Sąsiedzi 8

Teresa Rudolf

Co się stało, pani Klaroooo??????

Pani Klara zaczęła dzwonić i bębnić do drzwi Filomeny ze zdenerwowaniem i ogromną niecierpliwością.
Spotkała się ze zdumieniem, ciekawością i potępieniem, w oczach schodzącej schodami sąsiadki z trzeciego piętra (wszyscy w kamienicy wiedzieli o wzajemnej antypatii obu kobiet).
Pani Klara trzymała w ręku dzisiejszą gazetę, z jakmś dużym zdjęciem na stronie tytułowej, czego jednak kobieta już nie zdążyła dokładnie zobaczyć.
Drzwi otworzyły się i zdumiona, zaspana Filomena zapytała:
– Czy cooooooś się stało, pani Klaro???
Klara wparowała bez zaproszenia, rozstrzęsiona, do mieszkania Filomeny.
Siadła zadyszana w kuchni na krześle, pokazując gazetę i zdjęcie na stronie tytułowej, jąkając się wykrztusiła:
– To przecież naaaaaasz Lesio, niech pani spojrzy tylko…
Filomena zobaczyła na zdjęciu Lesia w łóżku szpitalnym. Miał obandażowaną głowę, prawą rękę i nogę całkowicie zagipsowane.
– A skąd pani wie, że to naaaaaasz Lesio? Jak go pani rozpoznała? A może to ktoś inny? Wygląda toto jak jakaś kukła, a nie jak naaaaaasz pan Lesio!
– No to niech pani głośno czyta!
Filomena przeczytała wyraźnie tekst, z którego wynikało, że bardzo poważany  w Krakowie detektyw, Lesław M. lat 50, po ukończeniu ważnego zadania, wracając w nocy do domu, został przed bramą napadnięty przez napastników, pobity do nieprzytomności i znajduje się obecnie w  bardzo ciężkim stanie, w szpitalu policyjnym. Na szczęście, został szybko po zajściu znaleziony przez przejeżdżający patrol, bo inaczej być może umarł by z wychłodzenia, w nocy były bowiem temperatury minusowe.
Obie panie spojrzały na siebie i wrzasnęły rownocześnie: SALOMON!
Jedna przez drugą przeganiały się w czarnych scenariuszach, co stanie się dalej z Lesiem i czy z tego wyjdzie, że kto by pomyślał, że to detektyw, a nie akurat “ojciec chrzestny” jakiejś mafii w Krakowie… No i Salomon sam, głodny w domu…
Przypominały sobie, jak źle mówiły i myślały o Lesiu, kiedy usłyszały jak lekceważąco on się wyraża o nich obu.
– Jedziemy do szpitala, zadecydywała  energicznie Filomena, mając łzy w oczach.
– Oczywiście, zabiorę tylko dokumenty, a i pani też niech nie zapomni, krzyknęła jeszcze Klara i wybiegła. – Spotkamy się na dole, przed bramą, dodała.
Filomena szybko się umyła, ubrała i zrobiła makijaż, pobijając, jak się jej wydało, dochczasowy swój rekord w podobnych sytuacjach.
Zdążyła jeszcze wysłać jakieś bardzo ważne, roczne zestawienie do znanej krakowskiej firmy, dla której od pięciu lat pracowała. Była samodzielną, cenioną ekonomistką, pracowała w domu, gdzie miała nowocześnie wyposażone biuro.
Zbiegła szybko na dół i stanęła gotowa przed pania Klarą, która, przyglądając się jej dokładnie,  przywitała ją ponownie, tym razem słowami:
– Ależ osioł z tego Lesia, przed nosem marnuje mu się taka ładna, atrakcyjna kobieta, oboje jesteście  przecież sami… ach, machnęła ręką, może życie wie najlepiej, co robi, po co się w to wtrącać? Już sama nie wiem, ale…, znów machnęła ręką, z taką miną, jak gdyby się właśnie ugryzła w język.

Dotarły do ogromnych drzwi wejściowych szpitala i spojrzały na siebie niepewie, nie bardzo wiedziały, co powiedzą, kim są dla Lesia, gdyby padło takie pytanie i miało być warunkiem wpuszczenia ich do pacjenta.
Od portiera dowiedziały się, że Lesław M. leży na trzecim piętrze, niedaleko pokoju pielęgniarek, tak by w razie czego mogły natychmiast reagować, “gdyby się coś działo”.
Od kiedy go tu przywieziono, był pępkiem, no, może nie świata, ale na pewno oddziału chirurgicznego.
Rano była już tu telewizja, gazeta regionalna, mnóstwo kolegów detektywów z innych grup parnerskich.
Lesio był jednym z nielicznych, bardzo doświadczonych detektywów, pracujących w pojedynkę, a tylko czasem, w niektórych, skrajnych przypadkach, potrzebował pomocy umundurowanych policjantów.
Na jego doskonałą reputację składało się wiele czynników: biegła znajomość języka angielskiego (z akcentem amerykańskim), sympatyczna, atrakcyjna, ciągle młodzieńcza i nie wzbudzająca najmniejszych podejrzeń powierzchowność oraz duże doświadczenie w samodzielnej pracy, z wyjątkowym talentem do podejmowania szybkich decyzji.
Ostatnio jednak, coraz częściej w jego kręgach słyszano, jak przebąkiwał coś o gotowości zrezygnowania z zawodu, gdyż po 15 latach czuje się już kompletnie wypalony, wyczerpany, a nawet jakby popadł w depresję.
Na Zachodzie stan takiego samopoczucia, fizycznego i psychicznego, zwany jest “Burnout” i nie wróży nic dobrego.
Filomena i Klara, po dłuższej dyskusji przekonały oddziałową, wylegitymowały się i podpisały deklarację, podkreślając, że są najbliższymi osobami pacjenta, które muszą się teraz przede wszystkim zająć jego kotem, Salomonem. Potrzebują od niego kluczy do mieszkania i pozwolenia na opiekę nad zwierzęciem.
Pielęgniarka zgodziła się, jednak pod warunkiem, że będzie asystować przy tej rozmowie, która musi być krótka, gdyż pacjent jest dopiero co, od godziny przytomny, ale ciagle w bardzo ciężkim stanie. I nie mają się niczemu dziwić, gdyż przed  jego drzwiami stoi dla ochrony dwóch policjantów, którzy również muszą być obecni przy rozmowie.
Po wejściu do pokoju Lesia, kobiety oniemiały z szoku, gdyż zdjęcie w gazecie, na którym go zobaczyły, nie oddawało całego rozmiaru tragedii.
Lesio spod pół przymkniętych oczu i bandaży spojrzał na nie i wymamrotał:
– Regina, ty tutaj, a po co? Jezus Maria, a po co? Czy ja  już umieram?, wyjąkał.
Obie kobiety spojrzały na siebie, nie rozumiejąc, o co chodzi.
– Panie Lesiu, to my, Klara z Filomeną, sąsiadki, czytałyśmy dziś, co się stało i przybiegłyśmy, by zapytać, czy  w czymś pomóc, czego Pan tu potrzebuje, no i trzeba się zająć Salomonem.
Jak by Pan wolał? Mamy chodzić do niego do mieszkania, czy też mam go zabrać do mnie, gdzie poznałby Salcię. Salcia wygląda dokładnie tak samo jak Salomon, podejrzewamy nawet z Filomeną, że to może być rodzeństwo.
Kobiety czekały na odpowiedź, przyglądając się w napięciu Lesiowi, który wykrztusił:
– Aaaaa, to panie, gdy zobaczyłem kolor włosów pani Filomeny, przestraszyłem się, że to moja była żona, Regina stoi tu nagle, z jakąś obcą kobietą, słabo widzę jakoś teraz… A to chwała Bogu, że to Panie… Klucz jest zawsze w mojej małej torbie na ramię, o Boże, Salomon… Proszę się nim zająć, jakoś mi słabo…
– Panie muszą już wyjść, to za dużo emocji dla pacjenta, energicznie powiedziała siostra oddziałowa, popychając je lekko w stronę drzwi.

List do EMS

Teresa Rudolf
Ewuniu, po głowie mi chodzi ten Twój wpis pt. “Dwie siostry“…
Z jednej strony dlatego że ma w sobie tyle ciekawych informacji “historyczno-estetycznych”:
piękne rzeźby, ładne zdjęcia, przemijanie zamknięte w twórczości artystów tamtych epok, w fotografiach dzisiejszych, a z drugiej strony też z tego powodu, że na  początku napisałaś o zniknięciu  miliardów blogów.  Tu  przypomniała mi się też Twoja kuzynka z Kanady i uratowany przez Ciebie jej wpis o Żebraku…
A wiesz, co mi przyszlo JESZCZE  dziś do głowy?
To, że to, co my robimy, na Twoim blogu, to są rysunki na piasku, czasem zatrzymają się przy nich przypadkowi przechodnie,
czasem nawet ktoś dopisze tam jakąś uwagę, ktoś obcy, ktoś znajomy…
no i ktoregoś dnia przyjdzie silniejszy wiatr i wszystko to zdmuchnie.
Gdy sobie to wyobrażałam, zakradły mi się dwa uczucia:
– niesamowita lekkość i przyjemność rysowania na piasku,

– a z drugiej strony trochę też smutek przemijania wszystkiego.

I niestety przyszło mi do głowy coś całkiem jeszcze innego, naprawdę przerażającego:
w Australii “przeminęły z ogniem”, w męczarniach miliardy zwierząt i wiatr rozwiewa ich popioły po świecie.

Jak rysunki dziecinne na piasku…
Jakże względne jest więc to przemijanie i jego sens lub bezsens?…
Przeminęło tyle bardzo ważnych i mniej ważnych ludzi, zjawisk, tyle dookoła bezsensownych ofiar  spowodowanych przez innych.
Oni nie rysowali i nie rysują na piasku, lecz ryją w kamieniu…
I na nich nie wystarczy wiatr, wicher, lecz huragan, który i tak  nie da odfrunąć ich czynom, gdyż nie są niewinne jak rysunki na piasku….


Przemijanie z wiatrem

Te dawne, takie różne
rysuneczki na piasku,
piaskowe zameczki,
ulatujące z wiatrem.

I te piaskowo-miłosne
ze strzałami Amora,
ulatujące z podmuchem
nieobliczalnych wicherków.

Rysunki na  piasku życia
rozwiewający ciągle wiatr,
frunące myśli, uczucia ulotne,
wspomnienia i na zegarze czas…

Na ziarnach piasku mego życia,
rysuję dziś tutaj mój smutek,
bezbrzeżny płacz, nad popiołami
kangurów i misiów koala.

Uwaga adminki: wstawiłam ten wpis na bloga w niedzielę 9 lutego, wieczorem, nadchodziła noc Oskarów i niezwykłej śnieżnej pełni księżyca, a przez Niemcy leciał dziki gon, nazwany przez meteorologów huraganem Sabina.

Sąsiedzi 7

Teresa Rudolf

Kamienica sąsiadów

Budynek, w którym mieszka Pani Klara, Filomena i Pan Lesio, był starą krakowską kamienicą.
Niektórzy lokatorzy mieszkali tu już od pokoleń, na przykład rodzice Filomeny zamieszkali tu jeszcze  przed jej urodzeniem.
Ona spędziła tu całe dzieciństwo, tu w okolicy chodziła do szkoły średniej, w Krakowie też ukończyła studia ekonomiczne.
Za pracą, która spadła jej “jak z nieba”, wyjechala  do Wrocławia. Przyjęto ją do jednego z banków, gdzie przez te wszystkie lata zajmowała się przyznawaniem kreďytów. Mieszkała tam i pracowała 15 lat. Przeżyła dużo różnych, burzliwych, ale krótkich romansów, zanim, z największą miłością jej życia, Franzem, pojechała z powrotem do Krakowa.
Kiedyś obliczyła, że mogłaby już obchodzić srebne gody swego związku z tym miastem i z tym domem. Tak, z przerwami, mieszkała w tej kamienicy już 25 lat!

Pani Klara natomiast mieszkała tu od przeszło 40 lat, najpierw z Jerzym, a po jego tragicznej śmierci od 20 lat sama.
Rodzice Filomeny i Pani Klara ciągle się o coś kłócili, a właściwie nie o coś, tylko prawie o wszystko, a to że radio za głośno grało, że pies, Kajtek za głośno szczekał, że listy znajdowały się mylnie nie w tych w skrzynkach, co trzeba, tylko u sąsiadów.
Kiedy rodzice Filomeny przeprowadzili się do Rabki, do domku z ogródkiem, konflikt przeniósł się na nie obie – na Klarę i Filomenę, ale teraz zamiast “pyskówek” dzieliło je wrogie milczenie i pogarda, którą sobie z przyjemnością wzajemnie okazywały.
Ostatnie zaskakujące wydarzenia zmienily wzajemną wrogość w ciekawość.

Pan Lesio mieszkał tu od 15 lat, od czasu, gdy wrócił do kraju po wieloletnim pobycie w USA, gdzie wyjechał do wujostwa ze strony matki. Pochodzili z  Czarnego Dunajca, a od 40 lat mieszkali w małej miejscowości niedaleko Chicago.
Kiedy do nich przyjechał, na początku bawiła go ich góralska gwara z angielskim akcentem i ich angielski z akcentem rodem z prostej gwary góralskiej. Tak czy inaczej uważał ich za komicznych i żenujących  zarazem. Często dochodziło między nimi do wymiany wzajemnych złośliwości, on kpił z ich języka, a oni z jego trybu życia. Lesio szybko znalazł w Chicago ludzi, których zainteresowania podzielał i z którymi spędzał dużo czasu wieczorami, po pracy. Jednak stałe, legalne zajęcie otrzymał dzięki wujostwu – pracował jako pomocnik w stajni rasowych koni u  bogatego farmera.
Od dziecka lubił konie, chętnie oglądał westerny, i marzył o takim życiu, jakie oglądał na dużym ekranie – wyścigi konne, mężczyźni w wielkich kapeluszach i wysokich butach, romanse, muzyka country. I udało mu się większą część tych marzeń spełnić.
Od dziecka grał na gitarze taką właśnie muzykę, która pasowała do marzeń o życiu amerykańskiego farmera, z setkami koni, z piękną farmerką obok.
Przez 15 lat pracował w USA na różnych farmach, grał w różnych grupach, póżniej już tylko na gitarze elektrycznej, zawarł wiele znajomości z ładnymi seksownymi farmerkami, używał narkotyków i mocnych alkoholi.
Bywał pod wozem i na wozie, pijany, naćpany i trzeźwy, całe 15 lat.
Po tym czasie, któregoś dnia wszystko się skończyło, prawie w mgnieniu oka. Z Polski przyjechała na wakacje kobieta o szmaragdowych oczach i rudopomarańczowych włosach. Wyglądała jak królowa i też stosownie do wyglądu miała na imię Regina. Zapatrzył się, a i ona nie odrywała od niego wzroku. Gdy znów któregos wieczoru grał ze swoją grupą na gitarze, powiedziała:
– Gdyby pan jeszcze śpiewał, myślałabym, że jest pan Elvisem… Czy pan wie, że jest pan podobny???
– Oj, odpowiedział, lepiej, żebym nigdy nie śpiewał, nie mam za grosz głosu… A w Polsce, kiedy miałem 18 czy 20 lat, byłem jedynie na parkiecie królem dyskotek, nigdzie sam nie grałem, tak jak to robię tutaj…
Tutaj wróciłem do swych marzeń…

Sąsiedzi 6

Teresa Rudolf

Filomena i ten uśmiech…

Filomena weszła do swego mieszkania, kompletnie zdezorientowana po przypadkowej,  niespodziewanej wizycie u Pani Klary.
– U licha, przeciez nie cierpiałam tej kobiety od lat, nigdy nie rozmawiałyśmy wcześniej, a tu teraz jest tak, jakbyśmy się od lat znały – myślała – mało tego, mamy nawet coś ze sobą wspólnego, chociaż to kompletnie inna generacja.
Mąż Klary też czasem mówił do niej “Mona-Lizo”, jak i ten mój Franz do mnie.
Ale u niej to tak jakoś wszystko było romantyczno-dramatycznie, kochali się, a ona po jego śmierci do dziś jest tylko z nim, na każdym kroku. Prawie ogladam się, będąc u niej, czy aby on nie wyjdzie gdzieś do nas z balkonu, lub z kuchni.

Tak rozmyślając, Filomena siadła przy maleńkim stoliku, w małym pokoju. Zapaliła papierosa, który miał być znów ostatnim, tak jak to się działo od dwóch lat. Założyła nogę na nogę, włączyła radio i słuchając jakiejś sentymentalnej muzyki zatonęła, w gorzkich  wspomnieniach.
Franz (tak kazał na siebie mówić, po powrocie z Niemiec, po pięciu latach pobytu) na ogół kojarzył się jej teraz, dziesięć lat od rozstania, jak najgorzej.
Poznała go w podróży, stojąc na korytarzu pociągu linii Warszawa-Wrocław. Było tak  tłoczno, że nawet konduktor zrezygnował z przebijania się przez ten tłum.
Nadepnęła mu na nogę, zaklął siarczyście,  po polsku i po niemiecku, ale później jednak  przeprosił:
– Ach, zabolało, ale nie powinienem być tak ordynarny, bardzo Panią przepraszam, wie Pani, ból na ogół nie jest salonowy, jest albo bardzo wulgarnym, albo tchórzliwym fenomenem, czyli albo klnie, albo się modli. Jeszcze raz przepraszam, mogę to Pani jakoś wynagrodzić, może kawa, po wyjściu z tego, tutaj piekła?
Nagle pociąg  znów tak ostro przyhamował, że Franz zachwiał się z całej siły i teraz to on nadepnął na stopę Filomeny, a ona zaklęła jak robotnik na budowie, głęboko przekonany, że nikt go nie słyszy.
I dodała – Na razie klnę, bo tak to boli i tak zostanie, a modły zostawię Panu, bo chyba  zaraz oddam…
W tym momencie zaczęli się oboje tak  śmiać, że zarazili innych pasażerów, przylepionych do nich ciasno w tłoku…

Franz był wtedy bardzo czarującym brunetem, jak i ona w wieku około 40 lat.
Na poczekaniu miał slogany, dowcipy, cytaty, no i nie odrywał od niej wzroku, kiedy znaleźli się już na tej zapowiedzianej kawie.
Restauracja średniej jakości, niedaleko dworca, nagle stała się dla niej najpiekniejszą, najromantyczniejszą, jaką w tym mieście znała.
Ciągle mówił: – Pani będzie moją Moną-Lizą, ten uśmiech… Znów sobie przypomniała,  co opowiadała dziś Pani Klara i pomyślała, czy ci faceci naprawdę muszą wszyscy być tacy sami, tacy banalni???…
Ale z drugiej strony, nigdy wcześniej nikt do mnie tak nie mówił, i poza Panią Klarą nie znam też i innej kobiety, którą by podobnie nazywano, dziwne bardzo…

Znów w myślach wyłonił się nagle, w całej okazałości, Franz…
Nie mogla opanować złości na samą siebie, za to, że kiedyś tak była nim zaślepiona.
Dla niego prawie natychmiast rzuciła pracę w banku wrocławskim, gdzie byla szanowaną, elegancką, kompetentną pracownicą, zajmującą się udzielaniem kredytów. Pracę swą lubiła i ceniła.
Franz po powrocie z Niemiec zamieszkał na stałe w Krakowie. Tam też ustabilizował się zawodowo. Był dyrektorem administracyjnym jednego z większych przedsiębiorstw naftowych.
Posiadał ogromne mieszkanie w centrum miasta, pięć minut od Rynku. Był singlem z odzysku, po  intensywnym “koszmarnym małżeństwie” z niejaką Krystyną.
No i los rzucił go pod nogi Filomeny.
Stwierdzili oboje, że takiego zbiegu okoliczności nie wolno ignorować, trzeba było brać natychmiast “byka za rogi”.
Więc najlepiej, gdyby bykiem zajęła się Filomena, rzucając wszystko we Wrocławiu, a on zajmie sie rogami, aby, rymując, przygotowć im grunt pod nogami.
Przypominała teraz sobie, jak zaczał wprowadzać ją w swoje, jak później stwierdziła, szemrane towarzystwo.
Wszędzie przedstawiał ją: Filomena, moja Mona Liza!
– No proszę, pomyślała ironicznie, spotkałam dziś drugą Monę Lizę i to w tym samym bloku, starszą ode mnie o ponad 25 lat!!!
Ale za czasów, gdy Klara była młoda, Mona Liza miała się dużo lepiej, była muzą, boginią, a nie jak ona sama później – zdzirą.
Zapłakała gorzko nad sobą, swą naiwnościa, i nad swą samotnością, teraz już nie do zniesienia.
No i co zrobił z moim życiem ten bandyta?
Mona Liza, psiakrew…

Sąsiedzi 5

Teresa Rudolf

Ach, te maki…

Dziś rano wstał Pan Lesio jakiś taki nieswój. Popatrzył przy śnadaniu na Salomona, pochłaniającego jedzonko z  puszki Sheba, i swierdził, że właściwie nie wie, skąd dziś u niego ten wisielczy humor.
– A i Salomon jakiś też ponury???, pomyślał.
Musiał się jeszcze szybko ogolić, ubrać, “zapachnieć”,  no i podążyć do pracy.
Od wielu lat robił coś, o czym nikt ze znajomych nie wiedział, na pytania odpowiadał, że  ma pracę nudną jak przysłowiowe flaki i z szybkością światła przechodził na inny temat.
– No, kochany, zostań, pilnuj domku – jak codziennie powiedział, patrząc w szeroko otwarte, szmaragdowe  oczy Salomona.
– Pamiętaj, nie otwieraj nikomu, Lesio przyjdzie niedługo.
I wyszedł, zamykając za soba drzwi na klucz. Usłyszał jeszcze krótkie miauknięcie kota.
Zapachniało znów Lesiem na klatce schodowej, ale dziś Lesio nie próbował nawet gwizdać przy schodzeniu w dół.
W drzwiach wyjściowych z  budynku natknął sie na Panią Klarę z ogromnym pudłem Whiskasa, z ktorego uśmiechał się Salomon.
– Dzień dobry pani, pogadałbym chętnie, ale jestem już spóźniony do pracy, wykrzyknął  Lesio i wybiegł na ulicę.
Pani Klara nie zdążyla się nawet zastanowić, jak zareagować, po jego ostatniej uwadze o niej i Filomenie…
Przyjechała na drugie piętro windą, weszła do mieszkania, gdzie przywitała się wylewnie z przeszczęśliwą kotką Salcią.

Jakoś tak naszły ją różne wspomnienia. Chyba te perfumy Lesia na mnie tak działają, pomyślała.
Kiedy tak siedziała z Salcią na kolanach, zrobiło się jej błogo od mruczenia Salci i iskrzenia ognia w kominku.
Odpłynęła w głęboki sen, o tym “życiu za życia”, jak często myślała o młodości.

Śniło jej się, że znów miała na sobie tę “ukochaną suknię Jerzego”, białą w cudowne maki.
Kiedy ją zobaczył, wsiadającą do pociągu linii Wrocław-Warszawa, szedł za nią aż do przedziału, gdzie, jak się okazało, siedzieli tylko we dwójkę.
– Jak pan myśli, czy to normalne, że nikogo nie ma w tym w przedziale, zazwyczaj ludzie stoją nawet na korytarzu.
– Ma pani rację, coś niezwykłego – patrzył tak nią w tej sukience, jak gdyby zrywał z niej mak po maku, aż nie zostało żadnego już, tylko bezwstydnie naga, biała  sukienka.
– Jakoś pan tak dziwnie, onieśmielająco na mnie patrzy, proszę przestać, bardzo dziwnie się czuję – powiedziała cichutko.
– Ściągałem wzrokiem maki  z pani sukienki, będę je mógł teraz idealnie namalować, pani jest moja muzą, a kiedyś odważę się i panią namalować, muszę mieć więcej śmiałości, sama pani rozumie, ten pani uśmiech, w tych makach…

Nagle dzwonek w drzwiach wyrwał  ją ze snu… Przeskoczyła 50 lat życia, by znów znaleźć się w dniu dzisiejszym.
Ból rozczarowanego nagle serca ściskał teraz za gardło i wyciskał łzy, które opanowywała, otwierając drzwi. Jak się okazało, była to Filomena, która trzymała w ręku białą kopertę w maki.
– Ten list przez pomyłkę zawędrował do mojej skrzynki, pani Klaro, oddaję w pani ręce,  wycofywała się sąsiadka.
– Proszę, niech pani zostanie chwilę, coś niezrozumiałego dzieje się ostatnio… niech mi pani na przykład powie, czy widziała pani w ostatnich latach takie koperty? Bo ja nie.
– Rzeczywiście zdziwiła mnie ona, niezmiernie, nigdy nie widziałam takiej ozdobnej,  przypomniały mi się od razu te pani filiżaneczki.
Pani Klara zadumana kontynuowała – kiedy pani zadzwoniła do drzwi, akurat śniłam o moim mężu, Jerzym, który dostał obsesji na punkcie maków, zakochując się we mnie przed 50 laty. Miałam na sobie wtedy właśnie sukienkę całą w makach, ciągle powtarzał, że mój “uśmiech Mony Lizy” i ta sukienka to cały jego świat. Był bardzo zazdrosny, nigdy nie wolno mi bylo zakładać tej sukienki, kiedy wychodziłam gdzieś z domu sama, wie Pani, kiedyś może opowiem, jak bardzo wpłynęła ona na całe moje życie, ech… – łza zakręciła się w oku.
Filomena czuła się jak dziecko na mszy świętej, bardzo uroczyście, nic jednak nie wiedząc, nie rozumiejąc, dlaczego.
Prawie już chciała uklęknąć, kiedy zdała sobie sprawę z tego absurdalnego uczucia i uśmiechnęła się bardzo ciepło…

“Na ten Nowy Rok”

Teresa Rudolf

Liczydło

Znów następny rok,
paciorek na moim liczydle,
na razie wciąż kolorowy,
ale czy tak zostanie?

Przekładane pacioreczki
przez nas, lub samoistnie,
jak bezwględne cięcie nożem
rok po po roku, znów rok…

Przekładany paciorek,
z planami, emocjami,
wygranymi lub straconymi,
szansami na dziś i jutro.

Chrzęst przekładanych
paciorków na świecie,
przez wszystko, co żyje,
tam moje koty, a tu ja…

A tam znów zmarła
roża, a tam miłość….
ale nadzieja zawsze,
umiera ostatnia.

W międzyczasie życia

Między-czas
szybki lub powolny
krótki lub też długi
absolutnie własny.

Między-czas
na myślenie, radość,
grzech lub modlitwę
co komu potrzebne…

Między-czas,
ucieczka od nacisku,
po ścieżkach pokrętnych,
lub prostych życia.

Mięczy-czas,
życie na pastwisku
tego, co się tu mieści,
a co się nie zmieściło.

Między-czas,
luka między jednym,
a drugim czasem,
możliwości w bród…

Między-czas,
duszek unoszący się
w próżni kolorowej,
jak balon marzeń.

Między-czas,
intymność wszelka,
gra między tym, co
musi się, a co nie powinno.

Między-czas,
wyskok na papieroska
chwili, pocałunek w biegu,
przewroty na łące życia.

Między-czas,
bieganie bez smyczy,
zapomnienie zagara
śmiech, z samego śmiechu.

Między-czas,
gwizdanie przy goleniu,
Myśl przy malowaniu oka,
ścisk zakochanego serca.

Drugie dno życia…

Sąsiedzi 4

Teresa Rudolf

Sąsiadeczki

Pani Klara i Filomena spotkały się znów na parterze budynku przed windą.
Jedna czekała na tę drugą, która to wcisnie guzik ściagający windę w dół, zachowując się jednak tak, jak gdyby tej drugiej tu w ogóle nie było.
Do budynku wszedł równocześnie pan Lesio i  znów jak zwykle zapachniało jego  przeobłędnymi perfumami.
Kiedy zobaczył dwie sasiadki z drugiego piętra, szybko przemknął schodami do góry, nie oszczedzając sobie jednak mruknięcia pod nosem:
“znowu te dwie wariatki razem”…
I pobiegł truchcikiem na górę.

Panie uslyszały jednak to”drobne co nie co” i ze zdumieniem spojrzały nagle na siebie.
– No, wie pani, nigdy nie pomyślałabym, że to taki straszny cham, a niby taki elegancik-francik, powiedziała pani Klara do Filomeny.
– No właśnie, też by mi to do głowy nie przyszło, potwierdziła wielce rozczarowana Filomena.
Ich ręce spotkały się równocześnie na guziku windy, obie się głośno roześmiały, tak  komiczne było to wspólne działanie.
– Czy sasiądka nie wypiłaby kawy ze mną, dla lepszego poznania się?, zaproponowała pani Klara.
– Właściwie czemuż by nie, nie mam dziś akurat nic specjalnego do roboty, odpowiedziała Filomena.
Była godzina 21.00.
Pani Klara otworzyła drzwi mieszkania, puszczając przodem Filomenę.
– Proszę wybaczyć, zostawiłam troszeczkę bałaganu, śpiesząc się, mówiła pani Klara.
Filomena rozejrzała się ze zdumieniem po sterylnie posprzątanym mieszkaniu, mówiąc:
– Ależ nie szkodzi, każdemu się zdarza, choć muszę powiedzieć, nie wiem co pani akurat miała ma myśli, mówiąc tu o bałaganie.
Ponieważ nie doszło do żadnego wyjaśnienia, konwersacja chwilowo urwała się.
– Zrobię nam pysznej kawusi, ale bez kofeiny, bo wie pani, ja po normalnej to spać nie mogę, to niezdrowo z kofeiną na noc – kontynuowała gospodyni i poszła do kuchni.
Filomena rozglądała się po dużym pokoju, zarejestrowała solidne, błyszczące brązem meble sąsiadki.
Na ścianach wisiały obrazy z kwiatami, szczególnie z makami, pejzażami, niektóre z nich były akwarelkami, inne delikatnie malowane olejnymi farbami.
– Aaaaa, pani patrzy na te obrazki, to malował kiedyś mój mąż, zginął przed 20 laty, przechodząc późnym wieczorem przez jezdnię i to na pasach, szkoda mówić, co to już wtedy za czasy były, a dzisiaj, to już w ogóle… – machnęła ręką gospodyni, nalewając kawę do ładnych, stylowych porcelanowych filiżaneczek, również w makach.
Panie zadumały się w ciszy nad tymi niebezpiecznymi już wtedy, a dziś jeszcze bardziej, czasami. Bo pomyśleć chociażby, co się tam w tych Chinach wyprawia. I to dlaczego, bo ktoś zjadł jakiegoś nietoperza.
Filomena po chwilce powiedziała:
– Właściwie to człowiek nie wie dziś, z kim rozmawia, weźmy na przykład tego naszego  sąsiada, Lesia, niby taki grzeczny, elegancki, a tu proszę, co też z niego wyszło, taki fałszywy drań. Ohoooooo, pani ma kotka, wyszedł do nas, a jak się nazywa?
– Salcia, o to jest mądralińska, mówię pani, chodź do nas Salciu, no chodź, chodź, słoneczko, no znów się schowała, boi się obcych… Mówię pani, zna się na zegarze, więc nie bardzo mi wybacza, gdy spóźniam się na przykład z posiłkiem.
– Wygląda zupełnie jak ten kot z Whiskasa, przerwała zachwycona Filomena. – Kiedyś taką ogromną paczkę niósł również ten Lesio, właśnie z tym zdjęciem kota, mówił, że takiego też ma, tak samo wygląda i nazywa się Salomon, aha, no i również zna się na zegarze, myślałam, że mi kit wciska, ale jak pani Salcia też… a  może to rodzeństwo?
– No proszę, coś takiego, mimo tego, nie lubię go już, jest taki falszywy, strach pomyśleć,  co ma o nas w głowie, kiedy człowiek nie widzi go i nie słyszy, nawijała pani Klara.
– Wie pani, ja to boję się  już chodzić wieczorami, bo niektórzy to wyglądają na zbirów, a inni są nimi po prostu, choć wcale nie wyglądają. Aaach, zasiedziałam się, powiedziała nagle zestresowana Filomena i wstała do wyjścia.
– Muszę nakarmić papugę, dodała, żeby pani wiedziała, jak ona strasznie klnie, powiem szczerze, że też i na panią, nie wiem skąd to ma, naprawdę…
– Na mnie? Papuga, a co takiego?, zdziwiła się nieźle gospodyni domu.
– Ona krzyczy: “ta wiedźma spod dwunastki”, czasem pół dnia w kółko to samo.
Zrobiła się nagle niebezpieczna cisza. Filomena zaczęła się ubierać, chcąc nagle zapaść się pod ziemię, po tym co powiedziała.
– Wie pani, a gdyby Salcia potrafiła mówić, to co pani usłyszałaby o sobie, wycedziła pani Klara i zaczęła się głośno śmiać.
– No, a co?, Filomena była strasznie ciekawa, dołączając do śmiechu sąsiadki.
– Nooooo, krzyczy: “ta ruda lafirynda spod piętnastki”.
Obie nie mogły opanować już  śmiechu.
– Ale mamy podłe te nasze zwierzątka, chichotała Filomena.
– Skąd one to mają?, dodała śmiejąc się histerycznie Pani Klara.
– Ale wie pani, strach pomyśleć, co mówiłby Salomon pana Lesia, ten przecież taki cichociemny, forsy ma jak lodu, te perfumy, hmmmm, nie wiadomo właściwie, co on tak naprawdę robi, a może to jakiś polski mafioso, mówiła dalej, coraz mniej i mniej śmiejąc się Filomena.
– No, chyba zacznę się go już bać, ma pani chyba rację, zadumała się nagle poważnie pani Klara.
Zawiało nieprzyjemną grozą.
– Myśli pani?…, zapytała już w drzwiach Filomena, z takim to nigdy nie wiadomo. Dziękuję Pani za wspaniały wieczór, dobranoc, następnym razem kawka u mnie, zapraszam już dziś.

Pani Klara zamknęła za nią drzwi, siadła na kanapie, spod której wyszła Salcia i wskoczyła jej na kolana.

Salomon na trzecim piętrze już dawno okupował kolana pana Lesia.

Sąsiedzi 3

Teresa Rudolf

Pan Lesio

Pan Lesio wysiadł z windy i otworzył kluczem bordowe mahoniowe drzwi. Robiły  szczególne wrażenie wśród innych standardowych, czyli, jak mawiał Pan Lesio, “sraczkowatych” drzwi.
Ogólnie mówiąc, sam pan Lesio też odróżniał się znacznie od wszystkich innych mieszkańców kamienicy.
Na przyklad nikt nie mógł rozszyfrować, skąd pochodzą jego perfumy, których zapach był pięknie przeobłędny, a on nigdy nie zdradził ich nazwy i pochodzenia.
Podobnie jak i jego sąsiadki z drugiego piętra, panie Klara i Filomena, z kolei nigdy nie podawały swego wieku.
On oceniał panią Klarę na około 75 lat, a Filomenę bliżej jego pięćdziesiątki, której na ogół nie ukrywał, gdyż uwielbiał, gdy kobiety piszczały z zachwytem:
– Niemożliwe, ależ, ależ, ależ… Pan wygląda taaaaaak młodo!
Wszedł do mieszkania, ściągnął zimowy płaszcz i buty, powinien teraz jak zwykle przywitać się ze swym przemądrzałym, jak mawiał, kotem Salomonem.
Salomon naprawdę był mądry. Znał się na przykład dobrze na zegarze i karał Lesia, gdy ten spóźniał się z zaspokojaniem jego podstawowych potrzeb.
No, a teraz była już 18.30…
Kot jadał zawsze punktualnie o godzinie 18.00. “Oj, oj  dzisiaj będzie kiepściutko”, pomyślał pan Lesio.
Salomon podchodził powoli tygrysim krokiem,  z ogonem sztywno podniesionym do góry,  przyglądając się panu Lesiowi zielonymi, zmrużonymi oczyma.
Lesio kurczył się cały w sobie, “oj, oj , będzie kiepściutko”, powtórzył w myślach.
Kot wbił się pazurami w łydkę Lesia, zawisnął na nogawkach nowych, wysokogatunkowych spodni.
“Muszę z nim iść znowu do wenerytarza, pazury już  za długie”, pomyślał.
Kot wiercił i wiercił w nodze pana Lesia, aż znudzony, odpadł wreszcie na dywan.
Lesio blyskawicznie przyrządzał kocią potrawę zwaną “Gourmet Gold/Lachs” i wzrokiem błagał o przebaczenie.
Kot przyglądał się wszystkiemu swym salomonowym spojrzeniem, po czym spróbował, co mu pan Lesio podał i zdegustowany natychmiast wypluł.
W ten sposób potraktował parę nastepnych puszek Gourmet (wołowina, cielęcina, kurczak), po czym obrażony oddalił się na swoje posłanie.
Pan Lesio zrozpaczony, obawiał się cichych dni, które znał aż za dobrze.
Salomon wtedy nie mruczy,  nie kładzie się w nocy przy jego głowie, nie je i kompletnie go ignoruje.
Pan Lesio czuł się bardzo winny i ze zdziwieniem pomyślał:
“Żadna kobieta nie dała mi rady, a ten robi ze mną chce, kiedyś, ach kiedyś, to byłem lwem, tygrysem dyskotek i prywatek, to były czasy…”, rozmarzył się.
Poczuł, że kot próbuje mu pokazać, kto teraz jest lwem i tygrysem, i wbija mu się znów pazurami w łydķę…
– Salomoooooon, dość już, wygryzłeś mi z życia wszystkie moje kobiety, a teraz wyrywasz mi dziurę w nodze, doooośććć!!!, krzyknął. Po czym pomyślał, że jeśli chodzi o niektóre z tych kobiet, to nie należało mieć pretensji do Salomona, wręcz przeciwnie.
Salomon popatrzył na niego ze zdziwieniem i zrozumieniem, przytulił się do jego wysokogatunkowej nogawki, po czym skierował po kociemu do kolejnej miski Gourmet Gold…
“Noooo”, ze zdziwieniem pomyślał pan Lesio, “wystarczyło, że wykazałem dziś asertywność, jak to bywało kiedyś, i nawet  Salomon mnie nie pobił”.
Usiadł wreszcie na kanapie, wyprostował nogi, a na kolana wskoczył mu mrucząc, przemądrzały jak zwykle Salomon.

Idą Święta

Teresa Rudolf

Idą Święta ciężkim krokiem..

Idą ciężkim krokiem Święta,
stary, szary wór na plecach,
dla każdego, coś godnego.

A tu jakieś mądre zdanie,
jakiś zapach z dawnych lat,
jakiś sekrecik z kluczykiem.

Pioseneczka z dzieciństwa,
uśmiech żebraka, choć mróz,
dobre, ciepłe dotknięcie…

Dla zwierzęcia zawsze bitego,
dla dziecka samotnego, choć
zabawki nad nim i pod nim.

Gest opamiętania, gdy ręka
leci, bo to tylko umiesz,
gest przebaczania bez słów.

Tyle podarków też innych
w starym worze, na starych
plecach, starych Świąt!

Idą ciężkim krokiem Święta,
doszły już prawie, przerażone
strasznym świata zgiełkiem.

Wokoło przepych złoty,
kolorowy, ciągle migoczący,
stres szukania igły w sianie…

Wokół uszy ciągle ogłupiałe,
od też biednej “Cichej Nocy”
pieśni świata najgłośniejszej.

Idą Święta ciężkim krokiem,
jak dać rady wszystkim,
i ciepłej karmy i ciepła.

Idą Święta i płaczą, wśród zgiełku…

Muzykę do wpisu dobrała autorka wiersza

Sąsiedzi 2

Teresa Rudolf

Filomena

Filomena, przez bliskich i przyjaciół zwana pieszczotliwie Melcią, wyszła z budynku, w którym mieszkała od lat 25.
Wrzała w niej ciągle jeszcze wsciekłość niebywała, temperaturę gotującej się wody można było dostrzec na czerwonych policzkach, korzystnie komponujących się z jej rudawo-pomarańczowymi włosami.
Nie mogła wybaczyć sobie kompletnego ogłupienia w spotkaniu z tą wariatką, starą babą z drugiego piętra, Klarą.
I do tego widział nas ten przystojniaczek Lesio z trzeciego piętra – myślała. – Taki elegancik, pachnący, błyskotliwy, samotny meżczyzna.
Coraz bardziej egzaltowała się i rozpływała we wspomnieniu tego spotkania przed windą.
Ale ta kretynka, jak jej tam, Klara, pokazała przy okazji i mnie również, jako tę drugą kretynkę, cierpiała Filomena, samotnie podążając ulicą Karmelicką w Krakowie.
Kiedy tak coraz bardziej zatapiała się w myślach, usłyszała czyjś głos, wykrzykujący niewatpliwie jej, rzadkie przcież, imię:
– Halooooooooo Melcia, kopę lat!
Spojrzała za siebie i spotkała się wzrokiem z przystojną, szczupłą brunetką, która nie przypominała żadnej ze znajomych osób.
Obejrzała się jeszcze raz, czy aby nie pomyliła kierunku, skąd dochodził głos.
– To ja Krycha z VIII b, nie poznajesz? – krzyknęła bardzo wyraźnie, przystojna, szczupła brunetka.
Filomena wzięła głęboki oddech i usmiechnąwszy się radośnie odkrzyknęła:
– Ach, to Ty, Krycha, byłabym cię prawie nie poznała, nic a nic się nie zmieniłaś – łgała dalej jak z nut…
W głowie zamęt.
Cóż to za Krycha, chodziła ze mną do klasy?
Kobiety znajomo-nieznajome zbliżyły się do siebie, Krycha rzuciła się na Melcię, uściskom i pocałunkom nie było końca…
– Ale Ty to byłaś zawodniczką, nadawała Krycha, nie odpuściłaś żadnemu chłopakowi w klasie, a już temu z VIII a…, jak mu tam było? Wacuś? Ach, to był przystojniak, i na te dyskoteki przychodził taki odstawiony, pachnący dobrymi perfumami, z Peweksu chyba…
Usta Krychy ciągle poruszały się coraz bardziej niezrozumiale, kiedy Melcia zaczęła odpływać we wspomnienia z klasy VIII b.
Ach te dyskoteki, Wacuś, ten Jacuś, też rownież z VIII a. I ona, Melcia, rozchwytywana, blondynką wtedy będąc, królowa…

Piotr Fronczewski jako Franek Kimono w utworze Królowa Disko (muzykę, jak zawsze, dobrała autorka)