Danke Tanja

Danke Tanja

Dla wyjaśnienia: gramatycznie rzecz biorąc Don Kichot jest rzeczownikiem liczby pojedynczej w rodzaju męskoosobowym, a zatem jest jeden Don Kichot, ale jeśli jest ich dwóch, to są dwaj lub obaj. Natomiast taki nowy don kichot jako obiekt badawczy to jest rzeczownik w rodzaju niemęskoosobowym, jeden jest jeden, ale już w liczbie dwóch są dwa. Od kilku dni borykałam się z nadtytułem tego wpisu i wciąż zmieniałam w nawiasie słowo dwa na dwaj, a potem dwaj na dwa, w końcu jednak zdecydowałam się na formę niemęskoosobową, chociażby dlatego, że odpowiada moim spontanicznym odczuciom.
Pierwszego Nowego Don Kichota podrzucił mi Arek Łuba (bardzo dziękuję), wciąż jeszcze badając polską satyrę polityczną, a to prowadzi go coraz głębej i głębiej. Zakładam, że następny może być Kochanowski, a potem to już tylko Bogurodzica lub “Daj to ja pobruszę, a ty poczywaj”:

A szukając tekstu, bo na reprodukcji ciężko się czyta, znalazłam proszę Państwa, tratatata! Nowego Don Kichota czyli 100 szaleństw Fredry i Moniuszki!!!

No ale po kolei, najpierw byli Fredro i Moniuszko, więc od nich znaczniemy. Hemar i Lipiński za chwilę.
W roku 1841, kompozytor miał wtedy zaledwie 23 lata, Stanisław Moniuszko napisał swoje dzieło, często nazywane krotochwilą w trzech aktach, w oparciu o tekst Aleksandra Fredry – Nowy Don Kiszot, czyli Sto szaleństw. Moniuszko dedykował operę Fredrze, na karcie tytułowej rękopisu napisał: „w dowód najszczerszego uwielbienia / dla Autora tego dzieła / poświęcona”. Choć dzieło tworzył niezwykle młody człowiek, to już zapowiada się w nim wielki kompozytor. Tak twierdzą znawcy.

W tekście do wystawienia opery w Teatrze Kameralnym czytamy przede wszystkim, że to wcale nie … opera, lecz Singspiel, śpiewogra.
Ktoś powie, opera z dużą dozą słowa mówionego (monologi, dialogi) a ktoś inny: dramat sceniczny, często komedia szczodrze okraszona muzyką w postaci arii, ansambli, poprzedzona uwerturą, bywa, że ozdobiona chórami bądź tańcami. I oba opisy są zgodne z prawdą. Taka forma miała być kontrpropozycją do sztywnej formuły opery, według włoskiego kanonu. Po pierwsze, miała być pisana w języku właściwym dla ojczyzny twórcy i odbiorców. Po drugie, miała być osadzona w muzycznej kulturze miejsca, w którym powstawała. Dlaczego? Bo z założenia miała docierać do prostych ludzi a nie – wyłącznie – koneserów. Jak to wyglądało w wydaniu polskim, koniecznie trzeba obejrzeć i posłuchać krotochwili w trzech aktach, opartej na dramacie Aleksandra Fredry do której muzykę skomponował nasz mistrz, luminarz, wręcz ojciec polskiej opery narodowej, Stanisław Moniuszko.
Krotochwila zawiera dziesięć numerów wokalno-instrumentalnych (cztery – w pierwszym, trzy – w drugim oraz trzy – w trzecim akcie), rozbudowaną symfoniczną uwerturę i orkiestrowe preludium – Entreacte przed aktem drugim. Akcja toczy się w podwarszawskich lasach, perypetie są grubaszne i rubaszne, funkcję Don Kichota przejmuje młody panicz Karol, który ma pstro w głowie.
Historyjka, o którą w tej krotochwilce chodzi, to przedmałżeńskie perypetie Zosi, którą jej opiekun prawny, stryj, Kasztelan wydaje za mąż za swojego syna Karola. Młodzi mają się ku sobie, rodzina sprzyja, a tu tymczasem Karol…
Trzeba być warjatem,
Aby chcieć świat przerobić, walczyć z całym światem.
(czyta)
„Po moich odwiedzinach pierwszego dnia, wpadł do
klasztoru zakonnic, nie pomnę których, w czasie, gdy jedna młoda osoba votum czyniła, i mniemając pewnie, że jest przymuszoną, chciał gwałtem ją wyrwać, jak mówił, barbarzyństwu“…
Proszę. (czyta)
„Drugiego dnia chciał przez okno wyrzucić źle mówiącego o całej płci pięknej“…
Co mu do tego! (czyta dalej)
„A dowiedziawszy się, że jakiś Jegomość w najgorszym sposobie obchodzi się ze swoją żoną, wyzwał i obciął go dnia trzeciego, a czwartego wyjechał ztąd nie wiem dokąd, zapewne dla wypełnienia swoich szalonych zamiarów. — P. S. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że zawsze myśli uczciwie i Zofią szczérze kocha. Bądź zdrów. — Twój przyjaciel — Lubosz.“
On mnie zawsze kocha!
Nie gniewaj się, stryjaszku, myśl jego za płocha,
Ale serce szlachetne, wierne, dusza stała.
W międzyczasie dzieje się nieco, ktoś ucieka, ktoś kogoś obije, ktoś się przebrał, a ktoś kogoś do lochu wsadził, na koniec jednak wszystkie perypetie się wyjaśnią, Zofia i Karol upewnią się nawzajem o swej miłości, a papcio stryjcio pobłogosławi im, mówiąc:
Wstańcie, dzieci moje.
Karolu, łatwo ojciec przebłagać się daje:
Uciecha jego dzieci, szczęściem mu się staje;
Lecz pamiętaj, pamiętaj, Don Kiszocie nowy,
Że dawne myśli trzeba wyrugować z głowy.
No i finał:
Nie szukajmy wśród marzenia
Szczęścia, co się stokroć zmienia,
Jak cień własny nas uwodzi,
Gdy go gonim, to uchodzi!
Między swemi,
W swojej ziemi,
Żyjmy zgodnie
I swobodnie!
Tylko miłość, stałość, cnoty,
Mogą wrócić nam wiek złoty!
PS. Od Adminki: W sztuczce Nowy Don Kichot NIE MA BARATARII!
Tekst Hemara ukazał się w Szpilkach 22 stycznia 1939 roku. Niestety, wyjaśnienia nie są potrzebne.

Najpierw czytamy stronę pierwszą, a dopiero potem drugą.

No cóż, w ciętej satyrze Hemara też NIE MA BARATARII!
Juan López Báuza
Barataria, rozdział XXXIII
O Książce Barataria już TU pisałam. Przejrzałam ją strona po stronie, szukając słowa Barataria, ale nie znalazłam. Zamieszam Wam tu (bardzo) swobodne tłumaczenie własne z pomocą google’a, Ponsa i rybki Babbel, przeze mnie też mocno skrócone, bo oto w rozdziale XXXIII dwójka naszych bohaterów, biały portorykański Amerykanin, weteran wojny w Wietnamie i archeolog, Chìquitín, oraz jego czarnoskóry asystent, Margaro Velasquez, schodzą podobnie jak Don Kichot i Sancho Pansa do jaskini. Tu też, a więc około strony 700, pojawia się po raz pierwszy jakiekolwiek odniesienie do dzieła Cervantesa, z którego autor zaczerpnął wszak tytuł swej powieści. Nadal jednak nie wiadomo, dlaczego Barataria (oprócz własnych skojarzeń czytelnika), bo to słowo nigdzie się nie pojawia, ale za to właśnie tu pojawi się jej przeciwieństwo (Barataria, przypomnijmy, to Taniocha), czyli …
Mamona
Dotarli do lasu u podnóża góry, która wyglądała jak stroma książka, prawie całkowicie pozbawiona roślinności, z wyjątkiem jednej czy drugiej kępy chwastów. Przeszli dziwne pasmo gór, które wyglądały, jakby biegły i weszli do doliny, która wydała się im naturalnym amfiteatrem. Zauważyli, że głęboko w dole migocze światełko. To Indianie, domyślił się archeolog. Małe światło poruszało się jak pochodnia trzymana w dłoni.
– Bądź ostrożny, Don Chiquito, ostrzegł swego pana Margaro. Być może musimy stawić czoła nowym wrogom, takim, którzy, jak się zdaje, chowają się za kamieniami. Przysięgam ci, panie, że jesteś fenomenem, magnesem dla przeszkód i nieszczęść. Nigdy nie spotkałem osoby, która dostawałaby tyle myszy. Zamierzam założyć mój magiczny pierścień na wypadek, gdybyśmy natknęli się na niebezpieczeństwo i musieli podjąć działania w celu zachowania naszej fizycznej integralności. Z głębin plecaka Margaro wyciągnął pierścień i włożył go na palec. Jego zdaniem pierścień miał moc czarodziejską, którą wspierało światło księżyca. Jego panu wydawało się niekiedy, że pierścień żyje własnym życiem. (Nie wiem jeszcze, czy ten pierścień jest w dalszej części opowieści ważny, w tym rozdziale nie odgrywa żadnej roli, ale na wszelki wypadek go tu zostawiam – uwaga tłumaczki.)
Don Chìquitín zlekceważył pierścień i zaproponował, żeby pójść na dół i zbadać, skąd dochodzi owo odległe światło. Błąkało się tu i ówdzie, a gdy się zbliżyli, zniknęło w załomie skalnym. Znajdowało się tam zapewne wejście do jaskini. Chìquitín zawołał, pytając nosiciela światła, czy jest duchem czy człowiekiem?
– Nie odpowiada, powiedział Margaro, bo nie zna hiszpańskiego. To na pewno stary człowiek, którego plemię porzuca w lesie, żeby tam znalazł śmierć. Albo duch.
– Huisan huisan huisan… Niem iroponti nucusile, niem caniscotu nucusuru, wa-tti-un-ttia-hudu-n da-llua hall-kebbe, acaheu hamuca nhem araméta.
Płomień zareagował na te słowa. Margaro tryumfował.
– To indiański duch.
– Nie, powiedział archeolog. Przybyliśmy tutaj, jak sądzę, przez Sierra Bermeja, a jeśli jesteśmy w Sierra Bermeja, to może weszliśmy w region anomalii, którego jeszcze nie zbadano, dlatego nie wiadomo, jak się tu poruszać, i ani z mapą, ani z kompasem nie można go rozpoznać.
I znowu coś długo wołał w kierunku skały.
– Co mu powiedziałeś?, zapytał Margaro.
– To, co się mówi najpierw, w obliczu czegoś, czego nie znamy, że przychodzimy w pokoju.
– Tyle gadania, by powiedzieć coś tak prostego? – zapytał Margaro.
– Pamiętaj, przyjacielu Margaro, powiedział Chìquitín, że mowa, o której mówisz, to w zasadzie Arawak, a w tym języku skojarzenia, ruchy, działania są eksponowane w znacznie bardziej wyrazisty sposób niż w hiszpańskim. Jak mówisz, musisz użyć wielu słów, żeby powiedzieć to, co chcesz powiedzieć, że ojcowie są dobrzy, a matki mądre, nawet jeśli już umarli, i że nasze serca się radują, i ich serca też, chociaż to skrywają.
Obaj wdali się w zgoła niepotrzebną dyskusję na temat języków, głosząc wyższość prostego a przeto pragmatycznego angielskiego nawet nad rozlatanym hiszpańskim, a co dopiero metaforycznym indiańskim.
Po chwili zajęli się jednak ponownie tym, co ich tu przywiodło – tajemniczym światłem. Było tak blisko, gdy więc zniknęło, było jasne, że skryło się we wnętrzu jakiejś groty lub wgłębienia u podnóża góry. Nie mogli się tam zbliżyć ukradkiem, bo chociaż szli na palcach, ich przybycie oznajmiał szelest liści i trzask suchych gałęzi. Przy wejściu do jaskini Chìquitín ponownie krzyknął:
– Huísan, matunjerí, nazywam się Chìquitín Campala Suárez.
– Śmiało, wejdź, odpowiedział po hiszpańsku ochrypły głos z głębi jaskini. Chìquitín wszedł do jaskini przez siatkę przeciw owadom. Margaro podążył za nim i obaj weszli do tego zakątka, pełnego najczarniejszej samotności.
Ponieważ ściany jaskini były zakryte różnorodnymi kolorowymi tkaninami, zmysł wzroku nie był w stanie jednoznacznie ocenić wielkości groty. Na prawo od wejścia w wyrzeźbionym w kamieniu wgłębieniu znajdowało się coś, co można nazwać rustykalną kuchnią, z podstawowymi przyborami, kuchenką i miskami z wodą. Podobne wgłębienia o różnych rozmiarach wykopane i wycięte w innych częściach jaskini, tworzyły szuflady, siedzenia, a nawet łóżka. Nie było żadnego krzesła, ale lewy koniec jaskini wyglądał jak duży stół lub ołtarz. Tam wreszcie zauważyli kształt podobny do człowieka, leżącego w jednej z nisz. Gdy podniósł się na ich widok, stwierdzili, że był to Indianin z portorykańskiego plemienia Taíno. Mężczyzna mówił jednak znakomicie po hiszpańsku.
– Przynieś lampę, powiedział mężczyzna do Margaro.
Miał włosy równo przycięte w połowie czoła, cerę poczerniałą od starości i wieloletniego używania barwników, i wyblakły tatuaż, w przekłutych uszach tkwiły dwa młode pędy bambusa, przegrodę nosa przekłuwał podobny choć krótszy kawałek łodygi bambusa. Wydał się im człowiekiem pradawnym. Margaro podszedł do lampy, zdjął ją z gwoździa i przyniósł mężczyźnie, który niemal jak odaliska spoczywał, nie, jak uprzednio sądzili, w niszy ściennej, lecz na długiej ławie pełnej poduszek i kilimów.
Duży stół czy ołtarz był masywnym prostokątnym kamieniem. Był pokryty rzeźbami i umieszczony na czterech szerokich pniakach.
Margaro powiesił lampę na haku i wtedy zobaczyli, że ten pozornie prymitywny mężczyzna jest ubrany w koszulkę trykotową i normalne spodnie. W swych pierwotnych aspektach fizycznych człowiek ten był esencją starożytnych Taíno, ale w akcesoriach i sposobie wyrażania się widziało się, że jest to zwykły i zwyczajny Portorykańczyk.
Jasne światło pozwoliło im zobaczyć rzeźbione motywy ołtarza i były to… chińskie znaki. Blat przykrywała mata, a na niej leżało kilka przedmiotów: szklanka z jakąś ciemną miksturą, która z uwagi na swój wygląd sugerowała, że nie była to mikstura nieszkodliwa. Był tam też rodzaj rurki w kształcie rogu barana, którą ten człowiek wciągał zapewne w nozdrza sproszkowane ziele cojoby.
Chìquitín wyjaśnił później Margaro, że cojoba (Anadenanthera peregrina) to roślina, której portorykańscy Indianie przedkolumbijscy używali podczas rytuałów. Zioło wywoływało wizje. Na stole leżało też kilka chińskich mandarynek, a także gruba i poszarpana książka, jak się wydawało, jedyna rozrywka tego ponadczasowego człowieka w tej ponadczasowej jaskini. Pomimo iż nosił zwykłe ubrania, ostatnią rzeczą, której Chìquitín i Margaro się spodziewali, była właśnie umiejętność czytania. Ale jeśli by nie umiał czytać, to skąd się tu wzięła książka?
To było prawie niemożliwe, fantastyczne.
Indianin wskazał im niskie pnie po drugiej stronie stołu.
– Co czytasz?, zapytał Chìquitín, nie mogąc opanować ciekawości.
– Jest to jedyna księga warta przeczytania przed śmiercią, powiedział Indianin, Don Kichot.
– Don co?, zapytał Margaro, dla którego jedynym odniesieniem do tej postaci w literaturze była etykieta rumu ponceño nazwanego na cześć tego dżentelmena.
– Don Kichot, wyjaśnił Chìquitín, bardzo hiszpańska książka, stara pisanina dla chłopaczków.
– Mylisz się, powiedział Indianin. To bardzo fajna książka, najlepsza, jaką kiedykolwiek napisano. Może dla chłopaczków tamtych czasów była zabawna, ale są tam tematy znacznie głębsze. Jest to jedyna księga warta posiadania. Czytam ją od czterdziestu lat i każdego dnia znajduję coś nowego.
– Należy do minionej epoki, powiedział Chìquitín, oferuje nauki bezużyteczne w czasach, w których żyjemy, jest nieaktualna.
– Posłuchaj mnie, don jakiś tam, powiedział Indianin, mogę być tym, kim się wydaję i możesz o mnie myśleć, co chcesz, ale tutaj prymitywem wydajesz się mi właśnie ty…
– Wygląda na to, że rzeczywiście czytasz tę książkę, powiedział pojednawczo Margaro.
– Nie daj się zwieść, interweniował Chìquitín, nie rozmawiasz z naukowcem, to, co on robi i gada, jest bez sensu.
– A kim wy jesteście?, zapytał Indianin.
– Jesteśmy archeologami, odparł Chìquitín, a raczej to ja jestem archeologiem, a to jest mój asystent. Przybyliśmy tu, szukając śladów ostatniego plemienia Indian Taínos, a ty na pewno wiesz o nich bardzo dużo.
– Pierwszą rzeczą, jaką mogę o nich powiedzieć, jest to, że są bandą drani i durniów, odpowiedział mężczyzna z absolutnym przekonaniem. Nie warto się nimi zajmować, interesuje ich tylko oszustwo i seks. Są bandą degeneratów.
– Mamy poważne powody, aby nawiązać z nimi kontakt, powiedział Margaro.
– Jakie?, zapytał sucho Indianin, a jego długie paznokcie obierały bardzo powoli jedną z chińskich mandarynek.
– Na przykład Guanin, odpowiedział Margaro, i skradzione obrazy.
– Opowiem wam coś, odparł Indianin, nie uwierzycie, ale ci durnie wyrzucili do kąta wyjątkową relikwię, czczoną przez naszych przodków, wodzów Boriken.
Obaj przybysze przytaknęli w milczeniu.
– Indianie nie są już sobą, nie są ani rdzenną ludnością, tymi dobrymi dzikimi z dawnych czasów, ale nie są też dzielnymi Taínos z czasów, gdy walczyliśmy! Dziś są to zdrajcy i kanibale, są gwałtowni, dzicy, nieprzyzwoici i tchórzliwi.
– Skończ już, powiedział archeolog.
– Dziękuję…, tubylec odpowiedział westchnieniem. Nazywam się Pablo Podamo. Byłem kacykiem tych niesławnych żmij, dziś żyję, wdzięczny losowi, że jestem z dala od mojego plemienia. Ani oni mnie nie odwiedzają, ani ja ich. Wszelkie kontakty między nami są zakazane. Żyję głównie jedząc szczury górskie, które łapię w sidła, oraz mięso iguan, które są tak dobre jak kurczaki.
– Nie jesz jutii?, zapytał Chìquitín. Podobno mięso szczurków nadrzewnych jest o wiele smaczniejsze niż innych szczurów.
– Tak, hutie są bogate w wartości odżywcze, ale nie widziałem ich od stuleci. Mieszkam tu szczęśliwy, zbieram trawy, łowię zwierzęta na mięso i czytam Don Kichota. I chronię relikwię, jaką jest chiński kamień.
– Co?
– Chiński kamień.
– Jaki chiński kamień?, zapytał Chìquitín, zaskoczony tym objawieniem i oczywistym odniesieniem do kamienia, przy którym siedzieli i który służył jako stół.
– Chiński kamień, tak, ten, który tu widzicie, to jedna z najstarszych relikwi ludu Taíno. Ma lekko licząc sześćset lat, co najmniej sto lat więcej niż Wielkie Słońce Agüeybana, uświęcone w naszej kulturze. Jego kult jest bardzo zawiły, i gdyby nie ja i kilka innych osób, których już nie ma, dawno by zaginął, i on, i słuch o nim. Młodzi Taínos nie są zainteresowani przeszłością, tradycją, językiem, kultem wrogów i bóstw, a tym bardziej kultem chińskiego kamienia. Lubią tylko to, co łatwe i szybkie. Nikt nic nie rozumie. Nikt nic nie wie. A przecież nie wiemy, ilu ludzi ten kamień uzdrowił przez wieki! Kiedy przeszedłem na emeryturę jako kacyk (starych się zawsze usuwa, choć ja wszak wciąż jeszcze jestem w pełni moich możliwości, mam zaledwie sześćdziesiąt lat i jestem jak kokos!), usunięto kamień z ołtarza głównego, ponieważ przeszkadzał. Próbowałem go umieścić gdzie indziej, na jakimś polu za wsią, dla tych, którzy nadal zechcą go otaczać kultem. Ale kacyk obecnie nie ma władzy. Nie jesteśmy już bogami na ziemi, tak jak nimi byliśmy w dawnych czasach. Teraz nas wyrzucają z najbłahszej przyczyny. Zostałem kacykiem z linii matczynej, ale ci, którzy przyszli po mnie, zostali narzuceni wolą mas, ściślej rzecz biorąc, nawet kilku mas, choć jakie to masy, skoro żadna nie przekracza kilku setek ludzi. Kiedy zdetronizowany zostanie bóg-król, król-człowiek odłoży go lub wyrzuci, jakby zjadł pizzę i wyrzucił opakowanie.
– Chcesz powiedzieć, Don Podamo, że Taínos znają, czy znali chiński?, powiedział zdumiony Chìquitín. Nie mogę się zgodzić z taką teorią. To nie może być. Czy to właśnie nazywamy chińskim bajaniem? Chińscy indianie Taínos!? Nie! Tutaj musisz rzucić kotwicę i zatrzymać konia, Don Podamo.
– Wie pan, Don Chiqui, wspomniałem już panu o tym dawno temu, powiedział Margaro, którego informacje zawsze się zgadzały.
Chhìquitín zastanowił się. Coś w tym musiało być, skoro nawet jego niepiśmienny asystent coś o tym wie. Co za niespodzianka!
– Ludzie z Orientu, powiedział Indianin, przybyli tu prawie sto lat wcześniej niż Hiszpanie. Przypłynęli na statkach, a było ich dwadzieścia razy więcej niż potem statków hiszpańskich. Było ich pełno, jak mrówek. Kamień był darem pozostawionym dla kacyków tamtych czasów, przodków Agüeybaná, których Chińczycy nauczyli mechanizmu jego działania. Od wizyty Chińczyków datuje się kult kamienia, tak mówi tradycja, i był to czas, gdy kultura Taíno osiągnęła swój najwspanialszy rozkwit.
Zapadła chwila ciszy.
– Ale, kontynuował Podamo, jak zawsze, niezależnie od kultury, pochodzenia czy okoliczności, kacykowie poczuli siłę, która wsączyła się w nich jak trucizna, poczuli dumę, zapomnieli o kulcie kamienia. Właśnie wtedy przybyli Hiszpanie, którzy wraz ze swoimi dzikusami zabili prawie wszystkich Indian. Kiedy rzezie się skończyły, lud Taíno, a raczej jego resztki, schroniły się w Bosque do Maricao. Tam doszło do odrodzenia i przywrócenia rytualnego kultu kamienia, przypomniano sobie o Chinach. Plemię, ukryte w niedostępnych górach, pozostawało bezpieczne i przez ponad pięć wieków nieodkryte. Zapewniam cię, ja, Pablo Podamo z rodu kacyków, byłbym, gdyby matrylinearne prawo dziedziczenia władzy nadal obowiązywało, wodzem i jeszcze przez wiele lat sprawowałbym dobre i mądre rządy.
– A co mówi kamień? Jak go używasz, co jest na nim napisane?, zapytał Margaro.
– Nikt nie wie, co się kiedyś wydarzyło, jedno jest pewne, że wszyscy zapomnieli, co mówi i co może kamień. Kiedyś zatrudniłem tłumacza, żeby to rozgryźć, a ten powiedział nam stek bzdur. Później odkryliśmy, że nie znał mandaryńskiego. Oszukał nas. Ale jedno jest pewne, gdy uda się nam odkryć tajemnicę kamienia, odzyskamy siłę, bo chiński kamień ma moc przekształcania rzeczy, które nas otaczają, i może ruszyć z posad bryłę świata. Jeśli potrafimy prawidłowo przestrzegać liturgii, kamień może przekształcić wszechświat!
– Ale, zaprotestował Margaro, korzystasz z kamienia w sposób mało święty.
– To kamuflaż, by nikt go nie rozpoznał, ani nie zbezcześcił. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że ja, wyznawca najbardziej oddany kultowi kamienia, mogę go używać jako stołu. Ale, jak widzicie, nie przygotowuję na nim posiłków. Pozwalam sobie postawić na kamieniu szklankę kawy, położyć książkę. To czyste przedmioty, nie są w stanie zaszkodzić mocy kamienia. I kilka mandarynek.
– Nie byłbym taki pewny, jeśli chodzi o książki, niektóre przynoszą katastrofy, a nawet masakry, odparł Chìquitín, który skorzystał z okazji, by zademonstrować umiarkowanie rygorystyczne myślenie racjonalnego naukowca.
– Don Kichot, jestem pewien, nie był taką księgą. Ta książka musiała być raczej dobroczynna, skomentował Indianin w sposób lekko defensywny.
– Gdzie nauczyłeś się hiszpańskiego, jeśli wolno spytać? Bo używasz go w sposób jak najbardziej naturalny. A skoro nauczyłeś się hiszpańskiego i nawet czytasz w tym języku, nie było chyba tak źle z twoim wychowaniem, powiedział Chìquitín.
Podamo zignorował jego pytanie.
– Mój lud nadal mieszka w Maricao. Nie różnimy się niczym od reszty od populacji. Oprócz mnie, ponieważ byłem wodzem i musiałem mocno barwić skórę i zdobić ją bambusami. Dlatego mieszkam tu, z dala od nich, ponieważ ludzie, gdy mnie widzą, się boją. Dzieci płaczą, kobiety uciekają, moi pobratymcy myślą, że muszą się bronić przede mną. Każda wyprawa do cywilizacji jest dla mnie wyzwaniem i częścią walki o me własne przetrwanie. Zresztą rzadko się stąd oddalam, bo ktoś musi strzec wejścia do tajemnej Jaskini. Pod żadnym pozorem nikt nie może tam wejść bez mojej obecności i mojej rady.
– Jakie wejście, jakiej jaskini?, przerwał Chìquitín, rozglądając się po wnętrzu groty Don Podema.
– Jaskinia Guacayríma, gdzie światło dociera aż do trzewi Ziemi.
– Guacayríma? Jesteś pewien? Czy to znaczy Iguanaboina? spytał Chìquitín.
Podamo powtórzył:
– Nie, to Guacayríma.
Podamo powiedział im, że raz na rok matka Ziemia oddaje się Słońcu, które wnika w nią, dostarczając Ziemi życiodajną energię.
– Czy Słońce penetruje Matkę Ziemię przez odbyt? spytał Margaro.
– Nie traktuj tego jako perwersji, powiedział Chìquitín. Pamiętaj, że mówimy o symbolach, obrazach, przypowieściach i alegoriach.
– Alergiach?
– Alegoriach! Ten człowiek nie mówi jak naukowiec, jego opowieści pochodzą z mitologii, są zarazem prawdziwe i nieprawdziwe.
– Panie Chiqui, tu już pan przerąbał, czasem mówi pan dosłownie jak Bóg, ale czasem jak kompletny idiota. Kiedyś słyszałem o takiej chorobie, nazywa się bipolarna. Może pan zapyta swojego doktora…
– Powiedz, Don Palomo…, powiedział Chìquìtín, o przepraszam, don Podamo, powiedz, gdzie jest ta jaskinia Guacayaríma? Czy chodzi o tę jaskinię z rzeźbionymi stalagmitami, Iguanaboína na Haiti, którą nazywa się, za przeproszeniem, pierwszą dziurą Antyli?
– Grotą, powiedział Don Podamo z naciskiem. Są trzy miejsca święte, trzy miejsca indiańskich ofiar. Pierwsze – Iguanaboína na Haiti, drugie to Mamona, a trzecie to właśnie Guacayaríma.
(Uwaga tłumaczki – jaskinia Iguanaboína na Haiti jest bardzo znana, ale o dwóch pozostałych w źródłach naukowych nie ma mowy.)
– Aha, a ta tutaj jest zwieraczem, Margaro roześmiał się głośno, a jego śmiech odbijał się jak gumowa kula od ścian groty. Mamona!
– Don Podamo, zapytał Chìquitín, którędy wchodzisz do wnętrza świętej Jaskini?
– Tędy, powiedział Podamo, za tą zasłoną. Indianin obrócił się i wziął do ręki grubą makatę, która wisiała za nim na ścianie. Zamiast gładkiej powierzchni, kurtyna odsłoniła coś, co nie było zwykłą ciemnością, lecz zawrotną otchłanią, skąd dobiegało przerażające wycie. Skóra im ścierpła, spojrzeli na siebie, nie wiadomo, przestraszeni czy podnieceni.
– I co jest w tej jaskini?, spytał Chìquitín.
– Trudno to zdefiniować, odparł Podamo. Musicie to zobaczyć na własne oczy, trzeba rzucić okiem na to, co wydala Ziemia, żeby zrozumieć. Śmiało! Zapraszam do zejścia.
– Nie, powiedział Margaro, nie wahając się ani sekundy, nie ciekawi mnie to. Ale ty, panie, jeśli taka twoja wola, zejdź do boga, który tam jest, choć nie wiadomo, czy leci, czy nadchodzi i trzeba koło niego chodzić jak mokry kot. Ty panie, idź, ale nie ma mowy, ja nie idę. Zostaję. Nie ciekawi mnie, co się znajduje w jelicie grubym Ziemi. Poczekam tutaj i popilnuję naszych rzeczy.
– Jak chcesz, przyjacielu, powiedział Chìquitín. Don Podamo, idziemy. Matko Ziemio, chcę się zanurzyć w wnętrzności Mamony.
– Guacayarímy, poprawił go Podamo.
___
Autorka wpisu, tłumaczka, adminka sprawdziła parę rewelacji z tego rozdziału. Istnieje lud Taíno czyli Indianie z plemienia Arawak, mimo że już ponad sto lat temu podobno zostali całkowicie wyniszczeni, co by może potwierdzałoby tezę autora, że Indianie skryli się w niedostępnych regionach Portorico, jak kiedyś Neandertalczycy w Himalajach. Istnieje też haitańska jaskinia Iguanaboína. Wejścia do jaskini chronią podobno dwa posągi lokalnych bóstw, a wewnątrz znajdują się rzeźbione stalaktyty i stalagmity. Jednak jaskinia znana jest tylko z opracowań naukowych i nie ma jej na stronach internetowych. Nie ma też rumu Don Quijote tylko Don Q. Czyli jednak, póki co, wydaje się, że autor mocno fantazjuje. Jak dowiem się czegoś więcej, to nie omieszkam wam o tym tu napisać.

PS 1: No ale te obiekty jednak istnieją. Złoty Guanin, naszyjnik kacyków indiańskich, Indian z plemienia Taíno. Bohater powieści poszukuje takiego właśnie indiańskiego artefaktu. Miał być ponoć bardzo duży.
PS 2: Oczywiście zdaję sobie sprawę, że archeolog, Don Ch i jego niedouczony a przemądrzały asystent są kolejnym wcieleniem DK i SP.
PS 3: A jak już pomyślimy, że cała powieść jest tylko śmieszną pisaniną ku uciesze chłopaczków, to musimy jednak zastanowić się nad tym, co autor wybrał jako motto swej powieści (fot. str. 3):

Ciąg dalszy nastąpi (kiedyś)
I jeszcze jeden PS, dwa wpisy w Dziennikach Mrożka, nadesłane mi przez Arkadiusza Łubę. Odkrył je badając rysunki satyryczne Sławomira Mrożka. Okazuje się, że opinia Chiquitina, iż Don Kichot jest głupkowatą książką dla chłopaczków, wcale nie jest samotną wyspą na morzu zachwytów.

Tibor Jagielski twierdzi, że trzeba czytać Hioba. To mi przypomniało, że jest przecież i taki wiersz o czasach zarazy… Chyba go nigdy nie lubiliśmy, choć w ogóle Słowacki, wiadomo, bardziej był “nasz” niż spiżowy Mickiewicz. Bądźmy szczęśliwi, że nasza kwarantanna to książki, filmy i planszówki…
Juliusz Słowacki
OJCIEC ZADŻUMIONYCH
W El-Arish
Trzy razy księżyc odmienił się złoty,
Jak na tym piasku rozbiłem namioty.
Maleńkie dziecko karmiła mi żona,
Prócz tego dziecka, trzech synów, trzy córki,
Cała rodzina, dzisiaj pogrzebiona,
Przybyła ze mną. Dziewięć dromaderów
Chodziło co dnia na piasku pagórki
Karmić się chwastem nadmorskich ajerów;
A wieczór – wszystkie tu się kładły wiankiem,
Tu, gdzie się ogień już dawno nie pali.
Córki po wodę chodziły ze dzbankiem,
Synowie moi ogień rozkładali,
Żona, z synaczkiem przy piersiach, warzyła.
Wszystko to dzisiaj tam – gdzie ta mogiła
Promienistemu słońcu się odśmiecha,
Wszystko tam leży pod kopułką Szecha.
A ja samotny wracam – o boleści!
Trzy razy wieków przeżywszy czterdzieści,
Odkąd do mego płóciennego dworu
W téj kwarantannie wszedł anioł pomoru.
O! niewiadoma ta boleść nikomu,
Jaka się w moim sercu dziś zamyka!
Wracam na Liban, do mojego domu –
W dziedzińcu moim pomarańcza dzika
Zapyta: “Starcze! gdzie są twoje dziatki?” –
W dziedzińcu moim córek moich kwiatki
Spytają: “Starcze! gdzie są twoje córki?”
Naprzód błękitne na Libanie chmurki
Pytać mię będą o synów, o żonę,
O dzieci moje, wszystkie pogrzebione
Tam, pod grobowcem tym okropnym Szecha –
I wszystkie będą mię pytały echa,
I wszyscy ludzie, czy wracam ze zdrowiem,
Pytać się będą. – Cóż ja im odpowiem?!
Przybyłem. Namiot rozbiłem na piasku.
Wielbłądy moje cicho się pokładły;
Dziecko, jak mały aniołek w obrazku,
Karmiło wróble, a ptaszęta jadły,
Aż do rąk prawie przychodząc dziecinie. –
Widzisz tę małą rzeczułkę w dolinie?
Od niéj wracała najmłodsza dziewczyna,
Z dzbankiem na głowie, prościutka jak trzcina.
Przyszła do ognia i wodą z potoku,
Śmiejąc się, lekko trysnęła na braci. –
Najstarszy – z ogniem zapalonym w oku
Wstał, dzbanek wody chwycił w drżące dłonie
I rzekł: “Sam Bóg ci za wodę zapłaci,
Bo chcę pić jak pies, bo ogień mam w łonie”.
To mówiąc, wodę wypiwszy ze dzbana,
Powalił się tu jak palma złamana.
Przybiegłem – nie czas już było ratować. –
Siostry go chciały martwego całować;
Krzyknąłem wściekły: “Niech się nikt nie waży!”
Porwałem trupa i rzuciłem straży,
Aby go wzięła na żelazne zgrzebła
I tam, gdzie grzebią zarażonych, grzebła.
A od téj nocy tak pełnéj boleści
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.
Téj saméj nocy Hafne i Amina
Umarły leżąc na łożu przy sobie.
A patrz! – tak cicho umierały obie!
Że choć po śmierci najstarszego syna
Oczy się moje do snu nie zawarły,
A nie słyszałem, jak obie umarły.
I nawet matka własna nie słyszała,
Choć wiem, że także téj nocy nie spała.
Rankiem obiedwie sine jak żelazo,
Dwie moje córki zabite zarazą,
Wywlec kazałem strażnikom z namiotu;
I porzuciły nas! – i bez powrotu!…
A jak dorosłym przystoi dziewicom,
Włosami ziemię zamiotły rodzicom.
Widzisz te słońce w niebie lazurowém?
Zawsze tam wschodzi za lasem palmowym,
Zawsze zachodzi za tą piasku górą;
Zawsze te niebo nie splamione chmurą:
A mnie się zdało wtenczas, nie wiém czemu,
Że słońce słońcu nie równe złotemu;
I już nie takie, jakie było wczora,
Ale podobne do słońca upiora.
A niebo, które patrzało na zgubę
Mego rodzeństwa, moich trojga dzieci:
Tak mi się mgliste zdawało i grube
Ziemi wyziewem i słońca purpurą,
Że nie wiedziałem, czy pacierz doleci
Do Pana Boga, co się zakrył chmurą.
I tak dni dziegieć przeszło, choć nieskoro.
Reszta mych dzieci żyła – wszystko czworo,
Małżonka moja serce miała lżéjsze,
I nawet moje dzieciątko najmniéjsze
Żyło i kwiatkiem nic chciało usychać –
Ja sam nareszcie zacząłem oddychać;
Bo nie wierzyłem, żeby wziąwszy troje
Bóg mi chciał zabrać wszystkie dzieci moje.
O! była to więc piekielna godzina!
Gdy patrząc na twarz najmłodszego syna
Śmierć zobaczyłem! – Ach, ja go tak strzegłem! –
Pierwszy na twarzy znak wystąpił drobny;
Nikt by nie dostrzegł – ja, ojciec, spostrzegłem.
On do tamtego stawał się podobny;
Stawał się jak mój trup pierworodzony
Z jasnego blady, z bladego czerwony.
Patrzę! – Na twarzy plam żelaznych krocie –
Więc zawołałem głośno: “Śmierć w namiocie!”
I pochwyciwszy go z takiémi trądy
Wyniosłem na step, pomiędzy wielbłądy,
Aby go tam śmierć zgryzła do ostatka;
I żeby na to nie patrzała – matka.
Przy konającym czuwaliśmy bliscy
Ja z wielbłądami – na kolanach wszyscy.
Łamałem ręce i wołałem głośno:
“Oby nie umarł! lub się był nie rodził!” –
A tam nad palmy, z twarzą nielitośną,
Gdy konał mój syn, blady miesiąc wschodził
I patrzał: – tego z pamięci nie zatrzéć!
I nie wiem, jak ten sam miesiąc mógł patrzéć?
Gdy skonał w moim ojcowskim uścisku,
Chciałem go spalić na popiół w ognisku;
Lecz ledwie ogień zaczął biec po szacie,
Wyrwałem trupa i rzuciłem straży –
Poniosło mi go czarnych dwóch grabarzy,
I lepiéj mu tam przy siostrach i bracie.
Od tego zgonu i od téj boleści
Naznaczono mi nowych dni czterdzieści.
Pod kręgiem słońca jako krew czerwonym
I pod namiotem tym zapowietrzonym
Żyliśmy, słowa nie mówiąc do siebie,
I śmierć przed samą śmiercią udawali
Myśląc, że Boga oszukamy w niebie,
Że się ten bałwan zarazy przewali. –
Powrócił! – Anioł powrócił morderca!
Ale mnie znalazł bez łez i bez serca,
Już omdlałego na boleści świeże,
Już mówiącego: “Niech Bóg wszystko bierze!”
Miałem na syna trzeciego cierpienia
Powieki bez łez i serce z kamienia.
Boleść już była jako chleb powszedni.
I pod oczyma mi konał mój średni,
Najmniéj kochany w mém rodzinném gronie
I najmniéj z dzieci płakany po zgonie.
Toteż Bóg jemu wynagrodził za to,
Bo mu dał cichą śmierć i lodowatą,
Bez żadnych bolów, bez żadnych omamień.
Skonał i skościał, i stał się jak kamień.
A tak okropnie po śmierci wyglądał,
Jakby już próżnych naszych łez nie żądał,
Ale chciał tylko lice swoje wrazić
W serca nieczułe, oczy nam przerazić
I wiecznie zostać w rodziców pamięci
Z twarzą, co woła: “Jesteście przeklęci!” –
Skonał. Myślałem wtenczas – o rozpaczy! –
Że jeśli reszcie Pan Bóg nie przebaczy,
Jeśli anioła śmierci przyszle po nie:
Dziecko mi weźmie – żonę – a po żonie
Mnie nieszczęsnego zawoła przed Stwórcę…
Córka! – Ja myśleć nie śmiałem o córce!
I trwoga o nią nie gryzła mię żadna.
Ach, ona była młoda! taka ładna!
Taka wesoła, kiedy moją głowę
Do lilijowych brała chłodzić rączek,
Kiedy zrobiwszy z jedwabiu osnowę,
Około cedru biegała po trawie,
Jak pracowity snując się pajączek.
Patrz! i ten pas mój błyszczący jaskrawie
Ona robiła – i te smutne oczy
Ona rąbkami złocistych warkoczy
Tak przesłaniała, że patrzałem na nią
Jako na róże przeze łzy i słońce.
Ach, ona była domu mego panią!
Ona jak jaśni anieli obrońcę
Najmniéjsze dziecko w kołyseczce strzegła.
I gdzie płacz jaki słyszała, tam biegła;
I wszystkie nasze opłakała ciosy,
I wszystkie nasze łzy – wzięła na włosy.
Dziesięć dni przeszło i nocy tak długich,
Że śmierć już mogła na gwiazdy odlecić.
Dziesięć dni przeszło, dziesięć nocy drugich
Przeszło – nadzieja zaczynała świecić…
Po dzieciach ustał wielki płacz niewieści
I naliczyliśmy ranków trzydzieści.
Nareszcie zbywszy pamięci i mocy,
Położyłem się i zasnąłem w nocy.
I we śnie, w lekkie owinięte chmury,
Ujrzałem moje dwie umarłe córy.
Przyszły za ręce trzymając się obie;
I pozdrowiwszy mię pokojem w grobie,
Poszły, oczyma cichymi błyszczące,
Nawiedzać inne, po namiocie śpiące.
Szły cicho, z wolna, schylały się nisko
Nad matki łożem, nad dziecka kołyską;
Potém na moją najmłódszą dziewczynę
Obiedwie – ręce położyły sine!
Budzę się z krzykiem i umarłą dziatwę
Klnąc wołam dziko: “Hatfe! moja Hatfe!”
Przyszła jak ptaszek cicho po kobiercu,
Rzuciła mi się rączkami na szyję;
I przekonałem się, że Hatfe żyje,
Słysząc jéj serce bijące na sercu,
Ale nazajutrz grom przyszedł uderzyć –
Córka!!! – Lecz na co z boleścią się szerzyć?
I te mi dziecko sroga śmierć wydarła!
I ta mi córka na rękach umarła!
A była jedna najstraszniejsza chwila –
Kiedy ją bole targały zabójcze,
Wołała: “Ratuj mię! ratuj, mój ojcze!”
I miała wtenczas czerwone usteczka
Jak młoda róża, kiedy się rozchyla. –
I tak umarła ta moja dzieweczka,
Że mi się serce rozdarło na ćwierci –
A piękna była jak anioł – po śmierci!
Przyszli nade mną płakać nieborakiem
Strażnicy; przyszli mi wydrzeć to ciało.
I nieostrożni zaczepili hakiem –
Hak padł na pierś jéj twardą, krągłą, białą…
I tu – bogdajby jak ja nie umarli! –
Tu ją pod mymi oczyma rozdarli. –
Ty im to, Boże niebieski, spamiętasz!
Wziąłem ją – i sam zaniosłem na cmentarz.
Z założonymi na piersiach rękoma
Siedziała trzy dni matka nieruchoma
W kącie namiotu, żółta, jakby z drewna.
Dziecina stała się blada i rzewna;
Bo mleko matki zaczęło wysychać,
I co dnia było płacz w kołysce słychać.
A ta pustynia – nie masz dzieci w grobie! –
Ona inaczéj wydaje się tobie,
Może złocista, jasna i weselna?
Lecz dla mnie jest to równina piekielna!
Przez tę równinę, przez te piasku kupy
Ciągnięto śniade moich dzieci trupy.
A tam na wzgórzu, kędy morze bije,
Dla ciebie szumi morze – dla mnie wyje;
A kiedy z wichrem na brzegi nie skacze,
Dla ciebie szemrze tylko – dla mnie płacze,
Co dnia, gdy przyszła wieczorna godzina,
Śpiewającegom słyszał muezina:
Jakby się nad mym ulitował losem,
Zaczął smutniejszym obwoływać głosem,
Krzycząc ze swego piaskowego stoga
Nieszczęśliwemu ojcu – wielkość Boga.
O! bądźże mi Ty pochwalony, Alla!
Szumem pożaru, co miasta zapala,
Trzęsieniem ziemi, co grody wywraca,
Zarazą, która dzieci mi wytraca
I bierze syny z łona rodzicielki.
O Allach! Akbar Allach! jesteś wielki!
Wszystko, co miało tylko twarz człowieka,
Zaczęło stronić ode mnie z daleka.
Namiotu mego – córki go uprzędły –
Płótna na rosie poczerniały, zwiędły
I podarły się, i lekko napięte,
Były jak próchna z ludzkich trumien zdjęte.
Zarazę było znać na tym namiocie –
I wiesz, że nawet tych wróbelków krocie,
Co zlatywały się tutaj o brzasku
Jeść okruszyny i kąpać się w piasku;
Odkąd mi dzieci zaczęło ubywać,
Po żer przestały się wszystkie zlatywać.
Czy odstraszyło je podarte płótno
Namiotu mego? czy twarz moja biedna? –
Nie przyleciała z ptaszyn ani jedna
I spostrzegłem to – i było mi smutno.
Po córce w pięć dni – o Boże mój! Boże!
Z wieczora huczeć już zaczęło morze
I słońca się krąg pochował ponury,
I niebo czarne zaciągnęły chmury.
Noc przyszła, dotąd w pamięci ohydna,
Ciemna, od gromów czerwoności widna.
Jeszcze dziś czuję i widzę, i słyszę,
Słyszę, jak namiot gęste sieką deszcze,
Jak się rozciąga, jak głucho szeleszcze,
Jak się nade mną w ciemności kołysze
I od piorunów się cały czerwieni,
Podobny grobom szatańskim z płomieni.
Zdawało mi się za burzy łoskotem,
Żem słyszał martwe dzieci, za namiotem,
Wszystkie jęczące przeraźliwie, głucho.
Więc natężałem wzrok, serce i ucho;
I z przerażeniem rozmyślałem w sobie,
Jak moim dzieciom takiéj nocy w grobie?
I nagle! – Czemuż ta Śmierć tak zdradziecko!
Tak cicho weszła pod namiotu żagle?! –
Grom spadał hucząc po gromie i nagle
W kołysce z cicha zapłakało dziecko –
A płacz ten musiał być strasznym wyrazem…
Bo zaraz – matka – ja – oboje razem –
Rzuciliśmy się, gdzie robaczek lichy…
A choć dziecięcia jęk był bardzo cichy,
To tak wydawał się obojgu głośny
I tak rozdarty, i taki żałosny,
I tak z głębokich wnętrzności wyjęty!
I tak rozumny! i taki przeklęty!!!
Żeśmy oboje biegli gromem tknięci,
I bez nadziei już! i bez pamięci!
I nie zawiodło przeczucie żałoby!
Umarło – z takiéj jak tamte choroby.
I poszło leżeć między trupy bratnie,
Moje najmilsze!… i moje ostatnie!!!
Śmierć mi go czarna wzięła nielitośnie.
I już nie wróci! ani mi urośnie!
Ani go kiedy mój dom już zobaczy! –
I już nie wróci nigdy!- o rozpaczy!!!
Noc przyszła druga, błyszcząca gwiazdami.
Byliśmy z matką w namiocie – przed nami
Leżało dziecko na stole, nieżywe,
Nieruchomością śmierci przeraźliwe.
Uczułem wtenczas, patrząc na tę postać,
Że gdyby mogło choć tak z nami zostać
Przez wszystkie lata – choć tak, nie inaczéj –
Ubyłoby mi z serca pół rozpaczy.
A te już – ani zarazy strażnicy,
Ani ja niosłem do Szecha kaplicy,
Gdzie się nam trupia otwierała brama,
Ale je matka tam zaniosła sama.
W namiocie pustym ja zostałem z żoną.
Ale czy pojmiesz? – zamiast nas połączyć,
Boleść, obojgu nam rozdarłszy łono,
Zaczęła jakieś jady w serca sączyć,
I teraz chyba je sam Bóg oczyści.
Smutek podobny był do nienawiści
I stanął czarny, wielki, między nami.
Więc rozłączeni byliśmy i sami.
I nie mówiliśmy do siebie słowa –
Bo powiedz, jakaż być mogła rozmowa
W pustym namiocie między mną i żoną?
Pomiędzy ojcem i matką tych dzieci?…
Słońce wschodziło w upały czerwono,
Co dnia tonęło tam, gdzie teraz świeci
Jak jaka skrawa pożaru pochodnia. –
Więc tak bezdzietnym było – i tak co dnia –
Cisza ogromna namiot nasz zaległa.
Chyba mysz jaka w księżycu przebiegła;
Zgoła innego jęku ni szelestu…
Doczekaliśmy więc tak dni czterdziestu.
I kwarantanny przybyli lekarze,
Głęboko patrząc w nasze smutne twarze.
Widziałem, jak się każdy z nich zadziwiał;
Bo nachyliłem się był i posiwiał.
A żona moja od niespań i troski
Była jak bursztyn albo żółte woski;
Na głowie miała z włosów siwych wieniec,
Jakiś okropny ceglany rumieniec,
A oczy pełne takiéj błyskawicy,
Jak ci, co wyjdą na słońce z ciemnicy.
Lekarz nam kazał w sustawy uderzyć,
Tam gdzie zaraza pierwsze rzuca strupy –
Zdrów byłem. – Ludzie! czy będziecie wierzyć?
Ja, co me wszystkie całowałem trupy,
Z téj kwarantanny wychodziłem zdrowy;
Żona, co nawet nie tknęła połowy,
Nad piersiami się uderzywszy zbladła
I zachwiała się z jękiem – i upadła.
A ja na ręce wziąłem trup niewieści,
Zaniosłem w namiot i rzuciwszy brzemię
Upadłem przy niéj jak martwy na ziemię.
I obudziłem się – na dni czterdzieści…
Przed samą śmiercią wyznała mi matka,
Że chciała z grobu swojego dzieciątka
Jakiéj pamiątki, kamienia lub kwiatka,
Włoska w złocistych na głowie obrączkach;
I ta po dziecku umarłym pamiątka –
Patrzaj! – obrazek ten, co trzymał w rączkach,
Te włoski złote i tak dzisiaj święte,
W mogiłce z główki maleńkiemu zdjęte –
Bo biedna matka miała tyle mocy,
Że odkopała dziecko o północy;
Znalazła jeszcze nie zepsutym wcale,
Pocałowała; w usteczek korale
I znów włożyła do trupich obsłónek –
Te upominki i ten pocałunek,
Zazdrosnéj ziemi Szecha ukradzione,
Zabiły matkę i wzięły mi żonę.
I znów się łono piaskowe otwarło,
Gdzie pochowałem matkę martwych zmarłą.
Potem wróciłem do płóciennéj nory
Schować się w cieniu jak nocne potwory.
Ani ja słońca na niebieskim sklepie,
Ani mnie ludzie widzieli na stepie.
Stałem się jako zdziecinniali – starzy –
W pamięci mojéj – żadnéj żywéj twarzy,
Tylko te sine i okropne Iica,
Które mi wzięła zarazy martwica.
I w dzień błękitny, i w noc każdą ciemną
Oni tu byli w tym namiocie ze mną;
Gadałem z nimi, zmyślałem rozmowy,
W których rozmawiał ze mną tłum grobowy;
I często dziwnym natrafiłem losem
Na głos, co moich był dzieciątek głosem.
Z obłąkanego budziły mię śnicia
Po nocy hyjen przeraźliwe wycia
Tam nad trumnami… i słuchałem blady,
Jak nad trupami płacze trupojady.
Stałem się wreszcie jak wąż, gdy ochłodnie.
I przechodziły mi dnie i tygodnie
Bez żadnych bolów, pamiątek, omamień.
Stałem się twardy i zimny jak kamień.
I raz – ach, boska nade mną opieka!
Patrzę, ktoś w namiot mój cicho zagląda –
I ach! – Nie była to już twarz człowieka,
Lecz głowa mego starego wielbłąda.
Spojrzał – i spojrzał z twarzą tak litośną,
Że rozpłakałem się jak dziecko głośno.
I tak przeżyłem smutnych dni czterdzieście;
Przyszli mię ludzie uwolnić nareszcie.
O gorżka wolność i chwila odlotu!
Jam do ciemnego już przywykł namiotu;
Z uczuciem smutku, boleści i zgrozy
Będę wyrywał koły i powrozy,
Które… (o Boże wiekuisty, świeć mi!…)
Do tego piasku zatykałem z dziećmi.
Ach, pomóż ty mi je zerwać – sam jestem!
A może tobie posępnym szelestem
Te płótna więcéj boleści powiedzą?
One widziały wszystko! wszystko wiedzą!
Czyż nie są teraz jak męki obrazy?
Patrz na nie, dotknij! Nie bój się zarazy,
Nie bój się śmierci, co dotknięciem sinem…
Wszak ty nie jesteś, synu moim synem.
Lecz nie – uciekaj! Ja wiem że te płótna
Straszne się muszą obcym ludziom zdawać.
Śmierć od zarazy? – ach! to śmierć okrutna!
Zaczynasz własnych braci nie poznawać,
Potem cię ogień pali, piersi gorą…
Ach! ja tak moich widziałem ośmioro!
I co dnia patrząc na tak konające,
Wysiedziałem tu całe trzy miesiące.
Dziś – oto dziewięć wielbłądów podróżnych,
A na nich – patrzaj, osiem juków próżnych,
I nie zostało mi nic – oprócz Boga;
I tam mój cmentarz – a tamtędy droga –
Ostatni dzień wlókł mi się jak żaden. Nie od tremy. Nie bałem się. Nie było zresztą czego. Wciąż czułem się sam w różnojęzycznym tłumie. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Opiekunowie nie pchali mi się w oczy, zresztą nawet ich nie znałem. A ponieważ nie wierzyłem w klątwę, którą ściągam na siebie, śpiąc w pidżamach Adamsa, goląc się jego maszynką i chodząc jego śladami nad zatoką, powinienem był czuć ulgę, że zrzucę nazajutrz fałszywą skórę. Także na drodze nie spodziewałem się żadnej zasadzki. Przecież i jemu włos nie spadł z głowy na autostradzie. A jedyną noc w Rzymie miałem spędzić pod szczególną opieką. Mówiłem sobie, że to tylko chęć skończenia z akcją, bo okazała się niewypałem. Mówiłem sobie sporo rozsądnych rzeczy, a jednak wyskakiwałem wciąż z porządku dnia.
Po kąpieli miałem wrócić do „Vesuvia” o trzeciej, a już dwadzieścia po drugiej znalazłem się w pobliżu hotelu, jakby mnie tam coś gnało. W pokoju na pewno nic się nie mogło zdarzyć, chodziłem więc po ulicy. Otoczenie znałem na pamięć. Na rogu był zakład fryzjerski, dalej sklep tytoniowy, biuro podróży, od niego ciągnął się hotelowy parking wpuszczony w lukę między domami. Idąc za hotelem w górę, mijało się kaletnika, u którego Adams zeszył sobie urwany uchwyt walizki, i małe kino non stop. Omal nie wszedłem tam pierwszego wieczoru, bo różowe kule na plakacie wziąłem za planety. Tuż przed kasą dostrzegłem swój błąd. To był gigantyczny zadek. Teraz, w nieruchomym upale, poszedłem do rogu i wróciłem, skręciwszy koło przekupnia, który sprzedawał palone migdały. Zeszłoroczne kasztany już się skończyły. Napatrzywszy się fajkom, wszedłem do trafiki i kupiłem paczkę coolów, choć zwykle nie palę mentolowych. Przez uliczny hałas dochodziły z głośników kina stękania i charkoty niczym z rzeźni. Przekupień migdałów popchnął swój wózek w cień padający od zadaszonego podjazdu „Vesuvia”. Może był to kiedyś wykwintny hotel, ale sąsiedztwo świadczyło o jego powolnym upadku. Hall stał prawie pusty. Winda była chłodniejsza od mego pokoju. Przyjrzałem mu się krytycznie. Pakować się w takim skwarze znaczyło oblać się potem, a wtedy czujniki nie będą trzymały. Przeniosłem się z pakowaniem do łazienki, w tym starym hotelu prawie tak dużej jak pokój. Łazienka też była duszna, ale miała marmurową podłogę. Wziąłem tusz w wannie na lwich nogach i umyślnie nie wytarłszy się do sucha, zacząłem układać rzeczy w walizkach, boso, żeby choć tak doznać chłodu. W neseserze natrafiłem na twarde zawiniątko. Rewolwer. Zupełnie o nim zapomniałem. Najchętniej wrzuciłbym go pod wannę. Włożyłem go na dno większej walizki pod koszule, wytarłem starannie skórę na piersi i stanąłem przed lustrem, żeby założyć czujniki. Kiedyś miałem w tych miejscach znaki na ciele, ale znikły. Wymacałem koniuszkowe uderzenie serca między żebrami dla pierwszej elektrody. Druga, w dołku obojczykowym, nie chciała trzymać. Jeszcze raz wytarłem się i przycisnąłem plaster z obu stron, żeby czujnik nie występował nad obojczyk. Nie miałem wprawy, bo dawniej nie robiłem tego sam. Koszula, spodnie, szelki. Nosiłem je od powrotu na Ziemię. To było wygodne. Człowiek nie łapał się wciąż za spodnie od wrażenia, że spadają. Na orbicie ubranie nic nie waży i kiedy się wróci, powstaje ten „spodniowy odruch”, stąd szelki.
Byłem gotów. Cały plan miałem w głowie. Trzy kwadranse na obiad plus zapłacenie rachunku i odebranie kluczyków, pół godziny do autostrady ze względu na szczyt, dziesięć minut rezerwy. Zajrzałem do szaf, ustawiłem walizki przy drzwiach, umyłem twarz zimną wodą, sprawdziłem w lustrze, że nie znać czujników, i zjechałem na dół. W restauracji był już tłok. Zlany potem kelner postawił przede mną chianti, poprosiłem o pastę z zielem bazyliszka i kawę do termosu. Kończyłem już jeść, patrząc na zegarek, kiedy głośnik zamamrotał: „Mister Adams proszony do telefonu!”. Zobaczyłem, jak włoski wstają mi na grzbietach rąk. Iść czy nie iść? Od stolika pod oknem wstał grubas w pawiej koszuli i poszedł do kabiny. Jakiś Adams. Mało to jest Adamsów? Widziałem już, że nic się nie zaczyna, ale byłem na siebie zły. Płytki był mój spokój. Otarłem tłuste od oliwy usta, zażyłem gorzką zieloną tabletkę, popiłem ją resztą wina i poszedłem do recepcji. Hotel celebrował jeszcze swoje plusze, stiuki i aksamity, ale od oficyn ciągnęło kuchennym zaduchem. Jakby arystokracie odbijało się kapustą. To było całe pożegnanie. Wyszedłem w twardy upał za portierem, który wiózł moje walizki. Auto od Hertza stało dwoma kołami na chodniku. Hornet czarny jak karawan. Nie pozwoliłem portierowi kłaść bagażu do kufra, bo mógł być w nim nadajnik, odprawiłem go banknotem i wsiadłem do auta jak do pieca. Od razu spocony, sięgnąłem do kieszeni po rękawiczki. Niepotrzebnie, kierownica była obłożona skórą. Kufer był pusty – gdzie wzmacniacz? Na podłodze przed wolnym siedzeniem przykryty okładką rozłożonego magazynu, z której zimno patrzyła na mnie goła blondynka, wystawiając błyszczący śliną język. Nie wydałem właściwie głosu, ale coś we mnie z cicha stęknęło, kiedy zacząłem wpychać się w ciągły ruch. Kolumna od świateł do świateł. Choć wypoczęty, byłem miękki, trochę naburmuszony, trochę głupawo rozchichotany w sobie, może, bo zjadłem kopiasty talerz makaronu, którego nie cierpię. Jak dotąd groza położenia sprowadzała się do tego, że przybrałem na wadze. Za następnym skrzyżowaniem włączyłem dmuchawę. Zawiało ukropem spalin. Wyłączyłem ją. Auta pchały się na siebie po włosku. Objazd. W lusterkach maski i dachy. La potente benzina italiana śmierdziała czadem. Zatrzymałem się za autobusem w jego cuchnącym wydechu. Dzieci, wszystkie w takich samych zielonych czapkach, gapiły się na mnie przez tylną szybę. W żołądku miałem kluchę, w głowie żar, na sercu czujnik, który zaczepiał przez koszulę o szelki przy każdym obrocie kierownicy. Rozerwałem opakowanie kleenexu, rozłożyłem chusteczki na konsolce biegów, bo kręciło mnie w nosie jak przed burzą. Kichnąłem raz, drugi, taki byłem zajęty kichaniem, że ani wiem, kiedy Neapol został w tyle, znikając w nadmorskim zniebieszczeniu. Toczyłem się już po del Sole. Jak na szczyt prawie luźno. Plimasiny jakbym wcale nie zażył. Łaskotało w oczach, z nosa ciekło, za to w ustach schło. Przydałaby się kawa, choć wypiłem w hotelu dwa kapucynki, ale czas na kawę dopiero koło Maddaleny. „Heralda” znów nie było w kiosku przez jakiś strajk. Między dymiącymi fiacikami a mercedesem włączyłem radio. Ostatnie wiadomości. Rozumiałem piąte przez dziesiąte. Demonstranci podpalili. Rzecznik prywatnej policji oświadczył. Podziemie feministyczne zapowiedziało nowe akcje. Spikerka czytała głębokim altem deklarację terrorystek, potępienie papieża, jedno za drugim, potem głos prasy. Damskie podziemie. Nikt się już niczemu nie dziwił. Odjęto nam zdolność dziwienia się. O co im właściwie idzie, o tyranię mężczyzn? Nie czułem się tyranem. Nikt się nie czuł. Biada playboyom. Co one im robią? Czy kler też będą porywać? Wyłączyłem radio, jakbym zatrzasnął zsyp śmiecia.
Być w Neapolu i Wezuwiusza nie widzieć – a ja nie zobaczyłem. Miałem do wulkanów stosunek pełen życzliwości. Ojciec opowiadał mi o nich przed snem pół wieku temu. Niedługo będę starcem, pomyślałem, i tak mnie to zaskoczyło, jakbym sobie powiedział, że niedługo będę krową. Wulkany to było coś solidnego, budzącego zaufanie. Ziemia pęka, lawa płynie, domy się walą. Wszystko jasne i cudowne, kiedy się ma pięć lat. Liczyłem na to, że przez krater można zejść do środka Ziemi. Ojciec temu przeczył. Szkoda, że nie dożył – byłby mi rad. Nie myśli się o przerażającej ciszy tych nieskończonych przestrzeni, gdy słychać wspaniały dźwięk zaczepów cumujących nośnik do modułu. Co prawda niedługa była moja kariera. Nie okazałem się godny Marsa. Przeżyłby to bodaj ciężej ode mnie. Więc cóż – żeby umarł po moim pierwszym locie? Tak planować tę śmierć, żeby zamknął oczy, wierząc we mnie, czy to cyniczne, czy tylko głupie? A nie łaska uważać trochę na ruch? Wchodząc w lukę za psychodeliczną lancią, zerknąłem we wsteczne lusterka. Chryslera od Hertza ani śladu. Coś błysnęło mi daleko w tyle koło Marianelli, ale nie byłem pewny, czy to oni, tamten wóz zaraz się schował. Ta banalna, niedługa trasa wypchana zaaferowanym tłumem na kołach mnie jednemu dawała przywilej tajemnicy czyhającej sposobem niepojętym dla wszystkich policji starego i nowego świata, ja jeden nie po to miałem w aucie nadymak, pływaki, rakietę, żeby się wczasować, ale żeby ściągnąć na siebie niewiadomy cios. Tak próbowałem się podekscytować, daremnie, bo urok dawno już wywietrzał z tej eskapady, nie zastanawiałem się nad zagadką śmiercionośnej zmowy, tylko nad tym, czy nie zażyć drugiej plimasiny, bo wciąż ciekło mi z nosa. Wszystko jedno, gdzie jest chrysler. Nadajnik ma stumilowy zasięg. A babcia miała na strychu majtki koloru tej lancii. O szóstej dwadzieścia zacząłem gnać. Jakiś czas jechałem za volkswagenem, miał wymalowane z tyłu wielkie baranie oczy, które patrzyły na mnie z czułym wyrzutem. Auto – wzmacniacz osobowości. Potem dostałem się w lukę za rodakiem z Arizony z nalepką HAVE A NICE DAY na zderzaku. Za mną i przede mną piętrzyły się na dachach łodzie motorowe, wodne narty, worki, wędziska, deski do pływania, toboły malinowe i pomarańczowe, Europa wyciskała z siebie flaki, żeby mieć a nice day. Piąta dwadzieścia pięć. Podniosłem, jak setki razy, prawą, potem lewą rękę, patrząc na wyprostowane palce. Nie drżały. A to miał być pierwszy zwiastun. Ale czy można być pewnym? Nikt przecież nic nie wie. A gdybym tak wstrzymał na minutę oddech, toby się dopiero Randy przestraszył. Co za idiotyczny pomysł.
Wiadukt. Powietrze załopotało wzdłuż betonowych pachołków. Zerkałem w bok, jakbym podkradał pejzaż. Cudowna była zielona pustka po horyzont zamknięty górami. Z lewego pasa spędził mnie ferrari płaski jak pluskwa. Znów kichałem salwami, jakbym klął. Szybę miałem wypunktowaną resztkami much, nogawki lepiły się do łydek, odblask wycieraczek skakał mi do oczu. Wytarłem nos, paczka kleenexu spadła między fotele i szeleściła w przeciągu. Kto opisze martwą naturę na orbicie. Kiedy człowiek myśli, że ma już wszystko przywiązane, namagnesowane, umocowane, doklejone przylepcem, zaczyna się istny seans – rójka pisaków, okularów, luźne końcówki kabli wiją się jak jaszczurki, a najgorsze są okruszki. Polowanie z odkurzaczem na cwibak… A łupież? Przemilczana sprawa te kulisy kosmicznych kroków ludzkości. Tylko dzieci pytały najpierw, jak się siusia na Księżycu…
Góry rosły, brunatne, spokojne, ciężkie i jakby swojskie. Jedna z lepszych stron Ziemi. Droga zmieniała kierunek, słońce przesuwało się kwadratami wewnątrz auta i to też przypominało niemy, majestatyczny obrót świateł w kabinie. Dzień wewnątrz nocy, jedno razem z drugim, jak przed stworzeniem świata, i sen stający się jawą o lataniu, i pomieszanie, osłupienie ciała, że jest tak, jak nie może być. Słuchałem wykładów o chorobie lokomocyjnej, ale myślałem swoje. To nie były zwykłe mdłości, lecz panika kiszek i śledziony, wnętrzności zatracały się, zwykle niewyczuwalne, zgłaszały protest. Wprost litowałem się ich ogłupieniu. Podczas gdyśmy się delektowali kosmosem, naszym ciałom robiło się od niego niedobrze. Od razu miały go zupełnie dość. Ciągnęliśmy je tam, a one stawały dęba. Zapewne trening robił swoje. Przecież i niedźwiedzia można nauczyć jazdy na rowerze, ale czy niedźwiedź jest do tego? Przecież to tylko pośmiewisko. Nie dawaliśmy za wygraną, ustawały uderzenia krwi do głowy, tężenie jelit, ale było to tylko odroczenie porachunków, bo trzeba było w końcu wrócić. Ziemia witała morderczą prasą, wyprostowanie kolan, grzbietu stawało się rozpaczliwym wyczynem, głowa leciała na wszystkie strony jak kula z ołowiu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że tak będzie, widziałem atletycznych mężczyzn, jak się wstydzili, że nie mogą kroku postąpić, sam kładłem ich do wanien, woda wyzwalała chwilowo od wagi ciała, ale diabli wiedzą, czemu wierzyłem, że ze mną tak nie będzie.
Ten brodaty psycholog mówił, że to każdy tak. A potem, gdy człowiek już na powrót oswoił się z ciążeniem, orbitalna nieważkość powracała w snach jako nostalgia. Nie nadajemy się do kosmosu i właśnie przez to z niego nie zrezygnujemy. Czerwony rozbłysk spłynął mi w nogę, wymijając świadomość. Sekunda minęła, nim pojąłem, że hamuję. Opony chrupały po rozsypanym ryżu, grudki były coraz większe, jak grad. Nie, szkło. Kolumna zwalniała coraz bardziej. Prawy pas zastawiony ochronnymi stożkami. Usiłowałem wydostać się spojrzeniem z tłoku aut. Gdzie? Na pole opuszczał się wolno żółty śmigłowiec, kurz jak mąka kłębił się pod kadłubem. Dwa wbite w siebie pudła z wyrwanymi maskami. Tak daleko od drogi? A ludzie? Opony znów chrupały po szkle, jechaliśmy noga za nogą wzdłuż policjantów wywijających rękami „prędzej! prędzej!”. Hełmy policyjne, karetki, nosze, koła skapotowanego auta jeszcze się kręciły, migacz jeszcze mu mrugał. Jezdnią płynął dym. Asfalt? Nie, chyba benzyna. Kolumna wracała na prawy pas, od szybkości lżej się oddychało. Prognoza przewidywała czterdzieści trupów. Pokazała się mostowa restauracja, obok z mroku hal dużej Area di Servizio łyskały wściekle gwiazdki spawania. Spojrzałem na licznik. Wnet będzie Cassino. Na pierwszym zakolu przestało mnie nagle kręcić w nosie, jakby plimasina teraz dopiero przedarła się przez makaron.
Drugi wiraż. Drgnąłem, czując czyjś wzrok w niemożliwy sposób idący z dołu, jakby ktoś leżał tam na wznak i obserwował mnie zimno spod fotela. To słońce rozjaśniło okładkę magazynu z blondynką wystawiającą język. Nie patrząc, pochyliłem się i odwróciłem śliski zeszyt pisma na drugą stronę. Pan ma za bogate życie wewnętrzne jak na astronautę, powiedział mi ten psycholog po teście Rorschacha. Wyciągnąłem go na rozmowę. A może on mnie wyciągnął. Uważał, że są dwa rodzaje strachu, wysoki, od wyobraźni, i niski, prosto z kiszek. Może chciał mnie w ten sposób pocieszyć, sugerując, że jestem za dobry?
Niebo wyciskało z siebie obłoki zlewające się w bielmo. Zbliżała się stacja benzynowa. Zwolniłem. Wyprzedził mnie młodzieżowy starzec, długie siwe włosy rozwiewał mu wiatr, gnał przed siebie z ochrypłą fanfarą, zgrzybiały Wotan. Zjechałem ku pompom. Gdy nalewano mi benzynę, wychyliłem całą zawartość termosu ze zbrązowiałym cukrem na dnie. Szyby w rozpryskach tłuszczu i krwi nie przetarli. Podjechałem dalej, ku wykopom, wysiadłem i rozprostowałem kości. Stał tu duży oszklony pawilon handlowy. Adams kupił w nim talię kart, naśladownictwo włoskiego taroka z XVIII czy XIX wieku. Stacja była w rozbudowie, dół wykopany dla nowego dystrybutora okalał biały, jeszcze niewywalcowany żwir. Szklane płyty rozsunęły się przede mną. Wszedłem do środka. Było pusto. Sjesta? Już po sjeście. Przeszedłem między stertami kolorowych pudeł i sztucznych owoców. Biały eskalator prowadzący na piętro ruszył, gdy się zbliżałem, a kiedy obszedłem go, stanął. Zobaczyłem się w telewizorze koło witryn, czarno-biały obraz drżał w słonecznych refleksach, widziałem się z profilu. Chyba nie byłem naprawdę taki blady. Ani jednego sprzedawcy. Na kontuarach piętrzyła się pamiątkowa tandeta, stosy kart, na pewno tych samych. Szukałem w kieszeni drobnych, rozglądając się za sprzedawcą, kiedy żwir na dworze zachrupał pod kołami. Z białego opla, który zatrzymał się zamaszyście, wysiadła dziewczyna w dżinsach, wyminęła rów i weszła do pawilonu. Widziałem ją, odwrócony, w telewizorze. Stała, nie ruszając się, kilkanaście kroków za mną. Wziąłem z lady imitację starego drzeworytu, Wezuwiusz dymiący nad zatoką, były tam też pocztówki z podobiznami fresków pompejańskich, którymi gorszyli się nasi ojcowie. Dziewczyna zrobiła kilka kroków w moją stronę, jakby niepewna, czy jestem sprzedawcą. Schody ruszyły. Szły cicho, a ona stała, drobna figurka w spodniach. Odwróciłem się, żeby wyjść. Nie było w tym nic osobliwego. Twarz miała prawie dziecinną, niewyrazistą, drobne usta, i to tylko, że patrzała przeze mnie zaokrąglonymi oczami, drapiąc paznokciem kołnierz białej bluzki, spowodowało, że mijając ją, zwolniłem kroku, a ona ze spokojną twarzą, bez głosu zaczęła lecieć w tył. Byłem tak nieprzygotowany, że nim doskoczyłem, leciała jak kłoda. Nie zdążyłem jej podeprzeć, osłabiłem tylko upadek, chwyciwszy za gołe ramiona, jakbym z jej zgodą kładł ją na plecach. Leżała jak lalka. Patrząc z zewnątrz, można by pomyśleć, że przykląkłem nad przewróconym manekinem, bo bliżej szyb po obu stronach stały manekiny w neapolitańskich strojach, a ja między nimi. Wziąłem ją za przegub. Puls był nikły, ale tykał równo. Leżąc, pokazywała końce zębów i białka, jakby spała z niedomkniętymi oczami. Sto metrów dalej zajeżdżały pod pompę auta, potem od razu zakręcały i w białym kurzu wracały w huczący nurt del Sole. Tylko dwa samochody stały przed pawilonem – mój i dziewczyny. Powoli wyprostowałem się. Raz jeszcze spojrzałem na leżącą. Przedramię z wiotką kiścią, które puściłem, kłoniło się zwolnionym ruchem w bok. Kiedy pociągnęło za sobą ramię, ukazując jasne włoski obnażonej pachy, dostrzegłem tuż pod nimi dwa drobne znaki, jak zadrapania albo miniaturowy tatuaż. Widziałem kiedyś podobny u jeńców SS, ich runy. Ale było to raczej zwykłe znamię. Nogi drgnęły mi, by na powrót klęknąć, lecz powściągnąłem ten odruch. Poszedłem do wyjścia. Jakby podkreślając, że scena się skończyła, idące bezgłośnie schody stanęły. U progu obejrzałem się. Stos kolorowych balonów przesłaniał leżącą, ale zobaczyłem ją w dalekim telewizorze. Obraz drżał. Wydało mi się, że to ona drgnęła. Poczekałem dwie albo trzy sekundy. Nic. Szklane drzwi przepuściły mnie usłużnie. Przeskoczyłem wykop, wsiadłem do horneta i cofnąłem się, żeby zobaczyć rejestrację opla. Była niemiecka. W środku z barwnej mieszaniny rzeczy sterczał golfowy kij. Miałem nad czym myśleć, włączając się do ruchu. Wyglądało to na cichy atak epileptyczny, petit mal. Bywają takie, bez drgawek. Mogła poczuć zwiastuny i dlatego się zatrzymała, a kiedy weszła do pawilonu, traciła już przytomność. Stąd niewidzący wzrok i owadzi ruch palców drapiących kołnierzyk. Ale mogła to być też symulacja. Nie zauważyłem jej opla na trasie. Co prawda nie byłem zbyt uważny, a takich aut, białych o kanciastej linii, napotkałem sporo. Jak przez powiększające szkło oglądałem każdy zapamiętany szczegół. W pawilonie musiało być co najmniej dwóch, może i trzech sprzedawców. Wszyscy naraz poszli na drinka? Dziwne. Chociaż co prawda teraz i to możliwe. Poszli do kafejki, wiedząc, że o tej porze nikt do pawilonu nie zachodzi, a dziewczyna podjechała, bo wolała, żeby to ją naszło tam, a nie na stacji, nie chciała dać przedstawienia chłopcom w kombinezonach Supercortemaggiore. Jak naturalnie to się układało. Prawda? A nie nazbyt naturalnie? Była sama. Kto w takim położeniu jedzie sam? I co? Gdyby się ocknęła, nie odprowadziłbym jej do auta. Starałbym się jej wyperswadować dalszą jazdę. A więc? Radziłbym zostawić opla i przesiąść się do mnie. Każdy by tak postąpił. Na pewno bym tak zrobił, gdybym znalazł się tu jako turysta. Zrobiło mi się gorąco. Powinienem był zostać, żeby wplątać się w to – jeśli było w co się wplątać! Przecież po to tu byłem! Diabli! Coraz usilniej przekonywałem siebie, że doprawdy straciła przytomność, i coraz mniej byłem tego pewny. Nie tylko tego. Nie zostawia się w taki sposób handlowego pawilonu, toż to prawie dom towarowy. Chociaż kasjerka powinna tkwić na swoim miejscu. A kasa pusta. Co prawda całe wnętrze widać na przestrzał z kafejki, z drugiej strony wykopów. Któż mógł jednak wiedzieć, że tu zajadę? Nikt. A więc tak czy owak nie było to wymierzone we mnie. Anonimową ofiarą miałem zostać? Czyją właściwie? Jakże, sprzedawcy, kasjerka, dziewczyna – wszyscy w tej samej zmowie? To było mi już fantastyczne. Więc zwykły traf. I tak w kółko. Adams dojechał do Rzymu cały. I sam. A inni? Nagle przypomniałem sobie kij golfowy w oplu. Mocny Boże, przecież takie kije…
Postanowiłem wziąć się w garść, nawet jeśli się kompletnie zbłaźniłem. Jak zły, ale uparty aktor wróciłem do sknoconej roli. Na następnej stacji benzynowej poprosiłem, nie wysiadając, o dętkę. Przystojny brunet w overallu przyjrzał się moim kołom: pan ma bezdętkowe. Ale potrzebuję dętki! Płaciłem, patrząc ku autostradzie, żeby nie przegapić chryslera, ale go nie było. Dziewięć mil dalej zmieniłem dobre koło na rezerwę. Zmieniłem, bo Adams zmienił. Gdy przycupnąłem u podnośnika, żar uderzył na dobre. Podnośnik nieposmarowany skrzypiał, niewidzialne odrzutowce pruły niebo nad moją głową i te gromowe głosy przypominały mi okrętową artylerię kryjącą normandzki przyczółek. Skąd takie wspomnienie? Byłem i potem w Europie, ale jako oficjalny eksponat, co prawda drugiej klasy, bo rezerwowy, czyli prawie fikcyjny – członek marsjańskiego projektu. Europa prezentowała mi swój godny front, dopiero teraz poznawałem ją jeśli nie lepiej, to bez gali, śmierdzące moczem uliczki Neapolu, ich okropne prostytutki, hotel nawet, jeszcze pyszniący się gwiazdkami, murszał, obłazili go przekupnie, pornokino byłoby niegdyś nie do pomyślenia obok takiego przybytku. A może nie tak, może rację mieli ci, co mówili, że Europa rozkłada się od głowy, od góry? Blacha i narzędzia parzyły. Umyłem ręce kremem, wytarłem w kleenex i wsiadłem. Otwieranie flaszki ze schweppesem, którą kupiłem na stacji, trwało chwilę, bo zapodział mi się scyzoryk z otwieraczem, wreszcie łykałem gorzki płyn, myśląc o Randym, który gdzieś na trasie słyszał, jak piję. Zagłówek zdążył się rozgrzać od słońca i parzył. Miałem spieczoną skórę na karku. Na asfalcie u horyzontu pływały metaliczne lśnienia, jakby była tam woda. Czyżby grzmot? Tak. Grzmiało. Już chyba i przedtem, kiedy odleciały odrzutowce, ale każdy dźwięk słabszy od bliskiego grzmotu głuszył nieustanny pomruk autostrady. Teraz wybił się nad jej huczenie, nadłamywał niebo o jeszcze złotawych chmurach, ale to złoto naciągało nad górami zapiekłą żółcią.
Tablice zwiastowały Frosinone. Pot ściekał mi po plecach, jakby kto piórkiem wodził między łopatkami, a burza, teatralna jak Włosi, zamiast wziąć się do roboty, wygrażała hurkotaniem bez kropli deszczu. Ale siwawe grzywy szły jak jesienny dym przez krajobraz i widziałem nawet, wchodząc w rozciągły zakręt, miejsce, w którym nawisły skośnie tuman ściąga chmurę ku autostradzie. Z ulgą przywitałem rozpryski pierwszych grubych kropel na szybie. Nagle lunęło jak z cebra.
Szyba była istnym pobojowiskiem, nie puściłem więc od razu wycieraczek, wreszcie zeskrobały owadzi pomiot, wtedy wyłączyłem je i zjechałem na pobocze. Bitą godzinę miałem stać. Deszcz szedł falami, bębniąc po dachu, mijające mnie auta ciągnęły za sobą mętne pasy roziskrzonej wody i kotłowały deszcz, a ja oddychałem głęboko. Uchyloną szybą lało mi się ciurkiem na kolana. Zapaliłem papierosa, chowając w dłoni, by nie zamókł, nie smakował, mentolowy. Przejechał metaliczny chrysler, ale woda tak płynęła po szybach, że nie byłem pewien, czy to ten. Ciemniało coraz bardziej. Błyskawice, trzask jak dartej blachy, z nudów liczyłem czas od rozbłysku do huku, autostrada mruczała i szumiała, jakby nic nie było jej w stanie porazić. Wskazówki minęły siódmą – czas. Wylazłem z westchnieniem. Zimny tusz nie był zrazu przyjemny, ale wnet zrobiło mi się raźniej. Manipulowałem przy wycieraczkach, niby je naprawiając, popatrywałem przy tym na jezdnię, ale nikt się o mnie nie zatroszczył, policji też ani śladu. Przemoczony do ostatniej nitki wsiadłem i ruszyłem. Burza słabła, ale robiło się coraz ciemniej, za Frosinone nawet nie kropiło, asfalt wysychał, od kałuż na poboczach biło snującą się nisko białą parą, w którą wpadały światła reflektorów, aż zza chmur wyszło słońce, jakby krajobraz chciał w ostatniej chwili przed nocą ukazać się w nowym świetle. W różowym nieziemskim blasku zjechałem na parking mostowej restauracji Pavesiego, odlepiłem koszulę od ciała, żeby nie było znać czujników, i poszedłem na górę. Chryslera na postojowym placu nie zauważyłem. Na górze tłum bełkotał dziesięcioma językami i jadł, nie patrząc na auta, które gnały dołem jak kule w kręgielni. Zaszła we mnie, ani wiem kiedy, zmiana, uspokoiłem się, właściwie zrobiło mi się wszystko jedno, o dziewczynie pomyślałem tak, jakby to się przytrafiło przed laty, wypiłem dwie kawy, schweppesa z cytryną, może posiedziałbym dłużej w rozleniwieniu, ale przyszło mi do głowy, że konstrukcja jest żelbetowa, więc ekranuje i nie będą wiedzieli, jak się ma moje serce. Nie ma takich problemów między Houston i Księżycem. Wychodząc, umyłem w toalecie ręce i twarz. Przygładziłem włosy przed lustrem, patrząc na siebie raczej niechętnie, i w drogę.
Teraz miałem znowu mitrężyć. Jechałem, jakbym puścił wodze, a koń znał drogę. Nie podążyłem nigdzie myślami, nie śniłem na jawie, a tylko wyłączyłem się, jakby mnie nie było. Nazywałem to kiedyś „życiem kapusty”. Uwaga tlała przecież, bo zatrzymałem się podług rozkładu. Był to dobry postój. Stanąłem pod szczytem łagodnego wzgórza, tam, gdzie autostrada wcinała się w jego grzbiet geometrycznym wykopem. Przez to wycięcie jak przez wielką bramę mogłem sięgać oczami po horyzont, gdzie betonowy pas zdecydowanym rozmachem przechodził na wylot przez następny połogi garb. Wyglądało, jakby tutaj była szczerbina, a tam muszka. Przetarłem szyby, a że musiałem po to otworzyć kufer, bo skończył mi się kleenex, dotknąłem miękkiego dna walizki, gdzie ciężarem spoczywała broń. Jak w niewiadomej zmowie wszyscy jednocześnie prawie zapalali światła. Obejmowałem wzrokiem znaczną przestrzeń. Kierunek neapolitański jaśniał białymi smugami, a rzymski czerwieniał, jakby po drodze toczyły się czerwone węgielki. U dna kotliny hamowali i hamowanie to mżącą czerwienią dygotało wciąż na tym samym odcinku trasy – ładny przykład fali stojącej. Gdyby droga była ze trzy razy szersza, mogłoby to być w Teksasie albo w Montanie. Taki byłem sam, choć kilka kroków od drogi, że ogarnął mnie pogodny spokój. Ludzie tak jak kozy potrzebują trawy, ale nie wiedzą tego tak dobrze jak one. Gdy w niewidzialnym niebie przehuczał helikopter, odrzuciłem papierosa i wsiadłem do auta. We wnętrzu zachował się ostatek dziennego upału.
Za następnymi wzgórzami bezcieniowe jarzeniówki jęły zwiastować bliskość Rzymu. Miałem jednak dalszą drogę, bo musiałem okrążyć miasto. Mrok uniewidaczniał ludzi w autach, a zwały rzeczy na dachach czynił zagadkowymi kształtami. Wszystko stawało się ważne i anonimowe, pełne niedopowiedzeń, jakby u końca drogi znajdowały się niepojęcie doniosłe sprawy. Rezerwowy astronauta musi być choć w jednym calu świnią, bo coś czeka w nim na potknięcie tych właściwych, a jeżeli nie czeka, to osioł. Musiałem potem jeszcze raz stanąć, kawa, plimasina, schweppes, woda z lodem zrobiły swoje, wyszedłem poza obrys drogi i otoczenie zaskoczyło mnie – było tak, jakby nie tylko ruch znikł, ale i czas razem z nim. Odwrócony, czułem poprzez woń spalin w słabo łopocącym powietrzu woń kwiatów. Co bym zrobił, gdybym miał trzydzieści lat? Zamiast szukać odpowiedzi na takie pytania, lepiej zapiąć rozporek i jechać dalej. Kluczyk upadł mi w ciemność między pedały, szukałem go po omacku, bo nie chciało mi się świecić lampki w lusterku. Pojechałem dalej ani śpiący, ani trzeźwy, ani zły, ani spokojny – obcy, miękki jakiś i trochę zdziwiony. Masztowe światła wpływały przednią szybą, wybielały mi ręce na kierownicy i ściekały w tył, tablice z nazwami przesuwały się, jaśniejąc jak zjawy, a betonowe spoiny odzywały się miękkim bębnieniem. Teraz w prawo, na pierścień okołorzymski, żeby wjechać od północy, jak on. Nie myślałem o nim wcale, był jednym z jedenastu, przypadek zrządził, że właśnie po nim dostałem wszystkie rzeczy. Randy obstawał przy tym i miał zapewne rację. Jeśli już coś zrobić, to tak dokładnie, jak tylko można. A mnie świadomość, że używam koszul i walizek umarłego, była raczej obojętna, jeśli początkowo trudno mi to przychodziło, to tylko dlatego, że były to rzeczy obcego człowieka, a nie dlatego, że nie żył. Trafiały się długie odcinki prawie puste i wciąż mi się zdawało, że czegoś brakuje, przez opuszczone szyby wiało powietrze pełne woni kwitnienia, dobrze, że trawy udały się już na nocny spoczynek. Nawet nosem nie pociągałem. Psychologia psychologią, ale zadecydował katar. Tego byłem pewien, choć wmawiano mi, że nic podobnego. Racjonalnie rzecz biorąc, niby prawda, alboż na Marsie rośnie trawa? Więc uczulenie na pyłki nie jest żadnym mankamentem. Tak, ale gdzieś w rubrykach moich akt personalnych, w uwagach musiało być napisane „alergik”, a więc niepełnowartościowy. Jeśli taki, to rezerwowy, czyli ołówek, który ostrzy się najlepszymi narzędziami, żeby nim w końcu ani kropki nie postawić. Rezerwowy Krzysztof Kolumb, jak to brzmi.
Z przeciwnej strony szła długa kolumna, a każdy wóz oślepiał, zamykałem na przemian to prawe, to lewe oko. Czym nie zabłądził czasem? Jakoś nie zauważyłem zjazdu z autostrady. Naszła mnie obojętność: cóż więcej można, jechać w tę noc i tyle. W wysokim skośnym świetle zamajaczyła tablica ROMA TIBERINA. A więc już. Nocny Rzym zapełniał się światłami i ruchem, w miarę jak zbliżałem się do centrum. Dobrze, że hotele, które miałem kolejno odwiedzić, były blisko siebie. W każdym tylko ręce rozkładano – sezon, komplet, więc gramoliłem się z powrotem za kierownicę. W ostatnim hotelu był wolny pokój, zażądałem więc cichego, w oficynie, portier wytrzeszczył na mnie oczy, pokiwałem z ubolewaniem głową i wróciłem do auta.
Pusty chodnik przed „Hiltonem” zalewało rzęsiste światło. Wysiadając, nie dostrzegłem chryslera i ukłuła mnie myśl, że mogli mieć wypadek i dlatego nie widziałem ich po drodze. Zatrzasnąłem machinalnie drzwi i w odbiciu, które spłynęło po szybie, zobaczyłem z tyłu pysk chryslera. Stał za postojem, w półcieniu, między łańcuchami a znakiem zakazu. Ruszyłem do hotelu. Idąc, widziałem ciemne wnętrze auta jak puste, ale szyba była opuszczona do połowy. Gdy znajdowałem się o pięć kroków, zajarzył się tam punkcik papierosa. Chciałem skinąć im ręką, ale powstrzymałem się, drgnęła tylko, wsadziłem ją do kieszeni i wszedłem do hallu.
To był drobny incydent, powiększony tym, że zamknął się jeden rozdział i zaczynał następny, w chłodnym nocnym powietrzu wszystko stało się nadnaturalnie wyraziste: kadłuby aut na parkingu, mój krok, rysunek bruku, więc to, że nie mogłem ręką ruszyć w ich stronę, podrażniło mnie. Dotąd pilnowałem chronometrażu jak uczniak rozkładu zajęć, nie myślałem naprawdę o człowieku, który jechał przede mną tą drogą, tak samo stawał, pił kawę, krążył od hotelu do hotelu po nocnym Rzymie, żeby tę drogę zakończyć w „Hiltonie”, bo żywy z niego nie wyszedł. Teraz zamajaczyło mi w przyjętej roli coś urągliwego, jakbym wyzywał los.
Młody fagas, sztywny własną powagą, a może tylko kryjący rozespanie, wyszedł za mną do auta, brał urękawicznionymi rękami przykurzone walizki, uśmiechałem się bezmyślnie do jego błyszczących guzików. Hall był pusty, drugi dryblas wstawił mój bagaż do windy, która poniosła z dźwiękiem pozytywki. Był we mnie jeszcze rytm jazdy. Nie mogłem się go pozbyć, jak natrętnej melodii. Fagas stanął, otworzył podwójne drzwi, zaświecił kinkiety i sufitówki, gabinet, sypialnia, ułożył moje walizki i zostałem sam. Z Neapolu do Rzymu jest jak rękę podać, a jednak czułem zmęczenie, inne niż zwykle, napięte, i to było kolejnym zaskoczeniem. Jakbym wypił puszkę piwa łyżeczkami – trochę oszałamiającej czczości. Obszedłem pokoje, łóżko sięgało podłogi, nie trzeba bawić się w zaglądanie, otwierałem wszystkie szafy, dobrze wiedząc, że w żadnej nie znajdę skrytobójcy, gdybyż to było takie proste, ale robiłem to, co miałem zrobić. Podniosłem prześcieradła, materace podwójne, regulacja wezgłowia, jakoś nie wierzyłem, że nie wstanę z tego łóżka. Ejże? Człowiek jest urządzony niedemokratycznie. Centrum świadomości, głosy z lewej, z prawej to tylko malowany parlament, bo są katakumby, które nim trzęsą. Ewangelia według Freuda. Sprawdziłem klimatyzator, rozsunąłem i zasunąłem żaluzje, sufity były gładkie, jasne, nie jak w „Gospodzie pod Trzema Wiedźmami”. Jakie wyraźne, uczciwie makabryczne tam niebezpieczeństwo, baldachim łoża, który spadał na śpiącego i dusił go, a tu nie było ani baldachimu, ani zawiesistej romantyki. Fotele, biurko, dywany, wszystko dobrze ułożone, zwyczajna ekspozycja komfortu, czy wyłączyłem w aucie światła?
Okna wychodziły na inną stronę, nie mogłem go dostrzec, chyba tak, a jeśli zapomniałem, niech się Hertz martwi. Zaciągnąłem zasłony, rozebrałem się, niedbale rzucając spodnie, koszulę, już nagi odlepiłem uważnie czujnik. Po prysznicu trzeba go przylepić na nowo. Otworzyłem większą walizkę, pudełko z plastrami leżało na wierzchu, ale nie znalazłem nożyczek. Stałem pośrodku pokoju, czując lekki ucisk w głowie i puszystość dywanu stopami, prawda, wrzuciłem je do teczki. Szarpnąłem niecierpliwie zatrzask, razem z nożyczkami wypadła relikwia zamknięta w plastykowej szybce, żółta jak Sahara fotografia Sinus Aurorae, moje niedoszłe lądowisko numer jeden. Leżała na dywanie u moich bosych nóg, było to przykre, głupie i znaczące. Podniosłem ją, obejrzałem w białym świetle sufitówek, dziesiąty stopień szerokości północnej i pięćdziesiąty drugi długości wschodniej, u góry zaciek Bosporus Gemmatus, niżej formacja zwrotnikowa. Miejsca, po których mogłem chodzić. Stałem z tym zdjęciem, wreszcie, zamiast wsunąć je do teczki, położyłem obok telefonu na stoliku nocnym i poszedłem do łazienki.
Prysznic był znakomity, woda buchała setką gorących strumieni. Cywilizacja zaczyna się od bieżącej wody. Klozety króla Minosa na Krecie. Jakiś faraon kazał ulepić cegłę z brudu zeskrobywanego ze skóry za całego życia na własny wezgłówek w grobowcu. Obmywania zawsze są po trosze symboliczne.
Jako chłopiec nie myłem auta, gdy miało najmniejszy defekt, dopiero po naprawie przywracającej mu cześć woskowałem i polerowałem. A przecież co mogłem wtedy wiedzieć o symbolice czystości i nieczystości kołaczącej we wszystkich religiach? W apartamentach za dwieście dolarów szanuję tylko ich łazienki. Człowiek czuje się tak jak jego skóra. W całościennym lustrze widziałem mój namydlony tors z odciśniętym śladem elektrody, jakbym znów był w Houston, biodra białawe od pływek, zwiększyłem dopływ wody i rury zawyły żałobnie. Obliczenie krzywizn przepływu, które nigdy nie wpadają w rezonans, jest ponoć omal nierozwiązywalnym zadaniem hydrauliki. Ileż niepotrzebnych wiadomości. Wytarłem się, nie przebierając w ręcznikach, i poszedłem nagi do sypialni, zostawiając mokre ślady. Przylepiłem czujnik nasercowy i zamiast się położyć, usiadłem na łóżku. Dokonałem szybkiego obliczenia – wliczając zawartość termosu, co najmniej siedem kaw. Dawniej zasnąłbym jak suseł, ale poznałem już przewracanie się z boku na bok. Miałem w walizce seconal ukryty przed Randym, środek zalecany astronautom. Adams nie miał żadnego. Widocznie świetnie mu się spało. Zażyć teraz byłoby przecież nielojalnością. Zapomniałem zgasić światło w łazience. Podniosłem się, kości miałem niechętne. Apartament powiększył się w półmroku. Nagi, z łożem za plecami, stałem niezdecydowany. Prawda, trzeba zamknąć drzwi. Klucz ma zostać w zamku. 303 – ten sam numer. Zadbali o to. Więc co z tego? Szukałem w sobie strachu. Coś niewyraźnego, trochę wstyd, ale co robić – nie wiedziałem, skąd płynie niepokój, z perspektywy bezsennej nocy czy agonii? Wszyscy są przesądni, choć nie wszyscy o tym wiedzą. Jeszcze raz zlustrowałem otoczenie w świetle nocnej lampki – z nieukrywaną już nieufnością. Walizki były półotwarte, rzeczy leżały byle jak na fotelach. Istna próba generalna. Rewolwer? Idiotyzm. Potrząsnąłem litościwie głową nad sobą samym, leżąc już, zgasiłem nocne światło, rozluźniłem mięśnie i zacząłem miarowo oddychać.
Umiejętność zasypiania o wyznaczonej godzinie była istotną częścią zaprawy. Czy zresztą dwóch ludzi nie siedziało na dole w aucie, patrząc w oscyloskop, na którym moje płuca i serce rysowały świecącą linią każde poruszenie? Drzwi zamknięte od środka, hermetyczne okna, cóż mnie obchodzi, że on kładł się o tej samej godzinie do tego właśnie łóżka.
Różnica między „Hiltonem” a „Gospodą pod Trzema Wiedźmami” była niezaprzeczalna. Wyobraziłem sobie mój powrót. Niezapowiedziany zajeżdżam pod dom, albo lepiej, tylko pod aptekę, idę pieszo, jakbym wracał ze spaceru, chłopcy już po szkole widzą mnie z góry, rozdudnią się pod nimi schody – targnęło mną przypomnienie, że trzeba się jeszcze napić dżinu. Przez chwilę leżałem w wahaniu, podniósłszy się na łokciu, flaszka została w walizce, zwlokłem się z pościeli, po ciemku do stołu, wymacałem pod koszulami płaski kształt, nalałem do zakrętki, pociekło mi po palcach. Wychyliłem metalowy kubek do dna znów z głupim uczuciem aktora w amatorskiej sztuce. Robię, co mogę, usprawiedliwiałem się przed sobą. Wróciłem do łóżka niewidzialny, tors, ręce, nogi znikły, opalenizna zlewała się z ciemnością, tylko biodra majaczyły białawym pasem. Układałem się, alkohol grzał żołądek, palnąłem poduszkę pięścią: na to ci przyszło, rezerwowy. Naciągnąłem kołdrę i nuż do oddechów. Nadszedł stan półsnu, w którym uchodzące resztki czuwania może zdmuchnąć tylko bierność. Coś mi się już zwidywało. Latałem w powietrzu. Ciekawa rzecz, o takim szybowaniu śniłem tak samo jak przed pobytem na stacji. Jakby uparte katakumby mego mózgu nie chciały przyjąć do wiadomości żadnych korektur doświadczenia. Latanie we śnie jest sfałszowane, bo ciało zachowuje w nim normalną orientację, a ruchy rąk i nóg są również łatwe jak na jawie, choć bardziej płynne i lekkie. Naprawdę jest z tym całkiem inaczej. Mięśnie wpadają w kompletny zamęt. Chcesz coś odsunąć, tymczasem sam odlatujesz do tyłu, chcesz usiąść, a podciągasz nogi pod brodę – od nieostrożnego impetu można się i znokautować kolanami. Ciało zachowuje się jak opętane, a jest tylko rozpętane, wyzbyte zbawiennych oporów, które stawia mu zawsze Ziemia.
Zbudziłem się na wpół uduszony. Coś miękkiego, ale nieustępliwego udaremniało wetchnięcie powietrza. Zerwałem się z wyciągniętymi rękami, jakbym chciał chwycić tego, kto mnie dusił. Przytomniałem, siedząc z wysiłkiem, jakbym zdzierał z mózgu natrętną lepką powłokę. Przez szparę między zasłonami wpadał do pokoju rtęciowy poblask z ulicy. W jego mżeniu dostrzegłem, że jestem sam. Dalej nie mogłem oddychać, nos jak zabetonowany, usta spieczone, wyschły język. Musiałem potwornie chrapać. Wydało mi się, że właśnie to chrapanie dochodziło mnie przez ostatek snu, kiedy się już budziłem.
Trochę chwiejnie wstałem, bo choć zebrałem już zmysły, sen nadal wypełniał mnie jak nieruchomy ciężar. Pochyliłem się ostrożnie nad walizką, żeby sięgnąć na oślep do bocznej kieszeni za gumkę, która przytrzymywała fiolkę pyribenzaminy. Trawy musiały już kwitnąć i w Rzymie. Na południu zaczynają rudzieć pylnymi kitkami zawsze najwcześniej, a potem te fale płowienia rozchodzą się, zmierzając ku wyższym szerokościom, wie o tym każdy, kto ma w dożywociu gorączkę sienną. Była druga. Zaniepokoiłem się trochę, czy opiekunowie nie wyskoczą z auta, jeśli moje serce będzie im brykało w oscyloskopie, położyłem się więc na powrót, z twarzą bokiem na poduszce, bo tak najrychlej ustępuje wewnętrzne obrzmienie nosa. Leżałem jednym uchem wsłuchany w to, co za drzwiami, by się upewnić, że nie nadciąga nieproszona odsiecz. Panowała cisza i serce wróciło do zwykłego rytmu.
Nie wróciłem już do obrazu domu, bo nie chciałem, a może uznałem, że nie trzeba wciągać malców w tę sprawę. Nie zasnąć bez pomocy dzieci, rzeczywiście! Musi wystarczyć joga, zaadaptowana na użytek astronautów przez doktora Sharpa i jego pomocników. Znałem ją jak pacierz i zastosowałem z takim skutkiem, że mój nos zaświstał ugodowo, przepuszczając po trosze powietrze, a pyribenzamina, wyzbyta trzeźwiącego dodatku, wsączyła mi w mózg właściwą sobie, trochę jakby nieczystą, mętną senność i ani wiem, kiedy zasnąłem na dobre.
A teraz zagadki:
1/ Co to za książka? Proszę podać autora i tytuł, może też być rok wydania.
2/ Proszę przypomnieć pokrótce treść, a zwłaszcza rozwiązanie zagadki kryminalnej, z którą musi się uporać bohater książki.
3/ Czy osobie, która rozwiąże tę zagadkę, tak jak i mnie, wydaje się, iż była to powieść profetyczna i co ją wiąże z pierwszym kwartałem roku 2020? Proszę to uzasadnić.
Pierwsza prawidłowa odpowiedź na wszystkie pytania zostanie nagrodzona 🙂
Odpowiedź w komentarzach, ale na wszelki wypadek dopisuję podstawową odpowiedź również tu: Katar Stanisława Lema.
Niedawno świat (w każdym razie ten złapany w sieć) obiegło zdjęcie “nowej Wenus” neolitycznej, Wenus z Catalhüyuk. To niewielka miejscowość w Turcji.

Wykopaliska w tureckiej miejscowości Catalhüyuk zaczęto prowadzić 50 lat temu, jak jeszcze byłam studentką archeologii. Była to osada neolityczna, udowadniająca zaskakującą (wówczas) tezę, że rolnictwo nie narodziło się w żyznych, mlekiem i miodem płynących dolinach słynnych rzek starożytnych – Eufratu, Tygrysu, Nilu, lecz na górzystych terenach wysoko nad rzekami. Autor strony wykopalisk informuje, że Catalhüyuk jest jednym z najbardziej imponujących stanowisk archeologicznych na świecie.
Figurynka wykonana została z surowego marmuru i waży około kilograma. Została okrzyknięta sensacyjnym znaleziskiem, choć po prawdzie nie ma w niej nic sensacyjnego. Znalezisko nie otwiera nowej perspektywy badawczej, lecz potwierdza dawną, że mianowicie przedstawiciele kultur neolitycznych (młodszej epoki kamienia) na całym świecie tworzyli figurki kobiet o obfitych kształtach, symbolizujące rodzącą boginię matkę. Nazywa się je “Wenus”, a najsłynniejsza jest oczywiście Wenus z Willendorfu, co sprawia, że człowiek myśli, że jest jedyna. Tymczasem jest ich dużo.

W samym Catalhüyuk znaleziono już bardzo podobną kobiecą postać, siedzącą na tronie lwów, datowaną na okres 6 – 5,5 tysiąca lat przed naszą erą, co zresztą widać na załączonym wyżej obrazku.

Neolityczne kobiety…

Jeśli zastanawiacie się co się będzie działo 8 marca, to będzie się działo dużo! Między innymi o 16 będzie akcja!
#GlobalScream
8.3.2020 | 4 PM
Es every year, on the International Women’s Day (8.3.2020) there will be thousands of people on the streets worldwide, all protesting for the same, against the same, regardless of nationalities, location, gender, and ideological differences. Womxn of the World will fight for their rights.…

Oczywiście, jak zawsze, pierwszy był poeta
Tibor Jagielski
cisza w mediolanie
ta cisza jest inna
zwiastująca niebezpieczeństwo
zamykam się na cztery spusty
i czytam decamerone
tylko gołębie na placu del duomo
uwijają się jak gdyby nigdy nic
24.02.2020
Sejm RP
Choroba zakaźna COVID-19, wywołana przez koronawirusa SARS-CoV-2, pojawiła się w grudniu w Wuhanie w środkowych Chinach. Od 31 grudnia 2019 r. do 1 marca br. zanotowano 87 tys. 24 potwierdzonych przypadków COVID-19, w tym 2 tys. 979 zgonów – podał w niedzielę Główny Inspektorat Sanitarny.
2.03.2020
Tabor Regresywny
Co nam biednym ludziom pozostało, gdy medycyna rozkłada bezradnie ręce, gdy politycy jak zwykle coś kręcą, gdy biznes liczy straty, a spekulanci zyski? Nam biedakom nie pozostaje nic innego, jak odwołać się do średniowiecznych sposobów i wyruszyć na pielgrzymkę. Pytanie tylko dokąd? Miejsc świętych już nie ma, Ziemia Święta wcale nie jest taka święta. Może do Wałkonii, krainy wolnej od śmieci, bo nikt ich nie produkuje, wszyscy się wałkonią.
Przyjechałem kiedyś moim wozem na konferencję pt. Koniec świata i co dalej? Konferencję zorganizował Papieski Uniwersytet Teologiczny w Krakowie. Po wystąpieniach plenarnych były pytania z sali. Zabrałem głos jako ostatni:
– Przyjechałem tu z Ławicy, małej wioski w Kotlinie Kłodzkiej. Proszę moją wypowiedź traktować jako wypowiedź wieśniaka z Ławicy. Mam taki problem. Spytałem syna, kim chciałby być, jakby nie był tym kim jest. Odpowiedział: wałkoniem. On jest wybitnym wałkoniem amatorem. Potrafi przez kilka miesięcy włóczyć się po Europie, ale przez resztę roku ciężko na to pracuje. A ja bym chciał, żeby przeszedł na zawodostwo, rzucił pracę i żył z emerytury babci. Ale jeden warunek. Babcia ma być przeszczęśliwa. Ani syna, ani teściowej nie mogę do tego przekonać. Możecie mi pomóc, jakoś teoretycznie to uzasadnić? Wszystkich zatkało. Jakiś dr ksiądz czegoś nauczał, że może na innej uczelni za pieniądze mi pomogą. Atmosfera robiła się nieprzyjemna. Wtedy wstał wysoki mężczyzna z imponującą łysiną i odwracając się do mnie powiedział.
– To jest cynizm. To jest cynizm w tym najpiękniejszym Greckim wydaniu, za którym kryje się głęboka etyka. Ja panu bardzo dziękuję za tę wypowiedź.
Na dworzec wracałem w towarzystwie dwóch kobiet, wózek ciągnął syn jednej z nich. Corona wirus jest tak skonstruowany, że najwieksze żniwo zbiera wśród emerytów i rencistów. Nie mam zamiaru oddawać emerytury bez walki. Żal mi tylko młodzieży, dla której może nie starczyć. Na waszym miejscu postawiłbym ultimatum. Najpierw emerytura a potem praca. Jak sie nie zgodzą, to chodźcie z nami.
03.03.2020
TIP (Jacek Slaski)

Kwarantanna w Berlinie. Planszówki, telewizja, wyspać się (Zachód). Piec ciasteczka z dziećmi, ćwiczyć na skrzypcach. Spandau (Szpandawa). Chleb chrupki, zupki w proszku. Panika. Seks, poliamoria. No sex, please. Wina Merkel (być może po polsku powinno się przetłumaczyć jako Wina Tuska). Prywatnym samolotem na prywatną wyspę. Queer-Sex. Marihuana i play station. Planszówki, telewizja, wyspać się (Wschód).

Jak chomikuje Berlin? Piwo, chipsy, karma dla psów (Zachód). Tofu, soja, mieszkanie na poddaszu. Spandau (Szpandawa). Czerwone wino, krakersy serowe. Sushi & szampan. Olewam. Chomiki. Płaski ekran 70 cali. Wołowina z Kobo i Dom Perignon. Kondomy. Karty pamięci i orientalne klopsiki. Piwo, chipsy, karma dla psów (Wschód).
Berliner Zeitung, Pieniądze albo będę kichał…

Znalezione na Facebooku. Ula Ptak. Zdjęcie zrobione w metrze. Zakupy jakiejś syryjskiej współpasażerki.
Urzędy
Szkoła zamknięta. W Berlinie już trzy szkoły zamknięto. Ale może tylko dwie. Prasa podaje różne wersje.

Pracuję w ministerstwie. Na korytarzu przy wejściu ustawiono przenośny dezynfekator rąk. Ale nikt nie kontroluje, czy go używamy.
Ktoś z rodziny jest w szpitalu. Poszłam go odwiedzić. Ani lekarze i personel, ani pacjenci nie noszą masek. Dezynfekatory w każdym pokoju, ale tu też nikt nie kontroluje, czy się dezynfekuje ręce.
Odwołano Festiwal książki w Lipsku, berlińskie Targi Turystyczne i wycieczkę z Nowego Targu.
My
Jadę metrem. Obok mnie siedzi młoda dziewczyna, widzę miodowego koloru płaszczyk, cienkie czarne rajstopy i gładkie czarne włosy. W pewnej chwili dziewczyna zaczyna kaszleć. Rzucam okiem na jej twarz. Być może azjatycka, ale może “tylko” ukraińska lub serbska. Patrzę na kobietę, która siedzi naprzeciwko. Uśmiechamy się do siebie. Smutno. No bo nawet jeśli to Chinka, nawet jeśli kaszle, bo jest chora, nawet jeśli właśnie nas zaraża, to co my możemy w tej sytuacji zrobić? Co w ogóle możemy my, ludzie, z tym zrobić?
Pancernik

Podobno tym razem to on, ale może zresztą nie on, wyprodukował wirusa. Mały pancernik. Zwierzę pod całkowitą ochroną. Mimo to łapie się go, zabija i zjada. Bo smaczny i bo wzmacnia potencję. Jeśli to naprawdę on, to jest to wręcz symboliczne. Nasza żarłoczność i nasz niepohamowany popęd seksualny jako przyczyna epidemii. Czy to Apokalipsa? Czy to wojna światów? W imieniu Natury, w imieniu Ziemi, pancernik rozpoczął z nami wojnę. Aurora? Pancernik Potiomkin? Schleswig-Holstein?
Materiały źródłowe
wolnelektury.pl
Giovanni Boccaccio, Dekameron
Tłumaczył Edward Boyé
Zaczyna się księga Dekameron, w której zawiera się sto nowel, opowiedzianych przez siedem białogłów i trzech młodzieńców.
Zaczyna się pierwszy dzień Dekameronu, w którym po wyjaśnieniach autora, dla jakiej przyczyny osoby, mające następnie wystąpić, zebrały się tutaj i gawędzą społem, pod przewodem Pampinei rozprawia się o tym, co każdemu najbardziej przypada do smaku.
Ilokrotnie, miłe damy, pomyślę o wrodzonym wam współczuciu, zaraz wystawiam sobie, że dzieło niniejsze będzie miało dla was smutny i przykry początek. Zaczyna się ono bowiem od wspomnienia morowej zarazy, strasznej i żałosnej dla każdego, kto był jej świadkiem albo też jakimkolwiek sposobem o niej uznał. Nie chciałbym jednak, abyście przeraziły się, nim czytać poczniecie, i pomyślały, że przez cały czas czytania płakać i wzdychać będziecie. Niechajże ów smutny początek będzie dla was tym samym, czym dla wędrowców stroma i spadzista góra, za którą skrywa się miła i piękna równina. Im trudniejsze było wejście i zejście, tym słodsze jest później odetchnienie.
Nieskończona radość boleścią się kończy, a po boleści znów radość nastaje. Po tym krótkotrwałym smutku (mówię krótkotrwałym, bowiem w niewielu słowach on się wyraża) wkrótce nastąpi wesele i radość, które wam już przyobiecałem. Bez stosownego uprzedzenia, po tak posępnym początku, nie mogłybyście wróżyć sobie później nijakiego ukontentowania. Gdyby to możliwe było, powiódłbym was tam, gdzie chcę, całkiem inną drogą niż tą kamienistą ścieżką. Aliści, nie dotknąwszy tego wspomnienia, objaśnić bym wam nie mógł, jakim sposobem zdarzyły się te rzeczy, o których czytać będziecie; zatem k’temu konieczność mnie czysta przywodzi.
Niemcy za eutanazją
Niemiecki Trybunał Konstytucyjny ogłosił w środę, 26 lutego: „Istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci”.
Tekst za audycją radia Deutsche Welle z własnymi uzupełnieniami.
Niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe orzekł, że wprowadzony w 2015 roku w Niemczech zakaz komercyjnego udzielania pomocy w samobójstwie jest niezgodny z niemiecką ustawą zasadniczą. Paragraf 217 Kodeksu Karnego został w roku 2015 przyjęty i natychmiast zaskarżony przez osoby oczekujące pomocy w dobrowolnej śmierci, organizacje zajmujące się umożliwianiem samobójstwa, a także lekarzy. Ci zwracali uwagę, że mogą zostać uznani za przestępców prowadząc niektóre postępowania w medycynie paliatywnej wobec nieuleczalnie chorych. Część z nich domagała się też prawa do udostępnienia chorym, w ściśle określonych przypadkach, preparatów powodujących śmierć.
Trzy dni temu sąd przyznał im rację:
Przewodniczący Trybunału, prof. Andreas Vosskuhle, argumentował, że istnieje prawo do samostanowienia o własnej śmierci. Obejmuje to także wolność wyboru co do odebrania sobie życia i skorzystania przy tym z pomocy innych. Paragraf 217 w dużej mierze to uniemożliwiał.
Uściślijmy – samobójstwo jako takie nie jest w Niemczech karalne, karze podlegała pomoc ze strony osób trzecich, lekarzy, instytucji niosących pomoc. Karze nie podlegała jedynie najbliższa rodzina ciężko chorych, która udzieliłaby takiej pomocy. Wspomaganie samobójstwa noszące znamiona działalności gospodarczej zagrożone jest w Niemczech karą grzywny albo pozbawienia wolności do 3 lat.
W Niemczech zakazana pozostaje aktywna pomoc w samobójstwie – na przykład zaaplikowanie nieuleczalnie chorej osobie zabójczej substancji. Traktowane jest to jak zabójstwo na żądanie. Osoba, która chce skończyć z własnym życiem, musi przyjąć substancję samodzielnie. Tym niemniej, zdaniem sędziów, i państwo, i społeczeństwo muszą zaakceptować indywidualną decyzję człowieka, który nie chce już żyć.
Przypomnijmy dla jasności, że już teraz, jeśli istniało podpisane i prawomocne oświadczenie woli pacjenta, lekarze mogli zrezygnować z dalszego leczenia osób śmiertelnie chorych, poprzestając tylko na stosowaniu medycyny paliatywnej.
Wyrok Trybunału w Karlsruhe ostro skrytykowały Kościoły katolicki i ewangelicki, co jest oczywiście zrozumiałe i zgodne z ich instytucjonalnym sumieniem. Podobnie jak w sprawie aborcji czy małżeństw nieheteronormatywnych Kościoły mają prawo, a nawet obowiązek protestowania w sprawach całkowicie niezgodnych z ich kodeksem. Tak dzieje się na całym świecie, również w Niemczech i w Polsce. Różnica pomiędzy oboma krajami jest TYLKO taka, że w Polsce protest Kościoła stanowi prawo świeckie, a w Niemczech nie. Tyle i TYLKO tyle.
Badania wykazują, że większość Niemców popiera eutanazję w uzasadnionych wypadkach. Cztery z pięciu ankietowanych osób (81 procent) jest za tym, by pozwolić lekarzom na pomoc przy samobójstwie ciężko chorych osób. Oczywiście nadal podejmowanie decyzji wyrażającej zgodę na śmierć innej osoby pozostaje bardzo trudnym dylematem, z którym przychodzi się zetknąć nie tylko rodzinom osób chorych, starych i niedołężnych, ale i prawodawcy. Gdy pięć lat temu parlament niemiecki dyskutował na temat wprowadzenia paragrafu 2017 do Kodeksu Karnego, posłowie zwolnieni zostali z obowiązku głosowania zgodnie z interesem partii, którą reprezentują – mogli zatem głosować w zgodzie z własnym sumieniem. I zagłosowali w obronie życia za wszelką cenę. Teraz TK zadecydował za nich, stawiając indywidualne prawo człowieka do decydowania o swoim życiu PONAD przekonaniami ogółu.
Oczywiście nie oznacza to, że od teraz społeczeństwo niemieckie będzie zmuszało ludzi do samobójstwa, a jak sądzę tak właśnie zostanie to prawo zinterpretowane w Polsce. Podobnie jak prawo do aborcji nie zmusza kobiet do usuwania ciąży, ani nie zachęca instytucji państwowych i społecznych, by ją promowały, a wychowanie seksualne dzieci nie skłania ani tym bardziej nie zmusza do uprawiania seksu, tak prawo do udzielania pomocy w popełnieniu samobójstwa nie oznacza, że za chwilę będziemy mogli umierać na własne życzenie, kupując ampułkę z trucizną w kiosku na rogu.
Oznacza to jednak, że działające w Niemczech organizacje pomocy nieuleczalnie chorym będą działały legalnie, tak jak to ma miejsce w Szwajcarii. Przypuszcza się też, że podobnie jak w przypadku aborcji, przepisy wykonawcze zażądają przymusowego poradnictwa medycznego i psychologicznego. Ale nie wolno już nikomu zakazać udzielania choremu pomocy.
Prezydent Trybunału wyraził to jasno. “Gdy chory podejmuje decyzję, że chce umrzeć, możemy próbować go przekonać, ale ostatecznie musimy uznać jego wolne prawo do decydowania o sobie.”
Fantastyczna decyzja. Dzięki TK!
Dodam jeszcze, że w sprawie prawa do samobójstwa wykazuję zdumiewającą wręcz stałość poglądów. Pamiętam, że w X klasie liceum, gdy przerabialiśmy Martina Edena, nasza wspaniała polonistka, Halinka Mierzwińska, podzieliła klasę na pół i kazała nam dyskutować za i przeciw samobójstwu. Gdyby się okazało, w co oczywiście nie wierzę, że nie pamiętacie o co chodzi, przypomnę, że Martin Eden jest alter ego autora i przechodzi podobną drogę jak London, z biedy do zaszczytów zdobytych dzięki pisaniu. Z tą jednak różnicą, że Martin Eden popełnia samobójstwo, podczas gdy London żyje nadal i jeszcze przez siedem lat beztrosko zapija się na śmierć. Umiera w wieku lat 40, przy czym nie jest do końca jasne, czy tym razem faktycznie popełnił samobójstwo, czy umarł na uremię, której nabawił się pijąc na umór. Na umór czyli na śmierć.
Ciekawe, że Halinka podzieliła nas niejako automatycznie, ci od okna byli przeciw samobójstwu, ci od ściany – za. Każda grupa wybrała swojego speakera. Ci od okna wybrali Władka Jagielskiego, ci od ściany – mnie. I starliśmy się jak dwa na dwóch planetach władające bogi, na śmierć i życie. On przeciw prawu do jakiegokolwiek ingerowania człowieka w boski plan, ja za absolutną wolnością decyzji każdego z nas.
Minęło ponad pół wieku. Ja nie zmieniłam poglądów. A Władek?
For Marta J.L.
with two pics she made in USA
William Merrit Chase (1849-1916), The Yield of the waters, Carnegie Museum of Art
Rebecca Hahn
Tinte, Tarnung und Tentakel
Ihre größten Vertreter hielt man einst für Meeresungeheuer, heute diskutiert man die Möglichkeit, sie könnten aus dem All gekommen sein. Ein Blick auf die Erforschung der Tintenfische.
Eine unheimliche Begegnung hatten Wissenschaftler der amerikanischen National Oceanic and Atmospheric Administration im Juni vergangenen Jahres im Golf von Mexiko. Etwa 160 Kilometer vor New Orleans hatten sie eine Spezialkamera im Wasser versenkt. Mit rotierenden Lichtimpulsen sollte das Gerät Tiefseebewohner anlocken. 120 Stunden Filmmaterial hatten die Forscher schon gesammelt, als sich plötzlich ein heller Wurm aus dem Dunkel schlängelte. Erst im Näherkommen fächerte das Tier seine Arme auf und gab sich als drei bis vier Meter langer junger Riesenkalmar zu erkennen. Seine Arme umwickelten den Lichtköder und umspielten ihn mit ihren Saugnäpfen. Dann aber erkannte das Tier, dass es nicht auf essbare Beute gestoßen war und schoss zurück in die Schwärze.
Über Architeuthis dux, den Riesenkalmar, ist nur wenig bekannt; und auch seine anderen Verwandten aus der Klasse der Kopffüßer, wie Kraken und Sepien, muten zuweilen recht außerirdisch an. Dabei leben die sogenannten Cephalopoden in allen Weltmeeren bis hinunter zur Antarktis. Sie bewohnen flache Korallenriffe, die freie Wassersäule der Tiefsee und die Räume unter dem Meereis der Polargebiete. Sie sind Meister der Tarnung, haben drei Herzen und blaues Blut, werden selten älter als zwei Jahre und verfügen dennoch – als einzige Weichtiere – über ein großes und komplexes Gehirn. „Sie sind intelligent, bunt, schnell, raffiniert, merkwürdig und inspirierend“, schreiben die Meeresbiologen Roger Hanlon, Mike Vecchione und Louise Allcock in ihrem Buch „Octopus, Squid & Cuttlefish“. Neurowissenschaftler und Biologen erhoffen sich von der Erforschung der Kopffüßer tiefgreifende Einblicke in die Evolution, aber auch Astrobiologen interessieren sich für die irdischen Aliens.
Der Riesenkalmar spukte schon durch die Phantasie der Menschen, als noch lange nicht wissenschaftlich gesichert war, dass er überhaupt existiert. Verborgen im Dunkel der Tiefsee, so erzählten sich die frühen nordischen Seefahrer, lauere „der Krake” – ein Monster, so gewaltig und furchterregend wie kein anderes Meeresungeheuer. Von Norwegen über Island bis nach Grönland erstrecke sich sein Reich. Die Kreatur sei so groß wie eine Insel und könne ganze Schiffe packen und in den Abgrund reißen. Oder sie umkreise ihre Beute so lange, bis sich ein Strudel auftäte, in dem Mann und Schiff versänken.
Schon in einer um das Jahr 1180 verfassten Saga über den norwegischen König Sverre Sigurdsson kämpft dieser – neben weiteren Meeresungeheuern – gegen einen Riesenkraken. Über die Jahre wurde die Legende von dem vielarmigen Monster so oft wiederholt, dass der Krake sogar Eingang in Carl von Linnés 1735 erstmals veröffentlichte Systema Naturae fand. In der ersten Ausgabe seines Werks zur wissenschaftlichen Klassifizierung von Tieren, Pflanzen und Mineralien hielt der schwedische Naturforscher den Riesenkraken unter der Bezeichnung Microcosmus marinus fest. Im Bemühen zur Wissenschaftlichkeit entfernte von Linné das mystische Wesen in den späteren Ausgaben jedoch wieder. Erst über hundert Jahre später sollte sich herausstellen, dass der Krake durchaus ein Teil der realen Tierwelt ist.
Im 19. Jahrhundert sammelte der dänische Forscher Japetus Steenstrup alle Hinweise auf den Riesenkraken, die er nur finden konnte. Aus heutiger Sicht war Steenstrup damit einer der ersten Kryptozoologen, die versuchen, die Existenz von Fabelwesen zu beweisen. Obwohl die anderen Wissenschaftler seiner Zeit den Riesenkraken für ein Hirngespinst hielten, ließ Steenstrup nicht von der Sache ab. Er stöberte alte Bilder von seltsam unförmigen großen „Fischen“ auf, die er als Kopffüßer identifizierte. Um seine Theorie zu belegen, reichten ein paar alte Gemälde aber nicht aus.
1854 spülte der Zufall schließlich den entscheidenden Beweis an: Fischer entdeckten an einem Strand in Jütland den Kadaver eines riesigen unbekannten Tieres. Sein Fleisch verarbeiteten sie zu Fischfutter, aber der Schnabel gelangte in Steenstrups Hände. Damit konnte dieser in einem Vortrag vor der Dänischen Naturhistorischen Gesellschaft erstmals die Existenz des sagenumwobenen Riesenkraken belegen, der seither unter seinem wissenschaftlichen Namen Architeuthis dux bekannt ist.
Taxonomisch gesehen handelt es sich allerdings nicht um einen Kraken, sondern um einen Kalmar. Erkennen lässt sich das an der Anzahl der Arme: Kraken sind achtarmig, Kalmare haben neben ihren acht Armen noch zwei lange Tentakel. Beide gehören, wie auch die zehnarmigen Sepien, zur Unterklasse der Tintenfische. Zur entfernteren Kopffüßer-Verwandtschaft zählen die ausgestorbenen Ammoniten und Bactriten sowie die Perlboote, die einzigen noch heute lebenden Cephalopoden, die ihren Körper mit einer Schale schützen. Zu ihnen gehört unter anderem Nautilus mit seinem charakteristischen, spiralförmig aufgedrehten Gehäuse. Diese Art bewohnt die Hänge von Korallenriffen und bewegt sich zwischen siebzig und siebenhundert Meter Tiefe – noch weiter unten würde der Wasserdruck ihre Schale zerbrechen.
Ihre schalenlosen Verwandten sind da flexibler: Selbst im Abyssal, jenem lichtlosen Bereich der Tiefsee zwischen zweitausend und sechstausend Meter unter dem Meeresspiegel, kommen noch Oktopus-Arten vor. Die größte Vielfalt an Kopffüßern ist tagsüber zwischen zweihundert und tausend Meter zu finden. Dort leben die meisten Kalmar-Arten nebst einigen anderen Cephalopoden. Auch Architeuthis dux bewohnt diese lichtlose, schwer zugängliche Zone, weshalb Wissenschaftler bisher meist nur Reste angespülter Kadaver untersuchen konnten. Seit Schleppnetze bis in die tieferen Stockwerke der Ozeane vordringen, verfangen sich auch Riesenkalmare darin. Für Seafood-Liebhaber sind sie indes kein lohnender Fang. Wie fast jede zweite Kalmar-Art lagern die Riesenkalmare Ammoniak in ihrem Gewebe ein, das ihnen anstelle einer Schwimmblase Auftrieb verleiht.
Über frischen Architeuthis im Beifang freuten sich aber kürzlich Wissenschaftler der Universität Kopenhagen aus anderen Gründen. Dank der unverdorbenen Gewebeproben konnten sie erstmals das Genom eines Riesenkalmars sequenzieren und mit Gendaten aus Gewebeproben anderer, verwandter Kalmarspezies vergleichen. Die Forscher trieb die Frage um, wie der Riesenkalmar zu seiner gewaltigen Größe kam. Ausgewachsen wird Architeuthis dux vermutlich zwischen zehn und zwölf Meter lang. Genau lässt sich das wegen der Dehnbarkeit seiner Arme schlecht bestimmen. Allein der Kopf aber wird einen Meter lang und bietet Platz für zwei tellergroße Augen.
Wie die Mitte Januar in GigaScience veröffentlichte Studie der Kopenhagener Forscher zeigte, besteht das Genom des Riesenkalmars aus rund 2,7 Milliarden Basenpaaren, das sind 90 Prozent der Größe des menschlichen Erbgutes. Über die Körpergröße des Tiers sagt das aber noch nichts. Zwar half vielen Wirbeltieren die Verdopplung ihres Genoms im Verlauf der Evolution, größer zu werden. Ein ähnlicher Prozess scheint sich bei Riesenkalmaren aber nicht vollzogen zu haben, ergab die Untersuchung.
Das Geheimnis der Größe des Riesenkalmars lüfteten die Forscher zwar nicht, dafür entdeckten sie etwas anderes: über hundert Gene aus der Familie der Protocadherine. Diese seien wichtig, um ein komplexes Gehirn korrekt zu verdrahten, so die Autoren der Studie. Bis vor einigen Jahren war man noch davon ausgegangen, dass diese Gene nur bei Wirbeltieren vorkommen. Die Wissenschaftler hoffen nun, dem Riesenkalmar-Genom durch weitere Analysen noch mehr Informationen über die Entwicklung der Kopffüßer zu entlocken.
Die meisten Cephalopoden sind deutlich kleiner als Architeuthis dux. Einige Oktopoden etwa werden nur wenige Zentimeter groß. Ob winzig oder riesig, alle Kopffüßer teilen grob den gleichen Körperbauplan: Wie ihr Name vermuten lässt, hängen die Füße beziehungsweise Arme der Cephalopoden direkt am Kopf. In ihrer Mitte liegt der Mund, der mit einem papageienartigen Schnabel bewehrt ist. Die meisten Kopffüßer ernähren sich von kleineren Weichtieren, Fischen oder Krustentieren. Dabei kauen sie ihre Nahrung nicht, sondern raspeln sie klein: Ihre Zunge ist mit vielen kleinen Zähnen besetzt und sorgt dafür, dass die Nahrung als feiner Brei im Magen ankommt. Und das ist auch nötig, denn die Speiseröhre führt mitten durch das Gehirn. Ein zu hastig verschlungener Brocken könnte da leicht stecken bleiben.
Der zentrale Teil des Gehirns macht bei Kopffüßern aber nur etwa ein Drittel des Nervensystems aus. Der Rest erstreckt sich bis an die äußersten Spitzen ihrer Tentakel. Etwa sechzig Prozent der Neuronen verteilen sich auf Arme, Haut und andere Organe. Es wurden schon abgetrennte Krakenarme beobachtet, die dank ihrer Ausstattung mit Nervenzellen noch einige Zeit eigenständig ihrer Wege gingen – ein guter Täuschkörper, wenn der Rest des Tiers gerade vor einem Angreifer flüchten muss. Für die Cephalopoden ist die weiträumige Verteilung ihres Nervensystems aber auch aus anderen Gründen sinnvoll. Ihre Arme sind regelrechte Multifunktionswerkzeuge. Sie können Gegenstände ergreifen und festhalten; manche Arten laufen damit auch über den Meeresboden; und die Saugnäpfe an den Armen sind mit Sinneszellen ausgestattet, mit denen die Tiere fühlen und schmecken können.
Das Leben der meisten Kopffüßer – den auch sonst gemächlichen Nautilus, der bis zu zwanzig Jahre alt werden kann, ausgenommen – ist schnell und kurz. Kaum eine Spezies wird älter als zwei Jahre. Um ihre teils beachtliche Größe zu erreichen, müssen manche Arten ihr Gewicht daher anfangs jede Woche verdoppeln. Ihr Stoffwechsel läuft auf Hochtouren; ein hoher Blutdruck ist bei Cephalopoden nicht krankhaft, sondern der Normalzustand. Zwei zusätzliche kleine Kiemenherzen pumpen das Blut zu den Kiemen, wo es mit Sauerstoff angereichert wird. Dieser bindet bei Kopffüßern nicht an eisenhaltiges Hämoglobin, sondern an Hämocyanin, ein Proteinkomplex, der um zwei Kupferatome gebaut ist. Daher ist das Blut eines Kopffüßers blau gefärbt. Das dritte, sogenannte systemische Herz pumpt das sauerstoffreiche Blut anschließend in den Rest des Körpers.
Anders als Wirbeltiere sind Kopffüßer in ihrer Bewegungsfreiheit nicht durch Gelenke und ein starres Skelett eingeschränkt. Sie können ihre Arme in jede erdenkliche Richtung bewegen. Das gelingt ihnen dank einer Technik, die sich „muskuläres Hydrostat“ nennt. Das Prinzip ist das gleiche wie bei der menschlichen Zunge oder dem Rüssel von Elefanten. Statt an einem Knochen verankert zu sein, verdrehen sich die Muskeln umeinander und ermöglichen so eine Vielzahl von Bewegungen. Doch wie koordinieren Tintenfische ihre vielen Arme? Entscheidend hierfür ist wieder das komplizierte Nervenkostüm der Cephalopoden: Die Arme scheinen über einen eigenen Nervenring zu verfügen, der am zentralen Gehirn vorbeiführt. So können die Anhängsel untereinander kommunizieren, ohne dass es dem Gehirn immer bewusst sein muss. Selbst wenn Letzteres gerade nicht weiß, wo sich einer der Arme befindet, wissen es die anderen Arme, so dass sich die Tentakel nicht versehentlich verknoten.
Feinabstimmung ist auch bei der Tarnung gefragt. Viele Oktopus-Arten leben in flachen Gewässern, in Korallenriffen etwa oder Seegraswiesen. Um Angreifern zu entgehen, haben sie gelernt, sich perfekt zu tarnen. Oktopoden können zum Beispiel die Textur ihrer Haut ändern, indem sie kleine Regionen darin, die sogenannten Papillae, zusammenziehen oder wieder entspannen. An diesen Stellen verlaufen die Muskelfasern wie in einem runden Spinnennetz. Werden sie zusammengezogen, stülpt sich das weiche Gewebe im Zentrum der Papillae zu kleinen Beulen auf. So können Oktopoden sich zum Beispiel optisch an die komplexe Oberfläche einiger Korallenarten anpassen.
Forscher der Cornell University ließen sich vor drei Jahren von der Haut der achtarmigen Tintenfische inspirieren und entwickelten ein Material, das sich ähnlich flexibel verformen lässt. Gesponsert wurde das Projekt durch das Recherchebüro der U.S. Army – wohl in der Hoffnung, mit dem Material künftig Militärfahrzeuge besser tarnen zu können. Aber auch Frachtkosten könnten durch die künstliche Oktopus-Haut verringert werden, sagte Robert Shepherd, der die Forschung leitete. Material könne als flaches Tuch transportiert werden und sich erst am Einsatzort zu seiner dreidimensionalen Form auffalten. Ganz so ausgefeilt wie die Haut der Kopffüßer ist das künstliche Gewebe aber noch nicht: Bislang kann das Material nur eine einzige, vorbestimmte Form annehmen.
Cephalopoden ahmen bei ihrer Tarnung nicht nur die Gestalt des Untergrunds nach, sondern auch dessen Farbe. Ähnlich den Pixeln eines Bildschirms enthält die Haut von Tintenfischen Millionen von Farbzellen, die sogenannten Chromatophoren. Im Grunde handelt es sich dabei um kleine elastische Farbbeutel, die durch Muskelzellen je nach Bedarf zusammengezogen oder ausgedehnt werden können. Je nach Spezies können die Farbpigmente rot, braun oder gelb sein. Dank einer zweiten Hautschicht stehen den Tintenfischen aber noch viel mehr Farben zur Verfügung: Unter den Farbzellen liegen die sogenannten Iridophoren. Sie werfen – ähnlich wie eine metallische Oberfläche – das Umgebungslicht zurück und beeinflussen damit den Kontrast und die Farben der Chromatophoren. Eine dritte, tiefer liegende Schicht aus weißen Zellen kann den Kontrast zusätzlich verstärken.
Die gesamte Umfärbung dauert oft nur den Bruchteil einer Sekunde – ein Chamäleon ändert seine Musterung im Vergleich dazu in Zeitlupe. Entscheidend für die farbliche Tarnung ist das Sehvermögen der Kopffüßer. Ihre Augen sind ähnlich aufgebaut wie die der Wirbeltiere einschließlich des Menschen und liefern präzise Bilder der Umgebung. Auch im Dunkeln können Cephalopoden gut sehen. Wie eine 2015 im Journal of Experimental Biology veröffentlichte Studie zeigte, enthält zusätzlich zu den Augen auch die Kopffüßer-Haut lichtempfindliche Moleküle. Die Haut liefert dadurch zwar kein detailgetreues Bild der Umgebung, hilft aber vermutlich dabei, das Umgebungslicht wahrzunehmen und so die Tarnung noch besser abzustimmen. Wie genau den Kopffüßern allerdings der Farbenmix gelingt, ist unklar. Denn die Tiere sind wahrscheinlich farbenblind.
Schlägt die Täuschung doch einmal fehl, strecken Cephalopoden entweder ihre Arme aus und machen sich groß, um ihre Feinde abzuschrecken. Oder sie setzen auf einen schnellen Rückzug: Angreifer werden in diesem Fall mit einer großen Portion Tinte im Wasser abgelenkt, die in einem in Darmnähe befindlichen Tintenbeutel gespeichert ist. Zugleich starten die Kopffüßer ihren körpereigenen Düsenantrieb. Dazu füllen sie ihre Mantelhöhle mit Wasser, das sie durch einen Trichter mit Hochdruck wieder hinausschießen. So können sie auf kurzen Strecken enorm beschleunigen und sich in Sicherheit bringen.
Jules Verne (1828-1905). 20.000 Meilen unter dem Meer. Holzstiche nach Zeichnung von A. de Neuville
Angriffslustige Monster sind Kopffüßer – anders als in den Legenden – also offenbar nicht. Aber Aliens vielleicht doch? Erst 2018 setzten sich 33 Astrobiologen unterschiedlicher Universitäten und Institutionen im Fachjournal Progress in Biophysics and Molecular Biology ganz im Ernst mit der Frage auseinander, ob die ersten Kraken, Sepien und Kalmare möglicherweise aus dem All kamen. Die noch junge Erde sei möglicherweise durch Panspermie befruchtet worden. Asteroiden und Kometen müssten demnach das Leben durch kosmische Keime auf die Erde gebracht haben. Befruchtete Cephalopoden-Eier könnten in kleinen Eisklümpchen durch das All geflogen sein. Nach Ansicht der Autoren sprechen dafür unter anderem die komplexen Nervensysteme der Cephalopoden (siehe „Köpfchen mit Füßen“), deren Auftreten für die irdische Evolution viel zu plötzlich stattgefunden habe. Wirklich belastbar ist die Alien-Theorie allerdings nicht. Denn würde es sich bei Cephalopoden wirklich um Außerirdische handeln, dürften sie eigentlich keine Abstammungslinie zu anderen Vorfahren haben – es sei denn, diese würden ebenfalls aus dem All stammen.
Doch Vorfahren der Cephalopoden sind in fossilen Spuren bereits im frühen Erdaltertum belegt. Als erster, noch primitiver Kopffüßer gilt Plectronoceras cambria, ein Tierchen aus dem späten Kambrium, das ein kaum zwei Zentimeter hohes, hornförmiges Schalenhaus mit sich herumtrug. Im Unterdevon tauchten dann die Nautilida und die Ammoniten auf. Erstere waren die Vorfahren der heute noch lebenden Nautilus. Ammoniten sahen im Prinzip ähnlich aus, und die größten von ihnen konnten vermutlich Durchmesser von bis zu zweieinhalb Metern erreichen. In flachen Gewässern bildete sich eine Vielzahl verschiedener Ammoniten-Arten, die über 350 Millionen Jahre Bestand hatten.
Im Karbon oder Perm traten vermutlich die ersten Tintenfische auf, zu denen auch die inzwischen ausgestorbenen Belemniten zählten. Sie sahen ähnlich aus wie die heutigen Kalmare, nur dass ihre Fangarme statt mit Saugnäpfen mit Haken ausgestattet waren. Anders als ihre Vorgänger entwickelten die Tintenfische keine äußeren Schalen mehr und konnten sich somit flexibler bewegen. Kopffüßer können also – trotz ihrer vielen ungewöhnlichen Eigenschaften – wissenschaftlich plausibel in den Tierstamm der Weichtiere eingeordnet werden, zu dem auch Schnecken und Muscheln gehören. Viel eher als um Außerirdische handelt es sich bei Cephalopoden deshalb einfach um ein besonderes Experiment der Evolution: Lebewesen, die unabhängig von den Wirbeltieren ein komplexes Nervensystem entwickelt haben und einen beweglichen Körper voller Möglichkeiten.
(…)
So mögen Cephalopoden zwar nicht nach klassischen menschlichen Maßstäben intelligent sein, ein Beispiel für Intelligenz als evolutionäre Errungenschaft sind sie aber doch. Ob sie sich in ihrem Fall aber so weit fortführen lässt, dass sie dereinst bis in unsere ökologische Nische vordringen, ist nicht ausgemacht, bleibt aber eine reizvolle Vorstellung.
