Pokolenie Solidarności (12)

Ewa Maria Slaska

Eli

Dzień Kobiet (1972)

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia, ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera, a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał, dopiero gdy hasła „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie, właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje kobiet miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych Dzień Kobiet stał się ważnym elementem propagandy.

W Polsce przez wiele lat we wszystkich zakładach pracy kobiety z tej okazji otrzymywały podarunki – była to z reguły kawa ziarnista (100 gramów) albo rajstopy, rzadziej czekolada. Poza tym zawsze był kwiatek, przez wiele lat goździk w celofanie, potem tulipan, a pod koniec komuny – frezja. Odbiór prezentu kobiety kwitowały w specjalnej księdze. A potem już była pora na popijawę. Jedzenie w bogatszych zakładach przynosił goniec lub przywoził kierowca z garmażerii, w biedniejszych – kobiety przygotowywały zagrychę za pieniądze, które kierownik trzymał w nielegalnej kasie, zwanej czarną, do czasu aż się okazało, że nie wolno mówić o czarnej kasie, pracy na czarno, a w Niemczech również o jeździe bez biletu, która się za Odrą nazywa na czarno. W Polsce nie wolno też już czytać dzieciom głupiutkiego, słodkiego wierszyka Juliana Tuwima o Murzynku Bambo, ani śpiewać piosenki kolonijnej Aj aj Madagaskar, o tym, jak biały facet ożeni się z czarną kobietą (od białego tatki i od czarnej matki będą dzieci w kratki), bo jest ona również kolonialna. Już ze 20 lat wcześniej w Niemczech przemianowano obrzydliwe słodkie ciastka, które nazywały się Negerküsse (pocałunki Murzyna) na Dickerchen, czyli grubaski i nie wolno już było wydawać ani czytać dzieciom trzeciego tomu Pippi Langstrumpf, czyli Fizi Pończoszanki o Pippi w kraju Taka Tuka, bo tam tata Pippi był grubym królem Murzynów. W tym też czasie amerykański koncern Netflix zaczął produkować nowe wersje filmowe starych historii, takich jak Ania z Zielonego Wzgórza (film nosi tytuł Anne mit E, co na polski powinno się przetłumaczyć jako Ania, nie Andzia, ale tłumacze współcześni już tego nie wiedzą, film nazywa się więc Ania, nie Anna). Ania opiekuje się z indiańską dziewczynką, Gilbert Blythe pracuje na statku i zaprzyjaźnia z Murzynem z Karaibów, a jeden z kolegów Ani jest transwestytą, a bogata ciotka Diany Barry – lesbijką. Wyjeżdżając na studia Gilbert oddaje swemu czarnemu kumplowi rodzinną farmę w Avonlea.

Niewiele chodziłam na etat do pracy w Polsce, dwa lata na uniwersytecie, dwa w Spółdzielni Plastyków, resztę czasu przepracowałam w domu jako tzw. “wolny strzelec” i myślę, że coś mi jednak umknęło, bo chyba w ogóle nie pamiętam, czy obchodziliśmy Dzień Kobiet. Ale oczywiście wiedziałam od kolegów i koleżanek, jak to wyglądało. Kierownik wyciągał owe czarne pieniądze z czarnej kasy, pracownice szykowały śledzika, sałatkę jarzynową, ogóreczki, kiełbasę, szynkę i grzybki marynowane. Kawę piło się ze szklanek w metalowych koszyczkach. Cieniutkie białe serwetki układano, złożone w trójkąt, w metalowych stojaczkach. Z pokoju kierownika przynosiło się tacę pełną kieliszków. Wszyscy palili. Opowiadało się dowcipy. Przez dwie lub trzy godziny trwała rzewna popijawa, kobiety co jakiś czas usuwały brudne talerze i popielniczki pełne niedopałków, a pod koniec dnia pracy sprzątały i zmywały naczynia. Mężczyźni z reguły już spali na fotelach albo pod stołami.

Gdy się szło ulicą, wszędzie widziało się przekupki lub przekupniów z wiadrami pełnymi kwiatów, i wszędzie widać było mężczyzn, którzy nieśli do domu dwa, trzy, czasem cztery zapakowane w celofan kwiaty, dla żony, córki, matki i ewentualnie również teściowej.

Drugim dniem, w którym we wszystkich zakładach pracy szykowano jedzenie, była Wigilia.


Pomysł napisania o Dniu Kobiet podsunęła mi Anna Dobrzyńska

***

Piłka nożna (1974)


Mogłabym powiedzieć, że futbol był czynnikiem odpowiedzialnym za nasze życie. Ale nie tak jak myślicie… się okaże… Ja, autorka mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz inaugurujäcy Polska-Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali do domów na mecz, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania „pani ksiądz cywilnej” do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7 we Wrzeszczu. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej – Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców. Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie również w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, wygrywamy i czujemy się jak „król i królowa”, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…
„Małpa, sowa”. Pamiętacie taką wyliczankę – król, królowa, małpa, sowa? I zawsze tak jest, zaczynają jak król i królowa, a potem jest życie.

Przegrywa się zawsze. To moje przemyślenie.

9-Euro-Ticket (8)

Krystyna Koziewicz

Sylt

Od czerwca do końca sierpnia 2022 roku przez trzy miesiące letnie można podróżować po całych Niemczech pociągami regionalnymi za jedyne 9 euro czyli na tzw. 9-Euro-Ticket. Ot, taki w środku lata gwiazdkowy prezent zafundował społeczności międzynarodowej rząd federalny Niemiec. Z propozycji ucieszyli się, mniemam, wszyscy ci, którzy rzadko korzystali z komunikacji miejskiej, regionalnej, a pewnie też ci, którzy do pracy jeździli samochodami. Najbardziej zadowolone były niemieckie punki. Pewnej niedzieli punkowcy masowo ruszyli na wyspę Sylt, na co dzień zamieszkałą przez bogatych Niemców. To snobistyczne miejsce, zawłaszczone przez ludzie świata biznesu, polityki, kultury. Sylt zyskał sławę, kiedy przyjeżdżali tu pisarze, malarze, artyści. Wśród nich byli Tomasz Mann, Marlena Dietrich, Emil Nolte, perska cesarzowa Soraya, Axel Springer. Dostać się na Sylt można jedynie pociągiem, gdzie normalny bilet kosztuje 60 euro w jedną stronę, a 100 euro tam i z powrotem. Teraz tylko 9 euro, super okazja, punki szybko skrzyknęły się w mediach społecznościowych i ruszyły w drogę, by zakosztować uroku białych plaż, które ciągną się aż po horyzont. Czemu nie?

W tym miejscu wspomnę moją historię z Syltem. Byłam tam z moim świeżo poślubionym mężem, Bartkiem w podróży poślubnej. Pojechaliśmy starym modelem campera VW. Muszę przyznać, że trochę dziwnie się czułam pośród luksusowych pojazdów. Wyróżnialiśmy się nędznie, zwłaszcza na parkingu. Mój ślubny wcale się tym nie przejmował, dumnie paradował po głównych alejach spacerowych, ja z kolei uciekałam do cichych, ustronnych miejsc. Na dodatek okazało się, że w tym czasie na wyspie odbywały się mistrzostwa świata w windsurfingu, zatem cała snobistyczna śmietanka towarzyska całych Niemiec (czyli po niemiecku: Schickeria) zdominowała pejzaż. Nie pasowaliśmy do eleganckich ubiorów, ekskluzywnych restauracji, tak jak obecnie punki psuły miejscowym widok na świat. Zmiast innych snobów ujrzeli nagle masy na czarno ubranej młodzieży w powycieranych dżinsach, z agrafkami i kolcami w uszach, łańcuchami i metalowymi akcesoriami na kurtkach, butach i spodniach. Punki rozsiadły się na plantach z psami u nogi i piwem w ręku. Mnie się ta punkowa zadyma podoba, niech żyje młodość, wolność i swoboda!

Frankfurt (nad Odrą)

Otóż, będąc w posiadaniu 3 biletów ważnych czyli na 3 miesiące, od razu zaczęłam snuć plany podróżnicze po regionie. Odkrywanie niezwykłych i ciekawych miejsc zawsze mnie rajcowało, już sam region Brandenburgii oferuje wiele atrakcji turystycznych, znajdujących się tuż pod nosem. Trzeba było tylko ruszyć głową, potem pupcią, wziąć plecak i w drogę.

Moja pierwsza podróż w ramach 9 Euro Ticket odbyła się do Frankfurtu n. Odrą. Miałam zamiar pojechać do Słubic w ważnej sprawie rodzinnej. Wszystko poszło gładko, w wagonach były wolne miejsca do siedzenia, pociągi odjeżdżały nad Odrę co pół godziny. Ludzie wsiadali, wysiadali, ruch był płynny, jak sama rzeka Odra. Co ciekawe, nie było kontroli biletów tam i z powrotem, bo i po co?

Brandenburg an der Havel

A my we trzy tj. Ela, Ewa i ja od dawna wybierałyśmy się w podróż w ramach 9 Euro Ticket i jakoś wybrać się nie mogłyśmy, bo w tym cały był ambaras, żeby troje chciało na raz. Ten zgrabny dwuwiersz Boya-Żeleńskiego odnosi się wprawdzie do sfery szeroko pojętych relacji męsko-damskich, jednak na siłę dałoby się doszukać w nim jakichś dalszych analogii. Niekiedy jest jednak tak, że „dwoje nie chce na raz, trzeci chce” albo „chce dwoje na raz, ale nie mogą, a trzeci nie”. I pomimo że z pozoru, „chcieć, a nie móc” jest gorsze od „móc, a nie chcieć”, to z perspektywy tego, o czym myślał Boy-Żeleński, sprawy o wiele gorzej się mają w przypadku „nie-chcenia” (braku woli) niż w przypadku „nie-mocy” (braku możności).


Jednak w końcu udało się! Odbyłyśmy podróż do Brandenburga. Ela miała wytyczony cel, zobaczyć gilotynę w więzieniu Brandenburg-Görden na Anton-Saefkow-Allee, zrobić zdjęcie do projektu Irena Bobowska – zapomniana bohaterka.

Brandenburg nad Havelą to urocze miasteczko, które już na pierwszy rzut oka zachęca do nieśpiesznych spacerów, a jego okolica to wymarzona kraina lasów i jezior, poprzecinana kilometrami ścieżek rowerowych. W Brandenburgu spędziłyśmy kilka godzin, odkrywając bez pośpiechu niemal wszystkie jego urokliwe miejsca, urbanistyczne układy kamienic, zabytki historyczne, gotyckie ratusze i kościoły, bramy i wieże miejskie.


Wszędzie było tak blisko, tak pięknie, tak sielsko. Spacerowałyśmy i po zacisznych, i po hałaśliwych uliczkach, pośrodku uliczek, pomiędzy kamienicami sunęły bowiem tramwaje lub samochody, które niemiłosiernie terkotały po kamiennej kostce. Trzeba też było być czujnym, by nie zostać potrąconym.

Historia Brandenburga sięga X wieku. Z dawnych czasów pozostało kilka zabytków. Spacerując po mieście zwiedzić można imponujące kościoły: w dzielnicy Neustadt mieści się Katharinenkirche ze wspaniałymi zdobieniami na fasadzie. W Altstadt odwiedziłyśmy kościół St. Gotthardta, w mieście zachowały się również fragmenty muru obronnego wraz z wieżami, a także budynek dawnego ratusza, którego strzeże ogromna postać rycerza Rolanda. Co ciekawe w Brandenburgu funkcjonowały dwa ratusze, ten staro- i ten nowomiejski. Najważniejszych zabytkiem sakralnym w mieście jest pochodząca z XII wieku katedra Dom Sankt Peter und Paul. Altstadt, czyli Stare Miasto było ciche i bardziej tu było spokojnie. Neustadt, jak na Nowe Miasto przystało, tętni natomiast życiem – można tu znaleźć mnóstwo barów, kawiarni, restauracji oraz sklepów.

Spacerując po Brandenburgu szukałyśmy też figurek mopsów z niewielkimi rogami. Te małe ni to miejskie, ni to leśne stwory rozsiane są po całym mieście i upamiętniają znanego niemieckiego komika i autora komiksów, Vicco von Bülowa, czyli Loriota. Mops z jelenim porożem był jednym z najbardziej znanych komiksowych bohaterów Loriota. W Brandenburgu takich figurek jest ponad 20, my spotkałyśmy kilka sztuk.


Mój pobyt w tym mieście zakończył przed godziną 15.00, trzeba było wracać do Berlina, by zdążyć do Instytutu Polskiego na monodram o Pileckim. Słowo się rzekło, przyrzekłam, że będę i byłam więc. Koleżanki odwiozły mnie na dworzec, wracałam sama do Berlina, one dwie kontynuowały swoje plany.

Krysia idzie na dworzec

Kiedy znowu we trzy wybierzemy się w podróż za 9 euro, oto jest pytanie?

PS, czyli Brandenburg-Görden

Gdy odrowadziłyśmy Krysię na dworzec, pojechałyśmy w miejsce, do którego chyba rzadko kto zagląda, oprócz pracowników i ich podopiecznych.
Prawie stuletnie więzienie w Brandenburg-Görden (Justizvollzugsanstalt Brandenburg a. d. Havel) kryje mroczne tajemnice, do których się od zakończenia II wojny światowej przyznaje. W byłym domu dyrektora jest miejsce pamięci (Gedenkstätte Zuchthaus Brandenburg-Görden), a trochę dalej miejsce, w którym kat czynił swoją powinność. Katem dla okręgu egzekucyjnego IV a więc dla Berlina Plötzensee i dla Brandenburga-Görden był Wilhelm Röttger. Obsługiwał dwie gilotyny.

Ponieważ pracujemy nad projektem, a przede wszystkim nad upamiętnieniem i przypomnieniem młodej poznanianki, harcerki, działaczki Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, malarki i poetki Ireny Bobowskiej, zamordowanej 27 września 1942 roku w Plötzensee, wybrałyśmy się właśnie do tego innego miejsca straceń. W brandenburskim więzieniu w pomieszczeniu egzekucyjnym znajduje się gilotyna, której nie ma w Plötzensee.

No cóż gilotyny jednak nie było, bo jest zamknięta na cztery spusty i ja nie doczytałam, że trzeba mieć specjalne pozwolenie, żeby wejść na teren cały czas działającego więzienia, a przyznanie delikwentowi takiego zezwolenia trwa co najmniej dwa tygodnie. I nie można się wylegitymować, po to by otrzymać zezwolenie od razu. Całe szczęście, że kary śmierci już nie ma, bo bym sobie jeszcze coś pomyślała. Biurokracja jak za dawnych czasów. Bez pieczątki i zezwolenia ani kroku dalej, bo wszystko za wysokim murem. Może z wyrokiem dałoby radę wejść do środka. Teraz mają nasze dane. Nie wiem, czy dojdą do tego, że jedna z nas już karana, a druga z polskim paszportem, z Kraju Warty? Będziemy czekać na wiadomości i pozwolenie na widzenie się z gilotyną.

EMS: To zdjęcie zdjęcia z wystawy. Jego sens jest tak makabryczny, że może nie chcemy już oglądać prawdziwej gilotyny

Po naszej udanej – nieudanej – wycieczce do gilotyny pojechałyśmy do katedry, oczywiście już zamkniętej prowincjonalnym zwyczajem czyli o godzinie 17.00. O dziwo „piwo i cappucino” przy katedrze było otwarte. Po drodze jeszcze mops Loriota i fontanna bez wody.

EMS: Ulotka projektu Bobowska w kościele św. Katarzyny i ta myśl, że władza zawsze i wszędzie jest gotowa ściąć głowę młodej kobiecie – w gruncie rzeczy z powodów, które nie są powodami. Irenę ścięto w wieku 22 lat za wydawanie gazetki konspiracyjnej od października 1939 do czerwca 1940; Katarzyna została stracona na rozkaz cesarza Maksencjusza za śluby czystości i wygraną w dyspucie religijnej, w której osiemnastoletnia dziewczyna okazała się bieglejsza od pięćdziesięciu mędrców niechrześcijańskich. Część z nich nawróciła.

Gdyby Ewa nie zwróciła uwagi na świętą, ściętą Katarzynę, w kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny, do którego weszłyśmy zaraz na początku, to obyłoby się bez „egzekucji”.

Katarzynę Aleksandryjską ścięto na początku IV wieku. Jak podaje wikipedia, cesarz skazał ją na śmierć; odstąpiono od łamania kołem po zniszczeniu narzędzia tortur przez anioła – wyrok wykonano przez ścięcie.

E.K.

Der Pilger und der Ritter (kein Don Quijote)

Für Arkadiusz (Arek) Ł. mit großen Dank, dass er die Pilgerfigur auf einem Grab im Berliner Alter St. Mathias Friedhof entdeckt hat.

– Sieh Mal, sagte Arek, der da sieht eigentlich wie Don Quijote aus. Klar, ist er nicht, sieht nur so aus, aber…

Ich drehe mich um und denke: Nein, es kann nicht sein, es gibt keinen Don Quijote als eine Grabfigur! Ich gehe näher, laufe um das Grab herum und sehe einen Pilger, so einen, den man immer wieder auf dem Jakobsweg (Camino de Santiago) trifft und der, ja, vom Weitem tatsäschlich wie Don Quijote aussieht.

Klar, wir, normale Pilgernde (und keine Pilger im engen Sinne des Wortes) kleiden uns anders, aber es gibt auf dem Weg auch die Verkleideten. Ein Pilger mit einem Pilgerhut ist immer dabei, es gibt aber auch Hippies und mittelalterliche Mönche, und Trubaduren, und Schotten in Kilts…

Ein kurzer Augenblick und schon habe ich drei Themen für diesen Blog-Beitrag: Don Quijote auf dem Camino de Santiago, das Grab der Familie Katsch und die Pilgerfigur.

Zuerst suche ich verschiedene Infos, keine wissenschaftliche Kulturfetzen und -krümmel, die den Don Quijote mit dem Camino de Santiago verbindet.

Camino Don Quijote

So ist manchmal Camino de Levante genannt, ein Streckenabschnitt von Valencia über Toledo bis Zamora.

Bis Toledo gibt es hier lange Streckenabschnitte, die nach Don Quijote ausgeschildert sind. Ab Zamora gibt es zwei Wander-Möglichkeiten in Richtung Santiago de Compostela: Entweder über Astorga oder über Ourense.

Den Weg über Astorga bin ich ja auch gegangen und tatsächlich, gab es da ab und zu Anspielungen an Don Quijote. Ich ging dorthin aber 2006 und der Ritter der Traurigen Gestalt interessierte mich noch nicht. Dagegen hatte mich der Heilige Jakob interessiert, der traurige Missionär, der insgesamt sieben Heiden christianisiert hat. Ich spürte hier eine gewisse Nähe zu diesem nicht besonders erfolgreichen Missionär, wohlwissend, dass wenn ich irgendwelche Heiden christianisieren sollte, hätte ich ja auch solche unwichtige, lächerliche Erfolge.

***

Auf dem Weg gibt es jedoch ein Ort, wo man erzwungenerweise über Don Quijote sinnieren muss, Hospital de Órbigo, wo es eine lange geschwungene Steinbrücke gibt, mit 20 Jochen. Die Legende will, dass sich hier 1434 ein seltsamer Ritter, Suero de Quiñones, gestellt hatt. Zur Ehre seiner Angebetenen hatten hier er und seine neun Begleitern einen Monat lang jeden europäischen Ritter, der nach Santiago zog, zum Waffengang gefordert.

Man erzählt, Cervantes hätte hier seine Inspiration gefunden!

***

Das Grab aber, zurück zum Grab!  Erbbegräbnis der Familie Katsch auf dem Alten St.-MatthäusKirchhof in Berlin-Schöneberg, das Grab von Alexander Katsch und seiner Familie.

Die Grabfigur bezeichnet man als einen müden Pilgern: Pilger, am Kreuz zur „Letzten Rast“ niedergesunkenen, darunter gibt es ein Zitat aus dem Pilgerpsalm (Psalm 121), Vers 3.: Er wird deinen Fuß nicht gleiten lassen / und der dich behütet, schläft nicht.

Ein Wallfahrtslied

Ich hebe meine Augen auf zu den Bergen.
Woher kommt mir Hilfe?

Meine Hilfe kommt vom Herrn,
der Himmel und Erde gemacht hat.

Er wird deinen Fuß nicht gleiten lassen,
und der dich behütet, schläft nicht.

Siehe, der Hüter Israels
schläft noch schlummert nicht.

Der Herr behütet dich;
der Herr ist dein Schatten über deiner rechten Hand,

dass dich des Tages die Sonne nicht steche
noch der Mond des Nachts.

Der Herr behüte dich vor allem Übel,
er behüte deine Seele.

Der Herr behüte deinen Ausgang und Eingang
von nun an bis in Ewigkeit!

***
Die Figur hat Rudolf Pohle geschaffen. Die Idee sollte aber von Hermann Katsch stammen, einen Maler. Pohle war ein bekannter Schöpfer hochemotionaler Skulpturen, Katsch ein Maler, der für seine Porträts menschlicher Typen geschätzt wurde. Pohle, schreibt man auf Wikiwand, verband die ernste Würde der äußeren Erscheinung und tiefe Empfindung besonders in seinen Grabfiguren. Die Fertigung von Grabmalplastiken war für einige Jahre sein künstlerischer Schwerpunkt. Am Anfang der 1880er Jahre erhielt er den Auftrag, für Eberswalde ein Denkmal des Oberlandforstmeisters von Hagen zu fertigen. Es folgte 1892 ein Marmordenkmal für Alois Senefelder, den Erfinder der Lithografie, auf dem Senefelderplatz in Berlin. Es war seinerzeit das erste Denkmal für einen Handwerker und galt als „eine der schönsten Arbeiten der modern-realistischen Schule“.
Hermann Katsch war sehr erfolgreich als Dekorationsmaler und wurde mit mehreren monumentalen Wandmalereien in Berlin beauftragt; er schuf unter anderen ein beeindruckendes Fresko im Theater des Westens. Während des Ersten Weltkriegs wurde Katsch Kriegsberichterstatter. 

Präsident Putin und Zar Peter I.

Michael G. Müller


Was könnte Vladimir Putin gemeint haben, als er bei einem öffentlichen Gespräch anlässlich des 350. Geburtstags Peters des Großen laut über dessen Vermächtnis für das heutige Russland nachdachte.
Gesagt hat er Folgendes: „Peter der Große führte 21 Jahre lang den Großen Nordischen Krieg. Er kämpfte gegen Schweden und versuchte, dem Land einige seiner Teile zu entreißen. Er hat nichts genommen, sondern er hat das Land zurückgeholt. Ja, er holte das Land zurück und stärkte es. Genau das hat er getan. Offensichtlich sind jetzt wir an der Reihe, das Land zurückzuholen und zu stärken.
Und wenn wir davon ausgehen, dass diese Werte die Grundlage unseres Daseins sind, dann werden wir die Aufgaben, vor denen wir stehen, sicher erfolgreich lösen.”
Was Putin sicher nicht meinte, wenn von den „Werten“ der Peter-Zeit sprach, ist immerhin klar. Peter I. verstand sich als Vorkämpfer einer radikalen Öffnung Russlands für die westliche Zivilisation – durch welche er das hoffnungslos rückständige Moskauer Zartum „vom Nicht-Sein ins Sein“ führen wollte. Putin dagegen verficht vehement dieselben Thesen, welche alle russischen Kritiker Peters I. vom 19. Jahrhundert bis heute, darunter auch Aleksander Solschenizyn, vertreten haben: Die „Unterwerfung“ unter die dekadente westliche Zivilisation sei Russlands Verderben. Nicht die Vision Peters I. von einer neuen, aufgeklärten russischen Gesellschaft könne das Leitbild sein, sondern die Rückkehr zu dem alten Leitbild einer religiös-mythisch begründeten russischen Gemeinschaft.
Ganz unklar ist aber, warum und wie sich Putin auf Peters Außen- und Eroberungspolitik, auf den 21 Jahre dauernden Großen Nordischen Krieg und dessen Resultate berufen könnte. Gewiss, der am Ende dieses Kriegs 1721 in Nystad besiegelte Frieden markierte einen spektakulären Sieg Russland; er ließ auch Peters Anspruch darauf, nicht mehr nur als „moskowitscher Zar“, sondern als russischer Kaiser tituliert und behandelt zu werden, plausibel erscheinen. Doch um welche territorialen Ansprüche und tatsächlichen Erwerbungen des Moskauer/des Russischen Reichs ging es damals?
Durch den Nystad-Frieden kam Russland in den Besitz von Ingermanland und Teilen Kareliens (wo es immerhin russischsprachige Bewohner gab), außerdem von Estland und Livland (Ländern ohne traditionelle ethnisch-politische Verbindung zu Russland). Im Süden dagegen, an der Front zum Osmanischen Reich, waren Zar Peters ehrgeizige Eroberungspläne weitgehend gescheitert. Zwar gehörten seit dem späten 17. Jahrhunderts auch Teile des Ukraine (mit der Stadt Kiev) zum russischen Reichsgebiet. Doch sämtliche Zugänge zum Schwarzen Meer waren und blieben Russland noch lange verschlossen; auch die von Tataren bewohnte Krim und deren nördliche Festlandsgebiete sollten noch bis 1783 weit außerhalb des russischen Zugriffs bleiben. Mit einem Wort: An eine „Wiederherstellung“ des Imperiums Peters I. kann Putin heute wohl nicht denken.

Das europäische Russland in den Grenzen von 1725

Eigentlich geht es Putin um etwas Anderes. Wenn er betont, dass Peter I. nicht etwa neues Territorium erobert, vielmehr altes russisches Land „zurückgeholt“ hat, spielt er auf eine alte Denktradition in der russischen Staats- oder Reichsgeschichte an – die Doktrin vom „Sammeln der russischen Erde“, welche seit dem 15. Jahrhundert, seit der Zeit des Großfürsten Ivan III., die Expansionspolitik des Moskauer Staats begleitet und gerechtfertigt hatte – und zwar nicht nur die politische Unterwerfung alter russischer Teilfürstentümer, sondern auch die Expansion in Gebiete ohne altrussischer Herrschaftstradition. “Es ist unmöglich, verstehen Sie, unmöglich“, sagt Putin, „einen Zaun um ein Land wie Russland zu bauen”. Will sagen: Wo Russland, d.h. das russische Reich, endet, entscheiden die Russen selbst. Die Ansprüche der direkten Nachbarn auf nationale Souveränität und demokratische Selbstbestimmung sind hier unerheblich.
Kann man darüber mit Putins Regierung „verhandeln“, wie nicht wenige westliche Anhänger einer Appeasement-Politik gegenüber Russland fordern? Solches Verhandeln hätte wahrscheinlich ähnliche Erfolgsaussichten wie analoge Bemühungen im Zweiten Weltkrieg, nach Deutschlands Überfall auf Polen 1939 und auf die Sowjetunion 1941, mit Hitler über eine Begrenzung seiner Kriegsziele zu reden.

Irena Bobowska: Wiersze / Gedichte

Anna Krenz

IRENA BOBOWSKA
(geb. 3.9.1920, Poznań; gest. 27.9.1942, Berlin-Plötzensee)

Eine  junge Frau. Eine hochbegabte Malerin und Dichterin. Eine Schwerbehinderte im Rollstuhl. Eine Pfadfinderin, Aktivistin der Posener Waffen Organisation, dh. Militärorganisation im Westen Polens (Großpolen). Mitgründerin und Mitherausgeberin der Untergrund-Zeitschrift “Pobudka” (Weckruf). Sie sammelte die Informationen aus der Funküberwachung und bereitet sie zum Ausdrucken vor. Sie transportierte die konspirative Dokumente versteckt in ihrem Rollstuhl. Wegen ihrer Untergrundarbeit wurde sie von der GESTAPO verhaftet. Sie verbrachte zwei Jahre im Gefängnis (Fort VII in Poznań, Gefängnis in Wronki, Gefängnis Alt-Moabit, Gefängnis Barnimstraße und schließlich Gefängnis Berlin-Plötzensee). Sie wurde gefoltert und gedemütigt und fand ihren Ausweg im Schreiben von Gedichten und im Zeichnen.
Sie wurde am 27. September 1942 im Morgengrauen im Gefängnis Berlin-Plötzensee hingerichtet. 

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante Stanisława Kwiatkowska, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen. Das von Ewa Maria Slaska ins Deutsche übersetzte Gedicht wurde u.A. anlässlich des Internationalen Frauentags am 8.3.2021 vom Kollektiv Dziewuchy Berlin während der Performance “We are relevant” auf dem Nettelbeckplatz in Berlin vorgetragen. 
mehr: DEMO Wir sind Widerstand. 

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

Im Rahmen des Projekts wurden die acht gefundenen Gedichte ins Deutsche übersetzt von: Agnieszka Dębska (2022), Elżbieta Jagiełło (2022),  Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Das Gedicht “Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen” wurde 1995 von Bettina Eberspächer übersetzt und in der Publikation “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995), herausgegeben von Ewa Maria Slaska, veröffentlicht.

IRENA BOBOWSKA
(Urodzona 3 września 1920 r. w Poznaniu, stracona 26 września 1942 r. w Berlinie-Plötzensee)

Młoda kobieta. Niezwykle utalentowana rysowniczka i poetka. Osoba z niepełnosprawnościami, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Harcerka, działaczka Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, tj. organizacji wojskowej w zachodniej Polsce (Wielkopolska). Współzałożycielka i współredaktorka podziemnego pisma “Pobudka”. Zbierała informacje z monitoringu radiowego i przygotowała je do druku. Dokumenty konspiracyjne przewoziła ukryte w swoim wózku inwalidzkim. Z powodu swojej pracy konspiracyjnej została aresztowana przez GESTAPO.  Dwa lata spędziła w więzieniu (Fort VII w Poznaniu, więzienie we Wronkach, więzienie Alt-Moabit, więzienie Barnimstraße i wreszcie więzienie Berlin-Plötzensee). Torturowana i poniżana, ucieczkę znalazła w pisaniu wierszy i rysowaniu. Została stracona o świcie 27 września 1942 roku w więzieniu Berlin-Plötzensee.

Najbardziej znany wiersz Bobowskiej, “Bo się uczę…”, napisany w Forcie VII w Poznaniu, przyniosła w bucie z więzienia zwolniona z więzienia we Wronkach ciotka Stanisława Kwiatkowska. Wiersz ten, pełen bólu i nadziei, rozchodził się anonimowo w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Był czytana przez więźniarki w Oświęcimiu, przez więźniarki w powojennym Fordonie. Na niemiecki wiersz przetłumaczyła Ewa Maria Slaska, odczytywany był przez kolektyw Dziewuchy Berlin między innymi w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Kobiet (8.3.2021) podczas performance “Jesteśmy istotne” na Widerstandsplatz (Nettelbeckplatz) w Berlinie. więcej: DEMO Wir sind Widerstand. 

Pamiętamy o niej. Bo była i jest – istotna.

W ramach projektu znalezione osiem wierszy na niemiecki przetłumaczyły: Agnieszka Dębska (2022),  Elżbieta Jagiełło (2022), Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Wiersz “Ostatnie pozdrowienie” przetłumaczony był przez Bettinę Eberspächer w 1995 roku i opublikowany w publikacji “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995) pod redakcją Ewy Marii Slaskiej.

Ostatnie pozdrowienie

Przez gwiazdy i księżyc i słońca promienie,
Przez wszystkie blaski istniejące,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje serce tęskniące.

Przez drzewa i krzewy i przez wiatru tchnienie,
Przez wszystko, co kwitnie i rośnie,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje sny o wiośnie.

Przez świeżą zieleń, przez błękit nieba,
Przez grę kolorów tęczową, lśnienia,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Tchnące miłością purpurową.

Przez bicie dzwonów, przez ptaszęce pienia,
Przez wszystkie śpiewy i dźwięki,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
W tonach żałosnej piosenki.

Przez sny złote i srebrne marzenia,
I poprzez myśli tęsknych roje…
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Przyślijcie Wy mi serca swoje.
(Alt-Moabit, 1941?)

Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen

Von Mond und Sternen, von Sonnenstrahlen,
Von allem Lichtschein der Welt,
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und mein sehnendes Herz.

Von allen Bäumen und Sträuchern, des Windes Atem,
Von allem, was wächst und was blüht
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und meinen Frühlingstraum.

Von Himmelsblau und von frischem Grün,
Vom Glanz, von des Regenbogens Spiel der Farben
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Von purpurner Liebe behaucht.

Von Vogelgesängen, von der Glockenschlägen,
Von allem, was tönt und was singt
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen,
Der wie ein Klagelied klingt.

Von goldenen Träumen, silbernen Verlangen,
Von der Sehnsuchtsgedanken Spiel
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
– Schickt Ihr euer Herz zu mir

(übersetzt von Bettina Eberspächer, 1995)

***

Modlitwa

Za wszystkie dobre z Bożej ręki wzięte
Za skarby wiary, za pociechy święte
Za trudy, prace i trudów owoce
Chwile szczęścia i długie niemoce
Za spokój, walkę
Za chwile szczęścia i dni żałoby

(23.4.194?)

Das Gebet

Für all das Gute aus Gotteshand erfasste
Für Glaubensschätze, für die heiligen Troste
Für Arbeit, Mühen und deren Gewinn
Die Glücksmomente und Tage ohne Sinn
Für Kampf und Frieden weltweit
Für Glück und für die Trauerzeit.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Słońce nam zaświeci,
Otworzą Fortu drzwi.
O szczęściu i swobodzie
Gromada więźniów śni.
Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień,
Więzienne znikną mury,
Fortecy zniknie cień.
I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.
Hasłem naszym będzie:
Rodzina, kraj i Bóg.
Ochoczo chwycim w dłonie
Młot twardy, miecz i pług.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.

(194?, Fort VII, Poznań)

Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Die Sonne scheinen
Die Tore der Festung sich öffnen
Von Glück und Freiheit
Träumen die Gefangenen.
Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Die Gefängnismauer verschwindet
Der Schatten der Festung auch.
Die Freude wird einziehen
Im Lachen heller Träume
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Alles wird gut
Wir kehren heim
Unser Schlagwort heißt
Familie, Vaterland und Gott
Mit Freuden greifen wir
Zu Hammer, Schwert und Pflug
Alles wird gut
Wir kehren heim.

(übersetzt von Monika Wrzosek-Müller, 2022)

***

Kochanej Mamusi w dniu imienin 15.5.

Ach tak bym chciała dziś pod stopy Twoje,
jak wonnych kwiatów, rzucić marzeń roje,
życzeń tysiące.

Ale są chwile, gdy nie można w słowa
oblec tych uczuć,
które w sobie chowa
serce bijące…

Ale są chwile, gdy wielkie wzruszenie
zamienia rwący się okrzyk – w milczenie
i głos tamuje…

Matuś, wiesz dobrze, że Twoja pieszczocha
Z całego serca prawdziwie Cię kocha.
Ty wiesz, co czuję…

Nenia dla Matuli

(1942)

Der geliebten Mama zum Namenstag 15.5.

Ach, wie gern würd ich dir heute
Hände voller Träume und lauter gute Wünsche
wie duftende Blüten auf deinen Weg streuen!

Aber es gibt Zeiten, in denen die Gefühle,
die das schlagende Herz in sich verbirgt,
keine Worte finden können…

Es gibt Zeiten, in denen der innere Aufruhr
den Schrei, der sich lösen will, in Schweigen verwandelt
und die Stimme lähmt…

Mami, du weißt genau, dass dein Schatz
dich von ganzem Herzen liebt.
Du weißt, was ich fühle…

Nenia für Mutti

(übersetzt von Anja Witzel, 2022)

***

Ktoś po klawiszach palcami wodzi
O struny skrzypiec czyjaś ręka trąca
Jakaś melodia z dala nadchodzi –
Chcę ją spamięta, lecz tony się mącą –

Śni mi się w nocy nasze pianino –
Czarne i lśniące stoi pod ścianą –
I na mnie czeka, gdy dni szare miną
Wrócę do niego – gdy wolna zostanę…

Na razie śnię tylko i rymy układam
Czasem – choć rzadko – łzy leje
I bajki sobie opowiadam,
I do snów moich się śmieję

Buduję przyszłość promienną, jasną
Podkłady daję z dobroci
I wtedy cela przestaje być ciemną
Przez kraty słońce ją złoci –

A w słonecznej jasnej strudze
W blasku prawdziwych urojeń
Dusza się kąpie jak w strudze
I lżej oddycha serce moje

(1941, Wronki)

Sanfte Finger berühren die Tasten,
Jemand anders zupft die Geigensaiten
Und ich höre ein Lied von ganz Weitem –
Doch der Klang lässt sich nicht festhalten –

Nachts im Traum mein Klavier mir erscheint –
An der Wand glänzend schwarz wartet dort –
Ist das Gräuliche vorbei, bin ich wieder daheim.
Kehre ich zurück, werd‘ ich wieder frei sein…

Bis es soweit ist, kommt ein Traum, kommt ein Reim
Manchmal wein‘ ich, doch zugegeben: selten
Kindheitsmärchen erzähle ich mir
Schaffe es, meinen Träumen zuzulächeln

Eine Zukunft mir baue, eine strahlende, helle
Ihr Fundament ist Güte
Dann weicht das Dunkel der Zelle
Die Sonne dringt ein durch die Gitter

In dem breiten Sonnenstrahl
Phantombilder wirken wahr
Und meine Seele badet wie in einem Bach
Und mein Herz atmet leichter, fast wirklich leicht

(übersetzt von Elżbieta Jagiełło, 2022)

***

Serce me
w złudnym śniepogrążone było.
Przyszedł dzień
Zniknął sen
Szczęście się prześniło.
Tylko myśl
Jeszcze dziś
Przypomina sny.
Dawne piosnki
Budzą troski
Przywołują łzy.

(Moabit, 20.1.1942)

Mein Herz
war vertieft
in Träumerei.
Mit dem Tag
schwand der Traum
das Glück war vorbei.
Heut erinnert
ein Gedanke
an des Traumes Glück
Alte Lieder
bringen Kummer
und Tränen zurück

(übersetzt von Agnieszka Dębska, 2022)

***
Ja lubię sobie wyobrażać
Że jestem z bajki taką dobrą wróżką
Przedziwne cuda mogę stwarzać
Mą czarodziejską różdżką.

I wtedy chodzę i sieję po świecie
Taki radosny, dźwięczny śmiech.
Śmiech, który wszystko zło wymiecie,
Przed którym umknie wszelki grzech.

W takt mojej różdżki tańczą dzieci
Kłonią się kwiaty, szumią drzewa
Gdy zechcę, wiatr swawolny leci
I na mój rozkaz słowik w parku śpiewa.

W dzień wodzę w górze słońce ogniste
I co noc gwiazdy zapalam,
I mgły na łąkach snuję srebrzyste,
I księżycowi świecić pozwalam.

Rankiem rozpylam perliste rosy,
Zawrotnych woni udzielam ziołom,
Rok rocznie złocę pszeniczne kłosy
I deszcz spragnionym zsyłam siołom.

Dzień i noc oraz 4 pory roku
Elfy, chochliki, wszystkie kwietne duszki
I nimfy z łąki przy potoku,
Syreny w morzu – też są moje służki.

(Moabit, 24.12.1941)

Ich stelle mich gerne so vor
Als gute Fee, vorm Märchentor
Mit einem Zauberstab in meiner Hand,
die große Wunder bewirken kann.

So gehe ich freudig durch die Welt
Mit meinem Lachen, das fröhlich klingt
Und all das Böse was im Wege steht
Und jede Sünde vertreiben wird.

Zum Takt meines Zauberstabs tanzen die Kinder
Durch meinen Willen befreie ich Winde.
Die Nachtigal zum Singen ich bezwinge,
Die Blumen zum Grüßen, die Bäume zu Schwingen.

Tagsüber befehle ich der Sonne zu wandern,
Nachts zünde ich Sterne am Himmel an,
Silbrige Nebel lasse ich auf Wiesen landen,
und den Mond leuchten, solange er kann.

Am Morgen sprühe ich perlenden Tau
Betörende Düfte schenke ich den Kräutern
Die Weizenähren bestreue ich mit Gold
Und sende Regen den durstigen Orten.

Der Tag und die Nacht und die Jahreszeiten
die Elfen, Kobolde, jegliche Blumengeister
und all die Nymphen und Wasserjungfrauen
auch die sollen mir ihre Dienste leisten.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Bo ja się uczę… 

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno)
I wiem jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony,
Uchronić się od chłodu.
I wiem co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.

I nauczyłam się popędzać myślami
Czas co bezlitośnie lubi się dłużyć
I wiem jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…

I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

(Wronki, 1941)

Weil ich lerne…

Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball
zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.

Und ich weiß, was es bedeutet,
Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.

Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…

Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst zu haben vor dem, was sein wird!

(übersetzt von Ewa Maria Slaska, 2021)

Lato, lato

Teresa Rudolf

Gołąb z ulicy Chopina

Dziś przyleciał
gołąb poranny,
z ulicy Chopina,
moje dzieciństwo.

Gruchnął znów,
z jakąś skargą,
w zaciśniętym
dziobie jak wtedy.

Zagłuszał inne
ptaki, psy i koty 
biadoleniem tępym,
nieprzetłumaczalnym.

I nagle 
dzwony 
kościelne,
w czystym
powietrzu
poranka,
odebrały
od niego
tę skargę...
Dziwne lato

Lato, 
wyśpiewane ptakami,
od lasów po balkony.

Lato,
przepięknie kolorowe,
rozsłonecznione niebiesko.

Lato,
grzmiące z nienawisci,
miotające piorunami.

Lato,
prażące gorącem ziemię, 
jakby kawę kolumbijską.

Lato, 
goniące ludzi dla ochłody
w wody rzek i basenów.

Lato,  
całe lądy na wiór suszące,
kradnąc wodę, paląc lasy.

Lato, 
cierpiące na 
niestabilność,
jak człowiek,
co kocha
...i zabija. 

Frauenblick: Witkacy

Monika Wrzosek-Müller

Warschau, Witkacy, Willkommen

Die kurzen Besuche in Warschau verlaufen meistens zwischen Bankterminen, Wohnungsinspektionen, den Treffen mit meiner Schwester, meiner Mutter, mit einigen wenigen Freunden, und selten, wirklich ganz selten reicht die Zeit für eine Ausstellung oder einen Film.

Diesmal hat mich die Ankündigung einer Ausstellungseröffnung ganz besonders angezogen. Die Ausstellung „Witkacy: Seismograph des Zeitalters der Beschleunigung“ war gerade einen Tag vor meinem Besuch eröffnet worden. Gezeigt wird sie im Warschauer Nationalmuseum, aus Anlass des 160. Jahrestages der Gründung des Museums. Interessant – ich war mir nicht bewusst, dass das Nationalmuseum schon 1862 als Museum der Schönen Künste gegründet worden war und sich im Lauf vieler Jahrzehnte zu einer zentralen Institution in Sachen Kunst entwickelt hatte.

Die Ausstellung kommt fast protzig daher; es werden nicht weniger als 500 Werke gezeigt: Gemälde, Zeichnungen, darunter die mit den Pastellen, Fotografien, Filmmaterial und schriftliche Dokumente. Die Arbeiten kommen zum Teil aus den entlegensten Museen in Polen, auch aus Privatsammlungen und sogar aus dem Ausland. Die Kuratoren wollten einen umfassenden Blick auf den Künstler werfen und ihn neu lesen; deshalb die meiner Meinung nach nicht ganz gelungene Aufteilung in acht Themenkreise – Bereiche, die sich sehr überlappen, überschneiden und dadurch wenig erklären. Dabei handelt es sich um die Kategorien: Kosmologie, Bewegung, Körper, die Einheit der Persönlichkeit, Dada/Zufall, die Urvision, die Geschichte, Individuen (vor dem Hintergrund des Mysteriums der Existenz). Innovativ ist die Idee, Witkiewicz mit anderen ausländischen Künstlern dieser Zeit in Beziehung zu setzen, daher bekommen wir auch Bilder von Wassily Kandinsky, Max Ernst, Rudolf Schlichter, Umberto Boccioni, Marcel Duchamp zu sehen und nicht zuletzt bieten die nebenan gezeigten Neuerwerbungen des Museums aus dem Werk Marc Chagalls Anregungen für Vergleiche. Tatsache ist aber, dass diese Themenkreise/Bereiche doch sein Schaffen bestimmten. Witkiewicz war geradezu besessen von der Kosmologie, von der Unendlichkeit des Weltalls, von der Verbindung des Individuums, der Natur mit den höheren Sphären; oft hat man aber den Eindruck, dass er das alles nicht ganz ernst nahm und sich selbst aus den schweren Verwicklungen des irdischen Lebens in das Himmlische flüchtete. Wenn es um die Kategorie Bewegung geht, sehen wir in jedem Bild, egal ob es sich um eine Zeichnung oder ein Ölgemälde handelt, dass eigentlich alles auf dem Bild in Bewegung ist, scheinbar unbewegliche Elemente, die als Hintergrund dienen, geraten auch in Bewegung. Sogar in den Porträts geraten die Gesichter in Bewegung, besonders diejenigen, die er nach entsprechendem Konsum von Alkohol oder Drogen schuf. Damit ist ganz eng die Kategorie des Körpers verbunden; Wikiewicz ist förmlich fasziniert vom Aufbau des Körpers und seiner Flexibilität. Er malt Muskel, Sehnen, die sich dehnen, bis ins Unendliche weiten, sich verändern, sogar Bäuche, die nicht besonders ästhetisch wirken. Meistens nach der Einnahme von Drogen verwandeln sich die menschlichen Körper in ganz andere Dimensionen und Längen, Menschen bekommen tierische Füße; diese wiederum werden größer als die Beine etc…

Die Einheit der Persönlichkeit ist vielleicht bei den Porträts von Witkiewicz am stärksten zu sehen; der Künstler versucht die Modelle mit ihrer ganzen Vielfalt, mit psychischer Tiefe darzustellen. Dazu dienten ihm auch die stundenlangen Sessions, oft mit vorangegangenen Fototerminen. Bei manchen nahm der Künstler verschiedene narkotisierenden Substanzen, um seine Erfahrungen zu maximieren und die Personen möglichst authentisch darzustellen, um in die Tiefe der Seele vorzudringen.

Überhaupt die Porträts; sie sind meiner Meinung nach das Wichtigste, was Witkiewicz als Maler geschaffen hatte. Er hat zwar hauptsächlich Personen aus der intellektuellen Elite gezeichnet, gemalt, immer mit immenser Intensität, Bravour, Spontaneität, sodass wir heutzutage, dank diesen Porträts, durchaus eine Ahnung von den Personen haben können. In der Ausstellung haben wir zwei riesige Wandflächen voll behängt mit den Porträts. Der Künstler selbst teilte sie in mehrere Kategorien; es gab die Kategorie „A“ – glattes, realistisches Porträt; „B“ betraf hauptsächlich die Porträts von Kindern, sie zeigten einen besonders charakteristischen Wesenszug des Models; dann gab es eine Mischung von „B+D“ oder „B+E“ bei denen die charakteristischen Züge besonders bei den Männerdarstellungen bis zum Karikaturhaften verstärkt wurden; bei den Frauenporträts endete das oft bei der Dämonisierung. Die Darstellungen vom Typ „C“ entstanden unter dem Einfluss von Alkohol oder Drogen, also waren sie in der Kategorie der „reinen Form“, nicht auf Bestellung und nicht verkäuflich, die Porträts Typs „D“ ahmten die Effekte derer nach, die unter Drogen entstanden waren (sie konnten aber erworben werden). Schließlich Typ „E“, mit weiteren Kombinationen bot eine psychologische Interpretation des Models durch den Künstler, konnte auch ähnlich wie Typ „A“ oder „B“ ausfallen. Die gewaltige Produktion an Porträts resultierte nicht nur aus den guten Verdienstmöglichkeiten seiner Porträtwerkstatt, sondern hauptsächlich aus der Faszination Witkiewiczs für Gesichter, ihre Persönlichkeiten, psychische Befindlichkeiten; er malte die Porträts oft nach Fotografien, die er selbst aufgenommen hatte, etc. Es handelte sich fast um eine Massenproduktion (es wurden nicht nur Porträts produziert, es gab auch Möbelstücke; in meiner Wohnung in Warschau steht immer noch ein Schreibtisch aus der Werkstatt in Zakopane, den ich nicht ausführen durfte, weil er zur Witkiewicz-Werken eingeordnet wurde); die teuersten waren die Porträts des Typs „A“, sie kosteten damals 350 zl; auch die vom Typ „E“ waren teuer. Die Kinderporträts kosteten von 150 bis 250 zl, Typ „D“ nur 100 zl. Der Typ „C“ blieb immer „bezcenny“, also einerseits nicht verkäuflich, ohne Preis und dadurch dann auch unerschwinglich. Seit 1921 gab es auch Porträts, die der Künstler selbst als „U“ klassifizierte – „U“ von Upadek [Niedergang] des Talents.

Auf den Bildern befinden sich unten am Rand oft diverse Zeichen, neben dem Namen des Künstlers und dem Erstellungsdatum auch Abkürzungen in Klammern, z.B. (T. C+Co), oder P 38 (T. B) N II com: das bedeutet Trinken (Alkohol) Cocain, Peyotl, Meskalin. Witkiewicz spielte mit den Drogen, wollte ihre bewusstseinserweiternde Wirkung spüren und ganz gezielt unter ihren Einfluss malen; er notierte manchmal sogar die Mengen der eingenommenen Drogen und beschrieb deren Wirkung: „die stärksten Werte stellten sich auf den Hinterbeinen über der Leere auf und fielen dann leise in den unerwarteten, nebensächlichen Abgrund und nahmen schreckliche, chimärische und bösartige Gestalten an.“ Doch in anderen Notizen, fast Protokollen, berichtet er, dass er ohne die Einnahme der Drogen viele Bereiche der Spontaneität, Farbenvielfalt und Dynamik nicht erreicht hätte. Er wusste zugleich aber, dass er irgendwann dann auch abhängig war und dass für junge Menschen eine große Gefahr davon ausging. Das Künstlerische Sich-Verlieren war es im „normalen Leben“ nicht wert, den Verstand tatsächlich zu verlieren. Davon handeln auch viele seiner Theaterstücke und anderen schriftstellerischen Werke.

In der Ausstellung sind die meisten Porträts ganz eng an zwei Wänden aufgehängt; dadurch fällt natürlich ihre Ähnlichkeit sofort ins Auge und die Einmaligkeit tritt eher zurück. Es gibt natürlich einige Porträts alten Stils, die repräsentativ, auch wegen ihrer Größe, in einem anderen Raum hängen, darunter mein Lieblingsporträt von Jadwiga Witkiewicz, 1925 in Pastell.

Ein weiteres Motiv der Ausstellung ist die Urvision, bedeutend, dass der Künstler nicht dem Ursache-Wirkung-Prinzip der ihn umgebenden Welt verpflichtet ist, sondern mit dem ganz freien Spiel der Fantasie jongliert. Das führte freilich manchmal in die Sackgasse und endete in ziemlich austauschbaren Formen, Gestalten und Farbgebungen.

Witkiewicz wuchs in einer ganz besonderen Familie auf; beide Eltern waren der Kunst verpflichtet, die Mutter als Musikerin, der Vater Maler im Geist des Jungen Polen. Witkiewicz wurde in Warschau geboren, wuchs aber in Zakopane auf. Er wurde zu Hause unterrichtet, besuchte keine Schule, hatte keine „normalen“ Schulkameraden, sondern eher Gleichgesinnte wie Leon Chwistek oder Bronislaw Malinowski, mit dem er später eine längere Reise nach Australien zu den Aborigines unternahm. Nach bestandenem Abitur studierte er kurz an der Kunstakademie in Krakau. Dann lebte er eine Zeit lang in Petersburg. Zurück in Polen heiratete er die Enkelin des berühmten polnischen Malers J. Kossak, Jadwiga von Unrug, und lebte weiter in Zakopane, wo er eine Art Firma gründete, die neben Porträts auch Möbel produzierte. 1939, beim Einmarsch der Deutschen in Polen, floh er in den Osten des Landes, nach Lemberg, und nachdem die Sowjets aufgrund des Molotow-Ribbentrop-Pakts Polen ebenfalls überfallen hatten, brachte er sich ums Leben; er nahm eine Überdosis von Schlaftabletten ein und durschnitt sich die Pulsadern.

Ich denke, sein Elternhaus, seine Erziehung, die Zeit, in der er in Polen lebte, trugen sehr zu der künstlerischen Persönlichkeit bei, die er schließlich wurde. Er hatte aufgrund der Freundschaft mit B. Malinowski sogar Zugang zu Denkweisen der Ethnologie, sah sogenannte Urvölker; er dachte über die Schnelligkeit der Entwicklung der Zivilisation und über Spiritualität nach – damit ist vielleicht die Kategorie Geschichte, aber auch die letzte Kategorie Individuen verbunden. Er war schon seiner Zeit verbunden, etwa durch den Gebrauch von Pastell, durch die Darstellungen einer bestimmten Elite und einer bestimmten Lebensart. Durch sein Experimentieren auch mit der Fotografie und dem Film bewegte er sich aber auch schon in Richtung der Performances und des Avantgardistischen. Besonders in seinen Schriften wurde er zum Vorläufer einer neuen Epoche und war Ideengeber für Künstler wie Tadeusz Kantor oder Schriftsteller wie Czesław Milosz.


Ausstellungsseite des Museums (in Englisch)

Pokolenie Solidarności (11)

Ewa Maria Slaska

Eli

Miłość (1969)

Była to miłość nie tyle od pierwszego wejrzenia, ile od pierwszego kroku. Był Sylwester. Rok 1969. Rozeszła się pogłoska, że do Klubu Studentów Wybrzeża Żak przyjedzie Niemen. Żak mieścił się wówczas nieopodal Dworca Głównego, w budynku Nowego Ratusza, który przed wojną był siedzibą Przedstawiciela Ligi Narodów w Wolnym Mieście Gdańsku, a w czasie wojny Wehrkreiskommando i gauleitera Alberta Forstera. Niemen nie przyjechał, ale przyszła masa ludzi. Stefan stał na bramce i próbował powstrzymać tłum, szturmujący wejście do klubu. Baśka właśnie podniosła nogę, żeby zrobić pół kroku dalej. Ktoś ją jednak popchnął, oparła się więc o Stefana całym ciałem i wbiła mu szpilkę w stopę. Stefan zawył z bólu i tak to się zaczęło.

Przyjechało pogotowie, zabrało Stefana i Baśkę przy okazji. Oboje nie bawili się w Sylwestra, ale się zakochali.

Gdy dwadzieścia lat później rozstawali się w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że ta szpilka, którą Baśka rozwaliła mu palce u prawej stopy, była jednak symboliczna. W końcu nie każda romantyczna miłość musi się zacząć od wściekłego bólu.

A może zresztą nie była to wcale miłość romantyczna. Podobnie jak solidarność okazała się niesolidarna, prawda nieprawdziwa, a wolność niewolna.

Przed nimi był jednak najpierw w miarę spokojny rok. Młodzi ludzie położyli uszy po sobie. Rozruchy studenckie, które nie ominęły Gdańska, minęły. Grudzień 1970 roku miał dopiero nadejść.

Krwawe gody (1970)

Stefan miał 23 lata, Basia 21. Wzięli ślub w kościele św. Mikołaja w Gdańsku, w Mikołaja, czyli 6 grudnia 1970 roku. W Mikołaju w Mikołaja, żartowali. Mieszkali w mieszkaniu Stefana na starym mieście i mieli ogromny wybór, ale akurat u Mikołaja wolny był termin podczas niedzielnej sumy. Tak więc padło na św. Mikołaja. To jeden z pogodniejszych świętych w panteonie katolickim, w którym poczesna rola przypada władcom i męczennikom lub władczyniom i męczenniczkom. Mikołaja ani nie umęczono na śmierć, ani on nikogo nie skazał na męki. Był biskupem w Mirze. Odziedziczył pieniądze i chętnie je ukradkiem rozdawał biednym młodym ludziom, kładł je na progu ubogich domostw, wrzucał przez okno lub przez komin, wkładał do ustawionych na zewnątrz butów lub tylko skarpet. Te złote monety miały umożliwić start w życie młodym, uczciwym, niezamożnym ludziom. Dla dziewcząt były posagiem, dla chłopaków często opłatą za naukę zawodu w warsztacie mistrza. Tak jak podopieczni świętego biskupa, również Stefan i Basia stali u progu życia i nie mogli wiedzieć, że kiedyś rozpołowi się opowieść o świętym rozdającym złoto i rozpołowi ich los.

Symbolicznie, mikołajowo jedna z ciotek podarowała im w prezencie ślubnym bon na pięć dolarów do Pewexu. Pewnego dnia, jeszcze przed świętami, długo chodzili po sklepie zastanawiając się, na co wydać ten majątek i wreszcie kupili puszysty, jasnożółty kocyk dla dziecka.

7 grudnia 1970 roku był sukcesem ówczesnej polskiej poltyki zagranicznej. W Warszawie został podpisany układ o podstawach wzajemnych stosunków między PRL a RFN, dokument, w którym Niemcy w praktyce uznawali oficjalnie granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. To był też dzień, kiedy Willy Brandt, kancelerz Niemiec i przewodniczący delegacji niemieckiej, ukląkł podczas składania kwiatów pod pomnikiem Ofiar Getta Warszawskiego.

Gdy to piszę, widzę, że słowo ukląkł nie oddaje znaczenia tego faktu. Po niemiecku nazywa się to znacznie mocniej – Kniefall, upadek na kolana. I tak się to właśnie odbyło, kanclerz Niemiec padł na kolana przed pomnikiem Ofiar Getta Warszawskiego.

W pięć dni później na Stoczni zaczęły się rozruchy, zakończone krwawą jatką. Zdarzenia, nazwane potem wypadkami grudniowymi lub po prostu Grudniem, pisanym z dużej litery, zaczęły się 12 grudnia. Wieczorem w telewizji ogłoszono podwyżkę cen artykułów spożywczych, w tym mięsa, ryb, mąki, kaszy, makaronu. Wieczorem pod Stocznią imienia Lenina zebrało się ponad dwa tysiące robotników. Postulaty były takie jak zawsze – demonstranci domagali się cofnięcia podwyżek. Teraz jednak do zwyczajowych żądań doszedł też postulat usunięcia ze stanowiska Władysława Gomułki. Taki jest los przywódców w ogóle, ale może tylko komunistycznych. Gomułka, wyniesiony na szczyty władzy przez zbuntowanych robotników, po 15 latach również przez nich został usunięty. To jednak oczywiście nie nastąpiło od razu. Na razie około 700 robotników poszło pod gmach Komitetu PZPR, czyli tak zwany Biały Dom.

Ani studenci Politechniki, ani inżynierowie ze Stoczni nie przyłączyli się do robotników. Idący pod gmach PZPR robotnicy rzucali kamieniami w okna ich biura i wykrzykiwali obelgi pod adresem „małp w białych kitlach”.

A potem milicja bez zapowiedzi zaczęła strzelać na moście do Stoczni. Syn sąsiadów Basi, starszy od niej o kilka lat, stracił prawą rękę, odrzucając granat. Przeciwko demonstrantom używano ostrej broni, ale też petard, które teraz wszyscy dobrze znamy, bo strzelamy nimi w Sylwestra (albo, oczywiście, nie) w stronę milicji.

Rozruchy zaczęły się zaledwie pięć dni później i zaczęły się jak zawsze, od mięsa. W sobotę władze podniosły ceny żywności i opału, a w dwa dni później, w poniedziałek, robotnicy wyszli na ulice. Tak było zawsze. Władze podnosiły ceny albo normy, a robotnicy w różnych miastach i z różnym skutkiem wychodzili na ulice. Czas był zawsze trudny, bo zawsze było tak, że robotnik zarabiał coraz mniej, pracując coraz więcej. Wychodziły też kobiety, głównie w Łodzi, gdzie protesty robotnic przez kilkadziesiąt lat istnienia PRL-u trwały właściwie bez przerwy. Tym razem, w poniedziałek 14 grudnia 1970 roku, to stoczniowcy przerwali pracę i wyszli na ulice, a władze zdecydowały się na użycie broni. To właśnie ten Kociołek, o którym pisze Dowgiałło w piosence. Krwawy Kociołek. Przeliczył się jednak, wieść o masakrach w Gdyni i w Gdańsku rozniosła wię echem nie tylko po całej Polsce, ale po całym świecie, co oczywiście w owym czasie oznaczało tylko Europę. W Tajlandii albo Nikaragui nikt nie wiedział nawet, gdzie leży Polska, skąd więc mógł wiedzieć, że władze użyły ostrej amunicji i zabito 45 osób, a ponad 1160 zostało rannych. Najstarsza ofiara miała 59 lat, a najmłodsza – 16.
Z tą ilością zabitych jednak do dziś nie wiadomo na pewno, czy było ich tylko 45. Do tylu po dojściu Gierka do władzy PRL przyznał się oficjalnie – podobno dlatego tylko do tylu, że gdyby zabitych było więcej niż 50, Polska mogła była zostać oskarżona o ludobójstwo, co jest przestępstwem ściganym przez międzynarodowy trybunał. Piszę to w roku 2021 i zastanawiam się nad tym, że tak było, w to wierzyliśmy, my Polacy lat 70. Ale czy było to prawdą? Jaki miał to być trybunał? I co Polsce mogło z tego powodu grozić, że zabito więcej niż 50 strajkujących?

Portal Dzieje.pl twierdzi, że jest to jeden z mitów Grudnia. Już w momencie trwania rewolty, głównie ze względu na blokadę informacyjną wśród społeczeństwa, a także poza granicami Polski rosło przekonanie, że ofiar było dużo więcej. Stefan Kisielewski w swoich dziennikach napisał o 200-300 zabitych, Norman Davis o 300, dziennikarz telewizyjny, a w rzeczywistości oficer kontrwywiadu Tadeusz Zakrzewski pisał o 60 ofiarach. Radio Wolna Europa, która przełamała barierę informacyjną dotyczącą rewolty na swojej antenie cytowała ludzi, którzy mówili o 150 ofiarach.

Nota bene grudniowa podwyżka cen została odwołana dopiero na początku marca 1971 roku, po całej serii strajków w styczniu i lutym 1971 roku. Strajkowano w 12 na 17 województw, a liczba strajkujących przekroczyła 200 tysięcy osób. Najdotkliwszy był dla władz strajk w Łodzi, gdzie pracy odmówiły włókniarki.

Janek Wiśniewski (1970)1

Kiedy wracali spod stoczni do domu, Basia rozpaczliwie szlochała.
– Pani, powiedziała do niej jakaś kobieta w burym płaszczu i szarym berecie, pani, niech pani tak nie płacze, bo to dziecku zaszkodzi.
Basia jednak nie mogła przestać, a wtedy kobieta dodała:
– Im i tak już nie pomożemy. Pomarły biedaki.
O tych, którzy zginęli podczas rozruchów, w PRL nie wolno było mówić. Nikt nie wiedział, ile osób naprawdę zginęło. W szpitalach i na pogotowiu lekrze i personel medyczny nie mieli czasu ani głowy do tego, by ich liczyć, a potem ich ciała zniknęły. Nikt nie zdawał sobie sprawy z rozmiarów masakry. Często nie wiadomo było, gdzie pochowano zamordowanych. Może na Cmentarzu Emaus w Gdańsku, może na Witominie w Gdyni.

Krzysztof Dowgiałło, działacz opozycyjny, a potem, kiedyś, w przyszłości, senator pierwszego powojennego senatu w Polsce, napisał piosenkę, która stała się tak znana, że jak Lorelei Heinego, była uważana z anonimowy utwór ludowy.

Piosenka opowiadała o Zbyszku Godlewskim, jednym z zabitych w ów czarny czwartek 17 grudnia 1970 roku. Strajkujący robotnicy położyli jego ciało na drzwiach i zanieśli w pochodzie pod Komitet Partii na Wałach Jagiellońskich. Krzysztof nie wiedział, jak nazywał się chłopak, którego ciało zostało położone na drzwiach, nazwał zmarłego Janek Wiśniewski. I tak zostało.

Janek Wiśniewski stał się na wiele lat nieoficjalnym hymnem polskiej opozycji, dopiero piosenka Lluisa Llacha, przetłumaczona na polski jako Mury runą, którą śpiewał Jacek Kaczmarski, usunęła w cień Janka Wiśniewskiego.

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni,
Dzisiaj milicja użyła broni.
Dzielniśmy stali, celnie rzucali.
Janek Wiśniewski padł!

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską,
Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom.
Chłopcy stoczniowcy – pomścijcie druha!
Janek Wiśniewski padł!

Jeden zraniony, drugi zabity,
Krwi się zachciało słupskim bandytom.
To partia strzela do robotników,
Janek Wiśniewski padł!

Krwawy Kociołek, to kat Trójmiasta,
Przez niego giną dzieci, niewiasty.
Poczekaj draniu – my cię dostaniem,
Janek Wiśniewski padł!

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska,
Idźcie do domu, skończona walka.
Świat się dowiedział, nic nie powiedział,
Janek Wiśniewski padł!

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska,
Idźcie do domu, skończona walka.
Świat się dowiedział, nic nie powiedział,
Janek Wiśniewski padł!

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo!
Nad stocznią sztandar z czarną kokardą!
Za chleb i wolność, i nową Polskę,
Janek Wiśniewski padł!

Grudzień 1970 roku był dla Gdańska tragiczny, a przecież stał się momentem przełomowym w historii nie tylko Polski, ale Europy i świata.

I choć wydawało się, że strzały, które padły na moście do Stoczni Gdyńskiej i na placu przed wejściem do Stoczni Gdańskiej, padły na darmo – bo owszem, doszedł do władzy Gierek, dostaliśmy schabowego, majonez i krakersy, a rolnikom dano więcej węgla i traktory Maxwella, ale komuna nadal trzymała się mocno.

A potem minęło dziesięć lat i okazało się, że Dowgiałło nie miał racji, że wprawdzie w roku 1970 wydawało się, że świat się dowiedział, nic nie powiedział, ale w dziesięć lat później, z frustracji z powodu tamtej sytuacji powstała Solidarność (prości ludzie mówili nawet, że wybuchła, tak jakby była wulkanem lub rewolucją), a jeszcze dziesięć lat później komuniści oddali władzę, nie tylko w Polsce. Po kolei upadły wszystkie reżimy komunistyczne w państwach byłego już Bloku Wschodniego. Niemcy się zjednoczyły, skończyła się zimna wojna, Polska i kilkanaście innych krajów, które wyzwoliły się spod władzy sowieckiej, weszły do Unii.

***

Wciąż był grudzień, święta się zbliżały, kupili choinkę, ale mieli niewiele pieniędzy. Basia powiesiła na choince swoje wisiorki, Stefan – słone paluszki umocowane pasemkami czerwonej włóczki.

Stefan, który przeniósł się z matematyki w Warszawie z powrotem do Gdańska, studiował na Wydziale Budowy Okrętów („jak wszyscy”, żartował) i zaraz po studiach dostał pracę w CETO, Centrum Techniki Okrętowej. Początkowo mieściło się w Stoczni Gdańskiej, ale gdy tylko zakończono budowę pewnego niezwykłego budynku, co nastąpiło w roku 1971 – w Zieleniaku.

Zieleniak był niezwykły. Ma wysokość 72 metry i 17 kondygnacji. Zbudowano go w latach 1965-1971 dla CETO – Centralnego Ośrodka Konstrukcyjno-Badawczego Przemysłu Okrętowego. Budowano go od góry, według projektu Zbigniewa Zaborowskiego: do dwóch żelbetowych słupów, przywieszano, poczynając od góry, kolejne żelbetowe piętra, przeszklone oknami w tonacji zielonej. Dlatego Zieleniak.

W Zieleniaku był komputer i Stefan od początku wiedział, że tak – to właśnie tam chce pracować, przy tym czymś wspaniałym, co się nazywało komputer i jeszcze kilka lat temu zajmowało osobny budynek na Przymorzu, a potem zaczęło się zmniejszać, było wielkie jak szafa, jak kufer podróżny, aż wreszcie stało się wielkim niezgrabnym pudłem. Jeszcze za życia Stefana komputer wciąż się zmniejszał, był duży jak telewizor, jak pudełko po butach, jak aktówka. Nie wiadomo jednak, czy kiedy to się działo, Stefan w ogóle wiedział, że komputery dalej się zmniejszały, ani kiedy w ogóle po raz ostatni widział naprawdę komputer.

Można oczywiście teoretycznie założyć, że nawet jak już był bezdomny, Stefan wciąż jeszcze mógł obejrzeć komputer na wystawie jakiegoś sklepu z elektroniką, ale skądinąnd wiadomo, że bezdomni z czasem tracą zainteresowanie dla wszystkiego, co nie wiąże się bezpośrednio z ich życiem. Czyli możemy założyć, że komputery go już w ogóle nie interesowały.

Gdy urodziło się im drugie dziecko, a Basia akurat wróciła ze szpitala do domu, w Radomiu zaczęła się krwawa rozprawa władz z robotnikami.

– Wszyscy jesteście majowo-czerwcowi, powiedział Stefan. I tak było. Basia urodziła się 23 maja 1949 roku, Małgosia 31 maja 1971 roku, Tadzio – 26 czerwca 1976 roku. Tylko Stefan był jesienny.

Było ich czworo i byli klasyczną polską rodziną, mama, tata, dwoje dzieci, syn i córka, aczkolwiek żeby wymogom klasyki stało się zadość, syn powinien być starszy, córka młodsza, a różnica wieku powinna była wynosić dwa lata.

9-Euro-Ticket (7)

Ewa Maria Slaska

Jak to słusznie zauważyła Ela w jednym z poprzednich wpisów o słynnym bilecie za 9 euro, wcale nie jest on wykorzystywany do dalekich podróży, lecz przede wszystkim do zwiedzania własnego miasta. Słyszę to od wielu ludzi, myślę więc, że jest to pewne zjawisko społeczne, jak sądzę, wcale nie takie, jakie sobie wydumał prawodawca. Zasadniczo wprowadzenie taniego biletu miało nauczyć użytkowników oszczędności energetycznej, tego więc, że metro, tramwaj i kolejka są dla ludzi. Przypuszczam, że wielu właścicielom aut wydawało się to przez wiele lat absurdalne. Oferta była więc skierowana przede wszystkim do tych, którzy powinni zrezygnować z aut. Zachęcano ich do tego już od dawna, mieli zacząć chodzić, jeździć na rowerze, korzystać z komunikacji miejskiej. Teraz argumenty ideologiczne zostały wzmocnione czynnikiem ekonomicznym. Ale i tak głównymi beneficjentami programu jesteśmy po prostu my, zwykli ludzie, którzy wyrwali się z domu po dwóch latach przymusowej odsiadki z powodu pandemii.

Wyszliśmy z domu, żeby obejrzeć nasze własne miasto.

Pewnej niedzieli wybraliśmy się więc z Arkiem i Konradem na Wannsee. W Literarisches Colloquium Berlin (LCB) odbywał się bowiem jarmark małych wydawnictw, pod sympatycznym tytułem Małe Wydawnictwa nad Wielkim Wannsee. Wielkie (i małe) Wannsee to jeziora, jak sama nazwa wskazuje – wannowe. Łąka pomiędzy LCB a jeziorem jest bardzo piękna i bardzo słynna, pisało o niej bowiem wielu pisarzy, a to dlatego że LCB nie tylko organizuje wieczory autorskie, festiwale, jarmarki i warsztaty, ale również zaprasza licznych pisarzy na krótsze i dłuższe pobyty. A pisarze, jak to oni, piszą o tym, co przeżywają, jak się więc jest gościem rezydentem w LCB, siaduje się z innymi gośćmi na łące nad jeziorem. A potem pisze o tych łąkowych spotkaniach. W polskiej literaturze znalazł się taki opis na pewno u Zagajewskiego, ale prawie dałabym głowę, że był też u Kazimierza Brandysa, może u Dygata, może u Witkowskiego…


Małe wydawnictwa to w Berlinie bardzo ważny element krajobrazu kulturalnego. Bo jest tak, że wielkie, ważne, znane instytucje kultury, wydawnictwa, muzea, filharmonie nie interesują się artystą, dopóki nie będzie ona sławną celebrytą. Gdy już wyda książki i dostanie wspaniałe honoraria, wszystkie drzwi staną przed nią otworem. Ale jak zaczynasz kobieto pisać, malować, komponować czy kręcić filmy, nie masz co liczyć na to, że ktoś cię zauważy.
I wtedy zakładasz z koleżankami wydawnictwo, waszą własną galerię, klub muzyczny, gdzie będziecie grały waszą własną muzykę, kino, które pokaże publiczności twój film. Oczywiście w czasach internetu jest łatwiej, można założyć własne wydawnictwo i galerię na youtubie, ale…

Ale okazuje się, że książka nadal jest potrzebna. Jest potrzebny ten produkt złożony z okładek i stron pomiędzy nimi, chociażby po to, żeby autorka miała co postawić na półce i żeby czytelniczki miały z czym podejść podczas spotkania autorskiego, żeby poprosić o podpis.
I wtedy małe wydawnictwo okazuje się zbawieniem.

Pojechaliśmy więc na Wannsee, poszliśmy do do LCB, pooglądaliśmy książki, pogadaliśmy z ludźmi, poznaliśmy tych, których jeszcze nie znaliśmy (na przykład Annę Cieplak) i pogadaliśmy z tymi, których znamy od dawna (na przykład z Annett Gröschner czy Danielą Seel), kupiliśmy jedną czy drugą książkę, po czym poszliśmy na spacer.

W Wannsee można iść na spacer do grobu Heinricha von Kleista i Henriette Vogel, którzy 21 listopada 1811 roku popełnili samobójstwo nad Małym Wannsee, albo można zejść nad wodę. Była piękna pogoda, co tego lata oznacza, że nie było upału, poszliśmy więc nad wodę. Wsiedliśmy na prom i popłynęliśmy na Kladow.


I tu właśnie zaczyna się znowu sprawa biletu za 9 euro. Bo oto w Berlinie jest 10 linii komunikacyjnych łączących się z promami i wszystkie te promy są częścią komunikacji miejskiej, a zatem w tym roku można się nimi przejechać za ów bilet miesięczny za 9 euro.

Linie promowe w Berlinie


Kladow jest jedną z kilkunastu dawnych wiosek, które w roku 1920 zostały wraz z kilkoma miastami połączone w jedno miasto zwane Wielkim Berlinem. Wioski te miały swoje kościoły, swoje cmentarze, szkoły, poczty i sołectwa.

Na Kladow przez 18 lat mieszkała niemiecko-żydowska poetka Mascha Kaléko – w każdym razie pisze tak w jednym ze swoich wierszy. Miłośnicy Kladow i poezji twierdzą dziś, że tego twierdzenia nie da się w pełni potwierdzić. Ale nie da się go też w pełni zanegować.
W każdym razie jest na Kladow uliczka Maschy Kaléko (Mascha-Kaléko-Weg) i jest jej wiersz:

Mascha Kaléko, Souvenir à Kladow

(geschrieben im heftigen Vorfrühling Manhattans)

Ich denke oft an Kladow im April …
Noch hält der Frühling sich im Wald verborgen,
Die Ufer warten kahl und winterstill,
Und nur die ersten Knospen rufen: „morgen!“

Auf einmal regt sich was im Vogelnest,
Und Sammetkätzchen schaukeln von den Weiden.
Die ganze Landschaft rüstet sich zum Fest –
In meinem Herzen rüstet sichs zum Scheiden.

Der letzte Abendgang duch die Allee:
Wie geisterhaft die fernen Glocken hallen!
Ein später Vogel ruft: „Ade. Ade.“
Das ist mir früher niemals aufgefallen.

In diesem Haus mit seinen blanken Scheiben,
Den Fliederbüschen und dem Silbermond,
Dem See, darauf die kleinen Boote treiben –
Hier hab ich achtzehn Frühlinge gewohnt.

Von meinem Herzen bleibt ein gutes Stück
Auf diesem kleinen Erdenfleck zurück.
– Und eine Stimme in mir sagt: Ich will
Die Stunde, wie sie ist, in mir bewahren.
Und sieh: da lebt sie, nach so vielen Jahren!

Ich denke oft an Kladow im April.

***

Tekst ze strony: https://www.deutschelyrik.de/souvenir-a-kladow.html
Tu znajduje się również piękne nagranie wiersza – czyta Fritz Stavenhagen

Stone, wood, glass, paper

or art in it’s incredibility

found on https://artsartistsartwork.com

you can buy it

José Manuel Castro López works the stone in an amazing way, for him stones are malleable, they melt, liquefy, form and deform. It manages to give them a soft and organic look. Real optical illusions, his sculptures are beautiful and well made of quartz, granite and other rocks all harder than the others.

***

This is a fascinating sculpture made of wood. It must be carved but no matter how he created it, it appears so delicate. I can just imaging the skill Alain Mailland has with his tools to create something so complex and beautiful out of wood. ❤

***

Master glassblower and stained glass artist Loren Stump in California has created a “loaf” of glass, called murrine, out of carefully layered glass rods that, when sliced, reveal a painstakingly detailed work of art in cross-section. 😮

***

Intricate paper sculptures by @juliaibbini [IG} are meticulously crafted to appear as though they have been made in nature. Artist Julia Ibbini and computer scientist Stephane Noyer, who are behind the Abu Dhabi-based studio, spent the last year working on a collection of geometric cylindrical pieces swirling with vine-like forms, mirrored geometric designs that resemble the repeating patterns in honeycomb, and sculptures that look like delicate shells. 😍