
Und der Mensch wird frei sein.
Kehren wir nach Haus.

Krewni-i-Znajomi Królika i ich muzyka

  … taka, która zapada w pamięć i zostaje na długo

1994 – mój syn daje mi na podróż do Holandii nagraną kasetę Nicka Cave i jego książkę, minęło ćwierć wieku, nadal uważam, że to fantastyczna muzyka i fantastyczna lektura.
1999 – “towarzysz odcinka życia” podaruje mi przed podróżą kasetę Hildegard von Bingen (też jadę do Holandii, kiedyś często jeździłam do Holandii); biedna Hildegarda, bardzo mi się podoba, ale nawyk słuchania jej nie przetrwał perypetii uczuciowych.
2003 – dostaję od bliskiego przyjaciela na urodziny trzy CD (spiratowane, jasne), Ninę Simon (wiadomo), Felę Kutschi, który mnie specjalnie nie ruszył i Raz dwa trzy, płytę, która będzie mi towarzyszyła przez następne dziesięć lat.
2013 – Marek Maj, szczeciński poeta, nagrywa z Ryszardem Leoszewskim płytę Wiem jak nie jest. Tytułowa pisenka z tej płyty stanie się moim sztandarem, może na zawsze. Już o niej kilka razy pisałam (np. TU).
2018 – Czasy się zmieniły, to już nie są kasety, ani CD, mój wnuk zarazi mnie słuchaniem na youtube piosenki zespołu B.E.R. z serialu Teen Titans go: The night beginns to schine: https://music.youtube.com/watch?v=lSLXS0bjSCs. Odkryłam wtedy, że są na youtubie nagrania powtarzające jeden i ten sam utwór przez godzinę, dwie, albo trzy.
2020 – Konrad przysyła mi na urodziny linka do piosenki Wszystkiego najlepszego Ralpha Kaminskiego. Piosenka robi na mnie duże wrażenie, ale nic nie wiem i myślę wtedy, że śpiewa ją młody chłopak z liceum. Wszystko w tym teledysku ma na to wskazywać, jedynie może pierścionki Ralpha są sygnałem, że to stylizacja, ale gdy słuchałam tej piosenki po raz pierwszy, na pierścionki w ogóle nie zwróciłam uwagi. Od ponad dwóch miesięcy temu co robię, towarzyszą piosenki Ralpha.

Ewa Maria Slaska

Ralph Kaminski

Urodził się 8 listopada 1990 w Jaśle – polski piosenkarz, kompozytor, autor piosenek, aranżer, multiinstrumentalista, producent muzyczny, performer, kostiumograf, scenarzysta i reżyser teledysków, wykonujący muzykę z pogranicza popu alternatywnego, czerpiącego z kameralistyki.

To Wikipedia. Zdziwiłam się. Po pierwsze autor wpisu nie informuje nas, że Kaminski to poeta, tylko kończy ten akapicik dziwnym stwierdzeniem: Zdaniem krytyków, utwory na drugiej płycie artysty mają delikatny podkład elektroniczny, a niektóre teksty są poetyckie.

Po drugie, dokładnie w stylu Wikipedii, pierwsze zdanie podaje mnóstwo informacji o Kaminskim (łącznie z dekonspiracją jego pseudonimu), ale nie podaje moim zdaniem najważniejszej – że Kaminski jest kameleonem, autorem niezwykłych autostylizacji, artystą, który świadomie gra z podtekstami mniejszości, nigdzie się jednak nie deklarując. Nie wiesz więc, słuchaczu/widzu, czy on, Kaminski, jest twardzielem czy softi, czy gra z wizerunkiem trans, czy ociera się prawie o porno, czy to jego wizja siebie, czy filmowa stylizacja na ubranego w biel anioła, a może pastisz wizerunku Abby.

Ale czy włoży różowy sweterek (chyba zrobiony przez babcię, Ralph w ogóle dużo opowiada o swojej babci), czy boa z piór, czy szorty i koszulkę na WF, Ralph nie tylko się przebiera i stylizuje, Ralph wciela się w każdą z tych postaci.

Babcia.

Babcia Ralpha pojawia się w jego teledyskach, muzyk mówi o niej w  wywiadach, gdy w marcu 2020 roku babcia obchodzi 77 urodziny, wnuk zaprosi ją na scenę, a cała publiczność będzie śpiewać babci sto lat.
To bardzo ładny, nietypowy, ludzki rys Ralpha. Chłopak który mimo że “robi się” na polskiego Davida Bowie lub Nicka Cave’a, daje nam znać, że te przebieranki na scenie, to jednak nie on, że Ralph to konstrukt, to gra, która być może gdzie niegdzie bardzo blisko ociera się o prawdziwą postać, ale jednak nie jest prawdziwa. Podoba mi się jego muzyka, podobają mi się teksty, zwłaszcza te o miłości, ale najbardziej podoba mi się on sam, człowiek którego nie ma.

Posłuchajmy.

Ważnym elementem w stylizacjach i scenografiach Kaminskiego są “dziwni ludzie” i osoby stare.

W najnowszym klipie, z jesieni tego roku, do piosenki “2009”, utworu o urodzinach Ralpha (skończył 8 listopada 30 lat), artysta wygrywa dwa mity – najpierw on i jego goście odtwarzają ostatnią wieczerzę, a po kolacji tańczą przeraźliwie smutny i rozpaczliwy chocholi taniec. To nasz rok 2020, rok pięknych cyfr i spowodowanej pandemią utraty wolności i radości. Ten klip to opowieść o marności tego, co nas spotkało. Rok się kończy i już wiemy, że nasze wiosenne marzenia o wspólnocie, solidarności i powrocie do prostoty, jakie miały wyniknąć z lockdownu, o tym, że w kanałach Wenecji będą pływały delfiny, a po ulicach spacerować będą flamingi, nie spełniły się i nie spełnią. Byliśmy szalonymi marzycielami. Myśleliśmy, że skończy się przemożna władza pieniądza, że status stanie się mniej ważny niż społeczna empatia, że korporacje upadną i wrócimy do produkcji, w której zjadacz chleba osobiście zna piekarza. Nic z tego się nie zdarzy i Ralph to wie. Czeka nas najpierw pustka i smutek, a potem kryzys i bieda. Wydamy Jezusa na śmierć, a przecież wiemy, że on po raz drugi nie zmartwychwstanie, możemy więc tylko tańczyć trupi taniec, a tego cholernego złotego rogu też przecież nie znajdziemy.

13 grudnia / 13th December / 13. Dezember

English
Deutsch

Michal Talma-Sutt

Drodzy Państwo

Fortuna kołem się toczy, jak się okazuje – historia też. Dla kogoś, kto całkiem już świadomie przeżył 13 grudnia 1981 roku w Polsce, obrazy z najnowszymi protestami w naszym kraju, a zwłaszcza rola jaką w nich odgrywa policja oraz obóz władzy, muszą budzić przykre skojarzenia. Także retoryka polityków Zjednoczonej Prawicy, na czele z głośnym już przemówieniem pewnego posła z kotem, pogłębia moje wrażenie, że podróże w czasie mogą być jednak możliwe. Tylko inaczej jak myśleliśmy, nie my wędrujemy w czasie (do tyłu), to czas przeszły zdaje się wędrować do nas, w wersji dość idiotycznej.

No cóż, najwyraźniej nie potrzeba dzisiaj Tuwima ze Słonimskim, aby pisać nową wersję „W oparach absurdu“, wystarczą nasi politycy, głównie ci lepszego sortu, niestety czasem także z opozycji. Nie zazdroszczę polskim satyrykom. W czasie, gdy życie zamienia się w jakiś, co prawda ponury, ale jednak kabaret, uprawianie satyry staje się tak trudne, że prawie niemożliwe. Trudno przecież przebić przygody posła Suskiego z Katarzyną Wielką w czasie przesłuchania komisji ds. Amber Gold. Wiem, że dowcip był nie zamierzony, ale mimo wszystko…

No i oczywiście, jakość tego kabaretu też kiepska, Laskowikowi i Smoleniowi do pięt to nie sięga. No cóż, to byli profesjonaliści, dzisiejsi komedianci w polskim Sejmie i Senacie, w ministerstwach i komisjach a także w Trybunale Konstytucyjnym i co raz częściej w prokuraturze, to amatorzy. Co gorsza, także we własnym wykonywanym zawodzie.

Mają też ogromnego pecha, na arenie międzynarodowej odgrywają coraz mniejszą rolę, szansy na zdobycie jakiejkolwiek nagrody politycznych złotych malin nie mają żadnej, te mianowicie we wszystkich kategoriach powędrują do Trumpa, czyli naczelnego Pajaca najważniejszego (chwilowo jeszcze) kraju na świecie.

Tak na marginesie, polityczna zmiana w USA, spowoduje, że jedynym sensownym wyjściem dla PiSu i przystawek, będzie wejście Polski w skład Monarchii Brytyjskiej, zaraz po tym jak Szkocja zrobi tam wolne miejsce dla nas. Terytorialnie Wielka Brytania na tym nie straci, a nawet zyska. Nowe znaczenie otrzyma termin wewnętrznej emigracji, młodzi Polacy nadal będą mogli masowo wyjeżdżać tam, gdzie zawsze najchętniej chcieli pracować. Pozostaje pytanie, czy Złoty czy Funt Sterling. Dostęp do morza mamy, można byłoby pomyśleć o odbudowaniu Imperium. Oczywiście można oczekiwać, że także Polska błyśnie dyplomatyczną propozycją, żeby to Wielka Brytania się do nas przyłączyła, bo fajnie byłoby mieć jeszcze jedną wyspę poza Wolinem, przepraszam, pół wyspy. Po długich negocjacjach i osiągnięciu kompromisu, ostatecznie przystąpimy do Królestwa Zjednoczonej Wielkiej Brytanii i Polski. Potem tylko hulaj dusza do kontusza, marzenia o wielkości spełnione, a co tam, że tylko w nazwie, która zresztą była naszą kartą przetargową wspomnianych negocjacji.

No i tak oto ratuję się jednak humorem, choć w sumie śmiesznie nie jest. Właściwie powinienem przestać się tym wszystkim przejmować i zająć się tylko sztuką, czyli moją muzyką. Ale jak na początku wspomniałem, Fortuna kołem się toczy i ostatnio się potoczyła tak, że nie mam na czym pracować, mój komputer odszedł do nieba lub piekła (kto to wie?) i liczę na Państwa pomoc. O moim problemie można przeczytać tutaj, po polsku, po niemiecku lub po angielsku.

Życząc Państwu Wesołych i spokojnych Świąt (na ile w tych szalonych czasach jest to możliwe) oraz Szczęśliwego Nowego Roku, serdecznie pozdrawiam z Berlina.

p.s. a tutaj można posłuchać mojej muzyki.

Film im Lockdown


DAS NEUE EVANGELIUM

Digitaler Filmstart mit Beteiligung der Kinos

PORT AU PRINCE PICTURES startet DAS NEUE EVANGELIUM von Milo Rau am 17. Dezember 2020 digital. Aufgrund der Verlängerung des Lockdowns der Bundesregierung zur Bekämpfung der Corona-Pandemie, werden neben anderen Kultureinrichtungen auch die Kinos weiter geschlossen bleiben.

Um aber dennoch einen Beitrag für die Kultur- und Filmlandschaft zu leisten, hat der Filmverleih Port au Prince Pictures beschlossen, den Film DAS NEUE EVANGELIUM von Milo Rau am 17. Dezember auch im Lockdown zu starten: Als sogenannte digitale Kinoauswertung und mit Beteiligung der Kinos, die konkret und unmittelbar an den Streaming-Umsätzen beteiligt werden.

„Mit DAS NEUE EVANGELIUM starten wir einen hochpolitischen Film, der thematisch offenkundig in diese Zeit gehört. Die Entscheidung, den Filmstart nicht zu verschieben, sondern den Film in jedem Fall digital und unter Beteiligung der Kinos zugänglich zu machen, hat also gewichtige inhaltliche Gründe. Außerdem wollen wir zeigen, dass auch in Lockdown-Zeiten neue Filme mit relevanten Themen erfolgreich starten können und wir wollen mit dem Film dazu beitragen, dass das Kino in diesen auch für die Kinos schweren Monaten nicht gänzlich aus den Köpfen seiner Fans verschwindet“, erklärt Jan Krüger von Port au Prince Pictures.   

Und so funktioniert es:
Unter http://www.dasneueevangelium.de/ erwirbt der Zuschauer sein Online-Kinoticket und wählt gleichzeitig ein Kino aus, das er am Erlös beteiligen möchte. Dieses Kino erhält dann 30% des Preises eines digitalen Tickets. Der Film DAS NEUE EVANGELIUM ist nach Bezahlung und anschließender Aktivierung der Ticket-ID 24 Stunden streambar. Zusätzlich wird als Bonusmaterial ein Q&A mit Regisseur Milo Rau und dem Hauptdarsteller und Politaktivisten Yvan Sagnet abrufbar sein.
So wird Port au Prince Pictures an dem geplanten und langfristig vorbereiteten Filmstart festhalten.

Der Vorverkauf ist ab 01. Dezember 2020 möglich.

Die Preise für die digitale Auswertung:
Einzelticket: 9,99 Euro
Ab 20 Karten bei Gruppen: 7,99 Euro
Ab 50 Karten für Gruppen: 5,99 Euro

DAS NEUE EVANGELIUM 
Ein Film von MILO RAU mit YVAN SAGNET als Jesus
Digitale Kinoauswertung: 17. Dezember 2020
2020 | Länge: 107 Minuten

Regisseur Milo Rau inszeniert in der süditalienischen Stadt Matera, in der sowohl Pier Paolo Pasolini als auch Mel Gibson ihre legendären Filme über das Leben Jesus’ gedreht haben, DAS NEUE EVANGELIUM. Gemeinsam mit dem Politaktivisten Yvan Sagnet schafft er einen hochpolitischen Jesus-Film, in dem biblische Erzählung und verzweifelte Revolte ineinanderfließen. Entstanden ist ein hybrider Film: eine Verschmelzung von Dokumentarfilm, Spielfilm, politischer Aktionskunst und Passionsspiel. DAS NEUE EVANGELIUM ist ein Manifest für die Opfer des westlichen Kapitalismus das angesichts der europäischen Flüchtlingskrise und der weltweiten Black Lives Matter-Bewegung aktueller nicht sein könnte. Ein authentisch politisches wie auch theatralisches und filmisches neues Evangelium für das 21. Jahrhundert.

DAS NEUE EVANGELIUM feierte eine vielbeachtete Weltpremiere beim diesjährigen Filmfestival in Venedig und lief im diesjährigen Wettbewerb der IDFA (International Documentary Filmfestival Amsterdam). Port au Prince Pictures startet den Film am 17. Dezember 2020.

Weitere Informationen finden Sie unter: www.dasneueevangelium-film.de

Odcinek 2

Pamiętacie? poprzedni odcinek kończył się tymi słowami:

A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Mieczysław Bonisławski

Nie widzisz, ale zdajesz sobie sprawę, że pod nogami masz wodę. To nie są kałuże, ale stojąca woda. Od krańca, po kraniec. Wypełnia płytko, może tak do kostek, wszystkie zagłębienia. Ale nie, tu nie ma zagłębień. Chropowate, kamienne dno jest płaskie, całe zalane kilkunastocentymetrową tonią wody. Nie ma zagłębień, jest płaskość, z której co metr, dwa – a może tylko co półtora metra – wystają obrobione ręką ludzką, prostopadłościenne kamienne bloki. Jest ich dużo, całe mnóstwo. Wydają się być rozrzucone chaotycznie, ale w miarę równomiernie po całej przestrzeni.
Nie chcąc zamoczyć nóg, stąpasz po tych blokach. Skąd wiesz jaki trzymać kierunek? Przecież wokoło nic nie widać, w każdą stronę jest pozornie tak samo. Twój błędnik już dawno ogłupiał. Nie da się racjonalnie ocenić gdzie jesteś i dokąd zmierzasz? Czy to instynkt samozachowawczy ci podpowiada kierunek, nakazuje ci iść tam, (chyba) do przodu, zamiast uklęknąć i poddać się? Nadaje sens w sytuacji bez sensu, pokazuje jakieś wyjście z sytuacji bez wyjścia?
No i jednak. Kończy się zalane pole kamiennych prostopadłościanów. Docierasz do przeciwległego końca tej podziemnej hali. Przed tobą, na prawo, na lewo wyrasta pionowa, sucha, niemal płaska ściana skalna. Znowu nie wzrokiem, ale czuciem, słuchem, węchem namierzasz jedno, drugie, trzecie wąskie wejście gdzieś dalej, w głąb ściany.
U jej podnóża ciągnie się na szerokość trzech stóp chodniczek, tak wąziutki, że łatwo go nawet nie zauważyć. A co dopiero nim iść. Robisz jednak tędy kilka kroków w prawo. Zagłębiasz się w pierwsze wejście. Po chwili wracasz. Nie, tędy nie. Dlaczego? Gdy stoisz przed tą ścianą kończącą skalną halę, słyszysz jakby za tą ścianą ów podziemny wodospad. Przez szum spadającej wody przebija się chyba czyjś głos. Może to głos dziecka? Nie wiadomo, ale „tam” coś jeszcze jest. A może nawet coś i ktoś? Czy to cię tak ciągnie ku sobie, czy chcesz, pragniesz jeszcze czegoś nowego, tajemniczego, spotkania z kimś nieznanym, przybyłym ze świata wyobraźni?
Pierwszy korytarz, ten do którego prowadzi pierwsze wejście, był suchy, cichy. Odgłosów w nim nie było i wiódł w górę. Do wyjścia, ku codzienności normalnego świata, który właśnie opuściliśmy i do którego nie chcesz teraz jeszcze wracać.
Zatem nie wracasz do swojego dnia, wracasz na środek chodniczka wzdłuż skalnej ściany. Próbujesz kolejnego wejścia, tego o kilka kroków w lewo. I – niestety to samo. Gubisz w nim odgłosy, korytarz wydaje się krótki, wąski, ale nie przytłaczający. Proste, równe i bezpieczne schody prowadzą do góry. Gdzieś na końcu prześwituje słońce. Niemal widzisz ten tłum milczących teraz ludzi. Spoceni pod pachami, z odciskami plastikowych obręczy uchwytów toreb na dłoniach, z zaciśniętymi ustami. Mężczyzna nie mówi miłych słów do kobiety. Oczy ma zwężone, pełne złości. Kobieta idąca przed nim ucieka od tego wzroku. Sama niesie w swoich oczach rozczarowanie. Druga, gdzieś obok niej kryje w oczach tylko zmęczenie. Nie ma już w nich miejsca nawet na złe uczucia, na niespełnienie.
Z innego mężczyzny emanuje to, że pogodził się już z „tym wszystkim”. Widać jego wypalenie. To było niegdyś buchające snopem iskier ognisko, wulkan pomysłów na niezwykłe przygody. Troje wrzeszczących dzieciaków podąża za nim krok w krok. Przewodnik turystyczny bez skutku mozoli się, aby je czymkolwiek zainteresować. Patrzy z prośbą w stronę kobiety, ale ta ucieka wzrokiem (i myślami) gdzieś daleko, hen. Może do spokojnego pokoiku w rybackiej chacie, gdzie ponad prostym łóżkiem i małą komódką roją się nadzieje, miłość i pragnienia? Gdy się ocknie, poznać po niej, że „to” wie. „To”, że w klimatyzowanym hotelu, między telewizorem a automatem do wody sodowej już nic się nie roi. Może poza zmęczeniem… Tak, ten zmęczony, milczący tłum na placu przed starożytną świątynią, któremu nie pomoże już żadna modlitwa, do jakiegokolwiek, umarłego wraz z tą świątynią boga.
Ale przecież tego landszaftu nie widać z dna skalnej hali pod ziemią. To była tylko wyobraźnia. Jakaś tania makatka, podłego asortymentu. Jej autor nie utkał twórczej wizji, nie przekazał nic odkrywczego. Wyszedł mu nudny moralitet, z postaciami sztampowymi i bez wyrazu. Nachalna scholastyka, bez blasku i polotu. To nikogo nie porwie, nie zachęci do żadnych zmian. Porwać jedynie można kartkę, na której by to wszystko ktoś zapisał. Porwać z bezsilności, z nudów.
Czy obywatelka to zapisuje?

– Ja?

– Istotnie. Będzie mogła to obywatelka potem porwać. Te zapisane przez obywatelkę kartki.

– Przestańcie z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę, co to znaczy…!?

– Czy zapisuje to pani, drogi człowieku? I będzie chciała pani jednak sobie to poprzedzierać?

– Coś niecoś tam sobie zapisuję. Tak, troszeczkę bazgrolę… Ale! Proszę już mówić dalej… A ja, dlaczego miałabym to rwać…? To jest bardzo ciekawe.

– Czy naprawdę? Patrząc na panią, drogi człowieku, można odnosić przeciwne wrażenie.

– Tak. Naprawdę?

– Nie ma też żadnego blasku tam na górze. Są schody, które przyprawiają cię o wymioty, gdy pomyślisz o powrocie. Nie, cofasz się do hali, na twój chodniczek. Tu, gdzie tak wyraźnie słyszysz za ścianą wodospad i głos szczęśliwego dziecka. Skąd te tajemnicze odgłosy, którędy do nich dojść? Jak trafić?
I rozglądasz się, choć w tych ciemnościach tak naprawdę nic nie widać. A jak udało się tu dostać? Aż tutaj, do kresu. Do kresu, a może na granicę tajemnicy, za którą jest nowy początek a nie kres? I najpierw ten dziwny, klaustrofobiczny, kręty, prowadzący w dół, do piekieł korytarz. Gdy każdy kolejny krok w dół, to był kolejny stopień niepokoju, strachu. Gdy coś powstrzymywało przed zawróceniem, chociaż narastała panika, że to coś prowadzi ku zagładzie i jest nieodwracalne. A potem ten lekki oddech, fala jakiegoś uspokojenia – przestronna hala, oczyszczająca, bezpieczna. Bo przecież ta płytka i stojąca woda, w której można umyć nogi, zanurzyć dla odpoczynku strudzone stopy… I nagle uświadomienie sobie, że to zbyt łatwe, zbyt piękne, ta woda. Bo to pewnie trucizna. Albo jakieś bakterie, węże, pijawki. I było to nagłe hop, na te porozrzucane kamienne bloki. Bo przecież nie leżą tu przypadkowo. Bo są po to, aby z nich skorzystał ten, który chce przejść na drugą stronę. Do raju jakiegoś szczęśliwego zakończenia, które przecież musiało być po drugiej stronie. Tylko ono nadaje sens całej tej scenerii, sekwencji zdarzeń, wyjściu ze świata i wejściu w ten podziemny mrok. Bo bez niego… po co to wszystko? Nie, nie…
Ta cała wyobraźnia… Bo tak było jeszcze wtedy, tam… W uszach słychać syk wodnych węży, których tam nie ma. I szum wirów, które czekają na to, że wessą nierozważnie zanurzoną w wodzie stopę, a których naprawdę nie ma i nigdy nie było. A te kamienne bloki, no, bo który z nich okaże się zdradziecki, który z nich jest tylko pułapką, zapadnią? Po nastąpieniu na niego, but się przyklei, a ten który na nim stanął, zostanie wessany w głąb wody, w jakąś większą otchłań i w niej na wieki uwięziony.
A teraz… Bo, skoro udało się uniknąć tych niebezpieczeństw, to jedynym sensem jest nagroda. Jaka? A to elizjum za ścianą? A rajski wodospad i kontakt ze szczęśliwym, szczebioczącym dzieckiem. I kim ono się okaże? Młodym bogiem, demiurgiem, tobą po reinkarnacji, darem dla ciebie?
A trzeba zanurzyć się w tę bryzę i poczuć na skórze odbite od skały krople wody. Trzeba dotknąć dziecka, spojrzeć na nie, porozmawiać. I wyjaśnić. Co wyjaśnić?
Ale najpierw trzeba tam dojść. Najpierw trzeba odnaleźć właściwą drogę. Bo ile jeszcze będzie tych ślepych korytarzy? Ślepych, to znaczy prowadzących do wyjścia, czyli z powrotem do świata, do dnia, który – tak by się chciało – aby już nie wrócił. Albo żeby wrócił, ale jak najpóźniej, dopiero na końcu. Czyli po czym? Co jest za tym korytarzem, jeszcze następnym po lewej? Za ścianą?
I tym razem szczęście dopisuje. Przynajmniej częściowo.
Bo korytarz huczy echem wodospadu i nagle, po pięciu krokach urywa się. I otwiera się jeszcze większa przestrzeń, nieskończona. Tyle tylko, że jej dno rozpościera się kilkanaście metrów niżej od twoich stóp.
A przed tobą pionowa ściana w dół. I nic, żadnych stopni, uchwytów czy lin. A tylko w połowie wysokości, pod tobą, ze ściany wypływa obficie źródło i spienioną kaskadą opada w wirujące, kłębiące się wodne szaleństwo. Czyżby tu był koniec, taki kres przypisany jest twej drodze? A gdzie obiecana nagroda, gdzie dziecko, które obiecywało nowe życie? Ten bóg w wieku dziecięcym, przebrany demiurg, twoja reinkarnacja?
Ale jest i ono. Bo oto w oddali, gdzieś po środku tej przestrzeni w dole, pieniąca się woda obmywa wyspę złotego piasku. Takiego jaki sypie się na budowie, dla wypełnienia betonowych obramowań fundamentów. I na jakim kładzie się belki stropowe nie podpiwniczonego parteru budynku. A nad wyspą, sklepienie z odbijających iskry światła kryształków „czegoś tam”. Tylko skąd to światło, nie wiadomo? Bo wyspa wyłania się z mroku a na jej środku bawi się, niczym w piaskownicy, dziesięcio – gdzieś – letni chłopiec. I nie jest zupełnie widno, jest taki ćwierćmrok, wystarczający dla utrzymania klimatu i jednocześnie – rozróżniania szczegółów…
A chłopiec bawi się. I trudno jest dostrzec tak z góry, jakie zabawki ma wokół siebie. A na skraju kręgu tego przytłumionego światła, na skraju świata wykreowanego na potrzeby zabawy, widać jest jeszcze tylko porzucony, brązowy tornister.
I nagły plusk wyrywa cię z tego zapatrzenia. A plusk dochodzi z dołu, stamtąd gdzie spadająca woda niknie w wirach podziemnego jeziora. I tam właśnie kołysze się na falach szeroka łódź. Pusta. Ławki w poprzek, czekają na tego kto weźmie w ręce martwo zwisające wiosła i popłynie w kierunku złotej wyspy. I nic, tylko skorzystać, wsiadać, wziąć w dłonie wiosło i pokierować łódką w stronę szczęścia.
Tylko jak się do niej dostać? Skoczyć? Podjąć takie ryzyko? To musiała by być już skrajna determinacja. Łódka, bądź co bądź, nieduża, jak w nią trafić? A obok woda, kłębiącą się woda, może bardzo głęboka? A może bardzo płytka, ale za to dno najeżone skałami? Skrajna determinacja? Skrajna? A może odwaga? Odwaga sięgania po coś. Odwaga uczynienia następnego kroku, zamiast ciągłego grzęźnięcia w stagnacji. Tylko, czy to nie pułapka? Pułapka nadziei? No cóż, aby się przekonać, trzeba po prostu zrobić ten jeden krok przed siebie i skoczyć. A wtedy okaże się, czy było warto…?

Jeszcze raz ten sam poniedziałek, po krótkiej przerwie na obiad.

– …wyspa między ulicą Łużycką, a tą niedokończoną ulicą Waszkiewicza. Półmroczna grota pośrodku osiedla Łużyckiego. Tu gdzie zawsze zatrzymuje się piątoklasista Januszek w drodze ze szkoły do swojego domu w bloku. Gdzie żółta łacha budowlanego piachu jest sceną dla małego demiurga. Na której to scenie kreuje on nowe, przyszłe sytuacje…
Jednak ktoś podążył tu za nim.

– Ktoś… Na pewno? A któż to taki mógłby być? Czy pani będzie w stanie go rozpoznać?

– Ktoś… Ten ktoś… taki, zatem, ktoś….

– Takie stawianie sprawy nie stanowi rozwiązania dylematu przed którym pani stanęła.

– Zatem człowiek. Grotołaz.

– Grotołaz? Drogi człowieku, pani raczy sobie żartować… Ha, ha, ha…

– Nie, zatem nie grotołaz?

– Człowiek. Prawdziwy człowiek i przy tym zostańmy, obywatelko.

– Dobrze. Człowiek. Jednak jest już tak blisko, że może się kryć za którymś z filarów z betonu. I z mroku go podglądać. Czy nie szkoda, że nie posłuchał tych, którzy mu radzili aby się pilnował… Nie oczekuję odpowiedzi. Tu jest natomiast, proszę, o, dla pana kartka i długopis…

– A nie ma obywatelka pióra, takiego wiecznego pióra? Tak bardzo lubię pisać wiecznym piórem…

– Nie wiem, czy powinnam? Mam tylko swoje, pamiątkowe… Pióra się nie pożycza, przesąd taki… Ale, dobrze, proszę… Chcę, aby pan mi to napisał. Nie opowiadał, ale jednak napisał.

Płowowłosy chłopiec ma unurzane gołe kolanka w piachu. Bo piasek na wierzchu jest suchy, ale głębiej zachował skądś wilgoć. I teraz oblepia nagą skórę dziesięciolatka, gdy ten tylko zanurzy kolana, łydki, kostki wystające z krótkich spodenek głębiej w sypkim podłożu na którym klęczy. A klęczy, podnosi się, znów opada. I staje, obchodzi coś, schyla się, poprawia. I coś podśpiewuje, mruczy, pokrzykuje. A lepki, wilgotny piasek oblepia mu małe kolanka, zasycha i tak zaschnięty na nich pozostaje. I nie możesz się oderwać od tego widoku.
I patrzysz na zabawę chłopca, widzisz co szykuje ów demiurg – młody bóg. I wiesz, co cię czeka, gdy dostaniesz następną szansę, w tamtym wcieleniu i zaczynasz odczuwać niepokój. Strach. I boisz się. I wyciągasz wilgotne, spocone dłonie i za chwilę całkiem wyprostowane ręce trzymasz przed sobą. A choć cały trzęsiesz się z emocji, nie obejmujesz tego filara, za którym się kryjesz. Bo dotykasz go tylko czołem i czujesz jak spływają ci po twarzy krople potu. I opuszczasz ręce wzdłuż tułowia, a dłońmi dotykasz szwów swoich spodni. I jeszcze drżą, jeszcze drżysz ty cały. Ale już chłód idący od betonowego słupa powoli przenika twoje ciało…
…a tymczasem na wyspie demiurg wyrysował w piachu długie, idące szerokim łukiem przez całą jej powierzchnię, dwie równoległe linie. I w poprzek tych linii ułożył co kilka centymetrów krótkie, podłużne ścinki betonu. A przyniósł je spod tych betonowych słupów, które jeszcze schły po ich wylaniu. Bo spomiędzy desek szalunku wypływa zawsze nadmiar betonu, układając się na ich zewnętrznej powierzchni w płaskie paski. I po zaschnięciu można je sobie odrywać i przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, przenieść na środek groty i takie, nie połamane dłuższe wstęgi ułożyć na piasku w poprzek dwóch równoległych linii wyrysowanych czubkiem buta…
A potem demiurg przyniósł grube, frezowane pręty zbrojeniowe i kładąc je na tych ścinkach betonu, ale wzdłuż wyrysowanych linii, ułożył coś, co absolutnie nic ci nie mówi. Ale on sam wiedział, co robi, jego wyobraźnia kierowała nim konsekwentnie i bez zbędnego zastanawiania się…
A chłopiec wstaje znad ułożonej płasko na piasku konstrukcji, obciera o spodenki zupełnie czyste rączki i rozgląda się. I gdzieś obok wyłuskuje wzrokiem z półmroku to, czego potrzebuje. I odchodzi, bierze w dłonie, przynosi. Odchodzi jeszcze raz i jeszcze raz, wracając za każdym razem z pełnymi rączkami. A robi to bez trudu i z zadowoleniem, uśmiecha się. Ale w końcu odchodzi kawałek dalej, obejmuje rączkami znacznie większy przedmiot, którego nie może tak z marszu, na stojąco nie tylko podnieść, ale nawet ruszyć. I pochylony rozszerza nóżki, zapiera się i postękując bierze to oburącz, opierając ciężar na obu ramionkach. Z trudem podnosi, obraca się w kierunku wyspy i małymi krokami, na zgiętych w kolankach nóżkach, przyciskając ciężar do klatki piersiowej, człapie do celu. Sapie. I kładzie na miejscu, które od samego początku sobie obrał. Wzdycha, łapie głębszy oddech. I patrzy w dół, pod nóżki. Obchodzi wokoło. A na idących łukiem prętach leżą ułożone jedna za drugą, krótszymi krawędziami do siebie, białe cegły. I na początku ich ciągu jest ten tak ciężki, dużo od nich większy, ciemny blok betonu komórkowego.
I nadal nic nie rozumiesz. O co w tym chodzi? I robi ci się żal wymęczonego chłopca.
– Cholera – wyrywa ci się tylko na moment. Bo szybko zakrywasz sobie usta, ale i tak, o mało nie wychodzisz do niego ze swojego ukrycia.
– Ciuch, ciuch, ciuch!
I coś ci zaczyna świtać w głowie. A tymczasem młody bóg, rozkraczony na wyspie piasku… –
…- stanął ponad wykreowanym przez siebie światem… I wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Ale chyba tylko on wiedział, dlaczego? A ty nie zrozumiałeś, z czego było się tu cieszyć?
– Ciuch! Uuuu…!
Na piasku coś się dzieje. A dźwiękom wydawanym przez chłopca towarzyszą jakieś zdarzenia, którymi steruje on przy pomocy rączek i nóg. Teraz bierze jakieś patyki. I patyki w jego dłoniach ożywają. Ten patyk nie, tamten nie, ale ten, o ten, tak. I patyk kierowany małą dłonią idzie, nie, podbiega do ostatniej w ciągu białej cegły.
– Ciuch, ciuch, ciuch! Uuuu…
A patyk jest krótki i cienki, gdyby miał imitować człowieka, byłby to zapewne niewysoki chłopiec. Bo rozpościera jeszcze dwie, cieńsze gałązki, wychodzące z głównego malutkiego konara. I jedna gałązka w lewo, druga – w prawo, nieco nierówno, ale prawie, prawie, niczym… dwie rozpostarte na boki ludzkie ręce… I patyk łapie gałązkami–rączkami tylną ściankę ostatniej cegłówki.
– Uuuu…
A ciąg cegłówek, ciągnięty przez większy od nich blok betonu odjeżdża. Tak to wygląda przynajmniej, patrząc na gesty chłopca–demiurga. Ale, co to? Gałązka–chłopiec leży na ostatniej cegłówce, a Januszek teraz stoi nad tym większym blokiem betonu. A w ręku ma gruby konar. I ten gruby konar…
– Ho, ho, ho!
Tak! Patrzy znad dużego, ciemnego bloku betonu na ciąg białych cegieł z tyłu, za nim, i… grozi, krzyczy na gałązkę–chłopca…
– Co ty tam robisz?! Chcesz spaść, połamać się! – piskliwie „pohukuje” Januszek.
I nagle robi ci się niedobrze. Bo zaczynasz rozumieć.
Nie, tego nie da się zrozumieć. Czy ten mały gnój cię jednak widzi, ale jak, kiedy? Nie, to niemożliwe.
– Ho, ho, ho! Zmiataj stąd, no szybko! W try miga cię tu nie ma! Za długo masz nogi przy dupie? Chcesz żeby ci je koła obcięły…?
A kto to woła? Ten mały Januszek, swoim piskliwym głosikiem, czy… Czy on wie? Czy on się domyśla – to nie może być. Ktoś mu powiedział, nastawił go, pouczył, co i jak i dokładnie wszystko opracował przeciwko tobie… Czyli to jednak jest pułapka… A ten zasrany gnój, tak ci się odpłaca. I czujesz ukłucie gdzieś w boku. I z żołądka cofa ci się coś do przełyku, zaraz zwymiotujesz.
I udaje ci się to przemóc. Ale teraz coś cię ciśnie w skronie, masz zawroty głowy, na moment odpływasz, wszystko wokół kręci się jak na karuzeli… A taki miły zasraniec… I motylki w brzuchu.
A wagony z cegłówek jadą dalej po szynach z drutu zbrojeniowego. Blok betonu – parowóz wydaje ustami Januszka dźwięki buchającej pary. A konar-maszynista przegania w końcu chłopca–gałązkę. I chłopiec zostawia skład pociągu samemu sobie i na końcu łuku usypuje teraz, po obu stronach torów, dwie piaszczyste skarpy. I łączy je na górze gałązkami, które układa ściśle jedną przy drugiej i też posypuje je piaskiem. Z tornistra wyciąga mały, plastikowy model ciężarówki marki „Star”. I delikatnie ustawia na przysypanych piaskiem gałązkach, ponad torem kolejowym. Bo parowóz pociągnie teraz za sobą wagony, wjeżdżając łukiem w głęboki jar i za chwilę przejedzie pod wiaduktem.

Środa, od samego rana, ok. godz. 9

– Tak, faktycznie, to tutaj starsi od Januszka chłopcy z osiedla Łużyckiego, z ulicy Waszkiewicza i II Armii robią te swoje głupie zabawy.

– Skąd pan o tym wie? Bywa pan przy tych zabawach?

– Czy obywatelka nie ma już tego wszystkiego zapisanego? Od tych różnych ludzi… Po co obywatelka zadaje takie pytanie?

– Bo może chcę to wiedzieć od pana. Jakie to są zabawy? I skąd u pana taka wiedza o nich?

– A, bo pracowałem wtedy jeszcze w służbie ochrony kolei. Na węźle Zielona Góra, jako patrolujący. Głównie zielonogórski dworzec, od strony dyscypliny pasażerów – bo pani to nawet nie wie, co cywile potrafią robić na dworcu, nie tylko w gmachu. Na peronach i w wagonach… A już szczególnie w dni wypłaty, ci dojeżdżający do roboty, po trasie z Gubina, od Krosna znaczy się, albo po trasie na Nową Sól, Bytom. I co z tego, że w „Warsie” na dworcu zakazują piwa, jak pierwsza pijalnia jest zaraz naprzeciwko, przy Placu Kolejarza…
Ale chadzałem też na złodzieja, pod parowozownię, na tory manewrowe i odstawcze, numer osiem i dwanaście, bo tam stoją towarowe, czekając na rozładunek, albo osobowe do sprzątania, po zjechaniu z trasy.
A przez całą Zieloną Górę prowadzą też tory, które idą donikąd. Bo kiedyś, jeszcze za Niemca, była to linia do Szprotawy. Ale po wojnie ruscy ją rozebrali i teraz kończy się gdzieś w lesie, pod Jędrzychowem.
I choć pociąg już dalej nie jedzie, to nadal dostarczają tędy wszystko do kilku fabryk. A najwięcej jeździ węgla, do składu na Węglowej, do „mebli”, do „wełny”. I spirytus wożą do „monopolu” i są wagony do browaru, do winiarni, na tartak i na składy WZGS-u…
Czy to co mówię, jest dla pani nudne, tak?

– Nie, nie. Bynajmniej nie dla mnie. Chyba, że pan sam tak uważa?

– Czy co ja uważam?

– Ta praca, dostarczanie towarów do fabryk, nudziła pana? Nie to pan chciał robić w życiu?

– Ja nie pakowałem na wagony, ja goniłem złodziejstwo i pijaków, łobuzów. Czy obywatelka wie, ile jest wszędzie tego kurewstwa, wszędzie! Jaki tu wokół jest burdel do posprzątania? Pewnie nawet obywatelka nie wie…

– Przestańmy z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę…

– Nie mogę… Coś mnie zmusza… Jak pani pyta o TE rzeczy, o TEGO chłopca…

– Jednak coś możemy zrobić z tym strachem? Bo to chyba tak ze strachu, prawda…?

– Coś mi się tak przestawia w głowie. Może gdyby bez TYCH rzeczy… Ja mogę tyle ludziom powiedzieć. Niedługo, już niedługo przyjdzie ta chwila, gdy TO się zdarzy… I ja to wiem…. Ten chłopiec, jego Matka i moja praca… Nie mówmy już o tym…

– No, niestety, musimy… A zatem, drogi Olku, robił pan porządek? Sprzątał pan świat.

– Sprzątałem? Czy ja sprzątałem świat?

– Tak. To chyba ważne zajęcie? A jak w tym nieporządku pojawili się ci chłopcy?

– Czy pani, taka wielka dama, pyta o chłopaczków? O małych chłopców? Na co to pani?

– Chodzi mi o tych z osiedla, na torach. Chyba nie byli aż tak bardzo mali? Czy byli może wśród nich koledzy Januszka…?

– Bo to było tak, że dwa razy na dobę, na manewrowej spinano składy na tę wewnętrzną linię. Na teren samej Zielonej znaczy się. I potem dwa razy na dzień szedł skład kilku wagonów, a „Amerykanka” była wczepiona tak po środku. Z raz w tygodniu, składy były dłuższe i wtedy „Amerykanka” szła nie, jak zwykle, między wagonami, ale z przodu, a od tyłu pchał jeszcze dodatkowo jakiś maluch. Albo i druga „Amerykanka”, o ile tylko była wolna pod ręką.
„Amerykanka”, czy pani wie co to takiego? Bo to parowóz, Tr203 – 358.
A w jarze od Krośnieńskiej, a potem to przy Waszkiewicza oraz tam dalej, zwłaszcza tam dalej, przy Kukułczej i między Strzelecką a Sienkiewicza, jest mocno pod górę, a tory idą pod drzewami. I jak jesienią spadły liście na szyny, to leżały, aż przeleżały do wiosny i parowóz potrafił się na nich ślizgać i nie wepchnąć wagonów pod taką górkę. A po deszczach są do tego jeszcze nanosy na przejazdach przez ulice, na Kraszewskiego, przed Polską Wełną… I przy Ogrodowej… I wtedy tam jest najgorzej… Tak, jesienią i wiosną, to już bardzo często szły po dwa parowozy. Z tyłu albo z przodu albo jeden na jednym końcu a drugi na drugim. I wtedy też było najbardziej niebezpiecznie, bo maszyniści z obu lokomotyw nie mieli żadnego kontaktu między sobą. A przecież ten drugi musiał ciągnąć skład od przodu, ślizgając się po tych liściach i na nanosach, aby wspierać tego pierwszego, który by sam nie dał rady wepchnąć ślizgającego się składu. Tak, znacznie łatwiej było wtedy, gdy dwa szły razem i pchały od tyłu, albo oba ciągnęły pod przodu.
I podobnie było po każdych roztopach. Co tylko mróz ulżył, od późnej jesieni, przez zimę, aż do początku wiosny…
Czy mógłbym opowiedzieć jeszcze o spinaniu?
A to było tak. Pociągi z tymi wagonami, które przyszły na stację do Zielonej Góry, ale nie do rozładunku na miejscu, tylko u odbiorców, tych co mają własne bocznice, to dawano je na tor szesnasty. A potem na manewrowej, tam przy Traugutta, wypinano wagony według miejsca docelowego, czyli konkretnego zakładu w mieście. I te które przyszły późno, pod koniec dnia lub wieczorem, zaczynano spinać od czwartej w nocy, ale tak, żeby te do tartaku czy WZGS-u były przed parowozem, na samym przedzie, czyli najdalej od środka składu, od tej „Amerykanki”. A potem, już za parowozem, w kolejności szedł browar, „wełna”, „meble” i tak dalej.
I zawsze było tak, że wagon do najdalszego, ostatniego zakładu był od czoła składu. A „Amerykanka”, która jechała w środku, pchała przed sobą te wagony, najpierw wjeżdżając powiedzmy do tartaku, położonego na samym końcu trasy, już pod Jędrzychowem. I dzięki takiemu układowi, gdy pociąg wjechał na teren placu z drewnem, odczepialiśmy z samego przodu wagon przeznaczony dla tartaku a „Amerykanka” mogła teraz wypchać resztę składu w drugą stronę, z powrotem torem szlakowym, ku miastu. I na tym powrocie pociąg najpierw zajeżdżał do WZGS-u, gdzie zostawialiśmy kolejny wagon sprzed parowozu. A potem – do kolejnych odbiorców, do browaru, „wełny”, „mebli”, u których na ich bocznicach odczepiano następne wagony. I teraz, to z tego drugiego końca, bo po obsłużeniu WZGS-u, przed „Amerykanką” nie było już przecież niczego..
A puste wagony doczepiano do składu powrotnego w odwrotnej kolejności. Czasem przed „angielką” przy browarze, te wagony z tyłu parowozu zostawialiśmy na płozach i dopiero na powrocie z WZGS-u lub tartaku zabieraliśmy je dalej, samym parowozem.
A bywało też, że lokomotywa szła normalnie, czyli z przodu. I było to tylko wtedy, gdy wagony szły jedynie do browaru, „mebli” lub „wełny” i nigdzie indziej. No i po tym też można było poznać, dokąd tego dnia jechał skład. Bo jak parowóz ciągnął wagony za sobą, to był to pociąg do browaru, fabryki mebli i „Polskiej Wełny”.
A skład spinany od czwartej w nocy, szedł na trasę około siódmej rano.
A gdzieś między jedenastą w południe a pierwszą wracały z powrotem puste wagony z wczoraj. I w te dni, kiedy jeździły po dwa pociągi na dzień, powtarzało się to późnym popołudniem, tak aby na dziewiętnastą wrócić na wieczorne wyposażenie parowozu.
No i tu się pojawiała ta cała gówniażeria. Bo robili sobie zabawy, nie zważając w ogóle na niebezpieczeństwo.

– Na czym te niebezpieczne zabawy polegały?

– Bo to czepiali się skrajnego wagonu, ostatniego albo pierwszego. A było to zależne od tego, gdzie był parowóz. I podjeżdżali po kawałku, aż kto ich nie pogonił. I zawody takie sobie robili, kto wskoczy, przytrzyma się i dłużej nie spadnie. Albo kto wskoczy z jak najkrótszego rozbiegu, a nawet próbowali wskakiwać z miejsca.
A wyciągali też i płozy, gdy zostawialiśmy wagony, aby wziąć je później, po odstawieniu wagonów do tartaku czy WZGS-ie na górze lub do „budowlanki” czy na „węglarni” na dole.
Czy było to niebezpieczne? A było. A zresztą obsłudze składu nie brakło i innych kłopotów. Bo zdarzały się wypadki, gdy wagony się wyczepiały i wyczepione staczały się same w dół, wzdłuż torów. Bo parowozy się ślizgały, bo nie mogły pociągnąć w górę… I bywały problemy na przejazdach, bo pod pociąg wjeżdżali kierowcy samochodów lub były duże nanosy. No, a tu na dodatek ci gówniarze, czepiali się wagonów, podrzucali monety na szyny i inne jakieś blachy, aby pociąg po nich przejechał… I wyciągali te płozy, o których już mówiłem…
A tak było głównie przy tych nowych osiedlach, bo to byli gówniarze z bloków przy Waszkiewicza, z Sucharskiego, Jóźwiaka, Jaskółczej i okolic Ogrodowej.

– I pan ich gonił?

– A jakże! Bo obsługa składów, maszynista i manewrowi, ci co to wyskakiwali na ulice, aby wstrzymać ruch na przejeździe, nie dawali sobie z nimi rady. Bali się ich. Czy znaleźli jakieś rozwiązanie? Znaleźli! Poszukali sobie kogoś odważnego. I koniec końców poprosili nas, patrole Służb Ochrony, byśmy co pewien czas pojechali z nimi składem i pogonili gówniarzy.

– I co, pogonił ich pan?

– A oczywiście! I nie tylko pogoniłem, ale i złapałem też paru tych obwiesiów.

– A jak to się odbywało?

– A jak miało się niby odbywać?

– Co wtedy pan czuł?

– Nie rozumiem…

– Proszę opowiedzieć, co pan czuł tak ich goniąc? A jak ich pan złapał? Było panu jakoś lepiej, jak to pan zapamiętał? Poznał, może, pan bliżej któregoś z tych gówniarzy?

– Łobuzów?

– Łobuzów. Tak, oczywiście, że łobuzów, panie Olku…

Ciąg dalszy w następny piątek

Worldwide Screening of I AM NOT YOUR NEGRO by Raoul Peck on December 10, 2020

Deutsch unten

Worldwide Screening: I Am Not Your Negro by Raoul Peck on December 10, 2020

On December 10, 2020, the anniversary of the day the United Nations General Assembly adopted, in 1948, the Universal Declaration of Human Rights, a second Worldwide Screening will take place. Cinemas, schools, universities, and cultural institutions have responded to the call of the international literature festival berlin (ilb) to screen I Am Not Your Negro by Raoul Peck. This award-winning 95-minute 2016 documentary was shot on the basis of the unfinished manuscript “Remember This House” by James Baldwin (1924 – 1987).

The worldwide screening is intended to underscore our responsibility to examine the history of colonialism and racism. Over the course of almost four centuries, 10-12 million enslaved Africans were transported to America, mainly by European traders. More than 250 years after the abolition of the Atlantic slave trade, equal treatment of white people and People of Color has by no means been established – neither in America, nor in Europe, or any other region of the world.

In addition to analogue events, digital screenings will take place. Here you can find a list of participating institutions and links.

website

Worldwide Screening: I Am Not Your Negro von Raoul Peck am 10. Dezember 2020

Am Jahrestag der, durch die Vereinten Nationen im Jahr 1948 verkündeten, Allgemeinen Erklärung der Menschenrechte findet das zweite Worldwide Screening am 10. Dezember 2020 statt. Kinos, Schulen, Universitäten und kulturelle Institutionen folgten dem Aufruf des internationalen literaturfestivals berlin (ilb) zu einer weltweiten Filmvorführung von I Am Not Your Negro von Raoul Peck. Der preisgekrönte, 95-minütige Dokumentarfilm aus dem Jahr 2016 wurde auf Basis des unvollendeten Manuskripts „Remember This House“ von James Baldwin (1924 – 1987) gedreht.

Mit der weltweiten Vorführung soll unsere Verantwortung unterstrichen werden, die Geschichte der Kolonisation und des Rassismus detailliert aufzuarbeiten. Im Laufe von fast vier Jahrhunderten wurden 10-12 Millionen versklavte Afrikaner nach Amerika transportiert, hauptsächlich von europäischen Händlern. Mehr als 250 Jahre nach der Abschaffung des atlantischen Sklavenhandels ist die Gleichbehandlung von Weißen und People of Color keineswegs festgeschrieben – weder in Amerika noch in Europa noch in anderen Regionen der Welt.

Neben analogen Veranstaltungen finden an dem Tag weltweit auch digitale Screenings statt. Schauen Sie sich die Liste der teilnehmenden Institutionen und Links hier an.

Webseite


internationales literaturfestival berlin
Chausseestr. 5
10115 Berlin
Fon +49 (0) 30 – 27 87 86 65
Fax +49 (0) 30 – 27 87 86 85
presse@literaturfestival.com

21. internationales literaturfestival berlin | 8.–18. September 2021
7. internationales literaturfestival odessa | 22.–25. September 2021

www.litfestodessa.com
www.worldwide-reading.com
www.comics-berlin.de
www.wordalliance.org

Z wolnej stopy 24

Zbigniew Milewicz

Dalszy ciąg opowieści o i z ulicy Mariackiej w Katowicach. Odcinek 1 TU.

W cenzurze

Urodziłem się niedaleko tej chacharskiej ulicy, w kamienicy przy Starowiejskiej, o czym już pisałem kiedyś, w swoim cyklu rodzinnym W górę rzeki. W kościele Mariackim zostałem ochrzczony, ale na tym na razie skończyły się moje katowickie dzieje, bo niebawem dostałem nowy, chorzowski adres, w domu dziadków. Do Katowic wróciłem oficjalnie dopiero w 1969 roku, w związku z moją pierwszą pracą po studiach; to był Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, który mieścił się przy ulicy Mariackiej 1. Przepracowałem w nim mniej więcej rok i w tym momencie trzeba byłoby mi odpowiedzieć na pytanie, co robi młody człowiek, który jeszcze niedawno domagał się od komuny wolności słowa, w obozie wroga? Szczerze odpowiem, że nie wiem. Dobrze pamiętam natomiast, że po odsiedzeniu w Krakowie wyroku za Marzec 68 niełatwo mi było znaleźć pracodawcę, który chciałby mnie zatrudnić i dopiero Kazimierz Dworecki to zaryzykował. Naczelnika katowickiej cenzury znał prywatnie ktoś z kręgu znajomych mojej mamy, poręczył za mnie i tym sposobem wylądowałem w instytucji, mającej ostatnie zdanie w życiu ówczesnych mediów, wydawnictw i twórców kultury.

Zatrudniono mnie na stanowisku praktykanta i zgodnie ze zwyczajami panującymi pewnie w całym świecie, powierzono różne podrzędne roboty, takie jak odkurzanie i segregowanie akt, przesuwanie biurowych mebli, albo pilnowanie dalekopisu, który stale drukował jakieś wiadomości, a lubił się zacinać. Gdy szefostwo nabrało do mnie pewnego zaufania, dostałem dodatkowo funkcję tzw. biegłego przysięgłego, czyli kogoś, kto biegnie po wódkę i przysięga, że nikomu o tym nie powie. Byłem najmłodszy w tym kilkunastoosobowym zespole i trudno było nie pójść po flaszkę, jak ktoś jej potrzebował. A pili w urzędzie w czasie służby prawie wszyscy, jedni więcej, drudzy mniej, niektórzy codziennie, tylko Olek Ochenkowski nie mógł, bo prowadził służbowe auto.

Naczelnik Dworecki wódki nie lubił. Na emigracji we Francji, czy też w Belgii rozsmakował się w winach i niekiedy chodziłem po nie do delikatesów, gdzie zaprzyjaźniona z urzędem kierowniczka zawsze trzymała pod ladą odpowiedni zapasik. Przynosiłem mu dwie, trzy butelki i dziwiłem się w duchu, jak on może pić taką glicerynę, bo gustował w ciężkich, słodkich winach. Był to ludzki szef, zawsze pytał, czy nie mam ochoty na szklaneczkę i czasami dotrzymywałem mu towarzystwa. Przez chwilę, bo nie chciałem przeszkadzać mu w pracy, ani w rytuale samotnej degustacji trunku. Jak się przynosiło wódkę, to później biegły też musiał łyknąć, tylko mnie ciepła gorzała opornie przechodziła przez gardło, zwłaszcza bez zagrychy. Miła sekretarka Trudzia starała się więc zawsze coś wyczarować kulinarnie, a to śledzika, czy jajeczko, albo przynamniej kawałek ciasta i tym sposobem nauczyłem się pić, jak normalny człowiek. Tak to określał Dzidek Pietrzycki, który był najbardziej elokwentny w naszym zespole i poza urzędem miał niezliczone fuchy w postaci wykładów z marksizmu-leninizmu dla mas pracujących. Sączył czystą ze szklanki jak wodę, drobnymi łykami z miną olimpijskiego boga raczącego się nektarem, a Staszek Zaród potrafił łyknąć na raz setkę, ale w tym nawet nie próbowałem im dorównać. Tylko z pierwszą dawką alkoholu zawsze mieli kłopoty; grubawy Dzidek, który wił na swojej łysinie misternego ślimaka z resztek włosów, dławił się zawartością szklanki, jak gęś karmiona kluskami. Purpurowiał na twarzy i pocił się, płyn kilkakrotnie wracał, ale Dzidek zawsze w końcu go połknął. Staszek przechodził mniejsze męki, jako były partyzant wiedział, że z wrogiem nie należy się cackać.

Pierwszy pochodził z Ostrowca Świętokrzyskiego, drugi z Zagłębia Dąbrowskiego. Staszek Zaród, najniższy wzrostem, w urzędzie miał najwyższe notowania jeżeli chodzi o pracowitość w referacie prasy i był ogólnie lubiany za pogodny charakter, koleżeństwo i smakowite pieczonki, które urządzał dla nas na swojej działce w Gołonogu. Komunista z przekonania, jako młody chłopak walczył z Niemcami w szeregach Batalionów Chłopskich, albo Gwardii Ludowej. Był również zawołanym akordeonistą i chętnie nam przygrywał w czasie tych biesiad, najczęściej Samotną harmonię, Spoza gór i rzek, albo Na strażnicy.

O czym nie wolno było w PRL-u pisać i mówić traktowały zawiłe i obszerne zapisy cenzorskie. Do nich dopuszczono mnie dopiero po odbyciu szkolenia w głównym urzędzie, na ulicy Mysiej w Warszawie. Wtedy zagoniono mnie również do prawdziwej roboty, czyli do czytania szczotek drukarskich gazet i czasopism oraz książek, które czekały na wydanie. Działy prasy i publikacji miały najwięcej zadań i odpowiedzialności; największy luz był w widowiskach, którymi jednoosobowo zajmował się Dzidek i udało mi się go przekonać, że potrzebuje asystenta. W urzędzie spędzałem od tej pory mniej niż połowę roboczego dnia, resztę czasu zajmowały generalne próby sztuk w śląskich teatrach i wszelkich innych imprez kulturalnych, które cenzor musiał obejrzeć i zakwalifikować. Jako praktykant o niczym samodzielnie na ogół nie decydowałem, ale nie pamiętam poważniejszych ingerencji. U większości twórców działał mechanizm autocenzury, sami wiedzieli, na co mogą sobie w swojej twórczości pozwolić. Poza tym wcześniej czytaliśmy z Dzidkiem scenariusze przedstawień, ewentualne uwagi konsultowało się z autorami, lub reżyserami, którzy nanosili sugerowane zmiany w tekstach, albo korygowali interpretację i spektakle mogły się odbywać. Niemniej byliśmy dla nich klasycznym wrzodem na tyłku (proszę, jak działa autocenzura ) i to trzeba było przyjąć po męsku.

Najmilej wspominam przedpremierowe przeglądy filmów i próby variete, prowadzonego przez muzyczną gwiazdę – Marię Artykiewicz, z dopiero raczkującym na Śląsku stripteassem, gdzie raz osobiście rozpinałem czeskiej tancerce biustonosz. Kiedy zapytałem Dzidka, w co cenzor może ingerować w tańcu erotycznym, odparł, że w obrazę poczucia moralności widza. Biust tancerka mogła pokazać, ale majtki wolno jej było ściągnąć ewentualnie dopiero przy zgaszonych reflektorach na scenie. Opowiedział mi, że kiedyś stripteasserka miała na osobistej bieliźnie wydrukowaną flagę amerykańską i wtedy musiał zaingerować politycznie. Kazałem jej wszystko z siebie zdjąć, w Polsce nie ma miejsca dla wrogiej propagandy – uzasadnił. Nie wiedziałem, czy mówił prawdę, czy żartował, bo lubił.

Dziegciu do tego miodu dołożyłem sobie sam, na nocnym dyżurze w drukarni na Liebknechta, który dostałem w zastępstwie za chorego kolegę. Puściłem szpunta na sportowej stronie Trybuny Robotniczej o trzecioligowym meczu piłkarskim, którego powinienem był wywalić, bo jedna z drużyn reprezentowała barwy utajnionego w cenzorskich zapisach klubu wojskowego. Wrogi, zachodni szpieg mógł przeczytać tę informację i wydedukować, że w podanej miejscowości stacjonuje jednostka wojskowa, więc naraziłem system obronny Układu Warszawskiego na straty i musiałem ponieść za to konsekwencje. Naganę służbową na piśmie sporządził osobiście nowy naczelnik WUKPPiW, towarzysz Imielski, ponury aparatczyk z Sosnowca. Zastąpił mojego protektora, który naraził się czymś wojewódzkiej nomenklaturze i poszedł na boczny tor. Edward Gierek, z którym Dworecki znał się osobiście, nie użył swoich wpływów, żeby tę decyzję zmienić.

Na domiar złego prywatnie podłożyłem się nowej władzy, recytując w urzędzie fragmenty słonego Alfabetu Studenckiego. To było na moich urodzinach, które odprawiałem po pracy w pokoju konferencyjnym. Mój dobry kolega, Wicio Bieńkowski, z którym później spotkałem się znowu w Dzienniku Zachodnim, lubił po kieliszku recytować różne perełki z polskiej, klasycznej poezji. M.in. Maraton Kornela Ujejskiego, za którym przepadałem; robił to świetnie, a kiedy skończył i dostał od nas zasłużone brawa, dałem czadu na zupełnie inną nutę:

Armia nasza jest zwycięska
Alfons jest to k…. męska

Jakby tego było za mało, przy literze C, zaimprowizowałem:

Cygan w kartach lubi bujać
Cenzor to jest kawał h…

Naczelnika Imielskiego nie było przy tym, ze względu na wrzody żołądka unikał zakrapianych przyjęć i zabraniał picia na służbie, ale ktoś mu doniósł, że miały miejsce szkodliwe wypowiedzi. Nowy szef nosił imię Alfons i wziął tę moją recytację osobiście do siebie. Do tego przy literze C pokalałem własne gniazdo i nie pozostało mi nic innego, jak poszukać sobie nowego. Ciągnęło mnie do świata artystycznego, a wtedy akurat wakowało miejsce kierownika Organizacji Widowni w Teatrze Śląskim, ale to już temat na kiedy indziej. Jeszcze nie jestem gotów z Mariacką.

Zadumanie

Teresa Rudolf

Wędrówka po lesie

Ludzie bez masek,
daleko od siebie,
– bliskość bez rąk.

Drzewa bezlistne,
trzęsą się z zimna,
– wiosna je ubierze…

Niebo niebieskie
pełne białych chmur,
– zimne jak czyjeś oczy…

Cicha cisza w lasach,
stąpasz po liściach,
– w sercu niemy hałas…

Ptaki śpiewające,
z całych sił gardła,
– a na którym drzewie?

Pada jabłko…

To jest twój syn,
a to twój wnuk
– nie znasz ich.

Jesteś w nich,
oni byliby w Tobie
– nie byłeś ciekawy.

Tam gdzie jesteś,
masz cały spokój
– ta ziemia już obca.

To jest twój syn,
a to twój wnuk,
– daleko im do jabłoni.