Nasz rok leśmianowski 5

Wpis przygotowany na wczoraj przez Marię Szewczyk i Ewę Marię Slaską. Ustąpiłyśmy miejsca naszemu nowemu autorowi (TU) i oby nam więcej takich tekstów pisał, jak ten wczorajszy! W naszym wpisie – stosowne wszak dla Berlina – przesłanie zza muru.

Deutsch (aber was anderes als auf Polnisch) – siehe unten

Bolesław Leśmian

DZIEWCZYNA

Władysławowi Jaroszewiczowi,
Jego entuzjastycznym zapałom
dla dzieł twórczych i szczerym
wyczuciom czarów poetyckich

Dwunastu braci, wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony,
A poza murem płakał głos, dziewczęcy głos zaprzepaszczony.

I pokochali głosu dźwięk i chętny domysł o Dziewczynie,
I zgadywali kształty ust po tym, jak śpiew od żalu ginie…

Mówili o niej: “Łka, więc jest!” – I nic innego nie mówili,
I przeżegnali cały świat – i świat zadumał się w tej chwili…

Porwali młoty w twardą dłoń i jęli w mury tłuc z łoskotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto jest człowiekiem, a kto młotem?

“O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty brat do jedenastu innych rzecze.

Ale daremny był ich trud, daremny ramion sprzęg i usił!
Oddali ciała swe na strwon owemu snowi, co ich kusił!

Łamią się piersi, trzeszczy kość, próchnieją dłonie, twarze bledną…
I wszyscy w jednym zmarli dniu i noc wieczystą mieli jedną!

Lecz cienie zmarłych – Boże mój! – nie wypuściły młotów z dłoni!
I tylko inny płynie czas – i tylko młot inaczej dzwoni…

I dzwoni w przód! I dzwoni wspak! I wzwyż za każdym grzmi nawrotem!
I nie wiedziała ślepa noc, kto tu jest cieniem, a kto młotem?

“O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty cień do jedenastu innych rzecze.

Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera…

I nigdy dość, i nigdy tak, jak pragnie tego ów, co kona!…
I znikła treść – i zginął ślad – i powieść o nich już skończona!

Lecz dzielne młoty – Boże mój – mdłej nie poddały się żałobie!
I same przez się biły w mur, huczały śpiżem same w sobie!

Huczały w mrok, huczały w blask i ociekały ludzkim potem!
I nie wiedziała ślepa noc, czym bywa młot, gdy nie jest młotem?

“O, prędzej skruszmy zimny głaz, nim śmierć Dziewczynę rdzą powlecze!” –
Tak, waląc w mur, dwunasty młot do jedenastu innych rzecze.

I runął mur, tysiącem ech wstrząsając wzgórza i doliny!
Lecz poza murem – nic i nic! Ni żywej duszy, ni Dziewczyny!

Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu!
Bo to był głos i tylko – głos, i nic nie było oprócz głosu!

Nic – tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!
Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata?

Wobec kłamliwych jawnie snów, wobec zmarniałych w nicość cudów,
Potężne młoty legły w rząd, na znak spełnionych godnie trudów.

I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie!
A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie?

***

In durch Regierung PiS entzweiten Polen gibt es viele Kontroversen, die um den Dichter und Notar Bolesław Leśmian (eigentlich Bolesław Lesman) ist eine davon. Ofiziell wurde er 1877 geboren, was eventuell ein Grund wäre, das Jahr 2017 zum “seinen” Jahr zu ernennen, zumal er in Polen viel gelesen ist, man kann sogar wagen, zu behaupten, dass wir ihn lieben. Die PiS-Regierung wollte es jedoch nicht zu anerkennen. Dadurch haben viele Personen und institutionen erklärt, “wir feiern selber des Dichters Jahr”, man braucht die Regierung dazu nicht. Wozu auch? Dieser Blog macht es auch.

Die Debatte um Leśmian-Jahr führte dazu, dass jetzt kaum jemand zu erwähnen wagt, dass es eigentlich nicht klar ist, wann Leśmian geboren wurde. In Wikipedia steht ein simpler Satz darüber: Das Geburtsjahr ist umstritten, in der Abschrift seiner Geburtsurkunde steht 1877, er selbst nannte das Jahr 1878 und auf seinem Grabstein steht 1879.

Leśmian ist in Deutschland wenig bekannt. In Wikipedia wird kein Gedichtband auf Deutsch genannt und alle Links führen zu polnischen Seiten mit seiner Poesie. Es gab seine Gedichte in ein paar Anthologien und gar im Internet fand ich nur diese eine Internetseite mit diesem einem Gedicht und ein Buchobiekt herausgegeben 1988 von dem man sagt, es sind Leśmians Gedichte übersetzt und herausgegeben von Karl Dedecius in 150 numerierte Exemplare (Handpresse Verlag: Reicheneck, Aldus-Presse).

Bolesław Leśmian (1877-1937)

(In der Übersetzung von Lorenz Scherlag 1881-1941) 

Umwerbung / Zaloty

Ein armer Krüppel ohn’ Füße, befestigt am Wagen,
Gleich einem Gewächs, von beweglichem Erdstück getragen,
Der Graus der bleichen Straßler, der Schreck der Gasse,
Bedienend seines Leibes plumpige Masse,
Dreht ruhlos die Kurbel – wie bei Regenschauer
An einem Leierkasten, gelehnt an die Mauer –
Und schleppt sich, polternd, längs der Straßengraben,
Drin graue Wolken ihren Spiegel haben,
Er schleppt zur Dirne sich im Hofe drüben,
Zu ihren nackten Füßen. Verlangend sich schieben
Aus Kleiderfetzen seiner Hände Krallen
Zu ihren Zähnen, so weiß . . . Seine Worte lallen:
– “Ich liebe den Saum deiner kotigen Kleiderfetzen
Und deinen lauten Atem. Nichts könnt mich ergötzen
Und wäre wie du so wert meinem dürstenden Munde.
Ich weiß, daß meine Sehnsucht, gleich einer Wunde,
Mich weiter schleppend, wird nur Krüppel zeugen.
Doch dies mein Triumph: ich kann mich mühlos beugen
Vor deinen Reizen. Her die Zärtlichkeiten!
Ein Krüppel fleht dich drum! Ich bin auf Freiten!
Sollst nackt und schamlos mir ins Elend ragen
Und kosend mein Gebrechen mir zernagen!”

Sie will von dannen gehen,
Doch ruhlos lallt sein Flehen:
– “Es muß doch wer lieben, was einmal schon geschehen. –
Und diesen Marterwagen, die Kurbel zum Drehen,
Die Gier in Leibesresten, kaum angefangen,
Dies Menschenkind, das lockend will verlangen!
Befrei den Zauber, den Häßlichkeiten hüllen!
Wie blind oder tot, sei meiner Hand zuwillen!
Ich kann auch unabwehrbar sein wie die Sünde,
Und voller Kraft eines listigen Krüppels finde
Ich süße Zärtlichkeiten, den Trauben zu gleichen,
Die keiner im Traume sogar je könnt erreichen!”

Sie will von dannen gehen,
Doch ruhlos lallt sein Flehen:
– “Ist wenig dir ein halber Mensch zum Bunde?
Dein treuer Buckel ich sei, deine teure Wunde!
Daß Weh und Liebe und meines Irrwegs Entsetzen
Das Fehlen meiner Beine nicht können ersetzen!
Ein Lachen will so schmerzlich mich umkrampfen!
O, könnt ich die Erde mit festen Füßen stampfen
Und sie zertreten von meinen Tritten sehen!
Ins Uferlose will ich eilig gehen,
Dem ekellos mein Leid zum Opfer soll fallen.
Und irgend sind Hände mir willig und Lippen-Korallen,
Die, zärtlich liebkosend, leise gleiten sollen
Zu Füßen, die nicht vorhanden. Es möge rollen
Mein Wagen dahin, irgend, wo fern mir im Garten
Wer immer, Tier oder Wurm, meine Liebe erwarten!”

Sie will von dannen gehen,
Er träumt von fernen Höhen.
Ernüchternd und schmerzlich ihre Reize nagen.
Er schaut, ohne Schauen, und dreht die Kurbel am Wagen
Und fährt von dannen – von dannen – ziellos, in Eile,
So hilflos und komisch polternd jede Weile
Und sucht, erbärmlich krüppelnd, von allen gemieden,
Das Land der Liebe, ohne Halt und Frieden.

Aus: Moderne polnische Lyrik
Eine Anthologie deutscher Übertragungen
Herausgegeben von Lorenz Scherlag
Amalthea Verlag Zürich Leipzig Wien 1923 (S. 103-105)

Stuart słucha muzyki 6

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta.

Rozdział 17 czyli paskudny Nowy Rok. Co gorsza, Stuart nie ma nic, ale to poprostu nic na swoje usprawiedliwienie.  Może tylko to, że każdy dzień bez Meg jest tak potwornie długi.

REM: Sometimes everybody hurts

When your day is long
And the night, the night is yours alone
When you’re sure you’ve had enough
Of this life, well hang on
Don’t let yourself go
‚Cause everybody cries
And everybody hurts sometimes

Kiedy dzień jest potwornie długi
A nocą, nocą jesteś zupełnie sam
Kiedy jesteś pewien, że masz już dosyć tego życia
Nie poddawaj się, nie rezygnuj
Bo każdy czasami płacze i każdy czasami rani

Rozdział 18. Meg wreszcie przyjechała, czemu jednak w tekście nie towarzyszy żadna piosenka. Muzyka pojawi się dopiero, gdy w małym szczęśliwym świecie Stuarta pojawi się prawdziwe nieszczęście. Umiera dziecko przyjaciela, a Stuart nie ma pojęcia, jak w ogóle mógłby mu pomóc. Po pogrzebie Stuart podszedł do przyjaciela i kładąc mu rękę na ramieniu powiedział: „Gdybyś kiedykolwiek chciał się po prostu wygadać, to możesz na mnie liczyć”. W momencie, kiedy usłyszał jak te słowa wychodzą z jego ust, zdał sobie sprawę z tego, że były to najbardziej banalne i niepotrzebne słowa, jakich kiedykolwiek użył. Patrząc na Iana obiecał sobie w duchu, że napisze piosenkę dedykowaną małemu Leo – piosenkę o chłopcu, który nie dowiedział się, jak bardzo był kochany i potrzebny.

Daughtry: Gone too soon

Like a shooting star flying across the room
So fast so far, you were gone too soon
You’re a part of me and I’ll never be the same here without you
You were gone too soon

Jak spadająca gwiazda, która przelatuje przez pokój
– Taka szybka i taka daleka, odszedłeś zbyt szybko
Jesteś częścią mnie i bez ciebie nigdy już nie będę sobą
Zbyt szybko odszedłeś

Rozdział 19

Meg i Stuart żyją w swym małym szczęśliwym światku swoje małe szczęśliwe życie. Nudne. No tak, ale przecież wszyscy wiemy, że the book of love is long and boring…

 Peter Gabriel: The book of love

The book of love is long and boring, no one can lift the damn thing
It’s full of charts and facts, some figures and instructions for dancing
But I, I love it when you read to me.
And you, you can read me anything.

Książka miłości jest długa i nudna, nikt nie potrafi unieść tej cholernej książki
Pełno w niej faktów i tabelek, kilka liczb i instrukcji dotyczących tańca.
Ale ja uwielbiam, kiedy mi ją czytasz
Bo ty, ty możesz mi czytać cokolwiek

To niezwykła rzecz ta miłość, nawet Nick Cave znajduje sposób, by dać jej wyraz…

Nick Cave and The Bad Seed, Into my Arms

I don’t believe in an interventionist God
But I know, darling, that you do
But if I did I would kneel down and ask Him
Not to intervene when it came to you
Not to touch a hair on your head
To leave you as you are

Nie wierzę w Boga, który interweniuje,
Ale wiem, kochanie, że Ty w niego wierzysz,
Gdybym wierzył, klęknąłbym i poprosił
Żeby niczego w Tobie nie zmieniał
Nie doknął włosa na Twej głowie
Zostawił Cię taką, jaka jesteś

Miłość, najważniejsze, co nas w życiu może spotkać…

Barataria 14 Insula Barataria

Ewa Maria Slaska

Na wyspie Sancho Pansy

Opowieść o Baratarii, podobnie zresztą jak cała druga część Don Kichota, nie powstałaby, gdyby nie apokryf autorstwa kogoś ukrywającego się pod pseudonimem Alonzo Fernandeza de Avellaneda. Utwór ten, niby to opisujący dalsze przygody hidalga i jego giermka, w istocie wyśmiewał i powieść, i jej autora. Cervantesa tak to rozzłościło, że sam napisał dalszą część przygód obu swoich bohaterów. Druga część ukazała się w dziesięć lat po pierwszej, w roku 1615, a nasi bohaterowie w prologu rozprawiają o tym, że stali się bohaterami powieścidła Avellanedy i zarzekają się, że opowiedziane tam awantury to wierutna bzdura. I rzeczywiście, zarówno sam Don Kichot, jak jego giermek, są w drugiej części powieści ludźmi znacznie rozsądniejszymi, bardziej skłonnymi do melancholii i zadumy, uczciwymi i szlachetnymi. Badacze uważają, że zmiana tonu wypowiedzi jest reakcją na szydzenie Avellanedy, ba, uważa się nawet, że śmierć głównego bohatera miała być sposobem uniknięcia dalszych falsyfikatów.

Zgodnie z tekstem Cervantesa nasi bohaterowie wyruszyli z Manczy do Saragassy, ale w połowie drogi zmienili zdanie i powędrowali do Barcelony. Tym niemniej Saragossa do dziś szczyci się tym, że był tam Don Kichot i że to właśnie w pobliżu tego miasta, w zakolu rzeki Ebro (gmina Alcalá de Ebro) znajdowała się wyspa Barataria – mały półwysep, który podczas wysokiej wody zamieniał się w wyspę pełną ptaków i dzikiej roślinności. Dziś stoi w tym miejscu tak zwana finka Insula Barataria – Centrum Weselno-Bankietowe, a nad samym brzegiem rzeki – pomnik Sancho Pansy. Hiszpański autor Antón Castro nazywa go Frasobliwym.

Wydaje się też, że położony w pobliżu zamek Pedrola mógł zostać opisany jako pałac Księcia Carlos de Borja Villahermosa i jego żony Maríi Luisy.

I wyspa, i zamek są w powieści dokładnie opisane, co sprawia, że mieszkańcy Saragossy są naprawdę przekonani, że może nie tyle Don Kichot tu był, ale na pewno Cervantes. Zresztą Baratario wcale się od czasów Cervantesa nie zmieniło. Wciąż są tam gniazda bocianów w miejscu, gdzie znajduje się miernik wysokości wody w Ebro, rzeka jest wartka i pełna zawirowań.

O czym myśli Sancho Pansa Frasobliwy? O podłym żarcie, jaki zrobili mu Księstwo Villahermosa? Miejmy nadzieję, że nie. Uczeni donkichotianie twierdzą nawet, że giermek przez cały czas trwania tej przygody, a też i nigdy potem, nie zdał sobie sprawy z tego, że był to tylko okrutny żart. Był przekonany, że naprawdę został gubernatorem wyspy i zrezygnował z tej funkcji z własnej woli, gdyż zrozumiał, że było to zadanie nie na jego siły. To wielka mądrość i daj ją, Boże, każdemu władcy. Tak, Sancho to mądry człowiek. Może wyraża się czasem prosto i z chłopska, może zbyt często cytuje przysłowia i na dodatek jeszcze je rymuje, może przedtem, w pierwszym tomie, był niekiedy chciwym, samolubnym i tchórzliwym głupkiem, ale w drugim tomie staje na wysokości zadania. Jest szlachetnym filozofem, który wie, że to wyrzeczenie stworzyło kiedyś kręgosłup moralny naszej europejskiej kultury.


Buszując po tej hałdzie kultury, jaką jest internet, znalazłam taką oto propozycję dla teatrów komediowych: Walter Zitzenbacher, Jeder lügt in Baratario – W Baratario wszyscy kłamią. Jest może jakiś zainteresowany teatr, który chciałby zamówić u mnie tłumaczenie i współpracę? Jeśli tak, to informuję, że zamówiłam sobie tę sztuczkę i opowiem Wam o niej w swoim czasie.

Na razie ją czytam, a o czym jest – opowiem za tydzień czyli 1 maja. Niech się święci i niech (sobie) żyje… 🙂

 

Wyjdą z bloga i poczytają w kawiarni…

Krystyna Koziewicz i Roman Brodowski

W międzyczasie padło już pytanie, a co Krystyna i Roman będą czytać? Odpowiedziałam, że teksty… różne, z bloga, ale (zapewne) nie tylko…

Pomyślałam więc, że może jednak przypomnę tu fragmenty znakomitych tekstów ich obojga, które najbardziej lubię. Nazywam je dla siebie “Górka” i “Chałupa”. Tak je lubię, że owa górka i chałupa znalazły się na plakacie i ulotce.

Krystyna Koziewicz, Chałupa

A dom wciąż stoi…

i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa… Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w każdej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam irracjonalny strach, ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.” (…)

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością – moim domem rodzinnym. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę. Jest w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to COŚ jest we mnie od lat.

Co więcej, ta stara, poczciwa CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że kiedy się na nią patrzy z zewnątrz, przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze, że jest nasza i że wyzwala wspomnienia, przenosi nas w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie, i nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat!

(…)

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał… I choć nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał. Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, choć nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

(…)

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i obserwować „śmigające” rybki, ale uprawiałam też wspinaczkę po drzewach i zaglądanie do dziupli. Biegałam po łąkach za motylami. Zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

Dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem…
Dom to tam, gdzie, choćby pod gołym niebem, ludzie są razem…

Wiktor Woroszylski

Roman Brodowski, Górka

Prawie każdy z nas miał lub ma swoją zimową górkę, swoje miejsce zimowych igraszek, miejsce, do którego chętnie powraca wspomnieniami.
I ja miałem taką moją górkę. Znajdowała się tuż obok naszego kościoła. Była nią nasza wiejska ulica, a właściwie piaszczysta droga, z niedużym, ale dość długim spadem, w okresie zimowym wspaniale nadająca się na plac zabaw dla dzieci z naszej okolicy. Po tej drodze jeździła zazwyczaj furmanka sąsiada, kilka rowerów i sporadycznie, raz, może dwa razy na dzień, jakieś auto. Więc nie było w tym nic dziwnego, że przy pierwszych opadach śniegu, ulica bez przeszkód stawała się rajem dla spragnionych zimy, amatorów sanek, nart czy łyżew, i to nie tylko tych najmłodszych. W tamtym czasie, w okresie mojego dzieciństwa, a było to na początku lat sześćdziesiątych, śnieg z reguły pojawiał się punktualnie na początku drugiej dekady grudnia i leżał aż do początków marca. Zimy bywały o wiele chłodniejsze, ale i o wiele ciekawsze niż dzisiaj.
Jednakże pewnego roku zima, nie wiedzieć czemu, nadeszła z wielodniowym opóźnieniem. Codziennie z niepokojem spoglądając na niebo, czekaliśmy pierwszych opadów białego puchu. Niestety poza stadami latających z głośnym krakaniem wron na tle szaropierzastych chmur niczego innego nie widzieliśmy. Jeszcze w dniu wigilii mieliśmy nadzieję, że po pasterce, nocą, przyjdzie ta długo oczekiwana chwila, że obudzimy się w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, zasypani po kolana, w srebrzystym oceanie śniegu. Jednakże ani pierwszego ani drugiego dnia nic się nie zdarzyło. Były to pierwsze święta w moim życiu bez śniegu i, chociaż mróz dawał się we znaki, a pokryty grubym lodem staw, znajdujący się w samym środku naszej wsi, zapraszał do zabawy, nie miałem ochoty wychodzić z domu.
Aż tu nagle, niespodziewanie, wczesnym porankiem, w dzień przed sylwestrem, ktoś kilka razy uderzył czymś miękkim w okno. Podszedłem i odsłoniwszy zasłonę, zobaczyłem stojącą przed nim Marysię. Odziana w gruby wełniany sweter, opatulona w również wełnianą , kolorową chustę, w jednej ręce trzymała sznurek od sanek, zaś w drugiej ulepioną, gotową do rzucenia, śniegową kulkę. Wokół niej, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżała gruba warstwa połyskującego w porannych promieniach słońca świeżego, srebrnobiałego śniegu.
– Jest! – krzyknąłem uradowany. Hura! Mamy prawdziwy śnieg!

(…)

uż za progiem usłyszeliśmy gwar dziecięcych głosów i śmiechy, dobiegające od strony kościoła. Zbyszek, „zaprzężony” do naszych nowych, dwuosobowych sanek, na których siedziałem ja i przytulona do mnie Jola, ruszył pierwszy. Sanki dostaliśmy kilka dni temu jako prezent pod choinkę. W ślad za Zbyszkiem szła Krysia, ciągnąc za sobą naszą wesołą przyjaciółkę. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Na górce znajdowało się już kilkanaście osób. Niektórym dzieciom towarzyszyli rodzice, którzy zajęci byli przygotowywaniem górki do bezpiecznych zjazdów.
Zbyszek, pozostawiając nas pod opieką Krysi, udał się do naszego sąsiada, który wraz z innymi, szeroką łopatą odśnieżał pobocze drogi, tworząc niejako prowizoryczny chodnik. Po krótkiej rozmowie, przejął od niego łopatę, a sąsiad tymczasem posypywał odśnieżone miejsca przygotowanym wcześniej piaskiem. Niektórzy rodzice ugniatali śnieg na trasie zjazdu, usuwali leżące gdzieniegdzie przeszkody lub wypełniali śniegiem niebezpieczne dla sanek dziury.
My natomiast, przedzierając się przez zaspy koło muru oddzielającego przykościelny cmentarz od ulicy, zaczęliśmy lepić bałwany, budować zamki, igloo i inne budowle, by potem z ukrycia prowadzić walkę, obrzucając się wzajemnie śniegowymi kulkami. Nawet ksiądz, zamieniając sutannę na spodnie, wziął czynny udział w  przygotowaniach do inauguracji naszego toru saneczkowego. (…)

Około południa tor był wreszcie gotowy. Nastąpiło uroczyste otwarcie. Najpierw wszyscy obecni, zwłaszcza dzieci (a było nas więcej niż na niedzielnej mszy porannej), skupiwszy się wokół księdza, wysłuchaliśmy jego przestróg, zaleceń i zakazów. Następnie zaproszony milicjant odsłonił znak informujący, że przejazd tą drogą jest zamknięty do odwołania, a do ulicy dotrzeć można objazdem, po czym ksiądz błogoławiąc niejako to miejsce, jako pierwszy zjechał na sankach w dół. Ileż było uciechy, gdy pędząc z wesołym okrzykiem, w połowie drogi spadł z sanek, a potem niby biała śnieżynka wstawał oblepiony śniegiem.
– To na szczęście, na szczęście! – wołaliśmy rozbawieni.
– Ja wam dam „na szczęście”, hultaje – odpowiedział pleban, uśmiechnął się jednak nader dobrodusznie i poszedł.
My natomiast, zgodnie z zaleceniami księdza, pod kontrolą osób starszych rozpoczęliśmy prawdziwą zabawę, zjeżdżając do późnego wieczora bezpiecznie na sankach, nartach i innych przedmiotach. Jak dobrze że nowy rok spędzimy na naszej pszczółkowskiej górce.

 

Siła symboli

Jutro 74 rocznica powstania w Getcie Warszawskim. Całą Warszawę zaleją żółte papierowe żonkile. Wzruszające…

Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN już po raz piąty organizuje akcję upamiętniającą powstanie w getcie warszawskim. 19 kwietnia ponad 1000 wolontariuszy wyjdzie na ulice Warszawy i będzie rozdawać papierowe żonkile – symbol pamięci o powstaniu w getcie warszawskim. W tym roku będzie ich aż 100 tysięcy. Do akcji włączyło się również około 1000 szkół, bibliotek i instytucji kultury z całej Polski, m.in. z Łodzi, Bielska-Białej, Płocka czy Katowic oraz partnerzy zagraniczni z USA, Niemiec, Danii i Izraela.

Powstanie w getcie warszawskim jest na świecie symbolem walki o godność, jednak w Polsce powstanie w getcie wciąż pozostaje mało znane. Akcją Żonkile chcemy sprawić, by pamięć o powstaniu stała się częścią wspólnej świadomości historycznej Polaków i Żydów, jednym z elementów kształtujących tożsamość mieszkańców stolicy. Akcja społeczno-edukacyjna Żonkile odbywa się dzięki wsparciu udzielonemu z funduszy norweskich i EOG przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię. Współorganizatorem tegorocznej edycji akcji Żonkile jest Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce.

Ciekawe, że jest to symbol dodany znacznie później, w wiele lat po powstaniu. Zwyczaj zainicjował, jeśli dobrze pamiętam, Marek Edelman, bo jego zdaniem żonkil przypomina żółtą gwiazdę żydowską, którą musieli w getcie nosić Żydzi, ale jest jednocześnie żywym, pięknym kwiatem… Żonkile symbolizują pamięć, szacunek i nadzieję, miał powiedzieć Edelman. Co roku, 19 kwietnia, składał bukiet żonkili pod Pomnikiem Bohaterów Getta Warszawskiego. Na stronie Muzeum Polin znajduję informację, że przez lata dostawał w ten dzień bukiet żonkili od anonimowego ofiarodawcy.

Jedna z ambasadorek inicjatywy, Anja Rubik, powiedziała:

Zgodziłam się wziąć udział w akcji Żonkile organizowanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, gdyż uważam, że jest to bardzo istotna kampania „ku pamięci”. Historia powinna nas uczyć i chronić przed popełnianiem tych samych błędów. Przypominać o tym jak ważna jest demokracja, wolność, szacunek, równość i różnorodność narodowa, religijna, która wzbogaca nasz świat.

Innymi ambasadorami Akcji Żonkile są Agnieszka Holland, Małgorzata Kożuchowska, Agata Kulesza i Maciej Musiał.

W tym roku dla uczczenia rocznicy powstania powstał mural przy metrze Centrum, który prezentuje bohaterów Powstania, Marka Edelmana, Pawła Frenkla, Cywię Lubetkin, Mordechaja Anielewicza i Szymona „Kazika” Ratajzera. Autorem projektu jest Andrzej Wieteszka. Mural będzie eksponowany do 23 kwietnia.

O godzinie 12 pod Pomnikiem Bohaterów Getta odbędą się uroczystości rocznicowe.


Piękne kwiaty, żonkile.


Przypomniało mi to, że zaprzyjaźniona ze mną Agnieszka Fetzka też w swej akcji społecznej odwołuje się do symboliki żonkila. I że jest w tym częścią wielkiego ruchu społecznego.

Żonkile są międzynarodowym symbolem nadziei, przypominają nam o ludziach cierpiących, oczekujących naszego towarzyszenia w trudnym okresie odchodzenia z tego świata. Podczas kampanii jesiennej akcji w zamian za datek nasi wolontariusze rozprowadzają żonkilowe cebulki wśród przedszkolaków, uczniów,  pracowników instytucji i firm i osób prywatnych. Wiosną posadzone przez nich żonkile rozkwitają tworząc niezliczone „Pola Nadziei”, a uczestnicy akcji zbierają fundusze na rzecz Hospicjum wręczając ofiarodawcom żywy kwiat lub żonkilową broszkę.

„Pola Nadziei” są programem, który został stworzony przez Organizację Charytatywną Marie Curie Cancer Care w Wielkiej Brytanii. Ideą programu jest pozyskiwanie funduszy na utrzymanie hospicjów w Wielkiej Brytanii, a także edukacja i uwrażliwienie społeczeństwa na los terminalnie chorego człowieka. W 1998 roku Organizacja MCCC w Edynburgu obchodziła swoje 50-lecie. Przygotowując się do obchodów tej uroczystości mając za patronkę Marię Skłodowską Curie postanowiła zapoznać ze swoją pracą jedno z polskich hospicjów. Kraków jest miastem bliźniaczym z Edynburgiem, zatem Kraków został wybrany, jako miejsce polskiej edycji “Pól Nadziei”. Beneficjentem programu zostało Towarzystwo Przyjaciół Chorych “Hospicjum”. Wiosną 1998 roku w parkach krakowskich zakwitły pierwsze polskie “pola nadziei”. 350 tys. żonkilowych cebulek oraz niezbędną do przeprowadzenia akcji pomoc i wiedzę przekazała Organizacja MCCC. www.polanadziei.pl

 

Barataria 13 Rękopis znaleziony w Manczy

Ewa Maria Slaska

Błąkają się błędne błękity

Bloger prowadzący autorskiego bloga Bestiariusz kultury, którego reblogowałam dwa tygodnie temu, podał w jednym z wpisów, że przygody błędnego rycerza z La Manchy stały się wzorem dla napisanego w początku XIX wieku Rękopisu znalezionego w Saragossie. Weszłam więc do sieci, żeby zobaczyć, co “się pisze” na ten temat i bardzo szybko znalazłam kolejny wpis.

Głównym bohaterem jest książę Alfons Van Worden, który zmierza do Madrytu, gdzie ma zostać mianowany na kapitana gwardii walońskiej. Udaje się tam najkrótszą drogą wbrew przestrogom swoich poddanych, która wiedzie przez nawiedzone góry Sierra Morena.

Sierra Moren, jak pisze Potocki, to strome pasmo, które oddziela Andaluzję od Manszy. Tam Don Kichot przeżywa swoją najbardziej niebezpieczną przygodę, z tych opisanych w I części powieści. Tam Van Wordenowi przytrafiają się pełne grozy historie splątane ze sobą, wynikające z siebie i do siebie z powrotem wiodące. To opowieść na wzór Baśni z tysiąca i jednej nocy, nazywana zazwyczaj powieścią szkatułkową, choć gdyby tej konstrukcji narracyjnej nadawano nazwę dzisiaj, nazwano by ją zapewne “historią matrioszką”, bo kto jeszcze wie, że był czas, gdy szkatułki wkładało się jedna w drugą? I po co? W sieci nawet obrazka takich szkatułek nie da się znaleźć. Z grubsza chodzi oczywiście o coś takiego:

Pudełeczka origami (podobno jeśli każdy papierek będzie o 0,45 mm mniejszy od poprzedniego, pudełka z łatwością dadzą się włożyć jedno w drugie i uzyskamy ich 24, co pozwoli nam stworzyć oszukańczy – baratero? – kalendarz adwentowy, który zapewni nam nie 24 prezenty lecz tylko jeden. I zawsze jeszcze może to być po prostu orzech, łatwy w użyciu i chętnie stosowany przez szarlatanów dowód na to, że jest coś, czego nikt nigdy nie widział czyli ukryty w skorupie orzech.)

Zresztą tylko po polsku i po niemiecku ten typ powieści nazywa się powieścią szkatułkową. Po angielsku jest to story within a story a po francusku mise en abîme,  termin zaczerpnięty z heraldyki, coś, co zostało umieszczone w absydzie, która w heraldyce oznacza najmniejsze pole w zbudowanym jak witraż wieloczęściowym herbie… Ale już w szerszym rozumieniu oznacza, że coś jest w czymś, które jest w czymś, które jest w czymś…  O, tu nasza Barataria jako punkt wyjścia tych rozważań pięknie się urzeczywistnia, bo doświadczenia mise en abîme doznaje każdy, kto stanie pomiędzy dwoma lustrami – to dopiero świat złudy czyli baratera. Bo o ile pierwszy obraz w obu lustrach jest realny, o tyle im głębiej weń patrzymy, tym bardziej podlega on dekonstrukcji…

Diego Velasquez, Las Meninas1656, Prado – obraz w którym, gdy mu się dokładnie przyjrzeć, nie wiadomo, kto naprawdę stoi w którym miejscu, a kogo i co widzimy w lustrach

Wróćmy jednak do naszych baranów czyli dwóch powieści szkatułkowych i ich bohaterów – Don Kichota i Van Wordena, którzy odbijają się w sobie jak w lustrach…

Już pierwsza scena z Van Wordenem odwołuje się do hiszpańskiej literatury. To działanie wbrew rozsądkowi, uparte realizowanie nawet szalonych zadań łączy księcia Van Wordena z Don Kichotem. Van Worden świetnie się wpisuje w rolę błędnego rycerza z obłędem w oczach (…), a jego słudzy odpowiadają postaci Sancho Pansy.

Van Worden sam się jednak nie uważa za romantyka, i gdyby go zapytań odżegnałby się od Don Kichota, lecz – przeciwnie – za obowiązkowego racjonalistę i typowego przedstawiciela swojej epoki – Oświecenia. Z czasów opowieści rycerskich pozostało mu wybujałe poczucie honoru wojskowego. Jego słudzy jednak, obaj Hiszpanie, służący Lopez i mulnik Moskito, podobnie jak Sancho cechują się wrodzonym sceptycyzmem i niechęcią do nowinek. Ruszają niechętnie za panem, po czym niemal natychmiast Moskito znika wraz z zapasami żywności. Panu burczy w brzuchu, Lopez jednak nie jest głodny, gdyż całą drogę podjadał ser z Toboso.  Ach, więc nie Dulcynea, lecz ser… Później zresztą pojawi się jeszcze wielki kocioł z Toboso, w którym się warzy atrament…

Ta Sierra Morena nawet w czasach późniejszych od dziejów van Wordena wciąż jeszcze była siedliskiem przemytników.

A propos przemytników i Sierra Moreny – była taka piosenka warszawskich szmuglerów, którą wszyscy znaliśmy.

Teraz jest wojna,
kto handluje ten żyje,
gdy sprzedam kaszankę, słoninę rąbankę,
to bimbru się też napiję…

Piosenka cieszyła się niezwykłą wprost popularnością w Generalnej Guberni. Śpiewano ją na placach i ulicach, w tramwajach i pociągach. To prosta rymowanka o ludziach, którzy mimo niemieckich zakazów przewozili do Warszawy „rąbankę”. Czasem na dworcach lub w pociągach odbywały się obławy, towar konfiskowano, „szmuglerzy” lądowali w więzieniu. Piosenkę śpiewają bohaterowie pierwszego powojennego polskiego filmu fabularnego (premiera miała miejsce w styczniu 1947 roku, film kręcony był w roku 1946) – Zakazane piosenki, w reżyserii Leonarda Buczkowskiego. W filmie zagrała cała plejada aktorek, które wówczas byli nieznani, a potem… Danuta Szaflarska, Hanka Bielicka, Alina Janowska i Zofia Mrozowska, grali też Edward Dziewoński, Igor Śmiałowski i Kazimierz Wichniarz, Andrzej Łapicki…

Polacy w gruncie rzeczy nie pamiętają, skąd się w ogóle wzięła ta piosenka. Czasem uważają nawet, że jest to wojenna wersja przedwojennego szlagieru Koniokrad, co jest jednak ewidentną bzdurą. Bo melodia jest ewidentnie inna. Łączy je jedynie szmugiel i kontrabanda.

Jest to przeróbka meksykańskiej piosenki Cielito lindo, która z kolei była nową wersją hiszpańskiej piosenki ludowej Sierra Morena.  Do okupowanej Polski piosenka trafiła dzięki Rosicie Serrano, nazywanej „Chilijskim Słowikiem” (TU Cielito lindo w jej wykonaniu). Rosita od roku 1936 występowała w Berlinie, śpiewała po niemiecku i nagrywała piosenki dla Telefunkena. Była więc, co tu dużo gadać, pupilką reżimu. Ale śpiewać umiała! Rosita w roku 1939 wystąpiła w filmie Bel Ami. Anonimowa refrenistka z gitarą w Zakazanych piosenkach została właśnie na nią upozowana, pisze, uwaga proszę państwa!, na stronie IPN-u prof. dr. hab. JerzyEisler. Profesor! O piosenkach!

W oryginale piosenka nazywa się “piękne nieb(k)o” – Cielito lindo, a pieśniarz szmugluje sobie z gór Sierra Morena pewną parę słodkich czarnych oczu. Piękne niebko skomponował w roku 1882 Quirino Fidelino Mendoza y Cortés (1862–1957), kompozytor meksykański. W Meksyku piosenka jest do dziś nadzwyczaj popularna i uważa się ją za nieoficjalny hymn tego kraju, śpiewany między innymi przez kibiców podczas meczy piłkarskich. Tekst jest prościutki, prostszy zapewne niż Szła dzieweczka do laseczka, co chyba byłoby polskim odpowiednikiem Cielito lindo.  Nie warto płakać, dziewczyno, lepiej śpiewaj! Canta y no llores! Zresztą w polskim filmie znajduje się odległe odniesienie do piosenki meksykańskiej. Gdy brat mówi Halince, że jej narzeczony zginął, dziewczyna wybucha płaczem. Roman (Jan Duszyński) pociesza ją: „Nie płacz, Halinka”, a płacząca Danuta Szaflarska odpowiada: „Ja nie płaczę, ja śpiewam” i włącza się do grupy osób śpiewających Serce w plecaku. Tak, nie płacz dziewczyno, śpiewaj!

Andre Rieu śpiewa Cielito lindo podczas koncertu w Meksyku i “cała sala śpiewa z nami”. Porywające 🙂

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

De la sierra, morena
Cielito lindo vienen bajando
Un par de ojitos negros
Cielito lindo de contrabando

De la sierra, morena
Cielito lindo vienen bajando
Un par de ojitos negros
Cielito lindo de contrabando

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ese lunar que tienes, cielito lindo
Junto a la boca, no se lo des a nadie
Cielito lindo que a mi me toca

Ese lunar que tienes, cielito lindo
Junto a la boca, no se lo des a nadie
Cielito lindo que a mi me toca

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Ay, ay, ay, ay, canta y no llores
Porque cantando se alegran
Cielito lindo los corazones

Wesołego Lanego Poniedziałku! Znowu nie zdążyłam opowiedzieć wszystkiego, co miałam w planie. Ale taka już uroda tych wpisów, błąkają się błędne błękity jak same chcą…

***

Bez nijakiego związku z niczym podaję tu najnowszą wersję piosenki Siekiera motyka, znalezioną w lipcu 2017 na FB:

siekiera motyka szydlo

Stuart słucha muzyki 5

Ewa Maria Slaska i Joanna Trümner

słuchają piosenek, które otwierają kolejne rozdziały Stuarta. Rozdział 14. Stuart kocha Meg, ale wie, że czas rozstania jest bliski. Meg jeszcze nie może jechać z nim do Australii, on nie może już dłużej odkładać powrotu do Australii. A rozstanie zawsze niesie ze sobą niepewność.

Carole King, Will you still love me tomorrow?

jedna z najsłynniejszych kompozytorek współczesnych, dziewczyna, która komponowała dla Beatlesów i Arethy Franklin. To jej własna piosenka.

Tonight you’re mine, completely, you give your soul so sweetly
Tonight the light of love is in your eyes, but will you love me tomorrow?

Dzisiaj cała należysz do mnie, tak słodko oddajesz mi swą duszę
Dzisiaj światło miłości rozświetla twe oczy, ale czy będziesz kochać mnie jutro?

Rozdział 15. Stuart wraca do Australii. Nie jest to dobry powrót, czeka go marna praca, odejście przyjaciela do świata bogaczy i własna zdrada. Zaczyna się ciężki czas. Należałoby się modlić, ale czy Stuart to wie?

The Fray: How to save a life

Let him know that you know best ‘cause after all you do know best
Try to slip past his defense without granting innocence
Lay down a list of what is wrong the things you’ve told him all along
And pray to God he hears you, and pray to God he hears you

Daj mu znać że wiesz najlepiej, bo naprawdę wiesz najlepiej
spróbuj wyminąć jego obronę, nie uznając niewinności
zostaw listę tego, co jest nie tak – rzeczy, o których mu ciągle mówiłeś
i módl się do Boga, by Cię wysłuchał i módl się do Boga, by Cię wysłuchał

Stuart 16.

Jedyną jaśniejszą chwilą w życiu Stuarta jest krótka wizyta Meg w Australii. I Stuart wie, że jest to najlepsze, co mogło go spotkać w życiu. Miłość, Meg, wspólne życie aż do starości.  Beatlesi też mieli taką piosenkę, pamiętacie? Will you still need me, will you still feed me, when I am sixty four? 

Tom Odell: Grow Old with Me

Grow old with me, let us share what we see
And all the best it could be – Just you and I

And our hands they might age and our bodies will change
But we’ll still be the same as we are

Zestarzej się ze mną, podzielmy się tym, co widzimy
Oraz tym, czym mogłoby się stać – tylko ty i ja

Nasze ręce pewnie się zestarzeją i zmienią się nasze ciała
Ale my będziemy ciągle tacy sami jak jesteśmy teraz

Ciąg dalszy za dwa tygodnie

Barataria 13 Fasolowy król

Gdy byłam ostatnio w Wiedniu, zobaczyłam w Historycznym Muzeum Sztuki obraz Jacoba Jordaensa zatytułowany Fasolowy Król. Oczywiście zgodnie z przyświecającą temu cyklowi zasadą Zen, zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat i zobaczysz, że wszystko łączy się ze wszystkim, nie mogłam nie pomyśleć, że już wprawdzie TU o tym pisałam, ale że temat wymaga rozszerzenia i wyjaśnienia. Bo ten Fasolowy Król to Sancho Pansa jako gubernator Baratarii.

Ewa Maria Slaska

Jeszcze raz o walce Krnawału z Postem i Karnawałowym Królu

Już o nim pisałam, o plemiennym królu, bohaterze książki Toma Robbinsa Perfumy w rytmie Jitteburga, którego jego własny lud chciał zabić za to, że się starzał. Król Alobar uciekł, znalazł azyl u jakiegoś pobliskiego plemienia, gdzie żył jako prosty wieśniak, póki po roku, podczas karnawału, nie trafił na to jedyne ziarno fasoli zapieczone w placku. Został karnawałowym królem, po czym ze zgrozą dowiedział się, że dni jego są policzone i to dosłownie, bo gdy minie kilkudniowy karnawałowy rausz, on sam zginie w walce karnawału z postem.

Wściekły podsumował swoje życie jako paradę absurdu. Królowie giną w wojnie, staczają pojedynki, umierają ze starości, kochani przez swój lud lub znienawidzeni przez dworaków, ale nie, on najpierw miał zginąć z powodu siwego włosa, a potem z powodu fasolki. Znowu więc ucieka i postanawia najpierw, że będzie długo żył, a potem – że chce zostać nieśmiertelny.

Wybór fasolowego króla- po niemiecku nazywa się go der Bohnenkönig, po angielsku bean king, po francusku roi de la fève/le roi-boit, po katalońsku tortell de Reis, po hiszpańsku roscón de Reyes – to bardzo stary obrząd wybierania króla w okresie Przesilenia Zimowego. Czyniono to ciągnąc losy lub umieszczając coś w cieście, na przykład orzech, ziarno fasoli czy grochu. Królem zostawała osoba, która znalazła to coś w swoim kawałku wypieku. Król wybierał sobie świtę i we wspólnym pochodzie wędrowali po “królestwie”. W czasach plemiennych naprawdę obchodziło się tego dnia wszystkie pola i zagrody, a śmierć króla i pokropienie ziemi jego krwią były gwarancją urodzaju. W czasach bliższych nam obyczaj złagodniał, już podczas rzymskich Saturnaliów miejsce wędrówki zajęła popijawa, nikogo już nie mordowano i tylko strącanie pierwszych lub ostatnich kropel z kielicha przypomina o starożytnej ofierze krwi. Ale mimo to starożytny obyczaj, nawet jak już nie pamiętamy, dlaczego się go obchodzi, przetrwał do dziś w wielu krajach. W całej Europie w różnych przełomowych momentach cyklu rocznego ksiądz z procesją wiernych obchodził pola i zagrody, skrapiając je wodą święconą. Często działo się to w okresie Wielkiej Nocy, która jest następczynią pogańskiego święta Równonocy Wiosennej, i niekiedy rozpoczynała nowy rok, co zachowało się w Nowym Roku islamskim i… początku kręgu zodiakalnego w Baranie (Aries).

Ma to niestety również marsowe znaczenie (planeta Mars była uważana za opiekuna wojowniczego znaku Barana) – bardzo często wyprawy wojenne rozpozynano właśnie z początkiem wiosny i ostatnia seria ataków terrorystycznych złowrogo przypomina o tej tradycji.

W okresie dwunastu dni Bożego Narodzenia czyli pomiędzy 24 grudnia a dniem Trzech Króli, w wielu krajach w Europie piecze się obrzędowe ciasto, niekiedy z czymś zapieczonym w środku i przeznaczonym dla wybrańca. Często jest to ciasto z nazwy królewskie jak grecka Vasilopita, francuska Galette des Rois lub King Cake z Luizjany, zawsze gwarantuje pomyślność jak polskie szczodraki. Częstokroć spożycie obrzędowego wypieku rozpoczyna zabawę, saturnalia, karnawał, pijaństwo. Szaleństwo, taniec, śpiew hopsasa, jak to sobie urodzinowo podśpiewywał Kłapouchy. Nieprawdziwe życie, złuda, baratero

Jacob Jordaens, “Das Fest des Bohnenkönigs” (czyli “Król pije”), 1640 – 1645, Kunsthistorisches Museum Wien

Nazwa “Fasolowy Król” jest znacznie późniejsza niż sam zwyczaj, co oczywiste, bo zanim sprowadzono z Ameryki fasolę, w placku wypiekanym na Trzech Króli musiało się znajdować coś innego, zapewne pieniążek jak w Grecji, ale może kamyk, ziarno grochu, muszelka czy specjalna figurka. Tu wykonam przy okazji mały przytyk w kierunku Toma Robbinsa. Robbins jest świetnym pisarzem, ale sprawa z fasolowym królem pokazuje, że pisarz jak naukowiec nigdy nie może być pewien tego, co wie i wszystko, ale to naprawdę wszystko trzeba sprawdzać. Bo nawet, mawiał pewien profesor na Uniwersytecie Wrocławskim, jak się wie, że Pana Tadeusza napisał Słowacki, to i tak trzeba to sprawdzić, żeby poinformować czytelnika, że był też Pan Tadeusz napisany przez Mickiewicza 🙂. Przypomniał mi się ostatnio ten żarcik, gdy przeczytałam, że Adam Bielan, ambasador Najjaśniejszej Rzeczpospolitej w Anglii, poinformował dziennikarzy, że brał udział w rozmowach Prezesa Kaczyńskiego z premier Theresą May, bo “pani May nie zna polskiego” No więc zasadniczo Robbins powinien był wiedzieć, że człowiek średniowieczny, nieważne – władca czy chłop, nie mógł zostać fasolowym królem. Oczywiście wiemy, że nikt nie wie wszystkiego, a już jeśli chodzi o jedzenie pisarze i nie tylko pisarze mylą się nagminnie.  Nagminnie, bo niejako a priori zakłada się, że jadło obecnie spożywane przez gmin, od stuleci nie ulegało zmianom. Andrzej Sapkowski w Narrentum pisał więc o bigosie z kapusty, choć jest to powieść, która dzieje się w południowej Polsce w XV wieku, podczas gdy kapustę i inną włoszczyznę (każde dziecko niby to wie) sprowadziła do Polski dopiero królowa Bona w wieku XVI. Ale co tam pisarz, skoro podczas festynu archeologicznego w słowiańskiej wsi Düppel koło Berlina, zorganizowanego przez muzeum w Biskupinie i katedrę archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, proste słowiańsko gminne jadło składało się z obfitości mięsiw, pajd chleba ze smalcem, ogórków kiszonych i… kartofelków. Pamiętam też pewną dobrą zresztą powieść Salve Theatrum (Jarosław Gibas, rok 1997),  która dzieje się w Polsce w wieku XVII. Jest tam pocieszna sytuacja, kiedy to niezadowolona publiczność obrzuca aktorów wędrownego teatru zgniłymi pomidorami. Rzecz w tym, że wygląda na to, iż autor wiedział, że pomidor to roślina z Ameryki i nie mogło jej być w Polsce przed Kolumbem, myślał jednak zapewne, że w XVII wieku zgniły pomidor jest już ok… No ale nie jest, bo pomidory zaczęto uprawiać w Polsce w latach 20 XX wieku…

I tak dalej…

Jordaens nie zajmuje się jednak takimi szczegółami jak fasola. Jego fasolowi królowie (a jest  pięć takich obrazów, w muzeach w Wiedniu – to ten obraz powyżej, Brukseli, Paryżu, Sankt Petersburgu i Kassel) przede wszystkim piją na potęgę i są, jakbyśmy to dziś powiedzieli, memami XVII wieku… Nic dziwnego, że w Polsce te obrazy nazywają się Król pije. Ale jest to ten sam król, ten wybierany w dniu Trzech Króli. Karnawałowy król, który, jak Sancho Pansa, ma rządzić wyspą ułudy czyli Baratarią, która ma też swoją nazwę po polsku – jest to przecież znany nam z dzieciństwa świat na opak, świat, w którym zawieszone zostały lub zakwestionowane prawa normalnie rządzące światem i jego oficjalne hierarchie. Taki świat na opak może oznaczać równość i braterstwo, zazwyczaj podważa porządek świata codziennego, świat na opak jest ekscentryczny, a nawet bluźnierczy, skłania się ku profanacji, zawiera elementy błazenady, śmiechu, parodii i groteski, epatuje niestosownym zachowaniem i nieprzystojnym język, miesza wysokie z niskim, powagę ze śmiechem, górę z dołem. To karnawał, król został wybrany i koronowany, a potem ma szczęście jeśli go tylko zdetronizują. Alobar miał zostać zabity, Sancho Pansę obito i połamano mu żebra.

***
Alobar jeszcze tu powróci, bo wszyscy ci trzej Królowie – Alboar, Salomon i Sancho Pansa, mają jeszcze jedną wspólną i ważną cechę – byli w swoim życiu biedakami i byli władcami. Takich władców jest zresztą w historii i literaturze wielu, zajmiemy się nimi jednak dopiero za dwa tygodnie, bo za tydzień podywagujemy sobie trochę na temat podobieństw między Don Kichotem a Rękopisem znalezionym w Saragossie, którą to myśl zawdzięczamy autorowi bloga Bestiariusz Kulturalny.

Wien im März 2017 / Wiedeń marzec 2017

Ewa Maria Slaska

Groby i muzyka / Gräber und Musik

für Deutsch bitte Bissl nach unten skrollen oder einfach die Blaueschrift verfolgen

Nie znałam tej piosenki, w życiu nie słyszałam o Wolfgangu Ambrosie, muzyka w Wiedniu to byli zmarły tajemniczą śmiercią Mozart, Haydn, stary i głuchy geniusz -Beethoven, mój ulubiony Franz Schubert, może jeszcze Johann Strauss, którego każdy zna, nawet jak nie lubi operetki, no i oczywiście Falco, którego akurat teraz wszyscy w Wiedniu przypominają, bo w lutym przyszłego roku minie 20 lat od jego tragicznej śmierci w wypadku samochodowym.

Tymczasem jednak opowieść o umarłych muzykach z Wiednia zaczynam od Wolfganga Ambrosa, a dlatego że świetny piosenkarz berliński, Andrzej Klukowski czyli Andy Klukos, podsunął mi na Facebooku linka do tej piosenki. Samym Andrzejem zajmę się kiedy indziej, tu tylko powiem, że jest autorem inteligentnych piosenek antyrządowych. Podczas protestu kobiet 23 października zeszłego roku na Warschauer Brücke Andrzej śpiewał Kto się boi czarnej baby, ale posłuchajcie też takich piosenek jak Ballada o Lechu, Mam dość czy Tu przyjdą za nami miliony.

Ich war in Wien auf dem Zentralfriedhof (endlich… seit Jahren wollte ich und immer kam etwas dazwischen) und schaute mir die Musikergräber an. Passend dazu beginne ich mit dem Lied von Wolfgang Ambros, Es lebe der Zentralfriedhof. Lustiges Lied… Ambros widmete es tatsäschlich dem Friedhof zu seinem 100. Geburtstag. Es war das Jahr 1975.

Es lebe der Zentralfriedhof, und olle seine Toten.
Der Eintritt is’ für Lebende heit’ ausnahmslos verboten,
weü da Tod a Fest heit’ gibt die gonze lange Nocht,
und von die Gäst’ ka anziger a Eintrittskort’n braucht.
Wann’s Nocht wird über Simmering, kummt Leben in die Toten,
und drüb’n beim Krematorium tan’s Knochenmork ohbrot’n.
Dort hinten bei der Marmorgruft, durt stengan zwa Skelette,
die stess’n mit zwa Urnen on und saufen um die Wette.
Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, und seine Jubilare.
Sie lieg’n und sie verfeul’n scho durt seit über hundert Jahre.
Drauß’t is’ koit und drunt’ is’ worm,
nur monchmol a bissel feucht,

A-wann ma so drunt’ liegt, freut man sich, wenn’s Grablaternderl leucht’.
Es lebe der Zentralfriedhof, die Szene wirkt makaber.
Die Pforrer tanz’n mit die Hur’n, und Juden mit Araber.
Heit san olle wieder lustich, heit lebt ollas auf,
im Mausoleum spü’t a Band,
die hot an Wohnsinnshammer d’rauf.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.
Es lebe der Zentralfriedhof, auf amoi mocht’s an Schnoiza,
da Moser singt’s Fiakerliad,
und die Schrammeln spü’n an Woiza.

Auf amoi is’ die Musi stü, und olle Augen glänz’n,
weu dort drü’m steht da Knoch’nmonn
und winkt mit seiner Sens’n.

Am Zentralfriedhof is’ Stimmung, wia’s sei Lebtoch no net wor,
weu olle Tot’n feiern heite seine erscht’n hundert Johr’.

Der Wiener Zentralfriedhof wurde 1874 eröffnet und zählt mit einer Fläche von fast 2,5 km² und rund 330.000 Grabstellen zu den größten Friedhofsanlagen Europas. Er gehört aufgrund seiner vielen Ehrengräber, der Jugendstil-Bauwerke und des weitläufigen Areals zu den besonderen Sehenswürdigkeiten der Stadt Wien.

Allerseelen 1903, Friedhofsbesucher auf der Simmeringer Hauptstraße auf dem Weg zum Zentralfriedhof

Wikipedia, von der ich die obigen Zeilen geliehen habe, berichtet noch dazu, dass zu seiner Geburtsstunde der Zentralfriedhof häufig kritisiert wurde und bei der Bevölkerung nicht sehr beliebt war. Es wurde die Trostlosigkeit des Areals bekrittelt, da im Vergleich zu heute nur eine karge Vegetation vorherrschte, außerdem verzögerte sich die Errichtung der dazugehörigen Bauwerke. Friedhofsbesucher mussten eine lange und mitunter beschwerliche Anreise auf sich nehmen, da es zu dieser Zeit noch keine direkte Bahnverbindung zum Friedhofsgelände gab. Im Oktober 1874 fasste eine Wiener Zeitung diese Stimmung in der Frage zusammen: „Eine Stunde Fahrzeit, zwischen Schlachthäusern und Heide und Bauern, und wofür?“

Heute ist der Friedhof verkehrs-technisch sehr gut erschlossen, vor allem mit der berühmten Strassenbahn Nummer 71, und bietet dem Besucher ein einmaliges Erlebnis, einen Spaziergang durch ein groszügig angelegtes Areal mit den interessanten Bauwerke, üppigem Grün und faszinierender Geschichte der hier Begrabenen.

A więc groby muzyków (na więcej nie starczyło czasu)
Also die Musikergräber (fürs mehr reichte die Zeit nicht)

Oto lista, na pewno niekompletna / Hier die Liste, ohne den Vollständigkeitsanspruch

Ludwig van Beethoven 1770–1827
Johannes Brahms 1833–1897
György Ligeti 1923–2006
Arnold Schönberg 1874–1951
Franz Schubert 1797–1828
Robert Stolz 1880–1975
Johann Strauß (Vater) 1804–1849
Johann Strauß (Sohn) 1825–1899
Franz von Suppé 1819–1895
Hugo Wiener 1904–1993
Hugo Wolf 1860–1903
Joe Zawinul 1932–2007
Falco (Johann Hölzel) 1957–1998
Fatty George 1927–1982
Hans Gillesberger 1909–1986
Ferdinand Grossmann 1887–1970
Hermann Leopoldi 1888–1959
Peter Wehle 1914–1986
Carl Zeller 1842–1898

Oczywiście na wszystkich muzyków też nie starczyło czasu, a częstokroć i wiedzy; poza tym i tak pokażę tu tylko tych, których muzykę lubię.

Natürlich die Zeit reichte gar für alle Musiker nicht, dazumal auch nicht immer das nötige Wissen vorhanden war; und sowieso zeige ich hier nur die, die ich mag.

Falco, ein Grab mit den Titeln seiner Hits wie Vienna calling, Komissar, Ganz Vien und Rock me Amadeus / Na płycie nagrobnej tytuły jego największych przebojów (koniecznie posłuchajcie! pierwszy porządny europejski rap!)

Pomnik Wolfganga Amadeusa Mozarta (grobu, jak wiemy nie ma) – do posłuchania Aria Królowej Nocy w wykonaniu Bogny Sokorskiej / Mozarts Denkmal (das Grab gibt es, wie wir wissen, nicht) – zum hinhören die Arie der Königin der Nacht

Franz Schubert – zapewne powinnam tu przywołać Pstrąga, ale zdecydowałam się jednak na Śmierć i dziewczynę. Pstrąg zaraz potem. / Das berühmteste Lied von Schubert ist zweifelsohne Die Forelle; ich entschied mich aber dafür, hier das Lied Der Tod und das Mädchen zu zittieren. Die Forelle folgt…

Johannes Brahms Wieges Lied / Kołysanka / Lullaby – najsłynniejsza melodia Brahmsa i jedna z najbardziej rozpoznawalnych melodii na świecie. Mój wnuk zaraz po urodzeniu dostał kaczuszkę, która grała mu tę właśnie kołysankę.

Ludwig van Beethoven

Cóż nie ma wyjścia, bo sprawa jest polityczna – Hymn Europy jako super Flash Mob (Oda do radości / Ode an die Freude). Łatwo się wzruszam, więc zawsze płaczę jak tego słucham… / Europa Hymne. TU słowa po polsku w przekładzie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego / HIER der Text auf Deutsch

PS dla dociekliwych: Beethoven, Schubert, Strauss (ojciec) i inni umarli zanim powstał Cmentarz Centralny i ich groby zostały przeniesione /Beethoven, Schubert, Strauss (Vater) sind gestorben bevor der Zentralfriedhof gegründet wurde; deren Gräber wurden umgebettet.

Ponury żart czyli Muzeum II Wojny Światowej

Ewa Maria Slaska (tekst i zdjęcia) i Anna Kuzio (zdjęcia)

Wszyscy wiemy… muzeum zostało zbudowane, przygotowano wystawę, a w międzyczasie zmienił się rząd i wystawa okazała się niepoprawna politycznie. Dlaczego? Bo nie wspiera polskiej narracji martyrologicznej, lecz obiektywną relację o wojnie w Europie. Tak twierdzą wszyscy, którzy tę wystawę już widzieli.

Pomysł utworzenia placówki muzealnej przedstawiającej losy Polski w latach 1939–1945 na szerokim tle europejskim, czytamy na stronie Muzeum, zaprezentował Prezes Rady Ministrów Donald Tusk w grudniu 2007 r.

Paweł Machcewicz, dyrektor muzeum, już dziesięć lat temu przygotował koncepcję wystawy (M2WS_Koncepcja). Wystawa wpisze się, czytamy, w krajobraz muzealny Polski i Gdańska, będzie więc korespondowała, zarówno z Muzeum Westerplatte w Gdańsku, Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Żydowskim w Warszawie, jak i z tworzącym się właśnie Europejskim Centrum Solidarności. Wspólnie placówki te miały wykreować wielostronną, nowoczesną, multimedialną opowieść o historii Polski w szerokim kontekście europejskim.

Ze względu na lokalizację muzeum i polską inicjatywę jego powołania, piszą autorzy koncepcji, profesor Paweł Machcewicz i Piotr M. Majewski, wojenne losy Polski i Polaków zostaną w nim, co zrozumiałe, wyeksponowane. Nie może to jednak nastąpić kosztem umniejszania doświadczeń innych narodów – w tym także Niemców i Rosjan. Należy podkreślić, że nie zamierzamy tworzyć muzeum martyrologii narodu polskiego, ani muzeum chwały polskiego oręża, lecz placówkę o przekazie uniwersalnym, w której wydarzenia rozgrywające się w Polsce stanowiłyby jedynie część szerszego obrazu.

Zdjęcie Anna Kuzio

Stało się inaczej. Akurat, gdy dobiegały końca prace nad przygotowaniem wystawy, Muzeum stało się przedmiotem walk politycznych i zostało postawione w stan oskarżenia. Nowy rząd uznał, że Polsce nie jest potrzebna europejska perspektywa historyczna, bo najważniejsza jest perspektywa polska, patriotyczna i martyrologiczna. Choć oczywiście, zgodnie z koncepcją, wystawa zajmuje się też walką i męczeństwem Polaków.

Przez długi czas wydawało się, że niemal gotowa wystawa zostanie zlikwidowana lub dogłębnie zmieniona. Nie jest to wizja ani absurdalna, ani niemożliwa, nie jest to też  ponury żart prima-aprilisowy, bo taki los spotkał przecież ekspozycję w Muzeum Przełomy w Szczecinie.

Zdjęcia (powyżej i poniżej) ze strony Muzeum. Dziękujemy!

Muzeum zostało jednak, w “starej” wersji, otwarte 23 marca 2017 roku i na razie, póki losy wystawy się ważą, Polacy, którym leży na sercu demokracja i przynależność Polski do Europy, masowo je zwiedzają

Mnie udało się obejrzeć Muzeum w przeddzień otwarcia wystawy, Ania dotarła tam w dzień po. Ani udało się więc obejrzeć wystawę, ja musiałam poprzestać na fotografowaniu dekonstuktywistycznej bryły muzealnej, która jest dziełem gdyńskiego studia architektonicznego Kwadrat. Autorami projektu są Jacek Droszcz i Bazyli Domsta.

Ja więc powiem, że nie wiem jeszcze, czy podoba mi się to muzeum, ale na pewno jest interesujące i na pewno architektonicznie stanowi inspirujące nawiązanie do budynku Europejskiego Centrum Solidarności, co podkreśla jedność przyjętej opcji narracyjnej.
Z kolei Anna Kuzio ocenia, że wystawa jest dobra i ciekawa, interesująco prezentuje tematykę i jest bardzo nowoczesna. Chwali też ilość i jakość prezentowanych eksponatów.

A oto nasze refleksje fotograficzne.

Muzeum II wojny światowej w Gdańsku. Marzec 2017. Zdjęcia bryły architektonicznej – Ewa Maria Slaska, zdjęcia wystawy – Anna Kuzio.