Z wolnej stopy 50

Zbigniew Milewicz

Dyplomacja, trudna sztuka

Dezercjom żydowskich żołnierzy z Armii Andersa sprzyjały nadzwyczaj dogodne okoliczności. Palestyńscy ziomkowie przyjaźnie udzielali zbiegom pomocy, angielskie przepisy prawne nie nakładały na mieszkańców obowiązku meldunkowego, a ponadto każda gmina żydowska, każdy rabin czy notariusz mógł wydać dezerterowi dowód osobisty, stwierdzający, iż urodził się w Palestynie czy Jemenie. Angielskie władze wojskowe na ogół nie weryfikowały bliżej tych dokumentów.

Dezercje dobrze wpisywały się w antypolską politykę różnych sił, dążących do zdyskredytowania legalnych władz RP. Sylwester Strzyżewski, dokumentuje, że między innymi Czesi wydali w USA memoriał na temat ówczesnej polityki polskiego rządu, dotyczący mniejszości narodowych i zarzucający Polakom brak demokracji. Od ucieczek z Wojska Polskiego na Bliskim Wschodzie do poruszenia problemu przynależności Zaolzia było autorom tak blisko, jak z lewego brzegu Olzy na prawy. W szeregach armii brytyjskiej, stacjonującej w rejonie bliskowschodnim, w których również służyli Żydzi, dezercje się nie zdarzały, część Brytyjczyków uważała więc, że antysemityzm w Wojsku Polskim faktycznie istnieje. Wierzyła w to również część opinii publicznej w USA; w propagandzie obydwu krajów dominowali bowiem pro-kremlowscy komuniści, niechętni rządowi londyńskiemu. Wzrost antypolskich nastrojów wśród państw koalicji antyhitlerowskiej mógł zaś negatywnie wpłynąć na decyzje w sprawie przyszłego przebiegu naszych wschodnich granic.

„Dowództwo WP – pisze S. Strzyżewski – przestrzegało ponadto przed podejmowaniem decyzji o oficjalnym zwolnieniu żołnierzy narodowości żydowskiej, którzy deklarowali chęć przeniesienia się do jednostek brytyjskich. Takie rozwiązanie niosłoby ze sobą zagrożenie ogłoszenia przez propagandę sowiecką informacji, iż Armia Polska, tracąc swój wielonarodowościowy skład, rezygnuje zarazem z terenów zamieszkałych przez mniejszości narodowe i tym samym nie jest armią państwa o określonym przed wojną terytorium.”

Jak cię widzą, tak cię piszą. Aby poprawić ten polsko-żydowski profil armii, dowództwo zaprzęgło swoją kadrę do roboty oświatowej. Organizowano odprawy oficerów i podoficerów na temat antysemityzmu i jego konsekwencji, okolicznościowe spotkania z ludnością żydowską na terenie Palestyny, goszczono na różnych lokalnych uroczystościach, a tym, którzy może nazajutrz również planowali ucieczkę, urządzano ekstra pogadanki, p.t.: dezercja z wojska polskiego oznacza dezercję z pola walki o istnienie fizyczne Żydostwa polskiego i stanowi zdradę w kampanii o jego prawa w Polsce niepodległej. Informowano o możliwości powrotu do Palestyny po zakończeniu wojny, doszło też do oficjalnego spotkania żołnierzy z mieszkańcami kibuców i członkami Agencji Żydowskiej, mającego na celu rzeczowe omówienie tematu dezercji. Nie można więc było zarzucić dowództwu armii, że bagatelizuje problem. Kiedy jednak liczba dezerterów sięgnęła 800 żołnierzy, Ministerstwo Obrony Narodowej, zapytane o dalszą strategię postępowania, zaleciło… wstrzemięźliwość.

Wytyczne brzmiały: nie prowadzić poszukiwań i nie wcielać ponownie dezerterów, nie pozbawiać ich obywatelstwa i ograniczyć się jedynie do kartotekowania (ustalenia okoliczności i metod) dezercji oraz przekazywania wykazów uciekinierów władzom brytyjskim. W tych okolicznościach Żydzi otrzymali ciche pozwolenie polskiego dowództwa na dezercję.

W Palestynie zaczęły się tłumne dezercje żołnierzy żydowskiego pochodzenia zaagitowanych przez organizacje żydowskie – pisze gen. Anders w swoich wspomnieniach. Ponad 3 000 Żydów opuściło szeregi Korpusu. (…) Nie zezwoliłem na poszukiwania dezerterów, i ani jeden dezerter nie został przez nas aresztowany. Postanowiłem nie stosować ściśle wobec mniejszości narodowych ustawy o powszechnym obowiązku służby wojskowej dla wszystkich obywateli polskich poza Krajem. Nie chciałem mieć pod dowództwem żołnierzy, którzy bić się nie chcą (…).

Wspomnienia te uzupełnia relacja z rozmowy przeprowadzonej przez Zbigniewa Siemaszkę z generałem, z 31 lipca 1967 r.: Wydałem ścisłe dyrektywy nie ścigania tych żołnierzy Żydów, którzy po przybyciu do Palestyny opuszczali szeregi. Uważałem, że ci Żydzi, którzy za swój pierwszy obowiązek uważali walkę o wolność Palestyny, mają do tego prawo.*

Dyrektywy te były wydawane w formie nieoficjalnych, ustnych poleceń, rozkazy na piśmie mogłyby sprowokować Brytyjczyków, od których polskie wojsko było uzależnione. Anglicy mieli zaś wszelkie powody ku temu, by przeciwdziałać dezercjom, ponieważ uciekający żołnierze wstępowali do podziemnej armii żydowskiej, która walczyła z nimi. Problem był więc bardzo skomplikowany. Polacy służyli pod dowództwem brytyjskim i utrzymanie neutralnego stanowiska w sprawie dezercji wymagało istnej ekwilibrystyki dyplomatycznej. Reasumując: dowództwo Armii Andersa pobłażliwie traktowało dezerterów, zważywszy, że za opuszczenie szeregów groziła im kara śmierci. Polacy mieli świadomość, że ta miękka polityka obniża autorytet ich wojska w oczach Żydów, ale jej zaostrzenie mogło doprowadzić do starcia z mieszkańcami Palestyny, którego starano się jednak uniknąć.

Z podobnymi problemami borykano się także w innych polskich jednostkach stacjonujących w Wielkiej Brytanii, ich skala była mniejsza, niż u Andersa ale wyrozumiałość dowództwa – podobna. Nie bez znaczenia był tutaj fakt, że rządowi londyńskiemu zależało na dobrych stosunkach z wpływowym, żydowskim lobby w USA, które (według niektórych teorii stało za koncepcją powstania Izraela) mogło odegrać pozytywną rolę przy ustalaniu przyszłych wschodnich granic Polski. Taką też funkcję spełniło, ale wobec komunistycznych doradców prezydenta Roosvelta, sympatyzującego ze Stalinem i jego osobistą wizją powojennej Europy.

„Żydzi, którzy pozostali w Armii Polskiej – stwierdza autor cytowanej pracy – dzielnie walczyli na froncie włoskim. W trakcie tej kampanii brali czynny udział w bitwie o Monte Cassino, Loreto, Bolonię. O ich dzielnej postawie świadczy fakt, że spośród 850 Żydów walczących pod Monte Cassino 6 otrzymało Krzyże Srebrne Orderu Wojennego Virtuti Militari, 68 otrzymało Krzyże Walecznych, a 52 nadano Krzyże Zasługi. Prawdopodobnie 77 Żydów zginęło na szlaku bojowym Armii gen. Andersa. Świadectwem postawy Żydów na polu walki jest relacja Melchiora Wańkowicza (…): Trup strz. Szapiry jak żywy, skręcony w sobie, gęstą czupryną na głazie. Żyd. Chory na czerwonkę, nie zgodził się zostać. Przy podchodzeniu, w ogniu, dręczony skurczami, musiał ciągle odbiegać na stronę, nie mógł się kryć, może by wyżył inaczej. Leży, jak ekspiacja wobec własnego narodu za 3 500 dezerterów żydowskich z 2. Korpusu Polskiego, jeden z jedenastu Żydów poległych w bitwie o Monte Cassino, którzy jednak chcieli się bić z Hitlerem.

Wśród żołnierzy, którzy postanowili odejść z szeregów Wojska Polskiego, było wiele osób, które wzięły czynny udział w późniejszym życiu publicznym Izraela. Najbardziej znaną postacią był Menachem Begin, premier Izraela, jego polskie nazwisko brzmiało Mieczysław Biegun, pochodził z Brześcia Litewskiego. Założyciel radykalnej partii Heut, która później – po połączeniu z liberałami – dała początek partii Likud. Przeszedł do historii jako polityk, który podpisał porozumienie pokojowe z Egiptem (18 września 1978 roku). 16 grudnia 1978 roku izraelski premier Begin oraz egipski prezydent Sadat zostali nagrodzeni Pokojową Nagrodą Nobla. Wiosną 1982 roku Begin przeprowadził ewakuację Półwyspu Synaj. Rok później na własne życzenie ustąpił z urzędu premiera i wycofał się z życia politycznego. Zmarł w marcu 1992 roku.

***

  • Z.S. Siemaszko, Generał Anders, życie i chwała, [w:] „Kultura”, nr 5-8/1970, Paryż 1970, s. 36

Z wolnej stopy 49

Zbigniew Milewicz

Dezerterzy

Tworzeniu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR towarzyszyły różne konferencje na wysokich szczeblach. Dnia 3 grudnia 1941 roku odbyło się spotkanie Stalina z generałami Sikorskim i Andersem, na którym omawiano sprawy organizacyjne, problemy związane z aprowizacją, zwalnianiem Polaków z łagrów oraz kwestię przyjmowania Żydów w szeregi armii. Po latach gen. Władysław Anders przytoczył (w swojej książce Bez ostatniego rozdziału. Wspomnienia z lat 1939-1946) następującą wymianę zdań :

Anders: – Liczę na sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi, ale w tym jest także sporo elementu żydowskiego, który w wojsku służyć nie chce.
Stalin: – Żydzi kiepscy wojacy.
Sikorski: – Wielu wśród Żydów, którzy się zgłosili, to spekulanci lub karani za przemyt. Tych w wojsku polskim nie potrzebuję.
Anders: – Przeszło sześćdziesięciu Żydów zdezerterowało z 5 Dywizji w przeddzień rozdania żołnierzom broni.
Stalin: – Tak, Żydzi to marni wojacy. Co wam po Żydach. Wam potrzebni Polacy, to najlepsi żołnierze .

Kiedy dwa miesiące później rozpoczął się oficjalny pobór do tego wojska, w składach komisji poborowych, poza Polakami, zasiedli urzędnicy NKWD oraz sowieccy lekarze, co miało niebagatelny wpływ na to, kto trafił w szeregi armii. Sowieci uważali, że wcieleniu do Armii Andersa podlegają jedynie obywatele, którzy w paszportach mają określoną narodowość „Polak“. Natomiast „ Żyd“, „Ukrainiec“ lub „ Białorusin“, którzy wcześniej zamieszkiwali wschodnie rubieże II RP, uznawani byli za „mniejszości narodowe, uciskane przez polskich panów“, a formalnie za obywateli sowieckich i jako tacy podlegających poborowi do Armii Czerwonej. Rząd polski na Zachodzie nie akceptował tej sprzecznej z prawem międzynarodowym klasyfikacji, stojąc na stanowisku, że wszyscy mieszkańcy terenów zaanektowanych po 17 września 1939 roku przez ZSRR, bez względu na narodowość, są obywatelami Polski i podlegają amnestii oraz prawu wcielenia do powstającej armii. Karty rozdawali jednak gospodarze.

Żydzi, Ukraińcy i Białorusini z łagrów szli więc w sołdaty i stamtąd, jak nadarzała się okazja, często uciekali do Andersa, zwłaszcza ci pierwsi. W ślad za uciekinierami władze sowieckie słały żądania wydania zbiegów, ale komisje rekrutacyjne odrzucały te postulaty. W gestii gospodarzy była aprowizacja armii polskiej, kwaterunek, a przy okazji polityki kadrowej – ideologiczna agitacja i praca wywiadowcza, bo musieli przecież wiedzieć, jakie są nastroje w obozie Polaków i co oni planują. Polscy kadrowcy starannie sprawdzali więc armijnych ochotników, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że dla poborowych – niezależnie od narodowości – generał Anders był jedynym wybawicielem z nieludzkiej ziemi łagrów, jedyną szansą wyrwania się z nich na wolność. W łagrach los był jednakowo okrutny dla wszystkich, dla Polaków, Żydów, Ukraińców i Białorusinów, więc nawet jeśli niektórzy z nich mieli później zginąć na polu walki, to pewnie każdy liczył na żołnierskie szczęście.

Zgoda Stalina na ewakuację polskiego wojska z ZSRR wydaje się niezrozumiała, zwłaszcza w świetle trudnej sytuacji na froncie. Jednakże Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę z nastrojów panujących w tej armii. Po cierpieniach, jakie przeżyli więźniowie łagrów, trudno było od nich oczekiwać przyjaznego stosunku do koalicjanta, który jeszcze niedawno miał ich na muszce. Poza tym Stalinowi było potrzebne wojsko podporządkowane jego celom politycznym i takie znalazł później w armii Zygmunta Berlinga. Niebagatelny wpływ na decyzję Stalina mieli również Anglicy, którym zależało na obsadzeniu przez Polaków ważnych strategicznie i gospodarczo terenów Bliskiego Wschodu. Zagrożenie stanowiły nie tylko wojska niemieckie, odnoszące sukcesy w Libii i Egipcie, ale i wewnętrzne zamieszki pod piramidami. Dodatkowo w Syrii zauważano wpływy proniemieckie. Nie mogąc własnymi siłami zabezpieczyć roponośnych terenów Iraku i Persji oraz Kanału Sueskiego, obsadzonych przez liczebnie słabe kontyngenty hinduskie, australijskie i nowozelandzkie, Brytyjczycy liczyli na wzmocnienie tych terenów polską armią. Solą w oku była jednak obecność Żydów w wojsku Andersa.

Z jednej strony Żydzi popierali bowiem Wielką Brytanię w walce z III Rzeszą, ale z drugiej – różnymi sposobami starali się zwalczać Anglików w Palestynie, mając nadzieję na utworzenie tam swojego samodzielnego państwa. W powstałym konflikcie mieli swój udział również Arabowie, nieoficjalnie sympatyzujący z państwami Osi; w efekcie trwały ciągłe starcia wszystkich trzech stron konfliktu. Brytyjczycy zdawali więc sobie sprawę z konsekwencji, jakie może przynieść nowy przypływ Żydów, do tego wyszkolonych wojskowo i uzbrojonych. Brali oni nawet pod uwagę prawdopodobieństwo wybuchu wojny domowej, dlatego też nie wydali zgody na wprowadzenie jakichkolwiek odrębnych jednostek żydowskich do Palestyny. Wspomina o tym w swojej pracy*, cytowany już w poprzednim wpisie, Sylwester Strzyżewski. Historyk precyzuje na wstępie, że najpierw – w okresie od stycznia do lutego 1942 roku – żołnierze Andersa zostali przebazowani ze swoich obozów na teren Uzbekistanu i Kirgizji. Stamtąd ewakuowano ich do Iranu, w dwóch turach: na przełomie marca i kwietnia oraz w sierpniu 1942 roku. Pierwszy rzut objął ponad 30 000 żołnierzy, 3 000 osób z formacji pomocniczych i ponad 10 500 ludności cywilnej. Drugi – 44 000 żołnierzy i 25 500 cywili. Liczba Żydów w obydwu turach nie przekraczała 7 tysięcy osób.

W tym czasie uaktywniła się działająca w Palestynie i skupiająca głównie emigrantów z Polski – Rada Żydów, która ułatwiała chętnym opuszczenie polskiego wojska i zasilenie tworzących się żydowskich sił zbrojnych. Dezercje przybrały na sile jesienią 1942 roku, po letniej akcji mobilizacyjnej, przygotowanej przez Radę. Adresowana ona była formalnie do Żydów palestyńskich, ale liczono na szerszy zasięg. Organizacyjnie niczego tam nie brakowało – w żydowskich skupiskach rozwieszano stosowne plakaty, rozpowszechniono ulotki, wygłaszano emocjonalne przemówienia, wytykano osoby wymigujące się od patriotycznego obowiązku. Wszystkie gazety, niezależnie od poglądów jakie reprezentowały, agitowały za mobilizacją do żydowskiego wojska, a całość uświetniały duże defilady. W efekcie w ciągu miesiąca do komisji poborowych zgłosiło się 1870 osób, w tym także kobiet, które następnie skierowano do wojskowych obozów szkoleniowych. Oprócz tego kilkuset chętnych wstąpiło do policji.

O skali dezercji w Armii Andersa świadczy informacja przesłana przez generała na ręce ambasadora Polski w ZSRR, Stanisława Kota. Pisze on w niej o 193 Żydach, którzy zdezerterowali z I Dywizji Strzelców Karpackich w sierpniu i wrześniu 1942 roku. Dezercjom towarzyszyły rozpowszechniane przez Rosjan za pośrednictwem mediów plotki, że Żydzi w Wojsku Polskim są dyskryminowani. Celem tych kalumnii było zdyskredytowanie władz polskich w oczach koalicjantów, a także wywołanie konfliktu polsko-żydowskiego.

We wrześniu 1942 roku Armia Andersa została przetransportowana z Persji do Iraku w rejon Kirkut-Mosul. I jeżeli tym razem z przesunięciem wojska nie było większych problemów, to z kolei administracja brytyjska sprzeciwiła się ewakuacji ludności cywilnej, wyrażając zgodę na jej przesunięcie jedynie wtedy, gdy nie będzie wśród niej Żydów. Zmusiło to polskie władze do ominięcia zakazu poprzez zorganizowanie transportu morskiego wokół Półwyspu Arabskiego. Z kolei dzieci żydowskie, przebrane w mundurki szkoły katolickiej, odbyły podróż do Palestyny samochodami ciężarowymi. Przybycie Wojska Polskiego do Palestyny należy datować na kwiecień 1943 roku – pisze S. Strzyżewski.

Jak tam było, relacjonuje Jan Zaściński**:

W Palestynie w roku 1943 sytuację polityczną cechowało napięcie. Nacjonaliści żydowscy planowali zajęcie tego kraju przez akcję zbrojną przeciwko Arabom. Sprzeciwiali się temu Anglicy. Gdy przybył tam nasz korpus, podziemna armia Izraela prowadziła przeciwko armii brytyjskiej podjazdową walkę, która ograniczała się do pojedynczych ataków na samochody i inne obiekty wojskowe. Miała ona na celu zmuszenie Anglików do opuszczenia Palestyny. Nasi żołnierze-Żydzi zaczęli od razu nawiązywać kontakty ze społeczeństwem żydowskim. Inteligentny chłopak z mojej baterii opowiadał mi po powrocie z pierwszej przepustki do Tel-Avivu, jak serdecznie był przyjęty przez palestyńskich pobratymców. Fakt ten zachęcał jego kolegów do szukania szczęścia pod tym samym adresem. Nieco później zaczęły krążyć pogłoski, że niedługo mamy wyjechać do Egiptu. I wówczas zaczęły się pierwsze dezercje. Po prostu żołnierz jechał na przepustkę i już nie wracał. W takich wypadkach pułk miał obowiązek sporządzić list gończy i przekazać go do dowództwa korpusu. Gdy ilość wypadków zaczęła rosnąć, pułkownik kazał mi się zająć tą sprawą. Dyskutowaliśmy w kasynie o tym problemie. Stosunek do niego naszych oficerów był jednomyślny: jeśli lojalność tych uciekinierów jest po stronie Izraela, to niech idą. Pułkownik przypominał nam, aby nie dopuścić do szykan. Nie mieliśmy z tym żadnych kłopotów.

Tak na ogół reagowali oficerowie na przypadki dezercji. Mniej wyrozumiale odbierali zachowanie Żydów podoficerowie i szeregowi – znali się z delikwentami bezpośrednio i ich reakcje były bardziej żywiołowe. T.M. Czerkawski, w swoich wspomnieniach stwierdza:

We wrześniu masowa dezercja żołnierzy Żydów, ponad trzy tysiące. Mój celowniczy Tejblum też nie wrócił z przepustki, Ernfid również. Całe szczęście, że przeszkoliłem Alberta Sinickiego! Kapral Maksymilian Kaczko i Julek Hütter – podchorąży z pierwszego dyonu, odmówili zrzucenia munduru.***

W opinii żołnierzy dezerterzy byli często zwykłymi kombinatorami, wyzutymi z honoru i poczucia lojalności wobec Rzeczpospolitej, którzy wykorzystywali polskie obywatelstwo do własnych celów:

Podczas przerwy w ćwiczeniach dostrzegam, że dwa „Carriersy” gonią kogoś biegnącego po polu. Posyłam kaprala, aby sprawdził, co się tam dzieje. Wraca i melduje: „Ułani poznali Żyda z któregoś batalionu V Dywizji”. Był już w cywilnym ubraniu i pracował na tym polu. Jest to jeden z wielu Żydów, którzy wyszli razem z Korpusem ze Związku Radzieckiego. Niektórzy w Palestynie uciekli do kibuców – on też. (…) Zestawiam te dwa obrazy i staram się zrozumieć zarówno tych, którzy samochcąc wyjechali kiedyś z Polski, a tęsknią do opłotków Niemenczyna, oraz tych, którzy znaleźli się w armii polskiej i w chwili, kiedy ma ona iść do walki z Niemcami zostają na polach kibuców. Nie odpowiedziałem sobie na to pytanie. Pozostawiłem je tam, w Palestynie .****

Dezerterzy w większości trafiali do różnych podziemnych organizacji walczących o niepodległość Izraela, część szła do kibuców, aby bronić ich przed Arabami, inni przenosili się do Armii Brytyjskiej, z nadzieją uzyskania brytyjskiego obywatelstwa, co wiązało się z możliwością pozostania w Palestynie. Najwięcej Żydów decydowało się przystąpić do organizacji Hagana, na której później zbudowano armię izraelską. Dlaczego dezerterowali z armii polskiej? Ponieważ bardziej czuli się Żydami, niż Polakami. Michał Zammel***** – Żyd z Piotrkowa Trybunalskiego, urodzony w 1917 roku, tak wspominał tamten czas:

Usłyszał, że następnym etapem wędrówki będzie Palestyna. Wielu żydowskich żołnierzy szeptało już po cichu, że ich właściwym miejscem jest tzw. legion żydowski – nie tylko walka z Niemcami, ale też walka o żydowską Palestynę. (…) Codziennie otrzymywali przepustki, w sobotę i niedzielę można było jechać do Jerozolimy, Tel Awiwu lub Hajfy. Podziemna organizacja żydowska Hagana (…) potrzebowała takich młodych i zdrowych ludzi, a do tego jeszcze dobrze wyćwiczonych żołnierzy z różnych formacji: piechoty, artylerii, saperów, kierowców ciężarówek. (…) Podjął trudną decyzję, uznając, że „trzeba walczyć za swoją sprawę, to znaczy za uwolnienie Palestyny od brytyjskiej dominacji”. Wraz z innymi opuścił obóz: „Czekały już na nas przygotowane przez Haganę ciężarówki, którymi rozwieziono nas do kibuców położonych na terenie całej Palestyny. Ta operacja została przeprowadzona jednocześnie w każdej formacji wojskowej, a po nadejściu kolejnych transportów z ZSRR było nas już ponad dwa tysiące żołnierzy”.*****

Zastanawiając się nad przyczynami analizowanego zjawiska, Sylwester Strzyżewski stwierdza, że część Żydów nie widziała możliwości ułożenia sobie życia w powojennej Polsce. Wskazuje także na jednak obecny w wojsku antysemityzm. Był to między innymi – pisze efekt zamierzonej polityki Rosjan, którzy po ogłoszonej amnestii w pierwszej kolejności wypuszczali z więzień Żydów, a następnie utrudniali ich przyjęcie do wojska, jednocześnie rozgłaszając pogłoskę, iż Rosja nie zakazuje przyjęć do Wojska Polskiego, lecz to Polacy nie chcą przyjmować Żydów do armii. Dla porównania powołuje się on na przykład ewakuowanej w 1940 roku z Syrii Brygady Karpackiej, która była dobrze przyjęta przez Żydów, m.in. dlatego, iż jej żołnierze nie byli oskarżani o antysemityzm.

Jakie były skutki dezercji dla Armii Andersa i jak reagowało na nią naczelne dowództwo, o tym za tydzień, w ostatniej części tego tematu.
_________

* Sylwester Strzyżewski, Dezercje Żydów z Armii Andersa w świetle dokumentów Instytutu Polskiego i Muzeum im. Władysława Sikorskiego w Londynie, 2012

** Jan Zaściński, Pieśń o Warze, Warszawa 1999

*** Tadeusz Mieczysław Czerkawski, Byłem żołnierzem generała Andersa, Warszawa, 1991, s. 189

**** Romuald Kobecki, Kartki z kalendarzy 1940-1946, Warszawa 1966, s. 102

***** Cyt. za Piotr Szubarczyk, Historia życia Michała Zammela, [w:] „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 11/2005, Warszawa 2005, s. 76-85

Z wolnej stopy 48

Zbigniew Milewicz

Z łagrów pod polskie sztandary

Układ Sikorski – Majski, podpisany został w Londynie 30 lipca 1941 roku. 12 sierpnia 1941 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało natomiast ważny dekret o amnestii dla obywateli polskich, aresztowanych i deportowanych przez NKWD, po sowieckiej agresji na nasz kraj i ten dokument był następstwem londyńskiej umowy.

Układ dotyczył wznowienia stosunków dyplomatycznych między Polską i ZSRR, które Kreml jednostronnie zerwał po 17 września 1939 r. Ta data jest na ogół znana, więc tylko krótko przypomnę towarzyszące fakty: we wrześniu 1939 roku, na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, hitlerowskie Niemcy wspólnie ze stalinowską Rosją dokonały czwartego rozbioru Polski, zawarły między sobą traktat o granicach i przyjaźni, po czym nastąpiła formalna aneksja okupowanych terenów; jak to robił Wehrmacht i jak Armia Czerwona – też wiadomo. Konsekwencją aneksji wschodnich terenów II Rzeczpospolitej było narzucenie mieszkańcom okupowanych ziem obywatelstwa ZSRR, sowietyzacja życia i polityczne represje. Odczuła je każda kresowa rodzina, także moja, od strony ojca, o czym pisałem w Życiu od nowa po raz drugi.

Podejmowane przez polski rząd na uchodźstwie próby udzielenia oficjalnej pomocy deportowanym Polakom były przez Moskwę całkowicie ignorowane, nie uznawała ona rządu gen. W. Sikorskiego. Ponadto fakt, że państwa sprzymierzone (Wielka Brytania, Francja) nie były w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim, w dużej mierze obniżał możliwości rządu polskiego w omawianej kwestii. Kierunek radzieckiej polityki jednoznacznie oddawał ton przemówienia Wiaczesława Mołotowa z października 1939 r., mającego na celu uzasadnienie agresji na Polskę. W swojej wypowiedzi stwierdził, że Polska egzystowała dzięki wyzyskiwaniu uciemiężonych narodów niepolskich, a uderzenie Armii Czerwonej i niemieckiej w zupełności wystarczyło do unicestwienia „pokracznego bękarta traktatu wersalskiego”. Ponadto, według Mołotowa, Armia Czerwona wkroczyła do Polski w celu udzielenia pomocy Ukraińcom i Białorusinom uciskanym przez polskich panów.

“Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej w czerwcu 1941 roku miał bezpośredni wpływ na wznowienie stosunków dyplomatycznych (…) pomiędzy rządem polskim a Moskwą (za pośrednictwem Brytyjczyków). Podczas prowadzonych rozmów strona polska postulowała o anulowanie traktatu Ribbentrop-Mołotow, otwarcie w Moskwie polskiej ambasady, utworzenie organizacji polskiej, mającej na celu sprawowanie opieki nad ludnością polską przebywającą na terenie ZSRR oraz uwolnienie wszystkich jeńców polskich i innych osób, które zostały pozbawione wolności w ZSRR. To właśnie oni mieli zostać żołnierzami nowej armii polskiej. Ponieważ rząd Polski nie ogłosił we wrześniu 1939 roku stanu wojny z ZSRR, stosunki dyplomatyczne mogły być wznowione bez przeszkód formalno-prawnych”.

Cytowane fragmenty tekstu pochodzą ze wstępu do pracy Sylwestra Strzyżewskiego*, Dezercje Żydów z Armii Andersa w świetle dokumentów Instytutu Polskiego i Muzeum im. Władysława Sikorskiego w Londynie, zamieszczonej w Zeszytach Naukowych Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych, Nr 3 (165) 2012, które mi podesłał elektronicznie mój brat Mariusz. O głównym wątku tej publikacji napiszę oddzielnie, teraz chciałbym się odnieść najpierw do przyczyny nagłej spolegliwości Stalina w stosunku do Polaków. Wywodziła się ona z katastrofalnej sytuacji militarnej ZSRR w 1941 roku, z zaskoczenia agresją III Rzeszy na Związek Sowiecki (operacja Barbarossa) i potrzeby materialnej pomocy ze strony Wielkiej Brytanii i USA. Po późniejszej klęsce Wehrmachtu pod Moskwą strona radziecka zaczęła się stopniowo wycofywać z zawartych uzgodnień, ale na razie amnestia była szansą na przeżycie dla tysięcy Polaków, deportowanych w głąb ZSRR. Zgodnie z nią natychmiastowemu uwolnieniu podlegali obywatele RP – jeńcy wojenni, internowani, więźniowie więzień i łagrów, osoby pozostające w śledztwie, zesłani osadnicy wojskowi, leśnicy oraz członkowie rodzin osób represjonowanych i wysiedlonych. Według danych NKWD, przekazanych Stalinowi przez Berię 1 sierpnia 1941, dekret miał dotyczyć 381 220 osób, określanych jako byli obywatele polscy. Liczba ta obejmowała również 26 160 jeńców, podobnie określanych słowem byli.

Podpisanie układu, Londyn 30 lipca 1941 roku. Od lewej: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski. Amnestia objęła 381 tysięcy Polaków.

„W celu zawarcia umowy wojskowej, umożliwiającej utworzenie Wojska Polskiego – pisze dalej S. Strzyżewski – do Związku Radzieckiego udała się polska misja wojskowa na czele z gen. bryg. Zygmuntem Bohuszem-Szyszko. Efektem wizyty było podpisanie w dniu 14 sierpnia 1941 roku umowy wojskowej, określającej zasady sformowania na terenie ZSRR Armii Polskiej, która miała wejść w skład sił zbrojnych Rzeczypospolitej i podlegać organizacyjnie i personalnie Naczelnemu Wodzowi. Pod względem operacyjnym armia ta miała podlegać Naczelnemu Dowództwu ZSRR. Zwolniony w dniu 4 sierpnia z więzienia na Łubiance gen. bryg. Władysław Anders został dwa dni później wyznaczony przez Naczelnego Wodza na dowódcę Armii Polskiej w ZSRR”.

Dla porządku, mowa o naczelnym wodzu Polskich Sił Zbrojnych na uchodźstwie, generale Władysławie Sikorskim. Zwalnianie osadzonych z więzień, obozów pracy, czy też zesłania było całkowicie uzależnione od władz radzieckich. Za ich zgodą Polacy utworzyli polską ambasadę w Kujbyszewie i 19 delegatur, które zostały rozmieszczone w naszych największych skupiskach oraz powołali 387 mężów zaufania (w połowie 1942 r. komórki te zlikwidowano pod pretekstem rzekomego prowadzenia działalności wywiadowczej oraz propagandy antyradzieckiej). Pierwotnie polskie wojsko w ZSRR miało liczyć dwie dywizje i jeden pułk zapasowy. Buzułuk, koło Kujbyszewa został siedzibą sztabu armii, natomiast w Tatiszczewie, obok Saratowa, Trockoje i Kołtubance sformowano obozy mobilizacyjno-szkoleniowe, a następnie pierwsze jednostki. W dniu 22 sierpnia 1941 r. gen. Władysław Anders wydał Rozkaz nr 1, w którym wezwał (…) wszystkich obywateli Rzeczypospolitej zdolnych do noszenia broni, by spełnili swój obowiązek względem Ojczyzny i wstąpili pod sztandary Orła Białego. W ślad za nim w łagrach zaczęły działać komisje rekrutacyjne.

Według oficjalnych informacji strony rosyjskiej, w obozach w Griazowcu, Jużsku, Suzdalu i Starobielsku znajdowało się około 21 000 oficerów i szeregowych, którzy w 1940 roku nie podzielili losu ofiar Katynia i Charkowa. Na podstawie tych danych pierwotnie ustalono stan tworzonej armii na 25 000 żołnierzy. W pierwszych dniach września przetransportowano do obozów formujących się jednostek około 1 000 oficerów i ponad 21 000 szeregowych, jednak napływ żołnierzy trwał nadal.
3 października Rada Obrony ZSRR wydała uchwałę ustalającą stan armii Andersa na 30 000 żołnierzy, jednak w połowie miesiąca dołączyło do nich jeszcze osiem tysięcy nowych i ponad dwa tysiące cywili. Polsko-radziecka deklaracja, podpisana 4 grudnia 1941 r., brzmiała jeszcze optymistyczniej; według niej w polskich szeregach miało stanąć 96 000 żołnierzy. Oprócz nich 30 000 osób miało zostać przydzielonych do tzw. formacji pomocniczych, a część wojsk mogła spodziewać się przerzutu do Wielkiej Brytanii i na Środkowy Wschód.

Główny problem tkwił w tym, kto mógł wstąpić do polskiej armii. Klucze do bram łagrów mieli Rosjanie i oni niepodzielnie decydowali o tym, kto przez nie wychodził. 1 grudnia 1941 Rosjanie uznali jednostronną notą, że „amnestia” obejmuje wyłącznie osoby narodowości polskiej, czego nasza strona nie akceptowała, gdyż ZSRR uzurpował sobie prawo rozstrzygania o tym, kto jest obywatelem Polski, a kto nim nie jest. Ukrainiec, Białorusin i Żyd ze wschodnich terenów RP z polskim obywatelstwem musieli pozostać w łagrze, natomiast NKWD nie miało zastrzeżeń, aby uznać za właściwe obywatelstwo żydowskich więźniów, pochodzących z centralnych i zachodnich terenów II RP. Stosunkowo łatwo korzystali też z amnestii ukraińscy i białoruscy łagiernicy, wystarczała deklaracja, że są narodowości polskiej i pragną walczyć w armii Władysława Andersa. W jakim stopniu podejmowane decyzje wynikały z sowieckiego bałaganu administracyjnego, a w jakim ze sprytnej, sabotażowej taktyki NKWD, mającej na celu dezorientację osadzonych Polaków, to trudno mi ocenić.

Dekret o amnestii był realizowany selektywnie; niektórzy więźniowie na wolności mogli być kłopotliwi dla stalinowskiej władzy. Znany jest przypadek uporczywego przetrzymywania w łagrach Ust Vym w republice Komi profesora Stanisława Swianiewicza, jedynego żyjącego świadka zbrodni katyńskiej, zwolnionego dopiero na osobistą interwencję ambasadora Stanisława Kota. Innym charakterystycznym przykładem jest uwolnienie pisarza Gustawa Herlinga-Grudzińskiego dopiero w listopadzie 1941, po ogłoszeniu przez niego głodówki. W wielu miejscach odosobnienia blokowano informacje o tworzonej armii, lub podawano sprzeczne dane o miejscach jej formowania.

W opinii przeciwników układu Sikorski–Majski, Naczelny Wódz zgadzając się na użycie słowa „amnestia” faktycznie uznał władzę ZSRR na terytoriach wcielonych do tego państwa po roku 1939. Niemniej dzięki niej wyszło z łagrów i więzień wielu ludzi – jeńców wojennych i zesłańców, z których uformowano Polskie Siły Zbrojne w ZSRR. Szacunkowo ewakuacji z imperium doczekało ponad 100 tysięcy obywateli polskich. 2 Korpus Polski utworzony z oddziałów ewakuowanych z ZSRR brał udział w kampanii włoskiej, w tym w bitwach o Monte Cassino, Anconę i Bolonię, stanowiąc największą liczebnie formację Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Pozostałych w ZSRR obywateli RP już w roku 1942 poddano nowym represjom, w szczególności masowej akcji paszportyzacji – wymuszania zrzeczenia się obywatelstwa polskiego. W styczniu 1942 r. Wehrmacht poniósł pod Moskwą dotkliwą klęskę, więc Stalin odzyskał dawną pewność siebie i z powrotem przykręcił Polakom śrubę.

_____

* Sylwester Strzyżewski, Ministerstwo Obrony Narodowej

Chichot Temidy 4

Erotyka i seks

Tym dwom ważnym dla nas ludzi sprawom Temida poświęca szczególną troskę, w końcu jest empatyczną kobietą. Zobaczmy zatem, czego nie wolno robić, a co jest zgodne z prawem u wuja Sama i w innych krajach:

W Little Rock (Arkansas) mężczyznom i kobietom nie wolno flirtować na ulicy, gdyż może to grozić 30 dniami aresztu.

W Hartford (Connecticut) zakazane jest całowanie żony w niedzielę.

Na Florydzie, w stanie Montana, Wirginia i Waszyngton jedyną akceptowaną pozycją seksualną jest pozycja misjonarska. Wszystkie inne uważa się za niedozwolone.

W stanie Arizona seks oralny jest uważany za sodomię.

Na Florydzie nie można całować piersi żony.

W stanie Indiana zabronione jest noszenie wąsów, jeżeli ich właściciel ma zwyczaj całowania innych ludzi.

W stanie Iowa pocałunek nie może trwać dłużej niż pięć minut.

W Ottumwa, w tym samym stanie, mężczyźnie nie wolno mrugać do kobiety, której nie zna.

W Ames (Iowa) mężowi nie wolno po stosunku wypić więcej niż trzech łyków piwa, kiedy leży z żoną w łóżku, lub trzyma ją w ramionach.

W stanie Kentucky kierowcom taksówek nie wolno kochać się na przednim siedzeniu pojazdu w czasie godzin pracy.

W stanie Massachusetts kobieta w czasie uprawiania seksu nie może znajdować się na górze.

Na Florydzie zabronione są stosunki seksualne z jeżozwierzem.

W Alexandrii (Minessota) mężczyźnie nie wolno kochać się z żoną, kiedy z jego ust czuć zapach czosnku, cebuli albo sardynek. Jeżeli jego żona sobie tego zażyczy, musi umyć zęby.

W Carlsbadzie (Nowy Meksyk) dozwolone jest uprawianie seksu podczas przerwy w pracy na lunch w zaparkowanym samochodzie, jeżeli w pojeździe są zaciągnięte zasłony.

W Szwecji legalna jest prostytucja, ale sprzeczne z prawem jest korzystanie z usług prostytutki.

W Singapurze niezgodny z prawem jest seks oralny, chyba że stanowi element gry wstępnej.

W Australii prawny wiek inicjacji seksualnej wynosi 16 lat, ale jeżeli dana osoba pozostaje pod opieką rodziców, lub opiekunów prawnych, wiek ten wynosi 18 lat.

We Francji oraz w stanie Wisconsin nie można całować się w pociągach.

We Włoszech wolno podszczypywać kobiety w pupę.

W Arabii Saudyjskiej zabronione jest całowanie nieznajomych.

W stanie Karolina Północna wszystkie pary decydujące się na nocleg w hotelu są zobowiązane wynająć pokój z dwoma oddzielnymi łóżkami. Odległość między nimi musi wynosić co najmniej dwie stopy. Surowo zabronione jest także uprawianie seksu na wolnej przestrzeni między łóżkami.

W Allentown (Pensylwania) mężczyznom nie wolno pojawiać się publicznie w stanie podniecenia seksualnego, podobnie, jak w Mississippi kobietom.

W stanie Oklahoma, Rhode Island oraz Wirginia nadal zakazane jest utrzymywanie stosunków pozamałżeńskich.

W Dallas (Teksas) zakazane jest posiadanie realistycznie wyglądających wibratorów.

W stanie Teksas rozwiedzionym szesnastolatkom nie wolno rozmawiać o seksie podczas dodatkowych zajęć w szkole średniej.

W Lebanon (Wirginia) nie można wyrzucić żony z łóżka.

W Auburn (Waszyngton) mężczyzna pozbawiający kobietę dziewictwa, bez względu na jej wiek, czy też stan cywilny, może zostać oskarżony i skazany na pięć lat więzienia.

W Connorsville (Wisconsin) mężczyźnie nie wolno strzelać z broni palnej w momencie, kiedy jego partnerka przeżywa orgazm.

To byłoby na razie na tyle, jeżeli chodzi o Chichot Temidy. Do tej zabawnej lektury postaram się jeszcze wrócić, ale pojutrze wypada 80 rocznica pewnego ważnego dekretu, wynikającego z Układu Sikorski-Majski, o którym chciałbym napisać w następnym materiale, więc będzie poważniej.

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz

Chichot Temidy 3

Dziwny jest ten świat

To tytuł kolejnego rozdziału przepisywanej książeczki, jak adekwatny, przekonacie się Państwo sami:

W stanie Arkansas, według tamtejszego prawa, nauczyciele, którzy noszą fryzurę „na pazia“, nie dostaną podwyżki.

W Little Rock, w tym samym stanie, nie można używać klaksonu w miejscach, gdzie po godzinie 21.00 podawane są napoje i kanapki.

W Blythe (Kalifornia) nie wolno nosić kowbojskich butów, jeśli nie posiada się przynajmniej dwóch krów.

W stanie Oregon zabronione jest gwizdanie pod wodą.

W Tampa Bay (Floryda) niezgodne z przepisami jest jedzenie białego sera w niedzielę, po godzinie 18.00.

W Pullman (Illinois) można protestować nago przed ratuszem, ale pod warunkiem, że ma się mniej niż 17 lat i posiada się odpowiednie zezwolenie.

W Bostonie (Massachusetts) zabroniona jest gra na skrzypcach. Tamże również – dwóm osobom nie wolno się całować pod kościołem.

W Fort Madison (Iowa) oddział straży pożarnej musi ćwiczyć walkę z ogniem 15 minut przed wezwaniem do pożaru.

W stanie Iowa jednoręki pianista musi występować za darmo.

W stanie Kentucky, jeżeli podaruje się przyjacielowi butelkę piwa, wina lub spirytusu (jako prezent), można zostać skazanym na pięć lat więzienia.

Również w Kentucky żałobnikowi, który czuwa nad zmarłym nie wolno zjeść więcej niż trzech kanapek.

W Holyoke (Massachusetts) niezgodne z prawem jest podlewanie trawnika, kiedy pada deszcz.

W Brainerd (Minessota) każdy mężczyzna musi zapuścić brodę.

W stanie Nebraska rodzic może zostać aresztowany, jeżeli jego dziecko nie powstrzyma bekania podczas nabożeństwa w kościele.

W Las Vegas (Newada) wykroczeniem jest zgubienie protezy zębowej.

W stanie Nowy Jork prawo zakazuje witania się gestem, polegającym na położeniu kciuka na nosie i poruszaniu resztą palców.

Na Hawajach sprzeczne z prawem są praktyki wkładania monet jednocentowych do ucha.

W Asheville (Karolina Północna) nie wolno kichać na ulicy.

W Marion (Ohio) zakazane jest jedzenie pączków i chodzenie w tym samym czasie tyłem po ulicy.

W Hazelton (Pensylwania) nauczycielom nie wolno pić napojów gazowanych w czasie, kiedy prowadzą lekcje.

W stanie Teksas zakazane jest posiadanie Encyklopaedii Britannica, gdyż jedno z opublikowanych w niej haseł zawiera informacje pozwalające na domowy wyrób piwa.

W stanie Vermont surowo wzbronione jest malowanie krajobrazów w czasie wojny.

W Norfolk (Wirginia) nie wolno pluć na mewy.

W stanie Waszyngton zabronione jest bezpodstawne utrzymywanie, iż jest się dzieckiem bogatych rodziców.

Na koniec kilka ciekawostek spoza USA:

W Tajlandii nie można deptać banknotów i monet, bez względu na walutę. Nie wolno również wyrzucać zużytej gumy balonowej na chodnik, grozi za to grzywna w wysokości 600 dolarów.

W Kanadzie niezgodne z prawem jest pozbawienie życia chorego przez wystraszenie go.

W Anglii samobójstwo jest klasyfikowane jako przestępstwo skarbowe.

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz

Chichot Temidy 2

Zagubione w czasie

W Bostonie (Massachusetts) nie wolno się kąpać w niedzielę.

W stanie Massachusetts i New Hampshire istnieje prawo, które karze hazardzistów za to, że stracili pieniądze.

W Anglii jeżeli maszyna parowa porusza się po drodze publicznej, to w ciągu dnia z przodu pojazdu musi iść osoba z czerwonym sztandarem, a wieczorem z czerwoną latarnią, po to by ostrzec o niebezpieczeństwie innych użytkowników drogi.

W Anglii parowozom nie wolno się poruszać z prędkością większą niż 4 mile na godzinę.

W Irlandii studentów Trinity College obowiązuje zakaz poruszania się po szkole bez miecza.

W Anglii każdy mężczyzna powyżej czternastego roku życia musi obowiązkowo poświęcić około dwóch godzin tygodniowo na naukę strzelania z łuku pod okiem lokalnego duchowieństwa.

W Zjednoczonym Królestwie w bagażniku każdej taksówki musi znajdować się snop siana oraz worek owsa.

W Anglii posłom nie wolno wchodzić do budynku Izby Gmin w pełnym uzbrojeniu.

W Chester, w stolicy hrabstwa Cheshire, można zastrzelić Walijczyka z łuku, ale jedynie po północy i w obrębie murów miejskich.

W Herford, w hrabstwie Herefordshire, niezgodne z prawem jest zastrzelenie Walijczyka z łuku, ale jedynie w niedzielę i to w najbliższej okolicy tamtejszej katedry.

W York (Anglia) dozwolone jest, z wyjątkiem niedzieli, strzelanie do Szkota z łuku i pozbawienie go życia.

Natomiast w USA:

W stanie Karolina Północna zabronione jest wykopywanie żeń-szenia na terenie cudzej posiadłości między kwietniem a wrześniem (prawo z 1866 roku).

W stanie Rhode Island za przestępstwo uważane jest zrówno rzucanie komuś wezwania na pojedynek, jak i jego przyjęcie. Przewidywana kara wynosi od roku do siedmiu lat więzienia.

W Salem (Wirginia) istniało kiedyś prawo zakazujące wychodzenia z domu, jeśli nie miało się sprecyzowanego celu wyjścia.

W stanie Teksas istnieje prawo zabraniające wkładania spodni w cholewy butów, jeśli nie posiada się więcej niż dziesięciu krów.

W Maine w stanie Massachusetts i niektórych miejscowościach Karoliny Południowej każdy dorosły mężczyzna jest zobowiązany do zabierania karabinu na niedzielne nabożeństwo, na wypadek ataku Indian.

Tematowi broni poświęcony jest oddzielny rozdział, Ręce do góry!:

W Dakocie Północnej legalne jest zastrzelenie jadącego konno Indianina, pod warunkiem, że strzelec znajduje się na krytym wozie.

W stanie Iowa jeżeli więcej niż pięciu Indian znajdzie się na terenie posiadłości, można do nich strzelać.

W stanie Kalifornia każdy kto zdetonuje urządzenie nuklearne w granicach miasta, zostanie ukarany 500 dolarami grzywny.

W Kennesaw (Georgia) każdy musi posiadać broń palną.

W stanie Massachusetts naboje nie mogą być używane jako waluta.

W stanie Ohio nie wolno bez zezwolenia zabijać much w promieniu 160 stóp od kościoła.

W stanie Utah surowo zabronione jest użycie broni nuklearnej. Wolno ją posiadać, nie można natomiast wywołać eksplozji.

Ostatni w tym odcinku lapsus pochodzi z Niemiec i dotyczy zwykłej poduszki, która uważana jest przez tamtejszych prawodawców za tak zwaną… broń miękką.

Opracowanie i komentarz : Zbigniew Milewicz

Chichot Temidy 1

Wolnoć Tomku w swoim domku

Po Anegdotach prokuratora Ogórka, które skończyłem opowiadać kilka tygodni temu, wracam do tematyki prawniczej, ale dalej będzie głównie o USA, gdzie gościłem w poprzednim wpisie.

„Ta książka nie jest podręcznikiem prawa. Jej celem jest rozrywka, stąd też wydawca nie bierze na siebie odpowiedzialności w przypadku uznania przez czytelnika zawartych w niej artykułów za pewnik.
Część przepisów prawnych, zawartych w tej książce, udało się zweryfikować. Inne pochodzą z takich miejsc, jak grupy dyskusyjne, chaty, strony www, dlatego dostęp do źródeł był utrudniony.
Ze względu na specyfikę tamtejszego systemu prawnego, większość pochodzi z USA, choć udało się znaleźć kilka równie uciesznych dziwadeł prawnych z innych krajów.
Część przepisów mogła ulec dezaktualizacji, część została świadomie przejaskrawiona. Nie wykluczamy, że część jest kłamliwa lub mocno naciągana…
…tak czy owak, jest to w miarę bezpieczna okazja, by bezkarnie zakpić sobie z prawa.
(Oczywiście poza niepokojeniem wiewiórek. Dla takich osób nie powinno być litości.)”

Taki wstęp nosi „Chichot Temidy“, książka opublikowana w 2008 roku przez Wydawnictwo Replika, w której nie ma nazwiska autora. Nie wnikając w powód bezimienności (może autorów, co sugerowałaby użyta liczba mnoga), przechodzę do rzeczy, czyli do tekstu, bo lektura jest w sam raz na letnie wakacje:

W stanie Indiana obowiązuje zakaz picia alkoholu w domu.

W Los Angeles (Kalifornia) nie można kąpać dwójki dzieci jednocześnie w tej samej wannie.

W stanie Kalifornia zakazane jest jedzenie pomarańczy w wannie.

Na Florydzie istnieje obowiązek powiedzenia sąsiadowi, że pali się jego dom, jeżeli faktycznie taka sytuacja ma miejsce.

W Columbus (Georgia) zabronione jest siedzenie na werandzie w nieprzyzwoitej pozycji.

W stanie Indiana prześcieradła w hotelu muszą mieć dokładnie 99 cali długości i 81 cali szerokości.

W stanie Kentucky w pomieszczeniach mieszkalnych nago mogą przebywać tylko osoby tam zameldowane.

W Columbii (Maryland) nie wolno używać sznurów do suszenia bielizny, można natomiast wieszać ubrania na płocie.

W Baltimore, w tym samym stanie, surowo zabronione jest mycie i szorowanie zlewu, bez względu na to, jak bardzo jest brudny.

W Bostonie (Massachussetts) obowiązuje zakaz trzymania obornika w budynku mieszkalnym.

W stanie Minnesota i Nebraska nielegalne jest spanie nago w hotelach i motelach.

W Ballwin (Missouri) obywatele mogą używać wulgarnego i nieprzyzwoitego języka jedynie we własnych domach.

W Hastings (Nebraska) od właścicieli wszystkich hoteli wymaga się, aby dostarczyli każdemu gościowi czystą i wyprasowaną koszulę nocną. Żadnym parom, nawet po ślubie, nie wolno spać razem nago, ani uprawiać seksu, jeżeli nie mają założonych owych białych, bawełnianych koszul nocnych.

W Anglii zabronione jest wywieszanie łóżek za okno.

W Szkocji, jeżeli jakaś osoba zapuka do drzwi i wyrazi chęć skorzystania z toalety, należy jej na to pozwolić. (Uwaga od administratorki: To jest super przepis prawny, powinien obowiązywać wszędzie, a na pewno we wszystkich instytucjach, sklepach, biurach, garażach itp.)

W Szwajcarii zakazane jest spłukiwanie toalety w blokach po godzinie 22.00 (Hmmm. W Niemczech po 22 nie wolno się kąpać).

W Niemczech każde biuro musi mieć okno z widokiem (choćby niewielkim) na niebo.

W Chicago niezgodne z prawem jest jedzenie posiłku w budynku firmy, który akurat płonie.

W stanie Dakota Północna obowiązuje zakaz trzymania łosia w przydomowej piaskownicy.

W Waverly (Dakota Północna) nie wolno trzymać konia w domu, a zwłaszcza w wannie.

W stanie Oregon nie można wycierać umytych naczyń, powinny one wysychać w sposób naturalny.

W stanie Pensylwania niezgodne z prawem jest spanie w lodówce wystawionej na zewnątrz domu.

W tym samym stanie zabronione jest śpiewanie w wannie.

W stanie Rhode Island wykroczeniem jest zaparkowanie więcej niż 11 niesprawnych pojazdów przed własnym domem.

W Corpus Christie (Teksas) nie wolno w domu hodować aligatorów.

W Port Arthur (Teksas) zakazane jest wydzielanie jakichkolwiek przykrych zapachów podczas jazdy windą.

c.d.n

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz

Z wolnej stopy 47

Zbigniew Milewicz

Rock and roll

Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Rock and Rolla, który się urodził na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku za oceanem, a do Polski dotarł ponad dekadę później. Nazwa muzyki, tańca mówiła kołysz się i huśtaj (lub tocz) i na tym on mniej więcej polegał, ale jak to wyglądało na parkiecie, wie tylko ten, kto wtedy miał kilkanaście, albo dwadzieścia lat i chciał udowodnić całemu światu, że zrobi najwymyślniejsze wygibasy ze swoją partnerką. Przerzuci ją sobie przez ramię, przeciągnie pod sobą, okręci wielokrotnie wokół jej własnej osi, ten żywiołowy rytm dawał pomysłowym tancerzom przeróżne możliwości. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak ja i moi licealni koledzy, wystarczała improwizacja i niespożyta energia plus czyjaś wolna chata, kiedy można było zorganizować prywatkę z potańcówką.

Muzykę odtwarzaliśmy z gramofonowych singli i pocztówek dźwiękowych, które przywozili nam krewni z Zachodu, albo namierzaliśmy na bazarze, nadawało ją też radio Luxemburg, tylko ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane. Słuchaliśmy utworów Elvisa Presleya i Paula Anki, może również Roya Orbisona, Jerry`ego Lee Lewisa, albo Chucka Berry`ego. Później, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy zacząłem chodzić na studenckie bale, po raz pierwszy zetknąłem się z twórczością Beatelsów, ale ich muzyka mnie jakoś nie wciągnęła, podobnie jak The Rolling Stones. Historia rock and rolla jest jednak warta opowiedzenia i według Wikipedii wygląda mniej więcej tak:

Nowy gatunek muzyki rozrywkowej – wywodzący się z uproszczonego i zredukowanego, do trzech lub czterech akordów, schematu bluesowego, granego w szybkim tempie przy pomocy zelektryfikowanych instrumentów – powstał w wyniku połączenia “czarnego” bluesa, rhythm and bluesa, tradycyjnego jazzu oraz “białej” country. Promotorem owego stylu był Alan Freed, amerykański disc jockey z Cleveland, który obserwując swoją klientelę zauważył, że biali nastolatkowie często kupują w sklepach muzycznych płyty z muzyką Afroamerykanów. Podążając za tym trendem zaczął lansować czarną muzykę w radiu, nazwał ją rock and rollem – po raz pierwszy w 1951 roku, czyli siedemdziesiąt lat temu – i muzyka spodobała się słuchaczom. Alan Freed był również organizatorem pierwszych koncertów rock and rollowych, które cieszyły się dobrą frekwencją wśród białej i kolorowej młodzieży. Tym samym przyczynił się on do obniżenia barier rasowych w swoim kraju. DJ z Cleveland żył barwnie i intensywnie, ale niestety krótko. Zmarł w wieku 43 lat na przewlekłą niewydolność nerek i marskość wątroby, co było następstwem alkoholizmu. W 1986 r. Alan Freed został uznany za osobę godną uwiecznienia w muzeum honorującym artystów i osoby, zasłużone dla muzyki rockowej, zaś 21 marca 2002 roku jego szczątki przeniesiono do Rock and Roll Hall of Fame.

Rock and roll cechowała prostota harmoniczna i rytmiczna oraz szybsze i agresywniejsze brzmienie, niż w dotychczasowej muzyce rozrywkowej. Skład zespołów wykrystalizował się pod wpływem wzorcowej grupy Muddy`ego Watersa – śpiew (często wielogłosowy), gitara prowadząca, gitara rytmiczna, gitara basowa, pianino lub organy i perkusja. Jeżeli chodzi o teksty utworów, to podobnie jak muzyka, były proste w formie, lecz często głębokie w treści i dotyczyły miłości oraz spraw młodzieży. Nic więc dziwnego, że wielu młodych Amerykanów utożsamiało się z tą muzyką, na ogół wbrew swoim rodzicom i nauczycielom, którzy tradycyjnie uważali, że dzieci powinny „być widziane i nie być słyszane”. Rock and roll motywował nastolatków do buntu przeciwko sztywniactwu starszego pokolenia, jego podwójnej moralności, różnym stereotypom myślowym i uprzedzeniom, więc zarówno dom, jak i szkoła postrzegały tę muzykę jako realne zagrożenie.

Międzypokoleniowy rozdźwięk wykorzystała kultura Hollywood. Zaczęto kręcić filmy, lansujące nową muzykę, pojawił się styl zwany rockabilly, który miał korzenie w country, bluesie i swingu oraz Elvis Presley, jako jego najbardziej znany wykonawca. Połączył ambitną gitarę z basem i wyniósł ten rytm do rangi znaczącego nurtu. Pożądany był również styl śpiewu Elvisa. Kiedy w lipcu 1954 roku wytwórnia Sun Studios wypuściła na rynek utwór That’s All Right Mama i stacje radiowe w pobliżu Memphis zaczęły grać tę piosenkę, błyskawicznie została ona lokalnym hitem, a w grudniu była już transmitowana w całych Stanach. Wtedy artysta zaczął zgłębiać inne gatunki muzyczne, wzbogacił swój styl oraz repertuar i tak zasłużył na tytuł Króla Rock’N’Rolla.

Nowy czas w muzyce rozrywkowej wpłynął na zmiany w obyczajach. Słowa Sex, drugs and Rock’N’Roll były często ze sobą łączone, w kontekście muzyki rockowej lat 60. Jej wykonawcy mieli skłonność do chaotycznego stylu życia, co wprawdzie było typowe także dla poprzedniej dekady, ale dopiero później stało się jawne. Muzycy zaczęli pić alkohol i używać narkotyków w miejscach publicznych; towarzyszyły temu opowieści o ich szalonych zachowaniach podczas koncertów, wszystko to trafiało do mediów i jeszcze bardziej podkręcało popularność gwiazd.

W latach 60 wyłonił się Garage rock – o charakterystycznym szorstkim brzmieniu, nazwany tak, ponieważ zespoły grające ten rodzaj muzyki, ćwiczyły zwykle w garażu któregoś z członków zespołu. W ślad za tym szły tanie, niskonakładowe i proste nagrania, była to muzyka undergroundowa, co utrudniało ustalenie dokładnej daty powstania utworów. Z niej prawdopodobnie narodził się też późniejszy punk rock.

Rock and roll nie zdobył jednak w Stanach wiodącej popularności. Wśród młodzieży miejskiej ciągle dominowała muzyka folk, a wśród dorosłych różne odmiany tradycyjnego popu. Przyjął się natomiast w Europie Zachodniej, głównie w Wielkiej Brytanii. W połowie lat sześćdziesiątych artyści tego nurtu – przede wszystkim grupy The Beatles, The Dave Clark Five, Herman’s Hermits i The Rolling Stones – reeksportowali go z powrotem za ocean. Wydarzeniem, które praktycznie z dnia na dzień otworzyło Stany na brytyjskich wykonawców, było amerykańskie tournée Beatlesów z 1964 roku i sukces ich singla I Want to Hold Your Hand. Entuzjastyczne przyjęcie tych grup przez publiczność graniczyło z histerią. Charyzmatyczni Brytyjczycy przewrócili dotychczasową scenę muzyczną USA, spychając w cień wszystkich „grzecznych chłopców”, śpiewających banalne piosenki i wywołali pojawienie się silnych, amerykańskich zespołów rock and rollowych. Na skutek tej drugiej fali popularności, nurt stał się wiodącym w muzyce, aż do czasów powstania rapu i hip-hopu.

Prawdopodobnie jednym z najbardziej godnych zapamiętania wydarzeń muzyki rockowej był festiwal w Woodstock, w sierpniu 1969 roku, który odbył się na farmie M. Yasgura w Bethel, koło Nowego Jorku. Jego hasłem było: Peace, Love and Happiness (pokój, miłość i szczęście). Mimo tego, że festiwal nie był reklamowany w środkach masowego przekazu, przyciągnął ponad 500 tysięcy ludzi. Wzięła w nim udział większość najwybitniejszych wykonawców tamtego okresu – m.in. Santana, Janis Joplin, The Who, Jimi Hendrix. Amerykańska młodzież epoki dzieci kwiatów, znudzona polityką i szachrajstwami kapitalistycznego świata, szukała ucieczki w różnego rodzaju środkach odurzających, dlatego też obok gołąbka pokoju siedzącego na gryfie od gitary, pojawił się nieoficjalny symbol Woodstocku – liść konopi indyjskich. Stało się tak również dzięki policji, która na okres trwania festiwalu zawiesiła swoją walkę z narkobiznessem. Godnym uwagi jest fakt, że przez cały czas festiwalu nie zanotowano ani jednego przypadku kradzieży, rozboju czy gwałtu.

Lata 70 stały pod znakiem kontynuacji muzyki, stworzonej przez Beatelsów i Rollingstonsów, ale jej tonacja była już ostrzejsza. Zaczęły się koncerty na stadionach sportowych, później do głosu doszedł hard rock i jeszcze agresywniejszy heavy metal, grały go Led Zeppelin, Deep Purple, Judas Priest, Black Sabbath, czy nasz rodzimy – Test. Z popularnością nowych gatunków rocka było różnie, ale na początku nie miały one dobrej prasy. Podobnie, jak kolejne – punk, disco i glamrock. Dopiero dekadę później, kiedy emocje się uspokoiły, rock podzielił się na wiele gatunków i każdy miał swoich fanów, ale to już nie były moje rytmy. Mój rock and roll grano w Polsce w latach 60 i odbywało się to właściwie nielegalnie. Miał on politycznie czerwone światło, bo była to muzyka wrogiego i wstecznego Zachodu.

Same fryzury na Beatelsów miały w szkołach szlaban, ale nieoficjalnie często się go przekraczało. Muzycznie nie zapomnę licealnych akademii w chorzowskim Słowaku, w czasie których po tradycyjnej pieśni Ukochany kraj, umiłowany kraj, nasz klasowy kolega, Seweryn Sowiak, siadał za klawiaturą fortepianu i rozbrzmiewały pierwsze nutki melodii, zakorzenionej gdzieś w okolicach czarnej rzeki Missisipi. Zaczynał delikatnie, ale to, co on później robił z fortepianem, tego opowiedzieć się nie da, to trzeba było zobaczyć i usłyszeć. Dzisiaj już nie wiem, czy Seweryn grał jazz, bluesa, czy rock and rolla, pewnie wszystko po trochu, bo kochał muzyczne improwizacje i robił to naprawdę świetnie. Szkoda, że później poszedł na medycynę, a nie do akademii muzycznej, ale jego pacjenci tego nie żałowali, bo został dobrym chirurgiem.

Na pewno jednak szkoda, że już go nie ma między nami. Nie zapomnę tego jego trochę Fernandelowskiego uśmiechu, pogody ducha, serdeczności i tego, co potrafił wyczarować na klawiaturze instrumentu. Grał tak lekko i naturalnie, jak człowiek, który się z tym talentem urodził. Najbardziej żal, że odchodząc, człowiek zabiera ze sobą każdy swój Boży dar.

Z wolnej stopy 46

Zbigniew Milewicz

Król waletów

Nie lubię szczegółowo planować podróży; szkic owszem, warto mieć, ale później życie samo koryguje marszrutę. Jadąc w swój Rajd ozdrowieńca, opisany tydzień temu, chciałem odwiedzić Kraków, a w nim Żaczka, moje dawne siedlisko, w którym byłem ciekaw zmian i chciałem coś zobaczyć.

Mianowicie – portret dawnego kierownika domu studenckiego UJ, Jana Buszka, który kiedyś zdobił ścianę w Nowym Żaczku, klubie akademika. Namalował go pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia krakowski artysta plastyk, a także człowiek teatru – Łukasz Jasielski i wtedy obejrzałem płótno tylko raz, na szybko, bo w klubie trwała jakaś impreza. Oczywiście nie wiedziałem, czy teraz portret jeszcze tam wisi, ale gdyby gdzieś już wywędrował, to powinni znać nowy adres. Moja córka Ania i wnuczka Zosia, które mi towarzyszą w drodze na Błonia, mówią, że dobrze się czują w tym mieście; mają szczęście spotykać na swojej drodze życzliwych ludzi i to sprzyja aklimatyzacji. Jak żyło się w Krakowie i jak w akademiku ponad pół wieku temu, tego oczywiście nie wiedzą, bo skąd. Ania dojeżdżała na zajęcia na swojej uczelni z rodzinnego domu, a Zosia najpierw musi ukończyć liceum. W przyszłości jednak chciałaby być bardziej niezależna i taki akademik byłby dla niej w sam raz.

Opowiadam im więc, jak w pewne Juvenalia, na wielkim skrzyżowaniu Alei Trzech Wieszczów w pobliżu Żaczka, czwórka studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego rozłożyła na jezdni koc i zasiadła do kart. Pora była szczytowa, w kilka minut powstał spory korek, rozeźliły się klaksony, a ci spokojnie grali sobie w brydża. Zjawił się milicjant z drogówki, zasalutował i grzecznie zapytał, czy panowie studenci byliby uprzejmi przenieść się z kartami w jakieś inne, mniej kolizyjne miejsce. Na to jeden z nich, że owszem, jak pan władza siądzie do gry i wygra. Trafił chyba na karciarza, bo mundurowy bez namysłu zdjął czapkę, usiadł i zagrali w oczko. Przy trzecim rozdaniu milicjant wygrał, trefnisie honorowo zeszli ze skrzyżowania i ruch samochodowy wrócił do normy.

W Juvenalia, doroczne święto braci żakowskiej, sięgające w grodzie Kraka XV wieku, wszelka krotochwila była dozwolona. Skoro burmistrz, zgodnie z tradycją przekazywał na kilka dni studentom klucze miasta, można było prześcigać się w pomysłach na najlepszy żart i nikt nie miał o to do młodych pretensji. Potem wiara musiała wyhamować, wracało się do normalnych zajęć na uczelni, ale niektórzy świętowali dalej, jak jeszcze mieli na wino. Tylko już nie było ulgowej taryfy, jak coś przeskrobali. Za samo spanie po pijanemu na ławce w parku miewało się kłopoty. Pewnej nocy posterunkowy przyprowadził do Żaczka wstawionego, młodego człowieka i powiedział dyżurującemu portierowi, że chce rozmawiać z kierownikiem domu. Portier – był to chyba Armatys – lojalnie uprzedził milicjanta, że pan Buszek już śpi i ogólnie nie lubi, żeby go w nocy budzono. Tamten postawił jednak na swoim. Buszek zjawił się po chwili zaspany, w swojej szlafmycy i płaszczu narzuconym na koszulę nocną, bo piżam nie uznawał, potoczył niechętnym wzrokiem po nocnych markach z akademika, którzy w międzyczasie oblegli portiernię i warknął:

– Czego pan chcesz…

Na to stróż prawa, że zastał delikwenta śpiącego w stanie nietrzeźwym na Plantach i bez dokumentów tożsamości. Kiedy zapytał go, gdzie mieszka, usłyszał, że w Żaczku, ale na waleta, czyli bez zameldowania. Przyprowadził go tu więc, żeby ustalić, czy to prawda, a przy okazji dowiedzieć się, dlaczego kierownik domu toleruje u siebie ludzi bez zameldowania, czyli waletów.

– Dużo tu takich mieszka ? – dopytywał się.

Buszek był pięćdziesięcioparoletnim mężczyzną, słusznego wzrostu i atletycznej postury, milicjant, choć młodszy, sięgał mu do brody, ale gospodarz załatwił go psychologicznie:

– Ja panu dobrze radzę, lepiej idź pan stąd, bo jak zawołam wszystkich waletów, którzy tutaj mieszkają, to pan żywy stąd nie wyjdziesz.

Na co dzień nie dawał chłopakom żyć, tropił, wyrzucał z akademika, oni wracali, dekowali się w innych pokojach, on ich znowu namierzał, ale kiedy przychodziło zagrożenie z zewnątrz, bronił delikwentów. Sam, na trzecim roku, przez parę miesięcy mieszkałem na dziko w Żaczku. Wiedział o tym, znał wszystkich waletów z imienia i nazwiska, ale za bardzo nie utrudniał mi życia, może dlatego, że moje podanie o kwaterunek w DS zostało załatwione pomyślnie, tylko nie było wolnych miejsc. Niemniej któregoś dnia zaczepił mnie na schodach i doszło do następującej wymiany zdań:

– Czemu pan nie mieszkasz u narzeczonej?
– Bo jej nie mam.
– To kup se pan sznur i się powieś.
– Nie mam na sznur.

Przekrzywił charakterystycznie siwiejącą głowę, łypnął na mnie znad okularów i wysapał:

– To przyjdź pan jutro do biura, coś może się znajdzie

Jakiś doktorant zwalniał akurat jednoosobowy pokój i przez dwa tygodnie mieszkałem jak gość, a później dostałem miejsce w prawniczej czwórce. Dzieliłem ją z Jędrkiem Ziębą – późniejszym, szanowanym profesorem nauk prawnych na UJ, który niestety już nas pożegnał, z Bogdanem Bednarkiem i Jurkiem Kowalskim, czyli dziadkiem, dzisiaj mieszkającym za oceanem, a moje lokum było już w pełni legalne.

Za tamtych czasów najbardziej ściganym w akademiku waletem był niejaki King, bodajże student rusycystyki. Nie znam powodu, dla którego Jan Buszek tak uporczywie go tropił, może nie lubił ruskich, kto wie… W każdym razie kiedyś zgodziliśmy się, żeby King, na jedną noc – no, góra dwie – zatrzymał się w naszym pokoju. Daliśmy mu do przenocowania pawlacz na walizki, gdzie zwykle lokowali się waleci. Ledwo wszedł na górę, pukanie do drzwi. Pytamy, kto tam, a z drugiej strony kierownik we własnej osobie. Wchodzi do środka i mówi, że szuka Kinga, my na to, że u nas go nie ma. A on, że jest, bo rozpoznaje jego krawat na wieszaku. Faktycznie kolega całymi dniami i wszędzie nosił ten sam krawat; z powodu nadmiernej eksploatacji nie wiadomo już było, jakiego jest on koloru, ale węzeł imponował iście królewską wielkością i znamionował Kinga, jak Big Ben – Londyn. Właściciel nigdy go nie rozwiązywał, do spania tylko trochę luzował, żeby ozdobę zdjąć z szyi i nazajutrz ponownie zakładał. No i ten właśnie krawat, który wisiał w naszym pokoju, był koronnym dowodem, że kłamiemy i King musiał w końcu zejść z pawlacza.

Koledzy z roku (Emil Tokarz i Rysiek Goszczyński) na dziedzińcu Collegium Novum bawią się w wojsko.

Kierownik słynął z lapsusów językowych, przeinaczeń, które później krążyły po akademiku ku uciesze mieszkańców. Zanim przytoczę jeden, mała dygresja. W latach sześćdziesiątych studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego zobowiązani byli – w ciągu pierwszych trzech lat nauki – do odbycia służby wojskowej, w ramach zajęć miejscowego Studium Wojskowego; podobnie było na wszystkich polskich uczelniach. W wybrane dni zakładało się więc mundur i szło na ćwiczenia z musztry, wykłady z taktyki, polityczne pranie mózgu, szkolenie ogniowe, albo jechało na poligonowy Pasternik. Czołgaliśmy się tam, forsowali różne przeszkody, nacierali tyralierą na wroga i oczywiście strzelali z kałasznikowów. Kiedy nie strzelaliśmy do celu, to każdy otrzymywał swój przydział ślepaków i jeżeli nie zużył wszystkich, to miał do wyboru – oddać je po zajęciach, albo zabrać ze sobą do domu. To drugie było nielegalne, ale kusiło. Z prochu ślepych naboi można było zmajstrować ładną petardę i odpalić ją w Sylwestra, albo z innej okazji i tu wracam do głównego wątku.

– Studenci przynieśli z wojska pederastę – skarżył się Buszek – i kiedy noc zapadła, podpalili go, podstępnie wrzucili do studni i pederasta wybuchnął. Oczywiście spałem wtedy, moja żona Eulalia również, ale na ten huk wyskoczyliśmy z łóżka, bo nie dało się dalej spać.

Studnią nazywano wewnętrzny dziedziniec w czworoboku budynków akademika.

Znane było również wystąpienie pana Jana na pewnym forum PZPR, na którym usprawiedliwiał swoją małżonkę przed szanowną instalacją partyjną, że nie przyjdzie na zebranie, bo na nieszpór musi pójść. Albo jego powiedzenie, że mieszkańcy akademika się analizują i jak zanoszą pani Krysi do prania pościel, to istnieje obawa, że w ciążę zajdzie, bo plemniki skaczą.

Kiedy jedni w Żaczku imprezowali, a inni potrzebowali ciszy, bo chcieli się uczyć, albo spać, interweniował:

– Wchodzę do pokoju, a tam pijana dziwa i pijany student. Ona nie dość, że naga, to jeszcze bez majtek.

Wymiany zdań między stronami nie przytoczę, bo niecenzuralna, ale doszło do obrazy organu interweniującego. Nie dlatego, że naguska nazwała go delikatnie mówiąc – palantem, ale, że starym i tego Buszkowi było już za wiele.

Żartowaliśmy z niego na potęgę, ale kochali, jak ojca. Dowodem jego popularności i uznania wśród młodzieży był tytuł Króla Waletów, który otrzymał w 1964 roku, na Juvenaliach zorganizowanych w związku z 600-leciem Uniwersytetu Jagiellońskiego, najstarszej polskiej uczelni. Pięć lat później odebrano panu Janowi kierownictwo domu, PRL-owskie władze nie darowały mu, że w marcu 68, jako jedyny stanął w obronie demonstrujących studentów. W 1995 roku, w dziesiątą rocznicę jego śmierci (jako uczestnik kampanii wrześniowej spoczął na cmentarzu wojskowym) dawni mieszkańcy Żaczka ufundowali mu tablicę pamiątkową na fasadzie akademika. Pamięć o nim i o domu, którym wiele lat gospodarzył, doczekała się również publikacji książkowej, którą mam za kilka dni otrzymać. Jest także w Krakowie ulica jego imienia, na terenie miasteczka studenckiego Akademii Górniczo-Hutniczej. Niestety, portretu Jana Buszka w królewskich gronostajach, birecie na głowie i z berłem w ręku nie udało mi się ponownie zobaczyć, bo pani w recepcji akademika powiedziała, że po raz pierwszy o takim słyszy. Nie mogła nas z Anią i Zosią także wpuścić do środka, żebyśmy mogli się rozejrzeć, jak Żaczek wygląda obecnie od środka, gdyż wstęp mieli tylko mieszkańcy. Tak zawsze tutaj było.

Na pocieszenie dostaliśmy jednak linka z materiałem reporterskim z TVN, sprzed paru lat, który ładnie o Żaczku opowiadał i polecam go również Państwu.

https://uwaga.tvn.pl/reportaze,2671,n/legendarny-zaczek-oficjalna-strona-programu-uwaga-tvn,213193.html?fbclid=IwAR2jwjfThAitY1aujjxXCgG7YnltEKFqj1-DNB3skijjOKqrp9aZKR6_OxI

Z wolnej stopy 45

Zbigniew Milewicz

Rajd ozdrowieńca

Wiele miesięcy nie było mnie w Polsce. Oczywiście wszystkiemu winna corona, najpierw były obostrzenia w ruchu granicznym, nie chciałem się więc w to pakować, później sam zachorowałem, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Teraz, jako ozdrowieniec, jestem bezpieczny dla otoczenia, a ono samo może mi nagwizdać, cały czas jestem więc w ruchu i maski używam tylko w sklepie, kościele i autobusie.

Ludzie, z którymi w Tychach rozmawiam, wyliczają mi, kogo ze wspólnych znajomych zabrała pandemia, trudno mi uwierzyć, że znalazł się wśród nich między innymi nawet ogólnie lubiany Zefel, dawny właściciel piwnego baru na zecie. Dlatego spieszę się do ludzi, którzy jeszcze żyją, nie odkładam spotkań, jak zwykle, na następny raz, bo może go już nie być. Życie jawi się jak coś absolutnie jednorazowego i kruchego, takim, jakim jest w istocie, ale trzeba było dopiero śmiercionośnego wirusa, żeby to pojąć. Miłe są te nieudawane uwagi, czasami zaprawione ulgą: no, nareszcie znowu jesteś. Albo: długo Pana nie było – spotkania Marcysi z piekarniczego, dozorczyni Jańci, albo krawcowej Lusi, u której zawsze coś poszerzam, albo zwężam. Tym razem zwężam, bo corona pozbawiła mnie smaku i węchu, a przeto i apetytu.

Jadę na ulicę Gołębią, do moich starych przyjaciół, Justysi i Krystiana, oczywiście są już zaszczepieni i dziwią się, że ja mam do szczepionek sceptyczny stosunek. Ojciec Justyny był lekarzem, ona sama też nim jest, nie mam więc szans w merytorycznej dyskusji na temat, kto ma rację. Na szczęście ozdrowieńcy zaraz po chorobie się nie szczepią, bo mają własne przeciwciała i spór kończy się elegancko walkowerem.

Do Asi i Krzysia na osiedlu „A“ nie zaglądałem całe wieki, a sporo się u nich zmieniło. Gospodarz cierpi na miażdżycę, amputowano mu przez nią obydwie nogi, musiał się pożegnać z wykonywanym zawodem taksówkarza i obecnie utrzymanie całego domu spoczywa na barkach jego żony. Asia zajmuje się rozliczeniami podatkowymi, pracę ma w swoich czterech ścianach i może jednocześnie opiekować się mężem, ale łatwe to nie jest. Na szczęście czasami śpieszą im z pomocą córki, a medycznie to niezbędne minimum zapewnia terapeuta. Podziwiam ich obydwoje za hart ducha, a dodatkowo Krzysia – za niezmiennie pogodny charakter i poczucie humoru, których mimo choroby nie utracił. Obecnie wszystkie swoje siły koncentruje na wzmocnieniu mięśni kikutów nóg, aby móc przymierzyć się do protez i z serca życzę mu, aby osiągnął swój cel.

Marysia w Świerklanach, Lolek z Halinką w Ustroniu Śląskim i Stefcia w Chorzowie, których z kolei odwiedzam, też mają już za sobą szczepienia na covid, przynajmniej częściowe i tylko pierwsza z nich narzeka, że na drugi dzień bolała ją ręka. Stefcia spontanicznie organizuje w swoim mieszkaniu spotkanie klasowe. Jest nas razem czworo: ona, Helcia, Leszek i ja. Wszyscy mieszkaliśmy kiedyś przy tej samej ulicy Wesołej i chodziliśmy razem do szkoły podstawowej nr 9, róg Dąbrowskiego i Omańkowskiej. Do reszty koleżeństwa Stefcia nie umiała dotrzeć, wielu też niestety już nie żyje. Taksujemy się nawzajem życzliwie, nikt nie mówi, że na ulicy w pośpiechu to byśmy się nie rozpoznali, ale pewnie tak by było. Najważniejsze, że pamięć wszystkim nam jeszcze w miarę dopisuje i jesteśmy na chodzie. Jest wigilia polskiego Dnia Matki, jadę więc na cmentarz do Św. Ducha, żeby zmówić zdrowaśkę i zapalić u mamy znicz.

Swój ozdrowieńczy rajd po miejscach bliskich mojemu sercu zaczynam i kończę w Krakowie. Tam mieszka prawie od roku moja córka Ania z wnuczką Zosią. Mieszka pięknie, w zabytkowej kamienicy przy jednej z przecznic ulicy Karmelickiej, w samym śródmieściu; powodem zamiany Tychów na Kraków jest nowe miejsce pracy córki, więcej teraz zarabia, ale też sprawuje odpowiedzialniejszą funkcję i zadania są trudniejsze. Zosia szczęśliwie daje sobie radę w nowym liceum i środowisku, które ją w pełni zaakceptowało, w przyszłym roku będzie zdawała maturę. Chodząc po Krakowie, rozmawiamy o pracy Ani i szkole Zosi, o jej świeżych przyjaźniach i planach na przyszłość. To miasto świetnie się nadaje do takich spacerów. Idąc od Karmelickiej Parkiem Krakowskim w stronę Wisły, opowiadam im o moich pięciu latach spędzonych tutaj, o barwnych, corocznych Juvenaliach, pokazuję Collegium Paderevianum, w którym miałem zajęcia, Dom Studencki „Żak“, gdzie mieszkałem, później Collegium Novum. Wspominam o demonstracji studentów i pracowników naukowych UJ w marcu 1968 r., która miała miejsce pod tym historycznym budynkiem, a później została brutalnie spacyfikowana przez milicję i ORMO. Chłoną to wszystko, co im opowiadam, a ja czuję się trochę muzealnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko było już bardzo dawno temu.

Rynek przypomina euforyczny Eden. Jeszcze niedawno z powodu sanitarnych rygorów świecił pustkami i martwotą, a dziś jest sobota, pierwszy dzień po zluzowaniu obostrzeń. Można nareszcie znowu usiąść z rodziną, albo przyjaciółmi w kawiarnianym ogródku, napić się piwa, lemoniady i ludzie z tego skwapliwie korzystają. Znowu są dorożki, uliczni muzykanci, są ognie w ogródkach, śmiech, gwar, uszczęśliwione buzie, improwizowane tańce na płytach rynku, stragany z wyrobami ludowymi i ponętnie wyglądającym jadłem, ale tego niestety nadal nie czuję. Nieznajomi ludzie sprawiają wrażenie, jak by znali się od dawna, toczą ze sobą miłe rozmowy, nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem takich budujących scen.

Może ktoś w Krakowie rozpyla w powietrzu endorfiny. Na Wiślnej bowiem Ania, ni stąd ni zowąd, zaczepia jakąś kobietę i pyta, gdzie ta kupiła modne czółenka, po czym pada nazwa firmy, która mi nic nie mówi. Wywiązuje się śliczny dialog, czekam, kiedy babeczki padną sobie w objęcia, dwaj uśmiechnięci panowie z boku są tą sceną zachwyceni, my z Zosią oczywiście również. Trudno o pozytywniejsze relacje międzyludzkie, ale zapytam jeszcze raz: czy trzeba było pandemii, żeby ludzie się na siebie znowu otworzyli? I pytanie numer dwa: jak długo ten błogostan potrwa?

Fizycznie nie udało mi się powtórzyć podróży nad Wisłę, ale przed powrotem do Niemiec śniłem, że tam znowu jestem. W tym śnie byłem młodym człowiekiem, siedziałem na okrytych bujną zielenią Plantach w towarzystwie jakiejś pięknej kobiety i z czegoś śmialiśmy się serdecznie. Przecież do szczęścia niczego więcej mi nie trzeba.

Autor, na kuchennych schodach stancji przy Długiej 18, rok 1964, po jakimś egzaminie chyba, bo obowiązkowa, biała koszula i krawat.