Reblog z kałuży pełnej mirabelek

Czasem tak jest. Przy jakimś tekście pojawia się polubienie, rzucam okiem, kto, co, ale jest jak jest, ktoś cię polubił, ty kogoś, sekunda zainteresowania mija, zaczyna się dzień pracy… Aż tu nagle pewnego dnia widzisz, że wpis Zbycha Milewicza polubił ktoś, kto ma adres kałuża pełna mirabelek, i przepadłaś z kretesem, adminko. Idziesz po tropie i docierasz na bloga…

Cieszę się, Agato, że Cię znalazłam…

IMG_1626

fot. S_sylwia™

Kiedyś myślałam, że szczęśliwy dom to taki, w którym jest więcej doniczek niż butów, bluszczyk pnie się po półkach, kolce kaktusów lśnią w porannym słońcu, liście palm opierają się leniwie o okno.

U nas co rano rozpierducha. Bukiet stokrotek zerwanych przy torach przestał być bukietem koło drugiej. W nocy czyjaś ciemna i kosmata łapa wyrzuciła go z wazonu i poroznosiła stokrotki po całym mieszkaniu. Kilka godzin później zeschły się mało spektakularnie i mało symetrycznie. Potem nasze ciężkie od przerywanego snu i strug deszczu na dachu stopy rozdeptały je na płask. Doniczki? Tak, gliniane i tylko na podłodze. Kwiaty? Trzykrotki i palmy. Mało gramotne połączenie egzotyki z lokalnością. Te są dozwolone, nie powodują alergii, nie trują. Można się na nie rzucać i je zjadać jak wiszące nad głową skumulowane płaty karmy. Tak na serio? No tak. Monstera i to nie zwykła klasyczna ciężka monstera ze skąpymi wycięciami w liściach, ale monkey mask, piękna, podziurawiona jak według szablonu. Kupiłam ją miesiąc przed przeprowadzką, miesiąc przed wzięciem czarnego, dymnego futerka. Potem ktoś mi powiedział, że monstera jest przecież trująca dla kotów. Brawo. Brawo ja.

Upchnęliśmy więc monsterę w najmniej reprezentacyjnym miejscu, w miejscu gdzie regał z książkami przestaje być regałem z książkami, a staje się rumowiskiem pełnym starych zapalniczek z Wysp Kanaryjskich, które zardzewiały zanim ktoś zdążył nimi odpalić fajkę o smaku bananów, tam mają tak obłędnie dobre fajki o smaku bananów, że warto polecieć do Maspalomas choćby na te kilka buszków. Egzotycznie. Tam więc upchnęliśmy monsterę, żeby żaden odważny pazur nie oderwał liścia w nocy i nie pożarł go w nagłym zrywie głodu.

Trzykrotka? Nie jest gwiazdą Instagrama, a kiedy się ją dotknie, gubi swoje zielono-fioletowe listki, a kitku przybiega na plaśnięcie pierwszego liścia o podłogę i zabiera się do ogryzania zielonego opadu. Doniczki przekopuje nocami, tak że kiedy już wstaniemy, a zawsze wstajemy za późno, o tę jedną chwilę za późno, to już mamy naszykowaną dróżkę z czarnej ziemi na panelach w salonie. Kwiatki nigdy się tu nie nudzą. Truchleją wieczorem i wstrzymują oddech aż do rana.

Najbardziej boją się widoku mięciutkiej, dymnej łapy zakończonej haczykami ostrych pazurków. Kiedy to bezlitosne, dymne futerko zostało do nas przywiezione w wiklinowej transportece i czerwonym kubraku to pierwsze co zrobiliśmy, to nie zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Najpierw musieliśmy zdjąć zasikany kubrak i dobrze wyżąć go w zlewie. Zapach ciepłego, zleżałego moczu Kiki rozszedł się po pięćdziesięciu metrach mieszkania, a Kiki już obmiałkiwała wszystkie kąty. Nazywała komody, lampki i fotele w swoim języku. Chciałam ją nazwać Avonlea, bo tak jak Ani z Zielonego Wzgórza, a potem tytułowej Ani z Avonlea nie zamyka się jej buzia. Chciałam też spełnić swoją wieloletnią fantazję, żeby wszyscy w moim domu nazywali się na literę “A”, tak jak w Akademii Pana Kleksa – on przyjmował tylko uczniów z imionami na tę literę. Na starcie miałam ułatwione zadanie – Agata, Adrian. Avonlea brzmiało aż nazbyt dobrze. No właśnie, okazało się, że na tym imieniu Adrian łamał sobie język, zęby na nim zjadł, a i tak nie weszło. Wjechała więc kolejna propozycja. Raven. Czarny kruk. Czemu nie? Dymna, dumna koteczka. Próbujemy. Do tego marzyło mi się też dostojne i adekwatne kocie nazwisko. Kotka moich rodziców nazywa się nie bez powodu Kendra Pazurczak i to ja byłam dawcą tej nazwy. Stwierdziliśmy, że w przypadku dymnego futra dobrze podpasuje “von Dymkos”, przywodzące na myśl holenderskich baronów i jednoznacznie nawiązujące do dymności. Pierwsza wizyta u weterynarza zweryfikowała moje leksykalne zakusy. Kitku wjechało na weterynaryjną leżankę z zamkniętym, załzawionym oczkiem, a weterynarz otwierając książeczkę zdrowia zapytał:

– Imię?
Odchrząknęłam i wzięłam głębszy oddech, żeby wystarczyło mi go do końca:
– Raven Avolnea Kiki von Dymkos.

Weterynarz uniósł brwi aż po swoje, nietknięte botoksem, ale za to tknięte niejedną zgryzotą czoło (reszta weterynarza była skryta pod maską) i spytał:

– Jak to się pisze?
Kitku w tle płakało i na przemian tarło łapą oczko. Nie było czasu.
– Pan napisze “Kiki”, tak będzie dobrze.

No i w książeczce zdrowia wypisał cztery duże, drukowane litery K – I – K – I. Maść pomogła po tygodniu, odstawiliśmy po dwóch. Kiki pozostała Kiki. Zaczęła reagować na swoje imię i patroszyć nocami kwiaty. Teraz już wiem, że szczęśliwy dom to taki, w którym w czerwcu co rano rozdeptujesz stokrotki na panelach.

Kiki pochodzi z Fundacji Kocia Wyspa, która mieści się w Stalowej Woli, ale dowozi kotki do Krakowa i okolic. Mamy ją dzięki uprzejmości Pani Kasi i Natalii, którym prawdopodobnie nigdy nie będę umiała się wystarczająco nadziękować ♥

Blog Agaty TU

Nigra sum sed formosa

Głos w dyskusji o tym, czy mamy jeszcze używać słowa Murzyn. I komentarz. Kilkadziesiąt lat temu widziałam w polskiej (peerelowskiej) telewizji film o wchodzeniu na Mont Everest (to jeszcze nie było takie miejsce dla hipsterów, tylko niebezpieczny szczyt górski). Film nie był jednak o himalaistach, tylko o sherpach, kobietach, mężczyznach i dzieciach, którzy razem ze wspinaczami wchodzą na górę, niosą bagaże, rozbijają obozy, gotują i sprzątają (dziś nikt już nie sprząta, na Mont Everest są kolejki, a po drodze śmietnik). Byłam młoda, mało wiedziałam o świecie, a film mną wstrząsnął. Wydawało mi się oburzające, że biali mężczyźni uzyskują swoje sukcesy kosztem gromady ludzi biednych, ciemnoskórych, młodych i starych, kobiet i mężczyzn. Prawie płacząc opowiedziałam to znajomemu moich rodziców (od dawna to jest już mój znajomy), taternikowi, którego zawsze uważałam i nadal uważam za najszlachetniejszego człowieka, jakiego w życiu spotkałam. Wysłuchał mojej rozdygotanej relacji i powiedział: ale wiesz, najważniejszy jest szacunek dla godności tych ludzi.

Tylko tyle. Tak sobie myślę, że Tuwim pisząc Murzynka Bambo, szanował godność czarnych chłopaczków, a pewnie i dziewczynek.

Ale oczywiście, przyznaję, jestem nienowoczesna. Choć jednak prace Harmonii Rosales bardzo do mnie przemawiają. Może dlatego, że są obok i równolegle, a nie zamiast.

Soraia Alves

Reblog. Pintora cubana recria obras de arte clássicas com mulheres negras como protagonistas

Trabalho de Harmonia Rosales busca imaginar como seriam as obras clássicas se a estrutura dominante fosse feminina e negra

Usando obras de arte clássicas para levantar questionamentos na atualidade, a pintora cubana Harmonia Rosales, que mora em Chicago, tem feito versões de obras históricas colocando mulheres negras como protagonistas.

Com essa iniciativa, Rosales mostra como essas figuras foram negligenciadas da história da arte: “Não estávamos lá? Será que todos nós não ajudamos a construir essa terra em que vivemos?”, indaga a artista.

Um das obras analisadas por Rosales é “A Criação de Adão”, de 1508. Se a obra pretende retratar o momento da criação da humanidade, por quê todos os personagens pintados por Michelangelo são brancos? Além disso, se esse é o nascimento da humanidade, por que o há apenas homens na cena?

Obviamente algumas perguntas são respondidas pelo contexto histórico de quando as obras foram produzidas. Ninguém está dizendo que Michelangelo era racista ou misógino. O fato aqui é ver como a sociedade está há muito tempo sendo vista e representada por apenas um olhar: masculino e branco. Essa estrutura dominante de gênero e raça é o que tem ditado a História, e não é diferente com a história da arte.

A proposta de Rosales é imaginar como seriam essas obras clássicas se a estrutura dominante fosse outra: feminina e negra.

O trabalho de Rosales é poderoso. A forma como ela usa a arte para contestar modelos tão arraigados faz as pessoas verem alternativas que questionam as ideologias incorporadas da humanidade até hoje.

Autorka ma 35 lat i pochodzi z Chicago. Sławę przyniosła jej zreprodukowana na początku tego wpisu czarna i kobieca wersja stworzenia Adama wg Michała Anioła. Obraz poniżej, namalowany wg Botticellego, nosi tytuł:

Narodziny czarnej Oshun
Oshun to w religii Yoruba i brazylijskim Candomblé – Afrodyta, jedna z Orishas / Orixás.

Więcej na stronie artystki: Harmonia Rosales

Memy

Kol Nze

Ciekawy wiersz. Wzbudził we mnie ochotę do napisania o genezie “memów” i memetyce. Jeśli się o niej wie, wiersz nabiera nowego sensu, a poza tym to bardzo ciekawa, obiecująca teoria naukowa.

Mem w oryginalnym znaczeniu (to słowo wymyślił Richard Dawkins – znany ateista i propagator teorii ewolucji) oznacza “jednostkę informacji kulturowej” – coś bardzo analogicznego do genu, tyle że geny przekazują informację poprzez reprodukcję organizmów (informacja biologiczna), a memy są ideami, które są przechowywane w ludzkiej pamięci, i rozmnażają się z mózgu na mózg (informacja kulturowa, mentalna) przez naśladownictwo – ktoś coś zrobi, powie lub napisze, a ktoś inny tę informację odbierze i tym samym zapisze mu się ona w głowie.

Memem może być bardzo wiele rzeczy – gest, słowo, ideologia polityczna, żart, rodzinna anegdota, jakaś moda, melodia, rytuał, symbol dowolnego rodzaju. Humorystyczny mem internetowy (czyli to, z czym kojarzymy to słowo) to tylko jeden z możliwych rodzajów memu.

Czyli “memy” w pierwotnym sensie to rzeczywiście wszystko, co po sobie zostawimy. Nasze ciało przeminie, a nasze przedmioty mogą przetrwać, ale co nam z tego, jeśli nikt nie będzie wiedział, że były nasze? Musi pozostać informacja memetyczna – wspomnienia, zapiski (ale jeśli nikt nie będzie ich czytał, nie będą się powielały i z czasem też obumrą). Poza tym, możemy zostawić ślady bardziej bezosobowe, ale jeszcze trwalsze – na przykład udzielać się w jakiejś dziedzinie naukowej i stworzyć nową wiedzę, która będzie służyć następnym pokoleniom. Wiele osób chce zostawić po sobie potomstwo – ślad genetyczny, ale można również “przedłużyć swoje życie” zostawiając po sobie trwałe memy. 🙂

Po co jednak wprowadzono pojęcie “memu”, skoro obejmuje ono taki szeroki wachlarz zjawisk? Dawkins zauważył coś zaskakującego – stwierdził, że wszystkie powyższe rzeczy podlegają darwinowskiemu doborowi naturalnemu – temu samemu mechanizmowi, któremu podlegają żywe organizmy! Dana informacja może mieć cechy, które bardziej lub mniej sprzyjają naszemu dzieleniu się nią – prosty przykład: przeczytam przepis na tartę, który brzmi zachęcająco, a gdy po wykonaniu tarta okaże się pyszna, chętnie podzielę się tym przepisem z bliskimi. Mem, którym był przepis na tą konkretną tartę, posiadał cechę sprzyjającą jego powielaniu – cechą było to, że tarta jest smaczna. Gdyby tarta mi nie smakowała, pewnie nie przekazywałbym przepisu dalej.

Widzimy więc, że memy posiadają pewne cechy niezbędne do zaistnienia procesu doboru naturalnego. Memy powielają się tak jak geny (z tą różnicą, że nasze geny otrzymuje tylko nasze potomstwo, a memami możemy “zarazić” każdego), są różnorodne (może istnieć wiele różnych przepisów na różne rodzaje tart) jak geny, dochodzi między nimi również do pewnego rodzaju “rywalizacji” – tak jak z genami. Rywalizacja polega na tym, że lepsze przepisy na tartę z czasem powinny się stawać coraz bardziej popularne, gorsze – coraz mniej. Z czasem mogą się pojawić jeszcze lepsze przepisy, na przykład uwzględniające jakiś dodatkowy składnik, o którym dawnym kucharzom się nie śniło – wtedy przepisy nie uwzględniające go, dotychczas uznawane za najlepsze, utracą swój blask i zostaną stopniowo zapomniane.

Oczywiście na potrzeby przykładu bardzo uprościłem tarcianą rzeczywistość. Dobrze wiemy, że powodów do zapamiętywania i “rozmnażania się” przepisu może być znacznie więcej, niż same walory smakowe. Jakiś przepis może mieć dla nas wartość sentymentalną (“Babcia zawsze tak to przyrządzała”), inny może być sygnowany przez eksperta z danej dziedziny (“Tarta Fondibou-Lerette Basée autorstwa Magdy Gésslér”) i tak dalej… Te niuanse wcale nie przeczą regułom doboru naturalnego – wręcz przeciwnie. W końcu ewolucja biologiczna też zaskakuje swoim zniuansowaniem i bogactwem cech sprzyjających przetrwaniu.

Nawet jeśli zgadzamy się w tymi wnioskami, wciąż możemy czuć jakiś zgrzyt w tej osobliwej analogii. Ewolucję biologiczną – w przeciwieństwie do kulturowej – postrzegamy jako proces “ślepy”, który nie dzieje się świadomie, a jest zaledwie efektem obowiązujących warunków. Rozumiemy na przykład, że drzewa nie podejmują decyzji o wzrastaniu w górę, bo uznały, że opłaca im się przewyższyć swoich sąsiadów-konkurentów w lesie, by zapewnić sobie więcej światła słonecznego. Drzewa nie są aż tak mądre. Po prostu te osobniki, których geny powodują wzrost wyższy od przeciętnego (na przykład na skutek losowej mutacji we fragmencie genomu, który odpowiada za tę cechę), przebiją się ponad resztę drzew, zdobędą więcej energii słonecznej, która pozwoli im wyprodukować więcej nasion i w następnym pokoleniu drzewa wysokie będą już stanowić większy procent całej populacji lasu. W ten sam sposób ewoluują wszelkie inne cechy sprzyjające przetrwaniu organizmów (a właściwie ich DNA) – nie dlatego że organizm je “wymyśla”, lecz dlatego że losowe mutacje połączone z ciągłym zachodzeniem reprodukcji i konkurencją powodują przetrwanie “najlepszych” – osobników z najkorzystniejszymi mutacjami DNA. My – obecni zwycięzcy tej trwającej od miliardów lat rywalizacji – jesteśmy mutantami, zmutowanymi z mutantów, zmutowanych z jeszcze wcześniejszych mutantów.

Ale ewolucja memetyczna jest inna, prawda? W końcu nie wydaje się taka ślepa. Przepisy na tartę nie stają się lepsze dlatego, że przy ich powielaniu czasem przydarzy się nam literówka albo przejęzyczenie, które prowadzi do niespodziewanego ulepszenia przepisu. Być może kiedyś gdzieś tak się zdarzyło, ale generalnie przepisy stają się lepsze, bo ulepszają je ludzie – świadomie. Testują, co do siebie pasuje, i wyciągają wnioski. Nasz udział w “mutowaniu” memów nie zmienia jednak tego, że konkurują one między sobą i się “rozmnażają” – dobór naturalny wciąż tu zachodzi.

Te zmutowane przez nas memy, gdy przedostaną się do cudzego umysłu, muszą poruszyć w człowieku jakieś “struny” (jego emocje, potrzeby, nawyki), które sprowokują go do dalszego przekazania informacji. Jeśli tego nie zrobią, to informacja przepadnie, a jeśli zrobią – stanie się popularniejsza. Możemy uogólnić nasz wcześniejszy wniosek o tartach: w miarę upływu czasu memy wędrujące między umysłami powinny stawać się coraz skuteczniejsze w sztuce zmuszania nas do ich powielania.

To oznacza, że wygrywają te memy, które najskuteczniej potrafią wykorzystać nas do swojego rozrodu – choć niekoniecznie są dla nas najkorzystniejsze. Ewolucja memetyczna jest ślepa na nasze potrzeby – znów analogicznie do ewolucji genetycznej, gdzie ostają się te wersje DNA, które najlepiej spisały się w zadaniu rozmnażania, nawet kosztem szczęścia swoich nosicieli. Po stronie memetyki mamy zaś “memy-pasożyty” – twory, które nie przynoszą żadnego pożytku swoim nosicielom, a mimo to nie przestają być powielane. Możemy dzięki temu zrozumieć, czemu niektóre memy trwają, nawet jeśli wszystkim szkodzą. Szkodliwe memy mogą wcale nie znikać z informacyjnego obiegu – tak długo jak poruszają w nas struny, które zapewniają, że przekażemy je dalej.

Perspektywa memetyczna jest wprost odwrotna do naszego codziennego sposobu patrzenia na świat. Zwykle uznajemy siebie – ludzi – za podmioty, które tworzą, kształtują, manipulują przedmiotami – ideami. W memetyce jest na odwrót – to idee są w pewnym sensie podmiotem, siłą sprawczą. Idee są informacją, która mutuje i mnoży się, a ludzi “postrzega” jako przedmioty – “maszyny replikujące” (ją). Oczywiście memy nie mają żadnej świadomości ani mózgu – jednak dzięki doborowi naturalnemu wciąż się rozwijają i mogą sprawiać takie wrażenie, tak samo jak ślepa ewolucja gatunków (np. zwiększanie się wysokości drzew) sprawia wrażenie inteligentnego działania.

Analizując zjawiska z takiej perspektywy, można dochodzić do nietypowych, oryginalnych wniosków i odkryć – np. w badaniach socjologicznych. Kiedyś myślano nawet, że z czasem memetyka stanie się osobną, rozbudowaną dziedziną nauki. Na razie, mimo wielu prac naukowych z jej udziałem i na jej temat, daleko nam do tego. Być może zmianę przyniesie dalszy rozwój technologiczny – coraz wydajniejsze komputery i rozwój kognitywistyki (psychologii, neurobiologii, sztucznej inteligencji…) umożliwią nam modelowanie ewolucji memów, tak jak dzisiaj możemy już modelować ewolucję organizmów.


PS od adminki, czyli staroświecki dodatek do memetyki:

Wir ergreifen keine Idee, sondern die / Idee ergreift uns und knetet uns und peitscht uns in die Arena hinein, dass / wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen.

Nie wspieramy idei, to ona /nas wybiera, nas formuje i biczem zapędza na arenę /gdzie musimy o nią walczyć jak gladiatorzy.

Heinrich Heine

Nigdy więcej i again

Komunikat Stowarzyszenia ‘NIGDY WIĘCEJ’

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ zostało partnerem wystawy malarstwa pt. ‘Again’ Ryszarda Szozdy, którą będzie można oglądać w galerii sztuki współczesnej Nanazenit w Warszawie.

W obozie koncentracyjnym Dachau wzniesiono w 1968 roku pomnik Narodów, na którym – jako przestrogę – w pięciu językach umieszczono napis ‘Nigdy więcej’. W tym samym roku siły zbrojne USA w Wietnamie osiągnęły 549 tysięcy żołnierzy, zastrzelono Martina Luthera Kinga, a w całych Stanach wybuchły zamieszki rasowe. W Polsce rozpoczęto antysemicką nagonkę, a Praską Wiosnę spacyfikowano czołgami. W wojnie pomiędzy Nigerią i Biafrą giną 3 miliony cywilów.

‘Again’ dokumentuje historię przemocy. Wystawa jak rollercoaster wiezie nas przez zamieszki i egzekucje, jest w bajkach i filmowych zapisach z wojskowych dronów. Obecna wszędzie przemoc oślepia – w końcu przestajemy ją widzieć, akceptujemy ją i kapitulujemy. Cykl zamyka się – jesteśmy skazani na wieczne ‘Again’.

Dzięki uprzejmości noblistki Olgi Tokarczuk, jako uzupełnienie do malarstwa Szozdy, na wystawie pojawi się fragment mowy noblowskiej pod tytułem ‘Czuły narrator’.

Wernisaż odbędzie się 27 czerwca o godzinie 18, a wystawę będzie można zwiedzać od 25 czerwca do 14 sierpnia 2020 (adres galerii Nanazenit: ul. Zwycięzców 15 w Warszawie).

Ryszard Szozda – urodzony w 1976 roku w Krakowie. Mieszka i pracuje w Warszawie. Absolwent Wydziału Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w 2001 roku. W latach 1999-2000 studiował na Wydziale Fotografii Uniwersytetu Duisburg-Essen w Niemczech. Do 2007 roku zajmował się przeważnie grafiką i fotografią, od 2012 skoncentrował się na malarstwie. W swoich pracach eksploruje tematy związane z symboliczną przemocą, zagrożeniem rasizmem i wojną obecną we współczesnej ikonosferze. Autor projektów: ‘Sig Sauer’ i ‘Wiza Amerykańska’ w 2000 roku w Galerii Otwartej prowadzonej przez Rafała Bujnowskiego i Wilhelma Sasnala. Współtwórca i reżyser filmu dokumentalnego ‘Don’t pay me’ o negacji konwencjonalnego priorytetu gromadzenia pieniędzy i dóbr. Współredaktor audycji ‘Ptaki i ornitolodzy’ o sztuce współczesnej w internetowym projekcie radiowym Radio Głosy. Autor wielkoformatowych obrazów do przedstawienia ‘Zew Cthulhu’ w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze Nowym w Warszawie w 2017. Laureat nagrody głównej Arte Laguna Prize 2019 w Wenecji.

Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ jest założoną w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją ekspercką, która monitoruje zdarzenia na tle ksenofobicznym. Prowadzi również kampanie społeczne, m.in. ‘Muzyka Przeciwko Rasizmowi’ i ‘Wykopmy Rasizm ze Stadionów’.‎

Więcej informacji:
www.nigdywiecej.org
www.facebook.com/Respect.Diversity
www.twitter.com/StowNIGDYWIECEJ

Galeria sztuki współczesnej Nanazenit: http://nanazenit.pl

 

 

 

XXX

Kicia Kocia wiersze pierwsze

Wszyscy oczywiście wiedzą, że Kicia Kocia Rysia zniknęła. Zniknęła w dzień urodzin syna (mojego, ona syna nie ma), a odnalazła się w Bloomsday. Obie daty dla Kici Koci bez znaczenia, ale dla innych, Autorów i Czytelników – znaczące. Kici nie było 19 dni. Znalazłam Kicię na ulicy. Znawcy twierdzą, że zdarzyło się tak, bo Kicia postanowiła, że da się znaleźć.


Bazyli Kellersdorf-Szałas (z żoną Anną Szałas)
*

kicia kocia, mała psocia
zagubiła się na dachu
na dół zlazła, gdzieś polazła
tracąc z oczu locus gmachu

pańcia owej kiciej koci
bardzo zgubą się martwiła
i by kiciej dać, co kocie
jęła sypać karmę w milach

tak – naprawdę! całe szlaki
mniamkich kici-chrupków poszły
od okiennic domu Ewy
aż do den Haweli, Szprewy

był to wytrych czarownicy
wyszukany z ksiąg pradawnych
na to, jak namierzyć zwierza
który cni się do kobierza

prawdą jest, że inne miałczki
też poczuły się wezwane
i ruszyły, niczym tanem
w matnię kicio-kociej matki

taka oto liczna rajza
jęła wlewać się oknami
rzeka puchu – się zdawało
ranty ciał niknęły w fali

Ewa ledwo dech łapała
pod ciężarem spasłych maści
co, choć w drodze żarła miały
miast wdzięczności – “nachschlag!” piały

jedna tylko jakaś kicia
czyżby kocia? niemożebne
ale tylko jedna ona
w czas, gdy karmicielka kona

cicho siedzi na dywanie
“czy tej Pani coś się stanie?
pewnie tylko sobie leży
uliczników chce opierzyć!
może zrobi dywan nowy…
w każdym razie – problem z głowy”

Rysia! – pańcia ją poznała
i w te pędy się zerwała
siłą jakąś z innych światów
zdjęła z pleców puchu napór

biegnie, klęka i przytula
kipi szczęściem do kocura
a ten nieugięty stoik
niewzruszeniem wzrusza swoim 🙂


* Wiersz o Kici Koci Rysi przyszedł jako pierwszy, potem pojawiły się rozważania na temat pseudonimu.
Są bardzo śmieszne, dlatego je tu zacytuję w całości:

Muszę wymyślić pseudonim.
“Bazyli Kellersdorf-Szabas (z żoną Anną Szabas)”.
Albo Jan Rolnik.
Które lepsze?
A może Bazyli Kellersdorf-SzaŁas.
Połączenie dwóch światów.
Oczywiście z żoną, Anną SzaŁas.
Tak, to chyba będzie najlepsze.
Poproszę o pseudonim “Bazyli Kellersdorf-Szałas (z żoną Anną Szałas)”.
Żona w nawiasie, nie dlatego że gorsza, ale po prostu tylko robi korektę.
No i zachowała nazwisko panieńskie. Nie chciała być “Kellersdorfem”.
Za to mąż zdecydował się na dwuczłonowe.
Fajnie, z duchem czasu.
Myślę że nawet dobrze z nim wygląda, to znaczy dobrze się je czyta.
Jak Anna nie chce, to nie musi, nikt jej nie będzie zmuszał.

Don Quijote… Don Qui… jote (Barataria)

Elem und German Klimow
Spiegel 19.08.1991

Ein russischer Don Quijote

Gefunden von Arkadiusz Łuba. Danke!

Der Regisseur Elem Klimow hat gemeinsam mit seinem Bruder German ein Drehbuch über Michail Bulgakows berühmten Roman „Der Meister und Margarita“ geschrieben. Für den SPIEGEL porträtieren die Brüder den Schriftsteller und russischen Volkshelden, der gegenwärtig auch in Deutschland eine Renaissance erlebt.

Kaum zu glauben, daß in diesem Jahr ein volles Jahrhundert vergangen ist, seit Michail Afanassijewitsch Bulgakow geboren wurde: In seiner Heimat noch immer einer der meistgelesenen und beliebtesten Schriftsteller. Woran liegt es, daß seine Werke, die in den zwanziger und dreißiger Jahren geschrieben wurden, auch heute noch so zeitgenössisch und aktuell sind? Wie konnte es geschehen, daß all das, was er voraussah, eintraf – was erst wir, die Menschen einer nachfolgenden Generation, bestätigen können? Unzweifelhaft ist Bulgakow mehr als nur ein hochbegabter Schriftsteller. Er ist ein Phänomen.

Bulgakows Aufstieg und Sturz waren einzigartig und dramatisch. Nach seinem strahlenden Auftauchen am Literaturhorizont, nach einer unglaublichen Popularität in der zweiten Hälfte der zwanziger Jahre, trat in seinem Leben 1929 eine Katastrophe ein. Gedungene Kritiker erklärten Bulgakow zum Feind des Systems. Dann wurde sein Name ganz aus dem Verkehr gezogen. Der Schriftsteller war noch am Leben, aber er war lebendig begraben.

Erst 1962, 22 Jahre nach dem Tod Bulgakows, erscheint die Moliere-Biographie, die er schon 1933 geschrieben hat. Erzählungen, Theaterstücke und der Roman “Die weiße Garde” folgen. Der Bekanntheitsgrad Bulgakows steigt ständig und erreicht seinen Höhepunkt, als die Zeitschrift Moskwa Ende 1966 den Roman “Der Meister und Margarita” zu drucken beginnt. Die Publikation wirkt als Sensation. Schon am Erscheinungstag sind die beiden Moskwa-Nummern, in denen der Roman abgedruckt ist, ausverkauft. Bald sind sie eine bibliographische Rarität und gehen von Hand zu Hand. Man liest buchstäblich Löcher hinein.
Das phantastische Sujet, wie Satan persönlich inmitten seiner unglaublich farbenprächtigen Truppe in Moskau eintrifft, begeistert die Leser. Ebenso die Phantasmagorie der sowjetischen Lebensweise, deren “Besonderheit” bis auf den heutigen Tag kein Mensch, der seine fünf Sinne beisammen hat, begreifen oder erklären kann. Die sogenannten antiken Kapitel mit ihrer großen Überzeugungskraft und der sehr eigenwilligen Beschreibung, wie Pilatus Jesus Christus verhört, und die Hinrichtung am Kreuz. Und natürlich die beklemmend traurig stimmende Liebesgeschichte zwischen dem Meister und Margarita.
Man rühmt Bulgakows Sprache, genießt seinen glänzenden Humor, ist von der Handlung gefesselt: Urplötzlich wurde das ganze Land wie von einer Epidemie von dem ergriffen, woran Bulgakow während der letzten zehn Jahre seines Lebens gearbeitet hatte, als viele ihn schon nicht mehr unter den Lebenden wähnten. So erfüllte sich der prophetische Satz, den eine der Figuren seines Werkes sagt: “Manuskripte brennen nicht.”
Schnell wurden die Romane, Erzählungen und Theaterstücke Bulgakows in viele Weltsprachen übersetzt, sein Ruhm drang über die Grenzen der Sowjetunion hinaus. Gabriel GarcIa Marquez nannte den Roman “Der Meister und Margarita” sein Lieblingsbuch und erklärte ihn zur bedeutendsten Erscheinung in der Literatur des 20. Jahrhunderts.
Mitten in Moskau, an den “Patriarschije Prudy”, dort, wo die Handlung des Romans “Der Meister und Margarita” spielt, finden seit zwei Jahren grandios inszenierte Bulgakow-Feste in allen erdenklichen Kostümierungen statt. Dann versammeln sich an jenem Ort so viele Leute, daß buchstäblich “keine Stecknadel zu Boden fallen kann”: So wird nur ein echter Volksschriftsteller verehrt.
Zum erstaunlichsten Zeugnis für die Liebe des ganzen Volkes zu diesem Schriftsteller ist aber vielleicht das Haus am “Sadowoje Kolzo” geworden, und zwar das Treppenhaus im Hof, dort, wo in der Wohnung Nummer 50, in einem der Zimmer, Bulgakow zu Beginn der zwanziger Jahre lebte und darbte und wo er in seiner Phantasie Voland (Satan) und seine verrückte Truppe ansiedelte.
Das Treppenhaus verwandelte sich in einen Klub eigener Art. Dann fingen die Hausbewohner an, sich zur Wehr zu setzen. Sie überstrichen die Wandmalereien mit Ölfarbe, aber vergebens, denn in kurzer Zeit begann alles wieder von neuem. Auf den Wänden des Treppenhauses ging es wieder lebhaft zu, Zeichnungen und Aufschriften erschienen nacheinander.
Nach einer gewissen Zeit drangen sie dann sogar nach außen und erschienen auf den Wänden des Hauses. Charakteristische Aufschriften lauteten: “Voland, hilf Gorbatschow, er kommt nicht klar”, “Die sowjetischen Kater (Zuhälter) sind die fortschrittlichsten: Sie sind für die Perestroika”, “Haltet die Erde an, ich will aussteigen”. Aus den Adressen konnte man ungefähr die gesamte Geographie des Landes lernen.
Auf Bitten der geplagten Einwohner wurde am Eingang des Portals ein Milizkordon postiert, aber der Kordon wurde durchbrochen, die Wände und jetzt auch die Fenster wurden unerbittlich bemalt und beschrieben. So wurde das Treppenhaus auf Eigeninitiative in ein Volksmuseum umgewandelt. Durch Bemühungen der Künstlerverbände und vieler Enthusiasten kämpft man jetzt dafür, daß das gesamte Haus, in dem noch viele andere bekannte Maler, Dichter, Schriftsteller lebten und arbeiteten, in ein Kulturzentrum mit Museen, Bibliotheken, Theatern und Cafes umgewandelt wird. Wenn wir uns durchsetzen, entsteht auf der Karte Moskaus ein neuer Begriff: “Das Bulgakow-Haus”.
Der Schriftsteller wurde am 15. Mai 1891 in Kiew in einer Familie von Geistlichen geboren. Sein Vater war Dozent, später Professor an der Geistlichen Akademie. Der junge Michail Afanassijewitsch plagt im Gymnasium die Mitschüler und Lehrer mit Satiren und Epigrammen. Seine Begeisterung für die Literatur nimmt er jedoch selbst noch nicht ernst. Er wird Arzt und amputiert 1916 an der Front Beine von Verwundeten. Nach der Revolution arbeitet er als Landarzt, fühlt sich aber immer stärker zur Literatur hingezogen.
Die ersten fünf Stücke, die er im Norden des Kaukasus verfaßt, vernichtet der Autor anschließend unbarmherzig selbst. Schließlich zieht er 1921 nach Moskau und sucht sich Wohnung und Arbeit. Er verdingt sich als Zeitungsjournalist, Conferencier, Schauspieler, wird Feuilletonist bei der Zeitung der Eisenbahner, Gudok. Er schreibt immer sicherer, zeitweilig glänzend und sehr leicht.
Als Meister der Mystifikationen und des spontan inszenierten Spiels ist Bulgakow die Seele seines Freundeskreises. Gleichzeitig hält er immer Distanz, wird niemals familiär. In seinen Feuilletons macht er sich über die naive, fade Lebensweise, über den plebejischen Stil des sowjetischen Lebens lustig. Bulgakow setzt sich auch äußerlich davon ab: Ungeachtet der ewigen Geldknappheit erregt er allgemein Erstaunen mit seiner weißgestärkten Hemdbrust, dem tadellos gebügelten Anzug, dem makellosen Scheitel und dem Monokel an der Schnur.
Gar nicht zu reden von den betont aristokratischen Manieren. So verteidigte er seine Selbstachtung gerade in den Jahren, als die Achtung vor dem einzelnen immer mehr verlorenging. Niemand hätte damals wohl erraten, daß dieser glänzende Herr die Nächte hindurch selbstvergessen schwer arbeitete. Alles, was er schrieb, war eine Herausforderung an das, was um ihn herum vorging, es war eine Warnung vor drohenden Nöten und den Folgen jener sozialen Experimente, die die Bolschewiken an dem Lande vornahmen.
Bei den phantastischen Novellen Bulgakows muß man an Swift, an E. T. A. Hoffmann und natürlich an Gogol denken, den Bulgakow als seinen Lehrer bezeichnete. In der 1925 entstandenen Novelle “Hundeherz” ironisiert der Schriftsteller den Satz aus der Revolutionshymne, der “Internationale”: “Ein Nichts zu sein, tragt es nicht länger, alles zu werden, strömt zuhauf!” und erzählt, wie ein genialer Mediziner, Professor Preobraschenski, einen Hofhund in einen Menschen verwandelt, indem er ihm ein menschliches Gehirn einpflanzt.
Mit tödlichem Humor wird gezeigt, was aus diesem Experiment geworden ist. In der Vorstellung des Lesers entsteht jener schreckliche Sozialtypus, der mit nichts zu vergleichen ist und den unsere heutige Umgangssprache kurz als “Sowok” (in lateinischer Übersetzung “homo sovieticus”) bezeichnet.
Schon im Titel eine Herausforderung ist der Roman “Die weiße Garde”, denn dies ist ein Roman über den weißen Offiziersstand, der durch die Revolution dem Untergang preisgegeben ist. Mit Liebe wird die pro-monarchische Familie Turbin beschrieben, mit nostalgischem Schmerz erzählt, wie eine ganze Schicht der aristokratischen Kultur im Dunkel der Zeiten versinkt.
Alsbald interessiert sich das berühmteste sowjetische Theater, das “Moskauer Künstlertheater”, für “Die weiße Garde”, aber das Stück “Die Tage der Geschwister Turbin” (nach Motiven der “Weißen Garde”) läßt die Zensur nicht passieren; alles steht auf der Kippe. Erst das Ultimatum des großen Regisseurs Stanislawski, daß er sein Theater andernfalls schließen werde, ermöglicht schließlich die Inszenierung.
Die Premiere ist ein Triumph, und dieser Triumph wird dann fast tausendmal wiederholt. So wird Bulgakow 1926 berühmt. Das Publikum vergöttert ihn, und während die Parteikritik über das Stück herfällt, schwebt paradoxerweise der rettende Schatten des großen Führers über der Bühne.
Es ist bekannt, daß Stalin nach den Protokollen des Künstlertheaters das Stück “Die Tage der Geschwister Turbin” nicht weniger als 15mal gesehen hat. Wir scheinen hier vor einem unlösbaren Rätsel zu stehen: Hat etwa der Theaterfreund Stalin über den Politiker Stalin gesiegt? Es gibt aber noch eine andere Erklärung: Im Gespräch mit Künstlern soll Stalin ausgerufen haben: “Ja, Bulgakow geht richtig ran! Der bürstet gegen den Strich!”
Der Tyrann schätzte die “Gebildeten” nicht. Sie schreien und schreien, sagte er sich wohl, aber wenn man sie unter Druck setzt, dann geben sie Pfötchen. Häufig wählte er selbst das Opfer aus, das an der Reihe war, geschickt hetzte er den ganzen Apparat des ideologischen Terrors darauf, darunter auch die Kritik und die Redakteure. Bei Bulgakow sah Stalin plötzlich eine rückhaltlose Gradlinigkeit und Unnachgiebigkeit, das großartige Gefühl der eigenen Würde.
Aber “achtete” etwa Stalin den starken Gegner, ließ er ihn aus Edelmut am Leben, wie man annehmen könnte? Zweifel sind angebracht. Es besteht Grund zu der Annahme, daß er sich entschied, den Verwegenen auf die Probe zu stellen.
Bereits 1929 sind alle Stücke Bulgakows aus den Spielplänen der Theater verschwunden, und Bulgakow hat jegliche Hoffnung verloren, etwas gedruckt oder überhaupt noch Arbeit bekommen zu können. Am 28. März 1930 schreibt er einen Brief an Stalin. Sein Ton ist scharf und direkt. “Mit einem verlogenen Brief, in dem ich mich selbst beschmutze und dazu noch einen naiven politischen Bückling mache, würde es mir wohl kaum gelingen, mich vor der Regierung der UdSSR in einem günstigen Licht darzustellen. Den Versuch, ein kommunistisches Stück zu schreiben, habe ich erst gar nicht unternommen, da ich genau weiß, daß ich ein solches Stück nicht zustande bringe.
“Ich bitte zu berücksichtigen, daß ein Schreibverbot für mich gleichbedeutend ist mit einer Beerdigung bei lebendigem Leibe… Ich bitte die Regierung der UdSSR, mich innerhalb einer bestimmten Frist ausreisen zu lassen.” Falls man ihm dies abschlage, bitte er darum, als Regisseur, Statist oder wenigstens als Bühnenarbeiter beschäftigt zu werden.
Die Antwort trifft am 18. April 1930 ein, es ist der berühmte Telefonanruf Stalins. In dem Gespräch mit Bulgakow schlägt er ihm vor, sich beim Künstlertheater zu bewerben, wo er tatsächlich alsbald als Regieassistent angenommen wird.
Viele sahen darin ein unerhörtes Wohlwollen des großen Führers, hatte er doch Bulgakow wegen seines Briefes nicht vernichtet.
Im Leben Bulgakows ändert sich nichts außer der geringfügigen Bezahlung am Künstlertheater, wo er als Regieassistent und Schauspieler in kleinen Rollen arbeitet, dann zum Bolschoi-Theater geht, wo er Opernlibretti verfaßt. Nochmals schreibt er an Stalin und bezeichnet sich als den “einzigen literarischen Wolf” auf dem Feld der russischen Literatur.
“Man hat mir geraten, das Fell zu färben, das ist ein dummer Ratschlag. Man mag den Wolf färben, man mag ihn scheren, er wird doch nicht einem Pudel ähnlich.”
Auf diesen Brief erhält Bulgakow keine Antwort mehr. Gerade zu dieser Zeit erkrankt er an einer Neurasthenie mit Anfällen unbewußter Angst, mit Furcht vor der Dunkelheit. Während eines solchen Anfalls verbrennt er den Entwurf eines Romans über den Teufel. Aber der Plan ist in dem Schriftsteller schon fest verwurzelt, und nach kurzer Zeit beginnt er von neuem. In dem Roman taucht jetzt auch das Thema Liebe auf, und deshalb gibt er ihm schließlich den endgültigen Titel “Der Meister und Margarita”.
Ohne seine Frau Jelena Sergejewna, die er 1929 kennenlernt, hätte er seinen einsamen Kampf kaum so lange durchgestanden. Sie bringt es fertig, daß in den schlimmsten Hungerjahren ihr Haus für die Freunde immer gastfrei und offen ist. In den Tagen der tödlichen Krankheit, als er schon fast blind ist, diktiert Bulgakow seiner Frau die letzten Seiten seines Werkes, er korrigiert es wieder und wieder.
“Auf dem Sterbebett sagte er”, so erinnert sich Jelena Sergejewna: “Vielleicht ist es so richtig . . . was hätte ich noch nach dem ,Meister’ schreiben können?” In diesem Roman wird er sich seines Schicksals bewußt, so als betrachte er sich von außen, er rechnet mit dem Leben ab, mit den Feinden, und er tut es leicht, elegant, fröhlich.
Für Stalins 60. Geburtstag im Dezember 1939 soll Bulgakow ein den Führer verherrlichendes Theaterstück schreiben. Er weigert sich lange, gibt aber schließlich dem Druck nach und liefert das Stück “Batum” über Stalins revolutionäre Jugend ab.
Aber unverhofft wird eine ablehnende Äußerung Stalins bekannt; offensichtlich wünscht er nicht, die Aufmerksamkeit auf seine Jugend zu lenken, die er in einem Priesterseminar verbracht hat. Vielleicht befriedigt ihn allein die Tatsache, daß der ungehorsame Bulgakow das Stück über ihn geschrieben hat.
Das ist eine öffentliche Ohrfeige. Buchstäblich am Tag nach der negativen Nachricht beginnt er, das Augenlicht zu verlieren, er trägt eine schwarze Brille und verläßt überhaupt nicht mehr das Haus. Die in ihm schlummernde Krankheit (Nierensklerose) beginnt, sich dramatisch zu verschlimmern, und Bulgakow stellt sich als Arzt selbst die Diagnose. Er begreift, was ihm bevorsteht: Lähmung und ein langsames, qualvolles Sterben.
Der Roman, dem er die letzten Jahre gewidmet hat, muß beendet werden. Mit Mühe und Not diktiert er seiner Frau die letzten Seiten: “Oh, ihr Götter! Wie traurig ist die abendliche Erde! Wie geheimnisvoll brauen die Dünste über den Mooren! Wer durch diese Dünste irrte, wer vor dem Tode litt, wer über diese Erde hinwegflog, beladen mit überschwerer Bürde, der weiß das. Der Müde weiß es. Ohne Bedauern verläßt er die Nebel der Erde, ihre Sümpfe und Flüsse, und gibt sich leichten Herzens dem Tod in die Hände, wissend, daß nur er ihm Frieden schenkt.”
Schon als der Roman “Der Meister und Margarita” 1966 erstmals veröffentlicht wurde, dachten viele unserer Kollegen an seine Verfilmung; man stritt darüber, wer dazu in der Lage ist, wem diese Ehre gebührt. Andrej Tarkowski hatte den “Meister” in seine Pläne einbezogen, auch Federico Fellini dachte darüber nach. Die besten sowjetischen und internationalen Regisseure zerbrachen sich den Kopf darüber, wie die zauberhafte Magie der Werke Bulgakows auf der Leinwand in sichtbare Bilder umzusetzen ist.
Die mystische Einbildungskraft des Schriftstellers überstieg bei weitem die technischen Möglichkeiten des Kinos. Wie sollte man zum Beispiel eine über die Erde fliegende Frau aufnehmen, die wünschte, unsichtbar zu werden; wie sollte man einen großen, sprechenden, trinkenden und rauchenden schwarzen Kater darstellen?
Außerdem gab es drei völlig verschiedene Ebenen in dem Roman (die realistische, phantastische und religiöse), die von dem zukünftigen Regisseur ganz unterschiedliche Talente erfordern, die nur selten zusammentreffen.
Aber dennoch ließen sich die Filmleute auf die Herausforderung ein. In der UdSSR wurde der Impuls jedoch ziemlich schnell erstickt. Einer der damaligen Funktionäre, der für das Kino zuständig war, sagte sogar, solange die Sowjetmacht im Lande herrsche, werde dieser Roman nicht verfilmt.
Ausländische Versuche, den Roman zu verfilmen, mißlangen: Der Inhalt des Buches ging dabei verloren, und die Bemühungen, den phantastischen Teil des Themas darzustellen, scheiterten total. Auch die geringe Kenntnis der tatsächlichen Verhältnisse des sowjetischen Lebens in den dreißiger Jahren trug nicht zum Erfolg bei.
Hinzu kommt: Eine ganze Armee von Apologeten hat jede Zeile dieses Buches für absolut genial erklärt, das heißt für unberührbar. Kann man aber Kunst hervorbringen, wenn man auf den Knien liegt? Diese Frage hat Bulgakow selbst beantwortet, der die “Toten Seelen” des von ihm vergötterten Gogol recht frei inszenierte. Wir haben den gleichen Weg eingeschlagen. Als Überschrift zu dem Kinoprojekt “Der Meister und Margarita” könnte man schreiben: “Freie Phantasien über das Thema eines beliebigen Romans.”
Für das Abfassen des Drehbuchs haben wir fast zwei Jahre gebraucht. Wir wollten alles lesen, was der Autor auch gelesen hat, als er an diesem Werk arbeitete. Wir wollten sein ganzes Leben noch einmal durchleben, und für diese reiche Erfahrung sind wir sehr dankbar – unabhängig davon, ob unser Filmprojekt verwirklicht wird (es ist ziemlich unwahrscheinlich, schwierig und teuer).
Der Schriftsteller starb einen schweren Tod. Halb im Fieberwahn flüsterte er seine letzten Worte: “Don Quijote . . . Don Qui . . . jote”.
Don Quijote war Michail Bulgakows Lieblingsheld der Literatur. Uns scheint, auch er erinnerte an diesen Hidalgo. Nur die Mühlen waren zu seiner Zeit keine Windmühlen mehr.


HIER dieser Artikel als PDF dh. auch mit Bildern.

Der Text ist schon fast 30 Jahre alt, ich versuchte daher etwas über den Regisseur und seinen Bruder zu erfahren und nachzuprüfen, ob es den hier besprochenen Film gibt.

Elem Germanowitsch Klimow war ein studierter Flugingenieur und erst dann studierte er bis 1963 Filmregie. Bereits sein Diplomfilm Herzlich willkommen oder Unbefugten ist der Eintritt verboten erregte 1964 Aufsehen: Die in einem Pionierlager spielende Satire wurde zunächst kurz verboten, dann aber freigegeben und zu einem Publikumserfolg. Klimows international bekannteste Filme sind Agonia (1974/1981) über Rasputin und Komm und sieh (1985), eine düstere Parabel aus dem Zweiten Weltkrieg. Klimow war seit 1965 mit der Regisseurin und Drehbuchautorin Larissa Schepitko verheiratet, die 1979 während der Dreharbeiten zu ihrem Film Abschied von Matjora bei einem Autounfall ums Leben kam. Der Film wurde 1982 von Klimow vollendet.

German Klimow (geb. 1941) ist Drehbuchautor, der öftermal mit seinem älteren Bruder an dessen Filme gearbeitet hat. Man erwähnt aber weder bei einem Bruder, noch bei dem anderem den Film Meister und Margarita. 1994 wurde zwar von Yuri Kara ein gleichnamiger Film gedreht, beide Klimow Bruder werden aber nirgendwo erwähnt. Der Film selbst hat übrigens eine Geschichte, die an Terry Gilliams Film The Man, who killed Don Kichote erinnert. Mehr HIER.

Reblog: Yahya Hassan ist tot

#Walk_of_shame. Er ist schon vor ein paar Monaten gestorben. Wir haben es nicht bemerkt. Angeblich jede seine Zeile schrie! Wir haben ihn nicht gehört. Seine Gedichte waren sehr wichtig. Wir haben es nicht gewußt.

Matthias Wyssuwa

Er schrie mit jeder seiner Zeilen

Frankfurter Allgemeine Zeitung GmbH


Foto (c) Christoph Busse

Yahya Hassan schrie seine Leser mit jeder Zeile an. Jedes Gedicht seines Debüts wirkte, als schlage er wie wild um sich, und jeder Buchstabe war groß geschrieben. Es war ein gewaltiges und gewalttätiges Ereignis, und als sein selbstbetitelter Gedichtband 2013 erschien, wurde es für den Dänen zum Triumph.

Sein Schreien machte ihn berühmt, weit über die Grenzen seiner Heimat hinaus. Nach kaum einem Jahr waren schon mehr als hunderttausend Exemplare des Buchs verkauft. Viel Glück brachte der frühe Ruhm dem Dichter aber nicht. Yahya Hassan wurde geschätzt und verstoßen, umworben und bedroht. Am Donnerstag wurde bekannt, dass man seinen leblosen Körper gefunden hat. Er wurde 24 Jahre alt. Ihren Nachruf auf Hassan überschrieb die dänische Zeitung „Politiken“ am Donnerstagabend mit der Zeile: „Yahya Hassans Tod ist kolossal schockierend, aber gleichzeitig schmerzlich vorhersehbar.“

Als Hassan berühmt wurde, war er kaum achtzehn Jahre alt, und sein Erfolg ist nicht zu verstehen ohne das Leben, das er bis dahin gelebt, die Zeilen sind nicht zu trennen von dem, was er erlebt hatte. Er war eben nicht nur ein talentierter Lyriker mit einer verkorksten Kindheit, er war auch das Migrantenkind aus dem Problemviertel, das herausschrie, was viele so noch nicht gehört hatten.

Hassan wuchs als Sohn palästinensischer Einwanderer in Aarhus auf, in einem schwierigen Viertel mit sehr hohem Ausländeranteil. Seine Kindheit war geprägt von Gewalt und Ängsten, früh schon wurde er als Kleinkrimineller auffällig und landete in Heimen. Dort fing er an, Gedichte zu schreiben, und sein Schreibtalent fiel bald auf. Er wurde gefördert. Mit einer fast vierzig Jahre alten verheirateten Betreuerin fing er eine Beziehung an, auch das sollte im Drama enden. Auch darüber sollte er in seinen Gedichten schreiben.

Was Hassan aber vor allem schrieb, ermöglichte einen Einblick in die Welt von Migranten, wie man ihn noch nicht kannte. Dänemark hatte lange keine Worte gefunden, um über das zu reden, was in manchen Vororten und Einwanderervierteln passierte. Dann kam eine rechtspopulistische Partei und nutzte die Sprachlosigkeit Anfang der zweitausender Jahre, um mit scharfer Rhetorik den Aufstieg zu schaffen.

Als Hassan dann sein Buch veröffentlichte, redeten viele oft mit erstaunlichen Härte über die Probleme von Integration und Einwanderung. Nur nicht jene, die in den Problemvierteln lebten. Aber Hassan erzählte nicht nur davon, wie er mit seiner Familie in seinem Viertel die Dänen und den dänischen Staat kennengelernt hatte. Vielmehr attackierte er unerbittlich die Einwanderergeneration seiner Eltern. Er berichtete von Gewalt in seiner Familie („Wenn mein kleiner Bruder ins Bett gepisst/ hatte/ wurde er mit Faustschlägen geweckt“), von Rückzug und Integrationsverweigerung: „Dann flüchtete Dein Vater von Flüchtlingslager/ Und dann flüchtet mein Vater von/ Flüchtlingslager/ Und dann unsere Väter verwandeln/ Dänische Blöcke in Flüchtlingslager/ Sie holen unser Großeltern/ Unser Onkel und Tanten/ und kriegen sie alle Sozialhilfe“, schrieb er, oder: „Er ist muslimisch verheiratet lebt aber/ getrennt für die Kommune/ damit seine Frau für das Sozialamt/ alleinerziehende Mutter ist.“ In einem Gedicht mit dem Titel „Du kommst in die Hölle mein Bruder“, verdichtete er das alles zu den Zeilen: „Ich liebe euch nicht Eltern ich hasse euer/ Unglück/ Ich hasse eure Kopftücher und Eure Korane/ Und eure analphabetischen Propheten.“

Sein Debüt wurde begeistert aufgenommen, die Kraft seiner Sprache gelobt, und natürlich wurde sein Werk auch politisch diskutiert. Er selbst verweigerte sich der politischen Integrationsdebatte, aber sollte sich später doch bei einer kleinen Partei engagieren, die eine Stimme für Migranten in Dänemark werden wollte, aber den Einzug ins Parlament verpasste. Hassan war aber nicht nur plötzlich eine Berühmtheit, er war auch ein Verstoßener. Er wurde nicht nur von Muslimen in Dänemark für seine Darstellung von integrationsunwilligen Einwanderern kritisiert. Er wurde bedroht, er wurde von einem Islamisten angegriffen, er erhielt Personenschutz. Er machte aber auch Schlagzeilen mit seinem Drogenkonsum, und 2016 wurde er zu einer Haftstrafe von einem Jahr und neun Monaten verurteilt, weil er ein junges Bandenmitglied angeschossen hatte, von dem er sich bedroht gefühlt hatte. Im vergangenen Jahr erschien „Yahya Hassan 2“. Er saß im Gefängnis und auch in der Psychiatrie. Am Mittwoch 29. April 2020 wurde seine Leiche in seiner Wohnung in Aarhus gefunden.

Reblog: Hrabina Mavrodaki

Eat, pray, love? Gdzie tam! Jedz i kłóć się.
Fragment książki od pokoleń czytanej w naszej rodzinie ,
o chłopcu, który ma mniej więcej 10 lat;
książka dzieje się na Korfu, pojawiający się w niej brat Larry
to słynny pisarz Laurence Durrell;
jest nieokreślony rok pomiędzy 1934 a 1939.
Były i są powody, dla których przygotowałam ten wpis,
ale to już każdy czytelnik musi sam odkryć (albo nie).

 

Gerrald (Gerry) Durrell
Moje ptaki, zwierzaki i krewni

Sowy i arystokracja

Na początku zimy otrzymałem list:

W. Pan Gerald Durrell

Drogi Geraldzie,
dowiedziałam się od naszego wspólnego przyjaciela, doktora Teodora Stephanidesa, że jesteś zapalonym przyrodnikiem i masz wiele oswojonych zwierząt. Chciałabym więc wiedzieć, czy miałbyś ochotę na białą sowę, którą robotnicy znaleźli u mnie przy rozbieraniu starej stodoły. Niestety, sowa złamała skrzydło, ale poza tym cieszy się dobrym zdrowiem i doskonałym apetytem.
Jeśli chcesz mieć tę sowę, to proponuję, żebyś przyszedł do mnie na lunch w piątek i zabrał ją wracając do domu. Proszę o łaskawą odpowiedź. Najwygodniejsza dla mnie byłaby pora między za piętnaście pierwsza a pierwszą.
Z poważaniem hrabina Mavrodaki

Ogromnie mnie ucieszył ten list, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, zawsze marzyłem o płomykówce, bo o takim ptaku zapewne była mowa, a po drugie, tutejsze towarzystwo od lat próbowało bezskutecznie nawiązać stosunki towarzyskie z hrabiną. Była odludkiem w całym tego słowa znaczeniu. Nieopisanie bogata, mieszkała w olbrzymiej, bezplanowo zbudowanej willi weneckiej na szczerej wsi i nie przyjmowała ani nie widywała nikogo z wyjątkiem ludzi pracujących w jej wielkim majątku. Znajomość z Teodorem wynikała z faktu, że był jej lekarzem domowym. Fama głosiła, że hrabina miała ogromną i cenną bibliotekę i z tego powodu Larry gorąco pragnął otrzymać zaproszenie do willi, ale daremnie.
– Wielki Boże – powiedział gorzko, kiedy mu pokazałem zaproszenie. – To ja od miesięcy staram się nakłonić tę starą jędzę, żeby mi pozwoliła obejrzeć swoje zbiory biblioteczne, a ona ciebie zaprasza na lunch. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.
Powiedziałem, że może mógłbym poprosić po tym lunchu, żeby hrabina pokazała mu swoje książki.
– Nie przypuszczam, żeby po lunchu z tobą miała ochotę pokazać mi choćby starą gazetę, nie mówiąc już o bibliotece – uciął Larry.
Pomimo niepochlebnej opinii Larry’ego o moich talentach towarzyskich, postanowiłem jednak powiedzieć za nim słowo, jeśli się nadarzy odpowiednia sposobność. Była to, w moim przekonaniu, ważna, a nawet uroczysta okazja, ubrałem się więc starannie. Koszulę i krótkie spodnie miałem świeżo uprane, namówiłem też matkę, żeby mi kupiła nowe sandały i słomkowy kapelusz. Jechałem na Sally, która miała na grzbiecie nową derkę sprawioną na cześć hrabiny – ponieważ willa leżała dość daleko od nas.
Dzień był ponury, a ziemia pod nogami rozmiękła. Zanosiło się na burzę, miałem jednak nadzieję, że nie zacznie padać, nim dojadę do willi, deszcz bowiem położyłby kres śnieżnej sztywności mojej koszuli. Kiedy wolnym truchtem posuwaliśmy się pośród oliwek dostrzegając od czasu do czasu szybującą wśród mirtów słonkę, zaczęło mnie ogarniać zdenerwowanie.
Stwierdziłem, że nie jestem odpowiednio przygotowany na tę uroczystość. Przede wszystkim zapomniałem zabrać ze sobą mojego czworonożnego kurczęcia w spirytusie. Przekonany byłem, że hrabina z przyjemnością by je obejrzała, a zresztą, tak czy inaczej, miałbym przynajmniej na początek jakiś temat do rozmowy, jakieś wsparcie w niezręcznych pierwszych chwilach spotkania. Po wtóre, zapomniałem się kogoś poradzić, jak należy się zwracać do hrabiny. „Wasza wysokość” to z pewnością zbyt oficjalne, zwłaszcza że ona przecież daje mi w prezencie sowę. Może „pani hrabino” byłoby lepiej, a może po prostu „proszę pani”. Łamałem sobie głowę nad zawiłościami protokołu, pozwalając Sally samej wybierać drogę, a ona natychmiast zapadła w oślą drzemkę. Ze wszystkich zwierząt pociągowych jedynie osły potrafią poruszać się śpiąc. Skutek był taki, że idąc tuż przy rowie na poboczu drogi potknęła się nagle i zakołysała, a ja, pogrążony w zamyśleniu, zleciałem z jej grzbietu prosto w głębokie błoto i wodę. Sally wpatrywała się we mnie z wyrazem oskarżycielskiego zdumienia, który przybierała zawsze, kiedy zdawała sobie sprawę, że coś zbroiła. Byłem taki wściekły, że mógłbym ją udusić. Moje nowe sandały ociekały szlamem, a koszula – taka przed chwilą sztywna, czyściutka, prawdziwa koszula dobrze wychowanego chłopca – teraz upaprana była błotem i szczątkami zgniłych wodorostów. Byłem bliski łez z wściekłości i rozpaczy, przemoczony i nieszczęśliwy. Za daleko odjechaliśmy od domu, by wracać i zmieniać ubranie, nie pozostawało nic innego, jak jechać dalej. Teraz już wszystko jedno, jak będę się zwracał do hrabiny. Na pewno rzuci tylko na mnie okiem, zobaczy, że jestem brudny jak Cygan i każe mi wracać do domu. Nie dość, że stracę wspaniałego ptaka, ale i szansę wprowadzenia do jej domu Larry’ego, żeby obejrzał bibliotekę. Idiota jestem, powtarzałem sobie z goryczą. Trzeba było iść piechotą, a nie zawierzać temu głupiemu stworzeniu, które teraz kłusowało rączo, nastawiwszy uszy jak dwie kudłate kalie.
Wreszcie dotarliśmy do willi, leżącej głęboko w gaju oliwnym. Dojeżdżało się do niej aleją wysadzaną wysokimi eukaliptusami o zielonoróżowych pniach. Wjazdu do alei strzegły stojące na dwóch kolumnach białoskrzydłe lwy, które patrzały z pogardą na Sally i na mnie. Dom był ogromny, zbudowany w czworobok. Musiał mieć kiedyś barwę pięknej głębokiej weneckiej czerwieni, która teraz spłowiała niemal do różowości, a tynk w licznych miejscach odpryskiwał i pękał, zauważyłem też, że w dachu brak wielu brązowych dachówek. Pod okapem wisiała masa jaskółczych gniazd – pustych teraz niby małe, zapomniane, brązowe piece – nigdy ich tylu razem nie widziałem.
Przywiązałem Sally do drzewa i ruszyłem do sklepionej bramy. Przy bramie wisiał zardzewiały łańcuch, a kiedy go pociągnąłem, doleciał mnie z głębi domu słaby odgłos dzwonka. Czekałem jakiś czas cierpliwie i już miałem ponownie pociągnąć za łańcuch, kiedy otworzyły się masywne drewniane drzwi. W progu stał mężczyzna, który odpowiadał dokładnie mojemu wyobrażeniu bandyty. Był wielki i potężny, z ogromnym orlim nosem, gęstymi, sumiastymi siwymi wąsiskami i grzywą wijących się siwych włosów. Ubrany był w szkarłatny tarbusz, luźną koszulę cudownie haftowaną szkarłatną i złotą nicią, luźne, bufiaste, plisowane pantalony, a na stopach miał charukias z zadartymi nosami, zdobne w ogromne czerwono-białe pompony. Szeroka gęba rozdziawiła się w uśmiechu i zobaczyłem, że wszystkie zęby ma złote. Zupełnie jakby człowiek zaglądał do mennicy.
– Kyrie Durrell? – zapytał. – Witamy.
Szedłem za nim do domu przez patio porośnięte drzewami magnolii, pełne zapuszczonych zimowych rabat kwiatowych. Prowadził mnie długim korytarzem wykładanym niebieską i szkarłatną terakotą, otworzył szeroko drzwi i weszliśmy do wielkiego, ponurego pokoju o ścianach od podłogi do sufitu zasłoniętych półkami pełnymi książek. W głębi znajdował się wielki kominek, na którym skakały, syczały i trzaskały płomienie. Nad kominkiem wisiało przeogromne lustro w złotej ramie, poczerniałe ze starości. Przy ogniu, zakutana w kolorowe szale, niemal niewidoczna wśród poduszek, siedziała na długiej kanapce hrabina.
Była zupełnie inna, niż sobie wyobrażałem. Myślałem, że będzie wysoka, chuda i raczej odpychająca, ale kiedy wstała i zaczęła płynąć ku mnie przez pokój, zobaczyłem, że jest malutka, bardzo tłusta, różowa jak pączek róży i ma pełno dołeczków na policzkach. Włosy barwy miodu upinała wysoko na głowie w stylu pompadour, a oczy pod ustawicznie podniesionymi zdumionymi brwiami miała zielone i błyszczące jak niedojrzałe oliwki. Chwyciła moją dłoń w obie ciepłe pulchne rączki i przycisnęła do obfitej piersi.
– Jak to miło, jak to miło z twojej strony, że przyszedłeś! – pokrzykiwała melodyjnym głosem małej dziewczynki, rozsiewając wokół oszałamiający zapach fiołków parmeńskich i brandy w równych proporcjach. – Strasznie, strasznie miło. Czy mogę mówić do ciebie Gerry? Oczywiście, że mogę. Przyjaciele nazywają mnie Matylda… to nie jest moje prawdziwe imię, rzecz jasna. Naprawdę mam na imię Stefania Cynia… ale to takie prostackie… przypomina nazwę jakiegoś specyfiku lekarskiego. O wiele bardziej podoba mi się Matylda, a tobie?
Powiedziałem ostrożnie, że Matylda to bardzo ładne imię.
– Tak, takie godne, staroświeckie imię. Imiona są bardzo ważne, nie sądzisz? Na przykład ten tutaj – tu wskazała człowieka, który mnie wprowadził – on mówi o sobie Demetrios. Ja go nazywam Mustafa.
Obrzuciła mężczyznę krótkim, pełnym złośliwości spojrzeniem, potem nachyliła się niemal dusząc mnie zapachem brandy i fiołków parmeńskich i syknęła znienacka po grecku:
– To Turek z nieprawego łoża.
Twarz jegomościa poczerwieniała, a wąsy się zjeżyły nadając mu jeszcze bardziej bandycki wygląd.
– Nie jestem Turkiem – warknął. – Pani kłamie!
– Nie kłamię.
– Kłamie pani!
– Nie kłamię!
– Owszem, kłamie pani.
– Nie kłamię.
– Pani jest stara, wstrętna kłamczucha.
– Stara! – pisnęła zaczerwieniona. – Ośmielasz się nazywać mnie starą?… Ty… ty, Turku… ty…
– Pani jest stara i tłusta – oznajmił zimno Demetrios-Mustafa.
– Tego już za wiele – wrzasnęła. – Stara… tłusta… tego za wiele! Jesteś zwolniony! Otrzymujesz miesięczne wymówienie. Nie! Wynoś się natychmiast! Ty synu nieprawego Turka!
Demetrios-Mustafa wypiął godnie pierś.
– Doskonale – oświadczył. – Czy życzy sobie pani, żebym podał drinki i lunch przed odejściem?
– Oczywiście.
Przeszedł w milczeniu przez pokój i wyjął butelkę szampana z wiaderka z lodem, stojącego za kanapką. Otworzył ją, po czym nalał trzy wielkie kieliszki szampana pół na pół z brandy. Wręczył nam po kieliszku, a trzeci wzniósł sam.
– Wznoszę toast – oznajmił uroczyście. – Wypijemy zdrowie starej, tłustej pani.
Znalazłem się w poważnym kłopocie. Jeśli wypiję, to tak, jakbym podzielał jego zdanie o hrabinie, co nie byłoby bardzo grzeczne, z drugiej zaś strony, jeśli nie wypiję, to ten człowiek może mi zrobić coś złego, wydawał się do tego zdolny. Kiedy tak się wahałem, hrabina, ku mojemu zdumieniu, wybuchnęła zadowolonym chichotem. Jej gładkie policzki pokryły się mnóstwem dołeczków.
– Nie dokuczaj naszemu gościowi, Mustafa. Ale przyznaję, że pomysł z toastem był dobry – tu pociągnęła z kieliszka.
Demetrios-Mustafa wyszczerzył ku mnie zęby, które lśniły i migotały w świetle ognia.
– Pij, kyrie – powiedział.– Nie zwracaj na nas uwagi. Ona żyje po to, by jeść, pić i kłócić się, a moim zadaniem jest umożliwiać jej to wszystko.
– To bzdura – hrabina ujęła mnie za rękę i poprowadziła na kanapkę, a ja czułem się tak, jakbym był przywiązany do różowej pulchnej chmurki. – Bzdura. Żyję po to, żeby robić wiele innych rzeczy. Nie stój tutaj, ty pijanico, i zostaw w spokoju moje alkohole. Idź i dopilnuj jedzenia.
Demetrios-Mustafa dopił drinka i wyszedł z pokoju, hrabina zaś rozsiadła się na kanapce, wciąż ściskając moją dłoń i uśmiechając się do mnie promiennie.
– Jak miło – szczebiotała. – Tylko ty i ja. Powiedz, czy zawsze nosisz zabłocone ubrania?
Opowiedziałem jej spiesznie, bardzo zakłopotany, o przygodzie z Sally.
– Ach, więc przyjechałeś na ośle? – z jej tonu można by sądzić, że to najbardziej egzotyczny sposób podróżowania. – Jak rozsądnie! Ja osobiście nie ufam samochodom, są takie hałaśliwe i nigdy nie wiadomo, co zrobią. Nie można na nich polegać.
Pamiętam, mieliśmy samochód za życia mego męża. Żółty, wielki. Ale, mój drogi, cóż to był za potwór! Robił wszystko, co mu kazał mój mąż, a mnie w ogóle nie słuchał. Pewnego dnia rozmyślnie wjechał tyłem w wielki stragan z owocami i jarzynami, mimo wszystkich moich wysiłków, by go zatrzymać, a potem zjechał ze skraju molo i wpadł do morza. Kiedy wyszłam ze szpitala, powiedziałam do męża: „Henri” – powiedziałam, bo tak miał na imię, miłe, mieszczańskie imię, nie uważasz? O czym to ja? Aha. No więc: „Henri – powiadam – ten samochód jest złośliwy. Chyba go zły duch opętał. Musisz go sprzedać”. I sprzedał.
Brandy z szampanem na pusty żołądek zjednoczyły się z ogniem na kominku, by mi rozkosznie zakręcić w głowie. Potakiwałem, uśmiechałem się, a hrabina szczebiotała dalej.
– Mój mąż był bardzo kulturalnym człowiekiem, bardzo kulturalnym człowiekiem, naprawdę. Kolekcjonował książki, rozumiesz. Książki, obrazy, znaczki, kapsle od piwa, ciekawiło go wszystko, co kulturalne. Demetrios-Mustafa wszedł do pokoju, napełnił nam znowu kieliszki i oznajmił:
– Lunch podany – oznajmił.
Hrabina, wciąż szczebiocząc, wyprowadziła mnie za rękę z pokoju. Poszliśmy wykładanym terakotą korytarzem, po skrzypiących drewnianych schodach do olbrzymiej kuchni w piwnicy. Kuchnia w naszej willi była ogromna, ale przy tej wydawała się lilipucia. Tu podłoga pokryta była kamiennymi płytami, a w przeciwległym końcu żarzyła się i migotała cała bateria palenisk na węgiel drzewny, na których stały bulgocące garnki. Na ścianach wisiały przeróżnego rodzaju miedziane rondle, kociołki, tace, dzbanki do kawy, ogromne półmiski i wazy do zup. W blasku rzucanym przez ogień wszystkie lśniły czerwonozłoto, migocząc i łyskając niby skrzydła chrząszcza. Pośrodku podłogi stał długi na dwanaście stóp stół z cudownego politurowanego orzecha. Był starannie nakryty na dwie osoby, ze śnieżnobiałymi serwetkami i lśniącym srebrem stołowym. Pośrodku stołu stały dwa olbrzymie srebrne świeczniki, a w każdym z nich las płonących świeczek. Dziwne było to połączenie kuchni i wytwornej jadalni. Panowało tu gorąco i rozchodziły się zapachy tak rozkoszne, że niemal tłumiły zapachy hrabiny.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko jedzeniu w kuchni? – zapytała hrabina takim tonem, jakby jedzenie w podobnie skromnych warunkach było czymś upokarzającym.
Odpowiedziałem, że uważam jedzenie w kuchni za pomysł niezwykle rozsądny, zwłaszcza w zimie, kiedy w kuchni jest cieplej.
– Bardzo słusznie – zgodziła się hrabina sadowiąc się w krześle, które przysunął jej Demetrios-Mustafa. – I, widzisz, jak jemy na górze, to ten stary Turek skarży się, że musi daleko chodzić.
– Nie skarżę się na odległość, tylko na ciężar półmisków – stwierdził Demetrios-Mustafa nalewając nam do kieliszków blade, zielonozłote wino. – Gdyby pani jadała trochę mniej, to nie byłoby tak ciężko.
– Och, przestań narzekać i zaczynaj podawać – powiedziała płaczliwie hrabina zatykając starannie serwetkę pod zdobnym w dołeczek podbródkiem.
Po ogromnych ilościach szampana z brandy byłem teraz całkiem pijany i nieludzko głodny.
Z pewnym przerażeniem patrzyłem na sztućce obrzeżające mój talerz, bo nie miałem pojęcia, w jakiej je brać kolejności. Przypomniałem sobie pouczenia matki, która mówiła, że zaczyna się od tych zewnętrznych i posuwa ku środkowi, ale wciąż miałem wątpliwości. Postanowiłem zaczekać, zobaczyć, od czego zacznie hrabina, i robić to, co ona. Nie była to rozsądna decyzja, szybko bowiem stwierdziłem, że brała każdy nóż, łyżkę czy widelec, jaki jej się nawinął pod rękę, bez najmniejszych skłonności do dyskryminacji, toteż po pewnym czasie tak się we wszystkim zaplątałem, że zacząłem robić to samo.
Pierwszym daniem, jakie nam podał Demetrios-Mustafa, był cudowny rosół usiany cekinami malutkich złotych banieczek tłuszczu i grzankami wielkości paznokcia pływającymi niby chrupkie malutkie tratwy na bursztynowym oceanie. Smakował naprawdę znakomicie i hrabina dolewała sobie dwa razy i chrupała grzanki, z chrzęstem, jakby ktoś chodził po uschniętych liściach. Demetrios-Mustafa napełnił nam ponownie kieliszki bladym winem o zapachu piżma i postawił przed nami półmisek malutkich młodych rybek, smażonych na złotobrązowy kolor. Towarzyszyły temu ćwiartki zielonożółtych cytryn w wielkiej salaterce i pełna sosjerka jakiegoś nieznanego mi, egzotycznego sosu. Hrabina nałożyła sobie kopiasty talerz rybek, oblała potokami sosu, a potem skropiła szczodrze cytryną rybki, stół i siebie. Uśmiechnęła się do mnie promiennie, twarz miała teraz jasnoróżową, a na czole drobne kropelki potu. Fantastyczny apetyt jakoś nie umniejszał jej talentów konwersacyjnych, mówiła bowiem bez przerwy.
– Lubisz takie małe rybki? Boskie! Szkoda, że musiały tak młodo umierać, ale tak już jest na świecie. Jak to przyjemnie, że można je w całości zjadać i nie przejmować się ośćmi. Co za ulga!
Henri, wiesz, mój mąż zaczął kiedyś kolekcjonować szkielety. Boże wielki, dom wyglądał i pachniał jak kostnica. „Henri – powiedziałam. – Henri, to się musi skończyć. Nabrałeś jakichś niezdrowych, chorobliwych upodobań. Musisz iść i poradzić się psychiatry”.
Demetrios-Mustafa usunął puste talerze, nalał nam czerwone wino, ciemne jak serce smoka, a potem ustawił przed nami kolejny półmisek, na którym leżały bekasy o tak wykręconych łebkach, że mogły się same nadziać na swe długie dzioby. Puste oczodoły spoglądały na nas oskarżycielsko. Ptaki były pulchne i brązowe po upieczeniu, a każdy leżał na swojej własnej kwadratowej grzance. Otaczały je cieniutkie płatki smażonych kartofli niby spędzone tu wiatrem jesienne liście, jasne, zielonobiałe świece szparagów i zielony groszek.
– Zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy są wegetarianami – oznajmiła hrabina waląc zamaszyście widelcem w czaszkę bekasa, by się dobrać do mózgu. – Henri próbował kiedyś być wegetarianinem. Uwierzyłbyś? Ale nie mogłam tego wytrzymać. „Henri – powiedziałam – to się musi skończyć. Mamy w spiżarni tyle jedzenia, że moglibyśmy wykarmić armię, a ja nie umiem jeść w pojedynkę. – Wyobraź sobie, mój drogi, akurat zamówi łam dwa tuziny zajęcy. – Henri – powiedziałam – musisz dać spokój temu idiotycznemu kaprysowi”.
Pomyślałem sobie, że Henri, choć niewątpliwie dosyć kłopotliwy jako mąż, musiał jednak doświadczyć w życiu wielu rozczarowań.
– Demetrios-Mustafa usunął szczątki bekasów i dolał wina. Zaczynałem już odczuwać wzdęcie i miałem nadzieję, że niewiele mnie jeszcze czeka. Przy talerzu jednak pozostała mi cała armia nie używanych sztućców, toteż z przerażeniem spoglądałem na Demetriosa-Mustafę zbliżającego się ku nam przez ciemnawą kuchnię z ogromnym półmiskiem, Ach! – zawołała zachwycona hrabina unosząc w podnieceniu do góry pulchne rączki. – Główne danie. Co to będzie, Mustafa, co to będzie?
– Dzik, którego nam przysłał Maroyannis – odparł Demetrios-Mustafa.
– Och, dzik, dzik! – piszczała hrabina obejmując dłońmi tłuste policzki. – Och, cudownie! Zupełnie o nim zapomniałam! Mam nadzieję, że lubisz mięso dzika?
Odparłem, zgodnie z prawdą, że to jedna z moich najulubieńszych potraw, ale czy mógłbym prosić tylko o mały kawałeczek?
– Oczywiście – odparła pochylając się nad ogromną, brązową, lśniącą od tłuszczu szynką i zaczęła kroić grube różowe płaty. Ułożyła mi trzy na talerzu, sądząc najwyraźniej według swoich standardów, że jest to bardzo skromna porcyjka, a potem zaczęła garnirować mięso dodatkami. A więc stosy drobnych ślicznych złotych grzybków chanlerelles o delikatnym, niemal winnym smaku, malutkie dynie nadziewane śmietaną z kaparami, kartofle pieczone w skórkach, zręcznie rozszczepione i nasycone masłem, marchewki czerwone jak mroźne słońce zimowe i wielkie drzewiaste pnie białych porów duszonych w śmietanie. Przyjrzałem się temu talerzowi jedzenia i ukradkiem odpiąłem trzy górne guziki w spodenkach.
– Tak często jadaliśmy dziczyznę za życia mojego Henriego. On jeździł do Albanii na polowania, rozumiesz. Ale teraz rzadko jadamy mięso dzika. Cóż za uczta! Może jeszcze troszkę grzybków? Nie? Takie apetyczne. Po tym daniu zrobimy, myślę, przerwę? – Przerwa jest bardzo istotna, moim zdaniem, dla dobrego trawienia – a potem dodała naiwnie – i pozwala człowiekowi jeszcze tyle zjeść!
Pieczeń z dzika była wonna i soczysta, jako że zamarynowano ją uprzednio w winie i ziołach i naszpikowano ząbkami czosnku, ale mimo to ledwo jej podołałem. Hrabina wzięła sobie dwie dokładki, za każdym razem równie obfite, po czym odchyliła się w krześle z twarzą ściemniałą, niemal przechodzącą w fiolet, i otarła zroszone potem czoło malutką koronkową chusteczką.
– Teraz przerwa, co? – zagadnęła ochryple, lecz z uśmiechem. – Przerwa, by obliczyć nasze możliwości.
Czułem, że nie mam już żadnych możliwości do obliczania, ale nie chciałem się do tego przyznać. Kiwałem głową, uśmiechałem się i rozpiąłem pozostałe guziki.
Podczas owej przerwy hrabina paliła długie cienkie cygaro i pogryzała solone orzeszki, rozprawiając bezustannie o swoim mężu. Przerwa dobrze mi zrobiła. Poczułem się nieco mniej sztywny i ociężały. Kiedy hrabina doszła do wniosku, że daliśmy już dostateczny wypoczynek naszym organom wewnętrznym, kazała podać następne danie. Demetrios-Mustafa wniósł dwa, szczęściem małe, omlety, chrupkie i brązowe na zewnątrz, a płynne i soczyste wewnątrz, nadziane malutkimi różowymi krewetkami.
– Co nam dasz na deser? – zapytała hrabina z ustami pełny mi omletu.
– Nie przygotowałem deseru – oznajmił Demetrios-Mustafa.
Oczy hrabiny zrobiły się okrągłe i nieruchome.
– Nie zrobiłeś deseru? – zapytała tonem takiego przerażenia, jakby jej się zwierzył z jakiejś ohydnej zbrodni.
– Nie miałem czasu – oświadczył Demetrios-Mustafa. – Nie może się pani spodziewać, że będę tyle gotował i jeszcze miał całe sprzątanie na głowie.
– Ale bez deseru? – mówiła z rozpaczą hrabina. – Przecież lunch nie może być bez deseru.
– Kupiłem bezy – powiedział Mustafa. – Muszą pani wystarczyć.
– Och, świetnie – hrabina rozpromieniła się natychmiast i pojaśniała. – Tego nam właśnie było trzeba!
Tego mi właśnie na pewno nie było trzeba. Bezy były wielkie, białe, kruche jak koral i obficie wypełnione kremem. Trzeba mi było, myślałem, zabrać Rogera, mógłby siedzieć pod stołem i zjeść połowę tego co ja, hrabina bowiem była zbyt pochłonięta swym talerzem i wspomnieniami, by skupić na mnie uwagę.
– No – powiedziała połykając ostatnie kawałki bezy i ocierając z podbródka białe okruchy. – Czy jesteś syty? Czy może miałbyś ochotę na coś jeszcze? Może jakieś owoce? Niestety, nie ma ich wiele o tej porze roku.
Odpowiedziałem, że nie, dziękuję bardzo, jestem bardzo najedzony.
Hrabina westchnęła i spojrzała na mnie serdecznie. Sądzę, że nic nie sprawiłoby jej większej przyjemności niż wepchnąć we mnie jeszcze kilka dań.
– Za mało jesz – oświadczyła. – Taki dorastający chłopiec po winien więcej jadać. Jesteś za chudy na swój wiek. Czy matka karmi cię jak należy?
Wyobraziłem sobie oburzenie matki, gdyby usłyszała tę insynuację. Powiedziałem, że moja matka jest znakomitą kucharką i że jadamy po królewsku.
– Cieszę się – powiedziała hrabina. – Ale mimo to wyglądasz mi trochę mizernie.
Nie mogłem się do tego przyznać, ale rzeczywiście pobladłem, ponieważ napór jedzenia na mój żołądek zaczynał już być wyczuwalny. Powiedziałem najuprzejmiej, jak potrafiłem, że chyba powinienem już wracać do domu.
– Ależ oczywista, kochanie – przyznała hrabina. – Boże wielki, już kwadrans po czwartej. Jak ten czas szybko leci!
Westchnęła na tę myśl, potem wyraźnie poweselała.
– Wiesz, prawie już pora na herbatę. Czy na pewno nie miał byś ochoty zostać i coś przekąsić?
Powiedziałem, że nie mogę, bo mama zacznie się niepokoić.
– A teraz pomyślmy – zastanowiła się hrabina. – Po co tu przyjechałeś? Ach, po sowę. Mustafa, przynieś sowę chłopcu, a mnie kawę i trochę tego cudownego rachatłukum, jest na górze na kanapce.
Mustafa przyniósł zawiązane sznurkiem kartonowe pudło i wręczył mi mówiąc: – Nie radzę otwierać przed powrotem do domu. To dzikie stworzenie.
Świdrowała mi w głowie straszliwa myśl, że jeśli nie przyśpieszę odejścia, to hrabina zaprosi mnie jeszcze na rachatłukum. Podziękowałem więc obydwojgu serdecznie za sowę i ruszyłem do wyjścia.
– Strasznie było miło cię poznać – mówiła hrabina. – Okropnie miło. Musisz jeszcze kiedyś przyjść. Musisz przyjść wiosną albo latem, kiedy jest większy wybór owoców i jarzyn. Mustafa umie tak przyrządzić ośmiornicę, że się rozpływa w ustach.
Powiedziałem, że bardzo chętnie przyjdę jeszcze raz, a w duszy przysiągłem sobie, że jeśli przyjdę, to będę uprzednio pościł przez trzy dni.
– Masz – powiedziała hrabina wciskając mi pomarańczę do kieszeni. – Możesz poczuć głód w drodze do domu.
Wsiadłem na Sally i ruszyłem, a hrabina wołała za nami:
– Jedź ostrożnie!
Siedziałem z ponurą twarzą przyciskając sowę do piersi, dopóki nie znaleźliśmy się za bramą posiadłości hrabiny. Tam okazało się, że trucht oślicy jest ostatnią kroplą dopełniającą miary. Zsiadłem, poszedłem za drzewo oliwki i zwymiotowałem rozkosznie i bez ograniczeń.

Po przyjeździe do domu zaniosłem sowę do mojego pokoju, rozwiązałem sznurek i wyjąłem szamoczącego się, wojowniczego ptaka na podłogę. Psy, które otoczyły nas kołem, by obejrzeć nowy nabytek, cofnęły się spiesznie. Wiedziały, do czego jest zdolny mój puszczyk Ulisses, kiedy wpadnie w zły humor, a ta płomykówka trzykrotnie go przerastała. W moim przekonaniu była jednym z najpiękniejszych ptaków, jakie widziałem w życiu. Pióra na skrzydłach i grzbiecie miały barwę złotego plastra miodu z jasnopopielatymi plamami, pierś kremowobiałą, a wokół ciemnych, dziwnie orientalnych oczu nosiła okrągłą maseczkę z białych piór, która sprawiała wrażenie tak sztywnej i wykrochmalonej jak elżbietańska kreza.
Ze skrzydłem nie było tak źle, jak się obawiałem. Złamanie było proste i po półgodzinnej szarpaninie, podczas której ptak kilkakrotnie utoczył ze mnie krwi, udało mi się złożyć kość przyzwoicie. Sowa, którą postanowiłem nazwać Lampedusą, po prostu dlatego, że mi się to imię spodobało, okazywała wojowniczy strach wobec psów i nie miała najmniejszej ochoty na przyjaźń z Ulissesem. Doszedłem do wniosku, że będzie jej lepiej w jakimś ciemnym, odludnym miejscu, dopóki się nie przyzwyczai, wobec tego zaniosłem ją na strych. Jeden z pokoików na poddaszu był bardzo malutki, oświetlony tylko przez małe okienko, tak zasnute kurzem i pajęczynami, że niewiele światła przenikało do wnętrza. Było tu spokojnie i mroczno jak w jaskini, sądziłem więc, że tu Lampedusa będzie się czuła najlepiej w okresie rekonwalescencji. Postawiłem ją na podłodze, przy niej wielki spodek pełen siekanego mięsa i dobrze zamknąłem drzwi, żeby jej nikt nie przeszkadzał. Poszedłem do niej wieczorem i przyniosłem w prezencie zdechłą mysz. Wyglądała o wiele lepiej. Zjadła prawie całe mięso, a teraz syczała na mnie, kłapała dziobem i z rozłożonymi skrzydłami i płonącym wzrokiem sunęła po podłodze. Zadowolony z widocznej poprawy zdrowia sowy zostawiłem jej mysz i poszedłem spać.
W kilka godzin później obudziły mnie jakieś głosy w pokoju matki. Wylazłem z łóżka zastanawiając się sennie, co też moja rodzina może robić o tej porze, i wystawiwszy głowę za próg nasłuchiwałem.
– Powiadam ci – mówił Larry – że to jakiś piekielny ogromny Poltergeist.
– To nie może być poltergeist – tłumaczyła matka. – One rzucają przedmiotami.
– Wszystko jedno, co to jest, w każdym razie jest i dzwoni łańcuchami – mówił Larry. –
Więc trzeba odprawić egzorcyzmy. Podobno ty i Margo jesteście specjalistkami w sprawach przyszłego życia, więc idźcie i zróbcie, co trzeba.
– Ja nie pójdę na górę – odparła drżącym głosem Margo. – To może być nie wiadomo co. Może jakiś złośliwy duch.
– Pewno, że cholernie złośliwy – mówił Larry. – Od godziny nie daje mi spać.
– A jesteś pewny, że to nie wiatr ani nic takiego? – pytała matka.
– Wiem, jaka jest różnica między wiatrem i jakimś cholernym duchem, który dzwoni łańcuchami – upierał się Larry.
– A może to włamywacze – podsunęła Margo chcąc zapewne dodać sobie odwagi. – Może to włamywacze i należałoby zbudzić Lesliego.
Byłem straszliwie zaspany i wciąż jeszcze odurzony wypitym tego dnia alkoholem, toteż w żaden sposób nie mogłem pojąć, o czym mówi moja rodzina. Wyglądało to równie interesująco jak wszystkie inne hece w naszym domu, które zdarzały się o najbardziej niespodziewanych porach dnia i nocy, poszedłem więc do pokoju matki i zajrzałem przez drzwi. Larry chodził tam i z powrotem, zamiatając w rozmachu szlafrokiem.
– Trzeba coś zrobić – oświadczył. – Nie mogę spać, kiedy mi nad głową dzwonią łańcuchy, a jak jestem niewyspany, to nie mogę pisać.
– Nie bardzo wiem, czego po nas oczekujesz, kochanie – perswadowała mu matka. – Jestem pewna, że to wiatr.
– Tak, nie możesz przecież żądać, żebyśmy poszły na górę – przytaknęła Margo. – Ty jesteś mężczyzną. Ty idź.
Słuchaj – warczał Larry. – To ty wróciłaś z Londynu gadając bez ustanku o duchach i nieskończoności. Pewnie jakiś diabelski stwór zaklinany przez ciebie na tych twoich seansach przyleciał tutaj za tobą. Ty go oswoiłaś, więc jazda zaraz na górę i zrób coś z nim!
Słowo „oswoiłaś” jakoś do mnie dotarło, mimo otępienia. To chyba nie może być Lampedusa? Jak wszystkie sowy, płomykówka ma skrzydła miękkie i ciche niby puch mlecza. Przecież nie może robić hałasów, które przypominają szczękanie łańcuchami.
Wszedłem do pokoju i zapytałem, o co chodzi.
– To tylko duch – uspokajała mnie matka. – Larry znalazł ducha.
– Jest na strychu – tłumaczyła Margo z podnieceniem. – Larry przypuszcza, że przyleciał za mną z Anglii.
– Wszystko mi jedno, kto to taki – wściekał się Larry. – Chcę tylko, żeby go stąd usunięto.
Powiedziałem, że istnieje pewna minimalna możliwość, że to się okaże Lampedusa.
– A cóż to takiego? – spytała matka.
Wyjaśniłem, że jest to sowa, którą otrzymałem od hrabiny.
– Powinienem był wiedzieć! – krzyknął Larry. – Powinienem był od razu wiedzieć! Nie mam pojęcia, czemu mi to natychmiast nie przyszło do głowy?
– Uspokój się, kochanie, uspokój – łagodziła matka. – To tylko sowa.
– Tylko sowa. Wydaje takie odgłosy jak batalion jadących czołgów. Każ mu ją zabrać ze strychu!
Powiedziałem, że nie mogę pojąć, jak Lampedusa może hałasować, gdyż sowy to najcichsze stworzenia… Powiedziałem, że szybują nocą na skrzydłach bezgłośnych jak puch mlecza…
– Ta nie ma bezgłośnych skrzydeł – wrzasnął Larry. – Wydaje odgłosy jak jedna wielka sowia orkiestra jazzowa! Zabieraj ją stamtąd!
Wziąłem lampę i spiesznie ruszyłem na górę. Otworzywszy drzwi zorientowałem się od razu w czym rzecz. Lampedusa pożarła mysz, a potem stwierdziła, że na talerzyku ma jeszcze spory strzęp mięsa. Niestety, mięso zaschło i przykleiło się do spodka. Sowa w przekonaniu, że ten strzęp mięsa posłuży jej za przekąskę i pozwoli przebidować do rana, próbowała zdziobać je z talerzyka. Zakrzywiony, bursztynowy dziób przebił mięso, ale mięso nie chciało się odkleić od talerzyka, no i nieszczęsny ptak, jak w pułapce, trzepotał się bezradnie po podłodze waląc i łomocząc spodkiem o drewniane deski, żeby wyswobodzić dziób. Uwolniłem ją więc i zaniosłem na dół do mego pokoju, gdzie zamknąłem ją na wszelki wypadek w kartonowym pudle.

Ulisses Don Kichot Hamlet Szwejk

Dziś miały być wybory, a sposób w jaki je władza najpierw zamierzała przeprowadzić, a potem zadecydowała, że jednak ich nie będzie, przypomina zamach stanu. Dlatego pozwoliłam tu sobie zamieścić znaleziony na FB obraz Agnieszki Kann, zatytułowany Wybory. Ależ im się ta pandemia przydała.

A teraz w tył zwrot, do starej publicystyki ze “starych, dobrych czasów PRL”:

Andrzej Kijowski, zbiór felietonów publikowanych w Tygodniku Powszechnym w latach 1970-1971, książka wydana w roku 1988 (wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, Poznań). Tekst sprzed pół wieku, ale niczego mu nie brakuje, jest współczesny, jakby go autor dziś napisał.

Nasza Wojna Trojańska

10 maja 1970

Dziś przed dziewiątą pobudzili nas ślepcy muzyką skrzypiec i harmonii. Drżący tenor odśpiewał Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, Ten pierwszy marsz, Oto dziś dzień krwi. Słońce świeciło. Wyszliśmy na balkony w piżamach, w gatkach, w nocnych koszulach i rzucając monety niewidomym czciliśmy ćwierć wieku życia. Ćwierć wieku temu, chory na anginę, w gorączce, stałem kocem owinięty w oknie, patrząc poprzez gałęzie rozkwitających kasztanów na wojsko idące do rynku. Na karabinach kiście bzu. Płakać mi się chciało, że mnie tam w rynku nie będzie z wojskiem, z tłumem, gdy grają muzyki, dzwony biją. Wiosna beze mnie, pokój beze mnie, dzwony i trąby beze mnie. Wiła wianki i rzucała — śpiewali żołnierze. A ślepcy: Czy widzisz te gruzy na szczycie. Gardło boli.

Nasza wojna trojańska. Kto był jej żołnierzem, kto nią kierował, kto był więźniem, kto się przez nią tułał, kto jej się tylko przyglądał z ukrycia, komu wzięła dzieciństwo, komu je tylko zatruwają cudze wspomnienia o niej, wszyscyśmy coraz bardziej wobec niej równi, bo nas jednako od niej oddala czas, nikogo z nas wszakże nie uwalniając od zależności, jaką nałożyła naszym duszom. W całej Europie od Pirenejów po Władywostok nie ma człowieka, który by z nią, przez nią, lub przeciw niej nie myślał o świecie, o losie; żyjemy, oczywiście, nowymi problemami, ale zważcie, że wszystkie poważne między nami konflikty wzbudzają echa tej wojny już dawno minionej, jakbyśmy z niej, niby z ukrytej siłowni, wciąż pobierali prądy, wstrząsy, bodźce. Nie tylko o międzynarodowych konfliktach myślę, które wynikają z nie załatwionych do końca spraw politycznych, lecz także o konfliktach powstających z przeciwstawienia zasadniczych postaw wobec życia społecznego, wobec życia w ogóle. „Patriotyzm” i „kosmopolityzm”, „indyferentyzm” i „zaangażowanie”, „konsumpcjonizm” i jego — nie wiem jak je nazwać — przeciwieństwo, walczą z sobą w skali społeczeństw, i w skali rodzin. Gdy młodzież powstaje przeciw władzom, jak dwa lata temu we Francji i w innych krajach, albo gdy syn kłóci się z ojcem, co może zdarzyć się przy każdej kolacji, konflikt taki, jeśli nabierze rozpędu, powagi, zawsze, jakoś, którędyś, pokręconym swoim odgałęzieniem połączy się z tym, co się ćwierć wieku temu zakończyło.

„I poszli szaleni uparci” — śpiewają ślepcy, lecą monety w papierkach, dzieci je podnoszą i wtykają muzykantom w kieszenie. Ta wojna wydusiła z ludzkości (w Europie) maksimum cierpienia, wysiłku i dzielności, stając się miarą wszystkiego, co człowiek może. Z upływem czasu, gdy zaczynają siwieć najmłodsi jej żołnierze, miara staje się coraz bardziej mityczna, a więc tym bardziej absolutna. Podzieliła nas ta wojna na dobrych i złych, jakby była generalną próbą Sądu Ostatecznego, a zakończyła się przykładnym tryumfem Dobra nad Złem. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Jak prosto było wtedy wybrać słuszną sprawę, i jak łatwo wierzyć w jej wygraną. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Od trudności współczesnych uciekamy w mityczny czas wojny, jak w archaiczną, dziecinną epokę, aby w niej szukać wzorów dobra i męstwa. Cofamy się do niej jako do początku historii, jak do Troi cofali się Grecy, i jak każdy człowiek, przywołuje dziecinne, dawne swoje fantazmaty na pomoc, gdy mu ciężko podołać problemom dojrzałego życia.

Wieczorem w telewizji film Bułata Okudżawy (kto nie widział, niech żałuje) o żołnierzu Małyszkinie. Pośmiewisko kolegów, utrapienie oficerów, nie może poradzić sobie z bronią ani z maszynerią katiuszy, ani z musztrą, choruje na czyraki, upija się jednym łykiem spirytusu, do dziewczyn zbliża się z lękiem i czcią, jak paź, i z tak wielkim pragnieniem miłości, że go od siebie pędzą z litością i śmiechem. Szwejk–poeta, Szwejk–Hamlet, Hamlet–Don Kichot, chudy, o wielkich, smutnych oczach, a z komiczną twarzą, skulony w kącie ziemianki lub ciężarówki, która go wiezie przez rosyjskie bezdroża, z szyją owiniętą brudnym bandażem, snuje sam sobie opowieść o swojej własnej, niepodobnej do prawdy wojnie bohaterskiej, o swojej miłości i o śmierci. Zmyśla sobie pechowe przygody, które kończą się zawsze szczęśliwie, gdyż ów Szwejk–Hamlet–Don Kichot–Bezuchow jest jednocześnie Ulyssesem — bohaterem wszystkich powieści, które przeczytał i które opowiada żołnierzom; jest dzieckiem 19-letnim, które z wojną razem poznaje świat, miłość, siebie. Może to była ostatnia wojna w Europie, może ostatnia, z której dało się wyjść z życiem. Do niedawna literatura o niej opowiadała. Kto ją przeżył, układa w literackie formy swoje względem niej kompleksy. Ale niedługo przeżycia oraz ich brak spadną na dno pamięci, którą zastąpi historia coraz obfitsza i coraz dokładniejsza. Wojna zstąpi w podświadomość poetów, którzy będą na jej temat coraz więcej i coraz śmielej fantazjować. Objawi nam się ona w nowych postaciach, rozpoznamy ją w różnych symbolach i alegoriach, i coraz cudowniejsze jej wersje będziemy czytać w powieściach i poematach. Literatura stworzy z niej jeden z tych wielkich mitów historycznych, które na wieki całe służą wyobraźni poetów za pole formowania się opowieści o człowieku próbującym swych sił w zetknięciu z nieprzyjaznym światem.

W filmie Okudżawy biegną żołnierze śnieżną równiną, krzycząc Urra–Urra, jak do szturmu, jak tyle razy w batalistycznych filmach. Podnoszą w górę pepesze, u ramion im powiewają pałatki — biegną wielkim mrowiem czarne sylwetki, jak uskrzydlone. Przed nimi morze — biegną do morza, jak Grecy na Anabasis. Aby się wykąpać!

„Z trzynastu cegieł, z cegieł trzynastu, zbuduję domek wielki jak miasto” — zaśpiewali ślepcy na zakończenie, po czym przysiedli na murku okalającym przedszkolny ogródek, aby przeliczyć dochód. Przebierali monety w palcach z głowami uniesionymi ku młodemu słońcu.

Reblog na Dzień Zwycięstwa

…żeby przypomnieć, że było niekiedy przerażające i że długo jeszcze trwało, zanim się na dobre zorganizowało i zawładnęło życiem (za onet.pl)

Aleksandra Czajkowska

Piekło na wodzie. Jak alianci zbombardowali ocalałych więźniów obozów koncentracyjnych.

Nigdy nie lubił rozmawiać o wojnie. Był zamknięty w sobie, ale nie wynikało to z charakteru. Michał Lech przeżył tortury w więzieniu gestapo i pobyt w dwóch obozach zagłady, jednak najbliżej śmierci był, gdy wojenny koszmar chylił się ku końcowi. 75 lat temu samoloty aliantów zbombardowały okręt “Arcona”, przewożący więźniów nazistowskich obozów. Spośród pięciu tysięcy pasażerów ocalało jedynie 350 osób.

Urodził się 31 sierpnia 1917 roku w Pełkiniach pod Jarosławiem. Zajmował się uprawą roli razem z rodzicami, siostrą i bratem. Był spokojnym, młodym chłopakiem. Kiedy wybuchła wojna miał 22 lata, ale dla niego rozpoczęła się ona rok później. Przez donos jednego z miejscowych kolaborantów Michał Lech został aresztowany 3 maja 1940 roku.

Początkowo więziony był w Jarosławiu. Tam brutalnie katowany przez Franza Schmidta, słynnego’’kata jarosławskiego’’, przetrwał sześć miesięcy. Na jego plecach zamiast skóry były widoczne kości. Dziury bez mięśni. Rozmaite tortury były specjalnością zastępcy szefa Gestapo w Jarosławiu. Okaleczanie, bicie, kopanie, wyrywanie paznokci to tylko niektóre metody stosowane przez niego przy przesłuchaniach więźniów. Schmidt był osobiście odpowiedzialny za śmierć kilkuset osób i skazanie kolejnych kilkunastu tysięcy.

3 listopada 1940 r. Michał został przewieziony razem z innymi więźniami do Tarnowa. Po 17 dniach, 20 listopada przyjechał do więzienia Montelupich w Krakowie, skąd 4 grudnia trafił do Auschwitz jednym z pierwszych transportów. Odtąd przestał być człowiekiem. Stał się więźniem politycznym nr 6 797.

Pierwszy dzień wiosny 1943 r. był ostatnim jego dniem w Auschwitz. Został przeniesiony do obozu Neuengamme niedaleko Hamburga, gdzie doczekał wyzwolenia. Nie wiedział jednak, że będzie musiał jeszcze raz walczyć o życie. W ostatnich tygodniach wojny Niemcy rozpoczęli likwidację obozu i ewakuację więźniów do portu w Lubece.

Pierwszy transport dotarł na miejsce 19 kwietnia 1945 r. Ostatni więźniowie trafili tam 1 maja. Do tego czasu czekali, nie wiedząc, w jakim celu zostali przewiezieni na statki i co ich spotka. W porcie były zakotwiczone trzy okręty: “Athen”, “Thielbeck” i transatlantyk “Cap Arcona”. Ostatni, największy zakotwiczony był pięć kilometrów od brzegu. Aby dostać się na pokład “Arcony” trzeba było przypłynąć tam za pomocą “Athen”. Załoga cywilna statków nie chciała wykonywać rozkazów SS, jednak została do tego zmuszona.

Na “Cap Arconie” znajdowało się pięć tys. więźniów, na “Thielbecku” trzy tys., a na pokładzie “Athen” dwa tys. Michał Lech znalazł się na pokładzie największego liniowca. Okręt nie przypominał luksusowej jednostki, za jaką uchodził przed wojną. Na statkach panowała ciasnota, w dwuosobowych kajutach tłoczyło się po dwudziestu kilku więźniów. W zaduchu, w oparach własnych fekaliów, przebywali tam przez kilka dni.

Piekło na wodzie

II wojna światowa zbliżała się do końca. 2 maja alianci zakomunikowali wszystkim jednostkom, że nazajutrz po godz. 14 rozpoczną bombardowanie statków. Nakłaniali do wycofania się Niemców, lecz nie wiedzieli, że na okrętach zamiast gotowych do bitwy żołnierzy przebywają wycieńczeni z głodu i chorzy więźniowie obozu. Wbrew rozkazom przebywającego na pokładzie dowódcy SS, kapitan statku “Athen” 15 minut przed rozpoczęciem ostrzału wywiesił białą flagę i zawinął do portu. Marynarz uratował życie dwóch tysięcy więźniów, ale pasażerowie pozostałych dwóch statków nie mieli tyle szczęścia.

SS-mani nie chcieli wywiesić białych flag ani oznaczeń czerwonego krzyża, które powstrzymałyby atak aliantów. 3 maja 1945 r. po godzinie 14 rozpoczęło się bombardowanie frachtowców. Samoloty wystrzeliły ok. 60 rakiet w kierunku “Cap Arcony” i “Thielbecka” oraz serie z karabinów maszynowych.

Michał Lech, ocalały ze statku “Cap Arcona”

Takiego wyzwolenia nikt z nich się nie spodziewał. Pierwszy zatonął “Thielbec”, a kiedy był już prawie zanurzony pod wodą, rozpoczął się ostrzał “Cap Arcony”. Przestraszeni i wycieńczeni więźniowie biegali po pokładach, Niemcy nie mieli nad nimi żadnej kontroli. Zaczęła się rozpaczliwa walka o życie. Wcześniejszy ostrzał spowodował pożar okrętu. Wokół leżeli zakrwawieni lub poparzeni więźniowie, martwi lub wyjący z bólu.

Kilkanaście minut trwało, zanim Michał Lech, stojący na płonącej części statku, zanurzył się w wodzie. Nie mógł wypłynąć na powierzchnię, ponieważ zimno sparaliżowało jego ciało. W końcu złapał oddech. Na “Cap Arconie” było więcej szalup ratunkowych niż na”Thielbecku”, ale nie były dostępne dla więźniów. Niemcy pospiesznie opuszczali szalupy płonącego już i w połowie zatopionego statku.

Kiedy uderzały z dużą prędkością o wodę, hitlerowcy wypadali z nich. To była jedyna szansa dla więźniów. Część z nich razem z Michałem przejęła jedną szalupę i walcząc o życie, jak najszybciej odpływała od reszty, która usilnie chciała dostać się na pokład łodzi. Znajdowali się 5 km od brzegu.

Więźniowie po pokonaniu kilku kilometrów w wodzie pod ostrzałem dopłynęli do brzegu, gdzie czekali na nich Niemcy, którzy dobijali ocalałych. Kiedy alianci zorientowali się, że zbombardowali statki z więźniami, natychmiast ruszyli na pomoc. Dopuszczający się zbrodni żołnierze niemieccy uciekli lub zostali aresztowani, pozostawiając przy życiu garstkę ocalałych.

Drugie życie w nowej Polsce

Z około 9 tysięcy 400 więźniów przebywających na trzech statkach przeżyło 2 tysięcy 400. Większość ocalałych znajdowała się na pokładzie nienaruszonego “Athen”. Z “Cap Arcony”, liczącej około pięciu tysięcy więźniów przeżyło 350, a z “Thielbeck”, na którym było około trzy tysięcy jedynie 50 osób.

To był koniec wojny, obozów i walki o życie. Alianci zapewnili leczenie najpierw na miejscu, a później w Szwecji. Michał został tam kilka lat, pracował w fabryce żarówek “Osram”. Po pięciu latach wysłał stamtąd pierwszą wiadomość do domu. Jego wojna trwała dokładnie pięć lat, od aresztowania 3 maja 1940 roku do wyzwolenia 3 maja 1945 roku.

Postanowił przyjechać do Polski, do mamy. Na promie został okradziony z dokumentów. Brak paszportu spowodował, że w Szczecinie został uznany za szpiega i aresztowany. Dopiero po interwencji Szwecji został wypuszczony, ale bez dokumentów nie mógł już wyjechać z Polski. Wrócił do Pełkiń, ożenił się, miał dwie córki. Jedna z nich to moja mama. Tak, to historia mojego dziadka, którego nigdy nie poznałam. Dziadek do końca życia miał ogromne problemy zdrowotne. Zmarł 9 listopada 1989 roku.