How to be old?

Ewa Maria Slaska

I was invited to an event. It was in Neukölln which is since some years new hype of Berlin. Dark, wet, cold, late, Neukölln. Not a perfect combination, but OK, I was invited by one of persons making the event, and I promised to go, so I said to myself, go Ewa go. I went. I found the place looking like 25 years ago every evening location in Berlin. No colors, no pictures, everything grey or sepia, fancy trash&kitsch look. A lot of black dressed young people. The event will take place in a back room, which is quite empty. I am too early, as usual, so I find a perfect place, on a couch in the corner with a good view to speakers table. Two other women sitting at the both sides of the table, each looking at the display. Me too. A young man come to us, give some postcards first to one woman, than to the second one, explains something and goes away. I am bit surprised not understanding why he did not gave a postcard to me too? Hi you, I say, I would like… But he does not turn back to me. One of the woman explains something about him making an adv of an online journal polen-pl.eu or something like that looking for new authors… She gives me her postcard. But I do not want her postcard, I want to undestand, why I was a non existing person? No person at all.

But of course I know the explanation. I am old and therefore I do not exist. I do not know how he is able to judge it so quickly, it is dark and I have a fancy hut on, coming deep on my face, but it does not matter. I do not matter…

Five minutes after the time the room became suddenly full. My good place changes to an disaster. Many black dressed young people. Only young. I see nothing. Nobody sees me. Awkward. I feel uneasy, knowing I took a place of somebody who deserved it much more as me. They are pushing me from both sides to and fro. The event is in English, I do not mind, but I suppose it was not said on the invitation, the next sign this is only for insider.

A young woman says some nice greetings, OK it is an event for young generation but if there is somebody elder it means he or she is young. OK, nice, but no, I am not young… I would like to vanish or at least to go, but I am sitting squeezed between three or four other people in front of regular rows of chairs and all the paths out are blocked by stayers and sitters. So I sit… And listen to revelations revealing from and for a young generation…

In a break time I go… It was definitely the last time I went to such a place and to such an event. I am old and it is my time to be old. Never more I want to be confronted with such a pure exclusion.

I feel not good but it comes worse.

Then two days later I find in facebook a short text written by a young Polish woman about this event: Great evening with opposition journalists and politicians from Eastern Europe in Neukölln, Berlin. From Krytyka Polityczna/Political Critique X and Y from Hungary’s Kettös Mérce online newspaper – Z and V. And Berlin’s journalist U – always close to the pulse of the city! (sorry I took all the names away they have nothing to do with my feelings).

And that photo:

Why? Why such a photo? Underneath an explanation… There is an article in one Berlin daily about the event… The picture is chosen by the redaction, but not the comments:

babcianaprotescie

The first comment: (…) Aaa, it is a black protest.
The second: Why? You do not like when the old show solidarity to the young? They also have daughters, granddaughters (…)
The third: No, but usually the German press ilustrates the texts about East Block countries with photos of an old sad women dressed like in the communistic time…
The last one: Grandma – she only forgot to dress properly for a contest…

Yeah… It is me. Go home Grandma, go home. You do not have daughter or granddaughter, so you have nobody giving you right to speak for and nobody needs you speeking for your own.

To be continued

Reblog: Fajowo czyli wypowiadam wojnę przecinkom!

Z blogu: Tęsknoty prostaka

niedziela, 9 października 2016

Dariusz Sobala

Byliśmy z żonusią obejrzeć festiwal światła na naszej Piotrkowskiej i w jej okolicach. Było ciemno i masa ludzi. Pewnie ze dwadzieścia procent przybyłych nabyło drogą kupna mrugające na różowo kocie uszy mrugające ledami opaski na buty oraz kompletnie idiotyczne mrugające ciupaski rodem ze Star Wars.

I wszyscy szli tam gdzie mrugające lampiony zwisały z drzew a świecące białym światłem dwumetrowe meduzy zwisały dla odmiany z drzew. Pod nimi zaś rosły dwumetrowe grzyby. Było fajowo. Zdumieni grzybowym wysypem w centrum Łodzi Łodzianie stawali pod nimi i pstrykali sobie fotki. Do tańca przygrywał zespół składający się brodacza w czapeczce wykonującego frykcyjne ruchy i pomagającego sobie dłońmi tarmoszącymi stary gramofon. Był fajowy. Wielu oglądaczo-słuchaczy w wieku mocno przedszkolnym darło się wniebogłosy w swoich wózkach pod czujnym wzrokiem ociemniałych panującymi ciemnościami mam i tatków pchających swoje pociechy po rozdeptanych trawnikach. Błoto na trawnikach było fajowe.
Gdy tak kluczyłem wśród fioletowo-zielono-niebiesko-białej kakofonii setek doznań po parku Śledzia rozwiązał mi się but. Wiązanie buta jest fajowe ale nie ma znaczenia w tej opowieści. Później dotarliśmy na Plac Wolności który jest diabelnie fajowy zwłaszcza nocą i gdzie dawali fajowy spektakl z gatunku światło i dźwięk po którym wszyscy runęli w dół Piotrkowskiej w celu obejrzenia innych fajowych pomysłów innych brodaczy ze zintegrowanymi mózgami z komputerami.

Rzecz jasna i my pstryknęliśmy sobie kilka fajowych fotek…

Niestety… Zaczęło padać a nasze fajowe parasole i parasolki zostały w domu. Na szczęście przy “Magdzie” grał zespół składający się saksofonisty altowego basisty i tego co gra na cyji. I tych trzech niemłodych już panów dało czadu unplugget przy którym zmokłem do cna i wróciliśmy do naszego fajowo cieplutkiego domciu kupując po drodze fajową flaszkę jarzębiaczku aby przerobić ją na fajowe drinki do kolacji.
Byłoby to w zasadzie wszystko co chciałem napisać gdyby nie skojarzenia od których teraz nie umiem się uwolnić.
Ogólnie fajowe doznania weszły bowiem w konflikt z pewną wypowiedzią nie mającą się nijak do mojego dzisiejszego wpisu ale miażdżącą moje fajowe samopoczucie.

Pewien potomek Majów a może Azteków ośmielił się powiedzieć mniej więcej te słowa…

– Kiedy przed wiekami przybyli do nas księża niosąc słowo boże mieli tylko biblię a my mieliśmy całą ziemię. Teraz owi misjonarze mają całą ziemię a my tylko biblię…

Mam ogromną nadzieję że dzisiejsze kościelne mózgi nie dopatrzą się niczego złego w wieczornym spacerze po Piotrkowskiej celem zobaczenia światełek oświetlających kamienice albo wysłuchania doskonałego tria starszych panów grających światowy przebój z “Opery za trzy grosze” bo to by było cholernie niefajne.
I mógłbym któregoś z nich bardzo mocno kopnąć w jego świątobliwą dupę a to byłoby bardzo fajne!
Good night.

Śniadania literackie: Joyce

Pierwsza wersja tego wpisu ukazała się kilka lat temu na blogu Jak udusić kurę…, tu jednak tak dalece rozszerzyłam ten tekst, że nie traktuję go już jako reblogu. Ale oczywiście każdy może tam zajrzeć: Bloomsday

Ewa Maria Slaska

16 czerwca w Dublinie

Zawsze chciałam pojechać do Dublina na Bloomsday czyli całodzienną wędrówkę po mieście śladami Leopolda Blooma i Stefana Dedalusa, bohaterów Ulissesa Jamesa Joyce’a. Nigdy mi się nie udało, ale pojechał mój kolega. I to akurat w roku 2004 czyli dokładnie w sto lat od wydarzeń opisanych w Ulissesie. Pisywaliśmy do siebie maile i im bliżej było 16 czerwca, tym bardziej go molestowałam. Bo Bloomsday można wprawdzie obchodzić wszędzie, na przykład w Berlinie, i jest to wtedy zwykłe święto literackie ku czci Jamesa Joyce’a, ale jednak w Dublinie jest to faktycznie dzień Blooma i trzeba go zacząć od zjedzenia… nerki wieprzowej.

Wikipedia Commons!!!
“Ciocia Wiki” pisze, że pierwsze obchody Bloomsday miały miejsce w roku 1954, a w roku 2004 urządzono wielki festiwal trwający pięć miesięcy. Nie był to jednak wystarczający argument dla Dietricha, który przez cały czas pobytu w Dublinie nie wychodził z domu, twierdząc, że bez przerwy pada. Nawet informacja, że częścią obchodów jest obfite śniadanie z piwem (ale, o dziwo, wcale nie to opisane przez Joyce´a) oraz nocne wędrówki po barach, nie zdołały go przekonać.
A ja, naiwna, myślałam, że Dietrich nie tylko przejdzie całą trasę wędrówki Blooma, to jeszcze się przebierze w strój sprzed stu lat. Ja bym się przebrała za Norę Barnacle. Pomyśleć, że pisarz umieścił całą akcję swej powieści tego właśnie dnia, bo była to data jego pierwszej randki z Norą.

Pan Leopold Bloom jadał z upodobaniem wewnętrzne organy bydła i drobiu. Lubił zawiesistą zupę z podróbek, orzechokształtne żołądki ptasie, nadziewane pieczone serca, płaty wątróbki podsmażane w tartej bułce, smażoną ikrę sztokfisza. Najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu.

Nerki tkwiły w jego myślach, gdy poruszał się po kuchni bezszelestnie, poprawiając na pogiętej tacy przybory śniadaniowe dla Molly. Światło i powietrze w kuchni były lodowate, ale wszędzie na zewnątrz łagodny, letni poranek. To czyniło go nieco wygłodniałym.

Węgle czerwieniały.

(…)

Jeszcze jeden kawałek chleba z masłem, trzy, cztery, dobrze. Nie lubiła przeładowanego talerza. Dobrze. Od­wrócił się od tacy, uniósł imbryk z występu płyty kuchen­nej i postawił go na krawędzi ognia. Rozsiadł się on tam, tępy i przysadzisty, ze sterczącą szyjką. Filiżanka herbaty zaraz. Dobrze. Sucho w gardle. Kotka sztywno obeszła nogę stołu, unosząc wysoko ogon. Mkrniau!

O, tu jesteś, powiedział pan Bloom, odwracając się od ognia.

Przysłuchiwał się chlupchlap chłeptaniu. Jajka na szynce, nie. Nic dobrego jajka przy takiej suszy. Trzeba czystej, świeżej wody. Czwartek: też nie najlepszy dzień na nerki baranie u Buckleya. Przysmażone na maśle z odrobiną pieprzu. Lepiej nerkę wieprzową u Długacza. Zanim imbryk się zagotuje. Chłeptała wolniej, potem wylizała spo­dek do czysta. Dlaczego mają takie szorstkie języki? Żeby lepiej chłeptać, same porowate dziurki. Nic, co by mogła zjeść? Rozejrzał się. Nie.

Może Molly będzie miała ochotę na jakiś przysmak. Rano lubi cienkie kromki chleba z masłem. Ale może, raz, kiedyś.
Powiedział półgłosem w pustym przedpokoju:
– Idę na róg. Wrócę za minutę.
A kiedy usłyszał swój głos, wypowiadający to, dodał:
– Nie chcesz czegoś na śniadanie?
Senne, miękkie mruczenie odpowiedziało:
– Nnn.
Nie. Nie chciała niczego. Potem usłyszał ciepłe, ciężkie westchnienie, miększe, gdy przekręciła się i zabrzęczały luźne, mosiężne pierścienie ramy łóżka. Koniecznie trzeba je umocować.

(…)

Przeszedł na słoneczną stronę ulicy. Chwilami powieki jego opadały miękko, gdy szedł tak w błogim cieple. Wóz piekarski Bolanda roz­wożący w płytkich koszach nasz powszedni, ale ona woli wczorajsze kromki, przewracane nad ogniem, kruche i go­rące od góry. To odmładza.

(…)

Zatrzymał się przed oknem wystawowym Długacza, wpatrzony w zwoje kiełbas i serdelków, ciemnych i jasnych. Piętnaście pomnożone przez. W jego umyśle cyfry zbladły bez rozwiązania: niezadowolony, dał im się rozpłynąć. Lśniące, nadziane mielonym mięsem ogniwa karmiły jego spojrzenie i wdychał spokojnie ciepły opar przegotowanej, ostro przyprawionej świńskiej krwi.
Nerka sączyła krwawe krople na półmisek o chińskim wzorku: ostatnia. Stanął przy ladzie obok dziewczyny sąsiadów. Czy ona ją też kupi, odczytawszy ze spisu na kartce, którą trzyma w dłoni. Spękane: soda do prania. I półtora funta serdelków. Jego oczy spoczęły na jej krzepkich biodrach. On się nazywa Woods. Ciekawe, czym się zajmuje. Żona jest starszawa. Świeża krew. Zalotnicy wzbronieni. Para silnych rąk. Łupiących w dywan na trzepaku. Ależ łupie w ten dywan, święty Jacku. I sposób, w jaki jej przekrzywiona spódnica kołysze się przy każdym łupnięciu.
Łasicooki rzeźnik złożył serdelki, które oderwał poplamionymi, serdeloróżowymi palcami.
Zdrowe mięso jak u jałówki karmionej w oborze. Uniósł stronicę ze stosu pociętych gazet. Wzorowa farma w Kinnereth nad brzegiem Jeziora Tyberiadzkiego. Może stać się idealnym zimowym sanatorium. Mojżesz Montefiore. Zdawało mi się, że on. Wiejski dom, otoczony murem, bydło pasące się za mgiełką. Odsunął od siebie gazetę: interesujące: przybliżył ją znów, czytając, bydło pasące się za mgiełką, szeleszcząca strona. Młoda biała jałówka. Owe poranki na targu bydlęcym, trzody ryczące w zagrodach, znakowane owce, chlap i klap łajna, hodowcy w podkutych butach, ciężko stąpający po podściółce, uderzają dłońmi w nabite mięsem zady, ta jest pierwszorzędna, nie ostrugane kije w ich dłoniach. Cierpliwie trzymał stronę ukosem, poskramiając zmysły i pragnienie, a jego uległe, łagodne spojrzenie było pełne spokoju. Przekrzywiona spódnica kołysząca się, łup i łup i łup.
Rzeźnik pochwycił dwie stronice ze stosu, zawinął w nie jej pierwszorzędne serdelki i zrobił czerwony grymas.
– Proszę, moja panienko, powiedział.
Uśmiechając się zuchwale, podała monetę w wysuniętej grubej garści.
– Dziękuję panience. Szyling i trzy pensy reszty. Co dla pana, proszę?
Pan Bloom wskazał prędko. Dogonić i iść za nią, jeżeli będzie szła powoli, za jej poruszającymi się szynkami.
Przyjemnie to widzieć z samego rana. Pospiesz się, do diabła. Kuj żelazo, póki gorące.
Stanęła przed sklepem w blasku słońca, a potem ruszyła leniwie w prawo. Westchnął pod nosem: one nigdy nie rozumieją. Ręce spękane od sody. I zrogowaciałe paznokcie u nóg. Brunatne postrzępione szkaplerze, chroniące ją od przodu i tyłu. Ukłucie zlekceważenia rozżarzyło się w jego piersi, aż do cichego zadowolenia. Dla innego: policjant po służbie obmacywał ją w Eccies Lane. Oni lubią je rozłożyste. Pierwszorzędny serdelek. Och, proszę, Panie Policjancie, zagubiłam się w lesie.
– Trzy pensy, poproszę.
Dłoń jego przyjęła wilgotny, pulchny gruczoł i wsunęła go do bocznej kieszeni. Potem wyciągnęła trzy pensy z kieszeni spodni i położyła je na gumowej podstawce. Leżały, zostały szybko odczytane i szybko wsunięte, krążek po krążku, do szufladki kasy.
– Dziękuję panu. Do następnego razu.
Punkciki skwapliwego ognia w lisich oczach podziękowały mu. Po chwili odwrócił spojrzenie. Nie: lepiej nie: do następnego razu.
– Do widzenia, powiedział odchodząc.
– Do widzenia panu.
Ani śladu. Zniknęła. Co za różnica?

Molly leży jeszcze w łóżku, Leopold kończy przygotowywać śniadanie

– Pospiesz się z tą herbatą, powiedziała. Usycham.
– Imbryk się gotuje, powiedział.
Gdy schodził kuchennymi schodami, zawołała:
– Poldy!
– Co?
– Wyparz imbryczek.
Gotowała się z pewnością: pióropusz pary z dzióbka. Wyparzył i opłukał imbryczek, wsypał cztery pełne łyżeczki herbaty i pochylił imbryk, aby wlać wodę. Odstawiwszy herbatę, żeby naciągnęła, zdjął imbryk z ognia, postawił patelnię na rozżarzonych węglach i patrzył na kawałek masła, który ślizgał się i rozpuszczał. Gdy odwijał nerkę, kotka zamiauczała wygłodniałe tuż przy nim. Dać jej za wiele mięsa, nie będzie łowić myszy. Mówią, że one nie jedzą wieprzowiny. Koszerne. Masz. Upuścił ku niej pokrwawiony papier i rzucił nerkę na syczące płynne masło. Pieprz. Rozsypał go palcami, koliście, z wyszczerbionego kieliszka na jajka.
Herbata naciągnęła. Uśmiechając się napełnił swą szeroką filiżankę, fałszywe Crown Derby.
(…)
Wbił widelec w nerkę i odwrócił ją z klaśnięciem: potem ustawił czajniczek na tacy. Kiedy ją uniósł, wypukłość stuknęła. Czy wszystko jest? Chleb z masłem, cztery, cukier, łyżeczka, jej śmietanka. Tak. Zaniósł tacę na górę, trzymając zagięty kciuk w uchu imbryczka.
Otworzywszy drzwi lekkim trąceniem kolana, wniósł tacę i postawił na krześle przy głowach łóżka.
– Ileż czasu ci to zajęło, powiedziała.

Molly jadła na śniadanie chleb z masłem, ale Leopold Bloom – nerkę wieprzową.  Ciężkostrawne, tłuste mięso to typowa cecha śniadań z Wysp. Choć smakosze powiedzą na pewno, że ani podsmażany bekon ani dobrze przyrządzona nerka nie są tłuste. Takie śniadanie angielskie składa się z następujących elementów:

  • smażone kiełbaski wieprzowe (sausages);
  • smażone plastry bekonu (rashers);
  • nerka wieprzowa;
  • dwa jajka sadzone lub jajecznica (scrambled eggs);
  • white pudding (rodzaj białej kaszanki) lub black pudding (rodzaj czarnej kaszanki);
  • pieczony pomidor (oven-baked tomato);
  • hash brown – podobny do polskiego placka ziemniaczanego, ale smażony na głębokim tłuszczu;
  • tosty;
  • frytki lub pieczone ziemniaki;
  • fasolka w sosie pomidorowym;
  • smażone pieczarki;
  • kawa lub herbata, z reguły podawane z mlekiem i cukrem.

Wikipedia Commons!!!

Zresztą Stefan Dedalus, drugi z bohaterów “Ulissesa”, też je takie wyspiarskie śniadanie, tylko oczywiście w skromniejszej wersji, odpowiedniej dla studenckiej kieszeni…

W mrocznej, sklepionej, mieszkalnej komnacie wieży owinięta szlafrokiem sylwetka Bucka Mulligana poruszała się żywo wokół paleniska, przesłaniając i  odsłaniając jego żółty żar. Wpadające z dwóch wysokich strzelnic włócznie łagodnego światła dziennego krzyżowały się na kamiennej posadzce: w  miejscu spotkania promieni unosiła się wirująca chmura dymu węglowego i  opary smażonego boczku. (…)  Stefan ustawił pionowo swoją walizkę, przyciągnął ją do stołu i usiadł, czekając.
Buck Mulligan cisnął to, co usmażył, na stojący pod ręką półmisek. Potem przeniósł półmisek i wielki imbryk na stół, postawił je ciężko i odetchnął z ulgą.
– Topnieję, powiedział, jak zauważyła świeca, gdy… Ale cicho, sza! Ani słowa więcej o tym przedmiocie. Kinch, zbudź się. Chleb, masło, miód. Haines, wejdź. Żarcie gotowe. Pobłogosław nas, Boże, i te dary twoje. Gdzie cukier? O, kurwa, nie ma mleka.
Stefan przyniósł ze skrzyni bochenek, garnek z miodem i maselniczkę. (…)
– Możemy pić herbatę bez mleka, powiedział Stefan, w skrzyni jest cytryna.
– O, bądź przeklęty razem z twoimi paryskimi pozami. Chcę mleka z Sandycove. Haines zawrócił od progu i powiedział spokojnie:
– Nadchodzi kobieta z mlekiem.
– Błogosławieństwo boże nad tobą, zawołał Buck Mulligan zrywając się z krzesła. Siadaj. Nalej herbaty. Cukier jest w woreczku. Nie mogę się już dłużej grzebać w tych przeklętych jajach.
Pokrajał wędzonkę na półmisku i cisnął ją na trzy talerze, mówiąc:
– In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti.

Znam doskonale śniadanie angielskie, bo w czasach studenckich pracowałam jako kelnerka w eleganckim klubie dla kobiet w Londynie na Cavendish Square. Przewodniczącą klubu była księżniczka Anna, a klub założono jako kobiecy odpowiednik słynnych londyńskich klubów męskich. Kelnerki – same Irlandki, jedna Włoszka i ja – mieszkały na poddaszu, miały jednoosobowe pokoiki, własny salon i wspólną pokojówkę, która przynosiła nam morning tea, sprzątała i raz na tydzień zmieniała nam pościel. Obsługa jadała to samo, co dostawali goście. Mieliśmy osobną salę i kelnerkę, która nam podawała posiłki. Kucharz był Francuzem, przygotowywał mistrzowsko flądrę w maśle, kaczkę po pekińsku, mus czekoladowy i Irish stew.

Miałyśmy dyżury poranne, w porze lunchu, podczas five o’clock i wieczorem. Ja najbardziej lubiłam dyżury poranne, zaczynające się o 6. Na pół śpiąc napełniałam małe szklaneczki sokiem grapefruitowym i pomarańczowym, a potem zaczynał się dwugodzinny maraton smażenia kiełbasek, pomidorów, boczku i jajecznicy. Według nieznanych mi zasad zostało szczegółowo ustalone, jaką część tej smażeniny wykonują kelnerki, a jaką kucharze, na pewno to my smażyłyśmy bekon i robiłyśmy grzanki. Szczytem moich osiągnięć jako (niewykwalifikowanej bądź co bądź) kelnerki było potknięcie się koło stolika dwóch eleganckich, ubranych na biało ladies. Utrzymałam jednak wszystko, złapałam nawet – zręcznie podsuwając tacę – jajecznicę wyślizgującą się ze srebrnej miseczki na kolana jednej z pań. Obie przyjrzały mi się badawczo i gdy pochwyciłam jajecznicę, kiwnęły głową. Do dziś mam nadzieję, że z uznaniem. Ciekawe, czy wyleciałabym z pracy, gdybym jednak usadziła jajka na owej plisowanej spódnicy?

Silly Billy 3: we go around the world

We start in Germany

Ela Kargol, Berlin

elakargolbilly

Andy Klukos Berlin (click to listen)

andyklukos-billy

Bookstore Buchbund Berlin

buchbund

Art Galery art.endart Berlin-Wedding – pic shot by vernissage Alexandra Fly

billyartendart

Next step – Poland (we go eastwards around the world)

Monika Saczyńska, Warsaw (did you ever see Billy like that?)

billy-monika

Then Australia and Canada

Lech Milewski, Sydney

 

Polish Bookstore, Ottawa, Canada

 

Anybody in Russia, India or Japan? Honolulu?

Aus der Rede von Dr. Norbert Lammert

Interessante Überlegungen…

am Tag der Deutschen Einheit in Dresden
3. Oktober 016

Meine Damen und Herren,

vor 100 Jahren, im Dezember 1916, mitten im ersten Weltkrieg, erhielt das Eingangsportal unseres Parlaments in Berlin als Widmung die markante Inschrift: „Dem deutschen Volke“, das Reichstagsgebäude selbst war damals bereits 22 Jahre alt.

Die Festlegung auf eine Inschrift war im Kaiserreich ebenso umstritten wie die Volksvertretung selbst. Dem Kaiser, dem das Parlament ebenso entbehrlich schien wie das dafür errichtete Reichstagsgebäude, wurden die Worte „Dem deutschen Reich“ vorgeschlagen, Wilhelm II. plädierte für den Schriftzug „Der deutschen Einigkeit“ – er misstraute dem Parlament als einem Ort widerstreitender Meinungen und Interessen und beschwor die nationale Geschlossenheit.

Alles nur Geschichte? Die vor einhundert Jahren beschlossene Widmung „Dem deutschen Volke“, die dem im Kriegsverlauf zunächst gewachsenen Selbstvertrauen der meisten damaligen Parlamentarier entsprach, konnte unmittelbar vor Weihnachten 1916 montiert werden. Es war das Jahr brutaler deutsch-französischer Schlachten um Verdun und an der Somme, an deren Ende es ohne wesentliche Verschiebung des Frontverlaufs und damit ohne Geländegewinne auf beiden Seiten mehr als hunderttausend Tote gab. Die Lettern der Widmung waren aus eingeschmolzenen französischen Kanonen­kugeln gegossen – erbeutet in den Befreiungs­kriegen gegen Napoleon.

Die damit beauftragte Bronzegießerei Loewy gehörte einer jüdisch-deutschen Familie, deren Sohn sich vom Judentum abgewandt hatte. Er ließ sich taufen, und nachdem er sich 1918 hatte adoptieren lassen, glaubte er sich mit seinem neuen Namen Erich Gloeden sicher – zu sicher. Von den National­sozialisten wurde er verhaftet, weil er Verfolgten geholfen hatte – darunter auch einem General aus dem Widerstand des 20. Juli. Gloedens Frau, seine Schwiegermutter und er selbst wurden im November 1944 in Plötzensee durch das Fallbeil getötet.

Geschichte. Die Nationalgeschichte jedes Landes ist die Summe der vielen, persönlichen Geschichten von Menschen, die meist unbeobachtet bleiben oder schnell vergessen werden. Geschichten wie die Erich Gloedens zählen zu unserem historischen Erbe. Seine Geschichte zeigt beispielhaft, wie in unserem Land noch vor wenigen Generationen Menschen ausgeschlossen wurden aus der Nation, deren selbstverständliche Mitglieder sie waren, wie sie Rechte und Schutz verloren, ausgeliefert waren – in einer Zeit, da die Weimarer Republik zerschlagen, der Reichstag ausgebrannt, das Parlament entmachtet und politische Gegner an Leib und Leben bedroht waren.

Diese Erfahrungen sind uns Verpflichtung und sie lassen uns gerade am Nationalfeiertag auch darüber nachdenken, wie und was sich in den vergangenen einhundert Jahren verändert, glücklich gewandelt hat, wer und was deutsch ist und wen Deutschland heute in seine Rechtsordnung einschließt – für wen die gewählten Abgeordneten des Deutschen Bundestages unter der Widmung „Dem deutschen Volke“ Gesetze debattieren und beschließen.

Angesichts vieler Veränderungen, der objektiven Schwierigkeiten und der bisweilen auch zu Unrecht aufgetürmten scheinbaren Probleme, die uns heute beschäftigen, steht außer Frage, dass „dem deutschen Volke“ selbst aufgegeben ist, nach einer zeitgemäßen Bestimmung dessen zu suchen, was Deutschland im 21. Jahrhundert sein will. Das wissen wir gegenwärtig offensichtlich nicht so genau. Darüber darf und muss gestritten werden. Wer aber in diesem Streit das Abendland gegen tatsächliche und vermeintliche Bedrohungen verteidigen will, muss seinerseits in dieser Auseinandersetzung den Mindestansprüchen der westlichen Zivilisation genügen: Respekt und Toleranz üben und die Freiheit der Meinung, der Rede, der Religion wahren und den Rechtsstaat achten.

Dieser Staat, dessen Einheit wir heute feiern, unsere Gesellschaft, kann und will Möglichkeiten eröffnen, ein Leben in Frieden und Freiheit zu führen: „Dem deutschen Volke“, Hiergeborenen und Zugewanderten, Jungen und Alten, Frauen und Männern, Christen, Muslimen und Juden, Armen und Reichen. Vielfalt ist keine Worthülse – längst wohnen hier in Sachsen gebürtige Schwaben, aber auch Tschechen und Polen, haben Brandenburgerinnen Bremer mit türkischen Wurzeln geheiratet, sind einst aus der DDR freigekaufte Berliner vom Rhein zurück an die Spree gezogen, Westfalen haben in Mecklenburg-Vorpommern ihr Glück gemacht, Niedersachsen in Thüringen – als Ministerpräsidenten zum Beispiel. Und ein Dresdner Schauspieler beeindruckt seit Jahren ein millionenstarkes Fernsehpublikum im „Münster-Tatort“.

Deutschland ist ein vitales Land, ein attraktiver Standort, eine vielfältige, bunte Gesellschaft, durch Persönlichkeiten geprägt, die Tradition wie Innovation überzeugend verkörpern:

Ein in Bangkok geborener Oberstleutnant leitet die Big Band der Bundeswehr, eine Chinesin wurde Vizepräsidentin einer bayerischen Universität, eine Syrerin ist in diesem Jahr Weinkönigin in Trier, ein türkischstämmiger Muslim war Schützenkönig einer katholischen Schützenbruderschaft in Werl/Westfalen, und eine Fernsehmoderatorin, deren Familie aus dem Irak stammt, verteidigt die Freiheit sowie die Rechte und Pflichten der Presse in Deutschland gegen demokratie­gefährdende Anwürfe. Deutsche Fußball-, Olympia- und Paralympics-Mannschaften sind erfolgreich, auch deshalb, weil ihre Mitglieder mit ihren Mannschaftskameraden mit welcher Herkunft und Hautfarbe auch immer, gemeinsame Ziele verfolgen und zusammen kämpfen. Unter einer Flagge.

***

Fotos (aus Wikipedia)

Oben – Reichstagsgiebel mit der Inschrift “Dem deutschen Volke”

Unten – moderne Auslegung, Reichstagshof mit der Inschrift “Der Bevölkerung”

Śniadanie literackie: Proust i Żukrowski

Ewa Maria Slaska

Śniadania reloaded

Temat śniadania omawiałam już kilkakrotnie, ale teraz wrócił do mnie wzmocniony o siłę zdumienia, że oto było śniadanie, o którym w ogóle nie pamiętałam, śniadanie u pana Śniadanko w Porwaniu w Tiutiurlistanie Wojciecha Żukrowskiego. Oto uboczne korzyści płynące z wieczornego czytania wnukowi przed zaśnięciem.

Następnego dnia koleżanka podarowała mi torbę jabłek z ogrodu, a ja, wracając do domu, zerwałam jeszcze z przydrożnych krzaków kilka pigw, widomy znak, że nadszedł czas jesiennych obowiązków smażenia, wekowania i zaprawiania. Bo latem to właściwie nic nie robię, poza suszeniem grzybów i produkcją ogórków małosolnych, ale jako człowiek jesienny uwielbiam jesienne gromadzenie zapasów. Zrobiłam więc galaretę z pigwy i jabłek, która ma tak piękny kolor, że już się cieszę na najbliższe jesienne śniadanie. Grzanka, lekko przyrumieniona, ociekająca masłem i galaretką…

quitten-geleeKolejnym wezwaniem do powrotu do tematu śniadań była informacja od naszego blogodawcy-darczyńcy. Word Press zakomunikował mi, że nieznana mi osobiście margot2you zreblogowała wpis Pani, służąca i kot. Zajrzałam więc, żeby zobaczyć, co tam było (nawet ciekawie było) i znalazłam też proustowskie śniadanie.

W stronę Swanna. Mały Marcel Proust spędza z rodzicami lato u Cioci Leonii w Combray. To to lato, które zaczyna całą książkę, cały siedmiotomowy cykl.  Przez długi czas kładłem się spać wcześnie:

… przesunięcie śniadania dawało zresztą sobocie w oczach nas wszystkich fizjognomię niezwykłą, wakacyjną i dość sympatyczną. W porze gdy zazwyczaj ma się jeszcze godzinę przed niespodzianką posiłku, w sobotę człowiek wiedział, że za kilka minut ujrzy, jak się zjawiają przedwczesne salsefie, protekcyjny omlet, niezasłużony befsztyk. Powrót tej asymetrycznej soboty był jednym z owych drobnych wydarzeń wewnętrznych, lokalnych, prawie społecznych, które w spokojnym życiu i w zamkniętym kółku tworzą rodzaj narodowego węzła i stają się ulubionym przedmiotem rozmów, żartów, opowiadań, przesadzonych do woli; byłby gotowym jądrem dla legendarnego cyklu, gdyby ktoś z nas miał zmysł epiczny. Od rana, zanimśmy się ubrali, bez przyczyny, dla rozkoszy odczuwania siły solidarności jedni mówili do drugich wesoło, kordialnie, patriotycznie: „Nie ma czasu do stracenia, pamiętajmy, że to sobota!” Ciocia naradzając się z Franciszką i myśląc, że dzień będzie dłuższy niż zazwyczaj, powiadała: „Możebyś im upiekła ładny kawałek cielęciny, skoro to sobota.”

Salsefia… jak rzadko jadamy salsefię czyli skorzonerę, jadłam ją ostatni raz kilka lat temu, trzeba by kupić i sprawdzić, co Francuzi z nią robią. Ale jest 5 nad ranem, znowu nie mogę spać i nie pójdę przecież o tej barbarzyńskiej porze do sklepu po salsefię. Zaraz poszukam śniadanka księżniczki Wiolinki porwanej przez paskudnego Cygana Nagniotka, ale właśnie uwolnionej przez koguta, kocura i lisicę. I już zapowiadam, że nabrałam apetytu i temat śniadań będzie powracał.

Przed nimi było wzgórze, które półkolem obiegała droga podobna do białego strumienia. Na szczycie wśród gąszczu słoneczników stała gospoda „Pod śledzikiem”. Dym bil prościutko do nieba. Ktoś w białej czapce kucharskiej wyszedł przed dom i błyskał tacą, wysypując okruszyny dla wróbli. Potem, przysłoniwszy oczy dłonią, długo patrzył w stronę granicy.
– Skądże ja te strony znam? – zmarszczył brwi kogut. – Ach – puknął się w czoło – przecież to gospoda pana Śniadanko, który tam ku nam kiwa ręką!
Królewna już zbiegała ze stoku.
– Śniadanko! – wołała, klaszcząc rączkami – Śniadanko, dawaj śniadanko!
Za nią sunęli wierni towarzysze. (…)
– Któż za to będzie płacił? – troskał się kogut.
– O co się trapisz, Sknero? – szturchnęła go Wiolinka. – Pierwszy goniec z dworu mego ojca, gdy tu zawita, ciśnie mu złota kiesę.
– Ha, jeżeli tak, to spożywajmy dary Boże…
I zaczęli wsuwać dziwnie pomieszane dania, tak jak je przynoszono według kaprysów królewny. Czekoladę z pianką, kruche ciasteczka z galaretką złotawego agrestu, parówki w srebrnym naczyniu, którego lustrzana pokrywa zamglona była od wonnej pary, pierogi z czereśniami i bitą śmietaną, karpia smażonego, nad którym mruczał z rozkoszy Mysibrat, wyciagając delikatnie ości, w końcu wodę sodową z sokiem, która kłuła jakby szpileczkami w nosie – no i owoce, wielkie gruchy, których całe ćwiartki rozpływały się po prostu w ustach, tając i ociekając strugami słodkiego soku.
Obsługa w komplecie zebrała się półkolem, wpatrując się w ocalonych z podziwem i zachwytem. Wtem za oknami zaturkotalo, zagrzmiały na podjeździe kopyta. Drzwi otwarły się z trzaskiem. Jakiś rycerz, ciskając kapelusz z piórem na rogi jelenie wiszące nad kominem, krzyknął:
– Hej, gospodarzu, wina! A mocnego…
Otarł z potu czoło i wzdychając, jął sączyć wino z potężnego pucharu.
Jedna ze służących podbiegła i szepnęła coś do ucha oberżyście. Mysibrat strzygąc uchem dosłyszał tylko: „Z Blablacji” i „królewna”…
Już pan Śniadanko sunął ku niemu, zacierając pulchne rączki.
– Szanowny panie – zaczął – już nie potrzebujesz błądzić po drogach i poszukiwać królewny – rycerz podniósł zdumiony brwi – bo właśnie mamy zaszczyt gościć ją tutaj.
Zanim zdążył jednak otrzeć wino z wąsów, już oberżysta poskoczył i podsunął mu usłużnie długi karteluszek.
– Tu pozwalam sobie przedstawić rachuneczek za jej śniadanko. Szanowny pan pewnie zapłaci za królewnę i jej towarzyszy. To oczywiście drobiazg, mamy czas, ale ja tylko tak, dla porządku…

Silly Billy 2: anonimowe efekty plądrowania

For Ania and Joanna. With love…

katze-muss-ja-auch-kein-brief-sein

My birthday postcard

Ewa Maria Slaska

Wyjaśnienie dzisiejszego wpisu znalazło się tu na blogu już tydzień temu. Dziś prezentuję tylko efekty plądrowania waszych zasobów fotograficznych, zdjęcia są marne, domarniłam je jeszcze, usuwając Wasze twarze lub inne istotne elementy Waszej tożsamości. Ale ten post to nie konkurs piękności, tylko apel: Przysyłajcie nam Wasze zdjęcia Billy!

Wir sammeln Billy-Fotos. Schicke uns eure Fotos zu!

We collect the fotographies of Billy in your flats or somewhere! Please send us your own pics! 

At the end of this post you will find two pieces of art with Billy. Yeahhhh!

natasza inga

joannabilly jenneke gosiac

christiane jan jacek

kajabilly kajakawiarnia

nadiezda julkasrazembilly piotrbratkowski przemyslawlipiec radek

A piece of art 1.

sylwiak

And a piece of art 2 – music: Jennifer Rostock Wahl AfD:

Za tydzień – wreszcie – to, o co chodziło – Billy nadesłane przez Was…

Verlorene Mühe

Ewa Maria Slaska

… einer Beschwerdeschreiberin

Im letzten Jahr oder so schrieb ich vier Mal Beschwerdemails an verschiedene Institutionen bzw. Einrichtungen in Berlin, darunter zweimal zu verschiedenen Anlässen an die BVG.

Alle meine vier Beschwerden schienen mir ziemlich wichtig zu sein. Sonst hätte ich sie nicht geschrieben.

Einmal hat man mir beantwortet, es hat aber gar nichts gebracht, dreimal passierte gar nichts. Also hier mein öffentlicher Appell an alle Institutionen des öffentlichen Lebens. Macht uns nicht vor, dass ihr euch um uns kümmert. Ihr tut es nicht. So einfach ist es.

Die Beschwerde Nummer 1 war die wichtigste. Ist auch die einzige, wo man mir antwortete. Am 6. Mai 2015 fuhren wir gegen 20 Uhr mit meinem Enkelsohn im ersten Wagen der U-Bahn Linie 1. Der Wagen war voll und gerade am Abfahren am Schlesischen Tor, als jemand in das Wageninnere eine Hustenbombe warf, wobei wir alle sofort zu husten begannen. Dank Initiative eines großen starken Mannes, wurde die erste Tür des Wagens gewaltsam geöffnet. Die U-Bahn wurde zwangsläufig gestoppt und wir alle könnten weglaufen. So schnell wie möglich. Ich war mit einem Kind da und nur seine Sicherheit war mir wichtig. Vielleicht ging es uns allen so.

Ich habe in meiner Mail betont, dass sich alles im ersten Wagen abgespielt hatte und wir durch die erste Tür weggelaufen sind. Und dass mit unserer Aktion der Zug gestoppt wurde, der schon im Begriff war, abzufahren. Diese drei Tatsachen MÜSSTEN die Aufmerksamkeit des Fahrers an sich ziehen. Ich habe auch genaue Uhrzeit genannt, wann es passiert ist – in der Annahme, dass man damit den Fahrer sofort identifizieren wird.

Na ja…

Und so war die Antwort:

Sehr geehrte Frau Bogucka-Slaska,

vielen Dank für Ihre E-Mail vom 06.05.2015.

Sie berichteten uns, dass in einem unserer Züge der U-Bahnlinie U1 eine chemische Substanz ausgeschüttet worden sein soll, die bei Ihnen und anderen Fahrgäste eine Atemnot und Husten ausgelöst hätten. Sie kritisieren, dass der Fahrer des Zuges nicht eingriff, sondern einfach weiter fuhr.

Es ist uns wichtig, dass unsere Fahrgäste gefahrenlos mit unseren Verkehrsmitteln fahren können. Daher werden unsere Fahrzeuge und Betriebsanlagen regelmäßig gewartet, inspiziert und gesäubert. Wenn in einem Fahrzeug wie der U-Bahn eine Verschmutzung auftritt, kann das Fahrpersonal dies nicht immer umgehend wahrnehmen. Wir sind daher hier auf die Hilfe unserer Fahrgäste angewiesen. Da Sie von einer offenbar gefährlichen chemischen Substanz sprachen, haben wir drei in Frage kommende Zugfahrerinnen und Zugfahrer ermittelt und zum Sachverhalt befragt.

Keiner der befragten Kollegen konnte sachdienliche Angaben zum Vorfall machen. Eine Überprüfung der Aufzeichnungen der Betriebsleitstelle U-Bahn ergab ebenfalls keine Hinweise. Daher war auch ein Sichern von Videodaten nicht möglich. Uns verwundert, dass weder Sie noch andere Fahrgäste sich beim Fahrer gemeldet haben. Zudem haben wir außer Ihrer Eingabe keine weiteren Beschwerden über diesen Vorfall erhalten. Wir können uns daher den Sachverhalt nicht erklären und diesen auch nicht aufklären.

Obwohl wir Ihrem Wunsch nicht entsprechen können, freuen wir uns, Sie auch weiterhin als Fahrgast in unseren Verkehrsmitteln zu begrüßen.

Mit freundlichen Grüßen

Stephanie König
Berliner Verkehrsbetriebe (BVG)
Kundenservice FVS-B2 (IPLZ 43431)
Telefon: +49 30 19 449
Telefax: +49 30 256-49256
Mail: info@bvg.de

Also, man kann niemandem identifizieren, keiner weißt was und wir sollten uns selber darum kümmern, dass sich der Fahrer um uns kümmert… Danke BVG! Dies erinnerte mich an eine dramatische Situation in meinem Leben in Berlin. Jemand ist in meine Wohnung eingebrochen und erzählte mir, mich umbringen zu wollen. Nach Stunden habe ich es geschaft, ihn aus meiner Wohnung auszuschmeißen. Die Polizeit tat wenig, bis ich selber mit meinen Nachbarn entdeckt habe, dass der Einbrecher im Gartenhaus bei uns wohnt. Wir haben ihn der Polizei ausgeliefert, die mit ihm sprach und frei ließ. Ich rief die Polizei an und fragte, was es soll: Wer wird sich jetzt in solcher Situation um mich kümmern? Die Antwort war klar: Ihre Sicherheit, Frau Slaska, ist ihre Sache.

Na klar.

Jetzt lerne ich noch etwas dazu: Ihre Beschwerde, Frau Slaska, ist ihre Sache. Ich brauchte aber noch drei Beschwerden, bis ich es kapiert habe.

Die Beschwerde Nummer 2 ging auch an die BVG. Ich klagte, dass man in der U-Bahn eine neue Chemikalie anwendet (billigere Putzmittel?), die in mir eine sofortige Allergie hervorruft. Ich steige in die U-Bahn ein und beginne sofort zu niesen.

So…

Die Beschwerde Nummer 3 betraf ebenfalls Allergie und ging an Möbel Kraft. Ich kaufte einen neuen Schreibtischsessel… Es dauerte eine Woche bis ich entdeckt hatte, dass er meine plötzlich auftretende nächtliche Allergieanfälle verursacht hatte… Ich schrieb Möbel Kraft an, die Antwort… na ja, Sie ahnen schon…

Oder…

Und endlich etwas, was mit der Kultur und nicht mit meinem allergisch empfindsamen Wesen zu tun hat. Meine Beschwerde Nummer 4, eine Mail an Kino Kunst66, abgeschickt am 30. Juli bezeugt dafür meine soziale Empfindlichkeit.

Meine Lieben Damen und Herren vom Kino Filmkunst66

Ich war heute bei Ihnen mit insgesamt 8 Freunden und möchte mich beschweren.
Wir kamen in zwei Gruppen, um den Film Mit Jacqueline unterwegs zu sehen. Zuerst ich mit 4 Personen und dann weitere 4.
In meiner Gruppe waren 2 erwachsene Frauen (beide mit Berlin Pass) und 3 Kinder. Ausser mir waren alle aus der Gruppe Flüchtlinge. Und ich – Rentnerin.
Ihr Mitarbeiter verweigerte uns jedwede Ermäßigung mit der Erklärung, es ist Wochenend und am Wochenend gelten keine ermäßigten Preise.
Ich habe jedoch damit gerechnet, dass wir weniger zahlen und mir fehlte, bei so großem Ticketeinkauf sage und schreibe 2,5 €!
Ich versuchte zu erklären, dass es Kinder sind, Flüchtlinge, Berlinpass, ich dazu noch Rentnerin… Zig Gründe um Ermäßigung zu bekommen. Es wären dann 5 € weniger und mein Geld hätte gereicht, weil ich den Tag mit meinen Schützlingen sehr sorgfältig, auch finanziell, geplant habe…
Ihr Mitarbeiter zeigte sich nicht bereit, um ein Deut von dem Preis abzutreten. Es “rettete mich” die Flüchtlingsfrau, die diese fehlende 2,5 € bezahlt hat.
Und jetzt: abgesehen von alledem, was ich hier geschrieben habe, bemerken Sie auch, dass:
1/ man kann bei Euch nicht mit der Karte bezahlen!
und
2/ die Preistabelle auf Ihrer Internetseite ist keineswegs eindeutig – schauen Sie selber an. Wir haben alle verstanden, dass wir eine oder andere Ermäßigung auch heute bekommen.
Alles in allem: ich habe Ihnen heute 8 andere Kunden mitgebracht, und ich habe sowohl in meinem Blog als auch auf dem Facebook Werbung für Euch gemacht und ich bereue es sehr (obwohl ich den Film nach wie vor sehr gut finde!).

Mit freundlichen Grüßen

Ewa Maria Slaska
Bloggerin und FlüchtlingsPatin
https://www.facebook.com/ewamariaslaska
https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2016/07/30/nieulegla-krowa-czyli-porady-kulturalne-na-lato/

Und Danke für Eure Aufmerksamkeit!

fuckyou

Silly Billy

billyEwa Maria Slaska

Nie wiem jak to się stało, ale któregoś dnia postanowiłyśmy we trzy, Johanna, Ania i ja, że sprawdzimy, czy uda się nam zainicjować akcję na cały świat, łączącą ludzi z Facebooka, którzy mają słynne meble Billy z IKEI. IKEA wprowadziła kiedyś akcję, żeby się fotografować pod hasłem IKEA in your life. Myśmy chciały Billy in your life.

Jak to z takimi pomysłami, które powstają pomiędzy massamanem tofu a tiramisu, ten też gdzieś się rozlazł i w końcu nie zainicjowałyśmy tej akcji… Ale Billy utkwił mi w głowie jak drzazga. Sama mam Billy od 30 lat i nic nie wskazuje na to, bym się miała z nimi kiedykolwiek rozstać. Pierwsze berlińskie regały Billy dostałam od koleżanki pisarki, która wyjeżdżała na stałe do Izraela. Postawiłyśmy je na ulicy i zanim przyjechał samochód, wiatr nimi miotał jak żaglami, bo Billy stoi porządnie tylko porządnie obciążony.

Mieszkałam w Berlinie w trzynastu mieszkaniach, to jest czternaste, ale moje życie jest teraz stabilniejsze niż 30 lat temu, więc Billy wędrują ze mną tylko od pięciu mieszkań (nie wiem, czy gramatycznie wolno tak określać czas, ale sama pouczam koleżanki pisarki, że “pisarce wszystko wolno” – w pisaniu oczywiście – więc uznajemy niniejszym, że wolno mi napisać, że moje Billy chodzą ze mną po Berlinie od pięciu mieszkań).

Ostatnie mieszkanie było wielkie, to jest o połowę mniejsze, więc w roku 2009 przed przeprowadzką oddałam nie tylko połowę książek, ale i połowę regałów Billy. Książki leżały jako wielka góra na środku pokoju, najpierw przebierali je znajomi – był taki (pamiętasz Leonardzie?), który przybył z odległego miasta z synem i córką, cała trójka zaopatrzona w walizki na kółkach i plecaki – potem przyjechała półciężarówką ekipa z firmy Büchertisch i zabrała resztę góry książek i połowę regałów. Niewykluczone, że są tu na zdjęciu…

Z tego co zostało, połowa i tak nie zmieściła się w mieszkaniu i piętnaście pudeł trzeba było wstawić do piwnicy. Nie mam pojęcia, co tam jest (tak, wiem, powiecie, że trzeba było zrobić listę – wy na pewno byście zrobili, jasne, a ja – nie, trudno), raz, jakieś dwa lata temu syn i siostrzeniec wnieśli mi na górę jeden taki karton i były tam śliczne rzeczy…

No, ale wróćmy do moich baranów, czyli do Billy. Nie zrobiłyśmy akcji, a za to ja w wolnych chwilach tego lata wędrowałam sobie u Was po waszych facebookowych zdjęciach. Szukałam Billy, oczywiście coś tam znalazłam, ale przede wszystkim ta wędrówka powiedziała mi wiele o nas samych w roku 2016.

Mam na FB około 550 znajomych, czyli podobno dwa razy więcej niż średnia. Przeciętnie mamy ponoć znać na FB 270 osób, z tego mniej więcej jednej trzeciej nigdy na oczy nie widzieliśmy i nie mamy pojęcia, kim są…

A więc dla prostego rachunku 500. Każdy z Was miał co najmniej sto zdjęć, które można przejrzeć, a niektórzy mieli ich tysiące. Znowu dla prostego rachunku – 500 osób po 100 zdjęć. Latem tego roku przejrzałam więc co najmniej 50 tysięcy zdjęć…

Nie właziłam do Was wg listy alfabetycznej, zaglądałam tylko wtedy, gdy pokazywała się informacja, że właśnie “czatujecie”, co potraktowałam jako zaproszenie. Odwiedzałam Was z ogromną przyjemnością. Dużo się o Was, o sobie, a i o świecie dowiedziałam z tych wędrówek. Oceniałam nas wg zasobów naszych zdjęć a nie tego, co piszemy na Facebooku. To ważne, bo…

Bo punktem wyjścia było przecież szukanie regałów Billy czyli książek.

Na zdjęciach książek było mało, prawdę mówiąc, prawie wcale ich nie było. Ale nie było też polityki, seksu, jedzenia i pieniędzy, czyli najważniejszych elementów naszego życia. Widocznie politykę i inne takie wstawiamy na ścianę czyli wall za pomocą copy-paste i nie zostawia ona śladu w wewnętrznym życiu naszego Facebooka.

Czyli co było i jest, więc pisze się w rejestr?

Przede wszystkim JA, ja, ja… ich, ja, ego, I, je, yo, ja ja ja ja… Dopiero potem MY – my para, my rodzina, my grupa kolegów i koleżanek, my się bawimy, my jemy w restauracji, spotykamy się, rozmawiamy, uprawiamy sport, tańczymy, gotujemy, pracujemy. Już z samych końcówek gramatycznych widać, co jest ważne: my my my my… Ja na selfie i my na selfie. Trzask z patyka lub z ręki i fiuuu na Facebooka.

Potem podróże, bliskie i dalekie, również po własnym mieście, mnóstwo podróży, statystycznie po ja i my na pewno najważniejszy punkt naszego życia. Następne są nasze psy i nasze koty (nikt nie ma ptaszków, chomików, patyczaków, świnek morskich – tylko psy i koty). Dużo jest też kwiatów – zwłaszcza wiosennych (widocznie bardzo ich potrzebujemy po zimie) – i wreszcie elementy obyczaju ludowego w życiu mieszczucha – choinki, pisanki, wianki, świeczki na grobach. Gdzieś tu, w dolnych rejestrach statystycznych, pojawią się książki na regałach…

Niektóre zdjęcia się powtarzają – jako idea lub konkretnie, niekiedy nawet kilka razy widziałam to samo zdjęcie. Nic w tym dziwnego, znamy się przecież między sobą i dzielimy naszymi picsami.

Pomysły zdjęć muszą wisieć w powietrzu, a my robiąc takie zdjęcia realizujemy aktualnie obowiązujący lifestyle, choćbyśmy szli w zaparte i twierdzili, że nic nas z mainstreamem nie łączy. Pierwszy nieustannie powracający motyw to zdjęcie naszych własnych stóp, najchętniej w trampkach. Masowo! Kieliszek wina na drewnianym stole też jest częsty. Mogą być oczywiście dwa. Chętnie na tle zachodzącego słońca.

W Berlinie dość nieprzyjemnym przejawem mainstreamu jest robienie sobie zabawnych zdjęć wśród betonowych stel Pomnika Ofiar Holokaustu. Zresztą w ogóle nie mamy stosunku do przekazu, jaki niesie miejsce lub okazja, bo dominuje zasada kultu jednostki, własnej oczywiście. Fotografujemy się ciągle, wszędzie i bez końca, i najlepiej jest, jeśli się przy tym uśmiechamy. Więc śmiejemy się szerokim uśmiechem na tle bramy do kacetu…

***

Billy zatem. Książek, mieszkań, regałów jest na zdjęciach mało, a Billych jeszcze mniej… Trudno, badacz nie wybiera, badacz bada… Zaczynam od splądrowania własnych zasobów blogowych i facebookowych. Reszta w następne niedziele. I wielka prośba: PRZYSYŁAJCIE MI WASZE BILLY!!! Może jeszcze uda się nam oblecieć z taką akcją kulę ziemską dwa razy dookoła, jak to się przydarzyło pewnemu rysunkowi jamnika :-). Miłej niedzieli!

ewa-emanuelajabutelkiolsztyn

Neues Bildniemieckieksiazki polskieksiazki

 

gramyslowkaja

choinki-billy

schyzia-billy

Berlin miasto (polskich) kobiet…

Umówiłam się z Elą, Dorotą, Marysią i Anią, że pójdziemy do Buchbundu (dla tych, co nie wiedzą – polska księgarnia w Berlinie), Dorota i Ania nie mogły przyjść, ale spotkałyśmy tam Karolinę, Anię, Madzię, Monikę i Reginę… Byli też mężczyźni, z których rozpoznałam właściwie trzech – Marcin (współwłaściciel Buchbundu), Marcin (krytyk literacki, który kręcił film) i Wojtek… Ale wśród publiczności przeważały kobiety.

Bo Berlin to nie tylko największe polskie miasto po Warszawie, Berlin to też największe polskie miasto kobiet. Widać to było również w Buchbundzie. W czwartek bowiem odbyło się w Sejmie RP pierwsze czytanie projektu ustawy o całkowitym zakazie aborcji. Z tego powodu organizacje demokratyczne zainicjowały akcję Czarny protest i wezwały Polaków do ubrania się na czarno. Przypomina się Warszawa po Powstaniu Styczniowym. Polacy ubierali się na czarno, a Rosjanie kazali malować miasto na pstrokato. Ciekawe, czy teraz też tak będzie?

Zapomniałam tego dnia o proteście (mea culpa) i włożyłam tajemniczą sukienkę, o której przed kilkoma dniami pisałam na Facebooku, ale większość kobiet ubrała się jak należy, w tym obie referentki, które na początku spotkania poinformowały publiczność o swoim udziale w proteście.

Justyna i Magda w rozmowie

magda-justyna

Tekst Ewa Maria Slaska, zdjęcia Maria Kossak

21 września 2016 roku odbyło się w Berlinie, w polskiej księgarni Buchbund na Sanderstrasse 8 spotkanie dwóch polskich pisarek średniego pokolenia – Magdaleny Parys i Justyny Sobolewskiej.

Magdalena Parys, w roku ubiegłym laureatka nagrody Unii Europejskiej, zdobyła uznanie czytelników dwoma powieściami osadzonymi w Berlinie – Tunel (2011) i Magik (2014), poświęconymi, jak pisze Wikipedia, tematyce niemieckiej oraz polsko-niemieckiej. We wrześniu br. Magdalena Parys wydała powieść autobiograficzną Biała Rika, która też dzieje się i w Polsce, i w Niemczech.

Justyna Sobolewska, recenzentka literacka Polityki, w roku 2012 wydała Książkę o czytaniu, którą teraz, w drugim wydaniu, znacznie poszerzyła, dodając na przykład rozdziały o tym, czego nie przeczytali znani pisarze (co za wyznania! Reymont, Dostojewski), o czytaniu w więzieniu lub… w ubikacji.

Spotkanie było świetnie pomyślane, nie było żadnej osoby prowadzącej (tylko Marcin Piekoszewski, współszef Buchbundu, przywitał na początku obie swoje… gościnie!), Magda i Justyna przedstawiały siebie nawzajem, nawzajem siebie czytały i nawzajem zadawały sobie pytania. Magda zebrała nawet pytania od krewnych-i-znajomych, które  obiecała zadać Justynie na żywo. Wyniknęła z tego niekonwencjonalna, autentyczna i niewymuszona konwersacja. Trudno mi będzie przekazać Państwu wszystko, co obie pisarki powiedziały i sobie, i nam, na szczęście Marcin Wilk opublikował w sieci streaming z tego spotkania, do obejrzenia TU (Ja się okazałam marnym odbiorcą i nic tu nie widzę, ale słychać wszystko znakomicie!)

A ja po prostu spiszę z notatek, to, co zwróciło moją uwagę i wywołało skojarzenia…

Są dwa rodzaje czytelników, tacy którzy niszczą książki, piszą po nich, zaginają rogi, zostawiają na nich ślad i uważają, że to jest właśnie dowód na to, że książka jest coś warta, a im więcej takich śladów, tym bardziej… Obie pisarki należą do tej kategorii (i pisząca te słowa takoż). Jest jednak kategoria całkowicie odmienna – książka to dobro kultury i trzeba je szanować jak każde inne Dzieło. Muszę tu przytoczyć dwa przypadki takich Obrońców Dóbr Kultury z mojego własnego otoczenia – mój siostrzeniec twierdzi, że najchętniej czytałby książki, zaledwie uchylając stroniczki czyli właściwie z głową na stole i zerkając do środka. A moja przyjaciółka kupuje dwa egzemplarze ważnych książek – dobre, piękne wydanie w twardej okładce do postawienia na półce i podziwiania oraz paperbacka do noszenia w torebce, czytania i (ewentualnego) podniszczania.

Co czyta się w więzieniach? Pewna dziennikarka radiowa z Trójki wyznała kiedyś mojej Mamie, że w okresie stanu wojennego zawsze miała ze sobą siatkę ze szczoteczką i pastą do zębów, parą majtek na zmianę i poezjami Lorki w maminym tłumaczeniu. A to mi się z kolei nieuchronnie kojarzy z tematem, którego Justyna (jeszcze) nie poruszyła, z pytaniem, co zabierzesz ze sobą na emigrację? Bo coś zabierzesz, choćby po to, żeby mieć co czytać po drodze. Nie pamiętam, co ja sama zabrałam, natomiast doskonale pamiętam niezwykłe spotkanie Tłumaczki i Idealnego Czytelnika czyli Mamy i mojego emigracyjnego przyjaciela – Piotra. Napisałam kiedyś o tym (w “słynnej” nieopublikowanej książce o Mamie i reszcie rodziny):

Mama przyjechała kiedyś do mnie Berlina, tymczasem ja jak na złość nie mogłam wziąć urlopu. A pracowałam długo i daleko, wychodziłam o 7 rano i wracałam najwcześniej o 17. Nie chciałam, by Mama godzinami była sama, poprosiłam więc znajomego, by pochodził z nią do muzeów. Niby wszystko było ustalone, ale przyznaję, że pierwszego dnia wracałam do domu z duszą na ramieniu. Mama była osobą wymagającą i… zaskakującą. Nigdy nie było wiadomo, kto jej się spodoba lub dlaczego nie przypadnie jej do gustu. Weszłam do pustego mieszkania, Mamy i Piotra nie było. Wreszcie zjawili się, w najlepszej komitywie, rozgadani jak stado trznadli, wyraźnie mnie ignorując. Zastanawiająca była ta obopólna sympatia. Dopiero jak znajomy poszedł, Mama opowiedziała mi, że wyjeżdżając na zawsze z kraju, Piotr miał tak ciężki bagaż, że nie był w stanie zabrać żadnej książki. Wyrwał więc tylko jedną kartkę z książki, która była dla niego najważniejsza. Nosił ją ze sobą w portfelu. Był to wiersz Frederika Garcii Lorki w Mamy tłumaczeniu.

Mnie tego nie opowiedział.

Czyż muszę dodawać, że Piotr nie wiedział, kim jest moja Mama, że nie wiedział, iż ją spotka, no i oczywiście – wyjeżdżając z Polski nie mógł przewidzieć, że spotka mnie, córkę Ireny Kuran-Boguckiej, kobiety, która przetłumaczyła najważniejszy dla niego wiersz: Verde, que te quiera verde…

Jak ustawiamy książki czyli Rejmer koło Reymonta? To zdaje się najpopularniejszy sposób porządkowania książek. I jedna wielka bzdura. Jedyny prawdziwy porządek to ustawianie według kolorów, mówię Wam!

Pierwsze zdanie książki. W tym najsłynniejsze czyli Markiza wyszła o piątej. Nigdy temu nie dorównamy. Piszę to i zamyślam się nad klawiaturą. A ja? Nie mam pojęcia jakie napisałam pierwsze zdania moich książek. Sięgam do szarych książek i wyjmuję swoją powieść. 1 stycznia 1982. Pierwsi wyszli Andrzejowie. Cóż za nieciekawe pierwsze zdanie, oprócz informacji (jak kto raczy pamiętać), że to stan wojenny. Sięgam do książek niebieskich i ze złością stwierdzam, że znowu ktoś sobie “pożyczył mnie” na wieczne nieoddanie. Nie mam pojęcia, ile już razy odkupywałam własne książki w antykwariatach i w Merlinie. Dzwonię do koleżanki, która dzięki mojej instrukcji kolorystycznej szybko znajduje Piękne dni w VisbyUmieszczono nas w wieży… No, trochę lepiej. Jeśli ktoś z czytelników ma Portret z ametystem, to niech sprawdzi, czy to nie mój egzemplarz (pobazgrolony przez jakieś nieznane mi dziecko) i niech mi napisze, jakie to ja wymyśliłam tam pierwsze zdanie?

Jak dzielić książki czyli rozwód? (Ja bym jeszcze dodała – scheda, Justyno podsuwam ci kolejny temat do trzeciego wydania). Podobno Julia Hartwig i Artur Międzyrzecki stwierdzili, że nigdysię nie rozwiodą, bo nie wiedzieliby, jak podzielić książki.

Oskar Wilde: nie sztuka napisać recenzję książki, którą się czytało, sztuką jest napisać recenzję książki, której się nie czytało. Bo też krytyk literacki to twórca a nie wyrobnik kultury.

Zdanie Wilde’a przenosi nas w rejony książek, których nie czytaliśmy, a mimo to umiemy o nich rozprawiać, a na pewno mamy o nich własne zdanie. To mój ulubiony temat i wielokrotnie o nim pisałam – np. TU. Sobolewska twierdzi, że gdyby zrobić ranking “najbardziej nieprzeczytanych książek” na świecie, to palmę pierwszeństwa otrzymałby Joyce za Ulissesa, chyba że wyprzedziła by go Biblia. Obie pozycje akurat czytałam, ale za to Dostojewski – groza! – niczego poza Idiotą nie strawiłam…

I wreszcie piękne zdanie Justyny o książce, na której “się nie poznała”, a którą okrzyczano arcydziełem: Hanya Yanagihara, A little life (też nie czytałam, ale kupiłam w Buchbundzie, leży na stoliku nocnym i czeka w kolejce). Justyna pyta nader słusznie: czy to, co się podoba wszystkim, musi się podobać wszystkim?

Dużo o tej Justynie. Z wypowiedzi Magdy zanotowałam znacznie mniej, ale za to już pierwsze zanotowane zdanie powala. Biała Rika to powieść autobiograficzna, czyli wprawdzie autobiografia ale jednak powieść, pełna zmyśleń, przeinaczeń, uzupełnień. Obejrzyjcie film Marcina, może uda się Wam obejrzeć ten fragment (druga połowa), w którym Magda plastycznie opisuje reakcje rodziny na tę książkę. Jak to się chętnie pisze na Facebooku: bezcenne! Ja? Ja tego nigdy nie powiedziałem! Ja? Ja tego nigdy nie zrobiłam! No przeczytałem, i muszę powiedzieć, że jeśli naprawdę ciotka Ziutka była dla ciebie najlepsza pod słońcem, no to ja już na to nic nie poradzę… Habent sua fata libelli, książka zmienia się wraz czytelnikiem…

Bez-cen-ne!!! Bezcenne! Albo zdanie Magdy: rodzina to bałagan! O! jakie to prawdziwe, rodzina to potworny bałagan!

No i niezwykłe wyznanie w ustach autorki Tunelu i Magika, które są książkami wymyślonymi, wykreowanymi, wyrysowanymi cyrklem przez autorkę-demiurżkę na desce kreślarskiej komputera. “Pisałam Rikę z serca a nie głową”. Ale też: “Jestem odważna, nie boję się pisać”. Wspaniałe zdanie!

Jak napiszesz powieść autobiograficzną, mówi Magda, to musisz to wciąż podkreślać: to jest jednak powieść, JEDNAK powieść, w której nic nie zostało zapisane jeden do jeden.

No dobrze, udało się jej, skoro jak twierdzi, wprawdzie się kłócą, ale – mimo demaskatorskiej Białej Riki – bardzo się kochają. Są rodziną, która się kocha. Daj Boże każdemu, ja twierdzę, że jeśli mi wreszcie wydawnictwo, jak obiecało, opublikuje tę moją książkę, która też jest o rodzinie, to ktoś mnie zabije i będzie święty spokój.

Nota bene tu się z autorką zgadzam bez reszty: takich rodzin, w których każdy ma swoją wersję historii i każdy coś skrzętnie ukrywa jest wiele. Kiedyś myślałam, że to cecha rodzin żydowskich, ale przecież nie – przecież i AK trzeba było po wojnie ukrywać, i tych nieszczęsnych żołnierzy wyklętych, i pochodzenie kresowe, niby nie do ukrycia, ale jednak skrzętnie przemilczane. Jak to śpiewał Kelus o człowieku wspominającym Lwów, ktoś podsłuchał, doniósł, uratował człowieka żaglowiec

I na zakończenie przesłania od obu pisarek.

Justyna: moja książka to list do czytelnika, żeby pomyślał o swoim życiu.
Magda: każdy pamięta inaczej, każdy ma swoją wersję i jest ona jedynie prawdziwa.